Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 15 wrz 2019, 21:21

Kolejny atak Thona

1. Data, godzina zdarzenia: 14.09.19, 21:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Zamówione paliwo jest już w bazie, a Pitek tankuje wszystkie pojazdy - na tym dobre informacje się kończą. Ale przejdźmy do szczegółów.

Połączenie o od kuriera, który nie mógł wjechać swoim transportowcem na most, dostałyśmy z Violet wczoraj wieczorem. Po krótkich zawirowaniach logistycznych wyjechałyśmy po paliwo - Violet myśliwcem, ja śmigaczem. Wydawało się nam, że zrobimy kilka kursów i wrócimy do swoich zajęć, ale wystąpiły pewne komplikacje.
W czasie, gdy ładowaliśmy paliwo, podjechał do nas młody chłopak, który twierdził, że jego mama zasłabła. Błagał o pomoc i był wyraźnie roztrzęsiony. Po wszystkim, co nas spotkało w terenie na Hakassi, zaczęłam podejrzewać, że to zasadzka, ale zdecydowałyśmy się zaryzykować i udzielić pomocy kobiecie. Violet poleciała myśliwcem, żeby z góry ocenić sytuację, ja zawróciłam do bazy po medpakiet, a pan kurier wykazał się niezwykłym zrozumieniem i obiecał zaczekać.

Kiedy dojechałam, na miejscu czekała na mnie już Violet, chłopak i jego nieprzytomna mama. Oceniłam wstępnie jej stan i podałam stymulant. Pewne było jedno - kobieta potłukła się po upadku. Niestety, nie byłam w stanie określić czy stało się to w wyniku zwykłego zasłabnięcia, czy ataku Thona. Postanowiłyśmy przewieźć ją do bazy, ale wtedy na drodze stanął nam uzbrojony Weequay.
Dla odmiany, tym razem był to Weequay, który nie tylko nie chciał nas zgwałcić, ale wziął nas za gwałcicieli i stanął w obronie nieprzytomnej kobiety. Po dłuższej chwili przekonaliśmy go jakoś, że chcemy jej tylko pomóc. W zasadzie, bardziej przekonał go medpakiet i trupioblady syn kobiety niż nasze słowa, ale przynajmniej doszliśmy do względnego porozumienia. Weequay polecił nam zabrać pacjentkę do *ośrodka naukowego za mostem* i ostrzegł, że będzie nas obserwował ze swojego śmigacza powietrznego, żebyśmy nie próbowali zabrać jej gdzie indziej. W sumie, chociaż straciłyśmy trochę czasu, to było to całkiem miłe z jego strony.
Kiedy już byliśmy na miejscu, wyciągnęliśmy kobietę z myśliwca. Plan był prosty. Ja miałam skoczyć po obiad dla kuriera (tak w ramach przeprosin), a Violet z Tarenem (synem kobiety), wyciągnąć z Y-TIE beczkę z paliwem. Potem Violet miała polecieć po resztę zamówienia, a ja zająć się nieprzytomną. Niestety, po powrocie na dach, zastał mnie widok Violet i chłopaka z beczką na stopach. Taren nie ucierpiał zbyt mocno, ale jak się okazało później, Violet jak najbardziej. Zlekceważyłam wtedy jej stan, podałam medpakiet i pobiegłam za chłopakiem ledwo wlokącym bezwładną matkę.

Już ambulatorium, zaczęłam badać kobietę nieco dokładniej. Nie miała żadnych złamań, a wyniki (niski puls, ciśnienie, temperatura ciała i poziom składników odżywczych we krwi) wskazywały na silne osłabienie pochorobowe. Jej syn jednak uparcie twierdził, że na nic nie chorowała. Atak Thona ciągle chodził mi po głowie i już miałam powiedzieć Tarenowi, że zatrzymuję jego mamę na obserwację, gdy kurier przekazał mi, że z Violet jest coś nie tak.
Kurier był wyraźnie zmartwiony stanem Adeptki, która ponoć była potwornie słaba. Przyznaję, lekko wtedy spanikowałam i nawet nie dopytałam czy jest przy transportowcu, w drodze do bazy czy w samej bazie. Zostawiłam Tarena z w miarę stabilną matką i pobiegłam na zewnątrz. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że Violet jest wciąż razem z kurierem i nawet odpaliłam już śmigacz i przejechałam kawałek, ale zawróciłam w końcu i odnalazłam myśliwiec bezpiecznie zaparkowany na dachu.
Weszłam do środka i wyciągnęłam zupełnie bezwładną Violet, po czym przeniosłam ją do ambulatorium. Po szybkich oględzinach, doszłam do wniosku, że jej stopy, chociaż potwornie zbite i opuchnięte, nie mogą stanowić źródła problemu. Funkcje życiowe Violet słabły pomimo podania stymulantu. Ledwo już oddychała. To musiał być Thon. Chwilę wcześniej, odesłałam Tarena do kuriera, żeby przywiózł resztkę paliwa. Zostałam sama ze świadomością, że nie dam rady wciągnąć Violet do wanny z gorącą wodą. Wcześniejsze noszenie kanistrów, matki Tarena i Violet naciągnęło mi chyba każdy mięsień w ciele, ale trzeba było coś zrobić. Zepchnęłam Adeptkę z łóżka i pociągnęłam pod prysznic. Jakimś cudem się udało. Potem odkręciłam bardzo gorącą wodę. Nie wiem ile miała stopni (może 60, może 70), ale parzyła. Pomyślałam jednak, że lepsza poparzona Violet niż martwa i skierowałam na nią strumień chcąc odciąć ją od działania Thona. Kiedy zobaczyłam, że Violet zaczyna reagować, zmniejszyłam temperaturę wody do poniżej 50 stopni i ogrzewałam ją dalej. W tym czasie Taren zajmował się dowożeniem nam paliwa.

W końcu Violet zaczęła odzyskiwać przytomność. Widząc bąble na jej ciele, znów odrobinę zmniejszyłam temperaturę do wody. W łazience było jednak tyle pary, że miałam nadzieję, że Thon już tam nie wróci. Po jakimś czasie (całe ogrzewanie zajęło koło godziny), Taren dojechał z ostatnią partią paliwa. Razem z nim wyciągnęliśmy Violet spod prysznica, osuszyliśmy i przebraliśmy. Potem, wspólnymi siłami, zaciągnęliśmy ją do ambulatorium. Jej temperatura utrzymywała się na poziomie około 36 stopni, a puls 45 uderzeń na minutę. Stan matki Tarena również się nie pogarszał. Rozłożyliśmy termosy na ciałach obu poszkodowanych i przykryliśmy je. Nie podawałam im jeszcze ani glukozy, ani witamin, żeby nie kusić Thona do powrotu. W międzyczasie spryskałam jeszcze poparzenia Violet bactą. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

  • Thon znowu zaatakował poza obrębem jeziora. Ciekawi mnie jednak to, że jeśli matka Tarena też była jego ofiarą (a tego wciąż nie wykluczam), to dlaczego zostawił jej syna w spokoju. Wyczuł zbliżającą się Violet? Nie mam pojęcia. Porozmawiam z kobietą, kiedy odzyska przytomność. Może ukrywała jakieś wcześniejsze problemy ze zdrowiem z troski o syna.
  • Przy Tarenie wypsnęła mi się nazwa *życień*. Chłopak myśli, że to choroba, od której się mdleje i którą się leczy podgrzewaniem chorego. Nie wyprowadzałam go z błędu, żeby po powrocie do domu nie wzbudzał paniki u innych.
  • Terral Undo, kurier z PPT Virn-Dur wykazał się ogromną cierpliwością i został przed bazą do czasu dostarczenia ostatniego kanistra. Obiecałam wysłać do jego firmy mail z oficjalnym podziękowaniem (zaraz wysyłam wiadomość). W razie, gdyby miał kłopoty z wytłumaczeniem się przed szefami, załączam dane do jego firmy. Może wiadomość od kogoś ważnego go uchroni przed potencjalnymi konsekwencjami.
    Terral Unda, PPT Virn-Dur, częstotliwość 23745:42:11:47. Skrzynka holomail: ppt_virn_dur//hk.en

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 331
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 03 paź 2019, 20:39

Rozmowa z Thonem

1. Data, godzina zdarzenia: 25.09.2019 23:30-02:00

2. Opis wydarzenia:

Jak zapowiedziałem, tak czynię. Przed wami sprawozdanie z poprzedniej konfrontacji z aurożercą Thonem.

Po ostatnim treningu z mistrzynią Elią i Denarskiem, wymęczeni ciężkimi ćwiczeniami, usłyszeliśmy głos. Najłatwiej można ten głos przyrównać do odległego wiatru, płynącego z gór, który jakimś cudem układa się z sylaby, próbując tworzyć jakąś namiastkę mowy. Dźwięk ten słyszany był przez każdą osobę obecną wtedy w bazie, bez względu na miejsce pobytu – tj. przeze mnie, Denarska, mistyk Elię oraz Arelle i Violet. SDK nie wykryły żadnego głosu, ale wykryły jakieś zmiany w powietrzu.

Po kilku tego typu wymianach ja straciłem wzrok – dosłownie, przestałem widzieć cokolwiek, tylko całkowitą czerń. Na początku spanikowałem, nie wiedząc, co się stało. Gdy odzyskałem świadomość, postanowiłem wykorzystać ten moment i sięgnąć poprzez Moc ku źródłu tej straty. Na początku oczekiwaliśmy, że to sprawka Thona lub Sitha. Moje – oraz równoległe mistrzyni – użycie Mocy potwierdziło, że to ten pierwszy. Sięgając mentalnie poprzez nurt Mocy ku temu, co odebrało mi wzrok, poczułem tą samą mieszaninę cierpienia, chaosu i śmierci, istny huragan. Doświadczyłem również coś nowego – miałem wrażenie, że widzę jakiś związek z Prakith oraz z wojną. Nie jestem pewien, jaka była natura tego połączenia. Być może był to aspekt tego, jak Thon powstał. Być może było to to, co Thon pochłonął z aur swoich ofiar – nie wiemy.

W końcu medytacja udała się – jak, nie mam pojęcia. Wybudziłem się z niej otwierając oczy, do których trafiło światło tak, jak powinno. Nie wiem, jak długo tak trwałem, ale byłem zlany potem. Od Denarska usłyszałem, że cały czas krzyczałem niemiłosiernie – pewnie efekt tego huraganu cierpienia. W tym czasie mistyk Elia – jak wspomniałem powyżej – również zbadała Thona. Stała na skraju wody jeziora, czyniąc nieznane nam rzeczy poprzez Moc. Ja sam nie do końca pojmowałem wydarzenia wokół siebie, byłem niejako w transie.

Zacząłem przemawiać w stronę nieba, w stronę aurożercy, licząc, że odpowie. Gdy spytałem go wprost, patrząc w stronę jeziora, dlaczego pozbawił mnie wzroku i czy miało to związek z moim wcześniejszym doświadczeniem go, usłyszałem ten sam głos oraz poczułem zawirowanie powietrza wokół siebie. Na tym komunikaty się skończyły.

Ja i Denarsk dołączyliśmy do mistrzyni, będąc gotowymi do spróbowania ochronienia jej w razie ataku Thona. Momentami zdecydowanie mieliśmy powody do rozpatrywania ataku. Im dłużej mistrzyni sięgała ku Thonowi, tym bardziej byt reagował. W oddali na tafli jeziora kłębiły się coraz to większe masy wody. Ostatecznie powstał potężny huragan wody. Trwało to kilka minut, lecz w ostatecznie przestało. Woda uspokoiła się, SDK zakomunikowały zniknięcie dziwnych zachowań powietrza, a mistrzyni przestała korzystać z Mocy, podeszła do nas i wyjaśniła wszystko.

Thon uciekł w wyniku działań mistrzyni. Odkryła ona, że nie jest jeszcze świadomą istotą, ale powoli może się nią stawać. Ponadto, nie żywi się aurą samą w sobie. Odżywia się tymi częściami naszych aur, które odpowiadają wspomnieniom i wpływowi śmierci i cierpienia na nas. Jak mistrzyni powiedziała, Thon "żywi się naszym rozpamiętywaniem śmierci". I z tego, co zjada, buduje swoją własną osobę – nawet jeśli nieświadomie i mimowolnie. A uciekło dlatego, że jego natura zbudowana jest ze śmierci i cierpienia, a mistrzyni pokazała mu w jaki sposób może przetworzyć tą jego istotę w coś przeciwnego, w życie. To go przestraszyło.

Teraz opiszę swoje własne oraz innych wnioski. Stracić mogłem wzrok przez to, że wcześniej umysłem sięgnąłem do Thona. Kontakt z nim fizyczny daje mu możliwość zjadania aur... być może kontakt poprzez Moc również to umożliwia, ale w inny sposób. Być może moje sięgnięcie ku niemu również go spłoszyło. Żerowanie na cierpieniu byłoby dobrym wyjaśnieniem tego, że aurożerca miał niewielki wpływ na Violet, w porównaniu z tym na Ninę – ta druga zdecydowanie więcej się w życiu nacierpiała. Co więcej, Thon mógł wybrać to miejsce na legowisko nie ze względu na nas, a ze względu na ilość wraków i zwłok w jeziorze – to miejsce pełne śmierci.

Kolejne wnioski z pewnością pojawią się w nadchodzących czasach. Thon ewoluuje, rozwija się – i domyślam się, że nie minie dużo czasu, zanim przemówi świadomie. Bądźcie czujni.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 622
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 11 paź 2019, 13:20

Thon i jego nowa umiejętność

1. Data, godzina zdarzenia: 10.10.19; 20:00 - 01:00

2. Opis wydarzenia: Właśnie szykowałam się na trening swojej grupy, gdy usłyszałam komunikaty, które wyraźnie sugerowały, że coś się stało. Wyszłam na zewnątrz, a moim oczom ukazała się Arelle i Edgar. Mówili, że Redge zabrał jeden ze śmigaczy, dokładnie ten stary policyjny... I wjechal nim do wody. Alora go odwiozła do hangaru, ale jest zniszczony, odpadły z niego jakieś części, które przyniósł SDK i położył na półce w hangarze, obok bramy. Trening adeptów, SDK sprawdzał postępy Arelle w róży wiatrów. Ja stałam z boku, rozmawiałam z Alorą, przypomniała mi teorię z obrony, którą przerabiałam prawie miesiąc temu z Fellem, Edgar pojedynkował się z Redgem w walce wręcz, bo ten chciał się pobawić w adepta. Najpierw wykonał sto przewrotów na belce, potem chciał walkę wręcz z Edgarem, ale chyba zmienił sobie moc na protezach, więc Padawan się zgodził. SDK uznał, że belka nie stanowi dużego wyzwania dla Arelle, więc przenieśliśmy się ponownie na zewnątrz. Wskazał jej jedną z poręczy, kazał na nią wejść i tak ćwiczyć. To bardzo dobry sposób, sama tak ćwiczyłam przed zaliczeniem z róży.

Trening trwał w najlepsze, Arelle wykonywała ciosy coraz lepiej, coraz bardziej nad sobą panowała. Trening niedługo po tym się zakończył, a ja wskazałam Adeptce nieco lepsze miejsce do treningu róży, na murku, lądowisko Y-TIE. Podczas gdy Arelle ćwiczyła - dołączył do nas Edgar z Redgem. Padawan wrócił właśnie po rozmowie, gdyż przychodziło połączenie od Sił Specjalnych Sojuszu Galaktycznego, a adresatem był nie kto inny, jak właśnie nasz Padawan. Redge udał się do bazy, a nasza czwórka zaczęła rozmawiać o Edgarowym klonie, o którym ten rozmawiał z Sojuszem. Nie minęła chwila, a nasze rozmowy przerwał znany już dobrze głos. Głos Thona.

Nie zwlekając udaliśmy się do środka, przystanęliśmy na korytarzu obok sali konferencyjnej i biblioteki, nad kantyną. Arelle chyba poszła chwilę wcześniej odprowadzić Redge'a i zajrzeć do Rycerza Ashtara. Stojąc tak na korytarzu, słyszęliśmy cały czas ten przerażający głos. Alora skojarzyła, że jest on związany w jakiś sposób z mową Yuuzhan Vong, Edgar zaczął medytować, próbując najwidoczniej wejść z nim w ponowną interakcję, a ja... Cóż. Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu, bo wzrok mam nienajgorszy... I zauważyłam, że wiatr, kurz, piach spod butów unosi się w zupełnie inną stronę, niż mogły na to wskazywać działające wentylatory. I wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Ukazała nam się... Uczennica. Tanna Saarai. Siedziała zaraz przed drzwiami na zewnątrz, do przejścia pomiędzy budynkami. Zniknęła dość szybko, na tyle, że Edgar jej nie zauważył. Thon najwyraźniej... Tworzy manifestacje, korzystając z aur zaatakowanych osób. Zaraz po zniknięciu Tanny weszła Arelle, powiedzieliśmy jej wszystko, a nim się obejrzeliśmy - kątem oka zauważyłam bothanina w sali konferencyjnej. To był Denarsk. Próbowałam mu się przyjrzeć, by zauważyć coś nienaturalnego... Ale to coś nie chciało, bym się wpatrywała. Nie potrafię tego nazwać, w jakiś sposób mi przeszkadzało - skutecznie.

Patrzyliśmy na Denarska, ustaliliśmy, że Thon najwyraźniej chce się z nami porozumieć, właśnie poprzez te dziwne manifestacje. Zauważyliśmy jedną nienaturalną cechę - wszystkie z aur, które widzieliśmy, stały w maksymalnym bezruchu. Byli niczym posągi. Denarsk zniknął, a my szukaliśmy kolejnej manifestacji. W tym samym miejscu co Tanna, pojawił się żółtoskóry Duros. Myślimy, że to może być kolejna ofiara... Na to wygląda. Arelle spróbowała go naśladować, gdyż ten jakoś dziwnie się obracał wokół własnej osi. Zniknął, a chwilę później pojawił się zaraz przed twarzą Adeptki. Edgar odskoczył, ale po chwili pociągnął Arelle, chcąc ją zasłonić - Duros zniknął.

Padawan poradził mi, bym stanęła między nimi, by mnie tak łatwo nie dopadł. Słusznie. Zeszliśmy potem do kantyny, gdzie ukazał się po raz kolejny Denarsk. Stał na szklanej poręczy, przy schodach na dół, obok wejścia do piwnic. Edgar zapytał go, czy chce nas zaprowadzić do piwnic, tam, gdzie Thon miewał swoją bazę, a może i dalej ma... Nie odpowiedział. Denarsk po prostu stał, jak posąg. Alora postanowiła zanurzyć się w Mocy, próbując się z nim skontaktować, a my nie wiedzieliśmy co mamy robić. Chwilę później Denarsk zamienił się w Tannę... I teraz chyba najdziwniejsze. Manifestacja ciągle zmieniałą swoją postać. Tanna - rodianin - Tanna - rodianin - Tanna... cały czas. Arelle twierdzi, że zmieniał się w tym samym momencie, w którym ona mówiła. Gdy mówiła Tanna - zmieniał się w Tannę, gdy mówiła rodianin - w rodianina. Nie wiemy kim jest owy rodianin. Manifestacja zniknęła, szukaliśmy kolejnej, a Alora tkwiła w medytacji.

I poczułam to znowu. Przenikliwy chłód przeszył moje ciało, tak samo, jak przy każdym ataku Thona. Powiedziałam, że znowu czuje chłód i po prostu stąd jadę. Wybiegł za mną Edgar, pojechaliśmy do łazienek, rozebrałam się przy jego pomocy i wsadził mnie do wanny z gorącą wodą. Tym razem jednak nie podziałało... gdy byłam już bardzo czerwona, robiło mi się coraz słabiej, ledwo oddychałam i po prostu przegrywałam z gorącem - myśleliśmy, że wywołaliśmy oczekiwaną gorączkę i jest już dobrze. Edgar mnie wyciągnął... I od razu powrócił chłód, wpadłam w drgawki, było mi bardzo słabo. Wsadził mnie do wanny z powrotem, gotowałam się ponownie... I za każdym razem przynosiło to takie samo ukojenie. Przyszła Alora i Arelle, Edgar im o tym powiedział. Myśleli, że chodzi o szok termiczny, że go doznałam. Tym razem gotowali mnie, ale stopniowo zmniejszali temperaturę wody, bym nie doznała szoku. Dowiedzieliśmy się, że Redge pływa w jeziorze, więc Arelle pobiegła z Edgarem go wyciągnąć. Alora została ze mną, a ja czułam, jak woda - choć ciepła - robiła się coraz zimniejsza, a mi było bardzo słabo przez zmiany temperatur. Edgar i Arelle wrócili. W pewnym momencie straciłam panowanie nad swoim ciałem, powieki samoistnie mi się zamykały, a ja nie miałam nawet siły, by je otworzyć. Wyciągnęli mnie, myśląc, że to tylko szok termiczny. Wytarli... Ale ponownie wpadłam w drgawki, chłód znowu przeszył moje ciało... To nie był szok. To był Thon.

Wsadzili mnie po raz kolejny do wanny, gotowali mnie, chcąc zmieniać się w nocy, by mnie pilnować, bym się nie utopiła. Tym razem naprawdę mnie gotowali, ciągle się ruszałam, by nie stracić panowania nad ciałem. Alora poszła do kwatery, Edgar poszedł się przespać, by mógł w nocy wytrwać. Chwilę później do łazienki wszedł Major Leecken, który dał tu bardzo ciekawą sugestię... Powiedział, że miał koszmar. Koszmar, w którym ktoś został zaatakowany przez Thona i Ci "debile" zamiast go gotować, to trzymali go w ciepłej wodzie. I to była trafna uwaga, bo nie wywołaliśmy gorączki żadnym gotowaniem, bo woda nie była dostatecznie ciepła. A Mistrzyni tyle razy powtarzała, że trzeba ją wywołać... A nikt nie pilnował temperatury mojego ciała, ja byłam zbyt wyczerpana, żeby normalnie myśleć, myślałam tylko o tym, by się nie utopić, by wytrzymać. Tym razem chyba się udało, Arelle wywołała gorączkę, Redge trzymał drzwi, by kłęby pary mogły się ulatniać. Co my byśmy bez niego zrobili...

Wyciągnęli mnie z wody, opatulili w koce, Redge przeniósł mnie do kwatery, gdzie Arelle dodała jeszcze termofory i postawiła termos przy moim łóżku. Powiedziała, że dzisiaj śpi ze mną, bo musi mnie pilnować w nocy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Thon potrafi tworzyć iluzje, manifestacje osób, których pożarł aury. Manifestacje są jak posągi, nie ruszają się. Gotowanie wyraźnie pomaga - dzięki niemu, działanie Thona jest zdecydowanie słabsze. Potrafi działać na mnie przez ponad dwie godziny, by w końcu mnie położyć. Nie bagatelizujcie uczucia chłodu, nawet podczas zimnych wieczorów. To się tyczy tylko tych, którzy byli gotowani... Czyli tylko mnie. Trzeba naprawić śmigacz policyjny, części są w hangarze.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 285
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 13 paź 2019, 17:34

Kościół Ciemności - Hakassi

1. Data, godzina zdarzenia: 05.10.19; 21:00 - 00:00

2. Opis wydarzenia:

Zbadałam opisane przez Adeptkę Deron doniesienia o Kościele Ciemności, którego przywódca zdawał się wiedzieć dość sporo na temat dziwnego bytu, z którym zmagamy się już od dłuższego czasu. Thona, Życienia, Aurozjadacza, czy jak aktualnie kto teraz go nazywa. Przeszukałam informacje w holonecie i znalazłam coś, co zdawało się pasować do tej “organizacji”. Znajdowała się ona w małym miasteczku w Regionie III na Hakassi. Miejscu oddalonym od naszej aktualnej bazy o kilkanaście godzin podróży śmigaczem. U celu jednak nie było trudno ich znaleźć. Było to jedyne miejsce w centrum dość zrujnowanego, ubogiego miasteczka, które przypominało kościół, czy kaplicę.

Myślę, że większość z nas miała styczność z najróżniejszymi sektami tego typu, przykładem z Prakith - Kościół Voliandera. Nikogo raczej nie zdziwi, że postanowiłam rozpocząć konwersację z osobami w środku incognito. Dość szybko się jednak okazało, że nie była to konieczna ostrożność. Co z początku miało być dziwną sektą - okazało się zgrupowaniem całkowicie normalnych istot, a większość z nich łączyła tylko jedna rzecz. Doktnięcie przez to, co nazywam Thonem. Sami siebie nazywali Kościołem Uchodźców, a swojego przywódcę, nauczyciela - Prorokiem. Wypowiadali się o nim w samych superlatywach, wymieniając między innymi porównania takie jak “ktoś, kto w dwa tygodnie nauczy się lepiej twojego fachu, przy którym spędziłeś całe życie”. Opinię i przydomek, z którym mieliśmy styczność zawdzięczali opinii publicznej. Ciężko się dziwić. Ludzie często podchodzą z tego typu dystansem do organizacji skupionych na czymś... mniej przyziemnym. Poprosiłam o spotkanie, rozmowę z nim i nie mieli z tym żadnego problemu.

Dołączył do nas Cerenianin, ich przywódca o imieniu Vim-Ha. Ja sama zaś nie musiałam się przedstawiać. Z początku nie ukryłam tylko jednego faktu, że jestem Miraluką. Ich nauczyciel widać bardzo obeznany był w tym co się dzieje. Słyszał pogłoski o Jedi, którzy osiedlili się na Hakassi, wiedział jak nieliczną rasą jesteśmy my - Miraluka - i skojarzył, kim jestem. Nie wypierałam się. Wydawali się naprawdę poczciwymi istotami. Dalej przeszłam już do sedna sprawy. Próbowałam wybadać skąd i co wie na temat Życienia. Nie było łatwo z nim rozmawiać. Na pierwszy rzut oka wydawał się niezwykle inteligentny. Sam temu nie zaprzeczał, ale nie zaprzeczał też temu, że ciężko mu się rozmawia z innymi. Był wyjątkowo specyficzny. Ponad wszystko cenił sobie jedną rzecz. Wiedzę. Po kolejnych próbach okazało się, że czytał kiedyś o czymś podobnym, ale na znacznie mniejszą skalę. Były to jakieś stare, archaiczne pisma wykopane przez archeologów z planety Ossus, za czasów Nowej Republiki. Zaś to, z czym do czynienia mamy teraz to kolejny krok ewolucji. Istota znajdująca się w innym wymiarze, niż nasz, będąca fizycznie w naszym świecie tylko na tyle, na ile musiała. Coś niepowstrzymanego, co powstało samoistnie, naturalnie - by nas zastąpić. Zbudować nowy porządek świata. Tego też nauczał resztę tej organizacji. Pomagał im zaakceptować to jako coś niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju. Nie pogrążali się w żałobie. Wydawali się szczęśliwi, że przychodzi im spotkać się z czymś przełomowym. Na własne oczy zobaczyć kształtowanie się kolejnego etapu dla naszej galaktyki. Większość spostrzeżeń ich przywódcy mniej więcej pokrywało się z naszymi, jak między innymi to, o czym wspomniała Arelle, a odkrył Fell - ogień. Z tym, że doszedł do tego drogą dedukcji. W jakiś sposób to musi istnieć w naszym świecie. Organicznie. Czy to jako rój, czy coś innego. Twierdził też, że praktycznie niemożliwym jest go zniszczenie. Że jest w stanie przemieszczać się z wielkimi prędkościami, być w wielu miejscach jednocześnie. Doświadczyliśmy też tego na Prakith, ale sama nie byłabym jeszcze tego taka pewna. W drodze rozmowy stwierdził, że może gdyby spalić całą planetę, to udałoby się to powstrzymać. Niestety źródło, które rozpoczęło pogłębianie przez niego wiedzy na temat Thona - księgi z których korzystał przetrwały próbę czasu tylko w jego głowie.

Pomyślałam, że ktoś taki z pewnością mógłby się nam przydać w rozwikłaniu tej zagadki. Miał jednak wątpliwości, a przede wszystkim - nie chciał, by ten wyższy byt został powstrzymany. Słyszał o naszej grupie i naszej tendencji do przeciwstawiania się niemożliwemu. Możliwe jednak, że udało mi się go przekonać, a przynajmniej skłonić do przemyślenia tej propozycji. Zagłębiając się z nim w rozważania na temat filozofii ewolucji stwierdziłam, że jeśli miałoby się nam to udać, to byłby znak, że temu czemuś nie jest przeznaczone nas zastąpić, a jeśli byłoby odwrotnie - przynajmniej miałby większą szansę zgłębić tajemnicę tego, z czym przychodzi nam się spotkać. Powiedział, że przemyśli to. Przeczyta kilka książek na ten temat i dopiero wtedy podejmie decyzje. Poprosił, by skontaktować się z nim za przynajmniej kilka dni, żeby dać mu czas. Myślę, że miał już dość czasu na przemyślenia. Warto by spróbować ponownego kontaktu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Otrzymałam od nich częstotliwość kontaktową. Nie jest to kanał do kontaktu bezpośrednio z nim, bo takiego nie posiada, a raczej ogólna częstotliwość do ich placówki. Jeśli ktoś próbowałby dzwonić - pytajcie o ich Proroka, albo Pana Vim-Ha.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 566
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 23 paź 2019, 22:21

Awatary

1. Data, godzina zdarzenia: 22.10.2019 23:00-03:30

2. Opis wydarzenia:

Wczoraj miało miejsce coś absolutnie niebywałego. Po treningu padawanów otrzymaliśmy dość niepokojącą informację od SDK. Według droida, od strony plaży, przybyło do nas coś niezidentyfikowanego, co określił jako wodną formę w kształcie humanoida.

Popchnięta przez przytłaczającą ciekawość, wyszłam do Mistrzyni i Fella. Na tafli jeziora, przy samym brzegu faktycznie czekała na nas malutka, mierząca może pół metra wodna postać. Mistrzyni natychmiast ostrzegła nas, że ma ograniczone możliwości ratowania nas i brak dostępnych amuletów, Fell zaczął obmyślać jak spalić istotkę, a mnie coś dosłownie opętało. Nie, nie Thon. To nie było nic zewnętrznego, tylko wewnętrzna, obsesyjna chęć nawiązania kontaktu, którą budowałam w sobie przez ostatnie tygodnie w każdej wolnej chwili. Najpierw zawołałam manifestację, potem chciałam do niej podejść. Fell również zaoferował, że zbliży się do istoty, ale go zatrzymałam. Chociaż zwykle boję się byle złomiarza ze starym blasterem, to w tamtym momencie byłam absolutnie zdecydowana, żeby wyjść manifestacji Thona na spotkanie.
Trzymałam się myśli, że miałam już kontakt z Thonem, że nic mi nie zrobił, nawet kiedy medytowałam koło jego awatara w bazie. Starając się trzymać emocje na wodzy i intuicyjnie (czyli bez żadnego planu) unikając czegokolwiek, co mogłoby zachęcić Thona do wyssania ze mnie energii, zaczęłam powoli iść ku wodzie. Mówiłam standardowe *Tanna*, *Rodianin*, obracałam się wokół osi jak ostatnio, gestykulowałam, a manifestacja wciąż stała nieruchomo. W końcu jednak poruszyła się i zaczęła iść w moją stronę. Ja powoli się cofałam, a Thon szedł po moich śladach i rósł - fizycznie się powiększał. Dopiero wtedy, kiedy wodna postać miała już około metra, zaczęłam w niej rozpoznawać odbicie Mistrzyni – formę jej ciała i szat stworzoną z poruszającej się wody. Teraz, z perspektywy czasu, mam wrażenie, że tylko stałam istocie na drodze. Najpierw szła w moją stronę, później zwróciła się ku Fellowi, by w końcu minąć nas oboje i stanąć naprzeciw Mistrzyni. Przez chwilę stały tak oboje – twarzą w twarz. Wodna istota była dokładnym odbiciem swojego prototypu, osiągnęła już też rozmiar Mistyk Vile.

Wtedy, w powietrzu rozbrzmiał znajomy głos Thona, Mistrzyni próbowała skomunikować się z nim telepatycznie, a ja i Fell nagle padliśmy na ziemię rzuceni falą Mocy. Jeśli dobrze pamiętam, Mistrzyni uniosła Mocą trochę piasku i powiedziała nam, że Thon ją naśladuje. Nie pamiętam tego momentu dokładnie, ponieważ w tej samej chwili straciliśmy z Padawanem wzrok. To były dosłownie sekundy. Wzrok wrócił nam niemal natychmiast. Mistyk znów spróbowała telepatycznej komunikacji, my znów padliśmy na ziemię, a Fell słusznie zauważył, że Thon odpowiada użyciem Mocy na użycie Mocy przez Mistrzynię. Wszystko działo się… chciałabym powiedzieć, że szybko, ale nie mam pewności. Być może przez nadmiar wrażeń czas zdawał się płynąć inaczej.

Tak jak wcześniej wspomniałam, to był wieczór, w którym moje rozsądne myślenie i instynkt zachowawczy najwyraźniej zostały w bazie. Aż głupio mi się przyznawać, ale kiedy przypomniało mi się domniemane samobójstwo jednej z dawnych ofiar Thona, który pomimo wielonarządowej niewydolności wstał z łóżka, żeby wypruć z siebie flaki i własną krwią narysować na każdej ze ścian wciąż niezidentyfikowany symbol... cóż, postanowiłam odtworzyć ten znak palcem na piasku. Zarejestrowałam jeszcze jak przez mgłę słowa Mistrzyni o tym, że *Thona tu nie ma, tak jak jej nie było tam, a teraz on przyszedł do niej* i zabrałam się za rysowanie. Kiedy tylko skończyłam, awatar ruszył nagle w moim kierunku. Cała ucieszona czekałam w miejscu gotowa na konwersację pisaną na piasku, ale wtedy wodna istota zaczęła się powiększać do monstrualnej skali kilku pięter. To był moment, w którym odrobinę się w końcu przestraszyłam. Zatarłam szybko symbol i odeszłam na kilka kroków, a manifestacja skurczyła się do poprzedniego rozmiaru. Mistrzyni zauważyła, że to mogła być instynktowna samoobrona Thona w reakcji na jego własny strach przed symbolem lub wspomnienia jego ofiary związane ze śmiercią. Dlaczego Thon się przestraszył? Niestety wciąż nie wiemy, ale zdecydowanie warto bardziej się temu przyjrzeć.

Niezrażona, ciągle szukając dobrych chęci w Thonie, powiedziałam, że może spodobała mu się wizja przerodzenia bólu i śmierci w życie i przyszedł po więcej. Mistrzyni chyba miała podobny pomysł chwilę wcześniej, ponieważ kiedy to mówiłam, już zaczęła medytować. Manifestacja usiadła obok niej, w tej samej pozycji.
Zapytałam jeszcze Fella czy da radę wnieść nas obie, jeśli coś pójdzie nie tak. Przytaknął, a ja dołączyłam do kółeczka medytujących zatapiając się Mocy. Przyznam, że wiele to nie dało, chociaż znowu byłam w stanie wyczuć anomalię w zwyczajowym przepływie energii. Tym razem, starałam się ją jednak dokładnie zapamiętać. Czy to wyszło, wyjdzie w praniu.

Kiedy się wybudziłam Mistrzyni leżała na ziemi, a ja z Fellem czuliśmy coś dziwnego wokół siebie. Coś jednocześnie przyjemnego, ale jednocześnie przełamanego nutką goryczy. Nagle awatar zaczął się dziwnie i dość gwałtownie poruszać - nie mam pojęcia co to było. Taniec? Kulenie się? Grzebanie w ziemi? Nie wiem. Potem zaczął uciekać w głąb jeziora, a Mistrzyni powoli się wybudzać.
Rozmawialiśmy przez chwilę, aż przed naszymi oczami pojawił się Demolek. Stał tak jakiś czas wpatrzony w Mistyk Vile. Gdy zniknął, weszliśmy na teren bazy, a Mistrzyni włączyła pole siłowe i wyjaśniła, że przekazała Thonowi wspomnienie narodzin eopka. Trudnych narodzin z komplikacjami, które chociaż były pełne bólu, dały nam takie kochane zwierzątko.

Wtedy thonodemolek znów się pojawił. Stał smutny za polem siłowym, a ja zaczęłam namawiać Mistrzynię i Fella, żeby wrócili do bazy, zamknęli drzwi, a ja mu otworzę i zobaczę co się stanie. W razie czego, włączę komunikator i jeśli przestanę odpowiadać, to SDK mnie zgarnie. Pomyślałam, że Thon był już na terenie bazy i nic złego się nie stanie, a wyłączenie pola będzie oznaką dobrych zamiarów z naszej strony. Nie było jednak potrzeby wprowadzania planu w życie. Fantomowe zwierzątko pojawiło się przed nami, za plecami Mistrzyni.
Zapytałam czy pogłaskanie go byłoby złym pomysłem. Mistrzyni się zgodziła i... niespodziewanie sama pogłaskała thonozwierzaka. Iluzja zaczęła się do niej łasić z absolutną miłością i zaufaniem. Zebrałam się w sobie i również dotknęłam kopii Demolka. Wtedy... wtedy nie wiem co się stało. Projekcja zapiszczała, zapłakała wręcz i się odsunęła. Zabrałam dłoń w kompletnym szoku. Fell też spróbował głaskania, a awatar nie miał nic przeciwko. Chciałam jeszcze zachęcić Thona do *pobawienia się* ze mną, ale odskoczył. Wszystko wskazywało na to, jakby Thon, przynajmniej w formie eopie wyraźnie się mnie bał. Nie wiem, z czego to może wynikać. Z tego, że narysowałam symbol? Przez chwilę myślałam, że może to fragmenty Denarska, który zawsze trochę mnie unikał albo Violet, z którą w momencie pierwszego ataku nie miałam zbyt dobrych stosunków, mogły jakoś zadziałać, ale Denarsk w momencie wyssania aury jeszcze mnie nie znał, a drobne spięcia z Violet wydawały się niewystarczające.

Thonodemolek znów zniknął, pojawił się jednak Denarsk, który pokazał Mistrzyni jej walkę na Prakith, starcie Ciemnej i Jasnej Strony oraz ostatniego Starszego. Mistyk stwierdziła, że powstanie Thona coraz logiczniej wiąże się jej z tamtymi zdarzeniami, że być może w czasie walki, Moc faktycznie została uszkodzona, a Aurożerca jest czymś w rodzaju czarnej dziury Mocy.

Wodna istota znów się pojawiła. Poszliśmy za nią, do drzwi w pobliżu kwater. Tym razem awatar nie reagował już na mnie nerwowo, a ja znowu nabrałam chęci na otwarcie Thonowi drzwi. Pomyślałam, że może wczuł się w eopie i chce zobaczyć się z Naną. Przypomniały mi się legendy o Życieniu, który uśmiercał, ale też leczył i zaczęłam forsować ten pomysł. Fell zauważył, że Thon będzie potrzebował pomocy z otwarciem każdych kolejnych drzwi w bazie, więc może nie być aż tak groźny i być może warto spróbować dowiedzieć się, czego chce. W końcu, Mistrzyni zgodziła się i wpuściliśmy wodną istotę. Najpierw do bazy, później do kwatery, w której leżała Nana.

Istota ułożyła dłoń na Nanie i zaczęła wpływać do jej ciała tracąc humanoidalną formę. Eopie nadęła się cała, a Mistrzyni ukucnęła przy niej, najprawdopodobniej by wspierać zwierze Mocą. W pewnym momencie, Nana zaczęła wymiotować, ciągle nieprzytomna, ogromnymi ilościami wody z jeziora i zieloną treścią z żołądka. Wody wypływającej ze zwierzaka było mnóstwo, Mistrzyni podtrzymywała jej trąbkę, ale przejęłam to zadanie, żeby mogła się skupić na czymkolwiek, co właśnie robiła Mocą. W końcu wymioty ustały, a Mistrzyni oznajmiła, że Nana nie jest już chora. Że Thonn pożarł jej chorobę.
Fell pobiegł po wiadro i mop. Umył unoszoną w powietrzu przez Mistrzynię Nanę, a ja przygotowałam kroplówkę. Wciąż bardzo osłabiona eopie przebywa teraz w kwaterze Mistrzyni. Jest stabilna. Thon już się nie odzywał. SDK zaraportował tylko silne fale przy brzegu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 331
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 07 lis 2019, 2:08

Zbieranie informacji o Thonie

1. Data, godzina zdarzenia: 04.11.2019, 20:00-2:00; 05.11.2019, 20:00-02:00

2. Opis wydarzenia:


Ofiary Thona w Drand
Kilka dni temu odebrałam połączenie z Trzeciej Komendy Policji Regionu V i zostałam poinformowana, że w Szpitalu Hakassanskim w Drand znajdują się trzy kolejne ofiary Thona. To, że miałam problem z odstawieniem śmigacza po tym, jak Wężuś urządził sobie wcześniej przejażdżkę było pewnie znakiem, że nie powinnam była nigdzie jechać. Oprócz moich naturalnych zdolności do prowadzenia pojazdów, miałam też ogromne problemy z koncentracją. Ale cóż, pomyślałam, że i tak od miesiąca jeżdżę do Hakassi półprzytomna, to tym razem też się uda.
Wyjechałam do Drand i po kilkunastu godzinach, z drzemką na parkingu włącznie, dojechałam do szpitala. Tam czekało na mnie dwóch z trzech pacjentów przywiezionych po ataku. Po dość długiej rozmowie udało mi się ustalić, że Gaant Haru i Gal Brassk byli pracownikami sklepu chemicznego, którzy razem z nieżyjącym już kolegą - Warrusem Targari wyszli po pracy na papierosa. Wtedy też zauważyli, że w budynku obok światła zaczęły wariować. Jak to określił jeden z nich, cale oświetlenie i inne urządzenia zaczęły migotać w pokojach jak w jakimś horrorze. Następnie Warrus Targari zaczął krzyczeć, że widzi demona i zemdlał. Haru i Brassk dołączyli do grona nieprzytomnych chwilę później.
Wywiad z pacjentami był bardzo mozolny i przeplatany rozmową o ich chęci pozwania rządu Hakassi za to, że nie nie ostrzegają ludzi przed zatrutą Vongami ziemią. Próbowałam ich przekonać, że pozywanie pozostałości po Imperium nie jest dobrym pomysłem, ale jeden z nich był bardzo uparty. Po rozmowie z pacjentami, chciałam się spotkać jeszcze z ich lekarzem prowadzącym, ale już go nie było. Od ciągle zawieszającego się medycznego droida dowiedziałam się tylko, że przyczyną zgonu Warrusa Targari była hipotonia, a jego lekarzem prowadzącym był doktor Vinc Callko. Zadzwonię tam jeszcze.

Wypadek na farmie
Po wyjeździe ze szpitala udałam się do Tyriq. Przyznaję, przed kolejną drogą mogłam trochę odpocząć. Zmęczenie potwornie dawało mi się we znaki, a drzemki w publicznych toaletach za wiele nie pomogły. W którymś momencie najzwyczajniej odpłynęłam. Spadłam ze śmigacza, a ten wbił się w czyjąś stodołę. Można powiedzieć, że i tak miałam dużo szczęścia, bo wylądowałam w trawie, a nie na płonącej ścianie.
Podeszło do mnie dwóch krzyczących mężczyzn, ale nawet nie wiem co mówili i co ja mówiłam. Pamiętam tylko, że patrzyłam na spuchnięte, posiniaczone nogi. Jedna była złamana, jak się potem okazało, w dwóch miejscach, druga przecięta. Brzuch też miałam rozcięty, nadgarstek stłuczony. W pozostałych miejscach były już tylko siniaki i otarcia.
Mężczyźni zawołali lekarza, chcieli pieniędzy za zniszczenia, a w międzyczasie mieli dużo pretensji o to, że jestem kobietą i opłakiwali stodołę. W końcu lekarz, a raczej weterynarz przyjechał na miejsce. Był takim samym mizoginem jak reszta, ale przynajmniej nastawił mi nogę. Samo nastawianie było absolutnym koszmarem. Nie wiem ile trwało i skąd miałam potem trawę w ustach, ale ważne było to, że o kiju i z pomocą jednego z farmerów mogłam wstać. Zjadłam trochę nutripasty, weterynarz opatrzył mi resztę urazów, a znajomy farmerów wycenił straty. Zapłacenie za szkody bolało bardziej niż noga, ale przynajmniej nie musiałam płacić ze środków Jedi.
Dodatkowo, jeden z farmerów dał się przekonać, żeby odstawić to, co zostało ze śmigacza i mnie do Tyriq. Podróż była cudowna. W zasadzie nie sama podróż, ale to, że mogłam się na chwilę zdrzemnąć. Po przebyciu ponad 300 kilometrów zostałam wysadzona w przed zaniedbanym budynkiem, w którym mieściła się wspólnota Proroka.

Klasztor w Tyriq
W świątyni przywitało mnie dwóch mężczyzn, którzy od razu chcieli się zaopiekować moją potłuczoną osobą, ale powiedziałam im, że jestem już w miarę opatrzona i szukam Proroka. Przyznałam, że jestem od Jedi, i że miałam kontakt z Ciemnością, ale trochę inny niż pozostali. Nie chcieli mi wierzyć w utratę wzroku ani kontrolowanie wody przez Thona. W zasadzie, to podejrzewali chyba, że mam problemy z głową, ale zawołali przełożonego.
Prorok zjawił się dość szybko. Nie wydał mi się aż tak trudny do rozmowy, jak opisała to Alora, ale może po dłuższym kontakcie z Redgem, Lao i Rycerzem Teyem mam inne standardy. Prorok opowiedział mi o nieistniejących już zapiskach z Ossus, które mówiły o spaczeniu, które pożerało wszystko i było antytezą naszego wszechświata oraz Mocy, która go spaja. Ponoć to starożytne wynaturzenie też żywiło się życiem i zniknęło z planetą, na której się znajdowało. Prorok twierdził, że według zapisków, anomalia pozostawiała po sobie pustkę i pożarte życie, ale nie wiedział czy ktoś zniszczył planetę, by powstrzymać jej wygłodniałego mieszkańca czy mieszkaniec pożerał wszystko, aż pożarł ziemię, na której żył. Prorok wiedział tylko, że to wszystko miało miejsce w epoce kolonizacji galaktyki i wielu wojen religijnych użytkowników Mocy.
Zapytałam dlaczego jego wspólnota akceptuje Thona pomimo, że wiąże go ze starożytnym wynaturzeniem. Odpowiedź była dość prosta - akceptują go, ponieważ jest czymś nieuniknionym i uważają, że życie płynie, a potem się kończy, a naszym zadaniem jest wykorzystać czas, który pozostał.
W międzyczasie pokazałam Prorokowi symbol, który ostatnio zestresował Thona. Wcześniej pokazywałam go też Lao, który rozpoznał w nim coś podobnego do pisma Miraluk. Lao twierdził, że takie znaki są symbolami magii albo wzorami alchemicznymi. Wspomniał, że dzisiejsze symbole jego ludu są prostsze i mają ostrzejsze kształty, ale dawne były tak obłe jak to, co mu pokazałam. Lao powiedział mi też wtedy, że Miraluki nie pochodzą oryginalnie z Alpheridies, a z Katarr - planety, której nie ma już na żadnej mapie. Kiedy tylko Prorok zobaczył symbol, potwierdził słowa Lao. Dawno temu widział taki symbol w książce historycznej z Alpheridies, ale nie znał jego znaczenia, był zaledwie wspomnieniem ze zdjęcia przedstawiającego ścianę w jakiejś świątyni.
Rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo. Opisałam Prorokowi rzeczy, które ostatnio robił Thon. Prorok nie spodziewał się, że istota będzie ewoluować tak szybko i stwierdził, że mamy bardzo mało czasu. Mówił, że Thon najprawdopodobniej pogodzi z innego wymiaru, ale uczy się kontaktu z tym, jest pomostem między swoim światem i naszym. Powiedział, że na naszych oczach może powstawać coś jak nowa galaktyka. To było coś, o czym mówiła kiedyś też Mistrzyni.
O manipulacji wodą wcześniej Prorok też nie słyszał, ale doszedł do wniosku, że to logiczny wybór medium. Woda jest najbardziej zmienna, może odparować, skroplić się, objąć ogromny teren. Nie zmieni tak łatwo stanu chemicznego jak drewno albo inny materiał..
W sprawie samobójcy z uszkodzeniami neurologicznymi Prorok uznał, iż ten mógł mieć większą albo inną percepcję niż zdrowi ludzie - widzieć więcej, ale tego nie rozumieć.
Na koniec stwierdził, że mógłby nam pomóc, ale podzielił się już wiedzą, jaką posiadał i teraz może zrobić więcej dobrego w swoim zgromadzeniu.
Nagle, wrota klasztoru uchyliły się i zatrzasnęły prawie natychmiast, a do środka dostał się powiew zimnego wiatru. Tareko, jeden z członków wspólnoty, uznał że wrota były źle zamknięte, ale Prorok zaczął się w nie wpatrywać. W końcu zamrugał i krzyknął, żebyśmy biegli do środka. Poderwałam się, ale złamana noga szybko mnie uziemiła. Upadłam na posadzkę, ale Tareko pomógł mi wstać. Szliśmy tak przez chwilę, aż ten padł na ziemię. Po ścianie udało mi się dojść do wewnętrznego pomieszczenia. W tym samym czasie Prorok przebiegł koło mnie z miotaczem ognia. Nie widziałam co się działo w głębi korytarza, ale po chwili doszło do mnie ciepło płomieni, a Tareko został wciągnięty do środka. Prorok zablokował drzwi i powiedział, że Thon przyszedł tu po mnie. Zdąrzyłam tylko powiedzieć, żeby wsadzili poszkodowanego do gorącej wody aż wywołają gorączkę i zostałam z dwójką ludzi ze wspólnoty. Ciągnąc Tareko na górę, Prorok krzyknął jeszcze, że Thon musiał przyjść po mnie i żeby w razie czego spalić cały budynek, bo nawet jeśli świat umiera, oni nie muszą być pierwsi. Tyle w kwestii akceptacji apokalipsy.
Nie wiedziałam co robić, korciło mnie, żeby wyjść głównym wyjściem, ponieważ Thon wcześniej nic mi nie zrobił, ale pamiętałam co się stało z Violet, która została zaatakowana po urazie. Po zbiciu stóp chodziła, po zbiciu stóp i Thonie miała amputację. Słaby i stary Warrus Targari też średnio zniósł thonoatak. Wtedy ktoś z obecnych zaproponował mi wyjście oknem, ale ten pomysł na początku wydał mi się jeszcze bardziej samobójczy niż pójście do Thonna, szczególnie, że byłoby to moje pierwsze potencjalne starcie z Aurożercą, natomiast od okna to gleby było pięć, a może i dziesięć metrów. Panikowałam. Panikowałam bardzo. W końcu zamówiłam taksówkę, a zanim ta przyjechała rozważałam wszystkie za i przeciw. Byłam już pół żywa, pół przytomna, chciałam wierzyć, że Thon mnie nie pożre, ludzie mówili, że jestem debilem i okno to świetne wyjście. No i w końcu padło na okno. Z pomocą osób ze wspólnoty i pilota jakoś wyszłam i zeskoczyłam do powietrznego śmigacza, który ustawił się pod parapetem. O dziwo nie połamałam się bardziej i zostałam zabrana do Gialrith skąd poleciałam promem do Tuvili. Tam pozostało mi już tylko zamówić kolejną taksówkę, która zabrała mnie do bazy. Nie wiem ile przespałam. Teraz, po środkach przeciwbólowych nie jest źle. Mam nadzieję, że nie pominęłam niczego ważnego. Jakby co, jestem w kwaterze.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
  • Śmigacz, czerwony Flare-S jest zniszczony. Wrak został pod klasztorem w Drand
  • Nie mam pojęcia jak Prorok *zobaczył* Thona przy wrotach i skąd wiedział, że trzeba wiać.

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron

Aktualizacja:

Skontaktowałam się kościołem uchodźców i szpitalem w Drand. Oto szczegóły:

  • Prorok ponoć przewidział pojawienie się Thona wyłącznie drogą dedukcji. Doszedł do wniosku, że wrota nigdy się tak nie poruszały, a ja (wrażliwa na Moc) siedziałam bardzo blisko nich.
    Mężczyzna, którego Aurożerca zaatakował żyje i powoli wraca do zdrowia w szpitalu. Zapytałam też o śmigacz. Osoba, z którą rozmawiałam powiedziała, że nadaje się tylko na złom (poza tym można go transportować tylko na holu). Zapytałam Fella czy nie oddać im go na pokrycie kosztów leczenia, ale ten wpadł na lepszy pomysł. Zgromadzenie sprzeda Flare-S na złom, pokryje koszty leczenia i, jeśli coś zostanie, przeleje nam resztę pieniędzy.
  • Panowie Haaru i Brassk dochodzą powoli do siebie, ale zostają jeszcze przez tydzień w szpitalu.
    Nie wspomniałam o tym w pierwszej wersji raportu, ale kiedy mężczyźni mówili o pozywaniu rządu, przyznałam, że takie przypadki były już na Hakassi i trochę zbyt nadgorliwie broniłam rządu, który *coś ukrywa*, bo przecież jeśli *rząd* mnie wysłał, to chce dobrze. Niestety to tylko zmotywowało pana Haaru do podążania za pomysłem. Podejrzewał, że ziemia jest skażona czymś vongowym, ja zaprzeczałam i dawałam się wciągać w mało procentującą dyskusję.
    W razie komplikacji może być trudno podciągnąć ich przypadki pod te z Regionu IV. Poza tym, przy rosnącej liczbie ofiar, zapanowanie nad niepokojem może być generalnie bardzo trudne.
    Lekarz prowadzący pana Haaru powiedział też, że pacjent jest w złym stanie psychicznym. Pomyślałam, że odesłanie go na dłuższe leczenie z tego powodu to też jakieś wyjście.
    Zostawiłam kontakt do siebie na recepcji. Zadzwonię tam zanim wyjdą.
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 331
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 11 lis 2019, 15:06

Piętnastka Thona, rabunek i psychiatryk.

1. Data, godzina zdarzenia: 7.11.19, 21:00 - 3:30; 10.11.19, 17:00 - 0:00

2. Opis wydarzenia: Zaczęło się niewinnie. Siedziałam w naszej kantynie, popijając jak zwykle herbatę, bo chwilę wcześniej skończyłam trening. Zszedł do mnie Padawan Fell Mohrgan, który poinformował mnie, że Adeptka Deron się naćpała i trzeba ją zabrać do kwatery, związać i zakneblować. Tak też zrobiliśmy - wzięliśmy Adeptkę do najbliższej wolnej kwatery - czyli dwunastki - i posadziliśmy ją na łóżku. Poszłam do magazynu po sznur, którym okazała się linka holownicza i jakąś grubszą szmatkę. Wróciłam do owej kwatery, związałam ją i zakneblowałam, bo wygadywała i robiła naprawdę niepokojące rzeczy. Nieważne. SDK zaraportował nam chwilę później, że jakiś pojazd zatrzymał się na drugim końcu mostu i zaczął świecić awaryjnymi, wypadkowymi światłami w naszą bazę. Chciałam się skontaktować z załogą owego śmigacza, ale moje próby poszły na marne - wzięłam nasz ostatni sprawny dwuoosobowy śmigacz, FC-20 i pojechałam na miejsce, myśląc, że to naprawdę może być sytuacja awaryjna i będę musiała kogoś przetransportować do naszej bazy lub najbliższego miasta. Jak się okazało, nie był to żaden wypadek. Na miejscu zastałam dwóch funkcjonariuszy policji, alternów Gelid Terra i Vico Stunt, którzy powiadomili mnie o nagłym zasłabnięciu piętnastu osób, w regionie czwartym, przed jakimś centrum handlowym w mieście Skadiv. Pojechaliśmy do Tuvili, do kantyny, by tam o wszystkim porozmawiać.

Tuvila

Zajechaliśmy do pierwszej lepszej kantyny, bo Tuvila to miasto, w którym wszystko wygląda tak samo. Jeden z alternów trafnie to podsumował - skopiowano kilka bloków i wklejono je na obszarze całego miasta. Wszędzie prostopadłościany, sześciany, żadnych innych kształtów. Masakra. Kantyna w środku okazała się przyjemniejsza, niż z zewnątrz. Grała muzyka, a poza barmanem była masa granów, z piętra dochodził odgłos imprezy i głosy pijanych uczestników. Zamówiliśmy sobie po jednym hamburgerze i jednym cafie, po czym przystąpiliśmy do wyjaśniania całej sytuacji, z którą udali się do "Świętobliwych Jedi".
Dostałam rozpiskę ofiar, którą wam tu załączę, choć uprzedzam, że to zupełnie przypadkowe osoby z jednym wyjątkiem - większość to ludzie.
Ukryte:

Panowie alterni przyjechali z prośbą o pomoc. Nie wiedzieli o co chodzi, nie wiedzieli co powiedzieć rozwścieczonej i przestraszonej ludności, która oskarżyła o wszystko właściciela centrum handlowego. Ponoć ktoś im poradził skontaktować się z nami, powiedział gdzie może nas znaleźć, ale też powiedział, żeby uważać na jezioro, przez co bali się przejechać most. Powiedziałam im wszystko, co wiemy, że pracujemy nad tym, badamy sprawę tej anomalii. Wszystko zgrało się z jednym - z wypowiedzią Amera Doopsa, który został wsadzony do szpitala psychiatrycznego. Alterni chcieli wiedzieć tylko jedno - co powiedzieć ludności. Powiedziałam, że na pewno nie mogą się dowiedzieć całej prawdy, bo... To byłoby jak stado Tulkkinów. Musieliśmy wspólnymi siłami wymyślić, co wcisnąć ciemnocie. Pomyślałam, że przecież nie tak dawno naszą galaktykę zaatakowali Yuuzhan Vong. Rasa z innej galaktyki, nieznana, od nich mogło przyjść cokolwiek. Więc tak się stało. Panowie zwalili całą winę na kaprala, który wszczynał niepokój wśród ludności, że przemycił jakąś Vongijską chorobę. Żeby odpokutować, musiał pójść na szafot. Nie byłam fanką tego wyjścia, ale trzeba było działać szybko. Przed pójściem na szafot, mogłam zamienić kilka słów z panem kapralem.

Szpital psychiatryczny

Funkcjonariusze wypożyczyli śmigacz powietrzny z komisariatu w Tuvili, by jechało się przyjemniej, by nie marznąć. Pojechaliśmy do psychiatryka, w którym zamknięto kaprala Doopsa, bym mogła z nim porozmawiać. Cały szpital wyglądał, jakby nie był tylko ośrodkiem dla chorych psychicznie - był wielki i zadbany, a żeby przejść do cel, trzeba było trochę przejść. Przywitał nas doktor habilitowany Lemer Inahhis, ponoć wybitny doktor. Wiedział o całej sprawie, o której opowiedział mu chwilę wcześniej altern Terra. Zaprowadził mnie i pana Stunta do celi, w której trzymano kaprala, weszliśmy z doktorem do środka, a ja mogłam zacząć rozmowę. Opowiadał, że widział demony, widział, jak woda się unosi ze studzienki po tym, jak ludzie padli. Ta woda poruszała się sama, jak popchięta, płynęła z nurtem. Słyszał, że coś go nawołuje, jakby właśnie ta ciecz, która zaraz przed nim się wypiętrzyła. Gdy woda się rozprysła, były kapral Doops zemdlał, jak cała reszta. Gdy dowiedziałam się już wszystkiego, co miał mi Amer do powiedzenia - podziękowałam mu i wyszłam z celi. Porozmawiałam jeszcze chwilę z doktorem Inahhisem, który też uważał, że kapral sam sobie smrodu narobił i to jest najlepsze wyjście, dla dobra planety. Szkoda po prostu. Podziękowałam doktorowi i wyszłam ze szpitala. Wsiedliśmy z funkcjonariuszami do śmigacza, pojechaliśmy do Tuvili, a tam na komisariacie dostałam kubek cafu na drogę. Na odchodne alterni wspomnieli, że nie wiedzą na ile temat sprawnie się potoczy. To sprawa tajna, między nami, więc nic na jaw nie wyjdzie, a pan doktor podrzuci kapralowi jakieś vongowe świństwa. Nie czekając dłużej, wsiadłam na śmigacz i pojechałam w stronę naszej bazy.

Pustkowia Hakassi

I tu zaczyna się istny koszmar. Jadąc przez pustkowia, ujrzałam błękitny błysk, jakby jakiejś lampy, jakiegoś promienia, który wyłączył całą elektronikę w śmigaczu FC-20. Spadłam do jakiegoś zapadliska, obijając się mocno, a śmigacz zsunął się za mną. Czekała na mnie dwójka mężczyzn - jeden grubszy, człowiek, krótko ostrzyżony z brodą, drugi aqualish. Celowali do mnie z blasterów, byłam na przegranej pozycji od początku. Myślałam, żeby wyciągnąć miecz świetlny, to może by się przestraszyli... Ale nie chciałam ryzykować. Nie trenowałam nigdy odbijania pocisków blastera, więc zginęłabym tam, przerobiona na ser z dziurami. Kazali mi zeskoczyć na dół, na materac, a zaraz po tym wyciągnąć wszystko, co mam przy sobie. Aqualish przycisnął mnie do ściany, sprawdzając, czy na pewno wszystko wyciągnęłam. Człowiek zabrał śmigacz z góry, a gdy Aqualish upewnił się, że jestem czysta - odszedł, celując we mnie w dalszym ciągu blasterem. Zabrali wszystkie moje rzeczy - holodatę, blaster DL-18, miecz świetlny i ostatni sprawny dwuosobowy śmigacz, który akurat jest własnością pani Mistyk. Przepraszam. Fell powiedział, że dorwali granaty jonowe, którymi wyłączyli elektronikę w śmigaczu, a takie granaty są tylko na licencję, chyba, że z przemytu.

Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Było bardzo zimno, a ja tkwiłam w jakiejś dziurze z wrakiem. Nie znalazłam tam niczego pożytecznego, więc postanowiłam się jakoś wdrapać na górę. Droga na górę była szalenie trudna i wymagająca - musiałam się wdrapać kilka metrów w górę, a kamienie były śliskie. Wyczerpana wdrapałam się na górę, odpoczęłam chwilę i zaczęłam szukać czegokolwiek - jakiejś drogi, schronienia, ludzi, śmigaczy, czegokolwiek. Marzłam okropnie, a pomoc nie nadchodziła. Byłam zdana na siebie, po środku niczego, bez holodaty, bez broni. Całkiem sama. Żeby nie zamarznąć na śmierć, postanowiłam się ruszać, ćwiczyć - przez kilka godzin. Ćwiczenia były skuteczne, dostarczały mi ciepło, a ja widziałam na horyzoncie już wstające słońce. Zasłabłam chwilę później.

Obudziła mnie czyjaś obecność. Dwójka jaszczurów najwyraźniej sprawdzała, czy posiłek - którym byłam ja - jest bezpieczny. Słońce już zachodziło, a ja przespałam cały dzień. Byłam tak skostniała, że ledwo się mogłam ruszyć, podczas gdy dwójka drapieżników szykowała się do uczty z mirialanki. Próbowałam zachować spokój, jak to przy dzikich zwierzętach, ale nie zdało to egzaminu. Zaczęły szarpać moje buty, aż w końcu dałam za wygraną. Jeden z jaszczurów ugryzł moją protezę, wyłamując sobie przy tym zęba. Tym razem skupili się na moich dłoniach. Próbowałam jakoś ich nakierować, że dłonie to też protezy, ale to tylko zwierzęta... Odgryzły mi dwa palce z lewej dłoni, a prawa praktycznie nie istniała. Poszarpana w chaosie, palce wiszące na samych ścięgnach... Zawyłam z bólu, z agonii. Czułam przypływ adrenaliny i cholernego bólu, pomimo skostniałego całego organizmu, zaczęłam szaleńczo kopać protezami, a metal odstrzaszył jaszczury. Uciekły. Zostałam znowu sama, na środku pustkowia, z niedziałającą prawą dłonią i lewą, bez dwóch palców. Szukając drogi, krocząc od kilku godzin w tym samym kierunku, ujrzałam postać przy wygaszonym ognisku. Był martwy, zupełnie jak jego holodata. Był cholernie zimny, ale wyglądał na zdrowego. Ofiara Thona. Zdjęłam z niego kurtkę, żeby przetrwać mróz i założyłam ją na siebie.

Krocząc wśród cieni drugi dzień, czułam, że zaraz oszaleję. Wydawało mi się, że mijam to samo miejsce pięćdziesiąty raz, z czasem nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coś mówię. Mówiłam sama do siebie, ten okrutny scenariusz, odbił się na mnie mocno. Krocząc kolejne kilka godzin pośrodku niczego, natrafiłam na przecinające mgłę światła, co jakiś czas. Wiedziałam, że w końcu trafiłam na jakąś drogę, cieszyłam się. W pewnym momencie usłyszałam szum śmigacza, zaczęłam krzyczeć, prosić o pomoc, a ostatnie co pamiętam, to błysk lampy i chrzęst kości w moim ciele.

Szpital

Obudziłam się w szpitalu, nie wiem ile spędziłam tam czasu, ale w końcu czułam ciepło. I to wszystko. Nie czułam w ogóle nóg, nie czułam swojego ciała, nie czułam rąk, nie czułam dłoni. Ruszałam tylko głową, przykryta kilkoma kocami. Widziałam, że jestem podłączona do jakiejś aparatury, do kroplówki. Przyszedł do mnie lekarz, którego od razu poprosiłam, o powiadomienie znajomych. Zniknęłam w końcu na kilka dni, a mówiłam, że wrócę za niedługo. Nie dałam znać nikomu o niczym, sądziłam, że ktoś pojedzie mnie szukać, cokolwiek. Po dłuższej rozmowie z lekarzem, stwierdził, że jestem chora psychicznie. Ubrali mnie w kaftan bezpieczeństwa i przenieśli do specjalnej sali, której pilnował droid. Przyszła do mnie pani psycholog, która zaczęła ze mną rozmawiać, podczas gdy obok leżał aqualish. Krzyczał, że jest rycerzem Jedi i inne, zmyślone rzeczy. Wiedziałam już, że to nie był najlepszy pomysł, że mogłam poczekać, aż mnie wypiszą, potem wezwać taksówkę do bazy. Ale skoro już się w to wpakowałam, to musiałam się jakoś wyplątać. Zaczęłam rozmawiać z psycholożką o wszystkim i naprawdę brzmiałam wiarygodnie. Opowiedziałam jej całą moją historię, opowiedziałam jej jaka jestem i jak tu trafiłam. W naszej rozmowie przewinął się temat zatrzymania w kantynie w Tuvili z alternami Gelidem Terrą i Vico Stuntem. Po rozmowie, Gelid został wezwany. Przyjechał mnie odebrać, tłumacząc, że pewnie napastnicy podali mi jakieś chemiczne środki zaburzające... I dobrze. Zabrał mnie do bazy.

Baza Jedi na Hakassi

Altern Terra wysadził mnie na drugim końcu mostu. Podziękowałam mu za wszystko i poszłam w stronę bazy. Otworzył mi SDK, a ja w milczeniu przeszłam przez kantynę, prosto do swojej kwatery. Zabrałam komplet ciuchów i poszłam się umyć. Przez opatrunki mogłam umyć tylko dolną część swojego ciała, a i tak było to mocno utrudnione przez brak prawej dłoni, która została amputowana i lewej, ledwo sprawnej. Po kąpieli zeszłam do kantyny, Fell ugotował mi makaron, zjadłam go, porozmawialiśmy chwilę i poszłam do siebie, w końcu odpocząć we własnym łóżku.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Zajmę się sprawą śmigacza. Zadzwonie na policję, zgłoszę wszystko, wspomnę o tych granatach jonowych. Trzeba amputować moją lewą dłoń, jest do niczego. Mam złamane dwa żebra. Straciłam miecz świetlny i blaster DL-18. Napastnicy mogą nam przez miecz narobić syfu, więc no... Zajmę się tym. Wszystko zgłoszę. Przepraszam was.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 285
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 12 lis 2019, 23:02

Wycieczka z napadem

1. Data, godzina zdarzenia: 11.11.19, 21:30 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Przed przeczytaniem poniższego, polecam zapoznać się z treścią tego raportu.

Wczorajszego dnia wybrałem się naszym Flare-S na małą wycieczkę. Chciałem odebrać zamówione jakiś czas wcześniej materiały na produkcję kryształów z Tuvili. Jednakże po drodze, tak jak adept Viola, oberwałem z działa jonowego. Na szczęście cały czas jechałem czujny, gotowy do zareagowania na jakiekolwiek możliwe źródło zagrożenia – ot lekcja nauczona po ostatnim ataku Kultystów na mnie, Alorę i Arelle na Prakith. Śmigacz oberwał, ale wyhamowałem go, po czym zeskoczyłem, samemu unikając tak trafienia – ze względu na moje protezy potencjalnie śmiertelnego – jak i kraksy.



początek części dla komendy Birell



Kiedy dostrzegłem lecący z moją stronę strumień błękitnej energii z działa jonowego, natychmiast wyskoczyłem z siedzenia śmigacza, lądując bezpiecznie kilkanaście metrów za nim. Moi napastnicy wielce się zaskoczyli, ale nadal byli zdeterminowani mnie okraść. Było ich dwóch – brodaty, szczupły człowiek oraz jeden starszy, gruby. Wykorzystałem to, pozorując na początku chęć poddania się. Uniosłem ręce w górę, trzymając w jednej miecz świetlny. Gdy pewni siebie mężczyźni zbliżyli się, zaatakowałem z intencją obezwładnienia obydwu.

Nie udało mi się skutecznie wykorzystać ich początkowego szoku, przez co jeden z blasterów mnie drasnął. Wycofałem się, aby ponowić atak po chwili oddechu, co obydwaj wykorzystali do ucieczki. Ich oddalenie się nie było jednak większym problemem. Użyłem Mocy, by jednego z nich powalić. Mężczyzna wpadł na swojego towarzysza, jeden z blasterów wypalił i ten grubszy padł trupem, przygwożdżając towarzysza – tragiczna śmierć, całkiem bezsensowna.

Dogoniłem ich w ciągu sekundy, obezwładniłem oraz skontaktowałem się z policją w Tuvili. Niestety, na początku nie było odzewu. Nie chciałem zostawić ciała pierwszego mężczyzny, a musiałem jakoś dostarczyć złapanego rabusia na komendę, pozostało zatem czekać na odpowiedź. Ta nadeszła – pośród bluzg, wrzasków i prób ucieczek aresztowanego. Zjawić się miało wojsko. Nie poinformowałem na początku o swojej tożsamości Jedi. Nie miałem jak jej udowodnić, a obawiałem się spławienia przez odbiorcę. W końcu ani Mocy, ani miecza nie zdołam pokazać przez słuchawkę.

Sam nie miałem pomysłu, jak skutecznie i trwale obezwładnić żywego napastnika. Ostatecznie postanowiłem ogłuszyć go jego własnym blasterem – prędzej upewniając się, czy rzeczywiście jest obdarzony trybem ogłuszającym. Zanim jednak ogłuszyłem więźniu, za moimi plecami pojawił się cywil – Gran imieniem Gurin. Przekonany, że wpada na scenę napadu, albo i mordu – ze mną jako oprawcą – zaczął przekonywać mnie, bym odpuścił i nie zabijał bezbronnego wówczas człowieka. Nie chciałem ryzykować, że Gran spróbuje obronić trzymanego na muszce brodacza, eskalacja sytuacji była niepotrzebna. Miałem miecz świetlny i czułem się bezpieczny, stąd oddałem broń Granowi, rękoma obezwładniłem człowieka, po czym zacząłem z nimi czekać na przyjazd wojska.

Moje zachowanie przekonało Grana, że nie jestem morderczym rzezimieszkiem. Dodatkowo, zastana przez cywila scena zgadzała się z moją wersją wydarzeń – unieruchomiony jednoosobowy śmigacz, dwa blastery, jedna osoba martwa i jedna nazywająca mnie mordercą, siebie również traktująca jako ofiarę napaści. Fakty pasowały tylko do jednej ofiary, a tylko moja wersja przedstawiała wydarzenia z taką pojedynczą jednostką, mnie, w roli napadniętego. Ponadto, wkrótce pojawił się również szturmowiec, przysłany przez komendę. Przedstawiłem się, a on potwierdził, że ja złożyłem zgłoszenie. Pozostało mi dodatkowo ugruntować swoją pozycję, stąd powiedziałem, że jestem Jedi. Udowodniłem to za pomocą pokazania dokumentów, miecza świetlnego oraz prezentacji zdolności Mocy.

Moje bycie Jedi wywołało trzy osobne reakcje u każdego z panów. Szturmowiec przyjął to ze spokojem do wiadomości, ale był gotów zostawić całą prace w moich rękach ze względu na nasza autonomię. Musiałem szybko wspomnieć, że nie mam ani transportu, ani sposobu przewiezienia trupa i więźnia, ani możliwości na przytrzymanie tego drugiego. Pan Gurin zareagował niemal – a wręcz dosłownie – religijnym uwielbieniem i zaczął czcić moją osobę, chwaląc i wspominając bitwę o Odik, niemal jak mitologiczne wydarzenie. Jedynie aresztowany flugał i cały czas wyzywał moją osobę, jako rzekomego napastnika. Wygrażał również, że jego towarzysze zemszczą się na mnie. Nie przejąłem się jego wypowiedziami zanadto – i tak było bardzo prawdopodobne, że jest częścią większej grupy.

Nie będę przechodził przez każdy indywidualny etap przygotowywania się do drogi. Szturmowiec doradził polecieć do Birell i w tamtejszej komendzie odstawić więźnia. Zapowiedział, że sprzątną zwłoki denata, samemu pożyczając mi kajdanki. Mało tego – z ochotą i entuzjazmem uruchomił na nowo mój śmigacz. Pan Gurin również pomógł – zaoferował wymianę naszego, jednoosobowego śmigacza na jego dwuosobowy, wyposażony w bagażnik. Zgodziłem się tymczasowo, ale zapowiedziałem, że zwrócę mu pojazd przy najbliższej okazji. Aresztowany człowiek został skuty i usadzony na fotelu pasażera. Jego śmigacz dwuosobowy został podłączony linką holowniczą, a dwa pistolety oraz działko jonowe – w rzeczywistości ręczna broń, ale większa od dowolnego karabinu blasterowego – spakowane do śmigacza Gurina. Pożegnałem się z Granem i poleciałem na komendę w Birell.



koniec cześci dla komendy Birell



Sama podróż przebiegła bez jakichkolwiek komplikacji. Na miejscu odstawiłem więźnia. Zapowiedziałem, że wpadnę na przesłuchanie i a raport przekażę policji zdalnie. Mam specjalną częstotliwość do umówienia się na spotkanie, zrobię to niebawem. Tak samo oddam panu Gurinowi jego śmigacz, to nieuczciwe zatrzymać jego pojazd, szczególnie, że zdobyliśmy ten napastników. Broń również jest nasza.

Na przyszłość polecam wam ostrożność w poruszaniu się po tych trasach. Adeptom zalecam nie lecieć samym i na pewno nie lecieć nieuzbrojonymi. To zorganizowana grupa, więc niewykluczone, że napady będą się trafiać aż ich nie schwytamy – a nawet i potem, jeżeli ktoś inny wpadnie na podobny pomysł na wzbogacanie się.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Materiały na kryształy odebrane z Tuvili i zostawione w magazynie.

Zaznaczona część raportu została przekazana policji w komendzie w Birell.

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 622
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 03 gru 2019, 19:17

Redge na ratunek

1. Data, godzina zdarzenia: 23.11.19; 18:00 - 22:00

2. Opis wydarzenia:

Pewnego wieczoru podczas treningu z Denarskiem zauważyliśmy jak Redge w pośpiechu opuszcza bazę na śmigaczu. Skontaktowaliśmy się z nim, żeby poznać powód. Jechał pomóc Edgarowi, który wzywał pomocy. Domyśliliśmy się, który z dwóch Edgarów to był. Próbowaliśmy powiedzieć mu, żeby zawrócił, ale właśnie w tym momencie wyjechał poza zasięg naszych komunikatorów. Razem z Padawanem ruszyliśmy za nim, namierzając jego śmigacz. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się go złapać nim spotka się z klonem.

Śmigacz, którym jechał Redge stał zaparkowany na niewielkiej drodze prowadzącej przez gęsty las. Wołałam, ale nikt nie odpowiadał. Minęło kilka minut, po których z naszych holodat wydobył się niezrozumiały, znajomy dźwięk. To był Redge, tylko wydaje się - zakneblowany. Musiał być blisko, ale z pewnością nie był bezpieczny. Minęła chwila i Denarsk dostrzegł jaskinię. Zdecydowaliśmy się wejść do środka, a przed tym sięgnęłam jeszcze w Moc. Nie byłam w stanie określić kto, ani ilu, ale w środku z pewnością ktoś był.

Spodziewaliśmy się pułapki, ale… nie tego. Zaledwie po przekroczeniu kilku metrów usłyszeliśmy wybuch. Za nami. Równo ruszyliśmy do przodu, za pierwszy zakręt, by schronić się przed nadlatującymi gorącymi skałami i falą uderzeniową. Udało nam się umknąć najgorszemu, ale nie wyszliśmy bez szwanku. Denarsk oberwał nieco gorzej, niż ja, ale mieliśmy jednak czasu odetchnąć. Za zakrętem czekał już na nas nie kto inny, jak klon Edgara. Rad, że udało mu się nas pochwycić. To nie był jednak ten typ, który lubi rozwodzić się nad swoim zwycięstwem, przedstawiając w chwili triumfu swą wizję lepszego świata, planu. Ten jednak postawił nam ultimatum. Nie chciał nas obu. Chciał zabić Denarska, a mnie wypuścić, a przynajmniej… zostawić, by inni mogli mnie znaleźć, jeśli nie rzucę się na pomoc przyjacielowi. Kłóciło się to z logiką. Co chciał osiągnąć? Może po prostu chciał sobie ułatwić zadanie, walcząc z nami pojedynczo, albo… kto wie. Nie miałam zamiaru jednak zostawić Denarska samego. We dwójkę mieliśmy przynajmniej jakiekolwiek szanse. Nim jednak którekolwiek z nas zdążyło zareagować - wydaje się perfekcyjnie przygotowane cięcie sięgnęło całej długości torsu Bothanina. Denarsk ledwo zdążył włączyć miecz, tak samo ja, lecz nic to nie dało. Padawan padł na ziemię. Ostrzegł mnie przed konsekwencjami interwencji, po czym z wolna postawił krok bliżej Denarska. Blefowałam, że pomoc już nadciąga, że to czas, w którym powinien się ulotnić. Jak sam mówił, Denarsk nie miał już zbyt dużych szans na przetrwanie. Jeśli coś, do zdecydowanie zależało mu na tym, by uniknąć spotkania z kimś… lepszym z naszej grupy. Zdecydował się jednak dokończyć to, co zaczął, a ja rzuciłam się mu naprzeciw, blokując ostateczny cios skierowany w Padawana. Zaczęliśmy walczyć, o ile można było to tak nazwać. Zdecydowanie nie miałam szans. Zaledwie kilka sekund minęło, nim nie udało mi się zablokować jednego z ciosów, który rozciął mi część torsu. Nim jednak stało się cokolwiek więcej - z ciała Denarska zaczęły wydobywać się wybuchy, małe eksplozje, a z nimi ogromne chmury gazu. Przed wyruszeniem trenowaliśmy. Miał przy sobie cały arsenał. Wariat chciał się wysadzić! I właśnie ten wariat uratował nam życie. Klon widząc to zbiegł do znajdującego się nieco głębiej w tunelu. Szybu prowadzącego najpewniej kilkadziesiąt metrów w dół. Mi udało się schować, a gdy fala gorąca zniknęła - wbiegłam w dym. Czułam niewielki przeciąg od strony miejsca ucieczki Edgara, tam też zdecydowałam się szukać oddechu dla nas obu. Wstrzymując powietrze go dociągnęłam na miejsce, a tam oboje mogliśmy odetchnąć. Wszędzie poza tym niewielkim szybem i kawałkiem nad nim kłębiło się od pyłu i gazu. Denarsk żył, oddychał, wychylając się w dół szybu, którego strzegłam z przygotowanym mieczem, obawiając się powrotu oprawcy. Jedynym jednak co dotarło do nas z dołu był pocisk blasterowy, pędzący prosto na głowę gorejącego Padawana. Jakimś cudem udało mi się go odciągnąć. Oboje już się nie wychylaliśmy, ale wciąż pilnowałam przejścia.

Dym i gaz powoli zaczął się rozrzedzać. Głosy z dołu zaczęły cichnąć. Ledwo przytomny Denarsk wymamrotał imię Redge’a. Nie wiedzieliśmy co z nim, ale patrząc na to co się z nami stało i z czym przyszło nam się mierzyć - nie mogłam tak po prostu ruszyć głębiej. Ruszyłam jak najbliżej zawalonego wejścia, by nadać wiadomość. Wołanie o pomoc, na które odpowiedziała Mistrzyni. Była w drodze. Wróciłam do Padawana. Był w strasznym stanie, a nie mieliśmy przy sobie żadnych apteczek. Zrobiłam mu prowizoryczny opatrunek z ubrania, z paska opaskę uciskową, a dalej mogłam się modlić o to, by przeżył. I w gruncie rzeczy to też zrobiłam. Widziałam jak Mistrzyni i Tanna uzdrawiają za pomocą Mocy i mimo, że nie miałam pojęcia co robię, spróbowałam przekazać nieco siebie Padawanowi. Czy pomogło? Nie jestem pewna, próbowałam, póki nie pojawiła się Mistrzyni. Jej śmigaczem zaparkowanych zaraz pod otwartą na nowo grotą popędziłam z Denarskiem do bazy, a Mistrzyni zeszła jeszcze po majora, którego zostawili odurzonego na dole.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -


4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 566
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 04 gru 2019, 21:08

Duplikat

1. Data, godzina zdarzenia: 26.11.19, 19:30 - 02:00

2. Opis wydarzenia:

No i co? Przeżyłem. Jestem ciekaw, jak wiele z was zareaguje zaskoczeniem? Zapewne wiele, gdy powiem, że nie wracam przegranym, ale również nie wracam zwycięzkim. Ta wyprawa pełna była niespodzianek. Nie mamy żadnych konkretnych informacji, ale może wy wyłapiecie coś, czego ja nie zauważyłem. Uważnej lektury.

Wyprawa zaczęła się od zabrania mojej osoby przez Vongogrzmotów. Znałem już część członków ekipy, poznaliśmy się kilka dni przed wylotem. Nie musiałem zbyt dużo im tłumaczyć, albo opowiadać. Wiedzieli o sobowtórze, opowiedziałem im o swoich zdolnościach. Jedyną niewiadomą było wybranie, z którym komandosem będę w parze oraz podkreślenie, że sobowtór to prawdziwy tytan szermierki, porównywalny w walce z silniejszymi Vongami. Potem było odrobinę koleżeńskiej wymiany, ale jej nie chcę streszczać, bo i po co?

Czekały nas dwa dni podróży na Kalist, stąd skupiłem się na medytowaniu, zbieraniu sił na konfrontację. Wtedy też okazało się w pełni, że moja skuteczne użycie Mocy do wzmocnienia się było najpewniej wyłącznie efektem złączenia się pewnych konkretnych elementów na Prakith, w naszej bazie. W przestrzeni, nie mogłem sięgnąć do Mocy, do więzi.... i przez to, pozostałem taki, jaki byłem, równie silny i równie słaby, bez zmian. Nie napawało mnie to radością, ale byłem wypoczęty, skoncentrowany na zadaniu. Ono było dla mnie najważniejsze i na nim się skupiłem.

Złapaliśmy CR90 siedzące bezbronnie na widoku. Uzbrojony w prawdziwy arsenał - generator tarczy energetycznej, granaty, miecz świetlny i karabin snajperski - ruszyłem pewnym krokiem w stronę śluzy. Każdy z oddziałów miał zaatakować z innej strony. Ominęliśmy wszelkie kamery, zabezpieczenia i wdarliśmy się jak burza na pokład korwety, zaskakując i wręcz masakrując członków załogi. Tutaj chciałbym móc napisać, że stoczyłem heroiczny pojedynek z moim sobowtórem, pokonując go przy zachowaniu wszelkich honorów, podczas gdy dzielni komandosi wykończyli jego najemników. Zagrożenie zażegnane, wielkie zwycięstwo odniesione. Prawda, że pięknie? Z pewnością i definitywnie moment na zakończenie typowego holofilmu akcji. Prawdziwe? Nie.

Otóż, udało nam się kompletnie zmasakrować przeciwników. Wbijając do korwety parłem bezwzględnie do przodu. Wzmacniając siebie Mocą, przebiegałem między przeciwnikami, raniąc jednego za drugim. Byli uzbrojeni, zareagowali ostrzałem... ale byli tacy... niezorganizowani... Sądziłem, że to efekt zaskoczenia, ale sobowtóra nie było widać, panowała cisza.... Mój zapał opadł, gdy moje ofiary, z trudem posługujące się blasterami bez taktyki ostrzeliwały nas i padały w ciągu sekundy. Teraz widzę to, ale powinienem dostrzec to od początku. To nie byli wojownicy, żołnierze, albo piraci. To byli cywile.

Potwierdziło się to, gdy natrafiliśmy na tarczę energetyczną blokującą dostęp do jakiejś sali konferencyjnej. Było tam czworo cywili, równie nieświadomych, jak reszta. Co jak co, ale swoich towarzyszy sobowtór by tak nie naraził dla taniej pułapki. Po prostu nas przechytrzył. Na początku towarzysze ofiar widzieli w nas piratów, morderców i grozili wezwaniem służb - czy wezwali, nie wiadomo. Na szczęście, informacje o przeżyciu i zabezpieczeniu innych członków załogi - natychmiast po zorientowaniu się przekazaliśmy informację, aby nie strzelać do załogantów oraz opatrzyć rannych - oraz częściowe uwierzenie stojącemu obok komandosowi po jakimś czasie rozwiązały języki mężczyznom, słusznie widzących w nas morderców.

Sobowtór sprzedał im korwetę przed trzema tygodniami, stąd na początku myśleli, że po dostaniu miliona kredytów, zwyczajnie kradnę statek. Poznali go w jakiejś kantynie, ale biznes był w pełni legalny. Nie wiedzieli o statusie pojazdu jako poszukiwanym. Mieli dość wąski zakres wiedzy o sprawach szerszej galaktyki - nie wiedzieli przykładowo, że co oznacza bycie Jedi, stąd moje nalegania, by zaprezentować użycie Mocy wydały się im absurdalne. Niemniej jednak, dowiedzieliśmy się tych kilku faktów. Wiedzieliśmy, że sobowtór nie miał nowego statku przed sprzedaniem starego, wiedzieliśmy, gdzie szukał kontaktu - w tamtej kantynie. To były na ten moment jedyne znane nam tropy, więc postanowiliśmy polecieć do tejże kantyny i popytać. Głupie, wiem, ale na ten moment... nie miałem nic lepszego.

Piloci naszej eskadry mieli ogarnąć nawikomputer. Nie wiem, czy coś z tego wyszło, taka aparatura na pewno była wyczyszczona, ale sprawdzić nie szkodziło. Cywili zostawiono w spokoju, byli niewinnymi ofiarami oszustwa oraz napaści. Żołnierz był gotów zwalić całą winę na sobowtóra. Zgodziłem się z tym podczas dyskusji, ale.... to była też nasza wina. Daliśmy się ponieść, zmasakrowaliśmy załogę. To prawdziwie plugawy czyn, szczególnie dla mnie, a tym bardziej jako Jedi. Ocalali powiedzieli, że zajmowali się pomaganiem uchodźcom. Szlachetne zajęcie. Niewykluczone, że będą próbowali się z nami sądzić - i słusznie.

Kantyna była kolejnym ślepym zaułkiem, który aż wstyd opisywać w szczegółach. Zachowałem się w niej kompletnie amatorsko. Wbiłem i wypytywałem o kogoś, kto wygląda, jak ja. Ochrona i prostytutki od razu zwęszyły, że jestem kimś w rodzaju gliniarza. Samotna wyprawa bez żołnierzy zatem niewiele pomogła. Rozpoznały mnie tylko trzy osoby - barman droid, przekonany, że mój "brat" (tak opisywałem sobowtóra) zmarł z przedawkowania narkotyków, jakiś pijaczyna, którego ten pytał o możliwość zdobycia statków (bez efektu) oraz inny pijaczyna, z którym się zapoznał miesiąc wcześniej. Krótko mówiąc - strata czasu.

Na pokład statku OSK wróciłem z podkulonym ogonem. Towarzyszył mi w tym jeden z komandosów, przypominający droida cyborg Jedynka. Poziom mojej amatorszczyzny był tak duży, że nie odpowiedziałem komandosom na próby kontaktu. W efekcie, jeden z nich przybył mi z "pomocą". Prawdziwa tragedia. Na miejscu dostałem trochę zasłużonej krytyki. Byłem prawdziwie załamany tym wszystkim, ale przysłowiowy kubeł zimnej wody mnie zmotywował. Szukałem, główkowałem - skądś musieli wziąć nowy statek. Nie mogli go kupić, bo nie było gdzie. Na pewno nie przylecieli z gotowym statkiem. Szansa była jedna - znaleźli lub ukradli. A ukraść mogli z wielu miejsc - planeta była pełna opuszczonych baz wojskowych. To był nasz następny cel. Nie każdemu komandosowi się to podobało, ale nie było wyjścia. Zaczęliśmy latać od bazy do bazy, podczas gdy ja odpoczywałem. Nie wiem, jak długo trwała moja drzemka, spałem aż do momentu wybudzenia, po raz drugi. I tym razem trafiony.

Nasz statek wykrył ruch w imperialnej placówce badawczej - takiej, która powinna być opuszczona. Nie było tam żadnego statku... ale był w niej ruch. Coś tam żyło i kręciło się po kompleksie. Prom wylądował, a ja, komandos Gron Harkan i Jedynka wysiedliśmy, gotowi zbadać wnętrze.

Działaliśmy profesjonalnie. Na początku nie trafiliśmy na żadne oznaki ruchu lub życia - ale nie na długo. Minęliśmy kilka pustych korytarzy, aż natrafiliśmy na naszych oponentów. Były to droidy bojowe o trupich, metalicznych głowach i grubym pancerzu, uzbrojone w karabiny blasterowe. Zapewne te były produkowane na Kessel podczas wojny, jak opisuje to sprawozdanie. Widziały w nas Vongów i tak nas potraktowały. Nie rozpoznały we mnie sobowtóra, a zasługującego na śmierć wojownika Yuuzhan. Wtedy w końcu rozgorzała bitwa.

Droidy okazały się równie niezłomne jak można by było przypuszczać na podstawie ich zewnętrznej podłogi. Wytrzymywały cięcie za cięciem, a pociski blasterowe musiały rozgrzewać metal do białości, ażeby ostatecznie je zniszczyć, salwami zdolnymi stopić drzwi. Oberwałem wtedy kilka razy, momentami wręcz bojąc się o swoje życie. Na pewno nie walczyłem wtedy perfekcyjnie, co nie uszło krytyce Jedynki. Komandosi tutaj zdecydowanie wiedli prym, ja ich tylko wspierałem w tej rzezi. Ostatecznie udało się zniszczyć trzy droidy stojące nam na drodze. Walka w ciasnym korytarzu na pewno nie ułatwiała sprawy. Potem były kolejne... i kolejne. Po otrzymaniu kilku ran zrobiłem się bardziej ostrożny i jak najwięcej wspierałem się Mocą. Wpadałem w grupki droidów, smagałem je mieczem świetlnym tyle razy, ile sił mi starczyło, po czym uciekałem, zanim ich blastery mogły mnie rozpruć. W końcu przedarliśmy się przez durastalowe zastępy, docierając do wielkiego pomieszczenia - magazynu, punktu kontrolnego? Na środku znajdowała się otoczona drutem przepaść, dół o promieniu kilkunastu metrów. Pod każdą ścianą stały kontenery i butle z jakimiś materiałami. A po drugiej stronie przepaści od wyjścia, przy jakiejś konsoli? Nasz cel, źródło zamieszania.

Nie był mój sobowtór, jak się spodziewałem, a jego towarzysz, a może osoba, której towarzyszy. Sith, czerwonoskóry, ze złotymi oczyma, mechanicznymi nogami oraz mieczem świetlnym z niemal metrową rękojeścią. Ten sam, który wydarł Tannie z umysłu informacje o Gwiezdnej Kuźni. Żołnierze ustawili się na pozycje i jeden wyciągnął karabin snajperski. Ja zrobiłem to samo. Sithowi towarzyszyły dwa droidy. Chcieliśmy go żywego, ale droidy należało zniszczyć. Wykryły nas, jednakże mieliśmy przewagę dystansu i zaskoczenia. Sith ruszył do walki wtedy, kiedy droidy zdążyły oberwać solidnie z karabinów snajperskich. Ja tymczasem zająłem czerwonoskórego i... co mogę powiedzieć, dawałem radę. Okazał się on przeciwnikiem wcale nie dużo silniejszym ode mnie, być może na podobnym poziomie, co obydwie uczennice. Trudno było przyzwyczaić się początkowo do jego nieortodoksyjnego, wyjątkowo długiego miecza... ale dałem radę. Parowałem jego ciosy, kontratakowałem, spychałem do obrony... a w tym czasie komandosi wykończyli jego eskortę. Gdy droidy padły, Sith zdołał unieszkodliwić jednego z komandosów - posłał Grona Mocą na ścianę, ogłuszając go. Jedynka natychmiast pobiegł pomóc towarzyszowi, chcąc umożliwić rannemu komandosowi wycofanie się. Na szczęście nie zostałem sam na długo z Sithem - zdołałem uciąć mu nogę w kolanie.

W tamtej chwili wydawało mi się, że wygraliśmy. W końcu antagonista przegrał, został powalony, każdy z nas żył. Jedyne co robił Sith, to odgrażał się, że jeżeli go zabijemy, to zginiemy razem z nim. Wyjawił, że placówkę wypełniono ładunkami wybuchowymi, z zapalnikiem podłączonym do jego bicia serca. Uznałem to za dziwną rzecz do zwracania uwagi bez przerwy. Cały czas powtarzałem mu, że chcę go wziąć żywego, a on swoje. Patrzył się na mnie z niewyobrażalną nienawiścią z oczu. Niestety, przejęła mnie wtedy pewność siebie i przeklęta brawura. Próbowałem go rozbroić, a drań wykorzystał to. Wyciągnął rękę. Sądziłem, że użyje Mocy, stąd odruchowo pchnąłem go z jej pomocą. A on? Wbił mi w tym czasie swój miecz prosto w ciało. Ciężko ranny i obolały, przeżyłem tylko dzięki odepchnięciu go i interwencji Jedynki. Komandos wparował w Sitha z ogromnym impetem, katapultując go w pobliskie kontenery... i to był koniec. Kontenery wybuchły, topiąc wszystko wokół w morzu ognia. Sith płonął, pozbawiony nogi.... ale zwiał. Jakimś cudem, mając tylko jedną nogę, z płonącym ciałem, ranny, ale uciekł.

Jedynka opanował ogień granatem kriobanicznym, ale było za późno - Sith się wymknął. Daliśmy reszcie znać, by na niego uważać, ale było za późno. Próbowałem jeszcze coś uzyskać z konsoli, której używał, ale na to też było za późno - zauważyłem tylko tykający zegar autodestrukcji. Widząc go, nakazałem pozostałym komandosom zwiewać, po chwili ruszając za nimi. Przez swoje rany byłem opóźniony. Ba, w którymś momencie się zgubiłem - wybrałem zły korytarz i poleciałem w przeciwnym kierunku. Na szczęście nie była to zabójcza pomyłka. Dotarłem do komandosów i do wyjścia... w sumie nie wiem, czy w ostatniej chwili. Chyba straciłem przytomność, bo nie pamiętam ucieczki. Wiem tylko, że imperialna baza za nami wybuchła. A obudziłem się na statku.

Opatrzono mi rany. Cel wymknął się nam i nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego, ale mamy chociaż jakieś nowe pytania. Komandosi napotkali Sitha na swojej drodze - płonącego, jednonogiego, nadal zdolnego zrzucić im kawałek sufitu na głowy. Wydostał się z bazy, a eksplozja utrudniła skutecznie jego wykrycie, umożliwiając mu kompletną ucieczkę. Droidy na pewno nie powinny tam być - to tajna technologia, kosztowna i rzadko wykorzystywana nawet na wojnie. Dużo pytań, ale może nawet z nich zebrane zostaną jakieś odpowiedzi. Tamtego dnia niestety nic więcej nie ogarnąłem. Ciężko ranny, wykończony, operowany - mogłem już wyłącznie spać.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

- nie ma sensu szukać już tej korwety CR90. Sith i Sobowtór (jakoś trzeba się do niego zwracać oficjalnie) mają nowy statek prosto z opuszczonej bazy wojskowej i na pewno wynieśli się z Kalist.

- wątpię, by polecieli na tą planetę przypadkiem i nie tylko, żeby po cichu zmienić okręt. Sądzę, że wiedzieli, czego szukać w tych imperialnych bazach. Być może warto dowiedzieć się, kto w Imperium może mieć o nich wiedzę, szczególnie na wysokim szczeblu.

- Droidy anty-vongowe to wysokiej jakości jednostki. Na pewno nie można ich dostać powszechnie i tym pewniej nie w takiej ilości. Mało prawdopodobne, że odzyskali je z dawnych pól bitwy. Są dwie opcje - dostali je z fabryk i magazynów Sojuszu, albo ogarnęli je właśnie w tej imperialnej bazie. Pierwsze trzeba zweryfikować kontaktując się z wojskiem Sojuszu, a poprzez nie, z producentami droidów i magazynami, w których są przechowywane. Może trafił się jakiś nieortodoksyjny kupiec, albo w którymś magazynie doszło do kradzieży. Drugie jest bardziej skomplikowane. Skąd przypuszczenie? Na pewno wyjaśniłoby to, dlaczego droidy traktowały nas jako Vongów - w końcu mało produktywne, by z zasady każdego przeciwnika uważały za Vonga, a pasowałoby to do takich, które zostały przeprogramowane ręcznie, nie fabrycznie, i to całkiem niedawno. Poza tym, wyjaśniłoby, dlaczego ta konkretna placówka została przez nich zbadana - mogła przechowywać droidy znajdujące się w imperialnym posiadaniu. To oczywiście wyłącznie hipoteza i dopiero trzeba będzie ją weryfikować. Liczę, że posłuży za jakiś sensowny początek.

- Nasi przeciwnicy wzmocnili teraz solidnie swój arsenał, bo wątpię, by wszystkie droidy skierowali do obrony placówki. Pewnie to nie koniec ich wzmacniania się. Pytanie, czy robią to dla zasady, aby mieć większe szanse przeciw nam, czy jako wsparcie do abordażu na Gwiezdną Kuźnię, czy może jako alternatywę dla tego, co miała im dać Kuźnia?

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 622
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 14 gru 2019, 14:30

Thon - 2011

1. Data, godzina zdarzenia: 13.12.19; 20:30 - 01:50

2. Opis wydarzenia:

Codzienna rutyna, trening akrobatyki, chwila odpoczynku... I komunikat. SDK zaraportował mi, że ktoś próbuje się z nami połączyć. Bez zawahania odpowiedziałam, że zaraz się tym zajmę. Udałam się do pokoju konferencyjnego, gdzie odebrałam połączenie. Było to połączenie od służb państwowych. Z początku były jakieś problemy techniczne, ale szybko się z tym uporali i zaczęliśmy rozmowę. Dzwonił reprezentant Hakkańskiego Zarządu Służb Medycznych, który poinformował mnie, że w szpitalu w Ehego, mieście w regionie VI, doszło do incydentu. Po konsultacjach z ministerstwem, odesłali go do nas, czyli do zewnętrznej firmy antyepidemicznej. Na koncercie Jonnego Ytravresiego w owym mieście... Zemdlało dwa tysiące jedenaście osób. Nie przesłyszeliście się, ja też byłam w ciężkim szoku. Thon w momencie obalił ponad dwa tysiące osób. Służby, które przyjechały na miejsce zdarzenia niczego nie znalazły, były bezradne, a my podobno jesteśmy jedyną kompetentną firmą. Powiedziałam panu, że wiem o co może chodzić, ale nie mogę udzielać żadnych informacji bez zgody rządu, poza tym, że ofiary trzeba wygotować, wywołać gorączkę. Podziękował i poradził mi, bym pojechała do szpitala w Ehego i zamieniła kilka słów ze świadkami ataku, którym udało się uciec. Miałam tylko pół doby i ponad połowę globu do przejechania, więc nie chciałam tracić czasu. Przebrałam się w najcieplejsze ubrania cywilne jakie miałam, wzięłam blaster DC-17 i dwa ogniwa, a następnie udałam się do podziemnego hangaru. Z moich obliczeń wynikało, że nie pokonam tej trasy w odpowiednim czasie, podróżując śmigaczem, czy nawet Y-TIE. Y-TIE i tak nie chciałam brać, bo... Rycerz Zosh wyrusza nim lada chwila w długą podróż. Wsiadłam do TIE-Defendera, skonfigurowałam wszystko i rozpoczęłam podróż przez ponad dziesięć tysięcy kilometrów.

Ta maszyna to istny demon prędkości. Wystarczy lekkie trącenie drążka, a Defender zrywa się momentalnie w bok. Z początku podróż była koszmarem... Ale gdy udało mi się już obrać prosty tor, wylecieć ponad chmury... Koszmar przerodził się w marzenie. Kokpit jest idealny dla jednej osoby, ale te prędkości, ciśnienie i wszystko inne... Doprowadzało do tego, że czułam się źle. Finalnie dotarłam do miasta Ehego, wylądowałam poza nim, obok jakiejś stacji benzynowej, na utwardzonym gruncie. Upewniłam się, że TIE-Defender jest odpowiednio zabezpieczony i udałam się w stronę miasta, rozpoczynając bardzo długi spacer.

Ehego

Miasto jak każde inne na Hakassi. Masa prostokątnych, takich samych bloków, ciągnące się różne sklepy, młodzież pijąca alkohol, kluby, w których odbywały się w tym czasie imprezy... I ten widok ciągnął się cały czas, przez ogrom kilometrów. Dotarłam w końcu do szpitala, który od razu się wybił, nie szło go nieodróżnić, rzucał się w oczy momentalnie. Zmęczona, ze skamieniałą przez mróz twarzą, weszłam do środka, gdzie przywitał mnie zabiegany i poddenerwowany recepcjonista.

Po krótkiej rozmowie wpuścił mnie do sal medycznych, gdzie natrafiłam na dwójkę mężczyzn. Jeden z nich, to był właśnie Jonn Ytravresi, muzyk, na którego koncercie zemdlało dwa tysiące jedenaście osób. Był strasznym cwaniakiem, w dodatku raperem, nawijał coś o jebaniu policji i takich tam... No wiecie o co chodzi. Udało mi się z niego wyciągnąć tylko tyle, że w pewnym momencie zaczęły mdleć osoby z końca sali i to wszystko się tak przesuwało, coraz bliżej sceny. Zaczęli w panice uciekać, depcząc innych, popychając, żeby tylko przeżyć. Każdy był bardzo spanikowany. Wybiegli na zewnątrz, gdzie przyjechały odpowiednie służby, zabezpieczając teren. Pan Ytravresi zaczął jeszcze temat o tym, że jakoś dziwnie się czuł... Ale nie dokończył go, myśląc, że jestem z policji i wsadzę go do psychiatryka. Nie dał się przekonać, więc podziękowałam im za informacje i wróciłam do recepcjonisty. Dowiedziałam się od niego, że chwilę wcześniej wypisało się rodzeństwo, że siedzą w stołówce i mogę z nimi porozmawiać. Tak też zrobiłam, udałam się do szpitalnej stołówki, gdzie zastałam owe rodzeństwo - niepełnoletniego brata i jego starszą siostrę.

Chłopak był wyraźnie poddenerwowany, widać było od razu, że też nie chce ze mną rozmawiać. Rozmowę zaczęła jego siostra, która zgodziła się odpowiedzieć na kilka pytań. Dowiedziałam się od niej, że przyszli na koncert razem z ich ojcem, bo jej brat bardzo chciał na ten koncert pójść, ale nie jest pełnoletni. Byli gdzieś na środku sali, gdy nagle słyszeli krzyki, że ktoś zemdlał, coraz więcej ludzi po prostu mdlało. Przestraszyli się i zaczęli uciekać, a wtedy stało się coś bardzo dziwnego... Ich ojciec nie uciekał z nimi. Stał jak wryty, a chwile później zaczął iść w drugą stronę - w stronę mdlejących osób. Nie biegł, nie szedł szybko... Szedł bardzo powoli. Gdy doszedł do mdlejących, stało się z nim to samo, co z nimi - zemdlał. Spadając uderzył się w głowę, jest w stanie krytycznym w szpitalu. Wtedy do rozmowy włączył się młodszy brat, mówiący coś o... Po prostu zacytuję tu to, co udało mi się zapisać.
A t-ten. Ten, który spadl i umarl. Krzyczal, ze przychodzi wolnosc. Ze odchodzi. T-tu straszy. T-tu sa duchy. W-w... w... we wszystko. Wszystkim. Tam sa jakies straszne duchy. T-to. To nie jest normalne. I ten Weequay... Gapil sie, jakby chcial wypchac... o-oc-oczy na zewnatrz... On sie tak gapil, jakby w niego weszly t-te te diably... Moze te rzeczy istnieja... Na tej inwazji byli Jedi... Magia... Jjaj-ja w to... ja w to... wier... to nie jest normalne, to nie jest normalne, to nie jest normalne, i to cos dorwalo tate, po co ja z domu wychodzilem, po co ja, po co ja... po co wszystko... W tych Yuuzhanach, w tym byly jakies magie, L-Luke Skywalker i te moce, te magiczne, t -to to wszystko istnieje, t-to to byly jakies jakeis duche, jakies klatwwwty. To nie by by blo normalne to nie choroba, to jakies duuchyyyy. Oo o ni... O nnni nioni wszyscyc t wszyscy cy tak... on iwszyscycy wszycsy tak... tak sie zcahwowuywy wa i taata i tatata i tata czmemedu on tam psoze czemu on tam poszeeedl...

Nie chciałam go dłużej męczyć, chłopak tak się stresował, że ledwo mógł złapać oddech, szczęka latała jak nie wiem co, prawie wypuścił kubek z dłoni... Podziękowałam, powiedziałam, że mam nadzieję, że ich ojciec z tego wyjdzie i poszłam, kierując się znów do recepcji.

Po drodze spotkałam Aqualisha, który powiedział mi, że przywieźli jakiegoś wariata z tego koncertu. Podziękowałam mu za informację i podeszłam do tej recepcji, gdzie po krótkiej rozmowie wskazano mi korytarz, prowadzący do izolatek. Zjechałam na piętro minus jeden, gdzie spotkałam Twi'lekańskiego doktora. Uprzedził mnie, że weequay którego przywieźli może różnie zareagować i że to najprawdopodobniej strata czasu... Ale chciałam sprawdzić każdy trop. Wpuścił mnie do izolatki bardzo szybko, i tak samo szybko zamknął za mną drzwi. Zastałam przykutego do łóżka weequaya, zaczęłam rozmowę i... Tu też najlepiej będzie, jak zacytuję.
OTWORZ OCZY. <Wrzasnal nagle na cale gardlo, plujac na twarz Violet podczas chaotycznego, dzikiego krzyku; zaharczal, zawarczal, zaraz zaczynajac wydawac z siebie chore jeki gdzies miedzy agonia a rozkosza, z krwia nabiegajaca do zwierzecych... zdziczalych oczu, sapiac, dyszac, zaczynajac machac rekami w palpitacjach> OTWÓRZ JE. Otworz je. Spojrz. Zobacz. Rozejrzyj sie. Spojrz. SPOJRZ. <Siegnal rekoma do twarzy, drapiac sie paznokciami po czole az do krwi; jeczy przy tym, ale ani w bolu, ani w czyms pozytywnym; wydaje sie to bardziej reakcja nieodgadnionej emocji> <Oblizal zakrwawione palce - z obrzydzeniem, drzac, choc robiac to dalej, wciaz gapiac sie szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami> Koniec. Koniec. Koniec.

<W tym momencie Adeptka pokazuje weequayowi symbol z Alpheridies>

AAAAAAAAAAAAAAAHHHHHH! AAAAAAHHHHHHHHHH! FGGGGGGGGGGGGHHHHHHHHHH! <Wydziera sie nagle na cale gardlo - co pol sekundy gapi sie na symbol, by wrzeszczec jeszcze glosniej, chowa przed nim oczy, gapi sie jeszcze raz coraz bardziej przekrwionymi oczami... i tak w chorym, nieprzerwanym cyklu, co pol sekundy przechodzac z jawnej, otwartej zadzy rozszarpania holodaty do panicznego strachu; pot splywa po jego ciele, serce lomocze, a twarz w jednej sekundzie wyraza panike, by w drugiej wyrazac zadze... mordu, z podskakujaca glowa, z krwia cieknaca z pocietego czola i slina rozbryzgujaca sie z ust w spazmatycznych wymachach to glowy, to rak, to nog>

Adept|Violet Suntessi: Znasz ten symbol... Boisz sie go?

Strach. STRACH. POKARM. POKARM INSTYNKTOW. STRACH. STRACH. STRACH TO ZYCIE. STRACH TO ESENCJA. STRACH. STRACH. Tak. Tak. Tak. Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaak. <Zadrzal, jeczac w chorej ekstazie, obryzgujac sie slina> Straaaaaaaaaach. Straaaaaaaaaaaaaaaaaaaaach. Strach. <Mowi ciszej, choc z nie mniejsza ekstaza>

Adept|Violet Suntessi: Co oznacza ten symbol? Dlaczego sie go boisz?

Strach to droga. Strach to wrota. Strach... Od strachu sie zaczyna. Strach to poczatek. Rozpruje ci wnetrznosci. Wypruje ci jelita... <Zaczal glosem godnym lunatyka - lecz lunatyka opowiadajacego piekna basn> Wyrwe jeszcze bijace serce... Smierc. Smierc. Smierc jednego... terror drugiego... Jeden umrze, drugi ujrzy... Martwy sie nie boi... Strach... Smierc... Gdyby nie smierc innych... Nie czulabys strachu! NIE CZULIBYSMY STRACHU, GDYBYSMY NIE WIDZIELI SMIERCI INNYCH! <Wydarl sie nagle z objawieniem, usmiechajac sie promiennie, wystawiajac polamane zeby> BEZ WIEDZY CZYM JEST SMIERC, NIE MA STRACHU. CZEGO SIE BAC BEZ NIEJ. CZEGO? CZEGO?! CZEEEGOOOOOOO?! WYPRUJE CI SERCE, zjem mózg, wy-wyrwe wnetrznosci, niech krew zaleje wszystko, krew, krew, smierc....

Adept|Violet Suntessi: Symbol - strach. Wypruje wnetrznosci... Narysuje krwia symbol na scianie... Bez smierci, nie ma strachu, bo nie ma sie czego bac. Czyli ten symbol... Oznacza strach?

Nic nie istnieje. Tylko emocje. Tylko smierc. NIE MA SYMBOLI. NIC NIE ISTNIEJE. Nic. Nic. Nic. Niiiic. Nic. Nic. Nie ma. Nic. <Mówi coraz delikatniejszym szeptem, az siega granicy slyszalnosci> Posluchaj nicosci. Spójrz na nicosc. Spójrzcie. Spójrz. SPÓJRZ. SPÓJRZ NA NIC. <Wykrzyczal do Twi'leka blagalnie, w moment zaczynajac plakac; z jego oczu lzy ciekna strumieniem, a twarz blednie, az pada na lozko bez sil>

Adept|Violet Suntessi: Spojrz na nicosc... Posluchaj nicosci... Musze sie z tym przespac.

Sen. Odetnij mózg. Zetnij go. <Jeknal blagalnie, ze lzami wciaz splywajacymi po jego twarzy>Obudzilem sie. Wiem wszystko. Prosze. Spójrzcie. Spójrzcie. Spójrzcie. <Powotrzyl blagalnie, zamykajac zaplakane oczy> STRACH. STRACH. STRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAACH. Panika. Agonia. Cierpienie. Strata. Bezsens. Ból. BÓL. PUSTKA. PUUUSTKAAAAAAAA! ZABIERZCIE MOJA PUSTKE! ZABIERZCIE JA!


Nie wiem co to może oznaczać, widzicie po jego zachowaniach i po tym, co mówi, że bardzo cierpi... Boi się tego symbolu, symbolu z Alpheridies...

Przed opuszczeniem szpitala udałam się do stołówki, gdzie zakupiłam sobie coś do jedzenia i butelkę wody, wszystko najtańsze jakie było. Gdy już się najadłam i napoiłam, ruszyłam w drogę powrotną do Defendera, przechodząc znowu te same ulice, cichego już miasta.

W pewnym momencie... Nie wiem jak ja to zrobiłam, ale odruchowo uniknęłam lecącego kamienia, uchyliłam się, a ten uderzył w ścianę obok i spadł na ziemię. Wyciagnęłam blaster, przestawiłam go szybko na tryb ogłuszający i zaczęłam się rozglądać. Z zaułka wyszła dwójka pijanych mężczyzn, którzy wyraźnie mówili, że chcą mnie zgwałcić, że taka fajna gibka, pewnie chłopa nie ma, skoro sama wraca o tej porze i inne sprośne teksty... Przestraszyłam się, ponieważ gdyby nie moje nadprzyrodzone zdolności, to leżałabym nieprzytomna, ogłuszona przez kamień. Zagroziłam im, że jeśli dalej się będą zbliżać, to ich postrzelę z blastera, który trzymałam w dłoni. Nic sobie z tego nie zrobili, a nawet to ich bardziej podbudowało do działania, bo taka zadziorna... Strzeliłam im pod nogi. Przestraszyli się i zaczęli uciekać, myślałam, że już po wszystkim. Odeszłam kawałek i wyciągnęłam holodatę, by wezwać sobie taksówkę, która podwiezie mnie do myśliwca... I wtedy obok ucha przeleciała wiązka z blastera, od tyłu. Wybiegli z tego samego zaułka, dzierżąc w dłoniach blastery. Wywiązała się strzelanina, gdzie po kilku minutach leżeli na podłodze, ogłuszeni.

Podbiegłam do nieprzytomnych, wykopałam im blastery z rąk i wezwałam policję. Zostałam powiadomiona, że policja jest już w drodze i miałam czekać... Aż w końcu usłyszałam głos policjanta, każącego mi podnieść ręce do góry. Zawiadomili centralę o sytuacji, którą zastali, kazali mi się położyć na ziemi, by mogli sprawdzić dwójkę nieprzytomnych... A ja tłumaczyłam się, że oni chcieli mnie zgwałcić, że ledwo uniknęłam kamienia, a potem wyskoczyli na mnie z blasterami, mówiąc wcześniej sprośne teksty, nie kryjąc się z tym, że chcą mnie zgwałcić. Policjanci uwierzyli w moje słowa, gdyż... Ciężko, żeby było inaczej. Taki scenariusz dzieje się prawie codziennie, w dodatku Ci mężczyźni mieli nielegalną broń, byli wcześniej karani, mieli w krwi ponad dwa promile alkoholu... Zostałam przewieziona na komendę, gdzie przejął mnie sierżant w podeszłym wieku. Jeszcze raz zebrali moje zeznania, dostałam ciepłą herbatę i precle i pozwolili mi się zdrzemnąć w pokoju przesłuchań, dopóki nie zwolni się jakiś wóz. Mój sen nie był długi, ale zawsze to coś. Obudził mnie weequay, który odwiózł mnie do TIE-Defendera, podziękowałam mu i wsiadłam do myśliwca, gdzie odespałam cały dzień. Obudziłam się nad ranem, odpaliłam maszynę i ruszyłam w drogę powrotną, kierując się w strone naszej bazy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 285
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 15 gru 2019, 18:55

Zaginiony Tulkkin, Nieuchwytny Edgar

1. Data, godzina zdarzenia: 08.12.19, 00:00 - 04:00; 12.12.19, 20:30-00:30

2. Opis wydarzenia:

Zaginięcie Tulkkina

Do bazy znów przyleciał funkcjonariusz, który wcześniej rozmawiał z Violet w sprawie Tulkkina. Streścił mi szybko całą historię ze swojej perspektywy i zadał kilka pytań, a ja odpowiadałam zgodnie z prawdą. Powiedziałam, że Rodianin był u nas, że przyszedł przeprosić za ostatnie bezzasadne spięcie, poprosił o pracę, my odmówiliśmy, na koniec został odprowadzony pod pole siłowe, a kiedy kilkanaście minut potem wyszłam na dach, nie było już go na moście.
Policjant kiwał głową, ale też zasugerował, że być może doszło u nas do jakiejś sprzeczki albo wypadku, po którym Tulkkin nie wrócił do domu, jednak stanowczo zaprzeczyłam. W końcu, gdyby coś się stało, udzielilibyśmy pierwszej pomocy albo wezwali służby. Przy poprzedniej rozmowie Violet przyznała mu, że Rodianin groził nam procesem, ale zwróciłam policjantowi uwagę na to, że jego gróźb nie można było traktować poważnie i nikt by go nie atakował z takiego błahego powodu. Wypsnęło mi się w prawdzie, że przed obiecywaniem nam pozwu, Tulkkin znieważył naszego nietrzeźwego gościa, a ja stanęłam w jego obronie, szybko jednak wyjaśniłam, że *gościa* przy drugiej wizycie pilota w bazie już nie było, więc konfliktu do eskalacji też nie.
Wtedy w kantynie pojawił się Rycerz Slorkan, który obok Mistrzyni i Rycerza Avidhala był na liście osób do przesłuchania (przy okazji, nie było na niej Hope, ale może to i lepiej przy jej kartotece, więc nie wspominałam, że tam była). Funkcjonariusz znów streścił całą sprawę i zauważył, że Tulkkin może już nie żyć. Wtedy Rycerz zaczął odgrywać rolę życia. Wpadł w autentyczną panikę i rozpacz. Mówił, że tak nie może być, że Tulkkin był za młody, żeby umierać i wybiegł na most szukać jakichś śladów. Kiedy wrócił, nawet policjant zaczął się o niego martwić, ale Rycerz z każdą sekundą wyglądał na coraz bardziej załamanego. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, aż Rycerz zasugerował, że faktycznie mogliśmy się przyczynić do śmierci Rodianina. Przyszedł do nas w końcu po utracie pracy, z nadzieją na lepsze jutro, a my odesłaliśmy go z kwitkiem, sprawiając, że odebranie sobie życia mogło mu się wydać jedyną opcją. Funkcjonariusz zapytał jeszcze czy Rodianin stosował jakieś używki. Natychmiast przypomniało mi się jak zgarnął tabletki z ambulatorium i połknął je bez pytania, Rycerz natomiast zaczął wspominać smutek w oczach pilota i otwarcie obwiniać się o to, że mogliśmy coś zauważyć i nie dopuścić do jego śmierci.
I tak spędziliśmy kolejne pół godziny. Rycerz rozpaczał i się obwiniał, ja pocieszałam Rycerza i też się obwiniałam. W końcu, pan policjant doszedł do wniosku, że zostawi ztraumatyzowanego Quarrena w spokoju i już sobie pójdzie. Rycerz jeszcze na koniec poświadczył za nas wszystkich, a funkcjonariusz wyraźnie uwierzył w jego słowa. Odchodząc powiedział jeszcze, że już raczej nie będzie nas nawiedzał. I nawet mnie to już nie zdziwiło - gdyby była z nami wtedy Mistrzyni, chyba sama uwierzyłaby w wersję Rycerza.


Edgar i Brygada Pokoju
Przy okazji, jakiś czas temu rozmawialiśmy z Mistrzynią, Alorą i Fellem o potencjalnych powiązaniach Klona z Brygadą Pokoju, tego czy jego oddział był oryginalny czy samowolny i czy Edgar miał jakieś powiązania z Vongami. Ponieważ Nana była zatruta zarodnikami coomb, czyli vongowym świństwem, podpytałam w tej sprawie Rycerza Avidhala, który z kolei zadzwonił do WSK, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. Sprawa wygląda następująco.
Szefem komórki, którą likwidował Rycerz Avidhal razem z WSK był *Alexander bez protez*, natomiast sama komórka została zbudowana z uciekinierów po oryginalnej Brygadzie Pokoju. Ci ludzie nie mieli ponoć nic do stracenia. Nie mieli domów, przyszłości, mieli za to uraz do Jedi. Mieli też Edgara Bis, który ich zorganizował i wciągnął we współpracę z jednym z działających w Jądrze podwładnych Hrasa Choki. Na Prakith grupa miała na celu wyeliminowanie konkretnych Jedi. Chcieli zrobić coś z przytupem, potem spacyfikować Jądro i pójść dalej. Wtedy właśnie upatrzyli sobie Kult i postanowili grać pośrednika między nimi a Vongami. Jak powiedział Piorun z WSK, udałoby się to pewnie, gdyby nie czujniki naszych droidów.
Chociaż prakithiańska Brygada składała się z wyrzutków i niedobitków, mieli tam też kilku dezerterów i dawnego szefa najemników jakiegoś ważnego Hutta. Jeśli komuś coś to mówi, nazywał się Mirrin i zginął w eksplozji od odłamków. Przejrzałam teraz stare raporty i takie imię nie pada, ale najemnicy Huttów pojawiają się jak najbardziej.
Poza tym, Piorun mówił, że komórka Postbrygady dysponowała solidnymi droidami bojowymi z Koros Major, jakie miał na przykład Sanaris. Teraz ponoć mają nawet lepsze. Tutaj Rycerz zaczął się zastanawiać skąd Edgar i reszta mieli na to fundusze. Komandos WSK zauważył, że mają kasy jak duże zakłady przemysłowe, a nie mieli jak przejąć tego, co pozostawiła po sobie oryginalna Brygada, bo nie było już czego zabierać. Rozmawialiśmy jeszcze o tym, skąd Klon mógł wziąć CR90. Według Pioruna, każde siły planetarne mogły sobie na nią pozwolić, ale prywatne floty dużych instytucji jak Gildia Górnicza albo Klany Bankowe również. Teoretycznie taka korweta nie miała prawa być w rękach prywatnych, ale w praktyce, z koreliańskimi statkami właśnie tak bywało.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Z raportów wynika, że Sanaris miał pieniądze i został zabrany gdzieś przez Kult. Może to z jego pieniędzy Klon zbroi swoją komórkę? Ciekawe też co się stało z Vongami, które uciekły z Prakith i czy Edgar nie ma z nimi kontaktu. Cały czas też myślę o tym, skąd wziął się Sith. Ponieważ przyniósł jakieś artefakty dla Kultu, to to mógł być moment, w którym poznał się z Edgarem. Z drugiej strony, to że pochodzi z wymarłej rasy i współpracuje z ludźmi, którzy umieli klonować, też nie daje mi spokoju.

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 331
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 17 gru 2019, 21:13

Paczka od Sobowtóra

1. Data, godzina zdarzenia: 16.12.19, 18:30-1:30

2. Opis wydarzenia:

Wszystko zaczęło się od odebrania przesyłki. Miecz świetlny. Odcięta ręka Aqualisha. Skojarzenia były oczywiste. Skontaktowaliśmy się z kurierem, który mówił, ze on o niczym nie wie, on tylko rozwozi i przestraszony kazał nam iść do centrali dystrybucji firmy RSF Post. To dokładnie zrobiliśmy jak najszybciej. Nie zamierzaliśmy czekać ani chwili, tylko jak najszybciej pędzić każdym dostępnym tropem. Personalnie miałem zamiar nawet zejść po drodze, jeśli coś to da. Pognaliśmy jedynym dwumiejscowym myśliwcem, dziełem obcego umysłu Lorda Kaana. Przelot był dla Adeptki Suntessi jawnie koszmarny. Myśliwiec jest bardzo dziwny w budowie, widziałem to nawet ja i Violet wyraźnie przeżywała męki prowadząc go, a podczas prób startu zdążyłem zasnąć. Mimo wszystko to było wciąż lepsze, niż śmigacze. Wylądowaliśmy pod miastem i przeszliśmy na miejsce, tam z powodu swoich ran nie domagałem ja. Złożyłem się tam równo, wymiękłem. Ledwo dotarłem na miejsce, za Violet odżyła. Ulica Alkasańska w mieście Ord Trasi - nasz cel.

Na miejscu spotkaliśmy w punkcie obsługi typową kobietę z recepcji. Kompetentna, uprzejma, wiedząca co może a co nie. Chcieliśmy danych nadawcy przesyłki, oczywiście musiała odmówić, byliśmy losowymi gośćmi z ulicy. Pokaz telekinezy i tytułowanie się Jedi jednak ją przekonał. Powiedziałem co nieco o tym, jak bardzo liczy się czas i że nie mamy czasu załatwiać pójścia do Sojuszu po uprawnienia Żandarmerii, potem bieganie z nimi do instytucji Hakassi na ratyfikowanie uprawnień na terenie Hakassi i znowu do nich. Powiedziała, że skieruje nas do kogoś i to naturalnie sprawa poza jej kompetencjami. Szybko skontaktowała się z “wiceprezesem do spraw kontaktu z instytucjami publicznymi”, czy kimś podobnym, idea funkcji ta sama. Szybko do niego poszliśmy. Na miejscu czekał wiceprezes i Rodianin. Postawili sprawę bardzo jasno. Byli skorzy do współpracy, o ile ta będzie dyskretna, nie chcieli upubliczniać bagna. Nie mieli problemu pomóc nam z tą sprawą bez papierów, pod warunkiem, że unikniemy rozgłosu. Nam to odpowiadało. Nie mieli danych, na Hakassi mnóstwo osób ma problemy z papierami, to uchodźcy z ton planet, czy obywatele Ord Trasi, którym się nie zachowały, ale mieli nagrania z monitoringu. Facet, który nadał tą cholerną paczkę, wyglądał jak jakiś Uśmierciciel w ludzkim wydaniu. Grubo ponad dwa metry wzrostu, napakowany mięśniami ponad każdą normalną skalę, budowa twarzy i wszystkiego - genetyczny ideał. Na Hakassi z 8 milionami mieszkańców mogło być takich ludzi góra dziesięciu w porywach. Paczka nadana z Ord Trasi z punktu nr. 34 na ulicy już zapomniałem jakiej. Po chwili rozmowy “o co w ogóle chodzi” wróciliśmy na myśliwiec ogrzać się, odpocząć i pomyśleć co dalej.

Adeptka Suntessi zaczęła załatwiać od policji nagrania z monitoringu miejskiego w Ord Trasi. Łatwo z tym nie było, najpierw naturalnie nikt nie wierzył, potem brakowało ludzi, było ciężko, ale mieli dosłać to za kilkanaście godzin. W tym czasie ja wrzuciłem fotkę tego faceta z wyciętym tłem punktu RSF Post, by nie kojarzono tego z firmą, jak obiecałem. Wrzuciłem na różne fora, strony, grupy, czaty. Wszędzie pisząc, że pożyczylem mu 15 kredytów, zostawił komunikator i miał oddać, ale nie oddał i nie odbiera. Wysyłka była koszmarem przy hakassańskim HoloNecie i odbudowujących się strukturach, oszczędzę swoich jęków przy ładowaniu wszystkiego godzinami. Większość komentarzy była typowa dla holonetowych szaraczków i cwaniaczków. 40% to były komentarze do budowy tego faceta, 20% też, ale w żenującej formie, nierzadko pisane przez analfabetów, 10% to debilizmy nie na temat, 10% powtarzalnych wskazówek co zrobić z sytuacją i 20% konkretów. Te konkrety mówiły o tym, że facet jest cholernie unikalny, wielu mówiło, że skądś kojarzy takiego, ale nie wiedzą, czy to dokładnie on, lecz na pewno w (mieście) Ord Trasi. Inni wspominali, że widywali go w centrum handlowym Targi Hakassańskie. Niektórzy z nich mówili nawet, że gość żebrał, co było niezmiernie dziwne. W końcu po długim czekaniu trafił się facet, który mówił, że gość żebrze u niego na Osiedlu Traktatu Ruusańskiego przy placu zabaw, bo jakaś stara kobieta ciągle mu daje trochę kasy. To było potwornie dziwne, ale mówił, że to na pewno on.

Zaplanowaliśmy akcję i ruszyliśmy na miejsce. Publicznym, bezpłatnym promem, którym latała głównie patologia, ale praworządna. Plan - obserwować teren osiedla z klatek schodowych i parterów wieżowców, zmieniać się co parę godzin, by nie budzić podejrzeń, gdy druga osoba schowa się na najwyzszym piętrze i będzie drzemać w kącie. To była koszmarna doba. Spanie po kątach bloków, najnudniejsze warty świata. Myślałem, że zejdę z bólu pleców, karku, szyi, wszystkiego. Jedynymi wygodnymi pozycjami były rzeczy w rodzaju siedzenia z nogami założonymi za głowę i ręką wsadzoną w zadek. Byłem połamany jak diabli i Violet pewnie nie lepiej. Ale w końcu Violet go zauważyła, gdy odsypiałem swoją wartę. Ruszyliśmy do roboty. To był on.

Akcja poszła tragicznie. Szedł ulicą, wchodził do jednego z bloków. Nie chciałem dać mu uciec, schować się, nic takiego, do tego chciałem wziąć go z zaskoczenia, bo facet wyglądał na nadczłowieka, przy którym Rycerz Avidhal to suchoklates. Ta. Nie wyszło. Znokautował mnie na jeden ruch. Właściwie wszelkie pomysły na “walkę w parterze” i próby opierania się na naszych atutach fizycznych były katastrofą. Ani moje wysiłki, ani Violet nic nie dawały. Próbowałem złapać go kleszczami protezy - wtedy się wściekł i po prostu zdeptał mi głowę. Myślałem, że jestem martwy. Przestałem cokolwiek widzieć i czuć innego niż niewyobrażalny ból głowy. Nie mogłem jednak nawet krzyczeć. Nie wiedziałem, czy rozbił mi czaszkę, kręgosłup, czy wszystko naraz. Nie będe tu snuł opowieści. W tym czasie Violet wdała się z nim w regularną walkę, którą ledwo widziałem, ale to była jedyna sensowna odpowiedź. Facet był fizycznie niezniszczalnym tytanem, ale w normalnej walce brakowało mu drygu. Wiem, że nie było ławo i Violet dość mocno oberwała, ale ostatecznie facet został znokautowany.

W międzyczasie kręcił się tam Rodianin, potwornie przyzwoity facet. Próbował powstrzymywać wszystkich od bójki, chyba nawet w pewnym momencie wyszarpnął miecz Violet, ciągle próbował nam przerywać i nie dopuścić do przemocy, ale bez powodzenia.

Na miejsce dotarła policja i sanitariusze. A Violet w tym czasie rozmawiała z tym facetem. Byliśmy kompletnymi idiotami. Ten gość był słupem. Nie wpadłem na to, wydawało mi się niemożliwe, by tak wyjątkowy, niepowtarzalny gość, był podstawiony jak żul do umowy. Nie dodawały mi się te rzeczy o tym, że facet żebrał. Daliśmy dupy. Nic więcej, nic mniej. Rozegraliśmy to jak idioci. Facet nie był nawet zły. Uznał nas za imbecyli, w pełni słusznie. Violet obiecała mu kasę za jego straty i rany, a jak zrozumiałem, gdy zacząłem minimalnie rozumieć, co się dookoła mnie dzieje bez umierania z bólu, usłyszałem coś w rodzaju “nawet szkoda mi po was jebać, i tak straciliście na tej durnocie więcej niż ja, tamten koleś jest albo martwy albo jest inwalidą”. Gdy żebrał po ulicy, rudzielec o ciemnawej karnacji… Pieprzony “Pan Sobowtór”... zaproponował mu dużą kasę, 15 kredytów, w zamian za wysłanie za niego tej paczki. Facet jest chory, stąd jest żebrakiem. Ta jego absurdalna budowa ciała, to rezultat choroby, zainfekował się czymś przez Vongów, jest uchodźcą, to wyniki mutacji. Na tym koniec historii. A, jeszcze cytując jego mądre słowa: "nie zwykłem odpowiadać na pytania co komu wysyłałem przedwczoraj, gdy pyta się mnie w środku kurwa napadania mnie na ulicy z butami".

Spieprzyliśmy równo. Mnie oddano do szpitala, gdzie cała głowa i kręgosłup zostały obudowane w wielkie stelaże cybernetyczne. Policja przyjechała na miejsce i wszystko ogarnęła. Nie byli na nas źli, choć zdeka zdegustowani tym, jak koszmarnie źle się za to zabraliśmy i trzeba było złapać za gnaty, wycelować, ale najpierw “aresztować”, zamiast znienacka atakować gościa na środku ulicy.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 112
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 19 gru 2019, 20:17

Dzieło stworzenia

1. Data, godzina zdarzenia: 30.11.19, 19:30-03:30 | 01.12.19, 17:00-21:00

2. Opis wydarzenia:

Obrazek


Padawan Fell Mohrgan

Jak zawsze przejdę od razu do rzeczy. Wiadomo po co lecieliśmy. Po wylądowaniu na Prakith szybko odbyliśmy krótką naradę co do dalszych kroków wraz z Uczennicą Valo. W tym czasie prom Sentinel, z Rycerzem Slorkanem i Miraluką Lao, odfrunął. Na planowaniu strategii tego dnia Uczennica wiodła prym. Koncepcja była prosta. Najpierw WSK i ich mapy tuneli. Potem Voliander próbujący uściślić, gdzie się to działo. Dwa adresy zasłużenie słabo nam przychylne. Jedni z racji tego, że przez lata byliśmy debilami, którzy zostawili po sobie milionowe straty w produkcie planetarnym brutto, drugi z racji złego namagnesowania w Mocy. Zaczęliśmy od złapania za komunikatory i rozmowy z WSK, dokładniej Gromem. Tutaj to ja byłem przewodnikiem rozmowy, głównie chyba przez to, że trochę lepiej rozumiałem ich stanowisko wobec nas. WSK było bardzo niechętne jakimkolwiek kontaktom z nami. Trzeba było bardzo się streszczać, bo każda minuta rozmowy z nami to było dla nich za dużo i ciężko się dziwić. Mimo wszystko dokładne zrozumienie tego stosunku, przejście prosto do rzeczy, zaoferowanie konkretnej oferty zysków dla Prakith i rządu i było obgadane, że pogadamy z rządem i jak jemu będzie pasowało, to nam pomogą. Mieliśmy się spotkać w naszej dawnej bazie.

Spędziliśmy trochę czasu na pobliskiej stacji kolei magnetycznej, ustalając dalszą drogę. Tu głównie też organizowała to Uczennica Valo. Ja badałem wieści prakithańskie, nastroje, które były tak idylliczne jak zawsze. Najnormalniejsze, zwykłe szaraczki na stacji, jeden oszołom religijny, jeden gracz, śpiący bileter, który spał z kasą na wierzchu, bo przecież i tak to Prakith i go nie okradną. W końcu Uczennica załatwiła taksówkę i polecieliśmy nią do naszej bazy.

Zastrzyk nostalgii był potężny, ale mieliśmy biznes do załatwienia. W międzyczasie minęliśmy jakiegoś Bitha. Nie wiem, co tam robił, to dla mnie zagadka. Nie wiedział kim jesteśmy my i kim są ludzie z WSK. Kto tam teraz przebywa? Ktoś coś wie? Oficerowie WSK i reprezentantka rządu mieli czekać na nas w naszej dawnej kantynie. I tak było. Kobieta, której nazwiska wtedy nie znałem, a którą znała Uczennica. Przegląd raportów pozwolił mi odkryć, że to niejaka Cordelia Everpromise. Obok przeszedł jeden z komandosów, który na nasz widok ostatecznie poszedł, nie zdążyłem nawet dowiedzieć się, który to. Ostatecznie zostaliśmy z tą kobietą, “Gromem” i “Baitem” i rozpoczęliśmy rozmowy.

Zawsze mam problem z opowiadaniem o takich ciężkich konflikto-dyskusjach w sposób linearny, ciężko mi oddać to chronologicznie, spróbuję więc w miarę szczegółowo opisać stanowiska obu stron. Panowie z WSK stanowili tam pewnego rodzaju wsparcie merytoryczne tej kobiety i częściowo także nasze. W niecenzuralnych słowach świetnie podsumowywali źródła takiego, a nie innego stanowiska i wypowiadali się bogato przy wszelkich kwestiach merytorycznych z zakresu naszej przeszłości, z zakresu możliwości WSK i szczegółów ich pracy. Naszym celem było zdobyć od panów z WSK prostą, jednorazową pomoc. Jeden wieczór ich pracy, w badaniu miejsca tych chorych wymysłów Kultu. Tymczasem nasza główna rozmówczyni, jak to należycie ująć, hm. Jej głównym celem było robić z tej jednej rzeczy nie wiadomo jak ogromną stawkę, a poza tym, przewidywalnie, wywalczyć jak największe rzeczy w zamian. Przebieg rozpoczął się od rzeczowego przedstawienia całej sprawy przez Uczennicę Valo, zwięźle, ale dokładnie i przedstawienia wstępnie naszych propozycji, które miały opierać się w streszczeniu po prostu o to, że wykorzystamy świetną reputację na Hakassi do tego, by szepnąć słówko w sprawie cennej pomocy od Prakith i odwdzięczenia się za to. Główna koncepcja była bardzo prosta. Dość tania dla rządu planetarnego, jednorazowa pomoc w konkretnej rzeczy, w zamian mało wymierna, ale duża pomoc polityczna w kwestii kontaktów z Hakassi dzięki naszej świetnej tam reputacji. Początki tej dyskusji ze strony Alory wydawały się zbytnio donikąd nie prowadzić, szczerze mówiąc, a czas i cierpliwość rozmówców dobiegały końca, więc przejmowałem inicjatywę coraz mocniej i mocniej. Całą dyskusję muszę nazwać zupełnym obłędem. Myślę, że podstawowy rozsądek powie, że wpływy polityczne owocujące pośrednio jakimś 0,5% w losowej umowie handlowej to więcej, niż wydatek na jeden wieczór pracy. Tymczasem najpierw spotkaliśmy się z jakimś chorym niezrozumieniem i powtarzaniem po 20 razy pieprzenia o oficjalnych mocowaniach i oczekiwania od nas jakichś oficjalnych deklaracji i papierów oficjalnych, gdy to co oferowaliśmy, to zakulisowe wpływy polityczne. Gdzieś dopiero po samej rozmowie wpadli na to tamta kriffolona baba wpadła na to, by powiedzieć nam, że nie mieliśmy dowodów na swoją reputację, którą chcieliśmy to załatwiać - ale w trakcie zamiast zapytać nas o to, pieprzyła o oficjalnych mocowaniach ze strony gości będących tam w roli szanowanych i wysłuchiwanych przyjaciół rządu. Cała dyskusja była jedną z najkoszmarniejszych hybryd jałowości i zażartości jaką pamiętam. Zwykle nagrywam takie okazje i mam odpalone nagrywanie na holodacie, więc może po prostu dodam nagranie w załączniku. Osobiście na samo wspomnienie tej chorej rozmowy mam ochotę zwymiotować. W pewnym momencie, gdy dotarło to już do poziomu oczekiwania papierów z potwierdzeniami wszystkich propozycji tego, jak nasz wpływ może się zwrócić, z twardymi deklaracjami na benefity warte kilkaset tysięcy kredytów za ich jeden wieczór kosztujący góra dziesięć tysięcy… Gdy całe założenie było jak już opisałem… Po prostu wyszedłem, bo to był jakiś kosmos i całkowita porażka.

Odtworz nagranie z holodaty Fella Mohrgana
Uczen Jedi|Alora Valo: Niesamowicie odwaznie. <Odparla cicho.> Potrzebujemy pomocy WSK w pewnym dochodzeniu. Probujemy dowiedziec sie wiecej na temat tego czegos, co zrobilo raz niezle spustoszenie w porcie i wylecialo na Hakassi. Pani pewnie zaznajomiona z ta sprawa.
Cordelia Everpromise: Naprawy moga poczekac. Odbywa sie tu dosc istotne spotkanie.
Cordelia Everpromise: <Skinela glowa oszczednie>
'Bait': <Wchodzi do pomieszczenia niespiesznie, z pelnym zachowaniem specyfiki swojego pancerza. Ruchy zdaja sie byc jednak mimo, iz sztywne mechaniczne - swobodne, jakby sam pancerz nie sprawial mu zadnego klopotu> Jedi. Pani Everpromise. Zastapie Quane'a.
'Bait': Zrozumiale mu sie nie chce jednak w tym babrac, jak zobaczyl Valo.
Cordelia Everpromise: Alez prosze. Kazdy z panow i tak wnosi dokladnie tyle samo.
Uczen Jedi|Alora Valo: A w zamian za ta pomoc oferujemy... nasza pomoc. Mieszkamy teraz na Hakassi. Mamy dobre uklady z tamtejszym rzadem, z Gubernatorem. Powiedzmy, ze jak to dobrze opisal niedawno Fell - nie mieli tego szczescia, by poznac nas z tej zlej strony, gdy byly...
Padawan|Fell Mohrgan: <Zasalutowal delikatnie do Baita. Na jego twarzy maluje sie spokój i koncentracja>
Uczen Jedi|Alora Valo: ... ciezsze czasy dla grupy, nazwijmy to.
Uczen Jedi|Alora Valo: <Zamilkla na moment, gdy wypowiedzial sie Bane. Odwrocila sie w jego strone, po sekundzie kiwnela glowa.> Tez mi milo. Dzien dobry.
Padawan|Fell Mohrgan: Gdy skladalismy sie z Mistrzyni Vile, Rycerza Fenderusa, Rycerza Avidhala i bandy idiotów. Ale od tamtego czasu dzial rekrutacji dziala inaczej.
'Bait': Z czystej ciekawosci. Przepraszam, ze przerwe.
Cordelia Everpromise: Dostrzegam tu pewien problem. W swietle tego, jaka 'pomoc' uzyskiwalo Prakith od Panstwa przez przeszlo piec lat, obawiam sie, ze lepsza opcja byloby upewnic sie, by Panstwo wiecej nie 'pomagali'.
'Bait': Komu tym razem truje dupe Valo poza Prakith, ze nie ma kto podetrzec?
Padawan|Fell Mohrgan: Zestarzelismy sie, kolego. Juz nikomu. <Skwitowal ironicznie, lecz przyjaznie>
Uczen Jedi|Alora Valo: Rozumiem, ze wiekszosc mojego i kolegi czasu spedzonego na Prakith bylo glownie zwiazane z naprawianiem bledow przeszlosci. Bledow naszych poprzednikow, dodam.
Uczen Jedi|Alora Valo: Ale wydaje mi sie, ze nasza wspolpraca jako jednostek zawsze odbywala sie w... pozytywnym swietle. Nie planujemy tego zmieniac.
Cordelia Everpromise: <Westchnela> Doswiadczenia Prakith z Jedi, sumarycznie, nie sa najlepsze. To zawsze zostawia ziarnko goryczy w nawet najslodszych ukladach.
Cordelia Everpromise: Mimo wszystko, rzad chce rozmawiac z Panstwem. Wiec prosze mi powiedziec - co Panstwo oferuja? Czego chca wzamian?
'Bait': Jak pies ugryzl, to potem do psow mozesz miec wstret i chciec trzymac sie z daleka, jesli to nie jest niezbedne. A w obecnej sytuacji, jak juz nie ma smrodow ktore zrobiliscie - nie ma takiej potrzeby.
Padawan|Fell Mohrgan: Zupelnie was rozumiem. Ale bez obaw. To oferta bardzo delikatnej, pobocznej wspólpracy, a tu na Prakith to wspólpraca doslownie na pustkowiu, techniczna, bez kontaktu z ludnoscia Prakith. My bedziemy sie zajmowac kontaktem z Hakassi, Prakith nas nie zoba
Padawan|Fell Mohrgan: *czy wcale. Bez obaw.
'Bait': A relacja *Ten ich Fell byl calkiem okej* w formie luznych wspominek jest calkiem satysfakcjonujaca i nie skutkuje ewentualnia, wczesniejsza renta chorobowa.
Uczen Jedi|Alora Valo: Cieszymy sie poszanowaniem na Hakassi.
'Bait': A gowno nas obchodzi Hakassi. Ile nasz znasz, ze tego nie wiesz
Cordelia Everpromise: To bardzo pieknie, panie MOhrgan <usmiechnela sie grzecznie do Fella, choc wyraznie zimno> Pytanie - na jakie straty bedzie narazony nasz budzet.
Uczen Jedi|Alora Valo: Pomagamy im rozwiazac ten dosc powazny problem, ktory cale szczescie opuscil Prakith. Nie zmienia to jednak tego, ze... tutaj sie on zaczal. Nikomu nie chemy sie tym chwalic, prosze mnie zle nie zrozumiec. Po prostu, zeby rozwiazac tamten problem...
Uczen Jedi|Alora Valo: ... musimy zbadac miejsce, w ktorym przypuszczamy, ze sie zaczal. Tak i my jak i z pewnoscia rzad Hakassi bedzie wdzieczny za okazana pomoc. Jakie straty? Nie planujemy zadnych. Acz bedzie to wymagalo wkroczenia na tereny zyjacego tu jeszcze Kultu.
Cordelia Everpromise: Czyli, potencjalnie, znow wzburzenie Kultu. I mozliwe odwety z ich strony, kiedy Panstwo opuszcza Prakith.
Uczen Jedi|Alora Valo: Chociaz takimi terenami mozna nazwac wszystko, co znajduje sie pod ziemia. <Zacisnela nieznacznie usta.>
Padawan|Fell Mohrgan: Za to moge sprecyzowac koszty perfekcyjnie. Tyle, ile kosztuje budzet WSK podzielony przez sto, jednodniowy.
Padawan|Fell Mohrgan: Potrzebujemy wsparcia kolegów na jeden wieczór.
Padawan|Fell Mohrgan: Dla calego rzadu... Marginalny koszt.
'Bait': Mowicie, ze to cos jest z Prakith i teraz na Hakassi, tak?
Padawan|Fell Mohrgan: Dokladnie. Tutaj to stworzono.
Uczen Jedi|Alora Valo: Tak przypuszczamy.
'Bait': To swietnie. Chodz Grom, nie nasz biznes juz.
Cordelia Everpromise: To nie do konca tak wyglada, panie Mohrgan.
'Grom': Dobra robota. Dzieki Jedi. Zbieramy sie.
Cordelia Everpromise: Dzialania WSK zwykle nie sa niebezpieczne dla oddzialu i nie przynosza strat. W wiekszosci to sa zwykle koszty utrzymania.
Padawan|Fell Mohrgan: Chodzi o raptem jeden wieczór wsparcia za spore forsowanie rzadowi Hakassi, zeby pozachwalac Prakith, zrobic wam dobra reputacje, dogadac sie do preferencyjnych umów handlowych. A mamy tam wielka reputacje. Jeden wieczór wsparcia za swietny zastrzyk hand
Padawan|Fell Mohrgan: *lowy na wiele lat, we wspolpracy z jedyna stocznia regionu.
Cordelia Everpromise: Jak probowalam powiedziec.
Padawan|Fell Mohrgan: Koledzy z WSK moga przyjechac, gdy juz oczyscimy teren i bedzie bezpiecznie.
Uczen Jedi|Alora Valo: Na Hakassi to powazny problem. Z pewnoscia nawet i bez naszej pomocy niezwykle docenia wsparcie.
Cordelia Everpromise: Jezeli akcja jest niebezpieczna, musimy liczyc sie na straty przekraczajace nawet roczne utrzymanie sil WSK.
Cordelia Everpromise: Do czego wobec tego potrzebne jest panstwu wsparcie WSK?
Padawan|Fell Mohrgan: Zastosowanie aparatur badawczych do badania paranormalnych zjawisk i energii.
Padawan|Fell Mohrgan: Pobór próbek na poziomie technologicznym powyzej naszych zdolnosci.
Uczen Jedi|Alora Valo: I mapy.
Cordelia Everpromise: Teren bedzie, jak rozumiem, oczyszczony i zabezpieczony przez panstwa. Wymagaja panstwo wylacznie asysty technicznej.
Cordelia Everpromise: A wzamian...? Umowy handlowe z Hakassi, ktore moglibysmy ustanowic nawet bez posrednictwa?
Uczen Jedi|Alora Valo: <Zwrocila nieznecznie glowe w strone Fella, zaraz jednak centurjac uwage z powrotem na Cordelii.>
'Bait': Pani Everpromise. Ostatnio robimy cos na Prakith malych statkow, mysliwcow, mniejszych maszyn. Pytanie, czy w zasadzie Prakith kiedykolwiek bylo otwarte na szerszy transport niz to, co juz mamy?
Uczen Jedi|Alora Valo: Nasze wsparcie w negocjacjach.
'Bait': Jak dla mnie to troche bez sensu. Jestem patriota. Czemu my mamy zabiegac o jakies Hakassi, ktore ledwo co sie uformowalo?
Uczen Jedi|Alora Valo: To wciaz wielka stocznia, ktora z dnia na dzien zyskuje na sile przerobowej.
: Ja przepraszam najmocniej, mamy przeciek, juz zakrece i sobie ide. Najmocniej przepraszam. Ojoj, no sekundke.
Padawan|Fell Mohrgan: Bo to jedyne stocznie regionu, na które zwrocone sa oczy Sojuszu i wszelkich srodowisk rzadu federalnego. To oczko w glowie sil wojskowych.
Padawan|Fell Mohrgan: To potezna, wplywowa sila. A my mamy z nimi swietne kontakty.
Cordelia Everpromise: Pani Valo, czy uwaza sie pani za ekspertke w dziedzinach handlu? Kogos, kto wie, jak zawiazuje sie najkkorzystniejsze umowy handlowe, kto zna sie na biznesie, na dlugotrwalych kontraktach?
Uczen Jedi|Alora Valo: Otoz to.
Padawan|Fell Mohrgan: Hakassi otrzymuje ogromne kredyty i ogromne wyplaty od wojsk Sojuszu.
Cordelia Everpromise: Na skale planetarna, dodam.
Cordelia Everpromise: Wiewrze, ze uwazaja sie panstwo za zaradnych i inteligentnych. Jednak.. uzupelnianie zapasow w lodowce a kontrakty handlowe miedzy planetami to dwie rozne rzeczy. Obawiam sie, ze brak panstwu wiedzy merytorycznej, by stanowic prawdziwe wsparcie w
Cordelia Everpromise: negocjacjach. Umowy handlowe na te skale to nie jest cos, co powstaje na bazie sympatii.
'Bait': Zreszta. Prakith Wam znow pomoze, a Wy nas zrobicie w chuja i nie bedzie niczego, bo Hakassi stwierdzi, ze nie jestescie przedstawicielami politycznymi i robicie jakies gowno za ich plecami. I z czym jestesmy my?
Padawan|Fell Mohrgan: Nie wiem, czy ona, ale ja tak. Polityka pieniezna planety, planetarne instrumenty rachunkowosci zarzadczej, miedzyplanetarne stosunki gospodarcze, rynki finansowe, ryzyko kursowe w ujeciu planetarnym, matematyka finansowa, metody ilosciowe. Nie chce robi
Cordelia Everpromise: Byc moze dochodzimy do pochopnych wnioskow. Czy sa panstwo przedstawicielami gospodarczymi Hakassi?
Padawan|Fell Mohrgan: *c z siebie jakiegos wybitnego eksperta, ale rozumiem zagadnienia.
Uczen Jedi|Alora Valo: Nie jestem ekpertem, jestem Jedi. Pomagam rozwiazywac takie problemy, jak ten. Co jednak wiem, to ze dla Hakassi znalezienie rozwiazania tego problemu to priorytet i z pewnoscia o ile calkowicie nie powierza tego sympatii, to na pewno wezma pod uwaga...
Padawan|Fell Mohrgan: Bez problemu mozna uderzac do mnie konkretami w tej kwestii, jesli ktos ma watpliwosci.
Uczen Jedi|Alora Valo: ... uwage pomoc jakiej by Panstwo udzielili nam. A jak nam to i teraz im.
'Grom': Ale gadaliscie z nimi o tym wczesniej, prawda?
Cordelia Everpromise: Panie Mohrgan, jestem pod wrazeniem. Jednak... wiele zmienia to, czy jest pan oficjalnym reprezentantem gospodarczym Hakassi.
'Grom': <Rzucil ironicznie>
Cordelia Everpromise: Jezeli tak, umowie pana na spotkanie z przedstawicielami handlowumi Prakith.
Padawan|Fell Mohrgan: W tym sek, ze nawet nie musimy. Setki razy slyszelismy, ze od tej sprawy zalezy wszystko, a samo Hakassi wciaz buduje relacje i jest bardzo otwarte. I ma wielka swobode, bo w duzej mierze dziala na kredytach wydawanych przez Sojusz na rzecz stoczni.
Cordelia Everpromise: Wtedy bedzie pan mogl omowic oficjalna oferte rzadu Hakassi. Najlepiej by bylo,m gdyby dysponowal pan danymi, nawet przyblizonymi, dziedzin przemtyslu, w jakich moglaby nastepowac wymiana.
'Bait': No i fajnie. Ale nas nie obchodzi, co robicie poza Prakith i co robicie w imieniu Hakassi. Dla nas obecnie jestescie kims, kto sie tam przeprowadzil i dobranoc.
'Bait': Prakith pod katem biznesu jest dosc powazne. Jesli mowimy o jakis umowach, to dajcie jakiegos ministra w garniaku albo innego chuja z uprawnieniami. Bo tak to ja moge sobie gadac, o.
Cordelia Everpromise: Moment, moment, pan Mohrgan poruszyl tu wazna kwestie. Czy... rzad Hakassi bylby w stanie fizycznie zaplacic za pomoc wq rozwiazaniu problemu?
Uczen Jedi|Alora Valo: <Zwrocila glowe czesciowo w strone Fella.>
'Bait': Kogos, kto podpisze sie pod tym dokumentarnie wlasna krwia. Kogos, kogo bedzie mozna w razie czego o niespelnione umowy scigac.
Padawan|Fell Mohrgan: Jeden wieczór wsparcia w zamian za garsc budowania naprawde ogromnego wsparcia. Jestem pewien, ze tak. Ma wielkie pieniadze, ale z pewnoscia zaplaca dopiero, jak oficjalnie sie tego czegos pozbedziemy. Na razie musza zachowac dyskrecje.
'Bait': A Was sie kuzwa nie da.
'Bait': Hm.
Cordelia Everpromise: Wciaz... nie jestem przekonana, jaka wartosc dodana bedzie miala panstwa obecnosc przy negocjacjach. Sami panstwo mowia, ze Hakassi jest w trakcie odbudowy, maja fundusze, szukaja sojuszow handlowych, z czego, jelsi to oplacalne dla nas, mozemy skorzysta
Cordelia Everpromise: skorzystac. Co konkretnie moga nam tu panstwo zaofferowac kuszacego? Znizki? Gratisy? Mowiac jezykiem prostego konsumenta. Co panstwa wsparcie da, czego normalne negocjacje nie sa w stanie zapewnic?
'Bait': Twarda babka z Pani.
Cordelia Everpromise: Dbam o interesy Prakith.
'Bait': To nawet podniecajace.
Cordelia Everpromise: <Poprawila sie na krzesle dyskretnie>
Padawan|Fell Mohrgan: Bedziemy przekonywac Hakassi do dania Prakith po pierwsze priorytetowosci w dostepie do kolejki stoczni. Nie macie tu stoczni planetarnych do budowy i remontów swoich stacji Golan III, a oni maja, ale maja fure klientów Sojuszu. Ich wysylka przez was na
Padawan|Fell Mohrgan: *tereny inne niz Glebokie Jadro to fortuna przy tym jak niski poziom osiagaja hipernapedy tych stacji, a przy oblozeniu Hakassi kolejki sa tak ogromne, ze bylibyscie do tego zmuszeni. Kolejki to kwestia, oboje o tym wiem, wylacznie do grzecznosci i uklad
Padawan|Fell Mohrgan: *ów za kulisami, nie biznesu, kwestia uprzejmosci i dobrych kontaktów, które mozemy zapewnic.
Padawan|Fell Mohrgan: Dla nich to kwestia wdziecznosci i przyslugi. Dalej. Wasze Vanguardy i Decimatory. To samo.
Cordelia Everpromise: To zalezy, panie Mohrgan. Solusz wspiera Hakassi finansowo. Priorytetowe traktowanie Sojuszu moze byc wpisane w umowy.
Padawan|Fell Mohrgan: Sojusz nie ma wyboru. Sojusz potrzebuje kazdej stoczni w kazdym zakamarku. Sa desperatami, a prawo popytu i podazy mówi o tym dosc i szkoda obrazac sie tlumaczeniem tej pozycji.
Cordelia Everpromise: Wobec tego, mozemy sie znalezc za Sojuszem... czyli na koncu kolejki. Czy ma pan dane dotyczace serwisowania i dofinansowania przez Sojusz?
Cordelia Everpromise: Byc moze, ale umowa jest umowa. Znow zapytam - czy pan reprezentuje Hakassi oficjalnie?
Uczen Jedi|Alora Valo: Tym bardziej. Zapewnienie sobie miejsca nawet miedzy wykonywanymi dla Sojuszu zleceniami da sie wytlumaczyc. Zarowno technicznie jak i ze wzgledow finansowych, a dojsc do tego moze przez dobre uklady i wdziecznosc rzadu.
Padawan|Fell Mohrgan: Nie woze statystyk o czyms takim przy sobie. Ale wystarczy spojrzec na bilans bitwy o Odika. Na bilans wszystkich wojsk Sojuszu gdziekolwiek. Wszystkie komórki Sojuszu potrzebuja wsparcia kazdej stoczni gdziekolwiek. Powtórze, ze nie. To sa kwestie
Cordelia Everpromise: Nie jestem pewna jak traktowac panskie obietnice... jak cos, co sie wydarzy, czy jak cos, co potencjalnie byc moze uda sie kiedys zalatwic.
Padawan|Fell Mohrgan: *zakulisowe, tak jak mówie. Znamy sie na polityce. Nikt nie uzgadnia zakulisowych ukladów i przesuniec w kolejkach z papierami od rzadu, litosci.
'Bait': Owszem. Ma racje. Nikt nie uzgadnia z papierami. Ale jednak zwykle robia to osoby, ktore faktycznie maja na cos wplyw i mozna to zweryfikowac.
'Bait': Pytanie jak zweryfikowac Was, czy nie probujcie nas wychujac na nasz cenny czas.
Cordelia Everpromise: Czy to, co pan obiecuje, sie wydarzy? Czy ma pan taka moc sprawcza, panie Mohrgan? By podejmowac tego typu decyzje.
Padawan|Fell Mohrgan: <Wyciaga mape Hakassi i tamtejszych miast. Stara sie wyswietlic wszystkie miejsca i ulice ponazywane od nazwisk Jedi>
Padawan|Fell Mohrgan: Informatyka **
'Bait': Jaki fakt i pozycja jasna, konkretna, poparta odpowiednimi materialami - decyduje o tym, ze zamiast Ciebie rownie dobrze moze tu siedziec i pieprzyc jakis menelik za 10 kredytow na tydzien chlania.
'Bait': Pan menelik tez nie ma dokumentow i jest zakulisowy.
'Bait': Ale za to pan minister z konkretna pozycja, ktory przybywa nieoficjalnie - to juz jest osoba godna rozmowy i podejmowania ryzyka.
Cordelia Everpromise: <Spojrzala na mapy, po czym westchnela> Mam wrazenie, ze bardzo pan probuje uniknac odpowiedzi na moje pytanie. Wiec zakladam, ze nie, nie ma pan mocy sprawczej. Moze pan wylacznie podszepnac i liczyc, ze ktos uslyszy.
Padawan|Fell Mohrgan: Mówimy o ukladach. O ukladach, kontaktach, podszeptach, za kulisami. Nie jestesmy czlonkami rzadu, nie jestesmy ministrami. Jestesmy kontaktami.
Uczen Jedi|Alora Valo: A czy kiedys probowalismy? Pan menelik nie ma pozycji ani reputacji. Wiem, ze siedzielismy tutaj naprawiajac nasze bledy, ale tez, jak dobrze wiecie - zalezalo nam na tym, zeby je naprawic. Nie bylismy bez winy, to prawda. Ale czy slusznie czy nie...
Padawan|Fell Mohrgan: Przychodzimy tu jako kontakty, nie przychodzimy tu jako zadni oficjalni reprezentanci, kontakty zalatwia sie reputacja, wplywami, nie oficjalnymi papierami i mocowaniami.
'Bait': Tak sie kuzwa sklada Valo, ze u nas Wy tez ta pozycje i reputacje niezbyt macie.
Cordelia Everpromise: Pani Valo, teraz nie rozmawiamy o przeszlosci.
'Bait': Pan menelik wraz z kolegami nie probowal nam rozjebac Prakith.
'Bait': Bylo, minelo - jasne. Ale to nie znaczy, ze teraz nagle Wam kochamy i bedziemy Wam ufac, bo juz nie ma problemu.
Uczen Jedi|Alora Valo: Zawsze robilismy to z mysla o dobrze wszystkich. Oczywiscie, nie rozmawiamy o przeszlosci.
Padawan|Fell Mohrgan: Takie rzeczy zalatwia sie ukladami, kontaktami i reputacja. Nie oficjalnymi mocowaniami. Propozycje wywierania wplywów nie biora sie na oficjalnych stanowiskach, bo gdybysmy byli z oficjalnej reprezentacji rzadu, zacznijmy od tego, ze w ogóle nie propono
Padawan|Fell Mohrgan: *walibysmy wywierania nacisków na siebie samych.
Uczen Jedi|Alora Valo: Po prostu odpowiadam na porownanie nas do kogos calkowicie losowego, ktorego slowa nic moga nie znaczyc.
Padawan|Fell Mohrgan: Gdybysmy byli tu jako oficjalni reprezentanci rzadu, nie moglibysmy oferowac takich nacisków, bo to bylyby naciski na siebie samych. Jestesmy kontaktami.
Cordelia Everpromise: Wlasciwie zastanawia mnie dlaczego.
'Bait': Problem w tym, ze nie jestescie nawet nieoficjalnymi.
Padawan|Fell Mohrgan: Miliarderzy dobrze dogadujacy sie z wybranym lobby nie maja oficjalnych papierów tych lobby, bo jakby byli ich reprezentantami, dzialaliby po prostu na niekorzysc siebie.
Cordelia Everpromise: Skoro to sprawa dla Hakassi tak gardlowa, dlaczego nie kontaktuje sie z nami ktos z rzadu, ktos o mocy sprawdczej, ktos, kto moglby oficjalnie negocjowac.
Padawan|Fell Mohrgan: Bo to sprawy paranormalne.
Padawan|Fell Mohrgan: Których rzad nie rozumie.
Cordelia Everpromise: Tylko znow musimy negocjowac z panstwem.
Cordelia Everpromise: Byc moze rzad tego nie rozumie, ale musi dostrzegac problem, skoro zgodzi sie dac nam pierwszenstwo w stoczniach.
Cordelia Everpromise: Rozumie pan, negocjacje odbywaja sie jakby za plecami tych, ktorzy musza zgodzic sie nam cos dac.
'Bait': Dokladnie.
Cordelia Everpromise: Jakby pan probowal ukryc przed rzadem cos, na co rzad wydalby grube pieniadze od Sojuszu, jak zrozumialam. To sie wszystko nie skleja.
Padawan|Fell Mohrgan: Obecnie to dla rzadu problem nierozwiazywalny. Bo oferujemy naciski w sprawach tego typu. Uprzejmosci i ustepstwa. Powtórze kolejny raz, ze nie jestesmy zadnymi reprezentantami i Jedi nigdy nie beda.
Cordelia Everpromise: Wiec przysluga, o ktora panstwo prosza, nie jest przysluga dla Hakassi, tylko dla Jedi.
'Bait': Wiec przyleccie z kims, kto nim jest albo najpierw uzgodnijcie zakulisowo z nimi, wroccie i dokonczmy zakulisowo z nami.
'Grom': Na razie to chcecice od nas czegos konkretnego w zamian za obietnice. I wszystko to podpieracie swoim slowem... ze was lubia, szanuja, ze sie na pewno zgodza... A czemu mielibysmy w to uwierzyc?
Cordelia Everpromise: A Jedi chca za nia zaplacic... uglaskaniem urzednikow Hakassi za lapowki?
'Bait': To o czym mowisz - zakulosowo, nieoficjalnie i tak dalej... To ma sens, jak masz juz jakas decyzje i chociaz slowne poparcie drugiej strony. Czyli tu - Hakassi. A tu kazesz nam sie decydowac w ciemno i ryzykowac.
'Bait': Biznes to ryzyko - jasne. Ale tutaj to ryzyko jest wrecz zbyt duza niewiadoma.
Cordelia Everpromise: Zwlaszcza ze Hakassi nie chce negocjowac w tej sprawie, albo jej nie rozumie, albo nie uznaje, albo, co gorsza i mam nadzieje, ze tak nie jest, Hakassi nic nie wie o panstwa dzialaniach i robia panstwo wszystko za plecami rzadu.
Padawan|Fell Mohrgan: Chcemy pieprzonej pierdoly, jednego wieczoru, przylotu ze sprzetem na trzy godziny pracy góra. Drobna przysluga w zamian za duza przysluge od nas w dalszej przyszlosci. Marginalny, pomijalny koszt z waszej strony, w zamian za niezle zyski polityczne w
Padawan|Fell Mohrgan: *przyszlosci.
'Grom': Jak wy chcecie na nich wymusic to co obiecujecie, co? Wiemy, ze u was z kasa bida. Nie macie sily, by rzucic sie na caly rzad... To co zamierzacie, jak wam powiedza 'Pierdolcie sie'?
'Bait': Kurwa jego mac <Dodal po chwili, dla zachowania swoich wlasnych standardow>
Padawan|Fell Mohrgan: My nie mówimy tutaj o cholernej wielkiej kooperacji i gigaoperacji. Mówimy o oddaniu przez nas przyslugi za trzy godziny waszych sluzb.
'Bait': To pewnie przez to, ze piec lat plus te trzy godziny sie ze soba kumuluja.
Cordelia Everpromise: Mhm, i gdzies w trakcie wrzucil pan obietnice o priorytetowych naprawach naszych stacji.
Cordelia Everpromise: Prosta sprawa, a juz wniknelismy bardzo gleboko w korupcje. Cos, czego na Prakith nie ma.
'Bait': Dobra. Mam pomysl.
'Bait': Romzawiamy zakulisowo, prawda?
Padawan|Fell Mohrgan: Przyslugi i uprzejmosci. Zadna korupcja. Kontakty, oplacajaca sie pomoc, w zamian za nedzne trzy godziny czasu.
'Bait': Chyba wiem, jak to zakulisowo rozwiazac.
'Bait': Podpiszemy cyrograf - oczywiscie zakulisowo.
'Bait': Pomozemy Wam, ale <Przerwal na moment> Zakulisowo, jesli nie spelnicie warunkow.
Uczen Jedi|Alora Valo: <Odetchnela ciezko.> Pani Evepromise, Panowie z WSK. To z czym sie mierzymy moze wyrosnac na cos bardzo niebezpiecznego. Jak dobrze wiecie, jest nieuchwytne. Naprawde, nie chce tutaj nikogo straszyc, ale nie mamy gwarancji, czy to nie wroci.
'Bait': Zakulisowo spodziewajcie sie duzej nagrody za wasze lby.
'Bait': Zakulisowo pasuje?
Uczen Jedi|Alora Valo: Chwilka. Sekunda.
Padawan|Fell Mohrgan: Jak dla mnie pasuje. Chcemy zrobic wam od cholery dobrych wplywów za trzy godiznki wsparcia dzis.
Padawan|Fell Mohrgan: To jest jedna, prosta, konkretna oferta. Wiecej serio sie z takiego czegos nie wymysli. Oferujemy to co w naszym zasiegu.
Cordelia Everpromise: Nie jest to nasz problem, pani Valo, odkad zniknelo. Szansa, ze wroci, jest rowna szansie, ze przybedzie do nas jakas losowa choroba z innego zakatka Galaktyki. Za mala.
'Bait': Spoko. Jestem sklonny zaryzykowac. Wszystkim sie zajmiemy, Pani jest czysta.
'Bait': Pomagamy, trzy godzinki. Zaden problem.
'Bait': Jesli nie ma waszych obietnic, nie mamy pierwszenstwa w stoczniach - wasze lby laduja na chodniku. Ostatnio sie najebalo dosc duzo polswiatka.
Cordelia Everpromise: Problem pojawi sie, jezeli dojdzie do uszkodzen sprzetu.
'Bait': To zakulisowo uczciwe?
Cordelia Everpromise: Wtedy zaplaci za to Prakith.
Uczen Jedi|Alora Valo: Nie wiemy czym to jest dokladnie. Tak samo jak ucieklo, tak samo moze wrocic. Oferujemy co mozemy, zeby zrobic to, co do nas nalezy. Tak tez dziala wiele planet. Dla dobra wszytkich zwiazane z jakims strasznym przestepstwem planety pozwalaja miedzy...
Uczen Jedi|Alora Valo: ... soba na dochodzenia w ich sprawach.
Padawan|Fell Mohrgan: Oferujemy wspieranie w milych przyslugach od strony stoczni za mila przysluge dzisiaj od was. Proste jak cholera. To zadne wielkie obietnice od nas, bo i o nic wielkiego nie prosimy. Dla mnie to uczciwe.
Padawan|Fell Mohrgan: Nie widze przeszkód. Wiemy jakie mamy tam kontakty.
Cordelia Everpromise: Pani Valo, niestety emocjona,lne podejscie nie zadziala przy tym stole, ale doceniam pani zamartwianie losami Galaktyki.
'Bait': Umowa handlowa miedzyplanetarna i pierwszenstwo w stoczniach to nic wielkiego?
Cordelia Everpromise: To dobrze swiadczy o pani wychowaniu.
'Bait': Wiesz co mi tu jebie strasznie?
'Bait': To, ze pod otoczka *nic wielkiego* adjesz nam kontrakty za miliardy. JEbie jak chuj.
'Bait': Dlatego nie ufamy, bo to smierzdi mydleniem oczu.
Padawan|Fell Mohrgan: Bo nie moge dac papierów, procentów na papierze. Moge oferowac wplywy, które mamy i których zródla moge powymieniac.
'Bait': A raczej - otwierasz nam droge do kontraktow za miliardy.
'Grom': Valo, wszystko moze sobie wzrosnac. Dajmy na to jakis debil wpierdoli sie w ochrone biznesmena smigaczem i masz z tego planetarny kryzys. Ale jesli ten kryzys nie jest na Prakith to mamy go gleboko w pizdzie.
'Grom': A to cos spierdolilo z Prakith, czyli jest zajebiscie dobrze.
Cordelia Everpromise: Dokladnie to mnie rowniez niepokoi. Czego nam panstwo nie mowia, jesli oferuja cos tego kalibru. Dlaczego weszlismy na tak wielkie kwoty. Tak ogrom,ne zobowiazania. Za trzy godziny, jak pan mowi, naszego czasu.
Padawan|Fell Mohrgan: Nasi Jedi pomogli im zalatwic u Sojuszu wolna planete z bezcennymi stoczniami. Pomogli opanowac te planete. Bylismy ich rzecznikami u Sojuszu. Pomagalismy zalatwic zywnosc, wspolprace z Ottabeskiem.
Padawan|Fell Mohrgan: Mamy konkretna liste zaslug i zdolnosc wywierania wplywów. Za namacalny wasz czas i pomoc oferuje mniej namacalny, ale cenny wplyw polityczny.
'Bait': Brzmi super. Za super. Dlatego tak jak mowie - podpiszemy te zakulsowa umowe potencjalna krwia. Tak jak to sie robi zakulisowo.
'Bait': I mozemy zabierac sie do pracy.
Cordelia Everpromise: <Wypuscila powietrze powoli> Jezeli z tych dzialan wynikna dodatkowe koszty, rozumiem, ze pokryja je Jedi?
Cordelia Everpromise: Skoro oficjalnie rzad Hakassi nie wie o niczym i w niczym nie bierze udzialu.
: <Postukiwania w lazience znow sie rozlegaja ze zdwojona sila> Mam, mam! Wiem gdzie leci! <Glos Bitha az dudni w scianach>
'Bait': Dla zabezpieczenia chcemy tez planosc z gory. Przed robota i po robocie.
Padawan|Fell Mohrgan: Jesli to beda koszty które wynikna z czegos ponad badanie miejsca, przedostanie sie, ewentualne problemy samej konsstrukcji, a koszty w rodzaju ataku jakichs popapranców, okej.
'Bait': W sensie jeden z Was zdycha teraz, a drugi jak sie nie wywiazecie z umowy <Klasnal ciezko w metalowe dlonie>
'Bait': Nie no, swiruje.
Uczen Jedi|Alora Valo: Tyle mozemy zapewnic. Powiem szczerze. Moze sie nie znam. Nie jestem pewna, czy to co mowi Padawan Mohrgan bedzie takie proste. A co do kosztow - tak by wypadalo. Mamy takie wplywy na Hakassi, to tez pewnie wspomoga nas w razie komplikacji misji, ktora
Padawan|Fell Mohrgan: <Parsknal glosno i pierwszy raz sie usmiechnal>
Uczen Jedi|Alora Valo: przede wszytkim jest w ich interesie.
Cordelia Everpromise: Koszty zwiazane ze zniszczeniem sprzetu, ktore nie nastapiloby podczas regularnego uzywania w bezpiecznych warunkach. Czyli wszelkiego rodzanu... zniszczenia od rozciec, wybuchow, postrzalow, zmiazdzen, et cetera.
Padawan|Fell Mohrgan: To zapewne tereny podziemne i tutaj liczymy na profesjonalizm WSK w radzeniu sobie w takim terenie, zagrozenia samego terenu to cos tutaj naturalnego i dlatego prosimy o fachowców.
: No, poszlo. Przynies mi czesci co? Tylko nie wchodz od kantyny, zeby nikomu nie przeszkadzac.
Uczen Jedi|Alora Valo: Brzmi uczciwie.
Cordelia Everpromise: Prosza panstwo o technikow i sprzet z tego, co zrozumialam z poczatku naszej rozmowy. Na terenie, ktory panstwo oczyszcza i zabezpiecza we wlasnym zakresie.
Cordelia Everpromise: Czy cos sie zmienilo?
Padawan|Fell Mohrgan: Z wrogów, pulapek i tak dalej.
Padawan|Fell Mohrgan: Nie z naturalnych elementów konstrukcji terenu.
Padawan|Fell Mohrgan: Za to juz odpowiadac nie mozemy, ze cos sie na miejscu sypie.
Cordelia Everpromise: Czyli straty, jesli na przyklad sciagna panstwo ludzi w teren zagrozony zawaleniem i zgina nasi oraz utracimy sprzet... to juz nie jest panstwa problem, tak?
Padawan|Fell Mohrgan: Prosimy tutaj o pomoc komandosów, których glównym terenem jest teren trudny i niestabilny. Nie mozemy odpowiadac za to, ze to nie spokojny pagórek, w tej robocie porusza sie w kiepskich miejscach, mielismy rozsadek.
Uczen Jedi|Alora Valo: <Odetchnela ciezko.>
Padawan|Fell Mohrgan: ((*miejmy)
Cordelia Everpromise: Hmm. Prosze o chwile... <siegnela po maly, elegancki cyfronotes>
'Bait': Ja jestem zaspokojony. Mamy uklad, Prakith zyskuje, jesli nie, to chociaz tocza sie lby oszustow i kretaczy. A domyslam sie, ze jestescie swiadomi, ze przed budzetem Prakith nie uciekniecie.
'Bait': Wiec jak na moje brzmi spoko.
Cordelia Everpromise: ą dziesiW najgorszym wypadku... straty sięgnęciu tysięcy kredytów.
Cordelia Everpromise: *W najgorszym wypadku straty siegna dziesieciu tysiecy kredytow.
Uczen Jedi|Alora Valo: Zyskac, zyska. To napewno. Zrobimy tyle, ile bedziemy w stanie.
'Bait': Nie. Zrobicie tyle, ile obiecaliscie.
Cordelia Everpromise: Oferuja panstwo za to priorytetowe traktowanie Prakith przez rzad Hakassi oraz preferencyjne umowy miedzyplanetarne.
'Bait': Nie tyle, ile bedziecie w stanie.
Padawan|Fell Mohrgan: Dokladnie. Co nie oznacza, ze mozemy dac na to jakies procenty i liczby. Ale realny wplyw do wykazania i udowodnienia.
Cordelia Everpromise: To do konca nie moze tak wygladac, musimy podpisac jakis rodzaj umowy.
'Bait': Nie musimy, Pani Everpromise.
'Bait': Lowcy Nagrod i zbiry do wynajecia maja to w dupie.
Padawan|Fell Mohrgan: Mówilem o wplywach i naciskach. Nie moge na to zadeklarowac konkretnej liczby.
Cordelia Everpromise: Poniewaz z ewentualnych strat zostaniemy rozliczeni. Wszystko musi zamknac sie w budzecie. Jesli stracimy dziesiec tysiecy na dzialania WSK w terenie, gdzie nie powinni byc, to... trzeba pokazac jakas walidacje zlecenia im tej pracy.
Uczen Jedi|Alora Valo: Nie mozemy gwarantowac czegos, co moze byc niemozliwe. Jak dobrze zauwazyliscie, Hakassi najpewniej zwiazane jest umowa z Sojuszem. Sojusz wciaz bedzie musial miec priorytet. Co nie oznacza, ze zawsze. W kazdym doku, w kazdym warsztacie. Tutaj mozemy...
Cordelia Everpromise: Mam silne obawy, ze ostatecznie zostaniemy wylacznie ze stratami.
'Bait': Okej, Valo sie powoli wycofuje, zcy mi sie wydaje?
Padawan|Fell Mohrgan: Od poczatku o tym mówimy. O wplywach i naciskach, na które was mocno stac, w zamian za umiarkowane koszty z waszej strony. 10 tysiecy dla calego rzadu to inwestycja mniejsza, niz budzet jednej bazy wojskowej na miesiac.
Padawan|Fell Mohrgan: Dokladniej 2,5x mniejszy. Nie mówimy z waszej strony o nie wiadomo czym.
Uczen Jedi|Alora Valo: ... zaoferowac - nazwijmy to - furtki, ktorych inaczej, bez wplywow by nie bylo.
'Grom': Czyli teraz mowisz, ze to nic pewnego... Spoko.
'Bait': Mowiliscie priorytet - ma byc priorytet. Mowiliscie umowy handlowe - maja byc umowy handlowe.
'Bait': Kuzwa tak mowiliscie. Co Ty pitolisz teraz Valo.
Cordelia Everpromise: Gdyby ktokolwiek ze strony rzadu Hakassi mogl chociaz potwierdzic. Cokolwiek.
Cordelia Everpromise: Tak szczerze, w obecnej sytuacji moga panstwo powiedziec, ze reprezentuja Coruscant, a na dowod pokazac ulice z nazwiskami Jedi.
Padawan|Fell Mohrgan: Dobra, serio, starczy. To jest jakis obled. Oczekujecie od nas twardych deklaracji na wymierne miliony w zamian za poswiecenie w najgorszym wypadku 10 tysiecy.
Padawan|Fell Mohrgan: Ja sie poddaje.
Uczen Jedi|Alora Valo: I ma troche racji. Zwlaszcza, ze te dziesiec tysiecy zdeklarowalismy sie oddac, jesli zostana stracone.
Padawan|Fell Mohrgan: Jebana debilka.
Uczen Jedi|Alora Valo: To moge podpisac w kazdej chwili.
Padawan|Fell Mohrgan: <Wychodzi na spokojny spacer wokól muru. Rozciaga sie delikatnie i odpreza>
'Bait': Pani Cordelio. Ma troche typ racji. Jebac te dziesiec tysiecy, jesli faktycznie Prakith moze zgarnac z tego umowy handlowe. Niie szczypmy sie o jakis pierdolony kawalek protata.
'Bait': Podepniemy to jako - nie wiem - koszta operacyjne przy dalszych badaniach jakiegos tam syfu sprzed roku u kultu i papierologia sie domyka.
Padawan|Fell Mohrgan: <Za posrednictwem holodaty korzysta z potegi lokalnych anten i zaczal czytac zalegle wiadomosci z innych rejonów Jadra. Przysiadl wygodnie na skale. Gapi sie na horyzont i podziwia góry z delikatnym usmiechem>
'Grom': Ma typ jaja, szanuje.
'Bait': Bardziej mnie wkurwia, ze najpierw obiecali konkretne rzeczy, a teraz sie to zamienilo na *sprobujemy, zobaczymy*.
Cordelia Everpromise: Sa tu trzy czynniki. To, czy *faktycznie* Jedi sa w stanie cos osiagnac z rzadem Hakassi. Patrzac na to, jak to sie odbyywa, mam watpliwosci. Dlatego zakladam najgorsza sytuacje.
Cordelia Everpromise: W najgorszej sytuacji jestesmy stratni do dziesieciu tysiecy kredytow. I nie zyskujemy nic w zamian.
Padawan|Fell Mohrgan: <<Blahe pól procenta na jednej dowolnej umowie handlowej to przy tej skali juz jakies 10 razy te koszty, o których mówia. Z samej reklamy na Hakassi jakie Prakith jest super od lokalnych bohaterów sa juz zyski na durnej turystyce ponad to. <Przesyla od n>>
'Bait': To wtedy ida do piachu, tak jak mowilem.
Padawan|Fell Mohrgan: <<*niechcenia na holodate Alory> Jesli musze cos takiego tlumaczyc babie która powinna w tym siedziec 20 lat, to nie mamy zadnych szans.>>
Padawan|Fell Mohrgan: <<Chca nas wyruchac i nic innego.>>
Cordelia Everpromise: Jelsi zabezpieczymy sie przed ta ewentualnoscia... nawet jelsi Jedi zostawia nas z niczym, nie zostawia nas ze stratami.
Padawan|Fell Mohrgan: <<Zaoferuj im 30 tysiecy kredytów z góry niezaleznie od powiklan albo to jebac.>>
Uczen Jedi|Alora Valo: To co przedstwial Padawan, jesli dobrze to zrozumialam, to... bardziej wizualizacja tego, co moze przyniesc ta wspolpraca. Ale - stratni nie bedziecie. Jak mowia Panowie z WSK, przed funduszami z Prakith nie uciekniemy.
Padawan|Fell Mohrgan: <<Bo to chore.>>
Cordelia Everpromise: Nie wiem tego, pani Valo. Nie rozmawialam tu z reprezentantami rzadu. Rozmawialam z osobami ktore moga, ale nie musza, miec jakis wplyw na rzad innej planety.
Uczen Jedi|Alora Valo: A w imieniu naszej grupy jestem w stanie zagwarantowac pokrycie kosztow ewentualnych strat.
Cordelia Everpromise: Jesli WSK jest w stanie offiarowac swoj czas, jesli podpiszemy umowe o odzyskaniu ewentuyalnych kosztow akcji, przy reszcie pozostanie nam wylacznie zaufac, ze mowia panstwo o czyms, co moga faktycznie osiagnac.
Uczen Jedi|Alora Valo: Nawet jesli zginiemy - bedziecie mogli dochodzic roszczen od moich przelozonych.
Padawan|Fell Mohrgan: <<Daj 30 kafli z góry, to trzykrotnosc. Nic wiecej. Miejmy rozum i godnosc.>>
'Grom': Dobra, nie srajmy sie o marne dziesiec klockow. Jak cos to ich zajebiemy i wtedy tez powiem ze warto bylo.
'Bait': No jak sie zesra to ich nie zajebiemy, Grom. Robota wykonana. Dopiero w sytuacji, jak nas oszukaja z umowami.
Cordelia Everpromise: Dlaczego? Rownie dobrze Jedi chca wynajac Was w celu zalatwienia wlasnych interesow. Cala reszta moze, ale nie musi byc prawda.
Uczen Jedi|Alora Valo: <Uniosla nieznacznie brwi na krotki moment, slyszac slowa zolnierza.>
'Bait': Powinni byc swiadomi, ze nas sie w chuja nie robi. Mieli na to twarde 5 lat z atomowkami na lbie.
'Bait': I wiezda doskonale jakimi srodkami dysponuje Prakith, by zalatwic to co trzeba, jak zrobia nas w pizde.
'Grom': Damy im powiedzmy miesiac, czy tam dwa na zalatwienie tej umowy, a jak nie to wiadomo...
'Bait': Mysle, ze nie sa az takimi debilami zeby robic na *jakos to bedzie, moze zapomna*.
Cordelia Everpromise: Jelsi koszty przekrocza koszty regularnej akcji i normalnego zuzycia sprzetu, panstwo je po prostu pokryja. Co do reszty, Prakith zostala jedynie wiara w to, ze gdzie indziej sa panstwo w stanie osiagnac wiecej, niz tu.
Uczen Jedi|Alora Valo: Prosze mi uwierzyc. Gdyby to nie bylo konieczne, nie wracalibysmy tutaj.
Cordelia Everpromise: Obawiam sie, ze jesli Jedi uznaja, ze nic nie zroobia w sprawie umow, nie bedzie mozna niczego wyegzekwowac. Rzad Hakassi nie ma z tym nic wspolnego.
'Bait': I swietnie. Wtedy zalatwimy to czarnym rynkiem, tak jak mowilem.
'Bait': Czarny rynek jebie rzady i ekstradycje.
'Grom': Zakulisowo.
Padawan|Fell Mohrgan: <Wlaczyl elektroniczna ksiazke 'Banki i rynki finansowe - od zaufania publicznego do kasyna'. Czyta bez pospiechu strona po stronie. Jak zawsze omija wprowadzenie i zaczyna od razu od Rozdzialu I>
Cordelia Everpromise: <Przez chwile pisze cos na cyfronotesie; nastepnie polozyla urzadzenie na stole i pchnela w strone Alory> Prosze. Zobowiazanie pokrycia kosztow akcji WSK, jesli straty przekrocza normalne zuzycie sprzetu. Kwota od trzech do dziesieciu tysiecy.
'Bait': Quane polozy pewnie z checia nagrode za leb Valo nawet z wlasnej hipoteki.
Cordelia Everpromise: W zaleznosci od strat w sprzecie i ludziach.
'Grom': Ja sie tez dorzuce.
Cordelia Everpromise: Prosze podpisac wlasnym certyfikatem.
'Bait': Jak wyjebiesz lbem i poplamisz krwia to tez sie liczy, bo DNA.
Uczen Jedi|Alora Valo: Mowi Pani tak, jakbysmy poza naprawianiem bledow nic tu wczesniej nie robili. Pomagalismy na wielu frontach, czesto wlasnie w interesie Prakith. Sama nie jestem po prostu w stanie zagwarantowac nic konkretnego. Co nie zmienia faktu, ze moze byc to...
Cordelia Everpromise: Czy zyczy sobie pani odtworzyc tresc dokumentu? Dla osob z ubytkami wzrokowymi.
Uczen Jedi|Alora Valo: ... wymierne.
Uczen Jedi|Alora Valo: Zaufam Pani w tej sprawie.
Uczen Jedi|Alora Valo: Tak samo jak musicie zaufac Wy nam.
'Bait': Nie musimy Wam ufac. Robimy interes, z glownie korzyscia dla Prakith.
Cordelia Everpromise: Moze to byc wymierne, ale nie musi. Widzi pani, nasza historia nie pozwolila na zbudowanie zbyt wielkiego zaufania.
'Bait': Dyktujemy cene, bo mamy tu jak widac monopol na nasze uslugi.
Padawan|Fell Mohrgan: <Wskakuje na murek. Siedzi sobie z notesem i czyta>
Cordelia Everpromise: Pan Mohrgan mowil bardzo pieknie, ale czy jego slowa maja jakiekolwiek realne pokrycie?
'Bait': <<Te, ulubiony Adept i Padawan. Zbawco tej grupy. Chodz tu. Mamy interesik.>>
Padawan|Fell Mohrgan: <<Pewnie.>>
Padawan|Fell Mohrgan: <Zeskoczyl szybko i przetarl zmeczona twarz>
Uczen Jedi|Alora Valo: <Zabrala cyfronotes i podpisala sie. Jesli wymagany przy takich rzeczach jest certyfikat z dokumentu, dostacza go, czy skanuje.> Mowi Pani, ze nie pozwolila zbudowac zaufania? Wiem, ze to bylo naprawianie bledow moich martwych poprzednikow, ale...
'Bait': Czytaj co tu naskrobane, zeby nie bylo. Valo chce ufac na slowo, a to troche slabe.
'Grom': Mohrgan, ja ty zes mnie teraz zaimponowal normalnie. Tylko ty potrafisz cos ugrac wysrywajac sie na umowe. Szacun.
Padawan|Fell Mohrgan: Stanelo na czym... Kolwiek? Mhm. Pewnie. <Pochylil sie i zaczal recytowanie tekstu>
Uczen Jedi|Alora Valo: ... naprawde wszystko co mialo miejsce po bylo tak calkowicie pozbawione sensu i chociazby kszty zaufania z czyjejkowliek strony?
Uczen Jedi|Alora Valo: To ja juz nie wiem.
Padawan|Fell Mohrgan: <Parsknal cicho> Dzieki. Powiedzialem co moglem, wiec dalej, jak mawiacie sami, na chuj drazyc, nie?
Cordelia Everpromise: Nie, prosze panow.
Cordelia Everpromise: To nie o to chodzi. Panie MOhrgan, ja po prostu nie mam powodow wierzyc, ze pan nie klamie.
Uczen Jedi|Alora Valo: Podpisuje zobowiazanie zwrotu kosztow zwiazanych ze stratami poniesionymi w akcji.
Cordelia Everpromise: Wiecej slow nie uwiarygodni tresci.
Cordelia Everpromise: Jedyna forma zabezpieczenia i konkretu to umowa, gdzie panstwo pokrywaja nasze ewentualne strarty. Reszta to gdybanie, bajanie, wymyslanie.
'Grom': Kurwa... Jedyny to zczail... I to kurwa ten ostatni.
Padawan|Fell Mohrgan: <Dalej recytuje spokojnie tekst do Alory. Oparl sie lekko o stolik>
Cordelia Everpromise: Nie dostalam nic, co by jakos uwiarygodnilo to, co pan mowi. Mowi pan pieknie, ale czy to prawda? Nie wiem.
'Bait': Spokojna glowa, Pani Cordelio. W razie czego ich zapierdolimy. A przy okazji dobrze jest miec nadzor nad tym, co robia - biorac w tym udzial.
Cordelia Everpromise: Z gory zalozylam, ze pan mowi o czyms wyssanym z rekawa. O czyms, co sie nigdy nie zadzieje. To byl najwiekszy problem tych negocjacji, nie stal za panem absolutnie nikt, nawet posredni urzednik z Hakassi.
Cordelia Everpromise: Nawet pan nie mial pisma od kogokolwiek, gdzie byloby napisane, ze jest pan oficjalnie przypisany do jakiejs sprawy w imieniu Hakassi.
'Bait': Zeby sie nie okazalo, ze kurwa wezwali teraz jakies kurwa Matki Kultu ze dwie, ktore byly zaklete w Przedwiecznej Kuchni.
Cordelia Everpromise: Poza tym, ze pan tam mieszka i obiecywal cuda na kiju, to nie dostalismy nic poza spisem ulic.
Padawan|Fell Mohrgan: Mówilem dokladnie czemu. Mam tylko dowody naszej reputacji.
Padawan|Fell Mohrgan: To wszystko sprawy na reputacje.
Padawan|Fell Mohrgan: <Dalej próbuje przeczytac tekst> Int +2
Cordelia Everpromise: Dlatego prosze sie nie dziwic, ze podchodze sceptycznie do Panskich wplywow gdziekolwiek czy chocby do ffaktycznej reputacji.
Uczen Jedi|Alora Valo: Wplywy wyssane z palca tak jak pomoc w powstrzymaniu inwazji zaledwie kilka parsekow od Prakith.
'Bait': Moze. Mieszkalas tu piec lat i powinnas miec swiadomosc tego, ze Prakith ma wyjebane na wszystko, co poza Prakith. Jestesmy samowystarczalni.
'Bait': Pewnie, to zasluguje na uznanie. Ale generalnie calosc sie strasznie neutralizuje biorac pod uwage wkurwianie i destabilizacje piecioletnia.
'Bait': Ale czego ja oczekuje od kogos, kto z byle pierdola krzyczal *wsk, wsk pomoz, jestem padawanem i atakuje mnie jeden kultysta*.
Padawan|Fell Mohrgan: <Podpisal sie, dorzucil skan dokumentów i kiwnal glowa>
'Grom': Leci riposta.
Uczen Jedi|Alora Valo: No tak. Po prostu ciesze sie, ze tutaj nie dotarla. Razem z silami Hakassi to zapewnilismy. Osobiscie na prosbe gubernatora wtedy jeszcze Ord Trasi zdemaskowalam szpiegow Yuuzhan. Moj Mistrz osobiscie pomogl im oczyscic planete z niedobitkow.
Cordelia Everpromise: Prosze sie nie dziwic, nie maja panstwo u nas zbyt wielkiego kredytu zaufania.
Uczen Jedi|Alora Valo: To sa po prostu fakty, nie domysly. <Wzruszyla lekko ramionami.>
Padawan|Fell Mohrgan: Sa na to raporty, swiadkowie. A co do Prakith, pelna zgoda. Mysle, ze nikt z kawalkiem mózgu nie ukrywa, ze bylismy zaraza tej planety.
Cordelia Everpromise: Najwyrazniej lepiej pani sobie radzila poza domem. Pech, byc moze.
'Grom': Dobra Valo. Skoncz pierdolic, podpisuj i zbieramy sie.
Padawan|Fell Mohrgan: Dopiero ostatnie dwa lata to byl inny sklad.
Uczen Jedi|Alora Valo: Juz podpisalam.
'Bait': Szanujemy Was osobno - jak na przyklad Mohrgana. Zajebisty gosc.
'Bait': Ale dalej mozemy na Was srac jako grupe. Ot. Przyzwyczaj sie wreszcie.
'Grom': No to zajebiscie.
Cordelia Everpromise: Zaufanie buduje sie dlugoterminowo. Podwaliny, ktore zostawili Wasi poprzednicy, nie tak latwo jest wymazac z pamieci. Nie tak latwo tez nadrobic.


Finałem tego wszystkiego było dogadanie się oficjalnie na spłatę kosztów powyżej tego jednego dnia operacji. I nieoficjalnie że załatwimy to o czym była mowa, albo wynajmą kogoś, by dojechać mnie i Alorę. Tak czy siak, po koszmarnych, epickich męczarniach i wyzwaniu nie z tej ziemi, udało się… Do czegoś tam dotrzeć. Uh.[/quote]

A. Dostałem pewien… Zabawny prezent od kolegów z WSK. Otóż. Z biologicznych pozostałości Angara Makkaru wypiekli karykaturę kryształu do miecza świetlnego w piecu takim jak nasz, robiąc to po prostu dla jaj i śmiechu. “Majestat Koruna”.

Zostało wziąć mapy i ruszyć na wzywanie Voliandera. Poszliśmy do kwater i zaczęliśmy wołać go po kilkanaście razy, aż mógł wyczuć, że dużo się o nim myśli i gada. Przewidywalnie, wściekł się. Poczułem się niemożliwie okropnie. Jakby rozrywano mi głowę i fizycznie wtłaczano do niej inny obraz. Bez żadnego… Okresu przejściowego, bez odpływania. Fizycznie rozrywane wszystko wokół. Doznanie było koszmarne. Wszystko co później było jeszcze gorsze. Znalazłem się w świecie fikcji. Pozornie piękne, malownicze ziemie wokół, spokojne trawy, biegające wokół zwierzaki… Ale to wszystko było boleśnie nienaturalne. Czułem całym sobą, że każdy skrawek powietrza jest fałszywy. Że woda nie jest prawdziwa. A jednocześnie odbierałem to w stu procentach jak prawdziwe, jakbym przebywał we śnie, wiedział o tym, a nie potrafił zrobić niczego, by się obudzić. Ogarnął mnie atak paniki. Znieruchomiałem i jedyne co mogłem robić to oddychać. Uczennica przejęła dowodzenie. I tak wolałem, by tak było, bo ona znała “Mistrza Voliandera” lepiej (WSK w teorii też, ale do nich nie miała ręki). Bardzo dobrze jej w tym szło. Voliander był wściekły za zakłócanie mu spokoju. Dał nam 20 zdań, by przekonać go. W środku powietrza pojawiła się klepsydra, oczywiście tak prawdziwa i nierealistyczna naraz, jak to możliwe. Od tego właśnie momentu tak do końca pękłem. Uczennicy jednak udało się dobrze zagrać na związkach Voliandera z tą sytuacją, wadze dla Prakith i tak dalej, zachowując niezbędną dla Voliandera uprzejmość i uniżenie. Sprawienie, by nas nie usmażył poszło jej znakomicie. Voliander… Był na nas przede wszystkim wściekły za sam fakt powrotu i zrujnowanie mu pięknego epilogu. Nie chciał nas więcej widzieć po tamtej “finałowej scenie”. Znacie go dłużej niż ja, lub wcale. Albo nie muszę tłumaczyć… Albo nie dam rady tłumaczyć. Nie widziałem jednak żadnych szans na przekonanie Voliandera do osobistego wsparcia. I tak jedno złe słowo i by nas usmażył. Skąd wiem? Sprawdźcie moją kartę medyczną… Sprawdźcie jak mało trzeba, by ten facet cię usiekał. Lecz mniejsza z tym, ostatecznie Uczennica rozwiązała to świetnie. A wokół nas biegały jakieś… karykaturalne, dziwne, bardzo obłąkane eopie. Każdy z tych fikcyjnych zwierzaków zachowywał się jak w jakiś sposób zwichrowany… Uh. W końcu wyszliśmy z tego czegoś… Budząc się ze szkicami Voliandera na mojej holodacie, na mapach od WSK.

Ruszyliśmy w drogę. Wiadomo było, gdzie Mistrzyni i reszta przechwycili uciekającego Voliandera, mapy były niezgorsze, w końcu znaleźliśmy dany rejon. I tu oczywiście zaczęły się schody. Mapy tuneli od WSK, powstałe na bazie wysyłania sond w miejsca oznaczone bardzo mgliście przez wciąż zaginionego Rahadio Sanarisa, były bardzo luźne i ogólne, a szkice Voliandera niewiele lepsze. Samo znalezienie wejścia było mordęgą. W końcu je odkryliśmy, zasypane, zakopane, lecz szybko się z tym uporaliśmy. I zaczęła się okrutna tułaczka. Spędziliśmy tam kilka godzin, badając w połowie na oślep na bazie tych generycznych map. Tunele były ciasne i klaustrofobiczne. Chodziliśmy na czworaka. Powietrza często brakowało. Potrzebowaliśmy nieraz kilkunastu minut bezruchu, by w ogóle złapać dość powietrza. W każdej sekundzie czuliśmy tkwienie dziesiątki, setki metrów pod górami, w wyciętych tunelach… Wrażenia były nieopisanie złe. Nic nas nie bolało. To była męczarnia psychiczna, zwłaszcza przez te godziny, może i 10 godzin wędrowania przez co najwyżej… 15 kilometrów? Zgaduję tylko. Mapy i nasze badania wymagały ton powtórek i zakręcania, a mój mózg często zawodził i źle oceniał to i owo.

Ale w końcu zrobiło się… Jaśniej. Resztę opisze Uczennica...


Uczeń Jedi Alora Valo

W końcu po długiej przeprawie przez ciasne korytarze skalne pod górami - znaleźliśmy się w miejscu, które wskazywało na jakąkolwiek ingerencję istot rozumnych. Przejście stawało się coraz szersze, podłoga jednolita, udeptana. W oddali dostrzegliśmy działalność Kultu. Płaski mur i łuk kryjący pod sobą wejście głębiej do konstrukcji w środku góry, wydaje się zakopanej setki metrów pod ziemią. Cali przesiąknięci wilgocią i brudem, zmęczeni powoli zbliżyliśmy się. Była to prosta konstrukcja wbudowana w skałę. Typowa dla nich. Zagłębiając się w Moc dostrzegłam w pobliżu wyraziste aury, ponad idącego z przodu Fella. Nie zdążyłam jednak o tym wspomnieć, czy nawet napomknąć. Zaraz po zaprzestaniu tego “skanu” poczułam na poliku skoncentrowaną wiązkę ciepła. Nie przemyślałam tego dobrze, poczułam się, jakby ktoś miał mnie na muszce i… w pewnym sensie tak też było. W pośpiechu uchyliłam się i włączyłam mechanizm. Była to czujka, fotokomórka, a z nią zsynchronizowane ładunki wybuchowe, które zabrzmiały ledwo kilka metrów za nami. Nieprzyjemna powtórka z ostatniej przygody z Padawanem Okka’rinem. Oboje rzuciliśmy się przed siebie, ledwo umykając gorącemu podmuchowi i zakopaniu pod kilometrami skał. Gdy kurz opadł, znaleźliśmy się w środku. Z jedyną drogą ucieczki zamkniętą za nami.

Ostrożnym, powolnym krokiem zbliżyliśmy się do znajdującej się kilkanaście metrów przed nami rozległej sali z wielkim filarem na środku. Tam już na nas czekali. Wygląda na to, że od dawna. Zaczęli od wyrazów triumfu. Seallenchi mówił im, że tak będzie. Na to właśnie czekali. Jedi przybędą w to miejsce, a ich powinnością będzie skończenie z nimi. Próbowałam opóźnić konfrontację, spróbować wyperswadować im zaistniałą sytuację, ale Fell też, z tym, że znacznie bardziej agresywnie, dogłębnie i… szczerze. Nie minęło chwila, jak zostali wyprowadzeni z równowagi. Jeden z nich rzucił się na Padawana. Włączyłam miecz i wskoczyłam między nich. Nie było odwrotu. Albo my, albo oni.

Byliśmy na przegranej pozycji. Nie byli to pierwsi lepsi kultyści. Umieli walczyć, dobrze współpracowali. Nie dawali odetchnąć. Chwile walki z jednym z nich to było wyzwanie dla mnie, nie mówiąc już o Fellu. Czułam, że to może być nasz koniec. Pomieszczenie nie było duże, ale z każdej strony zamknięte. Trzy przejścia zasłonięte były przez potężne, skalne drzwi a wyjście za nami zasypane. Próbowałam wszystkiego, starałam się pomóc Fellowi na tyle, na ile byłam w stanie, ale to na nic. Oboje byliśmy już ciężko poranieni. Padawan w ostatnim podrygu, gdy Kultyści zaczęli już triumfować nad swoim zwycięstwem, spróbował czegoś nietypowego. Ruszył na jednego z kultystów dosłownie - z pięściami. Miał solidne protezy, wykorzystał to. Zaskoczył go. Przeciwnik się zdecydowanie tego nie spodziewał. Nadchodzący w jego stronę cios sparował protezą i wbił się w kultystę. Minęła chwila i obaj znaleźli się na łopatkach. Nie wiedziałam, czy przeżył. Drugi kultysta nie dał mi chwili, ale teraz przynajmniej musiałam się martwić tylko jednym z nich. Ból dawał się we znaki, ale po przedłużającej się walce już pomyślałam, że może mi się udać. Niestety, ostatecznie wykonał przeskok, który mnie zaskoczył, a jego ostrze praktycznie ucięło mi nogę. Próbowałam jeszcze coś zrobić, Fell też próbował, ale na próżno. To byłby nasz koniec, gdyby nie dość niespodziewany gość. Ojciec Neila nas uratował, pozbawił przytomności ostatniego przeciwnika. Szczęśliwy traf, zaiste. Daliśmy mu holodatę, by wezwał pomoc z zewnątrz, a sami skupiliśmy się na utrzymaniu przytomności i przeżyciu. Ostatecznie jednak ja na pewno, Fell chyba też - straciliśmy przytomność.

Obudziliśmy się już w szpitalu gdzieś na Prakith, a czekał przy nas już jeden z WSK. Po krótkiej rozmowie z komandosem, doktorem, rozeznaniu się w naszym marnym stanie zdecydowaliśmy się tam wrócić. Nie o własnych siłach, oczywiście. Wypożyczyliśmy wózki, WSK zabrało nas na miejsce i ruszyliśmy z powrotem, mając nadzieję, że pozostawiony tam przez naszego wybawiciela - Rycerza Slorkana - kultysta dalej będzie przywiązany.

Na miejsce trafiliśmy znacznie szybciej niż za pierwszym razem. W trzy godziny. Kultysta próbował się schować w Mocy, ale jego więzy przy jednym z pali były wciąż widoczne. Przystąpiliśmy do przesłuchania. Wpierw próbowaliśmy mu przemówić do rozsądku, bez przemocy. Skłonić do wyjawienia tajemnicy. Jedynym jednak co udało nam się od niego wyciągnąć było to, że “coś” zdecydowanie stamtąd uciekło i oni o tym wiedzieli. Był jednak jednym z tych najbardziej upartych, do którego argumenty nijak nie przemawiają. Gdy już wiadomym było, że całe nasze gadanie na nic - komandos WSK z pomocą Fella przystąpił do przedstawiania swoich “argumentów”. Przyłożyli mu szmatę do twarzy i zaczęli ją zalewać wodą. Był tam też pewien droid specjalista od WSK, który jawnie obeznany był w metodach. Obliczył dawki tortur tak, by kultysta przypadkiem się nie utopił. Trwało to dłuższą chwilę. Przygotowywali już zdalnie sterowaną pompę, która miałaby dodawać wrażeń unieruchomionemu kultyście, aż w końcu pęknął. Zaczął mówić.

Ku żadnemu zdziwieniu - okazało się, że im nie wyszło. Miał być to rytuał, który zerwał by łańcuch, połączenie Voliandera z Prakith, albo by zespolić Jasną i Ciemną Stronę Prakith. Kultysta nie był pewny, to wiedział tylko Seallenchi. Wiedział jednak co chcieli osiągnąć. Sięgnąć “pierwotnej Mocy” przez Voliandera, czegoś, co miało być elementarną naturą planety związaną z życiem, Mocą, by za jej pomocą pozbyć się nas. Długimi tygodniami odurzali go, kontynuując swoje próby, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Zarzucał to nam, Mistrzyni Vile, Jasnej Stronie na Prakith i… mógł mieć sporo racji. Tamto miejsce było wyjątkowo specyficzne, przytłaczające. W Mocy wydawało się, jakby nastąpiła tutaj bitwa dobra i zła, a po niej pozostały porozrywane skrawki tego, co znamy jako Jasną i Ciemną Stronę Mocy. Plącząc się i wykrzykiwując z siebie dość ogólnikowy opis tego jak Voliander zdołał się uwolnić i wypuścić “coś”... w końcu wspomniał o czymś, co przykuło naszą uwagę. Był tam ktoś “nieznajomy”. Ktoś, kto najwyraźniej był gościem Seallenchiego, “Przybysz oznaczony Prawdziwą Mocą”, o czerwonej skórze, czarnych włosach i płomiennych oczach. Sith? Możliwe. Sam kultysta nie wiedział jednak skąd się on wziął. Twierdził, że to mogli wiedzieć Seallenchi, albo “starszyzna”, którą miał wybić Rycerz Avidhal. Ten jednak ich nauczał. Pomagał im w przygotowaniu tego rytuału, ale w nim samym już nie brał udziału. Przekazał Seallenchiemu jakieś artefakty, na których kultysta widział symbol znaleziony przez Arelle. Oznaczał jakieś tajemnicze zło, jakąś istotę grozy, był wykorzystywany w alchemii Sith, ale nic więcej nie wiedział. Ponad to była z nami grupa naukowców, która to miejsce. Znaleźli DNA nasze, Voliandera, a także odkryli, że znajdująca się w podziemnym kompleksie woda była… praktycznie pozbawiona jakiegokolwiek życia, mikroorganizmów. Niczym woda otaczająca nasza placówkę.

Po wszystkim “więźnia” zabrali kultyści Voliandera, a my ruszyliśmy w drogę do domu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan, Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 566
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 03 sty 2020, 20:43

Zamknięcie Sprawy Tulkkina, Ramię Aqualisha, Nowy Mieszkaniec

1. Data, godzina zdarzenia: 19.12.19, 22:00-3:30

2. Opis wydarzenia:
Wybaczcie kiepsko brzmiący tytuł - tamtego dnia dużo się działo. Ale do rzeczy.

Wywiad w sprawie Tulkkina
Prawie dwa tygodnie temu odwiedził nas konstabl Kallis, który wcześniej przesłuchiwał Violet w sprawie zaginięcia Tulkkina. Przyjechał, żeby nas poinformować, że Rodianin jest najprawdopodobniej martwy.
Nie udało im się namierzyć jego komunikatora, a on sam nie kontaktował się z nikim z rodziny, pracy czy Żywmaxu. Policja zebrała zeznania z firmy jego ojca, ale pracownicy nie byli zbyt wylewni i nie chcieli mówić o potencjalnych problemach Tulkkina, ale już w hurtowni, w której rano, przed rozbiciem promu w naszym jeziorze, robił zakupy, ludzie byli bardziej rozmowni. Jak się okazało, tamtego dnia, przed hurtownią, dokonano morderstwa jakiegoś analityka finansowego – pana Xarhtace, a Tulkkin stwierdził, że chce się szybko wymknąć, żeby tego nie oglądać, ale nie potrafił się zdecydować na sposób wyjścia z budynku. Pracownicy hurtowni wspominali Rodianina jako kogoś, kto nie odznaczał się ani intelektem, ani życiową zaradnością, z czego policja wywnioskowała, iż mógł mieć duży problem z odnalezieniem się w świecie i społeczeństwie. Wyciąg z jego karty kredytowej sugerował natomiast, że Tulkkin wydawał dużo na alkohol, co w połączeniu z wywiadem z osobami mającymi z nim styczność i zeznaniami Rycerza Slorkana jednoznacznie wskazało to, że nieradzący sobie życiem i pracą Rodianin mógł faktycznie targnąć się na swoje życie.
Wtedy Violet zauważyła, że Tulkkin miał też inny problem, czyli to, że *nabruździł sobie u Jedi*, ale konstabl przemilczał tę uwagę i poinformował, że służby zaprzestają jego poszukiwań ze względu na rozmiar jeziora. Violet zostawiła nas wtedy samych, a pan Kallis zapytał czy może sobie pozwolić na drobny komentarz i stwierdził, że kiedy przyjechał po raz pierwszy, nabrał dużych podejrzeń co do naszej grupy po tym, jak Violet zaczęła tytułować mieszkańców rycerzami i mentorami. Przyznał, że uznał nas wtedy za sektę, a jak wiadomo sekty i zaginięcia czasami są ze sobą powiązane. Zwaliłam wtedy winę na religijność Mirialan, ale konstabl powiedział tylko, że to w zasadzie nie jego sprawa, ale chciałby tylko zwrócić uwagę, że otwarta religijność i mówienie o nas jak o sekcie może budzić podejrzenia. Potem rozmawialiśmy już tylko chwilę. W przyjaznej atmosferze odprowadziłam go do śmigacza i udałam się do ambulatorium.

Ręka Aqualisha
Na miejscu przeprowadziłam dokładną analizę ręki, która została nam wysłana wraz z mieczem Rycerza Fenderusa. Wypisałam wszystkie wcześniejsze urazy Rycerza i zaczęłam żmudne porównywanie. Krew z kończyny została odessana, a ona sama wysuszona i zakonserwowana środkiem RSC-25 służącym do izolacji biologicznej. Sam środek też sprawdziłam i niestety żaden z niego trop – to bardzo popularna substancja na Hakassi i nie tylko.
Rozmiar kończyny okazał się typowy dla osoby o wzroście między 170 a 174cm, czyi kogoś co najmniej 4cm niższego od Rycerza. Śladów po urazach też nie znalazłam, ale o ile złamania i rozcięcia mogły być zaleczone bactą, to ręka nie nosiła śladów po przeszywąjaco-płatowych ranach obu dłoni po przebiciu antena. Na podstawie gęstości kości, szczątków układu krwionośnego i mięśniowego określiłam wiek byłego właściciela ręki na 23,1 do 24,9 lat. Próbowałam też przeprowadzić analizę bakterii znajdujących się na dłoni, jednak sama kończyna była już znacznie zanieczyszczona florą z Hakassi i samej bazy.
Podsumowując, nie wiem kim był były właściciel ręki, ale postaram się to jeszcze zbadać. Grunt, że nie Rycerza.

Przybycie Rycerza Hookera
Kiedy już byłam poza ambulatorium, dostałam wiadomość od SDK o kimś w szatach Jedi zbliżającym się pieszo do bazy. SDK wykrył gościa z prawie dwóch kilometrów. Na tym etapie nie był w stanie wiele powiedzieć, jednak wraz ze zbliżaniem się nocnego gościa, droid mógł mi podawać coraz więcej szczegółów. Przyznam szczerze, że trochę się zaniepokoiłam kimś kto w środku nocy idzie powoli przez most w szacie. Najpierw myślałam, że to Thon, ale SDK wykrył normalny humanoidalny sposób chodzenia – nie lewitowanie. Kiedy droid uznał, że to mężczyzna, zaczęłam podejrzewać Klona, ale nie – nie miał żadnych widocznych protez. Sithem też nie był, bo był biały. Dużo myśli przechodziło mi wtedy przez głowę. Ostatnią zaraportowaną cechą gościa było to, że ma od 40 do 60 lat. Nic mi to nie powiedziało, ale ten zbliżał się już do pola, więc z blasterem w dłoni wyszłam mu na spotkanie.
Gość wydawał się bardzo rozkojarzony. Na początku trudno mi nawet było ustalić kim jest, ponieważ twierdził, że imiona to tylko fanaberia rodziców. Mężczyzna znał jednak naszych Mistrzów i innych Jedi, których znałam z raportów. W dodatku, SDK stwierdził, że nasz gość znajduje się na liście osób, które można wpuścić do bazy. Wyłączyłam pole i zaprowadziłam zakapturzonego mężczyznę do kwatery.

Kolejnego dnia okazało się, że przybyły jest Rycerzem. Nazywa się Shadal Hooker i jest przyjacielem Mistrzyni. Co więcej, przyprowadził ze sobą zwierzątko - starego howlera, którym kiedyś opiekowała się Mistrzyni.
Sam Rycerz robi czasami wrażenie odrobinę roztargnionego, ale to przemiły człowiek. Howler natomiast dużo w życiu przeszedł i może być trochę spłoszony w nowym miejscu - bądźcie proszę dla niego wyrozumiali.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
  • Prawie dwa tygodnie po tych wydarzeniach konstabl Kallis znowu się z nami skontaktował. Przekazał, że zwłoki Tulkkina zostały wyrzucone z wody od strony wschodniej. Jego ciało było praktycznie zmumifikowane - wyschnięte i pozbawione większości substancji. Sprawa została zamknięta. Za przyczynę zgonu uznano samobójstwo.
  • Ze względu na zbyt intensywny ruch w wyższych i niższych warstwach atmosfery, SDK nie będą już raportować o zbliżaniu się maszyn do bazy. Raportowanie o wejściu w przestrzeń naszego budynku pozostaje bez zmian.

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 331
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości

cron