Zayne Vergee - Zatwierdzone

Punkt składania aplikacji - stale otwarty.
Regulamin forum
Przy składaniu podania należy wykorzystać wzór pojawiający się przy zakładaniu nowego tematu w tym dziale. Można go pobrać jednak także ręcznie, z tego tematu.

Bezwzględnie proponujemy także zapoznanie się z tym tematem z największą dokładnością, wliczając w to lekturę Regulaminu.

Zayne Vergee - Zatwierdzone

Postautor: Zayne Vergee dodano: 07 lut 2020, 2:24

1. Informacje bazowe
a. Imię: Miłosz
b. Wiek: 21 lat
c. Zainteresowania/Hobby: W przypadku zainteresowań zawodowych, to z całą pewnością biologia, chemia, oraz wszelakie zagadnienia związane z funkcjonowaniem ludzkiego ciała. Niektóre działy interesują mnie bardziej, inne mniej. Wcześniej przez dwa lata studiowałem fizjoterapię, ale to po prostu nie było to. Niedosyt pewnych partii wiedzy, oraz niezbyt korzystne perspektywy kariery w tym zawodzie w Polsce. Z tego samego powodu jako drogę swego dalszego rozwoju wybrałem studiowanie medycyny. Od lat była moją aspiracją, a dostanie się w końcu na wymarzony kierunek przyniosło sporo radości. Zobaczymy czy uda się wytrwać do końca :D. Z typowo rozrywkowych zainteresowań to wiadomo; seriale, muzyka, filmy, książki fantastyczne oraz science-fiction.

Z tych mniej typowych rozrywek, to na pewno taniec towarzyski w którym szkoliłem się przez około 8 lat, na wysokim poziomie klasowym. Obecnie już nie uczęszczam na zajęcia, ze względu na zmianę lokalizacji zamieszkania. Mam jednak zamiar dalej kontynuować tę pasję w momencie, gdy na dobre wsiąknę w studencie życie, w nowym miejscu. Z jeszcze takich najważniejszych zainteresowań, które mi przychodzą do głowy to z całą pewnością uniwersum Warhammera 40000, którego jestem F A N A T Y K I E M! Książki, modele i te sprawy. Mniej więcej też od roku zajmuje się bardzo amatorsko tworzeniem grafik utrzymanych w klimacie Star Wars, z wykorzystaniem modeli JK3. W tej kwestii zostałem zainspirowany przez prace ShenLong'a Kazama, oraz komiksów Kualana. Na potrzebę podania postanowiłem stworzyć kilka grafik autorskich, ukazujących życie mojej postaci. Sami więc będziecie mogli je ocenić :D! Ach, uwielbiam też serie gier od firmy FromSoftware. Seria Dark Souls, to z całą pewnością jedne z najlepszych tytułów, jakie ogrywałem w życiu.

d. Kilka zdań o sobie i swoim charakterze: Oj trudne się wylosowało, trudne... Może zacznijmy od tych złych stron wpierw, to łatwiej będzie przejść w te dobre. Moją największą wadą jest brak cierpliwości do pewnego rodzaju ludzi, ale tylko w specyficznych sytuacjach internetowych. IRL mamy ten komfort sytuacji, że spokojnie możemy wybierać swoich bliższych i dalszych znajomych, bez ryzyka, że będziemy skazani na przebywanie wśród ludzi którzy nam nie odpowiadają. Nawet jednak, gdyby w naszej paczce przyjaciół znalazła się jakaś osoba, której nie trawimy, to po prostu przy okazji wyjść, czy spotkań nie nawiązujemy większej konwersacji (mówię tu oczywiście o takich bardzo rzadkich i beznadziejnych przypadkach). Niestety w dobie rozwoju dzisiejszej technologii, każdy ma dostęp do internetu. Stimy, diskordy, rejzery, ćmoje boje i dzikie węże ;/. Przez to w ciekawych środowiskach znajdą się ameby, które zwyczajnie psują komfort zabawy innym i nie ma się ich jak pozbyć. Przebywacie w końcu na tych samych kanałach, więc nie ma ucieczki...

Z pozytywnych aspektów, to na pewno jestem osobą, która mocno się angażuje we wszystko co robi. Staram się zwalczać w samym sobie wszelakie objawy "niechcemisienizmu" w sprawach, które dotyczą rozwoju zawodowego, czy naukowego, aby w ten sposób mieć pewność, że będę mógł w pełnej kompetencji pomagać moim przyszłym pacjentom. W kwestiach rozrywkowych to nie ma nawet co mówić o lenistwie, bo przecież to co jest fajne, to zawsze nas odciąga od obowiązków, prawda xD? Z tego też powodu, gdy jakieś hobby w stylu rp, tańca, albo tworzenia grafik, przypadnie mi do gustu, to jestem w stanie poświęcić mu bardzo dużo swojego wolnego czasu, który mi pozostaje.
Jestem też osobą rozrywkową, pomocną i bardzo otwartą na ludzi. Lubię poznawać nowe osobistości, bo dzięki temu grono znajomych, którzy podzielają moje zainteresowania się rozrasta. Co wiąże się z lepszym przepływem myśli, szansą na poznanie nowych i interesujących rzeczy z czyjegoś punktu widzenia, albo w drugą stronę. Można wtedy zarazić własną pasją nowo napotkaną osobę. Widać więc same korzyści z poznawania nowych i wartościowych osób!
e. Kontakt:
- email Zayne12@wp.pl
- steam https://steamcommunity.com/profiles/76561198085030955/

2. Scena RP/RP w JK3
a. Formy rozgrywki: Poza JK3 grywałem w rp jedynie w grze Neverwinter Nights. Czasem może jakieś papierowe rpgi, których nazwy kompletnie mi wyleciały z głowy.
b. Organizacje/Grupy: Sporo tego było. W JK3 pykam aktywnie od podstawówki, a więc chyba zacząłem w 2008, lub 2009 roku. Z organizacji non-rp przynależałem do DoH'u, EoD'u, GoB, Gotf i tego typu nie mówiących już nikomu nic nazwy. Co do organizacji poświęconych w znacznej mierze rp, to na pewno BoTF, ANBU, a następnie Akademia Jedi na Yavin 4, której członkiem byłem w latach maj 2013, do stycznia 2020, pod nickiem Zayne Vergee - Dalinar Arias, gdzie pełniłem funkcję rycerza oraz radnego placówki.

c. Staż: To będzie spokojnie cztery, albo pięć tysięcy godzin w sumie po tylu latach. Kiedyś to jako tako próbowałem oszacować, ale właściwie nie ma to zbyt dużego znaczenia. Jak wspomniałem w JK3, oraz pochodne od tego mody gram od bardzo dawna. Wpierw było JA+, a później Lugormod. Od mniej więcej 2012 roku zacząłem grywać na modzie Movie Battles 2, gdzie jestem członkiem emerytowanego już klanu Templars (klan typowo skillowy, nie mający nic wspólnego z rp), w którego szrankach rozgrywałem małe turnieje. Ta forma rozrywki niezmiennie dostarcza mi frajdy i jeszcze raz na jakiś czas powracam do MB2 to pwn some noobs ;D... Potem przyszedł czas bycia członkiem Yavina 4 w ramach czasowych, które podałem w punkcie wyżej. W tamtej organizacji kontynuowałem poznawanie mechanik powiązanych z modem OJP. W owym czasie byłem też aktywnym GM'em, który odpowiadał za organizację licznych wątków in rp. Mam tutaj na myśli przede wszystkim eventy, misje (w tym w pełni samodzielnie przeprowadzoną, dwuletnią kampanię), wątki personalne dla poszczególnych postaci graczy, szkolenie grup treningowych, czy w końcu szkolenie własnego Padawana (odpowiednik Ucznia Jedi u Was).
d. Powód zakończenia gry: Nie chciałbym się ponownie zanadto rozpisywać. Większość swych największych wątpliwości co do poprzedniej organizacji rp w której przebywałem, wyraziłem w poniższym temacie - post39578.html#p39578


3. Postać
a. Imię i nazwisko: Zayne Vergee
b. Wiek: 26 lat
c. Pochodzenie: Eriadu
d. Rasa: Człowiek
e. Wygląd: Wstąpiwszy do obskurnej sali operacyjnej dostrzegasz dość wysokiego, szczupłego, ale wysportowanego mężczyznę. Jegomość jest ubrany w zapaskudzony kitel chirurgiczny na którym można przyuważyć liczne plamy wielokolorowej posoki. W słabym świetle lampy szpitalnej o irytującym i jednostajnym buczeniu, jesteś w stanie przyjrzeć się twarzy osobnika. Na szczególną uwagę zasługuje widocznie starannie prowadzony i przycięty zarost, która dodaje postaci subtelnego seksapilu. Twarz lekarza jest naznaczona nielicznymi zmarszczkami oraz bladością powłok skóry, które sugerują nieregularność snu ostatnimi czasy. Mężczyzna w końcu rejestruje Twoją obecność, gdy po kilku krokach naprzód praktycznie w całości zająłeś jego pole widzenia.
f. Historia:

Prolog: Odrodzenie, czyli spotkanie z twórcą.

Zayne otworzył powoli oczy, dostrzegając przed sobą majestat rozgwieżdżonego nieba. Odgłosy bitwy całkowicie ustały. Krzyki mordowanych i pojękiwania rannych zamilkły. Okrzyki bojowe wojowników Vongów nie wwiercały się dłużej w uszy Mandalorianina, a dźwięki wystrzałów nie kaleczyły jego zmysłów. Moment zrozumienia nadszedł niedługo potem. Mandalorianin z klanu Vergee zdał sobie sprawę, że nie żyje. Ostatnie wspomnienie jakie mógł przywołać, to wykrzywiona morda amphistaffa, który splunął kwasem wprost na twarz Zayne’a. Koniec w końcu nadszedł. Czas batalii oraz intryg, dotarł do kresu. Może w końcu odpocząć, jego misja dobiegła końca…

Ukryte:


Wtem Mandalorianin dostrzegł nienaturalnie jasne źródło światła przed sobą. Jednocześnie, zdał sobie sprawę, że wcale nie wpatrywał się w gwieździste niebo, tylko znajdował się pośród gwiazd na nieboskłonie. Zayne uderzył parę razy otwartą dłonią o swój policzek, podejrzewając, że po prostu to wszystko jest kolejnym snem, wywołanym przez koszmarne doświadczenia życiowe. Moment wybudzenia jednakże nie nadszedł, ciało przestało zwracać uwagę na bodźce bólowe. Widząc, że jego starania nie przyniosły efektu, Zayne postanowił skupić spojrzenie na jaśniejącym horyzoncie, który zdawał się przybliżać. W centrum zjawiska Mandalorianin dostrzegł tajemniczą sylwetkę w czarnym płaszczu. Owa istota miała wysoko wyciągnięte dłonie, jakby w rytualnym uniesieniu. Wokół niej, zaczęły się gromadzić przeźroczyste postacie, niby duchy. Irracjonalność całej sceny zaczynała powoli przerastać zdolność pojmowania rzeczywistości, przez Mandalorianina. Ten, zaczął się zastanawiać czy, aby na pewno umarł. Może po prostu z jakiegoś powodu dał się namówić na jedno z parzonych „ziółek” kwatermistrza? Te, oraz dziesiątki innych pytań miały wkrótce znaleźć odpowiedź, gdy tajemnicza sylwetka przysunęła się do Mandalorianina z nadludzką szybkością. - Ach… Vergee. Jakże miło Cię znów zobaczyć! Aż ciężko uwierzyć ileż to lat za nami, prawda? Na każdego jednak w końcu przychodzi pora, nie ma od tego wyjątków. Śmierć wyciągnęła swe szpony i w Twoim kierunku. - Mandalorianin dopiero po chwili był w stanie wydusić z siebie słowo, ze względu na fakt wciąż dojmującego zdezorientowania nierealną sytuacją.
- Czyli naprawdę nie żyję… W takim razie co to wszystko znaczy? Te iskierki, kolory, czy kosmiczne otoczenie? Mam rozumieć, że umierający mózg po prostu stwarza ostatkiem sił tego typu halucynację? I kim TY do cholery jesteś? - Odrzekł Zayne, czując narastającą frustrację. - Ach, prawie dobrze. Pytanie jednak nie do końca właściwe. Nie z kim, a z czym masz do czynienia? Widzisz, w środowisku w którym się obracamy, mówią na mnie „Autor”. Trochę nazbyt pompatyczne i pretensjonalne, no ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Nic nie zrobisz! Taka ksywka się przyjęła i nikt nie ma zamiaru tego zmieniać. Jakie jeszcze pytania Cię nurtują? Dawaj, śmiało! - Zakapturzona postać zaśmiała się szczerze, jakby bawienie się losem Mandalorianina, sprawiało jej wielką przyjemność.
- Ja… Co w takim razie tutaj robię? Dlaczego trafiłem do tego miejsca? I czym są te zjawy, które wokół Ciebie krążą? - Mandalorianin zapytał z nieco większą pewnością siebie w głosie. - Ach, teraz zadajesz pytania trafione w punkt! Z przyjemnością odpowiem, ale nie postępuj pochopnie, gdy usłyszysz ode mnie całą prawdę. Znalazłeś się tutaj, ponieważ Cię uśmierciłem... Zgodnie z moją wolą znalazłeś się w odpowiednim miejscu, o właściwym czasie. Będąc otoczonym znacznie przeważającymi siłami wojowników Vongów. Nawet tak wprawny wojownik jak Ty, nie mógł wyjść cało z tej straszliwej bitwy. Dlaczego jednak to uczyniłem? - tajemnicza postać, uczyniła krótką pauzę, a ton jej wypowiedzi znacznie spoważniał. - Nie chciałem, aby Twoje dziedzictwo zostało zbezczeszczone. Widzisz, niedawno opuściłem pewną grupę autorów, których towarzystwo przestało mi odpowiadać. Sęk w tym, że znałem ich na tyle długo, by wiedzieć, że wielu z nich ma lepkie paluszki i lubi przywłaszczyć sobie cudzą własność, zamiast stworzyć własne dzieło. Wolałem więc Cię uśmiercić, a przy tym na zawsze domknąć Twoją historię, aby mieć pewność, że nikt, nigdy nie uczyni z Ciebie jakiejś przerażającej karykatury. Kilka razy byłem świadkiem takiego precedensu, gdy owi autorzy niszczyli czyjeś dzieło w sposób ordynarny. Pragnąłem Ci tego oszczędzić… - Mandalorianin wydawał się być wprawiony w osłupienie słowami, które usłyszał. Z tego też powodu „Autor”, postanowił mówić dalej. - Pytałeś zdaje się, o zjawy, które nas w tym momencie otaczają, prawda? „Zjawy”, to nie do końca poprawne określenie tego zjawiska. Bardziej pasuje termin „okruchy myśli”, lub coś w tym rodzaju. Spoglądasz na potencjał, który prawdopodobnie nigdy nie zostanie w pełni zrealizowany. Nie jako głównych bohaterów w każdym razie, a to wszystko przez Ciebie… - Mandalorianin zmarszczył zdziwiony brwi i spojrzał trzeźwo na zakapturzoną postać. - W jaki sposób miałbym mieć coś wspólnego z ich losem? Nie rozumiem, co starasz się przekazać. - Zayne wyraził swoje myśli z widoczną rezerwą, oraz wyrzutem. Głównie ze względu na informacje, które zasłyszał przed momentem. Postanowił jednak nie działać pochopnie, aż nie uzyska dostatecznej ilości odpowiedzi. - Bo widzisz, dręczą mnie pewne wyrzuty sumienia. Nie ukrywam, że twa historia zakończyła się nagle. Nie mogłem dłużej zwlekać z podróżą, toteż decyzja o twojej śmierci zapadła bardzo szybko. Z tego powodu, nie potrafię z czystym sumieniem skupić się na nowej historii, gdy wewnętrznie jestem rozdarty przez niesprawiedliwość, która cię spotkała. Upadły Jedi, pozbawiony kontaktu z nieskończoną energią Mocy. Zagubiony wojownik, który utracił swoje jestestwo przez okrucieństwa wojny, oraz ciężar własnych wyborów. Porzucony towarzysz, o którym bliscy zapomnieli w czasie próby, gdy najbardziej potrzebował wsparcia. Człowiek bez honoru, którego wyrzekł się własny lud. Gdzie byłaby w tym wszystkim sprawiedliwość mój drogi, gdyby Twoja historia naprawdę dobiegła końca na jakiejś przeklętej i zapomnianej skale? Bo w końcu… - Nagle zgromadzenie postaci, które otaczały rozmawiającą dwójkę, zaczął przemawiać jednym, chóralnym głosem.

Z tonących - komu los nie zesłał tratw?
Z ułomnych - zdrowia nie przywrócił - komu?
Gdy oślepiony ptak odnalazł ślad
I pies bezdomny siadł - na progu domu...


- Oferuję Ci Zayne odkupienie. - „Autor” wyciągnął spokojnie dłoń w kierunku Mandalorianina, w geście dobrej woli. - Drugą szansę na naprawienie swojego żywota. Odrodzenie się w nowej postaci, na płaszczyźnie nowej rzeczywistości. Wybór należy do Ciebie. - Zayne niemalże od razu zadał kolejne pytanie. - A co „Autorze”, miałbym oddać w zamian? - Tajemnicza sylwetka uśmiechnęła się promiennie, sięgając dłonią ku swej twarzy, aby ściągnąć kaptur. Następnie rzekła spokojnym tonem, pełnym nadziei. - Wszystko… Będziesz zmuszony wyrzec się swego ludu. W nowej rzeczywistości zapomnisz, że kiedykolwiek przynależałeś do Mandalorian. Tytuł Twojego klanu przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Przemieni się w proste, ludzkie nazwisko. Wspomnienia o Zakonie Jedi staną się kłamstwem, albo sennym koszmarem. Twoje zbrodnie wojenne zostaną na zawsze wymazane z kart historii galaktyki. Znów staniesz się… nikim. Czystą kartką papieru, gotową do zapisania nowego rozdziału… - Mężczyzna o bardzo typowej i pogodnej twarzy, którą do tej pory skrywał pod kapturem, uśmiechnął się szczerze. Oczekiwał spokojnie na podjęcie decyzji przez Zayne’a. Ten jednak potrzebował znacznie mniej czasu na przemyślenie, niż „Autor” zakładał. W parę chwil, Mandalorianin chwycił mocno rękę mężczyzny, na wysokości nadgarstka, a następnie odrzekł. - Nie będzie to pierwszy raz… Do dzieła. - Mandalorianin skinął zdecydowanie głową, co wywołało wielki uśmiech na twarzy „Autora”. Blask otoczenia nasilił się i otoczył rozmawiającą dwójkę, sprawiając, że ich sylwetki rozmyły się…

Ukryte:

(Inspirowane plakatem do tragicznego filmu, The Last Jedi.)


Rozdział I: Tytani, czyli sny marzyciela.

Czas datowany na rok 40 ABY. Możliwe błędne wprowadzenie danych

Bardzo niewielkich rozmiarów gryzoń spogląda ciekawie w kierunku tunelu, który wcześniej był jedynie rumowiskiem skalnym na jego terenach łowieckich. Obserwacja owego tunelu wydawała się arcyciekawa, ponieważ dawne gruzowisko stało się wpierw miejscem pracy, a następnie pielgrzymką bardzo wielu gigantów, których stworzenie nigdy wcześniej nie miało szansy widzieć w swym, dopiero co rozpoczętym, żywocie. Małe, choć inteligentne stworzenie z gromady ssaków, dokonało krótkiego rozważenia możliwych zysków i strat w przypadku wejścia do tunelu. Od dłuższego czasu z wnętrza ziejącego mrokiem miejsca unosił się zapach pokarmu, który intensywnie drażnił zmysły gryzonia. W końcu stworzonko, w desperackim akcie odnalezienia pożywienia, zbliżyło się do skraju tunelu i obwąchało dokładnie niosące się zatęchłe powietrze z wnętrza wyłomu. Zmysł węchu nie pozostawiał żadnych wątpliwości. W środku czekały skarby, prawdziwa uczta! Przymierająca głodem istota, nie mogła oprzeć się swoim instynktom i podążyła w głąb ciemności…

Przemierzając ponure korytarze gryzoń obwąchiwał skrzynie, które dopiero co zaczynały zbierać kurz. Zmysły jednoznacznie wskazywały ogromne ilości jedzenia w skrzyniach, jednakże bez względu na to, jak bardzo żyjątko się starało – nie było w stanie dostać się do środka. Tego typu sytuacja pogłębiła jedynie frustrację małego ssaka, który podreptał dalej ku swemu przeznaczeniu. Stworzenie z niepokojem zatrzymało się przy nienaturalnym zawalisku po krótkiej wędrówce. Miejsce prezentowało się jakby znaczna siła doprowadziła do runięcia tunelu, a następnie kolejna nienaturalna potęga odbyła próbę stworzenia przesmyku. W obniżeniu napięcia sytuacji z całą pewnością nie pomagały liczne dogasające źródła ognia, oraz niepokojące ilości opadającego popiołu. Stworzenie w końcu przecisnęło się na drugą stronę, aż do obszernej sali, która co jakiś czas była poddawana delikatnym wstrząsom. Ślepiom gryzonia ukazał się obraz niczym z bajki, bądź najskrytszych marzeń, gdyby tylko było w stanie je mieć. Jak okiem sięgnąć w ogromnym pomieszczeniu leżało kilkanaście ciał olbrzymów w pancerzach czy pełnym umundurowaniu. Gryzoń podbiega prędko do nieopancerzonego ciała z emocją, która u ludzi byłaby opisana jako euforia. Rozpoczęła się uczta! Niewielkie żyjątko prędko przegryzło pierwsze warstwy skóry poległego olbrzyma, by zatopić kły w soczystych i wciąż świeżych mięśniach, przez które jeszcze do niedawna przetaczały się litry krwi. Siekacze z pełną pracą cięły kawałki mięsa i podawały je w głąb jamy gębowej. W specyficznym ekosystemie sali, rozkładające się zwłoki mogłyby przeleżeć długie miesiące, gdyby doszło do odpowiedniej konserwacji, zapewniając aż nadto pokarmu do przeżycia. W trakcie posiłku drobnego żyjątka, występujące wstrząsy sali zaczęły się pogłębiać i trwać coraz dłużej. W kilku punktach doszło do oderwania się drobin skalnych, które upadały na posadzkę tworząc przeciągłe i ponure echo. Niewielki ssak nie podejrzewał nawet na cóż może się zanosić przez łapczywe pochłanianie kolejnych fragmentów mięśnia szyjnego nieszczęśnika. Dopiero, gdy fragment sufitu oderwał się i uderzył tuż obok naszego drobnego bohatera, jego zmysły w panice zidentyfikowały zagrożenie. Było jednak za późno. Kolosalne fragmenty sklepienia zaczęły upadać na posadzkę, grożąc całkowitym zmiażdżeniem wszystkiego pod spodem. Zwierzę zerwało się na równe łapki. W akcie desperackiej ucieczki zaczęło przebierać drobnymi kończynami, by choć spróbować umknąć szponom śmierci. Kostucha zdała się jedynie uśmiechnąć, obserwując beznadziejną próbę ratowania życia nierozumnego stworzenia, które nie miało najmniejszych szans, by w odpowiednim czasie przebyć dystans kilkunastu metrów. Odłamki coraz gęściej uderzały w starożytny kamień, po którym biegł gryzoń, zwiastując tym samym koniec krótkiego i nieznaczącego żywota zwierzęcia. Fragment sklepienia wielkości sporego olbrzyma oderwał się nad łebkiem istoty i stałym ciągiem zmierzał w dół, zgodnie z panującą na planecie siłą grawitacji. Gryzoń, którego żołądek był przepełniony trawionym pokarmem, opadł w końcu z sił i pogodził się ze swym losem. Instynkt nakazywał walczyć, jednak zmęczone łapki nie były w stanie przebiec ani centymetra dalej. Wtem doszło do czegoś nieoczekiwanego. Zjawiska tak anormalnego na planecie spieczonych skał, jak ulewny deszcz na usychającej pustyni. W odległości kilku metrów, wszystkie spadające skały zawisły w powietrzu, tak jakby znalazły się w warunkach zerowej grawitacji. Trzęsienie ziemi, które zadrżało posadami starożytnego grobowca w końcu ustało, zwiastując ocalenie. Gryzoń nieśmiało obrócił się i uniósł łepek ku górze, dostrzegając brodatego giganta, który uśmiechał się subtelnie. Jedna z jego dłoni była uniesiona wysoko ponad głowę i zdawała się powstrzymywać fragment sufitu przed runięciem na ich głowy. Zwierzę, będące w szoku, śledziło z uwagą dalsze poczynania sapiącego z wysiłku giganta. Żyjątko zaobserwowało delikatny, aczkolwiek stanowczy ruch nadgarstka kolosa, tuż przed tym jak skały rozstąpiły się na boki i osiadły na posadzce, nie robiąc nikomu z dwójki krzywdy. Nie wiedząc czemu, instynkt samozachowawczy małego ssaka nie kazał salwować mu się ucieczką, gdy gałki oczne zarejestrowały gwałtowny ruch tytana w kierunku drobnego organizmu. Mężczyzna o zadbanej i starannie prowadzonej brodzie uśmiechnął się nieznacznie, głaszcząc zszokowaną istotę. - Następnym razem, to Ty ratujesz moją skórę! Co ty na to? – Gigant roześmiał się i powrócił do wyprostowanej postawy. Gryzoń, będąc nadal w szoku, obserwował postać kolosa, który po otuleniu się grubym płaszczem ruszył w kierunku jedynego niezawalonego korytarza, co jakiś czas przeskakując nad odłamkami, które oderwały się niedawno ze sklepienia starożytnego grobowca.

Ukryte:



Rozdział II: Dochodzenie, czyli snów marzyciela ciąg dalszy

Czas datowany na rok 40 ABY, tydzień później. Możliwe błędne wprowadzenie danych

Postać, w trakcie badań idącego w dół korytarza, przystanęła na moment widząc, że dalsza ekspedycja może być znacznie utrudniona przez brak jakiegokolwiek źródła światła na głębokiej ścieżce. Mężczyzna w sile wieku włożył w zęby niewielkie urządzenie, następnie skierował swą dłoń do pierwszej kieszeni dużej torby. Gmerając przez chwilę w rupieciach, które pozwalały mu przeżyć w tych ruinach kilka ostatnie dni, wydobył w końcu niewielkich rozmiarów drewniany kij. Na końcu kija znajdowała się kulista warstwa materiału owinięta wokół trzonka. Jegomość, po wyciągnięciu pochodni, skierował dłoń ku swojej jamie ustnej, w której przez dłuższą chwilę przytrzymywał, za pomocą uzębienia, wspomniany metalowy przedmiot. Położywszy łuczywo na posadzce, mężczyzna sięgnął po byle jaki odłamek walający się nieopodal i uderzył nim kilka razy o metalowy przedmiot, co wzbudziło dziesiątki iskier. Poprzez odpowiednie nakierowanie linii padania iskier, doszło do rozpalenia materiału na szczapie. Wysoka postać schowała prowizoryczną rozpalarkę do swego pakunku, po czym uniosła pochodnię wysoko ponad linię barków, aby oświetlić dalszą drogę. Mężczyzna od czasu do czasu przystawał i rozglądał się dociekliwie, na jego twarzy malowało się niemałe zdziwienie w trakcie analizy badanych śladów. W końcu, po przebyciu kilkudziesięciu metrów wydrążonego tunelu, mężczyzna dotarł do zapierającej dech w piersiach krypty. Przez chwilę nie był w stanie się ruszyć z miejsca, obserwując z fascynacją groteskowe płaskorzeźby, hieroglify w dawno zapomnianym dialekcie, czy ponure malowidła. Osobnik w długiej szacie obszedł salę w kilku punktach i postawił lampy jarzeniowe, które zapewniły dość oświetlenia, by dokładnie się przyjrzeć miejscu spoczynku starożytnej istoty. Postać kilka razy obeszła grobowiec o roztrzaskanej pokrywie, spoglądając na niego uważnie i od czasu do czasu biorąc do ręki większe odłamki skalne, czy rzucające się w oczy przedmioty. Gdy mężczyzna brał w swą dłoń artefakt minionej ery, bądź fragment pobojowiska po niedawnym pojedynku, zastygał na moment, mając przymknięte oczy. Nierzadko stał tak w miejscu przez wiele minut, a czasami odrzucał obiekt tuż po podniesieniu. Po kilkunastu godzinach dokładnych oględzin krypty, mężczyzna w końcu zakończył pracę Z cichym westchnięciem podszedł wraz ze swoją obszerną torbą do skraju oświetlenia jednej z lamp jarzeniowych. Rozpakował kolejno: prowiant, śpiwór, holodatę, komunikator, niewielki przedmiot przypominający holodysk, palnik polowy oraz pojemnik z wodą. Pierwszą czynność, której podjął się mężczyzna, było rozstawienie palnika pokrytego niewielką warstwą spalonego tłuszczu. Następnie, po chwili przewracania tobołków, udało się odnaleźć patelnię, która prędko wylądowała na syczącym palniku. Już po chwili oczekiwania w całej krypcie unosił się smakowity zapach pieczonego mięsa z dodatkiem kilku mrożonych warzyw. Mężczyzna pogwizdywał wesoło, od czasu do czasu obracając kotletem dzięki minimalnej manipulacji Mocą. Po momencie namysłu człowiek odpiął od pasa holodatę ze stłuczonym, choć funkcjonującym, ekranem, od razu podpinając adapter wzmacniający odbiór i rejestrację dźwięków otoczenia. Po niedługim czasie zamyślenia, mężczyzna zaczął mówić na głos. - Rycerz Jedi, Zayne Vergee. Nagranie numer siedemnaście, osiemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy. Podsumowanie dzisiejszych badań, oraz wysuniętych hipotez.

„Nie jestem archiwistą, lub kronikarzem Zakonu, jednakże przyświecają mi te same idee naukowe, którymi wykazują się najbardziej doświadczone umysły, które niegdyś szkoliły w Prakseum. Z tego powodu, na podstawie moich badań określiłem pewne schematy, które są raz za razem powielane przez kolejne jednostki, które na pierwszy rzut oka nie mogą być z sobą w żaden sposób powiązane. Historia ma tendencję pamiętać jedynie o największych złoczyńcach, lub herosach, a tym samym bezimienni bohaterowie, czy plugawe cienie pozostają pominięci na kartach wielkich wydarzeń.

Zignorujmy więc na moment pompatyczne nazwiska, które są na ustach obywateli Republiki niemalże każdego dnia. Spróbujmy nie dać się zwieść błędom poznawczym, jakoby jedynie nazwisko Skywalker kreowało obecny wygląd galaktyki. Przyjrzyjmy się skali mikro. Nieistotnym na pierwszy rzut oka zgrzytom zębatych kółeczek, które dla wielu tracą na znaczeniu w obliczu hałasu i huku, jakie po sobie pozostawiają największe maszyny, którym przypada decydująca rola w tej kakofonii.

Powtórzmy jeszcze raz co do tej pory ustaliłem, hm? Być może w ten sposób obraz nierównej gry, w której zdaje się jesteśmy jedynie pionkami, będzie tak wyraźny, że naszej dwójce poczucie wstydu przeżre sporych rozmiarów dziurę w postrzeganiu własnej wartości. Należałoby się, skoro zawczasu nie dostrzegliśmy problemu…”


Mężczyzna o imieniu Zayne, przerwał nagle swoją wypowiedź, a następnie pokręcił głową z dezaprobatą. Stan zażenowania został wywołany poczuciem beznadziei. Rycerz Jedi szczerze zaczął wątpić w swoje kompetencje, odkąd od paru dni utknął w martwym punkcie. Ruiny zdawały się oddalać go od odpowiedzi, zamiast przybliżać. Próba tłumaczenia kolejnych starożytnych tekstów, lub odzyskania danych z antycznych holodat, nie przyniosły skutku. Eriadyjczyk przejechał otwartą dłonią po twarzy, martwiąc się, że nauki moralne, oraz szkolenie, które odbył u najznamienitszych umysłów Jedi, na planecie Hakassi, okażą się zmarnowanym potencjałem. Wyłącznie przez jego własną niekompetencję i niedostatki talentu. Jakże więc mógłby spojrzeć im w twarz, gdy powróci ze swej wyprawy z niczym? Jak miałby przyznać, że jego przypuszczenia, oraz badania zaprowadziły go donikąd? Powiedzieć, że jego zrozumienie przypadków odstępstw od Jasnej Strony Mocy, w żaden sposób się nie pogłębiło, w czasie tej pielgrzymki? Pogodzić się z tym, że przyszłe pokolenia Jedi są w taki sam sposób narażone na nieudolność nauczycieli w przekazaniu sensu nauk Jedi, co upadli uczniowie sprzed dziesiątek, setek, a nawet tysięcy lat? Nie, na to nie mógł pozwolić. Prawdziwy naukowiec, nigdy nie ustaję w poszukiwaniach prawidłowej odpowiedzi, co do tego Zayne był przekonany. Czując przypływ świeżej motywacji, Eriadyjczyk zerwał się na równe nogi, aby udać się do jednego ze starożytnych pomieszczeń, które usposobił na swoją tymczasową pracownie naukową. Zwartym krokiem maszerował w odpowiednim kierunku, zapominając przy tym całkowicie, że dopiero co przygotował dla siebie świeży posiłek.

Po kilku godzinach spędzonych na karkołomnym przeglądaniu sterty starożytnych pism, Zayne odczuł, że beznadzieja powróciła ze zdwojoną siłą. Tłumaczenie skomplikowanych określeń z już martwych języków w niektórych wypadkach, przyniosło jedynie frustrację, gdy Zayne dostrzegał, że tłumaczone teksty mają to samo przesłanie, co przechowywana wiedza w archiwach Jedi, w nowocześniejszej formie. Młody Jedi miał już się poddać, gdy jego uwagę przykuła wyblakła notatka, na jednej z wertowanych stron. Charakter pisma odznaczał się wyraźną elegancją na tle mechanicznego i równomiernego druku. Zayne czym prędzej zabrał się za tłumaczenie informacji, widniejącej przy jednym z dłuższych tekstów, traktującym o interpretacji Kodeksu Jedi. Po zakończonej pracy, Jedi przeniósł delikatny papier na jeden ze stołów, w celu dokładnego zrozumienia fragmentu notatki, w świetle lampy jarzeniowej.

Moc nie przyniesie Ci zrozumienia, ni prawdy.

Być może oczekiwałeś swoistej niespodzianki, zdradzenia sekretu, który skrywał się przed Twoim wzrokiem długi czas. Pragnąłeś ujrzeć coś, co zmieniłoby perspektywę z jaką oceniasz rzeczywistość, sprawiając, że zacząłbyś kwestionować podstawy swojego jestestwa.

Nie ma wielkiego objawienia…

Nie ma wielkiej tajemnicy…

Jesteś tylko Ty…


Ukryte:


Zayne, oderwał bardzo powoli wzrok od notatki nieznanego użytkownika Mocy. Oczywistość tych stwierdzeń wydawała się uwłaszczać inteligencji wykształconego rycerza Jedi, przez co wielu mogłoby nie zwrócić nań uwagi. Dlatego właśnie to znalezisko było tak cenne, ponieważ Jedi mają tendencję zapominać, co to znaczy być człowiekiem. Mądrość najprostszej codzienności zostaje zdyskredytowana przez określenie jej banałami. Właśnie to było przyczyną upadku Zakonu przez tysiąclecia… utrata człowieczeństwa przez Jedi. Dlatego nowy Zakon Jedi pod wodzą mistrza Skywalkera, ma szansę naprawić błędy przeszłości. Młody Jedi po chwili zamyślenia, powrócił prędko do pracy, aby raz jeszcze przejrzeć zebrane relikty, w poszukiwaniu nabazgranych notatek, które mógł ominąć, w swej ignorancji...


Rozdział III: Rzeczywistość

Rok 29 ABY, pierwszy kwartał, planeta Toong’L

- Obudź się. Dotarliśmy w końcu na miejsce. Dlaczego cały drżysz? Dobrze się czujesz? Zbudź się! - Podniesiony ton głosu nieznanego osobnika, wyrwał w końcu Zayne’a z objęć głębokiego snu. Eriadyjczyk potrzebował chwili na dojście do siebie, analizując w pierwszych sekundach irracjonalną wizję badania starożytnych ruin, której doświadczył we śnie. Troski dnia codziennego miały jednak pierwszeństwo w zaprzątaniu myśli człowieka. Ten zresztą już po paru chwilach zapomniał o tajemniczym obrazie, który prawdopodobnie był jedynie wytworem podświadomości. Zayne skierował otępiałe spojrzenie na wysokiego żołnierza odzianego w pancerz, o wyblakłym czerwonym kolorze. Młody lekarz musiał przez dłuższą chwilę się zastanowić jaką nazwę nosi rasa jego rozmówcy. W końcu do niego jednak dotarło. Po charakterystycznej kościanej masce, Zayne mógł przypuszczać, że ma do czynienia z przedstawicielem rasy Kaleesh. Nim Eriadyjczyk zdążył odpowiedzieć na wcześniejsze pytania, Kaleeshanin odetchnął z ulgą na widok przebudzenia towarzysza. - Właśnie tak, wstań człowieczku. Zdaje się, że mocno spałeś, a w dodatku nawiedził cię koszmar? Jak się nazywasz? - nieznany Zayne’owi Kaleeshanin zapytał z wyraźną ciekawością w głosie. Zayne ponownie potrzebował chwili, aby zebrać swe myśli, w celu wyartykułowania odpowiedzi, przez co miał moment, aby dokładnie przyjrzeć się obcej istocie. Jak zwykle u typowego przedstawiciela tej rasy, rozmówca był całkiem dobrze zbudowany. Postura oraz charakterystyczna maska budząca niepokój stały w swoistym kontraście ze spokojnym i opanowanym głosem osobnika. - Ja… nazywam się Zayne Vergee, miło mi Cię poznać. - Eriadyjczyk odparł uprzejmie, a następnie kontynuował. - Moim snem nie musisz się przejmować. Już od dłuższego czasu senne mary nie dają mi odpocząć w spokoju. - Zayne westchnął nieznacznie, a następnie przeciągnął się kilka razy, aby przywrócić odpowiednie krążenie w swoich kończynach. W tym samym czasie, Kaleeshanin wydawał się pogrążyć w zamyśleniu po słowach Zayne’a. - To bardzo niepokojące. Brzmi jakby duchy przodków rozgniewały się na Ciebie. Cóż takiego taka wątła istota mogła uczynić, by sobie na to zasłużyć? - Postać o kościanej masce zapytała w sposób bezpardonowy. Zayne jednak rozumiał, że brutalna szczerość nie była podyktowana złośliwością, ale prawdomównością. Eriadyjczyk wzruszył delikatnie ramionami. - To dość długa historia, a my i tak nie mamy czasu na pogaduszki. Zgaduję, że dowódca już zaczął rozdzielać ludzi do roboty? A przy okazji… jak Tobie na imię? - Zayne już w pełni wybudzony, zaczął poprawiać swój mundur medyka polowego, a następnie począł rozglądać się za dostępnymi droidami-tragarzami, aby te mogły rozładować ekwipunek ambulatoryjny. - Hargikarainik! - odparł z entuzjazmem, wymawiając przy tym imię na którym można spokojnie połamać język. - Ale większość ludzi w oddziale mówi na mnie „Demolka”.
- Prawdopodobnie przez moją… naturalną wręcz predyspozycję do ładunków pirotechnicznych. - Zayne zaśmiał się pod nosem, podczas wskazywania droidom odpowiedniego sprzętu do rozładunku, aby przygotować szpital polowy. Po chwili odwrócił się do Hargikarainika i poklepał go słabo po pokrywach pancerza na wysokości przedramienia. - Będę musiał pamiętać, aby nie pozwolić Ci nawet się zbliżyć do ambulatorium, bez wcześniejszego zeskanowania tego, co na sobie taszczysz. - Zayne rozejrzał się po lokacji w której mu przyszło stacjonować wraz z pozostałymi żołdakami Sojuszu Galaktycznego, który zrodził się z popiołów upadłej Nowej Republiki. Eriadyjczyk starał się nie myśleć o tym, że jego lekarska kariera definitywnie umarła przez grzechy przeszłości, ale nawet on nie zakładał, że jedyne miejsce w którym znajdzie pracę to wojsko… od kiedy armia polega na tchórzach? Jednym pocieszeniem dla Zayne’a był fakt, że jego umiejętności zapewnią mu stały pobyt w obrębie bazy. Nikt nie będzie przecież ryzykować śmierci lekarza w okopach.
- Hmmmm… - Zayne mruknął po wyrwaniu się ze swych procesów myślowych. - Po co właściwie się znaleźliśmy na tym jałowym pustkowiu? Sojusz nie ma lepszych placówek do obsadzenia, o faktycznym znaczeniu taktycznym? - Eriadyjczyk, który rozeznawał się w sprawach wojskowych w równie wielkim stopniu, co w polityce, pokręcił delikatnie głową. Liczył przy tym, że jego nowo poznany towarzysz, w sposób wyrozumiały przedstawi swój punkt widzenia na bieżącą sytuację. - Mmmm… nasz dowódca jak zawsze pozostaje oszczędny w dawkowaniu informacji, które do nas docierają. - Hargikarainik, odrzekł po chwili zastanowienia. - Oficjalnie mamy zabezpieczyć ten przyczółek i poczekać na przybycie posiłków. Wywiad twierdzi, że nie mamy się czego obawiać ze strony Vongów. - Kaleeshanin parsknął śmiechem, który spod jego maski wybrzmiał niczym złowieszczy świst. Zayne pokręcił zdecydowanie głową, czując jak zjeżyły mu się włosy na karku, a następnie przeniósł wzrok na powstającą bazę Sojuszu. - Kolejne żywota złożone na ołtarzu krwawej wojny. Zakładam, że będę mieć masę roboty przy rannych w najbliższym czasie. - Zayne mruknął pod nosem, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę. „Demolka” wystąpił naprzód z zamiarem przysposobienia swych ludzi do walki. Zerknął jeszcze przez moment w kierunku młodego lekarza i rzekł. - O ile ktokolwiek z nas przeżyje… - Hargikarainik powiedział ponurym tonem, a następnie ruszył w swoją stronę, pozostawiając przerażonego Eriadyjczyka na rampie transportowca. Zayne potrzebował chwili, aby otrząsnąć się z targających go emocji. Przy poborze obiecano mu przecież, że zawsze będzie znajdować się z dala od największych zagrożeń, bez konieczności brania udziału bezpośrednio w walkach. W swej naiwności, Zayne’owi nawet do głowy nie przyszła opcja, że jego życiu mogłoby cokolwiek zagrażać. W końcu to właśnie ono było dla niego najdroższe. Nieważne jaką cenę przyszło zapłacić, by je zachować…


Rozdział IV: Maska

Rok 23 ABY, planeta Eriadu.

Zayne wyskoczył z łazienki, wycierając ręcznikiem jeszcze mokrą bujną czuprynę. Z uśmiechem wymalowanym na twarzy zatrzymał się przy oknie swego apartamentu, który został zakupiony przez ojca Zayne’a, jako prezent w związku z dostaniem się na wymarzoną uczelnię. Młody mężczyzna spojrzał z uśmiechem na roztaczającą się panoramę jednego z miast planety Eriadu, które dzisiejszej nocy będzie wyłącznie jego i Melidany… a potem, kto wie? Może Melidana również będzie tylko jego? Zayne rozważał tą myśl z zawadiackim uśmiechem na ustach, a następnie ruszył w kierunku garderoby, aby przywdziać coś ekstrawaganckiego na wieczór. Po drodze zdarzyło mu się zgubić ręcznik, który był aktualnie jedyną częścią jego ubioru, jednakże któż mógłby go podglądać w tym momencie? Po wieczności dumania przed obszerną komodą, mężczyzna w końcu zdecydował się ubrać na dzisiejszy wieczór granatowy garnitur, oraz białą koszulę z akcentami bordowego koloru. Aby dopełnić harmonię oraz elegancję swego stroju, Zayne wybrał odpowiednie dodatki w postaci przygaszonej czerwonej muchy, a także pary srebrnych spinek z wysadzanymi kamieniami szlachetnymi o barwie turkusowej. Młody student oklepał delikatnie dłonią policzki, upewniając się, że jest gładko ogolony, po czym skinął do głową w kierunku własnego odbicia na znak gotowości. Nie mogąc napatrzeć się w lustrze na samego siebie, Zayne w końcu opuścił apartament i skierował swe kroki w stronę garaży całego kompleksu mieszkaniowego. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, dziarsko pogwizdujący chłopak począł wprowadzać kod dostępu do hangaru, który krył prawdziwą bestię. Po uniesieniu wrót, student zagwizdał przeciągle spoglądając na przerobionego klasyka sprzed bardzo wielu lat. Zayne przejechał palcami po wściekle czerwonym lakierze podniebnego ścigacza M-31, czując że mógłby przekroczyć regulacje prawne co do prędkości od samego patrzenia na ścigacz. Nie zastanawiając się długo, Zayne wskoczył do środka kabiny pojazdu, który był również prezentem od jego rodziców, z okazji osiemnastych urodzin w tym wypadku. Rodzice Zayne’a, byli dobrze prosperującymi sprzedawcami oraz kupcami luksusowych nieruchomości na Eriadu, toteż mogli sobie pozwolić na kosztowne upominki dla jedynego syna. Chłopak z uśmiechem pomyślał o matce, która w tym momencie zapewne jest w trakcie planowania kolejnego genialnego wystroju wnętrza mieszkania dla jakiegoś czołowego polityka partii rządzącej, lub rozwydrzonej celebrytki. Po chwili zamyślenia Zayne w końcu aktywował swój ścigacz, a następnie opuścił niewielki hangar przypisany do jego apartamentu. Młody student pośpiesznie przemykał szlakami powietrznymi Eriadu, nie raz i nie dwa popełniając drobne wykroczenie, by nie spóźnić się na umówiony czas spotkania z Melidaną. W końcu udało mu się dotrzeć na parking powietrzny unoszący się w pobliżu Opery Narodowej Eriadu. Los zdaje się sprzyjał Zayne’owi, ponieważ akurat udało mu się wypatrzeć jedno z ostatnich wolnych miejsc w pobliżu prezydium budynku. Po zaparkowaniu i pośpiesznym przejrzeniu się w lusterku, młodzian opuścił kabinę sportowego śmigacza i udał się w kierunku gmachu opery przed którą miał oczekiwać na przyjazd jego drogiej przyjaciółki Melidany.
Zayne, spoglądając na chronometr, po koło piętnastu minutach zaczął się niepokoić, że może Melidanie coś się przytrafiło i nie przybędzie… lub co gorsza, z jakiegoś powodu wystawiła go do wiatru. Najbardziej pesymistyczne teorie i myśli szybko jednakże umknęły z rozpaczającego umysłu Zayne’a, gdy tylko dojrzał młodą Twi’lekankę, opuszczającą zgrabnie wnętrze śmigacza białej taksówki. Zayne nadal nie mógł przyzwyczaić się do zniewalającego wyglądu Melidany. Niemałe… oczy w których głębi i lazurowym kolorze można utonąć, jeśli wpatrywałbyś się przez zbyt długi czas. Długie i pociągające lekku, które młoda studentka starannie pielęgnowała. I jakże można zapomnieć o twarzy i talii, które swą perfekcyjnością przywodzą na myśl rzeźby przedstawiające boginie piękna i płodności ze starożytnych wierzeń różnych ludów galaktyki. Zayne nie zdał sobie sprawy, że jego umysł przeżył zacięcie i wymagał twardego resetu w postaci machającej dłoni Melidany przed jego twarzą.
Ukryte:

– Hej? Jesteś tam jeszcze Zayne? – zapytała z lekkim niepokojem kobieta, w której sylwetkę wpatrywał się Dalinar z być może przerażającą intensywnością.
- Ja….. ja… łał… wyglądasz…. Łał….! – Zayne przeklął samego siebie w myślach za tak ordynarny brak taktu i zapatrzenie się w cielesne aspekty Melidany, bojąc się, że uzna go za płytkiego dupka. Niepokój studenta został ponownie prędko rozwiany przez tym razem pogodny śmiech młodej Twi’lekanki. - Nie sądziłam, że doczekam dnia, gdy mój drogi Zayne zaniemówi z wrażenia, w dodatku na mój widok! Szkoda, że nie udało mi się tego nagrać, miałabym kartę przetargową, by zmuszać Cię do wykonywania dla mnie prac na Histologię ogólną gatunków rozumnych galaktyki. – Melidana uśmiechnęła się zniewalająco od ucha do ucha, będąc świadoma tego, że na samym początku spotkania udało jej się pokonać Zayne’a z kretesem.
- Och los gorszy od śmierci… Chociaż jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, miałbym wymówkę, by często przebywać blisko Ciebie, a to… wcale nie brzmi tak źle! – Odparł Zayne z szarmanckim uśmiechem. Melidana potraktowała go co prawda lekkim kuksańcem w ramie, ale po pogodności jej twarzy widać było, że doceniła niewielki żart z romantycznym przesłaniem. Młody student, biorąc głęboki oddech mógł wręcz wyczuć radość i ekscytacje, które mieszały się w bogatej kompozycji wraz z innymi emocjami Twi’lekanki. Zayne jednak szybko pokręcił głową i wyzbył się tak abstrakcyjnego i śmiesznego rozważenia. – Kto niby mógłby być zdolny do tego typu obserwacji oprócz stukniętych magików Jedi? – pomyślał po chwili. Zayne uniósł delikatnie prawe ramie delikatnie w bok, pozwalając aby Melidana mogła się swobodnie oprzeć o nie, po czym oboje ruszyli do środka przybytku dziedzictwa kulturowego Eriadu. Po krótkim spacerze korytarzami opery, które swym przepychem i wielkością potrafiły onieśmielić najbardziej pewne siebie indywidua. Dlatego też dwójka studentów przechodziła korytarzami w ciszy, kontemplując w swoich sercach to, co mieli okazję zobaczyć po raz pierwszy w życiu. - A sądziłam, że gmach uniwersytetu medycznego jest piękny… - powiedziała szeptem Melidana, przerywając na moment chwilę ciszy i zachwycenia artyzmem architektury. - To miejsce jest mimo wszystko pozbawione pewnego ograniczającego pragmatyzmu, który cechuje uczelnie państwowe… to.. to miejsce po prostu ma na celu olśnić pięknem. – Powiedział Zayne po chwili przemyśleń z głębi swego serca. Melidana uśmiechnęła się promieniście i skinęła delikatnie głową. – Może chodźmy już do loży? Spektakl zaczyna się za moment, wolałabym nie przegapić nawet minuty. – Zauważyła słusznie Twi’lekanka z namacalną ekscytacją obecną w tonie głosu. Zayne, znajdując się nadal pod czarem geniuszu architektury opery, ruszył powoli w kierunku galerii, którą zarezerwował dla siebie i Melidany, by cieszyć się wspaniałym widowiskiem. Gdy tylko usiedli w emporium, dwójka młodych studentów cieszyła się wspólnym towarzystwem poprzez konwersację, aż do chwili uniesienia się kurtyny, oraz przyćmienia oświetlenia. Widowisko w końcu się rozpoczęło. Gra świateł, cieni oraz zadziwiające zjawiska luminescencyjne potrafiły zahipnotyzować obserwatora w sposób bezgraniczny. Scena zawładnęła umysłem Zayne’a niepodzielnie, po jakimś czasie przenosząc jego uwagę na groteskowe postacie w maskach, które niepokojącymi ruchami wspinały się na parkiet spektaklu od strony zagłębienia, w którym powinna być ukryta orkiestra. Intymność i indywidualność wydarzenia, całkowicie zawładnęły duszą młodego studenta, który spijał każdą wyśpiewaną głoskę z ust mistrzów opery jego ojczystego świata. Zayne z trudem oderwał spojrzenie od trwającego widowiska i spojrzał na swą przyjaciółkę. Wachlarz wielu emocji, które malowały się na jej twarzy, sprawił, że młoda Twi’lekanka zdawała się, jeszcze bardziej pociągająca w swej wszechobecnej gracji, oraz subtelności. W końcu spektakl dobiegł końca, a dwójka studentów została odczarowana i powróciła do rzeczywistości ze świata baśni i legend. Zayne uniósł delikatnie dłoń i pomógł wstać Melidanie. – To było… coś niesamowitego, chociaż się staram z całych sił, nie mogę odnaleźć odpowiednich słów, które oddałyby piękno tego widowiska. Mam tylko wielką nadzieję, że Ty też dobrze się bawiłaś Koch… Meli? – Zapytał Zayne, którym kierowała szczera troska i już nieukrywane zainteresowanie Melidaną. – Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, próbuję porównać to do wszystkiego czego do tej pory doświadczyłam w teatrach, przedstawieniach, ale… to jak zestawić iskierkę do ogromu gwiazdy neutronowej. – Młody mężczyzna skinął zdecydowanie głową wiedząc doskonale co Melidana ma na myśli. – Nie mogę się doczekać, by podzielić się z Tobą moimi wrażeniami. Madame, jeśli tylko uczynisz mi ten zaszczyt, to chciałbym Cię porwać do pewnej znakomitej restauracji kilka przecznic stąd. Co Ty na to? – zapytał Zayne z nieskrywaną nadzieją i ekscytacją malującą się w tonie głosu. - Skoro mówisz, że to porwanie to zdaję się, że nie mam wyboru! Muszę w pełni oddać się swemu oprawcy, nie chciałabym, by stała mi się krzywda… - Melidane zaśmiała się pogodnie chwytając dłoń Zayne’a, aby czym prędzej go wyciągnąć z opery na zatłoczone ulice miasta-roju.

Młodzi zakochani przeszli kilkanaście przecznic, oddalając się od ścisłego centrum metropolii. Spacer mijał im na ciągłej rozmowie, co rusz przerywanej napadami szczerego śmiechu. Księżyc planety unosił się wysoko ponad głowami młodzian, oświetlając im drogę. Zayne uniósł delikatnie dłoń w kierunku urokliwego parku egzotycznej zieleni , który powstał z inicjatywy handlarzy florą z odległych zakątków galaktyki, jako żywa reklama. Zayne pragnął pokazać owe miejsce Melidanie, której ojczyzna znajdowała się w innej części galaktyki, a Eriadu nadal było obcym punktem, a przez to magicznie intrygującym. Studenci w kwiecie wieku, usiedli na jednej z publicznych ławek, nie mając świadomości, że od jakiegoś czasu są bacznie obserwowani. Trójka zamaskowanych, obskurnie wyglądających, postaci zbliżyła się do dwojga rozmówców z różnych kierunków. Zayne wraz z Melidane dopiero po chwili zdali sobie sprawę z obecności groźnie wyglądających sylwetek. Strach zagościł w sercu młodego mężczyzny, jednak ten postarał się zachować zimną krew. Zayne chwycił dłoń swej towarzyszki i spróbował jak gdyby nigdy nic opuścić miejski park, udając się najbliższą ścieżką w stronę wyjścia. Jeden z opryszków wyprzedził pozostałych i bez wielkich przeszkód zastąpił drogę przerażonemu Zayne’owi oraz Melidanie. Eriadyjczyk subtelnym ruchem przesunął sylwetkę Twi’lekanki tak, aby zasłonić ją własnym ciałem o szczupłej, lecz wysportowanej posturze. Chcąc rozwiązać sprawę w sposób niestwarzający ryzyka dla Melidane oraz jego samego, Zayne odezwał się uprzejmie do zamaskowanych postaci. - W czym moglibyśmy pomóc przyjaciele? Czy może zabłądziliście w naszym pięknym mieście i potrzebujecie, aby ktoś wam wskazał drogę? – Zayne zapytał najbardziej ugodowym i przyjaznym głosem na jaki był w stanie się zdobyć. Młody chłopak spojrzał w mrok skrywający twarz zakapturzonej postaci. Owy stwór nocy wyciągnął niewielki blaster i wycelował go wprost w twarz Zayne’a. Eriadyjczyk poczuł po chwili jak robi mu się słabo, a jego ciało przeszedł dojmujący dreszcz. Upiór stojący przed nim zaśmiał się paskudnie słysząc wypowiedź umierającego ze strachu człowieka. - O tak, z całą pewnością potrzebujemy Twojej pomocy! Potrzebujemy wszystkich Twoich kredytów, które planowałeś roztrwonić dzisiejszej nocy. A do tego zegarek, holodatę… – Zayne zaczął nerwowo oklepywać się po kieszeniach wyciągając wszystkie swoje kosztowności, by jak najszybciej wręczyć je rzezimieszkom, sądząc, że to załatwi sprawę. Postać grabieżcy rzeczywiście wydawała się być bardzo usatysfakcjonowana postępowaniem młodego mężczyzny i opuściła broń rozluźniając się na moment. W tym samym czasie jeden z pozostałych oprychów odezwał się szorstkim-gadzim głosem. – Dziewczyna… - wychrypiał słowo w basicu z paskudnym akcentem, mając głowę cały czas zwróconą w kierunku Melidany. Zayne poczuł jak sporej wielkości głaz uformował się w jego żołądku, Melidana jeszcze bardziej przylgnęła do jego pleców szukając w ten sposób schronienia w sylwetce jej przyjaciela czy też domniemanego ukochanego. – Proszę… dostaliście już to czego chcieliście… zostawcie nas w spokoju! – Twi’lekanka odezwała się łamiącym głosem. Eriadyjczyk uniósł delikatnie dłoń w kierunku zbira, który zdawał się przewodzić gangowi. - Proszę… puśćcie nas, nikomu o niczym nie powiemy… - Zamaskowany mężczyzna wulgarnie przerwał wypowiedź Zayne’a. – Pieprzony lalusiu, słyszałeś co powiedział. Dziewczyna zostaje tutaj, a Ty wypierdalasz w podskokach zanim zmienię zdanie. - Zayne poczuł, że na dźwięk tej groźby omal nie zapomniał o kontroli swych zwieraczy. Odzyskując po chwili panowanie nad sobą i własną fizjologią, zwrócił się jeszcze raz do upiora stojącego przed nim. - Zrobię wszystko co chcecie… mogę… mogę zapłacić wam znacznie więcej, jeśli tylko puścicie nas wolno i podacie swoje dane bakowe… - Zayne dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak bardzo żałosną i niemądrą próbę wyjścia z sytuacji podjął. Zimna lufa blastera oparła się bezpośrednio o czoło młodego studenta. - Jeszcze słowo… i to miejsce stanie się Twym grobem, pieprzony imbecylu. Ostatnia szansa by wyjść z tego cało… Zostaw dziewczynę nam, a sam stąd spierdalaj, czaisz? - Drżące ciało Eriadyjczyka przez moment nie było w stanie postawić nawet kroku. Mężczyzna przez krótką chwilę obejrzał się na Melidane, którą uważał za miłość swego życia. Dla której uczyniłby wszystko… po czym zaczął powoli się wycofywać. Każda komórka jego ciała chwyciła się rozpaczliwej szansy przeżycia, bojąc się z całego swego jestestwa momentu śmierci i tego co może utracić, jeśli stanie w obronie swej ukochanej. Nie… na to Zayne nie mógł się zdobyć. Nigdy nie potrafił. Opryszkowie parsknęli tylko śmiechem patrząc za uciekającym rozpaczliwie Zayne’m, który co rusz potykał się o własne nogi. Trójka oprychów zbliżyła się do Melidany, która w całkowitym niedowierzaniu i z dojmującym przerażeniem przyglądała się niewyraźnej sylwetce Zayne’a, który ją zostawił na pastwę bestii. Do uszu tchórzliwego studenta doszły przeraźliwe, wręcz zwierzęce krzyki jego przyjaciółki, co zwiastowało cień bestialstw, którym miała być poddana tej nocy. Tchórz próbował szukać usprawiedliwienia, wmawiając sobie, że biegnie sprowadzić pomoc, która przecież z całą pewnością dotrze na czas… prawda? Tymczasem w zakamarkach umysłu chłopaka skrywała się prawdziwie szczera, a zarazem plugawie przerażająca myśl. Zayne cieszył się, że udało mu się ujść z życiem.


Rozdział V: Apatia

Rok 28 ABY, planeta Eriadu.

Zayne otrząsnął się z zamyślenia gdy zdał sobie sprawę, że osoba w białej maseczce macha mu dłonią przed twarzą. - Panie asystencie, czy wszystko w porządku? – postać okazała się być kobietą ubraną w lekarski fartuch i z nieco podirytowanym spojrzeniem wymalowanym na twarzy. Młody mężczyzna przystrojony niedbałym zarostem skinął jedynie głową i odpowiedział po chwili. - Przepraszam, zamyśliłem się we… wspomnieniach. Już idę. – Zayne gestem wskazał kobiecie drzwi prowadzące do sali operacyjnej. Młody lekarz spojrzał przez moment w lustro sali do dezynfekcji, analizując własną twarz. Nienawidził jej, z całego serca nienawidził tego kim jest. Jedyne co trzymało go przy życiu to maska szczęśliwego i tryskającego energią praktykanta świeżo po studiach, oraz pragnienie zadośćuczynienia za własne winy. Zayne ubrał rękawiczki z materiału utrzymujące sterylność w trakcie długich i ryzykownych zabiegów. Po wejściu na sale operacyjną ujrzał już nieprzytomną pacjentkę w pełni przygotowaną przez dyżurnego anestezjologa do zabiegu. Owy zabieg miał poprowadzić, pomagając swemu promotorowi… staremu idiocie o imieniu Ingo Ossaki pochodzącego z planety Eshan – planety, która w pierwszej kolejności produkuje zastępy tradycjonalistów z klapkami na oczach. W odczuciu Zayne’a nie był to dobry rodzaj tradycjonalistów, ale raczej ten gatunek, który wszelaki ślad postępu okrzyknie osłabieniem moralności narodu tudzież tradycji. Zayne skinął delikatnie głową na powitanie i podszedł do stołu operacyjnego, aby móc asystować profesorowi w trakcie zabiegu. Młody Eriadyjczyk spojrzał na bezwyrazową twarz młodej dziewczyny z krańca galaktyki, która niedawno trafiła do szpitala uniwersyteckiego rodzinnego miasta Zayne’a na planecie Eriadu. Diagnoza nowotworu złośliwego kośćca małej dziewczynki była brutalnie prawdziwa i wymagała natychmiastowej interwencji chirurgicznej. Rezydent uniósł delikatnie głowę ku górze po tym jak podał ssak tępemu profesorowi. Zayne starał się dojrzeć postać, która przyglądała się całej operacji w pokoju dla lekarzy i rodziny, który znajdował się nad salą zabiegową. Owa postać nigdy nie zdradziła skąd pochodzi, ani czym się zajmuje. Mężczyzna o szatynowych włosach przedstawił się jedynie z imienia, które teraz wyleciało Zayne’owi z głowy. Młody praktykant nie raz przyglądał się ze zdumieniem zachowaniu dziecka, które było wpatrzone w ową postać niczym w dzieło sztuki. Na przemian śmiali się, rozmawiali lub siedzieli w bezruchu przez kilka godzin. To ostatnie najbardziej wprawiało Zayne’a w osłupienie. Eriadyjczyk potrząsnął łepetyną i skupił się na pomocy podczas zabiegu, oraz wyciągnięciu nauki. Delikatnym ruchem dłoni odciągnął fałdy przekrojonej skóry, aby ukazać zainfekowaną kość udową. Młoda dama miała szczególne szczęście. Wedle prognoz nowotwór znajdował się we wczesnej fazie rozwoju i nie powinien być jeszcze zdolny do transmisji przerzutów do innych organów, jeśli tylko lekarze eksterminują każdą jego komórkę, co przy pomocy nowoczesnych maszyn nie powinno stanowić problemu. – Zayne, przynieś nici chirurgiczne, które wzmacniają strukturę kości i zapobiegają powstawaniu blizn. Ja w tym czasie dokończę oczyszczanie rany i zacznę zamykać. – rzekł promotor tonem głosu, który był wręcz przepełniony starczą arogancją. Wyrywając aspirującego doktora z zadumy. - Oczywiście panie profesorze, za moment przyniosę. – Zayne z cichym westchnięciem udał się w kierunku magazynu operacyjnego, aby odpisać pobranie odpowiednich nici na rzecz trwającej operacji. Młody rezydent wiedział, że tą czynność powinna wykonać pielęgniarka, lub salowa. Stary pryk próbował go zniechęcić i upokorzyć… Zayne musiał to jednak znieść jeśli chciał dokończyć swą specjalizację. Z delikatnym uśmiechem na ustach, odebrał wspomniany przedmiot i dziękując uprzejmie dyżurnemu, Eriadyjczyk ruszył znów w kierunku bloku zabiegowego. Po przekroczeniu progu sali operacyjnej, mężczyzna zagotował się wewnętrznie gdy dojrzał profesora, który kończył szyć nogę dziewczynki tym samym rodzajem nici chirurgicznych, które praktykant miał przynieść z oddalonego skrzydła szpitalnego.
Ukryte:
– Ach młodzieńcze! Niepotrzebnie Cię posyłałem. Szczęśliwie okazało się, że nici były przez cały ten czas przygotowane, tylko wyleciał mi ten fakt z głowy. Ale nie ma tego złego, możesz dokończyć za mnie szycie, dobrze? – Profesor uśmiechnął się paskudnie, co młody mężczyzna mógł zauważyć, gdyż żywa skamielina – jak zwykł go przezywać w myślach, zdjęła już maseczkę operacyjną. – Oczywiście profesorze Ossaki… Z przyjemnością dokończę. – Zayne podszedł do stołu z zamiarem kontynuowania szycia rany, która powstała w wyniku operacji na otwartej kości i wstawieniu durastalowej ochrony. Gdy jednak mężczyzna o niedbale przystrzyżonej brodzie dotknął nogi dziewczynki zaraz odskoczył niczym oparzony. W jego umyśle przez moment rozbłysnął groteskowy obraz wychudzonej panienki o głowie pozbawionej choćby jednego włosa, co jasno sugerowało wyniszczenie organizmu terapią chemiczną. Zayne pokręcił ostro głową starając się wyzbyć resztek szoku z organizmu. Tego typu upiorne widzenia towarzyszyły mu od czasu, gdy na pierwszym roku studiów opuścił w potrzebie swoją przyjaciółkę, a następnie pozwolił by ją zakatowano. Te urojenia zawsze jednak miały miejsce w bardzo trywialnych sprawach. Gdy Zayne dotykał zdjęcia Melidany, to wspomnienia o niej stawały się niemalże realne. Jednakże żadna, nawet podobna rzecz nie miała jeszcze miejsca. Zayne przez moment bił się z własnymi myślami widząc, że większość personelu łącznie z profesorem przygląda mu się, jakby właśnie wszedł nago na oddział geriatryczny. Eriadyjczyk zebrał resztki wiary w samego siebie i po głębokim oddechu skierował spojrzenie na swego promotora. - Profesorze… Wydaje mi się, że być może nie przyjrzeliśmy się kości dość dobrze przez co… oczywiście z mojej winy mogło dojść do zaniedbania, które w przyszłości sprawi, że dziewczynka może mieć niebezpieczne przerzuty. – Zayne przełknął nerwowo ślinę widząc jak na twarzy profesora nie gościła już pycha mieszana z pogardą wobec młodego lekarza. Tym razem na twarzy prehistorycznego dzbana malowała się wyłącznie złość. – Udam… udam, że nie słyszałem, że tak pięknie owinąłeś w sukno utajone oskarżenie o popełnienie przeze mnie tak rażącego błędu. Zalecam by dokończył pan zabieg i czym prędzej opuścił blok zabiegowy… - Promotor Zayne’a wypowiedział te słowa z otwarcie malującą się wrogością w tonie głosu. - Nie… nie… nie mogę tego uczynić ppp-ponieważ… - Zayne po chwili w duchu stwierdził, że już przecież wszystko jedno. I tak go wywalą z praktyk i będzie musiał zaczynać rezydenturę od początku. Równie dobrze może sprawić, że jego bezwartościowe życie tchórza będzie miało sensowny koniec. – Ech… Booo…. Bo ona umrze przez Ciebie Ty stary idioto z dyplomem za pięć kredytów! Musimy otworzyć kość jeszcze raz i usunąć tkankę, którą pominąłeś, bo nie chciało Ci się użyć odpowiedniego skanera! – Pielęgniarki i asystenci znajdujący się na sali zabiegowej zamarli w przerażającym otępieniu słysząc wypowiedź Zayne’a. Prawdę mówiąc praktykant sam nie mógł uwierzyć w to co właśnie wygłosił na głos. Twarz profesora przybrała kolejno blady, szary, czerwony, a w końcu purpurowy kolor. Staruszek wyciągnął drżącą rękę w kierunku alarmu, który ma wezwać ochronę w nagłym przypadku.
- Ty… Ty… Ty szczeniaku ty! Jak śmiesz mnie tak obrażać! MNIE?! Profesora doktora habilitowanego nauk medycznych o specjalizacji onkologii szeroko stosowanej?! Ja… Ja pozbawię Cię prawa do wykonywania zawodu! Wylądujesz na ulicy i wszystkie Twe lata pracy pójdą na marne bezczelny smarku! – Dłoń starca podążyła energicznie w kierunku przycisku wzywającego oddział ochrony szpitala. – No tak… Co ja sobie myślałem? Że ktoś sprzeciwi się temu spasionemu worowi? Jestem idiotą i nic więcej – pomyślał Zayne godząc się ze swym losem. Wtem jednak, wzrok Eriadyjczyka zarejestrował, że dłoń profesora zatrzymała się w połowie gestu gdy do sali operacyjnej wtargnął opiekun dziewczynki, który jeszcze do niedawna przysłuchiwał się wymianie zdań na balkonie ponad salą operacyjną. Profesor ze zdziwieniem przyglądał się swej dłoni, która wbrew rozkazom jego wątłych mięśni nie miała nawet zamiaru ruszyć się z miejsca. Mężczyzna, który wszedł do sali operacyjnej, a którego imienia Zayne nadal nie pamiętał zwrócił się bezpośrednio do profesora. - Podziwiam pana pewność siebie profesorze i wiarę we własne umiejętności. Jest pan do tego stopnia przekonany o własnej nieomylności, że naraziłby życie mojej podopiecznej byleby ukryć własny błąd w sztuce? Bardzo proszę o powtórne sprawdzenie stanu dziewczynki tak jak zalecił pana asystent. – Mężczyzna uczynił subtelny ruch ręką przed twarzą profesora, Zayne prawie go przegapił. Twarz promotora w nienaturalny wręcz sposób złagodniała i spokojnie podeszła do stołu operacyjnego, aby raz jeszcze przystąpić do operacji. Oniemiały praktykant dopiero po dłuższej chwili otrząsnął się z szoku, gdy zauważył, że mężczyzna, który uratował karierę Zayne’a, daje delikatnie znać, aby praktykant również przystąpił do pracy wraz z resztą personelu. Młody mężczyzna niezwłocznie przystąpił do energicznej pracy. Po kilkunastu minutach starań, udało się ponownie dostać do kości udowej, w której doszło do wytworzenia komórek rakowych. Zayne ostrożnie wyciął pokrywę kostną trzonu kości, a następnie zbliżył wyspecjalizowany skaner do jamy szpikowej. Czując krople potu spływające wzdłuż szyi, młody praktykant rozpoczął mozolny skan skomplikowanej struktury anatomicznej.

Uczucie stresu oraz zaniepokojenia zaczęły narastać wraz z upływem czasu. Eriadyjczyk wykonywał kolejne testy, które dawały wynik negatywny na całej płaszczyźnie kości. Sytuacja powtarzała się również w przypadku głębokiej analizy tkanki. Tam komputer także nie wykrywał żadnych anomalii. Wedle bieżących prognoz, całość zmiany nowotworowej została wycięta, a ognisko wygaszone. Maszyna monitorująca stan dziewczynki, wydała z siebie głośny pisk, o wysokim tonie dźwięku. Sygnał miał oznaczać, że operacja powinna już dobiegać końca, bo w innym wypadku pacjentka wybudzi się bezpośrednio na stole operacyjnym. Zayne przeniósł przerażone spojrzenie na urządzenie, które było zwiastunem jego porażki, oraz pomyłki. Gdy Eriadyjczyk nieśmiało uniósł wzrok na sylwetkę swego promotora, oraz tajemniczego jegomościa, ujrzał obraz, który miał na zawsze go dręczyć. Opiekun dziewczynki, który wtargnął do sali wydawał się mocno zawiedziony i zażenowany faktem, że zaufał stażyście. W spojrzeniu mężczyzny kryło się jednak coś więcej, jakby jego własne tajemnicze przypuszczenie wobec Zayne’a, okazało się fałszywe. Mężczyzna jedynie pokręcił głową, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł z sali operacyjnej. Gdy tylko opiekun pacjentki przestał być obecny w pomieszczeniu, furia, oraz urażona duma promotora rozpaliły się na nowo, Zayne nawet nie zdążył zareagować na moment wtargnięcia ochrony na blok zabiegowy. Poczucie beznadziei całkowicie opanowało młodego lekarza, paraliżując jego ruchy. W trakcie gdy ochrona szpitala wlokła jego bezwładne ciało, Zayne mamrotał pod nosem niczym osoba niespełna rozumu, dla postronnego obserwatora. - Przecież… miałem przeczucie. Widziałem jak ta dziewczynka umiera, w wyniku niekompetencji promotora. Jak mogłem się tak pomylić? JAK?!


Rozdział VI: Ucieczka

Rok 29 ABY, pierwszy kwartał, planeta Toong’L

Zayne pokręcił głową, zdając sobie sprawę, że znów śnił na jawie. Pozwalając tym samym, aby błędy przeszłości na moment sparaliżowały jego ruchy. Eriadyjczyk prędko powrócił do pracy, mamrocząc pod nosem. - Nie, nie, nie… Nie wyzioniesz tutaj ducha. Nie pozwolę, abyś umarł jak moja kariera. - Zayne skierował swoje słowa do nieprzytomnego, rannego żołnierza, który leżał na jednym z łóżek polowych ambulatorium. Liczba poszkodowanych żołnierzy rosła z godziny, na godzinę w zastraszającym tempie. Nawet taki laik jak Vergee był w stanie wyciągnąć wniosek, że bitwa musiała być skazana na porażkę. Nie znaczy to jednak, że Zayne zaniecha wysiłku, aby uratować kogo tylko zdoła.
Ukryte:
- Jeszcze tylko ten jeden… pomóżcie mi uratować tego jednego… - Zayne w akcie desperacji i rozpaczy, modlił się pod nosem do każdej boskiej istoty, która zechciałaby go wysłuchać. Eriadyjczyk przestał się w końcu trząść jak galareta i skupił na pojedynczym zadaniu do wykonania – uratowaniu pacjenta. Oczywista diagnoza wskazywała, że wojskowy stracił fragment lewej nogi, na wysokości kolana, w wyniku eksplozji. Dalsze oględziny pokazały też, że pokrywy pancerza zostały stopione przez energię wybuchu. Taki obrót sprawy, uniemożliwiał Zayne’owi dostanie się do powłok pacjenta. Eriadyjczyk nie zastanawiając się długo, sięgnął po ciężki sprzęt w postaci ręcznego wiertła górniczego, które podwędził technikom, gdy wybrał się do ich części bazy na drinka. Bazując na swojej wiedzy, Vergee przypuszczał, że urządzenie będzie w stanie przebić się przez stopione żelastwo, aby tym samym umożliwić ratowanie żołnierza. Młody lekarz w swym wzorowym skupieniu, oraz hałasie sprzętu górniczego, nie zauważył nawet jak do ambulatorium wtargnął jego nowy znajomy, Kaleeshanin o imieniu Hargikarainik. Przedstawiciel wojowniczej rasy przez dłuższą chwilę analizował stan ambulatorium, aż w końcu podszedł do Zayne’a ostrożnie, aby nie wystraszyć swego bojaźliwego towarzysza. Medyk zarejestrował obecność „Demolki” dopiero w chwili, gdy ten stanął po przeciwnej stronie łóżka ambulatoryjnego. Zayne na moment wyłączył wiertło, którym prawie przebił się przez stopione pokrywy pancerza. Eriadyjczyk skupił swą uwagę widząc, że Hargikarainik chce coś powiedzieć. - To naprawdę nie jest najlepszy moment na pogaduszki. - rzekł Zayne dysząc ciężko z wysiłku. - Mam mnóstwo rannych do opatrzenia, a z tego co słyszałem w pozostałych skrzydłach ambulatorium wcale nie jest lepiej. Muszę wracać do pracy… - Zayne położył dłoń na włączniku wiertła, z zamiarem powrotu do mozolnego procesu przebicia się przez pokrywy pancerza, by ratować pacjenta. Ta czynność została mu jednak uniemożliwiona, gdy „Demolka” położył dłoń na panelu kontrolującym działanie urządzenia. Kaleeshanin zaczął mówić ochrypniętym głosem. - Medyku nie mamy czasu, więc dobrze mnie wysłuchaj. Front został przełamany, nasze wojska poszły w rozsypkę. Dowódca poniósł śmierć w ataku samobójczym koralowego skoczka. Nikt nie wie kto powinien objąć dowodzenie, a w bazie panuje agonalny chaos. Pozostali przy życiu oficerowie organizują nieskoordynowaną ewakuację. To jednak nasza jedyna szansa, aby opuścić to miejsce i ujść z życiem. Musimy ruszać natychmiast w kierunku lądowiska, nim wojska Vongów wedrą się do bazy. - Hargikarainik zdjął dłoń z panela kontrolującego działanie ręcznego wiertła i spojrzał wprost w oczy Vergee. Młody lekarz był blady niczym ściana, przerażony wizją dramatycznego odwrotu, który i tak prawdopodobnie się nie uda, przez co wojska Vongów dokonają rzezi w obozie. - Ale… ale.. co z nimi? - Eriadyjczyk wskazał drżącą dłonią bezbronnych i rannych żołnierzy. - Nie mogę ich tak po prostu zostawić. To.. nieetyczne. - Kaleeshanin pokręcił zdecydowanie głową i raz jeszcze odezwał się do Zayne’a. - Każdy z moich wojowników wiedział, że ta bitwa jak i każda poprzednia, mogła być tą ostatnią. Logika dyktuje tylko jedną możliwą drogę wyjścia. Opuścić planetę, a następnie kontynuować walkę z najeźdźcą w innym miejscu. Nie ma żadnej chwały w bezsensownej śmierci. Te istoty zginą bez względu na to, jaką decyzję podejmiemy. Możemy próbować ich uratować, przez co również nasze życia zostaną wtrącone do otchłani. Przodkowie gardzą poświęceniem, które nie przynosi wymiernego skutku. - „Demolka” zamilkł na moment dając kilka sekund dla Zayne’a na podjęcie decyzji. Nie musiał jednak czekać długo. Instynkt samozachowawczy Vergee ponownie wziął górę. Tchórz z Eriadu nie był w stanie zebrać się w sobie, aby poświęcić życie dla ratowania własnych żołnierzy. Wizja bólu, oraz niebytu, który czeka na niego po śmierci, była po prosu nad wyraz przerażająca.
- Ja… dobrze. Masz rację… Powinniśmy jak najszybciej udać się na lądowisko i ewakuować wraz z pozostałymi. Co proponujesz? - Zayne zbliżył się wraz z Kaleeshaninem do drzwi ambulatorium, starając się wyprzeć z pamięci pojękiwania i błagania rannych żołnierzy na łóżkach polowych. - Wyjście na powierzchnie jest zbyt ryzykowne. W przeciągu paru chwil rozpęta się tam piekło. Przejdziemy więc starymi tunelami serwisowymi w kierunku lądowiska, gdzie nadal powinna stacjonować część transportowców. Przy odrobinie szczęścia odnajdziemy właz, prowadzący bezpośrednio na płyty hangarów. Tam już tylko bezpośredni bieg do statku. Nie zwlekajmy dłużej. Trzymaj się blisko mnie i raportuj o każdym niepokojącym dźwięku, który dojdzie do Twych uszu. - Zayne skinął jedynie głową, zawierzając swój los w rękach faktycznego żołnierza, który brał udział w licznych bataliach od początku wojny. Młody lekarz chwycił jeszcze dwa medpakiety przed opuszczeniem ambulatorium, aby w razie potrzeby móc opatrzyć siebie, lub „Demolkę”.

Dwójka żołnierzy przemieszczała się prędko z pomocą tunelów serwisowych. Przestarzałe i nadgniłe okablowanie, tudzież rosnący miejscami grzyb, przyprawiały Zayne’a chwilami o nudności i sensacje żołądkowe, jednak Eriadyjczyk był w stanie zapanować nad swymi odruchami fizjologicznymi. Mapa budynku, wgrana w holodatę Kaleeshanina, dostarczała pewności, że podążali odpowiednią drogą. Po krótkim i sprawnym marszu, współtowarzysze dotarli przed niewielką śluzę, która broniła dostępu do drabinki serwisowej, która z kolei otwierała się już bezpośrednio na płycie lądowiska. Ocalenie było na wyciągnięcie ręki, wystarczyło tylko aktywować konsolę i wprowadzić kody dostępu podoficera. - Nie działa… - Zayne zaklął parszywie pod nosem, gdy kolejny raz spróbował aktywować konsolę. - Musiało dojść do zwarcia, albo w tej części bazy odcięto zasilanie, fierfek… - Będziesz w stanie to naprawić? - Hargikarainik zwrócił się z zapytaniem do Zayne’a z nadzieją w głosie. Kaleeshanin widocznie nie posiadał przeszkolenia w technicznej materii. - Powinienem dać radę. Spróbuję podłączyć własną holodatę, której wyświetlacz posłuży jako monitor, a bateria jako źródło zasilania. W takim wypadku wprowadzenie odpowiedniego kodu będzie kwestią sekund. - odrzekł Zayne spokojnym głosem, mając nadzieję, że jego umiejętności mechanika-samouka, z poradników w holonecie wystarczą. W czasie gdy Zayne zajął się próbą podporządkowania sobie konsoli śluzy, „Demolka” bacznie obserwował otoczenie, wypatrując możliwego zagrożenia. Wtem, w jednym z przyległych korytarzy rozległ się wyraźny dźwięk niosących się kroków. Hargikarainik nakazał gestem Zayne’owi, aby ten nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, a sam skupił spojrzenie na miejscu z którego niósł się hałas. To co Zayne następnie ujrzał, było najbardziej odrażającą istotą jaką widział w życiu. Cielsko wojownika Yuuzhan Vong, o twarzy pokiereszowanej bliznami, wyłoniło się z korytarza znajdującego się naprzeciwko dwójki żołnierzy. Wyczulone zmysły najeźdźcy spoza galaktyki, niemalże od razu zauważyły obce sylwetki, a w szczególności jaskrawy czerwony pancerz Kaleeshanina. Vong zaczął powarkiwać w stronę swych przeciwników w niezrozumiałym języku, sugerując w jasny sposób swe wrogie zamiary. „Demolka” odwrócił się na dosłownie moment w kierunku Zayne’a. - Otwórz tą śluzę natychmiast, wszelakimi znanymi Ci sposobami. - Powiedział niespokojnym tonem, słysząc okrzyki bojowe wrogiego wojownika. Zayne skinął jedynie głową. Będąc bladym niczym przedstawiciel rasy Rattataki. Młody lekarz starał się nie myśleć o monstrum, które nadciągało, aby zakończyć jego marny żywot. Vergee opanował w końcu jakimś cudem targające nim emocje i skupił się raz jeszcze na zadaniu, od którego zależało jego przetrwanie. W tym samym czasie Hargikarainik wyszedł na spotkanie Vonga wykrzykując własne bluzgi bitewne, które zdawały się być wypowiadane w języku ojczystym ludu Kalee. - No dawaj! Pokaż mi co uchodzi za furię, pośród Twego błądzącego plemienia. - Kaleeshanin wyciągnął blaster ze swej kabury i wycelował go w sylwetkę wojownika Yuuzhan Vongów. Rozjuszona istota ruszyła pędem w kierunku towarzysza Zayne’a, aby go rozszarpać na strzępy, za próbę znieważenia honoru. Budzący grozę wojownik, bardzo szybko pokonywał dzielący go dystans od jego ofiary, w czym nie pomagał fakt, że Hargikarainik nawet nie myślał o tym, aby drgnąć. Bez cienia strachu, ni trwogi, trzymał wycelowany blaster w kierunku sylwetki Vonga. Zayne zastanawiał się przez moment czy jego towarzysz nie oszalał, w końcu nawet celny strzał ze zwykłego blastera, nie wyrządzi krzywdy w pełni opancerzonemu wojownikowi. Wtem, w blasku wybuchu, rozrywanego ciała oponenta i palących się szczątek, intryga uknuta przez Kaleeshanina stała się oczywista. Do ostatniego momentu, Zayne nie dostrzegał niewielkiego detonatora, który skrywał się w dłoni „Demolki”. Gdy tylko Vong wstąpił na odpowiedni odcinek korytarza, Kaleeshanin aktywował swą śmiertelną pułapkę, posyłając w ten sposób najeźdźcę w paszczę otchłani. W wyniku eksplozji, część tunelu się zawaliła, odcinając dwójce żołnierzy możliwość obrania innej drogi na lądowisko. Alternatywa była jednak zbędna, umiejętności Vergee wystarczyły, aby otworzyć śluzę serwisową, która skrywała za sobą klaustrofobiczną drabinkę, prowadzącą na lądowisko. - Kiedy zdążyłeś rozmieścić tam ładunki wybuchowe? Nie widziałem, abyś niósł je z sobą. - Zayne zapytał w oczekiwaniu, aż jego współtowarzysz dołączy i będą mogli zamknąć śluzę za sobą. Kaleeshanin odparł prędko. - Rozmieściłem je parę godzin wcześniej, na długo przed rozpoczęciem bitwy. Dowódca rozkazał umieścić ładunki w najważniejszych punktach tuneli serwisowych tej starej bazy. Chciał mieć pewność, że nawet w przypadku gdyby Vongowie odkryli podziemne przejścia, to jesteśmy w stanie pogrzebać ich żywcem. Jedynie przychylność przodków zadecydowała, że akurat napotkaliśmy Vonga w jednym z zaminowanych tuneli. - Faktycznie… dopisuje nam ogromne szczęście. Nieprawdopodobne… - Zayne mruknął pod nosem, jednak nie poświęcił tej kwestii zbyt wiele uwagi. Po krótkiej wspinaczce drabinką serwisową, obaj żołnierze wypełznęli na płytę hangaru, gdzie znajdowały się dwa ostatnie frachtowce Sojuszu. Transportowce zwlekały ze startem do samego końca, aby zabrać ze sobą tak wielu ocalałych, jak to tylko możliwe.


Rozdział VII: Okowy

Rok 31 ABY, planeta Kuat.

Zayne pokręcił parę razy głową, czując jak zmęczenie zdecydowanie odbija się na motoryce jego kończyn. Młody lekarz powracał właśnie z pracy w publicznej klinice, w której to raz w tygodniu przyjmował pacjentów za darmo, przez równo osiem godzin. W umyśle Zayne’a była to znacznie lepsza forma zadośćuczynienia za swe grzechy, niż stanowisko lekarza polowego w wojskach Sojuszu, podczas niedawnej wojny. Poza tym, już dość istnień zapłaciło najwyższą cenę za jego tchórzostwo, jak sam sądził. Praca w przychodni nie wymaga żadnej odwagi, toteż może w pełni skupić się na leczeniu pacjentów w dogodnych warunkach. Vergee uznał, że jego kariera na Eriadu będzie nieustannie naznaczona błędami przeszłości, nie pozwalając mu w pełni rozwinąć skrzydeł i potencjału zarobkowego. Z tego powodu postanowił zamieszkać po wojnie na planecie Kuat, która bardzo ucierpiała w wyniku wyniszczającego konfliktu z Yuuzhan Vongami. Zatrważająca liczba mieszkańców oraz potok uchodźców, sprawiły, że rząd planety nieustannie poszukiwał wsparcia, oraz profesjonalnej opieki wykwalifikowanej kadry. Idealne miejsce dla człowieka, który stara się uciec przed własnymi demonami.

Zayne powracał z pracy przez miejski park o późnej godzinie, jak to zwykle bywało w ten charakterystyczny dzień tygodnia. Jak to też miał w zwyczaju, Eriadyjczyk zatrzymał się przy niewielkim, ale bardzo zadbanym oczku wodnym, które wypełnione było pospolitą rybią fauną, którą Zayne lubił dokarmiać resztkami swojego drugiego śniadania. Wtem, jego małe hobby zostało zakłócone przez mrożący krew w żyłach kobiecy krzyk. Pierwszy odruch kazał Zayne’owi brać nogi za pas i nawet nie oglądać się za siebie. Jednakże jakiś nieznany impuls wstrzymał Vergee w miejscu, uniemożliwiając mu szybkie opuszczenie publicznego parku, który momentalnie stał się bardzo upiorny. Błaganie o pomoc, raz jeszcze dotarło do uszu Zayne’a, tym razem pozostawiając nieodparte wrażenie, że barwa głosu jest mu znajoma. Specjalista skierował powoli spojrzenie w stronę terenu publicznego parku, którego nigdy nie odwiedzał. Było to miejsce pozbawionego jakiegokolwiek światła, naturalnego czy sztucznego. Ku trwodze Zayne’a potępieńcze jęki dochodziły właśnie z tej lokacji. Musiało minąć sporo czasu, nim Eriadyjczyk był w stanie zebrać się w sobie, by podążyć w owe miejsce i udzielić pomocy osobie w potrzebie. Gdy tchórzliwy z natury lekarz, w końcu przekroczył granicę cieni, otuliła go całkowita i nieprzenikniona ciemność. Każda, najdrobniejsza nawet komórka w ciele Zayne’a krzyczała i pękała od nadmiaru adrenaliny. Ciało nieustannie wysyłało do mózgu sygnały, próbując go zmusić do ucieczki. Jednak ten jeden raz w życiu, Zayne postanowił nie poddać się swoim pierwotnym instynktom. Parł dalej i nie zatrzymywał się. Idąc wprost w objęcia otchłani. Ciemność oczywiście powitała go z życzliwością starego przyjaciela, prowadząc bezpiecznie ku przeznaczeniu. Celem okazała się niewielka pieczara, która niechybnie była źródłem przeraźliwych wołań o pomoc. Nim jednak Zayne mógł zdecydować czy, aby na pewno zejście tam było dobrym pomysłem, młody lekarz potknął się o nieduży głaz u samego wejścia. Impet upadku był na tyle duży, że postronny obserwator mógł dojrzeć, jak cała sylwetka przerażonego Eriadyjczyka znika w paszczy ciemności, nie zostawiając po sobie nawet śladu...

Zayne Vergee przechodził przez kolejne pieczary ogromnej sieci jaskiń, kierując się doznaniami słuchowymi, które zdawałoby się prowadziły go za rękę. Schodził co raz głębiej daleko w jądro ciemności. Ku zdziwieniu początkującego lekarza, nie był on w stanie od razu odnaleźć znaków obecności istoty, której krzyki wciągnęły go w to miejsce. Oczywiście pojękiwania wydawały się nadal niespotykanie wyraźne, jednakże sprawiały wrażenie jakby rozbrzmiewały we wnętrzu czaszki Eriadyjczyka, a nie w jaskini.

Po kilku godzinach tułaczki, gdy żołądek Zayne’a zaczynał powoli wygrywać marsz imperialny, do uszu młodego Eriadyjczyka dobiegł przeciągły i rozpaczliwy krzyk. W tym wypadku, umiejscowienie wrzasku było bardzo jasne, wskazując dalszą drogę dla trzęsącego się ze strachu i zimna mężczyzny. W pierwszych chwili usłyszawszy tą przerażającą kakofonie, organizm Vergee zareagował odruchowo, chcąc wziąć nogi za pas. Jednakże, jakaś emocja ukryta głęboko w duszy tchórzliwego konowała nie pozwoliła mu zawrócić z obranej ścieżki. Zayne począł powoli brnąć w kierunku zasłyszanego dźwięku, który niósł się po tunelach echem. Tuż przed wejściem do ogromnej komnaty skalnej, Zayne potknął się o podłużny przedmiot, którego nie był w stanie zauważyć w mroku. Gdy tylko Eriadyjczyk doszedł do siebie, sięgnął po przedmiot, który po kontakcie z dłonią lekarza zaczął delikatnie wibrować. Przedmiotem okazało się być znajome pamiątkowe zdjęcie, które wystawało z podartej torby. Umysł Vergee został w zupełności wypełniony wizją przeszłych wydarzeń, które odcisnęły piętno na trzymanym przedmiocie. Młody lekarz przyglądał się wspomnieniu mężczyzny, który musiał odwiedzić tę jaskinię wiele lat temu. Przyglądając się specyfice jego ubioru, Zayne był w stanie ocenić, że postać musiała również być pracownikiem sektora medycznego. Podobnie jak wcześniej Zayne, nieznany mężczyzna usłyszawszy mrożący krew w żyłach krzyk zbliżył się do obszernej, kamiennej komnaty. Po chwili zawahania wszedł jednak do wnętrza. Wizja nie dobiegła jednakże końca, albowiem po kilku minutach Vergee mógł oglądać sylwetkę tego samego faceta, który w popłochu wybiegł z pieczary, a w jego postawie dało się wyczuć zatrważające przerażenie. Groza opanowała oglądaną postać do tego stopnia, że nie zauważa nawet jak jego dobytek schowany w torbie zaczepia się o wystający stalagmit, a następnie upada głucho na podłoże. Wspomnienie mężczyzny nawet nie obejrzało się za zgubą. Zayne otrząsnął się w końcu z nierealnych obrazów, które zagościły w jego głowie, a następnie w osłupieniu przyglądał się trzymanemu zdjęciu na którym znajdował się on sam, wraz ze swą tragicznie zmarłą ukochaną… Melidaną. Dopiero po dłuższej chwili przesiadywania w mroku i kontemplacji w całkowitej ciszy, Vergee przełknął nagromadzoną w jamie ustnej ślinę i schował pamiątkę do własnej torby.
- Pokrzepiające… - Wbrew własnym uczuciom oraz myślom, które ze wszystkich sił starały się nakłonić Zayne’a do ucieczki, młody lekarz wszedł do tej samej komnaty, która doprowadziła jego poprzednika na skraj szaleństwa… Czy raczej, doprowadziła jego samego na skraj szaleństwa dawno… bardzo dawno temu. Zayne nie dopuszczał na ten moment do siebie myśli, jakoby nie pierwszy raz odwiedzał upiorną jaskinie. Bojaźliwy medyk rozejrzał się po pomieszczeniu o zadziwiająco gładkich i sztucznie uformowanych ścianach. Podstawowa wiedza z zakresu geologii, którą Zayne nabył w czasach szkolnych, podpowiedziała mu, że prawdopodobnie w tym miejscu doszło do wylewu magmy, która jako źródło ogromnego ciepła i energii stopiła granice jaskini formując przestronne pomieszczenie o gładkich ścianach. Skupienie Zayne’a na naturalnej architekturze zostało zdekoncentrowane, gdy usłyszał szlochającą kobietę, której sylwetkę bez większego problemu zlokalizował w centrum pomieszczenia. Vergee podszedł ostrożnie do mary na odległość wyciągniętej dłoni, a następnie zamarł w przerażeniu. Zdał sobie bowiem sprawę, że spogląda na zapłakaną twarz tragicznie zmarłej ukochanej. Melidana również po chwili zrozumiała, że spogląda na twarz mężczyzny, który zostawił ją na pastwę hańby i śmierci.
- Zayne… Wróciłeś... po tak długim czasie wróciłeś po mnie… - Melidana wstała błyskawicznie z klęczek i otuliła ramionami postać Zayne’a na wysokości jego piersi. Młody medyk dopiero po dłuższej chwili odwzajemnił uścisk odsuwając w niepamięć fakt, że to nie jest świat realny. Tchórz na moment oddał się fantazji i chciał zapomnieć o przeszłości. O tym czego dokonał, a raczej na co nie mógł się zdobyć. Zayne nie zauważył nawet, gdy salę zaczął wypełniać gęsty dym. Ba, jego uwadze umknęło nawet to, że dym w niektórych miejscach zaczął mocno gęstnieć i formować niepokojące figury. Nim młodzian cokolwiek spostrzegł, on i jego ukochana znów byli otoczeni przez demony w ludzkiej skórze. Dokładnie tak, jak w feralną noc. Zayne odruchowo przesunął sylwetkę Melidany w taki sposób, by ukryła się za jego plecami. Jedna z plugawych istot zbliżyła się prędko do nich, jej wygląd napawał terrorem. Nawet w najgorszych koszmarach nie było dane mu ujrzeć takiego monstrum. - …Ossssssstatnia szanssssa by wyjść z tego cało… Zoss-sstaw dziewczynę nam… - bolesne słowa przeszłości zabrzmiały niczym groteskowy bulgot trawionego przez płomienie mięsa. Umysł Zayne’a, znajdujący się na progu szaleństwa nie był w stanie wydać żadnego polecenia sparaliżowanym kończynom. Z tego też powodu, jeden z demonów uderzył go dotkliwie i posłał go na przeciwległą ścianę. – Jesss-ssteś tylko nic niewartym robactwem. Leż! Niedługo ss-sssskończymy i weźmiemy się za Ciebie. – Dalinar zgodnie z poleceniem koszmaru, nie ważył się nawet unieść głowy, chociaż jego umysł był rozrywany krzykami i rozpaczliwym błaganiem o ratunek Melidany. Jej ukochany, tam samo jak niegdyś, zawiódł ją, ale przede wszystkim skrewił samego siebie. Dygocąca ze strachu karykatura człowieka, zwinęła się w kłębek pod ścianą i oczekiwała na swój los. Wtem w jego umyśle pojawiła się jedna, całkowicie nieznacząca sentencja jego ojca, którą Dalinar dawno wymazał z pamięci. – Nie wstydź się tego, że upadasz. Porażka i zawód to nasza codzienność. Życie człowieka jest nieustannym pasmem niepowodzeń i próby naprawienia własnych błędów. Przegrasz dopiero wtedy synku, gdy upadniesz prosto w duszący kurz załamania, i nie spróbujesz się podnieść. – ta maksyma świdrowała umysł Zayne’a przez następne sekundy. Jej ostre niczym brzytwa słowa, nieustannie przebijały się przez mury, które Dalinar wzniósł w swoim umyśle. Budowane przez lata pomniki ignorancji, dążenia do samozagłady, a także monumentalnych rozmiarów statuy poczucia winy… Runęły niczym zdmuchnięty domek z kart… Zayne powoli stanął na równe nogi i opanował drżenie mięśni, a następnie pozwolił, by motywacja do życia, w sposób swobodny przepływała przez jego komórki ciała. Były lekarz polowy, z prędkością pocisku dopadł do pierwszego demona przeszłości, który unosił szponiastą dłoń, aby rozorać pazurami twarz Melidany. Vergee bez najmniejszego trudu założył dźwignie słabnącemu monstrum, poprzez wygięcie całego ramienia pod nienaturalnym kątem. Całym przedramieniem swej drugiej ręki, Zayne otoczył szyję koszmaru wywołując duszący nacisk. Pod nieugiętą postawą zdeterminowanego medyka, licho zaczęło się kurczyć, aż przybrało postać człowieka, który tamtej nocy odebrał mu sens życia. – Dlaczego…. Dlaczego Cię to w ogóle obchodzi?! Mog… Mogłeś po prostu odejść… - Cień wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zayne odrzekł spokojnie, bez cienia gniewu w tonie głosu. – Położę temu kres. Stworzono nas z myślą o wyższych celach… - Vergee wypuścił demona ze swego ucisku, by chwycić jego łeb. Mężczyzna stanowczym i precyzyjnym ruchem wyłamał potworowi kręgi szyjne prowadząc do skręcenia karku. Koszmar ze zdziwionym wyrazem twarzy opadł na posadzkę i rozsypał się w pył. Pozostałe mary wycofały się do tyłu, a Zayne zbliżył się do Melidany, by wizja drobnej Twi’lekanki mogła odnaleźć obrońcę w swym ukochanym. Bystry wzrok Dalinara spostrzegł, że dym zaczyna gęstnieć w kilkudziesięciu miejscach, co zwiastowało powstanie armii, której nie zatrzyma. Mimo beznadziejności sytuacji, Zayne Vergee przyjął postawę defensywną, będąc gotowym walczyć do ostatniej kropli krwi. Był tchórzem, żadna istota w galaktyce tego nie zmieni. Mimo to, chociaż ten jeden raz, Zayne obudził w sobie pragnienie na tyle silne, że przewyższało chęć zachowania życia za wszelką cenę. Ten jeden raz bojaźliwy medyk, zrozumiał, że chce walczyć w obronie tego, co w jego życiu było najcenniejsze… Ta chwila zdefiniowała go na nowo.


Epilog: Odrodzenie

- Wszystko z nim będzie dobrze, na szczęście jeden ze spacerujących zareagował błyskawicznie i nas wezwał. Halo, halo, panie doktorze? Proszę pana, czy mnie pan słyszy? - obcy głos zaczął dochodzić do mózgu Eriadyjczyka. Mężczyzna bardzo powoli otworzył oczy, czując jakby przeżywał właśnie największego kaca w historii galaktyki. - Ach, bardzo dobrze, złapaliśmy kontakt. Doktor Vergee odzyskał przytomność i zdaje się reagować na bodźce - Tym razem nieco bardziej znajomy głos zdawał się komuś raportować stan zdrowia Zayne’a. - Doktorze Vergee, w trakcie powrotu z pracy w naszej klinice, potknął się pan o jeden z wystających głazów w pobliżu sadzawki publicznego parku. Na szczęście przytomni obywatele niemalże od razu zareagowali na pana wyczyny akrobatyczne. Został pan przewieziony do naszej kliniki, gdzie jeszcze przez parę dni pozostanie na obserwacji. Proszę się w żaden sposób nie obawiać. Sam pan doskonale wie, że jest to standardowa procedura, aby upewnić się, że nie doszło do wstrząśnienia mózgu. Słowo daję, a tyle razy panu powtarzałam, że dobry sen i wypoczynek to podstawa w naszym zawodzie. Czy konieczne było rozwalenie sobie czerepu, aby w końcu pan pojął tą lekcję? - Siostra oddziałowa, której głos Zayne, w tym momencie już doskonale rozpoznał, spędziła kolejnych parę minut na upominaniu swego przełożonego. Mniej więcej w połowie troskliwej reprymendy, Zayne zasnął niczym głaz. Po raz pierwszy od wielu lat, mógł w końcu spać snem sprawiedliwego, bez cienia koszmaru.

4. Informacje dodatkowe
a. Czego szukasz w RP w organizacji i co jest dla Ciebie w grze najważniejsze? Pragnę wziąć udział w rozgrywce rp na najwyższym poziomie w Waszej placówce, co będzie się wiązało z wyśmienitą zabawą. Najważniejsze jest dla mnie zaangażowanie współgraczy, oraz przyjacielska atmosfera, która dodatkowo będzie zachęca do w pełni aktywnego partycypowania w sesjach rp, ze znajomymi. Brakowało mi tej szczerej atmosfery, w organizacjach rp, do których przynależałem. Faktycznej pasji i entuzjazmu dla wspólnej twórczości.
b. Skąd dowiedziałeś się o organizacji? Ciężko wskazać konkretne źródło. Na pewno z pierwszą wzmianką miałem do czynienia na Yavinie, a z Bartem znam się jakoś od 2017 roku.

Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Edgar Alexander dodano: 07 lut 2020, 10:20

Na wstępie powiem, że całe podanie robi wrażenie pod względem włożonego w nie wysiłku. Mówimy tutaj nie tylko o niezwykle długiej historii, ale dokładnych i szczegółowych odpowiedziach na każde z pytań, bez najmniejszego lania wody. Daje to bardzo duży plus. Przygotowanie własnych grafik, jako pewnego wzbogacenia podania jest świadectwem ogromnego zaangażowania i wyraźnie potwierdza to, co mówisz o sobie w podaniu.

Mówisz, że jak w coś wpadniesz, coś cię zafascynuje, to jesteś gotów poświęcić na to mnóstwo czasu. Liczę, że jeśli zaklimatyzujesz się w naszej grupie, to będziesz miał się w czym zrealizować. Na kolejny plus wychodzi twoja otwartość i społeczne zachowanie. To niewiele, ale wrzucanie jakichś obrazków humorystycznych, czy pomoc i odpowiadanie na pytanie potencjalnym kandydatom, samemu nie będąc członkiem - to bardzo dobrze o tobie świadczy.

Już same to dodatkowe elementy podania sprawiły, że miałem ochotę od razu dać ci akceptację podania. Historia jednak nie stoi w żaden sposób w tyle. Napisana jest bardzo ładnym językiem, nie dopatrzyłem się w nim zbyt dużych błędów. W kilku miejscach miałem wrażenie, że źle umiejścowiłeś przecinki, ale to nie jest zbyt duża kalka. Do tego niezbyt podoba mi się sposób pisania dialogów. Zamiast zaczynać od nowej lini myślnikiem, kończyłeś jedno zdanie i zaczynałeś od razu po kropce tekst. Taki sposób pisania dialogów momentami utrudnia rozróżnienie tego, kto co mówi. Jest to dość spora wada, aczkolwiek jedyna duża. O dziwo, problem ten pojawia się w niektórych miejscach, a w innych zaczynasz wypowiedź postaci od nowej linii. Dziwne.

Zayne podoba mi się jako postać. Zrobiłeś bardzo dużo, aby pokazać jego osobowość oraz najważniejsze wydarzenia w jego życiu. Mimo, że widzimy zaledwie kilka jego skrawków, są zaimplementowane w taki sposób, który pozwala dobrze poznać sposób patrzenia Zayna i to, jak zmienił się przez lata oraz co nim kieruje. Jego motywacja oraz dokonywane wybory są przekonywujące. Dodatkowo, nie jest on w żaden sposób przerysowany. Na pewno jest wyjątkowy na skale galaktyczną przez pochodzenie z bogatej rodziny, ale to co go spotyka ogółem jest w pełni wiarygodne i spójne. Wizja aroganckiego profesora, który wyrzucił Zayna z udziałem ochrony za sugestię... no, wydała mi się jedynym prawdziwie przerysowanym elementem i wadą samej fabuły. Jestem w stanie uwierzyć, że trafiają się zapatrzeni w siebie, zadufani profesorowie medycyny, ale trudno mi wziąć na poważnie, że za mały komentarz i obelgę Zayne byłby wyprowadzony przez ochronę. Mogę domyślić się krzyków, czy kłótni i późniejszego zwolnienia przez przełożonego, to byłoby nieco bardziej wiaygodne imho. Równie dziwne było nagłe nawiązanie do "magików Jedi" - nie wydawało się w sensowny sposób wynikać z kontekstu wypowiedzi.

Wątek tchórzostwa oraz zwalczango poczucia winy jest napisany w porządku. Przyznam, wydarzenia przedstawione niechronolocznie na początku wydały mi się.... mało spójne, ale po przeczytaniu całości, nie widzę tego jako wady, ma to sens w kontekście. Mamy tutaj osobę trawioną poczuciem winy, która w skutek bezsenności śni na jawie i wraca myślami do minionych wydarzeń, które wywołują u niej silne emocje - a kolejne wspomnienia i momenty przebudzenia są ukazane w formie poszczególnych rozdziałów. Sensowne, ciekawe.

Nie jestem pewien, co mam myśleć o pierwszych dwóch rozdziałach. Z jednej strony są traktowane później jako sny na jawie... ale niemniej jednak inne wydarzenia tego typu miały rzeczywiście miejsce lub odnosiły się do rzeczywistych wydarzeń. Do tego data i sama prezentacja wskazują na realność tego wydarzenia, jako czegoś mającego miejsce w przyszłości. Jeżeli to tylko wizja - wydaje mi się specyficzna i nie mająca wiele związku z resztą historii. Jeżeli jest to rzeczywistość postaci w przyszłości... no to sprawia pewne problemy, bo nie wiadomo, jak Zayne skończy. Wstępne plany na to, kim Zayne może być jako Jedi są w pełni w porządku, ale budując konkretną, zapisną w historii wizję jego za ileś lat niejako narzucasz sobie pewne ramy, jeżeli chcesz się tej wizji trzymać. Osobiście uważam, że lepiej jest mieć pewien ustalony kierunek, ale i tak pozwalać postaci rozwijać się naturalnie. Jeżeli tak to u ciebie będzie wyglądać - w pełni w porządku z mojej strony, od nie rozumiem powodu wrzucenia tego fragmentu :P

Sama częśc meta... no, z podobnych powodów nie do końca rozumiem, czemu została umieszczona. Jest to fajne nawiązanie do poprzedniej organizacji i tego, kim Zayne był wcześniej, ale jeżeli nie ma to żadnego przełożenia, to uważam to za element wprowadzający komplikacje, jeżeli mamy go traktować na poważnie (no bo, kim w SW miałby być "Autor" :P). Jeżeli natomiast jest to tylko dodatek OOC, to rozbudowuje on i tak spore podanie o treść, która moim zdaniem dużo do postaci Zayna nie wnosi, a tego ma przede wszystkim dotyczyć historia. Sam w sobie nie jest on jakimś wielkim problemem, nie psuje podania, ani mu nie ujmuje, po prostu jest neutralnym dodatkiem, który można w sumie ominąć.

Ogółem, podanie mi się podoba. Jest napisane bardzo dobrze, sprawiasz wrażenie super osoby, która powinna się dobrze odnaleźć w naszej grupie. Historia na pewno ma błędy i sporo miejsc do poprawy i usprawnienia, ale jest ładnie napisana i widać, że umiesz konstruować i pisać postacie o różnych osobowościach. Jako samo w sobie odrębne dzieło literackie, opowiadanie ma sporo błędów, ale spełnia wszystkie wymagania, jakie uważam powinno spełniać podanie. Nic tutaj nie razi na tyle, abym mógł brać pod uwagę odrzucenie podania.

ZA, podobało mi się i obyśmy zobaczyli się na Wprowadzeniu :D

PS:
Ach, uwielbiam też serie gier od firmy FromSoftware. Seria Dark Souls, to z całą pewnością jedne z najlepszych tytułów, jakie ogrywałem w życiu.


Inspirowane plakatem do tragicznego filmu, The Last Jedi.


Sądzę, że się dogadamy bardzo dobrze :D
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 656
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 07 lut 2020, 11:17

Bardzo Ci dziękuję za głos pozytywny, oraz za wskazanie aspektów na plus w moim podaniu. Chciałbym jednak się odnieść do najważniejszych dwóch kwestii z tych negatywnych, które wskazałeś. Mam tutaj na myśli prolog, oraz dwa pierwsze rozdziały.

W przypadku prologu, to jak najbardziej się zgadzam. Nie był on wcale potrzebny przy całokształcie podania, nie wniósł niczego konkretnego poza możliwością dorzucenia surrealistycznych grafik. Bardzo pragnąłem się przyłożyć do podania, aby zaangażowanie było widoczne od razu, a przy tym chiałem, by to dzieło było niejako spójne. Zayne był moją najważniejszą postacią w poprzednim rp w którym uczestniczyłem i faktycznie było mi szkoda go tak po prostu zneutralizować. Stąd pomysł zabawnego w swym zamierzeniu prologu, który zadowolił mnie samego jako autora. Nie miał wnieść zbyt dużo dla czytającego, ale z całą pewnością uspokoił moje własne sumienie ;D.

Co do dwóch pierwszych rozdziałów to również śpieszę z wyjaśnieniami. To jest wyłącznie zabawa formułą i niejako faktyczne lanie wody przeze mnie w podaniu. Jest to moje własne wyobrażenie, jak moja postać mogłaby zostać wykreowana w rp za parę lat, to do czego chciałbym dążyć. Nie mam tutaj na myśli skopiowania faktycznych wydarzeń, ale rozwijanie tych cech charakteru, które zostały w owych fragmentach uwydatnione. Empatia, zaangażowanie, naukowo-scholastyczne podejście, oraz uporczywość. Same okoliczności ukazane w rozdziale 1 i 2 nie są dla mnie ważne i wiążące. Służyły jedynie jako pomoc, nie będą mieć żadnego przełożenia na faktyczną grę in rp, ot taka możliwa droga rozwoju, która może mieć miejsce, albo kompletnie przeinaczyć się w przyszłości. By dodatkowo mieć pewność, że nic z tych rzeczy nie ma przełożenia na świat realny, to dałem dopisek o 40 ABY, oraz zaznaczyłem, że postać zapomina o tej sennej wizji, tuż po przebudzeniu. Któż z nas w końcu nie miał czasem odrealnionych snów, w których głupota poganiała głupotę ;D? Fakt: Parę dni temu wspominałem Bartowi, że przez przepracowanie w sesji zaczynają mi się śnić głupoty. Przyśniło mi się między innymi moje ewentualne wprowadzenie na którym Elia Vile zabija moją postać, ponieważ nie przypadła jej do gustu twarz modelu postaci ;_;...

Jeszcze co do określenia o "magikach Jedi", które padło w historii. Osobiście uważam, że w ramach świata przedstawionego Star Wars, tego typu komentarze są prawdopodobne, szczególnie na wysoce rozwiniętych planetach, gdzie dostęp do holonetu jest powszechny. Nie jestem wielkim znawcą lore, ale gdzieś w którejś książce przeczytałem, że o Jedi powstawały nawet przekłamane, wysokobudżetowe filmy, które miały huczne premiery. Sądzę więc, że można realnie założyć, jakoby Jedi dla niektórych grup społecznych w SW (np dla studentów), mieli podobny wydźwięk co chociażby filmy z uniwersum Marvela dla nas.

Co do poprawnej edycji dialogów w jednym miejscu, a nieco gorszej edycji w drugim... mea culpa, mea culpa. Mea maxima culpa. Warto jednak nie wrzucać podania o 2 w nocy ;D. Miałem po paru dniach już wszystko gotowe i wystarczyło tylko przekleić do szablonu... ano wystarczyło :/... Zapomniałem, że fora z reguły nie przenoszą edycji, które zostały naniesione w dokumentach pokroju Word'a. Musiałem więc ręcznie wszystko ustawiać w podaniu ponownie i widocznie część źle ustawionych dialogów mi po prostu umknęła.

Gives me C O N N I P T I O N S
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Ashtar Tey dodano: 07 lut 2020, 12:26

Podanie już na pierwszy rzut oka robi świetne wrażenie dbałością o detale, które świadczą o wielu godzinach, jakie włożyłeś w jego napisanie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś odpowiedział tak obszernie i w przemyślany sposób na każdy punkt - za to olbrzymi plus, szczególnie, że jest to spójne z Twoimi słowami o angażowaniu się w hobby. Zresztą, cały opis Twojej osoby tchnie nie tylko szczerością, ale też automatycznie nastawia mnie pozytywnie do perspektywy gry z Tobą.

Na wstępie zaznaczę, że staram się nigdy nie wchodzić w tak duże szczegóły podczas oceny historii, ale ze względu na skalę Twojego doświadczenia pozwolę sobie na większa dozę krytyki niż zazwyczaj. Nie żeby się na siłę czepiać, ale z szacunku do włożonej przez Ciebie pracy czuję, że jestem Ci winny trochę głębsze spojrzenie i analizę :P

Historia oczywiście już na wstępie uderza swoimi rozmiarami. Widzę tu spory wpływ Twojego doświadczenia w roli GMa - wyszedłeś od pewnej ogólnej wizji, która Ci przyświecała, by następnie zbudować dookoła niej wszystkie elementy niezbędne do tego, by ją zrealizować. Chyba w największym stopniu widać to w kreacji bohaterów drugoplanowych. Każdy z nich pełni określoną rolę zarówno w kontekście fabuły, jak i Twojej postaci i jej drogi, jednocześnie zachowując indywidualny charakter. Od strony koncepcyjno-literackiej nie mam Ci nic do zarzucenia, bo pomimo początkowego zagubienia w niechronologicznej fabule z każdą częścią dostarczasz czytelnikowi kolejne elementy układanki, przez co całość bardzo szybko składa się w spójną, a przy tym bardzo ciekawą całość.

Pierwsze trzy części traktuję w 100% jako Twoją meta-refleksję nad kreacją postaci i jej prowadzeniem. Bardzo szanuję za pomysł, bo to ciekawy zabieg, ale konsekwencją umieszczenia ich na początku historii jest nieuniknione marszczenie czoła u czytelnika, który zastanawia się przez dobrą 1/3 tekstu, czy to na pewno historia nowej postaci. Osobiście jednak nie mam żadnych problemów z samym konceptem, trochę gorzej za to z realizacją. Rozdział I i II składają się w zasadzie wyłącznie z długich, mocno rozciągniętych opisów, które ładnie wyglądają i dobrze prezentują Twoje umiejętności, ale w zasadzie nie za dużo wnoszą i koniec końców bardzo niewiele przekazują. Owszem, to całkiem fajne wskazanie na to, kim Twoja postać MOŻE stać się w przyszłości, ale ze względu na oczywiste ograniczenia nie byłeś w stanie powiedzieć nic więcej poza tym, że Zayne zostanie Jedi i będzie zainteresowany pracą badawczą. Doceniam kreatywność, ale gdyby te dwa rozdziały wyciąć, to w zasadzie nic byśmy nie stracili. W pełni uznaję jednak Twoje prawo do umieszczenia ich w podaniu, by dopełnić swoją wizję.

Właściwa historia jest za to świetna w prawie każdym aspekcie. W bardzo ciekawy sposób prezentujesz drogę postaci, jej wewnętrzną walkę z ułomnościami i progres, jakiego dokonuje, jednocześnie za każdym razem wskazując na konkretne wydarzenia czy osoby, które miały na nią największy wpływ. Pod kątem kreacji postaci to pewnie jedna z lepszych rzeczy, jaka wylądowała w tym dziale. Jedyny fragment, który osobiście nie przypadł mi do gustu, to sam kluczowy moment "nawrócenia". Trochę zbyt pompatyczne, zbyt metaforyczne i niestety jednocześnie również sztampowe. Wydawałoby się, że po tylu latach i niepowodzeniach Zayne potrzebuje naprawdę silnego impulsu z zewnątrz, by przełamać swój strach i podjąć decyzję o zmianie. Tym impulsem okazuje się jednak rozbicie sobie głowy w parku. Nie brzmi to jak punkt kulminacyjny historii i świetny wstęp dla Twojej gry. Dużo bardziej wolałbym, gdyby postać dokonała rzeczywistego zmierzenia się ze swoją przeszłością - czy to w postaci nagłego spotkania z Melidaną, czy operowaną dziewczyną, albo najzwyklejszej rozmowy z pacjentem w klinice, który niepozornymi słowami zmusił Zayne'a do refleksji.

Bardzo wysoki poziom prezentujesz również w warstwie literackiej. Tworzysz rozbudowane, bogate opisy, które pomagają Ci w budowie odpowiedniego nastroju i przez swoją plastyczność umożliwiają czytelnikowi łatwe zobrazowanie każdej sytuacji. Momentami jednak, moim zdaniem, zdecydowanie przesadzasz z ich zagęszczeniem. Wiele fragmentów wnosi bardzo niewiele, przyprawiając o znużenie i kompletnie łamiąc tempo fabuły.

Moje ostatnie zastrzeżenie dotyczy dialogów. Tutaj chyba najbardziej widać mocno pompatyczny styl. O ile sprawdza się to w przypadku mówiącego o swoich przodków Kaleesha, to w wielu miejscach przez postacie przebija sam autor, co psuje iluzję. Chyba najbardziej wyrazisty przykład:

- Powinienem dać radę. Spróbuję podłączyć własną holodatę, której wyświetlacz posłuży jako monitor, a bateria jako źródło zasilania. W takim wypadku wprowadzenie odpowiedniego kodu będzie kwestią sekund. - odrzekł Zayne spokojnym głosem


To nie brzmi jak coś, co mówi ktoś w trakcie ucieczki przed przeważającymi siłami wroga w sytuacji, gdy od otwarcia drzwi zależy jego życie, lecz bardziej zwrócenie się postaci do samego czytelnika, żeby wyjaśnić mu w jasnych, poprawnie skonstruowanych zdaniach co i jak robi. Takich momentów jest dużo więcej i występują zarówno w przypadku Zayne'a, jak i pozostałych bohaterów.

Na koniec muszę zaznaczyć, że żadna z tych wad nie zmienia faktu, że to podanie napisane na absolutnie najwyższym poziomie. Nie jest to najlepsza historia postaci pod RP, jaka do nas trafiła, bo te powstają dzięki maksymalnym skupieniu na samym bohaterze i powiązaniu z naszą fabułą, ale może być najciekawsza z czysto literackiego punktu widzenia. Bardzo, bardzo duże za.

PS Ode mnie również duży plus za Kaczmara. Już po Twoim opisie charakteru miałem bardzo wyraźne przeczucie, że coś się pojawi ;)
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1724
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 07 lut 2020, 15:59

Dziękuję za kolejny komentarz i głos pozytywny. I w tym wypadku postaram się odnieść do nowej wypowiedzi.

Z perspektywy czasu dostrzegam pewien problem, który wskazałeś. Autor swojego dzieła nie może być często obiektywny w jego ocenie, a przez to, że zna je od podszewki, to nie przyjdzie mu nawet do głowy, że ktoś mógłby się zagubić w meandrach historii. Zapewne nawet prosta edycja, aby te rozdziały przenieść z początku, na koniec opowieści, poprawiłaby odbiór i czytelnik nie marszczyłby czoła, jak to celnie określiłeś :D. Będę mieć to na uwadze w przyszłości. A poza tym, to jak najbardziej, ot to takie dopełnienie mojej własnej wizji.

Co do samego zakończenia, to również rozumiem Twój punkt widzenia, a nawet po części się z nim zgadzam. Wydaję mi się, że opis prawdziwego wydarzenia, które by wpłynęło na wewnętrzną przemianę Zayne'a, sprawdziłoby się bez pudła. Na pewno byłby czymś, do czego mógłby wracać myślami w trakcie rozgrywki rp. Ja jak widać wybrałem ponownie nieco mniej realne rozwiązanie owego konfliktu, o czym wspomniałeś, że nie do końca przypadło Ci do gustu. Moja decyzja wynikała głównie z faktu, że nie chciałem w trakcie tej historii naprawiać Zayne'a do końca, że tak to ujmę. Halucynacja wywołana uderzeniem głową o głaz w parku, była jedynie pierwszym krokiem na drodze ku wewnętrznej naprawie. W końcu Melidana była jedną z pierwszych osób, które w swoim mniemaniu Zayne skrzywdził i na pewno nie jedyną. Wizja, czy halucynacja miały głównie na celu ukazanie mechanizmu przebaczania samemu sobie. Ta kwestia jest bardzo indywidualna dla każdego człowieka, więc postarałem się to przenieść w specyficzny sposób na Zayne'a. Na zadośćuczynienie czekają pozostałe demony, a nasz tchórzliwy medyk z pewnością nie jest jeszcze materiałem na herosa.

Raz jeszcze dziękuję za pozytywne uwagi, a co do pompatycznych dialogów to... ponownie mea culpa. Jestem świadomy, że czasami mnie poniesie w przedstawionym opisie, ale staram się z tym walczyć, albo raczej nauczyć kiedy dać więcej, a kiedy mniej w danym zdaniu.
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Elia dodano: 07 lut 2020, 22:23

A ja powiem, że mi się początek bardzo podobał. Potwierdziłeś w komentarzach to, co myślałam podczas lektury - że zwyczajnie potrzebowałeś tego fabularnego połączenia nowej iteracji postaci z poprzednią. Mogłeś to rozegrać we własnej głowie, ale rozpisanie tego i wrzucenie w podanie było wręcz terapeutyczne. Rozumiem co Tobą kierowało - zbudowałeś Zayna, to trochę Twój przyjaciel, Twoje dziecko, nie chcesz po prostu uznać, że nic się nie wydarzyło i zaczynamy od zera. A jednocześnie *musisz* zacząć od zera, jakby nic się nie wydarzyło. Szanuję Twoją potrzebę i naprawdę dobrze się bawiłam przy czytaniu.

Część o gryzoniu była fantastyczna. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak komuś kibicowałam przy sprincie. Jestem rozczarowana tym, że gryzoń jest postacią z przyszłości i nie jest adoptowanym zwierzątkiem Zayna już teraz. Minus za brak gryzonia. Po prostu gdzie jest gryzoń, i pytam serio.

Bardzo dobrze czytało mi się całą historię. Z rytmu wybijały mnie w zasadzie tylko te dialogi nieszczęsne i... Dalinary. Kilka razy w tekście pojawia się Dalinar. Nie jestem pewna czy zrobiłeś tu recykling wątków swojej drugiej postaci, czy to raczej przyzwyczajenie do odgrywania kogoś o innym imieniu, ale psuło immersję.

Przestawienie kolejności scen bardzo mi się podobało, nie było jak się zgubić z tymi datami. Jedyne, co naprawdę zbiło mnie z tropu, to Zayne z 40 ABY. Przez sporą część nie miałam pojęcia o której ze swoich postaci piszesz i w jakim uniwersum się znajdujemy, nie do końca też rozumiałam te wszystkie przemyślenia i dylematy. Napisałeś bardzo dużo w zasadzie o niczym konkretnym, co jest zrozumiałe, bo im bardziej to rozlazłe i metaforyczne, tym bardziej da się nagiąć do różnych wersji przyszłości. Jednocześnie cała ta misja uczonego wyglądała jak coś, na co żadna z naszych postaci nikogo by nie wysłała, co wprowadzało jeszcze głębsze wtf. Nie czytało mi się tego za dobrze, nic z tej części nie wyniosłam poza konsternacją i nie było nic więcej o gryzoniu.

Podoba mi się, jak robisz z Zayne'a postać do korekt. Jednocześnie nie podoba mi się, jak rzucasz czytelnikowi w twarz, że Zayne to tchórz. Dużo lepiej wyszło sugerowanie, że to laluś - było przerysowane, łatwe do wychwycenia, ale spokojnie można było wyrobić sobie opinię na bazie zachowań postaci i to sprawiało, że wszystko było bardziej wiarygodne. Tchórzostwo forsowałeś tak, jakbyś nie miał kompletnie żadnej wiary w możliwości interpretacyjne czytelnika. Jakby inna interpretacja niż "ostatni tchórz" była wręcz niedopuszczalna. Tak szczerze... Twój upór w nazywaniu Zayne'a tchórzem wywołał we mnie efekt przeciwny, zaczęłam szukać usprawiedliwienia dla wszystkich jego zachowań. Trochę na złość narratorowi.

Wizja i walka z demonami przeszłości na końcu to coś, czego nie będę oceniać. Chciałeś dać swojej postaci jakieś duchowe przebudzenie, jednocześnie unikając pompatycznych wydarzeń, które odmieniają wszystko. Jak chciałeś, tak zrobiłeś. Tak naprawdę jedyne, co nie dałoby tego efektu sztampowości, o którym mówił Ashtar, to zostawienie Zayne'a w spokoju i pozwolenie mu być dalej sobą (albo napisanie kolejnych dwóch rozdziałów o powolnych postępach Zayne'a). Rozumiem, że wolałeś zacząć transformację na etapie podania, by dalej móc ją prowadzić IC bez żadnych dodatkowych motywów. To już kompletnie zabieg pod dalsze odgrywanie i jeśli Tobie pasuje, mi też pasuje.

Podanie jest eleganckie. Postać jest wiarygodna, jej losy wciągają, sama forma jest bardzo ciekawa, zabawa perspektywami na początku zrobiła na mnie duże wrażenie. Masz tendencje do przeciągania opisów, jak wspomniał Ashtar, i to usypiałoby czytelnika, gdyby nie Twoja smykałka do storytellingu, która przeważa. Widać, że masz fabularny potencjał i nie mogę się doczekać, by go kiedyś zobaczyć w RP.

Wydajesz się być super osobą, która się tu odnajdzie. Jestem za...

Ukryte:
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2007
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 07 lut 2020, 23:35

Ponownie dziękuję za głos pozytywny :D!

Co do Twego pierwszego akapitu, to jestem pod wrażeniem jak dokładnie zinterpretowałaś motywacje, które kierowały mną przy tworzeniu początku historii. Czuję się "zmindtrikowany" ;/...

Przepraszam za porzucenie gryzonia! Obiecuję tak poprowadzić wątek swojej postaci, aby owy kolega znalazł się u boku Zayne'a znacznie wcześniej, o ile tylko GM'owie zezwolą xD! Awww shit, czyli jednak jakieś Dalinary wpadły. Proszę mi wybaczyć, ale Zayne i jeszcze jedna moja postać - Dalinar, były w poprzednim rp mocno powiązane ze sobą, przez co przy pisaniu historii mogło się zdarzyć, że mózg złapał laga i wstawił nie to imię co trzeba. Just typical Zayne.exe...

Ponownie, w pełni rozumiem wątpliwości odnośnie bardziej kontrowersyjnych fragmentów, które wskazałaś. Nowa kwestia, która się pojawiła w Twoim komentarzu to odniesienie się do nadmiernego emanowania tchórzostwem postaci. Zgadzam się od strony ooc, faktycznie chyba nazbyt dosadnie o tym przypominałem miejscami, jakbym się bał, że czytelnik po 4 wzmiance tej kwestii, nadal nie załapie xD. W przypadku IC, to ta kwestia była zamierzona w swej formie. Czasami możemy mieć do czynienia z ludźmi, którzy są chorobliwie skupieni na jakiejś cesze swojej osobowości, albo ciała. Jedni w kółko rozpaczają z powodu nadwagi i wiele czynności wykonuje przez jej pryzmat, lub wcale się ich nie podejmuje (np nie wybiera się na plaże w lecie), a drudzy mają obsesje w kwestii przesądności itp. Zayne należy do grona takich osób, pod kątem czysto patologicznym. Jego najgorsze chwile w życiu zawsze miały podłoże bycia tchórzem, lub nadmiernej brawury. W takim wypadku nakreśliłem sobie w głowie wizję człowieka, który przy każdej możliwej okazji będzie wracać do traumatycznych przeżyć, aby tylko skarcić samego siebie z poczucia winy.

PS. Gryzoń dostanie imię jak tylko coś fajnego przyjdzie mi do głowy.
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Siad Avidhal dodano: 09 lut 2020, 0:13

Historia jest dobra i czytałem ją ze szczerym zainteresowaniem "co będzie dalej". Podoba mi się sposób, w który ją ułożyłeś. Daje jasny obraz motywacji postaci, jednocześnie nie zdradzając zbędnie motywów, które wiążą się z wcześniejszymi/późniejszymi rozdziałami, a one same są poplątane czasowo. Z tym "forsowaniem" tchórzostwa zgodzę się niestety trochę z Elią i nie biorę tego oczywiście jako coś definitywnie złego. Niewątpliwie jednak bezpośrednie odczucie postaci w ten sposób wypadłoby wiele lepiej, gdyby pozostawić odbiór czytelnikowi - nie zaś słownym rzucaniu mu tym w twarz na każdym kroku, że tak się wyrażę. Dobra historia - a tutaj taką mamy i to niczego nie zmienia - sama się odbiera, że tak powiem i IMO czytającemu pewne obrazy pozwala tworzyć na własną rękę, nie dając odczuć, że być może nie ma mózgu xD W skrócie... Jeśli widzę, że postać jest tchórzem, to nie potrzebuję tutaj stałego, bezpośredniego podkreślenia, bo odbiera mi to jako czytelnikowi pewną formę satysfakcji. Więc "up" względem Twojego własnego komentarza wyżej.

Generalnie... Świetna rzecz, świetna historia - co tu dużo gadać. Ja osobiście bardzo lubię tego typu "mistycyzmy" różnego rodzaju, płynące z ingerencji Mocy. Mistycyzmy, które nie tyle sprowadzają Moc do roli jakiegoś narzędzia płynącego w żyłach, w formacie umiejętności podnoszenia i skakania - a właśnie wszelkiego rodzaju widm, wizji, oddziaływania niebezpośredniego lub po prostu bezpośredniego na mentalność, psychikę w jakiejś tam formie. Podoba mi się wątek wizji, która niewątpliwie ma wiązać się z naszą grupą, sądząc po umiejscowieniu jej na Hakassi. Wizji bardzo szczegółowej ewentualnego życia i wydarzeń. I ta bardzo duża szczegółowość pozwala mi sądzić, że umiejscowienie "mistrzów" na Hakassi może być swego rodzaju nieznacznym failem (tylko tego elementu rzecz jasna), biorąc pod uwagę specyfikę "wędrówek" naszej grupy. Acz nie jest to nic, co miałoby... Wpływ na cokolwiek? Weryfikacja tego jest zależna od wielu, wielu, wielu czynników i po prostu to drobna uwaga z mojej strony. Być może już masz na to jakieś wyjaśnienie? Ciężko mi oceniać z aktualnej perspektywy, gdy postać jest jedynie tekstem. PÓKI CO.
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1691
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 09 lut 2020, 11:12

Here we go again :D! Dziękuję za głos pozytywny od Ciebie!

Ponownie, kwestia tchórzostwa i pewnej przesady z mojej strony, aby na siłę po parę razy ją przekazywać czytelnikowi, została odnotowana xD. Z całą pewnością przywracacie mi wiarę w osobę czytelnika, bo jeszcze do niedawna byłem przyzwyczajony, aby niektórym wszystko wykładać po kilka razy dla zrozumienia.

Ja mam to samo. Za każdym razem gdy widzę rzeczy związane z grobowcami/świątyniami/kryptami czy szeroko pojętym mistycyzmem w Star Wars, to jestem wniebowzięty. Stąd historia po prostu odzwierciedlała to, co chyba najbardziej kocham w tym uniwersum. W końcu z tego samego powodu Kotor 2, to jedna z moich ulubionych gier przez wszechobecną tajemnice i liczne lokacje nawiązujące do przeszłości, albo nieodgadnionej natury Mocy i jej użytkowników. Serio, nie ma chyba innej rzeczy, która mnie tak ekscytuje w rp, jak możliwość zwiedzania starożytnego miejsca o bogatej przeszłości. To chyba wynika z faktu, że IRL bardzo lubię podróżować i odwiedzać wszelakie zabytkowe miejsca. Jak też było wspominane, dwa pierwsze rozdziały to jedynie wizja. Pewna możliwa perspektywa rozwoju Zayne'a o ile się sprawdzę w Waszym rp i gdzieś nie polegnę :D. Hakassi jako odwołanie do miejsca, gdzie moja postać się szkoliła, wynika z prostego faktu, że na chwilę obecną się tam znajdujecie jak mi z forum wiadomo. Gdyby doszło do jakiejś przeprowadzki, to pewnie wystarczy dopisać jeszcze jedno zdanie w przyszłości, które opisywałoby nowe miejsce pobytu.
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 09 lut 2020, 19:42

Właściwie nie mam po co komentować treści podania. Na całe ściany tekstu wypowiedzieli się moi poprzednicy, szczególnie mocno i z pokłonami podpisuję się pod postami Edgara i Elii, w kwestii pierwszych części szczególnie mocno przyklaskuję Elii. W ogóle pod jej postem podpisuję się w 120% i po prostu kto chce moich przemyśleń, ten niech przeczyta jeszcze raz jej posta xD Mógłbym tylko innymi słowami przekazywać całkowicie tą samą treść, więc odpuszczę.

Powiem tylko za to, że sama ilość włożonej w to podanko pracy naprawdę powala. Widać, że to dla Ciebie pewne dzieło, coś, do czego naprawdę włożyłeś mnóstwo serca i zaangażowania. Moje pojmowanie estetyki i tym podobnych leży gdzieś między higieną Indii a wolnością Korei Północnej xD Ale są w klimacie, są wyraziste, są z pomysłem, obrazują prawdziwe scenki i ich klimat. To w nich bardzo fajne nawet dla mnie. Wchodzisz z konkretną wizją na swoją postać, bardzo mocno wiesz kogo chcesz grać, ta postać to Twoje dziełko, coś na co naprawdę masz lawinę pomysłów i stworzyłeś sobie tak prawdziwą i pełnokrwistą osobę, jak tylko szło. Po prostu gratulacje i szczere słowa uznania.

Troszkę czasu na pewno poświęcę tu pewnej dygresji z ważną kwestią, którą absolutnie musisz wziąć sobie do serca. Sam grałem w dziesiątkach miejsc na wielu platformach. Szlaczki są bardzo unikalne, bardzo z daleka od absolutnie wszystkich konwencji. Pewnie łatwo popaść w myślenie, że czeka Cię tu to co znasz, tylko że na serwerze nie ma nigdy nawiasów poza prośba o przerwę i w wersji 4K. Akurat tak się składa, że przed przyjściem na Szlaczki wędrowałem po Twojej poprzedniej ekipie i po Szlaczkach, zbierałem dużo przykładów i uwierz, że nie. Bardzo łatwo kierować się starymi doświadczeniami, standardami narracji, postrzeganiem uniwersum, rozkładem nacisków na dane aspekty w grze, konwencjami szkolenia, stylistyką wszystkiego, formą kierowania rozgrywki. Idąc pierwszym z brzegu przykładem, tutaj każdy wyśmieje pisanie czegoś o "zbalansowaniu misji" i to pojęcie, na które każdy zawsze będzie pluł - to RP, wróg może zastawić na ciebie pułapkę, która nie ma być zbalansowana, która ma za zadanie cię uwalić, a twoje zadanie to brać dupę w troki xD Antagoniści mają swoje pomysły i swoje plany. To taki pierwszy z brzegu przykład. Zazwyczaj najlepiej odnajdywali się tu ludzie, którzy mieli wprawę w... Pisaniu opowiadań, rly. Głównie przez to, że mocno trzymali się doświadczenia w tworzeniu postaci, w traktowaniu tematu serio i realistycznie i swojej "fantazji psychologicznej", ale nie mieli żadnych nawyków i niczego się nie spodziewali względem konwencji gry. Podobnie swoje doświadczenia traktowałem ja, gdy tu przychodziłem, że moje jedyne doświadczenie, które się liczy, to sama fantazja w kreacji postaci i wczuwanie w nią i nic więcej, nic. Bardzo mocno polecam Ci to podejście. Bez tego jest bardzo ciężko.

Historia jest świetna, postać przedstawia się super, znowu odwołam się do postów Edgara i Elii, ale mocno przyklepuję też słowa Ashtara i Siada. Również bardzo mocno podoba mi się Twoje podejście. Wiesz po co tu jesteś, wiesz co się dla Ciebie liczy. Umiesz nawet uczciwie i uprzejmie odpisać innemu kandydatowi jak wyglądały Twoje doświadczenia itd. bez żadnych niezręczności, merytorycznie i kulturalnie. Miło i przyjemnie się z Tobą rozmawia, chętnie słuchasz wskazówek i uwag. Wiesz, że dobrze tworzysz, umiesz bez spiny o tym rozmawiać, wiesz też, że jesteś tu nowy. Ode mnie za podejście zdecydowanie wielgachny plus, bo co tu dużo kryć, taka gra jak nasza wymaga mnóstwo dogadywania się OOC :D

UPVOTE.
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 110
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 09 lut 2020, 20:45

I raz jeszcze z przyjemnością odniosę się do komentarza :D. Tradycyjnie nie będę poruszać kwestii, które wskazałeś na plus, tylko odniosę się w tym wypadku do obszernej rady z Twojej strony.

Z pewnością wezmę sobie do serca to co powiedziałeś. Nigdy moją intencją nie było (i mam nadzieję, że nawet przez moment tego swą osobą nie zasugerowałem), aby mieć nadmierną pewność siebie. Moim wspólnym mianownikiem, oraz wielu obecnych członków tutaj, jest fakt, że uczestniczyliśmy już w podobnym rp w innym miejscu. Czy ma to jednak bezpośrednio jakiekolwiek znaczenie? Oczywiście że nie, kwestia o której mowa była tak dawno temu, że najstarsi górale o tym nie pamiętają. Co więcej, Szlakiem Jedi wyrobiło swoją własną i niepowtarzalnie dobrą renomę, o czym można dowiedzieć się z różnych źródeł. Można je znaleźć prywatnie, albo rozejrzeć się za licznymi reklamami w internecie. W końcu nie bez powodu pragnę do Was dołączyć, prawda? Przybyłem tutaj z bagażem doświadczeń nie po to, aby do nich wracać, ale po to, aby móc korzystać z Waszego świetnego podejścia do rp pełnymi garściami. Jednocześnie zachowując dużą dozę samokrytyki i ostrożności, ponieważ jesteście dla mnie nowym środowiskiem, w które bardzo chętnie wsiąknę :D. Mam tutaj na myśli oczywiście w dobrym znaczeniu maksymę "Scio me nihil scire". To że w moim mniemaniu coś potrafię, albo na czymś się znam, wcale nie oznacza, że tutaj się sprawdzi. Między innymi tego się nie mogę doczekać - zderzenia z rzeczywistością, bo może kto wie? Okaże się, że jestem daleeeeeko w tyle i będę musiał się od nowa uczyć grać, pomimo wielu lat doświadczenia xD. Mam więc bardzo otwarty umysł i postaram się być czystą kartą. Trawi mnie niewyobrażalny głód prawdziwego rp, toteż nawet nawet rozbudowany wątek z bombą mnie zadowoli! No, a jak mnie ewentualnie nic nie wysadzi, to też mam zamiar uczestniczyć aktywnie na pełnych obrotach, aby cały czas weryfikować własny styl gry.
Ukryte:
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 11 lut 2020, 15:34

W sumie to nie mogę tu nic więcej powiedzieć, mogę tylko w pełni podpisać się pod postami Elii, Edgara i Ashtara, w takiej kolejności. Historia jest super i co do tego że masz mocno szczegółowo opracowaną postać jako naprawdę prawdziwą, wiarygodną i przekonującą i dobrze wiesz, co chcesz grać, nie da się żadnych wątpliwości mieć. Wszystkie uwagi co tutaj były to bardziej uwagi literackie, niż co do najważniejszej esencji, czyli kreacji postaci pod RP, pod tym kątem nie da się mieć żadnych uwag i komentarzy.

Też mocno podpisuję się pod tym co Fell napisał o Tobie, zawsze fajnie od razu widzieć, że ktoś umie fajnie i normalnie po prostu rozmawiać o tym co stworzył, nie debatować w stylu "potyczkowym" XD czy bronić wszystkiego na siłę czy biczować się za omsknięcia, a po porstu opowiadać i wyjaśniać co się gdzie miało na myśli normalnie.

Ogromny POZYTYW x)
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 504
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Zayne Vergee

Postautor: Tanna Saarai dodano: 12 lut 2020, 12:19

Będę się powtarzał po ludziach zapewne, ale uważam, że tak porządnie wykonane podanie zasługuje na coś więcej niż "zgadzam się z poprzednikami, pozytyw". A że to mądrzy ludzie są i wiele już do dodania nie pozostało to mój post może nużyć i wydawać się zbędny ;') W razie czego uprzedzam zatem, że jestem całym sobą za przyjęciem cię w nasze szeregi.

Ad rem...


Pierwszy rozdział jest moim zdaniem czymś świetnym, co nawet dałoby się fabularnie wyjaśnić, gdyby zaszła taka potrzeba. Zresztą czytając go w mojej głowie zaczęły się rodzić wątki fabularne, rozwiązania, motywy, ten rozdział mnie zainspirował. Bardzo lubię takie mistyczne rozwiązania, nie wiadomo co, skąd, jak, pozostawiające czytelnikowi możliwość do swobodnej interpretacji. Mimo, że nijak ma się to do postaci i dalszej historii to był to świetny prolog. I tak jak mówi Elia. W pełni rozumiem taką potrzebę, szanuję, a i udało ci się to wykonać tak zgrabnie i sprytnie, że nie tylko mi nie przeszkadzało, co właśnie ładnie się wpasowało.


Czytając rozdział drugi miałem ogromne WTF. Czytam nagle o jakimś gryzoniu. I to się nie kończy. Pomyślałem od razu, że ktoś cię ostatnimi czasy przykuł do krzesła i torturował Nad Niemnem Orzeszkowej, bo opisy wydawały mi się tak bardzo rozciągnięte i rozbudowane. Ten rozdział trochę mnie zmęczył, a nie jest to coś co chciałbym czuć już na początku czytania. To jak mówienie "serial świetny, tylko musisz przebrnąć przez pierwszych parę odcinków", a ja chcę się dobrze bawić, a nie męczyć. Ale pokazałeś tu, że potrafisz ładnie i barwnie opisywać otaczającą rzeczywistość i to jest plus. Choć momentami było to zbyt barwne ^^'

Odnośnie tego niby faila z Hakassi. Ja zupełnie tego tak nie odebrałem, jak Siad. Zdanie
"[...]nauki moralne, oraz szkolenie, które odbył u najznamienitszych umysłów Jedi, na planecie Hakassi[...]"
sugeruje dla mnie, że bohater się tam szkolił, tam pobierał nauki, o których jest mowa. Nie oznacza to, że oni nadal tam są, nie oznacza to nawet, że całe szkolenie tam odbył. Ja traktuję to jak pewien skrót myślowy. Dla wielu nasi Jedi to bohaterowie Odika, Ossusa, Onderonu, Dremulae, Jedi z Prakith... a przecież mieszkamy obecnie na Hakassi. I pewnie i tam wyrobimy sobie jakąś renomę. Dla mnie to po prostu jedna z wielu nazw, która najlepiej pasuje bohaterowi do opisania swojego pochodzenia, jako Jedi. W końcu to tam zacznie, prawdopodobnie, swoje szkolenie.
Analogicznie... W pewnym sensie moja Tanna zawsze będzie już Jedi z Prakith.

Reszta to już spójna historia. Ten nagły przeskok w czasie nieco wybił mnie z rytmu, gdy już odzyskałem go po akcji z gryzoniem. Nagle, ni stąd, ni zowąd, bez zapowiedzi cofamy się o parę lat wstecz. No ok... Nie było to coś strasznie zajmującego, przeszkadzającego, ot... warte odnotowania w tej ocenie.


I nastał ten rozdział... Czytając go miałem przeczucie, że coś tu będzie nie tak... Ale po kolei.
Coś co rzuciło mi się w oczy najbardziej i mnie bardzo przeszkodziło. Opisujesz wygląd bohatera
"mężczyzna w końcu zdecydował się ubrać na dzisiejszy wieczór granatowy garnitur, oraz białą koszulę z akcentami bordowego koloru. Aby dopełnić harmonię oraz elegancję swego stroju, Zayne wybrał odpowiednie dodatki w postaci przygaszonej czerwonej muchy, a także pary srebrnych spinek z wysadzanymi kamieniami szlachetnymi o barwie turkusowej."
a później na dołączonej grafice widzę coś zupełnie innego. No nie.... po prostu no nie :'P Te prace bardzo fajnie dopełniają cały tekst, ale w tym miejscu to jest taki fail, że znów wybiło mnie to z immersji.

Dalej wszystko pięknie i ładnie, ale kibicowałem Zayne'owi w jego zalotach do Melidany. I już tu można było fajnie wyczytać tę jego nadrzędną cechę charakteru, która później eskalowała bardzo mocno i wpłynęła na całe jego życie tak dramatycznie. Bardzo polubiłem tę parę, bardzo polubiłem Zayne'a. A ty mi to wszystko zrujnowałeś.

Pod koniec rozdziału Zayne był dla mnie zerem, skończonym śmieciem, najgorszym sortem człowieka, który nadaje się tylko do utylizacji, a nawet nie, bo to byłoby tylko dla niego łaską. Przez całą resztę tekstu życzyłem mu ogromnego cierpienia i śmierci w męczarniach i było mi bardzo smutno, że Vong nie spuścił mu tęgiego lania zostawiając mu blizny i obrażenia, przez które jego życie będzie piekłem...
Nienawidzę takich motywów. Nawet teraz, jak o tym piszę to mi się krew gotuje.

Ale to bardzo dobrze. Historia musi wzbudzać emocje, musi angażować. Od tego momentu czytałem jednym ciągiem, nie wybiłem się już chyba ani razu. Co prawda złapałeś moje zainteresowanie właśnie tym, że kibicowałem Zayne'owi w jego drodze do nieopisanego cierpienia, ale to zawsze zainteresowanie ^^'
Choć przyznać się muszę, że podczas akcji z dziewczynką na stole operacyjnym miałem nadzieję, że jednak to on będzie miał rację. A gdy mu się nie udało to było mi trochę przykro. Zaraz jednak sobie przypomniałem co śmieć zrobił z Melidane i ucieszyłem się, że jego marzenia legły w gruzach. Co prawda musiałem się trochę postarać, by zracjonalizować sobie zachowanie profesora i tak skrajną reakcję, ale i to jestem jakoś w stanie sobie w głowie poukładać. Choć wymagało to lekkiego naciągnięcia i dopowiadania sobie. Mimo wszystko mogłeś to trochę lepiej opisać, bo zarówno profesor, jak i opiekun wydawali mi się trochę oderwani od rzeczywistości.

Szkoda, że motyw z dziewczynką już nie powrócił, że nie przewinęła się gdzieś, lub chociaż nie została wspomniana. A było na to miejsce w ostatnim rozdziale. Jej wątek wydaje mi się nie domknięty.


Samo zakończenie mi się podobało. Mnie z kolei bardzo ucieszyło, że na jego życie nie wpłynęło jakieś wielkie wydarzenie, wstrząsające spotkanie, a właśnie błahostka. Dla mnie wszystko mieści się w tych dwóch zdaniach
"Słowo daję, a tyle razy panu powtarzałam, że dobry sen i wypoczynek to podstawa w naszym zawodzie. Czy konieczne było rozwalenie sobie czerepu, aby w końcu pan pojął tą lekcję?"
Zayne'a przez lata prześladowały demony przeszłości, to co śmieć zrobił z Melidaną, to jakim jest tchórzem. Długo nie spał. Dodatkowo jest wrażliwy na Moc. To wszystko się skumulowało i zaowocowało tymi mistycznymi majakami, które pozwoliły Zayne'owi, w jego mniemaniu, oczyścić się z grzechów przeszłości i spróbować zacząć nowe życie. Lubię takie motywy, tajemnicze, mistyczne, niewyjaśnione do końca... Jak wspominałem na początku.
Nie siliłeś się tu na nie wiadomo jak pompatyczny finał, nie próbowałeś zaskoczyć czytelnika na siłę i przez to uniknąłeś moim zdaniem rozczarowującego zakończenia. Wszystkich zadowolić się nie da. Ale mnie taki finał tej historii odpowiada. Choć tak naprawdę jest to zaledwie początek.

Powtórzę raz jeszcze. Historia bardzo mi się podobała, Zayne to konkretny bohater, który zmaga się ze swoimi demonami, rzeczywistymi, realnymi. Wydaje się być bardzo, bardzo prawdziwy. Fajnie, że nie jest to opowieść o jakichś wielkich przygodach, walkach z najemnikami, porwaniu, a bardzo osobista i kameralna historia.

Ukryte:
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 931
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Zayne Vergee

Postautor: Zayne Vergee dodano: 12 lut 2020, 16:36

Dziękuję za dwa nowe głosy pozytywne i komentarze od Zosha i Tann. Do tego ostatniego się oczywiście odniosę :D

Złamię nieco swoją zasadę i w jednym miejscu, odniosę się do rzeczy niejako pozytywnej, którą wymieniłeś, a która jest dla mnie bardzo ważna. Od razu też powiem, że serio doceniam Twoje zagłębienie się w treść, oraz sokoli wzrok. Ja kompletnie zapomniałem, że w historii postaci rozpisałem ubiór Zayne'a przed randką z Melidaną w bardzo konkretny sposób. Wręcz od stóp do głów. To jak doszło do faila musi więc być już dla wszystkich oczywiste. Najpierw rozpisałem wydarzenia we wszystkich rozdziałach, a dopiero potem zacząłem tworzyć dodatkowo grafiki. Z tego właśnie powodu zdążyłem już zapomnieć o tym fragmencie opisującym ubiór, a w trakcie nanoszenia poprawek na tekst i usuwania błędów, to neurony jakoś nie powiązały ze sobą faktu, że opis ubioru w opowieści jest kompletnie inny od modelu, który wrzuciłem do grafiki! Big oof z mojej strony, a dla Ciebie brawa za wyłapanie błędu o którym nie miałem nawet pojęcia. Binol bug, to jednak Binol bug xD.

Jak wspomniałem, chciałbym wyjątkowo poruszyć aspekt pozytywny do pewnego stopnia, który wymieniłeś w swoim komentarzu. Sprawiłeś mi cholerną przyjemność (nohomo tho) swoją opinią, że autentycznie zdenerwowałem Cię i wzbudziłem negatywne emocje tym, co Zayne zrobił. To chyba najlepsza nagroda dla GM'a/twórcy/autora/pisarza amatora, że fragment tekstu, który rozplanował, został odebrany w dokładnie taki sposób jak sobie twórca zamyślił. Każdy człowiek jest oczywiście inny i każda osobowość odbiera i interpretuje wydarzenia prawdziwe, lub fikcyjne na swój sposób, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Z mojego punktu widzenia, oraz moralnych wartości, które wyznaję, to co zrobił Zayne było czynem najgorszego sortu. Dokładnie tak, jak Ty to ująłeś. Z tego powodu było mi łatwo rozpisać tak okropną sytuację, jako przekręcenie o 180 stopni moich własnych przekonań jako człowieka. Dlatego bardzo się cieszę, że ten fragment wywołał u Ciebie takie, a nie inne odczucia!
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Zayne Vergee

Postautor: Rada Jedi dodano: 13 lut 2020, 14:03

Podanie otrzymało siedem głosów pozytywnych - aplikacja zostaje zamknięta. Dalsze instrukcje zostaną kandydatowi przekazane za pośrednictwem prywatnej wiadomości.
Obrazek
Awatar użytkownika
Rada Jedi
 
Posty: 422
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47


Wróć do Podania

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości