Sprawozdania

Re: Sprawozdania !

Postautor: Xarthes dodano: 06 paź 2010, 15:24

Polowanie na Jedi

1. Data, godzina zdarzenia: 26.09.10 godz. 21:00 - 23:00

2. Opis wydarzenia:

W bibliotece krzątało się wyjątkowo dużo osób. Za mną, Xarthesem - wpadł tam Asahi i Fenni. Rozmawiałem z Mistrzem Sasem i Uczniem Isharem. Wyjaśnialiśmy pewną sprawę, gdy całą akademię rozdarł potworny ryk jakiejś bestii - od razu wiedzieliśmy, że był to Rancor. Mistrz Sas nie czekał nawet sekundy, wskoczył na okno i zapalił miecz.

-Jedi! Pełna gotowość! - krzyknął, a za nim, przez okno wyskoczyła cała czwórka znajdująca się w bibliotece. Biegliśmy po gzymsie, uważnie badając każdy zakamarek ogrodu pogrążonego w mroku nocy. Nie widzieliśmy niczego, nie potrafiliśmy też wyczuć skąd dokładnie wychodzą krzyki. Nagle, w dole ujrzeliśmy adeptów. Stali przy schodach i się rozglądali.

-Młodzi! Do akademii! Zabarykadujcie się w pomieszczeniu generatora i czekajcie na pomoc! - wykrzyczał z góry Mistrz Jedi, a młodziki zerwały się do biegu po schodach. Ogród był czysty, pozostała tylko brama, więc czym prędzej ruszyliśmy w jej stronę. Tu rozgrywał się cały dramat. Rancory ganiały za howlerami, raptorami i pożerały panicznie uciekającą zwierzynę. Zeskoczyliśmy na ziemię i próbowaliśmy zapanować nad sytuacją. Nasz dowódca, nakazał nam powrócić i obserwować sytuację z góry oraz osłaniać droidy, które ostrzeliwały wielkie bestie. Dodał też, że zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, zabronił ataku na uciekające, mniejsze stworzenia, określił jednoznacznie, że to Rancory są napastnikami, z którymi musimy sobie poradzić. Ishar otworzył bramę, a Mistrz zapędził doń jednego, wielkiego, parotonowego potwora. Po chwili, Jedi odskoczył, a stwór zginął miażdżony przez potężny mechanizm. Jego wnętrzności i krew przyozdobiły całą kamienną budowle i spory kawałek trawy wokół niej. Postanowiliśmy, że odciągniemy howlery w głąb dziedzińca, i skryjemy przed napastnikami za polami energetycznymi. Sprawą zajął się Uczeń Ishar. Poprowadził zwierzęta za sobą, po czym zamknął w swoistej zagrodzie. Sytuacja wyglądała na opanowaną, pozostała jedynie sprawa jeszcze jednego, żywego Rancora. Mistrz Ablazer walczył z nim dzielnie, jednak po chwili usłyszeliśmy huk. Mistrz nie odpowiadał. Zeskoczyliśmy z posterunku na bramie i zobaczyliśmy, że bestia trzyma Ablazera pod kamienną ścianą w zabójczym uścisku. Bez namysłu rzuciłem się w jej stronę, skacząc ciąłem Rancora kilkakrotnie mieczem i wypchnąłem Mistrza Sasa z jego chwytu. W moment po tym, Rancor odpowiedział kontrą, a ja runąłem na ziemie uderzony zewnętrzną stroną łapy. Padawan Fenni i Asahi złapali najpierw Mistrza, potem mnie i odciągnęli od oponenta. Szukając nas zeskoczył ze skarpy i dostał się na dziedziniec. Złapał za kolumnę na samym dole budynku i zaczął w nią napierać, uderzać, a my mieliśmy wrażenie, że zaraz cała akademia się zawali. Z trudem dotarliśmy na schody, które prowadzą do głównego wejścia świątyni. Stwór był tuż pod nami, a my nie wiedzieliśmy, co robić. Naszą jedyną bronią w tym momencie były DK-04 i DK-05, gdyż my nie byliśmy w stanie walczyć z Rancorem. Wtem, do głowy wpadł mi, jak z początku się wydawało, genialny pomysł.

-Mistrzu, Twój statek, którym tu przyleciałeś... Może go wykorzystamy?
-Świetnie. Osłaniajcie droidy, ja zajmę się maszyną. - Ablazer wyskoczył na sam dach świątyni, i po chwili zaczęła się wielka bitwa. Krążył, flankował, nurkował, beczkował po całym niebie i co chwile obrzucał Rancora gradem z potężnych dział swojego "ścigacza". Gdy jeden padł po kilku manewrach świetnego pilota, a zarazem Mistrza, pojawił się znikąd drugi. Ablazer go zauważył, dostał od nas komunikat o tym, że mamy drugi problem. Nie zdążył nań odpowiedzieć, bo po chwili spora eksplozja oświetliła na chwilę niebo. Części jego statku rozleciały się po całym ogrodzie. Ishar ruszył do boju z ostatnim żyjącym Rancorem. Wtem pojawił się Mistrz Bart, wszystko działo się bardzo szybko. Zadał kilka pytań, po czym rzucił się na bestie okładając ją szybkimi, zwinnymi a zarazem bardzo potężnymi i skutecznymi ciosami. Ja i moich dwóch rówieśników, w przerażeniu pobiegliśmy szukać Mistrza. Mieliśmy bardzo złe przeczucia biegnąc obok części statku. Zauważyliśmy go, leżał na murze bez życia. Próbowaliśmy się wspinać po swoich plecach by do niego się dostać, gdyż żaden z nas nie mógł doskoczyć tak wysoko.
-Mistrzu! - krzyczałem z dołu, oczekując całym sercem, że odpowie, kombinując zarazem jak się do niego dostać.
Na szczęście Mistrz był przytomny.
-Wracajcie... do rozkazów... będę... ugh, żył. -Wysapał z trudem, i jak było słychać, z wielkim bólem.
-Na pewno? Nie możemy Cię tak zostawić!
-Dam... sobie rade... Idźcie!
-Uparty osioł... - rzuciłem pod nosem zmartwiony o los naszego opiekuna. Pobiegliśmy by dalej walczyć, tak jak kazał. Bart stał już nad martwym potworem. W całym tym chaosie po mojej głowie kłębiły się mnogie myśli, pytania, dlaczego ktoś to robi, do czego dąży. Wspierani przez droidy ruszyliśmy w grupkach sprawdzać mury, gdyż sytuacja w akademii zaczynała wyglądać na opanowaną. To, co działo się na ziemi, to jedno, lecz do całego konfliktu dołączyło również niebo. Na nim pojawiła się obszerna eskapada statków. Zaczęły zataczać kółka nad świątynią. Po chwili na cały budynek spadł grad pocisków artyleryjnych.
-Bombardowanie, kryć się! - wykrzyczałem biegnąc po schodach.
-Wszyscy Padawani do budynku, natychmiast! Powtarzam, do budynku, jesteśmy atakowani z nieba!
W holu zaczęło zbierać się coraz więcej osób. Kilka już było rannych, na szczęście w ich ciałach ugrzęzły jedynie odłamki po wybuchach.

-Mistrz Sas! Został na zewnątrz, musimy go ratować - w mojej głowie nagle pojawił się, Ablazer, który nie mogąc się ruszać leżał na murach. Rycerz Bart nie czekał długo. W moment wyskoczył z budynku w poszukiwaniu rannego. Oczekiwanie było straszne. Cały budynek się trząsł od kolejnych spadających nań torped, bomb, rakiet, pocisków. Padawani jednak, tak jak i ja - nie poddawali się. Wszyscy twardo staliśmy i nikt nie zamierzał oddać swojego domu bez heroicznej walki, z każdym przeciwnikiem. Kel Dor, wyrzucony wybuchem wpadł po schodach na nas. Obok niego wylądował Mistrz Sas. Pomogliśmy wstać naszemu nauczycielowi i lekarzowi - by zajął się rannym Mistrzem Sasem Ablazerem. Odsunęliśmy się nieco od wejścia. Sam stanąłem przy ścianie naprzeciwko niego, by być gotowym na kolejne kroki napastnika.
-Mistrzu... po bombardowaniu zazwyczaj wkraczają jednostki szturmowe... - rzekłem do pracującego nad rannym Barta.
-Wiem, Xarthesie... - odchylił się nieco od Sasa odpowiadając mi.
-Musimy zabrać stąd Mistrza Sasa. To mało bezpieczne miejsce!
-Macie rację, Padawani. Weźcie go jak najprędzej, we 3 do kantyny. Tam się zabarykadujcie i czekajcie. Niech Moc będzie z wami. - Rycerz Jedi wskoczył przez szyb windy i straciliśmy go z oczu niosąc rannego Mistrza. Gdy tylko wjechaliśmy windą, drugą zjechał do nas termodetonator. Wyrwałem Mistrza Sasa pozostałym dwóm Padawanom i skoczyłem przed siebie, w korytarz prowadzący do kantyny. Wybuch mnie przewrócił, leżąc przygnieciony Mistrzem Ablazerem widziałem sprawny unik Padawanów przed eksplozją i ich potyczkę z droidem bojowym. Nagle jednak, przy ich dwóch ostrzach pojawiło się trzecie, szafirowo niebieskie, rozcinające dym wytworzony wybuchem, jak i samego, niedoszłego zabójcę.
-W samą porę Mistrzu! - wykrzyczał któryś z nas, po czym ponownie złapaliśmy za rannego i szliśmy żwawym krokiem do kantyny.
-Dołączę do was niedługo, zajmiemy się rannym.
Dotarliśmy do kantyny. Położyliśmy Sasa na stole. Rozmawialiśmy, co chwile sprawdzając tętno rannego na przemian z wysyłaniem komunikatów o pomoc do Praxeum i Republiki. Gdy drzwi kantyny się otworzyły, wszyscy trzej ucichliśmy, a w naszych rękach pojawiły się bronie. Ja, Asahi i Fenni stanęliśmy naprzeciwko kolejnego droida zabójcy. Odbijaliśmy sprawnie jego strzały, zapędzaliśmy w głąb korytarza, a na pomoc nadciągnął ponownie Mistrz Bart razem ze swoim Padawanem Isharem. Na nic zdały się próby ucieczki robota, gdyż po chwili runął na ziemię pozbawiony głowy. Na twarzach Padawanów widniał uśmiech, gdyż ponownie Rycerz przybiegł w samą porę. Zebraliśmy cały konieczny sprzęt, po to, by nasz medyk mógł zająć się wszystkimi rannymi, a prawie każdy z nas oberwał – zdecydowanie najgorzej było jednak z Mistrzem Ablazerem. Wyjrzałem przez okno w komnatach Adeptów. Ujrzałem grupkę osób rozmawiających przy niej, oraz Mistrza Barta machającego mieczem na znak, że wszystko już jest w porządku. Nagle cała adrenalina opadła, a rany dały znać również mi. Tamta noc była jedną z cięższych. Obroniliśmy po raz kolejny własnego domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Przesunięte dla chronologii wydarzeń.

4. Autor raportu: Padawan Xarthes
Obrazek
Awatar użytkownika
Xarthes
Były członek
 
Posty: 177
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Lublin

Re: Sprawozdania !

Postautor: Xarthes dodano: 16 paź 2010, 7:48

Plaga robaków

1. Data, godzina zdarzenia: 13.10.10, 20:00 - 22:00

2. Opis wydarzenia:

Mój późnowieczorny trening skoków oraz szermierki na dziedzińcu trwał w najlepsze. Akurat mój partner do walki, zmęczony ciągłymi bęckami ode mnie, Adept Vinax poszedł po coś do picia. Wykonując sekwencje róży wiatrów na kolumnach usłyszałem krzyk Rycerza Barta dobiegający z góry.

-Na dole! Uważajcie! – od razu zacząłem się rozglądać za potencjalnym niebezpieczeństwem, przed którym ostrzegał Mistrz. Ruszyłem w głąb ogrodu, rozglądając się przy jak najbardziej wytężonych zmysłach po jego ciemnych zakamarkach. Nagle wyskoczyła na mnie spora gromada potworów kopalnianych. Zacząłem się bronić, gdy nadszedł Rycerz Bart. Gdy zgładziliśmy wszystkie robaki Mistrz przedstawił mi sytuację.

Prawdopodobnie to przez walki z Rancorami, bombardowanie, gdzieś otworzyło się dla nich przejście, dlatego pojawiają się coraz częściej w naszym domu. Adept, z którym trenowałem, dzień wcześniej również miał z nimi spory problem i sam musiał odpierać ich napaść. Bart postanowił, że warto zająć się sprawą natychmiast. Poradził mi, bym odnalazł kogoś do pomocy, dodając, że czeka pod bramą ze ścigaczami. Odnalazłem Padawana Riyuka, i razem wyruszyliśmy na miejsce zbiórki. Przejechaliśmy dolinę spowitą mrokiem, a na jej końcu zostawiliśmy maszyny, gdyż dalej musieliśmy zeskoczyć po sporym wzniesieniu. Zalecenia naszego mentora były jasne – żadnego kontaktu ze zwierzyną, mieliśmy obejść dżunglę bez konfliktowo. W między czasie, jeszcze przed wyjściem z Akademii, otrzymaliśmy komunikat od oddziału republiki, który przygwożdżony przez stworzenia musiał się wycofać i ukryć. Obchodząc legowiska zaspanych Howlerów doszliśmy do zawalonego drzewa. Zza pnia wyskoczyła na nas olbrzymia chmara stworzonek. Ruszyliśmy do walki. Gdy moi towarzysze unikali ich zębów robali, ja zacząłem je flankować. Niefortunnie jednak znalazłem się na linii, po której Rycerz Bart wykonał falę Mocy. Całe mnóstwo małych robaków rozbiło się o moją klatkę piersiową wyrzucając mnie na kilkanaście metrów do tyłu. Padawan i Rycerz dokończyli walkę i pomogli mi wstać. Ruszyliśmy dalej. Na szczęście nie natknęliśmy się bezpośrednio na żadnego Howlera lub Raptora. Dotarliśmy do obozu treningowego, który opuściliśmy miesiąc temu. Wszyscy z nas wpadli na ten sam pomysł, jeśli legowisko robaków jest tutaj, musi być w którejś z podziemnych „jaskiń”. Tak też było, skonfrontowaliśmy się z małą grupką robactwa. Prócz tego, znaleźliśmy ciało martwego najemnika. Było w bardzo późnym stadium rozkładu, całe ponadgryzane, porozrywane i poszarpane. Mistrz uznał, że to prawdopodobnie zwłoki zbiega Republiki, dodał też, że to najpewniej jeden z awanturników, którzy napadli mnie i Padawana Layfona podczas transportu części generatora. Rycerz Bart ruszył do wyjścia uprzednio polecając nam, byśmy sprawdzili dalszą część obozu. Wszystkie ślady naszej obecności w nim już dawno zniknęły, a wokół panowała cisza i spokój. Daliśmy sygnał żołnierzom, że teren jest bezpieczny i mogą już wracać do swoich obowiązków. Zbliżając się do wyjścia z obozu, ja i Riyuk poczuliśmy bardzo dziwną zmianę w Mocy, której nie potrafiliśmy zdiagnozować. Mistrz wytłumaczył nam wszystko. Wywnioskował, że to dżungla przez nasze działania pobudziła się do życia. Wniosek był prosty- droga powrotna będzie znacznie cięższa. Staraliśmy się jednak zachowywać maksimum bezpieczeństwa i nie odsłaniać się przed zwierzyną. Na cale szczęście udało nam się uniknąć jakiegokolwiek kontaktu z ewentualnym zagrożeniem, za co Mistrz pod samym wejściem do Akademii nas szczerze pochwalił. Wygląda na to, że sprawa potworów kopalnianych, przynajmniej na tą chwile jest rozwiązana.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Padawan Xarthes
Obrazek
Awatar użytkownika
Xarthes
Były członek
 
Posty: 177
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Lublin

Re: Sprawozdania !

Postautor: Siad Avidhal dodano: 24 paź 2010, 15:26

Niespodziewany atak

1. Data, godzina zdarzenia: 23.10.10, 16:30-18:00

2. Opis wydarzenia:

Dzień był niesamowicie spokojny - aż za spokojny. Wszystko zaczęło się nagłą zmianą pogody. Ulewny deszcz, ciemna (złowroga wręcz) mgła i świszczący wiatr. Padawan Adachi i Adept Vinax stali w jednej z sal treningowych. Nagle ten drugi krzyknął, rzucił się do korytarza wraz z Adachim, zauważyli postacie okryte w ciemne kombinezony. Zgasło światło - dwójka napastników zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Padawan Adachi był bezbronny z powodu uszkodzenia własnego miecza świetlnego- w znacznym stopniu uszkodzenie obejmowało kryształ jaki posiada. Uczeń Vinax podarował na czas nieokreślony swój miecz wiedząc, że on go zapewne lepiej wykorzysta w takiej sytuacji. Wiadomo... wyższe doświadczenie, umiejętności bojowe i po prostu dłuższy staż w akademii. Oboje zeskoczyli na pierwsze piętro i udali się korytarzem, słysząc dziwne odgłosy w kantynie. Weszli, niczego nie zauważyli. Przetrząsnęli tam dokładnie wszystko - po drodze zahaczając o pokoje adeptów, przy okazji biorąc miecz dla bezbronnego Vinaxa od jednego ze studentów- Fuuda. Ciemność wszystko utrudniała. Zapewne gdyby nie światło z mieczy wpadaliby na wszystko, i na siebie. Dziwne dźwięki dobiegły tym razem z korytarza- obaj wybiegli. Tutaj już widzieli dokładnie dwie sylwetki w elastycznych kombinezonach. Machali mieczami praktycznie na ślepo!- A przynajmniej Vinax. Przeciwnicy zaprezentowali jedną ciekawą umiejętność- potrafili znikać tuż pod nosem. Nie wiadomo dokładnie czy to sztuczka umysłowa, czy specjalna umiejętność ich elitarnego ubioru. Zarówno Adept jak i Padawan przyjmowali ciosy. Lecz ten pierwszy o wiele więcej. Ciasny korytarz ograniczał ruchy i uniki, przez co stawali się łatwiejszym celem. Dobrym dość sposobem okazało się machanie mieczem, gdy Ci znikali- ale nie dość dobrym. Walki te dzieliły się na krótkie potyczki. Z korytarza przenieśli się na drugie piętro, potem sala mistrzów, gdzie naprawdę trudno było uniknąć ciosu stołem bądź skrzynią, i ponownie korytarz- tym razem mieli i blastery... Sala, korytarz na pietrze. Zarówno Adept jak i Padawan byli już mocno zmęczeni. Wtedy pojawił się uczeń Riyuk, który dołączył się (z całkowitą niewiedzą) na atak. Napastnicy dobrze bronili się w sali treningowej, a ich ostrzał był dość silny by nie dać się przedrzeć. Wtedy Adept wpadł na plan zajścia ich od tyłu, i tak zrobił. To pozwoliło skupić się nieznajomym na walce z nim, i dać szanse wcielić się do walki Padawanom... Krótka walka poza budynkiem a następnie finał- Adept który stał na oknie w bibliotece dostrzegł wycofujących się najeźdźców i goniących ich Adachiego i Riyuka, wdał się w walkę mając sekundę na zaskoczenie- nie wykorzystał jej dość dobrze, nie dano mu tej szansy. Krótka potyczka i chęć wskoczenia na okno, by poinformować o pozycji wroga skończona fiaskiem. Adept podczas odwrotu został chwycony mocą i otrzymał kilka strzałów z blastera. Chciał wstać, lecz zauważył tylko pięści. Gdy Padawani wbiegli było już za późno. Blaster przyłożony do głowy ogłuszonego Vinaxa i słowa "To już koniec". Nie mając wyboru rozluźnili ucisk swych dłoni trzymających broń, i z pomocą jednego gestu miecze były już w posiadaniu wrogich użytkowników mocy. Kim byli? Czego chcieli? Nie wiadomo. Lecz uciekli wraz z oszołomionym Adeptem.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Adept Vinax
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1609
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania !

Postautor: Hebran dodano: 03 lut 2011, 17:29

Porwanie – Azure – cz. I

1. Data, godzina zdarzenia: 23.01.11, 14:00-17:00

2. Opis wydarzenia:

Już przy samym promie Hebran spotkał Barta i Xarthesa – najwyraźniej rozmawiających na chwilę przed odlotem. Pozostała jeszcze tylko krótka odprawa z Mistrzem Sasem i jak najszybsze wyruszenie – Jedi mieli już kilka minut opóźnienia...

Wyruszający na misję mieli za zadanie dowiedzieć się gdzie przebywa porwana rodzina Daba Trrorisa – prezesa korporacji Genetech Laboratories, zatrzymać łowczynię, aresztować ją, po czym wezwać wojsko Nowej Republiki.

Pierwsze koordynaty wprowadzone przez pilotującego prom typu Lambda Ablazera skierowały statek w stronę krążownika, mającego lecieć na planetę Gorsh, gdzie wraz z Kaldarem miał powstrzymać Grovvska i tajemniczą Bestię. W trakcie lotu nadprzestrzennego przeprowadzili jeszcze krótką naradę, którą zakończył Mistrz Sas, odpowiadając na pytanie Echaniego:
- Hebran, szanse macie tak wielkie, jak duża jest Twoja wiara.
Kiedy tylko Ablazer i Kaldar opuścili pokład Lambdy Kel Dor zamknął rampę promu i uruchomił zaprogramowany wcześniej kurs autopilota na Azure. Sama planeta niewątpliwie zrobiła ogromne wrażenie na dwójce Jedi – wielokrotnie bardziej fascynując krajobrazem niż, wydawałoby się wyjątkowe, Manaan.
-Teraz zapnij wszystkie pasy. I najlepiej licz na Moc. - powiedział całkiem spokojnie Rycerz, czekając aż Padawan zapnie podstawowe pasy biegnące przez brzuch oraz drugie, idące przez klatkę piersiową i barki, stanowiące całkiem solidną ochronę w razie nieudanego lądowania. Jak okazało się chwilę później – Bart wyłączył autopilota i miał zamiar lądować samodzielnie... To, że dzisiaj ciągle żyją zawdzięczają chyba jedynie Mocy, ogromnemu szczęściu albo jeszcze innej sile sprawczej, na pewno jednak nie uratowały ich zdolności Barta – doskonały szermierz mimo kursu pilotażu nie był niestety równie dobrym pilotem.
Na spotkanie z Dabem Trrorisem dotarli dość szybko, od hangaru dzieliło ich kilka minut drogi, podczas której byli eskortowani przez Skakoan aż do głównej siedziby prezesa korporacji. Zgodnie z umówionymi wcześniej warunkami – laboratorium, mieszczące się na niższych poziomach, przygotowało podróbkę wirusa, nie do odróżnienia od oryginalnej substancji bez szeregu specjalistycznych badań.
- Wiecie, gdzie łowczyni wyląduje? - spytał po krótkiej chwili ciszy Kel Dor.
- Na lądowisku, jednak właściwa transakcja odbędzie się tutaj, w głównym biurze.
Chwilę później wszyscy zebrani usłyszeli charakterystyczny dźwięk silników myśliwca, łowczyni nagród właśnie wylądowała. Nie tracąc czasu na dalsze ustalenia parę sekund później Jedi siedzieli już ukryci za kolumnami i skrzyniami.

- Witaj słodziutki... - Aurra Sing we własnej osobie powitała zadziornie prezesa. Kolejne kilka chwil obydwie negocjujące strony spędziły na typowych przy takich wymianach uprzejmościach oraz zapewnieniu Trrorisa, że jego rodzina jest cała i zdrowa – przekaz z holonadajnika był całkiem autentyczny. Koniec negocjacji dobiegał końca – umowa na wyprodukowanie 2 milionów dawek wirusa została podpisana...
- Sir, otrzymaliśmy wiadomość, że do hangaru wdarła się trójka droidów zabijając strażników! - zakomunikował nagle jeden z ochroniarzy, aby chwilę później upaść na ziemię już bez ręki.
W mgnieniu oka dwójka Jedi ruszyła w stronę łowczyni, aktywując miecze, zauważając od razu trupy kilku Skakoan na podłodze oraz szalejącą między nimi Aurrę. Między paskudną ale ciągle niebezpieczną łowczynią a Rycerzem Zakonu Jedi wywiązała się krótka walka, w której od czasu do czasu wspierał go Abren, nic jednak nie zapowiadało przewagi którejś ze stron. Czwórka mieczy świetlnych raz po raz krzyżowała się i zderzała, a walczący atakowali i bronili się raz po raz, nieustannie starając się zaskoczyć przeciwnika. Ucieczka Aurry Sing do innej sali nie zmieniła wiele – ciągle wycofywała się, wymagając jednak od Jedi dużego zgrania i wysiłku. Jedno było pewne – nie podda się tak łatwo. Jak można było przewidzieć – uciekała dalej, tym razem ruszyła nie do innego pomieszczenia, a w dół, zjeżdżając na najniższe poziomy placówki.

Kiedy tylko Jedi ruszyli za łowczynią na dół przekonali się o swoim błędzie – na dole czekała na nich grupa wyjątkowo silnych droidów wspierających Aurrę. Znacznie rozsądniej byłoby zaczekać na wsparcie, o czym pierwszy przekonał się Hebran, upadając na ziemię z dość znaczną raną na ramieniu. Kolejne droidy regularnymi falami atakowały placówkę, zdecydowanie przytłaczając dwójkę ścigających łowczynię. Mimo początkowo dość dużej przewagi, mechaniczni oponenci z reguły szybko padali pod silnymi ciosami miecza Barta. Ciągle jednak niektóre droidy mimo to dość znacząco raniły Abrena podczas walki – rana nogi i o wiele poważniejsze postrzały w brzuch wydawały się być ostatnimi ranami, jakie Padawan przyjmie w swoim krótkim życiu, na chwilę przed naciągnięciem wsparcia kilku Skakoan z górnych poziomów placówki...

~Padawan Hebran Abren





Hebran leżał na ziemi w kałuży krwi. Stwierdzenie droidów, że był martwy – było niebezpiecznie blisko prawdy. Echani wyglądał jak rozstrzelany – strój przypominał popiół, ciało w wielu miejscach niewiele lepiej.
Bart przez ułamek sekundy także przypominał poległego. Jego oprawca mógł w każdej chwili wypalić, by go dobić. Rycerz Jedi miał co najwyżej sekundę na działanie. Zaczerpnął sił z Mocy i wybił się szybko do przodu – lecz oponent popędził w inną stronę.
-Niech ktoś zabierze stąd Hebrana, jest ciężko ranny! – zawołał w miejsce, skąd usłyszał ostatni krzyk Echaniego, któremu towarzyszył jasny impuls w Mocy. – Idę za łowczynią!
-Zabezpieczyyyć rannego. – wołało cichnące echo głosu jednego z żołnierzy, gdy Bart pędził w stronę dwójki następnych postaci w laboratorium.
Towarzyszący Aurrze droid wystrzelił ku niemu z kuszy energetycznej dwójką pocisków – każdy uderzył jedynie jego cień, nim strzelec osunął się na ziemię pozbawiony głowy.
-Zostaliśmy sami, jak mniemam? – zawołał z ironią.
-Wielka szkoda... – odparła łowczyni, wystrzeliwując z dłoni strumienie błękitnej energii. Te zatrzymały się na granatowej klindze Kel Dora, swobodnie rozchodząc się po całej jej długości.
-Nie ze mną te numery. – mruknął, wracając na chwilę umysłem do pierwszego spotkania z takimi Błyskawicami. Wtedy, o ile pamięć go nie myliła, poleciał dwa metry w tył, przy akompaniamencie śmiechu Kannosa Lightdusta. Kolejny strumień elektryczności stanowił już starą, wyświechtaną sztuczkę.

Rozpoczęła się walka – Sing rzuciła się do ataku ze swoimi dwoma mieczami. Bart skrzyżował je w połowie drogi, wystawiając ostrze w powietrze, uchylając się w prawo przed ciosem drugiej broni, a parując uderzenie pierwszej. Zaraz potem natarł na przeciwniczkę serią ciosów, zmuszając ją do naprzemiennego wykorzystywania obu kling. Okrążając ją w płynnych, szybkich krokach, pozostawał zawsze poza zasięgiem jednej z nich. Z nietuzinkową mieszanką pełnego opanowania i zarazem bombardowania ciosami, nacierał nieustannie na łowczynię.
-Jeeedi! Wystaw ją nam!
Skakoanie biegli w stronę walczących, gdy Aurra zeskoczyła płynnie z platformy przed ciosem, który niechybnie by ją przepołowił. Jej przeciwnik szybko podążył za nią, lecz nawet nie wystawił miecza. Wystawił jedynie rękę – skupiając w jednej sekundzie całą energię, która przez niego płynęła, na niej. Nie była zdolna wyrwać się z Chwytu Mocy, mogła jedynie szamotać się w powietrzu, w zaskakującym popisie akrobatyki unikając pocisków. Uścisk zelżał dopiero po kilkunastu sekundach – nie czekając, uskoczyła tak daleko, jak tylko się dało.
-UWAGA, GÓRA! – Bart trącił lewą dłonią holodatę, krzycząc do urządzenia, gdy dostrzegł dwójkę wojowników na drodze kobiety. Nie zdążył doskoczyć – obaj padli pod jej ostrzami, a on mógł tylko dalej za nią biec.
-Tu powinnooo być względnie bezpieecznie. – wojak pozostawił Hebrana nieopodal wyjścia, a ten półprzytomny oparł się o ścianę.
Laboratorium było w istnej rozsypce – większość probówek znajdowała się roztrzaskana na ziemi, roznosząc opary. Jedno z naczyń buchnęło dymem w stronę Jedi, oszałamiając go. Minęła najwyżej sekunda, a jego umysł uległ niesamowitemu zaćmieniu, poczuł się niezdolny do uzyskania jakiegokolwiek kontaktu z Mocą. Sing wyczuła to i doskoczyła ku Kel Dorowi, zasypując go ciosami. Wszystkie uderzenia zatrzymały się jednak na jego głowni – refleks i zdolności pozostały takie same. Zamachnął się pięścią, odrzucając oponentkę i wystartował mieczem do przodu. Cel jednak umknął przed sztychem.
-Zabezpieczyć wszystkie wyjścia, zniszczyć jej pojazd! – znów trącił urządzenie przy pasie dłonią.
Wytężył mięśnie i zepchnął oba ostrza w prawo, otwierając własnemu drogę do śmiertelnego ciosu. Tak prosty finał nie był mu jednak przeznaczony – Aurra odskoczyła przed uderzeniem i zaczęła biec na ścianę, ostatecznie znikając na piętrze.
Cokolwiek zamgliło jego umysł, zniknęło. Zanurzył się w Mocy, podążając za wrogiem. Kolejny z jego sojuszników padł, pozbawiony kończyny. Znowu poczuł odór chemikaliów, także przez maskę.
-Dorwiemy ją!
Znów zeskoczyła, unikając konfrontacji. Sięgnął dłonią ku niej, a umysłem w Moc. Dały jednak coś zupełnie innego niż oczekiwaną falę telekinetyczną. Potężne wyładowania elektryczne wystrzeliły z palców, oślepiając go swoim rozmiarem. Nie wiedział w jaki sposób poraził łowczynię jednymi z najpotężniejszych Błyskawic Mocy, jakie widział w swym życiu, nie wiedział czemu bez skazy Ciemnej Strony. Niezależnie od tego, rudowłosa zabójczyni runęła na ziemię z dymiącym ciałem, lecz nawet to nie powstrzymało jej przed poderwaniem się i biegiem jak najdalej od Jedi.
-Ustaawić pułaaapkę na łowczynię! – rzucił jeden z ochroniarzy, szybko udając się w inną stronę.

Hebran leżał pod filarem, oszczędzając siły – jedyne na czym się skupił, to oddech. Skakoanin podał mu niewielkie urządzenie, rozmiarów cyfronotesu, ze słowami:
-Ranny, trzymaj... w razie czeego zdetonuj tamten ładunek.
Odpowiedzią był śmiech – zważywszy na stan Echaniego, reakcja wręcz przesadnie energiczna.

-Kurwa! Gdzie to wyjście?! – Sfrustrowana Sing miotała się po korytarzach; nieustępliwy, męczący Kel Dor znów nie dał się jej skupić, manewrując między mieczami wściekłej kobiety. Niewzruszony zablokował jeden z ciosów, obracając się by zasłonić kark przed wyprowadzonym z szarży ciosem i jakby w bezwzględnie brutalnym uderzeniu Djem So odpychając agresora na bok. Niestety okazało się to dobrą okazją do ucieczki; po drodze ostrze ścięło nogę następnego strażnika.
-Zabiłaś dziś wielu ludzi – i nie mogę dopuścić byś zabiła więcej! – Bart zaczerpnął powietrza, po czym ruszył na zabójczynię i choć walczył Makashi, trudno było dostrzec w tym czystą Formę Drugą. Technika może i była jej bliska, lecz we wszystkim kryło się tempo Czwartej, a nieugiętość Formy Piątej. Technika Mrocznej Jedi natomiast kuriozalność Jar’Kai – sztuki korzystającej z założeń Formy Czwartej, wywodzącej się z Szóstej, podpadająca pod Siódmą. Jedi okazał się zwyczajnie za szybki – nagły, zamaszysty ruch wytrącił metalowy cylinder z prawej ręki rywalki, która obracając się za nim nie zdołała dostrzec zmierzającemu ku twarzy buta, posyłającego ją na schody. Sytuacja zniechęcała do kontynuacji walki.
Bart szybko rzucił się ku wyłączonej broni, by rozciąć ją w pół i pozostawić na ziemi dymiące szczątki konstrukcji, acz kolejny jego sojusznik padł na ziemię – pozbawiony ręki, lecz żywy; nieprzytomny osunął się po schodach aż wylądował w pełnym oparów pomieszczeniu – wyglądało na to, że ocaliły mu życie.
-Ten artefakt był wart wiele planet głupi Jedi! – zawyła niemal w bólu Aurra, widząc fragmenty obudowy spadające do zbiornika wodnego, sycząc.
Rycerz Jedi westchnął, przyjmując pogardliwy ton, doskonale odzwierciedlający jego odczucia względem takiej egzaltacji.
-Wybacz, bardziej obchodzi mnie zatrzymanie morderstw, których tu dokonujesz.
Nie zamierzał tego przeciągać. Krótka, delikatna finta poprzedziła nagły zamach i uderzenie pod niespodziewanym kątem. Oponentka szybko uderzyła w odsłonięty punkt, aczkolwiek nie wzięła pod uwagę, że zaraz znajdzie się tam miecz. Serie dalszych ciosów rozbijały się o granatową klingę, która płynnie tarasowała drogę każdemu atakowi.
Zastanawiał się, ilu powalonych Skakoan przeżyło. Uszkodzenie kombinezonu na ogół gwarantowało śmierć, lecz rana miecza świetlnego jest zbyt czysta i sama w sobie stanowi swoistą, minimalną izolację. Żywot z protezą w takich czasach to żaden ból... Śmierć dzielnych towarzyszy napełniała go potężnym ładunkiem determinacji. Łatwo było widząc ją, rzucić się na wroga z oślepiającą furią. Czemu nie? Nie tylko Kodeks to odrzucał – odrzucał to też pragmatyzm. Szał bojowy może dać wiele, ale nie jemu, nie komukolwiek, kto swoją siłą zawsze czynił spokój, a przy tym determinację. Ta była wielka – był gotów zginąć, byle być ostatnią osobą zabitą przez tą bezduszną bestię. Ona jednak, najwyraźniej wcale nie była na to gotowa.
Wykonała zamaszysty cios zmuszając go do uniku i wbiegła po schodach z szybkością, jakiej dawno nie widział. Dwójka kolejnych ludzi padła pod jej szarżami, w tym jeden bez głowy.
To był koniec walki. Cisza opanowała cały, swoisty „bunkier”. Ktokolwiek tu walczył poza nimi, był albo martwy, albo nieprzytomny. Wszystko miało się sprowadzić już tylko do pojedynku między nimi. Pojedynku znacznie swobodniejszego, gdy zginąć mogło tylko jedno z nich. O wiele łatwiej o spokój i pewność, gdy nie trzeba dbać o innych, gdy pozostaje tylko jasny cel.
-Zablokować wszystkie wyjścia z budynku, powtarzam. Wezwać posiłki, niech czekają w odwodzie!
Przez jego umysł przemknął obraz całej walki. Obraz zła, jakie miało tu miejsce, zła które miało się zakończyć teraz, albo nigdy. Ruszył powoli przed siebie, swobodnie trzymając miecz skierowanym w dół.
-Poddaj się. Nie masz ucieczki.
-Zabiłam tylu Jedi, ilu nawet nie poznałeś w całym swoim marnym życiu, rycerzyku!
-Ciekawe, ciekawe. Przyznam, że zastanawia mnie jakim cudem w takim razie, mój kolega pozbawił Cię ręki.
Przerzucił szybko obudową w dłoni, nie zwracając uwagi na koło zatoczone przez wiązkę plazmy.
-Hebranie, rzucę Ci bactę po drodze, jeśli pozwolisz – dodał, schylając głowę tak, by dojrzeć wciskane na pasie przyciski. –Zakończmy to. Ciekaw jestem, jak sprawuje się Twoja nowa dłoń, po zabawie z Xarthesem – stwierdził twardo, salutując orężem.
-No tak... Twój blond uczeń... Jego śmierć na pewno poprawi mi humor – złowieszczy, wręcz szaleńczy rechot Aurry odbił się metalicznym echem po pomieszczeniach.
-Najpierw musisz się przedrzeć – wycedził powoli Bart, nim rzucił się do ataku. Nacierał z pełnią swoich zdolności, nie potrzebując się już bronić. Zwartość ataku sprawiała, że strącał zbyt niebezpiecznie zbliżające się ostrze w połowie następnych sekwencji. Nie wystarczyło jednak czasu, aby zakończyło tą konfrontację – awatar Ciemnej Strony w tej symbolicznej potyczce umknął.
Hebran.
Bart w ferworze walki, dawno stracił świadomość jego położenia. Moc jednak szybko poprowadziła go w stronę słabej, zanikającej aury rannego.
Doskoczył do niego, na tą chwilę usuwając palec z włącznika rękojeści. Lewa dłoń zaczęła odruchowo wodzić po pasie, szukając niewielkich pojemniczków bacty. Podszedł do półżywego i zaczął aplikować substancję w najrozleglejsze rany. Czas naglił. Nie było ani miejsca, ani środków, ani nawet sensu zabierać się za profesjonalne zabiegi. Kluczem było tylko ustabilizować jego stan i zadbać o możliwość ucieczki.
Rany wyglądały odrażająco, lecz spotykał się z takim widokiem już zbyt wiele razy. Jednocześnie fakty były aż nazbyt proste: jeśli ochroniarze przeżyli, dadzą dalej radę – znał to specyficzne błogosławieństwo miecza świetlnego od lat. Poszarpane, krwawiące rany Padawana za to mogły w każdej chwili go uśmiercić.
Podał duże ilości płynu do każdej z ran. Czynności daleko było do starannej, wykonywanej tylko jednorącz – wypuszczenie miecza z dłoni nawet przy wyczulonych zmysłach mogło okazać się wyrokiem.
-UCIEKAJ STĄD! JUŻ!

Roztropnie, uczeń pobiegł we własną stronę. Mistrz natomiast, w tą samą stronę co Aurra.
Ich losy były teraz za bardzo związane, by samoistnie się rozplątać. Pięknie prezentowały to bezustannie ścierające się potoki niebieskiej energii. Jeden z nich okazał się jednak szybszy. Ugodzona ręka łowczyni posłała w stronę Barta dym wydobywający się z uszkodzonych komponentów.
Mechanizmy elektroniczne mają jedną wspaniałą zaletę. Każdy bazuje na jakiejś energii, którą Jedi może zmanipulować. Ale to ciężka i subtelna sztuka, trik który ćwiczył wielokrotnie na droidach. Częściej jednak szatkował ich tarcze zanim go skończył.
Na razie jego przetestowanie należało zostawić na później. Znów zetknął się z tymi samymi oparami, które zakłócały jego postrzeganie Mocy. Rozradowana kobieta rzuciła się błyskawicznie do ataku.
Niczego się jednak nie nauczyła.
Bart nie potrzebował skoku na pięć metrów by walczyć, nie potrzebował ciskać w nią sprzętem laboratoryjnym. Miecz wystarczał. A gdy efekt minął – zaryzykował i postarał się zakłócić działanie protezy. Nie umknęło to jednak uwadze wroga.
Kel Dor nie poczuł się jednak zniechęcony. Miał to zakończyć, niezależnie od metody.
Krótkie zwarcie mieczy.
Sing ucieka, dociera na najwyższe piętro. Trzy sekundy wystarczają jednak, by do niej dotrzeć i kontynuować. Najgłębsze rezerwy Mocy zasilają zabójczynię, lecz nie na długo. W dzikim szale mogła zmiażdżyć go celnym ciosem, gdyby go nie sparował, ale za wiele było siły, a za mało kontroli. Obrócił się błyskawicznie zaraz po sparowaniu i miecz poszybował w głąb korytarza.
Granatowa klinga miała przechwycić rozbrojoną w locie, tymczasem reakcja była zbyt płynna. Niebezpiecznie blisko krawędzi, narzędzie znów stało się jednością z szermierzem. Trudno było nadal mówić o chwili oddechu – w tej samej sekundzie następne ciosy zaczęły spychać zaciekle broniącą się łowczynię coraz dalej, aż kopnięcie powaliło ją na ziemię. Nie spadła jednak, ale obolałe mięśnie zmusiły ją do odwrotu.

Leżąc na ziemi, młody Echani i Korelianin był załamany swoją szybką porażką. Naprawdę liczył, że będzie w stanie pomóc Bartowi chociaż trochę w ujęciu łowczyni. Tymczasem po prostu padł na podłogę laboratorium, poraniony boltami... Pociski wyjątkowo silnych droidów towarzyszących paskudnej oponentce zraniły go w kilku miejscach, dotkliwie raniąc zarówno klatkę piersiową, jak i dumę Padawana. Wyruszył na misję z całą Radą placówki, a teraz jedynie przeszkadza...

Pchnięta Mocą w powietrzu, Mroczna Jedi wylądowała na najniższym poziomie, nie czekając z ponownym odbiciem się i osadzeniem nóg dokładnie tam, skąd spadła. Szermierze minęli się w powietrzu - dało to Aurrze chwilę na zebranie sił, nim znów została zmuszona do obrony. Wymiana ciosów zajęła najwyżej kilka oddechów, nim jej oręż znów sięgnął posadzki, tym razem kilka metrów niżej. Uskoczyła, w ostatniej chwili łapiąc się krawędzi kolejnego poziomu, po tym jak telekineza Rycerza prawie sprowadziła ją martwą na dół.
Do tego już po chwili znalazł się za nią, miotając ostrzem tak, że jedyną opcją był bieg przed siebie. Lecz miała nie tylko miecz świetlny.
Rzuciła za siebie granatem, nie zatrzymując się.
Bart też się nie zatrzymał. Przebiegł zwyczajnie przez pole rażenia i granat wybuchnął długo po tym, jak on znalazł się poza jego zasięgiem. Przemęczona, słabnąca istota mroku – skoczyła ze schodów prosto w opary i zniknął za nimi. To sprawiło, że zatrzymał się. Popędził naokoło, lecz tutaj Aurra była gotowa. Bolty kuszy energetycznej wystrzeliły w jego stronę, lecz płynność reakcji przy jej sprzeczności była zaskakująca. W połowie szarży zwyczajnie zeskoczył i wyparował na oczach strzelca.
Sing sięgnęła dłonią, a zaraz potem Mocą w kierunku sfatygowanej upadkami rękojeści. Gdziekolwiek schował się Padawan, zrobił to naprawdę solidnie, zostawiając ją na pastwę mentora. Wszystkie wyjścia zablokowane, droidy dawno przestały stanowić cokolwiek funkcjonalnego.
Horror miał się dopełnić.
Startując z drugiego korytarza, Bart skoczył przed siebie w natarciu. Miało być ostatnim.
Przez kilka sekund, smugi światła wirowały nad ziemią.
Szermierka stanowiła oryginalną grę. Niczym w tych najbardziej klasycznych, kluczem było w serii ruchów sprawić, by konkurent pozostał w sytuacji bez wyjścia. Tutaj wszystkie rozgrywały się z prędkością światła, a przynajmniej dźwięku i angażowały Moc.
Ostatecznie, Aurrze Sing nie pozostał żaden ruch, który pozwoliłby jej ustrzec się trafienia. Ramię wylądowało na podłodze, w akompaniamencie syków unicestwionych mechanizmów.
-Jesteś bezbronna. Poddaj się. Jeśli ruszysz na mnie, będę musiał Cię zabić – krótkie, lakoniczne zdania, stanowiły wszystko, co miał do powiedzenia przegranej – Posiłki, łowczyni jest schwytana. Hebranie – przynieś elektrokajdany... – westchnął do odpiętej od pasa holodaty.
Ostrożność i świadomość pozostały takie same, ale zmysły powróciły do porządku dziennego, gdy nareszcie to zakończył.
-A teraz – powiesz nam gdzie jest rodzina Daba. Jeśli nie zrobisz tego teraz, wydamy Cię najlepszym ekspertom od przesłuchań z całego personelu Nowej Republiki. Lubującym się w katowaniu świeżych więźniów.
Abren z ostrożnością wręczył kajdany; jego druga dłoń dzierżyła kolejny symbol Jedi, obdarzony zielonym ostrzem. Kel Dor zablokował nogi pojmanej, a jej pas z uzbrojeniem posłał za siebie.
-Są na Glee Anselm – wycharczała z furią i bezradnością.
-Koordynaty.
-Są w nadajniku...
-Hebranie, pójdź po ten pas i wyciągnij nadajnik; zgraj koordynaty i prześlij je do dowództwa akcji – basowy, emitowany z maski głos stawał się spokojniejszy, melancholijny.

Wrota na górze otworzyły się z hukiem, a do wnętrza wpadł oddział żołnierzy.
-Jedi, przybyliśmy na wsparcie!
-Dowódco, skujcie ją i przeszukajcie według własnego uznania.
-Wy dwaj, słyszeliście Jedi! Do roboty! – dłoń dowódcy wskazała na dwójkę podkomendnych.
-Uważajcie na nią, ma talent w Mocy. Proponuję aplikować jej już teraz silne środki odurzające.
Aurra zaczęła się wyrywać.
-Jesteś bez szans. Nie rób nic głupiego – westchnął ze zrezygnowaniem Bart, subtelnie skinąwszy lewą dłonią.
Nawet gdyby nie chciała posłuchać, była już za słaba aby usiłować ucieczki. Ranna, odurzona i skuta – poddała się całkowicie.
-Wielu ludzi zginęło tutaj, w swoim czasie – zajmijcie się nimi proszę. To bohaterowie. A ta kobieta, niewątpliwie współpracuje z Grovvskiem, sterta zniszczonych tutaj droidów należy do typu, skradzionego z Bonadan.
-Świetna robota Jedi. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek ją pojmiemy.
-Dlatego miejcie na nią oko. Odpowiedni ludzie będą wiedzieli, jakie środki jej podawać, musicie robić to regularnie. Najlepiej zapewnić też kajdany odpowiedniego rodzaju.

-Ruszajmy. Jeśli się wyrwie, postrzelić! – z oddali dobiegł stłumiony głos żołnierza.

-Zginęło ponad dziesięciu ludzi, każdy z nich zasługuje na miano bohatera. – ponownie podkreślił Bart, bliski zaskoczeniu nad faktem przypięcia miecza znów do pasa. Hebran sprawdził, czy wszystkie niezbędne dane trafiły do Trorrisa.
-Miłego powrotu Jedi i jeszcze raz dziękujemy – kiwnął głową dowódca na słowa o ofiarach. Możesz być tego pewien, Mistrzu Jedi.
-Nie ma za co, wykonujemy swoją pracę. Moc z Wami żołnierze.
-Teraz proszę wybaczyć, muszę sprawdzić co z moimi ludźmi.
Wszyscy rozeszli się, pozostawiając pobojowisko za sobą.

-Wybacz Mistrzu... – przerwał ciszę zamyślony Padawan.
-Ta walka była ciężka, droidy bardzo silne. Wszystko usprawiedliwia Twoją porażkę.
Lecz musi Cię motywować, do doskonalenia się. Wracajmy do domu.

Zmęczenie było na tyle silne, że pokonało ból i niezależnie od postrzałów – spokojnie podążyli w stronę Lambdy.

~Rycerz Jedi Bart

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Wybaczcie te kilka dni opóźnienia, spowodowane sprawami osobistymi.

4. Autor raportu: Padawan Hebran Abren
Nie ma wahania, nie ma prób.
Hebran
 
Posty: 79
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:49

Re: Sprawozdania !

Postautor: Ashtar Tey dodano: 12 lut 2011, 18:32

Gorsh - bitwa o stacje badawczą

1. Data, godzina zdarzenia: 23.01.11, 16:00-19:00

2. Opis wydarzenia:

Po przybyciu na miejsce nie miałem zbyt wiele czasu na przygotowania. Od razu udałem się do stacjonujących w bazie oddziałów, by przedstawić im plan działania. Już z daleka wyczuwałem wyraźne napięcie wśród żołnierzy – informacja o tym, że wielki, metalowy potwór dowodzi siłami przeciwnika musiała wywrzeć na nich spore wrażenie. Moje przybycie znacznie ich jednak rozluźniło. Na mój widok wyprostowali się i ustawili w idealnym szeregu zgodnie z dyscypliną. Jak zwykle z początku spotkałem się z tą samą reakcją na mój sposób komunikacji. Strach, zdezorientowanie, nerwowe ruchy. Szybko jednak udało mi się ich uspokoić i nastawić ich skupienie na nasze zadanie. Nie było dużo czasu na przygotowania, ledwie parę słów wstępu musiało wystarczyć za odprawę.

Wiedziałem, że bitwa będzie wieloetapowa – zarówno my jak i przeciwnik dysponowaliśmy większymi siłami, dodatkowo walka toczyła się na paru poziomach jednocześnie. Uznałem, że nie będziemy czekać na pierwszy ruch przeciwnika i spróbujemy go uprzedzić. Przewidywałem, że oddziały desantowe Czarnego Słońca będą składać się głównie z awanturników, łowców nagród i nielicznych najemników. Wyszkolenie i dyscyplina były po naszej stronie. Wraz z oddziałem przeszliśmy górnymi poziomami do generatora. Żołnierze szybko związali ogniem siły nieprzyjaciela. Po chwili zobaczyłem Grovvska – chciał nas rozproszyć wpadając w sam środek oddziału. Gdy wybił się w górę i już prawie lądował pchnąłem go Mocą, przez co spadł na niższe poziomy. W tej chwili odkryłem jego główną słabość – liczne mechaniczne części może i dawały mu refleks i siłę Jedi, jednak wobec Mocy był bezsilny. Zdecydowałem się okrążyć przeciwnika i zaatakować go od tyłu. Najemnicy Czarnego Słońca zdecydowanie nie byli dobrze zorganizowani – bardzo łatwo dali się podejść i wyeliminować. Wydawało się, że przynajmniej na razie walka jest skończona. Jednak od dłuższego czasu wyczuwałem aurę istoty wrażliwej na Moc. Dodatkowo była to aura znajoma. Jak przez mgłę wiązałem z nią niektóre ze swoich wspomnień z okresu, gdy jeszcze wiedziałem czym jest mowa. Mój przeciwnik dał się znaleźć dosyć szybko. Już wcześniej uprzedzano mnie o obecności kogoś imieniem Bestia. Teraz stał przede mną trzymając wyciągnięty przed siebie miecz o dwóch czerwonych ostrzach. Rzeczywiście, było w nim coś drapieżnego, niemalże zwierzęcego. W walce był niesamowicie agresywny, szybki i nieustępliwy. Nie docenił mnie jednak i łatwo dał się skontrować. Po zepchnięciu go do krawędzi platformy pchnąłem go Mocą, przez co poleciał na dolne poziomy tak jak wcześniej zrobił to Grovvsk.

Spokój jednak nie trwał długo. Już po chwili pojawiły się nowe oddziały. Tym razem nie było tak łatwo. Strach przed dowódcami związał szyki Czarnego Słońca. Po krótkiej walce musieliśmy odstąpić – straciliśmy kilku ludzi, ja sam zostałem zraniony przez Bestię i Grovvska w pojedynku. Uznałem, że czas wezwać Mistrza Ablazera. Korzystając z chwili odpoczynku wysłałem mu telepatyczny sygnał. Na szczęście zdążył przed następna falą wrogich sił. Gdy tylko przybył na miejsce od razu potwierdził moje spostrzeżenia. Rzeczywiście, znaliśmy wcześniej Bestię, gdy ten szkolił się u nas pod imieniem Pete Be’ast. To odkrycie specjalnie nas nie zaskoczyło. Od dłuższego czasu wiedzieliśmy już, że Czarne Słońce dokonało werbunku w wielu miejscach i przyjmowało w swoje szeregi wszelkiego typu wyrzutków. Następne starcie również nie poszło po naszej myśli. Tym razem obie strony poniosły spore straty. Nasz oddział wycofał się do bezpiecznej strony bazy, zaś my walczyliśmy z Grovvskiem i Bestią. W pewnym momencie straciłem z oczu Mistrza Ablazera, który skoczył gdzieś w dół w pogoni za Bestią. Zostałem sam na sam z Grovvskiem. Olbrzymi android miał nade mną sporą przewagę. Męczył się o wiele wolniej i stopniowo przełamywał moją obronę. Nie pomogło nawet wykorzystanie Mocy. Po otrzymaniu celnego ciosu musiałem się wycofać.

Mistrz Ablazer nie wracał, a siły nieprzyjaciela zbliżały się coraz bardziej. Musieliśmy działać bez niego. Na szczęście jednak Bestia także gdzieś zniknął. Tym razem walka była o wiele bardziej wyrównana. Grovvsk został złapany w pułapkę i ponownie zepchnięty z platformy na dolne poziomy. Po stracie dowódcy najemnicy Czarnego Słońca zmienili się w chaotyczną masę, którą po kawałku eliminowaliśmy.

Po unieszkodliwieniu ostatniego przeciwnika wycofaliśmy się na początkowe pozycje. Zdecydowaliśmy się na obronę w niewielkim, zamkniętym pomieszczeniu z małym balkonem. Żołnierze postawili pola siłowe, które miały chronić ich przed Grovvskiem. Ja sam udałem się po to, by zaskoczyć przeciwnika szybkim atakiem od tyłu. Niestety, cały plan bardzo szybko się zawalił. Jeden z droidów trafił mnie potężnym pociskiem z kuszy energetycznej, zaś Grovvsk bardzo szybko przebił się przez pola siłowe i dokonał rzezi na stłoczonych w małym pomieszczeniu żołnierzach.

Posiłki pojawiły się dopiero po paru minutach. Czarne Słońce powoli zaczęło nad nami przeważać. Musieliśmy zaatakować, inaczej baza znalazła się pod ich panowaniem. Uderzyliśmy w sam środek ich punktu zbornego. Okazało się to wielkim zaskoczeniem dla przeciwnika. Jeden po drugim padali pod burzą pocisków blasterowych, Grovvsk zaś ponownie dał złapać się w pułapkę. Byłem bliski rozbrojenia go, jednak ten rzucił się do ucieczki. Mieliśmy przewagę, jednak Czarne Słońce nadal nie ustępowało. Uznałem że żołnierze sobie poradzą i rozpocząłem pogoń za Grovvskiem.

Android nie uciekał zbyt długo. Gdy tylko zorientował się, że gonię go tylko ja zatrzymał się w jednej z sal i zaczekał, aż do niego dobiegnę. Grovvsk wręcz emanował nienawiścią. Zaślepiała go dzika agresja, podobna do tej, którą wykryłem u Bestii. Walka była nieunikniona. Gdybyśmy dalej walczyli na polu bitwy, szanse byłyby wyrównane, jednak w czysto szermierczym pojedynku nie miał szans. Co prawda dysponował olbrzymią siłą i zręcznością, jednak zdecydowanie nie posiadał odpowiedniej techniki walki mieczem. Zdecydowałem się wykorzystać jego rozmiary, by uczynić je jego słabością. Szybkie kombinacje ciosów w dolne części jego korpusu i w nogi okazały się skuteczne. Wyższy ode mnie o jakieś pół metra android nie był w stanie odbijać szybkich, kąśliwych ataków. Kilkukrotnie udało mi się go powalić celnym kopnięciem bądź pchnięciem Mocą. Za każdym razem dawałem mu jednak wstawać licząc na to, że jego szał ustąpi, a on sam się podda. Nie wykorzystał danej mu szansy. Widząc, że nie ma innego wyjścia zdecydowałem się na unieszkodliwienie go. Jednym ruchem ostrza wytrąciłem mu miecz z ręki. Przyparłem go do muru i kopnięciem powaliłem na ziemię. Leżąc na ziemi Grovvsk niezdarnie próbował odbijać moje ciosy. Przerwałem na chwilę moje ataki. Widząc to, android uznał, że daję mu jeszcze jedną szansę, by mógł wstać. Nie miałem jednak zamiaru mu na to pozwolić. Wykonałem krok do tyłu, po czym z krótkiego zamachu przyszpiliłem go mieczem do ściany. Ostrze weszło prawie po rękojeść, a Grovvsk bezwładnie padł na ziemię. Nie mógł się już bronić. Leżał przede mną bezbronny zbrodniarz wojenny. Wystarczył jeden ruch ostrza i pomściłbym wszystkich tych, których zabił. Nikt nie miałby do mnie pretensji, wprost przeciwnie – zostałbym bohaterem, który pokonał metalowego potwora. Usiadłem na ziemi i sięgnąłem swoim umysłem ku tej istocie.

Słabość. Fizyczna i psychiczna. Konieczna operacja. Potem dalsze ulepszenia. Dążenie do doskonałości. Inność. Wyobcowanie. Strach. Złość. Nienawiść. Cierpienie. Grovvsk.

Grovvsk był normalną, żywą istotą. Pochłoniętą strachem i nienawiścią, ale żywą istotą. To mi wystarczyło. Wyłączyłem miecz i przeszukałem go w poszukiwaniu broni i wszelkich innych przedmiotów. Następnie wezwałem żołnierzy Nowej Republiki. Po ich przybyciu android został dokładnie związany i zabrany na statek, który miał go zabrać prosto na przesłuchania i przed sąd. Bez dowódcy siły Czarnego Słońca bardzo szybko albo zostały pokonane, albo same się poddały. Stacja została obroniona.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Kal'Dar
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1682
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania !

Postautor: Siad Avidhal dodano: 27 lut 2011, 19:29

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 26.02.11, 21:00

2. Opis wydarzenia:

Kiedy dotarliśmy do kompleksu wojskowego, z marszu przywitała nas cała świta Nowo-Republikańskiej agentury stacjonującej na Galidraanie. Verasa Annix - tak nazywała się agentka, która wprowadzała nas w szczegóły naszej operacji i wydała dowolny osprzęt. Odprawa była stosunkowo krótka.

Ruszyliśmy ku szybowi górniczemu, wpierw dostając się na miejsce docelowe naszym statkiem. Wejście było zablokowane, więc zmuszeni byliśmy spuścić się na linach przez wysoki szyb, na kładkę umieszczoną tuż nad kolosalną machinerią górniczą. Stwierdziliśmy, że spróbujemy załatwić to pokojowo, jakoś wbić się w tłum. Padawan Xarthes wpadł na pomysł, że będziemy udawać prezesów jakiejś spółki górniczej - czy czegoś w tym rodzaju. Jednak, przyznam, powątpiewałem w istotę tego planu słysząc informację, że górnicy są... kompletnie odmóżdżeni przez wgląd na jakieś specyfiki, bądź Ciemną Stronę. Z początku kazano nam się wynosić - po prostu. Jednak kiedy potajemnie przemieściliśmy się ku szybowi windy, celem zjechania do niższych poziomów - z marszu zostaliśmy... Zagonieni do roboty. Górnicy chodzili, snuli się niczym upiory. Niektórzy lakonicznie mówili coś o jedzeniu... Trochę, jakbyśmy byli ich pożywieniem - jakby WSZYSTKO było ich pożywieniem. Niektórzy również siedzieli na kolanach, kopiąc ohydnie zdartymi dłońmi w twardej, czerwonej ziemi. Okropne! Zupełnie nie przejmując się ranami własnych kończyn, jak w transie. By nie wzbudzać podejrzeń, przez dłuższą chwile również udawaliśmy górników. Niektórzy... Chcieli nawet zjeść Xarthesa - co przyznam, z początku było mrocznie-zabawne. Ale chyba nie lubili jedzenia "z puszki". Chcieliśmy się przemieścić. Ostatecznie... Zostaliśmy zaatakowani - chyba celem konsumpcji. Obgryzali nasze nogi, ręce. Wywiązała się walka - nie musieliśmy dłużej się kryć. Dobyliśmy naszych mieczy, walcząc przeciwko górnikom uzbrojonym w proste noże. Byli niezwykle... szybcy, jak na istoty które wcześniej jedynie snuły się w egzystencjonalnej pustce. Zostaliśmy wielokrotnie ranieni. Staraliśmy się przemieszczać - aż natrafiliśmy na starca... Przywódcę opętanych górników.

Zniknął niczym upiór, zamieniając się w duszący obłok ciemnego dymu. Musieliśmy go ścigać, czasu zostało nam niewiele - Siła Ciemnej Strony stawała się z każdą sekundą coraz bardziej przytłaczająca. Bałem się że ktoś z nas mógł by nie wytrzymać psychicznie! Ciasne korytarze, ohydne kreatury cuchnące śmiercią i procesem rozkładu materii organicznej, których wygląd przysparzał mi dreszczy. Niech Moc będzie dla nich łaskawa... Przypominali podobno kiedyś ludzi, to straszne.
Pędziliśmy korytarzami, pod naszymi nogami wzbijały się tumany pomarańczowego pyłu skalnego i dźwięczały metaliczne platformy. Szukaliśmy go, nie wiedzieliśmy gdzie - ale szukaliśmy. Przed nami stali coraz to nowi przeciwnicy, gotowi zabić nas w imię niczego i skonsumować wnętrzności, a nawet może i kości. Całe szczęście że był z nami Xarthes, zginęlibyśmy oboje - jestem tego pewien... Prawdę powiedziawszy nie musieliśmy długo szukać! Znaleźliśmy go kilka pomieszczeń dalej, krzyczącego do górników, parafrazując: "Zabić jasną stronę! Szybko, zabić ich!".
Tak się jednak nie stało. Kiedy my byliśmy zajęci walką z uzbrojonymi w noże górnikami, Xarthes prowadził potyczkę ze starcem. Nie widziałem dokładnie całej sytuacji, lecz kiedy dobiegłem - On powoli dusił się, umierał! Starzec wolnym krokiem oddalił się. Nie wiedziałem co mam robić i w jakiej kolejności... Wziąłem ogłuszające ostrze. Powiedziałem Fuudowi by zajął się Xarthesem, a ja w tym czasie zajmę się starcem - Fuud nie usłuchał. Usłyszałem polecenie zabicia Xarthesa, i zeskoczyłem na dół, kładąc mieczem ogłuszającym górnika. Ruszyłem za starcem, aż nagle sparaliżowały mnie jego słowa...

Pomóż mu! Nie panuje nad tym!

Opętanie - teraz wiedziałem że nie robi tego z własnej woli, to ruda przejęła nad nim kontrolę. Ciemna Strona wniknęła do jego umysłu, dając mu siłę o jakiej nie śnił - lecz kosztem tego zabierając mu rozum. Stałem przez chwile, patrząc z zaciśniętymi zębami jak ucieka przyspieszając swoje ruchy. Odwróciłem się, wyłączyłem miecz i pobiegłem do leżącego Xarthesa. Wszedłem w medytacje, Fuud zaburzył ją! Miałem plan! On nie chciał słuchać! Za wszelką cenę chciał go odciągnąć od niewielkiej sterty tej dziwnej rudy. To nie to było problemem. Kłopotem była zacieśniająca się wiązka energii na krtani Xarthesa. Wreszcie Fuud posłuchał, ponownie wszedłem w medytacje - Fuud również zrozumiał co trzeba robić. Ukierunkowaliśmy wiązki naszej energii, niwelując kruchy, jak się okazało, chwyt mocy...

Xarthes wstał, męczył go duszący kaszel - lecz powoli jego funkcje życiowe wracały, wracały wraz z powietrzem, które wdychał.
Ponownie ruszyliśmy biegiem, tym razem na górę - pragnąc wydostać się z tej patowej sytuacji. Jak się okazało - słusznie. Dostrzegliśmy owładniętego Ciemną Stroną przywódcę górników z materiałami wybuchowymi, wspinającego się po linach które zostawiliśmy - chciał wysadzić nasz prom. Fuud ciął człowieka mieczem, ten puścił się liny a prawie wszystkie ładunki potoczyły się na dół, wybuchając na różnych piętrach kopalni. Toczył się jeszcze jeden, złapałem go omal samemu nie spadając - Fuud chwycił mnie za fraki. Stanąłem na krawędzi.
Człowiek szarpał się, krzyczał, groził nam... Nie chcąc się dobrowolnie poddać, Xarthes chciał użyć swojego ogłuszającego miecza by spacyfikować go siłą - On, rzucił się do szybu kopalni... Myśleliśmy że już po nim.
Stałem z tym materiałem wybuchowym, zastanawiając się - Wszyscy czuliśmy że źródło złej energii nie znika, a jeszcze głębiej wchodzi w nasze umysły. Zgodnie stwierdziliśmy że starzec był tylko katalizatorem Ciemnej Strony - To wielki fragment rudy na dnie szybu był winien cierpienia wyrządzonego górnikom i przetrzymywanym więźniom. Fuud bał się że jeśli to tam wrzucę, wszystko się zawali - Przez niego i ja nabrałem takiego strachu... Lecz przemogłem się i mimo wszystko cisnąłem ładunkiem w dół, niszcząc skałę.

...Poczuliśmy ogromną ulgę. Nie wiem jak dla innych, lecz dla mnie sytuacja momentalnie nabrała koloru, wszystko stało się lżejsze. Ranni i żywi górnicy wybiegali z kopalni wykrzykując hasła o wolności. Udaliśmy się do wyjścia, nagle zatrzymał nas głos - ktoś komunikował się z nami telepatycznie, ktoś błagał o pomoc. Nie mieliśmy wątpliwości - to ten starzec który pragnął potęgi, ten który był zaślepiony Ciemną stroną, nie widząc nic innego. Ruszyliśmy na dno szybu kopalni... Lecz chyba dobiegł tylko Xarthes. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to mój lot i przekleństwa w duszy, tuż przed uderzeniem w kręcącą się, ciężką maszynę...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Padawan Vinax
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1609
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania !

Postautor: Aetharn dodano: 05 mar 2011, 16:32

Rozbity prom - misja ratunkowa

1. Data, godzina zdarzenia: 04.03.11, 22:00 - 0:10

2. Opis wydarzenia:

Siedziałem w sali treningowej, przyglądając się walce Fuuda z Adachim, gdy poczułem lekkie wibracje komunikatora - to mistrz Sas wzywał wszystkich Jedi w placówce do biblioteki. Zapytałem Ucznia czy sam mam również tam iść. Szybko rozwiano moje wątpliwości i po chwili stałem razem z innymi przed mistrzem.
Przyczyną "zebrania" było rozbicie promu transportowego gdzieś na powierzchni naszego księżyca. Jako, że potrzebna była szybka reakcja, na pomoc rozbitkom mogły ruszyć jedynie osoby bez ran, które mogłyby opóźniać drużynę. Z zebranych klasyfikowały się trzy osoby - Adachi, Xarthes i ja. Mistrz Bart zaproponował, aby poszedł jeszcze z nami Layfon, na co, po lekkim wahaniu, zgodził się mistrz Sas.
Szybko ustaliliśmy plan działania - Layfon miał iść po blastery, zaś ja po tubki z żywnością. Biegnąc po prowiant, przy okazji wyciągnąłem plaszcz ze swojej skrzynki. Chwilę później spotakliśmy się pod bramą, gdzie Adachi poinformował Xarthesa, że będzie mieć oko na Layfona, a Padawan powinien zaopiekować się mną.

Po chwili marszu znaleźliśmy się w długim kanionie. Tutaj podróż przebiegała dosyć spokojnie. Po drodze napotkaliśmy tylo dwie przeszkody - mur, na który wspiąłem się po plecach towarzyszy i drzwi, które Adachi i Xarthes otworzyli za pomocą mieczy świetlnych.

Na przemian biegnąc i maszerując przez wąwóz dostaliśmy się do niewielkiej doliny. Tutaj po raz pierwszy spotkałem się z howlerami i raptorami. Nie chcieliśmy ich zabijać, jednakże stworzenia same nas zaatakowały. Po kilku wygranych potyczkach (bez strat własnych) oraz przejściu wzdłuż, wszerz i wdrapaniu się na krawędź kotliny z góry zobaczyliśmy świątynię.

Po zejściu w okolice budynku znaleźliśmy się w kanionie - krótszym, niż poprzedni. Jak pokazywała mapa statek znajdował się niedaleko. Właśnie tutaj zaczęły się kłopoty - po ostrym zakręcie zostaliśmy zaatakowani przez (prawdopodobnie) piratów.
Musieli o nas wiedzieć już wcześniej, ponieważ udało im się zajać dogodne pozycje strzeleckie. Po krótkiej chwili Xarthes dostał pociskiem w ramię i padł na ziemię. Mimo tego, starcie obróciło się na naszą korzyść. Jestem pewien, że gdyby nie Layfon i Adachi zostałaby z nas miazga - oni sami unieszkodliwili większość napastników.
Gdy tylko bitwa się zakończyła pobiegłem do Padawana i zaaplikowałem mu stymulant, który miał w kieszeni. Xarthes wstał, zaś ja ruszyłem do Layfona i Adachiego. Xarthes w tym czasie zużył drugi środek. Jak się później okazało za duża ich ilość wywołała "zaburzenia psychiczne".

Przejście do dalszej części wąwozu zagradzało słabe pole energetyczne, które jednak szybko padło pod naporem miecza świetlnego, podobnie do drzwi, na jakie się natknęliśmy.
W końcu dostaliśmy się na miejsce katastrofy. Statek transportowy został najprawdopodobniej zestrzelony przez tych napastników, a oni sami chcieli zgarnąć łupy. Z rozbitego okrętu wyładowano ładunek i właśnie wprowadzano na zmodyfikowany frachtowiec YT-1300.
Tutaj znowu napastnicy stawili opór. Poniewaz piraci stracili element zaskoczenia, Uczniowie szybko rozprawili się z nimi. Pilot frachtowca najwyraźniej bał się Jedi, ponieważ gdy tylko padli jego towarzysze uciekł, zostawiając resztę ładunku.
Z wnętrza promu dobiegały stłumione jęki. Na statku przeżyły cztery osoby - trzej mężczyźni i kobieta. Ponieważ praktycznie każdy odniósł jakieś rany, któryś z Jedi wezwał wsparcie. Prom mógł jednak przylecieć dopiero za dziesięć minut. Któryś z rozbitków przypomniał sobie, że w którejś ze skrzynek były medykamenty. Layfon i Adachi starali się przeprowadzić jakieś podstawowe zabiegi medyczne i udało się opóźnić śmierć pasażerów na tyle, aby prom medyczny przybył na czas. Pomogliśmy przenieść ocalałych z katastrofy na Lambdę, gdzie trafili w ręce wyszkolonych lekarzy. My również wsiedliśmy na prom, który zabrał nas do naszej placówki. Mimo przeszkód, wyprawa zakończyła się szczęśliwie - nikt nie zginął...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Adept Aetharn Calius
Awatar użytkownika
Aetharn
Były członek
 
Posty: 115
Rejestracja: 14 lip 2010, 14:06
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Sprawozdania !

Postautor: Siad Avidhal dodano: 04 kwie 2011, 11:34

Wycieczka na tereny treningowe Prakseum

1. Data, godzina zdarzenia: 24 marca, 22:30

2. Opis wydarzenia:

Nieco zwlekałem z tym raportem. Fakt, trochę odbiegłem od terminu, ale cóż.
W trakcie rozmowy, gdzieś w okolicach wieczora, Rycerz Bart zaproponował mi pewne zadanie - Jakiś Kiffar został zauważony na terenach treningowych Prakseum, prawdopodobnie Asahi. Mistrz chciał bym to sprawdził z jakąś dowolnie wybraną osobą. Wybrałem Aetharna, bo kiedy byłem adeptem - sam cieszyłem się na tego typu wypady. Przyznam że mi zbrzydły po dwóch tygodniach w głuszy, po wybrykach Ciemnej Strony w Akademii. Kontynuując, wskoczyliśmy na ścigacze i ruszyliśmy w kierunku koordynatów otrzymanych wcześniej przez Rycerza.
Po pewnym czasie natknęliśmy się na murek. Okej, tylko jak przenieść przez niego ścigacze? Przyznam, że w tej chwili widzę masę lepszych rozwiązań. Z użyciem mocy przeniosłem ścigacze na górę, oczywiście z pomocą mięśni Aet... to znaczy... z pomocą Aetharna. Byłem tak wykończony, że z trudem wsiadłem na pojazd... Czułem, że gdybym jeszcze przez chwilę narażał organizm na taki wysiłek, chyba adept musiał by taszczyć ze sobą moje cielsko. Z góry było prościej - po prostu zjechaliśmy na dół bez najmniejszego obijania ścigaczy. Jechaliśmy dalej, aż do wody. Nie dało rady przejechać, więc przepchaliśmy. Na całe szczęście do wysokich butów nie nalała się woda. Podążaliśmy dalej według instrukcji, aż dotarliśmy do dość stromej górki, lecz nie na tyle stromej by nie dało się po niej wejść. Pozostawiliśmy ścigacze i weszliśmy na teren szkoleniowy. Zeskoczyliśmy po kamieniach. Miejsce wydawało się znajome... Tak, to tutaj dość niedawno, przed trialem ćwiczyliśmy z Rycerzem Bartem skoki. Od skał, udaliśmy się przez drzwi po prawej... Jednakże nigdzie nie doszliśmy - I tu znów ukazuję się mój genialny instynkt w miejscach nieznanych. Chyba było by lepiej gdyby prowadził adept, ale cóż. Wróciliśmy do punktu wyjścia, ale tym razem poszliśmy drzwiami po prawej. Po krótkim czasie wędrówki napotkaliśmy dwa nieaktywne droidy treningowe. Mogliśmy krzyczeć, tupać nogami a one i tak by się nie włączyły. Pstryknąłem jednego lekko w blaszaną łepetynę, a jego oczy zaświeciły się. Przedstawiliśmy się, mówiąc iż jesteśmy z placówki szkoleniowej. Wypytaliśmy droidy chyba o wszystkie możliwe rzeczy... Powiem szczerze że mało pamiętam Asahiego, lecz na tyle, bym nie musiał długo się domyślać iż to na pewno był on. Droidy przekazały nam informację że owy osobnik ukradł parę, bezwartościowych praktycznie rzeczy. Zginęło parę ogniw, klucze, kable, śrubki i nakrętki. Z tego co wiem Asahi lubił majsterkować. Kiffar którego widziano miał dwa tatuaże, jeden pionowy, przechodzący nieco od włosów. Drugi poziomy, przechodzący przez nos. Oba były koloru żółto-pomarańczowego. Długie, ciemne włosy, podarte szaty, miecz treningowy przy pasie... To musiał być on - nie ma innej opcji. Podobno przyszedł od tej samej strony co my, czyli przez kamienie, a następnie przeskoczył przez mur i udał się w stronę promu, przez gęstwinę, oddalonego o kilka dobrych kilometrów.
Droga powrotna była zdecydowanie łatwiejsza. Lecz tuż przy wyjściu, naszymi pojazdami zainteresowały się dwa raptory, które jeden ze ścigaczy pozbawiły tarcz. Podczas kiedy ja odciągałem uwagę bestii, Aetharn wskoczył na ścigacz. Chwilę potem i ja wskoczyłem na swój. Ucieczka przed raptorami nie była zbytnio trudna... Trudniejsza byłaby walka z nimi.
Kiedy dotarliśmy do Akademii, wszystko zaraz wyśpiewaliśmy Rycerzowi Bartowi, który od razu znalazł w opisach byłego Padawana. Byłem zbyt zmęczony przenoszeniem ścigaczów. Zostawiłem większość gadaniny Aetharnowi, a sam udałem się spać.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Proszę o to by nie dręczono mnie mapami, koordynatami - zwyczajnie powinni dawać je komuś innemu, nie mnie. Nawet kiedy dokładnie mówi mi się gdzie mam iść, i tak się cholera zgubię...

4. Autor raportu: Padawan Vinax
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1609
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania !

Postautor: Ashtar Tey dodano: 11 kwie 2011, 18:07

Dromund Kaas - Zaginiony Archeolog cz. 1

1. Data, godzina zdarzenia: 25.03.11, 18:00 - 21:00

2. Opis wydarzenia:

Jeszcze zanim wylądowali na miejscu dało się odczuć mroczną atmosferę tego miejsca. Ciemna Strona nie była obecna w powietrzu – ona dosłownie oblepiała wszystko dookoła sprawiając, że Kal’Dar potrafił skupić się jedynie olbrzymim wysiłkiem woli. Dręczyły go poważne wątpliwości. Nadal pamiętał jaki wpływ wywarł na nim pobyt w opuszczonej świątyni, w której kiedyś był przetrzymywany. Nie był pewny tego, że ma nad sobą pełną kontrolę. Nagle poczuł, że ktoś uważnie mu się przygląda. Przypomniał sobie, że siedzi przed nim San. Widać myśli musiały odbić się na jego twarzy. Opanował się i pozbył się wszelkich uczuć. Wyćwiczona przez lata maska powróciła na jego oblicze. Mimowolnie poprawił zsuniętą lekko opaskę na oczach.

- Nie wiemy co tam spotkamy. Polegaj na sobie i na swoim umyśle, nie broni – zwrócił się telepatycznie do Sana by pokryć lekkie zakłopotanie. Młody Jedi skinął mu głową. Prom osiadł łagodnie na ziemi. W drzwiach pojawił się Ganner Rhysode. Pomimo raczej niepozornej sylwetki czuć było od niego jakąś wewnętrzną siłę i pewność, którą emanował. Trzej Jedi wyszli z promu na powierzchnie planety. Wylądowali przy wrotach świątyni, którą Rhysode uznał za najbardziej podobną do swojej wizji. Pierwszą rzeczą, którą zanotował Kal’Dar było powietrze. Było niesamowicie gęste i suche, tak jakby ktoś bardzo, bardzo długo je podgrzewał. Drugą rzeczą było wrażenie, że za nimi na lekkim wzniesieniu znajduje się coś wielkiego i krwiożerczego.

- Rancory za nami! Biegiem do bramy! –wysłał szybki przekaz telepatyczny do reszty i rzucił się biegiem do świątyni. Okazali się szybsi od potworów i zanurzyli się w plątaninie korytarzy. Za nimi zamknęło się wejście. Ganner poprowadził dwójkę Jedi korytarzem naprzód. Pomimo pozornego opuszczenia czuło się, że ta świątynia , na swój wypaczony sposób, żyje. Kal’Dar stawiał niepewne kroki po kamiennej posadzce. Tereny Akademii czy dżungla dookoła niej były mu znajome, dlatego poruszał się po nich bez wahania. Tutaj jednak wszystko było nowe, a zmysły skutecznie otępiała lekko unosząca się w powietrzu mgiełka Ciemnej Strony. Co będzie, jeśli straci nad sobą kontrolę? Szybko odrzucił tę myśl.

- Pamiętasz swoją wizję? Jesteś pewny, że to ta świątynia? – zapytał telepatycznie Gannera gdy przeszli do następnej sali.

- Wizja nie była zbyt wyraźna. Widziałem jedynie pewne zarysy, architekturę tego budynku, jednak wszystko było zagmatwane – odpowiedział Rycerz Jedi - nie jestem w stanie tego w pełni odczytać, jednak wydaje mi się, że to ten budynek –dodał po chwili. Rozejrzał się po Sali.

- Tędy – powiedział pokazując palcem na ledwie dostrzegalny korytarz ponad nimi. Wskoczyli tam i przeszli nim w dół. Kal’Dar czuł, że coś lub ktoś potężny znajduje się tuż za rogiem. Nie potrafił jednak odczytać aury tego stworzenia – była za bardzo skażona nienawiścią i żądzą krwi. Wychodząc z korytarza znaleźli się w wielkiej, otwartej sali. Przed nimi droga zwężała się do półki skalnych. Pod nimi rozpostarła się przepaść bez dna. Kilkanaście metrów od nich stała postawna, barczysta postać w ciemnej szacie i bogato zdobionej zbroi. W ręku trzymała miecz świetlny o czerwonym ostrzu. Aura bijąca od tej istoty nie pozostawiała wątpliwości co do tego, której strony Mocy jest użytkownikiem. Nagle z korytarza naprzeciwko wybiegła grupka humanoidalnych stworzeń uzbrojonych w miecze świetlne. Rzuciły się na postać w płaszczu.

- Zabiję was! Wszystkich! – wrzasnął nieznajomy powalając stwory potężnymi uderzeniami, jednego po drugim. Niewiele myśląc Jedi włączyli się do walki. Po chwili wszystko było skończone. Mroczny użytkownik Mocy przypatrywał się Jedi, jednak bez wrogości.

- Kim jesteś i co tu robisz? – spytał się go telepatycznie Kal’Dar. Jednocześnie podszedł do jednego z zabitych stworzeń.

- Szukam zemsty na pewnej wiedźmie Sith, która jest mi coś winna – odpowiedział tamten mrużąc wściekle żółte oczy. Kal’Dar badał aurę pokonanego przeciwnika. To była żywa istota, jednak miał wrażenie, jakby nie zdawała sobie z tego sprawy i była kierowana przez jakąś zewnętrzną siłę.

- Czy widziałeś Mistrza Jedi Der Va Numde? Poszukujemy go – spytał się Ganner przerywając chwilę milczenia.

- Jeśli znajdziecie wiedźmę, znajdziecie także jego – odpowiedział Mroczny. Nastąpiła kolejna przerwa w rozmowie.

- Więc chyba mamy wspólny cel. Możemy sobie nawzajem pomóc – stwierdził Kal’Dar i udał się do korytarza, z którego wybiegły wcześniej dziwne pomioty. Był to ryzykowny sojusz, jednak powodzenie w misji było ważniejsze niż różnice w światopoglądzie. Po drodze byli atakowani przez pomioty, jednak walka z nimi nie sprawiała większych problemów. Nieznajomy zdawał się świetnie orientować w układzie korytarzy i pewnie prowadził Jedi do sobie tylko znanego celu. Po nieco dłuższej walce stanęli w dużej komnacie pełnej olbrzymich kolumn.

- Zdaje się, że świetnie orientujesz się w tych korytarzach – powiedział Kal’Dar do nieznajomego.

- Błąkam się po tych korytarzach od tysięcy lat. Miałem sporo czasu na naukę – odpowiedział ironicznie Mroczny.

- Czego właściwie szukamy?

- Jeśli chcemy dostać się do wiedźmy musimy zdobyć dwa kryształy – mroczny i jasny. Niestety, ostatnio wiedźma je przeniosła i nie wiem gdzie się znajdują. Potrzebuję waszej… pomocy, ponieważ nie mogę wyczuć tego drugiego – Jedi poświęcili chwilę na przemyślenie sprawy.

- Jak mamy cię nazywać?

- Darth Malgus – odparł Mroczny z dumą w głosie.

- A więc zawrzyjmy pakt. Pomóżmy sobie nawzajem – zaproponował Kal’Dar wyciągając rękę do Malgusa. Ten odwzajemnił uścisk niemalże miażdżąc mu palce. Ruszyli korytarzem i przeszli przez kolejne wrota. Miejsce, w którym się znaleźli musiało być kiedyś olbrzymią, naturalną jaskinią, na której ktoś dobudował system kamiennych wież, platform i mostów. Od razu rzuciło się na nich stado pomiotów. Tym razem były bardziej zdeterminowane i atakowały niemalże ciągiem. Podzielili się i Malgus ruszył szukać kryształu mroku, podczas gdy trójka Jedi miała zająć się znalezieniem kryształu jasności. Przez kilka minut odpierali ciągłe ataki pomiotów bezskutecznie próbując znaleźć kryształ.

- Wy odpierajcie te potwory, ja zajmę się naszym celem – przekazał reszcie Kal’Dar i skupił się na otoczeniu. Odrywając się od walki mógł w pełni skupić swoje zmysły na otoczeniu. Czuł, że kryształ jest blisko, jednak nadal był pod nim. Wreszcie zauważył otwór w ścianie ponad nim i znalazł się w wąskim korytarzu. Na jego środku widniał wielki otwór. W jego środku wisiały dwa wielkie kryształy – czerwony i niebieski. Przekazał innym swoje położenie. Gdy wszyscy znaleźli się w korytarzu ataki nasiliły się. Malgus wraz z Sanem zajęli się wyciągnięciem kryształów. Nie obyło się jednak bez ran – pomioty atakowały ciągle i bez zastanowienia. Gdy mieli już obydwa kryształy udali się niżej. Malgus przekazał kryształ jasności Gannerowi a sam wziął ten mroczny.

- Połączenie wizji chwilę potrwa, musimy wytrzymać! – poinstruował innych Mroczny. Był to chyba najgorszy moment podczas całej wyprawy. Byli na odsłoniętym terenie i pomioty atakowały ze wszystkich stron. Kal’Dar i San skupiali na sobie większość ich ataków, jednak część z nich nadal przeszkadzała Gannerowi i Malgusowi. Po kilku minutach walki Jedi usłyszeli ryk wściekłości Mrocznego.

- Coś poszło nie tak! – wrzasnął. Okazało się, że wizję położenia wiedźmy otrzymał Ganner, zaś Mistrza Jedi Malgus. Spowodowało to, że pakt musiał zostać przedłużony.

- Nie możemy tu zostać, za mną – stwierdził Mroczny i ruszył jednym z korytarzy. Cała czwórka starała się trzymać razem i stopniowo wspólnymi siłami przebijali się przez hordy przeciwników. Po pewnym czasie wrócili do punktu wyjścia. Zamiast jednak przejść przez wrota Malgus skręcił w lewo i idąc po gzymsie poprowadził resztę do krawędzi przepaści.

- Teraz musicie mi zaufać. Musimy skoczyć tam – tu wskazał palcem na otchłań i kłębiący się w niej mrok – to jedyna droga – dodał, po czym skoczył w dół. Niewiele myśląc Kal’Dar wybił się z krawędzi i zanurkował za Malgusem. Po chwili na oczach Sana i Gannera zniknął w mroku…



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Mogą występować pewne nieścisłości w dialogach - starałem raczej przekazać się samą treść, a nie dokładny ich przebieg.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Kal'Dar
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1682
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania !

Postautor: Neil Danadris dodano: 11 kwie 2011, 18:21

Dromund Kaas - Zaginiony Archeolog cz. 2

1. Data, godzina zdarzenia: 25.03.11, 18:00 - 21:00

2. Opis wydarzenia:

Cała czwórka wylądowała w dość płytkim zbiorniku wody, nie odnosząc żadnych obrażeń. Widok otoczenia rozpościerającego się wokół nich zaskoczył wszystkich, może z wyjątkiem Malgusa. Ten tylko cmoknął pod nosem, będąc wyraźnie średnio zadowolonym z pobytu w miejscu przepełnionym Jasną Stroną.
Kal’Dar szybko ruszył przed siebie, badając otoczenie.
- Sporo tu błota – poinformował resztę posługując się telepatią.
- Yhm. Ganner, spójrz na swoje buty ! – zawołał San.
- Choleraaa ! – wydobył się głos Gannera gdzieś zza pagórka.
- Chyba coś mam, chodźcie do mnie – odebrali kolejny komunikat od Rycerza.

Stanęli przed czymś w rodzaju lustra, choć nim na pewno nie było. Można było wyczuć mocną aurę Jasnej Strony bijącą od tego miejsca. Rhysode powoli przyłożył palec do powierzchni, po której rozeszła się jednolita fala.
- Możemy spróbować przez to przejść – zaproponował.
Zrobił jeden krok w przód, znikając w dziwnej tafli. Za nim ruszył Malgus, który jednak szybko się cofnął, dostrzegając jak jego skóra zaczyna się palić, gdy znajduje się blisko portalu.
- Pójdę okrężną drogą, jakoś was znajdę – burknął do dwójki Rycerzy, którzy chwilę po tym weszli w portal.
Przejście przeniosło ich w inne miejsce, znajdowali się pośród gęstej trawy, która przysłaniała ich widoczność. Każdy rozszedł się w swoją stronę, jedynie Duur zauważył po pewnym czasie postać siedzącą tuż przed portalem.

- Ktoś tu jest ! – krzyknął.
- Mistrz Der Va Numde ? – spytał Ganner, podchodząc bliżej do Cereanina.
Nie otrzymali żadnej odpowiedzi – wszystko wskazywało na to, iż Mistrz Jedi był w bardzo głębokim transie, odcięty od rzeczywistości.
- To miejsce … to jego świadomość – zasygnalizował Kal’Dar.
- Nie mógł unieść ciężaru realnego świata – prychnął Malgus, wbijając wzrok w Mistrza Numde.
- Więc jeśli to jego świat, nasze zdolności powinny być tutaj spotęgowane – odparł Kal’Dar, działając Mocą na jedną ze skalnych wysp wiszących w powietrzu – którą bez większych problemów poruszył. Wszyscy odczuli również zmianę grawitacji, niemalże swobodnie unosili się nad ziemią.
- San, spróbujmy przenieść go przez portal, może to coś da? – Rhysode wysunął pomysł.
Rycerz krótko skinął głową, po czym pomógł Gannerowi przemieścić Cereanina. Chwycili go pod ramię, wspólnie wchodząc w przejście.

Efekt tego działania był widoczny niemalże od razu. Mistrz Jedi wstał i mógł się poruszać o własnych siłach, jednak nadal nie mógł się porozumiewać z innymi.
Ruszyli szukać kolejnego portalu, który przywróciłby Mistrzowi kolejną część świadomości. Byli już przy jednym, gdy nagle z góry zeskoczył Malgus. Na jego widok Der Va Numde zwyczajnie spanikował niczym Adept obserwujący pierwszy raz demonstrację ćwiczenia na świecznikach i zaczął uciekać.
- Malgus, nie rób kłopotów, zawarliśmy pakt ! – mruknął z dezaprobatą Rhysode.
Sith burknął coś pod nosem, odchodząc na bok.
Przejście przez kolejny portal sprawiło, że Mistrzowi powróciła umiejętność mowy. Postanowili, iż wrócą do miejsca, w którym początkowo wylądowali.
Oczywiście, nie obeszło się bez kłopotów. Do tej pory Jedi wspólnie przenosili Cereanina Mocą, jednak tym razem odległość była zbyt duża.
- Mistrzu, ten skok musisz wykonać sam – zakomunikował Kal’Dar.
- Wiesz, że to potrafisz, to Twój świat, Mistrzu ! – dopingował gorąco Ganner.

Der Va Numde wziął krótki rozbieg, po czym skoczył daleko przed siebie. Udało mu się wylądować po drugiej stronie, choć sama finezja wykonanego skoku była na poziomie przeciętnego Adepta i pozostawiała wiele do życzenia.
Zbliżając się do rzeki, poczuli silny wstrząs. Spostrzegli, iż skalna wyspa unosząca się w powietrzu nad nimi zaczyna pękać i wybuchać niczym fajerwerki podczas świętowania nowego roku na Coruscant.
- Do góry, już ! – krzyknął San.
Ganner i Kal’Dar wyskoczyli od razu w kierunku skarpy, z której to niedawno zeskoczyli.

Duur szybko się rozejrzał, poszukując wzrokiem Cereanina. Temu najwyraźniej się nie spieszyło, gdyż stanął jak wryty w miejscu i podziwiał enigmatyczne wybuchy, które z każdą sekundą zbliżały się do miejsca, w którym przebywał.
Rycerz wyskoczył szybko do góry, z trudem łapiąc się krawędzi.
Po chwili do Jedi dołączył Malgus, czekali jeszcze chwilę na Mistrza Numde, jednak nie został po nim żaden ślad.
Kal’Dar wraz z Lordem ruszyli szukać wejścia do kryjówki wiedźmy, San zaś wyruszył szukać Gannera, który odłączył się od grupy, badając otoczenie.

Dwójce Jedi udało dołączyć się do pozostałych, znajdowali się w dość ciasnym pomieszczeniu. Malgus odsunął Mocą stół, pod którym znajdowało się ukryte przejście. Cała czwórka po kolei zeskoczyła na dół.
Wylądowali na chłodnej posadzce z głuchym łoskotem. Lord Sithów ujrzawszy wiedźmę na końcu sali, w jednym momencie stracił resztki swojej cierpliwości, od razu ruszając w jej kierunku.
- ZAPŁACISZ MI ZA TO, SUKO ! – ryknął, a jego głos rozszedł się echem po całym pomieszczeniu.
- To chyba jakieś prywatne romanse, lepiej trzymajmy się na uboczu – stwierdził Ganner.
Kal’Dar podszedł nieco bliżej Malgusa. Wiedźma wysyczała coś w niezrozumiałym dla nich języku, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Sitha, który odpowiedział tym samym.

Jego oponentka była wyraźnie silniejsza. Malgus z impetem odleciał do tyłu, wykonując przy tym co najmniej dwa piruety, z niespodziewaną jak na Sitha finezją. Dość szybko się pozbierał i ruszył z mieczem na wiedźmę. Ta jednak znów uciekła się do swoich sztuczek. Wokół nich zaczęły lewitować rękojeści mieczy, które w jednej chwili aktywowały się i przystąpiły do ataku na całą czwórkę.

Ganner wykonał szybki unik, po czym ciął w jedną z rękojeści, przecinając w pół. Nie zauważył jednak zagrożenia z tyłu. Ostrze szybkim ruchem przebiło jego prawe ramię. Rhysode chwycił miecz w szpony Mocy, roztrzaskując na pobliskiej ścianie, z nieukrywanym zadowoleniem.

Kal’Dar zignorował latające miecze, i rzucił się do ataku na wiedźmę. Ta jedynie od niechcenia wystawiła swoje dłonie, wystrzeliwując z nich potężne Błyskawice Mocy, których siła odrzuciła Rycerza na kilkanaście metrów w tył.

San kątem oka rzucił na pobliską sytuację, wykonując młynek własną bronią, zamaszystym ciosem niszcząc atakującą go rękojeść. Dostrzegając ogłuszonego Kal’Dara, w którego kierunku zbliżało się szkarłatne ostrze, wyskoczył z impetem w górę, wbijając własne ostrze w rękojeść, która stwarzała zagrożenie dla jego byłego Mistrza.
Wiedźma sięgnęła po własną broń. Malgus natychmiast rzucił się do wściekłego ataku. Cały czas pomagali mu Duur oraz Kal’Dar. Wiedźma nie była w stanie wytrzymać takiego gradu ciosów, wytworzyła wokół siebie pole błyskawic, przez które Jedi nie mogli się dostać.

Rhysode spokojnie siedział oparty o filar, spoglądając na swoje buty i oceniając ich stan. Podniósł leniwie głowę, gdy spostrzegł, iż walka znów się rozpoczyna. Melancholijnie podążał wzrokiem za wiedźmą, która w pewnym momencie wyskoczyła w górę, unikając morderczych ciosów ostrz. Ganner wystawił dłoń, uderzając w nią potężnym uderzeniem kinetycznym, które wbiło ją w ścianę.
Malgus nie mógł zaprzepaścić takiej okazji. Dobiegł do zamroczonej wiedźmy szybciej niż niejeden model galaktycznych ścigaczy i wbił ostrze w jej tors, tym samym uśmiercając osobę, która przez blisko tysiąc lat trzymała go w ryzach.

- Jesteście potężni – zaczął Lord, obracając się w stronę Jedi, krótko po dezaktywacji ostrza – być może zbyt potężni.
Prychnął głośno, po czym skierował się w stronę wyjścia.
- Do zobaczenia, Malgusie.
- Do zobaczenia .. niewątpliwie.
Trójka Jedi zbierając się do powrotu, spostrzegła Cereanina, który leżał bezwładnie w rogu sali.
- Mistrzu .. – mruknął smutnym głosem Ganner, pochylając się nad Numde.
Ciało Jedi na ich oczach zaczęło znikać, a w miejscu, gdzie przed chwilą się znajdował, pozostały tylko szaty.
- Nie zdołaliśmy go uratować ..
- Daliśmy mu coś więcej niż ratunek. O wiele więcej – odparł Kal’Dar.

Stali przez chwilę nad pozostałością po Mistrzu, nagle usłyszawszy głos w swojej głowie.
*Dziękuję*.
Droga powrotna na statek przebiegła bez problemu – świątynia na Dromund Kaas była zupełnie pusta. Wszystko wskazywało na to, że pozbyli się z niej wszelkich oznak Ciemnej Strony.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Brak.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Bart dodano: 16 kwie 2011, 12:02

Sabotaż

1. Data, godzina zdarzenia: 14.04.11, 20:15-22:00

2. Opis wydarzenia:
Lot nie należał do trudnych. Rycerz Jedi oczywiście, jak zawsze – wolał zostawić większość zadań systemowi. Ciężko zresztą podjąć się pilotażu, nie wiedząc o pilotażu promów niczego, z wyjątkiem łopatologicznej obsługi Lambdy.
FC-20 został szybko wyprowadzony z ładowni, by wraz z Bartem zawitać na Tatooine. Niebo było już ciemne, co jedynie go ucieszyło – z barków zszedł problem palącego słońca.
Lekka, wygodna szata i stary, cienki płaszcz z obszernym kapturem. Trudno o lepszą ochronę przed temperaturami pustynnej planety o takiej porze, szczególnie gdy wsparciem jest chłodne powietrze uderzające pilota podczas jazdy.
Minęło najwyżej kilka minut, gdy dotarł do obrzeży niewielkiego miasta. Trzy ścigacze, dwie walizki, wyposażone w blastery postacie. Najświeższy adept domyśliłby się, że widzi właśnie przekazanie kryształów.
Bart ostrożnie wycofał, pozostawiając ścigacz pod wzgórzem, na które szybko wbiegł. Przykucnął na jednej nodze, skupiając wzrok na swoistej scence. Poddał się nurtom Mocy i mrużąc oczy, przeniósł swoją świadomość dalej, tak, by sięgnąć rozmówców. Moc pokazała mu ich rozmowę, a później nagły zwrot akcji. Wystrzał. Człowiek lądujący na ziemi, gdy grupa bandytów w równym tempie zabiera ze sobą towar na ścigacze.
-Jeśli ten cytat z jego dzienników był rzeczywisty, Kenobi byłby ze mnie dumny – mruknął do siebie w myślach Jedi, zeskakując równo na pojazd i taranując drogę.
-Witajcie!
Przyjazny, uprzejmy ton Kel Dora rozniósł się po pustyni, a jego echem była seria wulgaryzmów rzuconych wściekle przez najemników.

W tym momencie, naraz rozegrało się kilka rzeczy. Ścigacze wystartowały w stronę wąwozu. Z oddali do lotu poderwał się niewielki myśliwiec. Jedi wykorzystał maksymalną siłę silników, by zrównać się z uciekającymi, lecz zaraz musiał skręcić na bok, żeby nie zderzyć się z samobójczym pilotem. Z impetem wpadł do wąwozu, wciąż o najwyżej parę metrów od ludzi Grovvska. Minęło może pół minuty, gdy zrównał się z głównym celem. Ten jednak zeskoczył i wpadł do pobliskiej jaskini, tak szybko jak tylko mógł.

Rycerz Jedi dotrzymywał mu kroku. Wbiegł do jaskini, sięgając już po miecz świetlny i zrzucając kaptur – tylko po to, by dostrzec pustkę.
Bezruch. Cisza. Aury uciekinierów prowadzące donikąd. Przytłaczająca Ciemna Strona.
To nie była byle jaka jaskinia, poczuł to natychmiast. Zaczął szukać przejścia wewnątrz niewielkich szczelin w jednej ze ścian skalnych, lecz wzrok nic mu nie ukazał, tak jak i Moc.
Obrót.
Nagłe zakłócenie energii.
Potężna siła ciska Bartem w tył, który z hukiem ląduje pod ścianą, a jego wzrok się rozmywa.

Fizyczny wzrok dostrzegł ciemne pomieszczenie i długi, kamienny korytarz. Wyraźniejszy mógłby ujrzeć również morze lawy za balustradami.
Z kolei wzrok Jedi w Mocy nie chciał nic widzieć, otumaniony Ciemną Stroną. Stanowiła nie tyle przytłaczającą obecność, co po prostu całość energii otoczenia. Nie istniały głębsze pokłady, nie istniała nawet możliwość skorzystania z po prostu energii samej w sobie. Choćby wniknięcie w aurę istoty żywej stało się już niemożliwe dla Rycerza.
Podeszły do niego dwie zakapturzone istoty w niezwykłych maskach, których rozpoznanie graniczyło dla obolałego Kel Dora z cudem. Wlekli go przed siebie, jednakże ten porzucił troskę o fizyczny byt, chcąc za wszelką cenę odzyskać swoje zdolności. Usiłował to osiągnąć prawie bez końca, starając się jednocześnie chronić umysł przed mrokiem.
Wtedy tam skąd on – przyszła kolejna postać. Jego wzrostu, w szarych szatach, z klasycznej budowy rękojeścią w dłoni i niewielkim kucykiem z tyłu głowy.
Layfon okrzykiem bojowym zatrzymał nieznanych wojowników, którzy ujawnili szkarłatne ostrza mieczy. Rzucili Barta na ziemię, obijając jego twarz o posadzkę. Błękitna klinga zaczęła ścierać się z czerwonymi, lecz to te drugie przytłaczały pierwszą.
- To niemożliwe. Wiem dobrze, że Layfon jest na Yavinie. Czyżbym znów stawał przed Próbą Ducha? - syknął cicho do siebie, z ironią szybko zahamowaną bólem.
Zamglony wzrok utrudniał obserwację tego starcia, a na wpływ Mocy nie można było liczyć. Ani na jego wpływ na starcie.
Lecz samo jego rozgrywanie się było dobitnym znakiem – to nie była prawda. Layfona nie mogło tu być, to mogło sugerować tylko jedno – mierzy się z umysłem. Swoim, czy cudzym?
Manifestacja jego ucznia była spychana coraz głębiej w cień, aż padła. Jego ścięta głowa obrzydziłaby każdego, ale dystans uniemożliwiał okaleczonemu wzrokowi się temu poddać. Póki nie potoczyła się pod niego niego, zepchnięta przez zwycięzcę. Wyłupiaste, martwe oczy wpatrywały się w gogle Kel Dora. Ten zamknął oczy, czerpiąc jak najwięcej z siły woli. Od tej pory, jego jedynej obrony.

Wiedział jedno. Z czymkolwiek się mierzył, fakt że to wytwór jakiegoś umysłu, nie zmieniał faktu, że nie wolno mu się poddać. Jeśli podda się w umyśle, podda się w rzeczywistości.
W takim świecie często łamane są pewne prawa, a teoretycy mówią, że to pozwala odczytać charakter wizji. Jednak czasem nie warto dywagować, z czym się walczy. Trzeba po prostu walczyć.
Przekuwał emocje w czystą determinację i chęć zwycięstwa z siłą wroga. Nie poddawał się za żadną cenę, walcząc o to, by jego wewnętrzna harmonia nie pękła, czując nadciągające dla niej wyzwanie.

Dociągnięty po schodach Bart, posiniaczony, został rzucony pod stopy jednej z najdziwniejszych istot, jaką mogły dostrzec jego oczy. Srebrna skóra, łuski, niemożność określenia, czy będące jej skórą, czy pancerzem. Głowa jaszczura. Może Chistoriego, może Trandoshanina. Stał na środku owalnej platformy, praktycznie wiszącej w powietrzu.
-Długo na to czekałem - szczęki stwora rozwarły się gdy jego głos wypełnił salę po brzegi, w akompaniamencie bulgoczącej piętnaście metrów niżej lawy.
-To ciekawe. Ja nawet nie wiem, z kim mam do czynienia - uniósł głowę, z wysiłkiem podpierając się rękoma.
Srebrno-czarne ostrze bestii wręcz wyskoczyło z jej dłoni, rozcinając maskę Barta w ułamku sekundy.
Pierwszym odruchem było wstrzymanie oddechu.
Drugim, szukanie wystającego punktu na ścianie, gdy Błyskawice pchnęły nim w kierunku lawy.
Oba całkowicie nieudane.

Cokolwiek widział, wyparowało, tak jak on powinien w kontakcie z rzeką, do której spadał. Odnalazł się przykutego kajdanami do kamiennego słupu, lecz z czystszym umysłem. Jakby Moc stała się czystsza - albo jego umysł. Wszelkie wątpliwości względem tego, z czym się mierzy - odeszły w niebyt. Nie miał do czynienia z rzeczywistością, w najmniejszym nawet stopniu.
Przed nim znajdowali się jego oprawcy z poprzedniej scenerii.
-Nie poznajesz mnie? - zacharczał jaszczur.
-Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to Desann. Ale mam z nim tyle wspólnego, ile zapewne... Ty sam - westchnął ze śladami skrajnego zmęczenia Rycerz Jedi.
-Jestem Twoim pragnieniem. Od dawna... obaj wiedzieliśmy, czego tak naprawdę pożądasz.
Bart parsknął cicho.
-Każdy ma emocje, pragnienia. Nikt ich nie dławi. Sednem jest je rozumieć, kontrolować i znać ich miejsce - odparł pewnie.
-Twoje przyćmiły wszystkie inne.
-Nie wydaje mi się. Dawno przestałem być nieświadom siebie... spóźniłeś się, hm?
Cichy warkot przepełnił niewielką, zbudowaną z kamienia salę o kolorach błękitu.
-Jesteś tego pewien?! - srebrzysta istota wykrzyknęła z niezachwianą zażartością, zdolną przepalić strop budynku.
-Pragnę siły, by realizować nią wolę Mocy. Pragnę przekazywania wiedzy, by uczynić innych lepszymi.
W ręku giganta pojawiła się sakwa. Z niej wysunął się kulisty, połyskujący kamień.
-Poznajesz? - zagadnął. -Perła Smoka Krayt. Kryształ, którego zawsze pragnąłeś - wycedził powoli.
Jedi tkwił głęboko w Mocy poprzez swój umysł. Usiłował zaczerpnąć z niej tyle, ile tylko możliwe, a raczej - wlać w nią tyle siebie, ile potrafił. Posyłając fizyczny byt na dalszy plan, kierował sobą jako naczyniem, pośrednikiem między polem wszechobecnej energii a wymiarem fizycznym.
-Jak mówiłem, każdy ma swoje pragnienia. Wystarczy wiedzieć, gdzie ich miejsce, przyjacielu - rzucił.
-Nie jestem Twoim przyjacielem.
-Wybacz. Wychowanie.
W zaskakującym, niemal ceremonialnym geście - twór ten połknął kryształ, badając przeszywającym wzrokiem reakcję. Zupełnie jakby oczekiwał, że kogoś obejdzie zjedzenie niematerialnego przedmiotu.
-Perła smoka Krayt i tak leży w jego żołądku przez setki lat - więzień wzruszył ramionami w maksymalnym stopniu, na jaki pozwalały kajdany.
-Dziękuję Ci. Pomogłeś mi zdobyć mój cel, kosztem swojego - stworzenie stwierdziło w swoistym transie.
-Ciekawe pragnienie, przyznaję.
Zastanowił się chwilę, nim znów otworzył usta.
-Moc spaja wszystko, wiem doskonale, iż stanowisz odbicie czegoś rzeczywistego. Ale miecz z lustra nie zetnie mi głowy.

Przez przyłożoną do tejże głowy dłoń, seria chaotycznych myśli pobrnęła z umysłu istoty do Barta. Został zalany setką impulsów, jakby grad strzał spadł na jego mózg.
I tutaj zaczął się koszmar. Czerpiąc siłę woli z każdego możliwego płomyka rozsądku, Jedi usiłował opanować swojego własnego ducha. Stanowiło to walkę desperacką - próby przyćmienia tego, co widział oczyma wyobraźni, przez samą energię Mocy, przez zatopienie się w niej. Kurczowe trzymanie się palącymi mięśniami jednej myśli - że to tylko wytwór. Nieważne czyj. Tylko wytwór. Wytwór.
To nie ratowało. Mógł wiedzieć, że ogląda nieistniejące wydarzenia, lecz namacalny realizm, ich treść - czyniły obrzydzenie nieuniknionym. Co dopiero, w tak gigantycznym natężeniu.
Klinga Sithów. Toczące się po podłodze głowy ucznia, czy przyjaciela. Kolejne podsuwane mu obrazy rozbijały jego psychikę na następne fragmenty, a siła woli próbowała utrzymać te fragmenty w całości, choć nieuniknionym było ich pękanie na dalsze części. Jeśli umysł był kryształem, był to teraz kamień starty na pył. Pył z trudem trzymany tak, by przypominał formą kształt pierwotny.
- Z czym bym nie miał do czynienia, wiem doskonale, że jedyna bariera - to moja wola! Sztuczki umyslowe. Iluzje. Magia Sithów. Techniki ogłuszania. Znaczenie ma tylko sila woli, a ją będzie Ci ciężko prze...
Urwał. Nie był w stanie wysyczeć niczego więcej w stronę kreatora tego wszystkiego. Pragnął samemu zaatakować własny umysł, by wprowadzić go w pełną katatonię, aby chociaż to stłamsić. Gdy zdawało się, że zaraz pozostanie z niego już tylko siła woli, ze zniszczoną całą resztą - ustało.
Miał wrażenie, jakby każdy mięsień płonął. Piekły oczy, świszczało w uszach.
-Zabić go.

Dwumetrowe stworzenie pomknęło w stronę wrót. Zamaskowani sięgneli po miecze świetlne. Teraz ujrzał kształty słynnej maski Revana, lecz nie miało to większego znaczenia. Pozostawiony ze sparaliżowanym umysłem, mógł tylko poddać się nurtom Mocy, aby walczyć o własną wolność.
Granatowe ostrze wypaliło niemal z własnej woli, zmuszając oboje mrocznych wojowników do cofnięcia się.
Trzaski kling wypełniły całą salę, gdy rozgorzała walka.
Intuicja pokazywała, że jest tak naprawdę - w beznadziejnej sytuacji, “jakimkolwiek” starciem to nie jest. Był osłabiony, psychicznie, fizycznie, w Mocy. Gorzej znosił ciosy. Był tą samą osobą, co dawniej - w pewnym sensie ranną, okaleczoną, choć wielokrotnie silniejszą od oponentów w innych sferach. I tak też musiał szermować.
Duet był przepełniony Ciemną Stroną. Walczyli w koordynacji, lecz wciąż nie byli jasnymi zwycięzcami.
Technika Barta stanowiła już coś innego, niż wcześniej. Nie mógł pozwolić sobie na ścieżki z Azure. Stosował czystą Formę Drugą, jedynie psychicznie napędzaną Siódmą. Następne sekwencje, przeciwnicy blokowali z coraz to większym wysiłkiem, lecz umieli się poratować. Błyskawice Mocy zajęły szafirowe ostrze, dając czas.
Było jasnym, kto miał przewagę. Teren nie nadawał się pod walkę z dwoma, tak znacznie silniejszymi aktualnie wrogami. W końcu czerwona klinga przeszyła plecy Barta, który w odruchu sunął na bok, zawywszy z bólu. Ale nie przed tym, jak sam pozostawił na torsie agresora głębokie wypalenie.
Walka trwała dalej, w tych samych mechanizmach. “Kopie” Revana nacierały w godnej podziwu koordynacji, wspierając się sprawnie, i choć mieli coraz większe problemy z utrzymaniem tempa - szkarłatne ostrze tym razem uderzyło w ramię.
To musiało się zakończyć. Natychmiast.
Natarł ponownie, odseparowując jeden cel. Poruszał się tak szybko, by drugi nie nadążał z włączeniem się do konfrontacji. Grad cięć i sztychów, zlewających się w świetlny wir w końcu wtopił się w gardło i je rozpłatał.
Rozległ się tylko cichy jęk.
Z chłodną determinacją ziejącą z jego oczu, Kel Dor zwrócił się w stronę następnego. Przestąpił przez ciało i jeszcze kilka płyt chodnikowych, by natrzeć na niego. Zanim zaczął atak, wiedział, że to koniec walki. W pojedynkę, nieprzyjaciel nie mógł wykorzystać przewagi fizycznej, zbombardowany kombinacją ciosów kierowanych ze szczelnej zasłony. Młody Jedi nie męczył się je wyprowadzając, a konkurent miał coraz mniej możliwości. Zablokował nacierające od dołu ostrze z zaciekłością, tylko po to by otworzyć do swej głowy drogę podeszwie ciężkiego obuwia, które z przeszywającym uszy trzaskiem powaliło zakapturzonego na ziemię.
Fontanna szafirowego światła wlała się w jego tors, a potem podłogę, przepoławiając oba.
Obrócił ze zmęczeniem głowę, patrząc po trupach. Powrócił lider. Bart uniósł rękojeść.
Ażeby z impetem uderzyć o ścianę, rzucony Mocą. Ta sama siła szybko zacisnęła się wokół jego gardła, przy cichym śmiechu bestii.
Pierwsza próba. Rozerwać energię swoją własną.
Druga próba. Smagnąć przeciwnika Jasną Stroną, by go rozproszyć.
Znów - obie nieudane. Trzecia - podjęta przez innego.

Na napastnika natarło jego odbicie. Istota tych samych kształtów, wzrostu, o tym samym pancerzu. Emanująca jednak nie szarością, a bielą i z ostrzem takowego koloru. Obaj stanowili całkowite przeciwieństwa, także w Mocy. Doskonałe.
Awatar Jasnej Strony rzucił się w zdwojonym tempie na swojego antagonistę, który z trudem powstrzymał szarżę. Jego koncentracja legła w gruzach, a Bart, bez sił, zsunął się na dół.
Pojedynek rozgorzał. Nie szło nawet mówić o trzaskach mieczy świetlnych - zderzały się tak bezustannie, że tworzyły jedną, niekończącą się kakofonię. Techniki całkowicie się uzupełniały. Wszystko stawało się tak dynamiczne, że nie szło określić czyjejkolwiek przewagi.
W Mocy wszystko jawiło się jako tysiące kolejnych, skomplikowanych połączeń. Bez przerwy plątały się, tworząc pokaz tak zawiły, jak w naturalnym wzroku.
Bart skierował swoje zmysły dokładnie w punkty splotu, oczekując. Na moment, w którym dodatkowe siły pozwolą jednym niciom zerwać drugie.
Gdy tylko go wychwycił, skierował wszelkie siły w najbardziej kluczowe więzy, powodując, że szare rozpadły się.
W wymiarze fizycznym, objawiło się to w postaci białego ostrza rozpłatającego rękę agresora, a następnie przeszywającego jego brzuch.

Zwycięzca podszedł do Barta, klękając.
-Kimkolwiek jesteś, to nie Tobie klękać przede mną. Ty uratowałeś mnie, być może ja pomogłem Tobie - stwierdził ze szczerym szacunkiem.
W odpowiedzi, przyłożył dłoń do głowy Kel Dora. Powoli jego siły zaczęły wracać.
-Dziękuję Ci, ale to jeszcze nie koniec. Musisz pomóc mi jeszcze raz - dodała istota.
-Obudź się. Obudź się.
Najbliższą minutę wypełniły tylko te słowa, zwielokrotnione kilkunastokrotnie.

Rycerz Jedi ocknął się pod ścianą, pod którą stracił przytomność. Jaskinia nie była już pusta. Pod ścianami czekali bandyci i droidy, które widział coraz wyraźniej, gdy wzrok powracał do normy.
Oczekiwali chwilę, być może twierdząc że był martwy. Faktem było, że wciąż odczuwał rany pleców i ramienia. Wtłoczył w nie więc całą energię Mocy, którą przyjął jakby w głębokim oddechu i zapalił ostrze.
Musiał walczyć o życie.
Przejście było zablokowane, a on osaczony. Część jego niedoszłych zabójców dzierżyła proste karabiny blasterowe, inni - przeklinane od miesięcy kusze energetyczne. Z tarczami energetycznymi i pancerzami zdolnymi wytrzymać pełną serię ciosów. Bez końca nacierali nowi.
Bart mógł zrobić tylko to, co zawsze - poddać się instynktom bojowym. Siła ognia była nie do zatrzymania, nikt nie mógł odbijać tych pocisków w nieskończoność.
Nie każdy musiał.
Istniały podejścia skuteczniejsze, ale nie leżały w jego stylu. Stosował najbardziej podyktowaną intuicją taktykę - bez końca miotał się w powietrzu, częściej nad ziemią unosząć, niż na niej stojąc.
Źle zablokowany pocisk z kuszy sprawiał, że jego własny miecz wyniszczał mu mięśnie, pozbawiając sił. Walczył więc tak, w beznadziejnej sytuacji, czyniąc tempo i nieugiętość główną bronią. Mimo braku sił, zalewał droidy cięciami, aż te padały rozpłatane na ziemię; i szybko odskakiwał ku następnemu, lub za któryś z niewielkich kamieni, stanowiący kryjówkę na dwie sekundy, póki granaty odłamkowe nie wstrząsały całą grotą, raniąc często samych grenadierów. Za wszelką cenę usiłował też wyciąć drogę na zewnątrz, nim niechybnie zginie.
Nie było miejsca na samokontrolę Jedi i punkty styku. Kolejne pociski wypalały mu skórę, mięśnie, kości. Gdzie miecz sięgnął, tam ciął. Piach wypełniały głowy i robotów, i najemników.
Pod koniec, wtargnął domniemany przywódca bandytów, który odbierał towar. Rzucił się z wibroostrzem na Barta, by zostać zmiażdżonym przez kąśliwe ciosy granatowej klingi. W desperacji rzucił ładunkiem wybuchowym, by posłać ich obu w przeciwległe kąty, a sam poderwał się do ucieczki.
Ta sama siła, która wciągnęła Barta w twory Mocy - przyciągnęła go do ściany, łamiąc kark.
Ku własnemu zaskoczeniu - Jedi przeżył. Otaczało go skrajne pobojowisko, eksplozje rozszarpały wszystkie ciała, a jego własne ledwo stanowiło całość. Szata stanowiła strzępy, krew ściekała zewsząd.

Jego przyjaciel wyłonił się ze szczeliny.
-Dziękuję Ci.
Skłonili się sobie w pełnym uznaniu i szacunku.
-To było skupisko Mocy, prawda? - spytał bardziej samego siebie zmęczony, wycieńczony Rycerz.
Zza zbroi, jego rozmówca wyciągnął sakwę. Otworzył ją, wypuszczajac dwa kryształy na swoje dłonie. Ciemnożółty i ametystowy.
-Przyjmij jeden, jako dowód mojej wdzięczności.
Po chwili ciszy, sięgnął dłonią ku ametystowi.
-Spokojnej podróży, wędrowcze - dodał i zniknął skąd przybył.

Wyczerpany Bart omiótł wzrokiem pole bitwy, szukając towaru bandytów, czy jakichś cyfronotesów. Nie było na to szans.
Wydostał się na zewnątrz, przeszukując ścigacze Czarnego Słońca. Nawet nie przyjrzał się znaleziskom, tylko wrzucił wszystko na swój ścigacz, na miejsce przyborów medycznych, z których wszystkie zużył by chociaż zatrzymać krwotok.
Zaznaczył współrzędne jaskini, zaznaczył współrzędne transakcji i przesłał oba do lokalnych władz i Zakonu. Dotarł na prom, załączył autopilota i rzucił się na łóżko w przedziale medycznym.
Nim zasnął po aplikacji dodatkowych porcji bacty - wlepił wzrok w Hurrikaine, badając jego aurę. Najwyraźniej to nie Grovvsk zyskał na tym wszystkim...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: To samo co poprzednio. Długie, bo bez dodatkowych zabiegów nie oddałbym klimatu, choć nie odbiega od typowej długości sprawozdań z misji "epickich".

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1103
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Siad Avidhal dodano: 26 kwie 2011, 17:20

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia:
19.04.11 godzina 23:30

2. Opis wydarzenia:

Dla pewności zniszczyliśmy działko stacjonarne - sprawne, o dziwo, w mróz jaki panował na Hoth... Musiało być konserwowane. Nigdy nie czułem śniegu pod stopami, w dodatku było bardzo zimno. Utrata równowagi spowodowanej śliskością nawierzchni skończyła by się dodatkowym chłodem, wzmacniając przy tym nieprzyjemną lodówkę spowodowaną zimnym wiatrem. Na całe nieszczęście nie wziąłem płaszcza - moje gapiostwo. A na całe szczęście wziąłem jedną z cieplejszych szat, ze skórzanymi elementami tuniki i najgrubsze, skórzane buty jakie mam. Całą drogę było mi zimno, a ogrzewała mnie jedynie adrenalina. Kiedy weszliśmy do tego ''jakiegoś bocznego wejścia'', jak to ujął Fuud - które nie było bocznym wejściem, a jedynie posterunkiem - dostrzegliśmy wyrwę w podłodze, która prowadziła do tunelu dostarczającego powietrze do wnętrza bazy - tak też się doń dostaliśmy. Z pozoru było cicho... Lecz tylko z pozoru. Pierwsze co zwróciło naszą uwagę to światło w opuszczonej bazie, i działające systemy ocieplające: Najwidoczniej były niedawno włączone z tego powodu, iż na niektórych ścianach lód nie zdążył się roztopić. Usłyszeliśmy mechaniczną mowę i dźwięk metalowej stopy stawianej na metalowej podłodze. Szybko nas zauważyli, celując działkiem stacjonarnym. Uderzyliśmy w czwórkę czy też piątkę robotów z dwóch flanek, przez co działko nie zdążyło nawet wypalić. Szliśmy wąskim, spokojnym korytarzem dość krótko, gdyż chwilkę potem nawiązała się kolejna walka - a ''tony'' żelastwa padały pod gradem naszych ciosów. Już na powierzchni zmagaliśmy się z hordami żądnych naszej krwi, złomów... Byliśmy wykończeni kiedy wchodziliśmy do bazy Echo, a tu niespodzianka - czeka nas jeszcze więcej paćkania się w tryskającym litrami smarze. Przebijaliśmy się przez niekończącą się liczbę droidów... Każde pomieszczenie, korytarz - założę się że z setka była by w jednej kabinie, w toalecie... Miałem naprawdę dość, mój towarzysz zapewne też.
Zza rogu doszedł nas odgłos niemetalicznych kroków, i ludzki głos. Byliśmy pod mocnym ostrzałem działka stacjonarnego w ciasnym korytarzu. Dodatkowo człowiek ten, czarnoskóry, dość nieźle strzelał do nas z pistoletów blasterowych. Wychyliłem się, oberwałem potężnie w ramie - w tym samym momencie uderzyła we mnie ciężka wiązka działka, plus odrzucający pocisk jonowy blastera. Zamroczyło mnie momentalnie, lecz pierwszą, podświadomą czynnością było przetoczenie się na bok. Wstałem, jęknąłem. Wycofaliśmy się do większego pokoju. Jeden z droidów wybiegł choć kawałek, padł. Działko się przegrzało, szarża, dźwięk miecza świetlnego przechodzącego przez metal, odgłosy wystrzałów, odgłosy pocisków odbijanych przez miecze - cisza. Czarnoskóry człowiek uciekł z okrzykiem ''Pieprzeni Jedi!''.
Szliśmy na ślepo rozwalając głupie droidy. Zauważyliśmy organicznego oponenta jadącego windą - pułapka. Detonator postawiony u góry szybu windy. Mój plan, by szybko przeskoczyć szyb i przeturlać się, unikając wybuchu - iście scena jak z holofilmów... Z początku Fuud wątpił w powodzenie tego planu. Winda zjechała, skoczyliśmy, za naszymi plecami usłyszeliśmy wybuch, a kolejne droidzie fragmenty marznęły na oblodzonej podłodze. ''Czarny'' dalej uciekał, strzelając w nas co raz. My tylko szliśmy, unikając bądź odbijając pociski w nas lecące, i tnąc droidy na drodze. To stawało się coraz trudniejsze! Mimo nieustannego ruchu nasze ciała powoli odmawiały posłuszeństwa z powodu zimna. Lecz wiedzieliśmy że Moc jest cały czas z nami.
Kolejne korytarze i pomieszczenia droidów, do czasu dojścia do metalowych drzwi. Wszystko obserwowaliśmy zza pola - Było dwóch uzbrojonych ludzi, prowadzącym dialog o naszej śmierci między sobą, jak gdyby nas nie było. Coś w stylu ''Jak tylko tu wejdą, to ich zabiję!''... Hmh... Kiedy pod naporem naszych mieczy pole zniknęło, oddali kilka strzałów i przeszli przez ciężkie drzwi do hangaru, przy zasłonie ogniowej kolejnych robotów. Nie wiedziałem z początku co robić.. Jak się dostać przez owe wrota. Błyskotliwy towarzysz wbił swój miecz i z trudem zaczął wycinać otwór. Ja bym temu nie podołał gdyż mój kryształ jest zdecydowanie za słaby. Tylko przybliżyłem swoje ostrze, pobudzając jego - tym samym wytwarzając wyższą temperaturę... Zajęło nam to około pięciu minut. Ale zaraz za osuwającym się fragmentem cięzkiej, wyciętej części - zauważyliśmy pola... Czyli to czego mój miecz nie lubi najbardziej. Za nimi zauważyliśmy kolejne droidy, więc mentalnie przygotowywaliśmy się na następne pojedynki... Ku mojej wielkiej uciesze, za polem, było kolejne... A zatem mój miecz był podwójnie szczęśliwy. Kiedy padła ostatnia bariera, doskoczyliśmy do przeciwników - których dość ciężko było trafić... Jeden z nich był zwinny, drugi zaś używał pocisków odrzucających. Kiedy Fuud zajmował się organicznymi oponentami, ja zająłem się przeszkadzającymi blaszakami. Niestety, szybko wbiegli na pokład swojego YT i odlecieli... Dość sprawnie im to poszło ze względu na wcześniej przygotowane silniki. Patrzyliśmy jak Ci, do których z takim trudem się przedostawaliśmy, uciekają - a my nie możemy nic zrobić. Adrenalina dość szybko nas opuściła, dając nam pełne prawo do marznięcia na kość i bólu wszystkich otrzymanych ran. Trzy skrzynie zostały. Fuud szybko otworzył jedną z nich pełen ciekawości - jak i ja. Przyprawa - stwierdził... Dwoje żołnierzy zginęło dla pieprzonej przyprawy! Z miejsca zaszlachtował bym tamtych dwóch...
Oczywiście, nie zrobił bym tego. Planem było schwytanie ich, przesłuchanie i oddanie pod sąd, wykluczyliśmy ich śmierć... Lecz niestety, uciekli - Mam nadzieję że sprawiedliwość szybko ich dosięgnie. Fuud usiadł, wyjął medpakiet i choć trochę zaczął kurować swoje rany. W tym samym czasie ja poszedłem do komputerów w innym sektorze bazy, by wezwać pomoc z Hyperiona. Sygnał odebrała jednak załoga niszczyciela Venator, która w dość szybkim tempie do nas przybyła. Wcześniej jednak, dorwałem działającego, acz nieco przez nas poturbowanego droida który nie rwał się za walkę. Przyznam.. był bardzo zabawny jak na kupę złomu. Owy niszczyciel był nieopodal Bespin, a zatem droga nie była daleka. Poleciliśmy by zabrali droida, przejrzeli jego rdzeń pamięci, zabezpieczyli przyprawę... Poprosiliśmy też aby ciała martwych żołnierzy nie zostawili jako przekąska dla wygłodniałych wamp... Choć one zapewne wolą żywe ofiary.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Wszystkie holonagrania zostały przesłane Mistrzowi Sasowi Ablazerowi. Proszę o potwierdzenie dostarczenia.

4. Autor raportu: Padawan Vinax
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1609
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania !

Postautor: Aetharn dodano: 30 kwie 2011, 15:34

Tatooine - Piasek, Tuskeni i handlarze

1. Data, godzina zdarzenia: 23.04.11

2. Opis wydarzenia:

Statek Akademii wylądował przy końcu niewielkiego kanionu. Wszystko odbyło się sprawnie, dzięki eksperymentalnemu droidowi Republiki, który nie dość, że szybko obliczył najszybszy kurs nadprzestrzenny, to jeszcze zgrabnie posadził prom na skalistym podłożu. Z wnętrza statku wyszyły dwie postacie, obie z improwizowanymi chustami na głowach, człowiek - (jeszcze wtedy) Adept Aetharn oraz Quarren - Padawan Fuud.
-To całe Tatooine: piasek, skały, Tuskeni, Jawy, smoki Krayat i farmerzy wilgoci.- stwierdził Fuud. Jego towarzysz pokiwał głową i zmrużył oczy, chcąc je przyzwyczaić do trzech słońc planety- Hyperion przechwycił sygnał alarmowy, dochodzący z osady tych ostatnich.
-Huh, dosyć tu cicho. Mam złe przeczucia... -Odpowiedział Aetharn, rozglądając się niespokojnie wokół.
Nie tracąc sił i czasu na zbędne rozmowy, Jedi ruszyli naprzód, szukając jakichkolwiek śladów. Nie musieli wypatrywać długo - zniszczone skraplacze wilgoci, na pewno miały coś wspólnego z prośbą o pomoc.
Na stromych urwiskach, połączonych kamiennym mostem, znajdowała się osada farmerów, którą Jedi dostrzegli po chwili krótkiego marszu. Z dołu nie można było ocenić jej stanu, toteż korzystając z przejścia wykutego w ścianie wąwozu Fuud oraz Aetharn weszli na płaskowyż.
W osadzie panowała cisza - jedynie wiatr, przelatują między szczelinami między kamieniami wydawał dźwięki. W jednym z budynków leżał już od sporego czasu, co ocenić można było po stanie rozkładu ciała, martwy Tusken. Najwyraźniej jacyś osadnicy przetrwali, gdyż reszta jeźdźców zabrałaby trupa.
-Hej, tam ktoś jest. - Aetharn wskazał ręką drugi koniec osady, po przeciwnej stronie przepaści. I rzeczywiście stały tam dwie osoby. Nie marnując czasu raźnym tempem w stronę postaci. Jak się okazało byli to ludzie - przerażeni, ale żywi.
-Och, Jedi, szybko. W tamtym tunelu są Tuskeni. Jeśli się nie pośpieszycie, zniszczą całą wioskę. - Ignorując pytania Fuuda, starszy osadnik, pokasłując nieustannie wskazywał na niewielką dziurę.
Jeźdźcy piasku, raczej nie chcieli się bawić w negocjację, toteż strzelając i wykańczając mieczem, Jedi wykurzyli ich z zawalonego najróżniejszymi gratami korytarza. Sytuacja szybko wyjaśniła się - farmerzy dzielnie radzili sobie z obroną wioski, lecz Tuskeni atakowali nieustannie i zapasy powoli wyczerpywały się. Handlarz, który miał zaopatrzyć w sprzęt osadników żądał ogromnej ilości kredytów za swoje towary.
Wszystkie próby przekonania sprzedawcy o obniżenie ceny (a było ich wiele) spływały po nim jak woda. Po dłuższej rozmowie, kiedy zdążyło się już ściemnić handlarz zgodził się mocno obniżyć cenę, lecz pod pewnym warunkami. Po pierwsze Jedi mieli odzyskać sprzęt, skradziony przez Jawy, a także odnaleźć pewien woreczek. Zapytany o zawartość saszetki, handlarz konspiracyjnie pochylił się i wyszeptał, iż ktoś ukradł mu pół kilo przyprawy. Dalsza konwersacja została przerwana przez poddenerwowane Jawy. Najwyraźniej chciały, aby ktoś poszedł z nimi do ich piaskoczołgu. Wybór był oczywisty i już po chwili Jedi pędzili za podskakującymi istotami.
Na miejscu okazało się, że pojazd Jawów został zaatakowany przez Ludzi Pustyni. I po raz drugi tego dnia, grupka Tuskenów została spacyfikowana. Przeszukując piaskoczołg Aetharn znalazł woreczek z przyprawą i przypiął go do paska, zaś Fuud skrzynie ze sprzętem handlarza. Jednym problemem było tylko zniesienie ich na poziom piasku, gdyż pudła znajdowały się na piętrze, zaś zrzucenie ich z tej wysokości mogłoby je uszkodzić. Szybko jednak zagadnienie to zostało wyjaśnione - sprzęt można było przełożyć na podnośnik i spokojnie opuścić na rampę. Po nieco dłuższej chwili operowania dźwigiem skrzynie bezpiecznie znalazły się na dole. Jawy z chęcią pomagały przenieść skrzynię do handlarza.
Udobruchany sprzedawca zgodził się sprzedać sprzęt osadnikom za pięć razy niższą cenę. Po pożegnaniu (śpiesznym, gdyż czarnoskóry osadnik przejawiał nieco homoseksualne zapędy) Jedi ruszyli w stronę swojego promu. Nie dane było im dojść do niego bez żadnych przeszkód - z cienia dawanego przez ściany kanionu wyskoczyli Tuskeni. Odbyło się bez żadnych ran i po rozprawieniu się z Ludźmi Piasku w końcu Jedi mogli bezpiecznie wsiąść na statek.
Droid już miał zamiar startować, gdy do wnętrza okrętu dostał się Jawa. Po krótkiej gonitwie po całym pokładzie Jawa z okrzykiem "UTINI" wyleciał na pustynię. Chwilę później pojawiły się jednakże następne. Współpracując z droidem, który na rozkaz zamknął drzwi, wszystkie istoty opuściły prom. Po kilku godzinach spędzonych pośród piasku i nagrzanych skał, Jedi mogli wreszcie odpocząć, zaś robot bezpiecznie wystartować i skierować statek na Hyperiona.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Po pierwsze - nie ręczę za siebie, jeśli spotkam Jawów w najbliższym czasie. Po drugie - nie przytaczałem całej rozmowy z handlarzem, gdyż dopiero dzięki załatwieniu jego drobnego zadania udało się obniżyć cenę.

4. Autor raportu: Padawan Aetharn Calius
Awatar użytkownika
Aetharn
Były członek
 
Posty: 115
Rejestracja: 14 lip 2010, 14:06
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Sprawozdania !

Postautor: Xarthes dodano: 01 maja 2011, 9:32

Piraci na pokładzie

1. Data, godzina zdarzenia: 17.04.11, około południa

2. Opis wydarzenia:

Przechadzając się z Rycerzem Sanem Duurem usłyszeliśmy serię eksplozji. Od razu wyczułem, że coś jest nie tak. Sam miałem przy sobie ładunki wybuchowe i musiałem zejść z nimi do specjalnych pomieszczeń, by poćwiczyć walkę z ich użyciem. Popędziliśmy w poszukiwaniu źródła hałasu, zaraz przed tym, gdy rozległ się alarm. Znaleźliśmy źródło niebezpieczeństwa. Członek załogi, prawdopodobnie szpieg zaczął obrzucać nas ładunkami wybuchowymi i fortyfikować się. Popędził do hangaru, gdy tam dotarliśmy był już w myśliwcu T.I.E. Rozpoczął się ostrzał maszyny, która zdążyła wystartować. Gdy z znajdywała się na odległości kilkudziesięciu metrów, nagle niemalże zatrzymała się. San Duur w wielkim skupieniu objął pojazd Mocą i starał się przejąć nad nim kontrole. Widziałem, jak szybko traci siły, więc postanowiłem mu pomóc. Staraliśmy się kilka minut, niestety zadanie okazało się zbyt wymagającym, prawdopodobnie przez odległość, jaka dzieliła nas od myśliwca. Gdy mechanik, Valo Natas w końcu dotarł ułożyliśmy plan działania. Razem z nim ruszyłem do hangarów, by tam sprawdzić stan zabezpieczeń i zająć się alertami, które rozległy się na całym statku. Docieraliśmy do kolejnych konsolet, przy których spec wykonywał jakieś prace. W końcu napotkaliśmy opór. Naszymi wrogami panoszącymi się po pokładzie okazała się para piratów, która wcześniej dokonała abordażu. Zmagaliśmy się z nimi długo, gdyż skupiliśmy się na wypełnianiu zadania dotyczącego zabezpieczeń. W końcu jeden z nich poległ sparaliżowany pod moim ostrzem, wydawałoby się, że drugi również. Finalnie, nie pojmaliśmy żadnego z piratów. Natas zastrzelił ogłuszonego, a drugi zdołał uciec. Dokończyliśmy prace i doprowadziliśmy pokład do ładu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Wybaczcie za opóźnienie, dopiero znalazłem czas dokończyć sprawozdania.

4. Autor raportu: Padawan Xarthes
Obrazek
Awatar użytkownika
Xarthes
Były członek
 
Posty: 177
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Lublin

Re: Sprawozdania !

Postautor: Xarthes dodano: 01 maja 2011, 9:34

Początek badań

1. Data, godzina zdarzenia: 17.04.11, wieczór

2. Opis wydarzenia:

Miejscem zrzutu była głęboka dżungla. Wedle planu czekały na nas dwa ścigacze. Zasiedliśmy na maszynach i ruszyliśmy w głąb głuszy w poszukiwaniu śladów naszego archeologa. Postanowiliśmy pierw dotrzeć do kompleksu, w którym widziano go ostatnio. Ku naszemu zdziwieniu napotkaliśmy tam również DRF-26. Fozz zachowywał się nieco obco, jednak poznał nas i rozmawiał w normalny dla siebie sposób. Po krótkiej wymianie zdań nakazaliśmy mu schować się za jakąś kolumną w razie niebezpieczeństwa i oczekiwać naszego powrotu. Weszliśmy do kompleksu, a pierwszym dźwiękiem witających nas było głośne, głuche zatrzaśnięcie się potężnych drzwi za naszymi plecami. Podejrzewam, że Fozz został przeprogramowany i już nie jest po naszej stronie i, że ma coś wspólnego z naszą „pułapką”. Krążąc długimi, wąskimi korytarzami w budynku w końcu dotarliśmy na otwartą przestrzeń. Spora dolina przecinana wzdłuż różnymi mostkami i kolumnami była zadziwiająco spokojna, przez pierwszą chwilę. Niemalże po minucie pobytu tam, zostaliśmy przywitani przez grad strzał droidów. Sprawnie oflankowaliśmy ich i wybiliśmy co do jednego. Gdy przeszukiwaliśmy okolicę, co chwile pojawiały się następne. Widocznie były tak zaprogramowane i ukryte gdzieś na statku stojącym nieopodal. Riyuk obrywał stale, jednak zdawało mi się, że to powierzchowne obicia i jego głupie błędy. Nie zdawałem sobie nawet sprawy w jak poważnym stanie był, zanim zdołaliśmy dojść do wniosku, że to Lambda z, której wylewały się droidy Grovvska jest naszym celem. W niej zaś zostały zaprogramowane koordynaty tajemniczego miejsca kilkaset metrów wyżej. Dotarliśmy do kolejnego, przedziwnego zabudowania. W środku poruszała się grupka droidów strzegąca czegoś, a my przez dłuższy moment kombinowaliśmy jak się za nich zabrać. W końcu Riyuk odkrył drugie wejście i zaskoczyliśmy maszyny uwalniając tym samym ich więźnia – Caina Corbina. Droidy pojmały go kilka dni wcześniej w trakcie jego badań. Zatrzymaliśmy się na parę chwil by ustalić dalsze działania i się odświeżyć. Postanowiliśmy pomóc archeologowi w zbadaniu tego kompleksu. Sprawnie wyszukał fałszywą ścianę, która znów zaprowadziła nas na otwartą przestrzeń. Odczytał pradawną tabliczkę, z której wynikało, że musimy odblokować przejście do dalszych części poprzez jednocześne zwolnienie dźwigni w trzech różnych miejscach. Każde z nich było jakby odrębną przestrzenią, do której dostawaliśmy się w niepojęty sposób, jakby dematerializując się, a następnie na nowo materializując. Pokonaliśmy kilka przedziwnych, rozpadających się stworzeń, gdy nagle Riyuk po prostu upadł. Próbowałem go przebudzić, jednak był już na skraju życia i śmierci. Pośpiesznie zarzuciłem go na ramię i odnalazłem architekta, krzycząc do niego, że wracamy. Wsiedliśmy na statek, z którego wychodziły poprzednio droidy i doprowadziłem nas na krążownik, mając na pokładzie ledwo ciepłego Padawana Riyuka i nieźle wkurzonego Corbina.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Xarthes
Obrazek
Awatar użytkownika
Xarthes
Były członek
 
Posty: 177
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Lublin

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości