Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 14 maja 2020, 14:56

Szlakiem symboli
Prolog:
Anomalia

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 29.03.20, 19:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Po długich oczekiwaniach na odpowiedni moment, w końcu ruszyliśmy. Według obliczeń astrologów z Korelii dzieliło nas kilka dni od obniżenia poziomu promieniowania wydzielanego przez wysadzoną z nieznanych przyczyn mgławicę sąsiadującą system Abron. Zapakowaliśmy wszystko co było niezbędne. Na Hakassi zaopatrzyliśmy się jeszcze w pokaźne zapasy wyjątkowo efektywnej nutripasty, która powinna była starczyć nam na całą podróż. Jak to jednak bywa z nutripastą, czym więcej kalorii i składników odżywczych ta posiada, tym bliżej jej w smaku do starych butów.

Droga dłużyła się w nieskończoność. Ciasna kabina Y-TIE była przez następne kilka dni naszym domem. Zaczęło się od serii wielu krótkich skoków, które razem z oddalaniem się od Galaktycznego Jądra stawały się coraz dłuższe. Ile dokładnie zajęło dotarcie na miejsce? Ciężko powiedzieć. W takich momentach traci się poczucie czasu. Droga miała zająć od czterech do siedmiu dni hakassańskich. W końcu jednak dotarliśmy na obrzeża systemu Farstey, pogrążonego wśród zabójczego promieniowania. Kolejny skok oznaczał wkroczenie w strefe niebezpieczeństwa.

Rycerz Avidhal sprawdził na mapach najbliższe zamieszkałe planety, ta jednak - jedna - znajdowała się po przeciwnej stronie mgławicy. Nie mogąc więc liczyć na ostatni przystanek, Rycerz wykonał pierwszy z wielu skoków, po drodze zgodnej z obliczeniami komputera nawigacyjnego, na końcu której miał znajdować się nasz cel. Alpheridies. Spędziliśmy tak kolejne długie godziny, może nawet ponad dzień, przemierzając labirynt, jakim teraz stał się sektor Farstey. Seria skoków doprawianych krótkimi drzemkami pełnymi niepewności i nerwów została przerwana przez nagły alarm.

Komputer pokładowy wykrył zagrożenie na trasie i awaryjnie zakończył skok nadprzestrzenny. W tamtym momencie można było pomyśleć, że to koniec naszej podróży. Cały statek trząsł się, jakby za moment miał rozpaść się na kawałki. Huki, trzaski, jak gdyby tarcza Y-TIE była gigantycznym wiertłem, które przedziera się z ogromną prędkością przez litą skałę, tylko to nie była żadna asteroida, a ogromna anomalia grawitacyjna. Dovin Bassal. Sytuacja wyglądała bardzo marnie, nawet mimo starań Rycerza Avidhala. Nie wiem czy trwało to kilkanaście sekund i tylko adrenalina sprawiała, że zdawało się to ciągnąć długimi minutami, ale gdy te minęły, to Rycerz osiągnął sukces. Uciekliśmy od anomalii. Starcie twarzą w twarz Y-TIE z Dovin Bassalem kosztowało nas jednak prawie całe paliwo, spożytkowane na utrzymanie tarcz, które to były jedyną przyczyną tego, że nie spłonęliśmy żywcem. Nie starczyłoby na dotarcie do celu, czy nawet na drogę powrotną. Całe szczęście Rycerz zabrał dodatkowy kanister. Z drugiej strony nawet po dolaniu nie można by tego nazwać dużą ilością, no ale i tak by dolać, musieliśmy znaleźć miejsce na postój.

Na szczęście nieopodal znajdowała się nieznana planeta, na którą Rycerz Avidhal nas skierował. Pojazdem w którym z każdą minutą kończyło się paliwo przebiliśmy się przez atmosferę i rozpoczęliśmy poszukiwania odpowiedniego miejsca na postój. Paliwo w kanistrze było niestety tylko kroplą w morzu potrzeb naszej wyprawy, tak też na planecie, która wydawała się jednym wielkim morzem, niczym Dremulae, mieliśmy nadzieję znaleźć jakąś osadę, lub inne miejsce zamieszkałe, w którym moglibyśmy znaleźć tego więcej. Przemierzając na wysokości pustkowie udało nam się zlokalizować jakiś sygnał o sygnaturach rebelii sprzed wielu lat. Ruszyliśmy do źródła.

Miejsce to okazało się wbudowaną w górę na wyspie starą placówką militarną. Na pierwszy rzut oka bez życia, jednak zaraz po lądowaniu przybyły przywitać nas dwie osoby. Cóż. Powitać to za dużo powiedziane. Dwójka rozbitków uwięzionych na planecie, którą nazywali Farstey. Z początku ciężko było się z nimi jakkolwiek dogadać, czemu też nie można się dziwić. Dwa lata spędzili zupełnie sami, pozbawieni nadziei. Co zrozumiałe, bardzo chcieli się stamtąd wyrwać razem z nami. Z początku wydawało się nawet, że siłą spróbują przejąć naszego Y-TIE, ale ich zapał się nieco ostudził, gdy zrozumieli, że mają do czynienia z Jedi. Powiedzieliśmy im gdzie zmierzamy, a oni - czy to całkowicie szczerze, czy dla oczywistej, własnej korzyści - próbowali nas od tego odwieść. Jeden z nich przedstawił się jako handlarz, którego fregata uciekła przed atakiem Yuuzhan, a ostatecznie dopadło ich coś podobnego do nas i wraz z towarzyszem tu utknęli. Mówili, że nic na Alpheridies już nie zostało, że nie ma do czego tam wracać, jedynie spalona ziemia. Zapytani przez Rycerza Avidhala o swój statek, w którym miał nadzieję znaleźć paliwo powiedzieli, że po spotkaniu anomalii awaryjnie musieli lądować w wodzie. Zabrali z niego swoje zapasy, oraz paliwo, które pozwoliło im na zasilenie placówki. Rycerz miał nadzieję sprawdzić, czy coś się ostało - będąc kalamarianinem - jednak tu się okazało, że ten wylądował dobre kilka kilometrów od wyspy. Coś w nich bardzo nie grało, gdzieś na pewno kłamali. Mówili, że są tu dwa, trzy lata, a od pierwszego ataku na Alpheridies minęło już prawie sześć lat. W dodatku jeden z nich, zamaskowany osobnik twierdził, że był Matukai, co przykuło uwagę już od samego początku, gdy podbiegał do nas z prędkością godną wprawionego mocowładnego. A on sam twierdził. Ledwo jednak wrażliwy, nie to co my, jak twierdził. Przemierzał galaktykę, szukając wiedzy, samorozwoju, harmonii. Niby jakoś się to dodawało, ale z drugiej strony… niezbyt. Mimo to nie mieliśmy ani czasu, ani chęci specjalnie się dowiadywać. Potrzebowaliśmy paliwa, a czas uciekał.

Ostatecznie udało się nam przekonać ich do jakiejś współpracy. Obiecaliśmy, że gdy tylko załatwimy nasze sprawy na Alpheridies, to wezwiemy dla nich pomoc. Nasz myśliwiec i tak nie zabierze nikogo więcej, a rezygnacja z powierzonego nam zadania nie wchodziła w grę. Opowiedzieli nam o platformie wiertniczej, która powinna była znajdować się kilkanaście kilometrów od wyspy. Przeczytali o tym w archiwach militarnej placówki, w której spędzili ostatnie te lata. Była to nasza jedyna nadzieja na zdobycie paliwa, nie licząc kradzieży i skazania tych dwóch na powolną śmierć z wyziębienia. Ja poszłam sprawdzić stan Y-TIE, który okazał się wcale nie taki zły, a Rycerz Siad rozmówił się z jednym z nich, który okazał się amatorem, pasjonatem astronomii. Przeprowadził obliczenia na podstawie odczytów z ich statku, który wpadł w pułapkę. Jego zdaniem udało mu się obliczyć bezpieczną trasę na opuszczenie planety. Gdyby tylko mieli paliwo i statek. Sami nie mieliśmy innej alternatywy, więc Mistrz Avidhal zdecydował się chyba mu w tym zaufać. Po wszystkim ruszyliśmy na poszukiwania platformy wiertniczej.

Nasza pechowa passa jednak nie miała się tu skończyć. Nic tam nie było. Ani w miejscu które wskazali, ani w okolicy. Tylko niekończące się morze, zakrapiane sporadycznymi, mikroskopijnymi na tą skalę wysepkami. Stanęliśmy przed wyborem. Rycerz Avidhal na komputerze pokładowym obliczył, że po dolaniu z kanistra paliwa mamy na tyle, że istnieje szansa, że uda nam się dotrzeć na Alpheridies. Nie było jednak pewności, za dużo możliwych zmiennych. Powiedziałabym nawet, że szanse zbliżone do pół na pół. Musieliśmy zdecydować. Lecimy i ryzykujemy zatrzymanie się i dryfowanie w środku zabójczej pustki kosmosu, albo wracamy na wyspę, na której możemy utknąć na dobre. Zgodnie zdecydowaliśmy, że musimy zaryzykować. Zbyt wiele od tego zależało.

Mistrz Avidhal prowadził maszynę kilka godzin przez istnie pole minowe anomalii grawitacyjnych, a ja w tym czasie mogłam zrobić tyle, co poinformować rozbitków o tym, że nastąpiła zmiana planów. Platformy nie było, a nasze ponowne lądowanie skończyłoby się uwięzieniem. Tak też zagraliśmy w kasynie losu. Rzucając na szalę nasze życia w nadziei, że uda nam się dotrzeć do celu. Do domu. Na Alpherdies.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo

Grafika autorstwa Rycerza Jedi Siada Avidhala, na podstawie screenu z gry autorstwa Mistyk Jedi Elii Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 534
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 18 maja 2020, 22:16

Zakupy-podpucha - plan finalny

1. Data, godzina zdarzenia: Brak

2. Opis wydarzenia:

Okej, zbieram do kupy cały plan w wersji finalnej.

Sam bazowy koncept "podszyjmy się pod piratów próbujących jakoś kupić droidy, które akurat będą zgodne z profilem YVH" to dzieło moje i Edgara. Jego była baza, moje, żeby wykorzystać do tego autentycznych przestępców z półświatka. Dorwanie odpowiedniej ekipy to zasługa Rycerza Teya i Ucznia Alexandra. Potem ogarnięcie piratów w celach to zasługa moja. Samo zwrócenie nam uwagi, że samo załatwienie spotkania to dopiero etap 1 i nie mamy niczego więcej, to już uwaga Mistrzyni Vile.

Cały ten wstęp po to, by było wiadomo kogo wieszać za co, jeśli ten ryzykowny plan okaże się wtopą.

Na negocjatoro-wysłannika zasugerowałem wybrać Padawana Llyn'hana zamiast Padawanki Deron. Khad wydaje się dużo bardziej rozgarnięty w sytuacjach bojowych, Arelle i sytuacje bojowe to średnia sprawa. Naturalnie Arelle była niezłym wyborem, ale Khad jest jeszcze lepszy. Padawan jest wsród nas zupełnie nowy. Nasz wróg nie zna go w żaden sposób. Wszystkich innych spośród nas mieli okazję poznać dzięki włamaniom i tak dalej. Stąd mocno naciskałem, by wybrać zupełnie anonimowego Padawana Llyn'hana. On nie musi się bać o spalenie kamuflażu. Jest wyciągnięty z kapelusza.

Zadanie negocjatora opiera się przede wszystkim na tym, by jak najbardziej wiarygodnie udawać reprezentanta pirackiej załogi, która chce kupić zaawansowane droidy bojowe dla rozbudowy swoich operacji. Tutaj wchodzi pomysł Majora Toshiego, oparty na tym, aby skupić się na wersji, w której grupa wymienia stare droidy na nowe przez rozrost działalności i jest też zainteresowana odsprzedaniem starych robotów jako część zapłaty. Tutaj wchodzą rzeczy, przed którymi przestrzegła nas Mistrzyni Vile, a których realizację składałem ja. Po pierwsze, taka grupa nie ma prawa być jakaś... Napalona na takie YVH. Wygladają jak coś aż zbyt potężnego dla takich piracików, przesadna inwestycja, jak kupno rozkładanego działa do samoobrony ulicznej. Ta "przesada" powinna być widziana sceptycznie. W sytuacji, gdyby negocjator miał się dowiedzieć, że to republikańskie YVH, to powinien reagować może i nawet strachem. W końcu taki pirat pomyśli sobie, że za korzystanie z tajnego sprzętu Specjalsów od Sojuszu wyląduje w komorze gazowej po miesięcznych przesłuchaniach z akumulatorem na jajach. W końcu to *te* YVH. Sami z siebie takich droidów poznawać szarzy piraci nie powinni, ale o ich legendzie mają prawo słyszeć. Oczywiście bez znania wybitnych detali. Po prostu wiadomo, że to kosztujące fortunę, super-tajne roboty Sojuszu o taśmach produkcyjnych strzeżonych jak pierwsza Deklaracja Praw z Republiki, superbroń przeciwko Yuuzhan Vong.

Negocjator będzie udawał członka, co najmniej prawą rękę, kapitan Kasandry ze znanej wszystkim załogi. Odsyłam do raportu Ucznia Alexandra z wyprawy jego i Rycerza Teya. Całość układów jest obecnie ustalana przez ukryte kanały HoloNetowe dla patologii. Wszystko pod nadzorem Żandarmów obserwujących działania kapitan. Przed wylotem poznamy detale ich układów.

Na lot wraz z Padawanem zabiorą się wybrani przez Ucznia Alexandra, Rycerz Tey i Rycerz Slorkan. Powodów jest kilka. Edgar podał, że są mało znani wrogowi, ale tak po namyśle, to Rycerz Slorkan osobiście pałował Edgara i Sitha na Kuźni, więc trochę jakby kurwa nie. Natomiast najważniejszy punkt jest taki, że obaj nie mają żadnej protetyki i bombardowanie jonowe ich nie zabije. Wszyscy inni są wykluczeni: Mistrzyni Vile ma rozrusznik serca; Rycerz Avidhal jest półcyborgiem; Uczennica Valo ma dwie cyberprotezy; Uczeń Alexander wiadomo; Uczennica Saarai... niedysponowana; Padawan Okka'rin okej, ale Rycerze lepsi. Dalej, ponadto, obaj są dobrymi szermierzami. Rycerz Slorkan zna też już przeciwnika i wie czego się spodziewać. Ponadto cały skład umie latać większością maszyn.

Ich eskorta znajdzie się w sejfie z neuranium, w którym mieszka Miraluka Lao. Sejf ten ukrywa obecność osób przed zmysłami Jedi i przed wszelkimi skanerami, jest doskonały. W środku jest zapas powietrza na długo. Ma specjalny tryb komunikacji od WSK. Na zewnątrz jest komunikator, który dalej wypuszcza sygnały do środka sejfu specjalnymi kablami, ponieważ inaczej sejf nie przepuściłby żadnych fal. Wprowadzimy tutaj pomysł Mistrzyni Vile, kamera na zewnątrz na statku, która będzie przekazywać obraz do wnętrza sejfu po odpowiednich modyfikacjach sprzętu sejfowego. W połączeniu ze zrobieniem wszystkiego po kablu, by nikt nie zakłócał. Sam zmontuję to już niedługo, chyba że ktoś chętny mnie uprzedzić. Najlepiej Edgar.

Ferajna będzie miała prymitywne komunikatory radiowe, pomysł Majora Toshiego. Zrobi się to tak, by przesłali prosty gównosygnał do konsol statku i statek wydał odpowiedni sygnał do wsparcia.

Wsparciem będą wojska Hakassi. Jak już raportowałem, są chętni użyczyć tych sił, które w obecnej sytuacji nie są szczególnie obłożone, gdy dużo bardziej potrzebna jest flota do wydobywania tysięcy ton wraków z kraterów i wód, siły do codziennych patroli i eskort. Tak więc nie użyczą nam regularnych jednostek, ale grupa bombowców do posłania bombardowania jonowego na teren walki okej. Cała ta koncepcja z bombardowaniem jonowym to dzieło Ucznia Alexandra. Fundament neutralizacji głównych sił wroga. Jak objaśniała Żandarmeria, z pewnością wróg wybierze sobie teren taki semi-publiczny. Taki, gdzie nikt nikogo nie odstrzeli, bo w kręgach patologii trzeba wybrać miejsce, gdzie samobójstwem będzie próbować się wykiwać zabijając drugą stronę negocjacji. Ale także tam, gdzie jest sensowne miejsce i przestrzeń. Zwykle jakieś miejskie obrzeża, gdzie czarnorynkowy handel ujdzie, ale strzelanina szybko skończy się wjazdem lokalnej artylerii. Na pewno nie będzie to żaden teren Sojuszu, bo dobrze wiedzą, że są ścigani. Nasze posiłki będą kryć się gdzieś na najbliższym ciele niebieskim, skąd będą mogli dolecieć w miarę szybko w garść minut i być pod ręką. Będą to bombowce TIE. Czy zwykłe TIE bombery, czy coś ostrego w stylu TIE Oppressorów, to nie wiem. Siły Hakassi nie chcą żadnego bezpośredniego kontaktu z tego typu chorym badziewiem i ich rozumiem, ale różne usługi z bezpiecznego kokpitu bombowca i łojenie dup z nieba jest okej. Tak więc pościg i uziemianie wroga okej. Abordaż nie.

Negocjator wyjdzie na spotkanie i upewni się, że wszyscy są na miejscu, jest kontakt, wróg na zewnątrz. Potem to już tylko jak najszybciej powiadomić posiłki. Grać na zwłokę jak najdłużej. Gdy już nie będzie wyboru, Rycerze opuszczają sejf i ruszają do walki, nie dać im uciec. Jeśli będą tam aktywne YVH, ich cel to w żadnym razie nie jest wygrać, a tylko nie dać wrogowi uciec, dopóki nie dolecą bombowce posłać droidy w dezaktywację. Dopiero potem faktycznie regularna walka. Negocjator w tym czasie spieprza na statek.

Do dyspozycji będą pola maskujące dla każdego, a także jakiś śmigacz na pokładzie, do którego przytwierdzimy jakoweś działo jonowe. Stanęło na tym, Uczeń Alexander sugerował maszyny kroczące, ale to na skanerach wyglądałoby cholernie dziwnie, a śmigacz już nie. Nie organizujemy tego jako jakiekolwiek *śmigacz dla X*, a wyłącznie dyżurny osprzęt dla tego, komu się przyda. Taki Khad będzie mógł wrócić po pojazd i dołączyć z maszyną do walki, ale nie musi. Zależy od sytuacji bieżącej.

Ugh. To by było tyle.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Wiadomość została nagrana w postaci w pełni zaszyfrowanej. Hasło Fell rozdał napaćkane rysikiem na flimsiplaście do kwater. W raporcie znajduje się notka "jeśli coś rozbudować, rzućcie mi szybką informację". Podziękowania dla wszystkich uczestników tych obrad.


4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 115
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 20 maja 2020, 16:54

Szlakiem symboli
Część I:
Alpheridies

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 08.04.20, 19:30-2:00

2. Opis wydarzenia:

Po długich godzinach, a może i dniach pełnych niepewności, strachu, balansując na krawędzi na minimum paliwa - udało się. Sama tego nie widziałam, ale komputer pokładowy poinformował, że tą loterię wygraliśmy. Dotarliśmy do systemu Abron, wprost na orbitę ukrytego w ciemnościach Alpheridies. Miejsca mało komu znanego, przez tysiące lat w większości odizolowanego od spraw wielkiej galaktyki, polityki i intryg, które mimo specyfiki świecącej nad nią gwiazdy Abron - tętniło wręcz życiem. Przynajmniej tak je zapamiętałam.

W moment jednak pojawienia się na orbicie - nie dało się tego przeoczyć. Już z tej odległości, a czym głębiej w atmosferę, tym było to wyraźniejsze - uczucie, które kłuło w duszę. Wszechobecna pustka bezlitośnie dawała po sobie znać, odbijała się echem. Subtelnie uderzała w umysł z każdą chwilą, nieprzerwanie, nie pozwalając nawet na krótką chwilę o sobie zapomnieć. Będąc w tle sprawiała, że nawet stosunkowo nawet prosta medytacja stawała się wyzwaniem.

Zagłębialiśmy się w atmosferę, wewnątrz której jedynym drogowskazem dla Rycerza Avidhala były instrumenty pokładowe, do których miał dostęp. Nie mieliśmy map, które cokolwiek by nam powiedziały. Byliśmy tylko my i ciemność. Musieliśmy jednak od czegoś zacząć, więc zdecydowaliśmy się ruszyć w stronę gór, mając nadzieję, że to te, wewnątrz których lata temu podczas krótkiej okupacji Imperator zbudował swoje placówki, w których to może ktoś znalazł schronienie. Strzał okazał się trafny. Dolatując w okolice wykrytych przez myśliwiec, najwyżej położonych partii terenu wykryliśmy dziwną anomalię. Znaczące promieniowanie, energia dosięgała Y-TIE, której źródłem wydawały się być bardzo silne tarcze. Nie wiedząc czego możemy się spodziewać, dolecieliśmy na miejsce i wylądowaliśmy kilka kilometrów dalej, na półce skalnej, by pierwszy raz od wielu dni opuścić kabinę myśliwca.

Rycerz założył swój noktowizor i ruszyliśmy w stronę anomalii. Większość terenu pokrywały lasy. Czysta, kojąca natura, jakby nietknięta przez żadną tragedię, wyłączając unoszący się w powietrzu dziwny zapach spalenizny, jakby plastiku. Docierając na miejsce nie znaleźliśmy jednak żadnej tarczy, jedynie znajdującą się nieco głębiej niewielką osadę, a w niej zaskakujące, zdumiewające szczęście. Miraluka. Może z dziesięć osób, oraz jeden obcy z Utapau, handlarz. Wśród nich od razu można było poznać wyróżniające się trzy osoby, Luka Sene. W nieco zniszczonych, ale wciąż wyrazistych, tradycyjnych szatach organizacji. Nasze przybycie, jak można było się spodziewać - bardzo ich zdziwiło. Nie sądzili, że ktoś jeszcze to przeżył. Z początku ciężko było im uwierzyć, że jesteśmy Jedi, że może jesteśmy w stanie im pomóc, ale nawet mimo tego - nie dałoby się powiedzieć, że przyjęli nas źle. Było to bardziej niedowierzanie, zaskoczenie jeszcze większe, niż nasze. Moje. Może jednak skupię się jednak bardziej na konkretach.

Grupką przewodziła starsza kobieta, mentorka Luka Sene, Lalen. Razem ze swoimi dwoma uczniami zaprosili nas do jednego z domów, gdzie mogliśmy spokojnie porozmawiać.

  • Pierwszą rzeczą, na którą nie dało się nie zwrócić uwagi był “wybawiciel”. Od samego początku, wśród wszystkich głosów tej małej społeczności było go pełno. Mentorka zaś nazywała go “splugawionym”. Był osobą, która co najmniej rok temu (nikt nie wiedział dokładnie, czy to rok, czy trzy lata) ich wszystkich uratowała. Z jednego z miast na Alpheridies zabrała ich do swojego statku i przywiozła tu, gdzie pod osłoną pola ukrywającego aktywność biologiczną, które im ofiarowała przetrwali inwazję. Kim była? To nasz Sith, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Opis wyglądu, towarzyszące mu YVH. Był tam i z jakiegoś powodu im pomógł. Obiecał też, że po nich wróci. Co do tego… do samego końca nie wiadomo, czy ostatecznie tak też zrobił. Nie wiem czemu to zrobił, czego od nich chciał, ale to na pewno nic dobrodusznego.
  • Na Alpheridies, jak już wcześniej powiedziałam… Moc była praktycznie wymarła. Pustka, ciągłe, wbijające się w głowę echo zniszczenia nie odstępywało nawet na moment. Niczym agonia, niepokój, który przebijał się z wnętrza duszy. Moc umarła, zniknęła, co było dziełem tych chorych wytworów - Yuuzhan. Miraluka sądzili, że tak jest wszędzie, w całej galaktyce, ale po naszych zapewnieniach, że poza Alpheridies jest lepiej - przynajmniej część z nich odzyskała iskierkę nadziei. Obiecaliśmy, że im pomożemy, że spróbujemy ich stamtąd wyciągnąć. Zrobimy co w naszej mocy. Mam zamiar dotrzymać tej obietnicy, nawet jeśli za dwa lata szanse będą nikłe
  • Uniwersytet, miejsce, w którym mieliśmy nadzieję znaleźć to, czego szukamy. Odpowiedzi przynajmniej na część pytań. Mentorka o ile nie miała pewności, czy ten przetrwał, to znała jego lokalizację i obiecała, że nas tam zaprowadzi. Okazało się również, że była Poszukiwaczem. Poszukiwacze byli członkami Luka Sene, których obowiązkiem między innymi było odnajdywanie i łapanie tych, którzy wśród społeczności zatracili się w otchłani Ciemnej Strony Mocy. Jedna z najtrudniejszych specjalizacji, którą powierzano jedynie najlepszym.

W pewnym momencie rozmowę przerwały jednak krzyki. Krzyki przerażonych istot, którym chwilę później zawtórował obrzydliwy, obcy skrzek Yuuzhan Vong. Kazaliśmy wszystkim schować się wewnątrz, gdy my ruszyliśmy im na spotkanie. Dawno już nie miałam okazji spotkać się z jednym z nich twarzą w twarz, o ile tak to można nazwać. Wśród ciągłej migreny, pustki Mocy… Praktycznie nie byłam w stanie dostrzec żadnego z nich, z jednym wyjątkiem. Ich amphistaffów. Przebywanie w ich otoczeniu przez te wszystkie lata zdało się odpłacać. Nawet w tym stanie byłam w stanie określić przybliżoną ich pozycję. Wpierw spróbowałam do nich przemówić, co jednak nie przyniosło żadnych rezultatów. To były zwykłe bestie, którymi rządziły najprostsze instynkty. Chociaż nie, zwierzęta, czy bestie chociaż walczą, by przeżyć. Oni żyli tylko dla swej żądzy mordu.

Rycerz Avidhal szybko i sprawnie rozprawił się z nieproszonymi gośćmi, chociaż nie pomogło to zbytnio przerażonym osadnikom. To był pierwszy przypadek pojawienia się tam Yuuzhan od lat, odkąd Sith sprowadził i schował ich w tym miejscu. Nie wiedzieliśmy czy to przypadek, czy to nasze lądowanie do tego doprowadziło. Nie wiedzieliśmy też, czy nie ma ich w okolicy więcej. Ruszyliśmy więc sprawdzić okolicę. Nic nie znaleźliśmy, poza znajdującym się nieopodal kanionem. Postanowiliśmy go sprawdzić. Na dnie znaleźliśmy kilka ciał Miraluka. Nie były zrzucone, szczątki znajdowały się w… naturalnych pozycjach, powiedzmy. Krótką chwilę nam zajęło, nim zdaliśmy sobie sprawę z przyczyny ich śmierci. Był to trujący gaz, pochodzenia najpewniej yuuzhańskiego. Zostawiliśmy na dnie wszystko takie, jakie tam zastaliśmy i wróciliśmy do wioski. Później nastała już cisza. Była tylko ta dwójka, którą Mistrz Avidhal zakopał, podczas gdy ja wróciłam do rozmów z Luka Sene.

Ostatecznie postanowiliśmy zostać tam kilka dni, na wypadek gdyby martwa dwójka Yuuzhan zdążyła wezwać posiłki, czy zaalarmować kogoś w okolicy. Otrzymaliśmy jak na standardy Y-TIE wspaniałe posłanie, w którym spędziliśmy większość z kilku następnych dni. Na szczęście nic się w tym czasie nie wydarzyło. Byliśmy gotowi wyruszyć w dalszą drogę, do uniwersytetu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo.

Grafika autorstwa Rycerza Jedi Siada Avidhala, na podstawie screenu z gry autorstwa Uczeń Jedi Tanny Saarai.
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 534
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 21 maja 2020, 15:52

Szlakiem symboli
Część II:
Uniwersytet

Obrazek

3. Data, godzina zdarzenia: 10.04.20, 19:30-3:00

4. Opis wydarzenia:

Zabraliśmy śmigacze z wioski i wraz z mentorką ruszyliśmy w trasę. Droga na uniwersytet Luka Sene trwała znów co najmniej kilka dni. Przemierzaliśmy połacie terenu mojej rodzinnej planety. Kiedyś pełna życia, roślinności i pięknych widoków. Zależnie od miejsca lądowania... Ktoś mógłby powiedzieć, że nic się nie stało. Wszystko pozostało na swoim miejscu, jak gdyby zamrożone w czasie, pozbawione życia, fauny, lecz czym bliżej znajdowaliśmy się zabudowań, czy jakichkolwiek oznak cywilizacji, tym wszystko coraz bardziej teren zamieniał się napełniające grozą spalone pustkowia, na każdym kroku ukazujące straszliwą tragedię, jaka spotkała Alpheridies. Lalen dobrze znała drogę i okoliczne tereny, dzięki czemu na odpoczynek zatrzymywaliśmy się we względnie bezpiecznych kryjówkach, głównie w jaskiniach. Ciężko to było jednak nazwać odpoczynkiem. Rozchodzące się nieprzerwanie puste echa śmierci i zniszczenia z każdym dniem stawały się coraz bardziej dokuczliwe, męczące. A my byliśmy tam dopiero od kilku dni.

W końcu dojechaliśmy do celu. Miasto otaczające uniwersytet również nie było pozbawione blizn po tej wojnie. Na jednej ulicy znów obraz, jak gdyby nic się nie stało, zamarzło bez życia, na drugiej jednak rozsadzone budynki, których ściany obficie rozlały się po przylegających ulicach. Sam uniwersytet, o ile z zewnątrz nie wyróżniał się specjalnie, tak po przekroczeniu murów wejściowych i po wkroczeniu na dziedziniec - okazał się praktycznie nietknięty. Jak gdyby zamrożony w czasie, znajdujący się poza wydarzeniami dotykającymi całą planetę. Eleganckie kolumny i posągi wciąż stały, jak gdyby nic się nie stało. Z jednym wyjątkiem. Kiedyś to samo miejsce tętniło życiem. Pełne było studentów, wykładowców, członków Luka Sene, czy zwykłych mieszkańców. Teraz, tak samo jak reszta planety - było opustoszałe. Gdyby do końca tak wyglądało, to wszystko to byłoby dużo prostsze, ale rzadko takie jest. W moment otworzenia wielkich bram prowadzących do środka budynku biblioteki - naszym zmysłom ukazało się coś dziwnego. Rycerz Avidhal z pewnością widział to dużo bardziej klarownie, ale nie trzeba było długo czekać, nim spośród zaburzeń wyłonił się głos. Wiele głosów.

Yuuzhan Vong, wraz ze swoimi jaszczurowatymi sługusami. Różnych głosów w ich języku było przynajmniej dziesięć. Zdziwieni naszym przybyciem, zdziwieni tym, że ktoś jeszcze przetrwał przeprowadzoną przez nich czystkę. Głosy wojowników i Chazrachów, którzy nawzajem przekrzykiwali się co do tego, czy i jak skończyć nasz żywot. Jak na powrót odzywała się w nich chęć mordu.

Spróbowałam wpierw w jakiś sposób załagodzić sytuację. Miałam nadzieję, że cała planeta była przez mgławicę odizolowana. Pozbawiona informacji. Szybko jednak moje próby zostały zgaszone w zarodku. Moje próby połączenia nas z Khsatsem i Hrasem Choką spełzły na niczym, bo oni o wszystkim dobrze wiedzieli. Hras Choka po zabraniu swoich pobratymców znad Odika, pomimo morderczego promieniowania mgławicy otaczającego cały system Farstey pojawił się i tu. Od niego dowiedzieli się o tym, co zaszło w Jądrze. Podobno miał ich stamtąd zabrać, lecz tego nie zrobił. Zabrał jedynie uśmiercicieli, których kształtowniczka stworzyła. Nie tylko on tu był, Sith też. Dwa główne głosy znające galaktyczny wspólny, biorące udział w rozmowie - to był najpewniej jakiś wojownik, oraz kształtowniczka. Osoba odpowiedzialna za, prowadząca eksperymenty i zamieniająca moich pobratymców w Uśmiercicieli. Na nic były słowa o wspólnym interesie, o chorobie, która toczy galaktykę, która zagrożeniem jest nie tylko dla nas, ale też dla nich. O aberracji pożerającej wszystko, co żywe. Nie obchodziło ich to. Co więcej - na rękę im było, by w odwecie, jako ostatnią ich przyjemność, to coś pogrążyło nas, zdrajcę Hrasa i całą galaktykę. Mimo tego wszystkiego, to nasz znajomy w jakiś sposób przekonał ich do siebie. Mimo bycia częścią galaktyki, którą jawnie cała ta grupa gardziła, to pozwolili mu przejść. Wejść do biblioteki. Odnaleźć to, czego szukał - czym się z nimi nie podzielił - i bezpiecznie odejść. Pojawił się tu jako członek Brygady Pokoju, oraz ostrzegł ich, że możemy za jakiś czas przyjść tu za nim. My. Jedi. Tak czy inaczej - był tu przed nami, a teraz między naszą dwójką i celem wyprawy, do którego dostępu nam nie dadzą, stała mała armia. Konflikt wydawał się niemal nieunikniony, lecz ostatecznie głosy przewodnie wśród nich zdecydowały, że pozwolą nam odejść. Złudnym byłoby jednak sądzić, że na tym się skończy. Ślina ciekła z ust jaszczurów na myśl o ostatnim polowaniu na niedobitków. Biorąc pod uwagę to co planowaliśmy począć z tym dalej, to najlepszym wyjściem byłoby zaatakować już wtedy, gdy nie byli przygotowani. Szanse byłyby większe, lecz bez wątpienia oznaczałoby to śmierć mentorki. Miraluka na Alpheridies nie mieli tej możliwości, co ja. Nie spędzili lat w otoczeniu amphistaffow. Ich zmysły nie miały okazji przyzwyczaić się do wychwytywania ich subtelnej obecności, a będąc nieco bardziej dosłownym - jej braku. Nie mówiąc nawet o latach spędzonych wśród wwiercającej się w mózg pustki. Nie mogliśmy ryzykować, odeszliśmy.

Nie mogliśmy jednak też tak tego zostawić. Opcji wiele nam nie zostało, a czas mijał nieubłaganie. Musieliśmy tam wrócić. Mistrz z początku chciał wyruszyć na tą samobójczą misję sam, lecz nie mogłam na to pozwolić. Nawet mimo swej jawnej ułomności. Szanse powodzenia i tak były marne, a nawet odwrócenie uwagi wydawało się w tamtym momencie czymś, co mogło pomóc.

Dalsze wydarzenia opisał Rycerz Avidhal:
Czas naglił, a my nie mieliśmy jak... Szukać innych miejsc, w których moglibyśmy odzyskać jakąkolwiek wiedzę. Błądzenie po planecie bez map, w kompletnej ciemności - to zajęłoby lata. W głębi duszy czułem, że to nasza najlepsza możliwość z dostępnych... Ironicznie, bo wyglądała jak pewien zgon, śmierć. Nie miałem jednak siły i ochoty tracić tego, co już udało nam się pozyskać, przez co już udało nam się przebrnąć. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i wrócić, ale już nie na dodatkowe bezcelowe pogawędki. W duchu miałem nadzieję, że nie będą bardziej przygotowani, niż już są. Że nie będą się spodziewać tak oczywistego aktu samobójstwa odłożonego w czasie, jakim jest szturm we dwie osoby na świetnie chronione siedlisko tych wynaturzeń, które było początkiem historii pojawienia się Uśmiercicieli. Na pewno też po stronie rozsądku nie stał fakt, że jeśli tego miejsca dobitnie nie zderatyzujemy, będą mścić się na Luka Sene za samą wiedzę o ich i naszej egzystencji.

Wróciliśmy po wielu godzinach, w pierwszej kolejności skrywając się w wynaturzonym kanionie na wszelki wypadek, gdyby ktoś nas śledził. Miałem skrytą nadzieję, że faktycznie będzie - to oznaczałoby walkę podzieloną na dwa etapy. Niestety. Z dość prowizorycznego planu popełnienia samobójstwa zostało tylko rzucić wszystko na jedną kartę i tak też zrobiliśmy. Alpheridies było kompletnym wynaturzeniem, pustką odczuwalną w Mocy ale... Same mury świątyni w drobny sposób wyróżniały się od tego wszystkiego. Jakby jeszcze gdzieś w głębinach skrywało się coś, co przetrwało i woła o pomoc. Jakby... Wołanie o pomoc dobiegające z samej Mocy. Setki, może tysiące lat przesiąkania wydarzeniami, obecnością legendarnych Luka Sene - ta energia wciąż gdzieś się wiła. Postanowiłem ją wykorzystać, jak niegdyś na Dantooine, co prawdopodobnie było jednym z kilku czynników, który uratował nam skórę. Poczułem to, czego się spodziewałem - lecz w stopniu... Przykrym. Stopień tragedii zdawał się odciskać ślad nawet na tym, co było budowane w tym Uniwersytecie przez pokolenia. Nie ma się czemu dziwić. Sama Moc nie jawiła się tam w formie obecności. Właśnie... "Wołanie o pomoc" to jest chyba idealne określenie tego, jak się objawiała. Dostroiłem się do niej, chwyciłem się jej. Nawet cierpiąca była czymś nieporównywalnie bardziej treściwym, niż egzystowanie w próżni i jej pozostałościach. Świadomość, że jest... Gdzieś tam głęboko, że istnieje.

Udaliśmy się do wnętrza Uniwersytetu przez wielką bramę, której nie strzegł nikt na zewnątrz. Dobrze. Drobny i mało wartościowy element zaskoczenia dawał nam zawsze możliwość lepszego rozpoczęcia, z chociaż jednym czy dwoma Vongami poranionymi już na starcie. Domyślałem się, że będę dźwignią całego przedsięwzięcia niemniej na starcie chciałbym dodać, że jestem niezwykle dumny z Alory widząc, jak dobrze radzi sobie w walce z czymś... Czego właściwie nawet nie widzi. Jak przez dłuższy czas walczy głównie w roli ofiary, którą część z Vongów niczym prawdziwe zwierzęta wychwytują jako potencjalnie słabszą jednostkę i idą za prymitywnym zewem polowania na "młode". Nie mogłem jednak bronić jej za wszelką cenę, samemu mając amphistaffa na gardle. Tym bardziej, że oponentów w moment zaroiło się tylu, że w dość pokaźnym holu uniwersyteckim ciężko było nie nadepnąć któremuś na głowę. Przebieg samej walki nie ma kompletnie sensu i znaczenia. Przy takim wpływie adrenaliny, wszystko trwało jak jedna, krótka chwila... Gdzie ta krótka chwila wbrew logice zamienia się w wieczność. W pewnym momencie sam poraniony musiałem zostawić Alorę na pastwę wroga w nadziei, że większość podąży za mną na dziedziniec. Musiałem zmienić otoczenie, zmienić pole walki na takie, które jest dla mnie bardziej korzystne, inaczej bylibyśmy martwi oboje. W fali wrogów nawet nie wiedziałem już, gdzie jest i co się z nią właściwie dzieje. W pewnym momencie już nie mogłem do niej doskakiwać i w jakiejś formie ją wspierać. Ale słyszałem i miejscowo widziałem, że w swojej marnej sytuacji walczy naprawdę dzielnie i dla mnie to było wręcz zbawienne, podług ilości i jakości przeciwników. Po wycofaniu się na dziedziniec i rozdzieleniu niewiele więcej z tej świadomości zostało... A byliśmy dystraktowani na każdym polu - i zwarciu, i w dystansie przez Chazrachów. Moc Uniwersytetu była po mojej stronie, miejscami wypełniając moje ciało niczym... Adrenalina wstrzykiwana prosto w serce. Jak jakiś narkotyk, który później też odzywał się jawnym przedawkowaniem, przeforsowaniem. Prócz ran które otrzymywałem, Moc w nagłych zrywach odczuwalnie targała moimi narządami wewnętrznymi, które chyba balansowały na skraju wytrzymałości od tego wszystkiego. Jakbym przeładował się pięcioma gatunkami narkotyków stymulujących, ale odczuwały to głównie moje "flaki". Ale niewątpliwie korzyść mimo wszystko była większa, niż dodatkowy ból, który w pewnym momencie i tak stał się nieodzownym elementem tej iście rozrywkowej przygody. Po wielu sekundach lub wiecznościach, wreszcie... Moi oponenci powoli przestawali wstawać, a sam Uniwersytet stawał się coraz mniej zatłoczoną przestrzenią. To było dość zbawienne, bo pamiętam swoją frustrację z każdym ciosem których nie zliczę, że to gówno nie chce zdychać jak należy. Moi oponenci pewnie mieli podobne wrażenia odnośnie nas.

Byłem już poszatkowany od rybiej twarzy, przez rozorany brzuch i organizm na granicy wytrzymałości fizycznej. Oczywiście nie było innej możliwości, jak tradycyjne wystawienie mnie na emocjonalną próbę i zmuszenie do poddania, za pośrednictwem pojmania mojego towarzysza. Chyba już... Do tego przywykłem. W tym wypadku nie mogłem dać za wygraną. Zbyt wiele wysiłku, zbyt wiele włożonego potu i krwi, żeby teraz po prostu poddać się będąc w ewidentnie brutalnie zwycięskiej pozycji. Wyciągnęli ledwie żywą Alorę na widoku, przed wielką bramę, będącą wejściem do Uniwersytetu Luka Sene. Kilku Vongów się ostało, w tym chyba ktoś, kto był dowódcą bitewnym. Kształtowniczka tam obecna nie brała udziału w walce, ale wyraźnie próbowała dobrnąć do Alory, brać nas właśnie w sposób... Nijak bitewny. Głównie obserwowała, uciekała jeśli byliśmy bliżej. Stanąłem przed nimi. Przed sobą miałem łącznie chyba czterech Yuuzhan, z kształtowniczką włącznie. Trzymali Alore, krzycząc coś w języku zwierząt co Alora tłumaczyła jako groźby zamordowania jej, jeśli się nie poddam. Jak już wspomniałem... Nie było takiej opcji. Zresztą gdybyśmy się poddali, to zapewne i tak byśmy zginęli, albo gorzej. Wykorzystałem więc resztki tego, co zostało z moich sił witalnych do praktycznie ostatecznego natarcia, z użyciem Mocy. Do tego stopnia, że naturalnie protezy nie wyrabiały względem tego, co chciałem osiągnąć. To wystarczyło jednak na szczęście. Tym bardziej przy dystrakcji Alory, która resztkami sił wyciągnęła miecz w kierunku Vonga, który ją przetrzymywał. To wystarczyło, by wreszcie zmierzać ku końcowi. Bez sił, na granicy zawału albo udaru... Finalnie dałem się jeszcze trafić dwukrotnie w protezy. Ale wreszcie mieliśmy to za sobą. Kształtowniczka była tchórzem. Ale na tyle ludzkim, że oszczędziłem jej życie. W strachu przed swoją własną egzekucją po prostu utrzymywała Alorę przy życiu na ile umiała. To nie był gest dobrej woli tylko chęć zachowania żywota. Ciężko nie trzymać się tu realizmu i ładować ją do jednego worka na trupy razem z tymi wszystkimi niezliczonymi truchłami Vongów, którzy chcieli po prostu walczyć i zdechnąć za wszelką cenę. To... Była najtrudniejsza bitwa w mojej karierze.


Dużo więcej z tamtej chwili nie pamiętam. Czułam jedynie jak umierałam. Jak przez mgłę pojawiają się obrazy i wspomnienia, w których wraz z kształtowniczką wchodzimy do wnętrza biblioteki. Mistrz musiał wrócić po mentorkę, gdyż bez niej nie mielibyśmy dostępów do interesujących nas archiwów. Po tym jak wyruszył - pamiętam tylko, że siedziałam na ławce. W tle był głos yuuzhańskiej kobiety, którego nie rozumiałam, a raczej nie pamiętam, co mówiła. Dalej najwyraźniej już straciłam przytomność.

5. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

6. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo, Rycerz Jedi Avidhal.

Grafika autorstwa Rycerza Jedi Siada Avidhala, na podstawie screenu z gry autorstwa Uczeń Jedi Tanny Saarai.
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 534
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 12 gości