Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 28 mar 2019, 22:34

Nowa era i stara wiadomość

1. Data, godzina zdarzenia: 27.03.19

2. Opis wydarzenia:

Wczorajszego wieczoru wraz z Mistrzynią, Tanną i Denarskiem otrzymaliśmy połączenie od prezydenta Prakith. Gratulował Mistrzyni, jak i Uczennicy sukcesu nad Odik II. Ciężko byłoby się dziwić. To kolejny cud, którego udało się dokonać - tym razem na największą możliwą skalę, równą może tylko Ossusowi. Prezydent jest bardzo kulturalnym, wyszukanym człowiekiem. Stwierdził także, że w większości nie powinniśmy też obawiać się przedstawienia już jako Jedi - teraz już będący postrzegani w większej części przez pryzmat pokonania Yuuzhan Vong. Nie tyczy się to jedynie przypadków znanych już "terrorystów", którzy i tak są nieobecni. Bar'a'ki, Garrina, Namona... i tak dalej. Wciąż jednak ujawnienie naszego prawdziwego pobytu nad Prakith, ponad bazę wypadową na wojnę nie wchodzi w grę. Ponad to poruszona została pewna... wrażliwa kwestia. Otóż odkryli na jednej z planet systemu duże ilości broni atomowej. Zgłosili się z tym do nas, gdyż jedynym zarejestrowanym pojazdem latającym w te okolice był nasz Sentinel. Tanna przyznała się, że to jej wina, jej plan, w którym środki te miały zostać wykorzystane w przypadku ataku Yuuzhan Vong na Prakith. Z obawy przed ujawnieniem postanowiła to zataić. Jak zauważył prezydent - nie była to najlepsza decyzja, ale ostatecznie, zważywszy na sytuacje nie planują wyciągać z tego żadnych konsekwencji.

Dalej, już dłuższą chwilę po spotkaniu z prezydentem przeżyliśmy... niemałą przygodę, zaskoczenie. Sprawa dotyczy maski Kaana, która już od pewnego czasu jest w naszym posiadaniu. Denarsk podczas rozmowy nad losami HDR i ewentualnymi możliwościami jego naprawy - pobiegł po nią. Przedmiot ten wywołuje dziwne zbiegi przypadków, które nikomu nie pozwalają go nosić. Denarskowi ledwo co udało się to donieść do ambulatorium. Sama spróbowałam - dostałam ataku niezwykle agresywnego kaszlu. Ostatecznie spróbowałam przenieść ją Mocą. I tu właśnie... Się zaczęło. Maska zaczęła drzeć, wręcz wydawało się, że zaraz wybuchnie. Wokół rozbrzmiały niezrozumiałe dźwięki. Język obcy, może lekko podobny do tego Yuuzhan Vong. Mistrzyni zaś dopatrzyła się w nim jakiegoś kodu, algorytmów, obliczeń. Wszystko wskazuje na to, że reaguje ona na Moc.

Ostatecznie spróbowaliśmy jeszcze raz. Tym razem wszyscy, odrobinę. Każdy z nas spróbował zadziałać na maskę Mocą. No i stało się. Na szczęście nie wybuchła, ale najwidoczniej przeniosła nasze umysły... gdzieś. Do wewnątrz? Wszystko w środku wydawało się pustką. Niczym na pokładzie myśliwca w kosmosie, acz bez samego myśliwca. Stałeś wśród nicości, pustej nieskończonej przestrzeni, gdzie byłeś tylko Ty i twoi towarzysze, tak i w Mocy, która wydawała się poza tymi aurami wręcz nie istnieć. Mistrzyni zniknęła pierwsza. Ledwo zdążyłam sprawdzić wspomniane wcześniej. Tanna trochę później. Zostaliśmy z Denarskiem sami. Ten zaś był... przerażony, zagubiony. Byłam pewna, że istnieje z tego wyjście. Musieliśmy tylko je znaleźć. Jednego byłam jednak pewna - patrząc na Denarska... Nie mogłam go tam zostawić samego, bo by całkiem popadł w rozpacz. Siedziałam więc i czekałam, sugerowałam mu rozwiązania. Pierwsze z nich - próby wmówienia sobie, że to miejsce nie jest prawdziwe - spaliły na panewce. W międzyczasie jednak starań Denarska doszła do mnie wiadomość od Mistrzyni. Usłyszałam w umyśle jej głos, poczułam jej wątłą obecność - "To jest iluzja" - mówiła. Prosty przekaz, jakże jednak kojący, uspokajający. Leżący na niewidzialnym gruncie wśród nicości Denarsk po pierwszej nieudanej próbie zdawał się być w jeszcze gorszym stanie. Wstał i ułożył dłonie na swej twarzy, jakby przygotowywał się do skręcenia karku. Rozwiązanie tak drastyczne... wydaje mi się, byłoby go w stanie zabić. Tak jak i Fellowi odcisnęły się tortury Voliandera na umyśle, tak ostateczna śmierć mogłaby być... właśnie nią. Zasugerowałam szybko kolejne rozwiązanie, które na szczęście zadziałało. Podążanie w Mocy za obecnością Mistrzyni, jej wiadomością, dochodzenie do jej źródła, może wyrwanie się z tej iluzji w ten sposób. Ja już tego nie czułam, ale szczęście tak czy inaczej dopisało. Denarsk akurat wtedy musiał to poczuć. Opuścił swe ręce i przysiadł, by po kilku minutach zniknąć, jak reszta. Odetchnęłam z ulgą.

Wiedziałam już co robić. Byłam spokojna. Długo jednak żadne sygnały nie nadchodziły. Zabijając czas, trochę z własnej ciekawości zaczęłam eksperymentować. Większość słów - czy to w języku galaktycznym wspólnym, czy Yuuzhan Vong pozostawało bez odpowiedzi. Do momentu, w którym nie powiedziałam: "Kaan". Wydaje się nieistniejące powietrze zostało wzbudzone. Zmysły zaczęły trochę wariować, tracić orientację, dostawać sprzeczne sygnały, jak teraz sądzę. Chwila minęła, wszystko wróciło do normy. W ten na pytanie - gdzie jestem? - odezwał się głos, ale jeden. Ten sam co w ambulatorium, tak samo niezrozumiały. Myśląc, że maska ta może rozpozna język Yuuzhan i w jakiś sposób... dostosuje się - to samo pytanie zadałam w ich języku. Odpowiedź jednak była tak samo niezrozumiała. Tu skończył się czas na eksperymenty - poczułam obecność Tanny, wiadomość od niej. W ten sam sposób, który zasugerowałam Denarskowi, podążyłam za jej obecnością. W pewnym momencie nawet pędząc za wspomnieniem - tak słaby był to sygnał, nawet na tle wszechobecnej nicości. Udało się. Obolała, z bólem głowy wróciłam na Prakith, do ambulatorium, a tam czekali już na mnie Mistrzyni, Tanna i Denarsk.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Co tak naprawdę skrywa w sobie maska? Może to dokładnie ta sama wiadomość, którą odczytał HDR, może kolejna mapa, może coś kompletnie innego. Ciężko powiedzieć. Próbowałam nagrać te głosy, żeby może analiza komputerowa przybliżyła nam możliwe ich znaczenie. Nic jednak moja holodata nie zarejestrowała.

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Padawan
 
Posty: 387
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 03 kwie 2019, 18:29

Zjednoczone floty

1. Data, godzina zdarzenia: 20.03.19

2. Opis wydarzenia:

Piszę ten raport w zaciszu ambulatorium na Prakith. Moje ciało powoli wraca do sprawności po wszystkim, co przeszło w systemie Odik. Jestem dumna, że wciąż żyje. Może być brzydkie, ale jest naprawdę odporne.

Lot na Odik II był częścią większego planu, jaki przygotowaliśmy na finał wojny o Głębokie Jądro. Zgromadzone tam siły mogły podołać prawie wszystkiemu, co mieli w zanadrzu Vongowie, odejmując trzy jednostki: Światostatek oraz dwa Kor Chokki. Lokalizacja Światostatku była nieznana – przed bitwą przewidywano, że może w pojedynkę, bądź w asyście jednego z Kor Chokków, zaatakować Prakith podczas bitwy w systemie Odik. Na polu bitwy spodziewano się jednego z Kor Chokków – dwóch, jeśli mielibyśmy pecha.

Światostatek próbujący wysolować Prakith lub zdobyć je z asystą Kor Chokka to scenariusz, który byłby nam najmocniej na rękę. Prakith mogło bronić się długo, mieliśmy też plan na sytuację krytyczną, gdyby któryś ze statków podszedł zbyt blisko. Wszelkie odciążenie bitwy nad Odikiem II oznaczało dla nas szybsze, mniej stratne zwycięstwo i przerzut sił do wsparcia obrony Prakith.

Mój Mistrz i ja dotarliśmy nad Odik II tuż przed starciem. Mieliśmy czas na krótka odprawę z dowódcami sił zbrojnych, nim zostaliśmy odesłani na stacje orbitalną Golan III. Na platformie obserwacyjnej cały czas towarzyszyła nam koordynatorka działań zbrojnych, porucznik Amanda Gish, będąca dobrym wsparciem merytorycznym przed i podczas samej bitwy.

Morale naszej armii… było niskie. Od najwyższego po najniższy szczebel. Samobójstwo było najskuteczniejszą i dość popularną formą dezercji. Jak bardzo trzeba stracić wiarę, by widmo śmierci popychało cię do odebrania sobie życia…?

Pierwszą zapowiedzią starcia było odcięcie komunikacji. Vongom udało się wygłuszyć wszystko poza systemem – co nie było wielkim problemem, kiedy całe nasze siły i tak znajdowały się na miejscu. Niestety, w trakcie bitwy komunikacja wewnątrzsystemowa również zaczęła zawodzić – możecie sobie wyobrazić co to oznacza dla koordynacji działań kilku odrębnych flot…

Nie chcę wchodzić w szczegóły tego, jak wyglądała sama bitwa. Nie jest to coś, co warto sobie wyobrażać, o czym warto myśleć. Czasem suche liczby i statystyka to błogosławieństwo. Czułam życia, które rozpływały się w Mocy w jednej wielkiej fali cierpienia, coś, od czego nie sposób uciec, czego nie sposób zapomnieć. Nigdy nie doświadczyłam wojny na taką skalę. Nigdy. Myślałam, że jestem gotowa, ale nie byłam – nie da się na to przygotować. Ból był niemal namacalny, jak osobny twór istniejący w Mocy, coś, co można wyodrębnić, co zajęło dla siebie całą płaszczyznę i po prostu istniało, bez konkretnego źródła, bez konkretnego ogniska, dojmujące i absolutnie abstrakcyjne. Przez chwilę myślałam, że nie dam rady zrobić tego, po co tam poleciałam – a przecież znam dobrze własny ból, potrafię go zepchnąć na dalszy plan niemal w każdych warunkach. To było coś innego. To nie był mój ból, usytuowany w moim ciele, to była jedna wielka rana Mocy i dotykała każdego skrawka mojego umysłu.

Czas mijał. Ludzie umierali. Zaraportowano dwa Kor Chokki, które mogliśmy oglądać z moim Mistrzem najpierw na cyfronotesach, potem przez elektrobinokulary. Starałam się zaakceptować tę nową, pełną agonii Moc, w końcu to ona była moją główna bronią, powodem, dla którego w ogóle znalazłam się w centrum tej rzezi. Nie potrafię opisać etapów bitwy, ruchów sił. Wiem, że Viscount związał walką jednego z Kor Chokków i wiem, że Admirał Tasenter uratował nam życie, niszcząc jakiegoś nietypowego koralowego skoczka. Byłam skupiona wyłącznie na moich celach. Na długo nim znalazły się w naszym zasięgu miałam w głowie cały plan działania. Do mnie należało rozpoczęcie i pokierowanie całym przedsięwzięciem, mój Mistrz miał dołączyć jako perfekcyjne odbicie moich działań, potężna siła, bez której nie mogłabym marzyć o sukcesie.

Obserwowałam ostrzał Kor Chokka by znaleźć punkt, w którym pociski załamywały się, zostawały wchłonięte przez dovin basala. W ten sposób udało mi się wyodrębnić punt masy jednego z tych stworzeń. I popchnąć go. I odwrócić. Tak… przepchnęliśmy czarną dziurę, by ta pochłonęła sąsiadów i stworzyła lukę w tarczy idealnej. Reszta leżała w rękach naszej floty, która nie marnowała czasu. Straciłam przytomność na dosłownie kilka chwil, a Kor Chokk już był poważnie uszkodzony. Upewniłam się, że mój Mistrz jest stabilny, po czym zajęliśmy się drugim z potworów.

Nie mam tu wiele więcej do powiedzenia poza tym, że dosłownie sięgnęliśmy naszego limitu. Pierwszy Kor Chokk był wyzwaniem. Drugi… był w teorii czymś niemożliwym do pokonania, nie po wcześniejszym wysiłku. Nie mam pojęcia jak nam się udało i w jaki sposób to przeżyłam. Nie wiem. Ile czasu byłam po tym nieprzytomna? Na pewno dość, by obudzić się w świecie gorszym od tego, który zostawiłam.

Pierwsze, co do mnie dotarło, to obecność Światostatku, który najwyraźniej pojawił się znikąd i z miejsca dołączył do walki. Nie miałam czasu, by się nad tym zastanowić, bo nagle wszyscy zaczęli krzyczeć i wiedziałam, że trzeba natychmiast uciekać. Udało mi się wstać. Próbowałam podnieść mojego Mistrza, poczułam ukłucie paniki, a potem… wszystko zlewa mi się w jedno. Oślepiający blask, znalazłam się w powietrzu, ból, bariera – ale, jak się okazało, nie wokół mnie. Wielki iluminator po prostu eksplodował, mój Mistrz musiał wypchnąć mnie z drogi fali ognia, która zdążyła go zgarnąć ze sobą, ból, który czułam, musiał być jego bólem – stąd bariera, którą prawdopodobnie ocaliłam mu życie. Ruszyłam w jego stronę. Ktoś do mnie mówił, ale kompletnie nie wiem kto i co dokładnie. Mój Mistrz doznał rozległych oparzeń, ale żył. Miałam apteczkę. Nie zdążyłam jej użyć.

Przez wyważone drzwi do pomieszczenia wpadli Uśmierciciele, dwójka. Mój Mistrz zdołał się ukryć, a ja… Cóż. Zdołałam utrzymać pion. I przeżyć kolejną minutę, może dwie. Może przesadzam i trwało to wiele krócej. Nie miałam żadnych szans, nie w tym stanie… właściwie w żadnym stanie nie miałabym szans. Gdyby nie mój Mistrz, który zdołał jakoś wyczołgać się ze swojej kryjówki i ściąć ich obu, nie byłoby mnie tutaj. To była ostatnia rzecz, którą zrobił, nim zemdlał.

Kiedy przypominam sobie to wszystko, naprawdę nie mam pojęcia, jak połowa z tych rzeczy mogła w ogóle się wydarzyć. Skąd wzięłam resztki energii, by dźwignąć ciało mojego Mistrza i przenieść go do hangarów? Zamknąć w kokpicie? Usiąść za sterami? Nie jestem nawet pewna co dokładnie pilotowałam. Ktoś… nie mam pojęcia kto… pokierował naszym lotem przez wciąż trwającą bitwę. Musieliśmy mieć wiele szczęścia. Lecieliśmy w eskorcie, później bez. Zostaliśmy skierowani na powierzchnię, w jakieś bezludne miejsce. Wiedziałam, że na Odiku II wylądowały desanty Vongów, które rozpierzchły się po całym terenie i zaczęły prowadzić drobne działania zaczepno-zwiadowcze. Szansa na trafienie na nich była jednak mniejsza niż szansa zestrzelenia.

Mieliśmy szczęście, znów. Nie wylądowaliśmy na kompletnym odludziu. Grupa techników wojskowych chroniła się w bunkrze tuż obok miejsca naszego lądowania i, choć trudno w to uwierzyć, był z nimi Vreyx. Nie mam pojęcia co tam robił, ale to najlepszy prezent od wszechświata, jaki mogłam dostać.

Bunkier stał się naszym tymczasowym lokum. I ja, i mój Mistrz potrzebowaliśmy odpoczynku i opatrzenia ran. Odik II nie miał możliwości odparcia ataku Światostatku, jedyna szansa to realizacja naszego planu z Rycerzem Fenderusem, HDR, Yammoskiem i myśliwcem Kaana w rolach głównych. Komunikacja pozasystemowa była wciąż niemożliwa. Jedyne, co przyszło mi do głowy to próba komunikacji z Tanną poprzez Moc. Obie zachowałyśmy połączenie z Ossusem w Mocy, wykorzystałam go, by był moim pośrednikiem. Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, udało się – czego dowodem mogą być raporty stworzone przez moją Uczennicę i byłego Ucznia.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Mistrz Jedi Elia Vile
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1604
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 03 kwie 2019, 19:10

Zjednoczone floty - część II
Odik II


1. Data, godzina zdarzenia: 24.03.19

2. Opis wydarzenia:

Mistrzyni i Mistrz Bart wylecieli na Odik, a nam pozostało tylko czekać i mieć nadzieję, że wszystko co zrobiliśmy, każde poświęcenie, którego musieliśmy dokonać ma sens i przyczyni się do wygrania bitwy o Odik… Zakończenia tej strasznej wojny… Ale znów musieliśmy działać. Jeszcze jeden, ostatni raz.
Gdy usłyszałam głos mojej Mistrzyni, gdy w głowie rozbrzmiały jej słowa o Światostatku nad Odikiem wiedziałam, że najbliższe dni będą długie i intensywne. Musieliśmy się tam przedostać, musieliśmy dostarczyć tam Yammoska, HD i myśliwiec Lorda Kaana. By zniszczyć tego niezniszczalnego kolosa.
Wiecie doskonale, jak wyglądał nasz plan. Wiecie doskonale, co razem z Alorą, Felem, panem Almanem i Rycerzem Fenderusem robiliśmy na 2 dni przed odlotem. Staraliśmy się zdawać raporty i wpisy z naszych działań na bieżąco.

Gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, a do bazy przybyli kapitanowie eskadry B-Wingów i eskadry E-Wingów z Dremulae ruszyliśmy w drogę, na ostateczne starcie z armią Yuuzhan Vongów. Bitwę, która miała zakończyć trwającą od kilku lat i kosztującą niewyobrażalną ilość istnień wojnę. Wiedziałam, że mogę nie wrócić. Wiedziałam, że mogę nie zobaczyć się z wami ponownie. Wiedziałam, że dla każdego ruszającego na Odik może to być ostatnia wyprawa i nie żegnałam się… Nie chciałam dopuścić do siebie myśli o niepowodzeniu. Nie mogłam. Musiałam być w pełni skupiona, w pełni wiary w sukces. Tylko tak potrafię działać. I choć teraz żałuję, że nie powiedziałam paru słów panu Almanowi, Hanzowi, HD tak wiem, że tylko by mnie to wtedy rozproszyło. A mimo, że nie byłam uwzględniona w naszym pierwotnym planie pokonania Koros-Strohny i zakończenia wojny, teraz miałam odegrać w nim kluczową rolę. Dowieźć na Odik II Yammoska i HD w myśliwcu Lorda Kaana. Przetrwać za wszelką cenę to co czekało na nas na orbicie planety. I musiałam być gotowa zapłacić za to każdą cenę.

Wyszliśmy z nadprzestrzeni, choć trafniejszym określeniem byłoby użycie stwierdzenia zostaliśmy wyrwani. Dovin basali wokół Odik II było tak wiele, że nie sposób było ich policzyć. Cała orbita była nimi usłana i wydawało się, że nie istnieje nic poza nimi. Byliśmy jednak na to przygotowani. Mieliśmy plan. Musieliśmy przeć naprzód. Wielu dzielnych pilotów B-Wingów i E-Wingów przypłaciło życiem nasz sukces, ale udało się. Przedarliśmy się przez blokadę tylko po to by ujrzeć ogrom sił zgromadzonych przez Yuuzhan Vongów nad Odikiem. Już po chwili radary zaczęły szaleć, a Ego poinformował mnie o zbliżających się w naszą stronę licznych skoczkach koralowych. Z tymi jednak mógł sobie poradzić. Niestety Khsats Choka wypuścił na nas również rój swoich superskoczków, z którymi musieliśmy poradzić sobie samodzielnie. Nasza osłona z załatwionych przez Rycerza Fenderusa myśliwców już nie istniała. Część nawet nie doleciała nad Odik, część zderzała się ze sobą tuż po wyjściu z nadprzestrzeni, część w trakcie lotu, a część została zmieciona przez dovin basale, gdy przedzieraliśmy się przez blokadę. Takie było ich zadanie. Tak zakładał nasz plan. W bitwie, którą mieliśmy zaraz stoczyć i tak nie wytrzymałyby nawet sekundy. Napięcie rosło, gdy trójkąty na radarach oznaczających superskoczki przesuwały się coraz bliżej środka. I w końcu… nawiązaliśmy kontakt z wrogiem. Zaczęła się wymiana ognia.

Nie potrafię dokładnie opisać przebiegu tego starcia. Nie brałam w nim udziału, mój cel był jasny i konkretny. Trzymać się jak najdalej od bitwy, na uboczu. Przetrwać i dotrzeć na Odik II. Bitwę obserwowałam na radarze. Moje serce zamierało, gdy widziałam jak trzy superskoczki gonią Rycerza Fenderusa i zaciekłością godną najbardziej wygłodniałych drapieżników. Widziałam, jak pan Alman traci tarcze w swoim TIE Avengerze, jak rozpaczliwie próbuje wymanewrować swojego oponenta, a ja nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam mu pomóc, nie mogłam narażać naszej misji, nie mogłam się angażować. Widziałam, jak znika z radarów, słyszałam jego ostatnie słowa… I nie czułam wtedy nic poza pustką. W tamtej chwili jego śmierć mnie nie obeszła. Nie mogła. Gdyby wtedy dotarło do mnie, że miałam szansę go ocalić, że mogłam zaryzykować i osłonić jego odwrót… Cel był najważniejszy. Walczyliśmy o całe życie w galaktyce, musicie to zrozumieć. Każdy z nas wiedział na co się pisze, czym ryzykuje. I wszyscy byliśmy na to gotowi. Musiałam trzymać się planu… I dlatego pozostała po nim wtedy jedynie pustka, nic, gdy jego myśliwiec zderzył się z superskoczkiem i rozpadł na dziesiątki elementów. Zabrał ze sobą jednego z nich do grobu.

Poprosiłam Rycerza Fenderusa o opis tej bitwy z jego perspektywy. Chciałabym byście dokładnie mogli zrozumieć z czym musieliśmy się tam mierzyć i wiedzieli, jak ciężko musieliśmy zapracować na ostateczny sukces. Nie w celu przechwalania się, a nauki. Być może dostrzeżecie w naszym działaniu błędy, z których będziecie mogli wyciągnąć lekcje. Być może zastosowane metody kiedyś będziecie musieli powtórzyć i uratuje wam to życie.
Rycerz Jedi Fenderus pisze:Lecieliśmy z prędkością pewnie gdzieś kilku tysięcy kilometrów na minutę i pędziliśmy w stronę Odika, ale te popieprzone skoczki koralowe nie zamierzały odpuścić. Flota Sojuszu wyczuła co się dzieje i zaczęła nas zaczepnie osłaniać, a my zasuwaliśmy i zasuwaliśmy... Ale te myśliwce nie mogły nam odpuścić. Nie mieliśmy żadnego wyjścia, musieliśmy walczyć w trakcie tego ślepego pędu. I już od samego początku było źle. Hanz wypadł gdzieś z toru naszego popieprzonego pędu i zostałem ja, Uczennica Tanna i pan Alman.

To coś... było potężniejsze nawet niż TIE Defender, a żaden pilot nie uwierzy, że to możliwe. Była ich piątka, a nas raptem trójka, byliśmy zupełnie osaczeni, a Tanna... słusznie w sumie... trzymała się bardzo z daleka. Miałem żadne szanse nawet jeden na jednego i przekonałem się o tym szybko, wziąłem jednego perfekcyjnie na cel żeby go zbombardować... i przeżył i to on zmasakrował moje tarcze. Szczerze? Po prostu byłem zupełnie przerażony, nie da się opisać tego przytłoczenia samego TIE DEFENDERA. Było tego pięć wokół nas. To coś nas masakrowało, krążyliśmy dookoła rozszarpanych szczątków jednego z setek okrętów na tym przerażającym cmentarzu wokół Odika... i tam była tylko walka o przetrwanie. Te ogromne myśliwce były niezniszczalne po salwie Defendera, a ich pociski rozpruwały wszystko, miażdżyły nas. Nie myślałem nawet jak z nimi wygrać, bo jedyne co szło zrobić to walczyć o życie.

Komunikat yammoska mówił, że to ścierwo zafiksowało się na mnie. Domyśliłem się, że to jakieś cholerstwo skupione na wyłapywaniu Mocy... dalej wiałem, nie próbowałem nawet walki, po prostu wiałem i strzelałem do myśliwców skupionych na panu Almanie albo Tannie, tylko żeby je odgonić i znowu zniknąć. Po informacji yammoska wrzeszczałem do reszty, by strzelali, skoro skupiają się na mnie... pan Alman posłuchał, Tanna nie. Ciągle osaczały mnie w giga ilości, rzadko 2, zwykle 3, czasem 4. W końcu zacząłem robić jedyne co mogłem. Zacząłem wciągać to ścierwo w pościg za mną, pod dryfujący wrak niszczyciela. I hop dookoła, pętla na bok, lot pionowo wzdłuż ściany wraku, znowu w górę, znowu w dół, w środek wraku, jak dziki, milimetry od zabijania się o krawędzie, żeby tylko wpędzić tych gnojów w kraksę, tylko to dawało szansę żyć. Jakbym próbował walczyć z tym normalnie, dawno bylibyśmy trupami. Najgorsze, że nawet nie wiem, co stało się z panem Almanem... Szczerze, to nawet nie zwracałem uwagi na komunikaty. Widziałem pociski TIE Avengera, nie widziałem pocisków naszego myśliwca, ale nie wiem co do końca robiła Tanna i Fher, walczyłem o wszystko próbując wciągnąć te gnidy. Jeden rozbił się bardzo wcześnie i szybko, na samym początku moich manewrów. Reszta... z czasem i z trudem, po tym jak już dawno umierałem z nerwów. Gdzieś w tym czasie pan Alman padł... Nie umiem nawet opisać jak mi szkoda. Z nas wszystkich to była najmniej jego walka... Dla mnie to bohater i tyle...


Ja walczyłam o przetrwanie, każda sekunda mogła być tą ostatnią, każda sekunda mogła przekreślić miesiące przygotowań. Presja byłaby nie do zniesienia, gdybym tylko dopuściła ją do siebie. Co jakiś czas zbłąkany superskoczek dopadł mnie i próbował zestrzelić na szczęście tarcze myśliwca skutecznie pochłaniały te części pocisków, które o niego się ocierały, gdy moje liczne manewry zawodziły. Kręciłam beczki, wprowadzałam myśliwiec w ruch wirowy, próbowałam wymanewrować wroga wokół i pośród szczątków tego co pozostało po bitwie kosmicznej, zwalniałam nagle i przyśpieszając, zmagając się wtedy się z ogromnymi przeciążeniami. To wszystko jednak się opłaciło. Rycerz Fenderus w TIE Defenderze swoimi niemożliwymi do opisania umiejętnościami pilotażu wymanewrował i pokonał wszystkie superskoczki. Z pewnością pan Alman przed śmiercią również się do tego przyczynił, jak również piloci B-Wingów i E-Wingów, którzy dzielnie ruszyli nam z odsieczą. W końcu mieliśmy czystą drogę na Odik. Zaraz po wejściu w atmosferę skontaktował się z nami oddział Sojuszu, przekazaliśmy im cel naszego przybycia i niezwłocznie otrzymaliśmy lokalizację Mistrzyni. W trakcie lotu dostrzec mogliśmy, jak ogromne zniszczenia poczynili już Yuuzhan Vongowie w zebranej przez nas flocie. Co rusz dostrzegaliśmy płonące wraki myśliwców, kilometrowe kratery stworzone przez wbite w ziemie niszczyciele, zajęte ogniem płonących fregat lasy… To było piekło na ziemi, do którego wchodziliśmy z własnej woli…

Wylądowaliśmy. HD pozostał przy myśliwcu, aby strzec go przed Yuuzhan Vongami, których z pewnością każdy z nas się wtedy spodziewał. Razem z Rycerzem ruszyliśmy w kierunku bunkra, w którym przebywała Mistrzyni wraz z Mistrzem Bartem i żołnierzami Sojuszu. Jak okazało się już na miejscu był tam również kapitan Vreyx. Co za szczęście, że ten doświadczony żołnierz również wtedy się tam znalazł. Nie mogę powiedzieć, że dla mnie osobiście, ale jestem przekonana, że stanowił nieocenioną pomoc w trakcie dalszego przebiegu naszej misji.
W bunkrze, po szybkim przywitaniu i przedstawieniu gotowości do dalszego działania, nawiązał z nami łączność z generał Ron Moebius. Przedstawiliśmy mu nasz plan pokonania Koros-Strohny i poprosiliśmy o podanie lokalizacji spreparowanego na te okoliczność skoczka koralowego. Generał wydał rozkazy i już po chwili mieliśmy współrzędne. Dylemat… Kto ma go odebrać? Mistrz Bart mocno ucierpiał podczas poprzedniego starcia na orbicie planety, Mistrzyni również była ranna i krytyczna dla powodzenia planu zniszczenia Światostatku, podobnie jak Rycerz Fenderus. Ale czy mogłam obronić tych, którzy pozostaną? Czy byłabym w stanie przeciwstawić się temu co rzucą na nas Yuuzhan Vongowie? Czy miałam siłę i umiejętności, by obronić Mistrza Barta? Nigdy się już tego nie dowiem, gdyż zdecydowałam, że wraz z pilotem z korpusu technicznego, który stacjonował w bunkrze udamy się po myśliwiec. Rycerz Fenderus, Mistrzyni, kapitan Vreyx i ciężko ranny Mistrz Bart pozostali, jak mi się wtedy wydawało, wspierani przez żołnierzy korpusu oraz HD, któremu przekazałam polecenie pozostania z pozostałymi na miejscu. Ile sił w nogach biegliśmy do myśliwca Lorda Kaana. Silniki pracowały z pełną mocą, gdy myśliwiec ciął powietrze w pędzie zbliżając się do współrzędnych spreparowanego superskoczka. Nie miałam pojęcia co zastanę po powrocie i choć przerażenie, że tych którzy pozostali czeka śmierć, gdzieś we mnie było, znów nie mogłam dopuścić do siebie tych myśli i związanych z nimi emocji…

Ponownie poprosiłam Rycerza Fenderusa, by streścił przebieg starcia z Uśmiercicielami, którzy zaatakowali bunkier pod moją nieobecność.
Rycerz Jedi Fenderus pisze: Według raportów, w naszą stronę szła piątka Yuuzhan. Mało… I to brzmiało źle. Duża grupa Yuuzhan oznacza nadejście armii takich Brostaltów czy Fellów, a mała grupa oznacza Tanny i Namony, że tak ujmę. Mistrzyni kazała HDR pilnować kwater i Barta, a ja i Vreyx próbowaliśmy ogarnąć żołnierzy-techników z tego przybytku. Kazałem im wiać gdzieś w podziemia i nie wdawać się w to… Nic pożytecznego nie byłoby z osób nieprzygotowanych na coś takiego i wpadających pod miecz. Byli bez szans. Tylko byśmy zmarnowali ich życie. Bałem się nawet o Vreyxa, pamiętam Uśmierciciela z Exploratora, naprawdę mocno bałem się o niego, ale wiedziałem, że i tak nie ma sensu kazać mu wiać.

Wyszliśmy na zewnątrz, przygotowaliśmy się, obserwowaliśmy teren z barykad, wszystkie drogi wejścia… I czekaliśmy. Ja w pełni zdrowia, mogący złapać zawał serca w środku zbyt długiej walki, ranna i zmęczona Mistrzyni i Vreyx z połową sprzętu. Krótko mówiąc, byliśmy w tyłku… I szybko przekonaliśmy się w jak dużym. Od mniej zabezpieczonej strony terenu zaczęła szturm grupa Yuuzhan. Trójka Uśmiercicieli i ich “regularny genetycznie” wojownik. Czwórka na naszą trójkę…

Ale mieliśmy przewagę…. mieliśmy po swojej stronie wielkie działa DF.9 większe niż my sami i serię małych działek poinstalowanych po dachach. Byliśmy bez szans, po raz kolejny… Ale mieliśmy złomowaty mini-fort po naszej stronie. Szybko zaczęła się walka i poczuliśmy jak to jest mieć coś takiego. Yuuzhańskie mutanty prowadzone przez jednego wojownika rzuciły się na nas i zaczęła się jedna wielka rzeź i walka o życie. Nie wiem, jak Vreyx, nie wiem jak Mistrzyni, ja znowu starałem się po prostu przeżyć, po prostu zająć soba jakiegoś Vonga, wytrzymaći liczyć, że w tym czasie ktoś mający okazję… albo działa… zdołają się przebić. Jeden na jednego potrafiłem sobie poradzić. Ci Uśmierciciele nie byli aż tacy, jak ci w pełni dopracowani, ale dalej potrafiłem co najwyżej walczyć na równi, nic więcej. A i taka walka na równi była taka, że sam nie zawsze nadążałem za tym co się dzieje i mogłem tylko liczyć, że Uśmierciciel też. Jeden na jednego dawałem radę, ale to było za mało. W pobliżu był Vreyx nie mający żadnych szans, jakby Uśmierciciel się do niego dorwał i osaczona Mistrzyni.

Mistrzyni dawała popis życia. Nigdy nie widziałem jej z takim zacięciem, taką szybkością… i takim wszystkim. Bywały chwile, w których zostawałem sam z liderem tej grupy, a ona z trójką Uśmiercicieli. I dawała radę. Odskakiwałem od swojego wroga, starałem się rozbijać im szyki wrzucając wirujący miecz między nich i po prostu rozbijać szeregi z nadzieją, że w końcu któryś się natnie i zagalopuje. Ledwo w to wierzyłem, ale… dawaliśmy radę. Działa strzelały pociskami większymi niż amphistaffy, a Mistrzyni uskakiwała między Vongami i te wielkie DF.9 nas ratowały, od nich zależało nasze życie. Yuuzhanie dopadali do dział i próbowali się ich pozbywać, ale wtedy nasza drużyna miała okazję ich atakować, rozpraszać. Nie nadążałem, ilu ich jest. Nie wiedziałem nawet, którego ranię i jak bardzo, nie wiedziałem ilu do końca nawet ich było, dopiero potem przetworzyłem w głowie, ile było na początku i że nie dotarł do nich żaden nowy. To była walka w zupełnym chaosie, szukanie co 5 sekund okazji żeby przerwać osaczanie Vreyxa, zatrzymać kogoś z trójki wbijającej się w Mistrzynię, ratować działo. Nie liczyła się walka jeden na jednego, liczyła się taktyka drużyny. I… Kuźwa, tu powiem jedno. Jak wiem, że nie jestem jakimś mistrzem szermierki, tak nasza trójka była drużyną marzeń. Koordynacja jak pionki jednego gracza. Raniliśmy Vongów, dawaliśmy im popalić, ale to dalej była walka o życie. W końcu zrobiło się po prostu źle. Vreyx oberwał bardzo mocno i mój strach o niego dotarł do szczytu. Mistrzyni padła, oberwała, a każda taka chwila zostawiała mnie i Vreyxa jak ofiary na rzeź. Ale mieli już powęglone ciała, wielu chodziło tylko dzięki chorym mutacjom i odporności na ból. Najgorzej było z Vreyxem, musiał wiać, ledwo się trzymał… A ja i Mistrzyni znowu obrywaliśmy. Działa padły, Vongowie zaczęli z nami wygrywać. Zaczęliśmy się wycofywać, ja i Vreyx wycofaliśmy się do środka, Vreyx rozstawił pola siłowe, pułapki… Walczyliśmy o czas. Ale Mistrzyni została na zewnątrz i walczyła dalej z całymi grupami… nie wiem jak. A ja i Vreyx robiliśmy już na tym etapie tylko chaos.

W końcu zaczęło to wyglądać jak rzeź bandy kalek. Vreyx był na wykończeniu sił, Mistrzyni wycofała się do nas, ja oberwałem solidnie, ale Vongowie byli w fatalnym stanie. Wielu ledwo trzymały się kończyny, a jeden zdążył wreszcie zdechnąć… Ale dalej było ich za wiele i byli zbyt silni. Walka w bunkrze była horrorem, ale powoli łapałem już taktyki tych gnojków, a rzuty mieczem w takim miejscu oznaczały śmierć albo moją, albo wroga… Ale miałem już do tego za dobre wyczucie i dawałem radę. Mistrzyni potrafiła walczyć z całą trójką naraz póki nie ściągałem tych potworów na siebie, kolejny raz, otoczona w ciasnym bunkrze… i dalej dawała radę. Vreyx, mimo że ryzykował życiem, mimo że 20 sekund naszej nieuwagi i moglibyśmy go stracić, dalej zawzięcie walczył razem z nami. Jeden Uśmierciciel padł, wreszcie mieliśmy trupa. I wreszcie następnego… I wtedy już zrobiło się lepiej, aż do momentu, jak Mistrzyni oberwała kolejny raz… teraz o wiele za mocno. Krew chlupnęła, Mistrzyni padła, nie dawała rady wstać… Ale z Vreyxem daliśmy popalić temu ostatniemu. Ledwo zipiał, aż został ze mną sam na sam… To już była formalność. Byłem w wiele lepszym stanie niż on, dałbym radę, zwłaszcza że Mistrzyni zdążyła wstać. Ale formalność zakończył za nas Mistrz Bart, wyczołgał się do rannej Mistrzyni jak poparzony… pstryknął palcami… i Vonga rozerwał wybuch. Cały bunkier zalały spalone organy… Było po wszystkim.


Po powrocie do bunkra od razu dostrzegłam ślady starcia, które przed chwilą stoczyli Mistrzyni, Rycerz Fenderus i kapitan Vreyx. Ślady osmaleń, cięć amphistaffów i mieczy świetlnych na ścianach prowadziły mnie w głąb budynku. Na ten widok z pewnością jeszcze parę miesięcy temu sięgnęłabym po miecz świetlny i wytężyła wszystkie mięśnie gotowa na starcie. Na szczęście moje zmysły, moje umiejętności postrzegania świata z pomocą Mocy znacznie wzrosły. Nawet nie musiałam się skupiać, by czuć aurę Mistrzyni. Nie miałam świadomości tego w jakim jest stanie, ale wiedziałam, że żyje. Usłana trupami Uśmiercicieli droga jedynie mnie w tym upewniała, gdy z każdym krokiem zbliżałam się do zjednoczenia z grupą.
Nie było czasu na wprowadzanie mnie w szczegóły tego starcia. Choć mogłam sobie je wyobrazić widząc, jak mocno Mistrzyni w nim ucierpiała. Ledwo się trzymała, a dopiero teraz mogliśmy zacząć realizację naszego planu… Na Moc! Dopiero teraz… Gdy zarówno Mistrzyni i Mistrz Bart byli ledwo żywi… Ale musieliśmy… Nie było mowy o porażce.

Nawiązaliśmy ponownie kontakt z generałem Moebiusem i przekazaliśmy mu dalsze instrukcje. Gdy tylko dotarł do nas pilot z spreparowanym skoczkiem koralowym Sojusz miał zacząć kolejną bitwę kosmiczną. Ta dywersja miała odwrócić uwagę od startującego wyżej wspomnianym myśliwcem Hanza na pokładzie z HD. Po mniej więcej godzinie mieliśmy zacząć próbę odwracania dovin basali i ostateczny atak na Światostatek. Piszę „mieliśmy” gdyż na tym etapie musiałam już wziąć w tym udział. Musiałam użyć wszystkiego czego się nauczyłam i wykorzystać każdy skrawek energii, który udałoby mi się pozyskać, by przekazać go dalej Mistrzyni. Nie wyobrażałam sobie innej drogi. Zrobiłabym to nawet gdyby Mistrzyni nie była w tak ciężkim stanie.

Ale nie wyprzedzajmy faktów, gdyż od starcia ze Światostatkiem dzieliła nas jeszcze długa droga. Gdy żołnierze opatrywali Mistrzynię i Rycerza ja postanowiłam udać się po zabrane z Prakith zapasy wody i jedzenia. Choć tarcze planetarne ledwo się już trzymały, a ułamki energii turbolaserów przedostawały się na powierzchnię chciałam podjąć to ryzyko. Ciągle miałam jednak wrażenie, że coś jest nie tak… Że coś zaraz się wydarzy… Coś wielkiego… Coś przerażającego…

Po wyjęciu zapasów z myśliwca odwróciłam się i dostrzegłam zbliżającego się do mnie amphistaffa, który miał mnie rozpłatać na pół. Ułamek sekundy dzielił mnie od natychmiastowej śmierci. Wciągnęłam brzuch i wyskoczyłam w gorę tak wysoko, jak chyba jeszcze nigdy przedtem, by jeszcze przed wylądowaniem na dachu pobliskiego domku z drewna dobyć miecza świetnego. Moje nowe bladobłękitne ostrze rozbłysło przed moimi oczami, a pozyskany na Lialic kryształ miałam za chwilę sprawdzić po raz pierwszy i to w starciu, które przegrałam już dwukrotnie wcześniej. Bo dzierżącym amphistaffa Yuuzhan Vong, który prawie mnie przed chwilą pozbawił życia był Khsats Choka, Mistrz Wojny, główny dowódca całej, zebranej nad Odikiem floty Yuuzhan Vongów. Gdy tylko to do mnie dotarło od razu wysłałam szybką wiadomość do zebranych w bunkrze. Musiałam stoczyć tę walkę sama… Oni byli zbyt ważni w dalszej części planu… Mistrzyni, Mistrz, Rycerz… Oni wszyscy mieli bardzo ważne zadanie… Ja byłam zbędna… Musiałam zatrzymać Khsatsa Choke tak długo, jak tylko byłam w stanie. Nie wiem, jak długo parowałam kolejne ataki, jak długo unikałam jego ciosów. Miałam wrażenie, że czas ciągnie się niebotycznie i już po chwili czułam zmęczenie godne długiego pojedynku. Siła jaką wkładał w każdy kolejny cios uginała moje nogi, wbijała mnie w ziemie. Prędkość z jaką za mną gnał, gdy uciekałam, nie pozwalała mi na chwilę nawet złapać oddechu, ale… Dawałam radę. Czułam, że daję radę… Nie byłam już tą bezsilną, butną Padawanką sprzed lat, gdy pierwszy raz spotkałam go na Kuar, nie zostałam sprowadzona całkiem do defensywy i nie musiałam ciągle przed nim uciekać, jak na Dremulae. Czułam, że mam cień szansy i co więcej momentami widziałam, że moje ataki sprawiają mu problem. Że mogę przełamać jego obronę, że mam szansę wygrać. Musiałam jednak się wycofać pod bunkier. Musiałam otworzyć przejście do myśliwca Lorda Kaana dla Rycerza i Yammoska… Cofając się dałam się zaskoczyć dwukrotnie. Rana na ramieniu nie była dotkliwa tak bardzo, jak rozcięcie na lewej nodze, którego doznałam na moście w drodze do bunkra. Cofając się dalej utykałam i każdy kolejny cios sprawiał mi coraz większe trudności i choć nadal miałam wrażenie, że walka nie jest jeszcze stracona, że mimo osłabienia nadal mam szansę przynajmniej mocno go osłabić to brałam również pod uwagę, że być może byłoby to moje ostatnie starcie z kimkolwiek. I wtedy Mistrzyni i Ego dołączyli do walki. Rycerz Fenderus niezwłocznie ruszył w stronę myśliwca, by przygotować go do lotu i zabrać się z Odika wraz z Ego, by ten mógł spełnić swoją rolę na orbicie. Wydawać by się mogło, że szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę… Że przytłoczyliśmy oponenta liczebnością. Porzućcie te myśl. Khsats Choka nic sobie nie robił dodatkowych przeciwników i walczył chyba nawet z jeszcze większą zażartością, siłą i precyzją. Mistrzyni padła najszybciej, gdy jeden z ciosów Mistrza Wojny niemal rozpłatał ją na pół. Śmiertelna precyzja z jaką Khsats Choka operował amphistaffem byłaby zgubą dla niejednego z nas, ale mówimy to w końcu o Mistrzyni. Przetrwała, choć mogło to zmienić się w każdej sekundzie. Znów musiałam zająć Mistrza Wojny, odciągać go od krytycznie rannej Mistrzyni i liczyć na cud, na swoje umiejętności, na spryt… Musiałam pokonać Khsatsa Chokę sama… Tak… Był jeszcze Ego… Ale szczerze mówiąc bardziej mi przeszkadzał niż pomagał. Próbował powalić naszego przeciwnika na ziemię falą energii elektrycznej, ale dwukrotnie trafił we mnie. Za pierwszym razem posyłając mnie tuż pod nogi oponenta, co prawie skończyło się dla mnie śmiercią. Gdybym nie zdążyła sturlać się po skarpie do rzeki ten raport pisałby ktoś inny. Za drugim razem jednak, gdy już prawie udało mi się przełamać obronę Mistrza Wojny i posłać go na ziemię z dachu, na którym walczyliśmy… Skończyłam z połamanymi żebrami. Atak Ego posłał mnie na skały, odbiłam się od nich i uderzyłam o ziemię z taką siłą, że odebrało mi dech w piersiach. Czułam przerażający, paraliżujący niemal ból. Moje ciało wiło się w konwulsjach, gdy czołgałam się po ziemi do swojego miecza świetlnego i próbowałam wstać. W tym czasie Ego zdążył nieco oberwać. Sam nie miał najmniejszych szans w starciu z tak szybkim i zwinnym przeciwnikiem. Musiałam wstać, musiałam walczyć dalej… Nie miałam już sił… Każdy mięsień mojego ciała krzyczał z bólu, moja klatka piersiowa paliła niewyobrażalnie potężnym ogniem, każdy ruch sprawiał mi nieopisane cierpienie… Ale musiałam walczyć dalej… Nie wiem, jak znalazłam w sobie wystarczająco dużo sił, by nie tylko nawiązać z Khsatsem Choką równą walkę, ale nawet go zranić. Ogromna zasługa w tym Mistrzyni, która nim padła pod naporem ataków Mistrza Wojny zdołała nadwyrężyć jego pancerz i trochę go już zmęczyć. Tym razem Ego okazał się bardziej pomocny, choć po poprzednich doświadczeniach byłam już niezwykle ostrożna i gdy tylko traciłam go z pola widzenia starałam się oddalić od Khsatsa Choki. Nie byłam pewna, czy zaraz znów nie zostanę przez niego nieumyślnie trafiona. Tym razem z pewnością nie byłabym w stanie się już podnieść. Tym razem byłby to koniec wszystkiego. Walczyłam więc nie z jednym, a z dwoma przeciwnikami naraz. Choć oczywiście działania Ego nie były wymierzone bezpośrednio we mnie, już dwukrotnie udowodnił mi, że nie panuje nad swoją mocą i stanowi dla mnie większe zagrożenie niż wsparcie. I choć widziałam, że powoli zaczyna kontrolować się w tej walce tak… nie mogłam ryzykować. Nie mogłam pozwolić, by Khsats Choka wygrał.
Starcie zostało nagle przerwane przez powrót Rycerza, który wbił się w mojego przeciwnika z taką siłą, że posłał go w powietrze daleko za pobliską górę. Mistrzyni okazała się nie stracić przytomności i posłała w lecącego jeszcze w powietrzu Mistrza Wojny złamany siłą pędu Rycerza antenę komunikacyjną. Gdy podniosłam się z ziemi, odrzucona tym oszałamiająco potężnym atakiem Rycerza ten nakazał mi ochranianie Mistrzyni, zabranie jej stamtąd. Był przekonany, że da radę wygrać z Khsatsem Choką. Nie miałam zamiaru się sprzeciwiać. Mistrz Wojny był już mocno osłabiony, jego pancerz nadwyrężony i choć Rycerz ma opinię najsłabszego szermierza wśród Rycerzy… To nadal wybitny wojownik, który w sytuacjach podbramkowych radzi sobie najlepiej z nas wszystkich i potrafi zaskakiwać, co niejednokrotnie już udowadniał, czy to w starciu ze Starszym, czy ucieczce przed Hrasem Choką z systemu Constancia.
Gdy ciągnęłam Mistrzynię po ziemi, niezdolna unieść jej już ani milimetr wyżej, gdy powoli przemierzałyśmy kolejne centymetry, oddalając się od miejsca walki ta najwyraźniej próbował coś jeszcze zdziałać. Cokolwiek wtedy robiła nie przyniosło to żadnych rezultatów. Nic dziwnego… Była na skraju życia i śmierci… A mimo wszystko nadal próbowała walczyć…
Khsats Choka dopadł nas za mostem i zmusił mnie do szybkiej obrony. Jego cios posłał mnie na ziemie, kolana ugięły się pode mną i miałam wrażenie, że moje kości pękły pod naporem siły z jaką uderzył we mnie amphistaffem. Na szczęście interweniował Rycerz Fenderus, który na czas zdążył ponownie związać walką Mistrza Wojny i skupić na sobie całą jego uwagę. Udało mi się dotrzeć pod myśliwiec, gdy otrzymałam od niego komunikat… Khsats Choka… Zginął.

Rycerz dołączył do nas pod myśliwcem, gdy próbowałam pozbyć się mazi twardej jak stal, którą Khsats Choka oblepił kokpit. Mój miecz jednak nie mógł zdziałać wiele, a miecza Mistrzyni nie potrafiłam w tym stanie włączyć – przełącznik jest ukryty pod obudową, należy na niego zadziałać Mocą. Choć nawet nie zdążyłam spróbować, gdyż już po chwili Ego pozbył się tego co blokowało dostęp do myśliwca. Żołnierze korpusu technicznego, którzy również dotarli pod myśliwiec pomogli mi zabrać ranną Mistrzynię do bunkra, gdy Rycerz wraz z Ego pognał w przestrzeń kosmiczną, by odzyskać HD z pokładu Koros-Strohny. W środku opatrzyli ją szybko, prowizorycznie. Nie wiem, ile litrów bacty na nią zużyli, ale było jej bardzo dużo. Sama zawiązałam opatrunek na swojej nodze, który zrobiłam ze strzępów swojej szaty i choć żołnierze próbowali mi również pomóc tak poza nasączeniem rany na nodze bactą nie mogli nic poradzić. Moje obrażenia były niestety głównie wewnętrzne. Kaszlałam i plułam krwią przy każdej próbie oddechu, który rozpaczliwie próbowałam złapać, gdy miałam już chwilę, by odpocząć. Z coraz większym natężeniem docierały do mnie skutki starcia, które przed chwilą odbyłam. Znów powróciło drżenie rąk, znów powrócił ból, znów ledwo mogłam utrzymać przytomność. W tym stanie dostrzegłam Mistrzynię, która na wpół świadomie wstała z łóżka i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Mistrz Bart, który tylko nieco mniej ranny poszedł za nią, wziął ją pod ręce. Ten widok dodał mi sił i dołączyłam do niego, wspierając Mistrzynię w walce ze schodami. Na Moc! Jak mieliśmy w tym stanie walczyć z Koros-Strohną? Jak znaleźć w sobie siły, by oddziaływać na Moc i skierować energię na odwracanie dovin basali? Pewnie, gdyby dotarła do mnie świadomość beznadziejności naszego położenia, niemożliwości tego zadania załamałabym się. Nigdy wcześniej jednak nie byłam tak zdeterminowana i tak skupiona na wygranej. Jedynie doświadczenia z Ossusa mogłyby równać się ze stanem w jakim się znalazłam w toku całej bitwy.

Znaleźliśmy się na zewnątrz, docierały do nas liczne komunikaty o przebiegu bitwy. Nie pamiętam żadnego z nich. Było ich tak wiele, że zlewały się ze sobą. Krzyki umierających pilotów, nowe rozkazy, informacje, status pozycji wroga i sojuszników… To wszystko zdawało się być ciągiem jednej długiej wiadomości, wypowiadanej przez tysiące głosów jednocześnie, której nie byłam w stanie zrozumieć, gdy siadałam na ziemi, na świeżym powietrzu, gdzie nad moją głową rozgrywała się bitwa dwóch największych flot w znanej galaktyce. Coraz więcej pocisków przedostawało się przez tarcze planetarne. Rozbłyski na niebie raziły w oczy, a każdy jeden z nich oznaczał stratę dla którejś ze stron. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że Sojusz trzyma się wystarczająco mocno, by nasze działanie przechyliło szalę zwycięstwa na naszą stronę.

Zatopiłam się w Moc. Zaczęłam chłonąć do siebie całą energię Odika, którą tylko byłam w stanie wyłapać. W całym festiwali śmierci i chaosu, jaki przetaczał się przez nurt Mocy wyłapywałam wszystko co tylko mogłam, każdą odrobinę energii, każdy skrawek życia. Chłonęłam to jak gąbka i potęgowałam w sobie napędzając ruch energii swoimi wspomnieniami, emocjami, całą sobą. Odrzuciłam każdy skrawek tożsamości, który tylko mogłam, by zestroić się z aurą Mistrzyni. Byłam tak blisko niej, że nasze aury stanowić mogłyby jedność dla niewprawnego obserwatora. Sama czułam, jak zlewają się w jeden, spójny konstrukt i przenikają wzajemnie. Nie wiem, jak wiele czasu minęło nim Mistrzyni udało się zlokalizować na niebie Światostatek. Wszystko zlewało się w jedną całość. Czas i przestrzeń przestawały istnieć. Ja przestawałam istnieć. Nie było Tanny Saarai, nie było Mistrzyni Elii Vile, nie było Mistrza Barta, była tylko Moc. Jeden spójny konstrukt, którym Mistrzyni miała pokierować i zaatakować dovin basale zmuszając je do obrotu i odsłaniając Koros-Strohne na atak sił Sojuszu. Energia płynęła między Odkiem, mną, Mistrzynią i Mistrzem w nieprzerwanym, potężnym strumieni, który mógłby zabić, gdyby został uwolniony w sposób niekontrolowany. Który z pewnością przytłoczyłby nawet tak potężnych użytkowników Mocy, jak Mistrz, czy Mistrzyni, gdybyśmy nie działali wtedy wspólnie i nie kontrolowali tej energii wspólnie. Skupienie było ogromne, wola była niepodważalna, cel był jasny. Wszystko co osiągnęliśmy w tej wojnie, każda jedna sekunda walki z najeźdźcą, każde poświęcone życie, każdy ułamek cierpienia, jakiego doznała galaktyka… Wszystko napędzało nas w naszych wysiłkach. Uwolniona przez Mistrzynię energia z jaką oddziaływała na dovin basale zdolna byłaby przesunąć księżyc, jestem tego pewna. Ta siła uderzała teraz z pełną mocą w Koros-Strohne i zmuszała broniące go dovin basale do zwrotu. Nie widziałam tego, nie mogłam, nie istniałam. Umarłam? Nie wiem? Może tak? Może na chwilę… Byłam jednością z Mistrzynią, jednością z Mistrzem, jednością z całą Mocą. Ale czułam to. Czułam, że nam się udaje i nagle pustka. Otoczyła mnie całkowita pustka złożona z oślepiającej, czystej, nieskończonej bieli. Nie było kompletnie nic poza mną, Mistrzynią i Mistrzem… Choć równocześnie nie byliśmy to my… Nie mieliśmy ciała, formy, świadomości… Była tylko Moc, a po chwili to to zniknęło.

Nie wiem, jak znalazłam się na trawie przed bunkrem, gdy moje oczy ledwo mogły się otworzyć. Mogłam dostrzec skutek naszych działań. Widziałam jak niemożliwa do pokonania potęga Yuuzhan Vongów, przerażająco wielki, masywny kolos wchodzi w atmosferę planety w akompaniamencie tysięcy, prujących do niego z dział turbolaserów. Widziałam, jak płonie, wybucha, jak odpadają od niego fragmenty chorej konstrukcji i spalają się w atmosferze. Widziałam, jak Światostatek znika pochłonięty przez Odik. Udało się… Dokonaliśmy niemożliwego.

Obudziłam się blisko trzy dni później w szpitalu polowym. Nie czułam swojego ciała, nic nie czułam. Kątem oka dostrzegłam leżącą na łóżku obok Mistrzynię i Mistrza naprzeciw niej. Nad nami stał Rycerz Fenderus w towarzystwie medyka Sojuszu. Gdy wszyscy odzyskaliśmy przytomność poinformowano nas o zwycięstwie i jednocześnie przedstawiono, jak wiele nas ono kosztowało. W bitwie poległo ponad 900 tysięcy żołnierzy Sojuszu w tym Hanz, który zginął w trakcie abordażu na Światostatek i HD, który nie zdołał przetrwać zmasowanego ataku armii Yuuzhan Vongów, gdy przedzierał się przez pokład Koros-Strohny po zabiciu Yammoska. Myśliwiec Lorda Kaana bardzo mocno ucierpiał w tym starciu i nie nadaje się do lotu… Wszystko czym przez lata obdarował nas Lord Kaan znalazło swoje zastosowanie i swój koniec w tej bitwie. Choć być może nie… Być może na szczątkach tego co wydaje się stracone uda nam się zbudować nowe. Odbudować HD, naprawić myśliwiec. Niestety nie przywrócimy życia tym wszystkim, którzy oddali je za nasze powodzenie. Nie wskrzesimy Hanza ani Fhera Almana. Ale możemy żyć tak, by pamięć o ich bohaterstwie nigdy nie została zapomniana.

Nim ponownie straciłam przytomność wydarzyła się jeszcze jedna istotna rzecz. Z polecenia dowódców Sojuszu do pomieszczenia wszedł Hras Choka, który złożył na nasze ręce kapitulacje i przysięgę odejścia jego ludu od dotychczasowego sposobu życia. Wszyscy zapewne już to słyszeliście, komunikat z jego wypowiedzią krąży po HoloNecie. Ze względu na nasze zobowiązania wobec Bothan nie mogliśmy jednak oficjalnie przyjąć tej kapitulacji. Ar’krai do którego dołączenia byliśmy zmuszeni, by nakłonić Bothan do wsparcia nas swoją flotą zmusza nas do wiecznego pościgu za Yuuzhan Vongami… Ta sprzeczna z podstawą filozofii Jedi doktryna nie pozwoliła nam przyjąć złożenia broni… Kolejne poświęcenie, którego musieliśmy dokonać. Złamanie się, ugięcie pod presją i porzucenie zasad, które powinny nami kierować. Głęboko wierzę, że tak jak wtedy, tak i zawsze uda nam się jednak pozostawać wiernymi swoim ideałom. Wtedy bowiem nie mogliśmy zrobić nic ponad wysłuchanie Hrasa Choki i puszczeniu go wolno. Żadne z nas nie było w stanie nic na to poradzić i dobrze… Żadne z nas nie chciało musieć.

Nowy przywódca Yuuzhan Vongów zdradził nam sekret naszego zwycięstwa. Po spotkaniu z Rycerzem Fenderusem, z którego ten wbrew wszelkiej logice wrócił, Hras Choka zaczął wątpić w swojego dowódcę – Khsatsa Chokę. Zaczął szukać, dopytywać, sprawdzać. I gdy powierzono mu zadanie użycia broni biologicznej na Odik II, która jak mu powiedziano, miała osłabić wojska sojuszu – wszelkie życie, które nie jest wrażliwe na Moc – ten zgłębił temat. Udało mu się odkryć, że jest oszukiwany, a broń, do której użycia został wyznaczony nie osłabi, ale zabije wszelkie życie poza wrażliwymi na Moc, którzy przebywali wtedy na Odiku. Hras Choka uznał to za sprzeczne ze wszystkim w co wierzył i sprzeciwił się wykonaniu tego terrorystycznego rozkazu, który nie można określić inaczej jak bestialskim ludobójstwem. Dzięki temu wygraliśmy, dzięki temu Khsats Choka, który zszedł na planetę, by jak sądził, dokończyć dzieła, przyjść na gotowe, musiał się bardzo zdziwić. Ostatecznie Hras Choka wsparł nas w wojnie, którą prowadził po przeciwnej stronie od samego jej początku, wojnie, którą sam zaczął. To coś czego nigdy bym się nie spodziewała po żadnym Yuuzhan Vongów przed osobistym poznaniem Hrasa Choki. Ruszając na Odik miałam nadzieję, że ten w jakiś sposób nam pomoże, że słowa Rycerza z ich spotkania do niego dotarły. Nie myliłam się… Słusznie pokładałam w nim wiarę…

Yuuzhan Vongowie znikną ze znanej galaktyki. A przynajmniej znikną z oczu naszej cywilizacji. Zaszyją się gdzieś, gdzie przez lata, a być może pokolenia będą pracować nad tym, by zmienić swój sposób egzystencji. Porzucą wojnę, porzucą zadawanie cierpienia, porzucą starą drogę. A pomoże im w tym Ego, który zdecydował się dołączyć do nich w ich wędrówce przez galaktykę w poszukiwaniu Zonamy Sekot. Mimo tego, że jeszcze chwilę wcześniej nieomal mnie zabił nie miało to żadnego znaczenia w tamtej chwili. Czułam smutek zmieszany z radością, gdy opuszczał pomieszczenie wraz z Hrasem Choką. Byłam przy jego przybyciu, gdy Mistrzyni wraz z wtedy jeszcze Uczniem Fenderusem przywieźli go do bazy. Byłam z nim gdy się rozwijał. Razem walczyliśmy o Onderon, ruszyliśmy nad Primus Gould by wspomóc przedzierającą się do Głębokiego Jądra flotę Bothan, którzy zostali zaatakowani przez siły Khsatsa Choki. Czułam smutek tego rozstania, ale jednocześnie cieszyłam się, że znalazł on swoje miejsce, że ruszył w nową drogę w poszukiwaniu swojego miejsca w galaktyce, w poszukiwaniu celu.

Nastała cisza… Kompletna cisza i spokój… To był koniec… Wygraliśmy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczennica Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 742
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Lokalizacja: Kraków
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 06 kwie 2019, 15:06

Bombardowanie Kultu

1. Data, godzina zdarzenia: 02.04.19, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Wszystko zaczęło się niewinnie. Długi dzień ćwiczeń, pogawędka w kantynie, odbiór zamówienia, brutalne pobicie, leniwy i odprężający dzień w bazie. Aż do chwili, gdy SDK poinformowały o czymś podejrzanym. Sensory naszych droidów zauważyły drobne zmiany w różnych detalach wizualnych w pierścieniu dookoła bazy, trzy kilometry od nas. Jakby coś tam przeszło, ale nie wiadomo kto. Ja i Padawan Valo szybko skojarzyliśmy to z kultem. Padawan Edgar też by skojarzył, gdyby nie zezgonował, stratowany przez Alorę na długim treningu.

Konsultacje z SDK szybko naprowadziły nas na pewność, że to kult. Ślady, jakby ktoś tamtędy przechodził, jakby coś tam się ruszało, ale bez śladu samej osoby. Chyba rozumiecie. Przesunięte kamienie, ślady w mchu, detale. Dzięki temu, że nasze SDK widzą na trzy kilometry z takimi detalami, prawdopodobnie ocaliliśmy życie.

Porozumieliśmy się z WSK, z Volianderem. WSK skierowało nas do Eskadry Raków, części Sił Powietrznych, która była przydzielona do wsparcia nas z powietrza na czas naszego marnego położenia przez samego Prezydenta. Z Volianderem i WSK długo staraliśmy się rozgryźć, co może się dziać i przemyśleliśmy wiele scenariuszy, lecz ostatecznie stanęliśmy przed loterią. Nakazać bombardowanie tego terenu, lub nie. Nie miało to sensu jako atak, było zbyt powolne, takie okrążenie dawało zbyt duże rozproszenie sił do ataku i czas na przygotowanie. Padawan Valo poszła za założeniem, że wróg mógł nie wiedzieć, że SDK coś wykryły, wszak nie wydaje się to zdrowej osobie możliwe. Mieliśmy podejrzenia, że kult może nas w coś wrabiać i wysyłać niewinnych, mimo wszystko Padawan Valo postawiła na scenariusz prewencyjny i chwała jej za to, o czym zaraz się przekonacie.

Eskadra wysłała dwa "klucze" bombowców TIE/sa do zbombardowania tego pierścienia. Nam zostało z napięciem oglądać rezultaty, w międzyczasie dostając ataku przerażenia, gdy bombowce przeleciały nad bazą. Okazało się, że skracały drogę, ale wyobraźnia widziała już opętanie pilotów i zbombardowanie bazy. Po dwóch minutach było po wszystkim, a teren dookoła był spalonym kraterem rozerwanym przez rakiety na pył. Eksplozje wzniosły kłęby dymu otaczające bazę ciemnością, a dookoła rozniosło się promieniowanie.

Po wszystkim WSK zaprosiło nas do wspólnego rekonesansu pozostałości po bombardowaniu. Z Padawan Valo wyruszyliśmy na wskazany teren. Promieniowanie po bombardowaniu rakietowym sięgało wysokich poziomów, lecz komandos zaręczył, że Jedi są na nie odporni na krótką metę. Największym zaskoczeniem była duszność. Powietrze gorsze, niż w najgorszym ukropie. WSK zabezpieczało teren, mieli pod ręką zespół gotowy na wszystko. Do nas dołączył komandos pseudonimem Tasak, na jednym z odcinków pierścienia. Trzy inne badały zespoły WSK. Wszystko zajmowały zgliszcza, zza płomieni w najgorszym centrum bombardowania nie było widać niczego. Trudno było nie udusić się pyłem, czy nie zapaść na zawał pod wpływem żaru z nieba. Martwe, płonące pogorzelisko zagłady absolutnej.

Szybko znaleźliśmy zwłoki w szatach kultysty, a niedaleko zwłoki zwykłego człowieka. Był ubrany w typową górską odzież, miał przy sobie typowy tani komunikator i bardzo dziwną broń podobną do kuszy energetycznej, której komandos nie rozpoznał. Tasak był świetnym wsparciem, profesjonalnie osłaniając teren i kontrolując otoczenie podczas badań. Z ciekawości włączyłem ten komunikator i zawołałem "halo", bez większego pomysłu. Ktoś odebrał i zaczęła się wymiana zdań, w której nerwowo liczyłem na wskazówki Tasaka i Padawanki, udając z trudem ocalałego z bombardowania, kaszląc, jęcząc i sapiąc, gdy nie wiedziałem co mówić. Odgrywałem rolę ciężko rannego, pogrzebanego w pogorzelisku, który nie wie jak stamtąd wyjść. Szef, który mnie zarekrutował, ponoć już nie żył, wiedzieli jednak, że używam komunikatora "Mitcha". Nie wiedzieli, co właściwie umiem i od czego jestem, co dawało mi niezłe pole do popisu. Człowiek, który odebrał, kazał mi wiać. Mówił, że jeśli przyjdzie WSK, będzie po mnie, twierdził, że z Jedi mam szansę uciec, ale widok WSK to pewna śmierć i lepiej przynajmniej zastrzelić się samemu. Mówił, żebym usuwał się z tego miejsca jak najszybciej i nie próbował wiać do kryjówki, bo na pewno ktoś już monitoruje teren. Mam wziąć "pieniądze z naszego konta" i spadać z Prakith, zaszyć się i czekać. Mam też nie próbować rekrutować kogoś wiecej, bo po Odiku "nikt się nie znajdzie" i "musimy radzić sobie z tym co mamy". On i jego grupa nie wiedzieli też, co z "grupą subalterna". Po kilku dniach od wydarzeń z tego raportu dowiedziałem się od Rycerza Fenderusa, że subaltern to sierżant lub porucznik w wojsku Yuuzhan, wtedy była to dla nas wszystkich zagadka. Facet szybko się rozłączył, kazał mi jak najszybciej wiać i się zaszyć. Mamy więc Kult współpracujący z jakimiś ludźmi, którzy z kolei współpracowali z Yuuzhan Vong. Sama druga grupa była prawdopodobnie ukrywana w Mocy przez sztuki Kultu, które nie zadziałałyby na Yuuzhan. Czy Kult wie, z kim pracują ci ludzie? Nie wydaje mi się. Już Jedi to dla nich piekło i skażenie Mocy, na sam widok Yuuzhan Vong dostaliby porażenia mózgowego. Trzy obozy przeciwko nam, nikt nie wie, co tam planowały. Trzeba stawać szybko na nogi.

Alora zauważyła ślady sztuczek kultu na górach. Tasak poleciał na górę, gdzie starł się z kultystą, napadnięty z zaskoczenia. Przerażeni wołaliśmy resztę WSK na pomoc, lecz Tasak twierdził, że panuje nad sytuacją. W tym czasie na nas napadł drugi. Padawanka związała go walką na miecze, która była najbardziej zażartą, jaką do tej pory widziałem. Na oko laika, trudno powiedzieć, kto walczył lepiej, kto był silniejszy i twardszy, lecz Padawanka była kilkanaście poziomów szybsza. Kultysta z metalowym mieczem nie wyrabiał tempa walki. Ja dosiadłem śmigacza, zanim kultysta mógł go zniszczyć i wspierałem Alorę ogniem w kultystę. Nie mógł mnie dopaść, śmigacz był za szybki, a zmuszony ciągle wiać, nie mógł skupić się na blokowaniu ciosów Alory. Z czasem zaczął walczyć na wysokości, uniemożliwiając mi wsparcie i potyczka stała się bardziej wyrównana. Kultysta zdołał przyłożyć Alorze, gdy my czekaliśmy na Tasaka. Tasak w międzyczasie walki ze swoim przeciwnikiem poraził go precyzyjnym ogniem ze wzgórza i przyniósł nam przewagę. Alora w pewnym momencie walki solidnie oberwała, a umierający kultysta wykorzystał to i zdołał mi gdzieś uciec. Straciłem go z oczu, a on... Rozpłynął się. Kriffolona magia.

Na szczęście Tasak złapał swojego przeciwnika żywcem. Oddał go nam, po pomyśle Padawanki Valo, by z użyciem Mocy wydarł z niego wiedzę Voliander. Wróciliśmy do bazy, wycieńczeni i skonani, z czarnymi od pyłu szatami, ledwo oddychając. Z trudem dociągnąłem kultystę do pudła, w którym go zatrzasnąłem. Ostatnie co pamiętam, to zanik świadomości pod prysznicem.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Bombardowanie pozostawiło wielkie ślady promieniowania. Wiatr górski na takich wysokościach powinien szybko je usunąć, lecz nie należy długo przebywać na dworze.

4. Autor raportu: Adept Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Adept
 
Posty: 56
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 14 kwie 2019, 11:07

Zszargane relacje

1. Data, godzina zdarzenia: 11.04.19 20:30 - 02:30

2. Opis wydarzenia:

Szykowałem się do całej wyprawy od chwili, gdy się o niej dowiedziałem. Przeczytałem wszystkie sprawozdania i wiadomości dotyczące Hrasa Choki, Ego, naszej wojny z Vongami, oraz samej bitwy o Odik. Liczę, ze przygotowałem się wystarczająco, by przekonać Bothan o braku zdrady z naszej strony i racjonalności decyzji o przyjęciu kapitulacji Vongów. Nawet zacząłem czytać o retoryce, prawidłowym prowadzeniu dyskusji – krótko mówiąc, szykowałem się do debaty bardziej, niż kiedykolwiek do bitwy. Liczę, że odniosłem sukces – po raz pierwszy w życiu, nie umiem powiedzieć. Na pewno nie poniosłem kosztującej miliardy żyć porażki – zawsze powód do radości.

Zostałem zabrany z Prakith przez bothańskiego pilota. Nie prowadziliśmy pasjonujących konwersacji – widać jedynie było, że pilot jest spięty, co się później okazało cechą wspólną wszystkich bothan. Podczas lotu na Odik byłem w stanie dostrzec cmentarzysko po bitwie – chmary zrujnowanych wraków myśliwców, krążowników i niszczycieli, a także rozkładające się zwłoki vongowych żywych statków. Efekt bitwy robił wrażenie, pewnie wryje się w świadomość Jadra na następne stulecia.

Odprawa miała miejsce na okręcie floty bothańskiej – frygacie typu Sacheen. Brali w niej udział dwaj Bothanie, oraz trójka komandosów oddziału Nexu – Isan Brosso, Tash Q'aah i Kai-Wan Thorn. Moim celem było dotarcie na planetę Zamael, która przed wojną należała do Gildii Górniczej. Nie mieliśmy pojęcia, co się na niej rzeczywiście znajdowało, bo od inwazji Vongów nie było tam nikogo. Leciałem z eskortą 16 przypadkowych – ocalałych – żołnierzy Bothan, oraz wspomnianych komandosów Nexu. Mieliśmy polecieć do głównego magazynu, znaleźć składy bacty, oraz wrócić na Odik.

Bothanie wywierali dosyć sporą presję. Co chwila słyszałem o niezliczonych rannych, zdradzonych przez Sojusz i Jedi. Co by nie mówić – podkreślali tragiczność sytuacji, co nie pomagało mi osiągnąć spokoju. Nie chciałem zanadto brać tego osobiście, ale trudno było nie przypomnieć sobie katastrofy na Beshkeq. Próbowałem uspokoić atmosferę i zmniejszyć poziom paniki, aby mi samemu się nie udzieliła i nie utrudniała Bothanom funkcjonowania. Niemniej jednak, nie było to łatwe.

Ostatecznie miałem chwilę komfortu, gdy wyszedłem z sali odpraw razem z Isanem. Poszliśmy prosto na statek, który miał nas zabrać na Zamael – aczkolwiek po drodze wziąłem ze sobą karabin snajperski i granaty. Tak uzbrojeni polecieliśmy po bactę.

Nie było żadnych komplikacji w locie do magazynu. Żadnych pojazdów Vongów, żadnych niszczycielskich zjawisk przyrody – zaledwie zrujnowane pustkowie, jak Rake, z kilkoma rozrzuconymi po powierzchni kompleksami. Większość Bothan została w środku – wyszliśmy tylko ja, Isan i jeden z Bothan. Starałem się być ostrożny – wyszedłem na przód, nasłuchując. Nie byłem w stanie wykryć żadnego obecności Mocą. Byłem jednak w stanie usłyszeć kroki za wielkimi drzwiami na końcu głównego korytarza. Wszędzie leżały nadgryzione, zgniłe zwłoki – na pewno nie napełniały mnie radością. Wyciągnąłem miecz świetlny i przygotowałem się do walki. Isan Bross otworzył drzwi.

Po drugiej stronie znaleźliśmy wypełnioną skrzyniami salę. A w niej? Uśmierciciela oraz Chazracha, uzbrojonych. Natychmiast rozpoczęliśmy walkę z dwójką przeciwników. Próbowałem dotrzeć do nich, krzycząc o zakończeniu wojny. Niestety, nikt z nich nie wydawał się rozumieć moich słów. Sam Uśmierciciel wydawał się... inny. Zamiast wykończyć mnie w ciągu kilku sekund, wydawał się odurzony, niemal pozbawiony kontroli nad sobą. Dodatkowo był ślepy – jeśli ujść mu z drogi, potrafił bez przerwy uderzać amphistaffem w powietrze. Chazrach – o ironio – był największym zagrożeniem. Isan krzyknął, abym zajął się jaszczurem. O ironio, właśnie wtedy nie pomyślałem o użyciu karabinu snajperskiego. Próbowałem pokonać Chazracha mieczem, ale musiałem przebiec przez ciasny korytarz łączący poprzednią salę z drugą, niemal identyczną. W wyniku walki zarobiłem dwie rany. Na szczęście Isan pomógł mi przegonić jaszczura.

Mieliśmy chwilę oddechu. Bothanin gdzieś zniknął, ale za to znaleźliśmy cel naszej wyprawy – zbiorniki z bactą, umieszczone na szybą, w sąsiedniej sali. Powiadomiłem o tym Bothan. Jednocześnie napotkaliśmy na innych ocalałych – człowieka i Rodianina. Wydawali się nastawieni przyjaźnie wobec Uśmierciciela, nazywali go „Panem”. Niestety, byli szaleni, nie byłem w stanie się z nimi porozumieć. Zabiłem Chazracha, zanim zastrzelił któregoś z nas. Rodianin zaatakował Isana, ale ten odciął mu dłoń. Człowiek następnie odciągnął ciało do sąsiedniego korytarza. Isan podążył za nimi, a ja zostałem sam ze zmutowanym użytkownikiem Mocy.

Był cały czas odurzony. Nie reagował na jakiekolwiek sygnały i słowa. Gdy Isan wrócił i zaczął atakować Uśmierciciela, musiałem go atakować by utrzymać rzucającego się ślepo do ataku komandosa. Ostatecznie skorzystałem z karabiny i odstrzeliłem mutantowi nogę. Niestety, postrzeliłem go o ten jeden raz za dużo – Uśmierciciel zaczął się wykrwawiać. Z rozmowy z nim zdołałem wyciągnąć tylko jeden detal – że Chazrach był jego przyjacielem. Po tym, jak Bothanie zaczęli zajmować się bactą, Isan wielokrotnie podkreślił – dość kwieciście – że próba ocalenia tego Uśmiercicela – choćby w celu użycia go w celach badawczych, by próbować odwrócić proces mutacji – tylko nastawi Bothan bardziej przeciwko nam. Ostatecznie musiałem się zgodzić. Pomogłem Bothanowi sprawdzić stan bacty, wezwałem Bothan i zabiłem Uśmierciciela.

Bacta – a także kolto i różne maści medyczne – były stare i kiepskiej jakości, ale do użytku. Obawiałem się wcześniej, że mogły być skażone – tak nie było. Zapakowaliśmy wszystko na pokład statku i wróciliśmy na Odik.

Na miejscu czekało mnie prawdziwe wyzwanie – debata z Bothanami na temat bitwy o Odik i kapitulacji Vongów. Poza mną, w dyskusji brali udział generał Erd'vin'daron z Sojuszu, major Laadin Torgun, oraz dwóch Bothan – Ryvin Shor'ra, oraz Pierwszy Sekretarz Zjednoczonych Klanów, Golan Hefen'skar.

Byłem przygotowany do dyskusji o wojnie, ale zaczęło się tematem, o którym nie miałem pojęcia – tematem Hakassi. Bothanie oskarżali rycerza Siada o to, że wrobił jakichś Bothan – chyba właśnie Ryvina – w szpiegostwo. Nie rozumiałem całej sprawy, nie znałem jej detali, więc wyłącznie zbywałem cały temat i nakłaniałem do zajęcia się Odikiem. Ostatecznie udało się zmienić temat dyskusji – co skłoniła pana Ryvina do rozłączenia się i zajęcia jego miejsca przez jakiegoś bothańskiego oficera.

Dyskusja o Odiku zajęła kilka godzin i nie będę rozdrabniał każdego drobnego jej elementy. Pokrótce opiszę argumenty każdej strony.

Ja miałem trzy główne argumenty za naszą akceptacją kapitulacji Vongów:
1. Hras Choka był przywódcą Vongów, a nasze doświadczenie z nim wskazywało na osobnika, u którego nieufność wobec Khsatsa, oraz możliwość zmiany były prawdopodobne.
2. Taktyka Vongów podczas bitwy o Odik oraz ich priorytety wyraźnie wskazywały na wiarygodność historii o broni biologicznej. Jeśli broń biologiczna istniała, zachowanie Vongów na Odik miało doskonały sens. Jeśli nie, była to masa przypadkowych, bezsensowych zagrywek.
3. Razem z Vongami poleciał Ego, który ich kultury nienawidził, ale uwierzył, że potrafią się zmienić, oraz potrafił na nich wpłynąć wystarczająco mocno.

Bothanie mieli następujące kontrargumenty:
1. Hras Choka manipulował nami w celu zdobycia władzy.
2. Nie mieliśmy żadnych dowodów o istnieniu broni biologicznej.
3. Nie mogliśmy zweryfikować działań Ego, oraz sami Bothanie nie mogli usłyszeć jego argumentacji. Powinniśmy przytrzymać Vongów dłużej i upewnić się, że mówili prawdę.

Trudno powiedzieć, czy zdołałem przekonać Bothan co do naszych pozycji. Podchodzili do sprawy przede wszystkim emocjonalnie, oskarżali Sojusz i Jedi o zdradę, dyskryminację i wykorzystanie ich zwyczajów. Moim zdaniem prawda była po naszej stronie, więc nie byli w stanie zbić każdego argumentu – szczególnie drugiego, chociaż sekretarz zdenerwował się z powodu kilku moich retorycznych zagrywek. Wprost zarzucił mi filozofowanie – nie zaprzeczę, trochę mnie to speszyło. Ostatecznie zakończyliśmy dyskusję z żadną stroną jawnie nie ustępującą miejsca. Sekretarz postanowił przedstawić wszystko Radzie Zjednoczonych Klanów. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Przed odlotem opatrzono mnie, oraz pogratulowano udanego odzyskania bacty. Otrzymaliśmy nawet mały zbiornik. Kilkoro Bothan osobiście podziękowało mi za pomoc – w tym w imieniu III Eskadry Łowców Vongów, nie zapomnę prędko tej nazwy.

Chyba się udało. Bacta i środki medyczne zostały odzyskane, więc będą setki tysięcy zmarłych mniej. Dodatkowo te podziękowania odjęły ogromnego ciężaru z mojego serca. Czuję, że będę mógł w końcu, po tak długim czasie, spać spokojnie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

- gdy Isan zaciągnął ocalałego człowieka na pokład pojazdu na Zamael, w jego ustach tkwił kawał mięsa - rodiańskiego mięsa. Nie wiemy, co się stało z Rodianinem, ale wiemy, czemu zwłoki były nadgryzione. Prawdopodobnie właśnie w ten sposób ci ludzie byli w stanie przetrwać tak długi czas bez żadnego jedzenia.

- Uśmierciciel przy śmierci wypowiedział słowo Alpherides. To chyba nazwa planety - warto by się jej przyjrzeć; Gdzie się znajduje, co stało się z nią w trakcie wojny, kto na niej mieszkał.

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 346
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 14 kwie 2019, 23:30

Drugi front

1. Data, godzina zdarzenia: 29.03.19, 20:00 - 24:00

2. Opis wydarzenia: Podróż przez Głębokie Jądro myśliwcem była katastrofalnym przeżyciem i stanowiła zdecydowanie najmniej przyjemny aspekt mojej podróży. Ciężko zliczyć mi godziny spędzone na dolocie, skoki nadprzestrzenne i liczbe postojów, które musiałem wykonać by właściwie całość przebiegła względnie bezpiecznie. Udało się ostatecznie... Już po wejściu do systemu Hakassi przywitała mnie enigmatyczna wiadomość z ciągiem cyfr i liter, których pochodzenia rozszyfrować nie mogłem. Przyznam, że przez frustrację długością tego lotu przy tak żałosnym hipernapędzie zwyczajnie wyleciało mi z głowy, że przecież przy wstępnych informacjach odnośnie miejsca spotkania otrzymałem jakieś zaszyfrowane mapy. No ale to na szczęście wyjaśniło się nieco później.

Dotarłem na jedno z lądowisk prosperującej i podnoszącej się stoczni planetarnej, gdzie już oczekiwano mojego przybycia - sądząc po prędkości zebrania się w sali kluczowych głów i reprezentantów świata Hakassi. Nie jestem w stanie spamiętać tylu imion i nazwisk na podstawie półgodzinnego spotkania i krótkiego przywitania, lecz profesjonalizm bijący od każdego był wyczuwalny - tak jak i szacunek, który emanował przy wiecznej stoickości i powadze byłego Imperium. Nie mogło tam również zabraknąć gospodarza całej imprezy - Gubernatora Paquina Deshana. Postać jakże skrajnie zmieniająca się w moich oczach, wobec której z początku ciężko być realnie ufnym - lecz potrafiąca w moment to zmienić i stać się kimś, kogo lojalności nie da się podważyć. Wraz z odzyskaniem Hakassi - Sojusz zyskał wobec tego naprawdę wspaniałego sojusznika.
Tutaj właśnie dowiedziałem się do czego służą kody, które otrzymałem po wejściu do systemu - brawa. Chciałem, by odprawa była konkretna i składała się na konkretne plany bez dodatkowych wywodów o rzeczach, które sprawy nie dotyczą. Im dłużej Yuuzhanie terroryzują planetę - tym gorzej. I tak też była, bo co jak co - od Imperium zawsze można się spodziewać profesjonalizmu. Sprawa została mi przedstawiona jasno. Yuuzhanie okupują tereny, które służą regionowi do komunikacji na najwięszką skalę - przez co wszelka komunikacja jest wolna, utrudniona. Omówiliśmy szczegółowy plan działania - szczęśliwie nie leciałem tam sam, a jako po prostu wsparcie. W przedsięwzięciu brały udział niezliczone ilości resztek wojska Ord Trasi i nawet maszyna krocząca AT-ST, która była tutaj doprawdy wspaniale użytecznym zagraniem. Plan polegał na przejmowaniu kolejno każdego z punktów, niezbędnego do odblokowania głównego generatora - były ich trzy. Ostatecznie uruchomienie głównego generatora pozwalało wyłączyć generator pomocniczy, który blokował wejście do centrali placówki militarnej. Regularna, przyjemna na swój sposób i prosta bitwa na przejęcie punktów kluczowych. Wspaniała odskocznia od mistycznych zagadek i politycznych gierek. Od strony zaś politycznej - cennym było, by tymczasowo informacje o tej operacji było jak najmniej. Odbudowywane Hakassi nie mogło sobie pozwolić na to, by na bieżąco informować nowych obywateli o czymś innym, niż bezpośredni sukces operacji. Lud musi mieć świadomość, że rządzi nimi twarda ręka, która jest zwyczajnie skuteczna i nie trzeba siać dodatkowego chaosu informacjami o zagrożeniu, które jest, a nie było po prostu. Tym bardziej, że samo Hakassi ma naprawde masę różnych uchodźców z innych zniszczonych światów, różnych ras - to doprawdy wielki tygiel teraz. Na tyle, że powołano specjalnego, neimodiańskiego ministra, który jest ich przedstawicielem. Brak mówienia o samym fakcie Vongów to trochę element dezinformacyjny, ale bardzo pozytywny w mej opinii. Po co zniszczonej po wojnie ludności dodatkowe troski i zmartwienia - tym bardziej, że finalnie wyszło bez większych problemów jak należy i tak, jak zakładano. Miałem też do dyspozycji wyspecjalizowanego agenta - gościa od brudnej roboty i infiltracji. Po ustaleniach bezzwłocznie ruszyliśmy do swoich zadań. Całośc tej operacji najlepiej odda sprawozdanie, które towarzysko otrzymałem prosto od mojego niedawnego kompana.

Desant rozpoczął się na granicy terenu opanowanego przez wroga. Promy szturmowe zrzuciły naszych ludzi i Rycerza Jedi. Nie mam wątpliwości, że byliśmy tylko osłoną flanki Rycerza, który w pojedynkę stanowił trzon całej siły bojowej. Pozbawieni możliwości użycia potężniejszego sprzętu, nie mieliśmy szans z tym przeciwnikiem.

Rycerz poprowadził ofensywę i osłonę AT-ST taranującego drogę. Wróg wiedział o naszej obecności i do pierwszego starcia doszło już na moście prowadzącym na terytorium projektu. Część żołnierzy zachowywała profesjonalizm i dyscyplinę, lecz [zredagowane] nie były w psychofizycznej kondycji do działania z rozumem i godnością. Jeden ze [zredagowane] spadł z mostu, prawdopodobnie łamiąc nogi, lub gorzej. Atakujący nas Yuuzhan Vongowie byli przeciwnikiem ponad nasze pojęcie. Nie imały się ich pociski blasterowe, które rozerwałyby rancora, a ludzkie oko nie potrafiło za nimi nadążyć. Nie byli tak szybcy, jak donosiły stare raporty mówiące o prawdziwych Jedi, ale dalej była to walka z czarną magią. Tylko wojsko pancerne i artyleria uporałyby się z tym wyzwaniem.

Spenetrowaliśmy pierwszą linię obrony. Ukazali się nam Chazrach, piechota tych monstrów. Fizycznie przewyższali nas o długości, na szczęście nie taktycznie. Rycerz Avidhal i AT-ST penetrowali barykady za barykadami. Rycerz był niezniszczalnym potworem nie do powstrzymania. Ktoś ponad nasze pojęcie, nie do pokonania, mogący jedną ręką odbić lawinę pocisków, których my nie zdążymy zauważyć. Coś nie do zrozumienia dla ludzkiego oka. Nie mogę zdać raportu z jego dokładnych aktywności. Widziałem tylko pomarańczowy wir i trupy na jego drodze. Ledwo dotrzymywaliśmy Rycerzowi kroku, na każdym etapie tracąc część sił. Połowa naszych wojsk utrzymywała dyscyplinę i stanowiła godne pochwały wsparcie dla Rycerza, asekurując każdy jego krok i taktycznie rozpraszając wroga celnym ogniem. Szczególne pochwały kieruję do piechurów o legitymacjach 13712, 29103, 29452, 29709, 29913, 34803, 34804. Druga połowa [zredagowane] na widok Yuuzhan. Mądrzejsi chowali się z krzykiem, mniej wytrzymali biegli strzelając [zredagowane] pod wroga. AT-ST stanowił bezcenne wsparcie, taranując Yuuzhan niszczycielskim ogniem i dewastując blokujące nam drogę budowle. AT-ST zranił Rycerza przypadkowym ogniem w ferworze walki. Jego operator był mimo wszystko niezbędnym i profesjonalnym wsparciem.

Przedostaliśmy się do terenu generatora. Nasze wojska zaczęły zabezpieczać pozycję. Ja i Rycerz ruszyliśmy przedostać się do kontroli blokady. Byłem tam dodatkiem, poważnie okaleczony. Trzymałem się na uboczu i wzniecałem chaos grantami dymnymi. Pas kamuflujący służył mi częściej, niż blaster. Rycerz zostawiał po sobie sterty zwłok. Nie umiałem naliczyć Yuuzhan i Chazrachów. Osłaniałem go sporadycznie przed ogniem Chazrach, aby łatwiej rozprawił się z nadludzkimi Yuuzhanami. Dołączyła do nas część piechoty, która bywała teraz nieoceniona w zwartych korytarzach. Jednakże szybko Rycerz opanował następny punkt. Niestety beze mnie. Przed zdobyciem punktu padłem od przypadkowego ciosu amphistaffa. Mój brzuch zalał się krwią, doznałem bardzo poważnych ran. Następne minuty walki są mi nieznane. Przez mgłę pamiętam doczołganie się do pozostałych, wołając o pomoc medyczną. Zaoferował ją sam Avidhal, profesjonalny i precyzyjny jak z mieczem świetlnym w ręku. Następne minuty spędziłem powracając do podstawowej przytomności dzięki środkom medycznym, z zamglonym umysłem. Powróciliśmy do generatora, w którym zabarykadowałem się na czas ataku Yuuzhan, próbując go włączyć. Zza starych ścian słyszałem więcej eksplozji i krzyków, niż całą resztę bitwy, lecz mogło to być wrażenie pękającej mi głowy. Między wymiotami krwią i mdleniem, przywróciłem generator do hałaśliwego działania. Nasze siły zabezpieczyły cały teren z wielkimi stratami. Bez Jedi tej bitwy nie wygralibyśmy w żadnym śnie.

Dalsza trasa do podziemnego bunkra obyła się bez kontaktu z wrogiem. Przytomność umysłowa powróciła mi przed wejściem.

~Agent Iahs~


Było dość rekreacyjnie, że tak powiem. Kto mnie zna ten jest świadom moich umiejętności. Choć dla wojaków na pewno walka była być albo nie być - czułem jednak osłabienie ich sił. Sił, które po prostu słabły przez niedożywienie, przez zniszczone niewolą w jednym punkcie morale. Dalej stanowiły piekielne zagrożenie lecz nie było to nic, co mógłbym odnieść. Nie bierzcie moich słów za czcze przechwałki - przy skali mimo wszystko śmierci nie czas i miejsce na takie rzeczy. Lecz to po prostu wynik doświadczenia i skali trudności poprzednich bitew.

Wraz z Agentem Iahsem dotarliśmy do odblokowanego bunkra. Tam - pierwsze co nas uderzyło, to koszmarny smród wszystkiego, co tylko się dało. Odchody, zwłoki, fekalia. Nie wiem, co było najgorsze - chyba cała kumulacja. Szczęśliwie mogę wstrzymać oddech na bardzo długo. Na pierwszym poziomie było najgorzej. Znaleźliśmy zgniłe, pogryzione zwłoki bothanina, którego - wedle relacji mojego towarzysza - nie powinno tam być za żadne skarby. W samej obsłudze nijak nie było nawet jednego. Przy użyciu wręczonych kart dostępu - zjechaliśmy niżej do centrum kontroli. Tam widok nas mocno zaskoczył i zbił z tropu - dwójka wychudzonych, ledwie żywych bothan, którzy dobierali się do konsoli. Trudno było mi powstrzymywać Pana Iahsa od próby ich momentalnego rozstrzelania za szpiegostwo, a tak właśnie niestety zapewne momentalnie by było, gdyby nie moja obecność. Sądząc po reakcji agenta - pewne nawyki Imperium są wciąż żywe. Próbowałem dowiedzieć się co tutaj właściwie robią, czego tutaj szukali. Ciężko jednak dowiedzieć się czegokolwiek od istot, które są na skraju psychozy i zagłodzenia. Którzy - jak sami twierdzą - musieli niestety jeść własnego kompana, by przeżyć. Nie zabili go - jedynie posilali się jego szczątkami. I szczerze ciężko jest mi się im dziwić, albowiem tego po prostu wymagało przetrwanie. Być może w sytuacji, gdy placówka jeszcze nie była obsadzona przez wojsko Hakassi - byli szpiegami. Całkowicie pokrywają się z ich naturą słowa, że przywiodła ich tu zwykła, bothańska ciekawość informacji, jaką zna każdy, kto z tym specyficznym ludem obcował. Nie wiem jakie mieli szersze plany. Hakassi jest elementem Sojuszu, więc wykluczam sabotaż. Znając bothan wiarygodnym wydaje mi się fakt, że po prostu weszli pomyszkować i niestety zostali tu już uziemieni na stałe przez zajęcie resztek Vongów kompleksu. Ostatecznie stali się więźniami przetrwania. Ciężko stwierdzić ile traumatycznych konkretnie tygodni tu spędzili. Nie podlega jednak wątpliwości, że jako przymusowego członka Bothańskiego sojuszu - muszę zadbać o to, by po prostu potraktowano ich cywilizowanie i odesłano do domu. Przy takiej skali piekła jaką tu przeżyli - reszta nie ma znaczenia. Tym bardziej, że same systemy łączności są nijak nieuszkodzone, niczym zainfekowane - nie doszło do żadnego sabotażu. Zasługują na to, by to piekło się skończyło i po prostu wrócili do swoich domów, a nie byli potraktowani przez pluton egzekucyjni jako zdrajcy - jak z początku pewne osoby sugerowały. Cieszy mnie fakt, że Pan Gubernator powielał mój pogląd i zachował się po prostu cywilizowanie, jak na członka Sojuszu przystało. Bothan wyleczyć, wysłać do domu i dalej - jeśli będzie taka konieczność - konsultować się dyplomantycznie z ludem bothańskim. Jasnym jest wobec tego dla mnie, że losy samego Hakassi są we właściwych rękach i mamy w Sojuszu kogoś, kto naprawdę wierzy w jego ideały. Poza tym samemu Hakassi jak i Bothanom nie są potrzebne dodatkowe konflikty wewnętrzne - myślę. Za wiele ofiar jest w całej galaktyce, by dodatkowo dzielić się jakimiś mało znaczącymi kwestiami. A sami bothanie w tej sytuacji też byli niestety ofiarami, które musiały przejść przez naprawdę piekło, aby przetrwać. Współpraca z Hakassi była dla mnie niewątpliwym zaszczytem - na pewno kooperacja z agentem i wsparcie tak znakomitej osoby jak Gubernator. Cieszy mnie również, że udało się zdążyć uratować samych bothan, nim poumierali z głodu lub po prostu nim oszaleli do cna.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1269
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości