Sprawozdania

Postautor: Neil Danadris dodano: 22 lis 2008, 15:06

Polowanie na Howlery

1. Data, godzina zdarzenia: 08.11.08, 12:00 – 13:30

2. Opis wydarzenia:

Podczas indywidualnego treningu Sana, do sali wszedł Vreek. Jego twarz jak zwykle ukazywała surowe oblicze. Adept przestał trenować i przywitał się.
- Witaj Vreek.
- Nie przeszkadzaj sobie – rzekł.
Wrócił do treningu, po chwili zapytał się:
- Chcesz zapolować na Howlery?
- Nie wiem czy mam tyle doświadczenia, ale … - Urwał, widocznie zakłopotany.
- Przecież nie pójdziesz tam sam, chodź. Weź lepiej jakieś rzeczy ze sobą, długo nas tu nie będzie.
- Dobrze.
- A więc czekam w ogrodzie.
San zabrał prowiant, liny oraz pojemnik z Bactą, następnie ruszył do ogrodu. Ujrzał tam Vreek’a siedzącego na Eopie
- Wiesz jak się na tym jeździ? – spytał Vreek
- Kiedyś jakiś Padawan mnie instruował – Odpowiedział San.
- Więc w drogę.
Opuścili Akademię i gdy dotarli w jej okolice obaj zsiedli ze zwierząt.
- Lepiej uważaj, Howlery to niebezpieczne stworzenia, nie podchodź zbyt blisko. – Ostrzegł Vreek.
- Rozumiem.
- Musimy zapolować na 4 Howlery. Nie zabijaj ich, tylko ogłuszaj, będą nam potrzebne.
Student pokiwał głową i ruszył za Rycerzem. Po pewnym czasie spotkali pierwszego Howlera.
- Uważaj, ich główną bronią jest krzyk. Ich struny głosowe są tak zbudowane, że dźwięki, które z siebie wydają, mogą Cie ogłuszyć. Uważaj też na ich ogon, bo jest jak bat, spokojnie mógłby połamać Ci wszystkie kości. Pierwszy Howler nie był tak ciężki do ogłuszenia, lecz dzięki temu San poczuł się nieco pewniej. Kolejne Howlery – Drugi i trzeci również zostały ogłuszone bez większych problemów. Został tylko jeden.
- Widzę go – powiedział Vreek. – Idź po Eopie, ja tymczasem go ogłuszę.
San zawrócił po zwierzę, by załadować ostatniego już Howlera. Gdy wrócił zobaczył, że ręka Vreeka krwawi.
- Przeklęty Raptor – wycedził przez zęby.
- Poczekaj, mam bandaż.
San zabandażował rękę Vreeka. Mimo tego było widać, że ręka nadal krwawi.
- Nic więcej nie mogę zrobić – odparł student. – Może wracajmy już do Akademii? Mamy już trzy Howlery.
- Musisz spróbować sam go upolować
Twarz Sana widocznie pobladła, chociaż starał się tego nie okazywać. Po około 5 minutach wrócił z Howlerem na plecach. Vreek dostrzegł jego poszarpaną szatę.
- Raptor ? – Spytał się Vreek.
- Eh, tak – westchnął. – Przynajmniej moja rana nie jest poważna jak Twoja. Wracajmy już do Akademii.
Nim się zorientowali, byli już w Akademii, odstawili Howlery do zagrody, w której się przebudziły.
- To koniec, możesz już iść – rzekł Vreek.
- Dziękuję za wspólne polowanie.
- Nie ma za co, tylko pamiętaj o treningu.
- Pamiętam.
I obydwaj rozeszli się w milczeniu, każdy w swoją stronę.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Mogłem coś ominąć, ponieważ było to dosyć dawno temu, a ja trochę zaniedbałem to sprawozdanie.

4. Autor raportu: Adept San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Bart dodano: 01 gru 2008, 19:20

Bimmisaari - Misja druga

1. Data, godzina zdarzenia: 15.11.08, 18:30-20:30

2. Opis wydarzenia:

W momencie gdy Majster padł bez znaku życia, Bart i Jekk zamarli przez moment. A mieli nadzieję, że strata Konowała będzie jedyną...
Ich konsternacja i smutek nie mogły jednak trwać zbyt długo. W chwili, w której Bart opuścił miecz, patrząc z martwym wzrokiem na ciało Majstra, koło niego sunęło kilka pocisków, które osmaliły jego szatę.
Obaj błyskawicznie wrócili do walki: Bart dalej walczył karabinem jednego z powalonych droidów, ostrzeliwując pozostałe. Nim osaczony schował się za filar, zdołał zestrzelić jednego z oponentów. Jekk szybko dołączył do Barta, unikając strzałów.
Po chwili usłyszeli, jak ktoś płynie rzeką. Równocześnie odwrócili się, jednak dostrzegli osobę w uniformie Republiki - i wszyscy zaczęli krzyczeć:
- Świr?!
- Cześć chłopaki, co się działo beze mnie? - zawołał radośnie, jakby nigdy nic, po chwili wyskakując z rzeki.
- Majster... - powiedział niewyraźnie Bart, wskazując na zwłoki poległego żołnierza.
Świr przez chwilę również zaniemówił, ale podobnie jak jego towarzysze, nie miał czasu na żałobę. Natychmiastowo strzały droidów musnęły jego pancerz, toteż Świr szybko dołączył do walki.
Potyczka przerodziła się w bitwę. Choć wiedzieliśmy już od początku, że nie mamy szans w otwartym polu, i tak z naszych planów cichego przemknięcia do celu nie pozostało nic. Walczyliśmy z silnym oddziałem droidów, prawdopodobnie zaalarmowano też całe miasto.

Chociaż w walce dołączył do nas Avar, a wkrótce po nim nawet sam L'onse, nie było zbyt dobrze.
- Obiecaliście mi ochronę! - krzyczał Kel Dorski polityk.
- Staramy się...ale jak widzisz, na wojnie wszystko się szybko zmienia! - odparł Bart, w międzyczasie odbijając kolejne pociski.
- Nie wiedziałem, że tak szybko rzucasz słowa na wiatr - odparł zdenerwowany L'onse do Avara.
- Robimy co możemy i nie zamierzamy nikogo oszukiwać, ale sam widzisz, że wszystko się zmieniło!
Wszyscy jednak zrozumieli, że przede wszystkim, musieliśmy odeskortować naszego sojusznika; na szczęście zajął się tym Świr, jednak nikt nie byłby w stanie nazwać tego łatwym zadaniem. Podczas gdy Świr go wyprowadzał, nasza trójka toczyła zawzięty bój, osłaniając ich.
Avar radził sobie zdecydowanie najlepiej, widać było jego doświadczenie zarówno w sztukach Jedi, jak i w walce z tymi robotami. Bez większych problemów unikał strzałów i błyskawicznie niszczył droidy. Było to wyjątkowe jak na zdolnego praktykanta Soresu. Jednak i on nie był niepokonany i w trakcie potyczki Jekk w ostatniej chwili odbił pocisk zmierzający w jego stronę, samemu jednak odsłaniając się na kolejny; mimo to, Trandoshanin zwyczajnie schylił się przed pociskiem, zaś sam Avar wycofał się, ostatecznie już z trudem odbijając kolejne strzały.

Świr szybko wrócił, już bez L'onsa. W międzyczasie wykonał dwa strzały - oba celne, co nieco ułatwiło robotę.
- Co robimy dalej? - zawołał do reszty z trudem zachowujący spokój Bart.
- Czekajcie tu - krzyknął Świr, pobiegłszy w kierunku ciała Majstra.
Nagle zza rogu wychylił się snajper, celując w Barta. Ten uniknął strzału jedynie częściowo; został postrzelony w bark, na szczęście lekko. Jekk szybko ruszył w kierunku Barta, w międzyczasie sprytnie odbijając pocisk innego droida prosto w snajpera. Uderzenie odrzuciło droida w tył, jednak ten nadal się ruszał. Bart namierzając cel przez przymrużone z bólu oczy, strzelił z E-11 centralnie w głowę robota, po chwili ponownie kładąc się na ziemi.
Jekk odciągnął go z pola strzału, eskortowany przez Avara. Tymczasem wracający od ciała Majstra Świr ponownie dołączył do walki, serią celnych strzałów pozbywając się z pola widzenia kolejnych droidów.
Po chwili jednak jego karabin się zaciął. Chociaż czterokrotnie próbował trafić kolejnego droida, zwyczajnie nie mógł. W ostatniej chwili umknął przed pociskiem droida, którego miał zamiar zniszczyć. Mimo to walka trwała nadal, Bart zastąpił Świra w kontynuowaniu ostrzału, chociaż radził sobie zdecydowanie mniej sprawnie niż żołnierz. Mimo to, wespół z towarzyszami zlikwidował kolejne dwa droidy, ale sam z trudem uniknął trafienia, gdy musiał przeładować broń. Na szczęście w tej chwili Świr zdołał naprawić broń i jakby od niechcenia zestrzelił kolejne dwa droidy.
-Tam jest przejście! - wskazał na niedalekie miejsce, odczytując dane z datapadu Majstra.
Jekk i Avar zostali z tyłu, Bart ze Świrem zaś ruszyli w kierunku celu "podróży", w międzyczasie błyskawicznie eliminując pojedyncze droidy. Bart walczył praktycznie tylko z użyciem broni palnej; nie potrafił zbyt dobrze wykorzystać miecza świetlnego w walce dystansowej. Z karabinem radził sobie jednak niezgorzej, w miarę skutecznie wspierając Świra.
Pozostali dwaj Padawani dobrze osłaniali teren, powoli ruszając do towarzyszy. Jekk radził sobie świetnie, przez spory czas pełno w nim było czegoś, co rzadko inni widywali w nim na treningach - zacięcie. Zręcznie radził sobie w walce, walcząc zarówno mieczem, jak i blasterem. Omijał strzały robotów ze spokojem i zwinnością. Avar niewiele mu w tym ustępował, jeśli w ogóle, gdyż sam też nie miał żadnych kłopotów.
Wszyscy myśleli, że pozostanie tak łatwo aż do końca misji, jednak były to złudne nadzieje.

Pod upragnionym celem napotkali bardzo silny patrol droidów, z dwoma droidami, które - jak odkryto później - były bardzo potężne.
Już na początku potyczki z tym patrolem, drużyna została całkowicie zepchnięta do defensywy. Obrona jednego z droidów była niemal nie do przebicia, wspomagany był silną tarczą energetyczną, praktycznie nieprzebijalną dla broni, jaką dysponowali Jedi i Świr.

Jedynym, co im dobrze poszło, była ucieczka. Szybko wycofali się w całkiem niezłe schronienie, jakim był niewielki okoliczny budynek. Walczyli w klasyczny partyzacnki sposób; regularnie się wychylając, szybko atakując i wracając do kryjówki. Avar walczył najotwarciej; regularnie wyskakiwał z ukrycia w sam środek szeregów droidów, likwidując spore ich ilości przed ponowną ucieczką. Jego i resztę do ucieczki zmuszał głównie drugi z dwójki "elitarnych" droidów: był niesamowicie szybki, a jego percepcja stała na najwyższym poziomie. Umknięcie przed jego strzałami było problemem dla każdego. Wspomagany przez resztę swojego oddziału, stanowił żelazną przeszkodę w dotarciu do celu.
W połowie walki jednak, gdy spora część droidów została wyeliminowana, drużyna wspólnie zaatakowała. Avar osłaniał towarzyszy, odbijając niemal wszystkie pociski pozostałych droidów, pokazując, że naprawdę nieźle ćwiczył Soresu. Świr strzelał całymi seriami w pozostałe droidy, zaś Bart oddawał pojedyncze strzały, wycelowując jak najstaranniej. W pewnym momencie był przygnieciony przez ogień droida, lecz w porę pojawił się Jekk, odwracając uwagę przeciwnika. Bart skorzystał z okazji i natychmiast oddał serię strzałów w sam korpus. Z mechanicznych rąk dowódcy wypadła broń, po czym on sam osunął się bezwładnie z filaru na samą ziemię.
To było dla pozostałych niczym sygnał do zmasowanego ataku. Cała czwórka ruszyła do celu, likwidując kolejne roboty, jednak ostatecznie okazało się, że zapał przerósł możliwości; ogień droidów był zbyt gęsty i wszyscy ponownie się wycofali. Tym razem jednak w zdecydowanie bliższe pozycje, z których kontynuowali partyzanckie sposoby walki. Jednak w jej trakcie wszyscy byli już zbyt zmęczeni nawet na kontynuację walki, amunicja też się powoli kończyła. Walka stawała się coraz bardziej żmudna i bezsensowna. Morale było coraz mniejsze, sił wroga nie ubywało. Próby przebicia się przez tarczę największego z droidów nie przyniosły najmniejszego efektu. Avar próbował pociąć droida na kawałki w momencie, gdy tarcza się odsłaniała; bezskutecznie, pancerz był za gruby, a w chwili gdy tarcza uruchomiła się ponownie, Avar w ostatniej chwili uskoczył, porażony jej energią.
-Potrzebujecie wsparcia? - zawołał znajomy głos z komunikatora Świra.
-Tak! - krzyknęła natychmiast cała czwórka.
-Mamy tu bombowiec pod ręką, podajcie lokalizację.
-Przesyłam współrzędne! - powiedział Bart do własnego komunikatora, szybko uruchamiając datapad w celu ich pozyskania.
Nie minęło wiele czasu, aż silne pociski spadły na patrol droidów. Momentalnie większość droidów zamieniła się w stertę złomu, przetrwały zaś nieliczne roboty.
-Powtórka? - zawołał ponownie głos.
-Przyda się. - odparł Bart spoglądając na nadal aktywną tarczę droida.
Ponownie seria pocisków opadła na ziemię, po czym na nogach pozostały tylko resztki sił wroga. Wszyscy wspólnie ruszyli na swojego głównego przeciwnika, gdy ujrzeli, że tarcza padła. Wspólnie błyskawicznie powalili droida, nim ostrza zgasły, gdy wszystko zostało zakończone.
Wtem po raz kolejny z powietrza spadło kilka pocisków; raniły Jedi i Świra.
-Wstrzymać ogień! - krzyknęli Jedi do komunikatora.
-Szlag, pomyłka! - zawołał pilot.
Dobra, według danych musimy przejść przez te drzwi. - powiedział oszołomiony Świr.
-Zajmiemy się tym. - odparł Avar, wespół z towarzyszami próbując rozciąć drzwi - wydawało się, że czwórka mieczy świetlnych upora się zbyt szybko, ale drzwi były za silne, albo miecze za słabe. Prawdopodobnie oba. Broń palna również niewiele zdziałała.
-Zaraz, Majster miał jakiś sprzęt... - powiedział cicho Jekk.
Cała czwórka natychmiastowo ruszyła do zwłok Majstra, Avar i Świr znaleźli tajemnicze narzędzia przy ciele. Jedi jednak przez chwilę zatrzymali się, ze smutkiem patrząc na ciało komandosa.
-Cóż, ruszajmy. - powiedział Avar i drużyna wróciła do drzwi. Avar użył urządzenia z ksztyną niepewności, jednak zadziałało znakomicie, choć bardzo niezrozumiale. Drzwi zwyczajnie się stopiły. Zdezorientowana grupa po chwili ruszyła przez drzwi.


Nie minęło dużo czasu, aż wszyscy znaleźli się w centrum dowodzenia. Nie zapowiadało się na odpoczynek - błyskawicznie wojownicy wrócili w wir walki. O dziwo jednak, ochrona centrum nie była zbyt silna. Wszyscy równym tempem niszczyli kolejne droidy, w trakcie często niszczyli część mechanizmów. W ferworze bitwy jednak nie zwracali na to uwagi, kontynując potyczkę. Minęło zaledwie kilka minut i wszystkie roboty leżały na ziemi; razem z wyczerpaną załogą.
- Dawajcie, zniszczymy to wszystko - zawołał Świr, radośnie kręcąc blasterem.
- Czekaj, może się to do czegoś przydać - odparł Avar.
- A niby do czego. - Świr, chociaż zadał pytanie, zrobił to oznajmiającym tonem, z obojętnością niszcząc kolejne mechanizmy.
- Może wyciągniemy stąd jakieś dane, albo dezaktywujemy cały system droidów...-powiedział Bart, zasiadając przed panelami.
- Heh, to na nic, za dużo jest już uszkodzonych, do tego dochodzą systemy zabezpieczające - powiedział zrezygnowany Bart, wstając.
- Hej, co to? - wskazał Avar na mapę galaktyki na jednym z monitorów. - Artus Prime?
- Tam wydobywany jest jakiś minerał...kortozjum, czy jak to się zwało? - mówił powoli Kel Dor.
- Masz rację, Jedi - powiedział Świr.
- Te pancerze droidów...drzwi... -analizował Bart, niemal nie zwracając uwagi na otoczenie.
- Hej, może już stąd idźmy? I tak nic tu po nas. - zawołał do reszty Jekk, po czym cała reszta wyrwała się z myślenia i ruszyła przez kolejne drzwi.
Napotkali tam wyłącznie ciszę i duży otwór w suficie. Po chwili jednak zauważyli postać w czarnym skafandrze...
- Witajcie - powiedziała istota dziwnym głosem, na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że to humanoid.
Cała grupa była przez chwilę oszołomiona, nie wiedząc kim może być ich rozmówca.
Rozmowa z nim była bardzo tajemnicza, długa, a do tego żmudna. Nieznajomy opowiadał o swoich górnolotnych celach i o "morderstwach" dokonywanych przez "obcych". Wywołało to śmiech u Kel Dora, który przez cały czas zachowywał spokój.
- *TY* mówisz coś o morderstwach? Ty, sojusznik padalca, który nasłał droidy w celu wymordowania Jedi? Dobrze wiem o rzezi Adeptów dokonanej przez droidy Hadrigi, o walce jaką Kal'Dar i Binol z nim stoczyli. I sądząc po mieczu świetlnym przy pasie, pewnie nie jest Ci to obce...Mroczny Jedi, Upadły Jedi, Sithu, czy Mocy wie kto - powiedział z kpiną w głosie.
- Hę? - odezwał się Jekk, nie do końca rozumiejąc słowa Barta.
- Ktoś mu kiedyś o tym opowiadał, o ile pamiętam - powiedział cicho do Jekka Avar, trzymający się z boku. - Wolę nie wiedzieć w jakich okolicznościach.
- To była ofiara, którą wy ponieśliście. I z żadnym z określeń mojej osoby nie trafiłeś... - skwitował krótko "rozmówca".
- Więc macie się za jakieś istoty wyższe, ważniejsze? - powiedział Bart, chwytając miecz w zdecydowanie bardziej bojowej pozycji.
- I tak zresztą nie do końca odpowiadaliśmy za działania Hadrigi. Współpracował z nami, jednak nieświadomie, własnymi drogami...przyjrzyjcie się droidom, one mają własną świadomosci i inteligencję, jakąś własną tego odmianę. Przyjdzie nowe zagrożenie, z innego świata... -mówił niezwykle zaangażowany w rozmowę przyszły oponent.
- Dość tego gadania! - krzyknął Świr, strzelając z blastera, zabijając część okolicznego robactwa.
- Nie! - zawołał niczym opętany przeciwnik, uruchamiając czerwony miecz i rzucając się w kierunku żołnierza, atakując go. Jedi próbowali go wesprzeć, jednak morderca zrzucił go w przepaść.
Przerażony i wściekły, choć trzymający to na wodzy Bart spojrzał jak żołnierz upada w dół.
Cała trójka zwróciła miecze ku wrogowi, ten zaś ich zignorował.
- I tak niewiele mi zrobicie tymi kryształami trzeciego sortu.
- A skąd Ty możesz wiedzieć cokolwiek o naszych kryształach? - spytał zdziwiony Trandoshanin.
- Wiem o Was więcej niż się wam zdaje..-powiedział obojętnym głosem przeciwnik. - Nie zastanawialiście się nad tymi, którzy opuścili ostatnio waszą placówkę?
W chwili gdy nieznajomy wypowiedział te słowa wszyscy zapadli w zamyślenie.
- Van, Tiger? - wyliczał Jekk.
- Nie nie..myślcie.
- Rasi? Chociaż de facto nie kojarzę go zbytnio..-mówił Bart.
- Ehh, zawodzicie mnie. Naprawdę nie wiecie? Kto z Was opuścił Akademię, z nieznanych dla Was przyczyn? Nawet Ty nie wiesz, mój były uczniu? - zwrócił się do Avara.
Już zanim usłyszał "były uczniu" zwrócone do Avara, Bart wiedział. Równocześnie z Avarem i Jekkiem zamarli.
- Kal'Dar?! - zawołali równocześnie.
- No, nareszcie.
- Ale...co...jak? - oszołomieni i przerażeni Padawani plątali się we własnych słowach, nie rozumiejąc tego co się dzieje.
- Halo, halo, odbiór. Rozpoczynamy bombardowanie! - zawołał głos z komunikatora Świra.
Avar zareagował błyskawicznie, chwytając urządzenie Mocą i przywołując je do siebie. "Kal'Dar" jednak przeciął urządzenie w locie.
- I tak już po Tobie, jak sam słyszysz. Możesz nas zabić, ale sam też zginiesz...-powiedział Jekk. Wraz z jego słowami rozległy się pierwsze strzały, wstrząsając także Padawanami i Kal'Darem. On jednak wykonał kilka ruchów ręką i strzały ustały.
- Właśnie straciliście pierwszy bombowiec - powiedział jadowitym tonem.
- Aż taki silny nie jesteś - powiedział ze spokojem Avar. - Chociaż Mistrz Sas miałby z Tobą przeprawę... -dodał Bart.
Dialog przerwał jednak ogień o podwojonej sile, niszczący niemal wszystko.
- Idźcie stąd, bo zginiecie...i pamiętajcie o czym wam mówiłem. - zawołał humanoid i zniknął.
- Ma rację, idziemy. - powiedział Jekk unikając ognia.
- A co z reaktorem? Dalej pracuje. - powiedział Avar w biegu.
- Nie ma czasu, zresztą i tak to wszystko zaraz runie...chodu! - krzyknął Bart, po czym wszyscy zniknęli w drzwiach, unikając ognia Republiki.
Jednak i po opuszczeniu budynku, nadal nie ogarniali tego co się stało, co zobaczyli...jak i nadal ze smutkiem wspominali śmierć swoich żołnierzy.
- Po powrocie sprawdźmy co u Kal'Dara - powiedział Bart kamiennym głosem podczas ucieczki. Nikt nie skwitował jego słów...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: relacja moja z relacją Jekka ściśle się łączą; moment zakończenia jednej i początku drugiej to jedno wydarzenie, dlatego tak ważne było umieszczenie relacji jedna po drugiej. Przepraszam za powtórzenia, widać ubogie słownictwo. Miałem małe problemy z edytorem tekstu, więc ewentualne błędy w spacjach i akapitach proszę zgłaszać.

4. Autor raportu: Padawan Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1102
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Tanna Saarai dodano: 18 sty 2009, 2:11

Myrkr - Pościg

1. Data, godzina zdarzenia: 18.01.08, 23.00 - 2.00

2. Opis wydarzenia - Padawan Binol:

Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w podróż. Myrkr nie było najbliżej, więc postanowiliśmy jak najszybciej na nią się wybrać. Lot trwał kilka godzin. Podczas niego Mistrz Lightdust przekazywał swojemu nowemu uczniowi swoją wiedzę na różne tematy. Ja postanowiłem trochę odpocząć podczas medytacji.

Gdy dotarliśmy Mistrz Lightdust spostrzegł, że lądowisko, na którym mieliśmy zadokować jest już zajęte a najbliższe wolne znajduje się ładnych parę kilometrów od celu. Wylądowaliśmy, więc na środku jakiejś ulicy. Wysiedliśmy ze statku i czym prędzej skupiliśmy się na poszukiwaniu naszego celi. Arfive nie miał czystego przekazu. Ciągle podawał dość ogólny sygnał, który wskazywał, iż cel jest gdzieś w mieście. Nie było wyboru. Postanowiliśmy trzymać się razem i rozejrzeć po mieście licząc, iż Moc wskaże nam odpowiednią ścieżkę. Ruszyliśmy przed siebie. Sami nie wiedząc gdzie idziemy. Mieliśmy jednak zadanie, które chcieliśmy wypełnić. Po drodze napotkaliśmy kilka osób, które nie bardzo nam pomogły. Wśród nich znajdował się pijak, miejscowa prostytutka i pirat drogowy, który prawie przejechał Mistrza Lightdusta.

Po jakimś czasie natrafiliśmy na pewnego człowieka. Przedstawiliśmy mu się, jako farmerzy z Tatooine. Mistrza Lightdusta wziął za niewolnika. Nawiązaliśmy krótką pogawędkę, dzięki, której mieliśmy nadzieję zdobyć trochę jego zaufania. Chyba się udało, ponieważ po krótkiej chwili zgodził się on nam odpowiedzieć na parę naszych pytań. W prawdzie nie dowiedzieliśmy się gdzie możemy znaleźć kobietę, której szukaliśmy jednak człowiek ten pomógł nam w sprawie droidów szpieg owczych. Poradził nam byśmy się udali do nijakiego Jerika, który sprzedaje takie droidy. Gdy już chcieliśmy się oddalić okazało się, iż mężczyzna nie był tak bezinteresowny jak się wydawało. Za przekazane nam informacje zażądał 10 kredytów. Niestety nie mieliśmy takiej nawet jednego kredytu, więc musieliśmy przekonać go, iż nie są mu one do szczęścia potrzebne. Próbowałem wpłynąć na jego umysł za pomocą Mocy jednak okazało się, iż moje umiejętności są zbyt małe. Poprosiłem, więc dyskretnie Mistrza Lightdusta by on się tym zajął. Jemu poszło znacznie lepiej. Nieznajomy człowiek oddalił się sądząc, iż ma coś ważnego do załatwienia. Ruszyliśmy, więc czym prędzej, do Jerika.

Mistrz Lightdust pozostał przy statku z Arfive starając się poprawić skanery robota i dokładniej określić pozycję Zabraczki. Gdy razem z jego nowym uczniem dotarliśmy do sklepu z droidami od razu przeszliśmy do rzeczy. Staraliśmy się wydobyć od sklepikarza informacji o droidach szpiegowskich pod przykrywką, iż chcemy jednego kupić jednak zapierał się, iż ostatniego sprzedał kobiecie rasy Zabrak. Dowiedzieliśmy się również, iż obecnie zamieszkuje tę planetę. Gdy spytaliśmy czy wie gdzie się znajduje odparł, iż nie ma pojęcia. Gdy staraliśmy się wydobyć z niego jakieś konkretne informacje spostrzegłem, iż człowiek, który również znajdował się w sklepie wybiegł z niego krzycząc „Muszę jej to powiedzieć”. Usłyszawszy to postanowiłem dowiedzieć się, co miał na myśli. Wybiegłem za nim ze sklepu i udałem się w jedynym kierunku, który mógł wybrać. Pościg zakończył się szybciej niż się zaczął. Gdy tylko dotarłem do rozwidlenia dróg zrozumiałem, że to koniec, i że właśnie straciłem okazję na zdobycie jakiś informacji. Gdy starałem się przemyśleć całą sytuację odezwał się komunikator. Padawan Mistrza Lightdusta pytał się gdzie jestem i dlaczego tak szybko zniknąłem bez słowa. Odpowiedziałem mu, że ścigałem kogoś, kto może coś wiedzieć o naszym celu jednak go zgubiłem i dodałem, że zaraz wrócę. Tak też zrobiłem. Barta jednak nie zastałem na miejscu. Poczułem jednak coś dziwnego. Skupiając się bardziej na tym dziwnym uczuciu zdałem sobie sprawę, że mój młody przyjaciel ma kłopoty. Czułem, że znajduje się w pobliżu. Można było powiedzieć, że wiem gdzie był dokładnie gdybym znał plany miasta. Wiedziałem, że jest w uliczce za rogiem i istotnie nie pomyliłem się. Miałem również rację, co do tego, iż znajduje się w tarapatach, ponieważ młody Rodianin usiłował uzyskać od Barta wszystkie posiadane przez niego kredyty za pomocą blastera. Postanowiłem zajść Rodianina od tyłu i pomóc Bartowi. W tym celu musiałem obejść budynek, przed którym się znajdowali dookoła. Jak się okazało ktoś jednak miał podobne zamiary jak ja. Czarny mężczyzna celował w Rodianina z karabinu snajperskiego. Nim zdążyłem jakoś zareagować oddał strzał. Na szczęście nie celny. Nie miałem pewności, w kogo celuje, więc popchnąłem go dając Bartowi czas do ucieczki. Plan się udał. Uciekliśmy razem na bezpieczną odległość. Mężczyzna jednak nie miał zamiaru pozbyć się Barta a Rodianina, który napadł na Barta. Po krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy wbrew zaleceniom Mistrza Lightdusta, który wcześniej mówił, iż nie należy mieszać się w wewnętrzne spory. Uznaliśmy jednak, że Rodianin może coś wiedzieć o mieszkańcach tej planety. Udaliśmy się, więc powrotem w miejsce, w którym Bart został napadnięty jednak ani Rodianina ani tego, który go zaatakował nie było. Znów poczułem, iż są oni nie daleko. Ruszyłem, więc w miejsce, w którym zdawało mi się, iż się znajdują. Bart pobiegł za mną i istotnie znów Moc poprowadziła mnie w odpowiednie miejsce. Biegnąc na miejsce dostrzegłem na końcu tegoż mężczyznę celującego do Rodianina. Podbiegając użyłem mocy by przyciągnąć do siebie jego blaster i pozbawić go środków do straszenia Rodianina. Jak się okazało nasz Rodianin był dłużny mężczyźnie sporą ilość kredytów i nie był w stanie jej spłacić. Przekonałem nieznajomego człowieka z pomocą Mocy, aby dał Rodianinowi jeszcze tydzień na spłatę długu. Mężczyzna przystał na te warunki i oddalił się. Mieliśmy teraz czas by porozmawiać z Rodianinem, który starał się jak najszybciej oddalić po tym jak poznał Barta, którego przed chwilą starał się obrabować. Próbowaliśmy wydobyć z niego jakieś informacje, ale zapierał się, że nic nie wiem. Być może tak było jednak nie mieliśmy czasu tego sprawdzić. Za nami, bowiem pojawił się nasz cel. Dyskretnie dałem znak Bartowi, iż Zabraczka znajduje się właśnie za nami i przysłuchuje się właśnie całej rozmowie. Niestety wychwyciła ona ten znak i zaczęła uciekać. Niezwłocznie ruszyliśmy za nią. Podczas pościgu kobieta zaczęła krzyczeć się, iż ścigają ją Jedi, którzy mają zamiar ich wszystkich zabić. Nie było już mowy o żadnej przykrywce. Użyłem, więc mocy by powalić kobietę na ziemie. Udało mi się to i z pomocą Barta zaciągnęliśmy ją pod nasz statek, na którym jak się okazało nie było Mistrza Lightdusta. Było jednak za późno. Nim zdążyliśmy zabrać na pokład statku otoczyli nas gangsterzy z wycelowanymi w nas blasterami. Dali nam 5 sekund na oddanie Zabraczki pod groźbą naszej śmierci. Jednak my lekkomyślnie postanowiliśmy się podjąć walki ze złoczyńcami. Nim dowódca całej grupy zdążył policzyć do pięciu użyłem mocy, aby odepchnąć znajdujących się najbliżej nas gangsterów. Nakazałem Padawanowi Bartowi zabranie ze sobą Zabraczki jednak zdołała się mu ona wyrwać i poczęła uciekać. Ruszyłem za nią w pościg odbijając strzały z blasterów. Padawan Bart ruszył za mną. Zabraczka wbiegła do starego magazynu, z którego nie było innego wyjścia. Nie zdołała nam się jednak drugi raz wymknąć. Gdy próbowała uciekać obezwładniłem ją odcinając jej prawą dłoń, w której trzymała blaster. Kobieta upadła na ziemię mdlejąc. Wiedząc, iż Bart zna się na uzdrawianiu nakazałem mu by za wszelką cenę utrzymał Zabraczkę przy życiu. Gdy opatrywał kikut kobiety ja odpierałem kolejne fale napierające nad odizolowany magazyn. Wiedzieliśmy, że nie utrzymamy tej pozycji długo. Nakazałem, więc Bartowi pozostanie z kobietą i bronienie jej za wszelką cenę, sam ruszając przerzedzić trochę szeregi wroga. Gdy przebijałem się w stronę statku z nikąd pojawił się Mistrz Lightdust. Pozbył się on części gangsterów jednak to nie wystarczyło. Było ich zbyt wielu by mówić to o jakichkolwiek szansach na pozytywne przedostanie się do statku. Nie chcąc robić dalej bezinteresownej rzezi postanowiłem przekonać dowódcę gangsterów byśmy załatwili tę sprawę pokojowo. On jednak nie zgodził się twierdząc, że z nami nie można się dogadać. W międzyczasie Padawan Bart jakimś sposobem przedostał się wraz z Zabraczką pod statek. Niefortunnie jednak dowódca całej grupy dostrzegł go i przystawił mu blaster do głowy grożąc, że go zabije, jeżeli nie wypuści kobiety. Bart starał się przekonać go, że kobieta potrzebuje specjalistycznej opieki medycznej, i że sami gangsterzy nie mają szans na utrzymanie jej przy życiu. Dowódca jednak nie chciał tego słuchać. Słysząc i widząc z oddali, co się dzieje krzyknąłem do Barta by zrobił, co mu karzą. Mistrz Lightdust dzięki Mocy przedostał się między gangsterami docierając do Barta i dowódcy całej grupy. Starał się go przekonać by dał nam odlecieć a my oddamy im kobietę. Ja nie byłem tak delikatny jak Mistrz. Przebiłem się przez najbliższy oddział starając się odcinać przeciwnikom kończyny. Dotarłem na miejsce, w którym znajdowali się Mistrz Lightdust i jego Padawan po około 5 minutach. Gdy już tam się znalazłem Mistrzowi udało się wynegocjować pozwolenie na nasz odlot. Oddaliśmy niechętnie Zabraczkę, wsiedliśmy na statek i odlecieliśmy. Jednak żaden z nas nie miał zamiaru wracać z pustymi rękami do akademii. Wylecieliśmy na orbitę planety cały czas mając na radarze sygnał z pluskwy. Czekaliśmy na szansę by odbić Zabraczkę. Na moment, gdy oddali się od miasta.

2. Opis wydarzenia - Uczeń Jedi Bart:
Przechadzając się po pokładzie Lambdy drużyna dyskutowała o misji, a raczej o przyczynach jej porażki. Każdy przyjmował winę na siebie, jednak ostatecznie, słuchając tej rozmowy, można było wywnioskować jasno – zawinił każdy.
Choć popełnili wielkie błędy, które spowodowały, że wrócili na statek bez niczego, wszyscy jasno stwierdzili, że to jeszcze nie koniec. Nie zamierzali się poddać.
Nadal bacznie obserwując położenie pluskwy, zauważyli jej dosyć szybkie przemieszczanie. Radar zaś wskazywał szybki ruch statku w pobliżu – stało się jasnym, że ktoś Zabraczkę transportuje. Jedi powoli ruszyli za statkiem, jednak nie minęło wiele czasu, aż przeciwnik ich dostrzegł. Umknęli jego ostrzałowi, ale wraz z ujawnieniem się, musieli dopaść statek. Z oczywistych względów w grę nie wchodziło zestrzelenie go...
Mistrz Lightdust wraz z R5 leciał w kierunku statku, jednak szybko spostrzegł, że Lambdą nie da rady. Binol zaś dostrzegł ścigacze w dole.
- Mistrzu, wysadź nas tutaj! Popędzimy za nim ścigaczami. I tak stąd nie odleci, chce gdzieś wylądować.
Rycerz Jedi niewiele dyskutował, przy najbliższej okazji wylądował. Szybko wraz z Bartem pobiegł do pojazdów, Mistrz Lightdust jednak postanowił pozostać w statku.
- Będę leciał Lambdą. Mimo wszystko lepiej mieć kogoś w powietrzu – powiedział zdecydowanie ponownie odpalając silniki promu.
W międzyczasie nad głowami młodych Padawanów przeleciał myśliwiec z naszym celem na pokładzie. Przeciwnik chciał się pozbyć pościgu naziemnego, ostrzeliwując krótko ziemię, ale nie mógł tego robić zbyt długo, inaczej by się rozbił, zabijając wszystkich. Jedi zaś umknęli jego ostrzałowi, po chwili obserwując wypaloną trawę. Szybko jednak powrócili do pościgu za statkiem, regularnie umykając ostrzałowi.
Przebywali ścigaczami pustkowia, podążając za statkiem, regularnie dostrzegając Lambdę, czyniącą to samo.
W końcu wróg zawrócił, po drodze ponownie próbując ostrzelać Jedi – jednak znów nieskutecznie. Nie odważył się jednak ostrzeliwać Lambdy – ze względu na niewielki dystans ryzykowałby wielką kraksą.
Ostatecznie Bart i Binol przejechali już wiele kilometrów, nadal nie spuszczając statku z oka.
W połowie drogi oponent zawrócił ponownie, jednak w bardzo trafnym momencie. On prześlizgnął się pomiędzy niewielkimi wzgórzami, jednak dla promu Mistrza Lightdusta było to zbyt duże wyzwanie. Na polu walki pozostał więc tylko „naziemny oddział”, jednak przeciwnik okazał się sprytniejszy. Odnalazł całkiem sporą przepaść – on swobodnie nad nią posunął statkiem, nawet nie zwiększając mocy silników. Dla ścigaczy Padawanów było to już zbyt duże wyzwanie. Nawet jeśli podkręciliby silniki na maksimum mocy, prawdopodobieństwo sukcesu byłoby za małe. Zatrzymali się więc, bezradnie obserwując jak wróg się oddala. Po dłuższej chwili obok nich wylądował Mistrz Lightdust, z niezbyt zadowolonym wzrokiem.
Dwójka studentów powolnym wzrokiem udała się w kierunku statku.
- To TEŻ jeszcze nie koniec – powiedział zawiedzionym, ale zawziętym głosem Bart, wsiadając do statku.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Wszystkie podejmowane działania przeze mnie jak i Padawana Barta były moimi pomysłami. Padawan Bart wykonywał jedynie moje polecenia przez co misja zakończyła się niepowodzeniem. Zachowałem się lekkomyślnie i nieodpowiedzialnie co jest w pełni moją winą.

Drugi raport sporządza wedle ustaleń Rady Padawan Bart.

4. Autor raportu: Padawan Binol & Uczeń Jedi Bart
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Tanna Saarai dodano: 02 lut 2009, 18:10

Yavin IV - Polowanie - Część 2

1. Data, godzina zdarzenia: 28.12.08, 12.00 - 16.00

2. Opis wydarzenia:

[...]Szukając jakiegoś sposobu na pozbycie się Acklay nie spodziewaliśmy się, iż zaraz to rozwiązanie znajdzie się samo. Po chwili stanął przed nami stary, jednak nadal sprawny AT-ST pilotowany przez żołnierza republiki. Po krótkiej rozmowie przekonaliśmy go, aby pomógł nam zająć się bestią. Czym prędzej ruszył on w stronę wielkiego pola siłowego. AT-ST nawiązał walkę z Acklą. Po krótkiej serii z działka maszyny kroczącej potwór ledwo trzymał się nogach. Doskoczyłem do bestii i sprawnym ruchem miecza świetlnego zadałem jej śmiertelny cios. Niestety pilot AT-ST stracił kontrolę nad pojazdem i potrącił swojego kapitana. Po chwili maszyna zatrzymała się a z niej wysiadł przestraszony żołnierz. Doskoczyliśmy z Bartem i Magnusem do na wpół żywego kapitana. Okazało się, iż doznał on bardzo poważnych obrażeń dolnych kończyn i konieczna jest amputacja pod groźbą śmierci. Po krótkiej dyskusji roztrzęsiony żołnierz zadeklarował się, jako ochotnik do wykonania operacji. Bardzo nalegał abyśmy się zgodzili i mimo moich protestów Bart dał mu swój miecz świetlny, którym to żołnierz odciął dolne kończyny swojego kapitana. Dzięki wysokiej temperaturze ostrza krew natychmiast weszła w reakcję krzepnięcia. Bart opatrzył nogi kapitana bandażem by nie wdało się jakieś zakażenie. Postanowiliśmy jak najszybciej udać się do akademii by tam wezwać profesjonalną opiekę medyczną dla poszkodowanego. Nieopodal miejsca, w którym się znajdowaliśmy dostrzegliśmy trzy ścigacze. Na jeden wsiadł żołnierz wraz z nadal nieprzytomnym kapitanem, na drugi Bart z Magnusem a trzeci zająłem ja jadąc, jako ostatni i osłaniając tyły. Po niespełna godzinie znajdowaliśmy się już na terenie akademii.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Druga część zaległego raportu z misji na Yavin IV. Za pierwszą część odpowiedzialny jest Padawan Magnus Rey'all i nie odpowiadam za ewentualne dalsze opóźnienia związane z zamieszczeniem części pierwszej.

4. Autor raportu: Padawan Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Ashtar Tey dodano: 15 lut 2009, 20:42

Porwanie część 2

1. Data, godzina zdarzenia: 13.02.09, 18:00-21:30

2. Opis wydarzenia:

Transportowiec klasy Lambda zataczał coraz mniejsze koła nad powierzchnią planety Myrkr. W środku Vreek, Avar i Tarrek szukali miejsca na lądowanie.

- Wykrywam jedynie jedno miejsce, które ma jakąkolwiek sieć komunikacyjną na całej planecie. To trochę dziwne – stwierdził Tarrek.

- Ląduj tam – odpowiedział krótko Vreek.

Po chwili Lambda gładko osiadła na ziemi i wszyscy trzej pasażerowie wyszli na zewnątrz. W obydwu Jedi narastał swego rodzaju niepokój podczas całej podróży, jednak zaraz po dotknięciu ziemi przerodził się w dziwne osłabienie. Zarówno Avar jak i Vreek stali się senni, rozkojarzeni i zmęczeni.

- Co do… - zdumiał się Vreek – Ysalamiry – dodał po chwili i zaklął. Wiedział, że stworzenia te miały zły wpływ na użytkowników Mocy – ich obecność znacznie zmniejszała ich umiejętności i kontakt z Mocą.

- Ty zostajesz i pilnujesz statku – rzucił przez ramię Vreek do Vassima i ruszył w stronę domu, przy którym wylądowali. Tarrek z niezbyt zadowoloną miną wrócił na pokład promu, a Avar pobiegł za swoim mistrzem.

- Zamknięte – stwierdził Vreek próbując otworzyć drzwi do budynku. Rozejrzał się i zaczął iść w kierunku niewielkiej dolinki. Była ona niezbyt głęboka i stosunkowo krótka, szybko zaczęła skręcać w lewo. U jej ścian stały niskie budynki, a także gdzieniegdzie leżały porozrzucane skrzynki. Vreek i Avar skręcili w lewo wraz z biegiem dolinki i zauważyli przed sobą coś w rodzaju niewielkiej bazy. Przed nimi rozciągał się całkiem spory plac, a dookoła niego stały budynki o nieznanym przeznaczeniu. Po ich prawej stronie wyróżniał się najwyższy budynek – była to swojego rodzaju wieża, zapewne jakieś centrum dowodzenia. Całość była otoczona przez niezbyt wysoki łańcuch górski.

Nagle Jedi usłyszeli dźwięk wystrzału, chwilowy świst lecącego pocisku i wybuch, który rzucił ich na ziemię. Vreek błyskawicznie podniósł się z ziemi i wskoczył do najbliższego budynku.

- Avar, tutaj! – krzyknął. Po chwili usłyszał drugi wybuch i jego uczeń wbiegł do środka.

- Widziałeś skąd strzelali? Wydaje mi się, że z tamtego dachu – stwierdził Rycerz Jedi – musimy współpracować, ja postaram się odbijać te pociski z rakietnic, a ty biegnij ile sił w nogach.

Po chwili wyskoczyli przez dach i Avar rzucił się biegiem do najbliższego muru. Okazało się, że napastników jest więcej niż się spodziewali. Z wszystkich stron zaczął sypać się na nich grad strzałów z blasterów i pocisków z rakiet. Vreek natychmiast zaczął biec w stronę największego budynku po prawej. Przesadził mur, przebiegł przez kładkę i dalej pobiegł wzdłuż ściany bazy. Avar biegł tuż za nim, jednak nie mógł dorównać mu prędkością. Rycerz Jedi przebiegł obok klatki z Rancornem nawet na nią nie spoglądając. Obydwaj Jedi znaleźli się na plaży, paręnaście metrów dalej było już morze. Nagle ciszę rozerwał dźwięk wyjącej syreny alarmowej. Zaniepokojeni alarmem skręcili w lewo i wbiegli przez spore wrota do środka wielkiej wieży. Wnętrze tej bazy byłoby całkiem normalne, gdyby nie wielkie drzewo wyrastające dokładnie z jej środka i pnące się w górę. Nie czekając długo Jedi pobiegli schodami po lewej na wyższe piętra. Budynek był całkowicie pusty, nie licząc mnóstwa konsolet i hologramów.

- Tu nie ma miejsca na negocjacje, zabijaj jeśli musisz – rzekł Vreek do Avara. W odpowiedzi tamten skinął głową.

Gdy byli w połowie drogi na drugie piętro usłyszeli, że do budynku wbiegli ich prześladowcy. Vreek wbiegł na drugie piętro, a Avar zszedł na schody prowadzące na pierwsze i próbował utrzymać tam napastników. Rycerz Jedi zauważył, że dookoła pnia drzewa jest trochę miejsca i zeskoczył powoli na sam dół. Jednak z powodu zmęczenia i odniesionych wcześniej obrażeń potknął się i spadł na sam dół. Po chwili jednak podniósł się i zaatakował najemników od tyłu. Wspólnymi siłami Vreek i Avar przebili się przez zastępy wrogów i unieszkodliwili wszystkich, starając się jednak raczej nie zabijać.

Gdy wydawało się, że to już wszyscy, wyszli na zewnątrz. Tu jednak natknęli się na następne tabuny wrogów. Na drugim końcu doliny zauważyli także ich dowódcę – była to Aurra Sing we własnej osobie. Ta łowczyni nagród i niedoszła Jedi o białej skórze siała prawdziwy postrach wśród Zakonu i wiele już krwi napsuła Rycerzom Jedi. Vreek ścisnął mocniej miecz i rzucił się w wir walki. Zaczął wpadać w trans i przestał patrzeć gdzie i kogo atakuje, po prostu biegł i ciął, unikał i odbijał pociski. Siłą rzeczy rozdzielił się z Avarem i każdy walczył sam.

Walka miała miejsce na głównym placu oraz dachach pobliskich budynków. Była ona niezwykle zacięta, najemnicy dysponowali najróżniejszymi broniami od E-11 poprzez kusze skończywszy na rakietnicach. Posiadali także plecaki odrzutowe, dzięki którym szybko poruszali się po polu bitwy. W trakcie walki Vreek oberwał raz poważnie z kuszy w bark oraz o mało co nie złamał nogi przez wybuch rakiety. Parę razy starł się też z Aurą, która po pewnym czasie nagle znikła. Wróciła po jakiejś minucie prowadząc za sobą Rancora, który jedynie wzmógł chaos panujący w bazie. Zarówno Vreek jak i Avar nie mieli zbytniej ochoty na konfrontację z bestią, dlatego starali się jej unikać. Ten drugi również nieźle oberwał, lecz głównie od miecza świetlnego Aurry Sing.

W pewnym momencie bitwy Vreek zauważył, że jego uczeń samotnie stawia czoło łowczyni nagród na pobliskim budynku na szczycie pagórka. Szybko tam wskoczył i zaczął pomagać mu w walce. Po pewnym czasie Aurra przerwała ją i zaczęła śmiać się z Jedi. Z jej słów Vreek wywnioskował, że była to pułapka i wściekł się na samego siebie, że o tym nie pomyślał.

Po pewnym czasie wydawało się, że siły najemników znacznie stopniały. Vreek wykorzystał ten fakt i najszybciej jak mógł wrócił na statek. Okazało się, że Tarrek gdzieś znikł i nie pilnowany statek został zniszczony. Cały system nawigacyjny i spora część statku została wysadzona w powietrze. Rycerz Jedi przeszukał szczątki i znalazł jedynie małą apteczkę ze środkami przeciwbólowymi, które od razu wziął.

Gdy wyszedł na zewnątrz zauważył, że teraz walka przeniosła się właśnie pod statek. Avar odpierał ataki Aurry na dachu najbliższego budynku. Nagle tamtej udało się przełamać jego obronę i szybkim ruchem powaliła go na ziemię, a następnie natychmiast przebiła mu ramię. Vreek skoczył za nią, lecz ta zeskoczyła na dół i przebiła rurę dziwnej maszyny stojącej obok domu. Gorąca para trysnęła Rycerzowi prosto w twarz i na chwile zupełnie go oślepiła. Mocno już zdenerwowany Vreek na chwile skupił się i wlał część swojej energii w Avara tak, by podtrzymać jego funkcje życiowe i rzucił się w pogoń za Aurą. Szybko ją dopadł i zaczęła się mordercza i krótka walka. Vreek szybko zdobył przewagę, powalił Aurę i zadał cios mający odrąbać jej nogę. Okazało się jednak, że ma ona coś w rodzaju pancerza, który nie da się przebić.

Zostawił nieprzytomną Aurę wcześniej zabierając jej miecz i zdecydował, że poszuka więźnia-biznesmana, który mógł znajdować się gdzieś na terenie bazy. Po drodze minął stary Z-95, lecz niestety nie był on zatankowany. Więźnia znalazł niedaleko w budynku na szczycie wzgórza. Szybko ustalił plan działania i kazał mu pójść po Avara podczas gdy on zajmie się Aurrą i przygotuje statek.

Niestety, przy wyjściu z wieży już czekał na niego komitet powitalny. Bardzo szybko więzień został złapany, a gdy Vreek próbował go ratować dostał zdradziecki strzał z kuszy w plecy od Aurry. Padł nieprzytomny na ziemię podczas gdy najemnicy wzięli więźnia i zaczęli prowadzić go ku swojemu promowi, a Aurra podniosła jego miecz z ziemi.

Po chwili Vreek ocknął się cały obolały i zaczął pełznąć w stronę Z-95. Przeszukał pobliskie skrzynie i znalazł trochę paliwa. Wlał go do myśliwca jednocześnie wzywając Avara przez komunikator. Jego uczeń po długiej chwili ocknął się i odpowiedział na wezwanie. Tymczasem wróciła Aurra Sing, również w kiepskim stanie, widać było, że jest już zmęczona i ranna. Ponownie zaczęła się zacięta walka, podczas której łowczyni próbowała uszkodzić statek. Vreek korzystał z jej miecza, a ona z jednego ze swojej kolekcji. Tym razem również Vreek okazał się górą i powalił przeciwniczkę na ziemię. Obiecał darować jej życie jeśli ta da im odlecieć. Łowczyni postawiła jednak warunek – Rycerz Jedi musi oddać jej miecz. Po krótkim namyśle Vreek oddał jej miecz jednocześnie odbierając jej swój. Aurra szybko wstała i uciekła.

Tymczasem Avar dotarł już do myśliwca i uruchomił jego silniki. Obydwaj Jedi usłyszeli dźwięk startującego promu i wiedzieli, że Aurra, najemnicy i więzień właśnie odlecieli. Dodatkowo nie mieli pojęcia, gdzie może znajdować się Tarrek Vassim. Śmiertelnie zmęczeni i ranni poderwali maszynę do lotu i obrali cel na Coruscant…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Sprawozdanie może nie być w 100% zgodne z rzeczywistością, opis walki znacznie skróciłem. Ani tego wszystkiego nie pamiętam, ani nie ma za bardzo sensu aż tak się rozpisywać. Mało jest też informacji o Avarze, gdyż siłą rzeczy mniej wiedziałem o tym, co on robi. Pierwszą część pisze właśnie Avar.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Jeon Vreek
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1680
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Postautor: Avar dodano: 16 lut 2009, 22:31

Porwanie część 1

1. Data, godzina zdarzenia: 31.01.09, 16.00-18.00

2. Opis wydarzenia:

Wylądowaliśmy na lądowisku wskazanym nam przez kontrolera lotów. Gdy tylko wyszliśmy, naszym oczom ukazała się kolorowa mieszanina neonów, reklam i świateł rozświetlających mrok. Choć było już grubo po zachodzie słońca na tych poziomach Couruscant nie było ciemno. Wokół nas krzyżowały się powietrzne drogi, pełne mniejszych i większych pojazdów. Zabezpieczyliśmy prom i udaliśmy się na miejsce spotkania. Okazało się, że aby się tam dostać trzeba zejść poziom niżej. Zdecydowaliśmy się na skok, gdyż nie była to wielka wysokość. Po kilku chwilach doszliśmy do budynku, w którym mieścił się zarząd firmy HiTechEnergizer. Dwa dni temu porwano tu jej szefa - Andersa Palara, a my mieliśmy go odnaleźć.

Okolica była już zabezpieczona przez służby śledcze. Wejścia pilnował jeden funkcjonariusz. Przedstawiliśmy się mu. Ten powiedział coś do mikrofonu w hełmie i po chwili w drzwiach stanął Tarrek Vassim, który przewodził śledztwie. Przedstawiliśmy się i od razu prześlijmy do rzeczy. Weszliśmy do wnętrza budynku. W środku kręciło się kilku funkcjonariuszy. Po drodze Vreek wypytał go o opinie, którą cieszył się Anders. Komisarz twierdził, że był on raczej szanowany, a rodzina twierdzi, że ofiara nie miała wrogów. Po minięciu dwóch tarcz promiennych stanęliśmy w korytarzu, w którym doszło do porwania. Kawałek dalej znajdowała się widna, która prowadziła do gabinetu Palara. Vreek zajął się analizą. Ja stałem i przyglądałem się mu, gdyż nigdy wcześniej nie miałem styczności z tego rodzaju sprawami. Na podłodze leżało dwóch ochroniarzy z przypalonymi ciałami w kilku miejscach. W ścianie widać było wyraźne wgłębienia. Wokół kręciło się kilka androidów śledczych. Według danych dostarcz nowych nam przez nie, wynikało, że obie ofiary zmarły na skutek obrażeń zadanych bronią energetyczną, lecz rana na ciele jednego ochroniarza nie przypominała kształtem strzału z blastera, a wokół niej wykryto ozon. Vreek stwierdził, że podobne efekty wywołuje miecz świetlny. Zaraz potem, widząc, że nie bardzo się przydam, wysłał mnie na zewnątrz, abym tam poszukał śladów.

Postanowiłem sprawdzić, czy mieszkańcy widzieli coś podejrzanego. Coś co miałoby związek z naszą sprawą. Na moje nieszczęście nikogo w okolicy nie było. W końcu udało mi się zagadać jakiegoś Weequaya. Cały czas palił jakieś świństwo, prawdopodobnie narkotyki, które wyraźnie szkodziły na umysł, co znacznie obniżało jego wiarygodność. Po kilku minutach usilnych starań udało mi się uzyskać od niego jedną informację - widział jak ktoś był siłą ciągnięty do statku. Po tym małym sukcesie wszystko zaczęło się sypać. Mój 'świadek' zapominał tego, o czym mówił dosłownie pół minuty temu i opowiadał niestworzone rzeczy. Stwierdziłem, że nic więcej nie uda mi się wywiedzieć i pożegnałem się z nim. Gdy oddaliłem się już trochę, zobaczyłem jak ten Weequay wyskakuje z balkonu i spada w przepaść. Zmroził mnie przerażenie. Mogłem tylko patrzeć jak spada on coraz niżej i niżej. Dopiero gdy zniknął mi z oczu poruszyłem się. Postarałem się jak najszybciej o tym zapomnieć. Wsiadłem do najbliższej windy i zjechałem poziom niżej. Na niższym poziomie zobaczyłem Tarreka oraz jego ekipę, klęczącą nad jakimś ciałem. Spytałem się go co tu się stało.

Kiedy wyszedłem Vreek zajął się badaniem otworów w ścianie. Razem z Vassimem ustalili, że to nie możliwe, żeby zwykły blaster wybił taki kawałek tynku. Na podstawie zgromadzonych danych Vreek wymyślił kilka scenariuszy porwania. Pierwszy zakładał, że dokonała tego jedna osoba uzbrojona w miecz świetlny, która wycięła dziury, chcąc upozorować strzelaninę. Druga opcja brała pod uwagę strzały z mało kalibrowej broni o zwiększonej penetracji. Ostatni hipoteza zakładała, że biznesem upozorował swoje porwanie. W grę wchodziły też różne kombinacje tych opcji. Stwierdziwszy, że wewnątrz nic nie zdziałają, również wyszli. Skierowali się jednak w przeciwną stronę niż ja. Szybko zauważyli ciało leżące niedaleko budynku firmy.
Nigdzie nie widziałem Vreeka. Okazało się, że sam został poziom wyżej i rozmawiał z dwoma osobami. Po chwili zobaczyłem zielone ostrze miecza i kilka strzałów. Zaraz potem oboje uciekli. Wyskoczyłem i wylądowałem obok Mistrza. Okazało się, że został wplątany w napad. Chciał załagodzić sytuację, ale nic z tego nie wyszło.

Kontynuowaliśmy śledztwo. Nie uszliśmy jednak daleko - w jednym z zaułków leżało kolejne ciało. Tarrek ponownie wezwał na ekipę analizującą i zabezpieczającą ślady. My tymczasem poszliśmy dalej. Zmieniliśmy kładkę i udaliśmy się drogą prowadzącą wokół jakiegoś budynku. Po drodze natknęliśmy się na dziwną rzecz: karabin z okresu Wojen Klonów. Vreek wziął ze sobą to znalezisko. Wkrótce dotarliśmy na kładkę, na której rozmawiałem z Weequayem. Tym razem spotkaliśmy na niej człowieka oraz Grana. Kiedy zapytaliśmy się co robią, odpowiedzieli, że piszą na ścianie blasterem. Rzeczywiście, dziury na ścianie układały się w coś na kształt liter. Postanowiliśmy 'przycisnąć' ich, aby powiedzieli nam co wiedzą o porwaniu. Ja zająłem się Granem. Podeszliśmy do jednego z balkonów. Próbowałem różnych taktyk - najpierw powiedziałem , że nie zgłoszę na policję tego, że posiada narkotyki i nielegalną broń. Gdy to nic nie dało, starałem mu wmówić, że pójdzie siedzieć za porwanie. To go rozzłościło gdyż rzucił się na mnie z pięściami. Dałem mu się sprowokować i wyciągnąłem miecz. Natychmiast rozpoznał we mnie Jedi i zaczął uciekać, jednocześnie krzycząc do swego towarzysza. Tamten również próbował zwiać, ale Vreek w porę go złapał. W końcu dopadłem Grana. Siłą wydusiłem z niego to co wie i puściłem go wolno. Vreek zrobił podobnie.
Dzięki naszym świadkom udało nam się ustalić, że w okolicy pojawiły się dwa podejrzane pojazdy. Taksówka, do której kogoś prowadzili oraz bombowiec typu Tie. Skontaktowaliśmy się z Tarrekiem. Spytaliśmy się, czy jest możliwość sprawdzenia tych pojazdów. Podsunął nam pomysł sprawdzenia kamer i zapisów tankowania na pobliskiej stacji benzynowej.

Udaliśmy się do niej, tak jak radził nam Vassim. Okazało się, że Jedi mają nieograniczony dostęp do tego typu materiału zgodnie z poleceniem komisarza Vassima. Szybko uzyskaliśmy numery bombowca. Niestety nie mogliśmy odnaleźć taksówki, ale to co mieliśmy wystarczyło. Wróciliśmy do tymczasowej bazy, gdzie Tarrek zlokalizował dla nas ten statek. Udało mu się ustalić, iż opuścił on Couruscant niedawno i prawdopodobnie udał się na Myrkr. Dowiedzieliśmy się też, iż jest to jednostka Imperium, a przynajmniej była na nie zarejestrowana. Stwierdziliśmy, że ktoś musiał ją tu przemycić. Nie myśląc wiele wskoczyliśmy do promu. Komisarz również wykazał chęć udziału w misji. Vreek zgodził się na to, choć niechętnie. Przed wejściem Vreek powiedział, abym złapał jakiegoś gościa Mocą, Obejrzałem się. Ponownie zobaczyłem jak ktoś wyskakuje z mostu. Nie zdążyłem nic zrobić.
Chwilę później pędziliśmy już w stronę gwiazd, pozostawiając światła daleko w tyle.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Chciałbym podziękować wszystkim za misję oraz przeprosić o wszelkie ewentualne nieścisłości (szczególnie jeśli chodzi o to co robił Vreek w pewnym momencie).

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Avar
Awatar użytkownika
Avar
 
Posty: 32
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Rodia

Postautor: Neil Danadris dodano: 04 kwie 2009, 11:14

Tajemniczy Meteoryt - część II

1. Data, godzina zdarzenia: 22.03.09, 12.30

2. Opis wydarzenia:

Jaskinia w której się znajdowali miała wiele dróg. Zdecydowali, że pójdą w lewo, ponieważ wydawało się, że wszystkie drogi i tak zejdą się do jednego punktu. Nagle usłyszeli dziwne odgłosy, podobne do tych, jakie wydają gady. San wyjrzał zza skały i zobaczył 3 dziwne stworzenia czczące posąg. Poczuł też aurę Ciemnej Strony.
- Patrz – szepnął do Nitrama
Nitram również wyjrzał zza skały, co więcej – stworzenia zorientowały się, że nie są same w tej jaskini.
- Pshrrrr, Jedi – zasyczał jeden
San cofnął się i po cichu ruszył do tyłu, nie patrząc na Nitrama. Gdy znalazł się przy wodospadzie, wybrał inną drogę i wskoczył na górę, powoli ruszając w strone gadów. Położył się na ziemi i obserwował ich poczynania.
- To nie są Jedi, to jakieś młodziki.
- Przysyła Padawanów ? – zaśmiał się jeden z nich
San cofnął się i zawołał Nitrama, mogli ich zaatakować od tyłu, co dawało im pewną przewagę. Nitram szybko wskoczył na górę i powoli ruszyli. Trzymali miecze w pogotowiu i na sygnał zeskoczyli na dół atakując. Stworzenia były na tyle szybkie, że uniknęły ciosów.
- Hsssr! – zasyczał gad.
Szarża Sana i Nitrama nie dawała wielkich rezultatów. Wtedy zauważyli coś dziwnego – im więcej atakowali, tym bardziej gady powiększały się.
- Czekaj – powiedział do Nitrama – cofnijmy się.
I ruszyli do tyłu cały czas z włączonymi mieczami.
- Zossstawcie ich mnie – syknął gad.
Dwa stworzenia nadal czciły posąg, a jeden z nich ruszył ku Padawanom.
- Słabi, nędzni Padawani, kogo oni tu przysyłają ?!
Wtedy wyciągnął dłoń i uderzył błyskawicą mocy, oraz zaczął dusić Nitrama. Zauważyli, że atak z ich strony nie ma sensu, więc wyłączyli miecze.
- Kim jesteście ?
- Nie ważżne, to nassze terytorium.
- Dlaczego zabijacie ludzi ?!
- Bo wszędzie się pchają, narusszają nassze tereny.
Ponownie zaatakował Padawanów, tym razem z mniejszym skutkiem.
- Jesteście nędznymi stworzeniami, ukrywacie się i udajecie, że jesteście silni, a tak naprawdę przynosicie wstyd swojej rasie – powiedział San.
- Cicho bądź – powiedział Nitram i szturchnął Padawana.
Wtedy zauważyli, że stwór zmniejszył swój rozmiar.
- Nie doceniani, biedni, bezsilni, mali – kontynuował San.
Potwór zmniejszał się coraz bardziej wraz z kolejnymi słowami. Gdy sięgał Padawanom do kolan, jego głos zmienił się, był piskliwy. Wtedy ugryzł Sana w kostkę. Głośno syknął i upadł na ziemię.
Oderwał kawałek szaty i zabandażował kostkę, co powstrzymało krwawienie, lecz nie pozwalało na pełną sprawność fizyczną.
Przez ten czas jednak nie zwracali uwagę na dwa pozostałe potwory, co było błędem. Nagle ziemia zatrzęsła się i potwory podeszły do Padawanów.
- Oni mi to zrobili – zapiszczał najmniejszy.
- Rytuał dopełniony, wracamy – powiedział drugi.
Wtedy stwory szybko pobiegły, a Padawani ruszyli za nimi, jednak bez skutku, były na tyle szybkie, że zdążyły uciec i zniknąć w odmętach wodospadu.
- Wracajmy do posągu – powiedział Nitram.
Gdy stanęli obok posągu – ten rozleciał się na kawałki, jedynie kamień, który był teraz biały leżał nienaruszony.
- Pobiorę próbkę – rzekł San.
Wyjął z plecaka rękawice termalne i szczypce. Jednak kamień był na tyle twardy, że nie dało się pobrać próbki. Próbował również przeciąć go mieczem, ale ten ześlizgnął się po kamieniu.
- Chodź – powiedział Nitram.
- Nie zostawię go tutaj – odrzekł drugi Padawan i włożył z trudem kamień do plecaka. Założył go na plecy i ugiął się pod jego ciężarem.
- Ruszamy do wyjścia.
Powoli dotarli na miejsce, obok wodospadu. Pojawił się jednak problem – jak przetransportować do wyjścia plecak – który był niesamowicie ciężki i Padawan nie mógł z nim skakać ani biegać.
Po wielu próbach, upadkach i niepowodzeniach – udało im się wspólnie poruszyć go Mocą ku wyjściu. Potem sami wskoczyli do wyjścia – zauważyli, że na zewnątrz jest ciemno. Mimo tego ruszyli do Akademii.
Gdy znaleźli się już na miejscu, odstawili plecak do zbrojowni i razem ruszyli do ambulatorium.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Skróciłem trochę część z transportowaniem plecaka.

4. Autor raportu: Padawan San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Avar dodano: 16 maja 2009, 23:24

Duchy Jedi

1. Data, godzina zdarzenia: 13.04.09, 18:45

2. Opis wydarzenia:

Niebo tego dnia było szczelnie zasnute chmurami. Z góry prawie nieustannie padał deszcz, przez co większość zewnętrznych terenów Akademii było zalanych wodą. Avarowi odpowiadały takie warunki – w końcu na Rodii padało prawie cały czas. Rodianin wyszedł do ogrodu, testując swoją nową zbroję. Była to dosyć prosta konstrukcja oparta na systemie połączonych ze sobą płytek durastalowych. Avar był z niej zadowolony, gdyż powinna zapewniać dobrą ochronę, a przy tym była wygodna i nie ograniczała ruchów. Adept otrząsnął się z zamyślenia. W ogrodzie znajdował się jeszcze medytujący Ishar oraz Nitram, który ćwiczył jakieś ciosy. Młody Jedi przywitał się z nimi i zaproponował Nitramowi mały sparing. Walczyli przez chwilę, cały czas moknąc na deszczu. Nagle Avar poczuł jakieś zakłócenie w Mocy. Nitram musiał też coś poczuć, ponieważ nagle zaczął się uważnie rozglądać, a na jego twarzy pojawiło się odczucie dezorientacji. Rodianin spojrzał na Ishara, który nie medytował już, lecz wpatrywał się bardzo uważnie w jakiś cień na skale. Jedi wytężył wzrok. To co zobaczył mocno nim wstrząsnęło. Na skale stał jego dawny Mistrz - Kal’dar. Z tego co wiedział przebywał on w Ambulatorium... chociaż po tym zdarzeniu z meteorytem wszystko mogło się zdarzyć. Avar natychmiast porzucił trening i podbiegł z mieczem w ręku do niego. W tym momencie ten się odwrócił i zaczął biec w kierunku głównej bramy Akademii. Rodianin spojrzał na Ishara i Nitrama. „Biegnijmy”- powiedzieli prawie jednocześnie. Avar skinął głową i puścili się w pościg za Upadłym Jedi.

Poza Akademią było jeszcze gorzej. Wszędzie było błoto, co skutecznie utrudniało wędrówkę, a we mgle nie było wiele widać. Kal’dar gdzieś zniknął, ale studenci parli dalej naprzód, próbując wyczuć go w Mocy. W końcu udało im się kogoś zlokalizować. Pobiegli w kierunku, z którego dobiegała do nich kogoś słaba obecność. Z cienia wyłonił się... San. Młodzi Jedi zdziwili się na jego widok. Okazało się, że podążał on za Vreekiem, gdy ten opuścił Akademię w nieznanym celu. San poprosił o wskazanie nam drogi powrotnej. Ishar stanowczo upierał się przy odprowadzeniu go, jednak Avar powiedział mu, że nie mają na to czasu, a San powinien sam znaleźć drogę dzięki Mocy. Nie czekając na resztę Rodianin pobiegł dalej. Ishar z Nitramem pobiegli za nim, chcąc go zatrzymać. San został na miejscu, a po chwili zniknął reszcie z oczu, tonąc we mgle. Po chwili studenci zatrzymali się. Kal’dar stał na jakimś rozwalającym się murze i wpatrywał się w nich. W powietrzu unosił się śpiew, który jak jakąś niewidzialną siłą ciągnął Jedi w jego stronę. Avar poddał się jego działaniu jako pierwszy. Ishar i Nitram wciąż walczyli z tą pokusą, jednak i oni w końcu jej ulegli. Upadły Jedi uśmiechnął się i zeskoczył na drugą stronę muru. Nie bacząc na nic Avar, Nitram i Ishar zrobili to samo.

Znaleźli się miejscu, które zmroziło im krew w żyłach. Stali na progu cmentarzyska, które, pomimo tego, że prawdopodobnie wszyscy już o nim zapomnieli, było dosyć... zatłoczone. W powietrzu unosiło się kilka świetlistych duchów, które latały dookoła. Przerażeni studenci podeszli bliżej wielkiego budynku na środku, prawdopodobnie jakiejś kaplicy. Jedi znowu słyszeli śpiew, lecz tym razem mogli go słuchać bez „efektów ubocznych”. Nagle jeden duch dosłownie przeleciał przez Avara. Ten odskoczył gwałtownie i otrząsnął się, jakby ktoś oblał go kubłem zimnej wody. „Zziimo” – wyjąkał. Cała trójka coraz bardziej się bała. Postanowili podejść do jednej ze zjaw, która stała w miejscu bez ruchu. Gdy tylko Avar i Ishar zobaczyli jej twarz stanęli jak wryci. „Savek?!”-powiedział cicho Ishar. „Przecież on nie żyje...”- odpowiedział mu „odległym” głosem Avar. Nitram popatrzył się na obu towarzyszy, gdyż nie wiedział co spowodowało u nich tą reakcję. „Kto to jest ten...”- spróbował zapytać Nitram, ale nie dokończył gdyż nagle duch rozpłynął się w powietrzu, jak gdyby nigdy go tam nie było. Avar i Ishar wstrząśnięci próbowali udawać, że nic się nie stało. Przy jednym z nagrobków stał następny duch. Tym razem jednak, o dzięki Mocy, nie był on żadnym zaginionym studentem. Był to starzec, który jako jedyny zwrócił uwagę na przybyszów. Jego twarz była wykrzywiona w grymasie cierpienia. Przemówił do Jedi, ale każde jego słowo wypowiadane było z wielkim trudem. „Boli... Łańcuchy... Okowy... Uwolnijcie nas...”. Wtedy zjawa zniknęła. Nie wiedząc co robić dalej, adepci udali się do środka kaplicy. W środku, o dziwo, paliły się wszystkie pochodnie. Z sufitu zwisały grube łańcuchy, na których końcu wisiały duchy. Pomimo przerażenia Jedi szybko zrozumieli co mają zrobić. Avar zapalił swój miecz i rzucił nim, tak aby przeciąć jeden z łańcuchów. Zjawa opadła na ziemię, ukłoniła się i zniknęła. „Mam już dosyć tego znikania”- powiedział Avar, wzdrygając się. W krypcie znajdowały się jeszcze trzy takie łańcuchy. Studenci przecięli każdy łańcuch, a każda zjawa kłaniała się im i znikała. Wydawało się, że w środku nie mieli już nic do roboty. Wyszli więc na zewnątrz. Na cmentarzysku zrobiło się cicho. Wszystkie zjawy gdzieś się nagle pochowały. W zasięgu naszego wzroku znajdował się tylko ten starzec, tym razem jednak uśmiechnięty. Przemówił do nich: „Dziękuję wam. Nareszcie nasze dusze zaznają spokoju. Od dawna tkwiliśmy w tej pułapce pomiędzy życiem a śmiercią. Ten kto to zrobił zasługuje na najwyższe potępienie. Niestety na dole są jeszcze inni.”.”Jak można im pomóc?”-zapytał się Ishar. Starzec spojrzał na niego: „Musicie znaleźć źródło naszego cierpienia i zniszczyć je. Ale uważajcie, tamte dusze już dawno zatraciły się w swoim bólu – nie rozróżniają swoich od wrogów i atakują wszystko co napotkają. Chcą się zemścić za krzywdę, którą im zrobiono. A teraz – zabijcie mnie. To jedyny sposób, żebym mógł odzyskać spokój”. „Żegnaj” – powiedział Ishar, po czym zapalił miecz i uderzył nim ducha. „Dziękuję” – powiedział starzec i rozpłynął się. „Wróćmy do środka i poszukajmy przejścia na dół” – powiedział Avar, gdy już było po wszystkim. Nitram i Ishar zgodzili się na to. Ku ich zdziwieniu w krypcie, tam gdzie poprzednio znajdował się jakiś sarkofag, widniała wielka dziura, w której było widać schody na dół. Niestety, jak to często bywa, przejścia „pilnowały” trzy stwory, które rzuciły się do ataku, jak tylko zobaczyli młodych Jedi. Studenci szybko zapalili swoje miecze. Stwory okazały się trudniejszymi przeciwnikami niż się wydawało, jednak po chwili cała trójka leżała już na ziemi. Nagle z ich „wnętrzności” wyleciało czerwone światło, a gdy zgasło, już ich nie było. Studenci zagłębili się w czeluście Yavina IV.

Dotarli do wielkiego korytarza, którego sklepienie znajdowało się wysoko ponad ich głowami. Na jego środku czekał już na nich komitet powitalny – wielki, obrzydliwy duch oraz kilku stworów podobnych do tych z góry. Nagle w ich rękach pojawiły się miecze. Studenci strasznie się zdziwili, ale po chwili otrząsnęli się i unieśli swoją broń. Adepci szybko zostali rozdzieleni. Avar walczył z trzema stworami naraz, starając się, aby żaden cios go nie trafił. Na szczęście styl walki zombiaków, jak nazwał je w duchu Avar, był strasznie niechlujny, dzięki czemu łatwo było mu znaleźć luki w ich zasłonie i wykorzystać je. Po chwili walki pierwszy stwór padł po szybkim kontrataku wyprowadzonym z prawej strony w żebra. Zaraz potem Rodianin rozpłatał drugiego zombiaka, wykorzystując jego ogłuszenie po kopnięciu. Nagle ktoś zaatakował go od tyłu, tak że ledwo zdołał się uchylić. Był to ten wielki zombi, który teraz z kolei dopadł Ishara. Atak ten wyprowadził młodzika z rytmu, ale nie przeszkodził mu w zadaniu ciosu ostatniemu potworowi. Avar spojrzał po pobojowisku. Ishar właśnie pomagał zabić Nitramowi ostatniego ducha. Nitram nie wyglądał najlepiej, gdyż na jego głowie widniał piękny siniak. Cała trójka była zmęczona, jednak postanowili, że nie odpuszczą i pomogą tym duszom.

Korytarz doprowadził ich do przejścia zablokowanego wielkim kamieniem. Dzięki Mocy udało im się go jednak odsunąć i mogli dalej kontynuować wędrówkę. Znaleźli się w wielkiej jaskini, która kształtem przypomniała wąwóz. Po obu jej stronach, występowało sporo półek skalnych, a jedną ścianę z drugą łączyło wiele kamiennych mostów. Całość oświetlana była dziwnymi kryształami osadzonymi w posągach przedstawiających zakapturzone postacie. Wokół panowała cisza, którą od czasami zagłuszało wycie wiatru. Studenci postanowili ruszyć w lewą stronę „wąwozu”, gdyż obawiali się, że mogą nie przedostać się na półkę z prawej strony. Ścieżka, wyznaczona przez mosty i występy skalne, biegła ciągle w dół. Nagle, po jednym z zeskoków, wokół trójki Jedi zmaterializowało się kilka duchów (duchów, nie zombiaków), dzierżących dziwne miecze. Nim ktokolwiek zdołał cokolwiek powiedzieć, zjawy ruszyły do ataku. Miecze świetlne prawie natychmiast obudziły się do życia. Avar sparował kilka pierwszych ciosów, przekazując kontrolę nad swoimi ruchami w ręce Mocy. Rodianin spróbował wykonać kontrę. Gdy ostrze miało już przeciąć zjawę na pół, ta nagle zniknęła pod ziemią. To wytrąciło młodzika z równowagi. Kolejny atak nadszedł z prawej. Avar musiał się cofnąć, jednak zamiast twardego gruntu pod nogami natrafił na... powietrze. Zdziwiony Rodianin przeleciał kilka metrów i z hukiem wyrżnął w jeden z mostów poniżej. Z wielkim trudem podniósł się. Nagle zobaczył spadającego Ishara, który, podobne jak Avar, został strącony z góry. Na szczęście Keldor w ostatnim momencie złapał się krawędzi mostu. W jego stronę leciał duch gotowy dobić przeciwnika. Rodianin, pokonując ogromy ból pleców, podbiegł do Ishara i pchnął ducha Mocą, co, o dziwo, okazało się skuteczną bronią w walce z nimi. Po chwili Keldor wczołgał się na górę i razem z Avarem wskoczył na górę. Tam Nitram wydawał się dogorywać. Jego szata w kilku miejscach była przecięta i czerwona od krwi. Obaj starsi Jedi natychmiast zaatakowali zjawy, aby go odciążyć. Adept walczył teraz z tylko jednym duchem, a nie z czterema jak poprzednio. Jedna zjawa gdzieś się ulotniła. Pole walki przerodziło się w trzy pojedynki. Avar ograniczał się do parowania ciosów i do wspomagania się od czasu do czasu Mocą. Wiedział jednak, że w ten sposób nie wygra. Nagle stało się coś dziwnego: wszystkie zjawy zamarły i znikły, jak gdyby nigdy ich nie było. Zrobiło się bardzo cicho. Avar spojrzał na siebie. Zbroja była wgnieciona w miejscu upadku i w kilku miejscach wyszczerbiona przez miecz. Rodianin wzdrygnął się, wyobrażając sobie co by się stało, gdyby nie miał pancerza. Ponad to na jego nodze widniało spore rozcięcie, które dopiero teraz zaczęło boleć. Widać adrenalina przestawała działać. Ishar wyglądał podobnie, z tym że jego jedna ręka wisiała prawie bezwładnie. Najgorzej, znowu, wyglądał Nitram, który chyba nie do końca wiedział gdzie się znajduje. Cała trójka przystanęła na chwilę, aby odpocząć. Nitram jakby trochę doszedł do siebie, jednak widać było, że długo już nie wytrzyma. Studenci ruszyli dalej. Przez większą ciszę nic się nie działo, a jedyne co było słychać to echo ich kroków i głosów. Na jednym z pomostów znowu dopadły ich duchy. Tym razem jednak nie zaatakowały od razu. Pomimo to Jedi mocno ściskali rękojeści swych mieczy. Dudniący głos przeszył powietrze: „Odejdźcie, albo zgińcie!”. Głos wydawał się dochodzić zewsząd i znikąd. „Nie odejdziemy, póki wam nie pomożemy”, krzyknął Ishar. W całej jaskini było słychać drwiący śmiech. „Kim jesteście, że uważacie, że możecie nam pomóc?”, odezwał się głos. „Jesteśmy uczniami Akademii Jedi na powierzchni. Uwolnimy was od tego cierpienia, jeśli tylko pozwolicie nam przejść.”, krzyknął znowu Ishar. „Chcecie nam pomóc, lecz zadajecie nam cierpienie. NIE CHCEMY TAKIEJ „POMOCY””, ryknął głos. „To wy zadaliście nam je jako pierwsi. Nawet jeśli uważacie, że nie jesteśmy w stanie nic zrobić to i tak spróbujemy. Jesteśmy przyjaciółmi, nie wrogami” – powiedział Avar, przypinając miecz do pasa. Głos przez chwilę milczał. W końcu odezwał się: „Idźcie, ale wiedzcie, że tam czeka na was tylko śmierć.” Zjawy powoli rozstąpiły się i rozpłynęły, jak wiele innych poprzednio.

Dalsza wędrówka przebiegła już bez przeszkód. Po kilkunastu minutach Jedi stanęli przed wejściem do jakiejś ogromnej świątyni lub krypty. Nitram jakby się ożywił i stanął przy jednej z lamp zbudowanej z kryształów. „Może by wziąć kawałek ze sobą? Mogą się przydać do mieczy” – spytał się Nitram. Avar spojrzał na niego: „Dobry pomysł, tylko pospiesz się”. Nitram wyjął miecz i krótkim cięciem odkroił kawałek kryształu i schował do kieszeni. Wyczerpani Jedi weszli do środka wielkiej komnaty. Gdy tylko przekroczyli jej próg, na górze szerokich schodów, pomiędzy wysokimi na kilkanaście metrów kolumnami, zobaczyli ogromną ciemną postać. „ZŁODZIEJE!”, krzyknęła postać, „TCHÓRZE! HIENY CMENTARNE! CHODŹCIE I WALCZCIE!”. Jedi powoli ruszyli po schodach. W miarę jak się zbliżali, mogli dokładniej przyjrzeć się nieznajomemu. Okazał się on być kolejnym trupem, w takim stopniu rozkładu, że z twarzy prawie nic już mu nie zostało. W ręce trzymał ogromny topór, który pełen był zakrzepłej krwi. Biła od niego potężna energia Ciemnej Strony. Tak wielka, że zaczęła przytłaczać studentów. „Gińcie!”, powiedział cicho trup. Nagle za nim pojawiło się kilku innych zombiaków, również pełnych Ciemnej Strony. „Czekaj, możemy oddać ten kryształ! Dajcie go...” – próbował uratować sytuację Avar. Było już jednak za późno. Walka na śmierć i życie rozgorzała na dobre. Pierwszy padł Nitram. Co prawda udało mu się sparować uderzenie topora, jednak siła uderzenia była tak duża, że nogi załamały się pod nim jak zapałki. Następny był Ishar. Co prawda całkiem sprawnie szło mu parowanie ciosów, jednak w starciu z Ciemną Stroną nie miał jeszcze szans. Trup złapał go Mocą i rzucił o podłogę. Wylądował obok Nitrama. Oboje byli nieprzytomni. Wstrząśnięty Avar stał i patrzył na to co się stało. Trup spojrzał na niego, „Zostaliśmy tylko my. Proponuję pojedynek według pradawnych zasad. Tylko umiejętności szermierki. Żadnej Mocy. Jeśli wygrasz – odejdziecie. Jeśli przegrasz...”. Trup wykonał wymowny gest, przejeżdżając sobie ostrzem topora po gardle. Avar zdołał tylko skinąć głową. Walka rozpoczęła się ponownie. Avar był zdesperowany i wycieńczony. Przerażał go fakt, że to on niego zależy los jego towarzyszy. Prawdopodobnie przez to przegrał. Już po krótkiej wymianie ciosów Rodianin znalazł się na podłodze. Przeciwnik ustawił się, aby zadać ostateczny cios. Avar spróbował się podnieść, jednak był za wolny. Potężny cios trafił go w nogę miażdżąc kości i przerywając mięśnie. Student prawie natychmiast stracił przytomność...


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Avar Neus
Awatar użytkownika
Avar
 
Posty: 32
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Rodia

Postautor: Neil Danadris dodano: 22 maja 2009, 21:57

Wyprawa do dżungli

1. Data, godzina zdarzenia: 16.05.09, 16.00

2. Opis wydarzenia:

- Idźcie do ogrodu, wychodzimy. Ja do was dołączę – powiedział Vreek do Padawanów na kolejnym treningu.
Uczniowie ruszyli w kierunku wyjścia z Akademii, po chwili zjawił się Rycerz. Po chwili byli już w dżungli, w której jak zwykle mimo ciepłej pory roku padał deszcz. Na dalszej drodze napotkali Howlery i Raptory. Jednak były one bardziej agresywne niż zwykle.
- To dziwne – rzekł Vreek – nigdy same nie atakowały. No nic, ruszamy.
Padawani ruszyli cały czas broniąc się przed zwierzętami. Po dość długim czasie dotarli w dziwne miejsce.
- Zachowajcie szczególną ostrożność – poinstruował ich nauczyciel – trzymajcie się razem i nie oddalajcie się zbytnio od siebie.
Szli razem przez ciemne tunele oświetlone tylko pojedynczymi pochodniami. Po chwili Vreek zatrzymał się i powiedział:
- Słyszycie to ? Czekajcie.
Po czym skoczył w dal. Padawani zastanawiając się nad tym, co mogło przyciągnąć uwagę Rycerza, usłyszeli znajomy ryk.
- Chodźmy, nie możemy go tak zostawić – powiedział Jekk.
- Gdybym mógł to bym go nie ratował … ale to mój obowiązek jako Jedi – odparł Binol
Ruszyli przed siebie i już po chwili ujrzeli dwa stwory. Aktywowali miecze i byli gotowi na starcie.
- Nie walczcie z nimi fizycznie … – szepnął San. – Pozdrowienia od Ablazera – krzyknął.
- Shh, Jedi .. – syknął jeden z nich.
Widać było, że jeden ze stworów ma lepszą budowę niż drugi, który był mniejszy i mniej masywny. Podejrzewali, że ten większy jest prawdopodobnie wodzem.
- Nie chcemy kłopotów – powiedział San – chcemy tylko odzyskać naszego nauczyciela.
- Kłopoty to już macie – odrzekł większy stwór.
Padawan podszedł bliżej stworzeń i popatrzył się prosto w oczy Wodza.
- Chcemy odzyskać nauczyciela – powtórzył
- Jak tam Twój koleżka ? – zapytał mniejszy potwór. – Rytuał niedługo dobiegnie końca..
- Nitram ? Powiedzmy, że odpoczywa.
- Wynoście się z nassszego terytorium – odezwał się Wódz.
- Wracajmy .. – rzekli Jekk i Binol, jednak San się nie ruszył.
- Nie odejdę stąd bez Vreeka – powiedział stanowczo.
- Odważny jesteś .. – zripostował większy
- San, chodźmy … nie szukamy zaczepki
Uczeń machnął ręką i odszedł razem z dwoma Padawanami.
- Zostawiamy tak Vreeka czy wracamy ?
- Wyślę komunikat Mistrzowi Ablazerowi – powiedział Binol
- Może poszukajmy go w którejś z jaskiń ?
- Ruszajmy ..
Zawrócili, jednak potworów już nie było. Ruszyli dalej, po jakimś czasie skręci w prawo, do dość dziwnej jaskini, w której było dużo kryształów.
- Lepiej nie bierzmy sobie pamiątek, chyba pamiętacie co się stało z Nitramem ? – powiedział San
- Racja .. – odparł Jekk
Brnąc głębiej Binol dostrzegł ślady, które urywały się przy ścianie z litej skały. Nie dało się jej przeciąć, a dźwięk po odbiciu wskazywał, że nie ma nic za nią. Na suficie można było zauważyć mnóstwo śluzu, oraz pustkę. Pustkę po jakimś elemencie, który widocznie zabrano.
- Wydaje mi się, że ta pustka .. W tym miejscu było jajo.
- Było, ale go nie ma ..
Jekk zabrał próbkę śluzu, a San próbował przeciąć kryształy – jednak na daremno.
- Szkoda, że Barta tu nie ma – powiedział Padawan ze smutkiem w głosie – może on wiedziałby coś na temat tych kryształów i tego miejsca …
Wyszli z jaskini zastanawiając się co dalej mają robić. Po chwili usłyszeli dźwięk komunikatora.
- Wracajcie do Akademii – powiedział Mistrz – Sami nie dacie tam rady.
- Czyli wracamy ..
Padawani ruszyli z powrotem. Gdy dotarli na miejsce, od razu spotkali Barta, który spostrzegł, że brakuje Vreeka.
- Gdzie wasz nauczyciel ?
- Sami nie wiemy … wygląda na to, że został porwany ..
- Co !?
San wyjaśnił w skrócie Bartowi całą sytuację, a Jekk z Binolem udali się do komnat, by sprawdzić śluz…


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Przepraszam za chaotyczną akcje, ale dopiero sobie przypomniałem o sprawozdaniu i chciałem je napisać jeszcze przed wycieczką.

4. Autor raportu: Padawan San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Tanna Saarai dodano: 21 cze 2009, 20:52

W głąb ziemi - część I

1. Data, godzina zdarzenia:
17.06.09 - 17.40 - 21.30
18.06.09 - 16.00 - 17.00

2. Opis wydarzenia:

Etap I: Dżungla i jaskinia

Spotkaliśmy się na dziedzińcu w Akademii i po sprawdzeniu zapasów ruszyliśmy w głąb dżungli. Cała podróż zajęła nam pół dnia, ale wreszcie dotarliśmy na miejsce gdzie zaginął Vreek. Gdy weszliśmy do jaskini, w której byliśmy ostatnio nie zauważyliśmy prawie żadnych zmian. Czuć jednak było niezwykłą energię pulsującą z kryształów.
Staraliśmy się znaleźć jakieś wejście, przejście bądź coś, co mogłoby dać nam jakąś wskazówkę jak dostać się tam gdzie dostał się Vreek. Przeszukaliśmy jaskinie wzdłuż i wszerz dość pobieżnie. Stare, prawie zatarte ślady stóp, kryształy wyrastające z ziemi i zaschła, dziwna substancja, którą badamy w laboratorium to wszystko, co zdołaliśmy dostrzec w pierwszych sekundach pobytu w jaskini.
Starając się wymyślić coś sensownego San i Squell postanowili poszukać czegoś na własną rękę w dość mechaniczny sposób. Starali się przebić ściany, lecz okazały się za grube. Próbowali wykopać dół i odnaleźć przejście, lecz ziemia okazała się być litą skałą. Ostrzegałem ich, że to nie ma sensu i tylko się zmęczą, woleli jednak spróbować. Sam przeszukiwałem ściany dokładniej niżeli poprzednio. Moją uwagę przykuły dziwne kryształy, które wydawały się być jakby żywe. Próbując wyczuć ich energię zdałem sobie sprawę, że nie przyniesie to wielkiego skutku, zważywszy na moje niewielkie umiejętności jednak próbowałem dalej. Efekt był dokładnie taki, jakiego oczekiwałem. Nic nie wskórałem.
W międzyczasie San i Squell również doszli do wniosku, że ich wysiłki na niewiele się zdadzą i również odpuścili. Ubrudzeni i zmęczeni postanowili przeszukać jak ja dokładniej jaskinie. Nie zwracając na nich zbytniej uwagi zainteresowałem się kolejnymi kryształami, tym razem umiejscowionymi na ścianie niedaleko miejsca gdzie urywały się ślady stóp. Pociągnąłem delikatnie za kilka z nich i jaskinia się zatrzęsła, wydając z siebie jakby krzyk. Niewyraźny i cichy, jednak wystarczająco głośny by go usłyszeć. Powtórzyłem operację, mocniej jednak ciągnąc za kryształy. Tym razem reakcja była gwałtowniejsza. Krzyki głośniejsze, niemalże paraliżujące, przeraźliwe…
W międzyczasie San odkrył jakiś element wystający z ściany, przy której urywały się ślady. Nie powiedział o tym reszcie grupy bądź ja nie usłyszałem jednak nikt się tym nie zainteresował. Bardziej ciekawiły nas wyżej wymienione kryształy i ich dziwne właściwości… Po czasie jednak postanowiłem zaniechać prób wskórania czegoś za pomocą kryształów i udałem się do ściany, przy której wcześniej stał San. Również zauważyłem element i spróbowałem go wyciągnąć. Jednak bez skutku. Gdy pchnąłem po ścianie zaczęła spływać krew, układając się w napis ”Złóżcie świętą ofiarę i wejdźcie”. Zaczęliśmy żartować z Squellem, by San się poświęcił, bo z nas żadni święci. Niespodziewanie on wziął to na poważnie. Podszedł do kryształu, przy którym stałem wcześniej, podwinął rękaw i sprawnym ruchem rozciął sobie rękę. Osobiście byłem w lekkim szoku, ale nie starałem się go powstrzymać. Gdy jego krew zaczęła kapać na lekko rozkopaną ziemię przy ścianie z napisem napis zaczął się zmieniać w coś w rodzaju wrót. Ziemia się zatrzęsła… Rozległ się huk otwierających się wrót i mogliśmy wejść do środka.

Etap II: Wnętrze jaskini

Po około dwóch godzinach wędrówki przez zimne, mokre i ciemne korytarze jaskini znaleźliśmy się w dziwnym tunelu wgłębi jaskini. Był ciemny i oświetlony jedynie pochodniami dającymi niewiele światła. Atmosfera strachu i przerażenia towarzyszyła nam od wejścia do jaskini jednak teraz przybrała na sile. Szliśmy przez tunele zdając sobie sprawę, że każdy krok bliżej celu to każdy krok bliżej tego, co musi się stać. A wiedzieliśmy dobrze, że to coś, co się nam przyśniło tam na nas czeka. Przynajmniej ja wiedziałem o tym bardzo dobrze. Koledzy nie zwierzali mi się ze swoich uczuć. Prowadziłem ich przez tunele instynktownie wybierając odpowiednią drogę, jakbym wiedział gdzie muszę się udać i jak… Przechodząc w pewnych miejscach miałem wrażenie, że już tu byłem. Przed moimi oczyma przewijały się obrazy ze snu, które wskazywały mi właściwy kierunek. Gdy dotarliśmy do wielkiej Sali wypełnionej lawą po brzegi poczuliśmy żar, jaki od niej bije. Zdaliśmy sobie sprawę, że tutaj droga się kończy. Musieliśmy znieść inną.
Po jakimś czasie dotarliśmy do wielkiej dziury wypełnionej wodą. Zapach był odrażający, a gdy Squell zbadał jej temperaturę okazało się, iż jest również bardzo ciepła. San wysnuł teorię, iż ukryta w skałach magma może powodować, iż woda się podgrzewa. Słuchając wielu dyskusji Barta z Mistrzem Lightdustem o przeróżnych sprawach medycznych zrozumiałem, że wejście do tej wody grozi śmiercią. Odradziłem pomysł wejścia do wody Squellowi, który mnie poparł. Znów musieliśmy szukać innego wyjścia.
Szukając potwierdzeń obrazów ze snu natrafiliśmy na patrolującego strażnika. Był on podobny do stworzeń, które spotkaliśmy podczas treningu z Vreekiem, pamiętnego dnia, gdy zniknął. Były odziane w niezbyt gruby pancerz, ich twarz przyodziewała maska wykonana z trwałego materiału a ciało było bardzo umięśnione. Ruszyłem w prawo, w najbliższy zakręt prosząc kolegów by podążyli za mną. Gdy po niedługiej chwili dotarłem do dużego pomieszczenia, przez środek, którego przebijała się jakby rzeka spostrzegłem, iż jestem sam. Zaniepokoiłem się jednak po chwili usłyszałem trzaski. Wiedziałem doskonale, co się święci. Owe trzaski były tupotem stup, na moje nieszczęście uciekających. Na końcu korytarza, którym dostałem się do Sali spostrzegłem Sana, a tuż za nim Squella. Nie minęły dwie sekundy nim moim oczom ukazał się strażnik, którego prawdopodobnie wcześniej udało nam się uniknąć. Widocznie moi koledzy musieli dać się nakryć, a potwór zaczął ich gonić. Rzucając szybkie ”Co się stało?!” w odpowiedzi dostałem tylko ”Wiej! Do wody!”. Nie namyślając się długo usłuchałem kolegów i za nimi wskoczyłem do wody, gdzie wydawało mi się, iż jest głębiej.
Pod wodą nie było łatwiej niż na lądzie. Tunel, który został prawdopodobnie bardzo dawno temu zalany wodą wskazywał jasną drogę. Tracąc z oczu kolegów, gdy wskoczyłem do wody instynktownie ruszyłem w lewo. Nie byłem pewien czy istnieje inna droga, jednak wiedziałem, że ta jest właściwa. Po chwili dotarłem do kolegów, którzy starali się wypchnąć wielką skałę w górę. Nie zdążyłem do nich dopłynąć, gdy już wychodzili na powierzchnię. Zrobiłem to samo, co oni, a gdy mogłem już swobodnie oddychać moim oczom ukazał się niezwykły widok… Świątynia

Etap III: Świątynia w mroku

Skała, którą wypchnęli San i Squell starając się wydostać na powierzchnię z zalanych wodą tuneli okazała się być tronem w wielkiej, wspaniale oświetlonej Sali. Kryształy umieszczone na wielkich filarach podtrzymujących sufit oświetlały pomieszczenie swoim jasnym, wręcz oślepiającym, gdy patrzyło się na niego dłużej światłem. W głębi pomieszczenia zdawała się szaleć burza. Wyładowania energii, z której czuć było, iż jest negatywna i zepsuta do szpiku kości przebijały się przez sufit, aż do podłogi bardzo utrudniając przejście przez pomieszczenie. ”Ruszajmy i nie zatrzymujcie się” rzuciłem biegnąc przed siebie i unikając piorunów. Dzięki temu, iż słabo czułem gdzie znajduje się energia było mi znacznie łatwiej przebyć tą próbę nie odnosząc obrażeń. Moim towarzyszom nie poszło jednak tak łatwo. Usłyszałem krzyk jakby ktoś dostał piorunem. Odwróciłem się i ujrzałem Sana leżącego na ziemi, a przy nim Squella. Poprosiłem ich, by się pospieszyli, bo znów mogą oberwać. Po chwili znaleźli się przy mnie i mogliśmy ruszać w głąb świątyni.
Dotarliśmy do wielkiej Sali na środku, której było coś w rodzaju grobowca z wielkim, jeszcze większym niż na ścianach kryształem. Niedługo później naszym oczom ukazała się zakapturzona postać. Wpatrując się w nas chwilę przemówiła chropowatym, głośnym i przeraźliwym głosem, który odbijał się echem od ścian świątyni.
-Witam was w mojej świątyni – przyglądał nam się nadal uważnie.
Byliśmy w stanie dostrzec jego budowę ciała i rysy twarzy. Był to mężczyzna w średnim wieku o szarej skórze i błyszczących na czerwono złowrogich oczach. Ciało miał dobrze umięśnione a jego postura sprawiała wrażenie, iż jest to doświadczony wojownik.
-Wybaczcie mi jej stan. Jest ona bardzo stara i zniszczona. Rozgośćcie się, gdzie wasze maniery.
-Wybacz nam… - odparłem ruszając w głąb Sali. Za mną podążyli San i Squell.
-Jam jest Lord Militus. Zapamiętajcie to imię, które zostało zapomniane przez waszych nędznych i głupich kronikarzy.
Gdy Lord Militus przemawiał nasze spojrzenia skupiły się na kryształach, które połyskiwały niezwykłym, błękitnym światłem. Gdy się zbliżyłem ujrzałem w nich jakąś istotę. Wydawało się, iż kryształy żyją lub coś żyje w nich. W międzyczasie Squell wskoczył na stojący na środku Sali sarkofag.
-CO ROBISZ CZARNA ZARAZO?! – rozległ się krzyk rozwścieczonego Militusa – TWÓJ BRAK SZACUNKU DLA ZMARŁYCH I IGNORANCJA MOŻE CIE WIELE KOSZTOWAĆ NĘDZNY JEDI!
-Wybacz nie wiedziałem, że to grobowiec
Wokół rozległo się parę grzmotów piorunów jednak ustały po krótkiej chwili, gdy Militus się trochę uspokoił.
-Naucz się szacunku do innych nędzny Jedi – już nieco spokojniejszym głosem sprostował Squella
-Ty się naucz tak nie wybuchać… O Lordzie – ironizował Militusa Squell
Militus zmierzył tylko wzrokiem Squella i nic nie odpowiedział. Popatrzył kolejno na mnie i Sana poczym począł mówić dalej.
-Jak już wspomniałem nazywam się Lord Militus, zapomniany przez was Jedi i historię, jaką przedstawiacie galaktyce. – mówił donośnym głosem z wyraźną dumą i podziwem dla samego siebie.
-Militus? Nigdy nie słyszałem. Może opowiesz nam o sobie – wtrącił się Squell przerywając przemówienie Militusowi.
-Przyda ci się nauka pokory Jedi, bo chyba jej nie nauczyli cie jej w szkoleniu. Ale ja cię z miłą chęcią nauczę.
-Wybacz mu Lordzie – wtrąciłem się starając ratować sytuację i nasze życia – Nie chcieliśmy Cię urazić. Co możemy zrobić byś zapomniał o tym incydencie?
-Ale uraziliście… - Zamilkł i ścisnął w swej dłoni rękojeść miecza świetlnego – Tak. Możecie coś zrobić. Lubię jak krzyczą i uciekają
-Nie chcemy z tobą walczyć – rzuciłem nie cofając się, gdy moi towarzysze to uczynili
-Ale ja chcę – Rzucił krótko zapalając miecz świetlny i rzucając się na nas z wściekłością.

W pomieszczeniu rozległa się burza – dosłownie. Pioruny strzelały z sufity i podłogi na oślep czasem trafiając niebezpiecznie blisko nas. Razem z Sanem skutecznie odciągaliśmy uwagę Militusa od Squella, który odmówił walki i nie zamierzał nam pomóc. Cofnął się do tyłu i obserwował jak mordercze ataki Lorda Sithów spadały na nas z wielką siłą jeden za drugim. Skutecznie parowałem ciosy czasem uginając się pod ich siłą. San jednak zaskoczony tempem ataków oberwał w ramie, w którym trzymał miecz. Ten wypadł mu na ziemię a San cofając się przed Militusem potknął się i przewrócił na ziemię. Lord Sithów chcąc skończyć z życiem Padawana uniósł dłoń, w której dzierżył miecz świetlny i zadał śmiertelny cios. Zdążyłem jednak w porę zareagować i powstrzymałem czerwone ostrze miecza Militusa, które zatrzymało się kilka centymetrów przed twarzą Sana.
Spojrzałem prosto w oczy Lordowi Sith unosząc swój miecz, który cały czas pozostawał w zwarciu z czerwonym jak krew ostrzem mojego przeciwnika. Poczułem, iż krew płynie szybciej w moich żyłach, serce bije mocniej w mojej piersi, ręka zadaje ciosy szybsze i silniejsze – teraz to ja przejąłem kontrolę. Militus cofał się pod naporem moich ciosów, aż niebezpiecznie zbliżył się do wielkiego otworu w ziemi. Nie miał już gdzie uciec a jego obrona była coraz słabsza i mniej skuteczna. Podbiłem jego miecz w górę i robiąc obrót o 180 stopni przebiłem brzuch mojego oponenta. Czas jakby się zatrzymał, burza ustała i wszystko zamilkło. Miecz wypadł z ręki Militusa prosto w otchłań. Obracając się by po raz ostatni spojrzeć mu prosto w oczy wyrwałem miecz z jego ciała. Milius spojrzał mi w oczy z przerażeniem i runął w tył. Obróciłem się w stronę Sana, który dobiegał do mnie. Na mych ustach malował się uśmiech i zadowolenie, że uchroniłem mego towarzysza od śmierci. Militus był martwy. Spotkała go honorowa śmierć i skończył jak prawdziwy wojownik przebyty ciosem Shiak
Tak przynajmniej się nam wydawało. Rozległ się niesamowity huk. Burza znów przybrała na sile. Była teraz silniejsza, niebezpieczniejsza i bardziej zabójcza. Z otchłani wyłoniło się ciało Militusa i stanęło na nogi nad sarkofagiem. Smugi światła przebiły znajdujące się w Sali kryształy, które pękły pod naporem uwalnianej z niej energii. Owa energia powędrowała do ciała Lorda Sith wypełniając go po brzegi. Miecz znalazł się znów w dłoni Ciemnego Pana i zajarzył się krwistym kolorem.
-JESTEM NIEPOKONANY! SŁYSZYSZ?! NIEPOKONANY – krzyczał rzucając się na mnie z całą siłą.
Zdążyłem jednak zapalić miecz i sparować atak. Znów wywiązała się walka. Militus znów zadawał bardzo silne ciosy jednak słabsze niż podczas pierwszego starcia. Wydawały się one mniej celne, wolniejsze, mniej skuteczne. Mimo to były tak silne, iż razem z Sanem cofaliśmy się cały czas parując je. Po kilku chwilach Sanowi udało się bardzo skutecznie sparować jeden z górnych ataków Militusa i odepchnął go od siebie tak, iż ten się przewrócił a miecz wypadł mu z dłoni. Od razu postanowiłem to wykorzystać i wyskoczyłem w powietrze z zamiarem ponownego zabicia Lorda Sithów. Ułożyłem w powietrzu dłonie na mieczu by zadać cios, który rozpłatałby ciało Militusa na dwie części. Byłem już w połowie odległości między mną a Ciemnym Panem, gdy nagle z nikąd pojawił się Squell – dokładnie na trasie mojego lotu – próbując obezwładnić Sitha. W ostatniej chwili zdążyłem powstrzymać cios i próbując wylądować, za Squellem i Militusem. Ten widząc mnie instynktownie pochylił się przykucając wystawiając mnie na ciosy Lorda Sith, który zdążył przywołać do swej dłoni miecz świetlny. Gdy przelatywałem nad leżącym wciąć Militusem i kucającym Squellem, pierwszy nie zmarnował okazji i zadał cios, który przebił się przez mą nogę i bark. Upadłem zaraz za nim na plecy z wielkim hukiem. Mój miecz zgasł i wypadł mi z dłoni odbijając się od posadzki i znikając z mojego wzroku. Militus jednym ciosem pięści posłał Squella na ścianę, przewracając go z dość niewygodnej dla niego pozycji. Zignorował moich towarzyszy i pragnąc jedynie zemsty za upokorzenie, jakiego doznał, gdy został przeze mnie pokonany po raz pierwszy ruszył biegiem w moim kierunku. Wstałem szybko na nogi mimo ogromnego bólu. Lord Sith był jednak przygotowany na tę ewentualność i z pomocą mocy wypchnął mnie do innego pomieszczenia. Przeleciałem przez niezbyt grube i dość stare kamienne wrota wybijając w nich wielką dziurę. Znalazłem się w pomieszczeniu z drugim grobowcem i wielkim kryształem na płycie go przykrywającej. Moi towarzysze zniknęli mi z pola widzenia i co gorsze nie miałem, czym się bronić, ponieważ nie wiedziałem gdzie znajduje się mój miecz świetlny. Lord Militus z rządzą mordu w oczach doskoczył do mnie leżącego na ziemi u stup grobowca i zadał górny cios wprost na me bezbronne i obolałe od przebicia się przez wrota ciało. Resztką sił zdążyłem przeturlać się w lewo i wstać na nogi, by zajść mego przeciwnika od tyłu. Gdy ten odwrócił się zadając poprzeczny cios uchyliłem się przykucając u uderzając pięścią w miejsce gdzie zadałem mu pierwszy, śmiertelny cios. Trafiłem dobrze w miejsce gdzie w pancerzu była dziura zadana mieczem świetlnym i trafiłem ponownie w brzuch Militusa – tym razem w przeponę odbierając mu na chwilę dech w piersiach. Drugi cios wymierzony został w łokieć przeciwnika od strony zewnętrznej zadając mu ból, który nie pozwolił mu utrzymać w dłoni miecza świetlnego. Chwyciłem go za tunikę i posłałem w stronę drzwi, przez które niedawno przeleciałem. Przyciągając do dłoni miecz świetlny postanowiłem nie zabijać Militusa, a nauczony doświadczeniami z poprzedniego pojedynku - i co ważniejsze – tym, co stało się po nim, jednym wprawnym ciosem przeciąłem na pół kryształ stojący na grobowcu.
Militus zawrzeszczał z bólu jakbym to jego trafił. Dostrzegłem w oddali nadbiegającego Sana i stojącego daleko przy ścianie Squella zapominając na chwilę o Militusie w duszy radowałem się, że nic im nie jest… obu, mimo, że przez tego drugiego prawie zginąłem. Lord Sith wykorzystał ten brak koncentracji i ponownie użył mocy by pchnąć mnie na ścianę pomieszczenia.
-Jeżeli nie mogę się zająć tobą… To zajmę się twoimi przyjaciółmi – rzucił do mnie uderzającego z hukiem o ścianę.
Zdążyłem zauważyć tylko jak z biegiem uderza na Sana, po czym straciłem na chwilę kontakt z otoczeniem. Mimo, że po części panowałem nad ciałem i wstałem na nogi wszystko mnie bardzo bolało. Kręciło mi się w głowie i nie byłem w stanie określić gdzie jestem. Ruszyłem przed siebie chwiejnym krokiem potykając się i przewracając kilka razy. Dotarłem wreszcie do wrót, przez które wybiegł Militus. Powoli wracała do mnie świadomość. Cały czas pragnąc w duszy by moim towarzyszom nic się nie stało podążałem dalej chwiejnym krokiem podbierając się ściany. Potknąłem się o kamień z wrót, przez które przeleciałem i upadłem na posadzkę uderzając o nią głową. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam był mój miecz świetlny, leżący bezpiecznie w rogu komnaty.
Minęła dłuższa chwila nim odzyskałem świadomość i kontrolę nad ciałem z pomocą Sana. Podając mi miecz świetlny uśmiechnął się do mnie przyjaźnie a jednocześnie z niepokojem.
-Militus został pokonany. Jednak uciekł przez tamte wrota – wskazał je palcem
-Ugh… Zatem co my tu robimy… Gońmy go… - dodałem z bólem w głosie podnosząc się na nogi
-To Ci raczej będzie potrzebne – ironicznie dodał Squell jakby nie przejmował się moimi doznaniami i tym, co przeszedłem
-Dzięki – odpowiedziałem mu – Biegiem. Nie dajmy mu uciec – ruszyłem w stronę wskazaną przez Sana a za mną moi towarzysze. Rozpoczął się pościg za uciekającym Lordem.


Etap IV: Szczyt świątyni

Nasz pościg trwał bardzo długo. Przebyliśmy bardzo długą drogę, wiele schodów, aż wreszcie naszym oczom ukazała się postać Militusa znikającego za wielkimi drzwiami. Gdy przeszliśmy przez drzwi, które przed chwilą się zamknęły nasze oczy oślepiło jasne światło – światło słoneczne. Po kilku sekundach znów mogliśmy swobodnie używać oczu. Naszym oczom ukazał się widok skaczącego po gruzach Militusa. Gdy wskakiwał na najwyższy podest z kieszeni coś mu wypadło. Początkowe tego nie zważyliśmy i ruszyliśmy za nim. Militus wyskoczył przez otwarty dach świątyni albo tego czegoś na dach, czego byliśmy. Ruszylibyśmy za nim gdyby San nie dostrzegł lekko połyskującego przedmiotu, który wypadł Militusowi. Gdy się zbliżyliśmy okazało się, że to poszukiwany przez nas, holokron. Przedmiot emanujący bardzo złowrogą energią zaczął się kręcić by po chwili zatrzymać się i wskazać kierunek, w którym mamy podążać – a przynajmniej tak sądziliśmy. Ruszyliśmy, więc drogą wskazaną przez holokron.

Etap V: Świątynia pradawnych

Dotarliśmy do kolejnej świątyni. Tym razem jednak okolice jak i architektura nie były nam znane. Squell zaproponowałbyśmy odpoczęli, ponieważ biegamy za Militusem bardzo długo. Odparłem mu, że jeżeli chce to może odpocząć, ja natomiast idę wypełnić misję. San mnie poparł i ruszył za mną. Po chwili Squell także się dołączył. Poprosiłem kolegów o rozwagę i ostrożność. San jednak zbytnio się napalił i wystrzelił jak z procy w kierunku wrót świątyni. Od razu pobiegłem za nim podejrzewając podstęp ze strony Militusa. Naszym oczom ukazało się wielkie, zielone… coś oraz Militus czytający rozdziały jakiejś księgi. Gdy dostrzegł naszą obecność dokończył odczytywanie wersów księgi i zamknął ją z trzaskiem. Zszedł na dół starając się nas przekonać, iż wszystko, co zrobił, zrobił z przymusu. Że nie ma wolnej woli a jego czyny są czynami kontrolowanymi przez kogoś o wiele od niego potężniejszego. Tłumaczyłem mu, że każdy ma wybór... Że nasze czyny nie są od nikogo uzależnione. Nie chciał mnie jednak słuchać. ”Rytuał zakończony. Tylko Lord Sithów mógł go dokończyć i to właśnie zrobiłem” dodał po chwili milczenia. Poczuliśmy zimny oddech na plecach. W pomieszczeniu czuć było obecność kogoś poza nami.
Militius poprosił Sana o holorkon. Być może San nie wiedział, bądź zapomniał, że owy holokron podobno jest źródłem siły tych potężnych postaci, które na nas spoglądały z nikąd i oddał Militusowi holokron. Próbowałem go powstrzymać jednak odparł, iż ”Mieliśmy go tylko odnaleźć, nie zabierać”. Widocznie źle zrozumiał polecenia misji. Nie zdążyłem wytłumaczyć, że odnaleźć to nie znaczy znać położenie, ale także zabezpieczyć, ponieważ otoczył nas gęsty dym, który odciął nas od siebie. Militus cały czas smutnym i posępnym głosem dodał jeszcze tylko ”Przynajmniej teraz poznacie prawdę.”. Po chwili dym wdarł mi się do gardła i straciłem przytomność.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Mogłem pomylić godziny. Jeżeli tak się stało to przepraszam i proszę o zwrócenie mi uwagi.

4. Autor raportu: Padawan Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Neil Danadris dodano: 22 cze 2009, 12:51

W głąb ziemi - część II

1. Data, godzina zdarzenia:
18.06.09 - 14.00 - 15.00
21.06.09 - 16.30 - 18.30

2. Opis wydarzenia:

Pościg za Militusem trwał dość długo. Po długiej drodze tunel zaczął prowadzić Padawanów do góry. Widzieli już światło, które ich oślepiło, oraz Lorda, który przed nimi uciekał. Gdy wyszli z tunelu – zobaczyli kompletną ruinę jakiejś kondygnacji. Dookoła nich rozpościerały się dziko rosnące pnącza. Jakieś 30 metrów od nich stał Militus. Szukał czegoś nerwowo na platformie, jednak po chwili rzucił się do ucieczki.
- Szybko, gońmy go ! – rzucił Binol
Pobiegli za postacią, ale San zatrzymał się w pewnej chwili i jego wzrok przykuł przedmiot, leżący na platformie, na której to Militus czegoś szukał. Zeskoczył na nią i dokładnie obejrzał przedmiot. Miał on kształ ostrosłupa.
- To .. holokron – powiedział do kolegów
Po chwili Squll zeskoczył na platformę, by go obejrzeć. Holokron w rękach Sana zaczął się wyrywać, niespokojnie obracać, aż w końcu jego czubek ustał, pokazując kierunek, w jakim udał się Lord Sith.
- Za nim! – krzyknął Binol – i ruszyli w kierunku, który wskazywał holokron.
Po długim czasie dotarli na miejsce cali przemoczeni i zmęczeni. Byli daleko od terenów Akademii. Ich oczom ukazała się stara świątynia, naprzeciwko której stało wielkie drzewo.
- Może odpoczniemy chwilę ? – zaproponował Squell
- Jak chcesz Ty odpoczywaj, my nie mamy czasu – odparł Binol i podbiegli do świątyni.
Była zniszczona i zaniedbana, chociaż mimo tego prezentowała się całkiem ładnie. Ruszyli przez drzwi, potem przez następne i jeszcze jedne, aż wreszcie ujrzeli Militusa, który nerwowo przewracał kartki w księdze na drugim końcu pomieszczenia. Na środku Sali lewitował wielki, zielony przedmiot. Padawani pobiegli do Militusa, który właśnie coś zapisywał w księdze. Skończył, zamknął księgę i podszedł do Uczniów.
- Wiecie co to jest ? – spytał jak gdyby nigdy nic.
- Nie – odpowiedzieli.
- To jajo, i tylko ja mogę dokończyć rytuał.
- Nie musisz tego robić – odparł Binol
- Muszę, nie mam wyboru.
- Każdy ma wybór – kontynuował Binol
- Nie ja – odparł Lord po czym krzyknął jedno, nie zrozumiałe słowo – Rytuał zakończony.
Padawani poczuli zimno, oraz wyczuli obecność innej istoty.
- Oddaj Holokron – zwrócił się do Sana
San bez problemów oddał mu holokron, mimo uporu Binola, że nie powinien.
Militus postawił holokron na ziemi.
- To jedyny sposób, żebyście przeżyli.
Po chwili holokron otworzył się i wyłonił się z niego głąb dymu. Padawani zaczęli się dusić, dym wdzierał im się do nozdrzy i płuc, aż w końcu zemdleli.


Po pewnym czasie odzyskali świadomość, czuli się wypoczęci, lepiej niż poprzednio, jednak świat w którym byli był cały czarno-biały, wyprany z kolorów. Jedynie postacie otaczające ich zachowały barwy.
- To najlepsza Akademia w galaktyce – usłyszeli głos, obejrzeli się i dostrzegli dwie osoby, które ze sobą rozmawiały.
- Wiem.. i dlatego go tutaj oddaję.
- Nie ma powodów do zmartwień
- Ja .. rozumiem, jednak .. przychodzi mi to z wielkim żalem.
- Spokojnie, będzie czuł się jak w domu.
San podszedł i ukłonił się, jednak postacie nie zwróciły na nich uwagi. Wyciągnął rękę i pomachał nią przed twarzą postaci po prawej, jednak nadal nie zwracały na nich uwagi.
- To jakby .. wspomnienie – powiedział do kolegów.
Tymczasem Binol dostrzegł, że za ścianą wyłania się głowa chłopca, który miał łzy w oczach, jednak i on nie zwracał na nich uwagi.
- Chyba rozumiem .. – rzucił San
- Oświeć nas – zaproponował Binol z uśmiechem na twarzy.
- Ten stary oddaje to dziecko do Akademii.
I tak też było, okazało się, że ów ‘stary’ był ojcem dziecka. Zostawił go i odleciał, a wysoka postać ubrana na czerwono zbliżyła się w kierunku chłopca.
- Jestem Lord Tritus, a Ty jak się nazywasz ?
- Jorud – odpowiedział nieśmiało chłopiec.
- Zaprowadzę Cię do komnat, będziesz miał tu dobrze, uwierz.
- Co Pan ma przy boku ? – powiedział wskazując na prawy bok Tritusa
- To miecz świetlny. Też taki dostaniesz.
Oczy chłopca zaświeciły się, gdy to usłyszał. Ruszyli do komnat, w których przebywały już dwie osoby, starsze niż Jorud.
- To Twoi nowi koledzy – powiedział Lord Tritus i poklepał chłopca po plecach.
- Cześć ! – rzucił z entuzjazmem, jednak stracił go, gdy zobaczył posępne spojrzenia Adeptów.
Mistrz wyszedł – ruszył za nim Binol, jednak za drzwiami była tylko ciemność, więc wrócił. Adepci wstali i podeszli do dziecka. Można było dostrzec przerażenie na jego twarzy.
Dwaj mężczyźni zaczęli bić go, kopać i poniżać. San zamachnął się, by uderzyć jednego z nich, jednak pięść przeszła przez postać. Następnie wsadzili go do czegoś w rodzaju izolatki, i napełnili wodą. Chłopiec o mało się nie utopił, na szczęście. Na twarzach Padawanów malował się smutek i współczucie, oraz złość. Jorud stracił przytomność, a Adepci rzucili go na łóżko, śmiejąc się pod nosem. Nagle czas zaczął przyspieszać – wszystko się zamazało, lecz po chwili wróciło do normy. W pokoju nie było Adeptów, jedynie sam chłopiec. Do Sali wszedł Lord Tritus.
- Czas na trening.
Chłopiec ruszył za nim lekko kuśtykając, jednak Mistrz nie tego nie zauważył. Weszli do sali treningowej. Tritus wyjął miecz świetlny i wręczył go chłopcu.
- To Twój własny miecz świetlny, włącz go.
Chłopiec włączył miecz o czerwonym ostrzu.
- To mój ulubiony kolor – powiedział, a jego oczy znowu się zaświeciły.
- Zaraz sprawdzimy na co Cię stać – kontynuował nauczyciel.
Do Sali weszli dwaj Adepci, którzy prawie zabili Joruda.
- Walcz – nakazał Lord chłopcu.
Chłopiec niezręcznie posługiwał się bronią, nogi uginały mu się pod gradem ciosów Adeptów. Próbował atakować, jednak ich obrona była dość szczelna.
- Dość, możecie iść.
Adepci zmierzali do wyjścia, wtem chłopiec włączył miecz i ruszył na jednego z nich. Zaatakował adepta, który stał do niego odwrócony, mimo tego nie odniósł obrażeń.
- WYNOCHA – ryknął Tritus.
- Oni .. dzisiejszej nocy .. – zaczął chłopiec ze łzami w oczach.
Lord podniósł go za koszulę, widać, że był zły na chłopca.
- Ty chcesz zostać Sithem !? Jesteś zwykłym mazgajem, uciekałeś jak dzikie zwierze !
- Jaa.. przepraszam .. to się nigdy nie powtórzy ..
- Racja, nie powtórzy. – odparł i zaprowadził chłopca do izolatki.
Wsadził chłopca do pomieszczenia i zamknął drzwi.
- Mam nadzieje, że wszystko sobie przemyślisz. Zostaniesz tutaj na noc.
- Chłopiec usiadł w kącie i wtulił głowę między ręce.
Nauczyciel wyszedł, a czas znów zaczął przyspieszać.
- Został tak upokorzony .. miał ambicje .. – powiedział San.
Po chwili czas ustał i wszystko wróciło do normy. Do Sali wszedł Tritus i otworzył drzwi chłopcu.
- Czuję Twoje emocje .. to dobrze – zaczął – przemyślałeś sobie ?
- Tak, to już nigdy się nie powtórzy – powiedział Jorud. Na jego twarzy malował się gniew.
Chłopiec ruszył do wyjścia, a następnie udał się do innego miejsca. Ręką pomacał drzwi, a następnie przeszedł przez nie. W tym momencie z drzwi wyszedł Lord Militus.
- Aby przejść dalej, potrzebujecie słowo-klucz.
- Upokorzenie – rzucił krótko Padawan San
Drzwi otworzyły się i Militus wszedł do środka, a Padawani za nim. Znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu.
- Nie musicie mi dziękować – powiedział San z uśmiechem.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Padawan San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Bart dodano: 12 lip 2009, 22:53

Dorin

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.09, 11:00-13:30

2. Opis wydarzenia:

Po dość długim locie, statek wylądował w okolicach wioski Barta. Ten ruszył w jej kierunku, po drodze widząc jak opustoszała w porównaniu do jej rozmiarów sprzed rozpoczęcia przez niego szkolenia. Poszedł szukać nadawcy transmisji, licząc, że nie będzie wielu problemów, nieświadom tego, co spotka go tego dnia...
Już po krótkim spacerze po wiosce, rozpoznał znajomą twarz. Był to nie kto inny jak Rorg, dawny przyjaciel, z którym pożegnał się ruszając do Akademii Jedi.
- Spójrz na wioskę, nie widać? – zapytał Kel Dor ze smutkiem w głosie - One...wróciły, nie udało się nam – dodał po chwili.
- Niedobrze.. - pokręcił głową Bart, zaniepokojony tą wiadomością.
- Stały się o wiele silniejsze, nie wiemy czemu. Ale...jest nadzieja. Odkryłem jaskinię, z której przychodzą, sam nie dam rady, ale we dwóch możemy je pokonać, zniszczyć! Jeśli ruszymy już teraz, rakule odejdą w zapomnienie na zawsze...
Uczeń Jedi był jednak już bardziej sceptyczny.
- No nie wiem Rorg. Nie wiemy ile ich jest i jak są silne... lepiej to wszystko dobrze przemyśleć.
- Nad czym tu myśleć?! Musimy iść jak najszybciej, wioska nie przetrwa kolejnego ataku!
- Spokojnie. Nawet jeśli teraz zaatakują, z mniejszą grupą zapewne sobie poradzimy. Szkolenie Jedi nauczyło mnie trochę... opanowania.
- Bart, o czym Ty mówisz, nie poznaję Cię! Trzeba ruszać JAK NAJSZYBCIEJ! Pójdę bez Ciebie, jeśli muszę - odparł szybko zdesperowany Rorg.
- To wariant jeszcze bardziej bezsensowny. Dobrze, idę z Tobą, ale naprawdę – uważajmy. Jeszcze gorzej będzie, jeśli mielibyśmy ponieść klęskę - odpowiedział student, ruszając z przyjacielem do dżungli.

Niestety, próba przeniknięcia do kryjówki bestii zakończyła się całkowitą porażką, jeszcze przed jej rozpoczęciem. Na horyzoncie szybko pojawiło się dużych rozmiarów stado rakuli – same bestie były rzeczywiście o wiele większe niż dawniej. Jedna z bestii chwyciła Rorga i pobiegła, Bart szybko ruszył za nim. Pozostałe bestie ruszyły natomiast w kierunku wioski. Kel Dor wciąż nie wiedział, komu ruszyć na pomoc. Zbliżał się do jaskini i zostało mu niewiele czasu na decyzję – nie wiedział jaką podjąć.
- Jeśli ten porwał Rorga, z jakiś powodów nie chce go zabić od razu. Inne ruszają na wioskę, aby zaatakować, nie ma innej opcji. Może uda mi się ich uratować, a on zdoła przetrwać.. - myślał przez dłuższy moment, zamykając na chwilę oczy, wiedząc już jaką podjąć decyzję. Szybko odwrócił się i pobiegł w kierunku osady, wykorzystując swoje zdolności, aby dotrzeć tam jak najszybciej.



Już wbiegając na jej teren, ujrzał piątkę rakuli. Mieszkańcy uciekali dookoła w przerażeniu, a sytuacja wydawała się beznadziejna. Bart sam widział jak niewielkie są szanse na przetrwanie. Nie zawahał się jednak i wiedział, że ta próba walki to ostatnia szansa dla jego pobratymców. Wpadł w środek najliczniejszej grupy, chcąc ją odciągnąć od towarzyszy, którym kazał uciekać jak najdalej i próbować dostać się gdzieś, gdzie bestie ich nie dopadną, a sam podjął zaciekłą walkę.
Kilka bestii pobiegło za resztą, on został w starciu z jedną. Wyczerpany po szaleńczym biegu, nie zamierzał się poddać. Ciosy rakula były niezwykle silne, chybione wprost trzęsły ziemią. Nie było tu parowania, czy ripost – jedynie szaleńcze uniki. Dla kogoś patrzącego z zewnątrz, cała ta potyczka mogła być całkowicie chaotyczna. Chociaż niedoszły Jedi opanował jedynie podstawy Ataru, wystarczyły w tej walce. W ciągu zaledwie kilkunastu sekund był w stanie uniknąć wszystkich ataków zwierzęcia, jednocześnie zamaszystym cięciem pozbawiając ją życia i szybko ruszając na resztę, nadal starając się odciągnąć je od towarzyszy. Wdał się w podobną walkę z dwójką kolejnych „najeźdźców”, podczas gdy pozostali Kel Dorzy uciekali dalej, próbując znaleźć schronienie. W tym czasie podobną techniką, pomimo dość silnego uderzenia pazurami, Bart zgładził potwory i przepełniony zdecydowaniem ruszył na kolejnego, przebijając mu swym ostrzem głowę na wylot. Osunął się na ziemie, ciężko dysząc, po chwili ruszając na kolejnego, zabijając i jego. Pozostali weszli na skały, potem próbując ucieczki do jaskiń. Młody wojownik szybko jednak wyczuł bijącą od ich wnętrza energię życiową.
- NIE! UCIEKAJCIE STAMTĄD! – krzyczał, widząc już jedno nadciągające zwierzę. Wszyscy uciekli z jaskiń, podczas gdy on ostatkiem sił pozbawił i tego rakula życia.
- Wejdźcie na skały, tam będziecie w miarę bezpieczni. Zejdę na dół - wysapał rozłożony na skale, wyjątkowo zmęczony.
Zchodził na dół bardzo powoli, chciał dać swojemu organizmowi odpocząć. Widząc dwa kolejne potwory nawet nie włączył miecza. Wyciągnął przed siebie rękę, skupiając swój umysł na pierwszym z nich. Zdecydowanym gestem ręki z użyciem Mocy zrzucił stworzenie do lawy. Choć jego skóra należała do bardzo wytrzymałych, a lawy wiele nie było, ten manewr nie mógł się skończyć niczym innym, jak zwyczajnym spaleniem się tak skóry, jak i całego ciała. To samo stało się z drugim.
Gdy tylko ich towarzysz opuścił jaskinię, osadnicy zaprowadzili go do domu na drzewie. Wciągnęli kładkę służącą za wejście i postanowili się tam zabarykadować, oraz wykorzystać osłony pozostawione przez Rorga.
- Otworzymy je na chwilę abyś mógł wyjść, potem znowu je zamkniemy, powinniśmy tu trochę wytrzymać - powiedział jeden z nich.
Student nie został na dłuższe rozmowy. Szybko pobiegł ponownie w kierunku dżungli, wrócić do jaskini i uratować przyjaciela.


Przed wyjściem w głąb, wykorzystał swoje zdolności aby uleczyć część ran, a przy okazji odpocząć. W połowie drogi natknął się na kolejnego rakula. Ten był jeszcze większy, blisko dwukrotnie większy od niego samego. Biegł w jego kierunku, z agresją w każdym ruchu.
Nie mając innego wyboru, Bart ruszył do walki. Tym razem była ona o wiele trudniejsza i unikanie ciosów stanowiło znacznie większe wyzwanie. Jeden z ruchów Kel Dora okazał się być bardzo błędny – bestia przygniotła go stopą od pasa w dół, niemalże miażdżąc mu kości. Zawył z bólu, zawziętymi ruchami dłoni wygrzebywał się spod ciała przeciwnika, jednocześnie instynktownie formując barierę fizyczną, aby uchronić się przed całkowitym zmiażdżeniem. Wydostał się, jednak ze względu na ruch samego potwora. Szybko odskoczył i pchnął go mieczem w środek jego korpusu. Ciało bezwładnie runęło na ziemię z ciężkim hukiem, a obolały student odszedł dalej i przysiadł na chwilę pod drzewem, szybko jednak ruszając dalej, wciąż chcąc dotrzeć do jaskini.
Pod nią napotkał trzy kolejne stworzenia, ale już po samym ich wyglądzie można było stwierdzić że są słabsze. Zajął dogodną pozycję, aby walczyć naraz tylko z jednym i bez większego szwanku zgładził je wszystkie. Biorąc głęboki wdech, wszedł do środka jaskini.


Próba Umiejętności


Tam napotkał największą bestię w swym życiu. Większą być może nawet od Rancora. Był to bez wątpienia Król Rakuli. Powoli idąc przed siebie, dojrzał też w rogu jaskini Rorga, mamroczącego coś. Był ranny, jednak na razie nic mu nie zagrażało. Bart szybko jednak odwrócił wzrok znów ku Królowi - emanowała od niego dziwna energia, wręcz było ją widać.
-Chyba nie będzie między nami żadnych negocjacji, co? – powiedział ze spokojem, aktywując znów swój miecz.
Bestia przez chwilę stała w miejscu, jednak nagle zerwała się z impetem i ruszyła w kierunku Kel Dora. Ten przeskoczył nad jej głową i ciął skórę rakula mieczem, choć ostrze jak i sam cios były za słabe, aby coś tym zdziałać. Każdy atak potężnych odnóg potwora był w stanie zabić, Bart jednak unikał każdego z nich, stosując momentami szaleńcze odskoki i przewroty. Łączył ciosy z odskokami, bez przerwy był w powietrzu. Siła stwora nie była w stanie dorównać jego szybkości. Gdy czuł, że traci siłę, po kolejnym z serii już kilkunastu cięć odskoczył daleko w tył, przyczajając się na chwilę za dość sporym kamieniem, starając się odzyskać siły. Zdezorientowało to na chwilę potwora, toteż Uczeń Jedi wielokrotnie potwórzył ten manewr. Ziemia dookoła była porozrzucana, każde chybione uderzenie wstrząsało wszystkim dookoła. Skóra potwora miała ślady licznych przebić i osmaleń, jednak w najmniejszym stopniu nie stracił on zapału do walki. Jednakże, wojownik wyskoczył zza skały i jednocześnie ciął go po całym ciele. Korzystając z chwilowego ogłuszenia tym ciosem, wykonał jak najszybszą kombinację kolejnych, a gdy tylko zwierzę wzięło zamach, odskoczył i tuż po uderzeniu zaszarżował przed siebie pchnąc mieczem. Ostrze przebiło skórę na wylot, wysunęły się spod niej narządy. Truchło spadło na ziemię, wywołując wielki wstrząs. Podbiegłszy do Rorga, młody Jedi nagle ujrzał...siebie. Niemal takiego samego Kel Dora, jednak w innych szatach, z innym wyrazem twarzy, od którego wyczuć można było zupełnie inną aurę. Ten ktoś podszedł do nieprzytomnego i przebił go mieczem...


Próba Ducha


Bart starał się opanować, zaskoczony i przerażony widokiem swojej „kopii”.
- Ale...jak?
- Ciemna Strona zawsze wychodzi na wierzch, Bart - odparł drugi Kel Dor.
- Kim Ty Jesteś? – spytał ostrożnie uczeń, wciąż mierząc mieczem, ogarnięty niepewnością.
- Jestem zarówno Twoim strachem, jak i brakiem wiary w siebie. Wszystkim tym, co w Tobie złe, karmiłeś mnie już dość długo - spokojnie odpowiedziało „widmo”, jak Uczeń określił je w swojej głowie.
- Ta jaskinia...to ona dała siłę bestiom - mówił cicho do siebie, rozglądając się po pomieszczeniu, czując dziwną energię od niego bijącą -Czego chcesz...zjawo? – dodał, znów patrząc w stronę swego „odbicia”.
- Zjawo? Jestem Tobą! – zawołało.
- Nie jesteś. Ja bym czegoś takiego nigdy nie zrobił - odparł pewnym głosem.
- Od prawdy się nie ucieknie - spokojnie odpowiedział mroczny Kel Dor.
- Znam prawdę, wiem kim jestem i znam swoje wady. Ale wiem też, czego bym nigdy nie zrobił - mówił Bart pomimo ogarniającego go niepokoju.
- Zniszczę Cię!! – krzyknęła rozwścieczona postać, wystrzeliwując z dłoni Błyskawice Mocy. Uczeń jednak szybko zwrócił ku nim miecz, blokując je laserowym ostrzem, dopóki przeciwnik nie zakończył ataku, momentalnie włączając własną broń i wyprowadzając ruchy niezwykle podobne do tych klasycznych dla Barta... walka trwała krótko, jednak niedoszły Jedi miał wyraźne problemy z koncentracją. Słyszał w głowie swe imię, jakby coś go nawoływało. Nie był w stanie tego kontrolować.
- Czujesz to? Już Cię opanowuje, strach. Wariujesz Bart, wariujesz.
Nie odpowiedział. Wyłączył miecz i odskoczył.
- Już się poddajesz? Tak łatwo? To do Ciebie podobne...
- Poddaję? Nie...ze swoją gorszą stroną można wygrać tylko siłą umysłu - mówił, czując jednak niesamowity chaos w swoich myślach, nie był w stanie się ogarnąć.
Nagle pojawił mu się przed oczami...Kannos. Wszystko to jeszcze bardziej spotęgowało bezład w umyśle i całkowitą bezradność, wprost nie był w stanie się ruszyć. Gdy z trudem ogarnął myśli, jego mistrz padł pod ostrzem „Barta”.
- Nie udało Ci się obronić nawet własnego mistrza - rzekł z pogardą.
- Jak mówiłem, z gorszą stroną nie wygra się na miecze. Nie na Moc. Nie...to sfera umysłu - powiedział ostrożnie Kel Dor, jednak ze zdecydowaniem w głosie.
Oponent jednak nie posłuchał. Szybko zaatakował, jednak walka była zaskakująco wyrównana – w końcu walczyły dwie strony tej samej osoby. Bart powrócił do dawno nie praktykowanej postawy Soresu i jedynie bronił sie przed szybkimi i zdecydowanymi atakami swego widma, próbując się opanować. Mimo tak wyrównanej walki, to ono powaliło Barta na ziemię i chociaż ten szybko poderwał się do podskoku, nie zamierzało go dobić.
- Ty nie tylko nie potrafisz chronić innych... zawiodłeś Rorga, Kannosa...i nie potrafisz też chronić samego siebie. Żałosne - wysyczał opanowanym, jednak przepełnionym nienawiścią głosem. Pokaż przed śmiercią, że jesteś coś wart! – zawołał atakując.
- Zawiodłeś.. - usłyszał młody Kel Dor znów w swej głowie.
Pojedynek trwał dalej, wciąż wyrównany i wciąż opanowanie się przychodziło uczniowi z trudem. Gdy tylko sparował kolejną ze „swoich” kombinacji ciosów, zdołał kopnąć wroga i powalić go Mocą, jednak w chwili gdy miał pchnąć go mieczem, ten odskoczył.
- A może się pomylili? Wybierając Ciebie...Nas...Może to był błąd? – kontynuował jego przeciwnik.
- Jeśli już – tylko mnie. Nie jesteś mną i nigdy nie będziesz - wysapał Bart, wyraźnie wycieńczony walką.
- Może nie wiedzieli o mnie? Ale za to Ty jesteś mną!
- Każdy ma swoją gorszą stronę...Bart. Ale ja jestem daleki od tego, czym Ty jesteś. I BĘDĘ daleki - odparł spokojnie.
Czerwone ostrze znów zetknęło się ze złotym. W ciągu zaledwie kilku sekund „uosobienie” Kel Dora wykonało szybkie i zdecydowane ataki, które jednak on zablokował, odpychając szkarłatne ostrze w bok i wykonując potężne kopnięcie w twarz.
„Mroczny” Bart podskoczył, zamachując się mieczem, jednak jego przeciwnik nie dał mu szansy na dokończenie ruchu. Zamaszystym, błyskawicznym ruchem przeciął atakującego wpół.
„Widmo” zawyło, sycząc.
- Zabiłeś...część...siebie - wyszeptał zanim dwie części ciała wylądowały na ziemi, a miecz wypadł z bezwładnej dłoni.
- Jeśli to ta część – to nie żałuję - odpowiedział Bart, wyłączając swój miecz i osuwając się na ziemię w swym wycieńczeniu, słysząc jak szepty w głowie stają się coraz cichsze.
- Rorg.. - powiedział cicho do siebie, patrząc w kąt. Zamknął oczy, próbując ogarnąć wszystko to co się stało.
- Kannosa nie mogło tu być. Nie miał jak.. - zaniemówił, widząc jak nagle cały widok mu się rozmywa. Po chwili dostrzegł Rorga w rogu jaskini, a ciała zniknęły.
Drugi Kel Dor kaszlał, widać było, że jest lekko poraniony, ale z całą pewnością żył. Mało tego, z radością w głosie zwrócił się do Barta.
- Wiesz że bredziłeś? – wykaszlał.
- Bestia nie żyje.. - po chwili powiedział mu przyjaciel - Obie – dodał w myślach.
- Co z wioską? Zaraz po tym jak mnie dorwały, widziałem stada pędzące w jej kierunku...- wysapał Rorg.
- W trakcie pościgu zdążyłem...zawrócić i uratować wioskę przed bestiami, a wszyscy zabarykadowali się. Zaraz po zgładzeniu napastników ruszyłem tutaj - Objaśnił Uczeń.
„Pamiętaj o mnie Bart...” – wyszeptał głos w jego głowie, a zaraz potem dźwięki całkowicie ustały.
- Będę. Ale nie tak jak myślisz.. -mógł usłyszeć tenże „głos”.

Przyjaciele wrócili do wioski, gdzie uradowani Kel Dorzy opuścili zasłonę, ogarnięci euforią po pozbyciu się „najeźdźców”. Rozpoczęło się święto, jakiego w tej wiosce jeszcze nikt nie widział. Przy ognisku, amatorskich fajerwerkach i opowieściach swego bohatera, osadnicy spędzili całą noc w radości i spokoju, jakiego dawno nie mieli. „Wybawca” wiedział, że nie może zostać. Wziął ze sobą z wioski maskę, bliźniaczo podobną do poprzedniej, o której całkowicie zapomniał przez wszystkie te wydarzenia i gdyby nie Rorg, wróciłby bez niej. Ruszył na pokład statku, który przed chwilą wylądował i ponownie opuścił Dorin, aby ponownie zawitać do Akademii...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1102
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Neil Danadris dodano: 13 lip 2009, 8:42

W głąb ziemi - część III

1. Data, godzina zdarzenia:
18.06.09 - 14.00 - 15.00
21.06.09 - 16.30 - 18.30

2. Opis wydarzenia:

- Ciemność, wszędzie ciemność - powiedział Militus, obok którego stał mały chłopiec.
Nagle Padawani pojawili się w innym miejscu. Dookoła było dość ciemno, pojedyncze miejsca rozświetlały pochodnie. Po środku stało kilka osób - w tym Lord Tritus i Jorud, oraz trzech potężnie zbudowanych ludzi.
- Stajesz się coraz silniejszy, mój uczniu - zaczął Tritus - powinieneś zmienić swoje imie, porzucić stare przyzwyczajenia.
Po dość długiej chwili milczenia mężczyzna odezwał się.
- Militus ...
- Widzę, że wzorowałeś się na moim - Lord zaśmiał się po cichu - Dobrze .. A więc od dziś jesteś Lordem Militusem. A teraz chodź ze mną, chcę Ci coś pokazać.
Ruszyli do pomieszczenia za nimi. Uczniom od razu w oczy rzucił się posąg Ragnosa stojący na końcu sali. Jednak nie to było najważniejsze w tym wspomnieniu. Przed posągiem Ragnosa klęczała skrępowana osoba, a za nią stało jajo, jednak o wiele mniejsze niż te, które widzieli ostatnio.
- Uformować pentagram - rzucił krótko Mistrz Militusa.
Ustawili się w odpowiednich miejscach, a Lord przemawiał.
- Dawno temu jeden z Lordów Sith przeprowadzał eksperyment, podczas którego stworzył potwory .. potwory służące do zabijania Jedi.
- Terentateki - wtrącił Binol.
- Były wrażliwe na Moc - kontynuował Tritus - były też silnie powiązane z Ciemną Stroną Mocy. Ich ilość wzrastała gdy w galaktyce pojawiał się nowy Lord Sith .. Czemu ? Ponieważ tylko on mógł dokończyć rytuał. Dlatego też zebraliśmy się tutaj. Potrzebna jest nam krew niewinnego - skinął lekko głową w kierunku skrępowanej postaci.
- Co stało się z Terentatekami ?
- Głupi Jedi urządzili sobie na nie polowanie, jednak większość z nich poległa. Część potworów zamieszkuje tereny na Yavin IV. W każdym razie, rytuał czas zacząć.
Podszedł do osoby klęczącej przed posągiem Ragnosa i dosłownie wycisnął z niej krew na jajo. Trzech tęgich mężczyzn zapadło w dziwny trans, zaczęli wydawać z siebie pomruki. Po pewnym czasie, ku zdziwieniu Adeptów zaczęli oni po kolei upadać bezwładnie na ziemię.
- Widzisz Militusie ? Są słabi, my jesteśmy przyszłością ! Niedługo wyruszymy do Wielkiego Lorda, zabijemy go i będziemy rządzić galaktyką !
W oczach Militusa można było dostrzec pożądanie, ukłonił się lekko Mistrzowi i odszedł. Wędrował po kompleksie, rozmyślając nad czymś. W pewnej chwili przeszedł przez drzwi, a jednocześnie wyłonił się z nich "stary" Militus.
- Słowo klucz - rzucił krótko.
Padawani wymyślali coraz to nowsze odpowiedzi, jednak większość z nich daleka była od celu.
- Nie rzucajcie pustych słów, pomyślcie zanim coś powiecie, zastanówcie się - ciągnął dalej Lord.
- Pasja - powiedział San
- Tak .. pasja.
Drzwi otworzyły się i wszyscy przez nie przeszli.

Pojawili się w pałacu, był dość duży i ładny. Po dwóch stronach mieściły się schody, na piętrze znajdowało się wiele posągów z kryształami na szczycie. Dziwne malunki na podłodze dodatkowo zdobiły wystrój pomieszczenia.
- Przyszliśmy do Wielkiego Lorda.
Padawani słysząc znajomy głos energicznie się odwrócili. U wejścia zobaczyli Tritusa i jego ucznia. Dawny Jorud zmienił się, jego cera stała się bardziej szara.
- Wielki Lord już was oczekuje, zaprowadzę was - powiedział strażnik.
Binol, San i Squell ruszyli za nimi. Po dość długiej drodze stanęli przed obliczem Mrocznego Lorda.
- Mistrzu .. - zaczął Tritus i upadł na jedno kolano schylając głowę - przyszedłem z moim uczniem. Jest już gotowy by zostać Lordem Sith.
- Jak się nazywasz ? - zwrócił się Lord do ucznia.
- Militus.
- Mam tylko jedno pytanie .. Czy jesteś gotów zrobić wszystko dla swojego Mistrza ?
- Tak.
- W takim razie go zabij.
Militus wydawał się lekko zdezorientowany, jednak bez wahania dobył miecza i szybkim ruchem przebił Tritusa na wylot. Były mistrz nie zdążył nawet zareagować. Strażnik podszedł i zarzucił na ramię ciało.
- Tak więc idź. Od dziś jesteś Lordem Sith, Militusie.
Świeżo upieczony Lord ukłonił się lekko i pobiegł za strażnikiem.
- Zaczekaj chwile !
Strażnik zatrzymał się, a Militus wyjął z kieszeni Tritusa miecz świetlny i jajo, po czym ruszył. Przechadzał się po pałacu, aż w końcu znowu dotarł do drzwi, przez które przeszedł. Obok Padawanów pojawił się Lord.
- Czekam ...
Adepci jeszcze dłużej myśleli niż poprzednio.
- Zdrada ? - rzucił San
- Nie traktuje tego w takich kategoriach.
- Władza ? - odparł Binol
- Tak .. władza. To było ostatnie wspomnienie. Nie udało mi się zabić Lorda, wiedział o wszystkim wcześniej, nie wiem skąd. Wysłał zabójców, którzy odebrali mi życie ..
- Dla każdego jest szansa - zaczął Binol
- Ja jej nie mam, nie mam wolnej woli, wszystko zostało mi narzucone!
- W każdym z nas jest dobra i zła strona, Ty też masz w sobie dobrą.
- Mam ?
- Każdy z nas ma, wystarczy, że pozbędziesz się starych obyczajów.
- Czyli .. jest dla mnie szansa ?
- Dla każdego jest szansa - powtórzył Binol.
- Chodźcie - rzucił Militus i przeszli przez kolejne drzwi.

Obrazek
Padawani stojący przed drzwiami


Pojawili się w zupełnie innym miejscu. Wszędzie były pochodnie, łańcuchy i czaszki.
- Chcieliście, żebym pokazał wam moją najlepszą stronę duszy ... to jest najgorsza.
- Musisz ją zwalczyć w sobie, to walka, która musisz wygrać sam, my możemy Ci tylko pomagać.
Militus zaprowadził ich kawałek dalej, gdzie stały 4 filary.
- Namiętność, Zło, Strach, Pycha.
Nagle z filarów wyszły 4 postacie, uosobienia wcześniejszych emocji. Zaczęły z każdej strony atakować, jednak po pokonaniu wszystkich przez Padawanów, pojawiły się na nowo.
- Musisz je zniszczyć sam ! - rzucił Binol broniąc się przed atakami Zła.
Militus włączył miecz i po kolei zniszczył wszystkie uosobienia.
- Jak się czujesz ?
- Nie jestem jeszcze uwolniony .. czuje to .. Gdzie jest pycha ?! Musicie pomóc mi ją zwalczyć, pokonajcie mnie !
Ruszył szarżą na Sana, który szybko zareagował, włączył miecz i zrobił unik. Następne ataki były również silne i szybkie - Padawanowi ciężko było dostrzec każdy atak, jednak koncentrował się na ich obronie jak najmocniej. Militus pchnął mieczem, Adept szybko to sparował, odsunął miecz wroga i ciął jego nogi, ten jednak uskoczył atakując z góry na głowę ucznia. Ten zablokował cios, jednak Militus kopnął go w twarz. Stracił równowagę i upadł. Binol szybko ruszył do pomocy i w pore zablokował cios, który zmierzał w kierunku twarzy Sana. Tylko Squell stał zdezorientowany z boku. Binol odciągnął Militusa, a San szybko dobył miecza i wstał, ruszając szarżą na Lorda. We dwóch było im o wiele łatwiej. W pewnej chwili Binol kopnął Militusa, a ten zachwiał się. Widząc to, Padawani ruszyli do ataku. San pchnął mieczem najsilniej jak mógł, a Binol mu pomógł. Lord pod gradem ciosów wreszcie się ugiął i upadł.
- Pokonany .. Tak .. Pomogliście mi pokonać własną pychę.
- Nie ma już w Tobie zła.
- Ja .. dziękuje Wam. Chodźcie jeszcze ze mną.

Obrazek
San broniący się przed szarżą Militusa



Znaleźli się w zupełnie innym pomieszczeniu, które było pełne kryształów. Były Lord podszedł do jednego z nich i odkroił kawałek.
-Uleczona dusza waszego nauczyciela to nie wszystko .. Chodźcie, to już koniec ..

Tym razem obudzili się w świątyni, w której to pochłonął ich dym z holokronu. Zauważyli, że brakuje jaja, które znajdowało się po środku pomieszczenia. Zauważyli również, że Militus zmienił się. Przybrał postać dawnego Joruda, podrzucił holokron i zniszczył go.
- Co z antidotum ? - spytali się
- Chwilę .. - powiedział Jorud, który w tej chwili wpisywał coś do księgi. Gdy skończył, zamknął księgę, podszedł do misy nad nią i napełnił flakonik zawartością misy. Wziął ze sobą również księgę.
- To antidotum dla waszego nauczyciela, powinien wyzdrowieć. A to moja historia, spisana na kartach tej księgi. Weźcie ją i nie pozwólcie by o mnie zapomniano ... Teraz jestem wolny ... - wręczył księgę i flakonik Binolowi, po czym zaczął się wznosić do góry, ku otworowi.
- Czekaj ! Jak mamy zniszczyć potwora ?!
Jednak Jorud zniknął z ich pola widzenia. Wrócili do Akademii cali przemoczeni, jednak bez większych obrażeń. Binol rozchylił usta Vreeka i wlał mu zawartość flakonika. Zauważył, że zostało pare kropel na dnie, więc przeznaczył je do analizy w maszynie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Sprawozdanie pisane za Squella, ponieważ o nim zapomniał. Na pewno jest dużo błędów, po prostu niestety nie pamiętam już paru faktów, za co przepraszam.

4. Autor raportu: Padawan San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Rincen dodano: 18 sie 2009, 15:15

Ucieczka z Akademii

1. Data, godzina zdarzenia: 17.08.09, 19.00 - 20.30

2. Opis wydarzenia:

Popołudnie powoli zamieniało się w wieczór. W Akademii panowała bardzo rozgorączkowana atmosfera - członkowie szykowali się na wyprawę do swiątyni terentateków. W Akademii zostało tylko kilku - dwóch adeptów - Arhim i Rincen, padawan Ishar oraz Rycerz Jedi Kannos, który miał zaopiekować się resztą.
Kiedy grupa wyznaczona na misję opuściła Akademię. Kannos wraz z podopiecznymi rozmawiali na dziedzińcu. Wymieniali się żartami na temat uczestniczących w misji - atmosfera była rozluźniona. Nie potrwało to jednak długo. Parę chwil później Jedi zauważyli czarny, gęsty dym rozprzestrzeniający się szybko - jego źródło wydawało się mieć miejsce przy wlocie do starego bunkra - Tego samego bunkra do którego studenci mieli kategoryczny zakaz wstępu.

Na szczęście grupa zachowała zimną krew - Kannos użył Mocy, żeby powstrzymać napierający z każdej strony dym, a Arhim, Rincen i Ishar pobiegli do kwater nieobecnych studentów. Zebrali tam wszystkie cyfronotesy, apteczki i rzeczy osobiste uczniów. Arhim zabrał również droida należącego do Jekka. Wszystko odbywało się w wielkim pośpiechu, ponieważ Kannos nie był w stanie zbyt długo utrzymywać potężnej masy trującego dymu.

-Biegnijcie! Szybciej! - wykrzyczał resztą sił, po czym upadł na kamienny dziedziniec. Arhim okazując przytomność umysłu zarządził przeniesienie Kannosa z dala od dymu - jak najbliżej do przejscia odkrywającego wyjście poza mury kompleksu - nieopodal Sal Pamięci. Rycerz ocknął się w drodze i po chwili mógł biec o własnych siłach.

Jedi pobiegli szybko przez tereny okalające Akademię co chwilę potykając się o kamienie i wystające korzenie. Dobiegli w końcu do wodospadu nieopodal zewnętrznych murów i wieżyczki obronnej. Z pomocą linek (czy jak w przypadku Kannosa - z pomocą Mocy) wdrapali się na skały przy wodospadzie, gdzie można było uniknąć ewentualnego niebezpieczeństwa. Ishar rozdał adeptom ich miecze po czym razem z Kannosem jako że byli najbardziej dotknięci przez trujące opary upadli na kamienie, jak nieżywi szybko pogrążając się w niespokojnym śnie. Dwóch stojących jeszcze na nogach adeptów - Arhim i Rincen mieli za zadanie rozpalić ognisko i czuwać podczas snu pozostałych. Chiss ściął drzewo rosnące nieopodal za pomocą swojego miecza świetlnego. Nagle adepci zostali ogłuszeni przez potężny wrzask - howlery bez większego problemu wdrapały się na skarpę, atakując studentów. Mimo ogłuszającego dźwięku Ishar i Kannos nadal spali jak zabici - trucizna działała widać wyjątkowo silnie. Rincen i Arhim zabili howlery bez większych problemów, za to z bólem uszu. Ponadto Rodianin chcąc uprzedzić dalsze ataki rzucił się na howlera śpiącego nieopodal nie zauważając raptorów, które polowały w pobliżu. Drapieżniki szybko porzuciły swoją marną zdobycz i rzuciły się na Arhima i Rincena.
-Biegnę do działka!! - wrzasnął w panice Rincen i rzucił się do wieżyczki obronnej.
-Dobra, naprowadzę ci je, żebyś miał je w zasięgu! - odkrzyknął Chiss po czym zaczął drażnić raptory żółtym światłem miecza świetlnego.
Rincen szybko zajął stanowisko na wieżyczce po czym zastrzelił obydwa raptory. Adepci poćwiartowali mięso raptorów znacznie lepsze jakościowo od marnego ścierwa howlerów.

Pozostało jeszcze tylko rozpalić ognisko. Arhim porobał ścięte drzewo na kawałki po czym ułożył je w jednym miejscu i przykrył swoją szatą. Naśrodku umieścił swój miecz treningowy, który zaraz potem zniszczył swoim zwykłym mieczem. Wybuch spowodował zapalenie się szaty, a następnie rozprzestrzenienia się ognia na drewno. Ognisko było gotowe.
W końcu z nastaniem prawdziwej nocy pojawiła się grupa Jedi, którzy uczestniczyli w misji.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Przyznam się szczerze, że nie potrafiłem odtworzyć dialogów dlatego trochę drętwo to wypada.

4. Autor raportu: Adept Rincen
Rincen
 
Posty: 10
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:49

Postautor: Xarthes dodano: 18 sie 2009, 19:36

Ostateczna konfrontacja - część I

1. Data, godzina zdarzenia: 18.08.09, 19:00-20:00

2. Opis wydarzenia: Odprawa jak zwykle nieco się opóźniała, budując nieco nerwową atmosferę przed z pozoru łatwą misją. Jeon Vreek dotarł do oczekujących na dziedzińcu wybrańców do tej wyprawy. Po krótkich słowach wstępu i instrukcjach dotyczących dowodzenia i niespodziewanych wydarzeń, Jedi wyruszyli żwawym i ochoczym krokiem w nieznane. Dżungla jak zawsze przywitała ich najgorzej jak tylko potrafiła. Grunt pod nogami był grząski, rzęsisty deszcz dokuczał każdemu z maszerujących. Wysokie zbocze po którym wszyscy schodzili z wielką ostrożnością umożliwiło w miarę szybkie zauważenie raptorów. Mistrz Ablazer postanowił przetestować swojego ucznia i rozkazał mu zejść do zwierząt by je uspokoić. Po krótkiej chwili jednak bestie stawały się jednak jeszcze bardziej rozjuszone, do akcji więc weszli Padawani i Rycerze ucząc stwory czym jest miecz świetlny. Niestety nie obyło się bez pierwszych rannych. Uczeń Binol skończył z dość głębokimi ranami, zaś Padawan San z niewielkimi zadrapaniami. Błyskawicznie sprawą zają się Rycerz Bart. Niestety, jego zapasy były bardzo małe i już na samym początku podróży się wyczerpały. Kompania ruszyła dalej przemierzając mnogie przeszkody, jednak najgroźniejszym wrogiem okazało się zmęczenie i aura pogodowa Yavin IV. Nie raz ktoś nurkował w błocie po kostki czy nawet kolana, podmokły teren również musiał być pokonywany sporymi łukami. W końcu jednak wszyscy stanęli przed wzgórzem, za którego w oddali dało ujrzeć się olbrzymią dolinę na końcu której znajdowała się tajemnicza brama. Przed wspinaczką został zarządzony odpoczynek. Potrzebny on był głównie wycieńczonemu od leczenia Mocą rannych Rycerzowi Bartowi. Po wypoczynku trwającym około kwadrans wszyscy sprawnie zaczęli wspinaczke po lince umieszczonej przez Mistrza Ablazera. Widok doliny zaskoczył każdego, szczególnie, że wejście do niej, oraz ona sama była bogata w mnogie, niemalże nienaturalne ukształtowania terenu. Nasunęło to podejrzenia, że to przejście utworzyło się w ostatnich dniach przez występowanie tych wszystkich anomalii. Dolina była dziwnie spokojna, marsz przez nią zaja blisko dwie godziny. W tym czasie deszcz ustał poprawiając nieco nastroje wszystkich. W końcu jednak Jedi znaleźli się przed bramą do skalnej, niezwykle starej budowli i z zapartym tchem oglądali to co stało przed nimi...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Adept Xarthes
Obrazek
Awatar użytkownika
Xarthes
Były członek
 
Posty: 177
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Lublin

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości