Sprawozdania

Awatar użytkownika
Vexis
Adept
Posty: 16
Rejestracja: 20 paź 2020, 15:56

Re: Sprawozdania

Post autor: Vexis »

Północna osiem, mieszkanie minus trzy

1. Data, godzina zdarzenia: 31.08.22, 21:00-01:10 | 01.09.22, 21:45-01:15

2. Opis wydarzenia:
Był dzień jak co dzień, zajmowałem się własnymi sprawami, nadrabiałem trochę starych raportów, ale zaciął mi się Cyfronotes więc udałem się kantyny, gdzie zastałem sprzątającego tam Magnusa. Zdążyliśmy się poznać i chwilę pogadać, gdy nagle odebrałem sygnał od kogoś ze służb, jeśli mnie pamięć nie myli. Chodziło o tą sprawę z Porgo i jego szajką, mężczyzna chciał by ktoś z Jedi udał się na miejsce i rozeznał w sytuacji, a potem zaraportował z powrotem. Chciałem wziąć ze sobą Magnusa jako wsparcie, ale ten nie za bardzo chciał się mieszać w tą sprawę, nie będąc jeszcze oficjalnie członkiem, z resztą JP-02 chciał zrobić jakąś kontrolę w celach, dlatego też uznaliśmy, że polecę sam. Przed wylotem wziąłem ze zbrojowni E-11, parę ogniw i nóż plastalowy. Na lądowisku drugim wsiadłem za stery AirSweepera, wstukałem koordynaty na Birell, północna osiem i wystartowałem.

Po nieco dłużącej się podróży wreszcie doleciałem na miejsce i udało mi się wylądować dosłownie pod samym blokiem. Wziąłem z tylnego siedzenia sprzęt i wyszedłem na zewnątrz, kierując się w stronę czerwonego budynku. Przed wejściem do środka stało i rozmawiało dwóch mężczyzn, człowiek i Duros. Gdy próbowałem przejść obok, jeden z nich zaczepił mnie, że to ich teren i mam się zawijać. Nie chciałem się kłócić i robić zamieszania, dlatego też spróbowałem podłączyć się do ich rozmowy i traf chciał, że akurat rozmawiali na temat Jedi, między innymi o wydarzeniach z Nar Shadda i sytuacji z ISK, a ja w drodze na miejsce zdążyłem nasłuchać się ostatnich wiadomości z holoradia. Tam całą sprawę przedstawiano jako zwykłą prowokację i próbę szkalowania Jedi, ale jeden z mężczyzn wykłócał się o to, że to jedynie propaganda rządu Hakassi chcącego ich wybielić. Zacząłem się z nim zgadzać, żeby odsunąć temat od swojej osoby i udało się to, bo w końcu Duros zwyzywał nas obu od Bothańskich szpiegów czy coś podobnego, co bardzo nie spodobało się człowiekowi i zaczęli się bić między sobą. Trochę się oklepali, człowiekowi udało się położyć Durosa na glebę i wtedy zaczął kopać go bez opamiętania, więc wkroczyłem i opanowałem sytuacje. Po tej akcji obaj mężczyźni nie sprawiali mi już więcej problemów i rozeszli się do swoich mieszkań, a ja wślizgnąłem się za nimi do środka budynku.

Udałem się na dół, do piwnicy i mieszkania minus trzy. Drzwi do mieszkania wyglądały na lekko zepsute, jakby trzeba było je odsuwać ręcznie, ale zanim się do tego zabrałem, przystawiłem ucho i zacząłem nasłuchiwać, czy przypadkiem nie ma kogoś w środku. Ledwo co, ale usłyszałem w środku kroki, postanowiłem więc nie ryzykować i nie wbijać się do środka z karabinem w ręce, tylko załatwić sprawę bardziej po cichu. Zapukałem do drzwi i po chwili usłyszałem głos jednego z gangusów. Ściemniłem mu, że jestem Porgo i o dziwo to wystarczyło, by od razu otworzyli mi drzwi od środka. Na wejściu jeden z nich zorientował się, że nie jestem jednak Aqualishem, ale szybko doprecyzowałem, że to on mnie wysłał i wpuścili mnie do środka. Gangusów było dwóch, obaj widocznie podejrzliwi i lekko zestresowani, ale nie grzeszyli też inteligencją, więc zacząłem wkręcać im kit, że jestem od szefostwa i przyszedłem sprawdzić, czy wszystko gra, czy nikt się nie kręcił, czy fanty dalej są i tak dalej i tak dalej. Musiałem im wytłumaczyć, że Porgo i reszta zostali złapani podczas akcji przez policje i Jedi, ale jakoś udało im się ze mną skontaktować i przekazać dalsze instrukcje. Nie miałem lepszej historyjki, ale to była lepsza opcja niż strzelanie się z nimi już na starcie. Prawie się udało, ale niestety jeden z nich – ten bardziej rozgarnięty – uznał, że to pułapka i trzeba jak najszybciej zgarnąć fanty i uciekać. Było to dla mnie nawet korzystne, bo dzięki temu sami powyjmowali ukryte łupy i zaoszczędzili mi tym samym czasu na ich szukanie, ale wtedy właśnie ten sam koleś wpadł też na genialny pomysł, żeby rozwalić rurę z gazem i spowodować wybuch, w którym zginęłyby osoby postronne. Nie mogłem do tego dopuścić więc z początku zacząłem im pomagać, ale cały czas wyczekiwałem okazji, żeby złapać za swoje E-11 i ogłuszyć obu gangusów, związać ich i wezwać policję, a w międzyczasie zgarnąć ukradzione fanty i wrócić do bazy.

I w tym momencie sprawy zaczęły się nieco komplikować. Skończyliśmy pakować większość fantów i gość, któremu pomagałem podszedł do ściany i zaczął ją niszczyć, żeby dostać się do rury. Uznałem, że to ostatnia szansa, żeby go powstrzymać i ogłuszyć, więc chwyciłem E-11 i strzeliłem mu wiązką ogłuszającą w plecy. Gość padł na glebę ogłuszony, a ja już chciałem obrócić się w stronę przedpokoju i ogłuszyć drugiego, ale byłem za wolny. Gdy tylko się obróciłem w jego stronę, dostałem w głowę jakimś słoikiem czy butelką z gazem pieprzowym, nie miałem czasu, żeby się przyjrzeć. Od razu oślepłem, zacząłem kaszleć, łzawić i tracić czucie w rękach, a gangus wykorzystał to, żeby wyrwać mi karabin z rąk. Zaczęliśmy się bić, a raczej szamotać, udało mi się zebrać trochę sił i odepchnąć go od siebie z powrotem do przedpokoju, a ja sam schowałem się za ścianą w kuchni. Gaz ciągle dusił i odbierał siły, byłem w nieciekawej sytuacji, przyszpilony w ciasnym pomieszczeniu bez drogi ucieczki, dlatego w akcie desperacji wyjąłem spod kurtki nóż plastalowy, wyczekałem odpowiedni moment, po czym cisnąłem nim na oślep zza ściany, a sam rzuciłem się przez prześwit na drugą stronę korytarza, gdzie ogłuszony leżał drugi mężczyzna. Musiałem mieć sporo szczęścia, bo usłyszałem jak gangus zawył i zaklął, gdy nóż trafił i wbił się w niego, przez co nie trafił mnie z karabinu, gdy przeskakiwałem. Złapałem za blaster ogłuszonego gangusa i zaczęliśmy się strzelać, drugi mężczyzna wpadł w amok i wystrzelał całe ogniwo, raniąc mnie przy tym w ramię, ale gdy tylko zaczął przeładowywać wykorzystałem okazję i trafiłem go w dłoń, odstrzeliwując trzy palce. Gangus zaczął krzyczeć, ale po chwili zemdlał z szoku i bólu. Powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak udało mi się utrzymać przez tą całą akcję na nogach, przez cały czas miałem wrażenie jakbym miał zaraz zemdleć, ale jakimś cudem wytrzymałem i dostałem się do łazienki, gdzie wymyłem gaz z twarzy. Przez kilka dobrych minut przeżywałem piekło, ale wreszcie wyturlałem się z łazienki tylko po to, żeby zostać potraktowany granatami dymnymi i hukowymi.

Gdy się obudziłem, leżałem skuty na pokładzie jakiegoś statku, czułem, że się gdzieś poruszam. W końcu wylądowaliśmy i zostałem wypuszczony do hangaru komendy głównej w Birell. Nasza strzelanina w mieszkaniu zaniepokoiła sąsiadów, którzy wezwali policję, która z kolei przysłała grupę specjalną, żeby nas spacyfikować. Zabrano mnie do biura, gdzie musiałem się grubo tłumaczyć z całej akcji. Opowiedziałem im całą historię, jak się tam znalazłem i po co w ogóle przyleciałem, ale z początku nie za bardzo chcieli uwierzyć, że jestem od Jedi, chociaż akurat im się nie dziwię, bo po pierwsze nie wyglądam na takiego, a po drugie nie miałem nic, czym mógłbym się wylegitymować. Koniec końców uznali, że skontaktują się z bazą, żeby ktoś potwierdził moją tożsamość. W oczekiwaniu na zezwolenie na połączenie wypytywano mnie o różne rzeczy, niektóre z nich przywołały parę bolesnych wspomnień, ale na szczęście obyło się bez żadnych odpałów z mojej strony. W końcu udało się połączyć z bazą, ale odebrał nie kto inny jak JP-02, więc możecie sobie wyobrazić, jak przebiegła ta rozmowa. Zdecydowano, że zostanę zamknięty w areszcie do czasu, aż ktoś z bazy się po mnie nie zgłosi, a ja mogłem się jedynie zgodzić. Na odchodne spytałem jeszcze, co stało się z fantami, które były w mieszkaniu i dowiedziałem się, że zgarnęła je policja i że będą próbować wszystko posegregować oraz ustalić, do kogo należą skradzione rzeczy.

Znalazłem się w areszcie z dwoma innymi więźniami. Jeden z nich aresztowany został za terroryzm, bo wrzucał jakieś groźby na holonet, po tym jak zabrano mu siostrę, która zachorowała na jakąś lokalną chorobę. Nie będę tutaj przytaczał całej rozmowy na ten temat, bo koleś mówił, że Jedi opatentowali jakieś leczenie, więc pewnie wszyscy wiecie już o co chodzi. Nie wiem, ile czasu minęło, odkąd trafiłem do celi, ale w końcu przyleciała po mnie Mistrzyni Vile i po zwróceniu przez policję moich rzeczy, razem wróciliśmy do bazy, po drodze zgarniając jeszcze AirSweepera, który został na lądowisku.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Nóż plastalowy, który zabrałem na akcję został zutilizowany, gdy wyjmowano go z nogi gangusa.
- Większość skradzionych rzeczy zostało zabranych z mieszkania przez policję, to oni będą chcieli je posegregować i zwrócić właścicielom.
- Mieszkanie zostało zabezpieczone, ale jeszcze nikt tam nie zaglądał. Bardzo możliwe, że zostało tam jeszcze trochę ukrytych fantów.

4. Autor raportu: Adept Vexis
Awatar użytkownika
Rhenawedd Alna
Padawan
Posty: 550
Rejestracja: 11 cze 2019, 16:39
Nick gracza: Khad
Lokalizacja: Polska :<

Re: Sprawozdania

Post autor: Rhenawedd Alna »

Korporacyjno-desperacka akcja terrorystyczna

1. Data, godzina zdarzenia: 10.09.22; 17:30 - 20:30

2. Opis wydarzenia:

Wszystko zaczęło się dość spokojnie, pomagałam Fellowi z ćwiczeniami Ataru, przy okazji sama ćwicząc Djem So na ten konkretny styl. Nic ciekawego i wartego uwagi. W pewnym momencie jednak, na horyzoncie śmignął mi ewidentnie duży pojazd – najpierw pomyślałam, że po prostu ktoś chce wylądować, ale nie miał nas kto o tym poinformować, bo SDK zostały zniszczone, podobnie, jak JP. Szybko jednak z Fellem przekonaliśmy się, że bombowiec B-Wing wcale nie pojawił się u nas z pokojowymi zamiarami.

Od razu zostaliśmy zasypani salwami z działek bombowca. Nie mieliśmy żadnych szans w walce z prawdziwym, sprawnym bombowcem tej klasy, nasza obrona przeciwlotnicza nie działa, a wszystkie myśliwce, jakie mamy i jakie potrafię pilotować, nie są za bardzo bojowe. Jedyną taką opcją był EV-1, który jest wyposażony w działka jonowe. Gdy ja uciekałam przed ostrzałem, Fellowi się to nie udało. B-Wing zbombardował jedną z pancernych ścian naszej budowli, niszcząc ją. Gruz spadł prosto na ucznia, przygniatając go, dosłownie zakopując. Krzyczał na holodacie o pomoc, o kogokolwiek, kto mógłby zdjąć ten bombowiec, samemu mówiąc, że został przygnieciony i nie może się ruszyć. Słysząc brak jakiegokolwiek odzewu, wiedziałam, że jestem zdana na siebie. Że albo zwrócę na siebie uwagę B-Winga, albo arkanianin po prostu nie przeżyje. Dopadłam do EV-1, próbując jak najszybciej go odpalić i wznieść się, by następnie zacząć uciekać B-Wingowi, zwracać na siebie jego uwagę – ale cały plan skończył się w przedbiegach. Ledwo zdążyłam wpaść do kokpitu i już zostałam zasypana salwą strzałów z działka jonowego B-Winga. Wszystko nagle stanęło, raziło mnie wyładowaniami, włosy stanęły dęba. Nie mogłam jednak się poddać i spróbowałam choć odciągać go na piechotę. Brzmi to absurdalnie – walka z bombowcem, odwracanie jego uwagi, ale, heh. Wcześniej walczyłam z siedmiona YVH, a potem z prawdziwym czołgiem na Kalist.

Udało mi się zdobyć trochę czasu, by Fell wyczołgał się spod gruzów. Wszystko działo się w momencie – B-Wing skupiał się jednocześnie i na mnie i na uczniu. Wiedziałam, że nie mamy nawet jak go zdjąć. Sentinela potrafi pilotować tylko Rycerz Zosh i Acari, a nawet jeśli, to nie było żadnych szans, by do niego wsiąść i zdążyć go odpalić. Najmniejszych. W panicznym biegu, walce o życie z instynktem przetrwania, z ogromną adrenaliną, weszłam na częstotliwość rządkową Hakassi, próbując nawiązać połączenie. Niestety, bez anteny, bez wieży komunikacyjnej, jest to dość żmudny i długi proces. Pozostało nam schować się w bazie i oczekiwać – gdy bombowiec zaczął prawdziwe bombardowanie bazy. Rakiety spadały nam na głowy, wstrząsy były potężne, miałam wrażenie, że zaraz wszystko zawali nam się na głowę… Ale w pewnym momencie, po ogromnym wybuchu, wszystko ucichło. Wiedzieliśmy, że to na pewno nie jest dobry znak – i albo bombowiec coś zrzucił, ktoś dokonał desantu albo będzie próbował ataku z innej strony.. Albo poleciał po większy kaliber, cokolwiek. Fell wyszedł z parkingu śmigaczy, w którym się skryliśmy i zobaczyliśmy istną pożogę.

B-Wing leżał przed bramą parkingu, rozwalony, z pogiętymi maksymalnie skrzydłami, cały zniszczony. Palił się, a zza ognia, na tarasie, malowała się sylwetka – sylwetka Mistrza Inkwizytora Barta. Kel dor po prostu zgniótł bombowiec Mocą i cisnął nim o podłogę. Zwymiotował zaraz po tym i wrócił do bazy. Uratował nas, jednak długo nie mogliśmy się cieszyć zwycięstwem. Z B-Winga wyrosło działko strażnicze, które od razu zaczęło do nas pruć – i ja, w pełni zdrowa, sprawna, zdążyłam uskoczyć. Fell już nie. Oberwał, szafki na parkingu runęły i spadły prosto na niego, dociskając go swoim ciężarem do posadzki, a z B-Winga wyskoczył jego pilot. Facet uzbrojony w pancerz z wojen klonów, komandos pełną gębą. Wyskoczył z wibromieczem i związał mnie walką.

Byłam lepsza, trafiłam go pierwsza – jednak widać od razu było, że to nie byle najemnik. To prawdziwy łowca nagród, komandos, zawodowiec przez duże Z. Ledwo dawałam sobie z nim radę, walczyliśmy na równi – i po chwili to on trafił mnie. Kopnął mnie w twarz, rozorałam sobie zębami wewnętrzną część policzka. To była trudna walka, ale w pewnym momencie, zaraz po tym, jak dostałam w twarz, komandos zastygł w miejscu. Fell złapał go w sidła Mocą, unieruchomił – i dał mi chwilę na czysty strzał. Wyłączyłam miecz, zatrzymując go w połowie zamachu, a następnie przekierowałam instynktownie energię w swojej aurze do górnych partii ciała, by zadać komandosowi jeden, szybki, potężny cios. Cios, przed którym nawet nie uchronił go jego hełm. Po jednym strzale, miażdżącym metal hełmu, najemnik padł w drgawkach, ogłuszony.

Sprawdziłam na szybko jego funkcje życiowe, czy przypadkiem nie przesadziłam z krzepą – ale żył, oddychał i miał się dobrze. Po prostu zgasiłam mu zasilanie. Podbiegłam do Fella, by wydostać go spod półek i zajęliśmy się intruzem. Odkopałam wibromiecz pod B-Winga, by następnie spróbować zdjąć mu hełm, ale niestety jest w pełni spięty z pancerzem, więc jest to niemożliwe bez ściągnięcia całej zbroi. Fell przyniósł pręty z magazynu i operując nimi, jak plasteliną, związał najemnika, jak wielki kawał mięsa. Ja zajęłam się resztą.

Zabrałam faceta do kantyny i tymi samymi, metalowymi prętami, przywiązałam go do jednej z rur, by był na widoku w miejscu publicznym, gdyż cele są już zajęte. Zaczęłam z nim rozmawiać – ale nie dowiedziałam się niczego ciekawego. Oczywiście wynajął go Sektor Korporacyjny, by zabił wszystkich, dopóki nie znajdzie quarrena – a gdy już znajdzie quarrena, to jego też ma zabić. Wszystko zza sterów wygodnego B-Winga. Niestety jego informator zawiódł, mówiąc, że nasza obrona przeciwlotnicza nie istnieje. Heh. Co jest absolutną prawdą, ale pominęli istotny fakt, w postaci Inkwizytora Barta i Mistyk Vile.

Nic ciekawego z niego nie wyciągnęłam, to zwykła kanalia, która zabijała nawet dzieci i emerytów dla kasy. Tym razem było identycznie. Nie interesowały go szczegóły, dowiedział się tylko, kogo ma zabić i za ile. Zaoferowałam mu ofertę nie do odrzucenia. On nam pomaga i zeznaje przeciwko Sektorowi, a my w zamian załatwiamy mu odsiadkę w celi, zamiast publicznej egzekucji. Zgodził się bez wahania.

Skontaktowałam się od razu z Pułkownikiem Zarinem Azabe, który po usłyszeniu historii, był bardzo zdziwiony zachowaniem Sektora. To, jak wypowiadanie nam otwartej wojny, i gdybyśmy mieli tylko fizyczne dowody na to, że za atakami terrorystycznymi na Hakassi stoją oni, moglibyśmy im ją wydać. Ale niestety nie mamy. Zaoferował nam wsparcie najbliższej bazy lotniczej, którą poinformował i nakazał być w pełnej gotowości 24/7, gdyby były jakieś problemy. Również zaapelował o wzmożoną kontrolę pojazdów uzbrojonych na orbicie Hakassi – i przy ich życzliwości, otrzymaliśmy pełną specyfikację tego konkretnego B-Winga, a także będą nam przesyłać wszystkie informacje o uzbrojonych pojazdach z planet Sektora Korporacyjnego, które przekraczają granicę Hakassi, byśmy mogli się przygotować i poinformować bazę lotniczą zawczasu.

B-Wing został wyprodukowany w 11ABY, przebył 10 letnią służbę dla Nowej Republiki, a potem został sprzedany. Kupił go łowca nagród Hasan Lamarin – ten sam, który nas zaatakował i jest przywiązany w kantynie. Posiada paszport z Bonadan, jednej z największych planet Sektora Korporacyjnego. Pułkownik zapowiedział, że gdy tylko Hasan wykona swoje zadanie, w postaci zeznawania przeciwko Sektorowi, zostanie poddany egzekucji, którą Zarin Azabe wykona osobiście, za wszystkie zbrodnie łowcy nagród. Nie musi jednak o tym wiedzieć. I lepiej żeby nie wiedział, jeśli ma współpracować. Natomiast, jeśli zacznie sprawiać problemy, możemy bezproblemowo go zabić. Jest zastępowalny. Słowa Pułkownika. Gdy tylko ktoś z naszych medyków go zbada i potwierdzi, że jego stan jest stabilny – w końcu bardzo mocno mu przywaliłam, może mieć coś złamanego albo jakiś wstrząs – to od razu trzeba go przewieźć do aresztu regionalnego VIII, gdzie już się nim zajmą. Hasan prosił o izolatkę, bo nie panuje nad odruchami.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Hasan Lamarin jest przytrzymywany ciągle w kantynie, przywiązany prętami do jednej z rur. Nie powinien sprawiać problemów. Jeśli zostanie zbadany, proszę, by ktokolwiek, kto umie pilotować, zawiózł go do aresztu regionalnego VIII. To kolejny najemnik wynajęty przez Sektor, który może nam pomóc. Ataki, jak widać, nasilają się. Na początku był to zwykły gran. Teraz mieliśmy do czynienia z literalnym komandosem w bombowcu, który rozwaliłby całą naszą bazę, gdyby nie Mistrz Bart, a później jeszcze walczył ze mną na równi na miecze. Boję się, co przyślą kolejnym razem. Zachowajcie najwyższą ostrożność i gdy tylko dostaniemy informację o przekroczeniu orbity przez uzbrojony pojazd z Sektora Korporacyjnego, natychmiast skontaktujcie się z bazą lotniczą, do której kontakt przysłał Pułkownik Azabe. Wsparcie wojska przy walce z tym kalibrem jest kluczowe.

4. Autor raportu: Padawan Rhenawedd Alna
Awatar użytkownika
Orn Radama
Adept
Posty: 56
Rejestracja: 05 kwie 2021, 23:36

Re: Sprawozdania

Post autor: Orn Radama »

Cząsteczki Azatu

1. Data, godzina zdarzenia: 17.09.22, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Do bazy znienacka przybył Azatu. Nie będę wdawał się w jakieś wywody i przemyślenia, skupię się na kluczowych faktach, bo raczej nikogo nie obchodzą wylewy prywaty i rozwlekłość nikomu nie służy. Tak więc suche konkrety bez nawijek.

Po pierwsze, Rycerz Valo wykorzystała okazję i zapytała go o swoich pobratymców. Azatu powiedział, że po skończonej walce dał im wolną rękę, powrót do swoich, pomoc w odbudowie Umbary, albo udanie się w wybrane przez siebie zadupia Galaktyki. Większość wybrała dwa, nikt nie wybrał jeden. Jak sam mówił, potrzebował ich głównie do swoich rytuałów związanych z Alchemią, jako dodatkowych uczestników z zasobami energii, a także do działania na jeziorze. Pomagali też uprowadzić Miraluka z ich osiedla, tym całym gazem od Quarrena, aby służyli za dodatkowe źródła energii (potem znalazło ich nad wybrzeżem wojsko i wywiozło z powrotem). Strasznie logiczne, no bo malutka garstka z nich miała faktyczne umiejętności.

Wymienił też dla niej nazwiska poległych, czwórki która służyła do desperackiego ataku z ukrycia po masakrze:
- Shakkar Vesnu: przywódca ocalałych Poszukiwaczy, znany Rycerzowi Siadu i Rycerz Alorze
- Tanor Seree: także znany uczestnikom wyprawy
- Yrum Jarpen
- Shaneey Birrah

Rycerz Alora chciała z nimi porozmawiać co do możliwości powrotu do rodaków, którzy osiedlili się na Hakassi (po wywózce przez Ucznia Thanga i Adepta Ioghnisa). Azatu nie zamierzał dawać jej kontaktu do nich, a jedynie zapytać ich i dać im ewentualną możliwość kontaktu do niej i nie będzie decydować za nich o ich życiu „gdy nie zmusza go do tego jego walka o jego własny los”.

Azatu miał w sobie pewne specjalne cząsteczki Ducha Jeziora, o tym nie będę wiele opowiadał, to powinna opowiedzieć Mistrzyni Elia w raporcie z negocjacji, o co z nimi chodzi, w każdym razie część układu była taka, że miał te cząstki zwrócić i przybył do nas dokładnie po to. Całe kosmiczne wyzwanie tkwiło w tym, że po pierwsze, Duch się go kosmicznie boi, a cząstki które Azatu w sobie „zainstalował” były wypaczone w jakiś sposób i służące Azatu za tarczę przed Duchem Jeziora i paraliżowały go (i to z tego powodu w bitwie Duch tylko siedział w bezruchu). I oczywiście problem główny w tym, że po oddaniu tych cząsteczek, Azatu nie miałby już żadnej ochrony i zostałby zabity przez Aurożercę. Lekką poprawą tej sytuacji było to, że Azatu mówił, że proces potrwa kilkanaście razy dłużej niż wobec normalnej ofiary, a do tego powinien sprawić Duchowi tyle bólu, że nie da rady od razu go zabić. Azatu miał symbol alpheridiański wycięty na dłoniach służacy mu do podstawowej obrony, ale przewidywał, że w wyniku procesu zemdleje i jego los będzie gorszy niż typowej ofiary. Dodając do tego, że to zrujnowany cyborg w gorszym stanie niż Uczeń Fell, zagrożenie było ogromne. My musieliśmy zaufać Azatu, że nie wykorzysta momentu sam na sam z Duchem Jeziora do jakichś sztuczek znienacka, a on nam, że zrobimy co się da, żeby odratować go po skończonym procesie. Kazał przede wszystkim się obudzić za wszelką cenę, żeby mógł podtrzymać się przy życiu Ciemną Stroną.

Zeszliśmy do Thona, który uciekł ze swojego korytarza do hangaru. Korytarz przed reaktorem to… coś nierealnego. Nie wiem co się z nim stało, ale nawet dźwięk już się tamtędy nie rozchodzi. Odcisk obecności Thona całkowicie wyrwał tamtą przestrzeń z reguł natury i wypruł go na zewnątrz tkanki Mocy tak bardzo, że wypruł go na zewnątrz reguł czegokolwiek. Każda sekunda tam to zagrożenie dla życia. Odradzam przebywanie tam, a jeśli już, to trzeba biec natychmiast albo do reaktora, albo do hangaru. Im dalej od „Sali AI”, pod którą zwykle siedzi Aurożerca, tym lepiej. Trafiliśmy do Thona, mieliśmy dylemat, czy się tam pokazywać i narażać na ryzyko że Thon pomyśli, że go zdradziliśmy, bo to prosty umysł zwierzęcia, czy Rycerz ma spróbować do niego jakoś „dotrzeć” mentalnie. Wydawało się że to drugie zadziałało, ale z Duchem Jeziora nigdy nie wiadomo.

Proces… przebiegał koszmarnie, Azatu wrzeszczał wniebogłosy, wrzaski zalewały hangar, wszystko trwało przerażająco długo. Proces wyglądał tak jak zawsze i był tak samo przerażający, Thon po prostu całym wodnym ciałem w niego wszedł, a Sith przeżywał katusze. W pewnym momencie zemdlał, ale proces trwał dalej. Rycerz Alora i ja musieliśmy jak najszybciej gnać z nim, pożarci wcześniej przez wpływ Thona. W międzyczasie Rycerz aplikowała tyle leków ile się da. Wyprowadziliśmy Azatu razem z łóżkiem z thonowego szpitala polowego (sprzęt z legendarnej Bitwy) do wyjścia z hangaru i w stronę muru, to rękami to Mocą. Oboje ledwo daliśmy radę, prawie wyzionęliśmy tam ducha od zmagań. Stan Azatu był tragiczny. Azatu umierał, po maksymalnej dopuszczalnej dawce leków i tak powoli umierał, tylko wolniej i do czasu następnej dawki byłby martwy. Ale udało się go obudzić połączeniem telepatii i polewania go naprzemiennie wrzącą i lodowatą wodą. Następnie zawlokliśmy go do zbrojowni, na której napaćkaliśmy alpheridiański symbol, dbając żeby Thon nie widział jak to robimy, by nie uznał że go sprzedaliśmy.

Myślę, że to objaśnia wszystko co trzeba bez precyzyjnych detali, raczej nikomu nie trzeba precyzyjnych historii zmagań.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Orn Radama
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
Posty: 2389
Rejestracja: 03 lip 2011, 14:29

Re: Sprawozdania

Post autor: Elia »

Okrągły stół

1. Data, godzina zdarzenia: 03.08.22, 20:30-01:30

2. Opis wydarzenia:

Spotkanie z Edgarem Bis i Azatu odbyło się w jakimś zapomnianym przez wszechświat miejscu, budowli przesiąkniętej na wskroś Ciemną Stroną – zastałą, starożytną, wrośniętą w mury, w samo powietrze, którym się tam oddychało. Na ścianach symbole do kontrolowania Thona, dużo młodsze, choć wciąż kilkuletnie. Budowla, jak się okazało, była grobowcem Miraluk.

Przywitał nas niezwykle elokwentny YVH. Do tej pory wszystkie YVH, które spotykaliśmy, zdawały się być po lobotomii, ale ten zachowywał się bardziej jak nasze droidy. Z rozmowy wynikało, że był swoistym weteranem – udało mu się przetrwać starcie z Rycerzem Avidhalem na Morcanth, to on zabił biednego Farhira. Teraz był kompletnie zdegustowany naszą obecnością, najchętniej rozstrzelałby nas na miejscu, ale rozkazano mu inaczej.

Zanim zaprowadzono nas do gospodarzy, droid poprosił o nasze karty medyczne. Większość z nas – zwłaszcza Fell, Rycerz Tey i Orn (który nie zdążył jeszcze dojechać) – była wciąż w nienajlepszej kondycji. Edgar Bis i Azatu postarali się, by każdy potrzebujący otrzymał niezbędne leki oraz miał zapewnione wygody adekwatne do stanu zdrowia – wliczając prawidłowe menu. Było to niezwykle przemyślane i dość zaskakujące.

Przejście do sali, w której miało odbyć się spotkanie, było dobrze ukryte. YVH musiał zająć miejsce na olbrzymim dekorowanym tronie, by ukryty mechanizm odsłonił tajny tunel prowadzący w głąb ziemi. Ruszyliśmy nim z pewną dozą niepewności – i słusznie, wędrówka była nieprzyjemnie klaustrofobiczna, brakowało światła i świeżego powietrza. Mimo wszystko, na drugą stronę dotarliśmy bez żadnych uszczerbków na zdrowiu.

Edgar Bis i Azatu czekali na nas przy ogromnym okrągłym stole. Poczęstowano nas chissańskim likierem. To była nieco surrealistyczna sytuacja, ale skłamałabym mówiąc, że nie liczyłam na to od początku naszego konfliktu.

To był rzeczywisty finał. Nie było droidów poza tym jednym YVH. Umbaranie zostali odesłani do domu. Spotkaliśmy się w ostatnim bastionie, miejscu skrytym pod zasłoną Ciemnej Strony, którego sami zapewne nigdy byśmy nie znaleźli. Wszystkie karty zostały odkryte.

Na pierwszy ogień poszedł temat Miraluk wywiezionych z Alpheridies przez Azatu. Tych, którzy zginęli przy ataku na nasza bazę, Azatu szczerze żałował, walczyli w jego sprawie i ponieśli ofiarę. Czy to za sprawą „wzięcia życia w swoje ręce” czy manipulacji – to już każdy może ocenić sam. Pozostali Miraluka, niewrażliwi na Moc, są wciąż lojalni i ostatecznie trafią na Umbarę, by tam pomagać. Nie są niewolnikami, bardziej współpracownikami. Ciemna Strona miała przekształcić ich i wypaczyć na tyle, by dawne przywiązania straciły znaczenie. Jestem w stanie w to uwierzyć.

Następnie dowiedzieliśmy się nieco o ciele Edgara Bis i tego, jak funkcjonuje. Trzon jego istnienia to dzieło Kaana i technologia Yuuzhan Vongów, ale to okazało się niewystarczające. Braki załatała Ciemna Strona kierowana przez Azatu. Materiał genetyczny Edgara Bis to hybryda Echaniego, Miraluki i Yuuzhan Vonga z domieszką innych kuriozalnych genotypów, między innymi rancora. Kaan stworzył umysł, który mógł się połączyć z dowolnym ciałem, ale na tym porzucił swój projekt. Khsats Choka odnalazł go i postanowił kontynuować, stworzył kompatybilność umysłu z tą dziwna mieszanką genów o twarzy Alexandra. Obecnie wciąż jest opcja produkowania nowych ciał, ale cały proces jest niedoskonały, wadliwy. Wiedza Kaana, która odpowiadała za stworzenie umysłu, przepadła. Wiedza Yuuzhan Vongów z Kuar spłonęła. Zaproponowałam wypróbowanie Kuźni w zakresie wyprodukowania lepszego ciała, co Edgar Bis przywitał z nadzieją. Skoro on też uważa, że pomysł ma sens, wypróbujemy go – zwłaszcza że potrzebna jest wiedza, nie zasoby Kuźni.

Swoją drogą, Azatu i Edgar Bis mieli pomysł na sprowadzenie asteroidy w okolice Kuźni z wykorzystaniem dovin basali. Warto ten pomysł zrealizować kiedy uporamy się z bardziej naglącymi kwestiami.

Porwani pacjenci wariatkowa, ofiary Thona, nie żyją. Azatu potrzebował cząstek znajdujących się w ich ciałach do stworzenia więzi z Thonem – starcie z Denarskiem i Rycerz Valo podsunęło mu ten pomysł, potrzebował mechanizmu bezpieczeństwa. Za morderstwem nie stało nic więcej poza dążeniem do zwycięstwa, choć zapewne nie pomogło w zmaganiach z Ciemną Stroną. Azatu jest gotowy zwrócić to, co odebrał Thonowi, w długim i bolesnym dla obu stron rytuale, który powinien jednak być bezpieczny. Natomiast kwestia cząstek rozsianych w jeziorze należy już wyłącznie do nas. Thon został rozpuszczony w jeziorze tak, by niemożliwym było jego złożenie, taki był pierwotny plan i, zdaniem Azatu, udał się w pełni. Nie ma żadnych patentów na odwrócenie go.

Kolejnym dużym tematem było wsparcie dla Umbary. Azatu postawił sprawę jasno – Umbara nie potrzebuje litości i łaski. Wykorzystana przez Starą Republikę i słaba w obliczu Vongów, Umbara podnosi się sama dzięki ciężkiej pracy mieszkańców. Ustaliliśmy, że kluczowe są dla niej związki handlowe i polityczne, życie w odcięciu jest na dłuższą metę kłopotliwe i niebezpieczne. Vulpter, Christophsis czy Hakassi to dobry kierunek, w żadnym razie nic, co kojarzy się z Republiką. Czasy mogą być inne, podziały nie tak drastyczne, ale Republika dla Umbaran to wciąż synonim tego, co najgorsze.

Oczywiście żaden z tych światów nie będzie działał charytatywnie - wszystkie są w nienajlepszym położeniu i wciąż walczą o stabilność. Umbara będzie musiała zaproponować coś konkretnego, realne produkty i usługi. Azatu mówił o unikalnych surowcach i technologiach i całej gałęzi przemysłu związanej z pozostałościami po Vongach. O ile na vongobiznes jest moim zdaniem jeszcze za wcześnie (Hakassi wciąż nie wygrzebało się spod trucheł po wojnie), o tyle w dalszej perspektywie brzmi to obiecująco. Umbara produkuje vongozamienniki leków i vongoenergię, wszystko na bazie porzuconej biotechnologii. Ich wytwory są tańsze od standardowych i ponoć równie dobre, jeśli nie lepsze.

W oryginalnym planie Azatu i Edgara Bis, transformacja miała objąć wszystkich mieszkańców Umbary, choć nikt tam o tym nie wiedział. Towarzysze Azatu z nim samym na czele mieli być pionierami, testerami nowego świata, w który zabraliby potem resztę. To brzmiało niezwykle… naiwnie. Mało kto jest gotów porzucić wszystko, co wypracował w wielkich trudach, ziemię swoich przodków, przyszłość swoich dzieci – może ciężką, ale pewną – by wziąć udział w globalnym eksperymencie zakładającym kolejny reset, zaczynanie wszystkiego od zera.

Plan jednak się nie powiódł, zła Moc wygrała, parafrazując Azatu. Zesłała przeciwwagę, kogoś, kto zniweczył plan na stworzenie utopii. W tym momencie chyba wszyscy mówili już jednocześnie – o Mocy, o świecie, o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, konsekwencjach wyborów i konsekwencjach wypadków losowych. Aż dotarliśmy do sedna: jak pomóc Azatu, którego Ciemna Strona zeżarła „w nagrodę” za poświęcenie dla Umbary. Tylko jedna opcja wchodziła w grę – odcięcie od Mocy – ale pojawiły się komplikacje. Ciało Azatu bez Mocy nie przetrwa, jest zbyt zniszczone, straciło zbyt wiele kluczowych organów. Na to też jest sposób, nowe ciało, odtworzenie połączeń. Mamy tu dwie realne opcje – Azatu przejmuje nowe ciało, po czym odcinamy go od Mocy, albo odcinamy go od Mocy, a potem przenosimy do innego ciała. Tak, wiem, jak to brzmi. To nie będzie łatwe ani bezpieczne. Już *jedna* z tych operacji to olbrzymie ryzyko, a co dopiero dwie, ściśle od siebie zależne i do przeprowadzenia w krótkim czasie. Zanim zaczniemy, musimy wybadać opcje, skonsultować się z Kultem na Prakith, który ma pewne doświadczenia w przejmowaniu ciał. Nową powłokę Edgar Bis i Azatu są w stanie sami wyprodukować, co będzie zdecydowanie krokiem naprzód w stosunku do tego, co stało się z Neilem Danadrisem. Nasz pierwszy… eksperyment skończył się tragicznie, ale chcę wierzyć, że ten ma większe szanse powodzenia. Będziemy mieć zdecydowanie lepsze, puste i świeże ciało. Będziemy pracować z dużo pełniejszym materiałem źródłowym, nie tylko ze strzępkami aury z kryształu. Azatu akceptuje ryzyko i jest gotów na eksperyment, zwłaszcza że alternatywa jest żadna – z każdym dniem jest coraz bardziej wypaczany przez Ciemna Stronę, tego procesu nie da się zatrzymać.

Swoją drogą, Azatu to też hybryda. Kiedyś był człowiekiem, ale jego ciało przeszło rekonstrukcję – rasa Sith przez swój wrodzony głębszy kontakt z Mocą wydawała się wspaniałym wyborem. Może to Was zaskoczy, ale Azatu widzi w Thonie coś, czym sam chciałby być. Thon przeciwstawia się swojej naturze, rośnie na samodzielny byt kompletnie decydujący o swoim losie, gotowy zagłodzić się, by nie wypełnić swojego przeznaczenia. Azatu zazdrości mu. My, zwykli śmiertelnicy, zwykłe istoty z tego świata, nie mamy takiej władzy. Spaczony umysł nie myśli trzeźwo, nie podejmuje własnych decyzji. Nie da się od tego uciec, tak jak nie da się dzięki sile woli zacząć widzieć po utracie oczu. Thon jest niesamowicie wyjątkową istota. Jego umysł nie podlega jego naturze, bo wykształcił się niezależnie od niej. Nasza inteligencja to wynik ogólnego rozwoju ewolucyjnego, powstawał jako wsparcie dla zlepka komórek przyswajającego bodźce i walczącego o byt. U Thona nie ma tej zależności. Jego świadomość i inteligencja wyszły z niebytu, po prostu powstały.

Dwie ostatnie kwestie warte wspomnienia: koordynaty z maski Kaana prowadzą do całkiem świeżej galaktyki, Edgar Bis był w stanie to stwierdzić. Być może znajdzie się tam miejsce dla tych, którzy nie pasują nigdzie indziej? Wiedza Edgara Bis i Azatu o naszych działaniach, dostęp do naszych danych to częściowo wina byłego Adepta Phylkusa, kimkolwiek był. Wyprano mu mózg i służył jako zdalny czytacz naszych raportów. Zadanie ostatecznie do końca usmażyło mu mózg, zginął w jakiś kretyński sposób. Drugim czynnikiem pomagającym w szpiegowaniu był rosnący wpływ Thona – Azatu mógł przebywać blisko nas niewykrywalny, a wszechobecna Ciemna Strona była dla niego jak dodatkowy zmysł pozwalający wychwytywać to, co robiliśmy.

Rozmawialiśmy jeszcze o wielu, wielu rzeczach, których tu nie przytoczę, nie mają realnych konsekwencji dla naszych dalszych działań, ale pozwoliły nam lepiej zrozumieć naszych byłych wrogów, a zwłaszcza Azatu. Łącznie spędziliśmy przy okrągłym stole kilka godzin. To było bardzo dobre i wiele obiecujące spotkanie. Zadania zostały rozdzielone – ja skupiam się na Thonie i Azatu, a w dalszej perspektywie na rekonstrukcji ciała Edgara Bis; reszta zajmuje się wsparciem Umbary. Znów mamy pełne ręce roboty.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Magnus Valador
Padawan
Posty: 441
Rejestracja: 11 kwie 2017, 20:26
Nick gracza: Zayne

Re: Sprawozdania

Post autor: Magnus Valador »

Zabić ich! Rozerwać na strzępy!

1. Data, godzina zdarzenia: 15, 16, oraz 17.09.2022

2. Opis wydarzenia:

Hmmm, co raz bardziej doceniam słowo pisane, przynajmniej mój cierpiący przez implant czerep nie przeszkadza mi w przekazywaniu informacji. Dla pełni kontekstu proszę wpierw aby osoba czytająca raport, zapoznała się z wiadomością, którą wysłałem poprzez cyfronotes na adres Caluda Rarru. Upewniłem się w edycji, by wiadomość była dostępna publicznie, do zapoznania się przez każdego Jedi, w związku z powiązaniem z tym raportem, który to będzie dotyczyć pomysłu, opisanego w wiadomości do Sekretarza Gubernatora.

Pierwszy dzień eskapady nie zaznaczył się niczym szczególnym, ot mój rażący brak kompetencji ukazał, że nie potrafiłem nawet wysłać swojej propozycji na odpowiedni adres, przez co dodałem pracy Sekretarzowi Rarru w przesłaniu moich wypocin do Wiceministra Savila Duna, który zajmuje się sprawami rozwoju i infrastruktury i który jak się miało okazać - był faktycznie zainteresowany rozmową ze mną w tej sprawie. Niestety fierfek, rozmowa nie miała mieć miejsca korespondencyjnie, czy nawet przez hologram, ale wezwany zostałem do stawienia się na Plac Gubernatora osobiście, jak skończona schutta z przestarzałym okablowaniem we łbie. Wiceminister był jednak bardzo przekonujący i oparł się moim tragicznym próbom perswazji i rozmowy poprzez hologram. Po drodze jeszcze napotkałem tego lojalnego narwanego Zabraka, Radamę, oraz jakiegoś szorstko-skórego obcego, We-kła-ja, tak? Wobec tego drugiego udawaliśmy, że nie mamy nic wspólnego z Jedi. Porozmawialiśmy z nim chwilę i wyszło, że jest ofiarą Aurożercy, dochodzącą już do siebie i nie pamiętającego praktycznie nic, co by mogło zasiać panikę w ekstranecie. Dodatkowo ten Wekłaj miał całkiem niezłe wykształcenie medyczne, o ile narzekający na usterki mózgu cyborg jak ja, jest w stanie oceniać czyjąś wiedzę. W końcu po ocenie jego wyników badań, przystałem na propozycję odesłania Wekłaja do domu, poza Hakassi. Na podwózkę zgłosił się sam Orn, któremu dałem dyskretnie do zrozumienia, że sam niestety mam pewne zajęcie do wykonania. Niebawem więc rozstaliśmy się w swoje strony, ja do sali konferencyjnej, by zamienić dwa słowa z wiceministrem Dunem, by dostać rozkaz wyruszenia na Plac Gubernatora, zaś Orn wziął ten prosty śmigacz powietrzny, którym zabrał Wekłaja do kosmoportu, czy czegoś o podobnej nazwie. To zostawiło mnie tylko z EV-1, którego jak się okazuje - nie potrafię pilotować. Co za tym idzie można mnie spokojnie wykreślić z listy potencjalnych pilotów kosmicznych. Rozmowa na dachu z tym złomem JP-02, przyniosła oświecenie, by po prostu zamówić taksę... ech, co miało mieć niebawem okrutne reperkusje, które były trudne do przewidzenia, można się w ten sposób spróbować wybielić. Wyruszyłem więc na nasz most, gdzie niebawem przybył po mnie pogodny, pracowity A-kła-lisz, o imieniu Karpi, który był dawnym współpracownikiem tego jaszczura, Ucznia Glauru. Dzięki więc jego wsparciu udało mi się dotrzeć po wielu godzinach lotu na Plac Gubernatora.

Oczywiście początek spotkania nie mógł obyć się bez scen, które polegały na żołnierzach reżimu, którzy pragnęli mnie wykopać ze swojego kwadratu za naruszenie przestrzeni, która jak się miło okazać, wcale nie była publiczna. Może niepotrzebnie narzekam, ale czy nie moglibyśmy sobie wyrobić jakiejś... legitymacji Jedi, przy wsparciu reżimu Hakassi, aby do takich sytuacji nie dochodziło? Z tego co pojąłem to nie mamy żadnych oficjalnych dokumentów, które mówią "tak, my to Jedi", a mogłoby się przydać. Mógłbym się tym z chęcią zająć, jeśli tylko wyrobienie nam oficjalnych plakietek ludzi biegających z mieczami świetlnymi, to w waszych oczach dobry pomysł. W końcu nie każdy z nas jest Mistrzynią Vile, Rycerz Valo, albo zmarłym Padawanem Farhirem, by zostać od razu rozpoznanym przez byle pierwszego żołdaka.
Gdy już wyjaśniliśmy kwestię, że ja to faktycznie ja, a mało tego, staram się nadać teraz znaczenie swoim zapomnianym czterem literom, służąc Jedi, to żołdacy reżimu okazali się... mmm, chciałem napisać mili, ale to chyba nie do końca odpowiednie słowo, bardziej porządni po prostu. Mając jeszcze chwilę do spotkania, ja i Titan wdaliśmy się po prostu w dyskusję z członkami Be-Pe-Pe, by poznać lepiej motywy ludzi, którzy dobrowolnie rezygnują ze swojej wolności, powierzając decyzyjność w sprawie planety w ręce istoty, którą uważają za najbardziej inteligentną w rządzie, oczywiście daleko mi i Titanowi do negacji geniuszu Gubernatora. Próba dyskusji i wskazania, że w przyszłości genialny przywódca narodu może zostać zastąpiony przez megalomana pokroju tego imperatora z ostatniego imperialnego reżimu, nie przynosiła raczej zbyt widocznego skutku, gdyż zostałem zbyty argumentem, że i tak prędzej czy później dojdzie do kolejnej wojny w galaktyce, która doprowadzi do przetasowania sił. Szczerze powiedziawszy, ze względu na moje luki w pamięci nie byłem pewien, czy sobie ze mnie żartują, czy mówią poważnie, ale po powrocie do naszej placówki Jedi, odświeżyłem sobie trochę bardziej fakty historyczne, i wychodzi na to, że... nasz galaktyka to pokur***** - ekhem, Panicz Magnus chciał użyć słowa chaotyczne - miejsce, które nie potrafi przetrwać paru lat, bez wszczynania kolejnej wojny czy to na pełną skalę, czy na skalę lokalną, która i tak prowadzi do reperkusji w innych zakątkach gwiazd. To sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nasz byt ma sens? Hmmm, pewnie ma, bo bez nas ci popaprańcy spłonęliby w ogniu nuklearnym tysiąc razy, bez interwencji Jedi. Za bardzo się chyba jednak rozwodzę i odchodzę od tematu

W końcu zdałem sobie sprawę, że każę a siebie czekać wiceministrowi Dunowi, co jak Titan wspomniał, mogło pozostawić złe wrażenie, co w połączeniu z moją codzienną mimiką rozeźlonego gladiatora i szpetną twarzą (estetycznie, w końcu daleko mi do szpetności poniesionej w boju przez Radamę chociażby. Titan sugeruje, że w kręgach chociażby Mandalorianek, mógłbym uchodzić za przystojnego panicza), mogłoby przekreślić wszelakie próby negocjacji. Na całe szczęście wiceminister Dun, sam podchmielony minister Carant Sherben i jakiś cholerny gryzipiórek i wesz, pożal się Mocy dziennikarz, Alexander Jonas. Tak jakbyśmy potrzebowali takiego śmiesznego zawodu i redakcji będącej na smyczy reżimu Hakassi, śmiechu warte. Spotkanie więc w sprawie sojuszu z Kalist VI odbywało się na świeżym powietrzu, tuż przy czczonym grobie poprzedniego Gubernatora. Nie zrozumcie mnie źle, gdybym nie widział tragicznego poziomu żywota ludzi z Kalist VI, to nigdy nie optowałbym za próbą zawiązania sojuszu z reżimem z Hakassi. Nie chcę w końcu uczestniczyć w umacnianiu władzy rządu o charakterze około-dyktatury, co by świadczyło o dalszej porażce nas, Jedi, bo nie potrafiliśmy wpaść na rozwiązanie uratowania tej planety, bez wpychania jej głębiej w sidła rządów jednej osoby. Po prostu uważam, że bez takiego sojuszu ludzie z Kalist VI wymrą, albo zostaną wykupieni za bezcen przez prywatne korporacyjnie. Z dwojga złego, wolę więc by rozwinęli się przy wsparciu Hakassi, bo z żadnego innego miejsca nie mogą wyczekiwać wyciągniętej, pomocnej dłoni. Pewnie ktoś mądrzejszy ode mnie może stwierdzić, czy to czyni ze mnie zaledwie pół-hipokrytę, czy jednak pełnego, rozwiniętego, zakutego hipokrytę.
Ku mojemu zaskoczeniu i Titana pewnie też, spotkanie przebiegło zaskakująco dobrze. Oczywiście na samym wstępie wiceminister wspomniał, że budowa tej nowoczesnej oczyszczalni-tamy, będącej propozycją Rycerz Valo pozostanie ściśle tajna, i jedynie najbardziej zaufani współpracownicy rządu (a jakże), zostaną do niej skierowani, więc dodatkowe ręce do pracy ściągnięte na kontrakcie z Kalist VI wedle mojej propozycji, nie będą akurat w tej sprawie potrzebne. Szybko więc zmieniłem drogę argumentu, tym razem sugerując, że może warto byłoby więc takich pracowników skierować do pracy konstrukcyjnej, inżynierskiej, czy stoczniowej, gdzie wciąż zapewne są pewne wakaty. Jednym zdaniem - by zapełnili luki w oficjalnych projektach, które powstaną przez skierowanie zaufanych pracowników reżimu do budowy tamy. Obserwując mimikę i słuchając komentarzy rozmawiających ze mną osób, było bardziej do przyjęcia, podobnie jak moja argumentacja, że Kalist VI będzie tak naprawdę zależeć na sojuszu z Hakassi, nawet jeśli nie będą chcieli przyznać tego otwarcie, bo bez naszego wsparcia to zadupie galaktyki ze skorumpowanym rządem po prostu umrze prędzej czy później. W naszej gestii pozostaje przedstawienie jedynie mojej propozycji w zjadliwy sposób, by mieli dość dobry pretekst do układania się w ich odczuciu, z diabłem. Ostatecznie w końcu ani rząd Hakassi, ani Jedi, nie cieszą się dobrą reputacją na Kalist VI, choć może w naszym przypadku się do niebawem zmieni, dzięki wsparciu naszego niedawnego, czerwonoskórego wroga, który przekazał Radamie nagranie, w które do pewnego stopnia wybiela, głównie tego Chissa-psychopatę i jego koleżkę, religijnego fanatyka, którzy spowodowali burdę na Nar Shaddaa. Może to pomoże w lepszym ułożeniu negocjacji w które się wpakowałem, bo zdaniem wiceministra mogę się nieźle nadawać - haha - do upewnienia się, że sojusz między Hakassi, a Kalist VI faktycznie będzie mieć miejsce.
W drodze dalszych rozważań ustaliliśmy, że na pewno nie powinienem proponować Kalistańczykom wsparcia poprzez dostawy sprzętu wojskowego, którego nawet na samym Hakassi nieźle brakuje, co oznacza, że powinienem grać głównie, proponowaną przeze mnie kartą rozwoju edukacji i kompetencji na Kalist, przez umożliwienie ich studentom i pracownikom naukowym do zdobywania wiedzy u nas. Wykorzystałem też pomysł wiceministra, by jakoś w moją historię (gdyż prawdopodobnie nie powinienem się podawać za pełnoprawnego Jedi) wpleść fakt, że zostałem skrzywdzony przez śmieci z Sektora Korporacyjnego. Z początku powiedziałem, że na to już pewnie za późno, gdyż służby z Kalist znają moją wersję wydarzeń, gdy byłem przesłuchiwany w obecności Padawanki Rhenawedd, że ten przeklęty implant, został mi wstawiony przez huttyjskich gangsterów. Po chwili jednak oświeciło mnie, że przecież można powiedzieć, że moja lokalizacja i działalność w dawnej przestrzeni Huttów mogła zostać zdemaskowana przez informatorów Korporacyjnych, którzy podali mnie na srebrnej tacy Huttom, dzięki czemu złapali mnie i uczynili swojego marionetkowego gladiatora. Taka teoria przypadła do gustu wiceministrowi, któremu zdaje się zależało na wynalezieniu sposobu na dokopanie Korporacyjnym, wobec czego nie miałem oczywiście obiekcji. Niewolnictwo syntetyków musi się skończyć.

Po omówieniu dodatkowych szczegółów i ustaleniu, że pozostaje mi wymyślenie do jakiej innej grupy Jedi mogłem przynależeć (w czym będę potrzebować wsparcia), aby moja historia trzymała się kupy na tyle, by rząd Kalist VI zechciał wysłuchać mojej propozycji sojuszu z Hakassi, pożegnałem się ze zgromadzonymi i wezwałem ponownie Akłalisza Karpiego, aby mnie zabrał do domu, zatrzymując się po drodze w spożywczym, by kupić dwa czteropaki... bodajże braxanckiego ale, które obiecałem naszemu Akłaliszowi Porgo, za to, że załatwił mi cyfronotes w klawym stanie. Krótko po wylocie ze stolicy, wszystko musiało się spaprać...

Nie jestem pewien ile czasu minęło, nim taksówka została trafiona chyba jakimś impulsem EMP, bo usmażyło to od razu akumulator mojemu przyjacielowi, jak również na jakiś czas wywaliło korki w moim implancie, a ponieważ jest on zespolony z większością moich procesów mózgowych, straciłem całkiem przytomność. Ocknąłem się dopiero na piaszczystym podłożu, rąbnęliśmy z taką siłą, że wyleciałem na zewnątrz razem z drzwiami, a może to poczciwy Karpi próbował mnie wyciągnąć z wraku? Trudno teraz powiedzieć. Horror miał się dopiero zacząć, gdy zbliżyły się do nas dwa śmiecie, które bez zastanowienia, bez jednego zdania powodu, rozstrzelali Karpiego, sprawiając, że jego łeb eksplodował jak zgnieciony nabooński arbuz, obryzgując mnie swoją treścią...
To... mnie złamało, byłem świadkiem dokładnie takiej sytuacji, o której opowiadałem Rycerzowi Ashtarowi, Zoshowi i Uczniowi Glauru. Na moich oczach niewinna istota, kompletnie niezwiązana ze sprawą została zamordowana z zimną krwią. Mój dopiero co reaktywowany mózg, pracujący wespół z piekielną maszynką... Po prostu oszalał. Tamci chcieli, abym się poddał i współpracował, ale nie mieli pojęcia, że to stało się po prostu niemożliwe. Jedyne czego dalej pragnąłem to ich śmierci, wyegzekwowanej w najbardziej bolesny sposób. W przypadku jednego z nich udało się. Rzuciłem się jak rozwścieczony barbarzyńca na stojącego nieopodal mnie najemnika, licząc, że jego partner zawaha się i nie użyje wyrzutni rakiet na własnym kumplu. Oczywiście skrzywiony cyborg musiał się mylić. Drugi najemnik jak miało się okazać nie czekał na to, aż rozpruję jego koledze brzuch, tylko skorzysta z okazji, że jestem zajęty kimś innym, by mnie powalić na podłoże. Jedyne co mi wtedy pozostało, to wykorzystanie pierwszego najemnika w postaci żywej tarczy, co pewnie uratowało mnie przed śmiercią, pozostawiając dotkliwe poparzenia, które nawet w moim amoku były odczuwalne. Płonąłem więc razem z cielskiem pierwszego najemnika, którego postawiłem jako zasłonę przed główną częścią wybuchu. Nie wystarczyło mi sił do dalszej walki, upadłem na piach i straciłem przytomność, a może pozostali przy życiu najemnicy mnie po prostu ostrzelali, by upewnić się, że nie obudzę się w najbliższym czasie?

Co więc było dalej? Czas zlał mi się w jedno, gdy przebudziłem się w bazie najemników, miałem wrażenie, że minęło zaledwie parę minut, szczególnie przy pulsującym bólu poparzeń. Pierwsze co ujrzałem, to psychopatyczne mordy moich ciemiężycieli, przy których nawet ja wyglądałem na empatycznego i oddanego sprawie obywatela. Śmiecie w rozmowie ze mną zdradzili część informacji, jak chociażby to, że służyli nie tyle Korporacyjnym jak zakładałem całym sercem, co jakiemuś Rodianinowi, który może być prywatnym przedsiębiorcą, lub urażonym politykiem od Korporacyjnych? To oczywiście tylko teorie, powstałe w późniejszej rozmowie z Rycerzem Slorkanem i Mistrzynią Vile, której zawdzięczam wyswobodzenie z niewoli, ale po kolei.
Paskudy chciały, abym wystawił im Rycerza Slorkana na strzał, ich cholerne niedoczekanie. Właśnie z tego powodu zacząłem przypuszczać, że mordercy Karpiego muszą być związani jakoś z Korporacyjnymi, bo, o ile mi wiadomo, Rycerz Slorkan tylko w tamtym miejscu przeprowadził rewolucję, której Titan jest wielkim fanem, ja zresztą też. By skrócić ten przydługawy raport (wybaczcie, moje pierwsze podejście do takiego tekstu), próbowałem udawać, że ja tak naprawdę nie lubię Jedi i będę oczywiście współpracować. Ściemniałem im, że kompletnie nie zależy mi na ich dobrobycie i podawałem błędne informacje o Rycerzu Slorkanie, próbując im wcisnąć kit, że to rębajło bez kompletnie żadnego zmysłu taktycznego. To chyba pozwoliło mi namówić ich do wysłania wiadomości video, poprzez nagranie w którym prosiłem Rycerza Slorkana o wsparcie, ostrzegając, że zostałem zaatakowany przez Korporacyjnych, ale udało mi się jakimś cudem wyjść cało z walki i pochwycić więźnia, którego Rycerz Slorkan mógłby przesłuchać. Gdyby wiadomość nie wydała się Rycerzowi dość podejrzana, do w treści wideo udało mi się też przemycić nadawanie uniwersalnego, galaktycznego sygnału o pomoc, czy też tak zwane SOS, gdy udało mi się zachować kontrolę nad swoim cyber-okiem, by zamigać "...---..." w odpowiednich odstępach. To jednak miało się okazać zbędne i gdy psychopatyczni mordercy udali się na miejsce spotkania, zostali rozgromieni przez samą Mistrzynię Vile, z Rycerzem Slorkanem czuwającym w odwodzie, na wypadek gdyby pułapka była zbyt wyrafinowana, którą oczywiście rozpoznali bez pudła, słuchając mojej dziwnej wiadomości. Z tego co wiem, Mistrzyni Vile zabila mordercę Karpiego, opis jego wyglądu się zgadzał, i odrąbała nogę drugiemu, by następnie przekazać go do aresztu. Jeśli mnie pytać o zdanie - powinien zdechnąć w kamieniołomach, lub zostać zagazowany, cholerne psy Korporacyjnych. Ktoś kto przekłada egoistycznie własny interes nad życie niewinnej istoty, nie zasługuje na łaskę. Może przemawia przeze mnie buchający gniew, ale przynajmniej rezonuje on z pewnym pierwotnym poczuciem sprawiedliwości.
Mistrzyni Vile pozyskała więc informację od jednonogiego najemnika, gdzie jestem przetrzymywany, a następnie oswobodziła mnie z rąk ciecia Akłalisza, który był zatrudniony przez najmoli do pilnowania porządku w ich posterunku, gdy ci próbują schwytać Jedi. Ogołociliśmy to miejsce z wszelkiego sprzętu, który mógłby się nam przydać, a następnie udaliśmy się w podróż do domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Zakładam, że to nie ostatni raz, gdy będziemy musieli się zmagać z wynajętymi psami tego Rodianina, kimkolwiek faktycznie jest. Z jakiegoś powodu ma problem z Rycerzem Slorkanem i też na niego poluje, co wskazuje na koneksje z Korporacyjnymi. Miejcie się na baczności.

4. Autor raportu: Padawan Magnus Valador
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Magnus Valador
Padawan
Posty: 441
Rejestracja: 11 kwie 2017, 20:26
Nick gracza: Zayne

Re: Sprawozdania

Post autor: Magnus Valador »

Jak nie urok, to przemarsz wojsk
Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 28.09.2022 21:30 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Wiecie, Titan po wysłuchaniu mojej historii rzekł, że chyba powinniśmy mieć jakiś fundusz ubezpieczeniowy i zdrowotny, za kabały w które pakujemy się dobrowolnie. Ja wiem, ja wiem, że wszyscy garniemy się do przedwczesnego grobu na własne życzenie, ale... płatny urlop, całą grupą na Naboo nie brzmi chyba jak coś, czym należy wzgardzić bez chwili zastanowienia? Tak tylko stękam i zrzędzę... (ale przemyślcie nasze następne miejsce wyprawy... na pewno na Zeltros jest sporo światków przestępczych do zwalczenia!)

Wieczór nie wskazywał na chaos nadchodzących wydarzeń, ot spotkawszy Orna rozmawiałem z nim o shebs Ashli, dawnych zmaganiach naszej grupy Jedi i okolicznościach w których mu prawdopodobnie przyjdzie niebawem przeprowadzać rekonesans wśród korporacyjnych śmieci. Wtem, nasze dywagacje zostały przerwane przez zakłócenia na komunikatorze, które w moim mniemaniu, gdy się wsłuchałem w ich częstotliwość, pokrywały się z nadawaniem galaktycznego sygnału SOS. Oczywiście każda osoba w galaktyce i ich babcia wiedzą, że Jedi są naiwnymi, durnymi gizkami, które polecą sprawdzić byle harmider, nawet jeśli to pewna pułapka, bo przecież jest wąska szansa, że któryś hakassański cep turysta, mniej rozgarnięty i zorientowany - adnotacja T1-T4N, wpakuje się w tarapaty AKURAT na plaży w pobliżu naszego budynku, który wybudowany został pośrodku niczego, daleko od cywilizacji. Mniej więcej tak można podsumować moją wymianę zdań z Ornem. Obaj spodziewaliśmy się pułapki, z dużym prawdopodobieństwem zastawionej przez korporacyjnych, ale żaden z nas nie miał w planach siedzieć na shebs, toteż po krótkim epizodzie dozbrojenia się, ruszyliśmy z pomocą AirSwipera na miejsce, które zostało odpowiednio namierzone przez zdolności informatyczne Orna.

Dotarcie na miejsce było kwestią zaledwie paru minut. Orn zaparkował śmigacz tak, aby był w miarę bezpieczny i w pewnej odległości od nadawanego sygnału. Nie minęły dwie sekundy, a coś gruchnęło o poszycie naszego śmigacza, więc szybko wyskoczyliśmy na zewnątrz, by przekonać się, że ktoś po prostu zeskoczył na naszą karoserię, a tym kimś była Catharka o imieniu Vivien. Nie muszę chyba tłumaczyć, że obaj byliśmy w niezłym szoku, który Orn zdaje się starał markować przez seksualne uwagi. Na przewody Lorda Kaana... może po prostu zrzućmy się na wizytę Radamy w lokalnym burdelu "za rogiem", bo chłop przez swoje niebieskie jaja zejdzie na nadciśnienie przed ważnym rekonesansem - Nie, nie, nie, nie! Nie godzi się! - adnotacja T1-T4N.
Vivien miała, jak się mieliśmy przekonać, dosyć prosty cel. Kulturalnie poprosiła, nie mogę powiedzieć, że nie, aby Orn oddał jej swój miecz świetlny, dodając prędko, że moja wykrzywiona relikwia po zmarłym Lokenie, po prostu nie trafia w jej gust i czymś takim posługują się tylko szermierze z Koros? Vivien dawała nam do zrozumienia, że nasza dwójka, w obecnym stanie zdrowia nie będzie stanowić dla niej wyzwania, może nawet w pełni zdrowi nie stanowilibyśmy dla niej wyzwania, stąd proponowała byśmy po prostu pokojowo, bez dalszych sprzeczek oddali jej miecz świetlny Jedi. Próbowaliśmy w rozmowie rozeznać się bardziej, co do jej personaliów - kim jest, skąd pochodzi, gdzie nauczyła się tyle o Mocy, by sądzić, że poradzi sobie z naszą dwójką, ale nic z tego. Staraliśmy się namówić ją nawet, by udała się razem z nami do bazy, by porozmawiać z pozostałymi Jedi, którzy zapewne uzyskawszy dość dobry powód, przystaliby na odstąpienie jej miecza świetlnego, zakładając, że nie była tym całym... Mrocznym Jedi? Sithem? Nie próbowałem jej sondować w Mocy, nie wiem nawet, czy bym potrafił, bo wolałem nie odpływać na jawie, co mogłoby jej dać okazje do łatwego obezwładnienia mnie.
W końcu mieliśmy impas, my nie chcieliśmy oddawać symbolu naszego cechu byle futrzanej kaskaderce, ona zaś nie miała zamiaru czekać, aż przybędzie wsparcie z którym nie będzie w stanie sobie poradzić. Ogłosiła, że daje nam pięć sekund nim przystąpi do ataku. Wiedząc w jakim stanie jest Orn, który dopiero ma okazje wrócić do jako-takiego zdrowia po wielu miesiącach, szybko stanąłem między nim, a Vivien, proponując... w moim odczuciu bardziej cywilizowane rozwiązanie. Wyzwałem ją na pojedynek, jeden na jednego, by Ornowi nic nie zagrażało, obiecując przy tym, że jeśli polegnę, oddamy jej miecz, którego tak pragnie. Kobieta zaśmiała się ponownie, ale zgodziła się, twierdząc, że moje podejście przypadło jej do gustu. Ustaliliśmy zasady walki. Każde z nas daje z siebie wszystko, ja używając miecza i blasterów ustawionych na ogłuszanie, ona miała się nie krępować w stosowaniu znanych sobie technik Mocy, ale jak sama zaproponowała, postara się nie odciąć mi swoim metalowym ostrzem (zdolnym wytrzymać napór miecza świetlnego i o niezłej manufakturze klingi na pierwszy rzut mojego własnego oka), żadnego ważnego organu. Założyłem się z nią także, że jeśli udam i się ją pokonać, to opowie mi więcej o sobie, odpowiadając na moje wcześniejsze pytania. To ją znów rozbawiło, ale zgodziła się na taką stawkę. Warto było spróbować?

W końcu przystąpiliśmy do walki. W głowie zakładałem, że nawet jeśli mi przyjdzie zebrać bęcki, to przynajmniej wstępnie ocenie co ona potrafi. Zauważyłem co następuje, lepiej zorientowanym od siebie pozostawię umieszczenie jej na naszej skali, nie widziałem większości zdolności naszych Jedi, by nawet strzelać
  • Ta Catharka jest naprawdę niezłą wojowniczką i ma w łapach dość pary, aby przetrzymać 3-4, bezpośrednie strzały z kuszy energetycznej w jej zasłonę, lub jeden w pełni naładowany. Nawet po długiej, irytującej wymianie ognia przez wiele minut, nie udało mi się jej powalić.
  • Skacze daleko, znacznie dalej niż ja, wydaje mi się, że przynajmniej na poziomie Padawana, który ukończył swoje szkolenie, co było podczas naszej walki sporym problemem. Ona była w stanie bez problemu wskoczyć na otaczające plażę wzgórza jednym susem, by zregenerować siły. Dla mnie z kolei taka wyprawa na górę była bardziej problematyczna, o czym Vivien doskonale zdawała sobie sprawę, mam wrażenie.
  • Potrafi używać na tyle zaawansowanej telekinezy, by mnie podnieść, lub podrzucić kilka razy, a umówmy się - moje mięśnie, kości i zakuty łeb swoje ważą, szczególnie przy niemałym wzroście.
  • Byłem w stanie utrzymać ją na dystans precyzyjnym ostrzałem, ale kwestią czasu było wyczerpanie ogniw w moim zapasie, a wtedy byłbym dla niej łatwym kąskiem, w bezpośredniej wymianie ciosów - miecz na miecz, była ode mnie znacznie lepsza.
W czasie walki, Orn zdążył zasiąść za sterami naszego śmigacza powietrznego, utrzymując ze mną kontakt radiowy... znaczy ten, komunikatorowy. Miałem pewnie okazje wskoczyć do środka maszyny i uciec wspólnie z Ornem, ale... Po prostu nie chciałem łamać danego słowa i uniemożliwić sobie dowiedzenie się więcej o tej kobiecie i reprezentowanych przez nią interesach. Dodatkowo obawiałem się, że gdybyśmy jej zwiali, to przy kolejnym spotkaniu z którymś z nas nie byłaby tak hmmm... łagodna? Nazwijmy to inwestycją na przyszłość?
W końcu poległem, gdy skończyła mi się amunicja, nie miałem jak jej dłużej trzymać na dystans. Rozcięła mi obie nogi, bodajże lewą w bardziej dotkliwy sposób, uniemożliwiając mi sprawność ruchową i wywołując powierzchowny krwotok. Próbowałem jeszcze kauteryzować swoją ranę, sądząc, że wytrzymam ból i będę zdolny walczyć dalej, ale... przeceniłem swoją wytrzymałość, szczególnie, że cierpię na wciąż świeże poparzenia. Zbliżenie miecza świetlnego do krwawiącej rany wyłączyło mi na moment system, taka to była agonia. Gdy doszedłem do siebie, Vivien spoglądała na mnie pobłażliwie, trzymając w rękach miecz świetlny Rylanora, ale uznając ustalenia naszego pojedynku, komentując, że był nawet niezły. Ja również, ani tym bardziej pewnie Orn, nie miałem zamiaru łamać naszych ustaleń, dokuśtykawszy się do naszego śmigacza, Catharka przejęła wyrzucona przez Orna miecz świetlny, a mi oddała przekazany mi przez Rycerza Slorkana miecz Lokena, znów komentując, że nie jest w jej typie (miecz, nie Rycerz).

Mimo przegranej, trochę się od Vivien dowiedziałem, poznając między innymi jej imię. Oczywiście, jakże inaczej była związana z korporacyjnymi, ale w hmmm... trudny do określenia sposób? To że jest wrażliwa na Moc, to że właściwie nie chciała nam zrobić krzywdy, jak i pragnęła uniknąć konfrontacji z naszymi bardziej doświadczonymi Jedi, sprawiło, że obaj z Ornem byliśmy nieźle zdezorientowani, próbując wymyślić jakie jest jej miejsce w tej układance. Może zbyt wiele czytam między wierszami, ale wydaje mi się, że nie była też zainteresowana tak bardzo Rycerzem Slorkanem? Gdy pytałem ją dalej, rozeznałem się też, że wie coś o Rodianinie, który nasłał na nas śmieci-najemników, którzy zabili Karpiego i złapali mnie, ale nie chciała powiedzieć co dokładnie jest jej wiadome. Nie wydaje się być związana personalną vendettą, ale też gdy ją dopytywałem, wypowiadała się pół-pozytywnie o Sektorze Korporacyjnym, co może wskazywać, że nie są dla niej tylko narzędziem do osiągnięcia wiadomego jej celu?
Ostatnią częścią informacji o tej Catharce jest fakt, że utraciła ukochanego na skutek zarażenia koralem... jorik? Yorik? Substancja zakaźna, tudzież pasożytnicza Vongów, dla zachowania pewnej medycznej precyzyjności, nawet jeśli nie jestem pewien nazwy. Byli z sobą pięć lat, a związek z tego co zrozumiałem opierał się na pociągu do wzajemnie postrzeganego piękna umysłów, bo nie było między nimi kompatybilności reprodukcyjnej, czyli mówiąc wprost - bez sexu. Pożegnaliśmy się raczej pogodnie, na dobrych warunkach, ale jestem pewien, że to nie będzie ostatnie spotkanie z Vivien, czegokolwiek fierfek chce...

W końcu Orn zabrał nas do domu, przez całą drogę dawaliśmy wyraz swojemu zdezorientowaniu i rozważaliśmy, o co może chodzić z tą Catharką, niby-Jedi?

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

W czasie rozmowy z Ornem, przyszła mi do głowy pewna myśl, pewnie pudło, ale kto wie, może takie ostrzeżenie się przyda. Wydaje się prawdopodobne, że Vivien wykorzysta "nabyty" miecz świetlny, by polepszyć swoje zdolności w boju i może sięgnąć po nagrodę z wyższej półki? Razem z Ornem, zgodziliśmy się, że obiecującym kąskiem z lepszym mieczem świetlnym dla Vivien może być Thang, a po namyśle dopisałbym tutaj jeszcze Rhenawedd. Krwawa Dama jest dobra, nawet świetna w walce, ale podejrzewam, że Vivien może dać jej do wiwatu przez zdawałoby się, większe doświadczenie, albo przy odpowiednim wsparciu. Nie wspominając, że z tego co widziałem, Rhenawedd posiada naprawdę niezłe cacko, które ulepszyła nawet od czasów tego zmarłego futrzaka, Padawana Llyn'hana. Zdecydowanie Padawan Panvo, jak i reszta Uczniów, oraz Rycerzy powinna się czuć bardziej bezpieczna, ale uważajcie, nie lekceważcie jej! Szczególnie gdy jej motywy pozostają tajemnicą.

4. Autor raportu: Padawan Magnus Valador
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
ODPOWIEDZ