Opinie i komentarze dotyczące misji

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 10 gru 2018, 16:31

Może trochę po czasie, ale na świeżo miałem za sobą za wiele emocji. Ogólnie... Ostatnia misja była naprawdę rewelacyjna, pod każdym kątem świetna. Zacznę może od tego, że byłem na 200 % pewien, że jest tam jakiś fortel, że jesteśmy jakoś ogrywani i kołowani, bo po prostu Bart przyzwyczaił nas do prawdziwych antagonistów robiących ciągle swoje gierki, podchody i oszustwa tak samo jak przy każdych rp to my staramy się jakoś wykołować antagonistów. A mimo to nie wiedziałem totalnie czego się spodziewać i myślę, że to najlepszy wyraz jakości "napisania" fabuły. Spodziewałem się oszustw i kombinujących przeciwników, bo po prostu, kurde, od tego inteligentni i realistyczni przeciwnicy są XD I to totalnie naturalne że dwie strony bez końca starają się drugą zrobić w trąbę. A mimo to dalej nie ma w tym żadnej przewidywalności i to na czym te podchody się opierają to zawsze jedna wielka zagadka. To że Elia była podrobionym klonem wyszło genialnie, to że samej Elii było dane granie własnej spartaczonej podróbki było dobrze pomyślane, bo jak by się człowiek nie wczuwał, to widzi kto connectuje na serwer i jaki nick ustawia. Bardzo podobało mi się w tym wszystkim, że ta pułapka ani trochę nie negowała wcześniejszego zapierdolu nad całym wątkiem i szukania rozwiązań i ofiar. No bo właśnie dzięki przestrzeganiu umowy w 100 % Hras był mimo oszustwa pokojowo nastawiony i jak na poziom oszustwa, sam chciał utrzymać deal i postąpić z tym co mu kazali uczciwie. Misja przez to w stu procentach wynagradzała całą wcześniejszą grę, a była totalnie nieprzewidywalna. Za to szacun. To jak do tego podeszliśmy, co Tanna zrobiła, zbudowało cało podłoże pod spokojny deal i taryfę ulgową od Hrasa, ale też bez żadnych łopatologicznych połączeń walonych uczestnikowi w mordę.

Co mi się też spodobało? Pewien "minimalizm", żadnych epickich odsieczy, bitew kosmicznych, żadnych zaplanowanych "suepr momentów" żeby było epic, wlot w sam środek yuuzhańskiej floty i totalne osaczenie i szukanie ucieczki z uwięzienia w strefie wojny, powodzenia uczestnicy, tyle, żadnych cudów i właśnie ten prosty minimalizm osaczenia i środka gówna bez nadprogramowych zabiegów najlepiej budował ten klimat. Czuć było że jesteśmy sami, zdani na swoje łby, swoje statki i to co mamy dookoła.

Postacie były genialne. O ile ja się domyślałem, że np. Hrasa gra Siad, to było na tylko tej zasadzie, że mimo wszystko trochę czasu tutaj gram i wiem komu Bart powierzy najbardziej odpowiedzialną rolę xP A tak poza tym, to nie szło domyśleć się kto kogo gra. Wszyscy grali na zarąbistym poziomie, wszyscy grali jak grono bohaterów w rękach jednego pisarza bez żadnego zgrzytu, rozrzutu, różnic. Hras był genialną postacią. Brakowało mi kogoś takiego, Vonga z jakim naprawdę można się utożsamiać. To jest jawny wróg, jawny antagonista, jawnie oszukujący, ale z perspektywy Fenderusa i swojej umiem wyobrazić go sobie jako kogoś, co robi to co musi, co mu narzuca szefostwo, którego przecież nie porzuci i nie zostanie wygnańcem z dnia na dzień i który dba o swoich i za nich walczy i stara się to robić najuczciwiej jak może. Może tylko takie odniosłem wrażenie, ale to nie ma znaczenia, bo właśnie że postać dawała tak do myślenia, przez to była świetna. Hras to fenomenalna postać, Siad zagrał ją mistrzowsko. Gratki dla niego. Podobał mi się też intendent, tu nie wiem nawet przez kogo grany, a że intendent to się po nazwisku domyślam, bo sądzę, że legendarnym nazwiskiem Anor Bart nie rzucał ot tak. Prawdziwy vongowy debatant-kombinator. Wszystkie żołdaki były świetne, szczególnie oczywiście podobał mi się Kalamarianin, bo był najbardziej widoczny, interaktywny i wyrazisty, ale oni wszyscy byli bardzo naturalni. Prawdziwi uwięzieni na odludziu goście, zmęczeni, zdesperowani, ale bez przeginek. Widać było że nie umierają tam z głodu, że są w zbyt dużej grupie i w zbyt małym "bieżącym" zagrożeniu, żeby popadać w jakieś paranoje. I tu znowu powiem, wszyscy idealnie wyczuli klimat i grali te postacie w równie dobrym tonie. Osoby grające tamtych zmutowanych Vongów (chyba Slayerzy? ale pewności nie mam) odwalały kawał dobrej roboty z grą bez słów. Gra opisowo-narracyjna prawie na poziomie Denarska (po ostatnim RP mam Denarska za mistrza gry postacią niemowy, potrafiącego prowadzić godzinną rozmowę oczami po odjebaniu połowy głowy XD). Kurczę, wielkie graty dla was, każdy grał mistrzowsko.

Wizualno-narracyjnie ten sam majstersztyk. Mapa statku vongowego, fruwające doviny, klimat otoczenia i narracji był naprawdę przytłaczające. Bez żadnej przesady i nadmiaru, zbudowany idealny klimat. Mapa "zimowa" po prostu idealna, klimat 10/10, wielkie brawa dla Gluppora, idealnie wpasowana mapka, doskonała mieszanka nowoczesnego SW i starości. Wielkie dzięki też dla Siada i Alora (z tego co wiem od Barta) za modele dla Vongów. Idealnie i starannie zrobione, odwaliliście wspaniałą robotę x) Muzyka fajna, często robiła po prostu za wtopione, ale doapsowane tło, ale były szczególne momenty. "Main theme" zapadający w pamięć, moment opisów floty Vongów z tym utworem wprowadzał naprawdę w ciarki strachu o postać. Rewelacja.

Wiadomo, jak zawsze były jakieś tam zgrzyty z tempem, a to coś za wolno, a to jakiś moment rozciągnięty opisowo, a to coś odrobinę źle zgrane, ale to jest po prostu natura otwartej gry w rękach uczestnika, nawet jakby każdy pomocnik był botem MG, to przez samo to się nigdy tego nie uniknie, natura formy, nie mając nawet 1 % liniowości gry i mając wszystko w naszych łapach, nie da się uniknąć że "pacing" będzie różny i to głównie przez uczestników.

Wspaniała misja, wielki kamień milowy dla mojej postaci, kupa emocji. Strach, napięcie, euforia na widok podrobionej Elii, załamka przy kłamstwie Vongów, bezradność i niepewność, kolejna euforia na widok już prawdziwej Elii i absolutne objawienie jak sobie skojarzyłem obrazek z czarną dziurą z briefingu i tak narodził się mój szalony plan.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 471
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Siad Avidhal dodano: 30 sty 2019, 2:33

Misja - Sztab kryzysowy. Coś, za co po prostu uwielbia się RP. Misja w skrócie polegała na kilkugodzinnym siedzeniu w miejscu na naradzie wojennej, będącej podsumowaniem całości osiągnięć na przestrzeni X czasu. Misja wciągająca mózg bardziej, niż jakaś losowa rozwałka i palenie budy burmistrza XDDD Coś, gdzie człowiek nijak się nie nudzi mimo, iż jego postać siedzi w miejscu... Takie misje to dla mnie po prostu najczystsza postać aktywnego udziału w rozgrywce i czerpaniu z tego przyjemności. Szukanie rozwiązań, analizowanie, spekulacje. To najbardziej imho pokazuje głębię i wielowarstwowość wszelkich prowadzonych wątków. Nie żadne nawalanie vongów mieczem (choć i to też lubię bo nie jest to nijak nigdy w formie FFA XD); nie żadne najazdy hehe gangów na inne osiedla; nie żadne kopanie rudy i granie robienia herbaty 24/7... A właśnie... Wczucie w świat, wczucie w postać, wczucie w wydarzenia i po prostu patrzenie na to życie i problematykę nadciągających, niewiadomych wydarzeń z perspektywy naszych postaci. Bez wątpienia świetna robota i tona rzeczy do ogarnięcia, przypomnienia sobie od strony uczestnika i organizatora. Naprawdę kawał świetnej roboty mimo, iż nie potrzeba tutaj wiele. Coś, co gra się samo przez wpływ naszych postaci i ich wyborów które były, są i będą. Mi się grało świetnie i ani trochę nie odczuwałem nudy.

Cytując Fella "prawdziwa wojna na poważnie, jak prawdziwy świat xD kocham tu grać" - i to zdanie w sumie podsumowuje całościowo.
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1429
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Elia dodano: 30 sty 2019, 16:53

Sztab kryzysowy - świetna misja. Prawdziwie angażująca burza mózgów, w której każdy brał udział i każdy dorzucał coś swojego. Nie udałaby się tak dobrze bez moich wspaniałych współuczestników, z których każdy to harda głowa. To, co było budowane latami przez Barta i przez nasze postacie miało tu w pewnym sensie swoją kulminację - nie w epickiej bitwie, która jeszcze nastąpi, ale w ustalaniu strategii, możliwości i praktycznie dalszych losów wszystkiego. Przez nasze postacie i ich debatę ukształtowaliśmy właśnie nasze przyszłe zadania i, być może, rozwiązanie walki o Głębokie Jądro. I tę epickość i ciężar się czuło, przez co misja była tak wciągająca.

Wielki szacunek dla Gluppora, który przyswoił mnóstwo materiałów i zagrał tak, jakby miał całą wiedzę głównego GMa. Wielki szacunek dla Barta za stworzenie tej historii. Mam nadzieję, że dobrze Ci się oglądało nasze zbiorowe wysiłki :)
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1762
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Tanna Saarai dodano: 30 sty 2019, 17:29

Sztab kryzysowy misja, która w całości opierała się na rozmawianiu, a zleciała niesamowicie szybko. Z początku miałem spory problem, by się odnaleźć w towarzystwie, w którym każdy rzucał ciekawymi, sensownymi i ważnymi rozwiązaniami ogromu problemów z jakimi mierzą się nasze postacie w tej wojnie. Każdy miał jakiś swój pomysł na powstrzymanie Yuuzhan Vong, a ostatecznie wszystko pięknie splotło się w całość i spójny, sensowny plan.

Takie misje to skarb. Doskonała esencja tego co w RP jest najważniejsze - historia, świat, postaci.
Za to pierwsze ogromne ukłony w stronę Barta, który ogarnia tak wiele wątków, tak wiele szczegółów, smaczków z ogromu dziedzin... To się w głowie często nie mieści. Ma się wrażenie jakby tym wszystkim sterowała jakaś zaawansowana sztuczna inteligencja, która w chwilę potrafi przeanalizować ogromne ilości danych i podać wynik. Nigdy nie wyjdę z podziwu do twoich zdolności w tych kwestiach. Przez tyle czasu budować fabułę, która jest tak bardzo spójna... Ogromny szacunek i wieczna chwała Bart.
Świat i postaci są zasługą każdego z nas i mamy ogromne szczęście, że jesteśmy w gronie tak zacnych ludzi, którzy nie tylko potrafią stworzyć ciekawe postaci, ciekawe historie ale również robią to z głową. I dlatego to wszystko ma ręce i nogi, dlatego składa się w spójny, dopracowany świat bez umowności. Maksymalny możliwy realizm, poważne podejście do tematu, nawet gdy sobie jakoś śmieszkujemy i tworzymy luźniejsze wątki... Razem. Kamienie nielimitu for ever!

Odbiegam od tematu ^^'
Choć nie do końca bo ta misja to właśnie efekt tego jak gramy przez cały czas. Niczego się nie spłaszcza, niczego nie upraszcza. A przez to cała wojna wydaje się tak bardzo prawdziwa w swojej brutalności... Dyskusje na temat strategii, w której każda jest w jakiś sposób zła bo w każdej ktoś musi ucierpieć, coś trzeba poświęcić. Takie jest życie. Nie można mieć wszystkiego. Nie ocalimy całej galaktyki, ktoś za to musi zapłacić, a my staramy się jedynie, by cena była jak najmniejsza. Piękne, po prostu piękne w swojej prawdziwości.

Gluppor grał tak dobrze, że z początku kompletnie nie wiedziałem, który z dwóch oficerów Sojuszu jest jego dzieła. Nie wiedziałbym do samego końca pewnie (pomijając oczywiste problemy techniczne Barta w trakcie), gdybym już trochę tu nie był i nie potrafił wyłapać subtelności ^^' Nie umniejsza to oczywiście w żaden sposób. Poziom najwyższy. To ile musiałeś ogarniać na bieżąco, ile musiałeś przyswoić wcześniej, jak to wszystko ze sobą łączyć, reagować na to co wymyślamy, punktować błędy, często drobne... Klasa. Czapki z głów i skłon po pas.

Piękna misja.
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 837
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Siad Avidhal dodano: 25 mar 2019, 3:25

Epicko. Misja finalna kampanii nie mogła się skończyć inaczej, niż na dwa party i przy udziale mieszanym uczestników! Kilka lat wątku zwieńczone zajebiście efektywnym wysiłkiem dosłownie wszystkich bez wyjątku, którzy tam byli. Tona materiału, którą przygotował Bart - sam fakt, że to wszystko przygotował i skoordynował... Szacunek. Pomocniko-uczestnicy to wszystko (mam nadzieję xD) ogarnęli perfekcyjnie. Dość powiedzieć, że w finale musiałem serio trzymać z WC do ostatniej chwili, żeby nie przegapić niczego XDD No i finalna śmierć głównego oponenta zwieńczona... Rzutem mieczem XD Wszystko się zajebiście poskładało.
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1429
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 25 mar 2019, 18:02

No dobra... Kuźwa, szczerze, nie wiem nawet od czego zacząć jakieś podsumowanie wszystkich wrażeń z wczoraj, ale solidny wywód ode mnie to minimum co się należy organizatorowi i supportowi.

Przede wszystkim... No jak to miało nie być zajebiste? Finał wojny toczonej od dokładnie 11.01.15? Wtedy był event otwierający wojnę, pamiętam jak dziś i sam z tego sprawko pisałem. Finał historii 4 lat i 2 miesięcy, jak to miało nie być zajebiste? Tysiące godzin gry, setki postaci, coś przy czym wymięka rozmiar fabuł takich gigantów jak LotR czy Narnia. Każdy kawałek tej misji był jakimś zakończeniem i podsumowaniem wszystkiego co robiliśmy przez co najmniej 200 eventów i misji. Kampania Onderonu i jej rezultat, cała obecność Viscounta holującego bitwę to było echo heroizmów Siada i przed nim Tanny/Baraki, a przed nimi historii w których na Onderonie uczestniczyliśmy wszyscy, Christophsis, Bothanie... Każda postać miała tu swój udział tak naprawdę, w tym połowa takich, których już nie ma, jak Gluppor, Neil, Ezequiel, Namon, Bar'a'ka, Angar, Naiiv, Brealin. Każda postac miała tu swój udział, dzięki niej w tej bitwie były określone siły, określone zasoby, określone techniki, określone ocalałe osoby, określone statki Yuuzhan mniej, określone siły Vongów mniej. Jak ktoś jak Siad myśli że mu szkoda że nie miał udziału w finale swoją postacią, to błąd, bo bez Siada nie byłoby Viscounta, nie byłoby Onderonu, nie byłoby stoczni dających nam utrzymanie floty w pełnym stanie, nie byłoby dywersji z Hakassi która rozproszyła część sił. I tak dalej i tak dalej. Nawet taki Ulfur tu miał wpływ, z Boganowcami i kasą dzięki której szło zamówić pełną złomoflotę na eskortę.

Cała fabuła, wszystko co tu się zadziało, było jak idealny finał sagi 50 książek. Wszystko dobiegło do końca, każda postać utkała swoją sieć wydarzeń i to wszystko ostatecznie zbudowało wszystko to jak wyglądał skład tych setek statków i ich finałowa kondycja i taktyki ostateczne. Elia nieświadomie, a może świadomie, ułożyła rzeczy, przez które to naprawdę domknęło się z niesamowitą symboliką. Wszystkie "rzeczy" od Kaana znalazły miejsce w finale wojny i w większości tam zakończyły. Hanz nie mógł mieć lepszej śmierci, HDR został prawdziwym Ostatecznym Obrońcą niszcząc Światostatek, nasz Ego i jego wzruszające pożegnanie, nasz myśliwiec, wszystko. Wykorzystanie akurat tych osób i przedmiotów, ich dobór personalny, to wszystko było układane przez Elię i to aż piękne, jak Elia której historia z Kaanem wyprzedza Vongów posłała poetycko wszystko co od niego mieliśmy w wielki finał.

Fabuła była świetna. Tyle rzeczy nie miało sensu, tyle rzeczy było durnych i wydawało się, że były by były. Dziwne i durne desanty, jakiś atak na naszą pozycję żeby sobie był, Choka schodzący do nas do bazy jakby na siłę żeby był final boss battle... I w miarę tego wszystkiego odkrywane karty, co tak naprawdę za tym stało. To było po prostu mistrzowskim pisarstwem. Szczerze, historia tej bitwy i splatanie tych motywów to jedna z najlepszych fabularnych rzeczy jakie widziałem. Cały motyw z biobronią Khsatsa i "objawienie" Hrasa, to wszystko domknęło się fabularnie lepiej niż mogłem sobie wyobrazić. Epickości się spodziewałem, wiem na co Was stać XD Ale ten kunszt fabularny mnie za to zaskoczył i to mocno. To jak te wszystkie dziwactwa się po kolei domykały i ostatecznie zamknęły na samym końcu, było cudowne po prostu. Motyw biobroni wyjaśniający chaotyczne desanty, nienaturalna długość bitwy wyjaśniona przez chory plan Khsatsa, brak efektów wyjaśniony "nawróceniem" Hrasa... obecność Khsatsa co w moment stawała się oczywista gdy się tylko zastanowić. Slayershipy trackujące Jedi genetycznie... szef, jak zawsze (znamy z innych misji) lubiący samodzielnie załatwiać sprawy, przychodzący nas sprzątnąć i zapobiec dovin basalowym wybrykom w doskonałej taktycznie chwili. HDR odleciał, Bart knockout, Elia w fatalnym stanie, wchodzi na gotowe. Samo to że raporty były o 5 Vongach, a zabiliśmy 4... W ferworze walki nie szło zauważyć. Vongowie byli przebiegli, sprytni i udający bezsens działań, aby w dobrej chwili zapewnić nam fontannę krwi i powódź krytyków. Antagoniści z krwi i kości.

Ciężko mi wyobrazić sobie ile roboty i mindfucka miał Siad, raz jako swój alt, raz jako alt-uczestnik, raz jako pomocnik regularny, a na końcu jako główni antagoniści. Siad był tutaj kameleonem grającym po wszystkich stronach naraz i po każdej z nich z całym sercem, werwą i zacięciem. Ciężko mi sobie wyobrazić, ile mieli wszyscy inni, układając sobie w głowie tą bitwę na bazie jak zwykle mistrzowskich rozpracowań Barta układającego w głowie bitwę 200 okrętów i 5k myśliwców, z których pomocnicy robili samym tekstem bitwę o losy światów, graliśmy w 9, a czułem, że walczą miliony. Czułem się jak w środku bitwy o Coruscant. Byliście doskonałymi zbiorowymi narratorami, lepszych sobie wyobrazić nie idzie. Każdy z Was był odrobinę mini-MG.

Każda postać była świetna.
- Khsats... czystszego vongowego skurwola nie było i nie będzie, bez żadnych przerysowań, bez żadnego kiczu.
- Hras... Nie mógł być zagrany lepiej, spójniej, nie mogła piękniej skończyć się jego historia.
- Generał Moebius, czysty wzorowy oficer, prawdziwy dowódca, bez popisywania, bez podkreślania zajebistości, naturalny i czytelny.
- Hurlan i jego kolega Chiss (nie da się spamiętać XD) byli... po prostu tak doskonałymi "normalnymi ludźmi w środku bagna", jak się dało. Byli dobrymi, fajnymi, porządnymi osobami, prostymi i wyrazistymi naraz, miałem naprawdę ogromny ból jak nie zdążyłem zatrzymać Choki przed zabiciem ich, to było okropnie paskudne doświadczenie po spędzeniu razem 2 godzin
- Ego... Ego miał swój dzień, dzień personalnego, osobistego stawienia się przeciw Vongom, dzień odnalezienia swojej roli, piękny koniec, był zabawny, odważny i wzruszający jednocześnie. Potwornie będę za nim tęsknił.
- Fher... Rany, do dzisiaj myślę jak mi go szkoda. A w pewnym sensie, piękna śmierć, pół-zbrodniarskie życie zakończone walką o los świata... Fenderus w życiu go nie zapomni, tyle pewne.
- Hanz... Elia zaplanowała dla niego idealny koniec. Cieszę się, że zginął, nie mógł go spotkać lepszy dla niego koniec, nie mogliśmy go lepiej wykorzystać.
- Vreyx był po prostu Vreyxem, tym starym dobrym Vreyxem znanym przez każdą szlakową postać od jej Adepta i bardzo fajnie, że był w takim finale.
- HDR to po prostu HDR :D
- Bart był świetnie wrzucony, był po prostu zasobem +110 % do Forców Elii, nie zabierał z rąk uczestników 1 % gry, zostawiał tylko małe smaczki i dodatki. Wszedł do walki jak i tak wszystko było rozstrzygnięte i skończone, a po prostu dorobił klimatu, smaczku, pokazał że tam był. Nie był skasowany z gry na siłę byleby zniknąć jak zwykle, a robił za taki właśnie... sprzęt dla Elii XD

Świetna muzyka, może czasem tylko przydałoby się jej więcej, ale to właśnie w tym zabawne, po prostu mimo tego że Bart tam władował 20 utworów, to i tak nie szło przewidzieć każdej sceny i tego że często będzie musiał dany utwór lecieć bardzo długo. Ale niektóre utwory były doskonałe. Muzyka bitwy kosmicznej, skoczny, triumfalny, militarny utwór naszej floty, muzyka w walce z Choką, muzyka w szpitalu, czy idealny utwór z LotR na upadek Światostatku... za ten ostatni sam w sobie i tą scenę i ten opis należy się 10/10. Reszta to już po prostu naturalna wada formy gry, grając w 9 osób przez grę z 2003 pewnych technicznych barier i różnych bugów z vehami i tak dalej się nie uniknie, tak samo jak naturalnie skaczącego "pacingu" akcji grając w 9 osób na żywo. No właśnie, 9, a jakby setki was były, taki klimat. Świetna oprawa, modele statków Vongów, bombardowanie mapy, skiny wszystkich postaci... wszystko, wszystko. Bart, Alor i Gluppor stworzyli mistrzowską oprawę.

Moi koledzy uczestnicy wychodzili z siebie i pięknie się to czytało i oglądało i grało razem z nimi. Manualnie, narracyjnie, umysłowo, pod każdym kątem Elia i Tanna stawały na głowach i nie ma co, bez nich nie byłoby tego klimatu. Zresztą 90 % planu "Operacja Odik" to robota Elii, w tym poetycki finał dzieł Kaana.

Drżałem ze strachu w kosmosie, nigdy nie byłem tak spięty, kręciło mi się w głowie, wojowałem z kierownicą (tak, kupiłem kierownicę do pilotażu w RPE XD) jak dziki, były chwile, że miałem na ogonie 2, 3, 4 Vongów... Zajęło mi sporo czasu zorientowanie się, że w dogfighcie nie mam szans i muszę próbować ich wymanewrować w samobóje. I pewnie do końca fenderowego życia będe miał wyrzuty że mogłem wcześniej i Fher by przeżył. Z Choką walczyliśmy 1 vs. 4, a czułem się osaczony, jak grupa dzieci walcząca z Pudzianem XD Jak zostałem sam z yammoskiem, to był jakiś trans... i tylko myślenie, zero walki manualnej, tylko throwy, ucieczki, koordynacja z yammoskiem, zero walki head to head. Darłem się do kompa z euforii jak miecz wpadł na piątego killa, potem zamierałem przy spadaniu Światostatku. Symboliczne opisy palenia go przez niebo... Pożegnanie yammoska, kapitulacja Hrasa, koniec HDR, przy tym po prostu szczerze się poryczałem do kompa, to był finał historii w której grałem 4 jebaniutkie lata!

Gratulacje dla pomocników i współtwórców oprawy, odgrywających bohaterów tej historii, stworzyliście prawdziwe dzieło. Ale największe gratulacje dla Barta, zamykającego epilog historii 4 lat, przy której blednie każda saga książkowa jaką widziałem. Wszystko, co w EU było niedopracowane, biedne, za szybkie... Tutaj przeistoczyło się w jedno z najpiękniejszych dzieł fabularnych widzianych przeze mnie w życiu.

Szacun, szacun, szacun, szacun, szacun!
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 471
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Tanna Saarai dodano: 25 mar 2019, 22:50

Co to była za misja! Co to były za emocje!
Będzie masa pitolenia, nieskładnego, powtarzania się, plątania... Ale piszę to jeszcze pod wpływem emocji z wczoraj. Tak... jeszcze mnie trzyma i muszę to z siebie wyrzucić bo czuje, że mnie rozsadzi xD

Tę misję właściwie ciężko opisać patrząc tylko z perspektywy wczorajszego dnia. To lata gry, konsekwencje wielu misji, eventów, które rozgrywaliśmy na ich przestrzeni. Zebrani sojusznicy, miejsce bitwy, jej przebieg, zmiany w trakcie, skład floty... Za długo by wszystko wymieniać, ciężko podsumować ponad 4 lata gry i sprowadzić to do czegoś, czego przygotowanie nie zajmie kilkudziesięciu minut i przekopywania się przez masę sprawozdań, wpisów, briefów, z których spokojnie można by złożyć historię spokojnie przewyższającą objętością takie molochy jak pieśń lodu i ognia. A i mam przekonanie graniczące z pewnością, że spokojnie przewyższającą ją również pod względem contentu :') Nie da się zwyczajnie zamknąć życia naszych postaci w sztywnych ramach i zaznaczyć wyraźnie początku i końca. Wojna spoko... Ale jej konsekwencje będą jeszcze długo odczuwalne dla całego naszego świata szlaczkowego i to jest piękne. Że choć było to pewne zwieńczenie długich lat gry to nie jest to koniec i miejmy nadzieję, że ten koniec jeszcze długo nie nastąpi.

Ciężko mi rozważać wrażenia z wczorajszej misji bez cofnięcia się pamięcią do momentu, gdy nasze postaci musiały zmierzyć się z... no właśnie... czym dokładnie? Bo emocje, które wczoraj przeżywałem budowane były we mnie od lat, kawałeczek po kawałeczki, cegiełka po cegiełce. Każda misja związana z wojną coś do siebie dokładała... Ale jeśli mam zacząć to podsumowanie to zacznę od konsekwencji pierwszej części, w której udział brała tylko Elia.
Przekaz telepatyczny i bum... Niepełne 3 dni na zorganizowanie się. 3 dni na wymyślenie i wdrożenie w życie planu przebicia się na otoczoną przez setki dovin basali, odciętą kompletnie planetę, nad którą stacjonuje dodatkowo najpotężniejsza w galaktyce flota Yuuzhan Vongów zdolna zmieść nas w sekundę. I jak to przetrwać? Każdy w pewien sposób uczestniczył w tej misji... Załatwiona przez Alorę flota Bothan, posiłki dzięki wysiłkom Siada na Onderonie i Hakassi, poświęcenie Gluppora miało tu swoje konsekwencje, burza mózgów z Fellem przez ostatnie dni... Wszystko, wszystko złożyło się na ostateczny sukces na tej misji. No może poza Ulfurem, który się nie pojawił. Żartuję... jego wątek z kościołem Voliandera załatwił nam 35k KR w końcu... Osobiście przez te dni przed drugą częścią ciągle budowało się we mnie poczucie zagrożenia i beznadziei w jaką się pakujemy. Tanny miało tam nie być... Nawet nie była uwzględniona w tym planie. Miała inne zadanie w tej wojnie i na nim się skupiała przez ostatnie kilka tygodni. Ale to nie miało najmniejszego znaczenia, gdy połowa potrzebnych ludzi i sprzętu jest na okupowanej przez całą flotę Yuuzhan Vongów planecie. Trzeba było działać i trzeba było działać szybko. I to wszystko tak bardzo napędzało, tak zmuszało do kombinowania, jak, co, skąd, kiedy, za ile, czemu, po co?.... Znów czułem ten sam dreszczyk emocji, który towarzyszył mi przy odbijaniu Elii z rąk Hrasa Choki... Znów chciało mi się siedzieć 24/7 i kombinować, znów wychodziło to poza samo RP i idąc sobie ulicą z dziewczyną na lody opowiadałem jej co się właśnie dzieje na Szlaczkach i kombinowałem jednocześnie co jeszcze i skąd można załatwić, by to miało prawo się udać. Kocham te emocje, kocham to zaangażowanie mnie przez fabułę... To nie jest prosta sztuka stworzyć historię, która nie pozwala spać, która chodzi za tobą wszędzie i zawsze na długo jeszcze, gdy odstawisz jej źródło. Ogromny szacunek, podziw i wieczna chwała dla Barta za to że tak wspaniale rozwinął wątek wojny z Yuuzhan Vongami. Gdy ona trwała, toczyła się kanonicznie spodziewałem się zakończenia po bitwie o Coruscant... Taki wuj... Może kanoniczna wojna się skończyła, ale nie nasza. I najpiękniejsze było w tym to, że ani przez moment nie czuć było, że tego nigdy w kanonie nie było. Nie jestem znawcą tego okresu. Sporo czytałem z kanonu SW, wiele zapomniałem, ale nigdy mnie jakoś nie kręcił ten okres w galaktyce. Znałem podstawowe fakty. I bardzo dobrze. Choć tak sobie równocześnie myślę... Co z tego? To była całkowicie poboczna historia, która mogła dziać się w kanonie, ale nie zostać opisana. Nasze Szlaczki idealnie się wpisują we wszystkie wydarzenia w galaktyce w tym okresie i jeśli ktoś kiedyś postanowi kontynuować legendy to za sprzedanie mu praw do tej historii Bart zgarnie potężny hajs.

Bogowie! Co to były za emocje... nie do opisania. Plątam się w tym wszystkim bardzo, wiem. Jest to nieskładne, wiem... Ale piszę to jeszcze pod wpływem tego co wczoraj miałem zaszczyt i przyjemność przeżyć. Każdy kto wczoraj nie był na tej misji może ogromnie żałować. To się już nigdy nie powtórzy. To znaczy... Jestem pewien, że jeszcze wiele pięknych historii przed nami, angażujących, pełnych zwrotów akcji, ale zakończenie największej wojny w naszym kanonie może być tylko raz w życiu. Poza tym takie misje zdarzają się niezwykle rzadko. Poprzednią taką dla mnie był Ossus i choć wczoraj mówiłem, że nic Ossusa nie przebije tak teraz... waham się. Ale dochodzę do wniosku, że tego po prostu nie sposób porównać. Obie te misje, wszystko co z nimi związane, miesiące i lata przygotować, dziesiątki zaangażowanych postaci - graczy i npców - ogrom odwiedzonych miejsc, nawiązanych relacji, biznesów... Na Moc! Po prostu przepięknie! Gdy o tym wszystkim myślę to nie potrafię wyjść z podziwu jak można było to wszystko ciągnąć, układać przez tak długi czas. Masa modeli postaci, pojazdów, map, obiektów, broni... Ogrom napisanych tekstów... Nie da się tego ogarnąć. Każdy kto był w przygotowanie tej wojny zaangażowany w jakiś sposób ma powód do zadowolenia i dumy. Oczywiście największe pokłony należą się Bartowi za niesamowicie angażującą kampanię! Ale każda jedna misja związana z wojną się do budowania tego co wczoraj przeżywaliśmy dołożyła. Wszystko się złożyło na wczorajszą, ostateczną bitwę o Odik.

Dobra... w końcu może o samej misji xDDD
Już wchodząc na serwer wiedziałem, że będzie grubo. Zażyłem podwójną dawkę leków na drżące łapy i jakoś dało radę... przez dłuższy czas (choć później i tak latały mi jak szalone, a gdybym nie zażył to pewnie odbijałbym się od ścian xDDD)... Napięcie było ogromne. Lecieliśmy przygotowani na tyle ile mogliśmy. Każdy wiedział, że może zginąć w każdej chwili. Wojna... Ostateczna bitwa... Starcie dwóch największych potęg w znanej galaktyce... To musiało się skończyć ofiarami. I oczywiście nie mówię tu o statystycznych zgonach, bo choć one są istotne to dla nas graczy to zawsze tło... Najbardziej bolą zawsze straty bliskich i gdy Tanna wsiadała do myśliwca wiedziałem, że na Odiku już może się z nimi nie spotkać. Że z pewnymi osobami już nigdy nie porozmawia... I niestety tak się stało już podczas bitwy na orbicie. Gdy poległ Fher Alman miałem wybuch wewnętrznego "KURWA!". To była super postać i ogromnie mi było żal... Zwłaszcza, że zginęła dosłownie na chwilę przed ucieczką... To poczucie, wiara, że już jest bezpieczny i nagle BUM! I zwrot o 180 stopni... Znika w momencie. Zderzenie ze skoczkiem koralowym i... koniec. "To by było na tyle" cytując jego ostatnie słowa.
Z perspektywy gracza miałem bul dópy o te bitwę ^^' To pierwszy raz gdy mogłem w jk3 polatać w kosmosie, pierwszy raz, gdy miałem okazję postrzelać z myśliwca, po manewrować i sprawdzić się w tej roli. Widząc zmianę mapy oblał mnie blady strach, bo nigdy tego wcześniej nie robiłem (ok... lata temu na Yavinie ale to było lata temu... I nie było nigdy walki... A już z pewnością nie w takiej skali). Szybka wiadomość do Fenderusa wysłana w panice i brak odpowiedzi... A tu start... I radź sobie... Chwila na ogarnięcie co i jak... Gdy tylko bitwa się zaczęła kompletnie przeszedł mi mój bul dópy. W pełni skupiłem się na przetrwaniu i celu. Widziałem, jak trzy skoczki gonią Fenderusa i jedyne co mogłem zrobić to patrzeć... Na pokładzie miałem HDR i Yammoska... Cel był jasny... Widziałem, jak gonią Fhera i widziałem go (chyba) na moment przed śmiercią. Jako gracz miałem wtedy wrażenie, że mogłem to powstrzymać. Przecież mogłem odciągnąć od niego wrogów i ocalić tę postać... Ale cel był jasny... Jego życie było mniej ważne... Pieprzona wojna...

Każda chwila spędzona w bunkrze budowała poczucie zagrożenia. Wiedziałem, że w każdej chwili może wpaść tu jakiś zbłąkany Yuuzhan Vong i siać zamęt. Oczywiście... Przez ograniczenia gry... Niemożliwy do uniknięcia meta geaming wiedziałem, że żadna armia na nas nie wpadnie. Ale co z tego? Musieliśmy się rozdzielić... Ktoś musiał zostać... A ja kocham wszystkie te postaci i nie chciałem by żadną więcej spotkał koniec. Elia, Fenderus, Vreyx... Gdyby zginęli, a przecież to oczywiste, że mogą zginąć w każdej chwili... To jak śmierć członka rodziny... Takiego wymyślonego i złożonego z polygonów i pikseli... Ale kochanego całym sercem. A trzeba było podjąć decyzję. Ktoś musiał lecieć po myśliwiec... Jak ja biłem się z myślami... Fenderus jest krytyczny do odebrania HDR ze Światostatku, musi przeżyć. Elia jest potrzebna do obrócenia dovin basali, musi przeżyć. Najlepiej, by to oni polecieli. Ale zostaje Vreyx i Bart... Jak zostanie Tanna to pewnie ich nie obroni i wszyscy zginą. Zginie moja kochana Tanna... Zginie Vreyx i Bart... Co wybrać? CO WYBRAĆ?!
Nigdy jeszcze chyba nie byłem tak zaangażowany w walkę, którą obserwowałem ze speca... Nie zdarza się to często, bo zazwyczaj się pomaga i błagałem Moc, by Bart nie wymyślił, że nagle przeskakuję na Yuuzhan Vonga i pomagam w ataku, bo chyba bym się pochlastał w tamtym momencie...
Gdy to wszystko się już skończyło, gdy Elia, Fenderus i Vreyx poradzili sobie z 3 Uśmiercicieli i Yuuzhan Vongiem odetchnąłem z ulgą. Dalsza część planu... wszystko idzie dobrze i to cholerne czekanie... Czułem, że coś jest nie tak... Że coś musi się jeszcze wydarzyć... Coś idzie za dobrze... Gdy wychodziłem po zapasy to wiedziałem, że zaraz coś pierdyknie i wszystko się zesra. NO I MASZ! Odwracam się po wyjęciu zapasów z myśliwca i widzę jak na ryj leci Tannie cepa z amphistaffa... Jak nie wyskoczyła w górę... Jak mi nie podskoczyła klawiatura od drżących ze stresu rąk... Ledwo opanowałem krzyk przed monitorem (środek nocy, nie mieszkam sam, obok leży dziewczyna... no nie wypada się drzeć)... Jak udało mi się tak długo wytrzymać nie wiem... Mimo zażycia podwójnej dawki leków i tak miałem ogromny problem z trafianiem w klawisze. Z całego serca chciałem, by Elia i Fenderus dołączyli do tej walki... Gdzieś tam błyskała mi myśl "Ale super będzie własnoręcznie zabić Khsatsha Choke. Ale to będzie osiągnięcie", ale głośniejsza była "POJEBIE! ON CIE ZMASAKRUJE!". No i w końcu popełniłem pierwszy błąd. Dałem się zaskoczyć i Tanna oberwała. I znów biłem się z myślami... Dokładnie tak samo, jak przy próbie ustalenia kto leci po myśliwiec... Z tym, że oni już byli po jednym ciężkim starciu, mocno osłabieni, ledwo żywi... Próbowałem jeszcze, cofając się... Drugi błąd... Druga rana, poważniejsza... Jak ja opanowałem łapy... nie mam pojęcia... Musiałem je dodatkowo co chwilę wycierać, bo takie były mokre od potu ze stresu... Masakra kompletna... I w końcu dołączają... Elia, Fenderus, Ego... I 4 klepiemy Choke, a ten skurw... nic sobie z tego nie robi i jedzie nas, a dodatkowo mam poczucie, że to on nas przytłacza... A przecież jest 1 na 4! Siadavi... jesteś pieprzonym bogiem walki na OJP. Zwłaszcza w grupówkach... Udowodniłeś to już podczas kampanii na Onderonie pokonując paru Yuuzhan Vongów (chyba było ich 4? 5?) i to jeszcze własną postacią, a to wiadomo stres mnożymy przez milion do potęgi trylionowej... Ale to co osiągnąłeś wczoraj to była poezja. Khsats Choka to postać, która nie musi nic mówić... Nie musi stroić się na potężnego wroga. On wchodzi i srasz w gacie, bo wiesz, że choćby było was 5... 6... to może wam spuścić taki wpierdol, że się nie pozbieracie... I to wy będziecie przed nim uciekać w tej walce. No i dokładnie tak było... Elia dostała lańsko - nic dziwnego... poprzedni part, teraz walka z Uśmiercicielami, gdzie momentami walczyła 1 na 3...
Swoją drogą... 1 na 3 Uśmiercicieli... Ktoś z nimi walczył? Ktoś wie jakie to twarde skurczybyki? Pamiętacie? No... To ona miała 3... W ciasnych, małych pomieszczeniach... Zapomnijcie o ucieczce skokami, wybijcie sobie z głowy odstawienie ich na dystans i regenerację sił... 3 na 1 na dłuższe lub krótsze momenty, w małych, ciasnych pomieszczeniach... A ona ich klepie... Szacun... Wczoraj pokazałaś klasę.
Ale wróćmy do Choki... Jaki mnie kolejny bul dópy złapał, gdy już prawie udało mi się zadać obrażenia temu skurczysynowi, już miałem go zrzucać z dachu... A tu sru... Ego mi wali w plecy i mi Tannę zabija... Połamane żebra, obrażenia ciężkie, jeszcze jeden kill i krytyk, i koniec walki... No i stres znów mnożymy przez milion do potęgi trylionowej drodzy państwo... I weź tu walcz, gdy wiesz, że nie ma już żadnej opcji zapasowej... Walka o wszystko. Polegniesz to Choka spokojnie wykończy Ego, a później przyjdzie po Elię i Tannę... Fenderus w tej chwili walczył z odblokowaniem myśliwca - znów... cel... cel! Myślałem, że Edgara po prostu w tamtej chwili rozniosę na strzępy, a jego truchło będą zbierać rozsiane na przestrzeni kilku kilometrów. Czułem, że nie idzie mi źle, czułem, że mam szansę na walkę życia... Może nawet nie w pełni wygraną... Może Fenderus i tak musiałby przyjść i pomagać... Ale jednak... Szło mi dobrze... To była moja chwila... A tu taki nóż w plecy... Już wcześniej nabawił mi stresa, gdy zrobił identyczna akcję i powalił mnie przed Choką na ziemię. Już widziałem tego amphistaffa w brzuchu Tanny... Dzięki Mocy za te skarpę, która zwiększyła zasięg turlania się... No ale... Jak się wkurwiłem niemiłosiernie... A to dodatkowo spowodowało latanie moich łap... Damn... Ostatnie szansa, wulkan emocji i walcz... Ale szło... szło nieźle... Z tym, że teraz panicznie bałem się powtórki z rozrywki i byłem pewien, że Edgar mi Ego znów walnie w plecy... Więc uważałem nie tylko na Chokę, ale dodatkowo na Ego... Paranoja! Gdy nie widziałem gdzie jest Ego to starałem się nie ryzykować... Bo bałem się, że to on mnie wykończy a dzieła dopełni Choka. Ale szło... kuźwa... nawet mimo to... szło... Choka dostał ode mnie wreszcie killa. I wtedy... Wpierdzielił się w niego Fenderus jak pocisk... Gość poszybował za góry i chwila spokoju... "Uciekajcie, ratuj Elię, zajmę się nim". I kolejny dylemat z kategorii walka z własnym ego... Bo z jednej strony wiesz, że Choka ma już potężne rany i niewiele trzeba, by go wykończyć... I jako gracz chcesz mieć w tym udział, chcesz by to twoja postać uwaliła głowę temu głównemu złemu, by została bohaterem dnia, by zebrała chwałę za pokonanie go... Ale z drugiej widzisz Elię... Mistrzynię Tanny, jej ukochaną starszą siostrę, jej mentorkę... Postać która była z nią od pierwszego pojawienia się w grupie, która pomogła jej niezliczoną ilość razy mentalnie, fizycznie... Z którą cholera jasna pierwszy raz starła się z Yuuzhan Vongami! I widzisz jak się wykrwawia, jak umiera, jak nie ma szans się podnieść i wiesz, że wystarczy jeden cios i koniec... Nie ma... Oczywiście znów gdzieś tam w głowie znów bije mnie myśl "Przecież nie zabiją od tak leżącej postaci... Przecież Siad tego nie zrobi"... Ale co z tego? Emocje były już tak duże dzięki całej zbudowanej otoczce wokół tej bitwy, dzięki temu wszystkiemu co się stało, dzięki każdemu jednemu NPCowi, że kompletnie nie myślałem świadomie w takich kategoriach. Wczucie 100%. Tanna łapie Elię i zaczyna z nią uciekać, Fenderus bije się z Choką... Choka nas dopada akurat, gdy pisałem i zdaje Tannie kila... Ale co z tego? 100% pewności, że Bart tego nie policzy... To piękno Szlaczków również. Wiesz, że GM cię nie wyrucha i wszystko odbywa się w pełni uczciwie, transparentnie z poszanowaniem graczy. Przez pół sekundy miałem takie "Kurwa! Nie jak piszę!" i tyle... Znów ucieczka...
Nie miałem okazji widzieć, jak Fenderus pokonuje Chokę... Jako gracz żałuję cholernie... To musiało być piękne, gdy lecący miecz przeciął gościa... Ale cel... cel! Do myśliwca, próba odblokowania, powrót do bunkra, leczenie ran i ta walka ze Światostatkiem... Chyba drugi raz w swoim eRPowym życiu napisałem tak długi, skomplikowany, a jednocześnie precyzyjny opis użycia Mocy. Starałem się tam zawrzeć wszystko czego Tanna się nauczyła, co mogła umieć, a nawet wyjść poza te granice - lekko, bo lekko, ale jednak... trochę było. I choć to Elia ruszała tym kolosem w towarzystwie Barta, choć to ona zadała ostateczny cios dovin basalom... To wydaje mi się, że w tym stanie, bez Tanny nigdy by im się to nie udało... I jestem dumny, że moja ukochana Tanna mogła być częścią ostatecznego starcia z Yuuzhan Vongami, z potęgą, która spustoszyła niemal doszczętnie całą galaktykę i przez ostatnie lata była stałym zagrożeniem dla wszystkich naszych postaci... Widok spalającego się w atmosferze Światostatku, muzyka z upadku Barad Dur... Były opisy, ograniczenia gry... Ale włączyłem sobie widok pierwszoosobowy, skierowałem kamerę na niebo i widziałem, jak ta niemożliwa do zniszczenia kreatura jest rozpieprzana przez tysiące turbolaserów, jak płonie i rozpada się w nicość... I płakałem ze szczęścia w środku... Nawet teraz, gdy sobie to przypominam ogarnia mnie wzruszenie tego, jak piękna to była chwila... Tam wszystko było idealnie zgrane... Boże... Co za reżyseria! OSKAR DO CHOLERY!

I ta wizyta Hras w ambulatorium, kapitulacja... I chcesz ją przyjąć. Raz, że tak powinien postąpić Jedi, ale pieprzyć to... Gość po prostu na to zasługuje. Bo wszystko jest spójne i logiczne... Jest konsekwencja wysiłków Fenderusa sprzed tygodni... I pożegnanie z Ego... I znów w głowie rozbrzmiewa mi motyw z lotr... Widzę, jak Frodo wsiada na statek elfów i żegna się ze światem śmiertelników... I choć mam do gnoja uraz, że mnie prawie zabił to jest mi przykro... Bo był właściwie od zawsze... Pamiętam misję odnalezienia go przez Elię i Fenderusa, pamiętam jak się z nami zżywał, jak pomagał na Onderonie, jak rozpieprzył Exploratora... I wszystko przechodzi mi przez głowę, każde wspomnienie... I jest mi przykro, że już go nie będzie. Choć nie pojawiał się często, choć można było o nim momentami zapomnieć to jednak był... A teraz... już go nie będzie...
Nad HD i myśliwcem nie płaczę. Wiem, że dołożymy starań by naprawić te twory Kaana.
Coś się kończy, coś się zaczyna... Życie trwa... I teraz musimy zmierzyć się z konsekwencjami tego do czego zmuszała nasze postaci ta wojna... Zadłużenie, ar'krai... Choć wojna się skończyła to jej skutki będą odczuwalne jeszcze długo.

Zupełnie rozumiem czemu Siada boli, że jego postaci tam nie było. Cholera... Jak bardzo ciesze się, że jednak Tanna się tam znalazła, że mogła dołożyć swoje do wygrania tej ostatecznej bitwy... Tak bardzo czaję, jak może boleć brak tego. Bo jasne... każdy się przyłożył do tego sukcesu... Ale jednak nie ma tej wisienki na torcie... Czaję, czaję...
I też nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem "plan Elii". Bullshit dla mnie. Pewnie, że skleiła to w całość, podsumowała, ale to każda z naszych postaci ułożyła ten plan i sprawiła, że mógł być zrealizowany. Każdy myślał i wymyślał drobne elementy tego planu. Więc to nie plan Elii, a nasz plan. Nas wszystkich, wszystkich naszych postaci, które choć odrobinę przyłożyły się do tego, że ten cholerny Światostatek spłonął. Że wojna skończyła się naszym zwycięstwem. Siad i Fenderus z pozyskaną wiedzą o Światostatku, Alora z załatwioną od Bothan flotą, Bar'a'ka, Tanna i znów Siad z pozyskanym Viscountem po uratowaniu Onderonu... Nawet nie mogę sobie przypomnieć kto i ile włożył w to by się to ostatecznie udało. Na naradzie przed Odikiem każdy z zebranych - Siad, Elia, Tanna, Fell, Alora - rozkminiał i dorzucał swoje trzy grosze jak rozpieprzyć Światostatek. Ktoś wymyślił abordaż, ktoś wymyślił sztucznego skoczka koralowego, ktoś wymyślił zabicie Yammoska, ktoś użycie HD, ktoś Hanza pilota, ktoś... NO CHOLERA KAŻDY MYŚLAŁ I WYMYŚLAŁ! I brawa, i podziw należy się każdemu kto dołożył do tego planu swoją cegiełkę... Nawet nietrafionym pomysłem, który mógł naprowadzić innych na właściwe tory. Głupim pytaniem, pozyskaną informacją. To NASZ PLAN zabił Koros-Strohne i będę bronił tego stwierdzenia całym sobą! ^^'

Damn!
Muszę częściej pisać komentarze po misji. Znów mogłem przeżyć to raz jeszcze. Znów rozbudziły się we mnie te emocje, które miałem wczoraj... Raport musiał być mój, nie ma innej opcji ^^' I postaram się z całych sił, by był to piękny, wciągający raport! I Mocy dopomóż mi w tym!

Nie sposób podziękować za wczorajszą misję... Żadne słowa nie oddadzą tego jak mi się świetnie grało i przeżywało... Po prostu dziękuję. Każdemu kto był w to zaangażowany, na każdym stadium od planowania, przez historię, po postaci, modele, mapy, obiekty... DZIĘKUJĘ!

Przeszło mi. Jak czytam takie komentarze jak Wasze, to mi nie szkoda :) Cieszę się, że sprostałem zadaniom.
~ Siad
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 837
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Denarsk Okka'rin dodano: 12 cze 2019, 17:36

Komentować nienawidzę, nienawidzę pokazywać się na forum i odzywać, ale czuję się w absolutnym obowiązku. Powiem więcej, po tym, co otrzymaliśmy w poniedziałek, byłoby z mojej strony chamstwem nie zostawić solidnego komentarza. Zostawić to wydarzenie z serią "(dzięki za RP)" przed disconnectem i zapomnieć... Niewybaczalne. Więc się odezwę, nawet jeśli za miesiąc usunę tego posta, by nie było śladu po moim uzewnętrznianiu xD.

"Teraz albo nigdy" - tytuł misji doprawdy perfekcyjny. Jedna jedyna chwila dla nas, by zdążyć powstrzymać Kult, nim ofiarą padnie kolejny wśród nas. Jedna jedyna chwila dla Starszego, by zatrzymać nas przed pościgiem. Misja sama w sobie mogłaby uchodzić za prostą, jasną i konkretną. I nie widzę w tym bynajmniej niczego złego. Był to perfekcyjnie zaaranżowany finał RP, które toczyło się od wielu dni. Każdy aktywny robił co mógł. Jeśli nie udziałem w planach i pomysłach, to w ich wykonywaniu. Misja była zwieńczeniem dwóch tygodni ciężkiego planowania, ogromnej aktywności i ton pracy twórczej czy wykonawczej. Tu pozostało zatrzasnąć pułapkę i wszystko zakończyć.

Lecz mimo to, klimat był niezrównany, a misja ta, choć sama w sobie prosta, to taka miała być: była prostym, finalnym krokiem nie tylko tych dwóch tygodni, ale finalnym krokiem w naszej podrózy z wieloma antagonistami i przygodami.

Seallenchi jako nasz antagonista był świetną kreacją. Łatwo jest stworzyć przeciwnika, którego siłą jest to, że zmiecie wszystkich poza Bartem i ma przerażać pogromem bojowym. Seallenchi tymczasem był przeciwnikiem, którego naprawdę czuło się w zasięgu. Choć raz prawie zamordował Fenderusa i okaleczył go na zawsze, Elia spaliła go w furii żywcem. Choć walcząc z Elią i Namon-Durem, tego drugiego prawie zabił, Elia zdołała pokonać go jeden na jednego. W studiu HoloTV okazał się po prostu poniżej kalibru legendy HDR-1. Prawie zaszlachtował Siada Avidhala i Bar'a'kę, ale w dobrej sytuacji, ranny. Kiedy indziej, walcząc w ciemnościach, bił się na równi z Elią, Tanną i Alorą. W ciele Redge'a zmusił Tannę, Alorę i Hanza do ucieczki, gdy Siad Avidhal ledwo zdołał osłonić ich ucieczkę, przegrywając. Kiedy indziej Ezequiel i Namon-Dur zdołali złamać jego i jego eskortę i doprowadzić do śmierci. To było w nim zawsze świetne. Nie był niepokonany, lecz potrafił połowę naszego zespołu zostawić z trwałą ruiną na zdrowiu. Tym, co w nim przerażało, było to, że był dość potężny, by doprowadzić nas do rozpaczy nawet mimo tego, że niekoniecznie musiał wygrać. Ezequiel Thaxton zabił to bydlę, ale co z tego - zdążył porwać Zoey Rawlings, która stała się warzywem. HDR-1 może i wreszcie zarżnął Hakka Raala, ale Redge Leecken i tak był już ruiną pozbawioną ciała. Elia spaliła go żywcem w przerażającej scenie, ale najpierw nabił Fenderusa na pal. To czyniło z Seallenchiego naprawdę fenomenalnego antagonistę.

Widok Seallenchiego przywdziewającego twarz Noshiravaniego Miada był bolesny, ciężki i przygnębiający. Świetny wybór, świetny motyw. Nijak tego nie przewidziałem i byłem w smutnym szoku. Bolesna emocjonalnie chwila, jeśli postać tą się lubiło, widziało miesiące wyciągania z niego dobrego człowieka przez Siada, którego to Noshiravani wielbił nad życie.

Bitwa była klimatyczna, ciężka i wymagająca. Po tylu dniach dalej mam do siebie ból, że przecież mieliśmy komunikatory i Denarsk mógł krzyczeć, by Tanna pod żadnym pozorem nie próbowała, kiedy ja przed monitorem spazmowałem z załamania pewnością, że jej pomysł to śmierć Redge'a. Ciężka emocjonalnie chwila. Atak "cieni" był podobnie świetny. Poczułem prawdziwą bezradność, aż moim jedynym pomysłem stało się, by miecz stworzony z Ciemnej Strony zjadł Ciemną Stronę cieni. Z perspektywy czasu, pomysł durny, ale presja, fala komunikatów "Padawan|XXX - rana cięta" wprawił mnie w zupełną desperację. I to było świetne. Prawdziwy stres, presja walki i zagubienie. Atak cieni był o tyle świetny, że przecież widzieliśmy je już w akcji. Wielu z nas zostało z solidnymi ranami na pamiątkę! A po prostu, mi przynajmniej, nie wpadło do głowy, że mogą się pojawić. O ujrzeniu Seallenchiego już powiedziałem dość. Walka była przytłaczająco ciężka, zwłaszcza, że nie miałem czasu dorwać się do lepszych broni i zostałem z 60 Defence i Katracytem xD. Duch wielkiej walki grupowej z tym przeklętym potworem i falą iluzji (?) był wspaniały.

I wreszcie kulminacja i nagłe wpadnięcie do generatora, bez czasu przestoju, w samym środku rzezi. Miliony opisów naraz. Narracja 5 ostatecznych sekund ciągnąca się na kilka stron. To już czysta masteria prowadzenia akcji przez narratora w jego standardowo świetnym stylu.

Voliander zaskoczył swą pułapką. A potem zaskakiwał z każdym następnym słowem. Ta scena była naprawdę piękna. Była pięknym finałem jednej z najbardziej skomplikowanych postaci i jednej z najlepszych jaką widziałem nie tylko na Szlakach, ale w ogóle ^^. Z pewnością była to jedna z najlepiej napisanych i zaskakujących scen i postaci. To, że w rzeczywistości planował nas zdradzić i się nas pozbyć, było... boleśnie realne, boleśnie sithyjskie, fenomenalnie okrutne. To czemu zrezygnował było równie świetne. Voliander w wielu prostych słowach pokazał naszym postaciom, jak zmieniły się one, jak otworzył się na skomplikowanie Mocy, jak odeszły od przywar "regularnego" Zakonu. Ale przez te lata zmieniliśmy się nie tylko my, ale i nasz z początku antagonista-komediant, antagonista-okrutnik, a później przymusowy sojusznik i złośliwiec. Drogi Jedi i drogi Voliandera ostatecznie się zeszły. Na tyle, by Voliander nie chciał nas pozabijać, na tyle, by reszta nie żywiła wobec niego tej palącej nienawiści, którą oglądałem na początku pobytu, gdy miał Angara za zakładnika, znęcał się nad nami, mordował Barta. Ujrzeć ten finał po tylu latach to wspaniałe wrażenie. Perfekcyjna klamra zamknięta wokół historii wspaniałego antagonisty, deuteragonisty i antybohatera w jednym. Piękna scena, idealnie domknięta przez muzykę. Równie piękne było objaśnienie, czemu Voliander zawsze był zagadką, czemu mimo pożarcia przez Ciemną Stronę, nie jest taki jak Starsi, jak Sitowie, jak Upadli Jedi. To zawsze było pod naszym nosem. To było coś, co widzieliśmy przez te wszystkie lata, od dnia, w którym się nam objawił i nienawidził nas za uwolnienie Starszych. Mieliśmy to zawsze pod nosem, a nie złożyliśmy aż do ostatniego dnia. Perfekcyjne poprowadzenie tej postaci i całej tej historii.

Całość domknięta przez wspaniałą oprawę muzyczną i aranżację modelami i efektami. "Pułapka" Voliandera i utwór z niej - koniecznie muszę znać nazwę. "Pożegnanie" zaś - z pewnością z Endgame, poproszę o nazwę xD. Redge i jego walka z agonią - idealny utwór. Cała bitwa - też.

Piękny, poetycki finał jednej z najlepszych historii. Dziękuję, że mogłem tam być.
Awatar użytkownika
Denarsk Okka'rin
Padawan
 
Posty: 35
Rejestracja: 14 sie 2016, 20:32

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Edgar Alexander dodano: 16 cze 2019, 16:56

Podpisuję się pod wieloma tymi rzeczami, które napisał o misji Denarsk. Przez te kilka lat mieliśmy już kilka dość solidnych finałów wątków:
- pokonanie SOO na Onderonie;
- uratowanie Ossusa i Mocy;
- pokonanie Vongów na Odik i śmierć Khsatsa Choki;

Ten finał plasuje się na równi z każdym z tych wyżej wspomnianych, pod wieloma względami je przebijając. Ogólnie, zauważyłem, że istnieje kilka rodzajów finałowych konfrontacji w historiach fabularnych, szczególnie w fantastyce - takie też mieliśmy u nas. Był finał wojny na wielką skalę w postaci decydującej bitwy, była wyprawa do mistycznego miejsca, zwieńczona ratowaniem świata przed nadnaturalną apokalipsą... no i teraz mamy bardzo osobisty, personalny finał.

W każdym z dotychczasowych finałów grało rolę mnóstwo osób, były to to gigantyczne operacje, które udały się nie tylko dzięki staraniom uczestników misji, ale również długim, trwającym miesiące przygotowaniom. W poprzednich wypadkach finał miał miejsce raczej ze względu na jakieś zewnętrzne czynniki. Reagowaliśmy na postępujący rozpad polityczny, nadchodzącą flotę wroga, lub niszczenie samej struktury Mocy. Tutaj jednak ostatecznie wszystko sprowadziło się do nas samych.

Cały plan wziął się z tego, że Fell został złapany przez Kult i musieliśmy zakończyć to wszystko, aby go uratować. Walczyliśmy przeciwko Starszemu, którego uwolnił i przyjął nasz adept. Walczyliśmy nie w jakiejś egzotycznej lokacji, majestatycznym pałacu, lub w środku ognia bitwy - nie, starliśmy się w naszej własnej bazie, w której spędzamy 70% czasu od pięciu lat. Broniliśmy Redga, który jest tak kluczowa postacią dla Szlaków - nawet dla mnie, który dołączył dopiero te 4 lata temu. Seallenchi natomiast korzystał z ciała Noshivarani Miada - NPC, który przez... rok, dwa? towarzyszył nam regularnie w grze - oraz z (z tego, co zrozumiałem) miecza Siada jako broni.

Wyłączając zjawy wykorzystywane w ostatnim etapie walki przez Starszego, starliśmy się z tym, co mieliśmy na swojej drodze już tak wiele lat. No i w końcu mieliśmy finalną konfrontację z Volianderem, który wcale nie krótko grał rolę głównego antagonisty, bardziej niebezpiecznego dla nas samych niż Starsi. Doszło tutaj do kulminacji - to bardziej definitywnej, niż z Kaanem na Ossus - prawdopodobnie najdłuższego ze wszystkich wątków i zdecydowanie to czuć. Po skończeniu misji miałem definitywnie takie bookendowe wrażenie, jakby zamknęło się już definitywnie pewien rozdział w historii Szlaczków - w niemałym stopniu też dlatego, że zbliża się zmiana miejsca zamieszkania :D

"Teraz albo nigdy" to rzeczywiście świetny tytuł, ale jeszcze dochodzi genialność faktu, że uczestnikami nie są "Elia Vile, Tanna Saarai, Siad Avidhal", lub dowolna inna kombinacji biorących udział graczy, ale "Szlakiem Jedi". Rzeczywiście każda postać wyłożyła coś od siebie. Po każdej stronie była walka na najwyższych obrotach, czyniąc całą konfrontację tak pełną napięcia. Do ostatniej chwili nie byłem pewien, jak to się zakończy.

Ostatnia konfrontacja z cieniami była niestety moja pierwszą, ale za to niesamowicie intensywną. Miałem naprawdę wrażenie kompletnego przytłoczenia i braku jakiejkolwiek szansy na konwencjonalne zwycięstwo. Już na początku było ich tyle, że mogłem głównie uciekać, a tylko razem wspólnie z Denarskiem byliśmy w stanie przeganiać je - chociaż nie było to rzeczywistym rozwiązaniem na dłuższą metę. Potem to czekanie na kolejny etap, poczucie absolutnej grozy. W każdej chwili oczekiwałem wpadnięcia armii przeciwników, ale nic takiego nie miało miejsca. A kiedy uświadomiłem sobie, że Denarsk napotkał Starszego, natychmiastowe rzucenie się do biegu. Czułem napięcie całą tą misję i że muszę dać z siebie absolutnie wszystko, nie tylko by wygrać, ale przede wszystkim przeżyć.

Tutaj też wspomnę, jak świetną kreacją antagonistów byli Starsi i Voliander. W Gwiezdnych Wojnach jest już multum korzystających z Ciemnej Strony postaci, głównie antagonistów, ale bardzo rzadko są oni rzeczywiście kreatywni. Dotychczas mogłem wyróżnić praktycznie 4 postacie z w pełni wyjątkowym podejściem do Mocy, nie sprowadzającym się wyłącznie do bycia "Vader wannabe", lub "Palpatine wannabe". Starszych i Voliandera mogę z czystym sumieniem dołączyć do tej listy, tego drugiego w szczególności.

Denarsk opisał Voliandera i Seallenchiego naprawdę świetnie i nie czuję, że mogę tutaj dodać do jego charakteryzacji zbyt wiele. To naprawdę solidnie napisane postacie i każde ich pojawienie się wywoływało napięcie i grozę. Dopiero, kiedy Voliander zawiązał z nami formalny sojusz, przestałem przełykać ślinę (metaforycznie :D ) jak się pojawiał, przestałem się martwić kolejną pułapką, jaką mógł zastawić. Obydwaj jako antagoniści byli więcej niż tylko osobami odpowiedzialnymi za armie przeciwników, lub potężnymi bossami, ale byli rzeczywiście osobami, z którymi trzeba było się liczyć na skalę osobistą. Nawet jak Seallenchi przegrywał w bitwie, cały czas nas również ranił, co nawet znajduje swoje odzwierciedlenie w tym finale - pokonaliśmy go ostatecznie, ale okupiono to dotkliwymi ranami duchowymi dla Denarska, psychiką Redga, oraz średnimi-ciężkimi ranami dla połowy ekipy. To był finał, którego efekty będziemy odczuwać jeszcze daleko w przyszłości, niezaprzeczalnie.

Każda z większych i mniejszych kampanii, w jakich braliśmy udział odcisnęła mi się w pamięci. Mimo, że moja postać nie miała aż tak osobistych powiązań z tymi wydarzeniami, jak Ego z Vongami na Onderonie i Odik, tak mimo wszystko odczuwam domknięcie rozdziału w mojej historii jako gracza w Szlakach - cały w końcu mój pobyt, to Kult i Vongowie :D. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć rozwój kolejnych kampanii - i oby przyniosły tyle satysfakcji, co ta.
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 431
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Siad Avidhal dodano: 16 cze 2019, 17:29

Zwieńczenie wieloletniej historii, którą na swoje sposoby prowadził dosłownie każdy z nas. Od wszelkich postaci na Prakith których już nie ma, po dosłownie wszystkich obecnych członków Zakonu Jedi. W takiej skali i stopniu, że tak naprawdę ciężko sprecyzować kto robił najwięcej, kto miał największą styczność z kultem. Praktycznie każda wyprawa do jakiegoś miejsca na Prakith była powiązana - od zakupów w sklepach, prześladowań i porwań... Bo nawet nieprzesadnie niebezpieczne rzeczy, jak robienie zapasów w dziwnym "kościele" kultu Voliandera. Lokalne mafie, kontakty z wojskiem/rządem/policją - wszystko sprowadzało się do kultu w którymś momencie przebiegu, by zakreślić skalę ich wszelkich powiązań. Tym, że praktycznie rzecz biorąc oni "są" Prakith. Integralną jego częścią. Nie ma od momentu postawienia nogi na Prakith postaci, która w jakikolwiek sposób nie miałaby finalnie jakiejś historii z nimi związanej. Oczywiście - jak wszędzie są wydarzenia kluczowe. Ale finalnie praktycznie każda postać na przestrzeni tych lat miała wpływ na to, jak całościowo i finalnie się to potoczyło, jak wyglądały nasze relacje z różnymi organizacjami. Porażki z Sanarisem, porażki z współpracy z policją i rządem, jakieś nieprzemyślane słowa rzucone do foliarzy z piwnicy XD Zajebiście się cieszę, że - mimo iż nie miało to aż tak dużego znaczenia - miałem swój minipart jako uczestnik, który podkreślał rolę mojej postaci jako - jak to nazwał Bart - "rzeźnika kultu" i osoby, która przez tyle lat pozostawała specyficzną niewiadomą dla wroga, bo praktycznie nikt nie przeżył spotkania - nie licząc Starszych. Na skalę misji to niewielka i symboliczna rzecz, ale jak najbardziej wspaniale trafia do mnie jako przypadkowego w sumie uczestnika.

Było świetnie. Bardzo podobał mi się koncept tego wszystkiego, że to właśnie nie ja, nie Elia, nie Bart czy Fenderus mieli tutaj najgłówniejsze z głównych ról. Smaczku tego wszystkiego dodawał fakt, że tak naprawdę finalna walka i losy dalszych operacji leżą w rękach Padawanów i to właśnie oni są tymi, od których ostatecznie wszystko będzie zależeć. Jeśli zginą - nie będzie już więcej szans, a wszystkie te lata wspólnych trudów idą na marne. Swego rodzaju pikanteria w tym, że to właśnie Padawani finalnie będą musieli mierzyć się twarzą w twarz z czymś tak wykraczającym poza wszelkie ich postrzeganie Mocy. A jednocześnie biorąc pod uwagę skalę konfliktu - to właśnie mimo to wszyscy są tu "głównymi bohaterami", każdy ma jakiś tam swój mniejszy czy większy wkład. Podpisuję się tu rękoma i nogami pod Denarskiem i pod Edgarem - bez dwóch zdań. Świetne zwieńczenie plottwistem przez Barta, świetnie całość prowadzona przez lata xD Aż zostaje takie trochę smutne uczucie pustki jak po obejrzeniu dobrego filmu czy książki - ale niepodważalnie dużo większej pustki, biorąc pod uwagę ilość lat w której te historie się działy. Jesteśmy po Vongach, jesteśmy po Kaanie i teraz też po Kulcie. A przed nami wciąż zapewne kupa zabawy i masy równie ciekawych rzeczy - i to jest wspaniałe w RP książkowej klasy.
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1429
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Opinie i komentarze dotyczące misji

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 03 wrz 2019, 15:24

Komentarz zacznijmy od tego, że po fakcie co prawda umiem sobie porozbijać wszystko na części i coś opisać, ale na żywo to było jednolite show do przeżywania jako całość i na bieżąco nie byłem w stanie niczego rozdzielić, wlazłem w klimat po całości, jak przy jakimś Endgame czy coś i byłem podobnie pozytywnie przeładowany i skasowany emocjami jakby Endgame miało 8h xD

Wątek zaginionych był naprawdę super. Nwm jak to wyglądało z oczu pomocników, dla Was pewnie dziecinnie łatwe i proste (niespodzianka, dla pomocników zawsze wszystko jest oczywiste XDD), ale ode mnie wymagało to sporo myszkowania, sporo kartek obok kompa, żeby połączyć wszystkie wątki w jedno. Motywy spoiwa były świetne do poskładania w całość. Miałem mnóstwo fajnego główkowania, a motywy były zarazem idealnie konkretne, nie było to błądzenie po omacku, jak całość zaczęła mi się składać, to była potwornie wyraźna. Świetnie napisane <3 Mam nadzieję, że typero który mnie zaprowadził do BRAM MROKU (XDD) był wynikiem tego, ile Fell pytał o tego typu miejsca, a nie z góry zaplanowany, bo trochę zabijałoby to sens śledztwa imo.

Cała osada (przepraszam STOLYCA XDD) była esencją tego co zarąbiste w grze by Szlaczki. Każda z tych postaci była zwykła, autentyczna, normalna na swoje warunki, a każda była unikalna, każda była charakterystyczna i wyrazista. Rodiański dzieciak zafiksowany na punkcie Jedi, pan Chistori z rozwaloną szczęką, napruta koleżanka myśliwego, wszyscy byli naprawdę zarąbiści. Czułem ilość ludzi na serwerze, ciężko było nadążyć za czytaniem, zrobiło mi klimat. Całe to miejsce było perfekcyjne <3

Negocjacje i obrady były genialne. Trochę się bałem, jak ja to ogarnę z tyloma postaciami naraz, ale szybko poszło na dobre tory. Zajefajne było, że każda postać chciała kompletnie czegoś innego, a negocjacje i tak szły jak jeden tor Team-Hakassi vs. Team-Ottabesk xD Świetne rozplanowanie, świetne napisanie i świetna gra wszystkich pomocników. Urzekła mnie tam na swój sposób każda postać. Eliowy koncept sprzedany mojej postaci sprawdził się idealnie i byłem potwornie dumny z siebie jak go wykorzystałem i jak broniłem XDD Wiadomo, best-Adept-eva musiał naprawić bagno po Tannie i Denarsku, od tego jest 8)

Etap grobowca to schiza maestro, po prostu jobana perfekcja. Ewoluujący labirynt, w którym zmieniały się tory, zdążył przyprawić mnie o epicki zawrót głowy. Wszystkie pułapki, nagłe wpadanie w nie wiadomo co, kurła, to była poezja, taki majstersztyx, że weź. Trzęsłem się i pociłem przed ekranem z tego co się działo. Sama konstrukcja mapy, ciemności, osaczenie, płonące wszystko, po prostu bałem się kurła ruszyć. Całe to było tak zarąbistą wewnętrzną przygodą i tak zarąbistą konfrontacją z różnymi traumami Fella, że jaaaa <3 Mam nadzieję, że rozterki Fella 1 na 1 z GM nie oglądało się nudno xD Każdy element tej części, każdy przeskok, każdy dialog, budowały coś TOP. Odan-Urr i ta zarąbista rozmowa, moja panika na widok Vonga, przytłoczenie jak uj, te ciemności i rąbiące znienacka Vongi... A weźcie, każdy etap bym mógł opisywać z wypiekami i robić komentarz na 4 strony xD Cała konstrukcja tej mapki to czysta perfekcja i każdy elemencik jej designu grał symfonię psychodelicznego klimatu <3 Po prostu <3 <3

Końcówka robiła już zupełną siekę z mózgu. Nie umiem opisać, z jakim trudem połączyłem to co mogłem w jedno, będąc Adepciakiem znającym tylko podstawy Mocy i medytację XDD Bez żadnego kontaktu z większymi zasadami Mocy i rozumieniem jej wpływu, to było coś, co wyciskało mi z mózgu ostatnie poty. Wszystkie motywy były tak abstrakcyjne, tak astralne, tak zawile skrzyżowane ze sobą, tak wiele z nich było metaforycznych, poetyckich, że myślałem, że mózg mi wybuchnie. W takim pozytywnym sensie. Składanie tego do kupy i próby “obudzenia” Togruty było czymś, przy czym głowa eksplodowała, ale dialogi pisały się same i czułem całą gorycz, bezradność i zawzięcie Fella xD

Cała misja była wyjebista i potwornie się cieszę, że ze wszystkich NPCujących na Szlaczkach osób przyszedł każdy poza nieszczęsnym Alorowym (F dla niego :<), bo było naprawdę niesamowicie, wieczór do zapamiętania na całe życie, cieszę się w ooy, że miałem tylu świadków tej epickości xD

EBIN 4/3
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 52
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Poprzednia

Wróć do Zadania

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

cron