Sprawozdania

Awatar użytkownika
Liren Monper
Padawan
Posty: 166
Rejestracja: 17 gru 2022, 19:50

Re: Sprawozdania

Post autor: Liren Monper »

Moc pozna swoich - cz. I

1. Data, godzina zdarzenia: 03.09.25, 21:00-2:00

2. Opis wydarzenia:

Stało się. Większość z was wie już z grubsza, co się stało.

Wielu może myśleć, że zabrałem tam pana Kresstara, by go wykorzystać, poświęcić, czy coś takiego. Nie. Oczywiście byłem przekonany, że jeśli ja tam umrę, a pewnie tak będzie, to i on zginie ze mną, ale nie dopuszczałem opcji, w której ja wychodzę żywy, a on nie. Jestem wstrętną gnidą, co wiemy wszyscy, ale mam jakieś śmieszne resztki wizji honoru, co pewnie w mojej pozycji w ramach wymówek mówią wszyscy inni. Zabrałem pana Kresstara, aby razem ze mną miał okazję walczyć przeciwko oprawcom, którzy zabrali mu rozum. Pan Kresstar został przez Avena pięknie przygotowany fizycznie, wykop tunelu połączony z pracowaniem na wikt i opierunek tą pracą zapewnił mu dobrą siłownię i dietę.

Nie chciałem rozmawiać o swoich planach, zamiarach i podejściu, co wszyscy wiecie. Tym większe tutaj moje wyrazy szacunku i szczerej wdzięczności dla madame Mistrzyni Vile. Liczyłem, że gdy to ją poproszę o przewóz do pałacu, będę mógł uprzedzić, że być może nie wrócę, pożegnać się i nie słuchać anty-Jedi morałów o tragedii jaką jest poświęcenie.

Dostałem wiele więcej. Bez pytań, bez morałów, ofertę bycia w pobliżu, pomocy w razie katastrofy.

Dziękuję.

A teraz, do dzieła. Ten raport będzie cholernie długi jak na kawał rozmów i rozmów i nic więcej, a przy tym będzie tylko streszczeniem. Wszystkie dysputy były bezkreśnie długie, bogate, napakowane treścią do eksplozji mózgu i nie chcę próbować was tym zalewać, a skoncentrować się wyłącznie na najważniejszych faktach i tym co za nimi stało.




I. Dziedziniec Sądu

Pan Kresstar miał być dla mnie na wejściu wygodną przepustką, źródłem zamieszania i dodatkową legitymacją. Obecność poszukiwanej ofiary Bruno „przygarniętej” przez skromnego redaktora Galaktycznej Prawdy miała legitymizować, że nie jestem kimś, kto tylko głosi oskarżenia na Sullivana i Gildię, bo tak sobie poczytał. Z Kresstarem u boku miałem wyglądać na kogoś, kto wlazł w tą sprawę bardzo głęboko, tak głęboko, że ubiegł Służbę Cesarską. Ktoś, kto widział i wiedział wiele. A jeśli zginie – pewnie dlatego, że wiedział za wiele i miał rację. Prościutkie. Spodziewałem się, że dość prędko zabiorą go ode mnie gdzieś do innych świadków czy coś takiego. Miłe zaskoczenie, skonsternowałem ich na tyle, że nie zrobili nic; a może bali się robić scenę, gdy grałem wspaniałego opiekuna? Kto by ich wiedział. W kolejce na placu pod wejściem trochę opluwania Gildii i Sullivana, nic szczególnego, spokojny start.




II. Korytarz główny - świadkowie

Kresstar zapewniał mi też dobry pretekst na wyłączanie dźwięku i wideo tu i tam, że niby mój świadek przekazywał dyskretne, prywatne sprawy i z szacunku dla niego kamera szła offline. Czasem ręka bolała mnie od włączania i wyłączania jej przy swoich machlojkach, ale mniejsza z tym.

Potem świadkowie i kolejna horda dziennikarzy. Już na wstępie zdążyłem się dowiedzieć, że świadków przesłuchiwano na jakimś wcześniejszym etapie, przed wprowadzeniem Bruno do gmachu. I że pani Elizabeth Armstrong oczywiście poszło słabo, czego się innego spodziewać. To jednak był dobry moment na szybkie rozeznanie w stanie i motywacji naszych potencjalnych pomocników. Pewnie nikogo nie zdziwię mówiąc, że było źle.

O Karli Dune można było zapomnieć. Rozgoryczona przypadkowa ofiara, która sprawę Armstronga znała z tła, opętana przez Bruno do reszty, z zezłomowaną teraz karierą. Przy całej tej goryczy twarda i charakterna baba, co widać było po tym, jak potrzebowała tylko parę sekund, by nie dać się zaszczuć Kresstarowi. Najlepsze co mogłem zrobić, to nie poświęcić jej uwagi.

Elizabeth Armstrong – chyba wszyscy mogliśmy się spodziewać, że będzie słaba. Na przesłuchaniu nie zdziałała nic, bo… i tutaj kanonada wymówek. Klasyka. Nie zarzucę jej złej woli, nie o to chodzi, zarzucę jej to co zawsze, brak woli. Siła charakteru i wola do wykazania się na poziomie zdrajcy Ioghnisa. Normalnie pracowałbym nad tym, by wykorzystać czas na dyskretne naciski i przymuszenie jej do grania w to co ja, gdy przyjdzie czas na Sali sądowej, ale…

Przez Sophie Lindon nie musiałem. O rany. Cudowna kobieta. Wreszcie spotkałem w tej Sali kogoś, na kogo mogłem liczyć. Forma może niedoskonała, może za wiele wrzasków, za wiele machania rękami, ale wiedziała co się liczy, i energii było w niej na kopy. Doskonale wiedziała po co tam jesteśmy. Jeszcze twardsza, twardziej stąpająca po ziemi i świadoma sytuacji babka, niż opisywał doktor Sellavis. Nie dziwię się, że Armstrong się zabujał. Trzeba było ją trochę podregulować, uspokoić…

Wiedziałem jednak, że to dobry moment zostawić wydarzenia samym sobie. Panienki potrzebowały lekkiego utemperowania, szybkiego, dyskretnego wspomnienia, że przed nimi szef Sellavisa. Doktora Sellavisa przepraszam za robienie z siebie wielkiej głowy która stała za nim, nędznym wyrobnikiem. Tak zaznaczę, bo i tak zapamiętacie mnie za bardzo jako dupka. Potrzeba psychologiczna, szybkie zdobycie zaufania i autorytetu. Działało perfekcyjnie. Trochę przypomnienia o prawdziwym celu i mogłem wszystko zostawić pannie Lindon. Nie tylko darła gębę wyładować się na wątłej woli szlachciance, myślała praktycznie – okej, nie umie gadać, to może zeznania na piśmie do odczytu do kamer. Mogłem zaufać, że sobie poradzą. Sam musiałem spieszyć się zrealizować resztę planu. Spotkać się gdzieś z Turpinem, adwokatem Bruno, przekazać „koktajl” od Sellavisa, za który przy okazji dziękuję, perfekcyjna robota. Pomyślałbym, ze to z superlaba przyprawy narshaddańskiej, a nie chałupki wioskowej. A poza tym musiałem jeszcze spotkać się z sędzią i prokuratorem, zgłosić świadka, poinformować z kultury i uprzejmości, wymienić informacje, aby było uczciwie, niezależnie od potrzeb proceduralnych, z szacunku do wszystkich stron procesu.

Nie no, żartuję, oczywiście, że po to aby przyjrzeć się im i zobaczyć, kogo można wysadzić w powietrze.

W tle inni dziennikarze nękający wszystkich dookoła. Możecie obejrzeć w holowizji, nic ważnego.




III. Balkon - sędzia i prokurator

Zamotałem się lekko dokąd iść w jakiej kolejności, wdałem w rozmowę pod zabarykadowanymi celami, gdzie pobudowałem trochę wizerunku uprzejmego, eleganckiego dziennikarza. Wyciągnąłem sporo informacji o logistyce i organizacji, które nie będą dla was ni ciekawe, ni przydatne. Skończyły się na tym, że wraz z adwokatem Clarkiem Turpinem pojechałem windą na jakiś wyższy balkon tego gmachu, gdzie przebywali sędzia i prokurator. Rozważałem wręczyć mu tam leki dla Bruno, ale tak prozaicznie, nie opłacało się to. Albo poczułby się zbyt pewnie, i to słabo, albo wyposażony w coś do przemytu poczułby się znacznie bardziej zestresowany i w obu wypadkach wizerunek byłby słaby. Skromny detal, ale cała ta misja to skromne psychologiczne detale.

Nadchodziło tak naprawdę najważniejsze spotkanie całego tego procesu. Sala rozpraw? Tam to tylko finał. Cała gra miała odbyć się tam. Panu Parkowi powiem, że to na tym spotkaniu miało miejsce całe układanie sceny w programie holo3D, na sali rozpraw zostało wcisnąć „Renderuj”. Pani Vile i panu Sellavisowi, że to w tej rozmowie pakowaliśmy pacjenta pod elektrody i rezonans, a na procesie zostało tylko zobaczyć skany z wynikami. Chyba rozumiemy wszyscy.

Spotkanie było niesamowicie satysfakcjonujące. Wystarczyło zacząć otwarcie do kamer, stopniowo, coraz bardziej, kierować wątek na Luke’a Sullivana, aby z łatwością ukazać jedno – wszystkie strony unikały tematu. Wszyscy mówili o tym jak o jakimś nonsensie. Zupełnie wszyscy, nawet ci, którym opłacałoby się zasiać chaos. James Nole, ten żałosny podstawiony bezimienny słup, był traktowany jako oczywisty zleceniodawca. Ah, to było piękne. Pozwoliło mi cudownie rozeznać się w tym, z kim mam do czynienia.

Sędzia Arvellis Damar był tam najbardziej kryształowym słupem Gildii, jakiego można sobie wyobrazić. Charyzmatyczny arystokrata dominujący całą salę, rubaszne zaczepki w dobrym smaku, udawana skromność. Wyobraźcie sobie ideał wzorca arystokratycznego elitarysty, który zarazem perfekcyjnie pilnuje, by nie popaść w parodię, by nie być żadnym chodzącym stereotypem. Chodzący stereotyp cechy X, ale bez chodzącego stereotypu, jeśli ma to dla was sens. Zresztą, włączcie radio. Puszczają mu sporo memoriałów. W długich dyskusjach przed procesem doszliśmy w wiosce do wniosku, że są tylko trzy scenariusze. Albo był lojalistą Gildii Górniczej, albo został perfekcyjnie omamiony idealnie złożonym materiałem dowodowym i propagandą medialną, albo był szantażowany.

Druga opcja odpadła prawie natychmiast – to nie był ktoś przekonany i otwarty. Reagował idealnymi rubasznymi żarcikami na wątek Sullivana i większość moich zachowań. Prawdę mówiąc, tyle mi wystarczało. W każdym innym wypadku jego śmierć byłaby ciosem dla Gildii i pokazaniem, że w razie problemów mordują i swoich lojalistów i niechętnych zakładników i w obu wypadkach, słabe te umowy z Gildią. Nie żebym od razu postanowił tutaj go zabić, ale wiedziałem, że należy wziąć to pod uwagę. Jego zręczne, subtelne przytyki i wyrafinowana szydera załatwiły sprawę.

Prokurator Kar Zetor to była całkiem inna historia. Profesjonalista, brzmiał dla amatora na dobrego prawnika, ale na pewno nikogo z takim obyciem społeczno-medialnym, jak rubaszny sędzia podbijający kamery. Nie miał gadane. W kwestii Sullivana wtórował sędziemu, bez przekonania czy energii, bardziej formalnie, choć czasem miał dobre od strony logiki i merytoryki argumenty, znacznie lepsze niż reszta tych pajaców. Ten wyglądał na znacznie bardziej skomplikowany przypadek. Chciałem wziąć go sam na sam.

Przepychanki prawniczo-retoryczne pozwolę sobie pominąć, liczy się rezultat. Dużo teatru, dużo prowokacji. Dużo oplucia Sullivana i Gildii.




IV. Przedsionek - medialna rzeź

Przy powrocie windą trochę głupich gadek o komforcie psychicznym mojego świadka niechcącego rozmawiać z adwokatem Bruno i stroną obrony ze względu na kwestie zdrowia psychicznego i tak dalej, zjazd z adwokatem i dyskretne przekazanie mu leków dopiero wtedy, a potem spotkanie sam na sam z prokuratorem Zetorem, w końcu Kresstar to świadek na korzyść oskarżenia, ofiara Bruno, i trzeba przekazać niezbędne informacje. Prywatnie, bo tajemnica medyczna pana Kresstara. Rany, Kresstar był tutaj przepustką. Bez niego musiałbym wymyślać nieludzkie podchody, by organizować te rzeczy, a jego obecność była argumentem na wszystko.

Do pogadanki przypałętał się zabracki dziennikarz, wtedy nie wyglądający podejrzanie; poza nim wcześniej była kobieta, znacznie bardziej reprezentująca esencję napastliwych mediów, nie był dla mnie podejrzany, jedynie po fakcie mógłbym się wymądrzać. Ah, to było doskonałe. Tam to już zupełnie ich poniżyłem. Maksymalne zwracanie uwagi na to, że przecież adwokatowi opłaciłoby się zwracać uwagę na Sullivana, wielki możny z Gildii to znacznie bardziej wybielające Bruno źródło potężnych nacisków. Prokurator i dziennikarz mówiący, że to byłby słaby argument dla adwokata i w ogóle. No to jak to, prokurator chwalący mądrą decyzję przeciwnika? I tak dalej, i tak dalej. Bawiłem się cudownie wszechobecnym zwracaniem uwagi, jak to wszyscy jakoś unikają Sullivana. Nabierałem jednak pewności, że prokurator jest w to wtajemniczony. Jego obrona wątku Sullivana była zbyt stała, nie było tu nawet żadnego zwykłego „mam to gdzieś, nie moja sprawa”. W przeciwieństwie do sędziego, prokurator jednak nie był osobą tak kipiącą charyzmą i przekonaniem. A do tego, był inteligentny – jego riposty może miały trzy razy mniejszą moc niż sędziego, ale zamiast opierać się o wielowarstwową, subtelną i trudną do wyśmiania szydercę, miały za sobą sporo autentycznej myśli, choć oczywiście był w przegranej pozycji, gdy po prostu miałem rację.

Wyświetl fragment transmisji
Galaktyczna Prawda pisze: Padawan|Liren Monper: Widzicie państwo? Widzicie jaka wszędzie trwa zmowa? Wszyscy gadają o tym słupie. Wszyscy. Zupełnie wszyscy. A widzieli państwo tam na górze jakim przerażeniem nawet adwokat Bruno reagował na mówienie o Sullivanie, gdy powinno to być na jego korzyść
Padawan|Liren Monper: By wrzucić w bieg dodatkowego podejrzanego, zwłaszcza tak wielkiego, na którego tak łatwo zrzucić, że wielki bogacz który wszystkich zastraszał?
Karn Sulfur: Obrona się sypie przy braku dowodów.
Padawan|Liren Monper: A proszę spojrzeć. Wszyscy nagle naraz, każda możliwa osoba, wszyscy przerażeni wzmianką o Sullivanie.
Padawan|Liren Monper: Gdy mają tak łatwy materiał.
Padawan|Liren Monper: Tak to jest, gdy wszystie elity prawnicze wykuto w kuźniach uniwersytetów Gildii.
Karn Sulfur: Panie Zertor, jak pan odpowie na te oskarżenia?>
Ker Zertor: Proszę pana, panie redaktorze, nie będzie pan wciągał mnie w takie dziwne hasła. Jeśli reprezentuje pan jakieś foliarskie gazety, ma pan do tego prawo, ale proszę trzymać się z takim nonsensem z dala od poważnych prawników.
Ker Zertor: Czemu adwokat Marcusa Bruno ucieka od tematu Luke'a Sullivana? Może dlatego po prostu że nie chce się bronić tak głupim nonsensem.
Ker Zertor: Nie popadajmy w foliarstwo.
Padawan|Liren Monper: I prokuratura wspiera wobec tego mądry ruch swojego przeciwnika? Popiera pan mądrość przeciwnika? Popiera pan dobry ruch obrony? I rzekomo nie mamy tutaj zmowy!
Ker Zertor: Popieram niepopadanie w głupoty i nieponiewieranie imienia sądu. Nie chcę obronić ofiar przed farsą, a przed poważnymi argumentami.
Karn Sulfur: Drodzy państwo, jak widać także tutaj trafiają się przedstawiciele stacji niskiego formatu. Tendencyjnych, konspiracyjnych. Jeszcze pan powie, że nie wierzy w płaską galaktykę.
Karn Sulfur: Panie prokuratorze, to chyba najbardziej medialna sprawa pańskiej kariery. Ma pan coś do powiedzenia innym Zabrakom w związku z pańskim sukcesem?
Karn Sulfur: Jak wysoko chce się pan piąć?
Padawan|Liren Monper: A od kiedy prokuratura bardziej broni wszystkich przed rzekomym nonsensem? Od kiedy prokuraturze zależy nie na wygranej ich strony, na ofiarach, a na eleganckim procesie i niemówieniu o Sullivanie?
Padawan|Liren Monper: Kiedy to się zmieniło, bo jak całe życie na Koros, tak to dla mnie nowe!
Ker Zertor: Panowie redaktorzy, może zacznę od... sensowniejszego pytnaia. <Stwierdził po pewnym czasie wahania i patrzenia po wszystkich, w końcu wbił wzrok w Zabraka> Jako Zabrak? Nic. Jesteśmy na Koros, panie redaktorze...
Ker Zertor: W oczach prawa i wierzę że ludu, wszyscy jesteśmy równi. Nie jestem tu jako część mniejszości takiej czy innej, choć na pewno moja zabracka rodzina będzie dumna.. Jednak nie chcę tutaj budować jakiegoś fałszywego przekazu...
Ker Zertor: Ze oto jestem Zabrakiem, ktory robi karierę, że jest z tego przekaz dla rodaków... bo wszyscy mamy te same możliwości.
Ker Zertor: Wiem że czasem trudno w to wierzyć. Wiem że ludzie bywają podli.
Ker Zertor: Wiem jak bywa w szkołach.
Ker Zertor: Ale Koros i prawo Koros zawsze stoją za wszystkimi.
Karn Sulfur: Dużo jednak pana kosztowało wejście na tę pozycję.
Padawan|Liren Monper: No, na szczęście prokurator może uciec od niewygodnych pytań o Sullivana w socjologię rasową. Dzięki Tecie. Tego potrzebowaliśmy. Tego nam brakowało.
Padawan|Liren Monper: Jestem pewien że prawnicy rozmawiający o sprawach rasowych to znacznie ciekawszy materiał dla Koros niż dziwny paraliż każdej strony procesu naraz, gdy mówimy o wygodnym Sullivanie.
Padawan|Liren Monper: Na pewno ocenia to państwo sami na naszym portalu!
Karn Sulfur: Pan jest białym mężczyzną o korosjańskich rysach. Jeszcze strój arystokratyczny. To oczywiste, że nie rozumie pan problemów mniejszości rasowych.
Padawan|Liren Monper: Zapewne. Ale dobrze rozumiem, że każdego dnia jest o tym siedemnąscie programów od innych stacji.
Padawan|Liren Monper: A o Sullivanie jakoś nic.
Ker Zertor: <Gapi się z powrotem na Lirena. Czerwienieje lekko> Właśnie. Właśnie. Tak jest. Dokładnie tak. Panie redaktorze, ja po prostu nie wiem co mogę panu odpowiedzieć.
Ker Zertor: To pan doszukuje się tu dziwnych rzeczy.
Ker Zertor: Mogę tylko współczuć kierunku taniej sensacji.
Karn Sulfur: Żadna stacja nie chce paść ofiarą zarzutów o zniesławienie. Jeżeli pańskiej to pasuje, oby ich było stać na odszkodowanie.
Padawan|Liren Monper: Osobiście tylko czekam na proces! To będzie wymagać wygarniecia wszystkich papierów.
Kresstar: <Łapa jaszczura zaczyna ciążyć nieco bardziej na plecach Lirena, jakby musiał coraz bardziej się o niego podpierać>
Padawan|Liren Monper: Jednak czas zaczyna nas gonić. Proszę państwa, czy mogę prosić o chwilę na osobności, ja, świadek, pan prokurator? Muszę przekazać informacje w sprawie świadka, skoro będie to świadek oskarżenia.
Padawan|Liren Monper: Dotyczy to spraw medycznych i tajemnicy zdrowotnej pana Kresstara.
Padawan|Liren Monper: Muszę prosić o minutę prywatności.





V. Prokurator

Gdy już wygoniłem dziennikarza kwestią tajemnicy medycznej Kresstara, musiałem zaryzykować. Potrzebowałem stronników.
To od czego zacząłem, dobrze zapamiętam, to jedyne co zacytuję słowo w słowo, bo długo układałem, jak rozdeptać mu psychikę w jednym zdaniu.
„Chcą zabić Bruno, bo jest zbyt niewygodny. Myślisz że nie zlikwidują ciebie? Dla samej pewności. Poczekają. Małą chwilę. A potem upewnią się, że wtajemniczeni w to gówno pójdą do ziemi. Chcą zabić swojego najlepszego współpracownika. Sędzia jest ewidentnie kupiony po same uszy. Ty z kolei ewidentnie czasem ledwo wiesz co mówić. Są dwie opcje. Jedna, jesteś przez nich kupiony jak Bruno i cię sprzątną. Druga, wstawili cię w to licząc że będziesz ich słuchać bo jesteś nowy. I tak samo pozbędą się ciebie dla pewności, żeby potem nic ci się nie wymsknęło. Dobrze widzisz, jak bardzo Nole jest pieprzonym słupem. Znasz papiery. I masz łeb, widzisz jak to dennie szyte.”
Plus minus dwa słowa w tą czy drugą, synonim taki czy inny. Plusem moich słów na pewno było to, że były prawdziwe. A gdyby nie były prawdziwe, gdyby nic nie wiedział i był w to wepchnięty jako gamoń… wątek Sullivana na pewno się pojawiał chociaż odrobinkę, więc powinien pomyśleć „o jasna cholera, słyszałem tylko jedną dziesiątą”, a cała reszta była zbyt wiarygodna, zbyt okrutna i zbyt straszna i powinien był chociaż pęknąć.

Oh, poszło pięknie. Popękał. Wykłócał się. Brał mnie za wariata, skretyniałego konspiraciarza, czy jak to się wysławia. Ale to było bardzo łatwo zdeptać. Powiedzieć tylko, że spójrz, kretynie. Mam przy sobie Kresstara, współorganizatora wielkiej ucieczki. Zostało spytać, na co stawia bardziej? Że jestem zwykłym aferałem krzykaczem, który przypadkowo znalazł Kresstara pod śmietnikiem i układa sprzedające się bajki, czy może jednak jestem w tej grze potwornie daleko przed Gildią i Służbą Cesarską i coś jest na rzeczy? Kresstar znów był dla mnie przepustką i argumentem ostatecznym. Do tego jeszcze kilkukrotne podkreślanie, że przecież nie jest idiotą, widział te papiery, na pewno widzi prawdę. Zalałem go prawdą, najbrutalniej podaną jak się da. Krótkie, dosadne, jak najbardziej bolesne pogróżki podane jako fakty i oczywistość kogoś, kto siedzi w tym po uszy, kto dorwał Kresstara nawet przed nimi, sporo zaadresowania jego intelektu, bo działałoby w każdej wersji; jeśli miałem rację i to widział, to kupiłoby go to, jak perfekcyjnie go rozegrałem i oceniłem. Jeśli nie miałem racji i tego nie widział, mózg zmieniłby się w galaretę z przerażenia, jak wiele on może nie wiedzieć i nie rozumieć wobec tego.

Prokurator był mój. Nie mógł ściągnąć Sullivana na miejsce, tu miał rację, słusznie stwierdził, że przecież nie zrobi tego na jeden hologram, tu trzeba kontaktu, wezwań, doprowadzenia go na miejsce, angażu biura, nie zrobi tego sam. Wobec tego – miał powiedzieć prawdę o tym, że wszyscy kazali mu unikać tematu Sullivana, że jest tu zmowa. Obiecałem, że go wyciągnę, padła łagodna i delikatna wzmianka, że jak przeżyjemy obalenie tego spisku planetarnego, to na pewno w nowej erze dorobi się eleganckich fuch, trochę uspokojenia, trochę przypomnienia że go zamordują, wspomnienia, że jestem szefem Sellavisa – to przy tym co zrobił on, ja muszę dopiero ogarniać, prawda?

Nie wiedziałem, czy prokurator wytrzyma, czy mnie posłucha, czy zrobi co każe. Ale był nadkruszony, potencjalnie całkiem kupiony. Wiedziałem, gdzie były pęknięcia materiału do naciśnięcia na procesie, jeśli stchórzy.

Proces był już mój.

Pozostało iść go obejrzeć…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Liren Monper
Awatar użytkownika
Liren Monper
Padawan
Posty: 166
Rejestracja: 17 gru 2022, 19:50

Re: Sprawozdania

Post autor: Liren Monper »

Moc pozna swoich - cz. II

1. Data, godzina zdarzenia: 04.09.25, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Na odchodne, wydobyłem z prokuratora szybką wiedzę o sędzim Damarze. Wiedziałem już wszystko. To był z pewnością szczyt śmiecia z Gildii Górniczej. Cały jego życiorys to esencja arystokratycznej elity, wiele pokoleń najlepszych prawników i tak dalej. Klasyka elit wykupywanych przez Gildię od tysiącleci. Nie chce mi się wdawać w szczegóły, przez miesiące o nich debatowaliśmy.

Szczerze mówiąc, w windzie chyba omdlałem z ilości stresu i wrażeń.




Zostało wybrać się na salę rozpraw. Bardzo delikatna sprawa. Sporo instrukcji do pana Kresstara po drodze, w międzyczasie spotkanie w holu przed salą, ze świadkami.

Słusznie zaufałem pani Lindon, Elizabeth Armstrong wyglądała na solidnie psychicznie przekopaną, zmotywowaną i zorganizowaną. Nie wierzyłem, że będzie z niej jakiś poważny pożytek póki nie dojdzie do wygodnej sytuacji, póki nie będzie mogła iść za psychologią tłumu. Wiedziałem, że nie poradzi sobie z presją, ale zważywszy na to, że miałem nadzieję podbić salę rozpraw, sądziłem że uda się, by dołączyła na gotowe. Panny Lindon nie trzeba przedstawiać. W tle hordy dziennikarzy, a mi zostało przeprowadzić ostatnią medialną scenę, póki miałem czas.

Wcześniejsze chwile z sędzią i prokuratorem, a potem z oskarżycielem na osobności, stworzyły mi piękne podwaliny, pokazałem ludziom sporo materiału sugerującego dziwny smród, niejasne zmowy. Zapowiadało się, że na sali rozpraw czeka na mnie wiele amunicji, tak więc… poszedłem na całość. Miałem pełną podbudowę. Do mikrofonów popłynęła cała lawina otwartych oskarżeń, jawnego wyśmiania oczywistości spisku, a na koniec to co marzyłem wrzeszczeć do kamer od lat – że oglądamy przykład powrotu do tego co pięć tysięcy lat temu. Że to jeszcze raz epoka naszej kochanej Tety. Działało dobrze. Panna Lindon i pani Armstrong dołączyły tak elegancko, jak były w stanie. To była dobra scena, to był otwarty bezkompromisowy atak, zbudowany na kompromitacji jaką ponieśli wcześniej wobec moich nagłych ataków i argumentów.

Poszedłem na salę rozpraw spokojny – już ta scena, już te wątpliwości, już ta retoryczna rzeź, którą im zafundowałem, to było dość, bym wiedział, że ten dzień pomoże Koros. Nie, nie mam się za jakiegoś geniusza oratorskiego, to dzieło maniaka, który codziennie powtarzał pod prysznicem każdą możliwą ripostę.






Sala rozpraw była na początku wyjątkowo krucha. Kresstara chciałem usadzić jak najbliżej innych świadków, aby mógł ich chronić i aby był dalej ode mnie, na flance. Sam chciałem usiąść gdzieś jak najbliżej dziennikarzy – spodziewałem się, że jeśli będą gdzieś agenci Gildii, czujki czekające by zdjąć Bruno jeśli sprawa się posypie, to właśnie wśród nich, wśród anonimów. Sam musiałem usiąść w pierwszych rzędach, aby front mojego ciała nie był w niczyich kamerach i bym w razie czego miał łatwo z użyciem broni. Miałem szczęście, podium prokuratorskie było akurat naprzeciwko sekcji bogatej w dziennikarzy – musiałem ocalić Kara Zetora i dotrzymać obietnicę, gdyby coś się stało. A byłem tam absolutnie po to, by się stało, by pożoga i chaos pożarły salę.

Sędzia otworzył rozprawę. Pominę, zobaczycie w holowizji, a i prawnicze przemowy nikogo pewnie nie ciekawią. Zaczęło się od ogólnych oskarżeń i osoby Benedicta Armstronga. Prokurator Zetor minimalnie się jąkał – nic co nie wyglądałoby jak zwykła trema pod wpływem ilości kamer. Cieszyło mnie to, Bruno może i dostał zastrzyk energii w syropku sellavisowym, ale na pewno potrzebował trochę czasu i pokonania nerwów. To było słychać. Brzmiał jak Cryxen na finale gorączki. Ja w międzyczasie próbowałem wywierać nacisk spojrzeniami. Efekt pewnie tak żałosny jak opis, mi też duszno pisząc to, nie martwcie się.

I nadszedł czas. Prokurator zapytał, kto był zleceniodawcą, z jakiej motywacji powstał ten syf i po co…

Bruno i Turpin dotrzymali słowa. Z trudem, Bruno przyznał, że chodzi o Sullivana. MIAŁEM TO.

Ale nie, od razu próbowali to łagodzić! Połowa dziennikarzy uznała że Bruno ma majaki, ten śmieć sędzia Damar natychmiast zaczął mordować moją scenę. Oskarżyciel ewidentnie wchodził w coraz większe pogubienie, nawet w odpowiedzi na to że zleceniodawcą był Bruno, serio walnął jak na autopilocie, a jednocześnie z chorym wysiłkiem „Co może pan powiedzieć o tym jakie rozkazy otrzymał pan od tego calego Jamesa Nole'a?”. Musiałem się przebić. Zacząłem wrzeszczeć na całe gardło o Sullivanie, robić chlew. Podziałało. Bruno zaczął z wysiłkiem powtarzać swoje słowa, udało mi się nie dopuścić by reakcje sali wygrały. Sophie pomogła, wrzeszczała swoje – nieskładnie i dziko, ale dzielna babka znowu dowiozła. A Kar Zetor… Aaah. Gapił się, kompletny szok, wstrząs. Kilkadziesiąt sekund ciszy. A potem jąkanie się i bełkot: „Strona oskarenia pragnie zapytać oskarżonemu- strona oskarżenia ma pytanie-ee, yy”. I kompletnie popękał.

Wszyscy widzieli to w holowizji. Byłoby nietaktem teraz recytować przeze mnie paniczne, schizoidalne wrzaski zniszczonego paniką prokuratora Zetora. To dobry Korosjańczyk, który na to nie zasługuje. Wszyscy widzieli, jak wrzeszczał w popłochu, że chcą nas pomordować, że wszyscy są w spisku, że Sullivan to-tamto. Jak błagał o pomoc i krzyczał. Przyznam coś okropnego, że po prostu nie umiem oddać słowami co za rozkoszą było słychać tych panicznych wrzasków. Sprasowałem i zmasakrowałem jego psychikę najbrutalniejszą prawdą, Bruno dobił go mordując ostatni promil niepewności co do prawdy moich słów, a wokół kamery i Gildia. Prokurator Zetor wpadł w bezkresny amok i szok. Wydzierał się w ataku psychozy. To… to było moje zwycięstwo. I nie chcę sycić się czyimś strachem, ale czy to złe, że odrobiną terroru i jednym dniem popsutego tętna zrobiłem z niego bohatera?

Słuchanie jak sędzia Damar i dziennikarze próbują żałośnie ratować sytuację było piękne. Usiłowali, ale nikt nie był gotów na taki pogrom, to nie miało sensu, nikt w planach B nie zakładałby tak kompletnej schizy na sali rozpraw. Każdy więc gadał co innego, a większość też popadła w panikę. A ja doskonale wiedziałem co mówić i nie przestawałem nawet na pół sekundy wywrzaskiwać prawdy.

Mój sen się spełnił. Gildia pogrążyła się w panice.




ObrazekOpustoszałe ulice przed sądem.




Pozostało mi jeszcze umrzeć. Do sali wpadły granaty błyskowe, znokautować kamery na czas opanowywania sytuacji. Jeszcze lepiej. Siedziałem przez cały ten czas mapując w głowie salę, więc nie było wielkim kłopotem rzucić na oślep ładunkami chemicznymi Avena w kierunku sędziego. Zdechł na miejscu, tak oto Gildia natychmiast zamordowała swojego agenta raptem 10 sekund po tym jak oskarżyciel wyznał o nim prawdę na oczach całego Koros. Kiedy kamery i ludzkie oczy zaczęły wracać do żywych, Arvellis Damar leżał martwy, obok jedynych drzwi do sali rozlały się feromony Bruno, by pan Kresstar kupił nam choć chwilę i wiedział z kim walczyć, a ja zderzyłem się z prokuratorem, którego biegłem osłaniać przed mordem. Mądrze osłaniałem głowę pseudo-protezą podczas biegu, bo od razu rozpoczęła się moja egzekucja. Gdy zbierałem się z podłogi, moją rękę smażył topiący się metal. Było ciężko. Znacznie ważniejsze od mojego przetrwania, było aby przeżyli Bruno i prokurator. Gildia musiała kompletnie spartaczyć i zabić tego lojalniejszego podczas "sprzątania świadków", a prawdziwi zdrajcy musieli ocaleć. Męczennik z dziurą w głowie to jeszcze nie taka tragedia, nie żebym chciał nim być, ale priorytety musiały być jasne. Adwokat Turpin też fajnie by przeżył, ale dużo gorsza porażka gildii to przeżycie Bruno. Faktyczni świadkowie byli raczej bezpieczni, plus Gildia nie mogła po prostu rozstrzelać wszystkich.

Zabójcą wroga okazał się ten cały Sulfur, Zabrak, ten sam przy którym orałem prokuratora na kamerach…

Wepchnąłem prokuratora Zetora pod jego zgruzowane podium. Może i był to prawnik, ale nadal Zabrak, geny zrobiły swoje, dał radę dobrze się tam okopać podczas naturalnych, panicznych wrzasków. Świadkowie nieprzytomni, ogłuszeni granatami. Ja tymczasem zostałem szmatą do podłogi dla tego zabójcy. Gdyby nie Kresstar, byłbym trupem, dorwał tego śmiecia zanim ja się zebrałem z bólu, ale i tak dalej pruł we mnie blasterem. Nie mieliśmy innej drogi jak tylko wypruć z siebie ostatnie oddechy, byle nie dać mu ruszyć uzbrojonymi w blastery łapami. Nawet we dwóch na jednego ledwo szliśmy na remis ze wskazaniem na nas. Jest we mnie może trochę Mocy, nadrabiającej marne wszystko inne, ale ledwo tyle, by nadawać się do pomocy Kresstarowi z kompetentnym zabójcą, gdy nie mam miecza świetlnego. Wygraliśmy to cudem.

Gdy zabójca przegrał, a blaster trafił w moją rękę, prymitywne boty na sali dopiero zareagowały, niby jak oskryptowane, reagujące na obecność broni palnej… ta, a wcześniej nie. To te zwykłe Mk. ileśtam. Te, które są wszędzie w kosmosie jako najtańsze boty bojowe. Te z bunkrów na Hakassi. Trzy, albo cztery. Nie pamiętam, prawie mdlałem. Ta, wiem, kompromitacja. Nie jestem jednym z was, prawie mnie rozstrzelały. Ledwo przetrwałem dzięki pomocy Kresstara odwracającego ich uwagę. Moje palce ledwo już trzymały blaster. Miałem dziurę w brzuchu, nie do organów wewnętrznych, ale krew i resztki mięsa były wszędzie. Ledwo żyłem. Robiłem co mogłem by osłaniać Kara Zetora, Bruno i Turpina.

Na miejsce wszedł oficer Służby Cesarskiej, na czele grupy droidów. Szczerze, droidy nie byłyby potrzebne. Ledwo już i tak trzymałem ten blaster. Byłbym trupem.

Ale wtedy otworzyły się drzwi. Mistrzyni Vile dobiegła. To był koniec. Dożyłem.

Levyzman Rall wysłał po nas transport cesarski, gdy ja prawie mdlejąc próbowałem ogarnąć kogo wywozimy i osłaniać nas jedną ręką z pistoletem.

Podsumowując... Przez cały ten dzień od niepokornego redaktora Galaktycznej Prawdy szło coraz więcej słów prawdy o Luke'u Sullivanie i Gildii Górniczej, którym nikt nie wierzył, które nie smakowały zadziwiająco każdego, także tym, w których interesie był bełkot. Potem na sali rozpraw przerażony oskarżony Marcus Bruno wyznał to samo. Prokurator w agonalnej panice wywrzeszczał bełkot o spisku galaktycznym, Gildii, Sullivanie, zmowie całej prokuratory i sądu, ujawnił że sędzia to agent Gildii i zamordują zaraz wszystkich. Świadek Sophie Lindon dołączyła. Następnie okazało się, że to faktycznie prawda, Gildia zamordowała swojego zdekonspirowanego agenta, próbowała prokuratora, ale dzielny redaktor go ocalił i sam prawie tam zdechł jak zarżnięty ogar, ocalony przez heroicznego Trandoshanina, a potem wielka Mistrzyni Jedi powstrzymała rzeź. I jakimś cudem męczennik przeżył, miły bonus, nie powiem. Skłonność do poświęcenia i zdolność do tego nie oznacza od razu myśli samobójczych, głupoty, lekceważenia swojego życia czy coś, wiecie.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Liren Monper
Awatar użytkownika
Grokk Zhor
Padawan
Posty: 74
Rejestracja: 27 lis 2024, 8:55

Re: Sprawozdania

Post autor: Grokk Zhor »

Mocny towar

1. Data, godzina zdarzenia: 31.07.25, 07.08.25, 16.08.25


2. Opis wydarzenia:

Trafiliśmy na Odika zgodnie z planem. Szczegóły bez znaczenia.

Mistrz Ashtar znalazł ano całkiem sensowny teren, zresztą o to tam nietrudno. Wszędzie pełno miejsc typu kilkadziesiąt kilometrów od poważniejszej cywilizacji, albo wielkie miasta wojskowe, albo miasta więzienne, albo rozlane wszędzie farmy trochę jak na Gillad. Zresztą to znata, to po co to mówię. Obok leżał wiarygodny trup śmigacza, taki co to równie dobrze świeży co i roczny. Fachura mojego kalibru by ogarnął, nikt inny, mowy nie ma.

Odpaliłem komunikator i zacząłem swoją rolę. Ten etap… to jeszcze nie było takie aż przerąbane. Tu główna maska to było robienie z siebie strutego, zmasakrowanego chorą podróżą i stresem, roztrzęsionego popękanego kolesia, co mogło tłumaczyć nieogarnianie rzeczy i zapominalstwo i dziury we łbie, ale to też bez przesady, bo takiego za bardzo rozdyganego, to by profilaktycznie mogli odstrzelić bo niepewny. Obmyśliłem sobie to tak, żeby brzmieć jak spanikowany koleś, który umie tylko zrelacjonować najbliższe wydarzenia zjadliwie, wie że nikt go nie śledził i jest czysto, co dodatkowo podkreślają różne fakty, ale po paru tygodniach ucieczki kosmicznej jest absolutnie rozpizgany emocjonalnie i wypruty z sił. No i przede wszystkim, na więźnia, ale coś mu jest i ciul wie co. Aby sprowokować bezpośrednią konsultację, wiadomo. No i tak żeby było widać, że krótkofalowo problemu nie ma, ale cholera wie co się działo długofalowo wcześniej. I jeszcze śmigacz mu się rozkraczył i ino już kompletnie mózg wypłukany. Proste, nie? Połączyłem się z numerem “Szef”, jakimś Aqualishem bez ręki i jego ewidentnie pijanym rozmówcą. Ten drugi dawał mi pretekst do wykłócania się, wrzeszczenia i sugerowania, że ten drugi psuje temat. Pierwszy wyglądał na szefa tego drugiego, więc kulturka i szacunek. Zagrało to. Aqualish powiedział, że przyśle po mnie ludzi, co mnie odbiorą z chlewni, powiedział w którą stronę iść.




Przylecieli i na prędkości wrzucili Vilka do bagażnika, mnie na kanapę i natychmiast w długą.

Mistrz Ashtar cały czas na słuchawce, leciał za nami bardzo z daleka i bardzo powoli. Dokładnie nawet nie wiem jak bardzo jedno i drugie, ale na tyle, że nie było nigdy żadnego poważnego problemu. Mistrz cały czas w gotowości do wysłania poważnego alarmu na skrupulatnie przez niego dopasowane częstotliwości wojskowe lokalne – jakie tam dokładnie to nawet nie wiem, Odik to nie mój świat. Aqualish rzekł, że zbierzemy się pod „Śmiercią Choki”. Sam nie wiem ile zeszło aż tam wyleźliśmy.

Miałem patent na wczucie się w rolę i niespalenie się, na trzymanie wiarygodności. Cały ten stres co mnie ogarniał… trzymałem się go, to kompletne narąbanie we łbie ze stresu to było coś co łączyło mnie z moją rolą. Działało, tak dobrze, że po paru godzinach wlazły mi zawroty głowy i drgawki rąk.

We wskazanym adresie przegrupowania w końcu mogłem pogadać z moimi kierowcami, człowiekiem o imieniu Vic i Kalamarianinem o imieniu Fulgan. No ewidentnie żadne szefy, zwykłe wysłanniki tego głównego gościa, jakaś inna grupka, dużo bardziej mózgowa i ogarnięta, niż reszta, ale dalej bandyterka. Ino kompetentne robale jakichś Huttów bardziej aniżeli wykupione analfabety po wyrokach. Vic bardziej prymityw, Fulgan bardziej zimny. Fulgan nawet rzekłbym godny… jak na śmiecia z zimną krwią mającego wywalone na porwanie Vilka.

Oszczędzę wam detali. Gigantyczna, nieludzko nerwowa rozmowa. Powiem, to była najbardziej stresująca rzecz mojego życia i to kompletnie ciągła. Każde słowo musiało być… idealnie wymierzone. Niektórzy se pomyślą, że proste. Udawać debila bandziorka Weequaya, zwłaszcza że sam mam styl bycia jaki mam… A prawda taka, że każde słowo to był ciągły labirynt:
- Być wzorowym patologicznym kretynem takim jak sugerowała wiadomość, co to jest analfabetą i jego kolega ma odpowiadać za czytanie.
- Ale nie być za bardzo debilnym, bo takiego to by nie chcieli.
- Ogarniać swoją robotę gościa od szpiegowania, oklepu i tego typu „bandyckich zasadzek” – mocno, ale bez przesady. Tutaj mieć mózg, mieć zaradność w tematach bezpieczeństwa i zagrożenia, ale poza tym to nędza. Bardziej dobrze wytresowany gość z wrytymi zasadami tej roboty.
- Pokazywać instynkt samozachowawczy, ale prosty.
- Dyscyplina i posłuszeństwo muszą być, to najważniejsze, do takiej roboty jakby brali kretyna, to musi być posłuszny i bez żadnych wątpliwości.
- Aaaale mimo to szlag… subtelnie podpytywać, zbierać dane, poznawać temat, ale nigdzie nie wyglądać na ciekawskiego czy badającego.
- Nigdzie nie zdradzić, że kija wiem o tym kim oni są tak naprawdę, nawet gdy to niby moi znajomi.
- Agresywny zwierzak, bo tak relacje Vilka sugerowały, ale no znowu, nie totalny dzikus, bo takiego by nie wzięli.
Powodzenia kurde z równoważeniem tego. Ludzie! Męka… Każde słowo to była spina i pot…

Bez zamęczania was detalami mojej męki. Goście byli wysłani żeby zabrać Vilka bezpiecznie do siebie, a mi kazać spieprzać. Domyślacie się pewnie, jaka to była męka próbować ich tam przekonać, że muszę widzieć się z szefem osobiście bo “ogarniam więźnia” i jego chorobę. Musiałem ich też grubo przekonać, że wszystko jest bezpieczne, że załatwiłem sprawę bez świadków, bez problemów, objaśnić jak żem targał Vilka przez pół Jądra. A przy tym nie brzmieć jak zbyt mądry. Musiałem mieć twarde argumenty, to nie była ekipa co by ufała moim oczom i pustym zapewnieniom, ale nie mogłem mieć jakichś zbyt zawiłych taktyk. Jakbym miał to wam tutaj nawinąć, to ten raport byłby dwukrotnie dłuższy, a historia jaką sprzedałem na przyszłość nie ma znaczenia, no bo wszystko podróby i wymówki. Uwierzcie tylko, że łeb mi wybuchał od wymyślania szczegółowych historii jak to ja, debil Parvos, targałem skasowanego Vilka przez Gillad, że pustkowie i tam nikt nie żyje i nikt mnie nie widział... potem jazdy z czarnorynkowym lotem, przemytnikami, dzięki czemu udało się ominąc normalne loty i kontrole, z kitraniem się po kiblach i nie wiadomo czym jeszcze, żeby to wszystko wpasować do tego dzikiego balansowania co już żem nawymieniał. Milion rzeczy do wyważenia by nie przegiąć z rolą i zrealizować wszystko. Ludzie, jeden to nawet znał oryginalnego Parvosa, więc klata mi waliłaby z nerwów jak dzika… jakby nie to że waliła od początku. Naraz być debilem, być kompetentnym, mieć twarde argumenty czemu na sto procent nie ma pościgu, ale też nie być zbyt pewnym i obytym. ŁEB ROZDZIABANY… Nazmyślałem tu kawał badziewia i jeszcze ich nastraszyłem, że to może być zaraźliwe bo jak go niepoprawnie trzymasz to z ran wyciekają jakieś rzeczy i równie dobrze toksyczne. Zrobiłem kawał enigmy wokół jego stanu. W ciul sporo pomogły sugestie Mistrzunia na komunikatorze, wiadomo. No ale sukces, ryps nas obu do śmigacza i wycieczka do “szefa”. Jakby kto chciał, to nawet nagranie z tego łajna mam…

Byłem po prostu GENIALNY w tej roli. Ludzie, jak ja sam ciągle po sobie jadę, bo żem debil, a tutaj to jestem taki dumny że od paru godzin mam ochotę się rozbeczeć z dumy. Mam nadzieję, że widzicie jaka to była jazda i czemu żem dumny. Pierwszy moment życia Jedi, co żem poczuł, żem dobry.




No i dotarliśmy. Tereny ciekawe. Oszczędzę wam narracji, bo i narrator ze mnie gorszy niż z Ucznia Orna na gorączce i od razu wam powiem, co zobaczyłem na mapkach potem i co wyjaśniła ekipa z wojska: takie tereny dawnych magazynów wojskowych, na które kiedyś przez tarczę planetarną w bitwie przebił się ostrzał i zgruzowało srogo teren. Wojsko te budowle opróżniło, ogołociło do ścian i wynajęło po taniości na tanie odludne magazyny rolne dla lokalsów. Mini-osiedle starych bunkro-magazynów.

Ale poczułem problem. Mój łeb nie wyrabiał. Żem spędził nie wiem ile dziesiątek godzin wmawiając sam sobie maksimum nerwów, spiny i mentalności tego śmiecia, że aż mi łeb siadł. Rzeknę wam… Poczułem, że Moc się mnie wyrzekła. Miałem takie coś że nawet jak nogi stawiałem, jak robiłem coś, to czułem że nie funkcjonuję jak Padawan Jedi. Że jakbym miał podskoczyć na miarę wielkiego Jedi… to bym wyrżnął łbem o schody.

Ta rola mnie tyle kosztowała, że żem naprawdę poznał boleśnie te wszystkie prawdy o tym, jak to nasz łeb decyduje o więzi z Mocą. Jakbym miecz próbował złapać to chyba bym se go w łeb własny wsadził ludzie.

W jednym z nich zaparkowalim, wypuścili mnie, zostawili z Vilkiem i spadali.

No i tutaj żem poznał osobiście tego Aqualisha. Nadal nie wiem jak się zwie, bo każdy o nim per “szef”. Poza nim Devaronianin, Agiteegro. Ło pany… tutaj od razu profeska aż śmierdziała na kilometr. Tutaj to już nie były po prostu rozgarnięte zabijaki mafijne. Tutaj mieliśmy devaroniańskiego profesjonalistę amatora, ta, wiem ino jak to brzmi, ale… kurde… no nie wiem jak to nazwać. Taki klimat ogarniętego Adepta z mega mózgiem ale nadal Adepta czy co? No wiecie, nie że szkolony profesjonalny zawodowiec, ale bystry talent ze smykałką? No pal to sześć bo i tak bez znaczenia większego chyba? A Aqualish, profesjonalny dowodzący koordynator, spokojny na maksa, metodyczny. Wzór spokojnego kierownika dla kretynów. Pełna wyrozumiałość, ale i spokojne naciskanie na konkrety, skracanie badziewia, konkret do celu. Wielki utrudniacz gry na czas, oszczędny dawkowacz informacji. Dociekliwy, ale bez otoczki. Wywierający subtelny i spokojny nacisk. Klimaty - surowy ale uczciwy tatusiek, który wie żeś debil, ale szanuje że się starasz. Na miejscu działka obronne, nie byle co, działka z tarczami. Brak sił.

Znowu wam oszczędzę emocjonalnych kulisów i przebiegu rozmowy, a i nie umiem takich rzeczy opowiadać. Samych mądrych humanoidów mamy na pokładzie, to i domyślacie się, co to była za męka. Tutaj każdy kawałeczek mojej historii był skrupulatnie analizowany. Wszystko musiało się sklejać jeszcze bardziej niż wcześniej.

Pełna profeska i elegancko badali Vilka jak na takich chałupników. Mnie nie mieli powodu przetrzepywać, kto by wpadł na podróbkę Parvosa i to taką, co przeszła tyle filtrów i była tak genialnie grana, co nie? Ale Vilka to badali z pełnymi detalami.

Ja za to musiałem tym razem wejść w tryb maksymalnej pokory i szacuneczku i pilnować, by ani jednego słowa podejrzanego nie pisnąć podczas swojego węszenia. Z tamtymi miałem prawo się pruć, nie wierzyć, być sceptyczny, ale tutaj wobec szefostwa musiałem być potulnym debilem, a jednocześnie kurczę łagodnie węszyć. Stopień trudności urósł geometrycznie. W ciul dużo mądrych kierunków Mistrz Ashtar podrzucił, a ja nieskromnie powiem nieźle je rozgrywałem.

Nie chciałem od razu używać hasła i potwierdzać, że zamykamy imprezę i robimy nalot, bo najpierw musiałem ogarnąć czy to cholera są prawdziwe szefuńcie czy płotki i jak w ogóle stoi temat zagrożenia. W międzyczasie jednak najważniejszej sprawy. Byli sami. Aqualish był ostateczną górą na Odiku, nad nim nikogo, jedynie jego “partnerzy” z innych planet. To było to, żem dotarł na samą górę. Powiadomiłem Mistrza Ashtara i zaczęła się obława wojskowa. Dyskusje i podchody dalej trwały, nie będę zanudzać naszymi wymówkami ale uwierzta, każda minuta to była walka o czas taka że łeb mi mięknie. Devaro wyszedł na chwilę… wrócił… i wiedział że jest obława. Ogłosił ewakuację.

Nie uwierzycie, jak zdeprawowane są te śmiecie…

Mieli wykop pod ziemią to drugiego takiego magazynu kawałek dalej, z ukrytym pojazdem. Potęga i przygotowanie szokujące, ale to nie wszystko. Te gnoje miały dyżurnych zakładników. Jakąś matkę i dzieciaka. Nie rozumiałem o czym oni gadają, bo nie wtajemniczali “Parvosa”, gadali między sobą, mówiąc że spakują mnie ze sobą i uciekamy… że spakowali “dzieciaka”... że komuś ucięli nogi by się zmieścił… Chcieli jakoś wykorzystać zakładników w myśliwcu za bezpieczniki do ucieczki z Odika. Nie wiem jak… Za głupi na to jestem… ale na pewno ich plan głupi być nie mógł…

Aaah nie mam siły, nie mam siły wam opowiadać co ja żem wtedy czuł, co się działo, jak myślałem że staremu Weequayowi serce z rozpaczy wysiądzie. Devaro na zakładnika, Aqualish zmuszony do rzucenia wszelkiego sprzętu i w ogóle, a potem ogłuszacz w jego łeb - ale Devaro w tym czasie zwiał na barykady z działkami. Wrzeszczał że pozabija zakładników zdalnie, że ma pilota do czegoś tam w statku. Myślał, że nie jestem podstawieńcem - a że poprzez czary Jedi przejąłem ciało Parvosa. Wrzeszczał tak że myślałem, że ino bębenki mi pójdą od samych wrzasków… Ale udało mi się nawciskać mu sporo kitu… Aż… aż żem odkrył, że on też wciskał mi kit. Urządzenia dookoła nie miały prawa nic zdalnego robić ze statkiem, z zakładnikami, z niczym.

Od razu wyrżnąłem oszustowi ogłuszakiem.

Wojaki przyleciały no i powiem wam, czuć potęgę Sojuszu. Pełna profeska. Kilka oddziałów naraz, parę minut i zakładnicy wydostani, więźniowie zabezpieczeni z eskortą, miejsce przetrzepane, każdy elektro-czip zgarnięty, właściciele wszystkiego dookoła przesłuchani… pinkne to było.

Porwane biedaki… żywi. Kobicie… te… te śmiecie urwali nogi. Żeby się wepchnęła gdzieś do jakiejś kabiny pod prądem w myśliwcu czy coś… nie wiem a pal sześć, nie będę o tym… Dajcie mi wiadro…
Obrazek
Przywódca wszystkich agentów Gildii na terenie systemu Odik...
MAMY GO. Mamy szefa tych śmieci na całym Odiku! Głównego śmiecia odpowiedzialnego za agenturę Gildii na najważniejszej planecie Sojuszu... wy rozumiecie, co to jest za przełom?! Wy rozumiecie co to za sukces?! Najważniejsza głowa tego syfu. Kluczowy śmieć. Gnida odpowiedzialna za historię Vilka, za te jazdy z tamtą Nasasmen, za szpiegów w sercu Sojuszu...


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Grokk Zhor
Awatar użytkownika
Jareth Seran
Padawan
Posty: 70
Rejestracja: 13 cze 2025, 19:27

Re: Sprawozdania

Post autor: Jareth Seran »

Gałąź

1. Data, godzina zdarzenia: 12.09.25, 16:45-22:00

2. Opis wydarzenia:

Witajcie wszyscy. Postanowiłem nie wchodzić tutaj w szczegółowe kulisy ani nie opowiadać dokładnie, jak doszło do poszczególnych wydarzeń. Po tych miesiącach dochodzę do wniosku, że... nie mam potrzeby traktować tego jak zeznań, z których musiałbym się tłumaczyć. Wierzę, że przez ten czas, który z wami spędziłem, zapracowałem na podstawowe zaufanie i nikt nie potrzebuje ode mnie precyzyjnych szczegółów tylko po to, by sprawdzać, czy aby nie naruszyłem gdzieś zasad Jedi albo nie zdradziłem jakiegoś sekretu. Prawdę mówiąc, nikt przecież z kolegów uczniów nawet nie oczekiwał ode mnie takich rzeczy, rozmawialiśmy o szczegółach na żywo dla naprawy błędów. Pozwolę sobie więc ograniczyć się do przedstawienia jedynie najważniejszych faktów i końcowych efektów wydarzeń, omijając same ścieżki.

Na wstępie, dla kompletności dokumentacji, trzeba wyjaśnić, skąd pojawił się u nas Domar Veros. Otóż dawniej Padawan Mallre pomagał Zakonowi Jedi w rekrutacji nowych osób, wędrując po galaktyce i zbierając wszystkie możliwe pogłoski o ludziach z paranormalnymi zdolnościami. Kontaktował się też z różnymi przedstawicielami służb policyjnych i medycznych, aby „dali znać”, jeśli natrafią na jakiegoś podejrzanego mutanta. Kiedy Domar Veros został aresztowany, Mallre dowiedział się o tym od znajomego swojego dawnego kontaktu. Wylądowaliśmy tam więc ja i Padawan Kilus. Jednak po latach, szczególnie wobec katastrofalnej sytuacji politycznej Sojuszu, autorytet Zakonu był praktycznie zerowy i Domar został zdany sam na siebie. Widzieliśmy się z nim zaledwie pięć minut przed przesłuchaniem i śledztwem - mogliśmy tylko prosić, by nie dał się w nic wciągnąć i jakoś z tego wyszedł. Później, w porozumieniu z jego matką, zabraliśmy go z Procopii, bo za wszelką cenę chciała, żeby Domar odleciał z Jedi, zanim ktoś jeszcze bardziej przyjrzy się temu całemu bagnu. To tyle tytułem wstępu.

Moje lądowanie na Procopii odbyło się w fatalnej atmosferze. Zostałem na miejscu aresztowany i odprowadzony do aresztu. Co zabawne, trafiłem do tego samego aresztu, w którym wcześniej siedział Adept Domar Veros. Niestety, nie do tej samej celi - to byłoby już aż zbyt złośliwe ze strony losu.

Oto jak wyglądały fakty:
- Kilka dni po tym, jak przekazaliśmy informację o śmierci Domara w służbie, jego matka Lyara została znaleziona martwa. Służby nie były pewne, czy to samobójstwo czy morderstwo.
- Zaufana asystentka i współpracownica Lyary również zginęła - tym razem na pewno zamordowana przez samą Lyarę.
- Arystokraci z Domu Mecetti, wrogowie Domu Melantha, z którym Verosowie związali się przez Domara, robili wokół tego ogromny raban.
- Mecetti twierdzili, że Verosowie są uwikłani w spiski z Jedi, a śmierć Domara to dowód na mroczne i brudne sprawy.
- Posłali swoich ludzi w dalekie zakątki galaktyki, przywożąc różne oszczerstwa na nasz temat - w praktyce propagandę Gildii Górniczej i najemników z Acepu w Sektorze Korporacyjnym. Szczegółów było zero, ledwo znali nazwy organizacji czy nazwiska Jedi. Ich informacje były tak absurdalne, że uważali jednego z naszych przywódców za Rycerza Gluppora z Ottabesku. Byłoby to śmieszne, gdyby nie fakt, że dysponowali całymi flotami i rozważali realne działania przeciw nam.
- Mecetti nawoływali do sojuszu z siłami wrogimi Jedi, chcieli oficjalnego potępienia, a nawet pościgów. Ogromne zamieszanie i agresja.
- Wojna domowa między Sojuszem a światem rebeliantów dodatkowo skłaniała wszystkich do szukania nowych sojuszy politycznych.
- Reszta Domów Tapani... sprawa była skomplikowana, z dużym zamieszaniem wewnętrznym. Większość zachowywała neutralność, gotowi stanąć po stronie zwycięzcy.

Doszedłem do wniosku, że Mecetti nie mieli pojęcia ani o Jedi, ani o wydarzeniach związanych z Systemem Cesarzowej Tety. Tak naprawdę szukali jedynie pretekstu, by uderzyć w Dom Melantha przez rodzinę Verosów. Sama rodzina Verosów nie miała dla nich większego znaczenia. Oś sporu to Melantha kontra Mecetti - niechęć do biedniejszych Verosów była tu drugorzędna.

Za swój cel objąłem w trakcie dalszych przesłuchań, śledztw, a nawet bijatyk, przekonanie wszystkich, że historia związana z Domarem jest czysta, że nikt nie ma najmniejszych intencji wobec Tapani, ani pozytywnych, ani złych, że tak naprawdę nikogo ich rozgrywki nie obchodzą, a także że Tapani nie mają najmniejszego pojęcia o prawdziwych wydarzeniach na linii Jedi-Koros i pakowanie się w to bagno jest doprawdy najgorszym pomysłem. W całym tym bagnie nie myślałem za bardzo o swojej wolności, w końcu gdyby udały mi się te naprawdę ważne sprawy, to prędzej czy później daliby mi wyjść.

W trakcie tego wszystkiego poznałem też Aidena Verosa, ostatniego żyjącego członka rodziny na Procopii. Poza nim był jeszcze ojciec, który osiem lat wcześniej odleciał na odległe rubieże. Od Aidena poznałem prawdę - i powiem ją wprost, bo nie sądzę, bym był w stanie ubrać to w lepsze słowa. Domar nie był synem szlachcica, który miał przyjąć jego matkę i resztę Verosów do wysokich kręgów Melanthy. Był synem Aidena i Lyary - rodzeństwa. Melanthyjski szlachcic został wrobiony w rolę ojca, bo wcześniej wykorzystywał Lyarę. Aby uciszyć sprawę bez skandali i ofiar, nikt oficjalnie się do niczego nie przyznał, a Lyara i Domar awansowali społecznie na barkach tego bogacza. Matka posłała Domara jak najdalej, a przy śledztwie, kiedy go poznaliśmy, bała się, że badania lekarskie wykażą prawdę - co doprowadziłoby do kompromitacji jej, owego szlachcica i całego jego rodu. W tamtejszej kulturze takie coś to na Procopii absolutny chlew moralny, za takie historie ich wszystkich uznano by za degeneratów którym nie da się ufać na podstawowym poziomie. Wiem, że trudno to wyjaśnić, ale to nieco jak kwestia na tej zasadzie, że nawet największe patusy współpracują ze sobą tak długo jak ci drudzy dotrzymują umów i nawet wśród mafiozów nie ufa się narkomanom. Nie chodzi tu do końca o moralność… sam nie wiem jak to nazwać, uh, nieważne. Jestem pewien, że Lyara naprawdę popełniła samobójstwo, z rozpaczy po śmierci syna i kumulacji tych wszystkich błędów i tajemnic w postaci wychowania go na kogoś całkowicie niegotowego na prawdziwy świat, bez ojca, wykrzywionego przez chory szlachecki świat. Zamordowała swoją asystentkę, która wiedziała o sekretach rodziny.

Jedynym pocieszeniem było to, że niezależnie od losów mojej misji, Aiden miał przyjaciela ze statkiem i wiernego droida. Zawsze mógłby do was uciec, poinformować o mojej porażce czy śmierci i pomóc posprzątać. Ale w tej sytuacji nie mógł mi realnie pomóc - sam miał swoje przesłuchania i problemy.

Każda ze stron chciała mnie zatrzymać na Tapani jako kartę przetargową, źródło informacji i element do rozstrzygnięcia, kto tu naprawdę jest sabotażystą.

Dalszy ciąg to już mieszanka przesłuchań, rozmów z agentami, dyplomatami, przedstawicielami Domu Melantha, Domu Mecetti, neutralnych Domów, a nawet bójek. Oszczędzę wam tego.

Rezultat był taki:
W ich oczach Domar Veros był po prostu wrażliwy na Moc - i nic więcej. Jedi nie mieli z tym nic wspólnego. Nikt niczego nie wiedział. W tym sporze stanąłem po stronie Domu Melantha, ale nie szlachcica powiązanego z Domarem, tylko reszty jego krewnych. Pomogłem im ujawnić dowody na jego przekręty i to, jak z obawy przed kompromitacją wciągnął w całą sprawę Verosów. Wątek śmierci Lyary pozostał niewyjaśniony. W końcu został zamordowany przez własnych krewnych, którzy przejęli inicjatywę i dodatkowo przedstawili go jako szpiega Mecettich. Neutralne Domy i sam Melantha uznali, że angażowanie się w sprawy Jedi to samobójstwo.

Pozostali członkowie Melantha chcieli jednak sprawiedliwości za to, że jedna z najważniejszych osób w ich rodzinie została wykorzystana do szantażu i okłamywania. To było żenujące, obrzydliwe i doprowadzało mnie do szału - gardzę nimi, bo do całej tej tragedii doszło właśnie dlatego, że sami dawali przyzwolenie na tak haniebne czyny. Ale w tamtej sytuacji nie mieliśmy wielu kart. Z samym zainteresowanym, upozorowałem śmierć Aidena Verosa w zamachu bombowym, a następnie uciekliśmy razem z planety. Melantha i Mecetti wciąż toczą swój spór, ale panuje kategoryczne przekonanie, że mieszanie się w sprawy Głębokiego Jądra to czyste szaleństwo. Zaprzyjaźniłem się z krewnymi Rodu Pelagia, którzy pomogli to wszystko zaaranżować, chcąc by Melantha i Mecetti, najbardziej zdeprawowani według nich, pozarli się nawzajem.

Uważam ten rezultat za udany.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (Dzięki za misję i przepraszam, ze tekst jest tak płytki, fabuła i relacje tak bogate i ciekawe, że odpuściłem nieudolne próby pokazywania czytelnikom, jak fajnie było i postawiłem na suche fakty, sorry!)

4. Autor raportu: Padawan Jareth Seran
Awatar użytkownika
Aiden Veros
Adept
Posty: 36
Rejestracja: 27 cze 2025, 15:31

Re: Sprawozdania

Post autor: Aiden Veros »

Kłamstwo Adepta i trzeci pożar wioski Jedi

1. Data, godzina zdarzenia: 14.10.25, 19:30-22:00

2. Opis wydarzenia:

Nie mogę uwierzyć w treść raportu, jaki przychodzi mi dziś złożyć.

Sytuacja z początku wydawała się całkowicie błaha. Rozmowa z nowym członkiem naszej grupy, Adeptem Kaelenem, zaczęła się od niewinnego pytania o jego ostatnią wyprawę - o wrażenia i doświadczenia. W toku wymiany zdań przyznał, że w połowie drogi jego śmigacz uległ awarii, a całemu zdarzeniu towarzyszyły błękitne rozbłyski światła. Przygotowywał się już na kompromitację, gdy trzej miejscowi farmerzy dostrzegli wypadek i pospieszyli mu z pomocą. Naprawili jego maszynę, komunikator, który w międzyczasie też padł, a nawet zakupili dla niego zapasy. Odbyli z nim też rozmowę o Jedi i Gildii Górniczej.

Adept Kaelen nalegał, by pozostało to między nami, tłumacząc się słowami - cytuję możliwie wiernie - że "gadał głupoty, trochę się pogubił, pamiętał tylko, by nie wspominać, że jest Jedi, ale reszta mu się pomieszała". Być może przekręciłem jedno czy dwa słowa, lecz sens wypowiedzi pozostał ten sam.

W świetle licznych relacji starszych uczniów opowieść ta brzmiała mi niepokojąco. Zwłaszcza że śmigacz, którym podróżował Kaelen, był tak zwanym Cesarskim Rydwanem - pojazdem Służby Cesarskiej, maszyną niemal pancerną, najwyższej klasy. Mimo że Kaelen chciał, aby zostało to naszym sekretem, zwłaszcza że osoby te go prosiły, czułem się w obowiązku powiadomić pozostałych o wątpliwej wiarygodności tych osób które spotkał. Co gorsza, opis oślepiającego niebieskiego światła, po którym śmigacz i komunikator uległy jednocześnie awarii, brzmiał dla Ucznia Radamy i Padawana Mallre jak oczywisty rezultat użycia broni jonowej, a nie przypadkowej awarii.

Ledwie zdążyliśmy poinformować szerszą grupę, gdy komunikator Adepta Kaelena… eksplodował. Cokolwiek się w nim znajdowało, musiało być miniaturowym ładunkiem wybuchowym — na tyle niewielkim, że nie zagroził otoczeniu, lecz śmiertelnie poranił właściciela. Urządzenie eksplodowało w jego kieszeni, rozrywając okolice jamy brzusznej.

Padawan Torian nie zdołał udzielić mu pomocy, bowiem w tym samym momencie wybuchł nasz śmigacz. Ta eksplozja była nieporównywalnie silniejsza. Raniła wielu uczniów - Padawan Mallre i ja sami zostaliśmy ciężko okaleczeni, Padawan Redoran walczył o życie. Nasz medyk, Padawan Sellavis, Padawan Seran, a nawet Uczeń Cryxen pobiegli ratować nas obu, podczas gdy Uczeń Radama i Padawan Zhor próbowali ocalić Kaelena - bez skutku. Nasz świeżo mianowany Adept zmarł w krótkim czasie. Wszystko wskazuje na to, że uratować go mógłby jedynie wybitny medyk, a i to z niewielkimi szansami. Nie mieliśmy wyboru, tak to niestety wyszło, że tam gdzie dwóch rannych a nie jeden, tam poszli nasi bardziej wprawieni medycy. To były dwie katastrofy w oddzielnych miejscach…

Eksplozja śmigacza obróciła w ruinę okolice stodoły. Broń i amunicja przechowywane wewnątrz zajęły się ogniem. Straciliśmy cały zapas amunicji oraz znaczną część broni blasterowej. Na szczęście ładunki wybuchowe były składowane w opancerzonych beczkach, dzięki czemu uniknęliśmy całkowitej zagłady. Wielu jednak odniosło rany.

Nie potrafię wciąż zebrać myśli i porządnie tego przeredagować. Oto więc wyliczankowa pełna lista strat.

Straty personalne:
* Adept Kaelen Darrin - zmarły; rozległe obrażenia jamy brzusznej, według Padawana Sellavisa śmierć nastąpiła w wyniku masywnych krwotoków wewnętrznych oraz zakażenia krwi spowodowanego uszkodzeniem ścian jelit.
* Padawan Redoran Mallre - odłamek z eksplozji oderwał mu prawe ucho; doznał ciężkiego krwotoku i stanu zagrożenia życia. Ocalony dzięki interwencji Padawana Sellavisa. Obecnie stabilny, choć bardzo osłabiony.
* Adept Aiden Veros – rozległe poparzenia i zmiażdżenia kończyn dolnych, w tym całkowite zniszczenie lewej nogi; lekarz zalecił amputację.

Straty materialne:
* Droid pomocniczy GD-87 - całkowicie zniszczony.
* Śmigacz cesarski - obrócony w pył.
* Cały zapas amunicji.
* Trzy z siedmiu pistoletów (oba DL-18 oraz Stealth Enforcer F-9).
* Dwa z pięciu karabinów (obie wersje E-11 - standardowa i Magnusa Valadora).
* Stare, niesprawne działko jonowe tzw. "gangu Grehmana".
* Pół parteru stodoły - spalone.
* Posłanie pana Kresstara – zniszczone.
* Niewielkie uszkodzenia zewnętrznych czujników myśliwca Defender.

To czego nie wymieniam, jest bezpieczne. Znajdowało się szczelnie zapakowane w zabezpieczone pojemniki.

Kolejne godziny spędziliśmy na desperackiej walce o życie rannych i gaszeniu pożaru. Niestety, wszelki materiał dowodowy - zapalniki, elementy urządzeń, pozostałości po komunikatorze czy śmigaczu Adepta - uległ zniszczeniu. Eksplozja pochłonęła wszystko.

Analiza pirotechniczna przeprowadzona przez Orna Radamę wskazuje, iż użyto złożonej mieszanki chemicznej typowej dla produkcji gilladzkiej - tej samej, jaką posłużono się w zamachu na Rycerza Mohrgana i Ucznia Cryxena. Tamto zdarzenie, przypomnę, miało miejsce pod osłoną "dziwnej farmy", której tajemnic nie dane im było odkryć. Uczeń Cryxen do dziś zmaga się z jego następstwami.

Przeszukanie posłania oraz ciała Adepta Kaelena nie przyniosło żadnych dodatkowych tropów. Zauważyliśmy jedynie brak jego grupowej karty płatniczej - zapewne zgubionej lub skradzionej. Karta została niezwłocznie zablokowana. Innych kulisów nie będzie nam dane poznać...

Nastroje w wiosce są ciężkie. Wzywam wszystkich, którzy nie byli świadkami, do okazania zrozumienia i delikatności wobec tych, którzy przeżyli to zdarzenie. Tak, zaiste próbujemy być Jedi, lecz w tym tkwi słowo klucz - próbujemy. Przed nami trochę czasu by strawić te emocje tak jak przystało na Jedi.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -

4. Autor raportu: Adept Aiden Veros
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Mistrz Jedi
Posty: 2373
Rejestracja: 08 kwie 2010, 10:47
Nick gracza: Gluppor
Kontakt:

Re: Sprawozdania

Post autor: Ashtar Tey »

Mocny towar - przesłuchanie Moisieja

1. Data, godzina zdarzenia: 31.08.25

2. Opis wydarzenia:

Zanim w ogóle zacznie opisywanie przesłuchanie chce poświęcić parę zdań na komplementy dla Grokk. Przyzna, że spotykając go tuż po przylot na Gillad z Hakassi i tamta historia sam nie zgadłaby jak daleko Padawan zajdzie. Spisał się znakomicie na każda etap w sytuacja, w której bardziej doświadczeni niż on nie daliby rada. Perfekcyjna współpraca, świetnie się uzupełniali, a sukces cała operacja to w 90% jego zasługa. To tak żeby ktoś nie myślał, że miał moja pomoc i przez to mniej to warta.

W raport skupi się na najważniejsza fakt, bo w sumie wszystko dookoła ma mała znaczenie, szczególnie przy opóźnienie ze spisanie. Kompleks więzienna, w którym przenocowali i zrobili przesłuchanie to była, imperialna więzienie, co było widać w skrajnie oszczędna i wojskowa architektura. Jedna z wiele relikt na Odik, z którego korzystało się z braku lepsza opcje, a środki finansowa zawsze szła na coś z wyższa priorytet niż wygoda dla personel. Miejsce przeznaczona dla absolutnie najgorsze odpad - seryjnie morderca, terroryści, zbrodniarze wojenna. Złapana Aqualish idealnie wpasowała się w towarzystwo. Skrajna poziom zabezpieczenia, całość ciągnąca się setki metr pod ziemia, nie do ucieczka.

Na początek spotkali się z Generał brygadier Tasp Gesamts, niezwykle profesjonalna i uprzejma osoba. Zero problem we współpraca, oddali nam w pełni przesłuchanie i kierowanie cała sprawa, z oczywista zaznaczenie, że mają dostęp do wszystkie informacja. Chyba nie trzeba wyjaśniać w jaki stan gotowość i chaos wprowadziła ta sytuacja właściwie całą planeta. Wprowadzona każda możliwa forma kontrola i ograniczenia, które nie doprowadziłaby do zupełna paraliż planeta. Mieli dużo czas i właściwie nieskończona próba - ale każda godzina to potencjalna ryzyko, że część pozostała siatka na Odik zorientuje się o sukces nasza akcja i nie uda ich wyłapać.

Zanim przejdzie do przesłuchanie, dwa wątek poboczna. Pierwsza, porozmawiali chwilę o Vilk, który trafił do szpital wojskowa i tutaj też nic nie udało im ustalić. Jego stan jest poza obecna wiedza medyczna, nic go nie uzasadnia, nic nie wydaje się sensowna powód. Jedyna uwaga, być może nowa, to że wykazuje szczytowa wydolność poszczególna organy, jakby spędził kilka miesiące na perfekcyjna dieta, ale ta efekt stopniowo zanika. Tu sam nie wie co o to myśleć. Zanikająca wrażliwość na Moc? Efekt dieta na Gillad, podobna do tego, co znaleziono na Hakassi podczas badania nutripasta z Lar'te? Wpływ sama pobyt na Gillad? A może jedyna ślad po to, co go dopadło, jak jakaś napromieniowanie przez anomalia? Tu mieli długa dyskusja już po powrót z Grokk i Aiden i co nam wyszło, to może idąc teoria największe lęk, Vilk jako żołnierz najbardziej się bał właśnie taka stan. Z pewnością widział wielu swoi koledzy w czasie wojna, którzy wracali do domu właśnie tacy jak on. Nie wie czy da się tu cokolwiek więcej wyczytać, może ktoś mądrzejsza wpadnie na coś z sens. W tamta moment zdecydowali się zostawić go pod profesjonalna opieka w nadzieja, że może uda się znaleźć jakaś lekarstwo. Być może była to błąd i skazanie go na... na taka egzystencja i niemożność połączenie się z Moc.

Druga dygresja na temat sytuacja w Galaktyka z perspektywa wojsko z Odik. Mają zerowa kontakt z Sojusz poza Jądro, są tylko oni i Dremulae. Wiedzą o wojna oczywiście, ale większość nadajniki została zniszczona i są po prostu odcięci, bez żadna wsparcie, informacja, z problemy z zapasami i zaopatrzenie. Jednocześnie są w stan najwyższa gotowość bo spodziewają się, że lokalna siła w Jądro mogą próbować wykorzystać sytuacja do własna porachunki bez ryzyko interwencji Sojusz. Kalist już zaczęło wzmagać propaganda przeciw Hakassi.

Wreszcie sama przesłuchanie. Nie wiedział czego się spodziewać, więc ułożył bezpieczna plan. Grokk jako siła zmiękczająca poprzez... bycie Grokk. Poprosił o pomoc dla niego ze strona doświadczona w przesłuchania żandarm, który byłby ta bardziej racjonalna strona i szedł za tematy narzucane przez Grokk. Ja sam nie chciał się na tym etap ujawniać, z dwa powód. Raz, nic nie wiedzieli o moja udział w akcja Grokk, dwa, wyraźnie, panicznie bali się Jedi i nie mieli o nas za duże pojęcie. Uznał, że to potencjalna przewaga do wykorzystanie, więc trzymał się z boku i szykował do do mieszanie Aqualish w głowa za pomocą Moc gdyby było to konieczna, żeby go złamać. Finalnie okazała się to jednak niepotrzebna, Grokk spisał się świetnie stosując... swoja specyficzna metody przesłuchanie, a Aqualish zdając sobie sprawa ze swoja zupełnie beznadziejna położenie poszedł na współpraca. Zadziałała obietnica wywiezienie go na Ossus do Ysanna jako improwizowana pomysł Grokk na jakaś losowa, odległa, odizolowana planeta. Ja wtedy się ujawnił i posłużył za gwarant i autorytet. To wystarczyło, by zaczął mówić wszystko.

Wszystkie odkryte przez nas powiązanie, wnioski i tak dalej w punktach żeby łatwiej:

- wszystkie przelew szły z Koros oficjalnie jako masa spadkowa jego rodzice. Finanse obsługiwał notariusz z Gildia, Karl Baston.
- zwierzchnik Moisiej, głowa operacja na Odik to Aurelion Keto. Jego alkoholizm, papier na to, cała otoczka to przykrywka, żeby mógł bez podejrzenie pracować ze swój ojciec. Wynajął Aqualish w 21 do zinfiltrowania Odik, zbudowanie tam siatka i przekazywanie mu informacja. Z początek miało to być na korzyść Gildia, zdobywanie informacja o przetargi, dostęp do kontakty, szpiegowanie projektanci trasy nadprzestrzenne, kradzież mapy czy bezpośrednia napad na konkurencja.
- temat Jedi pojawiła się dopiero w 33, długo długo po rozpoczęcie działalność na Odik. Wtedy cała siatka, wszystkie przekupieni wojskowi zostali przekierowana do szpiegowanie nas, tworzenie propaganda przeciwko nam i tak dalej. Dopiero dwa lata później dostał dokładniejsze informacja o nas i kim są. Przez wiedza o midichloriany zidentyfikowali trzy osoby wrażliwa na Moc, które mogliby zrekrutować - w tym Vilk. Jednego zabili, drugiego dostarczyli Aurelion. Przez lata porwali, jak mówił, tysiące, choćby konkurencja dla osób, które przekupili i chcieli zrobić awans.
- w 23 zrekrutował oficer medyczny, Dan Purrtin, którego następnie poprowadził do awans na w administracja dane medyczne w stopień pułkownik. Powiązanie z nami - chirurg, który robił jakaś rekonstrukcja głowa Tanna Saarai. To wywołało olbrzymia poruszenie u oficer z żandarmeria. Purrin był naprawdę wysoko postawiona, jeden z główna egzaminator medyczna. To już zupełnie wprawiło wszyscy w panika na najwyższa szczebel dowódcy Odik.
- dzięki ta informacja udało się doprowadzić do areszt pułkownik, w ostatnia chwila. Mieli potwierdzenie, że nie zdążył nikogo poinformować o sytuacja siatka na Odik. Wyciągnęli też hasła dostęp do dyski z mieszkanie Aqualish, więc finalnie pełna sukces, dostali dosłownie wszystko co tylko się dało.
- poboczna, ale ciekawa wątek. Moisiej znał Aurelion od dziecka, chodzili do jedna podstawówka, a Zave zdaje się był dla on jak przybrana ojciec. To może nie być przypadek, że biorą sobie za główni agenci osoby bliskie i powiązana w jakaś sposób. Dopytał o trochę więcej szczegół, Aurelion cenił sobie z jakaś powód szczególnie osoby z rasa taka jak Aqualish. Miał w szkoła inni przyjaciele, ale według Aqualish nie był z nimi tak blisko. 117 Szkoła Podstawowa imienia Bohaterów Nadprzestrzennych, Dystrykt Merril. Może to jakaś bardzo, bardzo mglista i okrężna trop.

Finalnie zostawili Aqualish w więzienie, nie mając specjalnie zamiar go nigdzie wywozić. Rozbili siatka tak doszczętnie, że nawet nie miałaby kto przeprowadzić na nim zamach, a środki ostrożność i bezpieczeństwo od każdej strona oczywiście wzorowa. Prawdopodobnie dalej gnije w cela i może nam w przyszłość się jeszcze do coś przydać. Do kontakt w ta sprawa polecono nam Admirał Raf Tasenter jako najbardziej zaufana i sprawdzona adres. To tyle. 20 lat budowanie siatka, absolutnie nie do pojęcia skala operacja Gildia w zupełne ukrycie, rozbita przez nas właściwie w jedna dzień. Gratulacja i podziękowanie dla wszystkich, którzy przyłożyli do tego ręka.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

OOC
Przepraszam za opóźnienie, po tym jak Grokk wrzucił część pierwszą akurat wpadłem totalnie w czeluści kołchozu.


4. Autor raportu: Opiekun Jedi Ashtar Tey
Obrazek
Autor: Bart
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
Posty: 2934
Rejestracja: 03 lip 2011, 14:29

Re: Sprawozdania

Post autor: Elia »

Przemówienie do Korosjańczyków

1. Data, godzina zdarzenia: brak, wydarzenie jeszcze nie miało miejsca

2. Opis wydarzenia:

Przesyłam przemówienie, które zamierzam wygłosić do obywateli Koros w związku z moją interwencją podczas procesu Marcusa Bruno. Na żywo pewnie powiem to troszeczkę inaczej, bo nie zamierzam się uczyć tego na pamięć, ma wypaść naturalnie, a nie jak recytacja. I zdecydowanie nie będę tego czytać z żadnego promptera.
(zacząć z pozytywnym nastawieniem, jakbym mówiła do swojej rodziny, którą kocham, ale bez przesady, bez jowialności, bez niepasującego optymizmu; mówić spokojnie, zachować równe tempo po to, by pauzy i podkreślenia z dalszej części były bardziej dobitne; jednocześnie zachować to personalne bliskie nastawienie, żeby to nie było jałowe i nijakie; uśmiechać się)

Drodzy obywatele Koros!

Krąży dużo teorii na temat tego, jakim cudem znalazłam się w idealnym miejscu i czasie, by zapobiec tragedii podczas procesu Marcusa Bruno. Wielu z Was zapewne domyśla się, o co chodzi: przyprowadziła mnie Moc. Dosłownie dzień wcześniej miałam wizję tego wydarzenia. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, bo tu wchodzimy w nauki Jedi, ale (tu pauza, jakbym zbierała myśli, tu na żywo zrobię tak, jak mi będzie podpowiadać intuicja, ale musi być element zastanowienia, żeby to było bardziej ludzkie i naturalne) wizje nie są jak film z wydarzeń z przyszłości. To bardziej mieszanina emocji i obrazów, które pokazują konkretną trajektorię wydarzeń. Przygotowują na coś, każą zachować czujność. Tu było tak samo, nie miałam żadnych konkretów, ale... (znów ta pauza z refleksją, jakbym starała się ubrać w słowa coś trudnego) ...ale wiedziałam, że chodzi o coś ważnego, co prawdopodobnie doprowadzi do masowej śmierci (tu wszystko powiedzieć miękko, absolutnie ZERO obawy - pokazać, że wszystko miałam pod kontrolą - ale iść w troskliwe, opiekuńcze tony, kiedy mówię o "strasznych rzeczach"). Nie miałam pewności, czy to wydarzy się w samym gmachu sądu, czy może proces jest tylko pierwszym wydarzeniem w ciągu wydarzeń prowadzących do tragedii. Z wizji czasem ciężko wyczytać kiedy coś ma się stać i jak. Czasem widzimy straszne rzeczy, ale dotyczące odleglejszej przyszłości. Mimo wszystko (tu wejść w poważne nuty bez emocji, bo teraz mówimy o podjęciu akcji i jesteśmy profesjonalistami), otrzymałam ostrzeżenie i nie zamierzałam go zignorować (pauza, żeby było bardziej dobitnie).

(tu normalnym tonem, ale już bez emocji, rzeczowo) Postanowiłam być blisko i zapewnić sobie bezpośredni wgląd do sali sądowej. W środku był nasz człowiek, który transmitował mi relację na żywo (tu koniecznie się nie zatrzymywać, nie podkreślać, zero zwracania uwagi na część z Lirenem tonem głosu czy tempem). W momencie, w którym zaczął się atak, po prostu ruszyłam do gmachu sądu. Resztę już znacie, są z tego nagrania.

Co do mojej obecności na Koros... cóż, nie jestem już incognito (na moment uśmiechnąć się najszczerzej jak umiem do przedstawiciela Dworu poza kadr, żeby zasugerować, że była jakaś konspiracja i mamy przyjazne stosunki, i że to jest odruch, którego nie zdążyłam powstrzymać; potem od razu wrócić do mówienia do kamery). Otrzymałam zaproszenie od Jego Najwyższej Świątobliwości Cesarza (WAŻNE! tu zapytać przedstawiciela Dworu o najlepsze świątobliwe tytuły, żeby dać wersję podkreślającą największy szacunek, ale też nie taką, co zajmie pół przemówienia) Bellstera Keto i od dłuższego czasu regularnie odwiedzam Koros. Jeśli mają państwo historyczne skojarzenia, to słusznie (tu uśmiech, krótka pauza, a potem poważna mina, poważny ton i nieco głośniejsza mowa). Jedi kolejny raz stoją u boku prawowitego władcy, by przywrócić balans w tym systemie. Muszę powiedzieć to wprost: przez ostatnie stulecia Korosjańczycy zmienili się z prosperującej, szczęśliwej społeczności w siłę roboczą. Wy, którzy powinniście być sercem i duszą tego systemu, staliście się trybami wielkiej machiny generującej zysk (znów pauza, by słowa zdążyły wsiąknąć). I to nie pierwszy raz! Historia dosłownie zatoczyła koło (dwie sekundy pauzy, po czym mówić dalej wolno i dobitnie) i, jak za czasów Cesarzowej Tety, przyszedł czas na zmiany.

W najbliższych dniach otrzymacie więcej wiadomości, niektóre będą szokujące (pauza). Sprawy, nad którymi musieliśmy pracować w ukryciu, wreszcie zostaną ujawnione. Koniec sekretów (pauza). Bądźcie przygotowani (to wszystko ma zabrzmieć jak ostrzeżenie, ale bardzo uważać by nie brzmiało jak groźba, muszę się mocno trzymać uczucia troski i mówienia do swojej rodziny przez cały ten paragraf).

Najważniejszą wartością Koros są jego mieszkańcy: Ci którzy się tu urodzili oraz ci, którzy są tu, by zbudować nowe życie. Pamiętajcie, że wszystkie nasze działania są nastawione na to, by zapewnić Wam bezpieczeństwo. Jest tu ze mną reprezentant Tronu, który ma dla państwa komunikat. Zapraszam... (zrobić miejsce w kadrze; uśmiechnąć się do wchodzącego i stanąć obok tak, by kamera wciąż obejmowała moją twarz; reagować na jego słowa dynamicznie kiwaniem głową (tylko bez przesady) i spojrzeniem oraz wtórować w odpowiednich miejscach; tu bez przygotowania, bo reakcje mają być naturalne i wynikające z kontekstu i nie można tego przedobrzyć, bo wyjdzie fałszywie)
3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Zaakceptowane przez Padawana Comoddusa.

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Jareth Seran
Padawan
Posty: 70
Rejestracja: 13 cze 2025, 19:27

Re: Sprawozdania

Post autor: Jareth Seran »

"Rezonans" – ostateczne zamknięcie

1. Data, godzina zdarzenia: 03.10.25, 22:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Przyznam, że zapomniałem złożyć ten raport. Sam nie wiem, z jakiego powodu, może to po prostu efekt przeciążenia wszystkimi wydarzeniami, które ostatnio się na nas zwaliły. W każdym razie…

Jakiś czas temu wyruszyliśmy na teren, gdzie znajdowała się być może najlepiej zaprojektowana pułapka w historii Jedi - ta, w której o mało nie zginęło dwoje spośród naszych największych Jedi. Tylko nieplanowana interwencja trzeciego, który pojawił się w myśliwcu uzbrojonym w działa, pozwoliła ich ocalić. Wszyscy zapewne wiedzą, o czym mówię… o przerażającym magnesie zainstalowanym w miejscu znanym jako „stacja snajperska”.

Jak wiadomo, misja Mistrzyni Vile, jej ucznia oraz poległego Rycerza Parka zakończyła największe zagrożenia tamtego miejsca. Generator supermagnesu - prawdziwe serce pułapki - został zniszczony, a systemy namierzania stacji snajperskiej obezwładnione. W środku mogły pozostać jedynie proste oprogramowaniem choć zarazem pancerne droidy strzeleckie.

Raportuję o tym, ponieważ ostatnie z naszych sond zwiadowczych, które odwiedzały to miejsce, zostały zaatakowane i zniszczone. To wyraźny sygnał, że wróg postanowił zatrzeć wszelkie ślady istnienia swojej pułapki. W odpowiedzi natychmiast wyruszył nasz skład, w kolejności od najstarszego: Padawan Monper, Padawan Aven, Padawan Grokk, ja oraz Adept Aiden. Skorzystaliśmy z dwóch maszyn - śmigacza cesarskiego i myśliwca Defender, który pozostał w rezerwie, czekając w bezpiecznej odległości.

Na miejscu zastaliśmy katastrofę wymagającą szybkich działań. Z naszych sond nie zostało nic prócz popiołu, a z wyrwy w ziemi - tam, gdzie znajdowała się legendarna pułapka - wydobywały się kłęby duszącego dymu. Wykorzystano ładunki najwyższej klasy, które spaliły większość konstrukcji pod ziemią. Z zewnątrz struktura wydawała się pancerna, niemal niezniszczalna i trudna do zrozumienia, ale gdy materiały wybuchowe wrzucono do wnętrza, przez wyłom stworzony wcześniej przez Jedi, nie zostało wiele do uratowania. Wokół nie było żadnego śladu po tym, kto to zrobił, Padawan Liren nie znalazł nawet jednego podejrzanego osmalenia czy odcisku. Robota profesjonalistów…

Nasze przybycie nastąpiło z pewnym opóźnieniem. Dwaj najstarsi Padawani zdecydowali, że koniecznie musimy zabezpieczyć się przed ewentualnym atakiem Serisa Keto, starcie z tym mordercą skończyłoby się dla nas tragicznie. Teren został więc zaminowany przez Padawana Avena na wypadek jego pojawienia się, a maszyny przygotowano do szybkiej ewakuacji. Padawan Liren pozostał całkowicie na zewnątrz jako zwiadowca i koordynator, stale pod łączem z kamerą. Sam stwierdził, że nie nadaje się do cięższych prac fizycznych i bardziej przyda się nie przeszkadzając

Wewnątrz skupiliśmy się na akcji gaśniczej. Moja znajomość protokołów bezpieczeństwa i kolejności gaszenia z doświadczenia pilota okazała się przydatna, ale pierwszą linię stanowili bez wątpienia nasi najstarsi, z Padawanem Avenem jako niekwestionowanym przywódcą. Dzięki, Padawanie. Nie miałem okazji na żywo, a może i nie chciałem, przy tym jak wygląda nasz… kontakt… Do rzeczy.

Uważam, że większość akcji przebiegła sprawnie i skutecznie. Do gaszenia używaliśmy głównie worków z gilladzką ziemią w wielkiej improwizacji i skopywaniu z góry. Woda mogłaby doprowadzić do katastrofy. Śmigacze okazały się solidnym wsparciem, a fakt, że nie wszyscy przebywaliśmy naraz na dole, zwiększał nasze bezpieczeństwo w razie ewentualnego ataku i szczelność obserwacji. Nie każdy miał duży wkład w planowanie działań, ale wszyscy daliśmy z siebie wszystko przy pracy fizycznej i realizacji zadań. Gdy już znaleźliśmy się na miejscu, tempo i dokładność działań były naprawdę dobre. Niestety, przez nasze wcześniejsze opóźnienia - spowodowane ostrożnością, przygotowaniami i minowaniem terenu w obawie przed Serisem Keto - ogień zdążył się rozprzestrzenić. Coś za coś.

Nie obyło się bez trudności. Część tamtejszych droidów przetrwała eksplozję i zaatakowała nas. Poradziliśmy sobie, ale Padawan Grokk został ranny od postrzału, a w tym gruzowisku jeden rykoszet potrafił prowadzić do chemicznego pożaru najwyższej próby. Niektóre materiały były bardziej niebezpieczne, niż się spodziewaliśmy. Niewielkie z pozoru błędy potrafiły doprowadzić do poważnych konsekwencji - sam zostałem ciężko poparzony, cały przód mojego ciała został zwęglony. Byłem przekonany, że umrę z bólu i szybko stałem się bezużyteczny. Powiem więcej, jestem pod wrażeniem, że dałem radę chociaż sam wyskoczyć na górę, gdzie zaraz zemdlałem. Aven, próbując mnie ratować wśród eksplozji i dymu, spadł i złamał rękę. Padawan Grokk został porażony prądem - tym razem z własnej winy, biegnąc na oślep. Padawan Liren i Aiden wyszli z całej akcji bez obrażeń i odegrali dużą rolę w ewakuacji rannych. Niestety, cięcie kabli, demontaż elektroniki i wynoszenie ciężkich komponentów w charakterze dowodów nie było łatwe i wielu z nas przypłaciło to zdrowiem.

- [ Rany Padawana Avena – łagodne ]
- [ Rany Padawana Grokka – poważne ]
- [ Moje rany – bardzo ciężkie ]

Wspólnie ugasiliśmy większość pożaru i wydobyliśmy najważniejsze elementy konstrukcji - głównie dzięki eksperckiej pomocy Padawana Grokka. Wszystko przetransportowaliśmy z powrotem do wioski, razem z naszymi połamanymi, poparzonymi ciałami.

Obecnie w wiosce znajduje się wiele z tych materiałów. Zespoły cesarskie zaoferowały pomoc w ich analizie i w śledztwie, ale chcą, abyśmy najpierw sami przeprowadzili wszystkie prace, które uznamy za konieczne - najlepiej z nagraniem dla bezpieczeństwa. Poza tym, po śmierci Rycerza Parka pozostały ogromne zbiory danych, które zebrał w trakcie głównej operacji, zanim niemal-śmierć Ucznia Radamy niemal nie przerwała działań. To wszystko razem wzięte może jednak zostać koronnym dowodem na zbrodnie Gildii...

Miejsce możemy uznać za ostatecznie zamknięte. Ocaliliśmy wszystko, co jeszcze miało wartość, i zniszczyliśmy ostatnie pozostałości wrogich droidów. To, co zostało z tej pułapki, można uznać za pogrzebane.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Adnotacja OOC
Przepraszam, że po tak długim czasie… nie stoi za tym żaden szczególny powód, chyba po prostu czasem moja robota sprawia że rzeczy wylatują z głowy.


4. Autor raportu: Padawan Jareth Seran
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
Posty: 625
Rejestracja: 16 wrz 2013, 21:33

Re: Sprawozdania

Post autor: Zosh Slorkan »

Wrak Rycerza

1. Data, godzina zdarzenia: 14.01.24, 17.01.24

2. Opis wydarzenia:

Drodzy mistrzowie i uczniowie, pewnie wszyscy czytając ten raport myślą, że po prostu… popuściłem dyscypliny, zapomniałem, że skompromitowałem się w sprawie utrzymania ciągłości raportów. Prawda jest dużo gorsza. Ja tu świadomie nie składałem tego raportu przez całe lata, bo nie miałem po prostu odwagi, bo się skompromitowałem na dużo większych polach. Przebieg tej historii jest bardzo żałosny i smutny na tle tego od jakiej strony wszyscy mnie znają, zwłaszcza przy tym przykrym fakcie jak wielu, co ja kompletnie nie rozumiem zresztą, potrafiło mnie uważać za mądrego mentora a niektórzy nawet mówili o mnie że jestem „wielkim Jedi”, co już w ogóle mnie bawi.

Możliwe też, że bardzo dużo w tym zwykłego smutnego wstydu i tyle. Może też ego i przerażenia myślą, że różne bardzo marne moralnie osoby jakie krytykowałem poczują, że wygrały? Szczególnie śmieszne, na tle tego że ja dobrze wiem, że to tak naprawdę byłoby liczenie się z ich zdaniem co jest absolutnie okropne i sam często pewnie o takich kwestiach mówiłem. Oj... mógłbym długo tutaj teoretyzować, proszę słuchaczy, a co to tak naprawdę komu zmienia. Pora po prostu jakoś to z siebie wypłukać i zamknąć raport.

To nie będzie miłe, wszyscy wiedzą, że ja to z Basiciem mam problem na każdym polu, a co dopiero w większych raportach, to nie będzie nastrojowa opowieść o przygodach Rycerza Jedi, ani rzeczowy i czytelny raport z faktami, to będzie jakiś wylew analfabety. No przepraszam, życie Quarrena...

Nieopisany czas temu… o na kości naszych mistrzów… to był 36 ABY…

Miałem proste zadanie, co by zabrać się na Hakassi z panem Zeo Galarusem i jego żoną. Po tym jak pan Zeo został dotknięty przez „pęknięcia” na Gillad i jednocześnie i przeżył i jego tożsamość mogła być mocno znana wrogowi, no to… wszyscy tutaj dobrze wiemy, czemu nie mógł wrócić do swojego normalnego życia. On już był na to przygotowany i pogodzony, czemu nie ma wyboru, czemu zostawiony sam na Gillad prędzej czy później "zniknie", by go Gildia "zbadała". Jego żona nie za bardzo i nie było na to możliwości bez zbędnego szumu, przynajmniej według bardzo mądrych i zaangażowanych uczniów, którym zaufałem. Dlatego przeprowadzka wyglądała tak, że znienacka wylądowałem Sentinelem pod posiadłością państwa Galarusów, pan Zeo miał iść do środka i w piętnaście minut przekonać żonę do spakowania sie na statek, a ja przy pożegnalnej pomocy Padawana Orna pomogłem wypchać ładownie ich dobytkiem życia. Poza tym miałem tam spróbować zdobyć jakiekolwiek zbroje yuuzhańskie na potrzeby wyprawy do fabryki - każdy juz raczej wie czemu.




Lot bez przeszkód... Pasażerowie jak zawsze, cała droga przespana w migrenach, jak to w Jądrze... A ja już na orbicie zdążyłem zorganizować kwestię sprzętu yuuzhańskiego. Szczerze mówiąc to ci przemili, cudowni ludzie z Muzeum Pamięci Hakassańskiej wręcz wpychali mi co tylko chciałem i dziękowali że ich o coś proszę. Ogólnie to nie mieli nic co by nas interesowało poza wielką, gigantyczną tarczą jakiegoś yuuzhańskiego mordercy, nie mieli żadnych hełmów, mieli tylko takie zbroje jak ta co już mamy. Tak więc... raportuję po 4 latach galaktycznych... tarcza jest w wiosce i czeka.

No i lądowanie na Hakassi i najgorszy element, czyli wyjaśnienie pani Galarus całej sytuacji i jakieś pojednanie ich ze sobą. Żona pana Zeo była oczywiście... bardzo przerażona, wstrząśnięta, oburzona, a za wszystko obwiniała nałogi męża. Sporo było trzeba korzystania z autorytetu Jedi, a i to nie starczało. I tu się przyznam, że zrobiłem coś co dla większości uczniów tutaj jest jak splunąć... i ja szanuję że tak jest i ja nie krytykuję! Ale, skłamałem, nagadałem dużo kitu na temat tego, że zdrowie pana Zeo w wyniku tego co go dotknęło jest takie, że już nigdy nie będzie mógł dotknąć i gilladzkiego alkoholu i innych specyfików bo ma trwałe zniszczenia nerek i dotykanie tych rzeczy skończy się śmiercią... z barwnymi opisami w stylu Ucznia Cryxena. Dla was nic, ale ja rzadko kłamię dobrym humanoidom nawet w dobrej sprawie... ale czułem że tutaj muszę. Nałogi naprawdę niszczyły tych dwoje... bo oni nawet wierząc mi we wszystko, w historię o złych "promieniowaniach z wykopów Gillad", o złych mafiach które są zwalczane przez Jedi i zajmie to wiele lat i Jedi muszą zwalczać je bardzo po cichu i powolutku by nie narażać takich humanoidów jak oni... oni tak łatwo to brali, a i tak graniczyli z załamaniem psychicznym. Wszystko z winy nałogów Zeo. Nie jakichś dramatycznych z kategorii rynsztoków, a dokładnie tego czego się spodziewacie po normalnych humanoidach, co to żyją normalnie w społeczeństwie i mają "rodzinne problemy". Trochę mam wyrzuty, proszę czytelników, że skłamałem, że się wtrącałem, że sterroryzowałem biednego pana Zeo potwornymi wizjami co to za dni umierania w agonii pod respiratorem go czekają od alkoholi gilladzkich... Ale... Ale pewnie w sumie i tak to nie miejsce na to.

Kontakt z naszymi kochanymi przyjaciółmi z Hakassi był bardzo miły i spokojny. Pan Calud Rarru i pan Fiaho Hona, przedstawiać nie trzeba... Chciałem spotkać się poprosić o przygarnięcie Galarusów gdzie mieszkają ofiary Obozu Horrorów. Nie było to żadnym kłopotem, po prostu bali się o to czy Sektor nie dowie się, że dalej trzymamy duże kontakty i trzymamy na Hakassi wszystkich naszych "uchodźców" i czy coś się nie wymsknie gdzieś. Przypomnieli mi mądrze, że Theresse Imagina dowiadywała się o obecności Jedi i szykowała zamachy po prostu poprzez wielki "botnet" monitorujący całą sieć HoloNet i reagujacy jak tylko pojawiło się byle fanowskie zdjęcie z Jedi... i jak mało trzeba, żeby coś się gdzieś wymsknęło. Potrzeba było tylko miłej i uczciwej rozmowy i dobrego wyjaśnienia, czemu państwo Galarusowie to normalne osoby, które na pewno posłuchają wytycznych co do "słów zakazanych" i tak dalej, no i zapewnić, że nie będziemy takich osób przesyłać za dużo, bo jednak ryzyko jest i tyle. Dalej... chcieli porozmawiać o poważnych obawach, które nakierowały mnie na temat uciekiniera, Adepta Ioghnisa... dzisiaj, po latach, nic ważnego i szkoda mącić w głowie zbędnymi komplikacjami proszę słuchacza...




Drugi dzień. Cały... cały "sekret" tej wyprawy: zostałem zaatakowany po drodze. W locie zacząłem załatwiać wynajem magazynów i kryjówek dla poległego Rycerza Glauru i jego mentora, co na szczęście się przydało, a potem... czekali na mnie przy jednym z punktów wyjścia. Najmłodsi mogą nie wiedzieć jak to wygląda w Jądrze, ale tutaj bardzo trudno o stabilne dłuższe trasy nadprzestrzenne, tu lata się małymi węzłami i wyskakuje z nadprzestrzeni i znajduje nowy wektor czasem i 30 razy z Koros na na przykład Hakassi. Dodatkowo po wojnie często takie rzeczy dzieją się w miejscach prawdziwych cmentarzy kosmicznych... tam gdzie na przykład spoczywa rozszarpana na metalowe strzępy flota razem z zastygłymi, nie gnijącymi z braku atmosfery, zwłokami yuuzhańskich bestii. W jednym z takich miejsc gdzie w kosmosie wisi rozszarpany krążownik na mnie czekali. Zasadzka Sektora. Dwa TYE-Wingi, jeden Y-TIE.

To była katastrofalna sytuacja. Byłem tam ja, zwykły Rycerz, taki naprawdę zwykły, nie Rycerz co to spędził całe szkolenie od Adepta na przygodach i należy do elity Zakonu, taki zwykły mały Rycerzyk, może troszeczkę bardziej doświadczony niż Padawan Redoran. Był tam prom Sentinel, prom szturmowy do ataku i desantu wojsk z wielkich ładowni na statyczne cele. Moi przeciwnicy to co prawda był kompletny złom, sama klasa mówi, ale było ich trzech otaczających mnie w rozpadających się, ale myśliwcach, przeciwko niezwrotnemu ciężkiemu promowi. Miałem się poddać, ale za dobrze wiedziałem, ze w rękach Sektora w tamtych czasach to oznaczało gwarancję śmierci bez zadnej nadziei na magiczny ratunek. Tej decyzji na pewno będę bronił, poddanie się na środku kosmosu trójce psycholi z Sektora to gwarancja śmierci.

A dalej... przegrałem. I... i nie umiem się winić, naprawdę. Miałem ledwo zwrotny prom przeciw trzem krążącym myśliwcom. Zniszczyłem jednego, mój prom oberwał, a w trakcie zestrzeliwania drugiego dosłownie straciłem pół promu. Ledwo żywym gruzem udało mi się w trakcie korkociągu wystrzelić ostatnią rakietę pokładową i przeżyć. Prom był umierającym gruzem. Moi dawni mistrzowie pewnie mówiliby że błąd był gdzieś wcześniej, że mogłem coś wcześniej zrobić inaczej by nie dopuścić do przegranej walki, że zawsze jest inne wyjście... ja... ja nie widziałem, i nie, nie uważam tego za błąd. Nie uważam tego za cholerny błąd. To nie jest błędem gdy ktoś był po prostu zdrowo myślący zamiast być geniuszem, to nie jest błąd jak ktoś nie przewidział konsekwencji pięć etapów dalej gdy pakował bagaż do promu. Brak geniuszu to nie błąd. To nie moja porażka.

Nie jest żadną moją winą że wleciałem rozpadającym się promem w środek rozszarpanego cmentarza po krążowniku ukryć się tam, wzywać Sojusz na pomoc i mieć czelność nie chcieć umierać. Słusznie przewidziałem że może być ich więcej, ze jak dzieje się coś takiego, to pewnie obstawili inne wektory. Zaraz jakiś jeden przyleciał, groził komunikatorem że niedługo przyleci ich frachtowiec i zniszczy moje resztki, ale na szczęście nie próbował wlecieć do tego cmentarzyska, miałem tam dobry okop. I negocjowaliśmy, że tak powiem, ale nic z tego nie było. Ustawiłem resztki Sentinela, zadbałem by resztki broni działały, wycelowałem w jedyne wejście... i czekałem... i czekałem...

I cisza... i cisza... Może godzina nawet... albo dwie... nie wiem.

I... Dostałem nowe połączenie do resztek Sentinela... Proszę mistrzów, proszę uczniów... pobity człowiek błagający o pomoc, z blasterem wycelowanym w jego głowę. Autentycznosć była oczywista, błagał o życie w najgorszej rozpaczy jaką widziałem. Lamentował nad jakimś młodym pracownikiem co mu poderżnęli gardło. Typowa esencja tych śmieci z Sektora, zabić wszystkich nadwyżkowych ludzi jak tylko jest na to okazja, jak tylko jest bezpieczny moment to zamordować świadków bo na wszelki wypadek. Esencja tego bydła. Dostałem ultimatum. Wylecieć powoli i się poddać. Z trudem złożyłem z kontekstu co musiało się stać... Posiłki musiały przylecieć, w międzyczasie na tym węźle musiał wypaść inny przypadkowy handlarz w ciągu tych godzin i jakimś podstępem czy przemocą zrobili abordaż i to tyle. Miałem wylecieć i dać się zabić. W zamian... pewnie i tak by go zabili jak już mieliby mnie z głowy. A przy tym, jestem, byłem, albo przynajmniej udaję cholernego Jedi. Nie mogłem pozwolić go zabić. Musiałem walczyć o niego, jakoś. Nie, żadnych "i tak go zabiją a Rycerz może w przyszłości uratować dwóch za jednego". Nie, nienawidzę tego bilansu, nienawidzę tego myślenia, tą drogą nikt nigdy się nie poświęci i nie zaryzykuje życia świadomie za ocalenie kogoś, bo ocali ich za mało, aż skończy karierę umierając na misji gdy miał okropny dzień z wylanym mózgiem i da się wpakować w bombę. Nie, nie, nie.

Myślę, że mogę powiedzieć... ze w pewnym sensie poświęciłem się za tego człowieka. W pewnym sensie oddałem swoje życie, życie jako Jedi. Dobrze... proszę mi wybaczyć, wiem że to wszystko brzmi... patetycznie jeszcze gorzej niż zwykle te moje gadki, ja chyba naprawdę nie wiem po prostu co mówić i chyba nie ma sensu... do rzeczy...

Powiedziałem, że się poddam i wylecę pod jednym warunkiem, pokażą mi że to wszystko prawda, dostanę hologram. No i dostałem.

Pewnie was to rozbawi w wydaniu kogoś takiego jak ja kto jest zupełnie normalnym Rycerzem dla którego spontaniczne użycie telekinezy ot tak w walce to jest strasznie dużo kogoś szturchnąć telekinezą w trakcie machania mieczem... Ale... cóż. Zadusiłem przez hologram to coś z aurą człowieka na śmierć. I Moc potraktowała to tak jak zawsze.

Nie, nie żałuję. Ocaliłem tego biednego człowieka. Przy okazji chyba też swoje życie, nawet jak nie swoje życie jako Rycerz Jedi. Nie żałuję tego co zrobiłem. W tej chwili w jakiej byłem, nie było nic lepszego co ocaliłoby życie nas obu. Może mogłem cudownie wpaść na to że jakimś niepojętym dla mnie sposobem Sektor dowie się że Sentinel jest na Hakassi i zastawią się w drodze powrotnej, może zamiast zrobić coś co zrobi akceptowalnie mądry Rycerz tam wcześniej, mogłem zrobić coś genialnego co by temu zapobiegło. Może i tak, ale teraz żyją wśród nas tylko ci co dobrze wiedzą jaka to żałosna teoria i wymądrzanie się, teraz wiem że nie marnuję czasu na uszy próżniaków, albo biednych głupców co to poczuliby się mądrzy że jak krytykowałem ich za egocentryzm i kompleks zbawcy to wygrali bo według nich to hipokryzja krytykować egocentryzm i nie być doskonałym geniuszem czy coś podobnego... Przepraszam, wiem że te parę zdań to tylko jakieś puste frustracje...

Człowiek został ocalony. Nakazałem mu jak najszybciej zabarykadować kokpit i jak najszybciej lecieć do mnie. Przedostałem się na jego statek, przeżyliśmy, w końcu Sojusz odpowiedział na moje błagania i zabrali nas na Hakassi, w tym wybłagałem żeby zabrali tam resztki Sentinela.

Obrazek

Na Hakassi z przerażenia zabrałem nawikomputer ze sobą co by nikt nie dopadł naszych map i uciekłem ze Stoczni, pomyślałem że jeśli nasi przyjaciele nie wiedzą gdzie się schowałem, to wróg tym bardziej nie dowie. Schowałem się w sklepiku w Krabikowie wybłagawszy właściciela naszego "Tobołka" o łóżko i schronienie i tam się zamknąłem na tygodnie z głową w poduszce aż odnalazła mnie Mistrzyni i jej... wtedy jeszcze "przyszły"... uczeń.

Od tamtego czasu nie mogę sięgać po Moc. To dlatego tylu z was mówiłem, proszę uczniów, że moje i tak nieimponujące zdolności odeszły. To taka trochę tchórzliwa półprawda, bo cóż, są poza moim zasięgiem faktycznie, chyba że chcę ryzykować pogłębienie wypaczeń... Ale te zawiłości to już temat na kiedy indziej. Przepraszam za bełkot tego raportu... i dobranoc.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Mistrzyni Vile, Rycerzu Mohrganie, Uczniu Radama, Uczniu Cryxenie, Padawanie Jareth, dziękuję za dochowanie mojej tajemnicy aż do dnia tego raportu.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Zosh Slorkan
Obrazek
Awatar użytkownika
Jareth Seran
Padawan
Posty: 70
Rejestracja: 13 cze 2025, 19:27

Re: Sprawozdania

Post autor: Jareth Seran »

Quallika Vessan i transport z Noventis

1. Data, godzina zdarzenia: 26.11.25, 19:30-1:00 (wprowadzenie), 02.12.25, 19:00-20:30 (zeznania)

2. Opis wydarzenia:

Witajcie. Mamy za sobą rozmowę z tą kobietą, o której Aiden dostał wiadomość. Dla jej dobra psychicznego, bo naprawdę ciężko to znosi... zostawiam tutaj pełny raport, żeby nie było potrzeby zmuszania jej do opowiadania wszystkiego od nowa. Oczywiście poszukiwanie nowych faktów czy szczegółów to co innego i nie chciałbym, żebyśmy przesadnie ją oszczędzali, bo sytuacja jest poważna, a ona sama też to rozumie. Ale całą tę jednorazową gehennę relacjonowania rzeczy warto jej oszczędzić. Nagrywałem to na poczekaniu, raport rozrósł się za ostro, ale myślę, że przy tym chaosie przyda się każdy szczegół.

Nazywa się Quallika Vessan. Pochodzi z Coruscant, gdzie pracowała w firmie Noventis jako asystentka prezesa, Derrivora Thaeda. Ich korporacja jest jedną z najmniejszych na Coruscant, ale wciąż, to korporacja, więc ludzi jest tam sporawo. Quallika była zwykłą pracownicą, zarzeka się, że o niczym nie miała pojęcia i prowadziła najnormalniejsze życie; nawet nie miała za bardzo znajomych poza rodziną.

Została aresztowana po tym, jak dokumenty, które pomagała współpracownikowi przerobić i poprawić, okazały się być podkładką do przemytu. Edycje, które wprowadzała, służyły do fałszerstw mających ukryć przemyt broni dla koreliańskich śmieci-terrorystów mordujących cywili. Przyszedł do niej współpracownik Marlen twierdząc, że ma problemy z papierami i musi je poprawić; poprosił ją o pomoc, bo to niby „nie jego sekcja”, i pod jego dyktando modyfikowała dokumenty, po czym wysłała je ze swojego komputera. Nie znała go dobrze, tak samo jak większości ludzi w firmie. Nie była zbyt lubiana. Sama przyznała, że prezes zatrudnił ją mimo dużo lepszej konkurencji, bo chciał „skrajnie brzydkiej asystentki”, ze względu na dawne afery z romansami i zdradami, żeby zamknąć temat z góry... Ekhm. Cóż. Wiarygodna historia, spoglądając na nią, bez obrazy.

Przemyt szybko wykryła nowo powołana „Gwardia Sojuszu” - formacja pół-totalitarna, inwigilująca i przetrzepująca całe Coruscant. Quallika została aresztowana, a wszystkie dowody wskazywały na nią: formalnie dokumenty były jej, na komputerze Marlena nie było żadnych śladów ani edycji, ani kasowania, ani tworzenia oryginałów. Wszystko wyglądało na to, że Quallika sama prowadziła machinacje, co potwierdzały logi systemowe i brak alternatywnych dowodów. Została brutalnie przesłuchana przez dwóch funkcjonariuszy - podporucznika Lethan Kara i pierwszego sierżanta Korvatha Krelara. Atmosfera była wroga, typowe zaszczucie psychiczne, próba złamania jej i zmuszenia do wydania ludzi, którym rzekomo pomagała. Wrzucili ją do celi z trzema kobietami, które były aresztowane lub już skazane (nie jest tego pewna) za różnego rodzaju współpracę z koreliańskimi śmieciami. Warunki były na poziomie podstawowych humanitarnych standardów... bez przemocy, z możliwością wypowiedzi, ale cała reszta to, według jej relacji, była czysta orka psychiczna. Z małą uwagą: znamy ją dopiero od niedawna, więc trudno ocenić, na ile jej perspektywa jest racjonalna.

Po pobycie w celi, gdy krzyczała, że chce adwokata, zabrano ją na kolejne przesłuchanie. Tym razem dano jej trochę przestrzeni, by się bronić, ale nie miała absolutnie żadnych dowodów ani sensownych argumentów. Rozmawiałem z nią o tym długo — jej argumenty były w rodzaju: „nie zrobiłabym tego, bo siedzę tylko w domu nad hobby i nie mam znajomych” — no tak, ludzie tego typu zwykle właśnie działają, przez HoloNet. Albo argumenty, że „nie zrobiłabym tego w ten sposób, bo zostawiłoby to poszlaki, więc zrobiłabym to inaczej”. No brzmi beznadziejnie, ale sam w takiej masakrze nie miałbym lepszych, choć nie dziwię się, że to nie podziałało. W tle droid-archiwista zasypywał ją zeznaniami nielubiących jej współpracowników i logami systemowymi. Była pod ścianą, bez żadnych kart w ręku.

I wtedy nagle — bum. Wpada jej szef z dokumentami od prawników, rozjeżdża funkcjonariuszy cytatami z cyfronotesu, i nim Quallika w ogóle zdążyła dojść do siebie w łzach i panice, funkcjonariusze... wściekli, pozwalają ją zabrać, nakładają zakaz opuszczania Coruscant i informują, że będą pilnować każdego lotu. Prezes Thaed zabiera ją stamtąd i… ciąga taksówką na kolejną taksówkę i następną, aż wracają do firmy. Tam przeprasza ją za to, co się stało, za to, że została „wplątana w to”. Z jego słów wynikało, że naprawdę coś grubszego się dzieje, że Marlen popełnił błąd i że cała sprawa jest o wiele większa niż ich firma. Odmawiał odpowiedzi, o co dokładnie chodzi, tłumacząc, że jeśli ucieczka się nie uda, to jej niewiedza będzie jedynym, co może ją uratować. Powiedział też, że „ich specjalizacja to ukrywanie prawdziwych przewozów”. Dał jej wybór: albo wskoczy do kontenera, który przemyci ją poza Coruscant razem z ładunkiem sprzętu rolniczego, albo będzie po niej, bo większość dokumentów od prawników to wydmuszki i jeśli znów ją złapią, to koniec. Gwarantował, że tam, dokąd zostanie wywieziona, jest „więcej ludzi myślących jak oni” i będzie bezpieczna. A oni muszą usłyszeć od niej jedno zdanie, tutaj jedyny cytat co do przecinka: „Są na Barab. Zabiją nas.”

I tak oto dziewczyna obudziła się po dziesiątkach godzin w ciemnościach, w naszej wiosce, z Demolkiem liżącym pudło i Cryxenem, Aidenem oraz Kresstarem stojącymi w kompletnym osłupieniu, co się właściwie wydarzyło.

Co do samych zeznań: były prowadzone w obecności całej grupy: Rycerza Fella, Ucznia Cryxena, Padawana Noama, Padawana Redorana i mnie. Reszta mądrzejsza ode mnie mocno jej ufa, w tym nawet ci „astralni”, jak mistrz Fell i jego uczeń. Quallika nie ma też najmniejszego pojęcia o galaktycznej polityce... o wojnie domowej wiedziała tylko tyle, że „coś tam się mordują”.

Brzmi jak bełkot i bezsens... to prawda. Zgodnie twierdzimy, że czegoś tu brakuje, kompletny bezsens i dziurawa historia, nie mamy nic wspólnego z tymi ludźmi. Noventis na Coruscant to tylko filia, Noventis z Koros Major to główna firma, a oni są podlegli pod Gildię Górniczą, ale no, jak każda firma. Może narodziłyby się teorie, ale ruszyliśmy na pilną wyprawę nim usiedliśmy nad wątkiem na serio.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Jareth Seran
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
Posty: 2934
Rejestracja: 03 lip 2011, 14:29

Re: Sprawozdania

Post autor: Elia »

Wybuchowy teatr

1. Data, godzina zdarzenia: 13.12.24, 14.12.24, 15.12.24

2. Opis wydarzenia:

Wylot do systemu Beshqek odbył się już dawno, ale nigdzie nie zamieściłam z niego żadnej relacji. A powinnam była, bo to potrzebne do wyjaśnienia nerwowych zachowań Gildii względem nas.

Polecieliśmy tam z Ornem i Thonem. Zatrzymała nas najpierw placówka pilnująca nadprzestrzeni w tym sektorze, biedni żołnierze Sojuszu sterczący na warcie z dala od wszystkiego. Ich jedyne towarzystwo - koledzy z pracy, zero holonetu i dostępu do informacji ze świata, brak możliwości opuszczenia warty, cokolwiek by się nie działo, póki nie przybędzie ktoś na wymianę za pół roku. Jak można wydedukować, stan psychiczny ekipy od słabego po tragiczny. Obiecaliśmy im przywieźć legalne antydepresanty, mamy je już nawet, tylko trzeba się tam wybrać.

Byliśmy z dowódcami kompletnie szczerzy - i dobrze, bo od razu atmosfera się poprawiła, pokazali nam nawet dobre miejsce na przeprowadzenie operacji: porzucone miasto na planecie Relus. Zwiedziliśmy je sobie najpierw i w opuszczonym centrum handlowym znaleźliśmy trzy pluszowe banthy. Teraz mają nowych właścicieli, Karmelek należy do Kiluska, a pozostałe dwie do Neila i Orna.

Orn rozłożył materiały wybuchowe na terenie jakiegoś kompleksu fabrycznego, w ładnym okręgu wokół "epicentrum destrukcji". W środku namalowaliśmy dziwne symbole i rozrzuciliśmy kryształy zbyt małe i zbyt zanieczyszczone, by nadawały się do mieczy. Miało wyglądać mistycznie i dostarczyć Gildii realistycznych materiałów do badań.

Kiedy Orn wszystko odpalił, wybuch był imponujący. To były (o ile dobrze pamiętam, zedytuję, jeśli się machnęłam) ładunki oparte o reakcje jądrowe, żeby nie zostało po nich żadnych śladów. Naprawdę musiałam się postarać, żeby nas przed tym osłonić, dosłownie wstrząsnęło całym Beshqek.

Zabraliśmy się na Gillad tak szybko, jak to było możliwe. Poziom promieniowania spadł, ale wciąż zostało go dość, by był dla nas groźny w szerszej perspektywie. Na szczęście Torian zorganizował kompleksowe leczenie, wliczając serie transfuzji krwi od ochotników. Dzięki Wam żyjemy i nie urosły nam macki! A Gildia do dziś nie wie, co tam się dokładnie wydarzyło.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
ODPOWIEDZ