Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 15 wrz 2019, 21:21

Kolejny atak Thona

1. Data, godzina zdarzenia: 14.09.19, 21:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Zamówione paliwo jest już w bazie, a Pitek tankuje wszystkie pojazdy - na tym dobre informacje się kończą. Ale przejdźmy do szczegółów.

Połączenie o od kuriera, który nie mógł wjechać swoim transportowcem na most, dostałyśmy z Violet wczoraj wieczorem. Po krótkich zawirowaniach logistycznych wyjechałyśmy po paliwo - Violet myśliwcem, ja śmigaczem. Wydawało się nam, że zrobimy kilka kursów i wrócimy do swoich zajęć, ale wystąpiły pewne komplikacje.
W czasie, gdy ładowaliśmy paliwo, podjechał do nas młody chłopak, który twierdził, że jego mama zasłabła. Błagał o pomoc i był wyraźnie roztrzęsiony. Po wszystkim, co nas spotkało w terenie na Hakassi, zaczęłam podejrzewać, że to zasadzka, ale zdecydowałyśmy się zaryzykować i udzielić pomocy kobiecie. Violet poleciała myśliwcem, żeby z góry ocenić sytuację, ja zawróciłam do bazy po medpakiet, a pan kurier wykazał się niezwykłym zrozumieniem i obiecał zaczekać.

Kiedy dojechałam, na miejscu czekała na mnie już Violet, chłopak i jego nieprzytomna mama. Oceniłam wstępnie jej stan i podałam stymulant. Pewne było jedno - kobieta potłukła się po upadku. Niestety, nie byłam w stanie określić czy stało się to w wyniku zwykłego zasłabnięcia, czy ataku Thona. Postanowiłyśmy przewieźć ją do bazy, ale wtedy na drodze stanął nam uzbrojony Weequay.
Dla odmiany, tym razem był to Weequay, który nie tylko nie chciał nas zgwałcić, ale wziął nas za gwałcicieli i stanął w obronie nieprzytomnej kobiety. Po dłuższej chwili przekonaliśmy go jakoś, że chcemy jej tylko pomóc. W zasadzie, bardziej przekonał go medpakiet i trupioblady syn kobiety niż nasze słowa, ale przynajmniej doszliśmy do względnego porozumienia. Weequay polecił nam zabrać pacjentkę do *ośrodka naukowego za mostem* i ostrzegł, że będzie nas obserwował ze swojego śmigacza powietrznego, żebyśmy nie próbowali zabrać jej gdzie indziej. W sumie, chociaż straciłyśmy trochę czasu, to było to całkiem miłe z jego strony.
Kiedy już byliśmy na miejscu, wyciągnęliśmy kobietę z myśliwca. Plan był prosty. Ja miałam skoczyć po obiad dla kuriera (tak w ramach przeprosin), a Violet z Tarenem (synem kobiety), wyciągnąć z Y-TIE beczkę z paliwem. Potem Violet miała polecieć po resztę zamówienia, a ja zająć się nieprzytomną. Niestety, po powrocie na dach, zastał mnie widok Violet i chłopaka z beczką na stopach. Taren nie ucierpiał zbyt mocno, ale jak się okazało później, Violet jak najbardziej. Zlekceważyłam wtedy jej stan, podałam medpakiet i pobiegłam za chłopakiem ledwo wlokącym bezwładną matkę.

Już ambulatorium, zaczęłam badać kobietę nieco dokładniej. Nie miała żadnych złamań, a wyniki (niski puls, ciśnienie, temperatura ciała i poziom składników odżywczych we krwi) wskazywały na silne osłabienie pochorobowe. Jej syn jednak uparcie twierdził, że na nic nie chorowała. Atak Thona ciągle chodził mi po głowie i już miałam powiedzieć Tarenowi, że zatrzymuję jego mamę na obserwację, gdy kurier przekazał mi, że z Violet jest coś nie tak.
Kurier był wyraźnie zmartwiony stanem Adeptki, która ponoć była potwornie słaba. Przyznaję, lekko wtedy spanikowałam i nawet nie dopytałam czy jest przy transportowcu, w drodze do bazy czy w samej bazie. Zostawiłam Tarena z w miarę stabilną matką i pobiegłam na zewnątrz. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że Violet jest wciąż razem z kurierem i nawet odpaliłam już śmigacz i przejechałam kawałek, ale zawróciłam w końcu i odnalazłam myśliwiec bezpiecznie zaparkowany na dachu.
Weszłam do środka i wyciągnęłam zupełnie bezwładną Violet, po czym przeniosłam ją do ambulatorium. Po szybkich oględzinach, doszłam do wniosku, że jej stopy, chociaż potwornie zbite i opuchnięte, nie mogą stanowić źródła problemu. Funkcje życiowe Violet słabły pomimo podania stymulantu. Ledwo już oddychała. To musiał być Thon. Chwilę wcześniej, odesłałam Tarena do kuriera, żeby przywiózł resztkę paliwa. Zostałam sama ze świadomością, że nie dam rady wciągnąć Violet do wanny z gorącą wodą. Wcześniejsze noszenie kanistrów, matki Tarena i Violet naciągnęło mi chyba każdy mięsień w ciele, ale trzeba było coś zrobić. Zepchnęłam Adeptkę z łóżka i pociągnęłam pod prysznic. Jakimś cudem się udało. Potem odkręciłam bardzo gorącą wodę. Nie wiem ile miała stopni (może 60, może 70), ale parzyła. Pomyślałam jednak, że lepsza poparzona Violet niż martwa i skierowałam na nią strumień chcąc odciąć ją od działania Thona. Kiedy zobaczyłam, że Violet zaczyna reagować, zmniejszyłam temperaturę wody do poniżej 50 stopni i ogrzewałam ją dalej. W tym czasie Taren zajmował się dowożeniem nam paliwa.

W końcu Violet zaczęła odzyskiwać przytomność. Widząc bąble na jej ciele, znów odrobinę zmniejszyłam temperaturę do wody. W łazience było jednak tyle pary, że miałam nadzieję, że Thon już tam nie wróci. Po jakimś czasie (całe ogrzewanie zajęło koło godziny), Taren dojechał z ostatnią partią paliwa. Razem z nim wyciągnęliśmy Violet spod prysznica, osuszyliśmy i przebraliśmy. Potem, wspólnymi siłami, zaciągnęliśmy ją do ambulatorium. Jej temperatura utrzymywała się na poziomie około 36 stopni, a puls 45 uderzeń na minutę. Stan matki Tarena również się nie pogarszał. Rozłożyliśmy termosy na ciałach obu poszkodowanych i przykryliśmy je. Nie podawałam im jeszcze ani glukozy, ani witamin, żeby nie kusić Thona do powrotu. W międzyczasie spryskałam jeszcze poparzenia Violet bactą. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

  • Thon znowu zaatakował poza obrębem jeziora. Ciekawi mnie jednak to, że jeśli matka Tarena też była jego ofiarą (a tego wciąż nie wykluczam), to dlaczego zostawił jej syna w spokoju. Wyczuł zbliżającą się Violet? Nie mam pojęcia. Porozmawiam z kobietą, kiedy odzyska przytomność. Może ukrywała jakieś wcześniejsze problemy ze zdrowiem z troski o syna.
  • Przy Tarenie wypsnęła mi się nazwa *życień*. Chłopak myśli, że to choroba, od której się mdleje i którą się leczy podgrzewaniem chorego. Nie wyprowadzałam go z błędu, żeby po powrocie do domu nie wzbudzał paniki u innych.
  • Terral Undo, kurier z PPT Virn-Dur wykazał się ogromną cierpliwością i został przed bazą do czasu dostarczenia ostatniego kanistra. Obiecałam wysłać do jego firmy mail z oficjalnym podziękowaniem (zaraz wysyłam wiadomość). W razie, gdyby miał kłopoty z wytłumaczeniem się przed szefami, załączam dane do jego firmy. Może wiadomość od kogoś ważnego go uchroni przed potencjalnymi konsekwencjami.
    Terral Unda, PPT Virn-Dur, częstotliwość 23745:42:11:47. Skrzynka holomail: ppt_virn_dur//hk.en

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Adept
 
Posty: 122
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 03 paź 2019, 20:39

Rozmowa z Thonem

1. Data, godzina zdarzenia: 25.09.2019 23:30-02:00

2. Opis wydarzenia:

Jak zapowiedziałem, tak czynię. Przed wami sprawozdanie z poprzedniej konfrontacji z aurożercą Thonem.

Po ostatnim treningu z mistrzynią Elią i Denarskiem, wymęczeni ciężkimi ćwiczeniami, usłyszeliśmy głos. Najłatwiej można ten głos przyrównać do odległego wiatru, płynącego z gór, który jakimś cudem układa się z sylaby, próbując tworzyć jakąś namiastkę mowy. Dźwięk ten słyszany był przez każdą osobę obecną wtedy w bazie, bez względu na miejsce pobytu – tj. przeze mnie, Denarska, mistyk Elię oraz Arelle i Violet. SDK nie wykryły żadnego głosu, ale wykryły jakieś zmiany w powietrzu.

Po kilku tego typu wymianach ja straciłem wzrok – dosłownie, przestałem widzieć cokolwiek, tylko całkowitą czerń. Na początku spanikowałem, nie wiedząc, co się stało. Gdy odzyskałem świadomość, postanowiłem wykorzystać ten moment i sięgnąć poprzez Moc ku źródłu tej straty. Na początku oczekiwaliśmy, że to sprawka Thona lub Sitha. Moje – oraz równoległe mistrzyni – użycie Mocy potwierdziło, że to ten pierwszy. Sięgając mentalnie poprzez nurt Mocy ku temu, co odebrało mi wzrok, poczułem tą samą mieszaninę cierpienia, chaosu i śmierci, istny huragan. Doświadczyłem również coś nowego – miałem wrażenie, że widzę jakiś związek z Prakith oraz z wojną. Nie jestem pewien, jaka była natura tego połączenia. Być może był to aspekt tego, jak Thon powstał. Być może było to to, co Thon pochłonął z aur swoich ofiar – nie wiemy.

W końcu medytacja udała się – jak, nie mam pojęcia. Wybudziłem się z niej otwierając oczy, do których trafiło światło tak, jak powinno. Nie wiem, jak długo tak trwałem, ale byłem zlany potem. Od Denarska usłyszałem, że cały czas krzyczałem niemiłosiernie – pewnie efekt tego huraganu cierpienia. W tym czasie mistyk Elia – jak wspomniałem powyżej – również zbadała Thona. Stała na skraju wody jeziora, czyniąc nieznane nam rzeczy poprzez Moc. Ja sam nie do końca pojmowałem wydarzenia wokół siebie, byłem niejako w transie.

Zacząłem przemawiać w stronę nieba, w stronę aurożercy, licząc, że odpowie. Gdy spytałem go wprost, patrząc w stronę jeziora, dlaczego pozbawił mnie wzroku i czy miało to związek z moim wcześniejszym doświadczeniem go, usłyszałem ten sam głos oraz poczułem zawirowanie powietrza wokół siebie. Na tym komunikaty się skończyły.

Ja i Denarsk dołączyliśmy do mistrzyni, będąc gotowymi do spróbowania ochronienia jej w razie ataku Thona. Momentami zdecydowanie mieliśmy powody do rozpatrywania ataku. Im dłużej mistrzyni sięgała ku Thonowi, tym bardziej byt reagował. W oddali na tafli jeziora kłębiły się coraz to większe masy wody. Ostatecznie powstał potężny huragan wody. Trwało to kilka minut, lecz w ostatecznie przestało. Woda uspokoiła się, SDK zakomunikowały zniknięcie dziwnych zachowań powietrza, a mistrzyni przestała korzystać z Mocy, podeszła do nas i wyjaśniła wszystko.

Thon uciekł w wyniku działań mistrzyni. Odkryła ona, że nie jest jeszcze świadomą istotą, ale powoli może się nią stawać. Ponadto, nie żywi się aurą samą w sobie. Odżywia się tymi częściami naszych aur, które odpowiadają wspomnieniom i wpływowi śmierci i cierpienia na nas. Jak mistrzyni powiedziała, Thon "żywi się naszym rozpamiętywaniem śmierci". I z tego, co zjada, buduje swoją własną osobę – nawet jeśli nieświadomie i mimowolnie. A uciekło dlatego, że jego natura zbudowana jest ze śmierci i cierpienia, a mistrzyni pokazała mu w jaki sposób może przetworzyć tą jego istotę w coś przeciwnego, w życie. To go przestraszyło.

Teraz opiszę swoje własne oraz innych wnioski. Stracić mogłem wzrok przez to, że wcześniej umysłem sięgnąłem do Thona. Kontakt z nim fizyczny daje mu możliwość zjadania aur... być może kontakt poprzez Moc również to umożliwia, ale w inny sposób. Być może moje sięgnięcie ku niemu również go spłoszyło. Żerowanie na cierpieniu byłoby dobrym wyjaśnieniem tego, że aurożerca miał niewielki wpływ na Violet, w porównaniu z tym na Ninę – ta druga zdecydowanie więcej się w życiu nacierpiała. Co więcej, Thon mógł wybrać to miejsce na legowisko nie ze względu na nas, a ze względu na ilość wraków i zwłok w jeziorze – to miejsce pełne śmierci.

Kolejne wnioski z pewnością pojawią się w nadchodzących czasach. Thon ewoluuje, rozwija się – i domyślam się, że nie minie dużo czasu, zanim przemówi świadomie. Bądźcie czujni.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 451
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Violet Suntessi dodano: 11 paź 2019, 13:20

Thon i jego nowa umiejętność

1. Data, godzina zdarzenia: 10.10.19; 20:00 - 01:00

2. Opis wydarzenia: Właśnie szykowałam się na trening swojej grupy, gdy usłyszałam komunikaty, które wyraźnie sugerowały, że coś się stało. Wyszłam na zewnątrz, a moim oczom ukazała się Arelle i Edgar. Mówili, że Redge zabrał jeden ze śmigaczy, dokładnie ten stary policyjny... I wjechal nim do wody. Alora go odwiozła do hangaru, ale jest zniszczony, odpadły z niego jakieś części, które przyniósł SDK i położył na półce w hangarze, obok bramy. Trening adeptów, SDK sprawdzał postępy Arelle w róży wiatrów. Ja stałam z boku, rozmawiałam z Alorą, przypomniała mi teorię z obrony, którą przerabiałam prawie miesiąc temu z Fellem, Edgar pojedynkował się z Redgem w walce wręcz, bo ten chciał się pobawić w adepta. Najpierw wykonał sto przewrotów na belce, potem chciał walkę wręcz z Edgarem, ale chyba zmienił sobie moc na protezach, więc Padawan się zgodził. SDK uznał, że belka nie stanowi dużego wyzwania dla Arelle, więc przenieśliśmy się ponownie na zewnątrz. Wskazał jej jedną z poręczy, kazał na nią wejść i tak ćwiczyć. To bardzo dobry sposób, sama tak ćwiczyłam przed zaliczeniem z róży.

Trening trwał w najlepsze, Arelle wykonywała ciosy coraz lepiej, coraz bardziej nad sobą panowała. Trening niedługo po tym się zakończył, a ja wskazałam Adeptce nieco lepsze miejsce do treningu róży, na murku, lądowisko Y-TIE. Podczas gdy Arelle ćwiczyła - dołączył do nas Edgar z Redgem. Padawan wrócił właśnie po rozmowie, gdyż przychodziło połączenie od Sił Specjalnych Sojuszu Galaktycznego, a adresatem był nie kto inny, jak właśnie nasz Padawan. Redge udał się do bazy, a nasza czwórka zaczęła rozmawiać o Edgarowym klonie, o którym ten rozmawiał z Sojuszem. Nie minęła chwila, a nasze rozmowy przerwał znany już dobrze głos. Głos Thona.

Nie zwlekając udaliśmy się do środka, przystanęliśmy na korytarzu obok sali konferencyjnej i biblioteki, nad kantyną. Arelle chyba poszła chwilę wcześniej odprowadzić Redge'a i zajrzeć do Rycerza Ashtara. Stojąc tak na korytarzu, słyszęliśmy cały czas ten przerażający głos. Alora skojarzyła, że jest on związany w jakiś sposób z mową Yuuzhan Vong, Edgar zaczął medytować, próbując najwidoczniej wejść z nim w ponowną interakcję, a ja... Cóż. Zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu, bo wzrok mam nienajgorszy... I zauważyłam, że wiatr, kurz, piach spod butów unosi się w zupełnie inną stronę, niż mogły na to wskazywać działające wentylatory. I wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Ukazała nam się... Uczennica. Tanna Saarai. Siedziała zaraz przed drzwiami na zewnątrz, do przejścia pomiędzy budynkami. Zniknęła dość szybko, na tyle, że Edgar jej nie zauważył. Thon najwyraźniej... Tworzy manifestacje, korzystając z aur zaatakowanych osób. Zaraz po zniknięciu Tanny weszła Arelle, powiedzieliśmy jej wszystko, a nim się obejrzeliśmy - kątem oka zauważyłam bothanina w sali konferencyjnej. To był Denarsk. Próbowałam mu się przyjrzeć, by zauważyć coś nienaturalnego... Ale to coś nie chciało, bym się wpatrywała. Nie potrafię tego nazwać, w jakiś sposób mi przeszkadzało - skutecznie.

Patrzyliśmy na Denarska, ustaliliśmy, że Thon najwyraźniej chce się z nami porozumieć, właśnie poprzez te dziwne manifestacje. Zauważyliśmy jedną nienaturalną cechę - wszystkie z aur, które widzieliśmy, stały w maksymalnym bezruchu. Byli niczym posągi. Denarsk zniknął, a my szukaliśmy kolejnej manifestacji. W tym samym miejscu co Tanna, pojawił się żółtoskóry Duros. Myślimy, że to może być kolejna ofiara... Na to wygląda. Arelle spróbowała go naśladować, gdyż ten jakoś dziwnie się obracał wokół własnej osi. Zniknął, a chwilę później pojawił się zaraz przed twarzą Adeptki. Edgar odskoczył, ale po chwili pociągnął Arelle, chcąc ją zasłonić - Duros zniknął.

Padawan poradził mi, bym stanęła między nimi, by mnie tak łatwo nie dopadł. Słusznie. Zeszliśmy potem do kantyny, gdzie ukazał się po raz kolejny Denarsk. Stał na szklanej poręczy, przy schodach na dół, obok wejścia do piwnic. Edgar zapytał go, czy chce nas zaprowadzić do piwnic, tam, gdzie Thon miewał swoją bazę, a może i dalej ma... Nie odpowiedział. Denarsk po prostu stał, jak posąg. Alora postanowiła zanurzyć się w Mocy, próbując się z nim skontaktować, a my nie wiedzieliśmy co mamy robić. Chwilę później Denarsk zamienił się w Tannę... I teraz chyba najdziwniejsze. Manifestacja ciągle zmieniałą swoją postać. Tanna - rodianin - Tanna - rodianin - Tanna... cały czas. Arelle twierdzi, że zmieniał się w tym samym momencie, w którym ona mówiła. Gdy mówiła Tanna - zmieniał się w Tannę, gdy mówiła rodianin - w rodianina. Nie wiemy kim jest owy rodianin. Manifestacja zniknęła, szukaliśmy kolejnej, a Alora tkwiła w medytacji.

I poczułam to znowu. Przenikliwy chłód przeszył moje ciało, tak samo, jak przy każdym ataku Thona. Powiedziałam, że znowu czuje chłód i po prostu stąd jadę. Wybiegł za mną Edgar, pojechaliśmy do łazienek, rozebrałam się przy jego pomocy i wsadził mnie do wanny z gorącą wodą. Tym razem jednak nie podziałało... gdy byłam już bardzo czerwona, robiło mi się coraz słabiej, ledwo oddychałam i po prostu przegrywałam z gorącem - myśleliśmy, że wywołaliśmy oczekiwaną gorączkę i jest już dobrze. Edgar mnie wyciągnął... I od razu powrócił chłód, wpadłam w drgawki, było mi bardzo słabo. Wsadził mnie do wanny z powrotem, gotowałam się ponownie... I za każdym razem przynosiło to takie samo ukojenie. Przyszła Alora i Arelle, Edgar im o tym powiedział. Myśleli, że chodzi o szok termiczny, że go doznałam. Tym razem gotowali mnie, ale stopniowo zmniejszali temperaturę wody, bym nie doznała szoku. Dowiedzieliśmy się, że Redge pływa w jeziorze, więc Arelle pobiegła z Edgarem go wyciągnąć. Alora została ze mną, a ja czułam, jak woda - choć ciepła - robiła się coraz zimniejsza, a mi było bardzo słabo przez zmiany temperatur. Edgar i Arelle wrócili. W pewnym momencie straciłam panowanie nad swoim ciałem, powieki samoistnie mi się zamykały, a ja nie miałam nawet siły, by je otworzyć. Wyciągnęli mnie, myśląc, że to tylko szok termiczny. Wytarli... Ale ponownie wpadłam w drgawki, chłód znowu przeszył moje ciało... To nie był szok. To był Thon.

Wsadzili mnie po raz kolejny do wanny, gotowali mnie, chcąc zmieniać się w nocy, by mnie pilnować, bym się nie utopiła. Tym razem naprawdę mnie gotowali, ciągle się ruszałam, by nie stracić panowania nad ciałem. Alora poszła do kwatery, Edgar poszedł się przespać, by mógł w nocy wytrwać. Chwilę później do łazienki wszedł Major Leecken, który dał tu bardzo ciekawą sugestię... Powiedział, że miał koszmar. Koszmar, w którym ktoś został zaatakowany przez Thona i Ci "debile" zamiast go gotować, to trzymali go w ciepłej wodzie. I to była trafna uwaga, bo nie wywołaliśmy gorączki żadnym gotowaniem, bo woda nie była dostatecznie ciepła. A Mistrzyni tyle razy powtarzała, że trzeba ją wywołać... A nikt nie pilnował temperatury mojego ciała, ja byłam zbyt wyczerpana, żeby normalnie myśleć, myślałam tylko o tym, by się nie utopić, by wytrzymać. Tym razem chyba się udało, Arelle wywołała gorączkę, Redge trzymał drzwi, by kłęby pary mogły się ulatniać. Co my byśmy bez niego zrobili...

Wyciągnęli mnie z wody, opatulili w koce, Redge przeniósł mnie do kwatery, gdzie Arelle dodała jeszcze termofory i postawiła termos przy moim łóżku. Powiedziała, że dzisiaj śpi ze mną, bo musi mnie pilnować w nocy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Thon potrafi tworzyć iluzje, manifestacje osób, których pożarł aury. Manifestacje są jak posągi, nie ruszają się. Gotowanie wyraźnie pomaga - dzięki niemu, działanie Thona jest zdecydowanie słabsze. Potrafi działać na mnie przez ponad dwie godziny, by w końcu mnie położyć. Nie bagatelizujcie uczucia chłodu, nawet podczas zimnych wieczorów. To się tyczy tylko tych, którzy byli gotowani... Czyli tylko mnie. Trzeba naprawić śmigacz policyjny, części są w hangarze.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Violet Suntessi
Adept
 
Posty: 118
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 13 paź 2019, 17:34

Kościół Ciemności - Hakassi

1. Data, godzina zdarzenia: 05.10.19; 21:00 - 00:00

2. Opis wydarzenia:

Zbadałam opisane przez Adeptkę Deron doniesienia o Kościele Ciemności, którego przywódca zdawał się wiedzieć dość sporo na temat dziwnego bytu, z którym zmagamy się już od dłuższego czasu. Thona, Życienia, Aurozjadacza, czy jak aktualnie kto teraz go nazywa. Przeszukałam informacje w holonecie i znalazłam coś, co zdawało się pasować do tej “organizacji”. Znajdowała się ona w małym miasteczku w Regionie III na Hakassi. Miejscu oddalonym od naszej aktualnej bazy o kilkanaście godzin podróży śmigaczem. U celu jednak nie było trudno ich znaleźć. Było to jedyne miejsce w centrum dość zrujnowanego, ubogiego miasteczka, które przypominało kościół, czy kaplicę.

Myślę, że większość z nas miała styczność z najróżniejszymi sektami tego typu, przykładem z Prakith - Kościół Voliandera. Nikogo raczej nie zdziwi, że postanowiłam rozpocząć konwersację z osobami w środku incognito. Dość szybko się jednak okazało, że nie była to konieczna ostrożność. Co z początku miało być dziwną sektą - okazało się zgrupowaniem całkowicie normalnych istot, a większość z nich łączyła tylko jedna rzecz. Doktnięcie przez to, co nazywam Thonem. Sami siebie nazywali Kościołem Uchodźców, a swojego przywódcę, nauczyciela - Prorokiem. Wypowiadali się o nim w samych superlatywach, wymieniając między innymi porównania takie jak “ktoś, kto w dwa tygodnie nauczy się lepiej twojego fachu, przy którym spędziłeś całe życie”. Opinię i przydomek, z którym mieliśmy styczność zawdzięczali opinii publicznej. Ciężko się dziwić. Ludzie często podchodzą z tego typu dystansem do organizacji skupionych na czymś... mniej przyziemnym. Poprosiłam o spotkanie, rozmowę z nim i nie mieli z tym żadnego problemu.

Dołączył do nas Cerenianin, ich przywódca o imieniu Vim-Ha. Ja sama zaś nie musiałam się przedstawiać. Z początku nie ukryłam tylko jednego faktu, że jestem Miraluką. Ich nauczyciel widać bardzo obeznany był w tym co się dzieje. Słyszał pogłoski o Jedi, którzy osiedlili się na Hakassi, wiedział jak nieliczną rasą jesteśmy my - Miraluka - i skojarzył, kim jestem. Nie wypierałam się. Wydawali się naprawdę poczciwymi istotami. Dalej przeszłam już do sedna sprawy. Próbowałam wybadać skąd i co wie na temat Życienia. Nie było łatwo z nim rozmawiać. Na pierwszy rzut oka wydawał się niezwykle inteligentny. Sam temu nie zaprzeczał, ale nie zaprzeczał też temu, że ciężko mu się rozmawia z innymi. Był wyjątkowo specyficzny. Ponad wszystko cenił sobie jedną rzecz. Wiedzę. Po kolejnych próbach okazało się, że czytał kiedyś o czymś podobnym, ale na znacznie mniejszą skalę. Były to jakieś stare, archaiczne pisma wykopane przez archeologów z planety Ossus, za czasów Nowej Republiki. Zaś to, z czym do czynienia mamy teraz to kolejny krok ewolucji. Istota znajdująca się w innym wymiarze, niż nasz, będąca fizycznie w naszym świecie tylko na tyle, na ile musiała. Coś niepowstrzymanego, co powstało samoistnie, naturalnie - by nas zastąpić. Zbudować nowy porządek świata. Tego też nauczał resztę tej organizacji. Pomagał im zaakceptować to jako coś niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju. Nie pogrążali się w żałobie. Wydawali się szczęśliwi, że przychodzi im spotkać się z czymś przełomowym. Na własne oczy zobaczyć kształtowanie się kolejnego etapu dla naszej galaktyki. Większość spostrzeżeń ich przywódcy mniej więcej pokrywało się z naszymi, jak między innymi to, o czym wspomniała Arelle, a odkrył Fell - ogień. Z tym, że doszedł do tego drogą dedukcji. W jakiś sposób to musi istnieć w naszym świecie. Organicznie. Czy to jako rój, czy coś innego. Twierdził też, że praktycznie niemożliwym jest go zniszczenie. Że jest w stanie przemieszczać się z wielkimi prędkościami, być w wielu miejscach jednocześnie. Doświadczyliśmy też tego na Prakith, ale sama nie byłabym jeszcze tego taka pewna. W drodze rozmowy stwierdził, że może gdyby spalić całą planetę, to udałoby się to powstrzymać. Niestety źródło, które rozpoczęło pogłębianie przez niego wiedzy na temat Thona - księgi z których korzystał przetrwały próbę czasu tylko w jego głowie.

Pomyślałam, że ktoś taki z pewnością mógłby się nam przydać w rozwikłaniu tej zagadki. Miał jednak wątpliwości, a przede wszystkim - nie chciał, by ten wyższy byt został powstrzymany. Słyszał o naszej grupie i naszej tendencji do przeciwstawiania się niemożliwemu. Możliwe jednak, że udało mi się go przekonać, a przynajmniej skłonić do przemyślenia tej propozycji. Zagłębiając się z nim w rozważania na temat filozofii ewolucji stwierdziłam, że jeśli miałoby się nam to udać, to byłby znak, że temu czemuś nie jest przeznaczone nas zastąpić, a jeśli byłoby odwrotnie - przynajmniej miałby większą szansę zgłębić tajemnicę tego, z czym przychodzi nam się spotkać. Powiedział, że przemyśli to. Przeczyta kilka książek na ten temat i dopiero wtedy podejmie decyzje. Poprosił, by skontaktować się z nim za przynajmniej kilka dni, żeby dać mu czas. Myślę, że miał już dość czasu na przemyślenia. Warto by spróbować ponownego kontaktu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Otrzymałam od nich częstotliwość kontaktową. Nie jest to kanał do kontaktu bezpośrednio z nim, bo takiego nie posiada, a raczej ogólna częstotliwość do ich placówki. Jeśli ktoś próbowałby dzwonić - pytajcie o ich Proroka, albo Pana Vim-Ha.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 459
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 23 paź 2019, 22:21

Awatary

1. Data, godzina zdarzenia: 22.10.2019 23:00-03:30

2. Opis wydarzenia:

Wczoraj miało miejsce coś absolutnie niebywałego. Po treningu padawanów otrzymaliśmy dość niepokojącą informację od SDK. Według droida, od strony plaży, przybyło do nas coś niezidentyfikowanego, co określił jako wodną formę w kształcie humanoida.

Popchnięta przez przytłaczającą ciekawość, wyszłam do Mistrzyni i Fella. Na tafli jeziora, przy samym brzegu faktycznie czekała na nas malutka, mierząca może pół metra wodna postać. Mistrzyni natychmiast ostrzegła nas, że ma ograniczone możliwości ratowania nas i brak dostępnych amuletów, Fell zaczął obmyślać jak spalić istotkę, a mnie coś dosłownie opętało. Nie, nie Thon. To nie było nic zewnętrznego, tylko wewnętrzna, obsesyjna chęć nawiązania kontaktu, którą budowałam w sobie przez ostatnie tygodnie w każdej wolnej chwili. Najpierw zawołałam manifestację, potem chciałam do niej podejść. Fell również zaoferował, że zbliży się do istoty, ale go zatrzymałam. Chociaż zwykle boję się byle złomiarza ze starym blasterem, to w tamtym momencie byłam absolutnie zdecydowana, żeby wyjść manifestacji Thona na spotkanie.
Trzymałam się myśli, że miałam już kontakt z Thonem, że nic mi nie zrobił, nawet kiedy medytowałam koło jego awatara w bazie. Starając się trzymać emocje na wodzy i intuicyjnie (czyli bez żadnego planu) unikając czegokolwiek, co mogłoby zachęcić Thona do wyssania ze mnie energii, zaczęłam powoli iść ku wodzie. Mówiłam standardowe *Tanna*, *Rodianin*, obracałam się wokół osi jak ostatnio, gestykulowałam, a manifestacja wciąż stała nieruchomo. W końcu jednak poruszyła się i zaczęła iść w moją stronę. Ja powoli się cofałam, a Thon szedł po moich śladach i rósł - fizycznie się powiększał. Dopiero wtedy, kiedy wodna postać miała już około metra, zaczęłam w niej rozpoznawać odbicie Mistrzyni – formę jej ciała i szat stworzoną z poruszającej się wody. Teraz, z perspektywy czasu, mam wrażenie, że tylko stałam istocie na drodze. Najpierw szła w moją stronę, później zwróciła się ku Fellowi, by w końcu minąć nas oboje i stanąć naprzeciw Mistrzyni. Przez chwilę stały tak oboje – twarzą w twarz. Wodna istota była dokładnym odbiciem swojego prototypu, osiągnęła już też rozmiar Mistyk Vile.

Wtedy, w powietrzu rozbrzmiał znajomy głos Thona, Mistrzyni próbowała skomunikować się z nim telepatycznie, a ja i Fell nagle padliśmy na ziemię rzuceni falą Mocy. Jeśli dobrze pamiętam, Mistrzyni uniosła Mocą trochę piasku i powiedziała nam, że Thon ją naśladuje. Nie pamiętam tego momentu dokładnie, ponieważ w tej samej chwili straciliśmy z Padawanem wzrok. To były dosłownie sekundy. Wzrok wrócił nam niemal natychmiast. Mistyk znów spróbowała telepatycznej komunikacji, my znów padliśmy na ziemię, a Fell słusznie zauważył, że Thon odpowiada użyciem Mocy na użycie Mocy przez Mistrzynię. Wszystko działo się… chciałabym powiedzieć, że szybko, ale nie mam pewności. Być może przez nadmiar wrażeń czas zdawał się płynąć inaczej.

Tak jak wcześniej wspomniałam, to był wieczór, w którym moje rozsądne myślenie i instynkt zachowawczy najwyraźniej zostały w bazie. Aż głupio mi się przyznawać, ale kiedy przypomniało mi się domniemane samobójstwo jednej z dawnych ofiar Thona, który pomimo wielonarządowej niewydolności wstał z łóżka, żeby wypruć z siebie flaki i własną krwią narysować na każdej ze ścian wciąż niezidentyfikowany symbol... cóż, postanowiłam odtworzyć ten znak palcem na piasku. Zarejestrowałam jeszcze jak przez mgłę słowa Mistrzyni o tym, że *Thona tu nie ma, tak jak jej nie było tam, a teraz on przyszedł do niej* i zabrałam się za rysowanie. Kiedy tylko skończyłam, awatar ruszył nagle w moim kierunku. Cała ucieszona czekałam w miejscu gotowa na konwersację pisaną na piasku, ale wtedy wodna istota zaczęła się powiększać do monstrualnej skali kilku pięter. To był moment, w którym odrobinę się w końcu przestraszyłam. Zatarłam szybko symbol i odeszłam na kilka kroków, a manifestacja skurczyła się do poprzedniego rozmiaru. Mistrzyni zauważyła, że to mogła być instynktowna samoobrona Thona w reakcji na jego własny strach przed symbolem lub wspomnienia jego ofiary związane ze śmiercią. Dlaczego Thon się przestraszył? Niestety wciąż nie wiemy, ale zdecydowanie warto bardziej się temu przyjrzeć.

Niezrażona, ciągle szukając dobrych chęci w Thonie, powiedziałam, że może spodobała mu się wizja przerodzenia bólu i śmierci w życie i przyszedł po więcej. Mistrzyni chyba miała podobny pomysł chwilę wcześniej, ponieważ kiedy to mówiłam, już zaczęła medytować. Manifestacja usiadła obok niej, w tej samej pozycji.
Zapytałam jeszcze Fella czy da radę wnieść nas obie, jeśli coś pójdzie nie tak. Przytaknął, a ja dołączyłam do kółeczka medytujących zatapiając się Mocy. Przyznam, że wiele to nie dało, chociaż znowu byłam w stanie wyczuć anomalię w zwyczajowym przepływie energii. Tym razem, starałam się ją jednak dokładnie zapamiętać. Czy to wyszło, wyjdzie w praniu.

Kiedy się wybudziłam Mistrzyni leżała na ziemi, a ja z Fellem czuliśmy coś dziwnego wokół siebie. Coś jednocześnie przyjemnego, ale jednocześnie przełamanego nutką goryczy. Nagle awatar zaczął się dziwnie i dość gwałtownie poruszać - nie mam pojęcia co to było. Taniec? Kulenie się? Grzebanie w ziemi? Nie wiem. Potem zaczął uciekać w głąb jeziora, a Mistrzyni powoli się wybudzać.
Rozmawialiśmy przez chwilę, aż przed naszymi oczami pojawił się Demolek. Stał tak jakiś czas wpatrzony w Mistyk Vile. Gdy zniknął, weszliśmy na teren bazy, a Mistrzyni włączyła pole siłowe i wyjaśniła, że przekazała Thonowi wspomnienie narodzin eopka. Trudnych narodzin z komplikacjami, które chociaż były pełne bólu, dały nam takie kochane zwierzątko.

Wtedy thonodemolek znów się pojawił. Stał smutny za polem siłowym, a ja zaczęłam namawiać Mistrzynię i Fella, żeby wrócili do bazy, zamknęli drzwi, a ja mu otworzę i zobaczę co się stanie. W razie czego, włączę komunikator i jeśli przestanę odpowiadać, to SDK mnie zgarnie. Pomyślałam, że Thon był już na terenie bazy i nic złego się nie stanie, a wyłączenie pola będzie oznaką dobrych zamiarów z naszej strony. Nie było jednak potrzeby wprowadzania planu w życie. Fantomowe zwierzątko pojawiło się przed nami, za plecami Mistrzyni.
Zapytałam czy pogłaskanie go byłoby złym pomysłem. Mistrzyni się zgodziła i... niespodziewanie sama pogłaskała thonozwierzaka. Iluzja zaczęła się do niej łasić z absolutną miłością i zaufaniem. Zebrałam się w sobie i również dotknęłam kopii Demolka. Wtedy... wtedy nie wiem co się stało. Projekcja zapiszczała, zapłakała wręcz i się odsunęła. Zabrałam dłoń w kompletnym szoku. Fell też spróbował głaskania, a awatar nie miał nic przeciwko. Chciałam jeszcze zachęcić Thona do *pobawienia się* ze mną, ale odskoczył. Wszystko wskazywało na to, jakby Thon, przynajmniej w formie eopie wyraźnie się mnie bał. Nie wiem, z czego to może wynikać. Z tego, że narysowałam symbol? Przez chwilę myślałam, że może to fragmenty Denarska, który zawsze trochę mnie unikał albo Violet, z którą w momencie pierwszego ataku nie miałam zbyt dobrych stosunków, mogły jakoś zadziałać, ale Denarsk w momencie wyssania aury jeszcze mnie nie znał, a drobne spięcia z Violet wydawały się niewystarczające.

Thonodemolek znów zniknął, pojawił się jednak Denarsk, który pokazał Mistrzyni jej walkę na Prakith, starcie Ciemnej i Jasnej Strony oraz ostatniego Starszego. Mistyk stwierdziła, że powstanie Thona coraz logiczniej wiąże się jej z tamtymi zdarzeniami, że być może w czasie walki, Moc faktycznie została uszkodzona, a Aurożerca jest czymś w rodzaju czarnej dziury Mocy.

Wodna istota znów się pojawiła. Poszliśmy za nią, do drzwi w pobliżu kwater. Tym razem awatar nie reagował już na mnie nerwowo, a ja znowu nabrałam chęci na otwarcie Thonowi drzwi. Pomyślałam, że może wczuł się w eopie i chce zobaczyć się z Naną. Przypomniały mi się legendy o Życieniu, który uśmiercał, ale też leczył i zaczęłam forsować ten pomysł. Fell zauważył, że Thon będzie potrzebował pomocy z otwarciem każdych kolejnych drzwi w bazie, więc może nie być aż tak groźny i być może warto spróbować dowiedzieć się, czego chce. W końcu, Mistrzyni zgodziła się i wpuściliśmy wodną istotę. Najpierw do bazy, później do kwatery, w której leżała Nana.

Istota ułożyła dłoń na Nanie i zaczęła wpływać do jej ciała tracąc humanoidalną formę. Eopie nadęła się cała, a Mistrzyni ukucnęła przy niej, najprawdopodobniej by wspierać zwierze Mocą. W pewnym momencie, Nana zaczęła wymiotować, ciągle nieprzytomna, ogromnymi ilościami wody z jeziora i zieloną treścią z żołądka. Wody wypływającej ze zwierzaka było mnóstwo, Mistrzyni podtrzymywała jej trąbkę, ale przejęłam to zadanie, żeby mogła się skupić na czymkolwiek, co właśnie robiła Mocą. W końcu wymioty ustały, a Mistrzyni oznajmiła, że Nana nie jest już chora. Że Thonn pożarł jej chorobę.
Fell pobiegł po wiadro i mop. Umył unoszoną w powietrzu przez Mistrzynię Nanę, a ja przygotowałam kroplówkę. Wciąż bardzo osłabiona eopie przebywa teraz w kwaterze Mistrzyni. Jest stabilna. Thon już się nie odzywał. SDK zaraportował tylko silne fale przy brzegu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Adept
 
Posty: 122
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 07 lis 2019, 2:08

Zbieranie informacji o Thonie

1. Data, godzina zdarzenia: 04.11.2019, 20:00-2:00; 05.11.2019, 20:00-02:00

2. Opis wydarzenia:


Ofiary Thona w Drand
Kilka dni temu odebrałam połączenie z Trzeciej Komendy Policji Regionu V i zostałam poinformowana, że w Szpitalu Hakassanskim w Drand znajdują się trzy kolejne ofiary Thona. To, że miałam problem z odstawieniem śmigacza po tym, jak Wężuś urządził sobie wcześniej przejażdżkę było pewnie znakiem, że nie powinnam była nigdzie jechać. Oprócz moich naturalnych zdolności do prowadzenia pojazdów, miałam też ogromne problemy z koncentracją. Ale cóż, pomyślałam, że i tak od miesiąca jeżdżę do Hakassi półprzytomna, to tym razem też się uda.
Wyjechałam do Drand i po kilkunastu godzinach, z drzemką na parkingu włącznie, dojechałam do szpitala. Tam czekało na mnie dwóch z trzech pacjentów przywiezionych po ataku. Po dość długiej rozmowie udało mi się ustalić, że Gaant Haru i Gal Brassk byli pracownikami sklepu chemicznego, którzy razem z nieżyjącym już kolegą - Warrusem Targari wyszli po pracy na papierosa. Wtedy też zauważyli, że w budynku obok światła zaczęły wariować. Jak to określił jeden z nich, cale oświetlenie i inne urządzenia zaczęły migotać w pokojach jak w jakimś horrorze. Następnie Warrus Targari zaczął krzyczeć, że widzi demona i zemdlał. Haru i Brassk dołączyli do grona nieprzytomnych chwilę później.
Wywiad z pacjentami był bardzo mozolny i przeplatany rozmową o ich chęci pozwania rządu Hakassi za to, że nie nie ostrzegają ludzi przed zatrutą Vongami ziemią. Próbowałam ich przekonać, że pozywanie pozostałości po Imperium nie jest dobrym pomysłem, ale jeden z nich był bardzo uparty. Po rozmowie z pacjentami, chciałam się spotkać jeszcze z ich lekarzem prowadzącym, ale już go nie było. Od ciągle zawieszającego się medycznego droida dowiedziałam się tylko, że przyczyną zgonu Warrusa Targari była hipotonia, a jego lekarzem prowadzącym był doktor Vinc Callko. Zadzwonię tam jeszcze.

Wypadek na farmie
Po wyjeździe ze szpitala udałam się do Tyriq. Przyznaję, przed kolejną drogą mogłam trochę odpocząć. Zmęczenie potwornie dawało mi się we znaki, a drzemki w publicznych toaletach za wiele nie pomogły. W którymś momencie najzwyczajniej odpłynęłam. Spadłam ze śmigacza, a ten wbił się w czyjąś stodołę. Można powiedzieć, że i tak miałam dużo szczęścia, bo wylądowałam w trawie, a nie na płonącej ścianie.
Podeszło do mnie dwóch krzyczących mężczyzn, ale nawet nie wiem co mówili i co ja mówiłam. Pamiętam tylko, że patrzyłam na spuchnięte, posiniaczone nogi. Jedna była złamana, jak się potem okazało, w dwóch miejscach, druga przecięta. Brzuch też miałam rozcięty, nadgarstek stłuczony. W pozostałych miejscach były już tylko siniaki i otarcia.
Mężczyźni zawołali lekarza, chcieli pieniędzy za zniszczenia, a w międzyczasie mieli dużo pretensji o to, że jestem kobietą i opłakiwali stodołę. W końcu lekarz, a raczej weterynarz przyjechał na miejsce. Był takim samym mizoginem jak reszta, ale przynajmniej nastawił mi nogę. Samo nastawianie było absolutnym koszmarem. Nie wiem ile trwało i skąd miałam potem trawę w ustach, ale ważne było to, że o kiju i z pomocą jednego z farmerów mogłam wstać. Zjadłam trochę nutripasty, weterynarz opatrzył mi resztę urazów, a znajomy farmerów wycenił straty. Zapłacenie za szkody bolało bardziej niż noga, ale przynajmniej nie musiałam płacić ze środków Jedi.
Dodatkowo, jeden z farmerów dał się przekonać, żeby odstawić to, co zostało ze śmigacza i mnie do Tyriq. Podróż była cudowna. W zasadzie nie sama podróż, ale to, że mogłam się na chwilę zdrzemnąć. Po przebyciu ponad 300 kilometrów zostałam wysadzona w przed zaniedbanym budynkiem, w którym mieściła się wspólnota Proroka.

Klasztor w Tyriq
W świątyni przywitało mnie dwóch mężczyzn, którzy od razu chcieli się zaopiekować moją potłuczoną osobą, ale powiedziałam im, że jestem już w miarę opatrzona i szukam Proroka. Przyznałam, że jestem od Jedi, i że miałam kontakt z Ciemnością, ale trochę inny niż pozostali. Nie chcieli mi wierzyć w utratę wzroku ani kontrolowanie wody przez Thona. W zasadzie, to podejrzewali chyba, że mam problemy z głową, ale zawołali przełożonego.
Prorok zjawił się dość szybko. Nie wydał mi się aż tak trudny do rozmowy, jak opisała to Alora, ale może po dłuższym kontakcie z Redgem, Lao i Rycerzem Teyem mam inne standardy. Prorok opowiedział mi o nieistniejących już zapiskach z Ossus, które mówiły o spaczeniu, które pożerało wszystko i było antytezą naszego wszechświata oraz Mocy, która go spaja. Ponoć to starożytne wynaturzenie też żywiło się życiem i zniknęło z planetą, na której się znajdowało. Prorok twierdził, że według zapisków, anomalia pozostawiała po sobie pustkę i pożarte życie, ale nie wiedział czy ktoś zniszczył planetę, by powstrzymać jej wygłodniałego mieszkańca czy mieszkaniec pożerał wszystko, aż pożarł ziemię, na której żył. Prorok wiedział tylko, że to wszystko miało miejsce w epoce kolonizacji galaktyki i wielu wojen religijnych użytkowników Mocy.
Zapytałam dlaczego jego wspólnota akceptuje Thona pomimo, że wiąże go ze starożytnym wynaturzeniem. Odpowiedź była dość prosta - akceptują go, ponieważ jest czymś nieuniknionym i uważają, że życie płynie, a potem się kończy, a naszym zadaniem jest wykorzystać czas, który pozostał.
W międzyczasie pokazałam Prorokowi symbol, który ostatnio zestresował Thona. Wcześniej pokazywałam go też Lao, który rozpoznał w nim coś podobnego do pisma Miraluk. Lao twierdził, że takie znaki są symbolami magii albo wzorami alchemicznymi. Wspomniał, że dzisiejsze symbole jego ludu są prostsze i mają ostrzejsze kształty, ale dawne były tak obłe jak to, co mu pokazałam. Lao powiedział mi też wtedy, że Miraluki nie pochodzą oryginalnie z Alpheridies, a z Katarr - planety, której nie ma już na żadnej mapie. Kiedy tylko Prorok zobaczył symbol, potwierdził słowa Lao. Dawno temu widział taki symbol w książce historycznej z Alpheridies, ale nie znał jego znaczenia, był zaledwie wspomnieniem ze zdjęcia przedstawiającego ścianę w jakiejś świątyni.
Rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo. Opisałam Prorokowi rzeczy, które ostatnio robił Thon. Prorok nie spodziewał się, że istota będzie ewoluować tak szybko i stwierdził, że mamy bardzo mało czasu. Mówił, że Thon najprawdopodobniej pogodzi z innego wymiaru, ale uczy się kontaktu z tym, jest pomostem między swoim światem i naszym. Powiedział, że na naszych oczach może powstawać coś jak nowa galaktyka. To było coś, o czym mówiła kiedyś też Mistrzyni.
O manipulacji wodą wcześniej Prorok też nie słyszał, ale doszedł do wniosku, że to logiczny wybór medium. Woda jest najbardziej zmienna, może odparować, skroplić się, objąć ogromny teren. Nie zmieni tak łatwo stanu chemicznego jak drewno albo inny materiał..
W sprawie samobójcy z uszkodzeniami neurologicznymi Prorok uznał, iż ten mógł mieć większą albo inną percepcję niż zdrowi ludzie - widzieć więcej, ale tego nie rozumieć.
Na koniec stwierdził, że mógłby nam pomóc, ale podzielił się już wiedzą, jaką posiadał i teraz może zrobić więcej dobrego w swoim zgromadzeniu.
Nagle, wrota klasztoru uchyliły się i zatrzasnęły prawie natychmiast, a do środka dostał się powiew zimnego wiatru. Tareko, jeden z członków wspólnoty, uznał że wrota były źle zamknięte, ale Prorok zaczął się w nie wpatrywać. W końcu zamrugał i krzyknął, żebyśmy biegli do środka. Poderwałam się, ale złamana noga szybko mnie uziemiła. Upadłam na posadzkę, ale Tareko pomógł mi wstać. Szliśmy tak przez chwilę, aż ten padł na ziemię. Po ścianie udało mi się dojść do wewnętrznego pomieszczenia. W tym samym czasie Prorok przebiegł koło mnie z miotaczem ognia. Nie widziałam co się działo w głębi korytarza, ale po chwili doszło do mnie ciepło płomieni, a Tareko został wciągnięty do środka. Prorok zablokował drzwi i powiedział, że Thon przyszedł tu po mnie. Zdąrzyłam tylko powiedzieć, żeby wsadzili poszkodowanego do gorącej wody aż wywołają gorączkę i zostałam z dwójką ludzi ze wspólnoty. Ciągnąc Tareko na górę, Prorok krzyknął jeszcze, że Thon musiał przyjść po mnie i żeby w razie czego spalić cały budynek, bo nawet jeśli świat umiera, oni nie muszą być pierwsi. Tyle w kwestii akceptacji apokalipsy.
Nie wiedziałam co robić, korciło mnie, żeby wyjść głównym wyjściem, ponieważ Thon wcześniej nic mi nie zrobił, ale pamiętałam co się stało z Violet, która została zaatakowana po urazie. Po zbiciu stóp chodziła, po zbiciu stóp i Thonie miała amputację. Słaby i stary Warrus Targari też średnio zniósł thonoatak. Wtedy ktoś z obecnych zaproponował mi wyjście oknem, ale ten pomysł na początku wydał mi się jeszcze bardziej samobójczy niż pójście do Thonna, szczególnie, że byłoby to moje pierwsze potencjalne starcie z Aurożercą, natomiast od okna to gleby było pięć, a może i dziesięć metrów. Panikowałam. Panikowałam bardzo. W końcu zamówiłam taksówkę, a zanim ta przyjechała rozważałam wszystkie za i przeciw. Byłam już pół żywa, pół przytomna, chciałam wierzyć, że Thon mnie nie pożre, ludzie mówili, że jestem debilem i okno to świetne wyjście. No i w końcu padło na okno. Z pomocą osób ze wspólnoty i pilota jakoś wyszłam i zeskoczyłam do powietrznego śmigacza, który ustawił się pod parapetem. O dziwo nie połamałam się bardziej i zostałam zabrana do Gialrith skąd poleciałam promem do Tuvili. Tam pozostało mi już tylko zamówić kolejną taksówkę, która zabrała mnie do bazy. Nie wiem ile przespałam. Teraz, po środkach przeciwbólowych nie jest źle. Mam nadzieję, że nie pominęłam niczego ważnego. Jakby co, jestem w kwaterze.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
  • Śmigacz, czerwony Flare-S jest zniszczony. Wrak został pod klasztorem w Drand
  • Nie mam pojęcia jak Prorok *zobaczył* Thona przy wrotach i skąd wiedział, że trzeba wiać.

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron

Aktualizacja:

Skontaktowałam się kościołem uchodźców i szpitalem w Drand. Oto szczegóły:

  • Prorok ponoć przewidział pojawienie się Thona wyłącznie drogą dedukcji. Doszedł do wniosku, że wrota nigdy się tak nie poruszały, a ja (wrażliwa na Moc) siedziałam bardzo blisko nich.
    Mężczyzna, którego Aurożerca zaatakował żyje i powoli wraca do zdrowia w szpitalu. Zapytałam też o śmigacz. Osoba, z którą rozmawiałam powiedziała, że nadaje się tylko na złom (poza tym można go transportować tylko na holu). Zapytałam Fella czy nie oddać im go na pokrycie kosztów leczenia, ale ten wpadł na lepszy pomysł. Zgromadzenie sprzeda Flare-S na złom, pokryje koszty leczenia i, jeśli coś zostanie, przeleje nam resztę pieniędzy.
  • Panowie Haaru i Brassk dochodzą powoli do siebie, ale zostają jeszcze przez tydzień w szpitalu.
    Nie wspomniałam o tym w pierwszej wersji raportu, ale kiedy mężczyźni mówili o pozywaniu rządu, przyznałam, że takie przypadki były już na Hakassi i trochę zbyt nadgorliwie broniłam rządu, który *coś ukrywa*, bo przecież jeśli *rząd* mnie wysłał, to chce dobrze. Niestety to tylko zmotywowało pana Haaru do podążania za pomysłem. Podejrzewał, że ziemia jest skażona czymś vongowym, ja zaprzeczałam i dawałam się wciągać w mało procentującą dyskusję.
    W razie komplikacji może być trudno podciągnąć ich przypadki pod te z Regionu IV. Poza tym, przy rosnącej liczbie ofiar, zapanowanie nad niepokojem może być generalnie bardzo trudne.
    Lekarz prowadzący pana Haaru powiedział też, że pacjent jest w złym stanie psychicznym. Pomyślałam, że odesłanie go na dłuższe leczenie z tego powodu to też jakieś wyjście.
    Zostawiłam kontakt do siebie na recepcji. Zadzwonię tam zanim wyjdą.
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Adept
 
Posty: 122
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Violet Suntessi dodano: 11 lis 2019, 15:06

Piętnastka Thona, rabunek i psychiatryk.

1. Data, godzina zdarzenia: 7.11.19, 21:00 - 3:30; 10.11.19, 17:00 - 0:00

2. Opis wydarzenia: Zaczęło się niewinnie. Siedziałam w naszej kantynie, popijając jak zwykle herbatę, bo chwilę wcześniej skończyłam trening. Zszedł do mnie Padawan Fell Mohrgan, który poinformował mnie, że Adeptka Deron się naćpała i trzeba ją zabrać do kwatery, związać i zakneblować. Tak też zrobiliśmy - wzięliśmy Adeptkę do najbliższej wolnej kwatery - czyli dwunastki - i posadziliśmy ją na łóżku. Poszłam do magazynu po sznur, którym okazała się linka holownicza i jakąś grubszą szmatkę. Wróciłam do owej kwatery, związałam ją i zakneblowałam, bo wygadywała i robiła naprawdę niepokojące rzeczy. Nieważne. SDK zaraportował nam chwilę później, że jakiś pojazd zatrzymał się na drugim końcu mostu i zaczął świecić awaryjnymi, wypadkowymi światłami w naszą bazę. Chciałam się skontaktować z załogą owego śmigacza, ale moje próby poszły na marne - wzięłam nasz ostatni sprawny dwuoosobowy śmigacz, FC-20 i pojechałam na miejsce, myśląc, że to naprawdę może być sytuacja awaryjna i będę musiała kogoś przetransportować do naszej bazy lub najbliższego miasta. Jak się okazało, nie był to żaden wypadek. Na miejscu zastałam dwóch funkcjonariuszy policji, alternów Gelid Terra i Vico Stunt, którzy powiadomili mnie o nagłym zasłabnięciu piętnastu osób, w regionie czwartym, przed jakimś centrum handlowym w mieście Skadiv. Pojechaliśmy do Tuvili, do kantyny, by tam o wszystkim porozmawiać.

Tuvila

Zajechaliśmy do pierwszej lepszej kantyny, bo Tuvila to miasto, w którym wszystko wygląda tak samo. Jeden z alternów trafnie to podsumował - skopiowano kilka bloków i wklejono je na obszarze całego miasta. Wszędzie prostopadłościany, sześciany, żadnych innych kształtów. Masakra. Kantyna w środku okazała się przyjemniejsza, niż z zewnątrz. Grała muzyka, a poza barmanem była masa granów, z piętra dochodził odgłos imprezy i głosy pijanych uczestników. Zamówiliśmy sobie po jednym hamburgerze i jednym cafie, po czym przystąpiliśmy do wyjaśniania całej sytuacji, z którą udali się do "Świętobliwych Jedi".
Dostałam rozpiskę ofiar, którą wam tu załączę, choć uprzedzam, że to zupełnie przypadkowe osoby z jednym wyjątkiem - większość to ludzie.
Ukryte:

Panowie alterni przyjechali z prośbą o pomoc. Nie wiedzieli o co chodzi, nie wiedzieli co powiedzieć rozwścieczonej i przestraszonej ludności, która oskarżyła o wszystko właściciela centrum handlowego. Ponoć ktoś im poradził skontaktować się z nami, powiedział gdzie może nas znaleźć, ale też powiedział, żeby uważać na jezioro, przez co bali się przejechać most. Powiedziałam im wszystko, co wiemy, że pracujemy nad tym, badamy sprawę tej anomalii. Wszystko zgrało się z jednym - z wypowiedzią Amera Doopsa, który został wsadzony do szpitala psychiatrycznego. Alterni chcieli wiedzieć tylko jedno - co powiedzieć ludności. Powiedziałam, że na pewno nie mogą się dowiedzieć całej prawdy, bo... To byłoby jak stado Tulkkinów. Musieliśmy wspólnymi siłami wymyślić, co wcisnąć ciemnocie. Pomyślałam, że przecież nie tak dawno naszą galaktykę zaatakowali Yuuzhan Vong. Rasa z innej galaktyki, nieznana, od nich mogło przyjść cokolwiek. Więc tak się stało. Panowie zwalili całą winę na kaprala, który wszczynał niepokój wśród ludności, że przemycił jakąś Vongijską chorobę. Żeby odpokutować, musiał pójść na szafot. Nie byłam fanką tego wyjścia, ale trzeba było działać szybko. Przed pójściem na szafot, mogłam zamienić kilka słów z panem kapralem.

Szpital psychiatryczny

Funkcjonariusze wypożyczyli śmigacz powietrzny z komisariatu w Tuvili, by jechało się przyjemniej, by nie marznąć. Pojechaliśmy do psychiatryka, w którym zamknięto kaprala Doopsa, bym mogła z nim porozmawiać. Cały szpital wyglądał, jakby nie był tylko ośrodkiem dla chorych psychicznie - był wielki i zadbany, a żeby przejść do cel, trzeba było trochę przejść. Przywitał nas doktor habilitowany Lemer Inahhis, ponoć wybitny doktor. Wiedział o całej sprawie, o której opowiedział mu chwilę wcześniej altern Terra. Zaprowadził mnie i pana Stunta do celi, w której trzymano kaprala, weszliśmy z doktorem do środka, a ja mogłam zacząć rozmowę. Opowiadał, że widział demony, widział, jak woda się unosi ze studzienki po tym, jak ludzie padli. Ta woda poruszała się sama, jak popchięta, płynęła z nurtem. Słyszał, że coś go nawołuje, jakby właśnie ta ciecz, która zaraz przed nim się wypiętrzyła. Gdy woda się rozprysła, były kapral Doops zemdlał, jak cała reszta. Gdy dowiedziałam się już wszystkiego, co miał mi Amer do powiedzenia - podziękowałam mu i wyszłam z celi. Porozmawiałam jeszcze chwilę z doktorem Inahhisem, który też uważał, że kapral sam sobie smrodu narobił i to jest najlepsze wyjście, dla dobra planety. Szkoda po prostu. Podziękowałam doktorowi i wyszłam ze szpitala. Wsiedliśmy z funkcjonariuszami do śmigacza, pojechaliśmy do Tuvili, a tam na komisariacie dostałam kubek cafu na drogę. Na odchodne alterni wspomnieli, że nie wiedzą na ile temat sprawnie się potoczy. To sprawa tajna, między nami, więc nic na jaw nie wyjdzie, a pan doktor podrzuci kapralowi jakieś vongowe świństwa. Nie czekając dłużej, wsiadłam na śmigacz i pojechałam w stronę naszej bazy.

Pustkowia Hakassi

I tu zaczyna się istny koszmar. Jadąc przez pustkowia, ujrzałam błękitny błysk, jakby jakiejś lampy, jakiegoś promienia, który wyłączył całą elektronikę w śmigaczu FC-20. Spadłam do jakiegoś zapadliska, obijając się mocno, a śmigacz zsunął się za mną. Czekała na mnie dwójka mężczyzn - jeden grubszy, człowiek, krótko ostrzyżony z brodą, drugi aqualish. Celowali do mnie z blasterów, byłam na przegranej pozycji od początku. Myślałam, żeby wyciągnąć miecz świetlny, to może by się przestraszyli... Ale nie chciałam ryzykować. Nie trenowałam nigdy odbijania pocisków blastera, więc zginęłabym tam, przerobiona na ser z dziurami. Kazali mi zeskoczyć na dół, na materac, a zaraz po tym wyciągnąć wszystko, co mam przy sobie. Aqualish przycisnął mnie do ściany, sprawdzając, czy na pewno wszystko wyciągnęłam. Człowiek zabrał śmigacz z góry, a gdy Aqualish upewnił się, że jestem czysta - odszedł, celując we mnie w dalszym ciągu blasterem. Zabrali wszystkie moje rzeczy - holodatę, blaster DL-18, miecz świetlny i ostatni sprawny dwuosobowy śmigacz, który akurat jest własnością pani Mistyk. Przepraszam. Fell powiedział, że dorwali granaty jonowe, którymi wyłączyli elektronikę w śmigaczu, a takie granaty są tylko na licencję, chyba, że z przemytu.

Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Było bardzo zimno, a ja tkwiłam w jakiejś dziurze z wrakiem. Nie znalazłam tam niczego pożytecznego, więc postanowiłam się jakoś wdrapać na górę. Droga na górę była szalenie trudna i wymagająca - musiałam się wdrapać kilka metrów w górę, a kamienie były śliskie. Wyczerpana wdrapałam się na górę, odpoczęłam chwilę i zaczęłam szukać czegokolwiek - jakiejś drogi, schronienia, ludzi, śmigaczy, czegokolwiek. Marzłam okropnie, a pomoc nie nadchodziła. Byłam zdana na siebie, po środku niczego, bez holodaty, bez broni. Całkiem sama. Żeby nie zamarznąć na śmierć, postanowiłam się ruszać, ćwiczyć - przez kilka godzin. Ćwiczenia były skuteczne, dostarczały mi ciepło, a ja widziałam na horyzoncie już wstające słońce. Zasłabłam chwilę później.

Obudziła mnie czyjaś obecność. Dwójka jaszczurów najwyraźniej sprawdzała, czy posiłek - którym byłam ja - jest bezpieczny. Słońce już zachodziło, a ja przespałam cały dzień. Byłam tak skostniała, że ledwo się mogłam ruszyć, podczas gdy dwójka drapieżników szykowała się do uczty z mirialanki. Próbowałam zachować spokój, jak to przy dzikich zwierzętach, ale nie zdało to egzaminu. Zaczęły szarpać moje buty, aż w końcu dałam za wygraną. Jeden z jaszczurów ugryzł moją protezę, wyłamując sobie przy tym zęba. Tym razem skupili się na moich dłoniach. Próbowałam jakoś ich nakierować, że dłonie to też protezy, ale to tylko zwierzęta... Odgryzły mi dwa palce z lewej dłoni, a prawa praktycznie nie istniała. Poszarpana w chaosie, palce wiszące na samych ścięgnach... Zawyłam z bólu, z agonii. Czułam przypływ adrenaliny i cholernego bólu, pomimo skostniałego całego organizmu, zaczęłam szaleńczo kopać protezami, a metal odstrzaszył jaszczury. Uciekły. Zostałam znowu sama, na środku pustkowia, z niedziałającą prawą dłonią i lewą, bez dwóch palców. Szukając drogi, krocząc od kilku godzin w tym samym kierunku, ujrzałam postać przy wygaszonym ognisku. Był martwy, zupełnie jak jego holodata. Był cholernie zimny, ale wyglądał na zdrowego. Ofiara Thona. Zdjęłam z niego kurtkę, żeby przetrwać mróz i założyłam ją na siebie.

Krocząc wśród cieni drugi dzień, czułam, że zaraz oszaleję. Wydawało mi się, że mijam to samo miejsce pięćdziesiąty raz, z czasem nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coś mówię. Mówiłam sama do siebie, ten okrutny scenariusz, odbił się na mnie mocno. Krocząc kolejne kilka godzin pośrodku niczego, natrafiłam na przecinające mgłę światła, co jakiś czas. Wiedziałam, że w końcu trafiłam na jakąś drogę, cieszyłam się. W pewnym momencie usłyszałam szum śmigacza, zaczęłam krzyczeć, prosić o pomoc, a ostatnie co pamiętam, to błysk lampy i chrzęst kości w moim ciele.

Szpital

Obudziłam się w szpitalu, nie wiem ile spędziłam tam czasu, ale w końcu czułam ciepło. I to wszystko. Nie czułam w ogóle nóg, nie czułam swojego ciała, nie czułam rąk, nie czułam dłoni. Ruszałam tylko głową, przykryta kilkoma kocami. Widziałam, że jestem podłączona do jakiejś aparatury, do kroplówki. Przyszedł do mnie lekarz, którego od razu poprosiłam, o powiadomienie znajomych. Zniknęłam w końcu na kilka dni, a mówiłam, że wrócę za niedługo. Nie dałam znać nikomu o niczym, sądziłam, że ktoś pojedzie mnie szukać, cokolwiek. Po dłuższej rozmowie z lekarzem, stwierdził, że jestem chora psychicznie. Ubrali mnie w kaftan bezpieczeństwa i przenieśli do specjalnej sali, której pilnował droid. Przyszła do mnie pani psycholog, która zaczęła ze mną rozmawiać, podczas gdy obok leżał aqualish. Krzyczał, że jest rycerzem Jedi i inne, zmyślone rzeczy. Wiedziałam już, że to nie był najlepszy pomysł, że mogłam poczekać, aż mnie wypiszą, potem wezwać taksówkę do bazy. Ale skoro już się w to wpakowałam, to musiałam się jakoś wyplątać. Zaczęłam rozmawiać z psycholożką o wszystkim i naprawdę brzmiałam wiarygodnie. Opowiedziałam jej całą moją historię, opowiedziałam jej jaka jestem i jak tu trafiłam. W naszej rozmowie przewinął się temat zatrzymania w kantynie w Tuvili z alternami Gelidem Terrą i Vico Stuntem. Po rozmowie, Gelid został wezwany. Przyjechał mnie odebrać, tłumacząc, że pewnie napastnicy podali mi jakieś chemiczne środki zaburzające... I dobrze. Zabrał mnie do bazy.

Baza Jedi na Hakassi

Altern Terra wysadził mnie na drugim końcu mostu. Podziękowałam mu za wszystko i poszłam w stronę bazy. Otworzył mi SDK, a ja w milczeniu przeszłam przez kantynę, prosto do swojej kwatery. Zabrałam komplet ciuchów i poszłam się umyć. Przez opatrunki mogłam umyć tylko dolną część swojego ciała, a i tak było to mocno utrudnione przez brak prawej dłoni, która została amputowana i lewej, ledwo sprawnej. Po kąpieli zeszłam do kantyny, Fell ugotował mi makaron, zjadłam go, porozmawialiśmy chwilę i poszłam do siebie, w końcu odpocząć we własnym łóżku.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Zajmę się sprawą śmigacza. Zadzwonie na policję, zgłoszę wszystko, wspomnę o tych granatach jonowych. Trzeba amputować moją lewą dłoń, jest do niczego. Mam złamane dwa żebra. Straciłam miecz świetlny i blaster DL-18. Napastnicy mogą nam przez miecz narobić syfu, więc no... Zajmę się tym. Wszystko zgłoszę. Przepraszam was.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Violet Suntessi
Adept
 
Posty: 118
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 12 lis 2019, 23:02

Wycieczka z napadem

1. Data, godzina zdarzenia: 11.11.19, 21:30 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Przed przeczytaniem poniższego, polecam zapoznać się z treścią tego raportu.

Wczorajszego dnia wybrałem się naszym Flare-S na małą wycieczkę. Chciałem odebrać zamówione jakiś czas wcześniej materiały na produkcję kryształów z Tuvili. Jednakże po drodze, tak jak adept Viola, oberwałem z działa jonowego. Na szczęście cały czas jechałem czujny, gotowy do zareagowania na jakiekolwiek możliwe źródło zagrożenia – ot lekcja nauczona po ostatnim ataku Kultystów na mnie, Alorę i Arelle na Prakith. Śmigacz oberwał, ale wyhamowałem go, po czym zeskoczyłem, samemu unikając tak trafienia – ze względu na moje protezy potencjalnie śmiertelnego – jak i kraksy.



początek części dla komendy Birell



Kiedy dostrzegłem lecący z moją stronę strumień błękitnej energii z działa jonowego, natychmiast wyskoczyłem z siedzenia śmigacza, lądując bezpiecznie kilkanaście metrów za nim. Moi napastnicy wielce się zaskoczyli, ale nadal byli zdeterminowani mnie okraść. Było ich dwóch – brodaty, szczupły człowiek oraz jeden starszy, gruby. Wykorzystałem to, pozorując na początku chęć poddania się. Uniosłem ręce w górę, trzymając w jednej miecz świetlny. Gdy pewni siebie mężczyźni zbliżyli się, zaatakowałem z intencją obezwładnienia obydwu.

Nie udało mi się skutecznie wykorzystać ich początkowego szoku, przez co jeden z blasterów mnie drasnął. Wycofałem się, aby ponowić atak po chwili oddechu, co obydwaj wykorzystali do ucieczki. Ich oddalenie się nie było jednak większym problemem. Użyłem Mocy, by jednego z nich powalić. Mężczyzna wpadł na swojego towarzysza, jeden z blasterów wypalił i ten grubszy padł trupem, przygwożdżając towarzysza – tragiczna śmierć, całkiem bezsensowna.

Dogoniłem ich w ciągu sekundy, obezwładniłem oraz skontaktowałem się z policją w Tuvili. Niestety, na początku nie było odzewu. Nie chciałem zostawić ciała pierwszego mężczyzny, a musiałem jakoś dostarczyć złapanego rabusia na komendę, pozostało zatem czekać na odpowiedź. Ta nadeszła – pośród bluzg, wrzasków i prób ucieczek aresztowanego. Zjawić się miało wojsko. Nie poinformowałem na początku o swojej tożsamości Jedi. Nie miałem jak jej udowodnić, a obawiałem się spławienia przez odbiorcę. W końcu ani Mocy, ani miecza nie zdołam pokazać przez słuchawkę.

Sam nie miałem pomysłu, jak skutecznie i trwale obezwładnić żywego napastnika. Ostatecznie postanowiłem ogłuszyć go jego własnym blasterem – prędzej upewniając się, czy rzeczywiście jest obdarzony trybem ogłuszającym. Zanim jednak ogłuszyłem więźniu, za moimi plecami pojawił się cywil – Gran imieniem Gurin. Przekonany, że wpada na scenę napadu, albo i mordu – ze mną jako oprawcą – zaczął przekonywać mnie, bym odpuścił i nie zabijał bezbronnego wówczas człowieka. Nie chciałem ryzykować, że Gran spróbuje obronić trzymanego na muszce brodacza, eskalacja sytuacji była niepotrzebna. Miałem miecz świetlny i czułem się bezpieczny, stąd oddałem broń Granowi, rękoma obezwładniłem człowieka, po czym zacząłem z nimi czekać na przyjazd wojska.

Moje zachowanie przekonało Grana, że nie jestem morderczym rzezimieszkiem. Dodatkowo, zastana przez cywila scena zgadzała się z moją wersją wydarzeń – unieruchomiony jednoosobowy śmigacz, dwa blastery, jedna osoba martwa i jedna nazywająca mnie mordercą, siebie również traktująca jako ofiarę napaści. Fakty pasowały tylko do jednej ofiary, a tylko moja wersja przedstawiała wydarzenia z taką pojedynczą jednostką, mnie, w roli napadniętego. Ponadto, wkrótce pojawił się również szturmowiec, przysłany przez komendę. Przedstawiłem się, a on potwierdził, że ja złożyłem zgłoszenie. Pozostało mi dodatkowo ugruntować swoją pozycję, stąd powiedziałem, że jestem Jedi. Udowodniłem to za pomocą pokazania dokumentów, miecza świetlnego oraz prezentacji zdolności Mocy.

Moje bycie Jedi wywołało trzy osobne reakcje u każdego z panów. Szturmowiec przyjął to ze spokojem do wiadomości, ale był gotów zostawić całą prace w moich rękach ze względu na nasza autonomię. Musiałem szybko wspomnieć, że nie mam ani transportu, ani sposobu przewiezienia trupa i więźnia, ani możliwości na przytrzymanie tego drugiego. Pan Gurin zareagował niemal – a wręcz dosłownie – religijnym uwielbieniem i zaczął czcić moją osobę, chwaląc i wspominając bitwę o Odik, niemal jak mitologiczne wydarzenie. Jedynie aresztowany flugał i cały czas wyzywał moją osobę, jako rzekomego napastnika. Wygrażał również, że jego towarzysze zemszczą się na mnie. Nie przejąłem się jego wypowiedziami zanadto – i tak było bardzo prawdopodobne, że jest częścią większej grupy.

Nie będę przechodził przez każdy indywidualny etap przygotowywania się do drogi. Szturmowiec doradził polecieć do Birell i w tamtejszej komendzie odstawić więźnia. Zapowiedział, że sprzątną zwłoki denata, samemu pożyczając mi kajdanki. Mało tego – z ochotą i entuzjazmem uruchomił na nowo mój śmigacz. Pan Gurin również pomógł – zaoferował wymianę naszego, jednoosobowego śmigacza na jego dwuosobowy, wyposażony w bagażnik. Zgodziłem się tymczasowo, ale zapowiedziałem, że zwrócę mu pojazd przy najbliższej okazji. Aresztowany człowiek został skuty i usadzony na fotelu pasażera. Jego śmigacz dwuosobowy został podłączony linką holowniczą, a dwa pistolety oraz działko jonowe – w rzeczywistości ręczna broń, ale większa od dowolnego karabinu blasterowego – spakowane do śmigacza Gurina. Pożegnałem się z Granem i poleciałem na komendę w Birell.



koniec cześci dla komendy Birell



Sama podróż przebiegła bez jakichkolwiek komplikacji. Na miejscu odstawiłem więźnia. Zapowiedziałem, że wpadnę na przesłuchanie i a raport przekażę policji zdalnie. Mam specjalną częstotliwość do umówienia się na spotkanie, zrobię to niebawem. Tak samo oddam panu Gurinowi jego śmigacz, to nieuczciwe zatrzymać jego pojazd, szczególnie, że zdobyliśmy ten napastników. Broń również jest nasza.

Na przyszłość polecam wam ostrożność w poruszaniu się po tych trasach. Adeptom zalecam nie lecieć samym i na pewno nie lecieć nieuzbrojonymi. To zorganizowana grupa, więc niewykluczone, że napady będą się trafiać aż ich nie schwytamy – a nawet i potem, jeżeli ktoś inny wpadnie na podobny pomysł na wzbogacanie się.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Materiały na kryształy odebrane z Tuvili i zostawione w magazynie.

Zaznaczona część raportu została przekazana policji w komendzie w Birell.

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 451
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 03 gru 2019, 19:17

Redge na ratunek

1. Data, godzina zdarzenia: 23.10.19; 18:00 - 22:00

2. Opis wydarzenia:

Pewnego wieczoru podczas treningu z Denarskiem zauważyliśmy jak Redge w pośpiechu opuszcza bazę na śmigaczu. Skontaktowaliśmy się z nim, żeby poznać powód. Jechał pomóc Edgarowi, który wzywał pomocy. Domyśliliśmy się, który z dwóch Edgarów to był. Próbowaliśmy powiedzieć mu, żeby zawrócił, ale właśnie w tym momencie wyjechał poza zasięg naszych komunikatorów. Razem z Padawanem ruszyliśmy za nim, namierzając jego śmigacz. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się go złapać nim spotka się z klonem.

Śmigacz, którym jechał Redge stał zaparkowany na niewielkiej drodze prowadzącej przez gęsty las. Wołałam, ale nikt nie odpowiadał. Minęło kilka minut, po których z naszych holodat wydobył się niezrozumiały, znajomy dźwięk. To był Redge, tylko wydaje się - zakneblowany. Musiał być blisko, ale z pewnością nie był bezpieczny. Minęła chwila i Denarsk dostrzegł jaskinię. Zdecydowaliśmy się wejść do środka, a przed tym sięgnęłam jeszcze w Moc. Nie byłam w stanie określić kto, ani ilu, ale w środku z pewnością ktoś był.

Spodziewaliśmy się pułapki, ale… nie tego. Zaledwie po przekroczeniu kilku metrów usłyszeliśmy wybuch. Za nami. Równo ruszyliśmy do przodu, za pierwszy zakręt, by schronić się przed nadlatującymi gorącymi skałami i falą uderzeniową. Udało nam się umknąć najgorszemu, ale nie wyszliśmy bez szwanku. Denarsk oberwał nieco gorzej, niż ja, ale mieliśmy jednak czasu odetchnąć. Za zakrętem czekał już na nas nie kto inny, jak klon Edgara. Rad, że udało mu się nas pochwycić. To nie był jednak ten typ, który lubi rozwodzić się nad swoim zwycięstwem, przedstawiając w chwili triumfu swą wizję lepszego świata, planu. Ten jednak postawił nam ultimatum. Nie chciał nas obu. Chciał zabić Denarska, a mnie wypuścić, a przynajmniej… zostawić, by inni mogli mnie znaleźć, jeśli nie rzucę się na pomoc przyjacielowi. Kłóciło się to z logiką. Co chciał osiągnąć? Może po prostu chciał sobie ułatwić zadanie, walcząc z nami pojedynczo, albo… kto wie. Nie miałam zamiaru jednak zostawić Denarska samego. We dwójkę mieliśmy przynajmniej jakiekolwiek szanse. Nim jednak którekolwiek z nas zdążyło zareagować - wydaje się perfekcyjnie przygotowane cięcie sięgnęło całej długości torsu Bothanina. Denarsk ledwo zdążył włączyć miecz, tak samo ja, lecz nic to nie dało. Padawan padł na ziemię. Ostrzegł mnie przed konsekwencjami interwencji, po czym z wolna postawił krok bliżej Denarska. Blefowałam, że pomoc już nadciąga, że to czas, w którym powinien się ulotnić. Jak sam mówił, Denarsk nie miał już zbyt dużych szans na przetrwanie. Jeśli coś, do zdecydowanie zależało mu na tym, by uniknąć spotkania z kimś… lepszym z naszej grupy. Zdecydował się jednak dokończyć to, co zaczął, a ja rzuciłam się mu naprzeciw, blokując ostateczny cios skierowany w Padawana. Zaczęliśmy walczyć, o ile można było to tak nazwać. Zdecydowanie nie miałam szans. Zaledwie kilka sekund minęło, nim nie udało mi się zablokować jednego z ciosów, który rozciął mi część torsu. Nim jednak stało się cokolwiek więcej - z ciała Denarska zaczęły wydobywać się wybuchy, małe eksplozje, a z nimi ogromne chmury gazu. Przed wyruszeniem trenowaliśmy. Miał przy sobie cały arsenał. Wariat chciał się wysadzić! I właśnie ten wariat uratował nam życie. Klon widząc to zbiegł do znajdującego się nieco głębiej w tunelu. Szybu prowadzącego najpewniej kilkadziesiąt metrów w dół. Mi udało się schować, a gdy fala gorąca zniknęła - wbiegłam w dym. Czułam niewielki przeciąg od strony miejsca ucieczki Edgara, tam też zdecydowałam się szukać oddechu dla nas obu. Wstrzymując powietrze go dociągnęłam na miejsce, a tam oboje mogliśmy odetchnąć. Wszędzie poza tym niewielkim szybem i kawałkiem nad nim kłębiło się od pyłu i gazu. Denarsk żył, oddychał, wychylając się w dół szybu, którego strzegłam z przygotowanym mieczem, obawiając się powrotu oprawcy. Jedynym jednak co dotarło do nas z dołu był pocisk blasterowy, pędzący prosto na głowę gorejącego Padawana. Jakimś cudem udało mi się go odciągnąć. Oboje już się nie wychylaliśmy, ale wciąż pilnowałam przejścia.

Dym i gaz powoli zaczął się rozrzedzać. Głosy z dołu zaczęły cichnąć. Ledwo przytomny Denarsk wymamrotał imię Redge’a. Nie wiedzieliśmy co z nim, ale patrząc na to co się z nami stało i z czym przyszło nam się mierzyć - nie mogłam tak po prostu ruszyć głębiej. Ruszyłam jak najbliżej zawalonego wejścia, by nadać wiadomość. Wołanie o pomoc, na które odpowiedziała Mistrzyni. Była w drodze. Wróciłam do Padawana. Był w strasznym stanie, a nie mieliśmy przy sobie żadnych apteczek. Zrobiłam mu prowizoryczny opatrunek z ubrania, z paska opaskę uciskową, a dalej mogłam się modlić o to, by przeżył. I w gruncie rzeczy to też zrobiłam. Widziałam jak Mistrzyni i Tanna uzdrawiają za pomocą Mocy i mimo, że nie miałam pojęcia co robię, spróbowałam przekazać nieco siebie Padawanowi. Czy pomogło? Nie jestem pewna, próbowałam, póki nie pojawiła się Mistrzyni. Jej śmigaczem zaparkowanych zaraz pod otwartą na nowo grotą popędziłam z Denarskiem do bazy, a Mistrzyni zeszła jeszcze po majora, którego zostawili odurzonego na dole.


4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 459
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 04 gru 2019, 21:08

Duplikat

1. Data, godzina zdarzenia: 26.11.19, 19:30 - 02:00

2. Opis wydarzenia:

No i co? Przeżyłem. Jestem ciekaw, jak wiele z was zareaguje zaskoczeniem? Zapewne wiele, gdy powiem, że nie wracam przegranym, ale również nie wracam zwycięzkim. Ta wyprawa pełna była niespodzianek. Nie mamy żadnych konkretnych informacji, ale może wy wyłapiecie coś, czego ja nie zauważyłem. Uważnej lektury.

Wyprawa zaczęła się od zabrania mojej osoby przez Vongogrzmotów. Znałem już część członków ekipy, poznaliśmy się kilka dni przed wylotem. Nie musiałem zbyt dużo im tłumaczyć, albo opowiadać. Wiedzieli o sobowtórze, opowiedziałem im o swoich zdolnościach. Jedyną niewiadomą było wybranie, z którym komandosem będę w parze oraz podkreślenie, że sobowtór to prawdziwy tytan szermierki, porównywalny w walce z silniejszymi Vongami. Potem było odrobinę koleżeńskiej wymiany, ale jej nie chcę streszczać, bo i po co?

Czekały nas dwa dni podróży na Kalist, stąd skupiłem się na medytowaniu, zbieraniu sił na konfrontację. Wtedy też okazało się w pełni, że moja skuteczne użycie Mocy do wzmocnienia się było najpewniej wyłącznie efektem złączenia się pewnych konkretnych elementów na Prakith, w naszej bazie. W przestrzeni, nie mogłem sięgnąć do Mocy, do więzi.... i przez to, pozostałem taki, jaki byłem, równie silny i równie słaby, bez zmian. Nie napawało mnie to radością, ale byłem wypoczęty, skoncentrowany na zadaniu. Ono było dla mnie najważniejsze i na nim się skupiłem.

Złapaliśmy CR90 siedzące bezbronnie na widoku. Uzbrojony w prawdziwy arsenał - generator tarczy energetycznej, granaty, miecz świetlny i karabin snajperski - ruszyłem pewnym krokiem w stronę śluzy. Każdy z oddziałów miał zaatakować z innej strony. Ominęliśmy wszelkie kamery, zabezpieczenia i wdarliśmy się jak burza na pokład korwety, zaskakując i wręcz masakrując członków załogi. Tutaj chciałbym móc napisać, że stoczyłem heroiczny pojedynek z moim sobowtórem, pokonując go przy zachowaniu wszelkich honorów, podczas gdy dzielni komandosi wykończyli jego najemników. Zagrożenie zażegnane, wielkie zwycięstwo odniesione. Prawda, że pięknie? Z pewnością i definitywnie moment na zakończenie typowego holofilmu akcji. Prawdziwe? Nie.

Otóż, udało nam się kompletnie zmasakrować przeciwników. Wbijając do korwety parłem bezwzględnie do przodu. Wzmacniając siebie Mocą, przebiegałem między przeciwnikami, raniąc jednego za drugim. Byli uzbrojeni, zareagowali ostrzałem... ale byli tacy... niezorganizowani... Sądziłem, że to efekt zaskoczenia, ale sobowtóra nie było widać, panowała cisza.... Mój zapał opadł, gdy moje ofiary, z trudem posługujące się blasterami bez taktyki ostrzeliwały nas i padały w ciągu sekundy. Teraz widzę to, ale powinienem dostrzec to od początku. To nie byli wojownicy, żołnierze, albo piraci. To byli cywile.

Potwierdziło się to, gdy natrafiliśmy na tarczę energetyczną blokującą dostęp do jakiejś sali konferencyjnej. Było tam czworo cywili, równie nieświadomych, jak reszta. Co jak co, ale swoich towarzyszy sobowtór by tak nie naraził dla taniej pułapki. Po prostu nas przechytrzył. Na początku towarzysze ofiar widzieli w nas piratów, morderców i grozili wezwaniem służb - czy wezwali, nie wiadomo. Na szczęście, informacje o przeżyciu i zabezpieczeniu innych członków załogi - natychmiast po zorientowaniu się przekazaliśmy informację, aby nie strzelać do załogantów oraz opatrzyć rannych - oraz częściowe uwierzenie stojącemu obok komandosowi po jakimś czasie rozwiązały języki mężczyznom, słusznie widzących w nas morderców.

Sobowtór sprzedał im korwetę przed trzema tygodniami, stąd na początku myśleli, że po dostaniu miliona kredytów, zwyczajnie kradnę statek. Poznali go w jakiejś kantynie, ale biznes był w pełni legalny. Nie wiedzieli o statusie pojazdu jako poszukiwanym. Mieli dość wąski zakres wiedzy o sprawach szerszej galaktyki - nie wiedzieli przykładowo, że co oznacza bycie Jedi, stąd moje nalegania, by zaprezentować użycie Mocy wydały się im absurdalne. Niemniej jednak, dowiedzieliśmy się tych kilku faktów. Wiedzieliśmy, że sobowtór nie miał nowego statku przed sprzedaniem starego, wiedzieliśmy, gdzie szukał kontaktu - w tamtej kantynie. To były na ten moment jedyne znane nam tropy, więc postanowiliśmy polecieć do tejże kantyny i popytać. Głupie, wiem, ale na ten moment... nie miałem nic lepszego.

Piloci naszej eskadry mieli ogarnąć nawikomputer. Nie wiem, czy coś z tego wyszło, taka aparatura na pewno była wyczyszczona, ale sprawdzić nie szkodziło. Cywili zostawiono w spokoju, byli niewinnymi ofiarami oszustwa oraz napaści. Żołnierz był gotów zwalić całą winę na sobowtóra. Zgodziłem się z tym podczas dyskusji, ale.... to była też nasza wina. Daliśmy się ponieść, zmasakrowaliśmy załogę. To prawdziwie plugawy czyn, szczególnie dla mnie, a tym bardziej jako Jedi. Ocalali powiedzieli, że zajmowali się pomaganiem uchodźcom. Szlachetne zajęcie. Niewykluczone, że będą próbowali się z nami sądzić - i słusznie.

Kantyna była kolejnym ślepym zaułkiem, który aż wstyd opisywać w szczegółach. Zachowałem się w niej kompletnie amatorsko. Wbiłem i wypytywałem o kogoś, kto wygląda, jak ja. Ochrona i prostytutki od razu zwęszyły, że jestem kimś w rodzaju gliniarza. Samotna wyprawa bez żołnierzy zatem niewiele pomogła. Rozpoznały mnie tylko trzy osoby - barman droid, przekonany, że mój "brat" (tak opisywałem sobowtóra) zmarł z przedawkowania narkotyków, jakiś pijaczyna, którego ten pytał o możliwość zdobycia statków (bez efektu) oraz inny pijaczyna, z którym się zapoznał miesiąc wcześniej. Krótko mówiąc - strata czasu.

Na pokład statku OSK wróciłem z podkulonym ogonem. Towarzyszył mi w tym jeden z komandosów, przypominający droida cyborg Jedynka. Poziom mojej amatorszczyzny był tak duży, że nie odpowiedziałem komandosom na próby kontaktu. W efekcie, jeden z nich przybył mi z "pomocą". Prawdziwa tragedia. Na miejscu dostałem trochę zasłużonej krytyki. Byłem prawdziwie załamany tym wszystkim, ale przysłowiowy kubeł zimnej wody mnie zmotywował. Szukałem, główkowałem - skądś musieli wziąć nowy statek. Nie mogli go kupić, bo nie było gdzie. Na pewno nie przylecieli z gotowym statkiem. Szansa była jedna - znaleźli lub ukradli. A ukraść mogli z wielu miejsc - planeta była pełna opuszczonych baz wojskowych. To był nasz następny cel. Nie każdemu komandosowi się to podobało, ale nie było wyjścia. Zaczęliśmy latać od bazy do bazy, podczas gdy ja odpoczywałem. Nie wiem, jak długo trwała moja drzemka, spałem aż do momentu wybudzenia, po raz drugi. I tym razem trafiony.

Nasz statek wykrył ruch w imperialnej placówce badawczej - takiej, która powinna być opuszczona. Nie było tam żadnego statku... ale był w niej ruch. Coś tam żyło i kręciło się po kompleksie. Prom wylądował, a ja, komandos Gron Harkan i Jedynka wysiedliśmy, gotowi zbadać wnętrze.

Działaliśmy profesjonalnie. Na początku nie trafiliśmy na żadne oznaki ruchu lub życia - ale nie na długo. Minęliśmy kilka pustych korytarzy, aż natrafiliśmy na naszych oponentów. Były to droidy bojowe o trupich, metalicznych głowach i grubym pancerzu, uzbrojone w karabiny blasterowe. Zapewne te były produkowane na Kessel podczas wojny, jak opisuje to sprawozdanie. Widziały w nas Vongów i tak nas potraktowały. Nie rozpoznały we mnie sobowtóra, a zasługującego na śmierć wojownika Yuuzhan. Wtedy w końcu rozgorzała bitwa.

Droidy okazały się równie niezłomne jak można by było przypuszczać na podstawie ich zewnętrznej podłogi. Wytrzymywały cięcie za cięciem, a pociski blasterowe musiały rozgrzewać metal do białości, ażeby ostatecznie je zniszczyć, salwami zdolnymi stopić drzwi. Oberwałem wtedy kilka razy, momentami wręcz bojąc się o swoje życie. Na pewno nie walczyłem wtedy perfekcyjnie, co nie uszło krytyce Jedynki. Komandosi tutaj zdecydowanie wiedli prym, ja ich tylko wspierałem w tej rzezi. Ostatecznie udało się zniszczyć trzy droidy stojące nam na drodze. Walka w ciasnym korytarzu na pewno nie ułatwiała sprawy. Potem były kolejne... i kolejne. Po otrzymaniu kilku ran zrobiłem się bardziej ostrożny i jak najwięcej wspierałem się Mocą. Wpadałem w grupki droidów, smagałem je mieczem świetlnym tyle razy, ile sił mi starczyło, po czym uciekałem, zanim ich blastery mogły mnie rozpruć. W końcu przedarliśmy się przez durastalowe zastępy, docierając do wielkiego pomieszczenia - magazynu, punktu kontrolnego? Na środku znajdowała się otoczona drutem przepaść, dół o promieniu kilkunastu metrów. Pod każdą ścianą stały kontenery i butle z jakimiś materiałami. A po drugiej stronie przepaści od wyjścia, przy jakiejś konsoli? Nasz cel, źródło zamieszania.

Nie był mój sobowtór, jak się spodziewałem, a jego towarzysz, a może osoba, której towarzyszy. Sith, czerwonoskóry, ze złotymi oczyma, mechanicznymi nogami oraz mieczem świetlnym z niemal metrową rękojeścią. Ten sam, który wydarł Tannie z umysłu informacje o Gwiezdnej Kuźni. Żołnierze ustawili się na pozycje i jeden wyciągnął karabin snajperski. Ja zrobiłem to samo. Sithowi towarzyszyły dwa droidy. Chcieliśmy go żywego, ale droidy należało zniszczyć. Wykryły nas, jednakże mieliśmy przewagę dystansu i zaskoczenia. Sith ruszył do walki wtedy, kiedy droidy zdążyły oberwać solidnie z karabinów snajperskich. Ja tymczasem zająłem czerwonoskórego i... co mogę powiedzieć, dawałem radę. Okazał się on przeciwnikiem wcale nie dużo silniejszym ode mnie, być może na podobnym poziomie, co obydwie uczennice. Trudno było przyzwyczaić się początkowo do jego nieortodoksyjnego, wyjątkowo długiego miecza... ale dałem radę. Parowałem jego ciosy, kontratakowałem, spychałem do obrony... a w tym czasie komandosi wykończyli jego eskortę. Gdy droidy padły, Sith zdołał unieszkodliwić jednego z komandosów - posłał Grona Mocą na ścianę, ogłuszając go. Jedynka natychmiast pobiegł pomóc towarzyszowi, chcąc umożliwić rannemu komandosowi wycofanie się. Na szczęście nie zostałem sam na długo z Sithem - zdołałem uciąć mu nogę w kolanie.

W tamtej chwili wydawało mi się, że wygraliśmy. W końcu antagonista przegrał, został powalony, każdy z nas żył. Jedyne co robił Sith, to odgrażał się, że jeżeli go zabijemy, to zginiemy razem z nim. Wyjawił, że placówkę wypełniono ładunkami wybuchowymi, z zapalnikiem podłączonym do jego bicia serca. Uznałem to za dziwną rzecz do zwracania uwagi bez przerwy. Cały czas powtarzałem mu, że chcę go wziąć żywego, a on swoje. Patrzył się na mnie z niewyobrażalną nienawiścią z oczu. Niestety, przejęła mnie wtedy pewność siebie i przeklęta brawura. Próbowałem go rozbroić, a drań wykorzystał to. Wyciągnął rękę. Sądziłem, że użyje Mocy, stąd odruchowo pchnąłem go z jej pomocą. A on? Wbił mi w tym czasie swój miecz prosto w ciało. Ciężko ranny i obolały, przeżyłem tylko dzięki odepchnięciu go i interwencji Jedynki. Komandos wparował w Sitha z ogromnym impetem, katapultując go w pobliskie kontenery... i to był koniec. Kontenery wybuchły, topiąc wszystko wokół w morzu ognia. Sith płonął, pozbawiony nogi.... ale zwiał. Jakimś cudem, mając tylko jedną nogę, z płonącym ciałem, ranny, ale uciekł.

Jedynka opanował ogień granatem kriobanicznym, ale było za późno - Sith się wymknął. Daliśmy reszcie znać, by na niego uważać, ale było za późno. Próbowałem jeszcze coś uzyskać z konsoli, której używał, ale na to też było za późno - zauważyłem tylko tykający zegar autodestrukcji. Widząc go, nakazałem pozostałym komandosom zwiewać, po chwili ruszając za nimi. Przez swoje rany byłem opóźniony. Ba, w którymś momencie się zgubiłem - wybrałem zły korytarz i poleciałem w przeciwnym kierunku. Na szczęście nie była to zabójcza pomyłka. Dotarłem do komandosów i do wyjścia... w sumie nie wiem, czy w ostatniej chwili. Chyba straciłem przytomność, bo nie pamiętam ucieczki. Wiem tylko, że imperialna baza za nami wybuchła. A obudziłem się na statku.

Opatrzono mi rany. Cel wymknął się nam i nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego, ale mamy chociaż jakieś nowe pytania. Komandosi napotkali Sitha na swojej drodze - płonącego, jednonogiego, nadal zdolnego zrzucić im kawałek sufitu na głowy. Wydostał się z bazy, a eksplozja utrudniła skutecznie jego wykrycie, umożliwiając mu kompletną ucieczkę. Droidy na pewno nie powinny tam być - to tajna technologia, kosztowna i rzadko wykorzystywana nawet na wojnie. Dużo pytań, ale może nawet z nich zebrane zostaną jakieś odpowiedzi. Tamtego dnia niestety nic więcej nie ogarnąłem. Ciężko ranny, wykończony, operowany - mogłem już wyłącznie spać.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

- nie ma sensu szukać już tej korwety CR90. Sith i Sobowtór (jakoś trzeba się do niego zwracać oficjalnie) mają nowy statek prosto z opuszczonej bazy wojskowej i na pewno wynieśli się z Kalist.

- wątpię, by polecieli na tą planetę przypadkiem i nie tylko, żeby po cichu zmienić okręt. Sądzę, że wiedzieli, czego szukać w tych imperialnych bazach. Być może warto dowiedzieć się, kto w Imperium może mieć o nich wiedzę, szczególnie na wysokim szczeblu.

- Droidy anty-vongowe to wysokiej jakości jednostki. Na pewno nie można ich dostać powszechnie i tym pewniej nie w takiej ilości. Mało prawdopodobne, że odzyskali je z dawnych pól bitwy. Są dwie opcje - dostali je z fabryk i magazynów Sojuszu, albo ogarnęli je właśnie w tej imperialnej bazie. Pierwsze trzeba zweryfikować kontaktując się z wojskiem Sojuszu, a poprzez nie, z producentami droidów i magazynami, w których są przechowywane. Może trafił się jakiś nieortodoksyjny kupiec, albo w którymś magazynie doszło do kradzieży. Drugie jest bardziej skomplikowane. Skąd przypuszczenie? Na pewno wyjaśniłoby to, dlaczego droidy traktowały nas jako Vongów - w końcu mało produktywne, by z zasady każdego przeciwnika uważały za Vonga, a pasowałoby to do takich, które zostały przeprogramowane ręcznie, nie fabrycznie, i to całkiem niedawno. Poza tym, wyjaśniłoby, dlaczego ta konkretna placówka została przez nich zbadana - mogła przechowywać droidy znajdujące się w imperialnym posiadaniu. To oczywiście wyłącznie hipoteza i dopiero trzeba będzie ją weryfikować. Liczę, że posłuży za jakiś sensowny początek.

- Nasi przeciwnicy wzmocnili teraz solidnie swój arsenał, bo wątpię, by wszystkie droidy skierowali do obrony placówki. Pewnie to nie koniec ich wzmacniania się. Pytanie, czy robią to dla zasady, aby mieć większe szanse przeciw nam, czy jako wsparcie do abordażu na Gwiezdną Kuźnię, czy może jako alternatywę dla tego, co miała im dać Kuźnia?

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 451
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości