Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 31 lip 2020, 21:37

Amnezja - Edgar

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.20, 20:00 - 01:00, 15.07.20, 19:30 - 01:00.

2. Opis wydarzenia:

Znacie to uczucie, kiedy budzicie się skacowani po ostrej imprezie? Głowa pulsuje, całe ciało jest obolałe i sztywne. Mięśnie są zmęczone, w kościach gryzie, a pamięci ostatnich wydarzeń brak. Ostatnia rzecz jaką pamiętasz, to kiedy otworzyłeś tą jedną butelkę za dużo. Takie mam wspomnienia ze studiów. I takie, w pewnym sensie, miałem doświadczenie jak się wybudziłem. A do tego, tak jak nieprzyjemnie niektórzy moi znajomi obudzili się na wytrzeźwiarce otoczeni przez funkcjonariuszy, tak ja również dostałem swoją oczekiwaną sprawiedliwość. Gdy otworzyłem oczy, znalazłem się wokół znanych mi droidów YVH, ubranych w kombinezony Umbaran oraz głowę całej zbieraniny - Sitha. Był tam też Tash Q’aah, jeden ze schwytanych przez Zespół Bis komandosów. Wiedziałem, czemu się tam znalazłem - miałem oddać życie za Nexu. Byli schwytani, Sith chciał mnie, zapewne w związku z moim klonem. Coś więcej? Nie miałem pojęcia o jakichkolwiek planach,d ani nawet kto i w czym mnie dostarczył. Czysta karta, jak po piciu. Tylko po alkoholu, nawet po dobrej imprezie potrafi nadejść wątłe poczucie satysfakcji, że przeżyło się coś fascynującego i ekscytującego, o czym z ochotą i patologiczną dumą będzie się mówić kumplom. Tutaj tak nie było. Wyłącznie smak porażki.

Oczywiście, nawet wtedy opcje miałem dwie. Mogłem stawiać opór albo się poddać kompletnie. Druga opcja była w pewnym sensie ostatecznością, bo i tak nie miałem zamiaru ryzykować życia Nexu. Jedyne co mogłem, to liczyć, że może jakimś cudem znajdę jakieś okno ucieczki albo Jedi mają ukryty plan w realizacji. Stąd, na tyle na ile mogłem, grałem na czas. Nie było to wcale takie trudne, widzieli we mnie - może i słusznie - kompletnego bezmózga i upośledzone zwierzę, w pełni zerowe zagrożenie. Sith nie bawił się ze mną i przeszedł do konkretów. Nie planował mnie zabić, ani odebrać mi tożsamości. Skrzywdzić? Definitywnie. Dobrze się przygotowali na upodlenie mnie - wyłączyli mi protezy, więc byłem praktycznie bezbronny. Mogłem tylko rozmawiać, co też czyniłem.

Gdy w pełni odzyskałem przytomność, Sith zaczął sprawdzać mój umysł Mocą. Nie miał zbytnio czego szukać dzięki usunięciu mojej pamięci przez rycerza Hookera. Mimo to nie chciałem dać mu nic, nawet najbardziej błahej informacji. Nie mogłem aktywnie się bronić, stąd po prostu zaakceptowałem i przyjąłem to poczucie upodlenia, bólu i dyskomfortu pochodzące od wertowania mojej głowy przez niego. Zamiast płynąć pod prąd, płynąłem z nim. Chyba udało mi się w jakimś stopniu zakłócić obraz naszej grupy, aczkolwiek nie zostawiło mnie to w najlepszym stanie. Nie miało to zapewne zbyt dużego efektu… ale zawsze jakiś.

Kiedy w końcu zaczęliśmy rozmawiać… cóż, nie liczyłem na przetrwanie, ale i tak próbowałem pozyskać jakieś informacje, na wszelki wypadek. Starałem się zapamiętać wszystko co mówił, a mówił różne rzeczy. Przykładowo powiedział, że nie jest już wściekły na mnie za porażkę na Kalist. Określał mnie podróbką Bisa, sugerując, że tamten “coś we mnie widział”. Ostatecznie kazał mnie odnieść do celi. Ja podjąłem wtedy jedyną taktykę, jaka w danym momencie wydała mi się logiczną drogą do pozyskania informacji - zacząłem atakować Sitha jako Vongowego kolaboranta. On sam nie widział we mnie zagrożenia i zignorował to. Co innego z jego eskortą, Umbaranka eskortująca mnie nie przeszła wobec tych oskarżeń obojętnie. Broniła go. Powiedziała, że Sith pomógł im, kiedy wszyscy się odwrócili. A pomógł im walcząc z Vongami podczas wojny, na Umbarze. Pomagają mu w ramach wdzięczności, aczkolwiek nie widzieli problemu w wykorzystywaniu przez niego vongotworów. Raczej na pewno nie uwierzyła w moją opowieść, ale czy wskazuje to na obojętność względem kolaboracji z najeźdźcami, czy zdroworozsądkową nieufność wobec wroga? Nie mam pojęcia, ale na pewno rzuca to pewne światło na przeszłość Sitha i jego towarzyszy.

W samej celi nie miałem zbyt wiele do zrobienia. Byłem obserwowany przez kamery, przywiązany bez możliwości poruszania się, w podłodze były kraty uwalniające gaz, a drzwi zespawano. Czekałem tak, aż Umbaranie wrócili i zabrali mnie na prom. Byłem gdzieś wywożony, ale gdzie i po co? Nie miałem pojęcia. Prom na który mnie zabrano pilotował YVH, a ja bałem się najgorszego. Miałem jednak protezy powoli wracające do formy, a zamknięto mnie w szczelnej celi pokrytej metalem. Postanowiłem spróbować zbudować sobie fundament do ucieczki, jeżeli taka mogłaby mieć miejsce. Chciałem wyjąć kabel zasilający pole w drzwiach do celi za pomocą Mocy, ale zrobiłem to stanowczo za szybko i za dużo. W promie zawył alarm, a mnie ponownie zaciągnięto na pokład korwety Zespołu Bis. Umbaranie byli przekonani, że to moja sprawka i gotowi byli mnie ukarać, ale Sith wprost przeciwnie. Oprócz złego działania pola szwankowały też drzwi do śluzy i znajdujący się w niej właz. Podpięto wszystkie te dziwactwa pod jedną przyczynę, wykluczając przy tym jakiekolwiek żywe istoty, tak jak i mnie. Doszli do wniosku, że odpowiedzialny jest jakiś artefakt i postanowili się ewakuować. Spodziewałem się, że to efekt działań Jedi, ale nie miałem pojęcia jaki, czego mogłem się po nim spodziewać, ani co oznaczał. Byłem tak w kropce, jak i oni. Tasha, mnie, wszystkie droidy i załogę zapakowali na prom. Mnie kazali znowu ogłuszyć. Tuż przed ogłuszeniem próbowałem zmniejszyć moc karabinu jakim we mnie celowano. Nie wyszło tak jak chciałem. To był ostatni raz, kiedy czułem Moc.

***

Wybudziłem się ponownie w nieznanym mi miejscu, Moc wie po jak długim czasie. Wracałem do siebie powoli, zrujnowany w sposób trudny do opisania i nie do porównania z najgorszymi ranami wojennymi. Czułem się jakbym musiał na nowo nauczyć się władać własnym ciałem. Jakakolwiek praca umysłowa była katorgą. Kiedy zacząłem pojmować rzeczywistość wokół siebie, moim pierwszym odruchem było sięgnąć ku Mocy i wzmocnić się za jej pomocą… ale nie odpowiedziała. Wraz ze wszystkimi chorymi eksperymentami jakie na mnie przeprowadzono odebrano mi również Moc. Tam, gdzie były kształty, dźwięk, doznania znane każdemu z Jedi, teraz tkwiła cisza. Nie czułem nic poza podstawowymi fizycznymi zmysłami, a jakakolwiek próba sięgnięcia dalej, nawet najbardziej podstawowa, kończyła się totalną porażką. Nieważne czego się chwytałem i czego próbowałem, Moc była poza moim zasięgiem, jakby nigdy nie istniała. Tam, gdzie kiedyś była Moc, teraz tkwiła pustka.

Kiedy pojawił się lekarz, udawałem częściowe upośledzenie mowy, licząc, że jakoś przedłużę cokolwiek Sith miał w planach, ale nic to nie zmieniło, wręcz uznał bełkot za bardziej pasujący do mojej osoby. Tasha już nie było, a zamiast niego na sąsiednim łóżku leżał pan Donram. Byłem zrujnowany na tyle, że nie pojmowałem wszystkiego, co było mówione wokół. Co jednak pamiętam, to opowiem.

Tym razem rozmawialiśmy dużo dłużej. Mój upodlony i zniszczony, pozbawiony Mocy stan chyba sprawiał mu przyjemność. Wierzył, że zostałem posłany na śmierć, z góry spisany na straty. Nazwał rycerza Hookera upośledzonym Sithem udającym Jedi. Samych Jedi określał jako plugawą skrajność, którą zamierza unicestwić. Ciekawiło go jednak kilka rzeczy, na przykład moja motywacja trzymania z gardzącą i plującą na mnie grupą. Mówił, że między nim i Bisem była relacja oparta na szacunku i wzajemnych korzyściach, kontrastująca z moją z Jedi. Widział we mnie kogoś tak bezwartościowego, że aż niegodnego nazwania wrogiem. W jakiś sposób było mu chyba nawet przykro. Nie zaprzeczył bycia Sithem kiedy zasugerowałem to swoim pytaniem, aczkolwiek mówiłem o tym w kontekście ideologii, z którą wyraźnie się zgadzał, jakkolwiek ją rozumiał. Na koniec powiedział, że nas wypuści - mnie, Donrama i Vreyxa. Nikogo więcej, jako pierwszy akt “łaski”.

Wtedy popełniłem swoją pierwszą gafę twierdząc, że Jedi nie potraktują tego jako akt łaski. Stwierdził, że w takim wypadku nie wypuści nikogo. Próbowałem jakoś to odkręcić i wykupić uwolnienie Nexu, ale nie udało mi się. Byłby gotów mnie zatrzymać i uwolnić część Nexu, jeżeli odpowiedziałbym mu na pytanie, jak Jedi udało się przemycić Pożeracza Światów myśliwcem. Wtedy nie miałem pojęcia o czym mówił, a mój argument nie przeszedł. Dwójka Nexu wróciła razem ze mną, ale to już zasługa pana Donrama. Komandos wynegocjował, że Jedi na pewno potraktują to jako akt łaski, a dodatkowo za samych Nexu Sojusz zapłaci okup. To wystarczyło. Ja również zostałem wysłany jako bezużyteczny bonus. I teraz, po tym wszystkim, ciężko się z tym określeniem kłócić.

Na koniec Sith powiedział, że po realizacji ich celów nastawnie pokój, porządek i równowaga dla wszystkich - cokolwiek tylko miał na myśli przez te słowa. Potem zostałem uśpiony i obudzony w zamkniętym kontenerze z Vreyxem i Donramem. Mieliśmy kontakt z osobami pilnującymi nas - nie byli to Umbaranie, ani YVH, a zapewne kolejne rzezimieszki w stylu porywaczy z Hakassi, czy zabójców krabów. To wszystko. Bez Mocy, z dezaktywowanymi protezami nie mogłem zrobić nic i w sumie nawet nie próbowałem. Ten tekst pisałem w drodze powrotnej do bazy. Część Nexu jest u nas. Reszta jest trzymana jako zakładnicy, zapewne by powstrzymać nas przed dalszą ingerencją w działania Sitha. On czegoś od nas nadal chce, naturalnie. Czego konkretnie? Tego już wkrótce się dowiemy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 673
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Besha'laet'aune dodano: 14 sie 2020, 1:11

Antykolektywowi podludzie

1. Data, godzina zdarzenia: 09.08.20 - 21:30-1:00

2. Opis wydarzenia:

Historię, którą raportuję, rozpoczyna przesyłka, która trafiła do mnie kilka dni wcześniej, odebrał ją szanowny Padawan Khad Llyn’han. Przesyłka zawierała cyfronotes z kategorii tych jednorazowych, do przekazania pojedynczej wiadomości. Było to miejsce spotkania z osobą, która posłała mnie w Wasze mury, reprezentant Dynastii, tak jak szanownym mistrzom i starszym uczniom opowiadałem, zainteresowanej poznaniem Jedi.

W dniu swojej wyprawy zabrałem się do miasta Drand. Oszczędzę detali krajobrazów, natomiast powiem, że po mieście Drand widać było, jak daleko w tyle są kwestie odbudowy na tej planecie. Spotkanie odbywało się w bardzo cywilizowanym apartamentowcu w tym wielkim, rozległym, ale ponurym mieście. Na miejscu słyszałem pewne rozmowy dobiegające z sąsiadujących mieszkań. Myślałem, że zdążyłem w tym chaosie dostrzec na przykład tendencje do segregacji płciowej i jasnej hierarchii w tej kategorii, ale okazało się, że byłem w błędzie i otaczała mnie prawdziwa dzicz. Nie przeszkodziło to w niczym w zostaniu ugoszczonym w prostym, przyjemnym mieszkaniu na spotkanie z moim rozmówcą.

Co do rozmowy, nie mam tu wiele do opowiadania. Mój kontakt zdecydowanie jest bardzo zainteresowany perspektywą potencjalnej współpracy z Jedi. Tak samo jak wy, starsi koledzy i mentorzy pytaliście mnie o to jak wyglądają różne rzeczy, z których nagrywałem wam całą pracę, tak samo o tego typu rzeczy pytał mnie mój rozmówca, Atrii'irde'nunurodo, chcący wiedzieć, jak wygląda kultura grupy, jej działanie, podejście, związki z różnymi siłami, poznać Was. Uspokoję, że w żadnym razie nie chodziło o poufne dane, nie padło nawet jedno słowo o jakimś konkretnym działaniu i zajęciu, a poznawanie kultury i zasad miejsca. Dynastia jest zainteresowana poznaniem Was, zaaranzowaniem być może pewnego kontaktu i współpracy, ale najpierw chcą dowiedzieć się, czy na pewno tego chcą. W waszej kulturze może to być nietypowe, ale dla nas to zupełnie normalne, aby najpierw poznać dokładnie temat przed ukazaniem się obcym ludziom. Kontakt ze światem zewnętrznym to bardzo odpowiedzialna i nerwowa rzecz, Chiss nie może mówić za siebie, musi za swój kolektyw, co jest bardzo trudne i odpowiedzialne. Opowiadałem o tym w swojej pracy, więc liczę, że uda się Wam, wasze dostojności, zrozumieć to podejście. Przekazałem swój pamiętnik, który cenzurowała już sama Mistrzyni Vile we własnej osobie, więc możecie być o wszystko spokojni. Reszta była normalną rozmową. Tak jak Waszym dostojnościom starałem się przybliżyć Dynastię Chissów i Csillę ze wszystkich sił, tak mojemu rozmówcy pomóc zrozumieć Waszą mentalność, styl bycia i cele. Żadnych informacji o działaniach bieżących i personaliach, tak jak przykazała mi Mistrzyni Vile. Podzieliliśmy się wieloma informacjami i jestem jeszcze bardziej pewien swojego zdania, że prędzej czy później kontakt Dynastii z “Bohaterami Odika” może się opłacić.

Wychodząc, usłyszałem strzały. Gotów na problemy, od razu wyjąłem broń, co się opłaciło, po zjeździe na parter, gdzie pod blokiem był bar, napotkałem na straszny widok. Postrzelony właściciel leżący na ziemi, demolka i uciekające zwierzę rasy Klatooine. Widząc ucieczkę, domyślając się, że niewinny nie zacznie uciekać przed neutralnym subiektem, natychmiast strzeliłem, dezintegrując rękę i pistolet, a potem uziemiając jego śmigacz. Na próżno, ponieważ ból znokautował go i zmienił w drżący wrak. Leżał tam i cierpiał, umierał w bólu, a ja nie miałem medpakietu. Zapytałem więc właściciela, czy nie życzyłby sobie go dobić, ale nie był do tego skory. Zapewne nie zamierzał dawać mu łaski komfortowej śmierci. Tragedia dopiero się zaczęła. Okazało się, że to zwierzę… Nie mieści mi się to w głowie, należało do gangu i przyszło zastraszać właściciela, żadając pieniędzy w zamian za spokój i brak przemocy. Z trudem powstrzymałem się przed zwymiotowaniem, tak wstrząsające to było. Oni po prostu rabowali efekty cudzej pracy, żywiąc się cudzym kosztem i to nie przy bezstratnym podziale, a krzywdząc tych ludzi. Oni jawnie przynosili straty dla kolektywu. Zabierali cudze produkty bez wnoszenia własnych, zostawiając tylko przemoc wymagającą leczenia, dodając straty. To było najobrzydliwsze, co w życiu widziałem. Klatooińczyk okazał się należeć do całego gangu złożonego z emigrantów tej rasy. Szybko skojarzyli mi się z tymi, którzy próbowali ataku na bazę i spotkali się z Mistrzynią Vile, Padawanami Llyn’hanem i Deron i Adeptem Vergee. To najwyraźniej jedno ugrupowanie. Chciałem dowiedzieć się od niego, gdzie mogę znaleźć ich siedzibę, ale mówił, że jej nie mają, są zbieraninką rasową. Do tego miał 19 lat, co przekonało mnie, że każda rozumna osoba powinna uważać go za wartego śmierci. W tak młodym wieku… coś takiego… nie ma żadnej nadziei dla niego. Wierzyłem we wszystko co mówi, ponieważ był prostym śmieciem, niezdolnym kłamać dla dobra przyjaciół. Niestety nie zdechł. Do dzisiaj wzdryga mną, że jest tu cały gang takich odpadków zasługujących dla każdej osoby z godnością na natychmiastowe zabicie celem usunięcia ze społeczności. Wszystkich niezgadzających się z taką podstawą rozumu posłanoby na Csilli na przymusową reedukację. Niestety z dorwaniem tej grupy, tzw. “Gangu Barada” może być problem… Objaśnię czemu...

Policja przyjechała bardzo szybko. Ku mojemu zaskoczeniu fakt nielegalności dezintegratora dotyczył także osób wyższych ras, więc mnie, nie tylko służył kontroli osób z ras niższych i zapobiegania problemom i ryzykom w ich wydaniu. Musiałem więc nagiąć lekko prawdę, mówiąc, że tego typu nielegalna broń jest przydatna jako przykrywka przy kontaktach z tego typu mafiami i gangami, aby łatwiej udawać członka podobnie obrzydliwych patologii. Broń została więc tymczasowo zabrana jako dowód, do odbioru za kilka dni z komendy. Zdążyłem dowiedzieć się także o poważnych problemach. Na komendanta głównego w tym regionie wyłoniono Klatooińczyka. Zrobiono to być może aby udowodnić brak rasizmu, albo aby znający swoją rasę łatwiej rozbił tak wielki gang, niestety dzielni policjanci, z którymi miałem zaszczyt rozmawiać, byli zdania, że nic z tego nie wyszło, a komendant jest do niczego. Jeden nawet zażartował, że największa pomoc w rozbiciu gangu to pozbyć się tego szkodnika. Straszne i okropne. Dowiedziałem się też, że większość tego gangu to struktury oddolne, i moja koncepcja zdobycia adresu miejsca spotkan, aby ich wszystkich pojmać, niewiele da, bo całość jest organizacją jednorasową i oddolną. Ciężki orzech do zgryzienia…

Niewinny właściciel został odwieziony do szpitala. Tamten klatooiński śmieć zapakowany do radiowozu. Ja wróciłem do domu po bardzo długiej podrózy przez pół Hakassi i zasnąłem na prawie cały dzień.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Besha'laet'aune, z uniżeniem i wyrazami szacunku
Awatar użytkownika
Besha'laet'aune
Adept
 
Posty: 33
Rejestracja: 02 lut 2020, 18:54

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 27 sie 2020, 12:42

Dziennikarze
Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 23.07.20, 20:00-1:00, 30.07.20, 20:30-03:00

2. Opis wydarzenia:

Naszym celem na Kalist IV było zorientowanie się w sytuacji po ostatniej akcji Rycerzy Slorkana, Teya i Padawana Llyn’hana, w której to zabity został Edgar-Bis, zmodyfikowany klon Padawana Alexandra. Na statku, który dowiózł nas na miejsce otrzymałyśmy bezimienne identyfikatory dziennikarskie z gazety “Dobre Czasy” z Koros Major w systemie Cesarzowej Tety, dzięki czemu nasza przykrywka miała być wiarygodna. Wyruszyłyśmy, gdy pod naszą bazę przyleciał pilot wyznaczony przez rząd Hakassi. Droga nijak nie była ciekawa, więc tu nie ma o czym nawet wspominać.

Pierwszym miejscem, które odwiedziłyśmy była fabryka, gdzie to cała ta akcja miała miejsce. Po wymianie kilku zdań okazało się, że pracujące tam istoty niespecjalnie miały chęć dzielenia się informacjami na temat tego, co miało miejsce tamtego wieczoru. Zostali już dogłębnie przepytani wpierw przez pierwszych dziennikarzy, którzy trafili na miejsce - ISK - Informacyjne Stowarzyszenie Kalist, a później tutejsze służby.

W końcu jednak udało się nam nawiązać z dwiema osobami… zalążek kontaktu, że tak to ujmę. Padawan Deron uwiodła jednego z robotników, ja zaś wdałam się w przyjacielską pogawędkę z kierownikiem zmiany z nadzieją, że znajomość ta w najbliższym czasie zaowocuje czymś przydatnym. Padawan z drugiej strony znalazła szybszą drogę, którą zwieńczyć musiała usługą. W zamian za dowiadując się, iż ówczesny szef fabryki dość często prowadził brudne interesy, że świadkowie widzieli uczestniczące w całej akcji imperialne maszyny, a po wszystkim policja zabrała właściciela - Elonara Kerisa - za kratki. Znajdujące się na miejscu ciała i roboty zostały przez kogoś sprzątnięte przed pojawieniem się policji, zaś jakaś inna - bądź ta sama, jakaś osoba odleciała śmigaczem z miejsca zdarzenia znów - tuż przed ich przybyciem. Plotki wśród pracowników zaś dość jasno wskazywały na to, że wszyscy rozpoznali biorące w walce udział myśliwce jako imperialne. Ich uwadze nie umknęła też znajdująca się wśród myszkujących policjantów wyjątkowo droga skrzynia. Ostatecznie jednak z terenu fabryki zostalyśmy wyproszone przez syna właściciela, który przejął po nim interes.

Po drodze, w śmigaczu przesłuchiwałyśmy lokalną prasę, próbując ustalić co jak dotąd się mówi na temat całej tej sytuacji. Nic zbliżonego do tego co się stało nie znalazłyśmy, lecz również to, że swojej pracy nie opublikowało jeszcze ISK. Nim zdecydowałyśmy się wybrać do ich siedziby - wpierw pojechałyśmy spotkać się z jedną ze znajdujących się na Kalist pro-imperialnych gazet - Kurier Kalistanski.

Na miejscu jednak nie dowiedziałyśmy się… zbyt wiele, przynajmniej jeśli chodzi o konkrety. Ich teorie na temat tego co się tam stało były przeróżne, o czym może świadczyć bardzo ochocze podjęcie tematu po Padawan Deron odnośnie tego, że całe to przedsięwzięcie, które miało miejsce w fabryce było działaniem Bothan, którzy z przyczyn i dla celów tylko im znanych chcą zdestabilizować Kalist. Dziennikarze tam pracujący nie należeli raczej do tych solidnych, raczej chwytających się każdej trafiającej pod palce kontrowersji, którą to bez głębszego sprawdzenia, czy zebrania informacji przeinaczali zgodnie ze swoimi poglądami, by wnioski pasowały pod ich agendę. Sami nie przesłuchali świadków. Dziennikarza prowadzącego tą sprawę najwidoczniej też nie było nawet na miejscu. Nie przesłuchiwali też ojca aktualnego właściciela, który w więzieniu czeka na dalsze rozwinięcie prowadzonego przez służby śledztwa. Twierdził, że ma swój kontakt, który podaje mu informacje - lecz zważywszy na całkowite pudło w ich ocenie sytuacji… twierdzę, że blefował, albo dał sobie wmówić czyjaś bajkę. Oczywiście nie planowałyśmy wyprowadzać go z błędu. Była to w sumie dobra wiadomość - nie mieli pojęcia. Po usłyszeniu kilku niezbyt składnych teorii spiskowych wymigałyśmy się od dalszych rozmów, które wydawały się głównie stratą czasu i opuściłyśmy ich siedzibę.

Po drodze do siedziby ISK skontaktował się z nami nasz pilot. Pilnie został wezwany z powrotem na Hakassi. Nie chcąc zostawać tutaj na tydzień, albo i więcej - ruszyłyśmy razem z nim, by po kilku dniach powrócić i udać się prosto do siedziby Informacyjnego Stowarzyszenia Kalist.

Na miejscu spotkało nas coś, co mało kto by się spodziewał zastać na Kalist IV. Wielki, nowoczesny i zadbany wieżowiec, który był siedzibą ISK. Redakcja ta mimo stosunkowo do innych niewielkiej oglądalności i zasięgu ograniczającym się na samym Kalist - z pewnością nie była biedna. Ktoś najprawdopodobniej włożył w nią duże pieniądze, ale tożsamość samego inwestora nie jest znana. Wnętrze budynku sprawiało jeszcze lepsze wrażenie, niż część zewnętrzna. Wielki korytarz, który obserwowało kilka kamer, zaś przed samym wejściem punkt kontrolny. Bramka z wykrywaczem metalu pod okiem ochroniarza i skaner rzeczy wnoszonych do budynku.

Chwilę zajęło nam przekonanie obsługującego nas ochroniarza i ich sekretarki do tego, by wpuścili nas do środka. Koniec końców jednak przykułyśmy uwagę przechodzącego nieopodal dziennikarza - “Chada”, który zaprowadził nas do swojego szefa.

Wstępne rozmówki trwały dość długo. Przedstawiliśmy się sobie nawzajem, opowiedziałyśmy z grubsza o “naszej” redakcji na Koros Major, aż w końcu przeszliśmy do konkretów. Oni jednak niechętnie dzielili się strzępkami informacji, jakie posiadali. Które w najbliższym czasie mieli opublikować na stronach swojej gazety. Najwyraźniej niespecjalnie też byli też zainteresowani samą w sobie kooperacją, współpracą z naszą redakcją na Koros, acz koniec końców zaczęliśmy wzajemnie się przesłuchiwać. Opowiedziałyśmy, że podążamy tropem tych najprawdopodobniej pirackich organizacji, z których jedna w dość charakterystyczny sposób wysługuje się droidami. Zmyślone historie łączone z prawdziwymi, by dać im coś, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie. O aktualnie planowanej współpracy z rządem fabryki, na której terenie odbyła się akcja, co jak zauważyli - nie wydaje się niczym aż tak dziwnym. Wśród tej zawiłej, pełnej ostrożności z obu stron wymiany uchylili jednak rąbka tajemnicy.

Wedle ich źródeł, których zdradzić nam nie chcieli - byli pewni, że za nalot ten odpowiada jeden z imperialnych światów. Wywnioskowali to poprzez model myśliwców, który ich eksperci powiązali z jedną, konkretną stocznią, lecz nie chcieli zdradzić którą. Testowo, ostrożnie próbowałyśmy podważyć racjonalność takiego spojrzenia. W końcu rodzajów myśliwców nie ma tak wiele, a i pewnie wiele stoczni takie na przestrzeni lat budowało. Oni jednak zapewniali nas, że mają na to niepodważalne fakty. Ostatecznie jednak nie mogłyśmy się z tym dłużej spierać, czy poddawać tego w wątpliwość. To byłoby podejrzane. To wszystko, czego udało nam się dowiedzieć w tamtym pokoju. Podzieliliśmy się strzępkami informacji między sobą, a gdy żadna ze stron nie chciała przejść głębiej - czas był się rozejść.

Zanim opuściłyśmy budynek - okazało się, że uwagę osób przy wejściu przykuła rzecz z depozytu. Jakimś cudem zorientowali się, że jest to laserowy miecz i ukradli go. Nie wiemy kto dokładnie i w jakim celu. Była to wpadka, która nie powinna się wydarzyć. Mimo wszystko jednak wydaje mi się, że nie będzie miało to przesadnego wpływu na ich postępowanie. Szanse, że nas powiążą ze sobą są raczej nikłe. Byłyśmy spalone, ale i tak dowiedziałyśmy się wszystkiego, co mogli nam przekazać przed oficjalną publikacją.

Po wszystkim Padawan Deron poszła jeszcze rozmówić się z dziennikarzem, który wpuścił nas do siedziby ISK, a ja zaś skontaktowałam się z Rodianinem poznanym w fabryce. Tutaj dopiero dowiedziałyśmy się, że ponad droidy i myśliwce - o czym pisano praktycznie wszędzie - świadkowie widzieli na miejscu “laserowe miecze”, a o tym nie wspominała jak do tej pory żadna gazeta. Tak więc… albo całe dziennikarskie społeczeństwo, najpewniej z wyłączeniem na Kalist IV nie miało ani jednego świadka, ani nie przeprowadziło chociażby częściowego dochodzenia, albo z jakiś powodów każdy z nich postanowił to zataić. Oba przypadki wydają się mało prawdopodobne. W jakiś sposób jednak gazety te wiedziały i o droidach i o imperialnych myśliwcach. Dziwne, żeby osobom opowiadającym im tą historię umknął akurat ten szczegół. Padawan Deron zaś dowiedziała się, że ludzie w ISK podejrzewają, że pozostawienie u nich "laserowej pałki" to prowokacja. To jednak wszystko, co udało nam się ustalić podczas pobytu na Kalist.

Podsumowując. Jeśli chodzi o potencjalne zagrożenie i ujawnienie czegokolwiek wiążącego nas i Hakassi z walką na terenie tej fabryki - najpopularniejsze gazety na Kalist nie są nawet blisko dojścia do prawdy. Jak widać nawet specjalnie nie próbowały. Jedynym wyjątkiem tutaj wydaje się właśnie Informacyjne Stowarzyszenie Kalist. Redakcja o niewielkim zasięgu, która posiada najwidoczniej ogromne fundusze. Twierdzą, że są w stanie powiązać dokładnie dany typ myśliwca z odpowiadającą mu imperialną stocznią. Mają świadków, ekspertów, najprawdopodobniej też nagrania, acz dalej ciężko mi jest uwierzyć w to, że są w stanie poprzez same oznaczenia myśliwców mieć pewność z jakiej fabryki pochodzą. Mimo to nie było opcji się z tym sprzeczać niestety. To i całą resztę opublikują w nadchodzących tygodniach na łamach swojej gazety.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Jeśli wskażą Hakassi - to może być początek problemów, o których była mowa przy okazji naszego wylotu, ale wydaje mi się, że wciąż można by się obronić. Nie jestem prawnikiem, ani politykiem, acz gdyby sfabrykować incydent, w którym myśliwce te zostały skradzione przez piratów, czy inną siłę. Może nawet powiązać to z informacjami o Mrocznych Jedi, o których głośno było na Prakith. Pokryte zostałyby pola zarówno myśliwców, jak i laserowych mieczy, które widziano na miejscu.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 592
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 08 wrz 2020, 19:58

Nieproszony Gość

Ukryte:


1. Data, godzina zdarzenia: 02.09.20 godziny rozpoczęcia około 22:30, do 2:00 dnia następnego, tj 03.09.20

2. Opis wydarzenia:

Parę dni temu doszło do incydentu z udziałem Aurożercy w naszej placówce. Były już późne godziny wieczorne, gdy przesiadywałem w swojej kwaterze, czytając jakieś pierdoły przy biurku, gdy został nadany ogólny komunikat ze strony Uczennicy Valo, że Aurożerca dostał się do budynku od strony garażu śmigaczy. Z powodu tej rewelacji spadłem co prawda z krzesła, jednakże nie zajęło mi dużo czasu pozbierać się do kupy i ruszyć na „ratunek”. Nadłożyłem nieco drogi by pobrać jeden medpakiet z ambulatorium na wypadek gdyby komuś się coś stało, ale moje obawy na tamtą chwilę były niezasadne, gdyż zarówno Rycerz Ashtar jak i Uczennica Valo byli cali i zdrowi po tym jak w porę zabezpieczyli drzwi wewnętrzne garażu przed dalszym przemarszem potężnego bytu. Niebawem też do naszej skonsternowanej całym wydarzeniem grupy dołączył niezastąpiony Major Leckeen, którego nasza wymiana zdań na komunikatorze i z droidami SDK z pewnością pobudziła. Właściwie to musieliśmy poświęcić chwilę na odwiedzenie Majora od pomysłu spuszczenia „wpierdolu” Aurożercy, do czego aż cały się palił. W końcu jednak dzięki pogodzie ducha Alory i Rycerza, Major zrezygnował z zamierzonego aktu pobicia.

Po krótkiej naradzie i upewnieniu się przez Rycerza, że Aurożerca prawdopodobnie opuścił już teren garażu rozpoczął się dalszy ciąg incydentów. Pierwsze anomalie miały miejsce gdy po krótkiej przerwie w kantynie i odniesieniu medpakietu do ambulatorium, dołączyłem do Rycerza Ashtara i Alory w korytarzu pomiędzy naszymi kwaterami. Alora w tym czasie piastowała małego Neila, który to jako pierwszy zauważył niepokojące zachowania wody w łazienkach, czy toaletach, co mogło świadczyć o fakcie, że Aurożerca jeszcze z nami nie skończył. Wtem drzwi naszych kwater jakby „oszalały”. Wszystkie poczęły się otwierać, a następnie zamykać w synchronicznym ciągu. Dochodziło do spadków napięcia w całej placówce, co objawiało się miejscowym zaciemnieniem, lub rozregulowaniem kolejnych systemów o czym droidy informowały nas na bieżąco. Największym problemem okazało się zakłócenie przez Aurożercę pracy reaktora, o czym dowiedzieliśmy się dzięki Mango, który nadał rozpaczliwą wiadomość, że nie jest w stanie samemu uporać się z problemem. Nie zastanawiając się długo, wraz z Rycerzem Ashtarem rzuciliśmy się prędkim biegiem w kierunku windy prowadzącej do podziemi naszej placówki, Alora ruszyła tuż za nami, nieustannie sprawując rzetelną opiekę nad małym Neilem.

Po dotarciu do reaktora naszym oczom ukazały się może nie fale, ale zdecydowanie wzburzony zbiornik z wodą zapewniającą chłodzenie instalacji. W te pędy pobiegłem do pokoju kontrolnego i zacząłem zapoznawać się z komunikatami wyświetlanymi przez konsolę, których natłok onieśmielał. SDK poinformował, że w przypadku wyłączenia reaktora, osoba przebywająca w centrum operacyjnym zostanie zamknięta, co na tamtą chwilę nie wydawało mi zbyt dużym problemem, w końcu i tak ktoś musiałby wznowić działanie urządzenia po zażegnaniu kryzysu. W tym czasie Rycerz Ashtar zapewniał mi drogę ucieczki (za co jestem niezmiernie wdzięczny), poprzez utrzymanie otwartych wrót pomieszczenia reaktora. Gdy już udało mi się rozczytać schemat postępowania przy awaryjnym zamknięciu i pobrać tymczasowe hasło operacyjne od SDK, do centrali wkroczył Aurożerca. Owa istota przyjęła niewinną postać Aqualishańskiego dziecka w znoszonym stroju, o ogromnych, nie mających dna hebanowych oczach. Choć nie miałem odwagi, by spojrzeć nań bezpośrednio, wydawało mi się, że Aurożerca wręcz emanuje blaskiem, jakby w jego wnętrzu znajdowała się pożarta gwiazda neutronowa, grożąca pochłonięciem wszystkiego, co będzie na tyle nierozważne by stanąć na jej drodze… A może ten widok miał miejsce tylko w mojej sparaliżowanej strachem głowie. Byt począł się do mnie zbliżać w momencie, gdy kończyłem przeprowadzanie awaryjnej procedury. Jak tylko upewniłem się, że moje działania przyniosły skutek, przeskoczyłem panicznie przez konsolę sterującą i rzuciłem się ze wszystkich sił do wyjścia, nim drzwi zatrzasnęłyby się, zamykając mnie tym samym w ciasnym pomieszczeniu z Aurożercą. Nie udało mi się jednak wyjść bez szwanku. Przeskakując w ostatniej chwili, zatrzaskujące się wrota przycięły mi nogę w okolicach łydki, miażdżąc ją poważnie i naruszając wszystkie zespoły tkanek, kalecząc, tudzież zrywając większość struktur anatomicznych. Ból przelał się przez moje ciało z siłą arcyburzy wywołanej przez Thona. Gdy udało mi się w chociaż minimalnym stopniu dojść do siebie, zacząłem się czołgać w kierunku windy, która oczywiście sprawna nie była ze względu na brak zasilania, ale niebawem mogłem liczyć na ratunek Alory, oraz Rycerza Ashtara, którzy przybyli mi na ratunek i przy użyciu Mocy wydostali mnie z pomieszczenia reaktora, a następnie poprowadzili dalej, w kierunku awaryjnego szybu w windzie, gdzie zjawił się SDK. Reszta owego feralnego dnia zlewa się w niewyraźny obraz… Lewitacja, Rycerz niosący mnie w kierunku Sentinela, bycie opatrzonym przez Alore, aż w końcu pogrążenie się we śnie w wyniku wyczerpania do cna.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Jako tako czuję się lepiej, ale nadal muszę zadecydować o kierunku terapii dla mojej nogi. Byłbym dozgonnie wdzięczny gdyby ktoś z naszych lekarzy i medyków odwiedził mnie w ambulatorium w celu przeprowadzenia konsultacji i wydania drugiej opinii. Być może już sam nie myślę obiektywnie… to w końcu moja noga.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 114
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 13 wrz 2020, 20:31

Nie-naturalne więzienie

1. Data, godzina zdarzenia: 05.09.2020, 19:00-03:00

2. Opis wydarzenia:

Razem z Padawanem Okka’rinem i Mistrzynią wyruszyliśmy do ruin, w których ostatnio znalazłam tą dziwną, lewitującą roślinę. Podróż myśliwcem Kaana i Defenderem nie była długa. Po godzinie maszyny osiadły na kamiennym dziedzińcu przed starym gmachem.

Wkroczyliśmy do środka. Przeprowadziłam Mistrzynię i Padawana przez gmach, później przez podziemny labirynt, aż do zniszczonego przez czas, ogromnego pomieszczenia, które kiedyś najpewniej było biblioteką. Nie skierowaliśmy się wprost do pierwotnego celu podróży, zamiast tego zwiedziliśmy nieco podziemne pomieszczenia.

W pewnym momencie w jednym z imponujących rozmiarami, acz całkowicie pustym pomieszczeniu Mistrzyni znalazła coś na podłodze. Nic dziwnego, że gdy byłam tam pierwszy raz to niczego nie dostrzegłam. Były to wypisane kredą, czy innym niewyróżniającym się na powierzchni środkiem symbole. Był to ten sam język, który rozszyfrowaliśmy dzięki pomocy Sojuszu te kilka miesięcy temu. Całe to pomieszczenie okazało się grobowcem. Miejscem spoczynku Miraluka, którzy przybyli na Hakassi. Jak wspomniałam - pomieszczenie było jednak puste, więc albo ogołocone przez szabrowników, lub wszyscy oni spoczywają pod podłogą. Nie było pewności.

W końcu usiadłam na podłodze i spróbowałam się skontaktować z duchem, który uwięziony był wśród tych murów. Na imię miał Aytat. Denarska i Mistrzyni musiały dobiec wysyłane przez niego słowa podczas naszej rozmowy, gdyż niedługo po tym i oni zaczęli go słyszeć. Moment później pojawił się fizycznie przed nami, lecz to raczej było podświadome działanie naszych umysłów. Wydaje mi się, że nawet on nie był tego świadomy. Słyszał tylko mnie, a nas widział poprzez obecność w Mocy. Mnie wyczuwał najpewniej z tego samego powodu, z którego był w stanie ze mną rozmawiać, zaś całą resztę, w tym Denarska zasłaniał blask aury Mistrzyni Vile. Podczas rozmowy udało nam się ustalić, że wcześniej doszło do nieporozumienia. Otóż opowieść o artefaktach więżących potężne istoty, możliwie Gen’Dai ujrzała światło dzienne z ust Sitha z Alpheridies, ale takowe według Aytata z pewnością nie były jego własnością. Tak więc, jeśli Thon został uwolniony na Prakith za sprawką Azatu, to ten w jego posiadanie musiał wejść w jakiś inny sposób. Resztę rozmowy pominę, gdyż nie dotyczyła bezpośrednio sprawy, mogę opowiedzieć osobiście, jako ciekawostkę.

Ostatecznie, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - Aytat zmęczył się utrzymywanym przez dłuższą chwilę kontaktem, musiał odpocząć. My zaś skierowaliśmy się w stronę lewitującego dziwactwa.

W połowie drogi zostaliśmy zaskoczeni. Z jednego z balkonów wystrzeliła linka, która owinęła się wokół Padawana Okka’rina; zaraz ściągając go w stronę źródła. Szybka reakcja moja i Mistrzyni pozwoliła nam zapobiec wpadnięciu Denarska w łapy napastników, lecz ten wciąż był unieruchomiony zaplątanym kablem. Na szczycie balkonu stały dwie istoty. Człowiek, którego już wcześniej spotkałam w tych ruinach. Najemnik z kuszą energetyczną i plecakiem odrzutowym. Ten sam, który zaatakował Padawan Deron i Padawana Mohrgana. Tym razem miał jednak ze sobą wsparcie. Droida z narzuconym na barki płaszczem. I to nie byle jakiego. YVH. Zagrozili, że próby wyrwania Padawana skończą się jego śmiercią, z racji jakiegoś urządzenia dołączonego do kabla, więc zostałyśmy we dwie. Zaatakowałyśmy. Nasi przeciwnicy mieli jednak tą samą przewagę, co wcześniej. Mobilność za sprawą plecaków odrzutowych. Kolejną był zabójczy droid uzbrojony w wyrzutnię rakiet i karabin blasterowy. Potyczka ta trwała długo, aż do momentu, w którym najemnik nakazał odwrót. Próbowałyśmy ich z Mistrzynią zatrzymać, ale bez osiągania prędkości zbliżonych do Mistrza Barta trud ten skazany był na porażkę. Mistrzyni wyszła z tego bez szwanku, mnie zaś dosięgnął jeden z bełtów energetycznych; parząc dość pokaźnie brzuch.

Wróciłyśmy do Denarska. Nie udało mi się dokładnie określić jak działał mechanizm zamontowany do pnączy, ale bezpiecznym już było stwierdzić, że nie blefował. Po głębszej analizie połączeń urządzenia znalazłam baterie odłączyłam jego zasilanie. Padawan Okka’rin był wolny, napastnicy uciekli, więc ruszyliśmy głębiej. Do pomieszczenia z dziwną rośliną.

Wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Moje podejścia do badań pominę, gdyż nie doszłam do niczego nowego, ale Mistrzyni już tak. Po dłuższych oględzinach dziwnego tworu… najwyraźniej zaczęła go ładować. Dostarczać mu energię przez Moc, co po pewnym czasie zaczęło objawiać się przez nasilające się drgania lewitującego obiektu, oraz jak twierdził Denarsk - błyskami, światłem. Działania Mistrzyni trwały dość długo, aż w końcu wydobył się potężny huk. Roślina rozerwała się od dołu, zaś na podłogę pod nią spadło coś, co przypominało humanoida. Po bliższych oględzinach okazało się, że to pusty pancerz, otoczony rozlaną wokół gęstą mazią. Tu jednak Padawan Okka’rin celnie ocenił sytuację. To nie była zwykła maź. To był Gen’Dai. Po szybkim zanurzeniu się w Moc teoria ta została sprawdzona. Żyjący w środku ogród, który wyczuwałam wewnątrz zniknął. Teraz był tuż obok, rozlany na kamiennej posadzce. Rozwiązana została też zagadka lewitacji. Otóż ta roślina była jakąś dziwną naroślą wokół czegoś znacznie mniej naturalnego. Wewnątrz znajdował się system turbin, śrub/wiatraków, który najpewniej na celu miał zaburzać proces składania się Gen'Dai, zaś całość unoszona była przez repulsor.

Musieliśmy zebrać całą rozlaną maź, co do mililitra. Jak mówiła Mistrzyni - Gen’Dai są w stanie się odbudować, ale ich “mózg” podczas tego procesu musi być w całości, a nie wiedzieliśmy co było tym kluczowym elementem. Nie mieliśmy też szczelnego pojemnika, do którego zmieściłoby się to - na oko - dziesięć do piętnastu litrów śluzu. Padawan Okka’rin ruszył do miasta oddalonego o 500 kilometrów po naczynie, zaś Mistrzyni przysiadła przy rozlanej osobistości i kontynuowała jej “ładowanie”. Ja zaś wykorzystałam ten czas na odpoczynek, próbę chociaż częściowego uzdrowienia boleśnie poparzonego brzucha i nabrania sił.

W końcu Denarsk wrócił. Mistrzyni Mocą zebrała śluz i ułożyła w przywiezionej, dość pokaźnej beczce. Pojemnik jak i zbroję zapakowaliśmy do myśliwca Kaana i po rozwiązaniu niewielkich problemów logistycznych z transportem… Mistrzyni, Denarsk, ja i mały strażnik świątynny - MD-01 znaleźliśmy się z powrotem w bazie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Nie wiemy kim dokładnie może być ten Gen'Dai. Może być jakąś całkowicie inną istotą, ale też może być tym, czego zabrakło Aurożercy do ponownego złożenia się. Jest to z pewnością interesująca możliwość. Poniekąd mogłaby tłumaczyć dlaczego Thon z Prakith udał się właśnie na Hakassi.

Beczka z Gen'Dai znajduje się aktualnie w zbrojowni. Jeśli nie jest to wybitnie konieczne - starajcie się nie zakłócać spokoju istoty wewnątrz. Potrzebuje spokojnego, stabilnego środowiska do rozwoju. Złożenia.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 592
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 14 wrz 2020, 0:08

Amnezja

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.20, 20:00 - 01:00, 13.07.20, 21:00 - 01:00.

2. Opis wydarzenia:

Wiozłam Edgara na spotkanie z Sithem dobrych kilka dni. Myśliwiec Kaana odnotował 37 skoków nadprzestrzennych, czułam każdy z nich, każdą godzinę na pokładzie. Edgar nie czuł nic, bo był non stop ogłuszany z blastera. Kiedy dotarliśmy do punktu docelowego, podałam mu pełną dawkę środka usypiającego, na wszelki wypadek.

Główną częścią mojego planu było to, że miałam udawać droida. Wcielanie się w fizyczną formę za pośrednictwem Mocy nie jest jednak łatwe, pożera większość zasobów umysłowych, dlatego zawczasu przygotowałam sobie prosty zestaw kwestii dialogowych do odtworzenia z cyfronotesu – suche, droidzie wypowiedzi na potwierdzenie, zaprzeczenie, wyrażenie wątpliwości, zakomunikowanie braku wiedzy i garść informacji odnośnie stanu Edgara. Miałam dosłownie chwilę, by sobie to wszystko jeszcze raz przeczytać i utrwalić, nim na radarach pojawił się nowy obiekt wielkości korwety. Otrzymałam polecenie przygotowania się na dokowanie, odpowiedziałam pre-definiowaną kwestią z cyfronotesu.

Amulety z łusek taozina miałam już założone – mój i ten zdobyty na Edgarze Bis. Przyjęłam formę HDR i od tego momentu wszystko przestało być tak klarowne. Musiałam dystrybuować siły mentalne między podtrzymywanie iluzji a wysyłanie komunikatów podczas rozmowy z załogą korwety, na chwilę porzuciłam wszystko, by wypiąć Edgara z pasów – jak ode mnie zażądano. Szczęśliwie, chyba nikt nie widział tego, co robię w myśliwcu.

Kiedy owiewka myśliwca się otworzyła, znów byłam w pełni przebrana za HDR. Otrzymałam polecenie, by się nie ruszać pod żadnym pozorem. Wykonałam. Wysłałam kilka kwestii dialogowych oznajmiających, że mój droid jest wyłącznie pilotem i nie ma funkcji bojowych. Oczywiście padały niestandardowe pytania czy polecenia, ale na to wygodną odpowiedzią było: „brak danych”, „brak funkcji” lub „przetwarzam”. Wyszło, na moje oko, całkiem nieźle.

Dwie istoty wyciągnęły Edgara i kazały mi zablokować myśliwiec. Blokada kokpitu uniemożliwiłaby mi cichy abordaż, więc zasymulowałam problem z zamknięciem owiewki w związku z bliskością osób na zewnątrz. Wątpię, czy ktokolwiek domyślił się jaki to błąd, ale podziałało – dwójka wycofała się, rozpoczęto zamykanie śluzy. To był mój moment – odrzuciłam iluzję i wybiłam się z myśliwca w stronę korwety. Myśliwiec, jak się umawialiśmy, miał po tym sam wrócić do domu.

Mój skok po kilkudziesięciu godzinach w pozycji siedzącej (tyle minęło od ostatniego postoju) był… zły. Spowolniłam zamykanie się śluzy i narobiłam hałasu. Odpaliłam pole maskujące z rękojeści miecza Edgara Bis, więc nie było mnie widać, ale mnie zarejestrowali. Usłyszałam tego pseudositha, Azatu, który wysłał YVH do zbadania problemów ze śluzą. Próbowałam się wcisnąć w kąt za jakąś konsolą i udawać martwy obiekt, ale mój umysł nie był już w stanie stworzyć więcej dobrych iluzji i droid wychwycił *coś*. Szczęśliwie, nie *kogoś*. Zaraportowano nieokreśloną anomalię, Azatu kazał dokładnie ostrzelać śluzę, a potem zablokować przedsionek, wyłączyć wentylację i obserwować wejście. Ostrzał przetrwałam bez problemu pod barierą z Mocy.

W tle słyszałam, jak Edgar jest dokładnie skanowany, zakuwany w kajdanki i wywlekany gdzieś do wnętrza statku. Nie wyczułam obecności Vreyxa. Zostałam pozostawiona sama sobie, ale niewiele mogłam zrobić poza znalezieniem lepszej kryjówki na lampie w przedsionku. Tam po prostu zasnęłam, by dojść do siebie, i był to niezły pomysł.

Po dłuższym czasie w przedsionku pojawił się Azatu prowadzący Tasha Q’aah. Azatu też wyczuł *coś* i prawie mnie znalazł, ale szczęście było po mojej stronie. Nie wyczuł mojej aury. Powiedział wtedy bardzo ciekawą rzecz, którą dobrze zapamiętałam: „może rozpylili tutaj resztki Gen'daia”. Kazał zagazować pomieszczenie. Wsunęłam maskę oddechową na twarz i czekałam.

Szybko okazało się, że gaz przenika przez skórę, byłam więc zmuszona do postawienia bariery, spowolnienia funkcji życiowych i korzystania z Mocy jak z tlenu. Wszystko trwało kilka minut, ale mnie kompletnie wykończyło, na samym początku mój organizm przyjął dość gazu, by był to dla mnie duży problem. Znów musiałam skupić się na odpoczynku, kiedy w tle słychać było komunikaty o przeniesieniu Edgara do celi.

Korweta cały czas gdzieś leciała, przeżyłam ze dwa skoki nadprzestrzenne. Dowiedziałam się, że Edgar zostanie przekazany na jakiś inny statek, a wcześniej trafi do „celi specjalnej”. Czas mi się kończył.

Miałam nadzieję, że już mnie tak nie pilnują, dlatego odważyłam się działać dalej. Podeszłam do drzwi prowadzących do środka statku i przez chwilę nasłuchiwałam, ale nie było szans, by przez gruby materiał przedostały się jakiekolwiek dźwięki. Wyczułam za to jakieś osoby po drugiej stronie. Zaczęłam badać drzwi, by mieć pojęcie, jak się otwierają, żeby móc rozewrzeć je albo siłowo, albo przez jakieś zwarcie. Udało się. Impuls energii uszkodził mechanizm drzwi i te zwyczajnie zwariowały, otwierając się i zamykając chaotycznie.

W międzyczasie Edgar też musiał coś zrobić, bo statkiem wstrząsnęło, włączył się alarm. Azatu kazał ostrzelać śluzę. Mówił, że jest w stanie uwierzyć w jeden wypadek, ale nie w dwa, zwłaszcza że sprzęt jest zwykle wielokrotnie sprawdzany i działa bez zarzutu. Starałam się wmówić komuś z załogi, że był wcześniej świadkiem awarii tych drzwi, by jakoś ratować sytuację, ale wyszło jeszcze gorzej, bo Azatu wykrył moje oddziaływanie. Wykrył ślady Mocy.

W tym momencie zarządził ewakuację. Edgar został ogłuszony i zabrany gdzieś – zrozumiałam, że na prom. Azatu do ostatniej chwili pilnował drzwi. Chodziło mi po głowie, żeby go zaatakować, ale… nie miałam własnego miecza. Miałam marne szanse na to, by wygrać, za to skazałabym Nexu na śmierć niezależnie od wyniku starcia. Jedyne, co mogłam zrobić, to nie dać się znaleźć, by nie pogorszyć tej sytuacji.

W końcu ewakuacja dobiegła końca. Kiedy wyszłam ze śluzy, trafiłam na pusty, cichy pokład. Ruszyłam na zwiad. W kokpicie znalazłam dwa droidy, które kierowały statek na najbliższą gwiazdę. Niecałe 6 minut drogi. Nie miałam autoryzacji do tego, by nakazać zmianę kursu, więc… urwałam pilotowi głowę i przejęłam stery. Nie potrafię czymś takim pilotować, ale mogłam użyć pracy silników, by zmienić kurs. Udało się.

Korweta zaczęła lecieć w nieznane. Komunikacja nie działała, nie miałam autoryzacji, by skorzystać z jakiejkolwiek konsoli. Wykończona, po prostu poszłam spać.

Kiedy się obudziłam, sytuacja pozostała bez zmian. Tym razem na pokładzie znalazłam krabika, takiego samego, jak nasze na Hakassi. Po głębszej analizie modułu komunikacji statku odkryłam jedynie, że wszystko zostało zniszczone na każdym możliwym odcinku, wliczając elementy w pomieszczeniach technicznych na dolnym pokładzie. Nie miałam autoryzacji, by uruchomić windy na dolny pokład. Z braku lepszych pomysłów i dla odstresowania się zaczęłam wpisywać głupie hasła w konsolę i jedno odblokowało mi dostęp – ku mojemu zaskoczeniu.

Idąc za ciosem, próbowałam wykorzystać to samo hasło do kontrolowania droidów, ale u nich była tylko identyfikacja werbalna i wizualna administratora. Musiałam wytężyć ostatnie szare komórki, by upodobnić się dzięki Mocy do Azatu i nadać swojej normalnej postaci te same uprawnienia. Już jako Elia, mogłam polecić droidom zmianę kursu. Niestety, wcześniej dekapitowałam głównego pilota, więc musiałam go najpierw naprawić. Poszło bez większych problemów.

Po ocenie naszego zapasu paliwa i obecnej lokalizacji, wybrałam Velmor na cel podróży – był to najbliższy podległy Sojuszowi świat, jaki znałam. Do celu zostało 17 godzin. Postanowiłam spędzić je na próbie rekonstrukcji systemu komunikacji.

Oszczędzę Wam detali technicznych, bo to nic ciekawego. Udało mi się znaleźć problem w maszynowni, odbudować konsolę częściowo. Wszystko tam było z rozmysłem spalone, nie przetrwały żadne dane. Moduł komunikacji był generalnie bezużyteczny nawet po naprawach, ale odebrałam ostatnią wiadomość wysłaną przez Azatu, którą sobie zgrałam:

Alarm. Na pokładzie wyczuwam ślady ingerencji, ślady potężnej ingerencji Mocy... Ale nie wyczuwam tu żywej istoty. Obawiam się, że wiem co to może być. Statek musi zostać posłany w gwiazdę. Tylko to może to zniszczyć.

Wdrożyć natychmiast protokół ewakuacji i porzucenia statku. Spalimy to razem z korwetą, wiem co robię, nie obawiajcie się.

Dobrze wiem, co to najprawdopodobniej jest. Wszystko zbyt dobrze składa się w całość, Jedi kolejny raz nas oszukali.

Wdrożyć plan ewakuacji natychmiastowej, porzucić okręt, nakazać droidom lot w najbliższą gwiazdę. Panuję nad sytuacją. Nie jestem pewny, czy to to o czym myślę – ale samo ryzyko wystarcza, by to było konieczne, przyjaciele.


Podróż na Velmor minęła mi wolno, ale bez przygód. Byłam przede wszystkim śmiertelnie głodna, ale droidy z dolnego pokładu zapewniały mnie, że nie ma już nic do jedzenia. Obejrzałam kilka holofilmów, które zachowały się na konsolach służących do rekreacji.

Na orbicie Velmoru powitano mnie z dużą dozą ostrożności, ale przyjaźnie. Dogadaliśmy się w sprawie statku – nam korweta niepotrzebna, a Velmor z radością go przyjął. Powinniśmy dostać za niego jakieś kredyty. Poprosiłam, żeby przysłano nam przynajmniej część droidów. Są mało warte, ale jeden ma oprogramowanie pilota, drugi – nawigatora. Droidy sprzątające też mogą nam się przydać. Sprzedalibyśmy je za grosze, a mogą sporo pomóc.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Edgar opisał wszystko ze swojej perspektywy tu: << Amnezja - Edgar >>

Przywiozłam ze sobą krabika - nie był z naszego "roju", ale ładnie zasymilował się z pozostałymi. Na moich oczach przeszedł dostrajanie do zewu Mocy i teraz ciężko odróżnić go od reszty.

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2024
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 25 wrz 2020, 10:48

Chirurgiczne królobójstwo

1. Data, godzina zdarzenia: 25.09.20, 20:15-2:00

2. Opis wydarzenia:
Kilka dni temu uznaliśmy z Fellem, że w końcu trzeba się zająć Tanną i wczoraj przeszliśmy do rzeczy. Dołączył do nas Zayne. Przenieśliśmy Uczennicę do ambulatorium i zaczęliśmy działać.

Mieliśmy już sporo informacji: badania genetyczne, rozmowę z jego wysokością, rozmowę z Freją, pozostało mi tylko zrobić kilka testów na miejscu. Już pierwsze skany wykazały obecność implantu w płacie czołowym Uczennicy, a dokładniej w jej korze przedczołowej. Badania krwi były czyste, reszta ciała również (a przynajmniej w medycznym kontekście, zewnętrznie Uczennica była dość zasyfiona po leżeniu przez miesiąc w celi, ale ten problem wystarczyło rozwiązać dłuższym pobytem pod prysznicem).

Teraz szczegóły. Implant miał 60x42x56 milimetrów i był przymocowany zarówno mikrohaczykami do kory mózgowej jak i mikrokabelkami do sieci nerwowej. O dziwo, nie był połączony z cyberoczami badanej. Bardziej dogłębna analiza i ekspertyza Fella pomogły nam ustalić, iż urządzenie składa się z kilkunastu, może kilkudziesięciu części, procesorów, kości pamięci, baterii oraz innych bliżej nieokreślonych podzespołów.

Pomimo pierwotnych sprzeciwów Zayna, podjęliśmy decyzję o przeprowadzeniu zabiegu natychmiast. Nie było na co już czekać. Każdy kolejny dzień straty oznaczał dalszą degradację neurologiczną Tanny oraz pogłębienie jej ogólnego osłabienia. Mieliśmy lekarza, asystenta i mechanika, sprzęt również. Położyliśmy więc Uczennicę na stole i opracowaliśmy podstawowy plan działania oraz kilka opcji pobocznych.
Zayne miał zająć się główną częścią zabiegu, ja asystować. Fell na początku zajął się zaopatrzeniem nas w krzesła i zapasy.

Otworzyłam czaszkę Tanny i przygotowałam wyizolowane skany poszczególnych obrazów mózgu oraz samego urządzenia. Kiedy Zayne przygotowywał się do operacji i unieruchamiał głowę pacjentki, przeanalizowaliśmy z Fellem budowę urządzenia. Od tego momentu pominę zapewne kilka szczegółów i skupię się na najważniejszych punktach. Nie jestem w stanie określić ile spędziliśmy nad stołem operacyjnym, ale chyba prawie dobę, więc opisywanie wszystkiego krok po kroku zanudziłoby przy szóstej stronie.

W każdym razie, nie chcieliśmy wycinać urządzenia bez jego uprzedniego wyłączenia. Myśleliśmy na początku z Fellem o impulsie jonowym, ale zdecydowaliśmy się na otwarcie urządzenia przed podjęciem kolejnych decyzji. Dzięki naszym super skanerom i ekranom, zauważyłam mini ryskę na obudowie implantu, Fell opracował plan podważenia części obudowy, Zayne go wykonał i tak naszym oczom ukazał się miniaturowy komputerek, na którym można już było operować. Po dłuższej analizie Fell odnalazł miejsce, od którego odchodziły ścieżki, przez które płynęło zasilanie implantu. Przy pomocy igły chirurgicznej zarysował je i… faktycznie zadziałało. Funkcje życiowe Tanny nagle zaczęły gwałtownie spadać. Natychmiast podałam stymulant, zaintubowałam pacjentkę i przygotowałam się do masażu serca, którego jednak nie było potrzeby wykonać. Stan Uczennicy powoli zaczął się stabilizować. Kiedy jej funkcje osiągnęły bezpieczne pułapy i założyliśmy, że implant nie ma prawa już działać, Zayne wkroczył do pracy. Usunięcie urządzenia było potwornie karkołomne. Adept godzinami, z największą ostrożnością i dokładnością usuwał kolejne zaczepy i przewody oraz łączył uszkodzone nerwy Uczennicy. Mieliśmy wtedy z Fellem trochę luzu. Pilnowałam tylko czy Tanna ani Zayne nie zejdą w trakcie procedury, a Fell donosił nam zapasy w tym święty caf. O dziwo obeszło się bez stymulantów. W końcu Zayne opadł na krzesło i prawie zaczął majaczyć z wycieńczenia. Zajrzałam do głowy Tanny i zobaczyłam, że wszystko zostało profesjonalnie skończone. Brak nadmiernej opuchlizny umożliwił zamknięcie czaszki tego samego dnia. Kiedy skończyłam ostatnie szwy i posprzątałam pobieżnie, skrajnie wycieńczony Zayne układał się już do snu. Sprzątanie przejął Fell. Zabezpieczyłam implant i nie pamiętam co dalej się działo i kiedy doszłam do kwatery. To była potworna przeprawa. Teraz pozostaje nam czekać na jej wyniki.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
  • Świadomość króla Arkanii jest co najmniej czasowo zdezaktywowana. Urządzenie, w którym się znajdowała jest niezwykle cenne. Jeśli jego ślady wciąż są w środku, byłoby super je wymazać i odrestaurować implant.
  • Tanna wciąż przebywa w ambulatorium, jej stan jest stabilny.


4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 389
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 27 wrz 2020, 12:55

Wartość Życia

Ukryte:


1. Data, godzina zdarzenia: 20.09.20 godziny rozpoczęcia około 20:30, do 2:00 dnia następnego, tj 21.09.20

2. Opis wydarzenia:

Późnym popołudniem, właściwie zakrawającym mocno o wieczór, skontaktował się ze mną nasz drogi konstabl – Ek Grey’lemu, którego poprosiłem o pomoc w zebraniu informacji na temat klatooinianskiego komendanta z miasta Drand, który jak ustaliliśmy przyczynia się pasywnie do rozrostu wpływów Gangu Barada poprzez blokowanie akcji policyjnych wymierzonych przeciw jego współziomkom. Konstabl poinformował mnie, że udało mu się przekopać wszystkie źródła do jakich tylko miał dostęp i zaprosił mnie na spotkanie w cztery oczy, w celu przedyskutowania pozyskanych informacji oraz omówienia dalszej strategii rozwiązania problemu. Lokal znajduje się niedaleko naszej bazy na przedmieściach Birell, na ulicy Alderaańskiej 17. Poinformowałem oczywiście konstabla, że udam się niezwłocznie (nie do końca) na miejsce spotkania, pozostając w kontakcie z drogim Bothaninem. Nim jednak faktycznie wyruszyłem, wstąpiłem na moment do archiw, by przeszukać holonet pod kątem ważnej informacji. Mianowicie jaka instancja znajduje się wyżej od komendy miasta Drand, by możliwie uniknąć w przyszłości niezręcznego momentu, który mógłby mieć miejsce po tym jak feralny komendant dowiedziałby się, że Jedi są zainteresowani jego sprawą, oraz sprawą jego współziomków z gangu Barada. W tym celu najlogiczniejszym wydaje się kontakt z Komendą Regionu V, dzięki czemu zarówno uda się uzyskać przyzwolenie na działanie ze strony służb porządkowych, jak i uniknąć ewentualnego zdemaskowania w wyniku nieostrożnego dysponowanie danymi przez funkcjonariuszy komendy w Drand.

Po zapisaniu tych informacji w swojej holodacie ruszyłem w kierunku garażu, by z pomocą śmigacza dotrzeć na miejsce umówionego spotkania. Niestety przez pośpiech zostałem sprawcą pewnego… incydentu. Tego wieczoru zdecydowałem się na maszynę AeroChaser, którą nie do końca znałem. Brak obycia spowodował nieco zbyt gwałtowne dodanie gazu, przez co wyskoczyłem z garażu prężnie niczym Uczeń Jedi Edgar na swym plecaku odrzutowym. Nadmierna prędkość sprawiła że zahaczyłem nieznacznie przodem śmigacza o jednego z przedstawicieli Imperium Krabowego, który to zapewne odpoczywał w wysokiej trawie, a co umknęło mojemu spojrzeniu. Krab na całe szczęście został opatrzony przez Padawanów Arelle i Fella i nic mu nie jest, jednakże moja „reputacja” wśród przedstawicieli krótkoodwłokowych skorupiaków została mocno nadszarpnięta, ale mam nadzieję, że niebawem uda mi się znów wkraść w ich łaski poprzez regularne składanie „darów” w postaci resztek z posiłku, odpadów biologicznych z ambulatorium, czy też mej własnej kwatery.
Po niezbyt długiej i pogodnej podróży umilanej przez barwne, tudzież niezwykłe pejzaże Hakassi, udało mi się dotrzeć na obrzeża miasta Birell, które wpasowuje się w podręcznikową niemalże definicje metropolii. Ciężko mi było natknąć się na cokolwiek bardziej charakterystycznego. Ba, nawet widok kontrastujących ze sobą budynków, osiedli czy dzielnic wydawał się bardzo rzadki. Całość sprawiała wrażenie schludnego i zadbanego miasta, na tyle na ile dostępność funduszy odbudowującego się świata może pozwolić. Gdy podjechałem pod umówiony lokal, moim oczom ukazała się no… typowa speluna jaką można nieraz zobaczyć na holowidach. Pewnie jeszcze parę miesięcy temu nawet bym nie rozważał wejścia do takiego „lokalu” jednakże teraz nie miałem takiego problemu. Podejrzewałem tylko, że będę musiał dość szybkiego wejść w jakąś dopasowaną rolę, aby chociaż zachowaniem nie odstawać zbytnio od zebranej tego wieczoru klienteli.

Powietrze było aż gęste od prowadzonych rozmów, ale nawet przy niezłym skupieniu trudno mi było wyłapać coś więcej niż pojedyncze słowa, lub strzępki bez kontekstu, który mógłby nadać chociaż cień sensu. Przy wejściu powitał mnie… „prorok” z braku lepszego słowa. Sądząc po dzierżonych przez niego pustych strzykawkach, był w trakcie sporego zjazdu. Prorok poinformował mnie tuż przed wyjściem, że wszystkich nas czeka śmierć, a Yun-Yuzhan i reszta panteonu bogów Vongów istnieje i pewnego dnia powrócą, aby wywrzeć na nas swą zemstę. Po oświeceniu mnie i przyłączeniu do grona wybranych, wybiegł nerwowo z lokalu w noc miasta, rozświetlaną wszechobecnymi neonami i reklamami. Gdy tylko otrząsnąłem się z ostatniej rozmowy, przespacerowałem się po lokalu, co jakiś czas przyglądając się klientom w poszukiwaniu mego towarzysza Eka Grey’lemu, oraz witając się z szynkarzem browaru. Konstabl poinformował mnie poprzez komunikator, że może się delikatnie spóźnić przez korki na mieście. Nie był to duży problem, bowiem czas oczekiwania został mi „umilony” przez rozmowę z przedstawicielem rasy Gamorrean. Wtedy nie wiedziałem cóż to za istota, ale sam rozmówca mnie poinformował o swej przynależności, jak również z ciekawości potem poszperałem w holonecie.

Nim się spostrzegłem, Ek dotarł już na miejsce dołączając do mnie przy barze i zamawiając dla nas po butelce lokalnego trunku dla polepszenia nastroju konwersacji. Po krótkiej wymianie światopoglądowej, żartobliwych obserwacjach i ot dyskusji na temat wszystkiego i niczego, przeszliśmy do meritum spotkania. Głównym obiektem naszych rozważań był feralny komendant o imieniu Savin Terko. Konstabl poinformował mnie, że większość informacji pozyskał poprzez rozmowy z pracownikami niższego szczebla, którzy możliwie nie mają wiele do stracenia, gdyby przyłapano ich na plotkach o swoich przełożonych. Klatooiniańczyk z całą pewnością nie cieszy się szacunkiem wśród swego środowiska, ponieważ zdaniem inspektora, o czym już wcześniej rozmawialiśmy i podejrzewaliśmy, owy mężczyzna został wybrany na to stanowisko wyłącznie ze względów pokazowych i wizerunkowych.
Niestety cieszy się podobno dość szeroko rozwiniętymi koneksjami i zdaniem konstabla jedyny sposób na pozbycie się problemu to… pozbycie się problemu. Ek zaproponował, że dokona egzekucji Savina Terko, jednakże na tamtą chwilę kategorycznie się nie zgodziłem, ponieważ uważam i jestem głęboko przekonany, że musi istnieć jakiś sposób na rozwiązanie pokojowe. Chcę by usunięcie zgubnego komendanta ze stanowiska, obyło się bez kontrowersji, aby nie doszło do eskalacji spirali przemocy i konfliktu w mieście. Podobnie jak Isan obawiam się, że gang Barada mógłby zostać rozjuszony morderstwem komendanta, nawet gdyby inspektor Grey’lemu był niezwykle ostrożny i zrzucił odpowiedzialność na porachunki gangu, jak zasugerował. W trakcie dalszej rozmowy zasugerowałem kilka alternatywnych rozwiązań, które wydaje mi się mogłyby przynieść skutek. Trudno mi jednak powiedzieć co mogłoby się sprawdzić bez zbadania natury problemu na miejscu, w mieście Drand. Wydaje mi się, że śledztwo w terenie dobrze by uzupełniło informacje, które pozyskał dla nas Ek. Na koniec spotkania poprosiłem konstabla, aby nie przystępował do działania bez mojej wyraźnej prośby. Zlecenie zabójstwa to ostateczność. Chcę wpierw wyczerpać wszystkie pozostałe drogi rozwiązania problemu i zbadać poszlaki. Po serdecznym pożegnaniu się, zapewniłem żandarma, że pozostaniemy w stałym kontakcie i niebawem po naradzie ze starszymi Jedi, określę dalszy kurs naszych działań w sprawie gangu Barada.

Po krótkiej rozmowie z oberżystą i jednym z klientów, która służyła mi za zabicie czasu, gdy organizm przetwarzał i wydalał z siebie zbędne procenty ruszyłem w drogę powrotną w stronę naszej placówki. Ponownie towarzyszyły mi niesamowite widoki, których gama wahała się od nieco przerażających kraterów i wraków, będących pozostałościami po wojnie, po dziewicze wybrzeża i puszcze, które ewidentnie nie doznały krzywd ze strony istot inteligentnych. Wtem moją bardzo bezpieczną i ostrożną jazdę przerwał strzał z działka jonowego, które sprawiło, że ścigacz został zdezaktywowany i samą siłą pędu wpadł w granice wąwozu biegnącego blisko naszej bazy. Potrzebowałem chwili na to, aby dojść do siebie i zrozumieć, że właściwie poza paroma siniakami nic mi się nie stało. Rozglądając się na boki i wsłuchując się w otoczenie, spostrzegłem swoich oprawców, przymierzających się do „zakupu” maszyny. Na samym początku milczałem i wysłuchałem co mają do powiedzenia, udając że nadal jestem bardzo ogłuszony, aby przeanalizować ich budowę fizyczną w słabym świetle wieczoru, oraz określić przez ten pryzmat stopień zagrożenia jaki mogą stanowić. Nie były to „złe” istoty, jeśli mogę tak to ująć. Wydawało mi się, że zarówno Człowiek jak i Aqualish są prawdopodobnie ofiarami okoliczności do jakich zmusiło ich życie, by przetrwać. Mogę się też mylić horrendalnie i miałem do czynienia z istotami, które wyznają zasadę „Łatwiej jest coś zabrać, niż samemu zarobić”, ale mimo to nie chcieli mi zrobić krzywdy. Okraść i ograbić- tak, ale nikt z tej dwójki nie był w najmniejszym stopniu chętny by odebrać mi życie, lub okaleczać. Postanowiłem więc odpłacić im tym samym, mając gdzieś tam z tyłu głowy nadzieję, że może po spotkaniu ze mną zmienią swoje podejście… Próżne nadzieje, daremny trud, hę?
Mimo to spróbowałem uratować swoją skórę jak i własność placówki w pokojowy sposób. Czerpiąc garściami z obserwacji i konwersacji ze starszymi Jedi, jak również rezydującymi u nas członkami oddziału Nexu, udało mi się wejść w rolę „w pełni wyszkolonego i śmiertelnie niebezpiecznego” Rycerza Jedi. Moje wypowiedzi zapewne były nieco zbyt patetyczne, ale chyba już taka moja maniera. Niemniej jednak przyniosły skutek! W połączeniu z przybraniem groźnej postawy i głoszonymi groźbami rychłego kalectwa, tudzież śmierci, jeśli nie dadzą mi spokoju. Całość przedstawienia dopełniłem przez aktywowanie treningowego miecza świetlnego, który ostatecznie wpłynął na decyzję opryszków i już po chwili mogłem obserwować jak gwałtownie oddalają się w nieustalonym kierunku, zeskakując ze wzniesienia do swojego śmigacza zaparkowanego nieopodal. Przez zapewne około minutę wpatrywałem się zszokowany w tumany kurzu, które wzbudziła ich prędka ucieczka, a następnie po dokładnych oględzinach własnej maszyny i upewnieniu się, że nie została uszkodzona, wróciłem na szlak prowadzący do bazy Jedi.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Byłbym niesamowicie wdzięczny i uradowany, gdyby ktoś wyraził chęć towarzyszenia mi w podróży do Drand, aby przyjrzeć się bezpośrednio działalności gangu Barada w tym mieście. Co parę głów to nie jedna i być może w ten sposób wspólne śledztwo wskaże najlepsze rozwiązanie.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 114
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 01 paź 2020, 18:05

Próby komunikacji z Tanną i Droidem Kaana

1. Data, godzina zdarzenia: 30.09.20, 20:40-0:30

2. Opis wydarzenia:
Wczoraj mieliśmy kolejny dzień badania Tanny. Uczennica dostaje już standardowe porcje glukozy, ćwiczę z nią, stawiam talerz z jedzeniem obok jej głowy podczas każdego swojego posiłku i puszczam playlisty z muzyką oraz głosami z bazy. Odziaływanie bodźców zewnętrznych wydaje się jednak wpływać na stan Uczennicy w minimalny sposób.

Podstawowe funkcje życiowe pacjentki są stabilne, odruch połykania również prawidłowy. Niestety nie zaobserwowałam żadnych reakcji na stymulację światłem lub dotykiem czy też reakcji na ból – przynajmniej na poziomie reakcji mięśniowych.

Wszystkie testy wykonywane były jednocześnie z analizą fal mózgowych Uczennicy i tu, mogłam już zauważyć pewne reakcje. Ogólna praca mózgu Uczennicy jest bardzo chaotyczna. Różne ośrodki zdają się uaktywniać w przypadkowy sposób i naprzemiennie. Można jednak zauważyć nieznaczne zmiany w aktywności właściwych płatów podczas stymulacji igłą czy też głosem. Niestety, reakcji na konkretne słowa brakowało.

Po zakończeniu podstawowych badań przeszłam do oceny aury pacjentki. Nie wiedziałam czego dokładnie się spodziewać, więc opiszę wszystko, co zauważyłam. Aura Tanny była wyraźniej silniejsza od tej należącej do obecnego przy badaniach Zayna, jednak było w niej coś niecodziennego. Brakowało w niej naturalnego przepływu, jedyne co czułam, to statyczność. Szukałam śladów Ciemnej Strony i takich brakowało, nie znalazłam też wyraźnych wyrw. Pod koniec badania miałam dziwne wrażenie. Nie jestem pewna czy umysł nie płatał mi figla, ale ten dziwny brak przepływu wydał mi się znajomy.

Alora, która dołączyła później do badań, doszła do podobnych wniosków, jednak zauważyła coś jeszcze. Według niej, Tanna jest w jakiś sposób zamknięta na poziomie energetycznym, a jej aura nie oddziałuje w żaden sposób z zewnętrznym przepływem Mocy, co w znacznym stopniu utrudnia powrót do zdrowia pacjentki. Alora spróbowała wtedy leczenia Moca i choć rezultat był nieznaczny, to udało jej się zauważyć, że posłana do aury Tanny energia nie została odrzucona. Co więcej, po przesłaniu energii zauważyła niewielki ruch w aurze leczonej. Wniosek – Tanna nie zregeneruje się raczej w naturalny sposób i potrzebna będzie szeroko zakrojona terapia Moca.

Kolejna kwestia, to odnalezienie choćby śladu świadomości Uczennicy lub jej ojca. Według Alory, ojca brak, a Tanna gdzieś tam jest, jednak dostęp do niej jest bardzo trudny. I to nie przez bariery, a coś w rodzaju zaniku lub rozproszenia jej obecności. Jak to ujęła Alora, Tanna jest zamknięta i ospała – być może na własne życzenie i to była bardzo cenna obserwacja. Niemocowładnemu zapewne trudno byłoby stłamsić w taki sposób doświadczoną użytkowniczkę Mocy. Za to ona sama mogła być może w jakiś sposób się wyłączyć – ze strachu lub po to by jej ojciec nie mógł korzystać w żaden sposób z Mocy.

Telepatyczne wołanie Tanny nie dawało pozornie rezultatów, jednak po sugestii Alory na temat zamknięcia się z własnej woli, chciałam przeprowadzić jeszcze jeden test, jak również przekazać Tannie, że jest już bezpieczna i może *wyjść*. Poprosiłam Alorę o przekazanie Uczennicy obrazów i wspomnień z Prakith, konceptu domu i bezpieczeństwa, a później powiedzenie do niej telepatycznie kilku pełnych zdań. I tu ciekawostka. Chociaż Alora nie wyczuła w żaden sposób czy przesyłane przez nią informacje przeszły, skanery to dobitnie wykazały. Płat czołowy odpalił jak trzeba, później dołączył do niego płat skroniowy. Nie było mowy o przypadku.

Podsumowując. Uczennica gdzieś tam jest. Działanie Mocą działa w bardziej zauważalny sposób niż tradycyjne terapie, jednak nie zamierzam rezygnować z tych drugich. Będę cały czas poddawać Tannę standardowym zabiegom dla osób w śpiączce, a Alora podziała na mistycznym poziomie. Jeśli utkniemy, damy znać.


Teraz ważne, czytajcie wszyscy.
Po pierwszych naprawach droid Kaana trochę się uaktywnił. Biega, skacze, macha mieczem Kultu – wygląda to niebezpiecznie, ale chyba nie jest. W pewnym momencie dostałam karabin od droida, to było całkiem urocze. Potem Zayne chciał dokładnie obejrzeć miecz, droid zaczął go gonić, ponieważ uznał to za próbę odebrania mu broni, ale pościg dość szybko się skończył, a Kaanuś wybiegł z ambulatorium. W razie przypału, ucieczka to chyba najlepsza forma obrony, SDK to zresztą potwierdziły.

Droid mówi. Wysypuje mu co chwilę tonę błędów, ale da się z nim porozumieć. Nazywa się Jednostka Prakith 29. Nie może się połączyć z bazą, innymi jednostkami ani ze Stwórcą. Chciał przez moment się zutylizować, potem powiedział, że brak mu funkcji autodestrukcyjnych – to chyba dość szara strefa chwilowo, bardzo zależna od tego, co mu się włączy. Uszkodzony został przez użytkownika Mocy 1229 dni temu.

W którymś momencie załączył mu się tryb ochrony Tanny. I, uwaga, chciał ją przewieźć na Prakith do bazy komunikacyjno-pośredniczej Stwórcy na Prakith w kwadracie F-13. Wcześniej też wspominał o bazie komunikacyjno-pośredniczej Stwórcy, do której została przewieziona forma życia numer 3. Nie mam jednak pewności czy w obu wypadkach mówił o tej samej bazie. Tu mój błąd w komunikacji, nie ogarnęłam wtedy zupełnie. W każdym razie, Forma Życia Numer Trzy brzmi jak ktoś ważny.

Pod koniec rozmowy droid był wyjątkowo spójny w tym, co mówił, nawet chyba żartował na pewnym poziomie. Jeśli ktoś będzie chciał z nim pogadać, a nie będzie widział szansy – chyba wystarczy przeczekać wysyp błędów.

Na koniec słowniczek i krótka instrukcja komunikacji.
-forma życia numer 812 – Alora
-forma życia numer 710 – Tanna

Prakith 29 mówi w droidowym, ale też chyba w kaanowej wersji binarnego, którego nie idzie zrozumieć. Najlepsze efekty daje mówienie do niego w precyzyjnym droidowym i krótkich zdaniach.
„Weźmiesz to?” – źle, „Czy to weźmiesz? ” – średnio, „Weź to. ” – ok, „Czy jesteś w stanie to podnieść?” – ok. Wiecie co mam na myśli.

Kiedy opuszczałam ambulatorium droid czuwał przy formie życia numer 710. Trochę macha przy niej mieczem, ale w żadnym razie nie robił krzywdy.

Adnotacja: Rycerz Slorkan przesłał mi właśnie wiadomość, zawierającą niezwykle cenne informacje na temat Jednostki Prakith 29. Rycerz przebywał już w naszej bazie, kiedy droid został odnaleziony. I tak. Forma życia numer 3 to nasza Mistrzyni, natomiast baza komunikacyjno-pośrednicza Stwórcy, to nasza baza na Prakith. Lord Kaan używał kiedyś anten naszej byłej placówki do swoich celów, ba – przejął raz nawet kontrolę nad SDK, który na jego polecenie uszkodził Padawana Aderbeena za obelgi.
Co do transportu Tanny do bazy – po zidentyfikowaniu rannej Jedi, Kaanuś chciał zawieźć ją do domu. Tajemnica rozwiązana.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Trzeba zespawać dwie pary kajdan. Kaanuś pociął.


4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 389
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 03 paź 2020, 18:35

Kalist - plan naprawczy

1. Data, godzina zdarzenia: Brak

2. Opis wydarzenia:

Po rozmowie z Mistrzynią i Fellem rozpisałam kilka opcji działania po bardzo średnio udanym wypadzie na Kalist.

Zanim przejdziemy do rzeczy, zrobiłam jeszcze małe rozpoznanie. Kiedy wychodziłyśmy z Alorą z redakcji ISK, główny redaktor kazał pozdrowić niejakiego pana Bonzaro. Człowiek ten faktycznie kiedyś pracował na Koros w gazecie, z której miałyśmy legitymacje, jednak było to rok temu. Same legitymacje zostały wyrobione przy pomocy osoby z sekcji technicznej gazety, więc dojścia po znajomości brak.
Rząd Kalist na razie nie zareagował na oświadczenie Hakassi. Są rozsądnie ostrożni. Poza tym, jak powiedział mi przedstawiciel Wydziału Spraw Pozaplanetarnych, rząd Kalist sam w sobie mało może. Sytuacja na planecie może być jednak wykorzystana przez konserwatywny, antyimperialny obóz Galaktycznej Federacji, Bothan, liberalnych Korosjan, radykalnie pro-unitarne ruchy z jurysdykcji systemu Dremul, zaniepokojone delegacje władz centralnych z Denon i Mon Calamari w tym regionie oraz sojuszników wcześniej wspomnianych.
Zapytałam też o frachtowiec Action, którym nasi przylecieli na Kalist. Był on zabezpieczony przez służby wewnętrzne Sojuszu i nie powinien nosić żadnych śladów. Ale. System komunikacyjny podczepiony do skrzyni to już technologia Hakassi. Nie wiem też co z dwoma hakassańskimi śmigaczami 74-Z. Oczywiście pomoc Sojuszu była tu ściśle tajna i w niczym nie pomogą, jeśli sprawa się posypie.

Teraz plany docelowe. Plan B, chociaż chronologicznie drugi, jest planem głównym, zawiera też kilka bardzo cennych wskazówek od Mistrzyni. A i B dopiero jeśli się sypnie też jest gorszą, ale opcją.
E jako opcja po lub przed B.
C i D w totalnej ostateczności, ale musimy być przygotowani na niewygodne pytania tak, żeby nie trzeba było do C i D dopuszczać.

Plan A - Czekamy
Plan pierwszy nie jest zbyt rozbudowany i zakłada czekanie. W pierwszym materiale ISK powiązało myśliwce z Ord Trasi, ale z tego, co widziałam na biurku redaktora, ten dysponował tylko zdjęciami z satelit bądź radarów. Co więcej, kiedy Alora rzuciła nazwę Hakassi, redaktor w pierwszej reakcji powiedział jej, że to pudło. Z drugiej strony mówił nam, że powiązanie myśliwców z pewną stocznią jest pewne i poparte ekspertyzą z dwóch źródeł. Wniosek jest taki, że ISK albo nie miała aż takich twardych dowodów albo gadali do nas aby gadać - jak my do nich. Nie ufam im, oni nam. Robienie z nimi interesów to potencjalny strzał w odbyt.
O Jedi nie pisali, trzeba się jeszcze dowiedzieć czy wspominali o laserowych pałkach. Mają miecz Alory, jednak też, przynajmniej na początku, obsłudze wydawało się, że pozostawienie miecza w skrytce mogło być prowokacją. Chad Champion (prezenter) wiedział, że ktoś się zajął pozostawionym sprzętem. Czy gdyby podejrzewał, że jestem złym Jedi albo nawet sprzątaczką u Jedi, a nie słupem, to dałby się spić i zaprosiłby mnie do mieszkania?
Być może ISK ma absolutnie mierne podstawy do napisania czegokolwiek o nas, a następny materiał jest o machlojkach Kerisa? Może o Klonie? Miecz to miecz - nie pierwszy zagubiony i pewnie nie ostatni. Szkoda go, ale głupio też zaogniać sprawę wyrywaniem się, kiedy nie wiemy jakie plany ma redakcja.

Tłumaczenie się po wydaniu materiału będzie trudniejsze, ale jeśli zostaniemy o coś oskarżeni, można powiedzieć, że byłyśmy tam z Alorą, ponieważ doszły nas słuchy o kolesiu z superdroidami. Nikt się tam nie spodziewał Jedi ani wiedzy o Jedi, więc Alora dała miecz do depozytu. O świecących pałkach na miejscu dowiedziałyśmy się zaraz po wizycie w ISK, a nie chciałyśmy być wzięte za ludzi, o których miałyśmy zdobyć informacje, więc zrobiłyśmy odwrót. Chciałyśmy przekazać szybko informacje dla Jedi.
W ramach potencjalnej obrony, można też użyć informacji o Bisie z Planu B. Poza tym, ISK to wciąż szara strefa. Może być łatwiej załatwić sprawę z rządem jeśli coś pójdzie nie tak niż z nimi, ale o tym później.
Potencjalne ataki paniki budzi we mnie w zasadzie jedna myśl - w śledztwo zaangażowana była policja i wojsko. Mogą, mieć DNA Togruty, Quarrena i Shistavena. Takie trio nie jest chyba często spotykane. Jedyny plus to to, że z tego co wiem, wrażliwości na Moc nie da się wykryć z zaschniętych plam krwi albo futra. Z drugiej strony, gdyby to mieli, to sprawa pewnie byłaby już dawno mocno nagłośniona, więc chyba można taką opcję odrzucić.

Plan B - Plan właściwy, czyli przyznajemy się, ale tylko troszkę
Opcja, którą omawialiśmy też ma dużo plusów, chociaż zaczęłam też tu widzieć wiele minusów.
Jedziemy z Alorą na Kalist i same wychodzimy z inicjatywą wytłumaczenia się jak w przypadku Planu A. Byłyśmy na Kalist zrobić śledztwo, tyle. Prosimy ISK o miecz. Mówimy dodatkowo, że spierdzieliłyśmy, bo obecność Klona na Kalist była oczywista i trzeba było szybko zdać sprawozdanie Jedi i to osobiście, w formie, której nie da się przechwycić.
Mówimy, że Klon to osoba poszukiwana przez Sojusz i Imperium, że dysponuje droidami skradzionymi pierwszym i statkami skradzionymi drugim. Porywacz, przestępca i szuja. Z jednej strony nie wspominałabym o postaci Sitha, ale do laserowych pałek by pasował. Nie wiem tez czy wspominać o Vongach. Można się też przyznać, że wiemy o problemach finansowych Klona, które by się zgrały czasowo z doniesieniami o obecności kolesia z droidami na Kalist. Stąd nasza wizyta.
Tu trzeba wcześniej ustalić co będzie lepsze. Czy w zamian za miecz i nowe informacje sprzedajemy im okrojony materiał o Klonie czy jakieś ciekawostki o Jedi. Dobrze by było wcześniej ustalić dla kogo głównie pracuje ISK i przekazanie jakich informacji nikomu nie zaszkodzi, ale jedną szansę straciłyśmy, druga może być uznana za myszkowanie. Możemy im też sprzedać jakieś fajne ciekawostki o panu Varensteinie, jeśli jest coś o czym mogą nie wiedzieć. Nie znalazłam nic w archiwum, ale chodzi mi po głowie, że powinniśmy mieć o nim jakieś informacje.
Założenia są następujące:
Mówimy o Klonie bez szczegółów (jeśli w ogóle)
Zdecydowanie staramy się nie mieszać Prakith.
Opowiadamy coś o Vongach dla planety, która przetrwała Vongi z perspektywy Jedi
Możemy sprzedać historię z Alpheridies, bo jest srogo epicka. Nawet bez wspominania o Klonie, ot - inni mają po Vongach gorzej.
Jeśli mówimy o sobie, nie wychodzimy na cipy, milcząc o momentach, kiedy nimi byliśmy

Największy minus tego planu to to, że chcemy naprawić PR, a możemy się bardziej wkopać. Niestety ISK ma miecz i nasze ryjki, więc B może być jednak najzdrowszą opcją, która powstrzyma beknięcie sprawy za jakiś czas.

Plan C - Dziennikarzom już dziękujemy
Porozumiewamy się z Hakassi i lecimy na Kalist, ale nie bawimy się z ISK. Próbujemy dotrzeć jeszcze raz do ojca albo syna poprzez współpracę z policją i rządem. Jesteśmy Jedi, ścigamy poszukiwanego przez Sojusz i Imperium, który z jednej strony nam bruździ, z drugiej jest obiektywnie niebezpiecznym przestępcą. Kalist to trochę, ale jednak imperialny świat. Jakieś poświadczenie o wcześniejszej współpracy Mistrzyni z Yagi Minor mogłoby się przydać. Myśliwce nie były nasze, my się umawiamy z władzami jak robimy coś ponad zwiad rodem ze szmatławca. Na miejscu były ślady po członkach Zakonu? Tu się plan sypie, ale to jednak sytuacja turbo mało potencjalne i musieliby mieć coś do porównania. Ewentualnie, gdyby sprawa posypała się srogo można zakrzyknąć: Serio mówicie? A to zły, podstępny człowiek, ale niestety musimy przyznać, że zna rasowy skład grupy. Oczywiście profili DNA naszych członków nie ujawniamy, ale możemy sami przeprowadzić analizę zebranych przez was próbek i dać znać. Można też przejść do Planu D.
Minus planu to to, że nie wiemy czy rząd współpracuje z Klonem, który się wcześniej koło Kalist kręcił, a wiemy, że ISK tego nie robi. Były szef fabryki poszedł do kicia, a wojsko z policją robili mega szeroko zakrojone śledztwo, jakby nie tylko chcieli ustalić kto nasłał myśliwce.

Plan (do) D - Jak nazwa wskazuje, bardzo głupi plan
W tej wersji przyznajemy się prawie po całości, ale to mocno nadwyręża wersję Hakassi i stawia nas w mocno tragicznym świetle. Gdyby to miało przejść, konsultacja z rządem też jest wymagana.
Rycerze i Khad przylecieli na Kalist statkiem, który został w przetwórni. Nie było czasu na rozmowy ani z Hakassi, ani z Kalist, zorganizowali transport i dopadli Klona oraz część droidów. Sprzęt na statku był hakassański, bo mieliśmy go już od dawna, był w pakiecie z bazą. Niestety wtedy zaczął się ostrzał ze zdecydowanie nie naszych myśliwców, musieli uciekać. Zaszyli się na moment na Kalist, później wrócili ze mną i Alorą. Obok zebrania ich z planety, zrobiłyśmy zwiad.
Jedyne co przemawia za tym planem, to ewentualne ślady, jakie mogły zostać po ataku na przetwórnie. Te, o których pisałam wcześniej oraz potencjalne nagrania z kamer YVH, które zostały na Kalist i pewnie były ostro badane przez wojsko. Ale ale, czy gdyby rząd miał jakieś dowody, to by czekał na raport ISK z oskarżaniem Jedi? Czy YVH nie wybuchły zanim ktokolwiek je ruszył? Czy mają cokolwiek konkretnego?

Plan E - Nie róbmy tego, bo bardzo nie chcę
Robimy jeszcze jeden zwiad incognito. Próbujemy z szefem zmiany w fabryce, może synem Kerisa, może nieoficjalnie z policją.

I to tyle. Wszelka krytyka mile widziana. Propozycje niewygodnych pytań, które byście zadali na miejscu ISK lub Kalist ogólnie również.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:


4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 389
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 09 paź 2020, 14:04

Na ratunek skorupiakom

Ukryte:


1. Data, godzina zdarzenia: 08.10.20, oraz wczesne godziny nocne 09.10.20

2. Opis wydarzenia:

W dniu wczorajszym doszło do wielu istotnych wydarzeń o których powinniście wiedzieć, nawet ze względu na własne bezpieczeństwo. Postaram się opisać cały wieczór i noc chronologicznie, by żaden szczegół nam nie umknął.
Jak wiemy dzięki ostatniej informacji pozostawionej przez Padawan Deron sytuacja w Drand zaognia się z dnia na dzień można rzec. Z tego też powodu postanowiłem skontaktować się już z Komendą Regionu V i uzyskać poparcie, oraz zgodę dla naszego działania w owym mieście. Po wyjaśnieniu drobnego nieporozumienia, dyspozytor okazał się być bardzo pomocny i podał mi kontakt do Biura Koordynacji dla którego niezwłocznie przygotowałem stosowne pismo opisujące w detalach sytuację w Drand, oraz uzasadniając naszą chęć pomocy, załączając też kopie dokumentu potwierdzającego moją tożsamość i przynależność do grupy Jedi. Na tą chwilę oczekuję na informację zwrotną. Gdyby taka nadeszła, gdy akurat nie będę w pobliżu, to bardzo uprzejmie proszę o poinformowanie mnie.

Dosłownie parę chwil po nadaniu elektronicznie dokumentu, na komunikatorze rozbrzmiało wołanie o pomoc Rycerza Shadala. Zerwałem się w te pędy ze swojego miejsca w kierunku lokalizacji Rycerza, którą podał, a dosłownie po chwili dołączyli do mnie Uczeń Jedi Alora Valo i Adept Besha'laet'aune. Szybko zrozumiałem, że Rycerzowi nic nie jest, a problem dotyczy jednego z krabów hakassańskich, którego Rycerz doglądał. Jak się okazało krab był rozpalony niczym kute żelazo i potrzebował natychmiastowej pomocy medycznej. Nie jestem oczywiście weterynarzem, ale pewne zasady postępowania dotyczą niemalże wszystkich żywych gatunków, szczególnie w wypadku wysokiej gorączki. Poprosiłem Alaetę, aby prędko przyniósł miskę z zimną wodą, gdyż priorytetem było zbicie temperatury stworzenia, by nie doszło do denaturacji białka zwierzęcia. W tym czasie Alora dodatkowo wzmacniała stworzenie za pomocą kojącej energii Mocy. Gdy tylko udało się nam umieścić kraba w zbiorniku z zimną wodą, poprosiłem o jego szybki transport do ambulatorium bym mógł przeprowadzić dalsze badania. Alaeta na moją prośbę czuwał cały czas, by woda w zbiorniku kraba była zimna, co przynosiło wyraźne efekty, gdy częściowo udało się zbić gorączkę, podczas gdy Alora dalej medytowała nad stanem kraba i wzmacniała jego organizm. W międzyczasie tych wydarzeń cały czas z sobą rozmawialiśmy w celu ustalenia możliwej przyczyny pojawienia się owej choroby. Zdaje mi się, że nikt z nas nie wierzy, że to "przypadkowa" sytuacja. Tak jak Arelle wcześniej, pobrałem wymazy od chorego kraba, aby ustalić czy mamy do czynienia z tą samą bakterią. Jeden wymaz z jamy gębowej i jeden wymaz ze śluzu znajdującego się na pancerzu kraba. Z wykorzystaniem tych substancji przygotowałem dwa szkiełka podstawowe, które umieściłem w maszynie do analizy, by znaleźć winowajcę. Rzeczywiście badanie wykazało obecność nieznanej bakterii o naturze biologiczno-chemicznej Yuuzhan Vongów.

Widząc, że sytuacja jest stabilna Alora pozostawiła mnie w ambulatorium, badającego dalej naturę owego patogenu. Alaeta również gdzieś się zapodział, ale to akurat przez drobny incydent w łazience, na całe szczęście SDK zaopiekował się drogocennym Adeptem. Kontynuowałem więc badania i udało mi się ustalić parę interesujących kwestii. Po pierwsze, bakteria jest również niebezpieczna dla istot humanoidalnych. Do tej pory nikt z nas nie zachorował, ponieważ dzięki wrażliwości na Moc mamy wykształconą odporność na tego typu patogeny. Każdy jednak gość w naszej placówce może być narażony na zachorowanie. My sami możemy być nosicielami, jednak tej teorii jeszcze nie udało mi się zweryfikować. Zapraszam wszystkich do ambulatorium na krótkie badanie, abym mógł ustalić czy bakteria występuje w krwiobiegu osób najczęściej przebywających wśród chorych krabów. Na tej podstawie będę mógł potwierdzić, lub wykluczyć taką ewentualność.
Kolejna kwestia, która mi przyszła do głowy i którą udało się od razu zweryfikować, to zbadanie dokładnego miejsca bytowania bakterii. Pobrałem cztery próbki wody z naszego jeziora, na czterech różnych i bardzo oddalonych odcinkach plaży. Po ponownym przygotowaniu czterech preparatów i poddaniu ich analizie, ustaliłem, że każdy z nich zawiera vongijski patogen, który wywołuje zachorowania u naszych krabów.
Wyniki tych badań utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że będziemy potrzebować pomocy specjalistów i ekspertów z dziedziny epidemiologii. Moja wiedza z tego zakresu jest podstawowa, jak u każdego lekarza, który nie ma specjalizacji w owej dziedzinie. Nie mogłem więc ryzykować, że wystąpi u nas lokalna epidemia i więcej stworzeń będzie narażonych na męczarnie. Przy pomocy holonetu udało mi się zdobyć kontakt do odpowiedniej instytucji, w tym wypadku był to Hakassański Główny Instytut Biozagrożeń (w skrócie HGIB), z oddziałem w mieście Lamfschein. Dyspozytor udzielił mi rzetelnie wszystkich informacji o które prosiłem, jak również wysłuchał moich ustaleń, oraz zaakceptował przesył danych, które do tej pory udało mi się zebrać w celu wyjaśnienia natury zagrożenia. Zostałem poinformowany, że jeden z pracowników instytutu jest już w drodze i czas oczekiwania to zaledwie parę minut. Korzystając z chwili spokoju, wybrałem się do kantyny gdzie usypałem trochę "prowiantu" dla chorych krabów korzystając z dostępnych resztek. Całość zabezpieczyłem w jednej z szafek i każdy może je wykorzystać by nakarmić chorujące kraby, które mogą nie mieć siły, by samodzielnie zdobywać pokarm. Odwiedziłem też Alorę, pracującą przy piecu do wypiekania kryształów, dostarczając jej zimnej wody, losowo wybranego owocu i kanapkę na przekąskę.
Przedstawiciel HGIB faktycznie przybył do naszej placówki już po paru minutach. Przedstawił się jako Kenneth Coor, będąc okutym w specjalistyczny kombinezon, który nie powiem... sprawił, że ukłuła mnie nutka zazdrości. Przeprowadziłem pana Coora do ambulatorium gdzie znajdował się najbardziej chory krab, by epidemiolog mógł na jego podstawie zebrać dodatkowe informacje dotyczące choroby. Do naszego spotkania dołączyła również Mistrzyni Vile, która słusznie zauważyła, że jeżeli któryś z krabów zdążył już wyzdrowieć, to zapewne będziemy mogli od niego pobrać komórki pamięci, lub jeszcze obecne przeciwciała, co pomoże w skutecznej syntezie antidotum na tą jednostkę chorobową. Poruszyliśmy też temat naszego jeziora, które służy za wylęgarnie obcej bakterii, ale na razie nie mamy narzędzi, by jakkolwiek temu zaradzić. Poza tym rozwiązujemy jeden kryzys na raz. Całe szczęście klimat ze względu na porę roku już się ochłodził, więc kraby trzymają się z dala od wody, toteż częstotliwość zachorowań powinna spaść. Kryzys rozpoznaliśmy odpowiednio wcześnie więc teraz powinno być tylko lepiej, a jeszcze nasze jezioro nie ma dostępu do pozostałych akwenów, toteż ryzyko przeniesienia się choroby na inne tereny jest małe.

Dalej zaprowadziłem naszego gościa do przepompowni i oczyszczalni wody, by mógł sprawdzić czy nie stanowi dla nas zagrożenia. Oczywiście wszystko było w porządku, filtry doskonale wykonują swą pracę.
W międzyczasie interesujących rozmów z panem Kennethem, skoczyłem jeszcze do hangaru, aby otworzyć na jakiś czas jego wrota, ponieważ setki krabów zgromadziły się przed nimi, szukając schronienia. I tak lepiej by przebywały u nas, niż gdyby miały wrócić do wody i zachorować. Działanie oczywiście przy aprobacie Mistrzyni Vile. Epidemiolog zaopatrzył nas również w specjalistyczny ekwipunek, który przeniosłem do magazynu. Obecnie do zwrotu posiadamy 15 pudełek na kraby hakassańskie, gdyby zaszła konieczność ich izolacji, dwie butelki środków dezynfekujących i żrących, oraz worki na bioodpady. Pan Kenneth o poranku opuścił naszą bazę, gdy skończył pobierać niezbędne próbki z naszego akwenu. Do czasu zażegnania kryzysu będą z nami w ciągłym kontakcie i ja również postaram się dalej wspomóc działania instytutu HGIB, przez choćby próbę ekstrakcji komórek pamięci, lub przeciwciał z ozdrowiałych krabów, gdy takie się pojawią.
Przypominam też, że obowiązuje nas tydzień kwarantanny. Proszę byśmy wszyscy pozostali na ten czas w placówce. My zachowujemy odporność, ale wciąż pozostaje kwestia ustalenia, czy nie jesteśmy ewentualnymi nosicielami.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Brak.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 114
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 16 paź 2020, 9:46

Kontakt

1. Data, godzina zdarzenia: 15.10.2020 20:20 - 23:30

2. Opis wydarzenia:

Na wstępie chcę powiedzieć, że nie chcę brać udziału w akcji ratunkowej Arelle. Nie mówię tego z jakiegoś poczucia wielkiej depresji, ani samobiczowania. Po prostu wiem, że stanowię zbyt duże ryzyko podczas jakichkolwiek wypraw. Wolę nie angażować się w cokolwiek, póki nie przemyślę swojej roli w tym wszystkim. To kwestia nie mojego samopoczucia, a bezpieczeństwa padawanki. Po tych wszystkich wpadkach i tragediach, jeżeli ktoś na poważnie chce mi powierzyć jej los, to chyba oszalał. Będę dalece zaskoczony, jeżeli na tym etapie cokolwiek zostanie mi powierzone. Będę służył informacjami, staram się podawać wszystko co istotne w sprawozdaniach, ale może jakiś szczegół mi umknie.

Pan Vurga Hur skontaktował się z nami i podał adres zamieszkania. Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, okazało się, że Aqualish padł ofiarą zatrucia narkotykami i był w śpiączce. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegokolwiek od policji, ale nikt nie wiedział nic o tamtym kontakcie. Trop się urwał, jednakże zamiast niego otrzymaliśmy kontakt właśnie od pana Manona Kharada. Skontaktowali się z nim gangsterzy odpowiedzialni za zlecenie ataku na kraby, prosił by natychmiast lecieć towarzyszyć mu na spotkaniu. Tak też zrobiliśmy. Przekazałem dane kontaktowe policji i poprosiłem o monitorowanie Vurgi, po czym polecieliśmy na spotkanie.

Spotkanie miało miejsce na styku regionu III i V, koordynaty przesłałem do naszej bazy danych. Miejsce było jakimś opuszczonym wrakowiskiem, wewnątrz zniszczonego okrętu. Mieszkało tam pełno różnego sortu istot, niezbyt pozytywnie nastawionych do Sojuszu, chyba bezdomnych. Przez jakiś czas kręciliśmy się na zewnątrz konstrukcji, analizując dalsze postępowanie. W pewnym momencie dostaliśmy od pana Manona wiadomość SOS.... i wtedy wszystko się posypało. Jak na to patrzę z dystansu, to trudno mi zrozumieć skalę tej sytuacji. Coś takiego nie ma prawa mieć miejsca.

Zmartwiony, że pan Manon mógł być w tarapatach, postanowiłem zignorować tubylców i... iść przed siebie. Przeć aż dotrę na miejsce wymiany by w razie czego zareagować. Nie skonsultowałem tego jednak należycie z Arelle. Ona poszła za mną, ale była kilka kroków w tyle, chyba zaczęła panikować, ja w sumie też i.... no, wpadliśmy na tą wymianę... i ją kurwa ominąłem. Rozumiecie to? Wpadłem na gangsterów i pana Manona, nie rozpoznałem ich i po prostu poszedłem dalej, jak gdyby nigdy nic. Nie wiedziałem nawet co się stało, później dowiedziałem się, że pan Manon postrzelił jednego z nich, a ja.... nic. Nie umiem tego wyjaśnić, to totalna kompromitacja. Pozbawiona mnie Arelle sama została pochwycona w ciasnym przejściu przez gangsterów. Potem było już tylko gorzej.

Część z was może kojarzyć mój trik stosowany od czasów katastroficznej w skutkach bitwy na Beshkeq. Chowam zwykle miecz tak, aby nie został wykryty, by móc z niego korzystać jako z broni ostatniej szansy. Gangsterzy proponowali, że albo odchodzę i zabierają Arelle, albo idę z nimi. Doskonała okazja na wykorzystanie czegoś takiego być może? Iść z nimi, zaczekać na dobrą okazję i wydostać mnie i Arelle w trakcie transportu lub podobnej okoliczności? Zapewne byłoby to sensowne rozwiązanie, z mieczem może dałbym radę wyrwać się nawet z kajdan. Niestety, tego wasz drogi uczeń Jedi nie zrobił, nie. Uczeń Jedi po prostu wyjął miecz i obnażył go jak ekshibicjonista w przedszkolu. Najgorszy możliwy moment na zrobienie tego. Ostatecznie moje motanie zakończyło się utraceniem miecza, który musiałem oddać, żeby nie wykończyli Arelle. Ją samą postrzelili przez moje chore miotanie, próby okrążenia ich w zawiłej konstrukcji, gdzie wpadałem w ich pole widzenia zanim dawałem radę coś przemyśleć. Totalna katastrofa. Ostatecznie Arelle, postrzelona, ale żywa, została zabrana przez gangsterów na ich statek.

Próbowałem lecieć za nimi, ale mieli jakiś duży śmigacz powietrzny, dość intensywnie uwalniający spaliny. Był to jakiś prom pasażerski, niewielkich rozmiarów, w stylu wahadłowca, aczkolwiek bardzo stary i nie dorastający do nowoczesnych wehikułów tych gabarytów. Nie mogłem jednak go dogonić. Kręciłem się po pustkowiach przez kilkanaście godzin, ale nie znalazłem nic. Arelle... przepadła. Wzięli ją sobie jako zakładnika, ciężko ranną. Zabrali nam całą naszą broń - dwa blastery i nasze miecze. Nasz idealny trop i doskonała okazja na pochwycenie ich... przepadły.

Transakcję prowadziła Tw'lekanka, Rodianin. Twi'lekanka to Theresse, tak ją nazwano. Rozpoznali Arelle, więc któreś z nich miało z nią do czynienia. Poza tym nie mówili w sumie nic ciekawego, od początku gdy schwytali Arelle... to był koniec, już nic nie dałem rady zrobić.

Mówili, że chcą ją wypuścić bo na nic im się nie przyda, ale... na pewno się przyda. Pewnie wezmą okup, albo potraktują ją jak Nexu. Nie mam pojęcia, co się teraz stanie. Wstyd mi nawet przepraszać w tym momencie, więc po prostu zakończę.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 673
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 18 paź 2020, 0:08

Obłęd

1. Data, godzina zdarzenia: 18.08.20, 20:00-01:00; 19.08.20, 20:00-01:00

2. Opis wydarzenia:

<Tekst tego sprawozdania jest zaszyfrowany – mają do niego dostęp wyłącznie osoby o randze Ucznia wzwyż>

Wycieczka na Arkanię zaczęła się od wysadzenia mojego Mistrza na Yabol Opa – skąd chciał mnie ubezpieczać w razie problemów.

Podczas podróży miałam okazję porozmawiać z Freją Adasca o Tannie i jej nowym wcieleniu. W skrócie, Freja uważała, że Tanna doskonale imituje zachowanie ojca mimo konkretnych rozbieżności w relacjach personalnych. Było to dla mnie dość niejasne, ale ostatecznie nie miało znaczenia – intuicja córki okazała się trafniejsza niż jakiekolwiek logiczne rozumowanie kogoś z zewnątrz.

Arkania to w ogóle miejsce pełne sprzeczności. Jej wybitne systemy obronne wychwyciły ile osób znajduje się na pokładzie myśliwca, więc musiałyśmy się przedstawić obie. Natomiast nie było już większego problemu, by jedna z tych osób zniknęła w trakcie nieautoryzowanego lądowania w mieście K6. Druga spokojnie mogła dolecieć do Miasta Handlowego i tam przez wiele godzin przechodzić jakieś ścisłe kontrole. Freja Adasca była, dodatkowo, osobą poszukiwaną na Arkanii, ale nikt jej nie rozpoznał podczas pobytu tam. Córka monarchy, celebrytka, można by rzec. Nie wiem jak uciekła z tych kontroli, ale… sam fakt świadczy o bardzo odrealnionym podejściu Arkanian do kwestii bezpieczeństwa.

W mieście K6 było, przede wszystkim, bardzo zimno, całe szczęście, że miałam futro z wcześniejszych wojaży. To miasto-kurort dla bogatych, położone nad jakimś malowniczym jeziorem, którego nazwy już nie pamiętam. Postanowiłam wejść w rolę kogoś obrzydliwie bogatego i nawet nieźle mi szło, mogę przysiąc, że niektórzy wzięli mnie za bardzo ekscentryczną Arkaniankę pofarbowaną na rudo. Futro dużo pomogło, było tak prymitywne, krzywo uszyte i puchate, że z łatwością uszło za dzieło jakiegoś projektanta. K6 to ogólnie pasmo sukcesów – na fałszywą tożsamość zdobyłam koleżankę, a 100 kredytów wydanych lekką ręką zapewniło mi środek transportu, prowiant i reputację bogacza, którego stać na rzeczy. Tam, gdzie nie wystarczyła prezencja, pomogła Moc. Żadnych przelewów, żadnych dokumentów, nie zostawiłam tam po sobie fizycznego śladu.

Ruszyłam wypożyczonym śmigaczem śnieżnym w stronę Adascopolis, miałam dokładne koordynaty sekretnego tunelu, który miał mnie zaprowadzić wprost do pałacu. Niezwykle wygodne. Jak się okazało, bez mapy tunel mógł być co najwyżej miejscem wiecznego spoczynku dla kogoś, kto się w nim zgubił. Oszałamiające ilości zakrętów. Nie wiem ilu badaczy zginęło rysując te mapy. Szłam, szłam i szłam, aż w końcu dotarłam do elementów wybudowanych przez istoty rozumne. Jakieś schody, jakieś drzwi z panelem, dalej ściana i okno. Miałam dość rozumu, by z dostępnych rozwiązań wybrać wycięcie dziury w oknie i przejście tamtędy.

Włożyłam amulet z łuski taozina, tak na wszelki wypadek. Nie zdjęłam go aż do opuszczenia planety. Miałam też moduł pola maskującego Edgara Bis – nieocenione urządzenie.

Trafiłam na kilka dodatkowych przeszkód w tych tunelach – pole siłowe z czujnikiem rozpoznawania twarzy… który zepsuł się po tym, jak pokazałam mu twarz Tanny. Trzech strażników, których jakimś cudem wyminęłam, kolejne pole, przez które udało mi się przeniknąć. Przysięgam, gdyby nie Moc i moje sztuczki, byłaby tam katastrofa. Mimo wszystko, udało się, trafiłam do pałacu i to w sam środek, niedaleko komnat królewskich.

Straży praktycznie nie było, ale i tak władowałam się w jakąś popsutą windę i utknęłam. Narobiłam hałasu wycinając drogę ucieczki. Cudem nikt mnie nie złapał.

Udało mi się wejść do komnat królewskich niepostrzeżenie. Byłam świadkiem rozmowy w wykonaniu Tanny i doradcy królowej, jak mniemam. Z rozmowy wynikało, że w ciele Tanny znajduje się Lord Adasca, jej aura też była dla mnie całkiem obca.

Chwilę siedziałam tam, zastanawiając się co dalej (nie pierwszy raz tego dnia). Nie chciałam w żaden sposób zdradzać, że tam jestem. Postanowiłam podszyć się pod Tannę i użyć Mocy, by wprowadzić mały chaos w głowie kogoś, kto zajął jej ciało. Najwyraźniej Tanna robiła takie rzeczy wcześniej, bo reakcja była natychmiastowa – doradca sięgnął po anestetyki, którymi uśpił władcę. Zamierzał zabrać go do sypialni, ale nie miałam pojęcia jak to daleko, czy ta sypialnia nie będzie lepiej chroniona niż gabinet. Próbowałam odwieść go od tego pomysłu przez wpływ na umysł, ale subtelne sugestie niezbyt pomogły. Szczęśliwie strażnicy, którzy się pojawili, przenieśli ciało Tanny tylko kawałek dalej, do sąsiedniego pokoju. Potem wszyscy sobie poszli.

Od tego punktu plan był już prosty. Założyłam, że w komnatach królewskich może być więcej strzykawek ze środkiem usypiającym i nie myliłam się. Zebrałam wszystko, co mogłam znaleźć w pięć minut. Chwilę zajęło mi rozgryzienie metody odblokowania drzwi wejściowych, a potem złapałam ciało Tanny i ruszyłam do tajnego tunelu.

Przejście wszystkich zabezpieczeń w drugą stronę było nieco łatwiejsze – dłoń Tanny odblokowała oba pola siłowe. Wyminięcie strażników okazało się za to drogą przez mękę. Udało mi się ich skłonić do zorganizowania konkursu skoków do podziemnego jeziora – przysięgam, tak było. Oni skakali na zmiany, a ja jakimś cudem się koło nich przecisnęłam z bezwładnym ciałem ich królewny.

Dalsza droga przez tunele była żmudna i niewygodna, ale już bezpieczna. Byłam naprawdę zadowolona – nikt nie wiedział, że monarcha zaginął. Z tego, co mówiła Freja, nikt nie wiedział też o istnieniu sekretnych tuneli poza rodziną królewską. Dla Arkanian monarcha po prostu wyparował z pałacu.

Skontaktowałam się z Freją kiedy tylko było to możliwe. Przyleciała ze swoich kontroli z pościgiem na ogonie. Udało nam się opuścić planetę w akompaniamencie strzałów. Oficjalnie byłyśmy nieautoryzowanym statkiem przebywającym na Arkanii.

Choć nie przyznałam się na żadnym etapie do tego, kim jestem, doradca króla i tak mnie rozpoznał. Rozpoznał też, po czasie, Freję. Nie wiem jak tego dokonał skoro wszyscy jego ludzie tego nie potrafili – myślę, że znów zadziałała arkaniańska intuicja. W każdym razie, nie zostawiłam po sobie żadnych twardych dowodów na cokolwiek. Wszystko, co na mnie mają, to domysły i spekulacje.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Moja relacja jest potencjalnie niebezpieczna dla naszej grupy, Jedi ogólnie i dla Sojuszu. To, czego się podjęłam, można podciągnąć pod zamach na władze Araknii i absolutnie niedopuszczalny jest przypadkowy wyciek tej relacji sygnowany moim podpisem. Plotki to jedno, a potwierdzone, szczegółowe zeznania to zupełnie co innego.

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2024
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 18 paź 2020, 14:16

Poszukując Arelle

Ukryte:


1. Data, godzina zdarzenia: 17.10.20, oraz wczesne godziny nocne 18.10.20

2. Opis wydarzenia:

Dzień wczorajszy owocował w bardzo intrygujące wydarzenia. Mają one jednak znaczenie bardziej personalnie dla mnie, niż dla naszej grupy, toteż postaram się wszystko streścić do niezbędnego minimum. Skontaktował się ze mną ponownie pan Kenneth Coor, czyli przedstawiciel HGIB, który zabezpieczał naszą placówkę przed dalszym rozprzestrzenianiem się wirusa dotykającego naszych krabów. Poinformował mnie krótko, że nasze jezioro zostało zabezpieczone, a kraby z pobliskich wysp ewakuowane do innych siedlisk, by nie zaraziły się vongijskim ścierwem. Pan Kenneth poinformował mnie również, że instytut nadal pracuje nad lekiem, ale może to być trudniejsze niż przypuszczali, przynajmniej bez jakiegoś materiału porównawczego. Mamy szczęście, że jeden z krabów już wyzdrowiał i niebawem postaram się pobrać od niego osocze, by przesłać próbkę do instytutu.

Niemalże w tej samej chwili zostało nadane drugie połączenie, które też odebrałem. Skontaktował się z nami sierżant Cramius z Komendy Miejskiej Skadiv, informując, że posiadają na zbyciu świadka wydarzeń na sklocie, z niedawnego zadania Ucznia Jedi Edgara i Padawanki Arelle Deron. Konstabl poprosił, aby ktoś z nas przybył na miejsce, do kompleksu C, by przeprowadzić przesłuchanie świadka. Niezwłocznie wyruszyłem w podróż, mając nadzieję, że złapiemy jakiś trop co do miejsca przebywania Arelle. Niestety, by się nie rozwlekać i nie trzymać Was w suspensie, niczego się nie dowiedziałem. Wydaje mi się, że zrobiłem co tylko mogłem podczas przesłuchania, ale świadek po prostu nic nie wiedział. Na wszelki jednak wypadek zapisałem jego dane osobowe, by mieć możliwość powrotu do tropu, gdyby zaszła taka konieczność. Po krótkim omówieniu sprawy z funkcjonariuszami i podziękowaniu serdecznie za współprace, udałem się w drogę powrotną do naszej placówki.
W trakcie spokojnej i ostrożnej jazdy natknąłem się na płonący śmigacz. Nauczony doświadczeniem zasłyszanym od chociażby Padawana Mohrgana, zachowałem czujność, podejrzewając, że może to być równie dobrze ustawiona zasadzka. Zaparkowałem nasz śmigacz w pewnej odległości i "podkradłem się" do poszkodowanych. Gdy udało mi się określić, że faktycznie mam do czynienia z cywilami, przystąpiłem do akcji ratunkowej. Miałem tam do czynienia z dwoma osobnikami, z których jeden był rannym człowiekiem płci męskiej, a drugi Devaronianinem o imieniu Yghur. Udało się nam dość prędko dogadać, a Yghur wykonywał każde moje polecenie. Usztywniłem połamaną rękę kierowcy, nałożyłem plaster z bacty na pękniętą czaszkę, by wspomóc jej stabilność i uniknąć urazu, oraz schowałem pacjenta w płóciennym worku znalezionym w jego śmigaczu, by nie tracił ciepła do czasu przybycia ratunku. Gdy udało mi się zabezpieczyć miejsce wypadku ruszyłem na rekonesans w dolinie, by złapać sygnał i wezwać pomoc. Niestety Yghurowi się wcześniej nie udało, toteż spróbowałem nadać sygnał SOS z wyższego punktu. Idealnym miejscem do tego okazał się prastary most, z Moc wie jak dawnych czasów. Komunikator nadal nie był w stanie złapać żadnej częstotliwości, ale udało mi się przesłać prośbę o pomoc do naszej placówki przez sygnał planetarny.
Wróciłem do poszkodowanych i wspólnie oczekiwaliśmy na nadejście kawalerii i faktycznie nie musieliśmy się długo martwić, nim w dolinie doszło do huku, wywołanego strzałem z kanonierki wojskowej. Będąc nieco sparaliżowanym strachem, oczekiwałem dalszego rozwoju wypadków. Do naszej trójki przybył żołnierz, którego zachowanie na tamtą chwilę wzbudziło spore podejrzenia, gdyż znał wiele informacji z naszego prywatnego kręgu. A to coś mamrotał o Jedi, a co znów wspominał o CHWALE Mistrza Lukiego. Na tamtą chwilę w wyniku szoku i zmęczenia nie pojąłem o czym właściwie do mnie mówi i obawiałem się, że mam do czynienia ze szpiegiem. Prosiłem więc żołnierza o wylegitymowanie się wielokrotnie. Ten jednak nawoływał mnie tylko do całkowitego poddania się i zaprzestania oporu. W kluczowym momencie faktycznie zrezygnowałem z dalszej eskalacji konfliktu, mając nadzieje, że prawdziwie mam do czynienia z hakassańskim żołnierzem. Funkcjonariusz skuł mnie i mego towarzysza, a następnie zlecił komuś zabranie nieprzytomnego mężczyzny, którego opatrzyłem. Prędko znalazłem się na kanonierce, co rozwiało już wszelakie me obawy, że mam do czynienia z prawdziwym wojskiem i godząc się ze swym położeniem, odpłynąłem błogo w objęciach snu, ciesząc się niesamowicie z otaczającego mnie ciepła.

Następne co pamiętam to obudzenie się w budynku komendy Birell-Zachód w towarzystwie funkcjonariusza o imieniu Vann Har. Ten niejako wstępnie wprowadził mnie w sytuację i zaprowadził do pokoju przesłuchań, gdzie czekał drugi konstabl - Ufrul Opres. Chcąc jak najszybciej wyjaśnić dziwne zajście, odpowiadałem wyczerpująco na każde pytanie, dołączając informacje gdzie można znaleźć dokumenty, które potwierdzają moją wersje wydarzeń. Panowie konstablowie również oświecili mnie też dlaczego wogóle zostałem aresztowany. Otóż... moją prośbę o pomoc odebrał JP-02 i przekazał ją do odpowiednich służb. Droid nie omieszkał jednak by skorzystać z barwnych sformułowań przy nadawaniu wiadomości, które pozwolę sobie zacytować:
"Witam dla siebie dla chwały Mistrz Luki. Adept Zayne kazał dla mnie dać ogłoszenie, ze on właśnie wielką chwałę daje dla Mistrz Luki i śmierć obserwuje dla siebie pod te koordynaty wówczas teraz jak różne żywe istoty będą one teraz nieżywe i martwe dla Mistrz Luki i fajnie jest wtedy. On dla siebie na pewno chce wówczas teraz żeby smieciarka zabrała zwłoki dla siebie. Tylko siła. Mam nadzieje dla siebie, ze Adept Zayne też śmierć dla chwały Mistrz Luki jak on skończy już dawać śmierć dla innych żywych w wydarzeniu typu wypadek..."

Musiałem się gęsto tłumaczyć z tego komunikatu, które przypomnę JP nadał do służb policyjnych... Na całe szczęście obaj funkcjonariusze byli bardzo wyrozumiali i zdaje się usatysfakcjonowani złożonymi wyjaśnieniami. Niebawem zostałem rozkuty, zapewniony, że Yghur wraz z nieprzytomnym mężczyzną są bezpieczni, a następnie puszczono mnie wolno po tym jak przetransportowano mnie do innego całkiem ośrodka, gdzie mogłem odebrać nasz śmigacz, miecz świetlny i mój poharatany płaszcz.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Będę chyba niebawem zbierał zamówienia na bieliznę, albo nawet kombinezony termoaktywne. Kto by tylko był chętny to proszę dać znać. Pora roku co raz zimniejsza więc i przeloty śmigaczem są dość nieprzyjemne.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 114
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości

cron