Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Cradum Vanukar dodano: 22 maja 2021, 21:40

Morcanth
Za krótki sen


Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 01.05.21, 20:30-02:00

2. Opis wydarzenia:

Jak wiele czasu upłynęło w śmigaczu, którym zmierzaliśmy do Władców – to jedna z wielu zagadek, jakich zapewne nie będzie dane mi rozwikłać w trakcie mego żywota. Był to jednak czas, który pozwolił zebrać siły i odpocząć po burzliwej, ciężkiej dyskusji z Władcami niższego szczebla. Gdy z oczu ściągnięto nam opaski, dostrzegliśmy misterną świątynię ulokowaną na górzystym terenie, tuż przy masywnym wodospadzie. W powietrzu wisiało coś nieprzyjemnego, jakby złe przeczucie i obawa – lecz otoczenie samo w sobie nie zdradzało najmniejszego śladu czegoś niepokojącego. Fizyczne zmysły pozwalały dostrzec jedynie piękno schowane w gęstej i bujnej roślinności dookoła, przy rozluźniającym szumie wody rozbijającej się o wystające skały.

Jeden ze strażników o talerzowatej głowie przestrzegł nas przed mrocznymi intencjami i nakazał bezwzględne posłuszeństwo oraz spokój i opanowanie. Arelle co prawda pozwolono uczestniczyć w spotkaniu, lecz jej pamięć o nim i tak miała ulec wykasowaniu. Ruszyliśmy za nim, mijając po drodze zimne korytarze, gdzie zza ścian dobiegały głównie nieprzyjemne odgłosy bulgotania, a rzadziej inne, niezidentyfikowane dźwięki. Cała droga była do bólu nieprzyjemna i paranoidalnie klaustrofobiczna, gdy ściany zdawały się otaczać naszą trójkę, a gigantyczne posągi przedstawiające starożytne istoty sprzed czasów Jedi i Sith nieustannie przeszywały nas wzrokiem. Każdy kolejny krok stawał się coraz bardziej męczący i przytłaczający. Wszystko to, co czuliśmy wcześniej w osadzie wróciło w spotęgowanym wydaniu, gdy nasz przewodnik ostatecznie doprowadził nas przed oblicze trójki Władców.

Gdy skończyli porozumiewać się między sobą w obcym, znanym zapewne tylko sobie języku, od razu dali nam do zrozumienia, że jesteśmy dla Morcanth „czymś na wzór demielinizacji i zwyrodnienia aksonów obecnych w biologicznym konstrukcie Padawan Deron – szczęśliwie w letargu dzięki jej wyniesieniu w Mocy”. Ich głosy były zimne, metalowe, rezonujące po całym pomieszczeniu w jakim przyszło nam się znaleźć. Dziesiątki wibracji składały się w sylaby i słowa w misterny sposób, rozbrzmiewając głębokim echem dookoła.

„Czego od nas oczekujecie, o marne istoty z dalekiego kosmosu? Niesieni do tego miejsca są wiedzieni albo przez głupotę, albo w poszukiwaniu wiedzy. Ci, którzy docierają tak daleko – do nas – łączą w sobie zwykle oba.”

Razem z Arelle zaczęliśmy opowiadać o Azatu, o jego pobycie na Morcanth oraz jego działaniach, które wymierzyły w naszą grupę i nasz dom. Mówiliśmy, że chcielibyśmy poznać intencje Sitha, a także cel jego wizyty na Morcanth. Władcy pragnęli jednak czegoś więcej – pragnęli powodu, dla którego mieliby podzielić się z nami swoją wiedzą. Próbowałem przekonać ich, że Aurożerca to byt na tyle potencjalnie niebezpieczny, że jeśli nie uda nam się go powstrzymać, to pewnego dnia zawita na Morcanth i zburzy spokój planety. Nie byli jednak przekonani tym argumentem – pragnęli w zamian czegoś konkretnego. Oferowałem ukrycie Morcanth we wszelkich rejestrach holonetu i dezinformację – tak, aby odnalezienie planety stało się jeszcze trudniejsze, lecz to również nie przekonało trójki Wielmożnych, spoczywających na wygodnych fotelach naprzeciw nam. Ich uwagę przyciągnął natomiast argument o zgromadzonej przez nas wiedzy na temat rasy przybyłej spoza galaktyki – Yuuzhan Vong, a także ich rodzimej planecie o własnej świadomości zwanej Zonamą Sekot. Nie była to jednak wiedza dla nich przełomowa – wiedzieli o tej rasie, wiedzieli także o jej aberracji w Mocy. Nie wiedzieli jednak, że grupa Vongów z Khsatsem Choką na czele planowała unicestwić Moc biorąc za epicentrum tego wydarzenia planetę Ossus – a ta informacja wyraźnie zaciekawiła całą trójkę. Byli zainteresowani naszymi raportami z całej tej rozległej batalii – nie miałem ich wszystkich na swojej holodacie, lecz większość udało mi się przepisać z pamięci na ich archaiczne urządzenie elektroniczne. W szczególności skupiłem się na przebiegu bitwy o Ossus, gdyż był to raport, który najmocniej zapadł mi w pamięć z uwagi na moją przeszłość na tej planecie. Zapiski z raportów opisujące między innymi plan masowego mordu na rdzennym ludzie Ysanna i wywołaniu wyrwy w Mocy doprawiłem także swoimi własnymi doświadczeniami i spostrzeżeniami, które wyniosłem po kilku latach w uwięzieniu.

Jeden z Władców przyciągnął ku sobie stary, ciężki cyfronotes, by zagłębić się w lekturze – a w międzyczasie Padawan Deron prezentowała sztukę telekinezy. Pragnęli pozyskać nie tylko wiedzę opierającą się na naszych subiektywnych doświadczeniach, lecz również zgłębić arkana Mocy, jakich jeszcze nie przyszło im poznać. Niestety, choć pokaz Arelle był bardzo udany, to nie było to nic, czego mocowładni już nie znali. Stwierdzili, że choć to sztuka odległa od ich specjalizacji, to nie jest to coś, co wykraczałoby poza ich umiejętności. Arkana, w jakich się specjalizowali, krążyły dookoła natury i biologii – byli w stanie wykryć chorobę neurodegeneracyjną u Padawanki praktycznie zaraz po naszym wejściu. Mówili także, że czują częstotliwość bicia naszych serc, ciśnienie naszej krwi i powolny rozkład tkanek w śladach po zagojonych niedawno ranach. Władcy stwierdzili, że jeśli zaprezentowane arkana telekinezy to szczyt naszych umiejętności, to jesteśmy nieskończenie słabsi od Sitha, któremu chcemy się przeciwstawić.

Sytuacja wyglądała słabo, brakowało nam wiedzy jaką moglibyśmy się podzielić. Ratowałem się opowieścią o śmierci pewnego Rycerza, po której to do bazy sprowadzono Chissa przebywającego pod ścisłą ochroną. Choć istota ta była zaledwie Padawanem, to jej umiejętności wyraźnie dalece odbiegały od tego stopnia, zaś sam Chiss pełnił w grupie bardzo odpowiedzialne role i podejmował się zadań godnych Rycerza Jedi. Nie znam szczegółów – raporty Rycerza Fenderusa z wyprawy na Mandalore są zaszyfrowane, lecz splot tych wszystkich wydarzeń pozwala mi sądzić, że w jakiś sposób ocalono Rycerza Danadrisa przed śmiercią przenosząc jego umysł do innego ciała. Takie techniki według mojej wiedzy są oczywistym sprzeniewierzeniem się naturze – a jednak żadne raporty nie wspominają o ogromnym spaczeniu Ciemnej Strony, jakie nadeszłoby po takim eksperymencie. Pozwalało to sądzić, że najpotężniejsi Jedi tej grupy w jakiś sposób byli w stanie dokonać transferu świadomości w sposób nie przeczący naturze – i to właśnie tym misternym zjawiskiem próbowałem zainteresować Władców. Choć nie miałem pełnej wiedzy, brakowało mi detali i nie rozumiałem zapewne większości zawiłości tkwiących w tej historii, to musieliśmy przynajmniej próbować dać coś nowego i interesującego w zamian za wiedzę mocowładnych.

Władcy jednak nie byli tym zainteresowani – nie byliśmy bowiem istotami, które posiadały rzeczywistą wiedzę, a jedynie opowiastki o niej. Nasze próby wzbudziły jednak w nich litość – zapragnęli, abym opowiedział im więcej o Ossus, ponieważ Sith także opowiadał o tej planecie; o tym, że jest ona specyficznym centrum pewnych wydarzeń, które mogły rzutować na ogół Mocy.

Opowiadałem więc – o historii Ossus, o ludzie Ysanna, o Yuuzhan Vongach przybyłych na planetę, o planach na dokonanie masowego mordu na istotach rdzennie powiązanych z planetą i jej energią. O tym dlaczego planeta tak silnie rezonuje w Mocy, i dlaczego jej ocalenie było tak niezmiernie istotne. Wszystko to było dla Władców bardzo intrygujące – zwłaszcza z uwagi na fakt, iż Azatu był również szczególnie zainteresowany tą planetą. Zaczęli opowiadać o tym, że Sith czegoś tam szuka; że Ossus i Gwiezdna Kuźnia są ze sobą ściśle powiązane w jego planie. Niestety, w tym momencie Arelle dość niefortunnie przerwała ich opowieść wtrącając się z wiedzą na temat Lorda Kaana oraz pozostawionej przez niego kostki. Była to jednak wiedza, jaką już wcześniej przedstawił Władcom Azatu – a skoro rzeczona kostka nie była faktycznym darem dla Władców, to cała trójka była głęboko rozsierdzona wtrąceniem Padawanki. Uznali je za całkowicie bezpodstawne i skupiające się na czymś, co nie dotyczy Władców ani Morcanth.

„Mówisz o artefaktach, które posiadacie, ale nie oferujesz ich. Mówisz o droidach, które posiadaliście, ale nie oferujesz ich. Mówisz o boskich istotach, które Was wybrały – ale jakie to ma znaczenie dla nas?” – słowa te rozbrzmiewały echem w mojej głowie, gdy obserwowałem narastający gniew wymierzony w kierunku Arelle. Zapytano mnie, czy uważam ją za równą sobie w negocjacjach. Zgrabnie odpowiedziałem, że gdyby była mi równa, to pozwolono by jej zachować pamięć po tym zaszczytnym spotkaniu. Podkreśliłem jednak jej wartość dla naszej grupy i to, że jest bardzo dobrym i przydatnym towarzyszem. Władcy poddawali to w wątpliwość, by ostatecznie nakazać jej opuszczenie pomieszczenia. Padawanka została zabrana przez strażnika poza salę, gdzie przykuto ją łańcuchem do masywnego filara w bocznej nawie długiego korytarza poprzedzającego wejście do mocowładnych.

Gdy Arelle opuściła salę, a ja obroniłem sens pozostawienia jej przy życiu, pozwolono mi zadawać pytania, na które chciałbym poznać odpowiedź. Zapytałem więc: skoro Sith wiąże swe plany z Ossus i Gwiezdną Kużnią, to czego szukał na Morcanth?

Okazało się, że przybył tu by szukać pomocy dla nieszczęśliwego Aqualisha – naszego przyjaciela, Zaida. Był świadomy jego istotności w sprawach związanych z Kuźnią i przyleciał na Morcanth, by go uleczyć. Proces ten miał jednak zająć lata, a ponadto niezbędny byłby również pierwowzór Zaida – a więc Rycerz Fenderus. Władcy nie zgodzili się na tak długie zakłócenie spokoju planety przez aberrację tego rodzaju. Aqualish miał być kluczem do Kuźni, która z kolei miała otworzyć dostęp do świata Ossus. Sith pragnął wyprzeć poprzednią esencję istoty i zastąpić ją tą pochodzącą z Rycerza Fenderusa, aby otrzymać w ten sposób wspomniany klucz - ponieważ to właśnie Rycerz został przyjęty przez umysł Kuźni. Możliwe są również inne cele - trudniejsze do pochwycenia, lub przeciwnie, zbyt marne. Proces wypierania świadomości Zaida zająłby jednak lata, a Azatu nie miał do dyspozycji tak wiele czasu. Los Zaida wzbudził we Władcach jednak litość – zaoferowali, że są w stanie naprawić jego umysł i przywrócić mu jego dawne życie. Aqualish stanął przed ich obliczem i wysłuchał oferty – był zmartwiony ryzykiem utraty wspomnień, jakie zyskał na przestrzeni czasu spędzonego wśród Jedi. Został jednak zapewniony, że większość z nich powinna przetrwać – a on sam po zakończonym leczeniu będzie mógł opuścić planetę i do nas powrócić. Zaid długo się zastanawiał – skołowany, skonsternowany. Nie chciał odchodzić z dnia na dzień bez pożegnania. Jednakże choć był wśród nas szczęśliwy, to jego umysłem targał codziennie ogromny chaos, wynikający z obecności dwóch pełnoprawnych form jestestwa w jednej głowie. Ostatecznie stwierdził jednak, że jeśli może powrócić do Jedi bez upośledzenia, to zgadza się na tę ofertę. Władcy przypomnieli, że to proces, który realnie może zająć wiele lat – lecz nie sposób było odmówić. Zaid zwyczajnie zasługiwał na normalne, zdrowe życie i w pełni własny umysł.

Aqualish zapragnął nagrać wiadomość pożegnalną, więc opuściliśmy na chwilę salę, by przekazać wiadomość o leczeniu Padawan Deron. Strażnik wręczył naszemu przyjacielowi starą nagrywarkę dźwięku, a ja zamieniłem z Arelle kilka słów odnośnie rzeczy wartych przedyskutowania z Władcami.

Powróciłem do sali, by kontynuować rozmowę. Zapytałem o to, czy leczenie Aqualisha było jedyną rzeczą, o jaką prosił Sith. Powiedziano mi, że szukał także wiedzy o Gwiezdnej Kuźni oraz świecie Ossus, lecz nie otrzymał jej, bowiem Władcy takowej nie posiadają. Prosił również o wsparcie w wiedzy na temat zrozumienia bazowych instynktów, które rządzą naturą. Oferował w zamian wiedzę o sztukach Mocy, które były Władcom obce – ukazał jak Moc może osłonić ciało przed krzywdą, oraz w jaki sposób można narzucić innej istocie swą wolę.

Zamiar Sitha był dość jasny – chciał wykorzystać Aqualisha do tego, aby był kluczem do Kuźni. Ta zaś jest kluczem do świata Ossus i jego tajemnic. Kuźnia ma pozwolić stworzyć siły niezbędne do podbicia planety, która przechowuje coś, czego Azatu bardzo pragnie. Cokolwiek to jest – ma po zdobyciu wrócić na Gwiezdną Kuźnię, aby tam zrealizować swój plan. Władcy zdradzili, że choć jest ich dwóch, to na Morcanth przybył sam ze swoją świtą i bractwem. Wraz z Edgarem Bis chcą łamać bariery i siły rządzące światem. Chcą wyrwać się spod nieuchronności losu i uciec determinizmowi. Chcą uciec losowi świata i złamać jego zasady. W tym wszystkim kluczową rolę odgrywa także Thon – choć jego cel miał być zupełnie inny niż ten narzucony przez Mistrzynię Vile. Ten eksperyment wymknął mu się spod kontroli – Azatu chciał lepiej poznać jak Moc i jej prawa przekładają się na prawa natury, i zrozumieć to przy pomocy wiedzy Władców. Pragnął pojąć jak zrozumienie Mocy pozwala ujrzeć fundamenty natury i tego co pcha ją naprzód. Było to kluczowe do jego eksperymentu, który z kolei był istotnym elementem celów, jakich finałem jest Gwiezdna Kuźnia. Wiedza Sitha jak i trop, który naprowadził go na Morcanth pochodzą z Alpheridies, gdzie znalazł niedbałe szczątki notatek wspominających o istnieniu planety oraz zamieszkujących ją Władców. Aurożerca, co istotne, powstał jeszcze przed wizytą Sitha na planecie. Dokonania Mistrzyni Vile wzbudziły w Azatu wątpliwości i zmusiły do zadania wielu pytań co do natury jego dzieła. Przybył tu więc, by poznać naturę fundamentalnej istoty życia i jego biologii - i związek tej istoty z Mocą. Próbowałem dowiedzieć się więcej, lecz nakazano mi jedynie zgłębiać tę wiedzę wraz z braćmi w mojej sekcie.

Zapytałem również o los Rycerza Slorkana. Jego statek wpadł w coś, co nazwano „niebiańską pułapką” – powiedziano mi jednak, że przeżył, i było to najistotniejsze. Pozwolono nam odlecieć wraz z nim – lecz jego odnalezienie jak i ewentualne zdobycie pojazdu było już wyzwaniem, w jakie Władcy nie zamierzali ingerować. Rozstąpienie rzeczonej pułapki było jednorazową ofertą – mocowładni przestrzegli, że jeśli kiedykolwiek tu jeszcze powrócimy, nie będą już tak łaskawi. I to samo tyczy się Sitha i jego świty – Władcy podkreślili bowiem, że nie łączy ich z nim żadna lojalność czy powinność. Ktokolwiek z nas powróci na Morcanth, poniesie śmierć lub pozostanie tu już na zawsze.

Chciałem dowiedzieć się także więcej o powiązaniach między Kaanem a Bisem i Azatu. Sith przekazał Władcom wiedzę odnośnie samego Lorda – o tym kim był i jaki miał związek z Yuuzhan Vong. O tym jak walczył z inwazją cudzymi rękoma i swoimi wizjami przyszłości. Co ciekawe, stosunek Azatu do Kaana był relatywnie negatywny – choć jeden z Władców zaznaczył wyraźnie, że takie osoby jak Sith widzą większość świata w negatywnych barwach; że postrzegają świat i innych jako wrogów – jako coś, co należy ujarzmić.
„Negatywny stosunek tej istoty nie znaczy nic więcej, niż sympatia zwierzęcia do ręki, która je karmi.”

W mojej głowie było jeszcze niezliczenie wiele pytań odnośnie samego Morcanth, historii planety i natury Władców. Wiedziałem jednak, że dociekliwe pytanie nie będzie zbyt roztropne – uzyskałem informacje, po jakie tu przybyłem, więc moja personalna ciekawość musiała odejść na dalszy plan. Ubolewałem nad tym, bowiem enigmatyczne sylwetki mocowładnych oraz mistycyzm całej planety jawiły się jako coś, co zachwyciłoby nawet najtęższe umysły galaktyki. Musiałem jednak uszanować izolacjonizm i chęć pozostania w ukryciu – a im mniej wiedziałem, tym bezpieczniejsze było Morcanth. Nie chciałem nadużywać szczodrości Władców, więc musiałem obejść się smakiem i pozostawić nurtujące mnie kwestie nierozwiązanymi.

Wraz z Arelle mieliśmy zostać wywiezieni na pustkowie wraz z naszymi śmigaczami i całym ekwipunkiem, by stamtąd radzić już sobie całkowicie samodzielnie. Nie mogliśmy zbliżać się do żadnej wioski, a w przypadku kontaktu z dzikimi nakazano się po prostu oddalić. Podziękowałem za ich szczodrość i opuściłem salę – moje miejsce w środku zajęła Padawan Deron, którą poddano zabiegowi usunięcia wspomnień. Ja zaś w tym czasie zostałem odprowadzony przez strażnika do śmigacza, którym przybyliśmy do tej przedziwnej świątyni. Po drodze pożegnałem się także z Zaidem, który wręczył mi swój plecaczek oraz pożegnalne nagranie.

Zaid Ruuke pisze:Witajcie tu Zaid. Ja nagrywa wiadomość z Morcanth dla moi przyjaciele. <Mówi z jawną radością w głosie> Ja dostał ofertę od Władcy, że naprawią upośledzenie i dziura w głowie i ja odzyska dawne tożsamość i będzie znowu Zaid. Ja nie może odrzucić taka propozycja, bo oni obiecać, że ja będę mógł powrót do Jedi, jak już koniec leczenie za kilka lat. Chciałby się pożegnać chociaż przez wiadomość. <Mówi chaotycznie, lekko łamie mu się piszczący głos>. Ja nie może tak bez pożegnanie, bo ja kocham moja rodzina przyjaciele Jedi, a ja nie pożegnał. Zostawiam plecak z rysunki krabiki i ja i Fenderus i Elia na pamiątka i żeby wy pamiętać o Zaid. Ja wróci, jak tylko wyzdrowieje i będzie znowu normalny Zaid bez upośledzenie. Będę pomagał i dbał o zwierzaki, jak wróci do Jedi. Będę tęsknić i pamiętać. Musi kończyć, bo nagrywa to w trakcie przesłuchanie. Pozdrawiam wszystkich i proszę pamiętać o dbaniu o krabiki. Pa! <Pod koniec westchnął ciężko i pociągnął nosem, ale ciągle mówił radośnie, ewidentnie się po prostu wzruszył>


I tak minęła nam kolejna podróż oraz kolejny jednocześnie zbyt krótki i zbyt długi sen. Zostaliśmy pozostawieni na śnieżnej pustyni z dwoma śmigaczami, bagażami oraz skołowaną Padawan Deron, która nie pamiętała zupełnie niczego. Z Sentinelem nie było żadnej łączności. Wziąłem na hol jeden śmigacz, by wraz z Arelle na miejscu pasażera ruszyć w kierunku wrakowiska, które nakreślił Rycerz Zosh na pozostawionych nam mapach. Natrafiliśmy jednak na dzikich, którzy w zamian za pożywienie zdradzili kierunek „białego ptaka spadającego z nieba”. Błędem było sugerowanie się przeze mnie ich wskazaniem – lecieliśmy wraz z Arelle przez dziesiątki tysięcy kilometrów wśród istnej kakofonii krajobrazów, niezmiennie nadając sygnał i próbując zlokalizować rozbity prom. Nie dość, że próby te spełzły na niczym, to po blisko dwudziestu tysiącach kilometrów śmigacz odmówił posłuszeństwa i zatrzymał się przeciążony na kompletnie wyjałowionym pustkowiu. Porzuciłem wszelką nadzieję, całkowicie martwy w środku i wyzuty ze swojego jestestwa. To Padawan Deron wzięła wtedy sprawy w swoje ręce i zaczęła modyfikować coś przy antenach, a także ponownie ustalać kierunek złomowiska. Dokonałem modyfikacji sposobu, w jaki wysyłaliśmy sygnał, czyniąc go bardziej optymalnym – a gdy nasz pojazd ostudził się nieco, Arelle przejęła stery i ruszyła w bardziej obiecującym kierunku z lepiej skonfigurowaną aparaturą.

Przemierzaliśmy tak kolejne tysiące kilometrów, nim wreszcie jakimś cudem natrafiliśmy na sygnał Sentinela. Dotarliśmy do statku przemarznięci do cna, zakatarzeni i z wysuszonymi gardłami oraz oczami. Prom wyglądał jeszcze gorzej niż my – nie było jednak sił na dokładną analizę jego stanu. Wbiegliśmy do środka czym prędzej, mijając kajutę w której spał koszmarnie wymęczony, brudny Rycerz Slorkan i sami padliśmy na własne łóżka – wyprani z sił, emocji i pamięci.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Cradum Vanukar

Grafika pod tytułem sprawozdania została wykonana przez Rycerz Valo, za co serdecznie dziękuję
Bart pisze:Nie stawiajcie mi pomników, słuchajcie Mahlera i Sibeliusa, wieczna chwała Mistrz Luki
Awatar użytkownika
Cradum Vanukar
Padawan
 
Posty: 1313
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Neil

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 23 maja 2021, 10:21

Morcanth
Bez odbioru


1. Data, godzina zdarzenia: 14.05.21, 20:00-02:00

2. Opis wydarzenia:

Dotarcie do Sentinela i powitanie Rycerza było wspaniałe. Chwilowa ulga dla ducha i nadzieja dla ciała były tym, co utrzymało nas w nieszaleństwie. Przeziębieni, z kaszlem i cieknącymi nosami, najedliśmy się obleśnej nutripasty i zasnęliśmy w kilka chwil. Wyczekiwane wytchnienie miało miejsce... migreny i wymioty niestety też. Budziłam się kilka razy. Tego czy słyszany gdzieś w tle głos Padawana był realny czy mi się śnił, nie jestem w stanie określić. Gdy po jakimś czasie leżenia niemal trupem w kajutach, Rycerz zwołał nas na zbiórkę, wszyscy wyglądaliśmy i brzmieliśmy tragicznie. Stres i osłabienie, które składały się na nasz nieciekawy stan, a i być może też otoczenie przez Ciemną Stroną Morcanth - to wszystko było drobiazgiem w porównaniu ze słowami Rycerza, który przedstawił nam sytuację, w jakiej się znajdowaliśmy.

Nasze szanse na przeżycie były żadne. Sentinel został ściągnięty na ziemię promieniem i, chociaż umiejętności pilota uchroniły go przed kompletnym zniszczeniem, prom wciąż znacznie ucierpiał. Poza tym, nawet jeśli nasze pierwsze raporty wydostały się z planety, to obecnie wszelkie sygnały były już zagłuszane. Przez Władców? Ludzi Bisa? I tak źle i tak niedobrze. Żeby tego było mało, najbliższy wektor nadprzestrzenny znajdował się na drugim końcu systemu. Jak zauważył Rycerz, ludzie Bisa nie czekali nigdy z mordowaniem nas zbyt długo, więc tym razem ewidentnie nie planowali zamachu na powierzchni, myśląc zapewne, że przy podjęciu próby takowego, nie uda im się już wydostać z planety. Byliśmy więc w sytuacji z uszkodzonym, zagłuszanym promem, dość odległym wektorem i bardzo prawdopodobną pułapką zastawioną na nas na orbicie przez wroga, który wiedział, że ze względu na chmury nie będziemy w stanie monitorować przestrzeni. Beznadzieja.

Poprosiłam Craduma, żeby sprawdził źródło zakłóceń sygnałów, ewentualne pola ciszy radiowej i większe pola elektromagnetyczne na tym pustkowiu. Nasze opcje były żadne, ale chciałam wiedzieć kto nas zagłusza, żeby móc zaplanować cokolwiek. Okazało się, że prymitywny holonet i sygnały radiowe na samej powierzchni nie są zakłócane. Padawan prześledził jednak drogę przesłanego przez siebie pliku i dostrzegł, że problemy z przejściem sygnału poza Morcanth nie są tylko związane z wielkimi odległościami od przekaźników i grubą warstwą chmur, (w których zdawało się być mniej magii, a więcej pozostałości po naturalnych katastrofach niż przypuszczaliśmy na początku), ale też z celowym zakłócaniem, mającym swoje źródło ponad orbitą. Według Padawana aparatura zakłócająca nie była zbyt potężna, ale sprawdzała się w połączeniu z lokalizacją planety i najprawdopodobniej pochodziła z pozostawionego w systemie statku.

Fragment dostępny wyłącznie na cyfronotesie Padawan Deron
Cradum dość dokładnie ustalił położenie źródła zakłóceń, które znajdowało się obok jednego z trzech najbliższych wektorów i ocenił, że generuje je najpewniej okręt typu starszej fregaty. Padawan zapytał wtedy czy istnieją metody na symulowanie sygnału Sentinela i wysłanie przynęty w okolice wektorów, przy których nie *parkowała* akurat domniemana fregata. Okazało się, że w pewnym sensie tak. Moglibyśmy wysłać cokolwiek napędzanego silnikami jonowymi w stronę pozostałych wektorów aby zmylić wroga. Nie mieliśmy w prawdzie części na zbudowanie czegoś takiego, ale mogliśmy takowe pozyskać na wielkim złomowisku strąconych wcześniej statków.


Oczekując naszego powrotu od Władców Rycerz dał z siebie wszystko i uzdatnił Sentinela do lotu, jednak przy potwierdzonej obecności wroga na orbicie, opuszczenie powierzchni z uszkodzonymi osłonami nie wydawało się dobrym pomysłem. Dlatego też, przed podjęciem samobójczej próby powrotu do domu, wyruszyliśmy z Padawanem po części na wielkie wrakowisko.

Podróż była zaskakująco przyjemna i odprężająca. Gdy zaczęliśmy się przybliżać do miejsca docelowego, przywitała nas spalona ziemia i zapach rdzy.

Fragment dostępny wyłącznie na cyfronotesie Padawan Deron
Przy przeparkowaniu śmigacza na chwilę się rozdzieliliśmy. Ja szukałam części, a Cradum trafił na dwóch od niedawna morcanthczyków, którzy próbowali zmusić swój wrak do lotu. Nie zareagowali na nas zbyt dobrze, ale źle też nie. Na początku myśleli, że jesteśmy ludźmi z wioski, którzy próbują ich znów nakłonić do powrotu na łono Władców i powiedzmy-cywilizacji. Gdy okazało się, że nie mamy takiego zamiaru, choć i tak do końca nam nie ufali, dzięki całkiem skutecznej gadce Craduma, opowiedzieli nieco o sobie. Mężczyźni pochodzili z Huelea, a na Morcanth przywiódł ich zew przygody. Chcieli odnaleźć informacje o zaginionym w okolicy planety tysiącu pracowników górnictwa Zaker, a później sprzedać historię kanałowi tworzącemu produkcje dokumentalne. Obaj niewątpliwie nieco zdziczeli z powodu wielomiesięcznej samotności, ale jednocześnie byli sympatycznymi ludźmi, którzy nawet proponowali nam wspólny wylot gdy tylko uda im się naprawić swój statek. Nie byli chętni do dzielenia się swoim sprzętem, ale pozwolili nam zbierać złom oddalony od nich o dzień drogi pieszo, czyli terenów dla nich nieosiągalnych. Sami też obiecaliśmy im też części – nie tyle wierząc, że im się uda, ale na poczet ewentualnego przyszłego spotkania i potencjalnej kooperacji. Pojechaliśmy dalej.


Zdawało się, że w tej całej beznadziei łapaliśmy się każdych, być może ostatnich w życiu, pozytywnych emocji. Poszukiwania części były naprawdę przyjemne. Prowadziło mi się nadzwyczaj dobrze, Cradum sprawdzał się świetnie w wypatrywaniu niezupełnie zwęglonych wraków, a później bardzo sprawnie radziliśmy sobie z wymontowywaniem i przenoszeniem potrzebnych części. Kilka, może kilkanaście godzin pracy minęło wręcz przyjemnie. Gdy mieliśmy już dość części, skontaktowaliśmy się z Rycerzem.

Fragment dostępny wyłącznie na cyfronotesie Padawan Deron
Po ponownym spotkaniu z Sentinelem mieliśmy we trójkę dłuższą naradę. Chciałam zabrać tych ludzi (i części ich statku) z Morcanth, a Cradum obawiał się ich planów dotyczących sprzedania historii planety mediom. Rycerz jednak zdecydował, że nie możemy przepuścić okazji i musimy zacząć współpracować. Skonstruowany na podstawie naszych wcześniejszych pomysłów wstępny plan zakładał doprowadzenie statku rozbitków do porządku i wysłanie go w stronę któregoś z wektorów wraz z resztą raportów oraz wezwaniem pomocy. Ale wtedy nastąpił przełom. Rycerz rozejrzał się nagle, zatrzepotał mackami i opisał nieskończenie genialny pomysł, który wpadł mu wtedy do głowy.

Statki rozpoznaje się po sygnaturze energetycznej silników i napędu, a ten, należący do rozbitków miał je sprawne. W teorii więc wystarczyłoby przełożyć silniki i napęd rozbitego promu do Sentinela, by sprawić, że stanie się on dla wroga przypadkowym statkiem. Z drugiej strony, napęd i silniki Sentinela powędrowałyby do drugiego promu, czyniąc z niego fantastyczną przynętę. Prom wabik zostałby wypełniony wszystkimi materiałami wybuchowymi, jakie mamy. Jeśli wróg go zestrzeli, będzie myślał, że to my, a po szczątkach nie będzie miał podstawy by myśleć inaczej. Pytaniem pozostawało i pozostaje, czy po zniszczeniu przynęty, wróg szybko opuści system. Teoretycznie będziemy to wiedzieć, jeśli zakłócenia znikną. Teoretycznie. Nasze szanse na powrót do domu wciąż były skrajnie małe, ale w końcu jakieś były. Pozostało nam dotrzeć znów do rozbitków i przekonać ich do współpracy.

Drugie spotkanie z mężczyznami nie zaczęło się dobrze. Byliśmy chyba zbyt podekscytowani pomysłem Rycerza i zbyt przytłoczeni wciąż tragicznym położeniem. Trochę kręciliśmy, mężczyźni nam nie ufali, ale tu znów wkroczył Rycerz i przekonał ich do współpracy. Pokazałam jednemu z nich trochę części, zaparkowany nieopodal prom też był solidnym argumentem. Przekazaliśmy im plan i ryzyko związane z wylotem. Udało się i mogliśmy zacząć pracę. Rycerz nadzorował i koordynował każdy etap działań, których było więcej niż mnóstwo. To on dzielił zadania i zajmował się tymi najbardziej skomplikowanymi. Wszystko, czego nauczyłam się w bazie przy drobnych naprawach, przydało się niesamowicie. Jeden z chłopaków też okazał się całkiem sprawnym mechanikiem, a drugi dobrze radził sobie z pomaganiem nam. Cradum również nie narzekał na brak prac – cały czas potrzebowaliśmy kogoś do przenoszenia ciężarów.


Prace trwały długo. Cały czas trzymam się szczątków nadziei, chociaż nie wiem czy powinnam ją mieć. Jesteśmy tu sami, w opuszczonym przez Ashlę zakątku galaktyki. Możemy zginąć na każdym etapie podróży. W chmurach, w systemie Morcanth, może nawet poza nim. Mam nadzieję, że otrzymacie tę wiadomość. Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 512
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 27 cze 2021, 1:26

Bothańskie popioły

1. Data, godzina zdarzenia: 26.06.21, 20:45-1:50

2. Opis wydarzenia:

Zaczęło się od połączenia w sprawie pewnej informacji z Yagi Minor. Informacji dość krytycznej i wymagającej szybkiego przylotu do stolicy. Niestety od początku podejrzewałem, że wróg może na nas czekać po drodze, bo była to informacja, która co prawda nie poszła do mediów, ale której fundamentalny strzęp pofrunął po mnóstwie służb na planecie. Tak więc skądkolwiek te mendy mają tyle wiedzy o wszystkim co w sieciach Hakassi… Mogli być gotowi na nasz lot. O detalach powiem kiedy indziej, cięższa sprawa. Mimo to zdecydowaliśmy się lecieć, ale naokoło.

Wszystko popsuło odebranie strzępów sygnału Nexu o zasięgu góra 80 kilometrów. Mówiłem Okka’rinowi, że to na bank pułapka. Na bank po złapaniu połowy oddziału mogli z łatwością wpieprzyć się na ich sieć i zręcznie ich podrabiać. Cholera wie co z nich na torturach wycisnęli. Ale Okka’rin nie umiał odpuścić. Jakim kretynem by nie był, nie zostawiam swoich na śmierć z góry, a co najwyżej w trakcie, jak już nic innego nie zostało… Wylądowaliśmy więc, ale dużo ostrożniej, po mojemu. Byliśmy na pustkowiu typu piach+drzewa+pełno wzgórzy zasłaniających widok. Profilaktycznie wstrzyknęliśmy Okka’rinowi stymulant mogący pozwolić mu przez pewien czas walczyć. Śmigacz zostawiłem dość daleko i go ukryłem, aby nie stracić ostatniej maszyny i drogi ucieczki. Robiliśmy bardzo staranny rekonesans. Mi udało się przez to umknąć pułapce dnia. Okka’rinowi nie.

Zaczął się kompletny horror. W drzewach wokół leżały miotacze jakiegoś syfu. Ja umknąłem, Okka’rin nie, ten syf wbił mu się w ciało i zaczął kopać go prądem. Nawet nie próbowałem użyć miecza, aby nie tracić pół sekundy w próbie zniszczenia tego, od razu złapałem za blaster strzelając już nawet bez unoszenia rąk. Byle zdążyć. Oszczędzić każdą jedna dziesiątą sekundy. Nie zdążyłem,a le uszkodziłem ten syf, stał się słabszy. Na miejscu pojawił się YVH i coś mi mówi, że ten sam, który wcześniej już zrobił naleśniki z wielu naszych. Od razu zabrał się za egzekucję Okka’rina. Nie miałem wyboru, musiałem walczyć z tym cholerstwem, dobrze wiedząc, że nie mam szans. To nie była nawet walka, tylko machanie mieczem by nie dać mu skasować Okka’rina nim ten wyrwie się z tego cholerstwa… I mówimy tu o pierwszych dwóch sekundach, najwyżej.

To była tragedia. Nie miałem kompletnie żadnych szans, YVH rozsmarował mnie po piachu jak bezbronną szmatę, a Okka’rin trzymał się przytomności tylko przez stymulant. W pewnym momencie zaczął się drzeć, żebym ściągnął z niego amulet, taozina… Darł się wniebogłosy, amulet chyba palił mu dziurę w ciele jak u Saarai. Wydawało się że ból od amuletu jarającego mu klatę był nawet większy niż od smażenia prądem. Sam byłem już znokautowany. Rzuciłem mieczem żeby odciąć łańcuszek. YVH to wykorzystał i odstrzelił mi kawał nogi. Odstrzeliłby więcej gdyby nie to że Okka’rin WYRWAŁ TE KABLE ŁAPAMI. YVH zajął się natychmiast z powrotem nim, aby go zarżnąć.

Okka’rin nie miał żadnych, kompletnie żadnych szans. To była kompletna egzekucja. Salwa z działa w tors. Widziałem jak trafia go przynajmniej kilkanaście razy w klatkę piersiową i kolejne kilkadziesiąt we wszystko inne. Potem już nie widziałem nic zza dymu aż wylądował pod zgliszczami rozstrzelanego głazu za nim. To było wypieprzenie w niego pełnego ogniwa gdy ledwo stał.

Okka’rin powinien był być trupem. Ale nie był. Wystrzelił spod tego głazu, wyglądając jak dymiące zombie, ale żył. Żył gdy z jego klatki piersiowej nie powinno być nawet ścięgna. Wystrzelił spod tych głazów w epickim skoku prosto na YVH. Byłem w tak wielkim szoku, że nie wiedziałem co robić, i tym razem to Bothanin miał więcej mózgu niż ja. Na zastanawianie się co się odpieprzyło była pora potem. Teraz była pora uciekać. Padawan rzucił się do walki z YVH. Nie miał szans. To była za duża przepaść fizyczna. Nie miał fizycznych szans go dogonić, nie miał fizycznych szans wytrzymywać tej skali ostrzału, nie miał fizycznie dość pary żeby wyczerpać go i przyskrzynić. To po prostu nie ten kaliber fizyczny i było to boleśnie widać. Zresztą, dla uświadomienia. On jest z fizycznej sfery Deron, Llyn’hana czy Glauru. A mimo to to nie było zadeptanie. Okka’rin przegrywał w zaciętej i zawziętej walce. Ale wiedziałem, ze nie ma szans, a do tego ledwo żył, cały dymił i był pokryty ogromnymi ranami. Nawet jeśli tylko w kilku procentach tak wielkimi jak powinien. YVH musiał go dopaść, a Okka’rin w takim stanie do niczego nie przeżyłby tego. Zacząłem gnać czym prędzej po śmigacz.

Gdy wróciłem, Okka’rin już ledwo żył. Nie miał szans. Użyłem śmigacza jako taranu. Rozjechałem YVH z największym impetem jaki potrafiłem wykrzesać gdy Denarsk ostatkiem sił zajmował droida. Choć przypieprzyłem z prędkością co najmniej 400 kilometrów na godzinę wielkim powietrzniakiem, śmigacz oberwał bardziej niż YVH, nawet nieporysowany, ale impet uderzenia wyrzucił go setkę metrów dalej i zrzucił w dół. Mieliśmy może parę sekund nim wróciłby na górę. Zgarnąłem szybko taozin Okka’rina Mocą i wciągnąłem go do śmigacza i zaczęliśmy wiać. YVH ścigał nas ostro, ale znając snajperskie zdolności mendy, zacząłem kompletnie dziki i chaotyczny lot i w stronę tras cywilnych, skąd szybko ktoś wezwałby wojsko. Udało się zwiać.

Bothanin ledwo żył. Ratowałem jego dymiące wciąż ciało medpakietem który tam mieliśmy. Odpadał z niego syf, lał się z niego syf. Był kompletnym niekomunikatywnym wrakiem. Bałem się parkować gdziekolwiek, ale jak to na Hakassi, do najbliższego śladu cywilizacji było kilkaset kilometrów. W końcu po oddaleniu się sto kilometrów od miejsca akcji wylądowałem na wysokim wzgórzu z niezłą widocznością. Tam zalałem go wszelką możliwą bactą, podałem od groma przeciwbólowych, dałem mu resztę wody ze śmigacza. Ledwo zipiał, ale był w stabilnym stanie. Zaraz dojechaliśmy do Ord Trasi, gdzie szybko znalazłem najbliższy szpital. Jestem rozpoznawalyn przez kontakt z mediami, ale przedstawianie się jako Jedi było oczywiście wykluczonym idiotyzmem i kolejnym ciosem wizerunkowym. Nie gwarantowałoby szybszej pomocy, bo ktoś w stanie Okka’rina i tak by ją dostał. Zawiązałem więc opaskę (puste białe ślepia są zbyt charakterystyczne), zrobiłem se spódnicę z płaszcza ukryć nogi i udawałem niewidomego ze śmigaczem na autopilocie, kto znalazł tego pana na pustkowiu gdy badał kraby. Stan Okka’rina był tak tragiczny, że nikt nawet za bardzo nie pytał, a ofiary nieludzko okrutnych napadów poza miastami to coś czego na Hakassi nie trzeba zbyt dobrze sprzedawać.

Okka’rin może i umierał, może i byliśmy skonani, ja ranny i ledwo żywy, a przed nami zagadka tego jakim cudem Okka’rin to przeżył (dobra – Aurożerca, tego się każdy domyśla, ale jak?!), ale robota to robota. Następnie udało mi się dolecieć do Hakassi i tam spotkać z facetem z wojska, który przedstawił holowiadomość Sektora Prefsbelt w imieniu Resztek Imperium z pewnymi informacjami dla świata Hakassi i innych pokrzywdzonych przez wiadomą grupę. To delikatne informacje i muszę je przekazać Rycerzom na uboczu.




Padawan Denarsk Okka'rin pisze:Aurożerca ocalił mi życie.

Pozostaje dla mnie bezkreśnie oczywistym, że w jakiś sposób uratował mnie Aurożerca. Gdy amulet taozina zaczął wypalać mi już prawdziwą dziurę w szatach i klatce piersiowej, sądziłem raczej, że w jakiś sposób ten byt wyczuwa, że część jego pokarmu umiera i niewiele więcej. Jednakże nie było to prawdą. Wydaje się, że chciał mi w jakiś sposób pomóc. Przypływ sił fizycznych, który pozwolił mi rozerwać metalowe kable szarpaniem rękoma jest nie do wytłumaczenia w inny sposób. Równako nie do wytłumaczenia w inny sposób jest to, że przeżyłem rozstrzelanie. Nie wiem, czy coś zaleczało moje rany, czy coś odbijało pociski, czy coś wchłaniało ich siłę. Byłem zbyt otumaniony i zrujnowany bólem, moja świadomość nie potrafiła nawet ocenić gdzie ja jestem. Czy wciąż posiadam kończyny. Ból setki poparzeń przerasta wszelkie skale tak bardzo, dla mnie przynajmniej, że nie szło już ocenić, czy to może nie jest jednak ból tysiąca. Na tym poziomie szczytu różnice nie do wyczucia...

Nie ulega żadnej wątpliwości, że Aurożerca w jakiś sposób potrafi namierzyć to co odcina go od "ofiary", patrząc po tym co zaczęło się dziać z moim amuletem. W pierwszych miesiącach na Hakassi zdarzało mu się delikatnie zadrzeć, co zwiastowało już problemy, ale dopiero teraz dotarło to do takich poziomów, implikując, że Aurożerca się uczy i rozwija. Padawan Mohrgan słusznie rzekł, że może udaje mu się wyczuć "krawędzie" swojej percepcji, gdzie się ona kończy i tam działać, a dalej wiedzieć o istnieniu "celu" z racji związku z cząstką we mnie. Tak jak pani Mistyk potrafi wyczuwać Kel Dora i z taozinem przez ich więź (choć poziom nieporównywalny).

Ten bytu z horroru, ta wcielona aberracja i arcyplugastwo... Posiada wolę, wolę całkiem sprzeczną ze swoją przerażającą naturą. Naturą, której nawet winne to nie jest. Czemu podjął decyzję - bo śmiem nazwać to decyzją - mnie ratować, to zostaje zgadywać...


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 157
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33
Lokalizacja: nie Polska :DD

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 29 cze 2021, 18:06

Morcanth
Cisza przed burzą


1. Data, godzina zdarzenia: 28.05.21, 21:00-03:00

2. Opis wydarzenia:

Prace nad modyfikacjami obu promów zdawały się trwać cale wieki. Warto jednak zaznaczyć, że choć Rycerz Slorkan wyraźnie nie czerpał przyjemności z zarządzania grupą niemechaników, robił to absolutnie świetnie. Każdy wiedział co ma robić i kiedy. Dość szybko zaczęliśmy też pracować na zmiany, tak by pracy w ogóle nie przerywać. Cały czas ktoś zajmował się przeróbkami, kalibracją lub choćby sprzątaniem. Trzeba przyznać, że zmęczenie i racjonowanie nutripasty w połączeniu z przesiąknięciem planety Ciemną Stroną i przebłyskami świadomości, że mogą to być ostatnie dni naszego życia, nie pomagały. W końcu jednak Sentinel miał nowe silniki, a prom naszych zdobycznych kolegów był tak upodobniony do naszego jak to tylko możliwe. Wtedy to Cradum przejął pałeczkę. Jego zadaniem było zgranie z Sentinela wszelkich danych związanych z kolejnością, tempem i sposobem uruchamiania poszczególnych systemów i zaprogramowanie promu podpuchy w dokładnie taki sam sposób. Razem z Rycerzem i chłopakami mieliśmy wtedy okazję zdrzemnąć się w ciszy. Gdy tylko Padawan skończył podrabiać sygnatury, propagować algorytmy autopilota i pewnie robić kilka innych rzeczy, nie pozostało nam nic jak posprzątać i odstawić naszych drogich Hueleańczyków do naszego promu.

Wszystko było takie normalne i spokojne. Zabrałam Mateo i pierwszą część bagaży, wróciłam po Skalda, pokazałam gdzie jest jedzenie. Powrót też był normalny. Tak, kolory nieba i ziemi były inne niż jakiejkolwiek, które wcześniej widziałam, piach był spalony. Zazwyczaj człowiek nie myśli o tym, że piach jest martwy, ale na Morcanth tak - nie odbijał światła tak jak powinien. Powietrze nie pachniało jak powinno, gęste chmury przepuszczały tylko bladopomarańczowe światło. To wszystko jednak stało się naszą codziennością, nawet wszechobecna Ciemna Strona. Przyzwyczajenie to podstępna bestia.

Huk był potężny. Musiał być. Dobiegł mnie w połowie drogi powrotnej z niezidentyfikowanego kierunku i zawtórował echem z krótkofalówki. Zatrzymałam się na moment, prawie bezwiednie. Nienormalna normalność skończyła się w ułamku sekundy.

Na miejscu Rycerz i Cradum patrzyli w dal, z której nadciągały satelity obrony planetarnej z działami laserowymi. Pięć satelit. Zanim jeszcze zdążyłam się zatrzymać, Rycerz krzyczał, żebym wzięła blaster. Na szczęście karabin i dwa ogniwa nie zagubiły się nam w czasie tułaczki. Zanim załadowałam broń, obaj zdążyli już oberwać. Starcie było potworne. Rycerz i Padawan ściągali na siebie ogień, a ja strzelałam do tych latających odchodów Bisa. Szczerze, do tej pory dziwię się, że się udało. Nie mniej jednak, myśl, że każde pudło może kosztować życie któregoś z nich, było delikatnie mówiąc mobilizujące. Nie jestem w stanie opisać po kolei tego, co się działo. Pamiętam niesamowite skoki Rycerza, błysk miecza Craduma i kolejne spadające satelity. Po dezaktywacji ostatniej i wykrzyczeniu kilku obelg w jej kierunku, zauważyłam leżącego Rycerza, a później własną, obrzydliwie poparzoną rękę. Świadomość bólu dopiero do mnie docierała, jednak i tak musiała zostać wygłuszona.

Oboje z Padawanem trochę oberwaliśmy, ale trzymaliśmy się na nogach. Rycerz ledwo oddychał, drżał. Leżał nieruchomo w piachu z dziurą w brzuchu. Krwi nie było, rozszarpane, zwęglone mięśnie jak najbardziej.

Kompletna dygresja. Niedługo po przeprowadzce na Hakassi mieliśmy odwołany trening. Rycerz Avidhal nas wtedy przejął. Pamiętam, że Violet siedziała na wózku, sama chyba też byłam trochę potłuczona. Rycerz nie bardzo wiedział co z dwiema kulawymi zrobić, więc zabrał nas do ambulatorium i zrobił szkolenie z pierwszej pomocy. Szkolenie było bardzo podstawowe: to jest strzykawka, tu mamy stymulanty, tym można zmierzyć plus. W którymś momencie zaczął pokazywać co jest w bardziej zaawansowanym medpakiecie i powiedział: to jest pianka, którą można kogoś uszczelnić, jeśli będzie rozpruty w warunkach polowych. Nigdy czegoś takiego nie widziałam i pomyślałam, że kiedyś na bank się przyda. Na spalonym piachu wrakowiska miał miejsce trzeci raz, gdy "kiedyś" miało miejsce i pianka uratowała komuś życie - tym razem Rycerskie.

Po wstępnym ogarnięciu naszych ran, kryzys wydawał się być chwilowo zażegnany. Poszłam po kawałek blachy, który miał robić za przyczepione do śmigacza sanki do transportu zaklejonego na słowo honoru Rycerza. W tym samym czasie Cradum poszedł włączyć autopilota hueleańskiego promu. Musieliśmy zbierać się szybko, kolejne satelity mogły nas zaatakować w każdej chwili.

W momencie, gdy Rycerz był już przywiązany do sanek, prom zaczął się wznosić. Cradum wyskoczył i nie wiem co się stało. Osunięcie się na piasku? Uraz po walce z satelitami? Krzyk, widok otwartego złamania goleni, szybkie wciąganie Padawana na sanki, odpalenie śmigacza - to stało się na pewno.

Kilkadziesiąt kilometrów, jakie dzieliły nas od Sentinela były mordęgą, szczególnie dla biednego Aero Chasera, który zabrał nas wtedy w swoją ostatnią podróż. Przy windzie promu już się cieszyłam na moment, w którym będę mogła spokojnie usiąść i się rozpłakać. Jak mi się wtedy chciało płakać. I pić mi się też chciało strasznie, ale płakać bardziej.

Na pokładzie obejrzałam jeszcze nogę Craduma. Kość uciskała większe naczynia krwionośne, stopa była zimna. Nastawiłam bez informowania, co będę robić, bo już nie miałam siły mówić. Padawan krzyknął, że boli, ja krzyknęłam, że wszystko będzie dobrze, Rycerz, że mamy się uspokoić. Ten moment to był skraj naszej psychicznej wytrzymałości, potem, o dziwo, było już lepiej.

Gdy tylko Padawan złapał oddech, podjął próbę przesłania raportów. Cały czas monitorował też obecność promu i fregaty. Nie trwało to długo, kilkanaście, może kilkadziesiąt minut, ale w pewnymmomencie rozpromienił się i oznajmił, że raporty przeszły, a sygnał wraku zniknął. Plan Rycerza się powiódł. Teraz pozostało nam już "tylko" wydostać się z Morcanth i przeżyć.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 512
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 30 cze 2021, 16:47

Fontanna Starożytnych - prolog epilogu

1. Data, godzina zdarzenia: 27.06.21, 21:00-01:00

2. Opis wydarzenia:

Kontaktował się ze mną Marco Dovin, twórca klatooińskich szklanych ozdób. Tu zaczyna się najtrudniejsza kwestia. Najwyraźniej to Vergee coś dogadywał z komendantem Terko w jego sprawie. Ale nie zostawił z tego żadnej notatki. Przez co nic kompletnie nie wiedziałem na wstępie. Nim jednak przejdę dalej, to w drodze rozmowy w bazie i późniejszych rozmów w dalszym toku wydarzenia, które raportuję, udało mi się pewne rzeczy odtworzyć i zebrać do kupy.
- Marco Dovin współpracuje z komendantem Terko (który także jest Klatooinianem, co raczej już każdy wie) w sprawie przeciwdziałania przestępczości klatooińskiej. To znany i respektowany w społeczności rzeźbiarz, ze względu na to jaką wartość kulturową mają dla Klatooinian te produkty.
- Jest rzeźbiarzem tych szklanych ozdób z witrium, które dla Klatooinian są bardzo ważnym elementem kulturowym i tradycją. Mówimy tu zarówno o dużych posągach jak i małych wisiorkowych ozdóbkach.
- Święto o którym z policją rozmawiała Rycerz Valo - [ Odnośnik ] – to święto poświęcone Fontannie Starożytnych, dziwadłu z witrium które odnaleziono kiedyś na Klatooine i uważa się je za jakieś tajemnicze dzieło boskie.
- Marco Dovin i jego dzieła to ważny element obchodów tego święta, dzięki czemu współpraca z nim stwarza dogodne preteksty do pobytu tam i stosownej przykrywki.
- Święto to ma mieć miejsce niedługo. Wokół niego klatooińscy gangsterzy coś planują. Komendant Terko chciał by ktoś z nas tam był, monitorował sytuację, wypatrywał podejrzanych rzeczy i w razie czego interweniował i łapał gangusów.
- Samo święto jest naturalnie typowo klatooińskie i jest totalnie wewnętrzną tradycją, stąd na pobyt tam trzeba sensownej przykrywki.

Te informacje sklejałem do kupy mozolnie na przestrzeni wstępnej rozmowy i późniejszej wizyty w warsztacie Dovina. Brzmi prosto i łopatologicznie? Mam nadzieję, bo złożenie tego działając na oślep po trupie Vergee to było ciężkie zadanie. Łopatologiczność i przejrzystość to rezultat trudnej pracy nad zebraniem informacji, które źródłowo nie były ani trochę łopatologiczne i posortowane.

Teraz przechodząc do przebiegu. Dovin zaprosił mnie do swojego warsztatu na rozmowę, gdy na tamtym etapie ledwo coś rozumiałem. Zabrałem się szybko do drogi. Drand, Wodna 14, „Kryształowe Wyroby Klatooińskie” nazwa oficjalna. Okolica uznawana za lipną, z ostrzeżeniami na interaktywnej mapie, by tam nie parkować, bo patola.

Na miejscu, w sklepo-warsztacie Dovina był jeden z klientów, właściciel restauracji klatooińskich, z którym miałem chwilę ostrożnie porozmawiać, udając typowego wyjebkowicza, dla którego niech każdy robi co chce i co to kogo obchodzi, póki innym nie przeszkadza. Dobre stanowisko wyjściowe na pogadanie z ludźmi o tarciach kulturowych i napięciach, bo jest się tak zupełnie bezstronnym. Łatwo wywęszyć, że klatooińskim rodakom Hakassi nie pasuje, bo nie szanują ich kultury i nie pozwalają rozwiązywać sporów bijatykami. Coś tam delikatnie, subtelnie, mówiłem o tym, że jednak decyduje gospodarz i kto był pierwszy i kto ustanowił infrastrukturę. Nic więcej nie polecam. Ani nie ma sensu bić się z takimi dziwadłami, ani iść na starcie poglądowe bo odpali się tylko tryb obronny. Trzeba tylko delikatnie przesuwać, nie bić się z całym pakietem poglądowym, tylko delikatnie po kawałku.

Zaraz zostaliśmy sami z Dovinem i miałem okazję na dłuższą rozmowę z nim, w której odbudowałem stopniowo tą wiedzę straconą przez Vergiego, co nie było łatwe przy działaniu przeze mnie na oślep i przy tym że Marco gadał tylko z komendantem do tej pory. Złożone fakty macie na górze na wstępie.

Przy tej okazji mogłem trochę wybadać atmosferę wśród Klatooinian i sytuację. To wygląda na jeden z tych kompletnie nierozwiązywalnych problemów, które prostuje się dekadami. Tu nie ma przestępczości powstałej od góry, nie. To jest kompletnie oddolne i przesiąknięte tym cholerstwem. Oni mają gigantyczne tendencje przemocowe, są jak Aqualishowe. Oni z natury ciągną w ten syf. Jedyna nadzieja na jakieś unormowanie tej sytuacji to dosłownie zgarnąć wszystkich bandziorów i powiązanych z nimi do pierdla i to upłynnić, a w wypadku pozostałych liczyć na sensowną edukację. Oczywiście jestem zupełnie świadom pętli opartej o to, że oni wszyscy mają hordy znajomych i rodzin, którzy się zradykalizują od posłania ich do pierdli, ale niestety chyba tylko brutalne rozwiązania mogą coś dać. Marniejące perspektywy ekonomiczne też tym bardziej pchają ich w narkotyki i bandyctwo. Odfiltrowanie bandyterki i rozbicie gangu to fundament, ale na Hakassi musi wrócić stabilność i opcja na inwestycje w edukację nowych pokoleń, bo prawdę mówiąc, obecne wydaje się stracone.

W międzyczasie mieliśmy wizytę klientki turystki. Drobny smutny pokaz że dla większości ludzi, nawet jeśli to ciepły protekcjonalizm, to kultura takich Klatooinian to prymitywizm i uwstecznienie… Co jest zupełnie zrozumiałe, bo tak się zachowują, ale logiczne reakcje na ten prymitywizm tylko ten prymitywizm nakręcają… I typowa społeczno-rasowa pętla bez wyjścia. Meh.

Mieliśmy też wizytę konkurencji Dovina. Niejaki „Ralko”, oferujący gówniane pieniądze za wykupienie jego biznesu. Szybko przeszedł do pogróżek podpaleń i pobić. Ukróciłem temat raczej bardzo skutecznie. Pan skory do wpierdzielu i jego rozlasowana szczęka z zębami pływającymi po podłodze dostał dobitny przekaz, co go czeka, jeśli zakładowi coś się stanie i kto będzie go szukał.

Przedostatnia sprawa to kwestia nas. Dovin chce zrobić figury Jedi na święto. Chcą z komendantem wykorzystać okazję na jakiś lekki subtelny pro-hakassański marketing, a postacie herosów to zawsze do tego dobra koncepcja. Tutaj zupełnie zdaję się na Dovina, który jest klatooińskim emigrantem i zna to środowisko na wylot. Pobrał ze mnie odpowiednie wymiary i skany 3D na taką rzeźbę, ale może przydać się więcej. Zasugerowałem, że mamy przecież detaliczne skany i przekroje wszystkiego na potrzeby medyczne w swoich kartotekach. Przedstawiłem mu po kolei osoby wśród nas i byłby zainteresowany:
- Mistrzynią Vile – mówić nie trzeba
- Rycerzem Avidhalem – mówić nie trzeba
- Rycerz Valo – znana w kręgach militarnych i zainteresowanych wojskowym techem i ładna
- Uczennicą Saarai – znana z Odika i mediów i ładna
Poprosiłbym te cztery osoby o przesłanie swoich pomiarów i skanów fizycznych z kartotek medycznych. Każda osoba takie ma.

I finalna sprawa. Czyli kwestia tego święta i naszego udziału. Ktoś od nas musi tam być jako ukryty monitoring i ktoś kto w razie czego zainterweniuje w razie problemów. Ludzie kategorycznie odpadają przez animozje rasowe, nie będą tam pasować, to święto klatooińskie, delikwentów z rasowego wygnajewa. Człowiek leży, to musi być ktoś wyglądający na wyklętego ze środowisk ludzkich. Z tego samego powodu odpadam ja – Arkanianin to albo jakiś meta-człowiek nieznanej rasy (źle), albo faktycznie Arkanianin, sługus Imperium. Odpada Alaeta – Chissy to wiadomo. Okka’rin też. Carr słabo. Rycerz Slorkan może, ale on i praca w patologii to tragiczny pomysł. To zostawia bardzo wąską listę. Delikwent będzie robić tam za asystenta Marco Dovina i wsparcie na jego straganie z rzeźbami.

Zaproponowałem Llyn’hana. Dobra robota dla ciebie. Nie masz gadane, delikatnie mówiąc, ale umiesz się bić nawet bez miecza, a oni to szanują w razie czego. Sytuacje bojowo-problemowe i łapanie gości też ogarniesz. Idealna robota. Rasowo jesteś stworzony perfekcyjnie do wtopienia się w tłum wśród Klatooinian, wprost perfekcyjnie. Vanukar w miarę rasowo też by dał radę, ale dla niego idzie znaleźć inne rzeczy. Także właściwie cię już na tą robotę zapisałem.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 157
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33
Lokalizacja: nie Polska :DD

Re: Sprawozdania

Postautor: Rylanor Loken dodano: 10 lip 2021, 15:35

Niespodziewany sojusznik

1. Data, godzina zdarzenia: 07.07.21, 21:00-01:00

2. Opis wydarzenia:

Niech Bogini błogosławi i strzeże plemię Jedi! Nasze obozowisko jest miejscem co raz to większych cudów, a oto jeden z nich.

W godzinach podpadających już pod kategorie wieczorne, trenowałem wspólnie z drogim bratem Farhirem kwestie Róży Wiatrów, tudzież raczyliśmy się pogodną rozmową w tych niespokojnych czasach (>sugerowanie, że kiedykolwiek plemię Jedi przeżywało spokojne czasy). Do naszej dwójki dołączyli po chwili brat Rycerz Ashtar Tey (którego swoją drogą bardzo miło było w końcu poznać), oraz brat Padawan Thang Glauru. Temat rozmowy zszedł w tej chwili na rychłe przedsięwzięcie "morderstwa" brata Adepta Farhira, które mogłoby wspomóc plan infiltracji grupy najemniczej przez brata Padawana Thanga Glauru. Mimo próby wspólnego rozszczepienia pomysłu ponownie na czynniki pierwsze, powoli dochodziliśmy do wniosku, że przesadne kombinowanie może jedynie zaszkodzić całej scence, zamiast wypaść przekonująco przed kamerami wrogich nam obserwatorów.
Nasze rozważania zostały przerwane przez całkowicie niespodziewane i nagłe ostrzeżenie ze strony ducha maszyny SDK, o oderwanym od ruchu powietrznego śmigaczu, zbliżającym się niebezpiecznie szybko ku naszym pozycjom. Rzeczywiście, zaledwie parę chwil po tym komunikacie, powietrzny rydwan dosłownie rąbnął o fasady budynku na którym znajdowaliśmy, wytrącając wszystkich z równowagi, poza Rycerzem Tey'em. Dalszy bieg wydarzeń rozgrywał się w mgnieniu oka. Brat Padawan Thang Glauru, na znak zagrożenia czmychnął czym prędzej do środka placówki, powarkując przy tym gardłowo, że nie może być rozpoznanym. To zbiegło się w czasie z niemalże natychmiastowym protestem wyrażonym przez brata Adepta Farhira wobec takiej postawy, który sfrustrowany tym faktem sam wgramolił się dla swego bezpieczeństwa do naszego śmigacza powietrznego (co akurat w tym wypadku było w pełni uzasadnione).
W tym czasie mi udało się odzyskać równowagę, z zamiarem okazania wsparcia Rycerzowi Tey'owi w zażegnaniu zagrożenia ze strony kobiety, która wyskoczyła z wraku śmigacza, którym dopiero co uderzyła w budynek. Z początku zakładałem, że jest to jedynie terrorystka-samobójczyni na usługach naszego czerwonoskórego adwersarza, próbującego każdym sposobem wygnać nas znad jeziora. Prawda była znacznie bardziej... nieprawdopodobna? O czym zresztą mieliśmy się za chwilę przekonać. Brat Rycerz Tey ruszył za kobietą jako pierwszy, ja starałem się trzymać tuż za Rycerzem, a gdy ten wylądował i zagrodził drogę kobiecie, ja zająłem miejsce za jej plecami, by w razie zagrożenia również interweniować, co wkrótce miało się okazać konieczne. Uwaga kobiety była skupiona wyłącznie na Rycerzu, który próbował ją obezwładnić bez uczynienia jej krzywdy, próbując kopnięciem wybić jej z rąk karabin blasterowy w który była uzbrojona. Rycerz przypłacił to jednak raną postrzałową stopy, która z mojej perspektywy była wynikiem bardziej "szczęścia" czy raczej przypadku, że kobieta w delirce nacisnęła spust akurat w takiej chwili. By jak najszybciej pozbawić ją możliwości zrobienia sobie, czy nam krzywdy, korzystając z dogodnej pozycji za jej plecami, zgasiłem swój miecz świetlny i po prostu wykorzystując masę i siłe swego ciała będącego narzędziem Bogini, obaliłem kobietę na chodnik, a następnie po krótkich zapasach udało mi się ją obezwładnić przez założenie dźwigni i zablokowanie ramion na jej plecach. W międzyczasie, nawet nie zauważyłem kiedy, za mymi plecami zmaterializował się brat Padawan Thang Glauru, który również przystąpił do obserwowania tej niecodziennej sceny. Dodał również od siebie komentarz, że siostra Mistrzyni Vile zawyrokowała by pozwolić osobom opętanym na zbliżenie się do jeziora, ponieważ Duch Thon potrafi tych nieszczęśników uzdrawiać!
Kobieta... jak to się mówi... bredziła? Tak, to dobre słowo określające osobę cierpiącą na opętanie i będącą możliwie ustami Ducha z Jeziora. Stopniowo gdy kobieta uspokajała się podczas rozmowy z Rycerzem, luzowałem chwyt, aż w końcu uznałem, że nie jest kompletnie potrzebny, podobnie jak dawka środków uspokajających. Zacząłem więc uważniej słuchać jej słów, a parę z nich udało mi się zapamiętać i później w ambulatorium zanotować;

"On. On tam jest. Wejść w koniec. Stać się końcem. Zew końca. Zakończenia. Koniec konfliktu. Ciemność będzie światłem. Chaos harmonia."
Na pytanie o swe imię odpowiedziała:
"Nie będzie. Było. Imię było. Przeszłość nie będzie mieć znaczenia. Ale czas zawsze. Czas zawsze jest. Zawsze jest droga."
Odpowiedź na ponowne pytanie czy posiada jakieś imię:
"Tak. Ale to konflikt. Wszystko jest konfliktem. Wszystko walczy. Ale nie będzie. Koniec. Przyjdzie koniec. Chaos będzie harmonia. Chaos harmonia."

Kobieta mimo swego obłędu była bardzo zdroworozsądkowo zdeterminowana by udać się w stronę jeziora i zanurzyć w jego nurcie. Brat Rycerz Tey chwyciwszy jej dłoń poprowadził ją wspólnie ku niespokojnym wodom, podczas gdy ja oraz brat Padawan Thang Glauru, przyglądaliśmy się cudowi realizowanemu na naszych oczach i wykraczającego poza śmiertelne... czy nawet nieśmiertelne pojmowanie.

Farhir Carr pisze:Nim przejdę do tego, co działo się dalej, zaznaczyć trzeba bardzo ciekawy fakt. Z okien śmigacza zdawało mi się, że podczas wcześniejszych prób pochwycenia kobiety, Rycerz Tey próbował użyć magicznych sztuczek sądząc po gestykulacji. Nie dało to jednak za wiele i przyniosło ten niefortunny postrzał.

Ciąg dalszy to historia, którą trudno złożyć mi w całość przez przeżyte wtedy wrażenia. Dobiegające mnie głosy sugerowały, że Rycerz uspokoił kobietę wyjątkowo mocno, proponując jej wspólne udanie się do jeziora. Tam zaś zaczęły się rzeczy, które zostawiają mi w głowie ogromny mętlik...

Wspominałem, że według tego co sam od niej słyszałem, Mistrzyni Vile komunikowała się z istotą w jeziorze, próbowała do niej dotrzeć i asekurowała moment kontaktu Jeziora z poprzednią ofiarą. Tu jednak pamiętać trzeba, że nie jest to coś do repliki. To coś, do czego Mistrzyni Vile docierała przez lata mozolnych, bolesnych prób przebicia się do tej istoty, przeżywając za każdym razem agonię i prawie mdlejąc podczas prób porozumienia z tym stworzeniem, gdy to mistyczne antyżycie wykształcało w sobie wolę, a może i ona mu w tym pomagała. Nie można raczej marzyć o replice jej kontaktu z tą istotą, będącego zasługą lat prawdziwej męki i wystawienia się na niebywałe ryzyko prób intymnego kontaktu z tym dziełem horroru, życiem powołanym znikąd. Z drugiej jednak strony, to właśnie jej poświęcenie i ewolucja tego bytu sprawiły, że Aurożerca zaczął rozumieć ze świata wokół trochę więcej, interpretować pewne rzeczy samodzielnie. Samemu osiągać pewną zdolność tłumaczenia bodźców "naszego świata" na swoje zmysły. Mogło to dawać nadzieję na pewną formę wpływu na tą istotę, nadzieje na to, że zrozumie coś z naszej strony, nawet jeśli do intymnej więzi Mistrzyni Vile będzie niebywale daleko...

Kiedy Rycerz zaprowadził kobietę do wody... Nie wiem jak mam to nazwać... Ruchy wody... Nie miały żadnego sensu. Woda poruszała się tak, jak woda nie powinna. Fale zamykały się na ciasnej przestrzeni, potrafiły zawracać, potrafiły rodzić się znikąd na środku brudnej wody. Proszę wybaczyć, ale ruchów wody nie jestem w stanie opisać. Mając kilka dni na ochłonięcie, mogę podsumować to tak, że przeraziło mnie to, że mieszkamy otoczeni setkami kilometrów nieskończonej wody sięgającej aż po horyzont, wody będącej czymś wyjętym spod praw natury... Wody mogącej równie dobrze wylecieć do nieba i z powrotem albo zalać nas miliardami ton płynu i zabić. Zarazem przytłaczała świadomość, że pamiętając losy róznych postaci historycznych: Violet Suntessi, Niny Theiru, martwych ofiar z Prakith, setek martwych na Hakassi... Dzisiaj, dzięki temu że Mistrzyni Vile miesiącami dawała szansę demonicznemu dziecku gwałtu na prawach natury, mądry Rycerz świadomie prowadził kobietę do wody mającej ją zaraz pożreć, ufając w dobry koniec. Proszę przez chwilę przetrawić jak niewyobrażalnie potoczyła się ta historia i moje zawirowania każdy zrozumie. Rycerz Tey ewidentnie posyłał swoje myśli w Moc, obrazy przekształceń, porządkowania, oczyszczenia. Czułem je w swoim umyśle i podświadomość mówiła mi, że to jego myśli. Powinny mnie uspokajać, ale w obliczu zniesienia praw natury tylko dodawało niepokoju. Jeziorem zaczęła targać burza.

Kobieta została zabrana przez wodę. Otoczyła ją spirala wody, fale, zupełne... Zupełne nie wiem nawet co, zupełny chaos. Woda jakby ją zjadała, aż w pewnym momencie już tej kobiety nie było. Straciliśmy ją z oczu, kiedy jeziorem zaczęło targać jakby dudnił tam historyczny sztorm rzucający statkami o metry. Kobieta pofrunęła gdzieś jak kukiełka.

W jej odnalezieniu i pomocy bardziej uczestniczyli pozostali, gdy mnie przytłoczyły te wydarzenia... A może bardziej wejrzenie w ich konotacje i skale.


Kobieta została faktycznie wyrzucona po drugiej stronie plaży, co wyczuł brat Rycerz Tey i w te pędy popędził niewiaście na ratunek, a ja wraz z bratem Padawanem Thangiem ruszyliśmy jego śladem, by wspomóc akcje ratowniczą. Rycerz prędko zerwał z siebie szaty i wskoczył do wody w punkcie, gdzie wyczuwał obecność kobiety. Mniej więcej w tym samym czasie udało mi się dołączyć do brata Padawana Thanga i obaj przystanęliśmy na skraju tunelu prowadzącego do hangaru. Brat Thang w pewnej chwili słusznie zauważył, że Rycerz w wyniku postrzału stopy może mieć trudności z samodzielnym wydobyciem kobiety na powierzchnię wody, toteż niczym doskonale uformowana przez Boginię wodna forma życia, wskoczył w odmęty z gracją i prędkością wystrzelonej strzały. Ja w tym czasie nadal pozostałem na brzegu, by pomóc wyciągnąć z wody ranną, oraz samych ratujących, gdy tylko przycumują. Wsparcie brata Thanga okazało się bardzo istotne, odciążył rannego Rycerza i przetransportował bezpiecznie kobietę na skraj tunelu hangaru, gdzie pomogłem mu ją w końcu wyrwać z wody. Padawan zbadał puls poszkodowanej i oddech, który w obu wypadkach był słaby, ale wyczuwalny. Wydolność płuc poprawiła się znacznie (choć to był nadal dramat) gdy po przetransportowaniu na nosze, które sprowadził na mą prośbę drogi brat Farhir, udało mi się udrożnić jej drogi oddechowe poprzez wyciągnięcie z jamy ustnej ciał obcych... których lepiej nie opisywać. Wyplucie z siebie sporej ilości wody, którą pacjentka się zachłysnęła z pewnością również pomogło.

Oczyszczoną udało się w końcu przetransportować do ambulatorium, gdzie przystąpiłem do dalszych czynności ratunkowych. Tam też odnaleźliśmy brata Rycerza Teya, który zniknął mi z oczu po wyłowieniu kobiety. Prace znachorskie mogę podsumować w paru zdaniach, gdyż nie wymagały zbyt specjalistycznej opieki, a ja sam i tak mam nieco "praktyczne" problemy z obsługiwaniem bardziej skomplikowanych maszyn z setką lampek i wyświetlaczy. W pierwszej kolejności zaintubowałem niewiastę, by jak najszybciej dostarczyć tlen do osłabionych i mało wydolnych płuc. Zestaw do intubacji w połączeniu z podaniem stymulantu okazał się bezcenny i już po parunastu minutach mogłem zarejestrować na fikuśnie kolorowych tablicach skanera, że oczyszczona została unormowana. W tym czasie Rycerz Tey, Padawan Thang, oraz Adept Farhir rozmawiali nieopodal, a Rycerz zdaje się zdążył w tym czasie opatrzyć swą stopę, co dostrzegłem na skraju utraty świadomości ze zmęczenia.

Ostatnim wartym nadmienienia zdarzeniem tego wieczoru było wparowanie uzbrojonego w karabin blasterowy potencjalnego męża ofiary. Na całe szczęście bardzo szybko wyjaśniliśmy nieporozumienie, że nie mieliśmy nic wspólnego z wypadkiem, a jedynie pragnęliśmy pomóc małżonce mężczyzny. Uspokojonego już mężczyznę poprowadziłem ku nieprzytomnej, odwracając przy tym uwagę od brata Padawana Thanga Glauru, by ten wciąż pozostał niezauważony przez jegomościa, co pozwoliło mu wymknąć się z ambulatorium.
Mąż rozbrojony przez Rycerza Tey'a pozostaje nadal w ambulatorium, czuwając przy swej małżonce. Staram się tam bywać na bieżąco, by kontrolować odczyty witalne wracającej do zdrowia oczyszczonej, jak również dla zwyczajnego pretekstu obserwowania naszych gości, by niepotrzebnie nie wałęsali się po placówce i nie denerwowali choćby yuuzhańskich węży. W razie wszelakich potrzeb, zapewniłem że będę im wszystko przynosić.

(Karabin który z kolei miała przy sobie kobieta został również przeze mnie zabrany z dziedzińca po obezwładnieniu i został odniesiony do zbrojowni)

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Farhir Carr pisze:Wspomnę tylko na zakończenie, że wyjątkowo marny stan kobiety, jej częściowe utopienie i stan zdrowotny godny przeżycia najgorszych wstrząsów, dobitnie dowodzi, że próby łączności z Aurożercą mają wpływ na to jak ten proces przebiega. Ofiara prowadzona przez Mistrzynię Vile skończyła swoją przygodę w wiele lepszym stanie, tu kobieta osłaniana przez kogoś pozbawionego tej intymnej więzi co prawda przetrwała proces, ale w koszmarnie złym stanie. Wydaje się to potwierdzać słuszność stawiania zagadki, która targała wtedy mną i Rycerzem: czy i jaki mamy wpływ na to co się dzieje. Zarazem mamy tu dobitne potwierdzenie, że Aurożerca nauczył się po swojemu, w swoim zakrzywionym świecie, w którym sama istota "woli" i "myśli" to coś całkiem niepojmowalnego - interpretować to co słychać w tkance Mocy.


4. Autor raportu: Padawan Rylanor Loken oraz Adept Farhir Carr
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Rylanor Loken
Padawan
 
Posty: 182
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 11 lip 2021, 19:26

Na ratunek: Za przeczuciem w nieznane

1. Data, godzina zdarzenia: 03.07.21, 17:00-01:00

2. Opis wydarzenia:

Po treningu Adeptów do bazy przyleciał niewielki, ale ewidentnie wojskowy śmigacz powietrzny. Pilotem był żołnierz, który przyleciał do nas z niepokojącymi wieściami. Kilka godzin wcześniej miał miejsce zamach terrorystyczny na szpital w Ord Trasi. Baradium. Zgłoszono się do nas, ponieważ w zgliszczach znaleziono miecz świetlny. Własność Denarska Okka’rina. Adept Carr szybko połączył to z ostatnimi informacjami od Padawana Mohrgana. To szpital, w którym go zostawił. Mimo ostrożności Padawana i tak udało im się go wyśledzić. Ekipa ratunkowa nie znalazła jeszcze nikogo, kto przeżył, znajdując się w miejscu wybuchu. Nieznana była również liczba ofiar, nie mówiąc o losie naszego Bothanina. Wiedziałam jednak, że jeśli jakimś cudem przeżył ten zamach, to będzie potrzebował naszej pomocy. Zabrałam ze sobą jego miecz i poleciałam z żołnierzem do Ord Trasi; w luku bagażowym jednomiejscowej maszyny.

Droga trwała kolejne kilka godzin. Zgliszcza zrujnowanego szpitala znajdowały się w środku miasta. Wojsko zablokowało okoliczne drogi, co jednak nie przeszkodziło kilku ciekawskim przedostać się na miejsce. Ciężko nazwać to jednak czymś szkodliwym. Jeśli chodzi o sam wybuch, to wciąż nie znaleziono ocalałych. Wierząc żołnierzom - dość szybko zdano sobie sprawę, że takie poszukiwania zdane są na porażkę. Mało co jest w stanie przetrwać wybuch baradium, a z obliczeń wynika, że eksplozja ogarnęła swoim zasięgiem praktycznie cały szpital. Dodatkowo skany nie wskazywały na to, by cokolwiek organicznego przetrwało w środku. Świadkowie z zewnątrz, czy miejski monitoring również nie wskazywały na nic podejrzanego. Niestety szacuje się, że ilość baradium potrzebna do wywołania takiej eksplozji jest tak niewielka, że bez problemu ktoś mógłby wnieść to do środka w kieszeni, nie zwrócić na to uwagi. Brak śladów, brak tropów. Zostały jedynie zgliszcza.

Podczas konwencjonalnego dochodzenia nie udało mi się dojść do jakichkolwiek wskazówek, ale warte wspomnienia jest to, że nie powinniśmy rozgłaszać prawdziwego powodu tego ataku. Bez wątpienia to atak terrorystyczny, ale informacja o tym, że jego celem był nikt inny, tylko jeden z Jedi przyniosłaby zbyt wiele potencjalnie kontrowersyjnej atencji i poruszenia tłumów. Wskazówkę do dalszego zbadania przekazałam tylko jednemu z żołnierzy, który sam zwrócił na powyższe moją uwagę, który dobrze był tego świadomy. Theresse. Szansa może jest mała, ale kto wie. Być może osobiście zjawiła się zostawić bombę.

Co przyniosło już jakiś efekt, to zbadanie śladów pozostawionych w Mocy. Pierwszym, czego chciałam być pewna, to czy na pewno nikt wewnątrz nie został pogrzebany żywcem. Na to też wszystko wskazywało. Prawie nic, ponad delikatne, ale jednocześnie przytłaczające echo śmierci. Brak aur, brak cierpienia. Jedynie suche, ponure ślady przeszłości. Wśród tego znajdowało się jeszcze coś, a raczej wręcz przeciwnie, nie znajdowało się. Niewielkie, drobne pustki w Mocy. Ledwo zauważalne pustki rozsiane w okolicy. Tu pojawiła się pierwsza nadzieja, że może tak jak wsparł Denarska kilka dni wcześniej, tak i teraz Thon zdołał go uratować. Można powiedzieć, że przy bliższych oględzinach tego zjawiska udało mi się znaleźć wspólną nić między Denarskiem, a śladami pustki. Niezwykle drobną, delikatną, której nie sposób było dostrzec bez tych punktowych oględzin. Próbowałam znaleźć więcej wskazówek. Czegoś, co mogłoby potwierdzić moją teorię. Nic z tego. Tylko te dwa ślady obecności, w niewyjaśniony sposób splecione.

Odpowiedź pojawiła się dopiero później. Jedną z osób, które zlekceważyły zamknięte ulice i zbliżyły się do miejsca katastrofy był Quarren, jakiś kapłan. Wiele bardziej interesującym było jednak to, kogo przyprowadził ze sobą. Mały Aqualish, który z głową skierowaną wciąż na mnie kroczył powoli z wyciągniętą ręką. Nie miałam pewności, ale przypuszczałam kim on jest. Tym też był. Przykucnęłam i uścisnęłam rękę małej istoty, a wtedy zalała mnie fala. Próbowałam przygotować się na chaos, który mógł nadejść, lecz zbędne były moje trudy. Tsunami niezrozumiałych myśli, bólu. Obrazów i dźwięków pozbawionych ładu, z każdym krokiem jakby zbliżających do obłędu. Nie wiem, jak długo to trwało. Z mojej perspektywy długie minuty bezładnych, niepoznanych idei, które dopiero na końcu nabrały jakiegokolwiek sensu. Jakby podsumowaniem tego wszystkiego było wspomnienie. Miejsca, które wydawało się znajome, ale którego nie pamiętałam. Miejsca zamkniętego, ciasnego. Obraz Denarska rzucającego się na ostrze. W którym to tylko zawieszony naszyjnik ratuje Bothanina przez rozpruciem. Wbija się przy tym w jego ciało. Tyle. Następne co poczułam, to ból głowy, gdy leżałam na bruku. Żołnierze byli zaalarmowani tym, co się stało. Trudno się im też dziwić. Zaczęli krzyczeć na małą istotę, z którą kontakt powalił Jedi. Wytłumaczyłam to jednak ciężką migreną. Wystarczyło, bo ich uspokoić.

W pierwszym momencie ta przesłana mi myśl przyniosła wspomnienie mojego i Denarska starcia z Bisem. Ten pierwszy strzał okazał się chybiony. Myślałam, że Thon wskazuje mi miejsce, które znam. Że to tam zabrał Denarska, ratując go przed wybuchem. Skontaktowałam się z bazą, by to sprawdzili, ponieważ to miejsce było stosunkowo blisko bazy. Niestety nic, pustka.

Dopiero kilka chwil później zdecydowałam się wrócić myślami do tego, co pokazał mi Thon. Tym razem bez chaosu, bez bólu, nieładu. Okazuje się, że rzeczywiście pokazał mi on drogę, lecz w całkiem inny sposób. Można powiedzieć, że w sposób, którego nie dało się w pełni zrozumieć. Przekazał mi wspomnienie, które tym razem było bardziej klarowne. Dwie istoty ciągnące ledwo trzymającego się na nogach Denarska po ciasnym korytarzu. Laboratorium. Miejsce, którego nigdy nie widziałam, jednocześnie w jakiś sposób znajome. A tam Bothanin rzuca się klatką piersiową na ostrze. Najpewniej chcąc przy tym zniszczyć medalion ukrywający go znów przed potencjalną pomocą. Przed Thonem. To jednak go nie niszczy, a jedynie zrywa na moment, by sekundę później ktoś wbił talizman z powrotem w ciało Denarska. Skupiając się na tym obrazie, tym ofiarowanym mi wspomnieniu - poczułam to. Podświadomy, delikatny instynkt wskazujący kierunek. W ten sposób Thon pokazał mi drogę. Nie wiedziałam gdzie, nie wiedziałam jak daleko, ale wiedziałam w którym kierunku. Nie kontaktowałam się już z bazą w obawie, że będą w stanie przechwycić wiadomość. Element zaskoczenia miał być po mojej stronie. Na wypożyczonym nieopodal szpitala smigaczu ruszyłam w kilkugodzinną podróż, podążając za wewnętrznym kompasem.

W końcu dotarłam na miejsce, do podziemnego kompleksu. Zostawiłam śmigacz nieco wcześniej, nim wkroczyłam do sieci jaskiń. Kilkaset metrów wgłąb trafiłam na wrota, przez które dostałam się do środka. Zasięg był marny, ale i tak przygotowałam wiadomość z koordynatami do wysłania na wypadek wykrycia. Korytarz w którym się znajdowałam był najwidoczniej przejściem serwisowym, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest szansa na to, że nie zostałam jeszcze wykryta. Ruszyłam na poszukiwania.

Nie było możliwości otworzenia większości przejść do wewnątrz z tej strony. Tylko jedno, które prowadziło do niewielkiego pokoju z wiekowym sprzętem. Zaś zza drzwi prowadzących dalej dobiegł mnie głos. Męski. Bez wątpienia Umbaran. Wydawał rozkazy. Moment później usłyszałam metaliczny trzask, zaraz kolejny. Zderzenie ciężkiej, stalowej stopy z podłogą. YVH. Możliwe nie jeden. Podczas nasłuchiwania czujnik zbliżeniowy drzwi musiał mnie wykryć. Drzwi otworzyły się, co zaraz zwróciło uwagę Umbaranina. W moją stronę kroczył już jeden z droidów, który sprawdzić miał co się dzieje. Tak też zakończył się czas na podchody. Nie miałam jak się wycofać. Mogłam jedynie wykorzystać moment zaskoczenia, by zaatakować zbliżającego się droida. Tak też zrobiłam, ale złudnym byłoby przypuszczać, że jedno takie natarcie pozwoli zneutralizować jednostkę YVH. Ledwo zdążyłam go trafić, porazić modułem ogłuszającym, jak ten odskoczył, a Umbaran i drugi droid zaczęli strzelać. Pociski blasterów nie były jednak zagrożeniem na tym samym poziomie, co zaraz deszcz granatów i rakiet z nadgarstków zabójców Yuuzhan Vong w połączeniu z ciasnymi korytarzami. Gdyby tego jeszcze było mało, to wtedy dotarł do mnie jego głos. Azatu. Ten jednak na szczęście zlekceważył potencjalne zagrożenie. Nie jest to dziwne. Zamknął zdalnie przejście, przez które dostałam się do środka i pozostawił mnie na pastwę YVH. Otarłam się prawie o śmierć w towarzystwie wybuchów rakiet i granatów, gdy to dopiero pierwszy z droidów padł. Dalsza frontalna walka mogłaby skończyć się marnie, więc uciekłam. Zgubili mój ślad i trwającej dłuższą chwilę grze w kotka i myszkę udało mi się zarówno ogłuszyć Umbaranina, jak i zneutralizować drugiego YVH. Jednak w tym stanie ciężko byłoby mi jakkolwiek równać się z Sithem. Wydawało się, że całe moje ciało parzy od bąbli i przypaleń po wybuchach, ale wiedziałam, że odpuścić już nie mogę. W trakcie walki miałam też moment na spostrzeżenie go. Stał za pancerną, grubą szybą. W swego rodzaju laboratorium. Zaś obok niego, wewnątrz kuli energii lewitował nieprzytomny najwyraźniej Denarsk. Nie mam pojęcia co próbował tam zrobić, nie miałam możliwości przedostania się głębiej do środka.

Zasugerowałam wymianę Denarska za Umbaranina, lecz ten ku mojemu pewnemu zdziwieniu podszedł do tego lekko. Gotów był poświęcić go w imię pracy, którą tutaj wykonują. Przekonany był, że on też przyjąłby chętnie takie poświęcenie. Spróbowałam też wezwać Thona, który może teraz byłby w stanie wlecieć do środka. Odpowiedział. Tym razem też z chaosu jego myśli udało się wyczytać, że nie był w stanie dostać się do środka, mimo prób. Sytuacja przyznam wyglądała beznadziejnie, aż do momentu, w którym w mojej głowie pojawił się obraz. Symbol dobrze nam znany, widniejący w cyfronotesach z ruin, który wykorzystany został do związania Thona z jeziorem. Wyryty był w podłodze. Nie jeden, a dziesiątki tych samych symboli, w pokoju, w którym znajdowała się szyba do laboratorium. To musiało być to, co nie pozwalało Thonowi działać. Razem z nieprzytomnym zakładnikiem ruszyłam do szyby, lecz ledwo zdążyłam wymienić dwa słowa ze stojącym za szybą antagonistą, nim coś nam przerwało. Nie zauważyłam, że w laboratorium czegoś brakowało. Brakowało Denarska.

Odwróciłam się i z drzwi, które przed momentem sama przekraczałam wyłonił się właśnie on. Nie widać w nim było przyjaciela. Z jego zachowania, zachowania Sitha, jego ruchów w moment zauważyłam, że był marionetką. Azatu przejął nad Denarskiem kontrolę. Zmierzał powolnymi, nieobecnymi ruchami w moją stronę z włączonym mieczem. Całe szczęście wbudowany w mój miecz moduł ogłuszający dawał mi to chociaż niewielkie przekonanie, że jestem w stanie bronić się z mniejszą szansą na własnoręczne uśmiercenie Padawana. Nim jednak do starcia doszło - ruszyłam pierwsza. Nie na Denarska, ale w kierunku najbliższego z symboli. Zaczęłam niszczyć ich perfekcyjnie wyrytą strukturę swoim mieczem, kreśląc ostrzem ślady w podłodze. Dopiero tu Azatu się przejął. Już po kilku cięciach uciekł z laboratorium w głąb kompleksu. Kontynuowałam niszczenie pieczęci, jednocześnie broniąc się przed nacierającą w moją stronę marionetką, której jednak kunszt szermierczy prawie dorównywał oryginałowi, chociaż w pewnym momentach mogło się wydawać, że hamował. Walczył. Mniej więcej w momencie, w którym zniszczyłam ostatni z symboli udało mi się zatrzymać i atakującego Bothanina, ogłuszając go, jednocześnie smażąc coś, co wystawało z szaty Denarska w okolicach brzucha. Nie byłam pewna, czy to taozin, czy coś innego, ponad to, że nie powinno tak to wyglądać. Nie miałam też czasu sprawdzać.

Ledwo upewniłam się, że Denarsk wciąż żyje - nieprzytomny Umbaranin wzniósł się nad ziemię i zaczął lewitować w stronę wyjścia. Nie miałam zamiaru tak łatwo oddać jednej z ostatnich kart, jakie mi zostały. Ruszyłam i skoczyłam w stronę zakładnika, by go uziemić. Na marne jednak moje trudy. Moment później w drzwiach stanął Azatu, by nagłym pchnięciem rzucić mną o ścianę. Uderzenie, kolejny, nagły atak bólu, ponad ten stały, pulsujący przez całe poparzone ciało. Nim zorientowałam się co się dzieje - w moją stronę pędził już rzucony przez Sitha miecz, który w ostatniej chwili udało mi się odbić własnym. W tym samym też momencie między mną a Azatu stanął Denarsk. Już nie marionetka. Najwyraźniej Sith stracił nad nim kontrolę. Wtedy też stwierdził, że nie ma dość czasu, by zająć się nami. Wiedział, że Denarsk stanie do tej walki nawet, jeśli jego serce chwilę po miałoby rozpaść się na kawałki. W moment po tych słowach, gdy Bothanin szykował się do szarzy - Azatu gwałtownie wyciągnął przed siebie dłonie. Wiedziałam co to oznacza. Odpowiedziałam tym samym. Nie o siebie się martwiłam. Jeśli Denarsk przyjąłby to uderzenie z całą siłą, jego szanse na wyjście stąd żywym zmalały by jeszcze bardziej. Nie wiem czy mogłabym mierzyć się z siłą tego pchnięcia w pełni sił, nie mówiąc o tym w jakim byłam stanie. Udało się jednak spowolnić upadek Bothanina na tyle, na ile było to w tym wypadku możliwe. Szczęśliwie też wylądował prosto na mnie, co bez wątpienia zamortyzowało upadek. Sith zniknął za drzwiami.

Pogoń za nim albo skazana była na niepowodzenie, albo byłaby samobójstwem. Nie było czasu się rozglądać, sprawdzać. Nawet jeśli miejsce w którym konaliśmy było skarbnicą wiedzy. Wciąż musieliśmy się wydostać, a znając Sitha i Bisa - niedługo przestanie ono istnieć. Tyle co poświęciłam chwilę na zabranie rękojeści, której używał Denarsk, którą przypiełam do pasa, jako już trzecią, nim zaczęłam ciągnąć umierającego Bothanina w stronę wyjścia. Miał on jedynie tyle sił, by słabym głosem powiedzieć, że boi się, że nie doczeka chwili, w której będzie mógł powiedzieć nam czego się dowiedział. Jak to Azatu chciał wykorzystać go do zniszczenia Aurożercy. Ciągnięty ledwo zdążył te słowa wyrzucić z siebie słabym głosem, nim zamilknął. Znów stracił przytomność.

Została ostatnia przeszkoda. Drzwi dzielące nas od wyjścia wciąż były zablokowane. Nie wiem, co takiego robił Thon, ale elektryczność w podziemnej placówce wariowała. Na przebijanie się mieczem przez nie wiadomo jak grube ściany nie było czasu. Udało mi się jednak znaleźć konsolę. Stare urządzenie odpowiadające za zasilanie, dzięki któremu metodą prób i błędów udało mi się odblokować kamienne wrota.

Nieco wcześniej holodata odzyskała zasięg i w moment doszło do nas połączenie z bazy. Padawan Deron i Llyn’han. Khad ruszył w naszą stronę myśliwcem Kaana, biorąc ze sobą tyle bacty, ile tylko mógł. Mi zaś udało się wyciągnąć Denarska na zewnątrz. Ledwo wydostaliśmy się z kompleksu jaskiń, tak w odległości można było usłyszeć pierwsze wybuchy. Placówka w jednych miejscach zaczęła się zapadać, w drugich buchać płomieniem. Stalowe i betonowe odłamki latały w każdym kierunku. Całe szczęście żaden z nich nie trafił ani mnie, ani Denarska, nim nie dociągnęłam nas w odsłonięte miejsce. Tak też zniknęły nadzieje na zbadanie tego miejsca, lecz złudnym byłoby tego oczekiwać przy takim przeciwniku. Tu jednak nadzieją pozostaje nasz przyjaciel, Padawan Okka’rin, który przeszedł najpewniej niewyobrażalne męki, będąc więźniem i królikiem doświadczalnym w chorym eskperymencie.

Wybuchy skończyły się krótką chwilę przed przylotem Padawana Llyn’hana. Wspólnie wylaliśmy na Bothanina tyle bacty, ile tylko zdołał przywieźć. Wszystko, byle ułatwić Denarskowi przetrwanie podróży powrotnej do bazy. Wsiedliśmy do myśliwca Kaana we dwójkę, a ten przewiózł nas do bazy, podczas gdy Khad zabrał pożyczony śmigacz.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Najpewniej nikłe są szanse, że cokolwiek wartościowego przetrwało wewnątrz zawalonej placówki Sitha. Jak na razie wiem tyle, że próbował wykorzystać Padawana Okka'rina do zniszczenia Aurożercy. Był też przygotowany. Symbole wyryte powierzchni podłogi, sądząc po reakcji, miały utrzymywać barierę między nim a Thonem. Nie wiem co się stało po nadwyrężeniu tej bariery. Gdy Denarsk wydobrzeje to powinniśmy dowiedzieć się więcej. Dajmy mu jednak czas. Przeżył on tam prawdziwe piekło. Jego organizm przekroczył swoje granice kilkukrotnie, serce mogło skonać z przepracowania w każdej chwili. Poczekajmy.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Rycerz Jedi
 
Posty: 701
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 18 lip 2021, 18:55

Śmierć wrogom ojczyzny

1. Data, godzina zdarzenia: 26.05.21, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Kontekst tego, że przyszła mi do głowy Yaga Minor, to sprawa wymagająca dyskrecji. Nie jest niczym z kategorii szczególnie mrocznych sekretów. Ale to coś, co powinno pozostać wewnętrzne i nie powinno donikąd wyjść. Z tego powodu nie widzę sensu opowiadać o tym w raporcie. Poza nami, uczestnikami, kulisy moich wcześniejszych kontaktów znają Mistrzyni Vile, Rycerz Valo, Okka’rin i Padawan Llyn’han. Koncepcja gdzie szukać pomocy powstała w mojej głowie i mogła tylko w mojej.

Całość krąży wokół tego, że dobrze wiem jak bardzo władzom Yagi Minor i sektora Prefsbelt na ego usiadła akcja odwalona przez Bisa wokół Rycerza Fenderusa. Co nieco swego czasu podsyciłem. W efekcie ich siły były jedynymi, o jakich mogliśmy myśleć, które miałyby jakikolwiek interes we wsparciu nas na Morcanth. Wszyscy inni nie mieliby żadnego, a my bylibyśmy w potrzebie i adekwatnie do zdesperowanego klienta, zapłacilibyśmy srogą cenę. Ja i Rycerz Avidhal wybraliśmy się na miejsce natychmiast.

Odnośniki do wcześniejszych materiałów:
- [ Porwanie Rycerza Fenderusa - wiadomość ]
- [ Śledztwo Mistrzyni Vile w sprawie porwania - raport ]

Oszczędzę detali na temat lotu, typowa męka, kilkaset skoków nadprzestrzennych, postojów na chłodzenie i litry rzygów do torby, migreny rozsadzające czaszkę. W drodze zapowiedziałem naszą wizytę i pilną ofertę pochwycenia wrogów Sektora Prefsbelt w oparciu o swoją dawną reputację niezłego szpicla i poszukiwacza wrogów Imperium do zabicia.




Na miejscu zostaliśmy skierowani na tradycyjne pozostawienie myśliwca na stacji orbitalnej typu Golan by stamtąd czekać na lot promem publicznym. Obostrzenia bezpieczeństwa zostały po tamtym ataku z grubsza utrzymane. Spędziliśmy na stacji nieco czasu razem z innymi oczekującymi. Dla obrotnych była to znakomita okazja ogarnąć mniej więcej obecne nastroje na tych terenach. W rozmowie z różnego sortu podróżnymi zdołaliśmy z Rycerzem Avidhalem wyraźnie wyczuć, że mamy do czynienia ze sporymi napięciami politycznymi i ciągłymi dyskusjami, ale jeszcze nie jakimiś realnymi konfliktami. Ewidentna walka poszczególnych sektorów przestrzeni Imperium o dominację. Wręcz dzika wewnętrzna walka o to kto bogatszy i kto ma więcej Gwiezdnych Niszczycieli. Władze Prefsbelt zdecydowanie postawiły na dobrą kartę od czasu pamiętnej akcji z wsadzeniem Rycerza Fenderusa do pudła. Wydaje się, że Prefsbelt nie jest może najbardziej lubiane, ale niepodważalnie poważane i darzone respektem. Ewidentny jest również ostry regulacjonizm i wciskanie się władzy we wszystko, przez który zresztą wydaje mi się, że reszta za ich stylem nie przepada. Przynajmniej takie miałem generalne wnioski. Mogą być bardzo mylne. Mieliśmy z Rycerzem małą próbkę.

Poczekalnia nie zajęła nam wiele czasu i musieliśmy raczej ścigać się o szybkie rozeznanie się w atmosferze na tych ziemiach. Czuć było, jak bardzo to wszystko nam obce i kompletnie nie mamy pojęcia, jak się wśród nich żyje i jakie dominują tam wątki. Debaty latały wokół ton planet, których nazw w większości nie potrafiłbym zapisać, nie mówiąc o pamiętaniu. Ale generalnie - cywilizacja, cywilizacja.

Gdy przyszła nasza kolej, nasz prom miał nas zabrać prosto na spotkanie z zebranymi reprezentantami wysłanymi do dyskusji w sprawie tego, co przywożą Jedi. Wszystko śmierdziało Imperium. Nie umiem tego nawet opisać. Nawet pieprzone kształty chmur na niebie miały w sobie coś imperialnego. Każde durne krzesło było wzorem imperialnej stylistyki. Nawet zapach metalu na promie był jakby wdychać aromat Imperium. Chusteczka do nosa w podajniku obok krzesła miała imperialny krój. To miejsce tak płonęło stereotypami Imperium, że miałem już wrażenie, że kurz układa się na framudze okna w imperialny sposób.




Na miejscu zastaliśmy pieprzony pomnik chorej imperialnej oligarchii. Spotkaliśmy się w zastępczej rezydencji Ministra Obrony Sektora Prefsbelt, Kereda Chauvina. Owa zastępcza posiadłość na przedmieściach to był pałac kipiący przepychem i majestatem.

Nie lubię owijania w bawełnę, więc przejdźmy do surowych konkretów. Na miejscu czekała na nas dwójka głównych graczy. Owy minister, a także reprezentant Ministerstwa Spraw Międzyplanetarnych, Yves Eren. Powiedziałbym, że z grubsza to minister oceniał militarno-strategiczny sens wszystkiego co mówimy, a reprezentant Eren samą opłacalność przedsięwzięcia w tym tle. Jak jednak przystało na fachowców, nie był to sztywny podział. Na miejscu był też porucznik Kath Glyrz. Dawne towarzystwo Mistrzyni Vile w inspekcji zamachu te lata temu. Jako wsparcie merytoryczne i ekspert co do współpracy z Jedi. Mojego dawnego kontaktu nie było.

Samo zręczne przedstawienie sytuacji Morcanth w dobrym świetle nie należało do łatwych. Trzymaliśmy się raczej koncepcji, w której to Rycerz Avidhal wiódł prym i był głównym głosem, a ja doradcą w tych chwilach, w których przyszłyby mi do głowy wartościowe konkrety związane z Morcanth i Yagą Minor, które to sprawy ogarniałem nieco lepiej. Nie mając jednak generalnego drygu negocjatorskiego Rycerza.

Byli oczywiście zainteresowani wszystkim, co mogłoby pomóc jakoś Prefsbelt. Ale przy tym tak skrupulatni i wykalkulowani jak przystało na imperialne w 200% władze. Mieliśmy… Ogromnie pod górkę. Nasi rozmówcy nie byli sceptyczni dla zasady. Nie było tam żadnego łapania za słówka dla samej idei. Chcieli rezultatów, profitów, konkretów. Nie zależało im na tym, żeby zmuszać nas do produkowania się i gięcia karków. Zależało im jednak na tym, aby wyciągnąć za wszelką cenę definitywne, jasne profity i perspektywy i zbić każdą wątpliwość. To była potwornie ciężka i gorąca dyskusja. Porucznik Glyrz był tu dużym wsparciem i zdecydowanie był mocno po naszej stronie. Jednocześnie władze były cięte na jego zbyt duże wychodzenie przed szereg, więc musieliśmy grać jego wsparciem ostrożnie.

Streszczając główne wątpliwości naszych potencjalnych sojuszników:
1. Od tamtej historii minęło sporo czasu i nie budzi już emocji i nie wymaga żadnych dalszych reakcji.
2. Morcanth to bezwartościowe, nieprzydatne badziewie.
3. Nasze dane i wiedza są dość marne i niepewne.
4. To długie polowanie, po sporym czasie, gdy wroga może dawno nie być i mogą być tylko trupy do odkopania.

Opisując nasze wspólne stanowisko, trudno określić autorów i oddać stosowne proporcje wkładu, ciężko rozdzielać poruszane kwestie. Z dużą ostrożnością mogę stwierdzić, że większość koncepcji negocjatorskich należała do Rycerza, ale ta mniejszość zapoczątkowana przeze mnie to były kluczowe idee dające zapłon do budowania jakichś fundamentów, przy jednoczesnym bardzo mocnym osadzeniu w faktach. Rycerz Avidhal te wszystkie rzeczy prezentował i rozwijał przez większość czasu, ja dodawałem do 80% jego analiz swoje 20% dodatkowych argumentów. Tak mógłbym opisać naszą współpracę, która przebiegała naprawdę perfekcyjnie. Świetnie się dogadywaliśmy. Oczywiście mogę mylnie oceniać celność, wartość i jakość poszczególnych aspektów.

Sami partnerzy w tej dyskusji byli epicko trudni. To był spokojnie top 3 najcięższych dyskusji jakie odbyłem. Co chwilę trzeba było wymyślać nowe pomysły wycelowane maksymalnie perfekcyjnie w punkt na potwornie celne i świetnie rozgryzione wątpliwości i zarzuty. A to wszystko w tonie pozornej współpracy. Mentalny wycisk był tam ogromny. Uważam, że finalnie wyszło nam świetnie, ale to był gigantyczny wysiłek. Oczywiście może znajdzie się jakiś kretyn dla którego o trudności zadania świadczy to jak dobrze czy jak szybko komuś poszło, ale do idiotów i tak nie adresuję raportów.

W skrócie opisując nasze kontr-koncepcje. Nie będę wnikał w ich detale. Raz że opisanie tego wymagałoby paru godzin, dwa że na nic się nie przyda. Finalnie udało nam się przedstawić duże potencjalne zyski polityczno-wizerunkowe jeśli nawet po tak długim czasie, gdy naród zapomniał o zbrodni, pokazać, że rząd Prefsbelt nie zapomina i nie wybacza i pokazać nieuchronność zagłady tych którzy podnieśli rękę na Yagę Minor. Do atutów dołączyło to, że zapomnienie o sprawie pozwala przedstawić swoją relację po fakcie dowolnie, elastycznie, bez presji. Równie ważny byłby popis odwagi, że Yaga Minor wkracza nawet na obcy teren za sprawiedliwością dla swoich ludzi. Rządowi ewidentnie zależy na pokazywaniu jaj i siły. Bardziej na użytek pokazu przed innymi sektorami Imperium, jeśli mnie pytać. Dalej, musieliśmy zablefować i mówić o władzach Morcanth współpracujących potencjalnie z terrorystami, do ukarania i popisania się światu. Bez tego raczej nie byłoby o czym mówić. Musiała istnieć “nagroda” alternatywna w wypadku nieznalezienia Bisa i Azatu. Musiała istnieć pewność profitów. Temat szybko wyeskalował i wyewoluował do kategorii totalnego podboju i pogromu. Oczywiście tragedia i koszmar, który w przyszłości mógłby wymagać katastrofalnie trudnych prób rozegrania tego bez horroru. Dalej, do kompletu gwarancja, że dane z Morcanth jako kluczowe dla śledztwa, pozwolą tak czy inaczej prędzej czy później dorwać Azatu i Bisa i dać ich głowy. Kolejna sprawa to to, że wszelka chwała i zasługi idą wyłącznie na konto wojsk Prefsbelt. Dalej, totalna pewność co do wiedzy o Morcanth. Kwestię Zaida Ruuke musiałem ostro podkoloryzować i nawalić mnóstwa gwarantów. Musiałem dodać, że strzępy raportów od Vanukara także definitywnie mówiły, że konszachty Morcanth-Bis miały miejsce i na pewno są tam i tropy i goście do dobicia. Rycerz Avidhal musiał ostro tu pomóc, grając bardzo ryzykownymi i delikatnymi kartami.

Ważnym składnikiem była deklaracja, że żadne siły lądowe nie będą potrzebne i wszystkim zajmiemy się sami. Wliczając potencjalną… lądową część inwazji planetarnej. Deklaracje takie mogły być samobójcze, ale nie mieliśmy innej opcji. To, w świetle moich zapewnień co do szacunków ekonomiczno-militarnych o wrogu - że pewnikiem mają co najwyżej korwetę - pozwoliło ufać w minimalizację kosztów najwyższych, czyli w ludziach. Możemy mówić co chcemy o Imperium, ale życie swoich lojalnych ludzi kładą wyżej od kasy.

Finalnie udało się porozumieć. Eskapada dwóch fregat i badanie tras na podstawie moich kopii map Rycerza Slorkana. Miarowe postępy w badaniu odnóg tras nadprzestrzennych, badanie tropów i stopniowe zawężanie się w stronę Morcanth w koordynacji. Wróg w ręce Yagi Minor. Przesłuchania zostawione w razie czego dla nas. Finalnie definitywnie popisowa egzekucja. Ponadto, brutalne, przemocowe i popisowe rozliczenia z sojusznikami wszelkich terrorystów z Morcanth. Jeśli nie uda się dorwać winowajców głównych w próbie odsieczy dla naszych Jedi… Wtedy Morcanth jako miejsce gwarantowanej inwazji i okupacji jako ostatni znany trop i źródło po śmierci naszych przyjaciół.

Nie muszę mówić, że wyglądało to trudno. Albo sukces w ocaleniu naszych i dorwanie wroga na szubienice dla Yagi Minor… Albo podjęcie się bardzo wątpliwych moralnie inwazji w celu zaspokojenia potrzeb Yagi Minor. Ale nie mieliśmy innych opcji.

Życie Jedi to lawirowanie między bagnami tak, by trafić chociaż do tego, w którym jesteśmy w gnojowicy po kolana zamiast po nos.

I co gorsza, głównie decydując kogo można wsadzić do niej po nos by większa ilość dostała jej tylko po kolana...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (zrobiłem to sprawko ze względu na zgon Siada. wiem że miało być jego, ale tyle czasu minęło że zdążyłem odejść z roboty, znaleźć nową i jeszcze mieć pierwszy od dawna weekend bez żadnych obowiązków z czasem na spokojne bazgrnięcie xD)

4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 157
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33
Lokalizacja: nie Polska :DD

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość