Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 07 lis 2009, 22:21

Atak na placówkę

1. Data, godzina zdarzenia: 07.11.09, 19.30 - 21.00

2. Opis wydarzenia:

Zostaliśmy zaatakowani. Byli to napastnicy odziani jak szturmowcy z Nowego Imperium. Porwali kobietę – złapaną 2 dni temu na szpiegowaniu akademii - i zbiegli do pobliskiej dżungli. Prawdopodobnie poznali topografię akademii w stopniu pozwalającym im wkraść się w niedługim czasie do placówki.

Początkowo na terenie Akademii pojawił się AT-ST, który zaczął niszczyć skrzynie z zaopatrzeniem. Powstrzymaliśmy go z Padawanem Adachim i Uczniem Sanem przed zniszczeniem większości, jednak część znacznie ucierpiała. AT-ST został unieruchomiony i uległ samozniszczeniu jednak na chwilę przed eksplozją napastnik zdążył z niego wyskoczyć. Rozpoczęliśmy pościg i próbę obezwładnienia go jednak zakończyła się ona niepowodzeniem. Uczeń San niestety pozbawił go życia.

Przeszukałem ciało jednak nie znalazłem nic wartego uwagi. Kilka linek, zapas amunicji oraz żywność. Z pojazdu nie udało mi się niczego odzyskać, ponieważ leży w strzępach, których sprzątanie już rozpoczęliśmy. Wszystkie części zostaną przeniesione na tyły akademii i poddane zostaną analizie.

Po chwili zostaliśmy przez niewielki oddział, który został dość szybko rozproszony. Nadałem przez komunikator nakaz ochrony naszego więźnia – S211 „Blue” – i ruszyłem w pościg 3 uciekającymi szturmowcami. Po chwili rozdzielili, a ja ruszyłem za kimś, kto wydawał mi się ich liderem. Pościg wywiódł mnie za akademię, a po chwili dołączyli do mnie San oraz Adachi, którzy najprawdopodobniej obezwładnili lub zabili dwóch pozostałych szturmowców. Niestety również i ten napastnik został zabity. Kilku innych pozbawionych kończyn również zmarli na wskutek odniesionych obrażeń, bądź udało im się zbiec do dżungli.

Chwilę później usłyszeliśmy krzyk Blue, który dobiegał z placu przed akademią. Niestety, gdy już dotarliśmy na miejsce zdołaliśmy tylko odprowadzić porywacza z plecakiem odrzutowym wzrokiem poza mury akademii.

Niedługo później pojawił się kolejny szturmowiec z plecakiem odrzutowym, z którym wdaliśmy się w walkę. Kilka pocisków poszybowało w naszą stronę jednak zostały odbite w stronę atakującego. Prawdopodobnie został zraniony. Podczas pościgu zdołałem uszkodzić również jego plecak odrzutowy pchając go z pomocą mocy na ścianę, przez co stracił nad nim częściową kontrolę. Niestety również i on zdołał zbiec.

Przed bramą akademii dołączył do nas Padawan Nitram. Zarządziłem wyjście do lasu i poszukiwania, które zakończyły się niepowodzeniem. Odnaleźliśmy tylko opuszczone obozowisko niedaleko akademii, jednak żadnych śladów, czy poszlak w nim nie było. Po niespełna godzinie wróciliśmy do akademii. Poprosiłem Arfive o przeskanowanie terenu w celu odnalezienia czegokolwiek, co mogłoby nas doprowadzić do sprawców.

Obecnie sprzątamy akademię, znosimy ciała w jedno miejsce oraz szukamy na własną rękę poszlak, które pomogą w dochodzeniu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Raport wysłany do Rady Jedi Placówki - Mistrza Jedi Sasa Ablazera oraz Rycerza Jedi Kannosa Lightdusta

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Tanna Saarai dodano: 16 lis 2009, 23:03

Głodomór

1. Data, godzina zdarzenia: 16.11.09, 20.00 - 21.00

2. Opis wydarzenia:

Chwilę po zebraniu Rady, gdy wszyscy się rozeszli udałem się z Adeptem Layfonem na małą przechadzkę. Wyczułem obecność jakiejś istoty na głównym placu i ruszyliśmy w tym kierunku. Okazało się, iż to Howler, na którego wpadliśmy na korytarzu. Zwierzę przestraszyło się, gdy Adept zapalił miecz i uciekło. Layfon zaczął go gonić jednak poradziłem mu by nie straszył go, bo zapewne on boi się bardziej.

Ruszyliśmy za „gościem” i dotarliśmy na tyły Akademii. Starałem się porozumieć mentalnie ze zwierzęciem, okazało się, że jest głodny. Poprosiłem Adepta o przyniesienie jakiegoś steku, co pośpiesznie uczynił. Ja w tym czasie starałem się zdobyć zaufanie zwierzęcia i sądzę, że mi się to udało.

Gdy przybył Layfon, Howler stał się trochę niespokojny jednak, gdy odebrałem od niego stek zwierzak od razu podskoczył do mnie i zabrał pożywienie oddalając się. Chwilę potrwało zanim zjadł i oddalił się wyskakując przez mur Akademii.

Zaraz po „wizycie” udaliśmy się z Adeptem sprawdzić czy coś nie zginęło z zapasów na głównym placu. W międzyczasie spotkaliśmy Arfive, który poinformował nas o znalezieniu śladów „niebezpiecznego zwierzęcia”. Wytłumaczyłem mu, że już się tą sprawą zajęliśmy i nie ma powodów do obaw, prosząc jednocześnie o przeskanowanie skrzyń w poszukiwaniu uszkodzeń i braków w zaopatrzeniu.

Droid Mistrza Ablazera odkrył, że jedna ze skrzyń jest uszkodzona jednak poza zniszczoną butlą z wodą i brakiem jednego steku, który zabrał Adept Layfon, nic więcej nie brakuje. Jednocześnie ostrzegł nas, iż skrzynia została zalana i w przypadku nie posprzątania bałaganu jedzenie może ulec zniszczeniu. Wyjąłem, więc całą zawartość i rozpocząłem zbieranie wody z wnętrza skrzyni. Adept Layfon oddalił się w międzyczasie chcąc potrenować z droidem treningowym. Po jakichś 10 minutach skrzynia była już pozbawiona wody. Pozostawiłem ją na chwilę by wyschła poczym włożyłem jej zawartość z powrotem do środka, zamknąłem skrzynię i udałem się na sprawdzić czy w pobliżu nie ma jakiegoś większego legowiska howlerów. Znalazłem jedynie małe stado, które przechadzało się w pobliżu Akademii w kierunku północno-wschodnim.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Raport wysłany do Rady Jedi Placówki - Mistrza Jedi Sasa Ablazera oraz Rycerza Jedi Kannosa Lightdusta

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Neil Danadris dodano: 22 gru 2009, 10:41

Kryjówka bandytów

1. Data, godzina zdarzenia: 28.11.09, 11.00

2. Opis wydarzenia:

Mistrz z uczniem razem wyruszyli przez bramę Akademii w kierunku doliny. Przed wejściem do niej stały 2 ścigacze.
- Przygotuj je, ja ustawię holodate - mruknął Vreek.
Podczas gdy San oporządzał ścigacze, Rycerz ustawiał holodate tak, by dawała znać, gdy będą w pobliżu miejsca, w którym coś się wydarzyło. Po krótkim pouczeniu Ucznia, wyruszyli na ścigaczach w głąb doliny. Dotarli do miejsca, w którym trzeba było przerzucić pojazdy, za co zabrał się Vreek, a San przyglądał się Howlerowi, który dziwnie się zachowywał.
Sprawiał wrażenie oszalałego, Rycerz próbował nawiązać z nim kontakt, jednak nie udało mu się, a zwierzę uciekło.
- Widocznie mu odbiło, i nie jestem pewien, czy to naturalne zjawisko - powiedział Vreek.
- Widocznie jest przestraszony - odparł San i wzruszył ramionami.
Podczas dalszej drogi spotkali jeszcze jednego Howlera, który prawdopodobnie odłączył się od stada.
- Rzadko zdarza się spotkać pojedyncze Howlery, z jakiegoś powodu odłączył się od grupy i dodatkowo boi się ludzi. Być może jesteśmy blisko.
Chwilę później holodata dała sygnał, że są w pobliżu dość istotnego miejsca. Wskazywała na budynek, przy którym Kannos Lightdust zgubił Rodianina.
San przeszukiwał dolną część budynku, a w zasadzie pozostałości po budynku, a Vreek górną. Ten drugi znalazł stare, zużyte części. Wyglądało to trochę jak skład złomu, jednak wsród tych starych części znalazły się i nowe, niestety nie można było ocenić kiedy zostały tu umieszczone.
Zeskoczyli na dół, a Rycerz skupił się i próbował wyczuć jakąś inną istotę. Wyczuł ślady energii życiowej za zniszczoną bramą.
- Chyba tu niedawno byli, a w takim razie - są niedaleko. Jeśli ich spotkamy i będą mieli ścigacze, celuj najpierw w nie. Bez nich będą bezbronni.
Następne miejsce było jakieś 300 metrów od poprzedniego. Było to miejsce, w którym Rodianin porzucił ścigacz. San dokładnie przyglądał się śladom, te jednak prowadziły w głąb doliny i w pewnym momencie się urywały.
Na dalszej drodze spotkali problem - ich droga prowadziła przez zbiornik wody.
- Jeśli trochę mi pomożesz, to uda nam się je przenieść - rzucił Vreek
San skinął głową i otworzył umysł.
Obydwa ścigacze udało się przenieść na drugą stronę brzegu, jednak to zadanie nieco wyczerpało Jedi.
Po przejściu przez wodę, holodata znowu zapiszczała. Było to miejsce, gdzie Layfon i Xarthes uciekali przed bandytami z generatorem. Oprócz tego wskazywała budynek, przy którym pościg się rozpoczął.
Przy budynku holodata znów dała znać. W środku niego Kannos i Jekk spotkali Rodianina.
Podczas przeszukiwania terenu, Vreek znalazł skrzynię nieopodal budynku. Po chwili dołączył do niego uczeń. San zaczął przeszukiwać dokładnie skrzynię i znalazł w niej mały, stary datapad. Ostrożnie go wyjął i włączył. Datapad miał uszkodzone dane, jednak dało się to naprawić. Po kolei zaczął szukać plików, które nadają się do odczytania, podczas gdy Vreek rozprawiał się z Howlerami. Gdy wrócił, San pokazał mu wiadomość o treści: "Słuchaj, zabiłem wczoraj tego rannego i zakopałem zwłoki w jaskini".
- Są jeszcze jakieś inne wiadomości ?
- Chyba nie.
Jednak było jeszcze 5 plików, które można było odczytać.
- Nie ma to jak dobrze sprawdzić, co San ?
Ten uśmiechnął się lekko i zaczął przeglądać dostępne pliki.
Pierwsza wiadomość zawierała treść: "Musimy usunąć ten posąg, czy tylko moim zdaniem wprowadza tutaj okropny nastrój?"
Obydwoje już wiedzieli o jaką jaskinię chodzi, jednak dalej czytali wiadomości.
Druga wiadomość: "Te głupie Jedi rozwaliły jeden z naszych pojazdów. Spróbujcie zdobyć gdzieś drugie, muszą być kolejne."
Trzecia wiadomość: "Przeklęty Kel Dor odstrzelił jednemu z nas łapę. Nie mówcie mu tego, ale chyba powinniśmy go zabić, w takim stanie juz na nic nam sie nie przyda."
Obydwoje szybko skojarzyli, że chodzi o Barta.
Czwarta wiadomość: "Jaskinia sprawdza się coraz lepiej, ale uważajcie chłopaki na tą wodę, możecie nią uszkodzić któryś ze sprzętów"
Piąta wiadomość: "Zekk, załatw tu coś do żarcia"
- Jaskinia, posąg. Chyba kojarzysz to miejsce
- Chyba na pewno.
- Mamy już obrany cel. W drogę
Dotarli do miejsca, w którym musieli pójść pieszo, a w zasadzie zeskoczyć na dół.
- Dobrze wyhamuj lot, inaczej zostanie z Ciebie plama.
Vreek zrobił cienką barierę wokół ścigaczy w razie gdyby Howlery próbowały się do nich dobrać.
Powoli zeszli w dół.
Po dotarciu na miejsce, Vreek zniósł barierę, inaczej utrzymywanie jej wyczerpałoby go.
Po krótkiej podróży dotarli do jaskini. Wokół niej było dużo truchła raptorów i innych zwierząt. Cały czas mając się na baczności weszli do jaskini.
Znaleźli się po drugiej stronie wodospadu. Przez wodę można było dostrzec sylwetkę jednej osoby. Po chwili do niej dołączyła druga i zaczęli rozmawiać. Gdy jedna z nich odwróciła się plecami, Vreek wykorzystał ten moment, podniósł kamień i cisnął nim w bandytę.
Ten padł na ziemię lekko zamroczony, a gdy wstał rzucił do drugiego.
- Wiem, że nie kochasz niczego co związane ze mną, ale do kuwy nędzy nie ciśnij mi w plecy kamieniami!
Tamten zaprzeczał, że to nie on, jednak marnie mu to szło.
- Teraz zaczekajmy, aż któryś padnie nieprzytomny - szepnął Vreek.
- Sami się wykończą - odparł San.
Po dość ostrej wymianie zdań przez piratów, Rycerz podniósł swój głos i rzekł:
- Rozgniewaliście ducha tego miejsca !
Głos rozszedł się po całej jaskini. Zdezorientował on bandytów, a niektórzy byli wystraszeni. Jeden z nich wpadł w szał i zaczął strzelać blasterem gdzie popadnie.
- Teraz musimy zaczekać aż sobie pójdą i wyłapać ich jak szczury.
Gdy bandyci się rozeszli, zeskoczyli na dół, a następnie wskoczyli na podniesienie, z którego mieli dobry widok na posąg i bandytów wokół niego. Vreek zaczął ruszać posągiem za pomocą Mocy, co nieco zdezorientowało bandytów ponownie, a San ciskał w nich kamieniami.
Niestety jeden z bandytów zorientował się, skąd lecą kamienie.
- Durnie, są na górze ! - krzyknął
Vreek i San rozdzielili się. San cofając się do tyłu spotkał jednego bandytę z blasterem, szybko rzucił się na niego i po paru ciosach pięściami, pchnął nim Mocą o ścianę, a następnie kopnął. Bandyta spadł na dół łamiąc sobie kręgosłup. Po drodze spotkał więzionego pilota republiki, któremu udało się chwilowo uciec. San wręczył mu blaster i kazał iść przodem.
W tym samym czasie Vreek rozprawiał się z innymi, niestety część bandytów zginęło podczas upadku z wysokości.
San zgubił gdzieś pilota podczas gdy podążał do Vreeka. Gdy do niego dotarł, ujrzał Trandoshanina trzymającego blaster przy skroni pilota.
- Ani kroku dalej, bo go zabiję !
- Masz nas w szachu, kolego - powiedział spokojnie Vreek
- Tak, mam ..
W tym samym czasie San oddalił się i obszedł Trandoshanina z drugiej strony, po czym uderzył go pięścią w skroń, a ten padł nieprzytomny.
- Dobra robota, zwiąż go jak świniaka - parsknął Rycerz.
Uczeń Jedi zdjął pasek Trandoshaninowi i innemu nieprzytomnemu bandycie z połamanymi nogami i mocno związał mu ręce i nogi.
Podczas gdy Vreek sprzeczał się z pilotem republiki podważając jego tożsamość, San sprawdzał, czy inni bandyci żyją. Ocalało tylko dwóch, Trandoshanin i ten z połamanymi nogami.
Doszło do użycia siły na pilocie, i Vreek zaatakował jego umysł naginając go według swojej woli. Wreszcie ten oddał mu broń i ruszyli ku wyjściu.
Przy wyjściu z jaskini słyszeli głośne kroki. W oddali można było zobaczyć zarys czegoś dużego. To był AT-ST.
San i Vreek zostawili bandytów i pilota przed jaskinią, a sami ruszyli rozprawić się z maszyną. AT-ST nadepnęło Rycerzowi na nogę, podczas gdy ten próbował obciąć mu odnóża. Wreszcie udało się i maszyna padła na ziemię.
San opatrzył Vreeka jak tylko umiał, dzięki czemu nie odczuwał takiego bólu przy chodzeniu. Po powrocie do jaskini spostrzegli, że pilot uciekł.
Gdy wrócili do doliny, ścigacze były w nienaruszonym stanie, a podróż przebiegła bez problemów. San zajął się więźniami i zostawił ich w jednym z korytarzy, a Binol postawił tam pole siłowe.[/justify]

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Przepraszam, że tak późno się to ukazało, następnym razem wezmę się za to od razu.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Tanna Saarai dodano: 22 sty 2010, 13:42

Wyprawa na Ord Mantell

1. Data, godzina zdarzenia: 06.01.10, 20.00 - 23.30

2. Opis wydarzenia:

Yavin IV – Akademia Jedi – Przygotowania do wyprawy
Trening kontroli Mocy przerwał mi komunikat od Mistrza Ablazera „Zabierz prowiant i przyjdź pod główną bramę. Niedługo wyruszamy”. Zastanawiając się gdzie i po co mamy się udać udałem się do swojego kufra by zabrać parę przydatnych rzeczy.

Zgodnie z poleceniem dotarłem pod bramę placówki, gdzie czekał już na mnie prom Lambda wraz z Mistrzem Ablazerem ustawiającym koordynaty. Gdy wszedłem do kabiny od razu wyprzedził moje pytanie wyjaśniając, że udajemy się na Ord Mantell w celu odzyskania zapasów z opuszczonej przed laty Akademii Jedi.

Lot trwał niecałą godzinę i przebiegł spokojnie. Mimo, iż Holonet ostrzegał przed możliwymi burzami gwiezdnymi w tym obszarze, nic podobnego nas nie spotkało. Wchodząc w atmosferę planety promem lekko zatrzęsło jednak Mistrz szybko ustabilizował statek i po chwili osadził go w okolicach opuszczonej Akademii Jedi.


Ord Mantell – Akademia Jedi – Główny cel

Mistrz wyruszył do Akademii, włączyć oświetlenie, podczas gdy mi nakazał zostać przy promie. Zabezpieczywszy luk promu zacząłem przyglądać się staremu budynkowi. Akademia w nocnym świetle wyglądała przerażająco. Wbudowana w skałę, niegdyś potężna świątynia zdobiona wspaniałymi płaskorzeźbami teraz oblepione były pajęczynami, gdzieniegdzie mchem i innymi zaroślami. Lata jej świetności dawno przeminęły i nic nie wróży temu, by miały powrócić.

Nasz cel był prosty „Znaleźć i zabrać ze sobą wszystko, co może okazać się pożyteczne w nowej placówce”. Ruszyliśmy, zatem w stronę Akademii. Przemierzając kolejne korytarze
i pomieszczenia, Mistrz opowiadał mi o ich historii, przeplatając to ciekawostkami dotyczącymi jego roli w tworzeniu tego miejsca.

Gdy dotarliśmy do pomieszczenia, które w zamiarze pierwotnym było salą spotkań, istotnie do spotkania w niej doszło. Uśpione przed laty drozdy leżały bezwładnie na ziemi. Zaleciłem ostrożność, gdy Mistrz miał sprawdzać, co pozostało z zapasów zebranych w Sali, ja osłaniałem jego plecy. Moje przeczucia okazały się słuszne i gdy tylko Mistrz otworzył pierwszą skrzynie te aktywowały się i zaczęły do nas strzelać. Skutecznie parowałem ich strzały prosząc jednocześnie Mistrza o pomoc, jednak ten widocznie za dobrze bawił się przeszukując skrzynie odrzucając moje prośby:
- Dasz sobie rade Padawanie.
Przepuściłem jeden pocisk, który świsnął Mistrzowi koło ucha. Podziałało. Odwrócił się, włączył miecz i popatrzył na mnie ze zniechęceniem. Jego twarz mówiła „To było wredne… Padawanie”.
- Cieszę się, że postanowiłeś mi pomóc – dodałem szybko, odbijając kolejne pociski.
- Skończ te zabawę Binolu.
Posłuchałem. Kilka kolejnych pocisków odbiły się od mego ostrza, celnie powracając do nadawcy. Droid eksplodował, a jego części rozsypały się po podłodze zostawiając czarne i osmolone ślady na ziemi. Kolejne dwa zniszczyłem bezpośrednim uderzeniem miecza świetlnego, co przepołowiło owe na dwie części. Mistrz Ablazer również dokończył mego „dzieła zniszczenia”, jak to określił i dezaktywował ostatniego droida.

Mistrz sprawdził zawartość skrzyń. Kilka droidów, parę blasterów. Było tego niewiele, dlatego postanowiliśmy udać się w głąb Akademii. Po drodze nie zaskoczyło nas nic. Spodziewaliśmy się nagłego ataku ze strony droidów, wchodząc do każdego kolejnego pomieszczenia, jednak nic podobnego się nie wydarzyło. Do czasu, gdy nie weszliśmy do Sali audiencyjnej . Było tam sporo droidów. Wchodząc musieliśmy je aktywować, ponieważ od razu rozpoczęły ostrzał. Znaleźliśmy się w niewielkim przedsionku, niezdolni do większych ruchów, więc postanowiliśmy przebić się bliżej. Właściwie to ja postanowiłem, a mistrz podchwycił pałeczkę. Podchodziłem w stronę droidów odbijając ich kolejne strzały, niektóre trafiły doń z powrotem jednak ich aktywne tarcze tłumiły ich moc. Gdy udało nam się zająć lepsze pozycje postanowiłem przeprowadzić małą dywersje. Skupiłem uwagę pobliskich droidów na sobie, podczas gdy Mistrz mógł je spokojnie wyeliminować. Gdy ostatni padł dojrzeliśmy kolejne skrzynie. Tym razem było tego więcej. Droidy repulsorowe, droidy humanoidalne, broń blasterowa. Zaproponowałem, że pójdę po taczki repulsorowe do promu, byśmy mogli to załadować. Mistrz wskazał mi, krótszą drogę, z której skorzystałem. Wszedłem do luku bagażowego, zabrałem taczki, zabezpieczyłem nasz transport i ruszyłem w drogę powrotną.


Ord Mantell – Akademia Jedi – Niespodziewane towarzystwo

Gdy byłem już prawie u celu poczułem zaburzenia w Mocy. Odwróciłem się odpalając miecz i jednocześnie uchylając przed pociskiem z blastera. Nikogo jednak za mną nie było. Uznałem, że lepiej będzie udać się do Mistrza z taczkami i razem zbadać tą sprawę, gdy moim oczom ukazał się ścigacz. Jego kierowca odpalił miecz świetlny o pomarańczowym kolorze.
- Wynoś się stąd złodzieju! – krzyknął do mnie gniewnie.
- Nie jestem złodziejem. Jestem Jedi z Akademii na Yavin IV. Przybyłem z Mistrzem Ablazerem po rzeczy, które tu zostawił – dodałem szybko, lecz spokojnie, wyłączając taczki.
-Tym gorzej dla ciebie – kierowca dodał gazu.
Zrobiłem unik i przeskoczyłem nad jego ostrzem zapalając swoje po lądowaniu. Klinga rozbłysła fioletowym światłem, przyjąłem postawę do obrony, gdy tylko napastnik zawrócił. Ponownie spróbował szarży, jednak teraz byłem na to gotów. Podczas jego ataku podbiłem jego miecz wyprowadzając go z równowagi, przez co uderzył w ścianę i spadł ze ścigacza. Udał się do pobliskiego pomieszczenia, a ja ruszyłem za nim. Przywitał mnie w towarzystwie prawie 10 droidów. Rozejrzałem się po okolicy i dostrzegłem leżący niedaleko blaster. Przyciągnąłem go mocą i począłem strzelać do niespodziewających się niczego droidów. Zdejmowałem kolejno każdego droida, aż zostało tylko mój główny oponent. Jako, iż dość sprawnie wyeliminowałem droidy przy użyciu blastera i zostało mi dość sporo naboi w magazynku, postanowiłem zrobić z tego użytek. Wystrzelałem szybką serie w przeciwnika, który z łatwością sparował wszystkie pociski. Gdy skończył mi się magazynek odrzuciłem broń i wziąłem do ręki mój miecz.
- Kim jesteś i czemu mnie atakujesz? – spytałem aktywując broń
- Jestem Heffron. Były Jedi, opuszczony przez twojego Mistrza… Strażnik tej świątyni – rzekł głośno i wyraźnie, po czym zaszarżował na mnie.
Sparowanie jego ciosów nie było trudne. Najwyraźniej nie był najlepszym szermierzem, bądź zapomniał wiele podczas, zapewne wieloletniego, pobytu na Ord Mantell. Zrzuciłem go poziom niżej, a miecz wypadł mu z ręki na odległość jego ciała. Doskoczyłem do niego szybko, przystawiając mu miecz do szyi.
- Mój Mistrz nigdy, nikogo by nie opuścił. Nawet za cenę własnego życia.
- Twój Mistrz… jest zwykłym oszustem. Okłamuje Cie tak samo jak okłamał nas. Przysiągł nas strzec, a zostawił nas tu na śmierć.
Jego słowa uderzyły mnie mocniej niż pięść. Straciłem koncentracje, a gdy się ocknąłem Heffron miał już w ręce swój miecz i odepchnął mój. Zaczął atakować mocno, jednak w większości niecelnie. Jego ciosy były przesiąknięte agresją i nienawiścią do Jedi. Broniłem się jednak moje myśli były daleko od tego pomieszczenia. Myślałem o Mistrzu, znajdującym się tak blisko, iż byłem pewien, słyszy odgłosy walki, równocześnie mając świadomość, że nie ma go przy moim boku i nie może mi pomóc.
Zablokowałem kolejny cios Heffrona i ponownie powaliłem go na ziemie. Ten odskakując, podniósł się na nogi. Zbliżałem się do niego powoli, tnąc ostrzem po posadzce.
- Mój Mistrz – głośno i wyraźnie akcentowałem, chcąc zapewnić go o swoich przekonaniach – Nigdy, nikogo by nie zostawił.
W odpowiedzi ujrzałem pomarańczową klingę zmierzającą w stronę mojej głowy. Uchyliłem się przed nią i odpowiedziałem mocnym kopniakiem w brzuch. Przeciwnik skulił się, lecz szybko pozbierał i ponownie rzucił się w moim kierunku. Kolejne, proste ciosy zmierzały kolejno w moją stronę. Standardy z róży wiatrów, proste do sparowania dawały mi swobodę działania i trzeźwego myślenia.
Nie musiałem skupiać się na walce, moje ciało działało automatycznie… Poddałem się Mocy, a umysł rozważał prawdziwość przekonań Heffrona. Wiedziałem, że chłopak się myli, musiał się mylić. Nie wątpiłem w to ani przez chwilę. W jego słowach było czuć jad Ciemnej Strony, która chciała przebić się przez moją czaszkę i wkręcić do mózgu, pożerając moje myśli i zniewalając mnie jak tego, który teraz stał przede mną z pomarańczowym ostrzem i z każdym ciosem sprzeniewierzał się ideałom, które zarówno Ja, jak i On przysięgaliśmy bronić, strzec i upowszechniać.
Sparowałem kolejny cios i przejąłem kontrolę nad walką. Przeciwnik był już lekko wyczerpany używaniem Djem-So, które miał nadzieję wypracuje mu dogodną pozycję w walce. Zacząłem atakować. Markowane ataki i górne cięcia zmierzające w Sun Djem były tym, czym starałem się osiągnąć przez większość walki. Postanowiłem jednak zaskoczyć przeciwnika i dałem mu się odepchnąć na odległość mniej więcej metra. Przez chwilę staliśmy wpatrując się sobie w oczy i poprawiając ustawienie standardowej postawy stylów, jakie przybraliśmy. Heffron zaśmiał się i upuścił gardę.
-Ty naprawdę wierzysz, że On tu ciągle jest? Zostawił cie tak samo jak mnie.
- Mistrz Ablazer jest dobrym człowiekiem, mylisz się, co do niego! – wykrzyczałem drugą część zdania starając się dotrzeć do rozmówcy.
- W takim razie, gdzie jest twój wielki Mistrz Jedi? Czemu nie przyjdzie ci z pomocą?
- Zatraciłeś się w Ciemnej Stronie. Stałeś się dokładnym przeciwieństwem wszystkich ideałów Jedi. Ideałów, których przysięgałeś bronić.
Heffron spojrzał na mnie gniewnie – Twoich ideałów Jedi, nie moich! – popychając mnie mocą na ścianę, co mnie zamroczyło na chwilę.
Gdy się ocknąłem po kilku sekundach, Heffron stał już nade mną z mieczem. Roześmiał się i pewny siebie odsunął miecz sprzed moich oczu.
- I co wielki Jedi? Gdzie twoja mistyczna moc? Gdzie ta potęga, o której mówią wam w Akademii?
- Potęga Jedi to jego wiara w to, co słuszne. Dobrze o tym wiesz Heffron – zacząłem zwracać się do niego po imieniu chcąc nawiązać z nim bliższy kontakt.
- Jednak twoja twoje ideały nie pomogą ci się stąd uwolnić, gdy twój Mistrz cię porzucił. Zostaniesz tu ze mną… lub zginiesz próbując się opierać.
- Ablazer nie zostawił ani mnie, ani ciebie!
- GÓWNO WIESZ! – ponownie przemówiła przez niego agresja.
Heffron spróbował tej samej sztuczki, co przed kilkoma chwilami. Byłem na to gotów i uniknąłem pchnięcia mocą, przeskakując nad przeciwnikiem. Gdy znalazłem się za nim momentalnie uderzyłem go w głowę. Upadł na twarz, a miecz wypadł mu z ręki i sturlał się gdzieś poza zasięg mojego wzroku.
Złapałem, go za ubranie i obróciłem twarzą do mnie. Z jego nosa lała się krew. Próbował się wyrwać, więc uspokoiłem go sierpowym w twarz.
- Nie wiem, kto i jakich bajek ci na opowiadał, ale opamiętaj się… Byłeś Jedi do cholery, miałeś strzec pokoju i sprawiedliwości w galaktyce, a ty co robisz? Próbujesz zamordować drugą osobę… Nie tak postępują Jedi – spojrzałem mu w oczy i z gniewnym wyrazem twarzy nadal próbowałem wyperswadować Heffronowi, że źle robi i dał się omamić CiemneJ Stronie.
- Nic o mnie nie wiesz… Jedi – odpowiedział mi ciosem głową w moją twarz, gdy byłem nad nim pochylony, by trzymać go za ubranie
Cios był na tyle silny, że odrzucił mnie na ziemię. Heffron podniósł się i zaczął zmierzać moją stronę, jednak leżąc na ziemi złapałem z pomocą Mocy stojącą nieopodal skrzynie i cisnąłem w Heffrona odrzucając go na ścianę. Dało mi to czas na pozbieranie się i ogarnięcie pomieszczenia. Dojrzałem swój miecz świetlny i byłem gotów go przywołać jednak zaniechałem tego zamiaru. Chciałem uratować tego chłopaka, a nie go zabijać, co miecz mógłby mi bardzo utrudnić.
Pozwoliłem byłemu Jedi zbliżyć się do mnie. Zamachnął się i spróbował mnie uderzyć w twarz jednak uniknąłem ciosu i odpowiedziałem mu silnym uderzeniem w brzuch. Po sekundzie dostał kolejne uderzenie w twarz, złapałem go za ubranie i rzuciłem o ścianę. Uderzenie było na tyle mocne, że ze ściany posypały się cząstki połamanych płytek. Heffronowi zaczęła coraz silniej wylewać się z nosa krew. Wiedziałem, że jest już mocno osłabiony, ale nie odpuści. Postanowiłem jeszcze raz przemówić mu do rozsądku.
- Mówisz, że nic nie wiem… A nawet nie pozwalasz mi zrozumieć – spokojnie wszcząłem rozmowę łapiąc oddech przy okazji
- To nic nie da. Jesteś spaczony przez Ablazera i już z tego się nie wyrwiesz.
- Ablazer nie jest złym człowiekiem. Ktoś naopowiadał Ci kłamstw.
- Nikt mi nic nie naopowiadał. Zostawił nas na tej pozbawionej życia planecie całkiem samych. Pozbawił jakichkolwiek szans na ucieczkę, czy przeżycie zabierając ostatni prom i żywność. I jak możesz mówić, że to ja jestem w tej sytuacji ten zły.
- Nasz Mistrz nigdy świadomie nie zostawiłby nikogo.
- To już nie jest Mój Mistrz… już nie – z wyraźną nostalgią w głosie odparł mi Heffron.
To był ten moment. Poczułem, że zaczyna się łamać i dobro zaczyna przebijać się przez barierę w jego sercu, stworzoną wiele lat temu przez Ciemną Stronę.
- Daj mu szanse się wytłumaczyć. Wyjaśni ci wszystko, to zapewne nieporozumienie – drążyłem nadal temat.
- To już nie ma sensu. Nawet, jeżeli masz racje to nic nie zmieni – spokojnym i opanowanym tonem przemawiał do mnie stojący przede mną chłopak, załamany i opuszczony przed laty przez mentora.
Heffron przywołał miecz i odpalił go. Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Zakończ to Jedi. Odbierz mi życie i udowodnij wyższość Twoich ideałów… nad Moimi – rzucił się na mnie starając się zaatakować dolnym ciosem z prawej strony.
W jego oczach obaczyłem łzę. Byłem pewien, że jestem go w stanie uratować, on też to wiedział. Mimo tego włączył miecz i zaatakował mnie ponownie. Nie mogłem tego pojąć, jednak nie czas było się nad tym zastanawiać. Musiałem mieć trzeźwy umysł, by nie zranić Heffrona. Odbiłem jego cios i zrobiłem piruet w lewą stronę znajdując się za przeciwnikiem, kopnąłem go i uderzył z trzaskiem o ścianę. Nie próbował się bronić, był gotów zginąć. Był pewien, że zginie, ale ja nie byłem gotów go zabić... Już nie….
Heffron upadł na ziemię i stracił przytomność. Wyrwałem mu z ręki miecz i przypiąłem mocno do swojego pasa, tak by nawet przy użyciu Mocy nie można było go wyrwać. Z sakwy przy pasie wyciągnąłem linkę i związałem nią ręce Heffrona. Podniosłem go i zaniosłem na jego ścigacz, który stał przed pomieszczeniem lekko zarysowany, lecz nadal sprawny. Gdy położyłem go na miejsce dla pilota spostrzegłem, że nie zmieścimy się oboje. Odwróciłem się z nadzieją, że znajdę drugi. Ta chwila wystarczyła, by ocucony Heffron, mimo związanych za plecami rąk odpalił ścigacz i ruszył przed siebie. Gdy dostrzegłem, że rusza był już za daleko. Ruszyłem za nim w pościg, ale wiedziałem, że to nic nie da. Zniknął mi z oczu, a ja mogłem tylko wrócić do Mistrza i poinformować go o mojej porażce.
Udałem się więc po taczki i poszedłem do miejsca spotkania z Mistrzem. Ku mojemu zdziwieniu nie było go tam. Wyjąłem wiec komunikator i postanowiłem się z nim skontaktować, lecz łączność była zakłócana. Ruszyłem więc pod prom zostawiając taczki za sobą, ponieważ tylko mnie spowalniały. Tak jak się spodziewałem przy statku dojrzałem Mistrza Ablazera. Wyjaśnił mi, że o wszystkim wie, i że jeżeli się pośpieszymy odnajdziemy Heffrona, bo chyba wie gdzie mógł się udać. Jakby wiedział, o co chcę prosić. Nie czekając udaliśmy się do pobliskiego, zrujnowanego miasta.


Ord Mantell – Zrujnowane Miasto – Właściwa droga

Po niedługim marszu znaleźliśmy się w mieście. A raczej tym, co z niego zostało. Rozpoczęliśmy poszukiwania Heffrona jednak z miernym skutkiem. Mimo, iż staraliśmy się przeszukiwać każdą szczelinę, w której mógł się ukryć, a Mistrz skanował Mocą cały teren, nie potrafiliśmy znaleźć chociażby najmniejszego śladu.
Wreszcie, szczęście się do nas uśmiechnęło. Na skarpie znaleźliśmy opuszczony ścigacz, dokładnie taki sam, jakim uciekł były Jedi. Sprawdziliśmy go, w pobliżu znaleźliśmy przeciętą linkę, a ścigacz miał pusty bak. Uznaliśmy, że lepiej będzie się rozdzielić, bo inaczej Heffron nam ucieknie, na co nie mogliśmy sobie pozwolić. Trzeba było go pochwycić i to żywego. Innej opcji nie przyjmowałem.
Mistrz ruszył górą, przeszukując górne partie opuszczonego miasta, ja natomiast skupiłem się na nizinach. Poszukiwania nadal jednak były bezowocne. Niespodziewanie dostrzegłem Mistrza spadającego z bardzo dużej wysokości. Wyglądał jakby coś go popchnęło, ale był zbyt wysoko by dostrzec co się stało. Nim zdążyłem zareagować był już w kanionie pełnym wody. Wyjrzałem za nim jednak go nie dostrzegłem. Rozglądając się za przyczyną tego zdarzenia dostrzegłem Heffrona, który stał dumnie na szczycie pobliskiego budynku. Rozrywany przez poczucie obowiązku ratowania Mistrza, a wypełnienia zadania, szybko obwiązałem linkę wokół pobliskiego słupa i ruszyłem w stronę Heffrona. Wejście na szczyt zajęło mi chwilę, wreszcie staliśmy twarzą w twarz.
- Mogłeś mnie zabić, ale tego nie zrobiłeś. Chce wiedzieć, dlaczego? – rzekł spokojnym tonem.
Wyczułem w jego głosie zwątpienie, strach, niepewność. Postanowiłem to wykorzystać i sprowadzić go na właściwą drogę.
- Nigdy nie chciałem cie zabijać. Twoja śmierć nic by nie dała, byłaby bezcelowa. Chce ci pomóc, nie jest jeszcze za późno.
- Mylisz się… Dla mnie jest i nic tego nie zmieni – spojrzał na mnie, czułem w nim wielki smutek – Broń się Jedi – rzucił się na mnie.
Nie jestem pewien czy umyślnie czy w wyniku zmęczenia, ale jego ciosy były znacznie słabsze. Dzięki intensywnemu treningowi z Mistrzem Ablazerem byłem w doskonałej formie. Właściwie nie odczuwałem skutków wcześniejszego spotkania, poza paroma siniakami. Wiedziałem, że wygram ten pojedynek i to ode mnie zależy los mojego przeciwnika. Mimo to pozwalałem mu na ucieczkę, zmianę poziomu, na którym walczyliśmy i miejsc gdzie walczyliśmy. Ostatecznie znaleźliśmy się we wnętrzu jakiegoś zrujnowanego domu.
Wreszcie stało się. Heffron popełnił błąd, a ja to wykorzystałem. Odciąłem mu całą rękę, zaraz przy barku i upadł. Martwy członek leżał przy wyjącym z bólu Heffronie podczas, gdy ja mogłem tylko patrzeć. Wyłączyłem miecz, a były Jedi to wykorzystał. Zapewne z wielkim trudem, prawie się czołgając wstał i pobiegł przez drzwi. Ruszyłem za nim i zobaczyłem, że szykuje się do skoku w otchłań pełną wody.
- Nie rób tego Heffron.
- Dlaczego? Odebrałeś mi wszystko, co miałem. Dom, przyjaciół, nawet moją rękę – odwrócił się.
- Wciąż masz tak wiele. Masz życie a to najważniejsze. Gdzieś tam – spojrzałem na gwieździste niebo – czeka na ciebie rodzina.
- Moja rodzina sądzi, że jestem martwy i lepiej dla nich, aby tak zostało. Jestem potworem niegodnym życia. Zrobię coś słusznego zabijając się.
- To nie jest wyjście. To ucieczka od problemu, musisz z tym walczyć. Jesteś ponad to wiem o tym.
- Nic nie wiesz – zawahał się – Na.. nawet mnie nie znasz.
- Ale wierze, że jesteś dobrą osobą. Wiem o tym, bo czuje w tobie dobro. Musisz je tylko odnaleźć głęboko w sercu.
- Nawet, jeśli masz racje. Co później? Zabierzecie mnie do was, znów stanę się niewolnikiem wiary Jedi, znów mnie porzucicie. Nie chce takiego życia
- Nikt cie nie zniewoli, a tym bardziej nie porzuci. Jeżeli taka będzie twoja wola to wrócisz do swojej rodziny. Zabiorę cię tam, jakkolwiek daleko by to nie było.
- Mam rodzinę… Na Tatooine.
- Więc moim priorytetem będzie odstawić cię do domu – ściągnąłem rękawice ze sztucznej dłoni i podałem mu ją – Chodź, będzie dobrze. Zaufaj mi.
Chłopak chwile się wahał, ale w końcu chwycił moją zimną metalową dłoń. Gdy mnie dotknął poczułem pewność w sobie i słuszność tego, co robie. Jego dotyk upewnił mnie, że robię dobrze.
- Zabiorę cie do Mistrza Ablazera, a on zabierze nas na Tatooine – urwałem kawałek swojej szaty i obwiązałem ranę – Chodź. Nie po to się tyle męczyłem, żebyś teraz mi tu umarł – uśmiechnąłem się przyjaźnie, a Heffron odwzajemnił mi tym samym. Po chwili zemdlał, a ja wspierając go maszerowałem dalej w stronę wyjścia z miasta.
Próbowałem skontaktować się z Mistrzem Ablazerem, ale coś zakłócało łączność. Na szczęście wyczuł mnie w Mocy i zanim jeszcze zdążyłem opuścić miasto dołączył do mnie pomagając wspierać Heffrona. Jego twarz była poważna, lecz wyczułem w nim smutek.
Dotarliśmy na prom, a tym odlecieliśmy na Tatooine. Zatrzymaliśmy się tam na pół dnia, ponieważ matka Heffrona uradowana z powrotu syna do domu postanowiła nas ugościć pyszną zupą. Wolę jednak nie wiedzieć, z czego ona była, zważywszy na fakt, że samo miasto nie wyglądało zbyt zachęcająco. Przez całą drogę Mistrz był bardzo małomówny. Nie odzywał się do mnie prawie w ogóle, robiąc to tylko, gdy naprawdę musiał. Musiało to nim bardzo wstrząsnąć. Do Akademii dotarliśmy na następny dzień. Nasz dom powitał nas ulewnym deszczem, jednak nie powstrzymało nas to przed rozpakowaniem towaru.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Kilka zdarzeń opisanych tak, by były bardziej klimatyczne, ale sens został zachowany.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Postautor: Neil Danadris dodano: 25 lut 2010, 12:05

W imieniu Nowego Zakonu Jedi...

1. Data, godzina zdarzenia:
31.01.10 - 18.00 - 21.00
15.02.10 - 18.15 - 20.00

2. Opis wydarzenia:

- Dobrze, że jesteś - mruknął Vreek widząc wychodzącego z przedsionka Sana - czekamy na pozostałą dwójkę.
Po chwili zjawił się Kannos oraz Mistrz Sas.
- Zabrałeś ze sobą wystarczająco maści, Lightdust ? - zaczął Vreek
- Wziąłem wystarczająco, by składać Cię później do kupy - odparł Rycerz
- A ja wziąłem miecz, żeby chronić Cię przed Howlerami, chodźmy - rzucił krótko Vreek i ruszył w kierunku wyjścia z Akademii.
Poza bramą czekała już Lambda i 2 Jedi z Praxeum. Jeden Zabrak i jeden Człowiek.
Podczas gdy Kannos witał się z Zabrakiem, a Ablazer sprawdzał stan statku, San obserwował wszystko z boku.
- To ten gość z Praxeum ? - spytał się swojego Mistrza kiwnąwszy głową w kierunku Vado.
Vreek skinął głową po czym jego wzrok przykuła postać stojąca po drugiej stronie, Mistrz Dreamweaver.
- Kolejny gość z Praxeum ? - parsknął San
- To mój Mistrz - szepnął ostro Jeon i szturchnął ucznia łokciem, a następnie poszedł przywitać się z Jeffem.
Uczeń zdziwił się, gdy usłyszał jak jego Mistrz wita się serdecznie z Jeffem i traktuje go z szacunkiem.
- Wsiadajcie ! - usłyszeli głos Sasa.
Wszyscy powoli ruszyli po rampie wchodząc na statek.

Lot przebiegł spokojnie, wylądowali w ruinach jakiegoś miasta na Korriban. Po wyjściu ze statku Mistrz Ablazer zaczął udzielać wskazówki i przypomniał cel wyprawy.
- Każdy z nas ma lata doświadczenia, Ablazer, z wyjątkiem Sana. Nie widzę potrzeby dalszego udzielania wskazówek - mruknął Vreek.
Sas skinął głową i wszyscy powoli ruszyli przed siebie, rozmawiając między sobą.
Po 5 minutach drogi w oddali ujrzeli duże stwory. Były to Rancory.
- No, San. To Twój Trial - rzucił żartobliwie Vreek, jednak jego uczeń nie odebrał tego jako żartu i ruszył powoli przed siebie przyjmując postawę Ataru.
- Do jasnej cholery, czy Ty kiedykolwiek odróżnisz żart od powagi ?!
- Odróżnię wtedy, gdy będziesz wiedział w jakiej chwili stosować ironię - parsknął Uczeń.
- Nie zapominaj, kto kogo tu uczy - powiedział ostro Rycerz, a San mruknął coś pod nosem.
Cała szóstka aktywowała miecze i ruszyła do ataku. Jeden Rancor złapał Vreeka i zaczął dusić, jednak przestał pod naporem ataków. Jeon upadł na ziemię, a San szybko sprawdził jego stan, podczas gdy Sas rozprawiał się z Rancorem. W jednej chwili obydwa stwory rozpłynęły się w powietrzu.
- Korriban .. - mruknął Uczeń.
- Jeff i San - poszukajcie czegoś w tamtym regionie - zarządził Sas - my poszukamy tutaj.
Podczas przeszukiwania terenu wszyscy poczuli drżenie w ziemi.
- WSKAKUJCIE NA GÓRĘ ! - krzyknął Ablazer i tak też wszyscy uczynili.
Na dole można było dostrzec pojawiającego się co chwile ogromnego robaka pustynnego.
- Znaleźliście coś ?! - krzyknął Vreek.
- Tu jest wejście do jakiejś doliny ! - odkrzyknął jego uczeń.
Kannos, Vreek, Vado oraz Mistrz Sas skacząc po dachach dotarli do Jeffa i Sana. Wspólnie ruszyli poprzez dolinę.

Dotarli do sporych rozmiarów bramy, która przeskoczyli. Za nią kryły się ruiny wejścia do podziemi. Po zbadaniu terenu, Kannos dostrzegł, iż można zniszczyć stare, uszkodzone kamienne drzwi, by dostać się do środka i tak też uczynił.
- Gdy nie ma wejścia, trzeba je zrobić sobie samemu - uśmiechnął się.
W środku stały 2 istoty, nieumarli. Jedi ruszyli do ataku i po długim boju udało im się pokonać stwory.
- Co to ma być ?! - zaczął Vado.
- Alchemia Sithów - odparł mu Sas po czym razem z Sanem ruszył w dół sprawdzić teren.
Po chwili dołączyła reszta. W pomieszczeniu wiał silny wiatr, o dziwo wiał on z różnych stron. W sali były dwa łuki wejściowe, w pierwszym wiatr wiał od południa, w drugim od północy.
Ablazer wszedł do pierwszego łuku, a siła wiatru cisnęła nim o ścianę na drugim końcu. Reszta ruszyła za nim odpowiednio spowalniając lot. Dotarli do pomieszczenia z fontanną na środku, a przed nią stały duchy. Vreek odepchnął Sana Mocą do korytarza po prawej i kazał mu tam czekać. Korytarz po lewej był zawalony gruzami. Wszyscy Rycerzowie i Mistrzowie wznieśli bariery wokół swoich umysłów. Pieśń duchów wywoływała poczucie spokoju, braku zagrożenia. Jedi ruszyli do ataku cały czas ignorując pieśń i utrzymując bariery i po chwili pokonali oponentów. Kannos dał znak Uczniowi, że już po wszystkim. Cała szóstka rozejrzała się po okolicy i ruszyła dalej, do kolejnego pomieszczenia. W jego środku znajdowała się również fontanna, jednak z lawą w środku, a obok niej stali nieumarli. Szybko sobie z nimi poradzili i zobaczyli 2 popiersia Ragnosa po obydwóch stronach pomieszczenia. Vado zaproponował żeby je zniszczyć, jednak darowali sobie ten pomysł i ruszyli dalej. Wszystkie pomieszczenia po bokach były zawalone. Drzwi pod koniec korytarza rozsunęły się, i wszyscy weszli do środka.

Po wejściu do wąskich korytarzy uderzyła ich fala ciepłego powietrza. Dotarli do pomieszczenia z trumną po środku i magmą dookoła. Obeszli ją bokiem poprzez bloki skalne i dotarli do małego pomieszczenia, również z trumną pod jego koniec i duchem stojącym przy niej. San stanął przed wejściem do pomieszczenia, przed nim stał Jeff. Przed duchem stanęli Kannos, Sas i Vado, a Vreek za nimi. Zjawa miała przy sobie długą, ostrą kosę.
- Witaj - zaczął Ablazer - przybyliśmy na poszukiwania Kal'Dara. Wiesz gdzie on jest ?
Zjawa dłonią pokazała wyjście. Jedi mieli się zbierać do wyjścia, gdy wskazała ona na Kannosa.
Po krótkim czasie Kannos powoli podszedł do zjawy, a ta wchłonęła go w siebie. Lightdust próbował się uwolnić, jednak bezskutecznie. Dreamweaver, Sunrider, Ablazer i Vreek ruszyli na ratunek. W pewnym momencie duch zamachnął się kosą i rozpłatał Jeffa na dwie części. Niedługo po tym rozpłynęła się pod naporem ciosów, a Kannos wydostał się.
- Ty idioto ! - rzucił ostro Vreek zmierzając w kierunku Rycerza, po czym rąbnął go pięścią w splot słoneczny, a następnie w kark i podszedł do ciała swojego Mistrza.
- Vreek .. śmierć jest naturalną rzeczą - powiedział łagodnie Mistrz Sas.
- Wiem, Ablazer. Ale tak nie musiało być. To przez tego idiotę, Świetlistego.
W grobowej ciszy opuścili salę i powrócili do miejsca z fontanną z wodą. Będąc na skrzyżowaniu korytarzy, ujrzeli, że korytarz, który był zawalony, już nie jest. W tym miejscu znajdowała się teraz ogromna, solidna brama.
San zmieścił się w przerwie pomiędzy kratami i przeszedł na drugą stronę, reszta również sobie poradziła. Znajdowali się w ogromnym pomieszczeniu, które było podzielone na dwie części. W przepaści po środku wiał strasznie silny wiatr, i co chwilę uderzały pioruny, a na dole płynęła lawa. Po prawej stronie od bramy znajdował się przycisk, który wcisnął Vado. Z drugiej strony zaczęła wysuwać się dość szeroka kładka sięgająca pierwszej części.
- Jeśli będziemy się czołgać, wiatr nic nam nie zrobi - rzekł Zabrak i aktywował kładkę ponownie, po czym zaczął czołgać się na drugą stronę, a za nim ruszyła cała reszta.
Gdy dotarli na miejsce przed nimi ukazał się kolejny nieumarły. Odsunęli się od przepaści, by ich nie zepchnął i szybko się z nim rozprawili. Ruszyli dość krętymi korytarzami i dotarli do schodów prowadzących do pomieszczenia, po środku którego stało około 15 nieumarłych.
- Tutaj możesz się przydać, San - rzucił krótko Vreek i wszyscy aktywowali miecze.
Sunrider szybkim ciosem rękojeścią wywrócił dwóch nieumarłych naraz i szybko ich dobił, podczas gdy Kannos miotnął trzema o pobliską ścianę. Vreek z łatwością rozprawiał się z kolejnymi, stosując szybkie ciosy Makashi. San odrąbał jednemu głowę, po czym cofnął miecz i pchnął nim do tyłu przebijając kolejnego, a Sas wywracając pozostałych Mocą, szybko przebiegł tnąc mieczem po leżących.
Po całym pobojowisku rozejrzeli się dookoła. Jedno wyjście było zawalone, ruszyli w kierunku dostępnego.

Znaleźli się w dużej sali z wzniesieniem o kształcie koła po środku. Na końcu sali znajdowało się wyjście. Obok wzniesień płynęła lawa.
Wnet dostrzegli postać leżącą na środku posadzki.
- Kto to ? - rozpoczął San.
- Myślę, że to nasz cel misji - odparł Vreek i zeskoczył razem z innymi do środka, podczas gdy Uczeń rozejrzał się po okolicy, a następnie dołączył do pozostałych.
Kal'Dar był w ciężkim stanie, miał liczne rany, zadrapania, sińce.
- Mój były Uczniu ! - powiedział łagodnie Ablazer i pomógł wstać Kal'Darowi.
W swoich głowach usłyszeli głos Upadłego.
- Dziękuję ...
- Zabieramy Cię do Praxeum - rzucił ostro Vreek.
- Nie tak prędko - odpowiedział spokojnie Sas.
- Nie zastanawialiście się nad tym wszystkim ? - zaczął Kal'Dar - Nie zastanawialiście się jak jajo wydostało się z Akademii ? I czemu akurat wtedy Vreek zniknął ? Nie zastanawialiście się nigdy nad jego rolą ?
Kannos ostrożnie obszedł Vreeka i stanął za nim na wszelki wypadek.
- Czyś Ty do końca zgłupiał Świetlisty ? Wierzysz mu ?!
Kal'Dar kontynuował.
- Vreek .. zawarł pakt z Terentatekami. Jest pod ich wpływem, nawet teraz.
San spojrzał na swojego Mistrza. Nie wierzył Upadłemu. Jednak Ablazer i Kannos uwierzyli.
W wyjściu pojawił się Wódz Terentateków, po czym zniknął, a Vreek ruszył za nim w pościg.
San podszedł do Kal'Dara i boleśnie ugodził go palcem w poparzoną klatkę piersiową.
- Jesteś ścierwem - rzucił ostro i ruszył za Vreekiem. Po chwili ruszyli również Ablazer, Kannos, Vado oraz Upadły Jedi.

Znaleźli się w małym pomieszczeniu. Na przeciwko nich stał Wódz Terentateków. Jedi ruszyli w jego kierunku, podczas gdy zza ściany wyłonił się Vreek i rzucił z mieczem na Kal'Dara. Jeon i Upadły walczyli ze sobą, podczas gdy Sunrider, Ablazer, Lightdust i Duur walczyli z Wodzem Terentateków. Z drugiej strony Jedi toczyli zacięty pojedynek. Stwór zaczął przysmażać ich Błyskawicami Mocy. Pod naporem Mocy pierwszy padł San, a następnie cała reszta ...

Uczeń ocknął się w czymś na kształt areny, wielkim pomieszczeniu ze schodami prowadzącymi w dół po środku. Były one całe śliskie i ubrudzone krwią. Ostrożnie zszedł w dół, i dostrzegł leżącego Vreeka pilnowanego przez 4 nieumarłych. Pierwszych dwóch załatwił dość szybko, trzeciego kopnął, a gdy ten poleciał i znalazł się obok Mistrza, San nieostrożnie ciął mieczem przecinając klatkę piersiową Vreeka. Szybko pokonał ostatniego i zajął się Vreekiem badając jego stan i opatrując go. Jeon spojrzał na ucznia z wyrzutem i wydał z siebie ostatnie tchnienie. Wtedy San sobie przypomniał. Przyleciał na Korriban aby dokończyć swój Trial.
Zaczął szukać jakiegoś wyjścia. Były 3 wyjścia i 1 zawalone. Ruszył w kierunku najbliższego. Znajdowało się w nim coś w rodzaju więzienia. W celach znajdowały się ciała. Znajdował się tam również duch, który po kolei przechodził z celi do celi i rozczłonkowywał ciała. San próbował zatrzymać ostrze ducha własnym, jednak bezskutecznie. Ostatni człowiek w celi jeszcze żył, po czym został pozbawiony kończyn przez zjawę, która zaśmiała się z Ucznia i rozpłynęła się.
Zdziwiony Uczeń wyszedł z pomieszczenia i skierował się ku innemu, które, jak okazało się, było również zawalone. W kolejnym zaś znajdowała się następna zjawa, tym razem szarżująca na Duura. Po krótkiej walce San przeciął ją na pół, a ona zniknęła. Za duchem kryła się winda. Bez zastanowienia wsiadł na nią i zjechał w dół.
Znalazł się w pomieszczeniu z wielkim posągiem. Na jego rękach stały 2 Terentateki, a po środku stał Lord Militus. Uczeń podszedł bliżej i stanął naprzeciw Lorda.
- Co tam, Jorud ? - zaczął San
Lord spojrzał na niego spode łba.
- Militus. Daliście mi fałszywą nadzieję.
- Czuję się nieco skrępowany - parsknął Duur i jednym ruchem ręki zrzucił Terentateki w dół, jednak po chwili wróciły na miejsce z takim samym wyrazem twarzy.
- Za mną kryje się cała potęga .. spójrz na to. Jeden krok, Jedi. A Wódz zechce Cię obdarzyć darami.
- Swoją drogą, fajny toporek. Nie masz już swojego miecza ?
- Wódz mi go podarował. A teraz zobacz. Jeden krok, Jedi, i zostaniesz odkupiony.
- Owszem, zrobię krok. Ale w tył.
Cofnął się i aktywował miecz. Przyciągnął Terentateki zrzucając je ponownie na dół i sam zeskoczył by się z nimi rozprawić. Robiąc unik dostał strzałem z kuszy jednego z nich w nogę. Szybko podniósł się i ruszył z szarżą na stwory. Szybko rozciął jednego z nich, a następnemu odciął nogę, po czym rozpoczął długą walkę z Militusem.
W trakcie walki Militus próbował wciągnąć się na wzniesienie, Duur dobiegł do niego i szybkim ciosem Makashi ciął przez jego plecy. Ten ostatecznie zdążył się wciągnąć i pobiegł wbiegając w dziurę, o której wcześniej opowiadał i przepadł. Uczeń podszedł do dziury i zobaczył litą skałę. Cofnął się i wskoczył z powrotem na górę, powróciwszy do wejścia, ruszył w kierunku zawalonego korytarza. O dziwo, gruzy zniknęły. W pomieszczeniu, do którego prowadził znajdował się zbiornik z wodą. Wskoczył do wody i ogarnęła go fala spokoju. Przypomniał sobie o tym, o czym mówił Militus. Doznał odkupienia.

Cała trójka znalazła się w dziwnym otoczeniu. Na wzniesieniu po środku stał Wódz Terentateków, a po prawej na skałach stały 3 Terentateki z kuszami. Ku Wodzowi ruszył Sas. Kannos i San zostali za nim.
- Daleko dotarliście, Jedi. Macie teraz dwa wyjścia. Jednak przed tym odpowiem na wszystkie wasze pytania.
- Kim jest Vreek ? - rzucił od razu San.
- Vreek jest pod naszą kontrolą. Kal'Dar też był, jednak .. wyswobodził się. A teraz macie dwa wyjścia. Albo zginiecie, albo poddacie się mojej kontroli. Czekam na odpowiedź.
Nikt nie odpowiedział.
- W takim razie sam wybiorę opcje - odparł i wokół Terentateka pojawiły się 2 bariery, niebieska i czerwona.
Sas rozpoczął pojedynek z Wodzem, podczas gdy Lightdust i Duur wskoczyli na wzniesienia i walczyli z pozostałymi Terentatekami. Rycerz ściągnął jednego na dół i tam się z nim rozprawił, podczas gdy San odbił jeden z pocisków kuszy, który trafił Terentateka w klatkę, a następnie przeciął go w pół, po czym odskoczył na kolejne wzniesienie i szybkim zamachem miecza odciął głowę drugiemu. Kannos na dole rozpłatał na dwie części Terentateka. Niebieska bariera Wodza zniknęła.
Nagle Wódz oraz martwe Terentateki zamieniły się w Yuuzhanów. Wodza otaczała już tylko czerwona bariera. Sas padł pod naporem Yuuzhanów, a ciosy zadawane Wodzowi odbijały się od bariery. Nieprzytomny Mistrz leżał przy kamieniu, podczas gdy San i Lightdust atakowali Yuuzhany stojąc plecami do siebie.
Po dość długim czasie ostatni Yuuzhan padł. Wtedy bariera wokół Wodza zniknęła, a Kannos szybko opatrzył Ablazera. Wódz przemienił się w wielkiego stwora. Cała trójka ruszyła do ataku, jednak ich ciosy odbijały się od grubego pancerza Terentateka.
- Mistrzu, celuj w oczy ! - krzyknął Uczeń.
Ablazer rzucił mieczem w oczy Terentateka jednak płytka chroniąca je odbiła ostrze.
Lightdust regularnie Błyskawicami Mocy przypalał stwora, jednak powodowało to tylko, że uciekał on na chwilę i ponownie wracał do ataku. Podczas gdy Rycerz uciekał, potwór dogonił go i nadepnął nogą. Mistrz Sas szybko odciągnął Terentateka od leżącego Kannosa, a San wziął go na ręce i wskoczył z nim na wzniesienie. Nim się zorientował, stwór leżał na ziemi z wbitym mieczem w podniebienie, które prawdopodobnie przebiło mózg. Powoli zeskoczył z Kannosem i podszedł do Ablazera. Nagle wszystko się rozpłynęło.

Ocknęli się w pomieszczeniu, gdzie Wódz ciskał nimi o ścianę. Wstali szybko i podbiegli, by zobaczyć co z Kal'Darem i Vreekiem.
Jeon stał nad martwym Terentatekiem, w jego oczach było widać furię. Po chwili dołączył do nich Vado, a w swoich głowach usłyszeli głos.
- Wiecie, czemu on mnie tak nienawidzi ?
Vreek spojrzał na Kal'Dara z nienawiścią.
- Nie może znieść tego, że powtórzyłem jego sukces. Że dostałem się tak szybko do Zakonu. Nie może znieść tego, że jestem jego największą słabością. A właściwie owocem jednej nocy ...
- DOSYĆ ! - ryknął Vreek i rzucił się do ataku na swojego syna.
Usłyszeli za sobą hałas. Za nimi stała cała horda nieumarłych. Duur i Ablazer szybko ruszyli z aktywowanymi mieczami, podczas gdy Kannos i Vado zostali przy walce Jedi.
Pokonanie nieumarłych zajęło sporo czasu, a Ojciec i Syn nadal walczyli. Do walki włączył się Mistrz Sas, próbując pomóc swojemu byłemu uczniowi.
Vreek uniósł Mocą Kal'Dara i cisnął nim o ścianę, podczas gdy Ablazer zaczął szarżować na jego plecy. Odciągnął go od Upadłego, po czym uderzył w klatkę piersiową odrzucając Jeona nieco dalej.
- To nie ma sensu, mój były Mistrzu - rozpoczął Kal'Dar - on jest jak tamte martwe ciała.
- Powiedziałem dosyć ! - rzucił ostro Mistrz do Rycerza.
- Nic nie wiesz, Ablazer !
- Wiem już wystarczająco Vreek !
- Żadne z was nie ma o niczym pojęcia, idioci !
San położył rękę na ramieniu Vreeka.
- Vreek ...
- W imieniu Jedi jesteś aresztowany ! - rozkazał Sas.
- Możesz spróbować, Ablazer. - odparł Vreek i rzucił się do ataku.
Z początku walczyli tylko Mistrz z Rycerzem, potem - widząc kłopoty Sasa - dołączył jego były uczeń
- Nikt nie chce Twojej śmierci, Vreek ! Opamiętaj sie ! - krzyczał Kannos.
- Przypieczętowaliście swój los ! Tak jak on i ja !
Ruszył do ataku na Kal'Dara. Po chwili do walki znów włączył się Ablazer, a następnie Lightdust. Tylko Uczeń Vreeka przyglądał się wszystkiemu z boku, a w jego oczach można było dostrzec smutek i zawód.
Po zwarciu z Kannosem, Kal'Dar szybko zaszarżował i ciął ostrzem pozbawiając Vreeka ręki i rozpruwając jego klatkę piersiową.
- Nie ! - krzyknął Kannos próbując zatrzymać ostrze Kal'Dara, jednak bez skutku.
W oczach Vreeka w momencie śmierci było widać jedynie furię.
- Ty .. gnoju .. - wysapał San do Upadłego - Nigdy więcej nie chce Cie widzieć.
Uczeń podszedł do ciała swojego Mistrza i wziął je na ręce, zabierając jego miecz, po czym wyszedł z sali wracając na statek.

Lot odbył się w grobowej atmosferze. Duur zszedł z rampy i skierował się do przedsionka. Mistrzowie pożegnali się pod bramą i załatwiali dalsze sprawy. Ablazer oraz Bart pomogli Kal'Darowi przemieścić się do przedsionka.
Uczeń położył Vreeka na swoim łóżku i namoczywszy gąbkę, przetarł jego twarz i zakrwawiony tors.
Na pierwszym łóżku został ułożony Kal'Dar, który był opatrywany przez Barta.
San schował pancerz Vreeka do skrzyni i przykrył go kocem.
Jego koszmar się spełnił.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Czekam na koszmary Sasa i Kannosa.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Postautor: Bart dodano: 22 mar 2010, 17:37

Artus Prime - generator

1. Data, godzina zdarzenia: 22.03.10, 19:00-21:30

2. Opis wydarzenia:

Lot na Artus Prime przebiegł bez zakłóceń. Rycerz Bart i jego uczeń wylądowali w jednym z niewielu dogodnych miejsc i wyprowadzili ścigacze na zewnątrz promu. Pogoda znacznie utrudniała jakąkolwiek koncentrację. Było ciemno, a wiatr unosił pył. Przygnębiający nastrój potęgowały same kaniony na planecie - jednolite jak nic innego, gdzie nie powędrował wzrok Jedi, tam napotykał ten sam widok. Co jakiś czas jednak zwracały uwagę spadające meteoryty, pośrednio wskazując drogę. Obaj zbadali znaczną część terenu, docierając kilkakrotnie do ścian budynku, zapamiętując lokalizację jednego z bardziej charakterystycznych miejsc. Ostatecznie znów napotykając na budynek i przede wszystkim - dogodne przejście do jego otoczenia, udali się w tą stronę, napotykając sporych rozmiarów placówkę - rozmiar kominów, lądowiska czy kolejnych segmentów zaskakiwał.
Jednak oczy biegły ku samej połaci terenu, który był wręcz bombardowany przez spadające meteoryty i ich odłamki. Chociaż placówka wyglądała jak nieczynna, działa jonowe były mimo to aktywne, osłaniając budynki. Wędrówka pomiędzy nimi przypominała jednak slalom - Kel Dorowie poruszali się ostrożnie od miejsca do miejsca, cały czas obserwując niebo i unikając spadających odłamków. Nie były one na szczęście zbyt duże, a tym samym nie trzeba było zachowywać dużego dystansu. Po zbadaniu zamkniętych wrót, mistrz i uczeń ściągnięci przez ich wyziewy, wyruszyli ku gigantycznym kominom i niewielkiemu, osłoniętemu zabudowaniu. Wówczas zaczął padać deszcz, łącząc się z wyziewami i powodując opady porównywalne do kwaśnych deszczy. Wbrew obawom, nie były one toksyczne, chociaż ciecz przyklejała się do ubrań.
- Cóż, przynajmniej nie zajdzie potrzeba przyspieszonej nauki bariery fizycznej - Mruknął Bart wchodząc do zabudowania, a następnie badając dokładnie całe jego otoczenie. Nie było tam jednak nic ciekawego. Udając się do zabudowań kolejnych kominów poczuli gaz Dioxis - podczas dalszej drogi wyregulowali maski na maksymalny poziom filtracji.

Jedi udali się do jednego z najmniejszych budynków, tam jednak spotkali zaskakująco rzadki na Artus Prime widok - otwarte drzwi. W środku dostrzegli niewielkie pomieszczenia z łóżkami i polami siłowymi, co wprawiło ich w lekką konsternację.
- Kwatery... albo cele. Kwatery raczej nie mają pól siłowych - rzucił Rycerz Jedi przyglądając się otoczeniu.
- Więc ktoś tu nadal jest. Oby sojusznicy.. - odparł Ishar niepewnie.
- Ah, ileż byłoby łatwiej - dodał Bart wchodząc do następnego pomieszczenia, mając przed sobą sterty skrzyń i wszelakiego sprzętu, wyglądającego na niezwykle stary. W drugim końcu stał stary droid, którego szybko uruchomili. W krótkiej rozmowie robot opowiedział o aktualnym stanie placówki, liczbie personelu, a przede wszystkim - wskazał lokalizację głównego sektora. Nie bez problemów, żądał danych i numeru identyfikacyjnego, jednak Bart zdołał ten pomysł droidowi wyperswadować:
- Czy to naprawdę konieczne? Wydaje mi się, że tożsamość inspektorów jest powszechnie znana. Służyliśmy jeszcze Imperatorowi Palpatine’owi! - rzucił podniesionym głosem po chwili namysłu.
- Proszę nie powiadamiać personelu o naszej wizycie. To niespodziewana kontrola - dodał na odchodne, opuszczając budynek.
Wychodząc wyczuł skupisko prymitywnych form życia na zewnątrz - okazały się nimi ponownie potwory kopalniane. Bestie nawet w większej ilości nie stanowiły zbytniego zagrożenia - Jedi i jego uczeń bez problemu uporali się z nimi, swobodnie się wycofując i wyprowadzając precyzyjne cięcia na ziemię.

Mieli w planach wyruszyć natychmiast na pokład Lambdy, jednak Ishar zasugerował zbadanie miejsca, którego lokalizację wcześniej zapisali. Wybrali się tam z użyciem ścigaczy, a docierając pod mur zostawiając je i zapuszczając się w głąb kanionu.
Okazało się to jednak bezcelowe. Podróż była długa i męcząca, obaj tracili w biegu siły i regularnie napotykali potwory kopalniane. W końcu ujrzeli ponownie znany im rejon placówki, wymęczeni po marszu. Na domiar złego, napotkali Rancora, z którym stoczyli krótką walkę, decydując się raczej na odciągnięcie bestii. Wskoczyli na jeden z mostków powyżej zabudowań, a bestia z nieznanych przyczyn wolała trzymać się od placówki z daleka.

Bart uznał, że stracili zbyt dużo czasu i sił na tułaczkę po kanionie. Ishar zgodził się z tym i obaj udali się od razu do Lambdy, odnajdując drogę do niej z użyciem swoich Zmysłów. Ścigacze uznali za bezpieczne i postanowili udać się po nie po zakończeniu misji. Na pokładzie odpalili autopilota z wskazaniem na podane przez robota koordynaty i zasiedli na swoich miejscach, odpoczywając po swojej tułaczce. Lot pozwolił im odzyskać siły, a po niedługim czasie wylądowali przy tajemniczej placówce...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1103
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Fenni dodano: 06 maja 2010, 13:18

Spacer po dżungli

1. Data, godzina zdarzenia: 24.04.10, 14.00

2. Opis wydarzenia:

Deszcz chwilowo przestał padać, a zza chmur prześwitywało słońce. Obok mnie na ławce siedział adept Mar'Dun z drugiej grupy, ja leżałem na trawię i żułem źdźbła trawy. Nagle, gdy zacząłem już mrużyć oczy z błogiego wypoczynku wyciągnęły mnie komunikatory. Usłyszałem głos mistrza Barta: "Macie ochotę na spacer po dżungli?" pytał. Obaj przytaknęliśmy i pobiegliśmy do jedynego wyjścia po za teren placówki. Linka już na nas czekała. Wdrapaliśmy się na górę, a następnie przeszliśmy przez bramę do dżungli.

Już na samym początku mistrz przestrzegł nas byśmy nie oddalali się od niego. Było to dość trudne ponieważ poruszał się znacznie szybszym tempem. W czasie marszu mistrz opowiadał nam o historii tej planety, o massassach żyjących tu przed wiekami, którzy zbudowali te budowle. Opowiadał też o upadłym Jedi, Exarze Kunie który zamknął swego ducha w tych świątyniach. Opowiadał też o bardziej aktualnych wydarzeniach, o misjach które miały miejsce w tych okolicach, o piratach którzy zostali wypędzeni przez Jedi. Oczywiście mistrz nie mógł zapomnieć o drapieżnikach żyjących na księżycu, a najczęściej mówił o Howlerach i Raptorach które są postrzegane jako najniebezpieczniejsze z żyjących tu stworzeń. Wkrótce przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, przed nami było kilka Raptorów żerujących na jakiejś padlinie. Mistrz kazał nam zaczekać i sam pobiegł walczyć z gadami. Widząc jak zwierzęta dziurawią szaty mistrza postanowiłem włączyć się do walki. Lecz gdy zrobiłem kilka kroków w ich stronę mistrz zawołal: "Cofnij się!". Niechętnie wysłuchałem tego co powiedział i wyłączyłem miecz. Chwilę potem padł pierwszy raptor, a po nim następny. Po minucie wszystkie leżały już martwe, a ja dostałem reprymendę za to, że chciałem trochę powalczyć. Po krótkim marszu dalej napotkaliśmy wysoki mur, co prawda wspiąć się na niego dało jednak zejście z niego mogło się skończyć moim zejściem. Dlatego mistrz Bart zszedł na dół i za pomocą mocy łagodził upadek z wysokości. Pierwszy był Mar'Dun, mistrz pochwycił go na wysokości około 3 metrów i adept wylądował gładko. Następny byłem ja, skoczyłem i mistrz także mnie przechwycił. Poszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej i przed nami stała kolejna przeszkoda, ruiny budynku. Nie było jak się wdrapać, cegły ledwo się trzymały na miejscach. Mistrz Bart użył mocy i wskoczył na dach. Następnie skupił się i podniósł Mar'duna i mnie za pomocą mocy. Następnie trzeba było znowu skakać, spokojny poczekałem na swoją kolej i w chwili gdy miałem skoczyć, poślizgnąłem się na kamieniu i zacząłem spadać. Zaskoczony mistrz za późno mnie złapał i uderzyłem z bólem w podłogę. Moc częściowo zamortyzowała mój upadek, ale nogi i plecy były mocno posiniaczone. Wszyscy pośmialiśmy się ze mnie i ruszyliśmy dalej.

Brnąc dalej pomiędzy ruinami, uszkodzonymi śmigaczami i śmieciami Mar'Dun słuchał mistrza, ja za to bolałem, że nie mogłem pobawić się z Raptorami. Jakie wielkie było moje szczęście gdy natknęliśmy się na Howlery. Już chciałem ruszyć do ataku gdy mistrz Bart zatrzymał mnie. Pomimo, że ja przeżyłbym to walkę, to Mar ze swoją kontuzją nie dałby rady. Dlatego gdy mistrz miał odciągnąć gady, ja miałem pomóc Marowi przebiec w głąb dżungli. Daliśmy radę, co prawda Mar potem jeszcze bardziej utykał, ale przynajmniej miał obie nogi na miejscu. Mistrz po zgubieniu Howlerów zabrał nas dalej. Przeszliśmy przez płytkie jeziorko i gdy maszerowaliśmy doliną przeleciał nad nami prom klasy Lambda. Zrobiliśmy wtedy krótki postój by noga Mara mogła odpocząć. Następnie ruszyliśmy do dawnej bazy piratów, była ona pełna zniszczonych urządzeń, wyładowanych ogniw enertgetycznych oraz różnego żelastwo. Gdy wyszliśmy z bazy spotkała nas niemiła niespodzianka, na ścigaczu przjechał patrolujący żołnierz Republiki. Wymienił on z mistrzem salut, a gdy odjeżdżał ewidentnie chciał mnie przejechać, bo odstęp był ledwie paru centymetrów. Mało brakowało, a pobiegł bym za nim i powiedział co o nim myślę. Na nieszczęście mistrz Bart stał dwa metry ode mnie i chcąc nie chcąc nie mogłem zareagować.

Wkrótce dotarliśmy do kresu naszej wędrówki, było to niższe piętro dżungli. Napotkaliśmy tam samotnego Howlera i obserwowaliśmy jego zachowanie. Przez chwilę wydawało mi się, że nas zaatakuje, bo zaczął wyć. Jednak gdy nie odeszliśmy spłoszył sie. W czasie spaceru wokół terenu zobaczyliśmy też śmierć tego zwierzęcia z rąk Raptora. Ten sam Raptor mógł też odgryźć rękę Mar'Duna gdy jego miecz świetlny potoczył się w jego stronę. Na szczęście odzyskał miecz świetlny, a Raptor odszedł. Potem nie wiadomo po co zaczął zbierać próbki roślin dla Hebrana. Minęło ładnych kilka minut zanim zebrał wszystko. Mistrz chciał nam pokazać jeszcze jedno miejsce, najwyższe wzniesienie w okolicy. Nie bardzo wiedziałem co było w tym takiego ciekawego. Na szczycie mistrz znowu zaczął mówić, ja lekko już znudzony postanowiłem spojrzeć jak wysoko jestem. Wychyliłem się i ostatnie słowa które wypowiedział mistrz to: "Fenni!". Spadłem z dość sporej wysokości, nic mi się nie stało tylko dlatego, że zanim ostatecznie spadłem to odbijałem się od ziemi parę razy. Po tej przygodzie obolały poprosiłem o powrót to akademii. Podróż powrotna przebiegła bez zakłóceń.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Adept Fenni
Awatar użytkownika
Fenni
 
Posty: 12
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:48
Lokalizacja: Warszawa

Re: Sprawozdania !

Postautor: Hebran dodano: 08 maja 2010, 13:33

Drzewo Howlerów

1. Data, godzina zdarzenia: 22.04.10, 21.00-22.00

2. Opis wydarzenia:

Dzień rozpoczął się jak każdy inny, jednak to co działo się późnym popołudniem zapamiętam na długo.
Trening parowania z Adachim szedł mi dość przeciętnie, jednak z każdym sparowanym ciosem szło mi coraz lepiej. Ćwiczenia przerwał nam uciążliwy hałas, brzmiący inaczej niż wszystko co znam. Dość długo nie wiedzieliśmy co zrobić, bałem się coraz bardziej, Adachi także mówił jakby mniej. Pierwsze co przyszło nam do głowy, to zejść na dół i sprawdzić skąd dobiega ten dźwięk. Sala Skoków była idealnie puste, nie znaleźliśmy niczego co mogłoby powodować tak dziwne odgłosy. Przedsionek, gdzie jedyną atrakcją był mój upadek, także świecił pustkami.

Po wyjściu na zewnątrz jedyne co zyskaliśmy to wyraźniejsza barwa dźwięku, nie był już tak stłumiony i cichy, nadal jednak nie wiedzieliśmy co jest jego źródłem. W ogrodzie, podobnie jak w Kwaterach, nie znaleźliśmy niczego specjalnego. Boczny dziedziniec także nie pomógł nam odnaleźć źródła dźwięków. Wzbudziło to jeszcze większy strach, zarówno we mnie jak i w Adachim. Dopiero po dłuższym pobycie tam naszą uwagę zwróciło upadające za murami drzewo oraz Mistrz Bart przeskakujący nad murem. Czym prędzej zaczęliśmy wciągać się linką Adachiego, pamiątką po Blue, na mur, aby stamtąd dostrzec źródło, jeszcze wyraźniejszego niż wcześniej, hałasu.
Za murem zauważyliśmy coś co było źródłem hałasu, coś, czego nie spodziewał się chyba żaden z nas- stado Howlerów. Chwilę później pojawił się także Mistrz- jedyne co rozkazał to nie zwracać na siebie uwagi zwierząt. Dwa z nich próbowały wskoczyć na mur, jednak za pomocą Mocy zostały zrzucone z powrotem przez Barta. Ku naszemu zaskoczeniu zostawiły nas w spokoju, a zaczęły atakować drzewo tak, aby je przewrócić. Dużej grupie zajęło to kilka minut, wolę nie myśleć ile zajęło by im zrobienie porządku ze mną...

Sięgające wysoko ponad mur drzewo upadło, odkrywając nam cel wyprawy tak dużej grupy zwierząt. Okazało się, że tuż obok drzewa ktoś naprawdę nierozważny zakopał resztki mięsa. Dodatkową "atrakcją" były robaki chodzące po zwalonym drzewie jak i mięsie. Ciągle będąc pod wrażeniem odchodzących już Howlerów pobraliśmy próbki mięsa oraz złapaliśmy jednego z robaków- jako obiekt badań.

Po powrocie do kwater Mistrz Bart użył aparatury analizującej w celu określenia "wieku" mięsa oraz wykonał testy potrzebne do określenia gatunku zabranego z drzewa robaka. Komputery w bibliotece zinterpretowały wyniki z aparatury analizującej jako najwyżej kilkutygodniowe mięso oraz robaka żyjącego jedynie na drzewach, prawdopodobnie pasożytującego na korze.

Po zgraniu wyników na Holodatę udostępniłem je Mistrzowi, co wywołało u niego zdziwienie- jedynym wytłumaczeniem było zakopanie mięsa za murami przez nierozważnego studenta.
Podczas całego wydarzenia nikt nie odniósł ran, nie zginęło też żadne ze zwierząt, co uważam za największy sukces.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu:: Adept Hebran Abren
Nie ma wahania, nie ma prób.
Hebran
 
Posty: 79
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:49

Re: Sprawozdania !

Postautor: Tanna Saarai dodano: 15 maja 2010, 19:49

Parshoone - Przejęcie posterunków imperialnych - część I

1. Data, godzina zdarzenia: 15.03.10, 10.00 - 13.30

2. Opis wydarzenia:

Przybyliśmy na Parshoone w systemie Perinn zgodnie z planem. Podróż przebiegła bez najmniejszych komplikacji. Kilka godzin zajęła nam wędrówka pod Bazę, w której mieliśmy przechwycić ścigacze i dostać się do głównego kompleksu.

Zostaliśmy wykryci około 500 metrów od celu przez strażników przy wejściu. Podnieśli alarm i przygotowywali się na nasze przyjście. Pierwszą falę sprawnie odparliśmy wraz z oddziałem Howlerów i zmusiliśmy ich do cofnięcia się w głąb bazy. Padawan Ontari został ranny podczas pierwszej części natarcia i musiał wykorzystać pojemnik z Bacta, jego sprawność trochę się poprawiła i był zdolny, w ograniczonym nieco stopniu, walczyć dalej.

Przeciwnik okopał się i czekał cierpliwie na nasz ruch. Niestety niewiele mogliśmy, a oddział Howlerów nie pomagał nam w obmyślaniu planu ataku uznając, że to nie ich rola - skoro my dowodzimy, to my się mamy męczyć. Kilka razy zniszczyliśmy ciągle odnawiające się tarcze energetyczne, które blokowały nam dostęp do wewnętrznej strony bazy. W pewnym momencie Padawan Ontari wpadł na pomysł, by przyciągnąć z pomocą Mocy strażników zza osłon, by oddział Howlerów mógł ich obezwładnić. Plan powiódł się perfekcyjnie i po chwili dostaliśmy się pod windy prowadzące do hangaru bazy.

Wyczułem, że pod nami znajduje się 4 szturmowców, którzy szykują się na nasze przybycie. Po chwili usłyszeliśmy strzały z pojazdu, który brzmiał jak AT-ST – później okazało się, iż mieliśmy rację. Przystąpiłem do procesu przejmowania danych z komputera bazy, aby pobrać dokładne współrzędne nadajnika, który mieliśmy unieszkodliwić. Miało to zająć trochę czasu, więc przystąpiliśmy do obmyślania taktyki dalszych działań. Niestety nie mogliśmy wpaść na nic innego niż ‘’Wejść, obezwładnić i nie dać się zabić’’. W międzyczasie nasze rozmyślania przerywali szturmowcy, którzy nie chcieli czekać na nas cierpliwie i postanowili nas wykurzyć montując samobieżne działka na windach, które wysyłali do góry. Oddział Howlerów jednak skutecznie powstrzymywał tą taktykę i odpierał kolejne ‘’ataki’’ wieżyczek.

Przystąpiliśmy do realizacji naszego planu, czyli ‘’Wejść, obezwładnić i nie dać się zabić’’. Zeszliśmy po 2 – Jedi, żołnierz – w osobnych windach. Miało to nam dać w zamierzeniu, jako taką przewagę poprzez zaskoczenie.
Później rozpoczął się chaos. Pociski latały wszędzie i trudno było ocenić sytuację. Zorientowałem się w pewnym momencie, że zostałem w pomieszczeniu sam z jednym z żołnierzy oddziału Howlerów, reszta musiała, najprawdopodobniej, wycofać się na górę. Byłem na kładce dla pilotów, gdy ujrzałem, iż mój kompan z Howlerów – Redge - ma przystawiony do głowy blaster przez jednego z szturmowców. Spojrzałem na żołnierza, później na szturmowca. Redge nie miał zamiaru czekać na reakcję szturmowca i upadł na ziemię. Szybko pochwyciłem leżący przy mnie blaster i rozpocząłem ostrzał ogniem zaporowym w szturmowca, by dać czas na ucieczkę żołnierzowi z oddziałów Howlera. Dostałem od Padawana Ontariego informację potwierdzającą moje wcześniejsze spostrzeżenia – znajdowali się na górze, ponieważ musieli się wycofać z drugim żołnierzem. Poprosiłem go by zjechał na dół i pomógł mi w natarciu, jedna obawiałem się jednocześnie ataku
AT-ST, którego działko wycelowane było w windy. Postanowiłem więc unieszkodliwić najpierw pozostałych – 3 lub 4 – szturmowców i zająć się AT-ST. Gdy zlikwidowałem szturmowców ostrzał AT-ST skupił się na mnie. Na szczęście Padawan wyczuł chwilę i wykorzystał okazję dostając się do hangaru. Niedane mu było pomóc mi w zajęciu się AT-ST, gdyś poradziłem sobie z tym pojazdem. Odciąłem nogi maszynie kroczącej i runęła ona na ziemię z hukiem, pilot w środku nie miał wielkich szans na przeżycie.

Gdy hangar został oczyszczony pojawił się Cedran – drugi żołnierz z oddziałów Howlera. Znów nastąpiła burza mózgów między mną, a Padawanem Ontarim, mająca na celu określenie dalszego postępowania. Żołnierze uświadomili nas o swoich ranach, które odnieśli mimo posiadanych pancerzy. W międzyczasie odezwał się komunikator bazy, jednak nikt nie odpowiadał. Wpadliśmy na pomysł, że można wykorzystać pancerze poległych szturmowców i podszyć się pod nich.

Nasze planowanie przerwał atak szturmowców, którzy przybyli w formie posiłków do bazy. Ich niedudlony atak został jednak powstrzymany dość szybko. Redge jednak został poważnie ranny w nogę przez jednego szturmowca, którego później udało mi się obezwładnić. Próbę przesłuchania szturmowca przerwał Redge, który pozbawił nas jedynej szansy na pozyskanie jakichkolwiek informacji od zakładnika. Zabił go jednym, celnym strzałem w głowę. Uznał, że to mu się należało, za postrzelenie go w nogę i nie wykazywał jakichkolwiek oznak skruchy, czy niepoczytalności. Obezwładniłem żołnierza i odebrałem mu broń – co nie było trudne zważywszy na jego rany. Postanowiliśmy się więc trzymać planu i przebrać w stroje żołnierzy. Oddział Howlerów spytał, czy mają lecieć z nami do drugiej bazy jednak odmówiłem ich pomocy nie chcąc narażać ich życia – byli poważnie ranni, prawie niezdolni do walki. Poprosiłem by oddali nam zapasy amunicji, zostawiając sobie 1 magazynek oraz by dali nam zapasy Bacty, ponieważ oni po dotarciu na statek mieliby odpowiednie ilości by opatrzeć swoje rany.
Przekazali nam również, że mieli ukryty cel, którym było zniszczenie nadajnika, który my mieliśmy przejąć. Oddział zabrał 1 ścigacz i oddalił się zostawiając nas z ostatnim sprawnym ścigaczem w bazie.
Ponownie rozległ się dźwięk komunikatora bazy. Tym razem odezwał się ktoś prosząc o raport sytuacyjny. Padawan Ontari opowiedział o sytuacji, podając się za szturmowca i zmyślając bajeczkę o ucieczce Jedi z bazy. Szturmowiec po drugiej stronie wydawał się wierzyć w wersję Padawana, nakazał nam powrót do głównej bazy. Tak też uczyniliśmy.

[Część drugą przygotowuje Padawan Ontari]


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Binol
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 901
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania !

Postautor: Ashtar Tey dodano: 23 cze 2010, 13:33

Parshoone - Przejęcie posterunków imperialnych - część II

1. Data, godzina zdarzenia: 28.04.10, 18.00 - 21.00

2. Opis wydarzenia:

Po długiej i męczącej drodze przez morderczą pustynię Parshoone dojechaliśmy do jednej z krawędzi kanionu. Na drugim jego końcu zobaczyliśmy nasz cel – posterunek Imperium wraz z nadajnikiem. Zeskoczyliśmy ze ścigaczy i zaczęliśmy szukać możliwości dostania się na drugą stronę. Stroje Szturmowców działały jak puszka, w której gotowaliśmy się w pełnym słońcu. Korzystanie z masek tlenowych zaczęło być koniecznością, ponieważ rozrzedzone powietrze coraz bardziej nam doskwierało. Gdy chodziliśmy zastanawiając się, co dalej, skontaktował się z nami garnizon. Oficer dyżurujący poradził nam przeskoczyć kanion na ścigaczach, co okazało się dobrym pomysłem. Po drugiej stronie już czekał na nas komitet powitalny złożony z oddziału Szturmowców.

Z oczywistych względów to San zajmował się rozmową. Wcześniej ustaliliśmy wersję, jakobym był niemową od czasu wypadku z dzieciństwa. Szturmowcy wprowadzili nas do górnej części budynku, gdzie czekał na nas oficer. Przedstawiliśmy się jako niedobitki oddziału zdziesiątkowanego w poprzedniej bazie. Utrzymywałem z Sanem kontakt telepatyczny i przekazywałem mu wskazówki co do sposobu prowadzenia rozmowy. Wyraźnie zdenerwowany oficer rozkazał nam udać się na dół w celu spisania raportów i wyznaczył jednego Szturmowca do eskorty. Ten kazał nam zjechać windą na dół i poprowadził nas jeszcze piętro w dół. Po drodze badałem wnętrze bazy szacując liczebność garnizonu oraz szukając drogi ucieczki. Po paru minutach chodu doszliśmy do czegoś w rodzaju pomniejszych centrów dowodzenia, gdzie dano nam cyfronotesy i kazano spisać raporty. Na szczęście żołnierze niczego nie podejrzewaliśmy i bez problemu udało nam się odpowiedzieć na wszystkie pytania oficera, który przyszedł nas przesłuchać. Następnie ten sam Szturmowiec co wcześniej zaprowadził nas do ambulatorium, gdzie uzupełniliśmy zapasy. Zostawił nas w jednym z pomieszczeń uprzednio pokazując nam miejsce, gdzie mamy odbyć patrol po tym, jak dojdziemy do siebie.

W chwili gdy zniknął nam z oczu wiedzieliśmy, że nie mamy dużo czasu. Musieliśmy dostać się z powrotem na górę i włamać do nadajnika. Zaczęliśmy skradać się korytarzami omijając patrole Szturmowców. Jeden z nich zauważywszy nas zaczął dopytywać się, co tu robimy. Zdezorientowany San nie wiedział co powiedzieć, jednak uratowałem sytuacje pokazując na pusty pas z amunicją. Po wydzieleniu nam zapasowych magazynków szybko zniknęliśmy z oczu podejrzliwemu żołnierzowi. Niestety, bardzo szybko natknęliśmy się na kolejny, o wiele większy patrol, jednak dzięki wczesnemu ich wykryciu zdążyliśmy schować się za skrzyniami. Reszta drogi przebiegła spokojnie, jednak w części nad powierzchnią ziemi natknęliśmy się na oficera, który wcześniej nas przepytywał. Cudem udało nam się go przekonać, że chcieliśmy jedynie sprawdzić ścigacze i zgłosić się po dalsze rozkazy. Wyszliśmy na zewnątrz udając, że sprawdzamy stan ścigaczy. W rzeczywistości ciągle obserwowaliśmy oficera czekając, aż odejdzie od konsol i będziemy mieli szansę się do nich włamać.

Sytuacja powoli stawała się coraz bardziej beznadziejna, czas uciekał, a oficer nadal pilnował konsol. Dodatkowo natknęliśmy się na kolejny patrol. Zdecydowałem, że przyszedł czas na działanie. Udaliśmy, że widzimy Jedi po drugiej stronie kanionu, co odwróciło uwagę Szturmowców. Przeskoczyłem za skałę, zdjąłem pancerz Szturmowca i wyjąłem miecz. Zaczęła się walka, która miała na celu odwrócenie uwagi żołnierzy od Sana, który pobiegł włamać się do konsol. Wybicie jednego oddziału powodowało jedynie pojawienie się drugiego. San miał kłopot z włamaniem się do systemu nadajnika, zarówno przy jednej, jak i drugiej konsoli.

Uznaliśmy, że musimy zejść na dół. Tam od razu czekał na nas komitet powitalny z działkami i polami siłowymi. Gdy wyszliśmy z windy dostaliśmy się pod przygważdżający ostrzał wroga. Jeden ze strzałów potężnie trafił mnie w klatkę piersiową i cisną mną o ścianę. Walka we wnętrzu bazy była wyjątkowa chaotyczna. Starałem rozbijać się oddziały Szturmowców i wciągać ich w zasadzki pojedynczo. W tym czasie San próbował włamać się do kolejnej konsoli, jednak ponownie bezskutecznie.

Sam nie wiem jak to się stało, jednak w pewnym momencie jeden z zabłąkanych strzałów z blastera trafił w naszą Holodatę zawierającą bezcenne programy do przejęcia transmisji z nadajnika. Dodatkowo San po otrzymaniu mocnego uderzenia w głowę i licznych postrzałów zaczął tracić przytomność. Uznałem, że nie mamy szans na wypełnienie misji, dlatego zaciągnąłem Sana w stronę windy na powierzchnię. Po wydostaniu się na otwarty teren, gonieni pociskami Szturmowców, wskoczyliśmy na ścigacze i zjechaliśmy na dół kanionu udając się do poprzedniej bazy. Okazała się być zupełnie opustoszała, dlatego bez problemu uwolniliśmy statek z pola ściągającego i wróciliśmy na Yavin IV.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:Raport jest oddany mocno po terminie za co przepraszam, jednak był napisany o wiele wcześniej. Opóźnienie wynika z tego, że czekałem na 1 część, która miała być napisana przez Sana, a z czasem o tym zapomniałem

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Kal'Dar
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1681
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania !

Postautor: Bart dodano: 01 lip 2010, 22:45

Bakura - Obcy statek - cz. II

1. Data, godzina zdarzenia: 13.06.10, 14:00-15:00

2. Opis wydarzenia:

Gdy w końcu, po dosyć długiej tułaczce – wróciliśmy wciąż zdezorientowani do punktu wyjścia, uznałem, że nie ma już dłużej sensu szukać żadnych bocznych ścieżek. Jeśli ktokolwiek nas „oczekiwał”, musiał już wiedzieć o naszej obecności. Ruszyliśmy korytarzem, aż znaleźliśmy się w jasnym, zdecydowanie niezwykle bardziej... ułożonym i niemalże estetycznym pomieszczeniu, co jeszcze bardziej budowało groteskę tego miejsca. Próbowaliśmy użyć któregoś z paneli, jednak nie udało się nam nic zdziałać. Nosiliśmy się z zamiarem udania dalej, jednak z pojemników ponownie natarły na nas zdeformowane istoty. Zaskoczenie nie dało tu jednak wiele, ich sposób walki był wciąż niezmienny – szaleńczy, agresywny, pełen znaczących luk. Chociaż broń była nietypowa, zachowując koncentrację walczyłem z nimi bez większych problemów, przeciwstawiając ich furii szybkie i precyzyjne ciosy Makashi. Ishar dotrzymywał mi kroku i szybko unicestwiliśmy zagrożenie.
Jednak i tutaj znów Moc nie dała nam wiele czasu na namysł. Szybko zaczęły atakować fale kolejnego robactwa ze statku, toteż nie toczyliśmy zbędnej walki i dostaliśmy na górę, badając następne korytarze wychodzące z rozgałęzienia i, nie ukrywajmy faktu – niemalże błądząc po nich.

Wracając się, napotkaliśmy kolejną istotę. Wyglądała jak humanoid, w organicznym, w wielu miejscach jakby... płonącym, pancerzu. Na tle wszystkiego, co zdarzyło się nam widzieć, nie było to tak szokujące, jednak broń wyróżniała się – ciężkie, prymitywne ostrze, najprawdopodobniej wykonane z jakiegoś specyficznego metalu, jednocześnie tryskające „zimnym ogniem”, jak to nazwałem po powrocie. Podobnie jak broń pozostałych, tak i to ostrze broniło się przed uderzeniami miecza świetlnego. Początkowo atakował nas sam i był wyraźnie zepchnięty do defensywy, chociaż masywna budowa i siła fizyczna pozwalały mu nadal utrzymywać się na polu walki. Nie nazwałbym walki łatwą, jednak mimo sporego utrudnienia pod postacią samej masy broni mojego oponenta, spychałem go wciąż w tej walce dalej, gdy Ishar bez najmniejszych problemów odpierał kolejne dziesiątki robaków. Ostatecznie oparłem się potężnym atakom przeciwnika i wykorzystując jego zachwianie równowagi, ściąłem mu prawą rękę szybkim ciosem w górę. Wróciłem natychmiast do ucznia i stanęliśmy znów w rozwidleniu, jednak nie było nam dane w skupieniu wybrać dalszą drogę. Nasz poprzedni oponent powrócił, wciąż przepełniony tą samą agresją co wcześniej, choć atakował raptem lewą ręką. Ale słabość tą wyrównało wsparcie kolejnych mutantów z pomieszczenia pod nami. Nie mieliśmy czasu na zastanowienie, w momencie rozegrała się zawzięta walka. Atakowało nas po trzech, czterech przeciwników – regularnie pojawiali się kolejni. Obaj z Padawanem walczyliśmy z całą grupą naraz, jednak było nam trudno uzyskać przewagę. Starcie przeciągało się, chociaż nasza obrona wspomagana Mocą była zbyt silna dla bestii, to i my nie mieliśmy jak przebić się przez ich zażarte ataki. Ishar jednak wpadł na niezwykle dobry pomysł – wykorzystał grawitację ku naszej przewadze i zwyczajnie opuściliśmy się znów na dół, pierwsi zajmując pozycje do walki i albo toczyliśmy z humanoidami regularne pojedynki, albo uniemożliwialiśmy im dotarcie do nas, blokując im drogę atakami telekinetycznymi. Regularnie jednak lawirowaliśmy pomiędzy oboma piętrami, starając się, aby dla wroga niemożliwym było przeprowadzenie skoordynowanego ataku. Walkę nazwę skupioną na taktyce, niż technice – masowy atak nie był możliwy do przebicia, jednak gdy mieliśmy ku temu okazję, bardzo szybko pokonywaliśmy swoich oponentów. Nie wytrzymywali moich gradów ciosów, w większości najwidoczniej nie mogąc za nimi nadążyć. Ishar z kolei błyskawicznie wykorzystywał wszystkie zauważone luki w ich technice. W końcu jednak z impetem zaatakował nas ten sam, któremu ściąłem rękę. Po krótkiej walce padł ponownie, tym razem przepołowiony.

Zaraz po starciu zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, opuszczając tą sekcję. Nie było w niej już nic do zbadania, toteż ostatnim punktem został prawy korytarz. Architekturą, niewiele różnił się od pierwszego. Pola siłowe regularnie blokowały przejście i także usiany był pasożytami. Zasapani po wydostaniu się stamtąd, zatrzymaliśmy się w stosunkowo bezpiecznym miejscu, gdzie mogłem wykorzystać Moc do częściowego przywrócenia nam sił. Ale dalszy postój nie wchodził w rachubę i już po chwili szliśmy dalej, przechodząc przez niezbyt duże sale do miejsca, które wyglądało jak centrum dowodzenia. Tam znaleźliśmy kilkanaście komputerowych terminali, nadal strzelających prądem. Ishar spróbował pobrać z nich jakieś dane i szybko poszliśmy dalej - odkryliśmy korytarz, który swą długością obejmował zapewne cały statek. Robactwem był wprost zalany, znów bezustannie parliśmy naprzód, tnąc je po ziemi. Nie zdołały przebić naszych skafandrów, ale przedzieranie się przez korytarz nimi usiany sprawiało, że najzwyczajniej – traciliśmy kondycję. W końcu jednak stał się względnie pusty i mogliśmy szybkim truchtem badać go dalej, dopóki nie natknęliśmy się na – jak potem wyszło na jaw – ostatnią przeszkodę.

Ishar pierwszy zobaczył potężną postać na naszej drodze, wskazując ją. Przypominała poprzedniego oponenta wyglądem i bronią, jednak miała dużo ponad dwa metry wzrostu. Sam jego wygląd i zachowanie mówiło, że był „kapitanem” tego statku, wodzem istot. W pewnym momencie poczułem energię sunącą przez korytarz, nie wiedząc jeszcze co to. Jak się okazało, istota zaatakowała mentalnie mojego Padawana, który zaczął wyraźnie walczyć z czymś w umyśle, a potwór ruszył na nas. Tak jak wcześniej, usiłowałem porozumieć się z nim, także telepatycznie. Nie udało mi się osiągnąć tym niczego, w końcu jedynie stwierdziłem, że nie jest chętny na żadne porozumienie. Wystartował ze swoim ostrzem, a ja zacząłem się przed nim bronić, jednak po biegu przez korytarz straciłem zbyt dużo sił. Sposób walki stworzenia był w pewnym sensie „lepszą wersją” poprzedniego, ale spostrzeżenie na nic mi się zdało – potężny cios odrzucił mnie do tyłu oszołomionym. W tym czasie najwyraźniej, obcy całkowicie zawładnął umysłem Ishara. Gdy tylko doszedłem do siebie, w pewnym sensie o większych siłach, ruszyłem w ich stronę, choć napotkałem przeszkodę pod postacią kolejnych stert robactwa. Nie byłem w stanie zliczyć, ile robaków naraz ruszyło w moją stronę, z kolejnymi czającymi się w oddali – co najmniej kilkadziesiąt. Oczyszczając drogę, niemalże ciąłem podłogę na kawałki, znów tracąc na to multum sił. Potem zacząłem atakować je Mocą, pozwalając aby zderzały się o siebie. Musiałem się jednak wycofać, zmęczony nie mogłem nic zdziałać. Oszczędzałem siły, unikając potyczek tam, gdzie tylko było to możliwe. W połowie drogi zaatakował mnie jednak nie kto inny, jak mój uczeń. Chociaż zszokowany, broniłem się przed jego atakami. Potęga przeciwnika sama w sobie także onieśmielała – zawładnięcie umysłem Ishara w takim stopniu było jej niezwykłym dowodem. Pojedynkowałem się nim przez sporą część korytarza, a obaj w międzyczasie odpieraliśmy kolejne fale pasożytów. Nie atakowałem, praktycznie jedynie parowałem ciosy, wyczekując na okazję do rozbrojenia Ishara. Ta jednak nie nadchodziła.
Kierując wzrok na stojącego w oddali głównego antagonistę, dostrzegłem jedyną możliwą szansę uwolnienia ucznia w przerwaniu jego koncentracji. Sparowałem następny cios, przeskoczyłem ponad uczniem i ruszyłem w stronę wodza, z mieczem przed sobą, aby móc obronić się przed ewentualnym atakiem. Gdy tylko dostałem się na odpowiedni dystans, zacząłem atak. Odrzuciłem już ograniczenia, które towarzyszyły mi w walce z przemienionymi poszukiwaczami, czy uczniem – to o jego życie, a może i o los Bakury tu walczyłem. Szarżując, okrążając go i ciągle atakując, zacząłem zdobywać przewagę w tym pojedynku, mimo potęgi przeciwnika. Jednak nawet przebijające się ciosy, uderzające go w kolejne części ciała – nie robiły na nim żadnego wrażenia, a on sam, utrzymując przy tym niezachwianą równowagę, atakował z wyjątkową siłą– nie spotkałem jeszcze Jedi, który osiągałby taką z mieczem świetlnym . Mało tego, jego kontrolą nad Isharem zachwiałem na krótko – dołączył on nawet do niego i teraz musiałem mierzyć się z obojgiem naraz. Nawet po czasie, mogę bez zastanowienia uznać, że obcy był moim najpotężniejszym przeciwnikiem, z którym kiedykolwiek walczyłem. Jego niesamowita wytrzymałość na ciosy miecza czyniła walkę jeden na jednego wielkim wyzwaniem, a co dopiero gdy wspierał go mój uczeń. Sytuacja stała się dramatyczna, w tak zażartej walce nawet rozbrojenie opętanego nic by nie dało, mogłem jedynie bronić się przed dwójką oponentów. Nieprzerwanie blokowałem ciosy i ich unikałem, nie pozwalając im uzyskać definitywnej przewagi, ale wciąż będąc na skraju. Jednocześnie wyraźnie widziałem, jak Padawan wciąż próbuje się bronić, nierzadko atakując zarówno mnie, jak i władcę okrętu. W końcu jednak, to nie ja przerwałem kontrolę umysłu, a mój przeciwnik, swym krytycznym ruchem. Chociaż władał wyjątkowo specyficznymi technikami, zdał się na prosty atak telekinetyczny, przed którym ja się uchyliłem, ale Ishar już nie – w połączeniu z grawitacją wraku, uderzenie spowodowało jego lot na kilkanaście metrów w tył, zakończony trafieniem o ścianę. Właśnie to odegrało kluczową rolę – po tym ogłuszeniu mój towarzysz odzyskał kontrolę. Czasu nie zostało mi wiele, kazałem mu jedynie wyrzucić broń, jeśli nie może się kontrolować i sam znów natarłem na pierwotnego wroga. Wytrzymywał najsilniejsze ataki i sam atakował zaciekle, ale znów jego atak zaczął tracić na sile. W środku potyczki, do walki włączył się także Ishar. To przeważyło szalę i adwersarz nie dawał już rady. Odrzuciłem go szybkim kopnięciem i ruszyłem przed siebie, w jedności z mieczem. Widziałem już wroga jako pokonanego. Wszystko w Mocy mówiło, że jego los jest już przypieczętowany, aż oparłem się pełnej sile jego ataku i strąciłem tajemnicze ostrze w dół, własne kierując w odwrotną stronę. Odseparowana głowa osunęła się na ziemię, a ciało z hukiem runęło obok nas. Wycieńczony, choć spokojny, poszedłem z uczniem do końca korytarza i już mieliśmy się cofać, gdyby nie energia życiowa wyczuwalna pod nami. Mój Padawan niewątpliwie wciąż był w szoku, jednak mogę z dumą powiedzieć, że bardzo dobrze to kontrolował i przez całą resztę misji, nie był nawet zdezorientowany.
Przez kraty dotarliśmy na dół okrętu, gdzie oprócz kilku ciał – odnaleźliśmy żywego, wychudzonego człowieka. Robił wrażenie szaleńca i jakiekolwiek próby dotarcia do jego rozsądku nic nie dawały. Uznałem jednak za priorytet zabranie go stamtąd i posługując się tym szaleńczym tokiem rozumowania – wraz z uczniem przekonaliśmy go do udania się za nami. Naglić zaczął w tym momencie czas – statek zaczął eksplodować. Tutaj zacząłem się zastanawiać, czy nie powtórzyła się historia i wrak utrzymywała moc zabitego obcego, ale szybko odłożyłem domysły na potem i skupiłem się na jak najszybszej ucieczce do wyjścia. Chociaż eksplozja odrzuciła raz Ishara po drodze, to uciekając przed eksplozjami kolejnych fragmentów okrętu, dopadliśmy do wyjścia, używając nadajników, aby ściągnąć Lambdę jak najbliżej włazu – skafander ocalałego mógł nie pozwolić mu na dłuższy pobyt w próżni. Gdy tylko mogliśmy, uciekliśmy z wraku.

Odpoczynek musiał poczekać. Jak najprędzej dobiegłem do kokpitu i choć sam nie byłbym w stanie promem kierować, odłączyłem go od włazu i kazałem komputerowi obliczyć lot, który pozwoli jak najbardziej oddalić się w linii prostej od obecnego miejsca w ciągu kilku minut. Było już znaczenia, ile czasu zajmie droga powrotna. Musieliśmy znaleźć się poza zasięgiem wybuchu, który bez wątpienia w końcu by nastąpił. Nie minęło wiele czasu, a potężna eksplozja wstrząsnęła naszym statkiem, ale nie wyrządziła żadnych szkód. Z ulgą zdjąłem skafander, a potem zawróciliśmy na Bakurę, oddać ocalałego właściwym służbom. W drodze powrotnej, oddałem skafandry do zbadania, licząc, że znajdą się na nich wartościowe próbki. W końcu jednak z ulgą postawiłem stopę na Yavin...

Nie mam żadnych wątpliwości, jak przełomowe może być to co zaszło nad Bakurą. Dlatego wolę nie upubliczniać tego raportu i zapisuję go tylko dla pełnoprawnych Jedi. Pomijając nawet przerażające rzeczy na statku odnalezione, istnienie całkowicie nieznanej rasy, pochodzącej z nieznanych światów i władającej takimi możliwościami, może wprowadzić bardzo negatywne nastroje wśród uczniów. Przeżycie Ishara to już zupełnie inna kategoria.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1103
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Neil Danadris dodano: 02 lip 2010, 16:43

Parshoone - Przejęcie posterunków imperialnych - część I

1. Data, godzina zdarzenia: 28.04.10, 18.00 - 21.00

2. Opis wydarzenia:

- Gotowi ? - rzucił Mistrz Ablazer do Sana i Kal'Dara po opuszczeniu bram Akademii.
Rycerz skinął głową i ruszył powoli w kierunku promu, a wraz z nim jego uczeń.
- Współrzędne są już ustawione - wtrącił Sas - Powodzenia.
Oboje skinęli głową, po czym weszli na pokład i rozpoczęli lot na Parshoone.

Lot odbył się bez żadnych przeszkód, tak samo lądowanie. Po wyjściu ze statku zostali otoczeni polem siłowym, a na przeciwko stała gromadka szturmowców.
- Jak idzie Ci manipulacja umysłami ? - zagadnął telepatycznie San obserwując z dala sylwetki.
- Nie przyda się - odparł Kal'Dar, po czym odpiął broń od pasa i aktywował miecz świetlny.
Znaleźli się pod ostrzałem, statek został niemalże natychmiast uszkodzony.
Padawan skoczył do góry, chcąc wylądować na słupku wystarczająco długim, by przy kucnięciu uniknąć pocisków, jednak zapomniał o mniejszej grawitacji i prawie uderzył głową w bok słupa. Jego Mistrz zrobił to samo, i przez jakiś czas bronili się przed ostrzałem.
Gdy szturmowcy przeładowywali amunicję, Jedi ruszyli do ataku, przeskoczyli nad polem siłowym, San szybko przebił mieczem dwóch, a Kal'Dar z pomocą Mocy cisnął pozostałą trójką o ścianę. Weszli do wąskiego korytarza, cały czas pozostając czujnym.
Padawan wychylił głowę, by zerknąć co znajduje się w pomieszczeniu po lewej stronie. W jego stronę od razu padło kilkanaście strzałów. Rycerz szybko przebiegł na drugą stronę.
Usłyszeli dźwięk granatu termicznego, San szybko odskoczył do tyłu, jednak jego Mistrz miał nieco mniej szczęścia i siła wybuchu powaliła go do tyłu tym samym spychając go w gruzy.
- Nic Ci nie jest ?
- Czekaj - rozkazał Sanowi, jednak ten ruszył z szarżą na szturmowców.
Szybko przeciął klatkę piersiową jednego z nich, jednak również szybko oberwał pociskami w udo i przewrócił się. Nie tracąc czasu obrócił się leżąc na plecach i ciął nogi dwóch szturmowców, po czym wstał i zepchnął kolejnego ze skrzyni pozbawiając go przytomności.
Po całym zamieszaniu do pomieszczenia wszedł Kal'Dar.
- Jak mówię żebyś czekał, to masz czekać. Mam nadzieję, że przyjmiesz to do wiadomości, inaczej będziesz stał z tyłu.
- Dobrze ... Mistrzu - sapnął San zmęczony całą walką.
Po krótkim odpoczynku zjechali windą na dół, gdzie znajdowała się kolejna grupka szturmowców. Znajdowali się w hangarze, szybko rozprawili się z trzema szturmowcami, jednak dwóch z nich uciekło ścigaczami i włączyli pole siłowe, zagradzające drogę Jedi. Rozejrzeli się po hangarze, w którym znajdowały się między innymi dwa sprawne ścigacze, oraz terminal.
- Postaraj się wyłączyć to pole siłowe, ja rozejrzę się za sprawnymi zbrojami po szturmowcach, przydadzą się.
Padawan po 10 minutach wyłączył pole siłowe, podczas gdy Kal'Dar przebrał się w strój szturmowca.
- Wydaje mi się, że w poprzednim pomieszczeniu była sprawna zbroja. Przy okazji sprawdzę tamtejsze komputery - poinformował San i wjechał windą na górę. Po przejrzeniu jednego z komputerów, znalazł informację, iż baza imperium znajduję się około 45 kilometrów na północny zachód. Przybrał zbroję, co zajęło mu około 5 minut i wrócił do swojego Mistrza, informując o tym czego się dowiedział.
- No to w drogę - rzucił Kal'Dar, po czym wsiadł na ścigacz i ruszył razem z Padawanem przez pustynię do bazy imperium.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Bardzo przepraszam, że pojawia się on dopiero teraz - wynika to głównie z mojego zaniedbania, wybaczcie.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Ashtar Tey dodano: 10 sie 2010, 11:29

Dziwne wydarzenia

1. Data, godzina zdarzenia: 07.08.10, ok. 20:00

2. Opis wydarzenia:

W tym sprawozdaniu zostały umieszczone 4 raporty z wydarzeń, które poprzedziły wczorajszą dziwną serię zdarzeń. Proszę o dokładnie zapoznanie się z sytuacją i informowaniu nas o kolejnych anomaliach.

Rycerz Jedi Bart pisze:Podczas ćwiczeń z Rycerzem Kal'Darem, usłyszałem ze swojego komunikatora głos Layfona, wyraźnie niepewny i zaniepokojony, a wzywający mnie pod bramę. Instynktownie walczyliśmy jeszcze chwilę, jednak gdy tylko odskoczyłem w bok parując cios, szybko skierowaliśmy wzrok na urządzenie przy moim pasie. Pobiegłem do bramy, znajdując leżącego na ziemi Asahiego, w podartych szatach, ociekających krwią opatrunkach.
Coś mi podpowiadało, że raczej nie był to atak dzikiego zwierzęcia – trójka studentów raczej by go odparła... a ile widziałem wypadków z tą bramą? Jekk szybko przyniósł sprzęt medyczny, może żeby odkupić winy – bo jak się okazało, to on „przytrzasnął” Kiffara zamykającymi się wrotami... Ale nie potrzebowałem Mocy, aby stwierdzić, że to nie czas na szukanie winnych. Asahi stracił przytomność i musiałem działać jak najszybciej. Po sprawdzeniu pulsu natychmiast zacząłem zdejmować opatrunki aby zatamować krwawienie ze świeżo otwartych ran. Warunki do takich zabiegów były najgorszymi możliwymi, ale każdy wiedział, że tutaj liczy się czas. Nie mogę zaprzeczyć zaangażowaniu studentów – Jekk podawał kolejne środki tak szybko jak tylko mógł, a ja wstrzykiwałem środki przeciwbólowe i bactę. Jak zawsze wszystko musiało się rozegrać w ciągu kilkunastu sekund. Skupienie i wsparcie Padawanów wystarczyło, abym szybko opanował sytuację, ale dobrze wiedziałem, że chociaż najważniejszy, to dopiero pierwszy krok. W drugim mogłem liczyć na pomoc Riyuka, który jako najsilniejszy, sprawnie towarzyszył mi w przetransportowaniu rannego do środka, podczas gdy Trandoshanin zebrał wybite zęby... Chociaż Kal'Dar zwrócił uwagę na słabą sterylność naszych „kwater” i zaproponował pokoje Adeptom, wolałem nie ryzykować. Rany Vosa mogły się pogłębić od tego transportu, który bądź co bądź – trochę go turbował. Pomieszczenie nie było złe, posłania dosyć zabadne i lepiej było jak najszybciej zacząć zabiegi. Przebieg był raczej oczywisty – dokładne przeczyszczenie kolejnych ran, precyzyjniejsze nałożenie opatrunków, sprawdzenie podanych dawek środków i przede wszystkim – odkażenie jamy ustnej po utracie dwóch przednich zębów. Zdecydowałem się też na skorzystanie ze swoich technik. Znów jako pośrednik między Mocą a Asahim, kierowałem energię wszędzie tam, gdzie połączenia kolejnych tkanek były zerwane, a Moc pobudzała ich rekonstrukcję. Potem, popłynęła wprost do krwiobiegu, gdzie miała zniszczyć drobnoustruje. A czy się to udało? Wtedy sądziłem, że powinno... Obecność obserwującego to wszystko Riyuka można było poczuć także w Mocy. Cały czas zafascynowany jej istotą, niewątpliwie próbował po prostu dojrzeć, co robiłem.

Ranny miał pozostać pod jego opieką na najbliższy czas, a potem przeniesiony do pokoi Adeptów. Opuściłem budynek i stanąłem na schodach, ale zdecydowanie odpoczynek nie był mi dany. Skaczący i biegnący do środka Ipseh wydawał się niemal oszalały. Postanowiłem wrócić i dowiedzieć się co się stało, aby z chaotycznych słów adepta wyciągnąć klarowne wnioski: patrolując bramę, czuł się dziwnie, dziwne słyszał i głosy. Zaproponowałem, abyśmy wspólnie wrócili na miejsce, chociaż nie byłem jeszcze pewien, co mogło mu się stać. Teraz pewność mogę mieć jedynie odnośnie jednej rzeczy – to nie były zwykłe przywidzenia. Usłyszawszy dobiegający właśnie z miejsca naszego celu dźwięk – puściliśmy się tam biegiem. Ruszyłem przodem, ale ku swemu zdziwieniu – nie zobaczyłem ani nie usłyszałem niczego. Ale wyczułem – chwila skupienia i niepokojąca aura zaczęła stawać się coraz wyraźniejsza. Prowadziła wprost przed bramę, którą otworzyłem. Stanąwszy przed rozchylającymi się wrotami, ujrzałem wypisany krwią napis, dla mnie nie do odczytania. Jekk i Layfon szybko do nas dołączyli, zwabieni zapewne tym dźwiękiem. Odniosłem wrażenie, że to nie ja wytraciłem koncentrację – a aura zaczęła zanikać. Streściłem uczniom, co się dzieje, a czekającemu na górze Ipsehowi przyznałem, że to co widział musiało być wywołane przez Moc – a to ani fizyczna prawda, ani urojenia. Wciąż próbowałem odszukać ślady tak wyraźnej wcześniej energii, ale na próżno. Uznałem jednak za logiczne kazać reszcie się oddalić – jeśli ich przybycie wyciszyło aurę, odejście powinno było ją pobudzić. Gdy brama zamknęła się ponownie, zostały tylko ślady krwi. Layfon miał pójść po probówkę, Jekk – zabrał Ipseha, z zamiarem tymczasowego umieszczenia go, dla bezpieczeństwa – w generatorze. Aura znowu stała się wyraźna. W skupieniu, zagłębiając się w medytację, objąłem umysłem energię, którą pulsowała dla mnie brama. Zacząłem „iść” jej śladem, aby ujrzeć jeszcze raz te same symbole i zobaczyć je na Jaju Terentateków. Były bliźniacze, a przynajmniej tak to widziałem, gdy podświadomością wracałem do czasów, gdy niedługo po pasowaniu na Rycerza, otwierałem tą samą bramę i poprowadziłem resztę do miejsca, które miało stać się naszym domem... a wszystko co widziałem, okalały te znaki. Layfon wrócił i wybudził mnie z transu, jednak sam czułem, że wiele więcej nie ujrzę. Zebrałem krew z bramy do probówki, a w środku dałem ją do badania robotowi. Riyuk pomógł mi zabrać Asahiego do kwater adeptów, gdzie zostawiliśmy go na jego łóżku, póki co pod opieką KL. Ipseha zabraliśmy z naszego małego schronu w pomieszczeniu generatora i wszyscy się rozeszli.

Warto abym podkreślił, że w nocy spróbowałem odtworzyć znaki z bramy i jaja – nie podołałem w zrobieniu tego z ich układem, ale w umysł łatwo wbiły się one same, a Moc pomogła mi je z niego wydobyć...

Obrazek

Język, w którym je zapisano, jest mi całkowicie nieznany. Jeśli jednak zrobiono to także na jaju, podejrzewam wszelakie sithyjskie języki.


Adept Ipseh Altraiser pisze:Zaczelo sie niewinnie. Zrezygnowany ciaglym szukaniem reszty w obrebie swiatyni, powrocilem do treningu parowania z droidami gdy po chwili jekk wezwal mnie przez komunikator abym przyszedl go zastapic. Gdy dotarlem na miejsce, Jekk podal mi lornetke dzieki ktorej mialem patrolowac teren a dokladniej to co sie dzieje tuz przy bramie. Jekk odszedl a ja zostalem sam, obserwowanie ciagle tego samego miejsca bylo dosc nudnym zajeciem wiec siegnalem do swojego komunikatora aby spytac sie Riyuka czy by mi potowarzyszyl dzieki czemu bylo by razniej. Niestety, przez nieuwage upuscilem z reki niefortunnie komunikator ktory spadl na sam dol za okno. Zeskoczylem na dol sprawdzic czy aby nie jest uszkodzony. Gdy podnioslem urzdzenie okazalo sie zepsute poniewaz nawet fukncje nie reagowaly, wyswietlacz na ekranie po chwili zgasl i wiedzialem ze teraz jestem zdany tylko na siebie. Wrocilem na miejsce patrolu poczulem dziwne wibracje a chwile potem przed brama pojawilo sie cos trudnego do opisania. Przez lornetke widzialem jak smignelo mi przed oczami cos niewielkich rozmiarow, przypominajace miecz ustawiony pionowo i lewitujacy. Zblizal sie coraz blizej, strach ogarnial mnie coraz bardziej i wtedy zdalem sobei sprawe ze jesli nie uciekne moze byc po mnie. Rzucilem sie do ucieczki zostawiajac lornetke w miejscu gdzie poprzednio stalem i gdy dotarlem przed wejscie do akademii zauwazyl moje dziwne zachowanie Mistrz Bart po czym z niepokojem zapytal co sie stalo. Po krotkiej rozmowie, postanowilismy razem wrocic do tego miejsca. Docierajac tam, niczego nie dostrzeglismy na pierwszy rzut oka ale jak sie mistrz Bart przyjrzal dokladnie to na bramie byla zaschnieta krew, Mistrz zblizyl sie do bramy i wyciagajac probowke, zebral krew do niej a tymczasem ja bylem w tym miejscu gdzie wczesniej obserwowalem otoczenie. Chwile potem zjawil sie Jekk ktory zszedl do Barta dowiedziec co sie dzieje. Nakazal Jekkowi aby mnie eskortowano do srodka akademii abym sie schowal i nie wychodzil z niej. Niewatpliwie dzialo sie tu cos niedobrego. Jekk zaprowadzil mnie do generatora w ktorym siedizalem przez jakis czas a gdy go otworzyl, zaczalem sie dizwnie zachowywac.


Uczeń Jedi Jekk Sen'Tarr pisze:Tego dnia znajdowałem się na rutynowym patrolu, w bramie. Oprócz mnie, w pobliżu kręciła się dwójka Padawanów: Layfon oraz Asahi. Po dłuższej obserwacji terenu, postanowiliśmy porozmawiać o wyposażeniu bramy w uzbrojenie, czy wykorzystaniu poddasza, cały czas stojącego pusto. Gdy zwiedzaliśmy kolejne miejsca w bramie, zobaczyliśmy dwa tunele po bokach poddasza. Zamierzałem je sprawdzić, otworzyłem bramę. Zauważyłem wtedy niepokojącą rzecz – przejścia nagle zostały przecięte przez przejeżdżający blok kamienia. Postanowiłem pokazać to Padawanom. Gdy wraz z Layfonem, staliśmy w bezpiecznej odległości i patrzyliśmy co zaraz stanie się z przejściem, Asahi dokonał niezbyt mądrej decyzji i wszedł do środka. Młodzieniec nie mógł znaleźć wyjścia, a kamień coraz był coraz bliżej zgniecenia go. Pobiegłem ile sił w nogach, i zdążyłem wcisnąć klawisz otwierający bramę, aby cofnąć reakcję. Niestety. Asahi trochę oberwał. Jego rany pod wpływem nacisku się otworzyły, co rozpoczęło dość poważny krwotok. Na dodatek, Padawan stracił dwa przednie zęby. Nie mogłem za bardzo pomóc, więc pobiegłem po środki medyczne. Po chwili na miejsce przybył Bart, który opatrzył Padawana. Po chwili grupka Jedi przeniosła AAsahiego do budynku Akademii, konkretnie na łóżko w kwaterach adeptów. Nasze miejsce w bramie zajął Adept Ipseh. Nie mogąc już więcej pomóc, ruszyłem z Layfonem do wolnej sali treningowej. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziwny hałas w okolicach bramy. Udaliśmy się tam jak najszybciej mogliśmy i znaleźliśmy Rycerza Barta wraz z Ipsehem. Adept czuł się bardzo źle, wydawał się zszokowany. Nagle Bart zauważył dziwne napisy na bramie. Wyglądały, jakby ktoś napisał je krwią. Rycerz pobrał próbkę tej krwi do analizy, tymczasem ja odprowadziłem Ipseha do środka. Z tego, co powiedzieli mi potem inni, Bart skojarzył to wydarzenie z poprzednimi lokatorami naszej placówki – terentatekami.


Padawan Layfon Alseif pisze:Dzień był dość spokojny z początku i nie zdawało by się że takie rzeczy jeszcze mogą się wydarzyć. Zaczęło się od przybycia Asahiego do mnie i sprawdzenia jak mi idzie z wartą na bramie. Trochę dyskutowaliśmy i wymienialiśmy poglądy na różne sprawy aż przybył Jekk. Ten przywitał się, usiadł i wyciągnął kanapkę która zaczął jeść, i do momentu jak skończył za dużo nie mówił. Wstając powiedział że musi sprawdzić mechanizm bramy i użył Mocy aby poruszyć przycisk który uruchamia cały proces. Po otwarciu i zamknięciu bramy zauważył coś co umknęło jego uwadze wcześniej, albo było mało ważne. Zawołał mnie i Asahiego do zejścia na dół i przyglądnięcia się temu, niestety Asahi musiał nie zauważyć bądź po prostu był za bardzo ciekawy i wszedł do jednego z korytarzy, które to mieliśmy właśnie obserwować. Wtedy Jekk wcisnął przycisk do otwarcia bramy, nie wiedząc że młody Padawan jest w jednym korytarzu, po chwili brama zaczęła się otwierać a ja zauważyłem to o czym mówił Jekk. To znaczy, kiedy brama rozpoczyna sekwencje otwarcia dzieli się na trzy kawałki, jeden wędruje do ziemi a dwa na bok. Te dwie części powodują właśnie że w tych małych korytarzach ściany zaczynają się ruszać pozwalając bramie na schowanie się. Wtedy właśnie usłyszeliśmy jak Asahi zaczyna krzyczeć i Jekk odruchowo pobiegł szybko do przycisku aby wywołać szybkie zamknięcie bramy, na szczęście uczeń zdążył na czas i Padawan nie został zmiażdżony, ale i tak zapłacił za to wysoką cenę. Kiedy wydostał się z korytarza Asahi ledwie był wstanie ustać na nogach a jak ledwie się zbliżył szybko można było zauważyć krew na jego szacie. Wezwałem szybko Mistrza Barta przez komunikator, a Jekk pobiegł po skrzynkę z zaopatrzeniem medycznym. Riyukowi który niedawno też przybył pod bramę, kazaliśmy na chwile popilnować jej, a jak Rycerz skończył pierwszą pomoc dla Asahiego poprosił Riyuka aby ten z nim razem go przeniósł do środka. Ja zabrałem skrzynkę z medykamentami a Jekk pozbierał zęby Kiffara i włożył je do jego sakwy, po czym gdzieś się udał.

W środku placówki położyli Asahiego na najbliższe posłanie żeby jak najszybciej rozpocząć opatrywanie go, w tym czasie przybył Mistrz Kal’Dar i zaproponował żeby przenieść go do sali dla Adeptów ponieważ jest tam bardziej sterylnie. Rycerz Bart odrzucił tą propozycje ponieważ uznał ze Padawan potrzebuje natychmiastowej pomocy a jak jej udzieli to przeniesie go tam. Rycerz Kal’Dar oddalił się, a ja nie chcąc przeszkadzać w opatrywaniu udałem się za nim, podczas jazdy winda spytałem się czy Mistrz może poświecić mi chwilkę i stoczyć ze mną walkę treningową. Po paru rundach oddalił się a ja wyruszyłem przed siebie, skończyłem w drugiej sali obserwując jak Jekk ćwiczy Zasłonę z droidem. Jak z nim skończył usiadł na chwile żeby odpocząć i po tym spytał się czy ja z nim nie poćwiczę, na co się oczywiście zgodziłem. Po chwili walki usłyszeliśmy jak coś wybucha i wyglądało na to ze dźwięk dochodzi z bramy, a więc szybko się tam udaliśmy.

W pomieszczeniu z przyciskiem był Ipseh, zdezorientowany i oszołomiony, a na dole stał Rycerz Bart i sprawdzał coś. Razem z Jekkiem zeszliśmy na dół i spytaliśmy się co się stało, na co Bart odpowiedział żebyśmy się na chwile oddalili bo wyczuwa jakąś aurę pochodząca z bramy, a nasze aury ja zakłócają, na bramie było też widać jakąś zaschnięta krew. Po chwili ja zostałem wysłany po probówkę aby zabrać cześć krwi na sprawdzenie. Pobiegłem szybko do skrzynki z przyborami medycznymi i zacząłem szukać jej, w miedzy czasie Riyuk który pilnował nieprzytomnego Asahiego spytał się co się stało. Na szybko starałem się przekazać mu jakieś informacje i jak znalazłem probówkę wróciłem jak najszybciej do Rycerza. W tym czasie Jekk też już wrócił, bo musiał iść odprowadzić Adepta w jakieś spokojnie i ciche miejsce. Mistrz wziął probówkę i stwierdził tylko że do co wyczuwał to był niewielki ślad obecności Terentateków i przypuszczał że mógł się tam znajdować jeszcze od czasów ich dawnego panowania na tym terenie. Zabrał próbkę do analizy i szybko się oddalił, a ja i Jekk szybko wróciliśmy do pilnowania bramy.


Dodaję także raport Rycerza Barta z wczorajszych wydarzeń.

Rycerz Jedi Bart pisze:Wygląda na to, że dziwne wydarzenia sprzed paru dni nie są odrębnym przypadkiem. Dzisiaj doszło do kolejnych anomalii, o których powinna wiedzieć cała placówka. Zaczęło się od komunikatu od Riyuka, który raportował, że nieznana istota do niego strzelała – nie mógł jej zidentyfikować, ani złapać, nie wiedział, gdzie się podziała. I mnie spotkało coś dziwnego, poczułem, jakby coś chciało mnie zepchnąć z dachu, lecz bez skutku.
O wiele bardziej niepokojące były jednak późniejsze wydarzenia. Moc doprowadziła mnie do źródła tajemniczej energii – stosu gruzu na jednym z dziedzińców, jednak oczy pokazały, że coś tam jest. Cofnąłem się, a cokolwiek to było – wybuchło. Całym budynkiem zatrzęsło, nie byliśmy nawet pewni, czy budynek się utrzyma. Kazałem KL iść na zwiady i sprawdzić, czy jest stabilny – jednak ten źle zinterpretował polecenie i wleciał do gruzowiska, gdzie został przygnieciony i tym samym silnie uszkodzony. Mimo chaosu i kilkunastu połączeń na komunikatorach, wszystkim w środku kazaliśmy opuścić budynek. Ja sam udałem się go sprawdzić - wydawał się stabilny, a pomimo sugestii uczniów, także w sali skoków nic się nie działo.
Kolejna rzecz to atak grupy robotów na zgromadzonych przed głównym wejściem. Ale było ich nawet mniej od nas i szybko wylądowały zniszczone na ziemi. Ja i studenci badaliśmy Akademię także po rozdzieleniu, ale wszystko było w porządku. Fenni znalazł w bramie rannego Ipseha, dość silnie poturbowanego. Wszyscy zebraliśmy się w ogrodzie, ze sprzętem medycznym.
Ostatnim zdarzeniem był powrót Jekka z moją Holodatą do generatora, celem tymczasowego odcięcia droidów treningowych od zasilania. Okazało się jednak, że „oszalałych” robotów było więcej, a nawet te pozbawione kończyn były w stanie walczyć. Pomogłem Jekkowi je zlikwidować, części robotów zostały zebrane i zamknięte, a miecze przekazane mi. Sprawdzający wszystko ponownie uczniowie, nie zauważyli nic niepokojącego poza „widmowym” szturmowcem, który zabił się i zniknął na ich oczach.
Nie wiemy, skąd to wszystko się wzięło, mimo to w placówce jest póki co bezpiecznie. Tymczasowo wprowadzić jednak trzeba znacznie większe patrole.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Zachowujcie wyjątkową ostrożność, a na patrole chodźcie jedynie w większych grupach. Unikajcie samotnego pozostawania poza placówką, a także zwracajcie uwagę na wszelkie pęknięcia w bryle budynku. Nadal nie wiemy w jakim stanie technicznym jest świątynia po ostatnich zawaleniach.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Kal'Dar
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1681
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania !

Postautor: Neil Danadris dodano: 20 wrz 2010, 15:29

Na ratunek - cz. II

1. Data, godzina zdarzenia: 30.08.10, 13.00 - 16.00

2. Opis wydarzenia:

- Xarthes ?! – spytał mocno zaskoczony San, wykręcając przy tym młynek rękojeścią.
Padawan słabo podniósł głowę, będąc przykutym do małego, kamiennego okręgu wypełnionego lawą. Widać było po nim, że wiele przeszedł. Jeszcze większa część twarzy była pokryta metalową maską, a cała skóra była poparzona – wszystko wskazywało na to, iż torturowano go alchemią Sithów.
- Tak .. – odrzekł słabym głosem.
Uczeń jednym cięciem przeciął łańcuchy, uwalniając studenta.
- Co Ty tu robisz ? – zagadnął Jekk, podchodząc bliżej, omijając dwa martwe Terentateki.
- Chciałem wrócić do placówki, wtedy mnie zgarnęli, nie miałem pojęcia, co się dzieje. Dobrze was widzieć .. – westchnął głęboko.
- Ciebie również, jednak przybyliśmy po kogoś innego – zaczął Ishar – Głównym .. celem naszej misji był Ipseh – on również zaginął, nie wiesz gdzie może się znajdować?
- Obawiam się, że może być z nim krucho. Pamiętam drogę do pomieszczenia, gdzie zawsze mnie prowadzili. Mogę wam pomóc.
- W takim razie – prowadź, jednak uważaj na siebie.
Ruszyli z powrotem, jednak po chwili znów przyszło im się zmierzyć z dziwnymi stworzeniami. Xarthes został na schodach, podczas gdy trójka studentów ruszyła do ataku. Jekk szybko się rozprawił z pierwszym, jednak San cały czas bronił się przed atakiem dwóch, a gdy podskoczył w górę, stwór ciął na jego lewe udo. Gdy Uczeń leżał obezwładniony, powoli zmierzał ku niemu kolejny przeciwnik, na szczęście szybko podbiegł Ishar, i jednym cięciem pozbawił zagrożenie głowy. Cała trójka bez większych problemów poradziła sobie z pozostałymi dwoma, po czym ruszyli za Padawanem.

Po krótkiej podróży, dotarli do miejsca, które w ogóle nie przypominało Yavin IV. Wyglądało na to, że znajdują się w głębokich podziemiach, które od zawsze znajdowały się gdzieś na terenie nowej placówki.
Przed nimi rozpościerał się widok kamiennych kolumn – mocno zniszczonych, jednak wystarczająco wytrzymałych, by można dostać się na drugą stronę. Między kolumnami płynęła gorąca lawa.
- To co robimy ? – zagadnął Trandoshanin.
- Nie jestem taką kaleką, Ablazer nauczył mnie skakać – odpowiedział z uśmiechem Xarthes.
Bez większych problemów, udało im się przedostać na przeciwną stronę, ruszyli przez wąski korytarz, który prowadził do sporego pomieszczenia. Po lewej i prawej stronie znajdowały się wejścia. Zdecydowali, iż najpierw sprawdzą lewą stronę.
W małym pomieszczeniu czekały już na nich 2 Terentateki. Jeden z nich, chwycił Sana w szpony telekinezy, i próbował dusić, jednak Padawan szybko się wyrwał, i mocnym pchnięciem przebił stwora na wylot, pozbawiając go życia. Jekk w tym czasie bronił się przed Błyskawicami Mocy, po czym ruszył z kontrą, tnąc na klatkę piersiową potwora.
Rozejrzeli się po pomieszczeniu. Ich uwagę przykuła księga, której to zapewne broniły stwory.
- Lepiej to weźmy, może się przydać – doradził Xarthes.
Księga była sporych gabarytów. Postanowili, że księgę będzie niósł Xarthes, ponieważ i tak nie mógł walczyć.
Wycofali się, zmierzając powoli w kierunku drugiego pomieszczenia.
Dotarli do miejsca, w którym ponownie musieli skorzystać z akrobatyki. Jekk poczuł się zbyt pewnie, wziął rozpęd i skoczył przed siebie, jednak poślizgnął się i upadł, spadając w dół - prosto w rzekę lawy.
W ostatniej chwili San instynktownie wyciągnął obie ręce w kierunku towarzysza, działając na niego Mocą. Udało mu się z pomocą telekinezy wznieść Trandoshanina z powrotem. Przez dalszą drogę uważali na siebie, by uniknąć podobnych incydentów.
Znaleźli się w sporych rozmiarów pokoju, w którym na końcu stał posąg Ragnosa – jednego z Lordów Sith. Zdecydowali się podejść bliżej.

- Ragnos ? – mruknął do siebie Duur stojąc przed posągiem.
- Nie, nie Ragnos. – usłyszeli gruby głos, a zza posągu wyłoniła się sporych rozmiarów postać, wokół której znajdowała się jasna poświata, a na środku stroju umieszczone miała oko.
- Powinniście mnie znać … - mówił dalej. – Jestem Naga Sadow, Lord Sithów.
- Sadow .. czytałem o Tobie – odpowiedział San, przyglądając się duchowi.
Dopiero teraz zauważyli, iż pod posągiem, leżał nieprzytomny Ipseh.
- Czego tu szukacie ? Widzę, że przyprowadziliście mojego niewolnika.
- Nie będzie już nigdy więcej Twoją marionetką – parsknął Ishar.
- Jesteś pewien ? – spytał Sadow, w jednej chwili przywołując do siebie 3 kryształy. – Nie chcecie go wymienić?
San głośno wybuchnął śmiechem.
- Myślisz, że oddamy Xarthesa za jakieś kryształy ?
- Oferuję wam korzystną wymianę, Jedi. Możecie zabrać też tego – wskazał palcem za siebie, na Ipseha – On jest słaby. Za to ten .. – spojrzał przenikliwym wzrokiem na Xarthesa – ten jest wytrzymały, przyda mi się, takiego ciała szukam ..
- Nikogo nie oddamy – odpowiedział ostro San, zasłaniając Xarthesa.
Sadow nie odpowiedział, dostrzegł jednak księgę, którą trzymał Padawan.
- Miło, że przynieśliście również księgę – ją też mi zwrócicie.
- Skąd ta pewność, Lordzie ? – parsknął Kel Dor.
Sadow pstryknął palcami. W jednej chwili księga zmaterializowała się w jego dłoniach.
- Nadal chcecie dyskutować ?
- Wyjdziemy stąd z obydwoma. – oświadczył stanowczo San.
- Myślisz, że oprzesz się mojej potędze ? Skoro nawet Twój mistrz tego nie potrafił ?
- Vreek nie zawsze był taki.
- Był zawsze pod moją kontrolą, jednak ostatnio zbyt słaby, bezużyteczny. Chcesz się przekonać?
- Jeśli to ma ich uratować, proszę bardzo – rzucił Uczeń, stawiając barierę mentalną.
W jednej chwili, jego umysł spowiła ciemność. Sadow umiejętnie nim manipulował, wykorzystując do własnych celów.
- Może jednak oddamy Xarthesa? – powiedział San, pozostając cały czas w ryzach Lorda.
Pozostała trójka spojrzała na niego z przerażeniem.
Duur upadł na kolana, chwytając się za głowę. Podświadomie próbował odzyskać nad sobą kontrolę, pozwolił by Moc przez niego płynęła.
- Przyłącz się do mnie – zaproponował Naga Sadow – mogę wskrzesić Twojego mistrza, dać mu drugie życie.
San podniósł się na równe nogi. Spojrzał przed siebie.
W miejscu, gdzie przed chwilą stał Sadow, znajdował się Jeon Vreek.
- San, on dał mi drugie życie ! Twój mistrz żyje !
- Nie jesteś moim mistrzem .. – odparł Padawan spoglądając prosto w oczy dawnego trenera.
- Wypierasz się mnie ?!
- Mój mistrz nie żyje – poraz kolejny odpowiedział ze spokojem.
- Żyję ! Stoję tu przed Tobą ! Słyszysz mnie ?! – krzyczał.
- Nie jesteś moim mistrzem – powtórzył – jesteś tylko jego marną imitacją.
Na twarzy Vreeka malowała się wściekłość. Po chwili zniknął, a na jego miejscu pojawił się Sadow.
- Chyba się nie dogadamy, Jedi ..
W dłoniach Sitha pojawił się wielki miecz, który rozmiarami dorównywał Isharowi.
San aktywował własny miecz, rzucając się na Lorda. Próbował go zająć walką, podczas gdy Kel Dor wziął Ipseha na ramię, a Jekk zabrał księgę, razem próbując uciec z pomieszczenia. Duch ruszył za nimi, tworząc z lawy potężną ścianę, która uniemożliwiała odwrót. Zostawili Xarthesa, Kel Dora oraz księgę, po czym ruszyli do ataku.

Zbroja Lorda nie pozwalała na jakiekolwiek zranienie go. Sadow pewnie bronił się przed naporem ciosów Padawanów. W pewnym momencie, uniósł się ku górze, a w pomieszczeniu pojawili się jego słudzy. Szybko się z nimi rozprawili, ponownie przystępując do ataku na Nagę, który nadal bez problemów parował ataki Padawanów, po czym ponownie wzniósł się w górę.
Padawani oczekiwali na kolejną falę potworów, jednak Lord stworzył potężną Burzę Mocy, która co chwilę ciskała Padawanami, obijając ich o schody, słupy i ściany.
Napór błyskawic powoli słabł, jedna z nich wystrzeliła prosto w Sana. Mimo tego, iż udało mu się przed nią obronić, sama siła kinetyczna tego ataku, spowodowała, że sunął z impetem po posadzce. Gdy Sadow wylądował, Duur szybko ruszył przed siebie, by wspomóc Ishara i Jekka. W momencie, gdy obaj odsunęli się na bok, San wbiegł z szarżą w Sitha, przebijając pancerz.
Ugodził go prosto w serce.
- POWRÓCĘ ! – wrzasnął zdenerwowany duch, który powoli się rozpływał.
- Jasne, miłej zabawy – odparł San, rozglądając się po pobojowisku.
Krótko po unicestwieniu Lorda, filary utrzymujące pomieszczenie zaczęły pękać.
Xarthes podniósł 3 kryształy, które znajdowały się w miejscu śmierci Sadowa. Ishar przerzucił Ipseha przez bark, a Jekk pewnie chwycił księgę.

Biegli tak szybko, jak tylko mogli. Udało im się dotrzeć do dżungli. Wszyscy byli potwornie zmęczeni, każdy krok sprawiał im ból. San pomógł Isharowi nieść Ipseha.
Zmęczenie dawało się we znaki – nie potrafili odnaleźć drogi, która prowadziła do obozu, w którym tymczasowo przebywali. Po pewnym czasie trafili na odpowiednią ścieżkę, zabijając przy tym kilka agresywnych raptorów.
Powoli weszli do obozu. Niemalże od razu przywitał ich Bart, któremu Xarthes wręczył kryształy, a Jekk księgę. Razem, po krótkiej wymianie zdań, ruszyli do wodospadu, gdzie Rycerz miał opatrzeć ich rany.
San położył się na ziemi, wpatrując w niebo.
- To już drugi Lord Sithów .. Do trzech razy sztuka ?

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Uczeń Jedi San Duur
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1228
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania !

Postautor: Hebran dodano: 22 wrz 2010, 16:00

Odnalezienie droida - cz. I

1. Data, godzina zdarzenia: 18.09.10, 12:30

2. Opis wydarzenia:

Prom typu Lambda dotarł na Tatooine około południa. Pilot szybko pożegnał młodych Padawanów wracając na klimatyzowany statek, zostawiając Hebrana i Riyuka bez kropli wody.

Pierwszą rzeczą która rzuciła się w oczy dwójce Jedi, oczywiście poza wszechobecnym piaskiem, był piaskoczołg Jawów. Widząc małą grupkę tych małych złomiarzy szybko wyruszyli w ich kierunku. Niestety, szczęście wyraźnie nie sprzyjało Riyukowi i Hebranowi- kiedy zbliżali się już do celu pojazd Jawów zaatakowany został przez Tuskenów. Cała sytuacja zaskoczyła przyszłych Jedi na tyle, że zamiast postąpić zgodnie z Kodeksem wybrali ukrycie się. Prawdopodobnie nawet późniejsze ruszenie z odsieczą czy tłumaczenia nie będą wystarczające…
Koniec końców Jedi zostawili za sobą istne pobojowisko- ciała Tuskenów ranionych mieczami świetlnymi leżały dookoła tuż obok ciał Jawów zabitych przez Ludzi Pustyni. Chwilę później na piasku znalazł się także płaszcz Hebrana, gdyż po walce i marszu przez pustynię po twarzy Echaniego spływały krople potu. Jako że Jawowie ukryli się w swoim pojeździe, Padawanom nie pozostało nic innego, jak ruszyć w kierunku widniejącego na horyzoncie miasta.
Nawet tak małe i odległe od cywilizacji, jeśli taka dociera do Mos Espy, miasteczka mają swoją kantynę. Nad wejściem wisiał zniszczony przez czas, piasek i pijaków szyld, sygnalizujący mętnej populacji oraz szukającym informacji i napitku, że to właśnie tu można je zdobyć.

Barman ubrany w pobrudzone szaty raczej nie był kimś, kto szybko i sprawnie podaje gościom trunki. Przy barze siedziały dwie osoby, Twi’lekanka i Kel Dor, prawdopodobnie stali bywalcy. Kiedy rozpoczęła się kłótnia o cenę drinka, wywołana przez Kel Dora, Jedi ruszyli z pomocą barmanowi, licząc na uzyskanie informacji o sprzedawcach droidów. W rezultacie przepychanek i pogróżek ze strony nieznajomego wywiązała się krótka walka, zakończona impulsywnym użyciem miecza świetlnego przez Hebrana, co ostatecznie wyeliminowało z walki pijanego awanturnika.

Stojący za barem gruby Rodianin nie chciał udzielić nikomu żadnych informacji, jednak pijana kobieta okazała się bardziej uczynna. Regularnie obmacując Padawanów w końcu zgodziła się zaprowadzić ich do swojego szefa- sprzedawcy droidów i innego złomu. Zanim jednak dotarli do mieszczącego się w centrum miasteczka straganu pijana Twi’lekanka wystawiła cierpliwość Padawanów na próbę, myląc uliczki, w końcu jednak cała trójka dotarła do handlarza.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Padawan Hebran Abren
Nie ma wahania, nie ma prób.
Hebran
 
Posty: 79
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:49

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość