Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 03 gru 2017, 22:16

Astralne współrzędne

1. Data, godzina zdarzenia: 18.11.17 - 19.11.17 / 19:00 - 04:00

2. Opis wydarzenia: Bardzo długo zbierałem się do napisania raportu - i przez swój chwiejny stan zdrowia, i przez toczące mój umysł myśli, które uniemożliwiały mi podjęcie się tego obiektywnie; tym samym rzetelnie i faktycznie wartościowo-informacyjnie. Tak, byśmy zarówno my, jak i ewentualnie partnerskie służby planetarne mogli wyciągnąć z całości właściwe wnioski i mieli klarowny pogląd sytuacji - nie zaś zaszczepiali moje własne, toksyczne opinie i zaburzony wizerunek całości przebiegu zdarzenia. Raport mimo wszystko nie będzie długi, edytowany szesnastokrotnie.

Wyruszyliśmy wedle planowanego terminu bez większych opóźnień. W przeciwieństwie do Padawana Bar'a'ki przygotowałem się nieco wcześniej by mieć pewność, że o niczym nie zapomnę. Sam lot pamiętam jako skrajnie nieprzyjemny... Jednak biorąc pod uwagę moje własne umiejętności, równowagę i inne czynniki stwierdziłem, że to ja polecę bez fotela. Lepiej żebym się mocno poobijał, niż Padawan miał zakończyć zadanie przed jego rozpoczęciem.

Dotarliśmy na miejsce. Standardowe, górzyste pustkowia jakich wiele na Prakith. Nic, co sugerowałoby jakąkolwiek wyjątkowość podług przyjętych standardów - nie licząc idealnie pionowej, równej ściany odstającej od jednego z zasłoniętych przed światem wąwozów. Od samego początku byliśmy skrajnie ostrożni, by nie wyjść przypadkowo komuś zainteresowanemu naprzeciw. Omijaliśmy nawet biwakujących - jak mniemam - cywili dla maksymalnego bezpieczeństwa i wykluczenia ryzyka wykrycia przedwczesnego. We wcześniej wspomnianej ścianie widniało wgłębienie, półka; nasza droga do celu. Dobrze ukryta mimo, iż stosunkowo widoczna. Ktoś, kto nie ma odpowiedniego sprzętu albo nie potrafi wysoko skakać nie ma prawa dostać się do środka. Przejście było wąskie. Do "labiryntu" o którym za chwilę wspomnę, musieliśmy przeciskać się bokiem. Z zaaferowania prawie byśmy zapomnieli rozmieścić nadajniki... Na szczęście przypomniałem sobie o nich dostatecznie wcześnie, mając w głowie instrukcje agenta odnośnie rozmieszczania ich w zagęszczeniu ciasnych i krętych przejść.

Dotarliśmy na miejsce. Drążone, zawiłe jaskinie zdawały się z początku nie mieć końca - to gównie przyczyniło się do wydłużenia czasu, jaki poświęciliśmy na wykonanie zadania. Każda ze ścieżek wyglądała identycznie. Ciężko było znaleźć punkt konkretnego zaczepienia, jeśli chodzi o zapamiętywanie drogi. Nawet jeśli byliśmy w tym samym punkcie już kolejny raz - ciężko było się odnośnie tego zorientować. Zresztą zapewne potwierdzą żołnierze, którzy wydobyli później nasze zwłoki z tego multum korytarzy. Ostatecznie trafiliśmy na dwójkę kultystów, których z początku staraliśmy się unikać; dalej szukać jakiejś precyzyjniejszej drogi - nie było jej. W jednym z pomieszczeń omal nas nie zaskoczyli, zrobili się czujniejsi. Tak jak wcześniej mogli sądzić, że to jakieś zwierzęta - wedle tego co szczątkowo udało się mi usłyszeć gdy byli blisko... Nim zbawiennie nie zanurkowałem w wodnym korytarzu. Tak później mieli już gwarancje, że *coś* kryje się pośród mrocznych przejść. Amulety uratowały nam skórę - na początku. Być może całość potoczyłaby się nieco szybciej gdyby nie fakt, że teraz już musieliśmy po prostu nie dać się wykryć za wszelką cenę. Próbowali różnych metod - granaty dymne, cięcie powietrza, szukanie załamań światła, jakiś białe proszki. Niestety, Padawan Bar'a'ka starał się chyba do końca nie rozumieć, że pole maskujące nie maskuje dźwięku. Bieganie, skakanie, turlanie nijak nie jest niezauważalne. Tym bardzie jeśli nie znasz korytarzy i nie wiesz, czy za tym konkretnym rogiem nie natkniesz się akurat na wroga... Albo na pułapkę, które były wszędzie. A jeśli mimo upomnień dalej stosujesz tego typu politykę, to nie dziwi już kompletnie, że kultyści po pewnym czasie po prostu mieli pewność. Nie chcę już nawet wspominać o autystycznych próbach przedostania się przez mechaniczny, opuszczany sufit niezliczoną ilość razy. Poczekaj aż podniesie się do końca, by mieć więcej czasu na przejście - nie, po co przecież... Zbawiennie poszeptem Mocy Bar'a'ka wpadł na pomysł w międzyczasie, że to my musimy śledzić ich. Świetnie, problem w tym, że już nas poszukiwali. Dzięki jednak obserwacji udało się dowiedzieć gdzie znajduje się przejście i jak je otworzyć. Znakomicie ukryty mechanizmem przesmyk w pomieszczeniu, w którym byliśmy już kilkukrotnie; który najpierw odblokowuje się mechanizmem ukrytym w pochodni, a potem przy użyciu Mocy w konkretnym, precyzyjnym punkcie otwiera całe, wąskie przejście w basenie. Podejmując pierwszą próbę dostania się do środka... Na nasze nieszczęście wrócili. Zbawiennie schowałem się w mętnej wodzie, oczekując rozwinięcia sytuacji... W dość skrajnym położeniu raptem często pół metra od nich. Sam kult wrócił do środka, by poinformować o dziwnych zjawiskach swoich braci, zabezpieczając przejście jakimś dziwnym, białym proszkiem niewiadomego pochodzenia. Znając alchemię kultu i znajomości różnych, dziwnych specyfików - chcieliśmy być ostrożni. W tym samym momencie, przy pewnym wykryciu... Chcieliśmy wracać. Padawan chciał pozostawić swoją holodatę, by regularnie mieć jakiś podsłuch. Pomysł stosunkowo dobry - ale nie było gdzie. Wszystko było litą, ciosaną skałą... A i samo miejsce, jako przejściowe, stosunkowo słabym punktem pobierania informacji. Ostatecznie postanowiłem sprawdzić, czy bliźniaczy obiekt przypadkiem również nie kryje bliźniaczego przejścia do ich kryjówki i... Udało się. Już mieliśmy rezygnować - dobrze, że tak też się nie stało... Albo i nie. Straciliśmy tutaj bardzo dużo czasu i nikt nie da nam też pewności, że konsekwencje rezygnacji nie byłyby bardziej brzemienne w skutkach dla ogółu. Poszliśmy dalej.

Wąskie przejście nie pozwalało przedostać się dalej bez szwanku, przez zabezpieczone tym samym białym proszkiem korytarze. Dalej nie mieliśmy pewności. Bez zapachu. Nie rozpuszcza się w wodzie. Gęstnieje. Zaryzykowałem, że to po prostu wapień i zwyczajnie przez niego przestąpiłem - miałem racje. Sam Padawan już kompletnie zaczął zdawać się przeczyć naturalnym reakcjom organizmu wrażliwego na Moc, wobec możliwości ignorowania upojenia alkoholowego. Gapiliśmy się na ten cholerny proszek przez dobre kilka minut, a ten ostatecznie stwierdził chyba, że na koniec pokaże, że ów proszek jest obecny w razie gdybym nie zauważył czegoś, na co się gapię i badam ewidentnie od dłuższej chwili. Wapień rozpuszcza się w kwasach, więc po prostu zmyłem go z pola maskującego środkiem dezynfekującym z medpakietu, by dalej być trudniej widocznym. A ten... Ten niezmierzenie pijany życiem Iktochi rozebrał się z kombinezonu DO NAGA, by przejść przez zwykły, cholerny wapień. Nawet nie zdążyłem wyjaśnić, że to wapień. On po prostu się rozebrał i dziarsko wkroczył do serca bazy Kultu podczas operacji infiltracyjnej. Tak po prostu... Nie wiem dlaczego go nie ogłuszyłem i nie zostawiłem gdzieś wcześniej związanego. Nie mam zielonego pojęcia. Może dlatego, że nie zdążyłem. Jak można się łatwo domyśleć, serce bazy kultu raczej nie było chronione przez ludzi ślepych, inwalidów, czy emerytów z problemami ze wzrokiem i starczą krótkowzrocznością - czyli adekwatnie poziomem równi do 50% ekipy infiltrującej. Ja włączyłem tryb maskowania, a sam Padawan pognał z kombinezonem w rękach ratując własne życie.

Chciałem ich zajść, zaskoczyć. Byli zajęci Padawanem, który dość szybko zaszczycił pomieszczenie swoim krzykiem. Z początku mi się to udało, choć zdecydowanie tylko tyle... Bez konkretnych efektów. Chociaż było nas dwóch, to zdecydowanie tyle lat edukacji, wielu walk grupowych poszło po prostu na marne - choć to nie tylko jego wina, a siły przeciwników. Nie mogłem skupić się na eliminacji przeciwnika; bardziej musiałem skupić się na ratowaniu Padawana. Sam Bar'a'ka słabo wykorzystywał atuty mojej obecności i raczej zdawał się zapominać, że właściwie nie przyszedł tutaj sam. Cóż. Niewiele mogłem na to poradzić - musiałem wobec tego walczyć o swoje własne życie, skoro jego własne najwyraźniej nie ma wielkiej wartości nawet dla niego samego. Walka w moim wykonaniu polegająca na "gdzie jest Bar'a'ka", "jak sobie radzi", "gdzie znów pobiegł", "jak się do niego dostać", "znów muszę go gonić i zdejmować uwagę chociaż jednego oponenta" ostatecznie sprowadziłaby się ewidentnie do jednego i tego samego rezultatu... Tylko kwestia tego, jak sam z tego wybrnę i czy zdołam przeciwdziałać skutkom. Musiałem więc już w pełni skupić się na pełnej eliminacji miast ucieczkach, regeneracjach, poszukiwaniach. Zwłaszcza, że przeciwnik był naprawdę potężny... Jeden z trójki był w stanie, w mojej pełnej koncentracji, przebić się przez moją naturalną barierę ochrony przed Mocą. Posługiwali się ewidentnie bardzo zaawansowanymi technikami - zwłaszcza drugi - walki i świetnie w niej brodzili. To ewidentnie była jakaś "starszyzna" danego kompleksu. Nigdy się niestety już tego nie dowiemy, albowiem pikniki i przebieranki w sercu zaprzepaściły wszelkie nadzieję na zdobycie informacji. Nie dziwi mnie, ze Bar'a'ka takim sposobem odpadł bardzo szybko... Byłem wręcz święcie przekonany, kiedy w trakcie rzucił mi się w oczy z krwią sączącą się podciętego gardła, że wracam sam. Mimo wszystko moi przeciwnicy zdawali się mnie na szczęście nie doceniać, co pozwoliło mi zmaksymalizować wysiłki i miejscami po prostu ich zdeptać jednego za drugim. Nie bez strat własnych, choć na szczęście nie tak przyćmiewających. Było ciężko. Musieli uciec się do pseudofortelu, doprawdy godnego takich nieżądnych zużytych odzieży jak oni - szybka, instynktowna reakcja pozwoliła mi się przed nim uchronić.

Jeden z nich wyjął niewielki mieczyk świetlny, którego pochodzenie dość łatwo przychodzi na myśl... Czego tłumaczyć nie trzeba. Chcieli go zniszczyć na moich oczach. Zmusić mnie do reakcji, skupienia na ratowaniu tego przedmiotu; wykorzystać przeciwko mnie i zaskoczyć zaplanowanym działaniem. Nie mogłem pozwolić na zniszczenie przedmiotu który jest być może kluczowy, więc w pełni świadomie musiałem w tę oczywistą zasadzkę iść... Tak jak się spodziewałem. W momencie kiedy skupiłem swoja uwagę na danym przedmiocie - cała trójka po prostu cisnęła we mnie swoimi ostrzami. No i co? Przyzwać tak mały przedmiot Mocą - zwłaszcza w pełnym, bitewnym skupieniu - to jedna, krótka, podświadoma myśl. Przed chwilą broniłem się przed trzema ostrzami na raz więc... Fortel wypadł tak, że po prostu wywróciłem się na plecy i szybko wstałem z przedmiotem w dłoni. W momencie kiedy miniaturowy mieczyk Leeckena wylądował w mojej dłoni... Znikąd pojawił się sam Redge w pełnym rynsztunku komandosa... Nie wiem skąd. Nie miał prawa za nami przyjść. Pojawił się wręcz nawet od strony, gdzie wejścia po prostu nie ma. Znikąd. O jego prawdziwości szybko przekonali się kultyści, jak i o prawdziwości rakiet i materiałów wybuchowych... Musieliśmy się szybko uwijać, albowiem kultyści wspominali coś o Starszym zmierzającym w naszą stronę. Z Redgem jednak domknięcie żywota dwójki która się ostała, była już tylko prędką formalnością.

Wybyliśmy z półżywym Padawanem na plecach czym prędzej się da; ponownie do wiadomego labiryntu. Po czasie tam spędzonym znaliśmy go już chyba doskonale... Przy wejściu czekał na nas Starszy. Był zszokowany widokiem Leeckena, a my nie mieliśmy wielkiego wyboru. Ja z Padawanem na plecach odsunąłem się czym prędzej wgłąb korytarzy, pozostawiając komandosa wedle jego bezpośredniej instrukcji... To był chyba klucz do naszego życia, patrząc z perspektywy czasu. Nie mieliśmy wtedy bladego pojęcia, że Leeckena chyba zabić się nie da. Chyba. Cokolwiek się stało - usłyszeliśmy wielki wybuch, krzyki Leeckena niosące się przez korytarze i gniewne polecenia Starszego. Prawdę powiedziawszy potem już jedynie ignorowałem ledwie dźwięczne komentarze Padawana Bar'a'ki. Całe szczęście skala obrażeń sprawiała, że były praktycznie niesłyszalne - niestety język wciąż posiadał. Dalej był jednak w świetnej formie do niweczenia chowania się za ścianami, skrupulatnie wystając gdziekolwiek bym nie przysiadł. Ostatecznie posadziłem go pod ścianą, by odnaleźć najlepsze miejsce jakie przychodziło mi do głowy - prócz zalanych jaskiń - jeśli chodzi o ukrycie się i oczekiwanie na pomoc. Wcześniej wspomnianą sekcję opuszczających się sufitów... Która okazała się dla mnie zgubna. Poraniony i wymęczony nie zdołałem przejść całości - ściany zmiażdżyły mi nogi, które dla swojej ulgi po prostu odciąłem. Gdyby Iktochi nie byli tak ograniczeni - w tym konkretnym wypadku na różne sposoby - spokojnie przeczekałbym całość w głębinach. Dalej niewiele już pamiętam... Jedynie Starszego, dwójkę kultystów i resztę znanych Wam wszystkim wydarzeń. Ostatnimi słowami jakie zapamiętałem było coś o tym... Że sam przywódca kultu nie miał pojęcia, że taki drobny przedmiot może być tak istotny. Wsparcie WSK, nasze zwłoki, gaz bojowy - resztę tej porażki znacie. Tym słowem zwieńczę te historię. Porażka.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 14 gru 2017, 23:19

Inspektorzy Jedi na Rake

1. Data, godzina zdarzenia: 03.12.17 20:00 - 01:00, 04.12.17 22:00 - 04:00

2. Opis wydarzenia:

Kilka miesięcy spędzone pośród Jedi pozwoliły mi na odbudowanie nerwów, ciała i umysłu, po czasie spędzonym w obozie Brygady Pokoju na Kuar. Dużo rozciągania, rozruszania starych, stężonych mięśni i ścięgien. Oczekiwałem jednak okazji na sprawdzenie się, zrobienie czegoś przydatnego – kto chciałby pozostać pasożytem do końca życia? Gdy pojawiło się wezwanie do lotu na Rake, rzucenie się w środek akcji było bardziej niż oczywiste. Ale od początku.

Po południu skontaktowały się z nami siły Imperium znajdujące się w przestrzeni Prakith. Ich czujniki wykryły jakieś dziwaczne zakłócenia grawitacyjne na Rake, jednej z planet systemu. Odczyty przypominały coś, co mieli okazję zaobserwować w trakcie starć z Vongami i zwykle oznaczało ich działanie w danym regionie. Wiadomość odsłuchałem razem z Tanną i Alorą. Ja i pierwsza z Padawanek postanowiliśmy wziąć Y-Wing'a i się temu przyjrzeć z bliska. Otrzymaliśmy dokładne współrzędne źródła zakłóceń i zaczęliśmy zbierać się do lotu.

Pierwszym krokiem było ogarnięcie, gdzie dokładnie będziemy lecieć. Tutaj szok i niedowierzanie – okazało się, że źródłem problemów jest nic innego jak placówka wydobywcza należąca do Rahadio Sanarisa. Przypadki chodzą parami. Zbieg okoliczności naturalnie wywołał konsternację wśród zebranych. Ja pobiegłem przyszykować ekwipunek – medpakiet, cieplejsze ubranie, broń – oraz powiadomić latający mózg – yammoska Yuuzhan Vongów – o rewelacji. W tym czasie, dziewczyny naszykowały pojazd i skontaktowały się z Wojskowymi Służbami Komandosów. Rozmówcy nie zareagowali entuzjastycznie na informację, że to właśnie placówkę Sanarisa mieliśmy zwiedzić. Przygotowali nam jednak gotową przykrywkę, z potrzebnymi dokumentami – mieliśmy grać inspektorów cywilnych, których zadaniem było sprawdzenie stanu aparatury wydobywczej. Oczywiste – nakazali ostrożność, nie możemy sobie pozwolić na kolejne kryzysy z panem Sanarisem w roli ofiary.

Zebraliśmy się do podróży. Yammosk postanowił lecieć z nami, myśliwcem Kaana. Miał zamiar sprawdzić z bezpiecznej odległości, czy wyczuwa obecność jakiejkolwiek kreacji Vongów na Rake, lub w systemie. Wylecieliśmy pierwsi – ja i Tanna w roli pilota. Podróż zajęła pewną ilość czasu, ale nie taką, która by doprowadziła kogoś do snu ze znużenia.

Gdy wlecieliśmy w atmosferę, zbliżając się do fabryki, otrzymaliśmy prośby o opuszczenie przestrzeni jej powietrznej. Zignorowaliśmy je, naturalnie. Kontrola lotów nie wydawała się zadowolona ideą naszej wizyty – nie zezwolili nam na lądowanie w hangarach placówki. Y-Wing został posadzony na wzniesieniu tuż obok celu naszej wizyty.

Przy wejściu powitał nas skromny komitet – dwóch ochroniarzy. Za żadne skarby nie zamierzali nas wpuścić do środka. Tłumaczyli się nieterminowością wizyty, nieposiadaniem przez nas odpowiedniego sprzętu i niebezpieczeństwem warunków pracy. Naturalnie, nalegaliśmy. Tanna po prostu kazała wpuścić nas do środka. Ja starałem się zagrać bardziej ugodową rolę – przedstawiłem historyjkę, że ta wizyta to biurokratyczna pomyłka i musimy tylko wejść na chwilę do środka, zobaczyć kilka rzeczy i wyjść po 20 minutach. Na początku panowie ochroniarze wypierali się, walczyli rękami i nogami. Yammosk zdążył dotrzeć na orbitę Rake – potwierdził obecność Vongów, lub czegoś podobnego do nich, co zaogniło naszą determinację. Przez dłuższy czas staliśmy jednak w miejscu, gadając w kółko to samo, powtarzając te same kwestie – ich monotonia była na tyle nudna, że podanie tutaj przykładów, lub konkretniejszy opis mijają się z celem.

Nic dodać, nic ująć, panowie ochroniarze w końcu ustąpili i nas wpuścili. Dali nam potrzebne papiery – a przynajmniej te, które oni uznali za potrzebne – do zaliczenia kontroli. Ostatecznie zgodzili się wpuścić nas do przedsionka placówki. Godne zanotowania jest, że transport był konieczny przy pomocy małego wózka repulsorowego, sterowanego pilotem w posiadaniu ochroniarzy. Powolny środek transportu.

Przedsionek budynku – drugie zwiedzone pomieszczenie – nie zawierał w sobie żadnych ciekawych, wartych wspomnienia elementów. Ot, kilka konsol, oraz zamknięte drzwi, prowadzące w głąb kompleksu. Nie przekroczyliśmy ich. Pokręciliśmy się tam kilkanaście minut, rozmawiając z ochroniarzem, starając się wypatrzeć coś ciekawego – nic jednak nie było dość wyjątkowe, by nas długofalowo zainteresować.

Ochroniarz opowiadał o samej fabryce – nie pracowało w niej zbyt wiele osób, zaledwie kilkoro ochroniarzy, grupka techników, nic poza tym. Prace wydobywcze i konserwacyjne wykonywały droidy, z powodu którego na terenie kompleksu pracowano nad niebezpiecznymi substancjami. Mimo naszych próśb, technicy nie mogli się pojawić na miejscu (wybaczcie mój sceptycyzm, objawiony kursywą). Chcieliśmy porozmawiać z technikami – niedostępni. Chcieliśmy porozmawiać z administratorem – niedostępny. Był tylko jeden moment, kiedy oczekiwałem konfrontacji – gdy Tanna powiedziała mi, że jej zdaniem ochroniarze byli Vongami. Niemniej jednak... nic się nie stało, ja sam nie zamierzałem atakować wydawałoby się niewinnych ochroniarzy. Ostatecznie nic więcej nie udało nam się wskórać – bez żadnych dodatkowych opcji, po prostu opuściliśmy placówkę, zapowiadając jednak spodziewaną kolejną, znacznie dogłębną wizytę.

Gdy lecieliśmy Y-Wingiem, Tanna wydała dlaczego uznała ochroniarzy za Vongów – ich aury były inne, wytłumione, statyczne. To samo powiedziała mistrzyni Elii, gdy już dotarliśmy na Prakith. Mistrzyni potwierdziła, że dziwaczne aury mogą być iluzją Vongów, aby ukryć ich przed zmysłami Jedi. Z obawy przed możliwą eskalacją – wiadomo, dzień wystarczy, by źródło takich anomalii poważnie zagroziło Prakith – skontaktowaliśmy się ponownie z WSK. Ucieszył ich brak masowego skandalu, który wybuchłby w sytuacji, w której któreś z nas napadłoby na ochroniarzy. Wierzyli naszym obawom i chcieli przeprowadzić inspekcję placówki, ale musieli działać ostrożnie – zbyt wielkie partactwo i błędy mogłyby wręcz skończyć się rozwiązaniem rządku, biorąc pod uwagę wpływy Sanarisa. Potrzebowali dobrego wytłumaczenia na wkroczenie na teren prywatny. Słowa yammoska o Vongach – nie wystarczyły, był on czymś zbyt abstrakcyjnym i obcym, żeby być traktowanym poważnie na samym Prakith. Opis dziwacznych aur wykrytych przez Tannę – powód do zmartwień i podejrzeń, ale nic, co można rzeczywiście umieścić w raporcie wojskowym. Odczyty aparatury okrętów Imperium o zakłóceniach grawitacyjnych pochodzących z budynku – to było jednak wystarczające.

Nowy plan inspekcji został przygotowany – ja, Tanna oraz komandos WSK mieliśmy ponownie wkroczyć do placówki, tym razem z pełnym autorytetem wojska i przeczesać ją wzdłuż i wszerz. WSK miało trzymać oddziały na tyłach, gotowe zareagować pełnym nalotem na wypadek wybuchu walk podczas naszej wizyty i konieczności wydostania nas. Mieliśmy lecieć przy najbliższej okazji.

Okazją ta nadeszła dnia następnego. Do bazy przyleciało dwóch żołnierzy WSK. Powtórnie omówiliśmy plan – który mi się lekko pomieszał, ale to mniejsza. Poleciał z nami komandos o pseudonimie "Bait". Niestety, w Y-Wingu brakowało trzeciego siedzenia – musiałem lecieć osadzony w pustej przestrzeni. Nic dodać, nic ująć – bolało. Mimo osłony w postaci warstw materiału, obijałem się wielokrotnie o pokrycie myśliwca. Zarąbałem nawet czołem o krawędź siedzenia, rozcinając sobie skórę. Ale to mniejsza kwestia. Nie widzę również sensu opisywać konkretniej naszych rozmów i przygotowań – każdy przeżywa to przed wyprawą, a drobne komentarze i docinki współtowarzyszy nie pchają naszej historii do przodu.

Powróciliśmy do fabryki, a obecność żołnierza zdecydowanie dodała nam pędu. Komandos nie cackał się z ochroniarzami. Postawił sprawy jasno "Wpuszczacie nas do środka, albo wchodzimy sami". Sami ochroniarze... nie stawiali oporu, przynajmniej nie bezpośrednio. Wyraźnie jednak starali się zachowywać tak, by nam pokomplikować. Byli niezwykle powolni, ociężali, wszystko maksymalnie rozciągając w czasie. Repulsorowa platforma prowadząca do kompleksu – cudem, gałka pilota złamała się, a platforma mogła automatycznie ruszyć dopiero po dwóch godzinach (na szczęście, Tanna zdołała wyciągnąć tyle funkcjonalności z pilota, by dopchnąć pojazd na miejsce, a mnie przeniósł "Bait" plecakiem rakietowym). Ochroniarz nie miał – albo udawał, że nie miał – kodu do drzwi prowadzących do środka. Cały czas zachowywał się ociężale, jakby doznał skrajnego upośledzenia w ciągu ostatniej doby. Dopytywaliśmy się o techników – ci mieli być na "wyjeździe wypoczynkowym", urlopie spowodowanym "stresem wynikającym z naszej nagłej wizyty". Absurdalności tego tłumaczyć nie muszę. Oczywiście, okazaliśmy gniew, w związku z brakiem odpowiedzialnej, ogarniętej osoby w pobliżu – sam ochroniarz non stop zaprzeczał, że cokolwiek wie, wymigując się od najprostszych pytań. Wszystko zwalali na właściciela, wydawały się nie obchodzić ich żadne kwestie prawne - aczkolwiek kontaktu do Sanarisa nie dawali.

W końcu weszliśmy do wewnętrznej części kompleksu, zaczęło się rzeczywiste zwiedzanie. Nie było praktycznie nic ciekawego. Wszystko funkcjonowało i działało w normie. Nasz przewodnik, nawet jeśli powoli, posłusznie wykonywał nasze polecenia. Oprowadził po każdym pomieszczenia, pokazał każdy korytarz. Gdy zaczęliśmy kaszleć od pyłu, podał nam maski gazowe. Nic nie wywołało naszych podejrzeń. Wszystko było na miejscu, wyraźnie poświęcone wyłącznie pracom wydobywczym. Co jakiś czas korytarzami przechadzały się droidy wykonujące roboty. Nie trafiliśmy na żadne podejrzane pomieszczenia, zasklepione przejścia bez wstępu publicznego. Jedynym, co wywoływało konsternację, to skrajny autyzm i ociężałość ochroniarzy – którzy jeszcze dzień wcześniej zachowywali się całkiem normalnie.

Ostatecznie trafiliśmy do pomieszczenia technicznego, po usilnej utarczce słownej z przewodnikiem. Wezwano nawet technika – oczywiście, mimo wcześniejszym zapewnieniom, że nikogo nie ma w pobliżu, że technicy są niedostępni, na urlopie. Dostaliśmy dostęp do wszystkich planów, map i baz danych placówki. Niestety, technik wydawał się cierpieć na podobne upośledzenie, co ochroniarz. Komandos ruszył na obchód, chcąc przeczesać każdy skrawek kompleksu – my wzięliśmy się za dalsze odpytywanie i lekturę danych.

Jednakowoż, nie znaleźliśmy nic. Absolutne nic. Zero. Żadnych tajemniczych, prowadzących donikąd korytarzy, nieoznaczonych pomieszczeń, szybów ze zbyt wielką, lub zbyt małą obecnością droidów. Przejrzałem plany kilkukrotnie, lecz nie znalazłem nic wartościowego. Pozostało nam przepytać obecnych na miejscu pracowników.

Nie musiałem się dopraszać, jeden z ochroniarzy – drugi z dwóch zdążył do nas dołączyć – wziął mnie na stronę z własnej woli. Tutaj próbował wywołać u mnie frustrację, wspominając, że Tanna przez niekrótki czas w sumie niewiele rozmawiała, niewiele sama robiła. Naturalnie, jako, że te słowa kierowane były to inspektora państwowego, mnie niezbyt poruszyły. Parłem nieustannie jednak, ażeby ochroniarz powiedział, co rzeczywiście miało miejsce w placówce.

W końcu, za obietnicą dotrzymania tajemnicy, szepnął kilka słów, które być może są prawdą. Mówił o koszmarnych warunkach pracy, że pan Sanaris nie dba o nich, że robota jest ciężka i pracują w niej tylko dlatego, bo nie mają innej opcji i robota jest świetnie płatna. Opowiadał o trudnościach życiowych, które były powodem ich niechęci do inspekcji – w fabryce warunki rzeczywiście były kiepskie, wszystko było niedofinansowane i niedopatrzone, a nie mówili nic dlatego, bo obawiali się stracić jedyne stanowisko, na które się dostali. Było to interesujące, aczkolwiek inna rzecz naprawdę zwróciła moją uwagę, wywołując prawdziwą, emocjonalną reakcję. Otóż powiedział, że dwa tygodnie wcześniej dostrzegł dziwaczny statek, który pojawił się nad bazą i poleciał na południe. Opisał i narysował mi ten dziwny pojazd. Nie był najbardziej utalentowanym rysownikiem, ale wspomnienia z wojny, oraz okoliczności nie zostawiły mi wiele wątpliwości – ochroniarz widział Koralowy Skoczek, myśliwiec Yuuzhan Vongów. Zasugerował, że pojazd może poleciał do jednej z fabryk konkurencji -
podobno kilka z nich znajduje się na Rake, w innych regionach planety. Wspomniał również, że ostatnio targało go przeziębienie, tak jak obecnego na miejscu technika. Być może miało to jakiś związek – wolę na przyszłość odnotować.

Z mojej perspektywy, pozyskałem wszystkie potrzebne informacje. Żołnierz odnotował, że sprawdził całą placówkę, od góry do dołu, wzdłuż i wszerz. Nie znalazł nic i wrócił się ostatecznie do statku. Tanna jednak nie zakończyła swojej rozmowy z technikiem. Udało jej się znaleźć nieprawidłowość w danych o droidach (a jednak się nie obijała całą wyprawę). Dwa tygodnie wcześniej z powodu problemów pogodowych doszło do awarii jednej z wieżyczek obronnych. Do tego, w tym samym czasie, dezaktywowano 15 droidów – wszystko mniej więcej w okresie pojawienia się skoczka koralowego. Poza tymi luźnymi, mało konkretnymi poszlakami, pracownicy nie powiedzieli nic ciekawego.

Na tym nasza wyprawa się zakończyła. Wróciliśmy do bazy we dwójkę – "Bait" zabrał się z siłami WSK, wcześniej. Z tymi luźnymi poszlakami pojawiliśmy się na Prakith, gdzie przekazaliśmy je WSK, oraz mistrzyni Elii. Dyskusję na temat naszych znalezisk zostawiam tobie, drogi Czytelniku.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Mamy te konkretne poszlaki:
- skoczek koralowy pojawił się na Rake, poleciał na południe fabryki;
- w tym samym czasie awarii uległa grupka droidów i wieżyczka obronna – przyczyny podane były inne, dla każdego osobne;
- yammosk wyraźnie wyczuł obecność istot Vongów, lecz przytłumioną i odległą; jednocześnie, aura pracowników z punktu widzenia Tanny była mocno przytłumiona, statyczna;
- pierwszego dnia pracownicy byli w pełni normalni; drugieg zachowywali się, jakby zostali trafieni niszczącym umysł promieniem autyzmu;

Badania DNA pobranego ze złamanego pilota - Tanna na szczęście go sobie przywłaszczyła - wskazały, że ochroniarze na pewno nie byli ludźmi. Potrzebne jest DNA Yuuzhan Vongów do porównania. Najprawdopodobniej bajeczki sprzedane nam przez ochroniarzy w dużej mierze były w jakimś stopniu nieprawdziwe, więc lepiej się na nich zbyt poważnie nie opierać

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 442
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 17 gru 2017, 21:50

Obrońcy życia i złodziej z Kultu

1. Data, godzina zdarzenia: 12.12.17 22:00 - 02:00

2. Opis wydarzenia:

Byliśmy w trakcie rozmowy. Ja, Rycerz Jedi Fenderus, Mistrzyni Jedi Elia Vile, Padawan Alora Valo, Specjalista Darril Saehre. Dyskutowaliśmy o stanie sprzymierzonych wojsk Christophsis. Konkretnie, o ich przestarzałej naturze, w niektórych przypadkach zakrawającej o pomstę do Mocy. Z chęcią poświęciłbym nadchodzące akapity tekstu na dogłębną analizę sprzętu dostępnego naszym przyjaciołom z Imperium, ale cóż – ten skromny tekst jest poświęcony czemuś innemu, taka analiza może zostać przeprowadzona kiedy indziej, przy pomocy doświadczonego inżyniera wojskowego, jeżeli temat będzie jeszcze na czasie (w końcu Dremulae zbliża się wielkimi krokami).

Rozmowa zakończyła się, gdy droid SDK powiadomił o dziwnym zachowaniu Kijka, starszego amphistaffa. Poruszał się dziwacznie, jakby był atakowany – tylko żadne źródło ataku nie zostało zarejestrowane. Rycerz i Mistrzyni popędzili na dach, gdzie atak miał miejsce, a ja byłem tuż za nimi. Po przekroczeniu progu bazy, zaledwie 4 szybkie susy doprowadziły nas do węża. Uruchomiłem swój miecz, wyszukując wzrokiem napastnika. Pozostała dwójka sprawdziła teren i zwierzaka. Nic nie znaleźli, ale Kijek był mocno poobijany i wstrząśnięty. Odgadnięto, że był atak Kultu. Za motyw uznano dywersję – napastnik próbował dostać się do bazy i być może próbował wywabić domowników z bazy. Albo, być może wąż znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Prawdy nie zna nikt.

Yammosk zgłosił atak na młodszego węża. Mistrzyni Elia natychmiast próbowała zlokalizować zwierzę, ale na szczęście, yammosk się poprawił – dając wyraz swojej troski o i znajomości zwierząt, zwyczajnie pomylił ich imiona. Nakazywał sprowadzenie amphistaffa do siebie. Całą trójką wróciliśmy do środka. Rycerz Fenderus skierował się prawym korytarzem, w stronę kwater. Ja i mistrzyni ruszyliśmy do hangaru w przeciwnym kierunku. Liczyliśmy na schwytanie przeciwnika w potrzask.

Gdy dotarliśmy do yammoska, ten dał upust gniewowi i prosił o zgładzenie napastnika. Sam zajął się (zastosowana kursywa wynika z prostego faktu, że nie mam zielonego pojęcia, co wtedy robił) amphistaffem. Obiecał poinformować o ewentualnym poznaniu tożsamości wroga od rannego zwierzaka. Razem z Mistrzynią ruszyliśmy dalej. Ona sprawdziła kwatery, ja czekałem w korytarzu – nie chciałem pozostawić ani jednego wolnego przejścia. Idąc tym tokiem rozumowania, gdy ona weszła do kantyny, chcąc sprawdzić pomieszczenie z generatorem, ja zrobiłem to samo – poszedłem do ambulatorium.

Pomysł ten okazał się trafny. Gdy otworzyłem drzwi do sali z generatorem, to co ujrzałem skłoniło mnie do natychmiastowego uruchomienia miecza. Mistrzyni Elia wkroczyła z drugiej strony. Na środku sali stali Rycerz Fenderus, oraz Padawan Alora, trzymana jako zakładnik przez napastnika. Yammosk jednocześnie dał nam komunikat mentalny o jego tożsamości – poniewczasie.

Atakującym okazał się Zabrak Hakk Raal. A precyzyjniej, Starszy opętujący jego puste ciało. Kultysta miał na ostrzu swojego imponującego, rytualnego miecza Alorę. Groził, że zabije ją przy naszym najmniejszym ruchu. Chciał ją wyprowadzić żywą, ale mogła również zginąć – nie chodziło o nią samą, a o coś, co było w niej. Otóż, okazuje się wszem i wobec – Alora była w ciąży. I na dziecku Starszemu zależało. Chciał zabrać Alorę do swojej kryjówki i zostawić ją żywą do czasu, gdy nie będzie musiała się zajmować maluchem. Alternatywą było zabicie jej na miejscu i wycięcie noworodka z jej martwego łona. Obydwie opcje beznadziejne.

Próbowałem zająć mu uwagę. Stałem miedzy nim, a wyjściem. Nie liczyłem nawet na możliwość zatrzymania go fizycznie, więc zdałem się na dyskusję. Rzucałem kontrargumenty, alternatywne propozycje, dodatkowe rozwiązania. Nic naprawdę wartego wspomnienia. Na szczęście, bezowocna wymiana dała Mistrzyni czas na przygotowanie ochrony. Stworzyła barierę między Alorą, a Starszym. Rycerz Fenderus – na jej sygnał – zaatakował Zabraka, rzucając weń mieczem świetlnym. Ja przyjąłem bardziej ostrożną pozycję i sam ruszyłem do ataku, próbując dźgać przeciwnika.

Starszy próbował zabić Alorę, ale ochrona Mistrzyni powstrzymała cios. Ja i Rycerz odwróciliśmy jego uwagę na tyle, by Padawanka zdołała uniknąć śmierci. Chciałem ją zaciągnąć do ambulatorium i uciec tamtędy, ale Mistrzyni Elia ściągnęła Alorę do siebie Mocą. Kontynuowaliśmy atak na Starszego, ale gdy zdążyłem go zadrasnąć mieczem – odwrócił się, wcześniej stojąc odwrócony plecami – on sam cisnął mną w Fenderusa Mocą. Polecieliśmy za barierki.

Gdy powstałem na nogi, Alora skryła się w łazienkach. Mistrzyni toczyła walkę ze Starszym przez Moc. Gdy Rycerz Fenderus ponownie stanął do walki – ja próbowałem dotrzeć do Alory – doszło do eksplozji. Ogromna masa energii – zgaduję, że efekt walki Mistrzyni i Starszego poprzez Moc – wybuchła tuż przy Starszym, dokładnie w chwili, w której Rycerz Jedi ciął klingą miecza. Gdy pył opadł, Kultysta zniknął – uciekł przez ambulatorium zostawiając za sobą zwęgloną, odciętą rękę.

Na początku za nim pobiegłem, za nic robiąc sobie możliwe problemy zdrowotne Mistrzyni i Rycerza. Tak, było to nieczułe i głupie. W końcu nie tylko nie zwróciłem uwagi na wstrząśniętych towarzyszy, ale tyle mogłem zrobić ze Starszym, ile gizka z rancorem. Ale to mniejsza. Otóż Zabrak wpadł na Nanę, kochaną eopię. Na szczęście nic jej nie zrobił – wypadł przez drzwi i zniknął. Mistrzyni była wyraźnie osłabiona tą konfrontacją. Zajął się nią Rycerz Fenderus – ja pobiegłem do Alory.

Alora jest w ciąży. Trochę – konkretnie około pół godziny – zajęło mi przyswajanie tej informacji i wszystkich związanych faktów. Jej brzuch robi się większy – dobrze ukryła to pod ubraniem. Starszy chce jej dziecka, ponieważ będzie ono wrażliwe na Moc. Zaczęła się dyskusja – co począć, gdy dziecko się urodzi - czy je ukryć, czy zabrać poza Prakith? Ostatecznie nie podjęliśmy jednej, obowiązującej decyzji. Uznano, że baza jest prawdopodobnie jednym z bardziej bezpiecznych miejsc, biorąc pod uwagę wojnę. Za główny - dość oczywisty przy tym - problem naturalnie uznano Kult. Być może ta świadomość - że głównym zagrożeniem dla malucha jest Hakk Raal i nieśmiertelny duch w jego ciele, oraz jego sługi - doda nam nieco werwy w radzeniu sobie z lokalnymi problemami. Obyśmy tylko pozostali w miarę racjonalni.

Na koniec podam ostatnią, pocieszną wiadomość. Aby rozwiać wątpliwości, postanowiliśmy wykonać drobne badanie na Alorze, sprawdzić płeć dziecka. Poznaliśmy choć ten fragment jego tożsamości - chłopiec. Niech Moc będzie z nim w jego podróży ku życiu - i w samym życiu również, naturalnie. Trzymam za niego kciuki, sięgam ku jego przyszłości sercem i myślą. I liczę, że my wszyscy.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Malucha trzeba przyjąć w odpowiednich warunkach. Nasza baza jest bezpieczna, ale to baza militarna, nie żłobek. Jeśli zatem zdecydujemy się utrzymać go na Prakith - przynajmniej do zakończenia wojny z Yuuzhan Vongami - trzeba będzie przygotować dla niego jakąś przestrzeń do normalnego rozwoju. Zgłaszam się na ochotnika do kupna odpowiednich przedmiotów. Łóżeczko, zabawki, pieluchy, zapas jedzenia dla najmłodszego. Jak najbardziej, wszystko w swoim czasie, jednak wolałem wysłać tą myśl w eter już teraz.

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 442
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 20 gru 2017, 0:08

Tchnienie Yun-Yuuzhana

1. Data, godzina zdarzenia: 17.11.17, 18.11.17, 21.11.17, 23.11.17, 25.11.17, 26.11.17, 29.11.17

2. Opis wydarzenia:

      17/11/3682 ATC

Tego dnia SDK zgłosiły nietypową aktywność wewnątrz bazy. Droidy nie miały więcej szczegółów - wychwytywały szybki ruch, nie mogąc jednak podać dokładnej przyczyny. Ta stała się jasna już po chwili, gdy wraz z Hanzem dostrzegliśmy mistrza Barta, który przemknął przez hangar w ułamku sekundy. Po kilku kolejnych sekundach mistrz pojawił się w drzwiach znowu, gdy... wykonał pełne okrążenie wewnątrz naszego budynku. Tak. Kilka sekund. Okrążenie. Mistrz pojawiał się i znikał, błyskawicznie pokonując kolejne okrążenia. W pewnym momencie w korytarzu pojawiła się Alora, która została dosłownie zdmuchnięta na podłogę przez pęd powietrza, przecinanego przez mistrza z prędkością blasterowego pocisku. Mistrz biegł coraz prędzej, aż jego ruch przestawał być dla oczu płynny - wydawało się, że mistrz teleportuje się na niewielkie odległości (chyba się wydawało!). W końcu jednak mistrz przestał pojawiać się w hangarze, więc uznaliśmy, że ktoś mu w końcu przerwał. No dobra, był tylko jeden możliwy "ktoś". Nieprzytomnego mistrza znaleźliśmy w kantynie w towarzystwie mistrzyni Vile. Zablokowała jego trasę jakąś barierą utworzoną w Mocy, a potem podała mu anestetyk. Ten... nie zadziałał jednak za dobrze, mistrz po kilku minutach podniósł się i kontynuował swój bieg. Dopiero druga próba mistrzyni odniosła sukces.



      18/11/3682 ATC

Dzień, w którym wylecieliśmy do podziemnej struktury kultu. Gdy zrobiło się gorąco, a Siad potwierdził obecność Starszego kultu, wezwałem do pomocy mistrza Barta i mistrzynię Vile. Mistrzyni odpowiedziała po kilku minutach, bardzo ospała. Powiedziała, że mistrz wciąż pozostaje pod wpływem anestetyków, rycerz Gluppor jest niedysponowany, a ona sama ociężała, co znacznie przedłuży czas oczekiwania na nią. Nie do końca rozumiałem wtedy, o co może w ogóle chodzić, skupiłem się więc na dalszym przekazywaniu informacji między Siadem, federalnymi, WSK i mistrzami.

W wojskowym szpitalu przemówił do nas telepatycznie Voliander, pytając co znów narobiliśmy. Narzekał na okropne bóle.



      21/11/3682 ATC

Gdy przechodziłem obok rozmawiających w hangarze padawanów, Hanz niespodziewanie upadł na podłogę, skarżąc się na nieodgadniony ból i dyskomfort. Po chwili podobne dolegliwości dosięgły też Alory. W ambulatorium znaleźliśmy mistrzynię Vile, opiekującą się podtrzymywanym w stanie śpiączki mistrzem Bartem. Również cierpiała. Odbyliśmy długą rozmowę na temat przyczyn tych zagadkowych dolegliwości i przeprowadziliśmy kilka eksperymentów - zdołaliśmy między innymi odrzucić wpływ odzyskanego kilka dni wcześniej miecza majora Leeckena. Potencjalnych przyczyn było jednak mnóstwo - rytuały kultu, zmiany w Mocy spowodowane śmiercią niepoliczalnych mas ludzi w wojnie z Vongami, chory dowcip Voliandera... przypuszczenie goniło przypuszczenie. Podczas rozmowy lekki ból dopadł także mnie.

Wraz z Alorą wybraliśmy się w kosmos i odlecieliśmy w kierunku planety Rake, by sprawdzić, czy ból będzie utrzymywał się także poza Prakith. Był niezmiennie obecny. Dzięki wyprawie mogliśmy odrzucić kilka potencjalnych przyczyn naszego stanu, ale... wciąż było tego zbyt dużo.



      23/11/3682 ATC

W budynku pojawił się droid Lorda Kaana. Zwiastował powrót jednego ze "Stwórców". Twierdził, że Stwórcę tego spotkali już raz jacyś dawni Jedi, podczas gdy drugiego stwórcę wielokrotnie spotykali Jedi z naszej grupy. Mówił prawdopodobnie o samym Kaanie, choć nie mogliśmy być pewni. Droid wspomniał też o konflikcie między Stwórcami i o fakcie, że pierwszy ze Stwórców został wcześniej zawrócony ze swej drogi, cokolwiek to znaczy. Wizyta była raczej krótka i zostawiła więcej pytań, niż odpowiedzi.



      25/11/3682 ATC

Według relacji SDK, tego dnia dolegliwości dotknęły Thaxtona. Katastrofalny ból nie pozwalał RYCERZOWI funkcjonować, a kulminacją tego wszystkiego był agonalny atak w kwaterach, którego świadkami byli Alora i Fenris.



      26/11/3682 ATC

Tym razem w drzwiach naszej placówki pojawił się przedstawiciel Yuuzhan Vongów, który powtórzył niemal dokładnie to samo, co kilka dni wcześniej zakomunikował nam droid Kaana. Kolejny raz usłyszeliśmy o Stwórcach, końcu wojny, końcu świata. Tym razem byliśmy jednak nieco lepiej przygotowani i mogliśmy zadać kilka pytań. Powracający Stwórca to Yuuzhan'tar, co w języku Vongów oznacza "dom". Yuuzhan'tar to ojczysta planeta Vongów. Zapytany przez mistrzynię Vong potwierdził też, że Yuuzhan'tarem jest Zonama Sekot - żywa planeta posiadająca własną świadomość.



      29/11/3682 ATC

Obrazek

Wieczorem WSK skontaktowało się z nami w trybie alarmowym. W systemie Prakith pojawiło się nowe ciało niebieskie wielkości planety. Wojsko nie miało pojęcia co się dzieje, co zrobić i z czym mają do czynienia. My... wiedzieliśmy od razu. Mistrzyni podjęła próbę telepatycznej komunikacji z planetą. Już po chwili wszystkich jednocześnie dosięgło przytłaczające uczucie, świadomość wielkiej obecności, która wypełniała wszystkie zmysły i wypierała własne myśli z głowy. Nie zdążyliśmy się nawet przyzwyczaić do tego nowego wrażenia, gdy Zonama Sekot przemówiła do nas niezwykle potężnie, a słowa odbijały się w naszych umysłach echem. Straciłem władzę nad ciałem i byłem zupełnie biernym obserwatorem tej wymiany zdań.

Zonama Sekot zaczęła od nazwania nas wszystkich wybrańcami Pierwszego Shańbionego (zapewne Kaana). Nim doszły do nas kolejne zdania, w naszych umysłach pojawiło się uczucie winy... albo żalu... wszystko to zapewne pochodzące z żywej planety. Zonama Sekot powiedziała potem, że to właśnie ona pozbawiła Yuuzhan Vongów Mocy, ale to tylko uczyniło ich gorszymi. Gdy Kaan wyjaśniał przez wszystkie urządzenia w naszej placówce, że spodziewał się przybycia żywej planety, nas ogarnęły dalsze uczucia żalu, ale też poczucie porażki i konfliktu. Planeta kontynuowała rozmowę, prosząc o przepuszczenie jej do nas. Chciała dać nam więcej sił, tak jak wcześniej naszym poprzednikom. Powiedziała, że nie złamie obietnicy, a następnie nazwała Kaana Pierwszym Stwórcą (zamiast wcześniejszego Pierwszego Shańbionego). Kaan wprowadził wtedy hasło, co spotkało się z reakcją HDR, który wczytał protokoły obronne klasy zero, prawdopodobnie umożliwiające planecie... działanie.

Dalsze wydarzenia z tego dnia nie są mi znane, po stracie władzy nad ciałem przyszła też utrata przytomności.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -

4. Autor raportu: Padawan Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Na odsiecz Dremulae

Postautor: Tanna Saarai dodano: 03 sty 2018, 23:54

Na odsiecz Dremulae
Dremulae


1. Data, godzina zdarzenia: 27.12.17, ok. 19.00-03.00

2. Opis wydarzenia:
Wylot na Dremulae należał do całkowicie standardowych. Padawan Namon-Dur Accar zaopatrzył się w medpakiet i zjawił się w hangarze niemal w tej samej chwili, w której Mistrzyni Vile. Po krótkich ustaleniach końcowych wyruszyliśmy dwoma myśliwcami; Y-Winga pilotowałam ja, Yammosk dla swojego bezpieczeństwa udał się myśliwcem Lorda Kaana.

Po wylądowaniu powitał nas szeregowy Igher Reveln, który doprowadził nas do zebranych dowódców; z imperialnej floty z Christophsis pułkownik Andre Feathon, z wojsk Dremulae Panowie Slob Pral Jak, Golalq Xhthas, Teres Ghol oraz z rządu Dremulae radny Elonia Rivgolette. Dywagacje nad planem obrony trwały ponad godzinę, były jednak konkretne i zdecydowane. Ostateczna strategia polegała na podzieleniu sił na trzy grupy – front, prawa flanka oraz tył. Silnie ufortyfikowany front składał się z większości dostępnych jednostek wojska Dremulae oraz Vanatora pod dowództwem kontradmirała Larrupa. Ich zadaniem była obrona planety oraz zajęcie wroga możliwie jak najdłużej. Po chwili dołączyć miał do nich Aklamatora pod dowództwem kapitana Thoryna, który miał siać zamęt na tyłach wroga oraz sprawić wrażenie stosowania identycznej taktyki, jak nad Onderonem. Prawdziwe zagrożenie miało jednak przyjść z prawej flanki, na której ulokowaliśmy myśliwce z Alpha Red wraz z wykonującym tunelowanie Yammoskiem. Pilotem Tie Defendera został najlepszy pilot imperium, porucznik Rendar, do ataku z drugiej maszyny zgłosiłam się ja; naszego Y-Winga wyposażono w jedną torpedę z Alpha Red. Po zakończeniu planowania odesłano nas na spoczynek. Atak miał nastąpić za maksymalnie trzy dni…

I nastąpił. Po dwóch dniach nad Dremulae rozpoczęła się bitwa. Mobilizacja wojsk była niesamowicie szybka i sprawna. Atak wroga, mimo przygotowanej strategii obrony, okazał się jednak zaskoczeniem. Część sił Yuuzhan Vong w jakiś sposób przedostała się na planetę i zaatakowała generator tarczy planetarnej. Generał Teres Gholi wysłał nas do jego odbicia i zabezpieczenia. Ruszyliśmy niezwłocznie Y-Wingiem, koordynaty otrzymałam zaraz po oderwaniu myśliwca od podłoża.

Na miejscu przywitało nas wycie alarmu, które ustąpiło po kilku sekundach. Padawan Accar próbował połączyć się z systemami placówki za pomocą holodaty, by dowiedzieć się czegokolwiek; nie udało mu się to. Ruszyliśmy w stronę, jak nam się wydawało, wejścia, gdzie znaleźliśmy przerażonego żołnierza - Rostina Kuvi. Przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy, w jakim celu się tu znaleźliśmy, co skłoniło go do wyjawienia nam tajemnicy tego miejsca. Grupa czterech Yuuzhan Vongów wyrżnęła, jak się niedługo później okazało niemal, cały personel – blisko 40 osób; techników i żołnierzy. Wbiłam ostrze swego miecza w zaryglowane drzwi, by stworzyć nam dostęp do wnętrza, jednak już po chwili poczułam jak moja broń jest zasysana do środka. Nie zastanawiając się długo wyrwałam ją nieznanej sile i odsunęłam się od drzwi, które niemal od razu się otworzyły. W środku znajdowało się czterech żołnierzy, którzy bardzo nie chcieli nas wpuścić do środka; utrzymywali, iż kompleks jest zabezpieczony, Yuuzhan Vong nie ma w środku, a oni stracili łączność i mają rozkazy nie wpuszczać nikogo do środka. Po krótkiej namowie Rostin Kuvi wszedł jednak do kompleksu, a drzwi się za nim zamknęły. Postanowiliśmy z Padawanem Accarem spróbować przedrzeć się w głąb, jak najmniejszym kosztem wśród żołnierzy. Wszystko zmieniło się, gdy ze środka usłyszeliśmy wystrzał – jak się później okazało Rostin Kuvi został przez nich zamordowany. Zaraz po nim wielkie grodzie otwarło się, a nas zalała fala pocisków. Padawan przemknął przez pomieszczenie z prędkością ledwo pozwalającą na zarejestrowanie jego kształtu, czym przyciągnął uwagę dwójki żołnierzy, którzy skupili się teraz tylko i wyłącznie na nim. Mając za przeciwników tylko dwójkę żołnierzy wkroczyłam do środka odbijając kolejne salwy z karabinów, uskakując za różne osłony i zmniejszając dystans. Gdy znalazłam się już dostatecznie blisko jednego z nich pozbawiłam go ręki, która dzierżyła karabin – padł na ziemię. Chwilę później jednak Padawan Accar wrócił z jednym z żołnierzy i postrzeloną nogą. Broniliśmy się teraz we dwójkę przed dwójką napastników. Ten stan rzeczy jednak nie trwał zbyt długo. Do walki powrócili okaleczeni przez nas napastnicy, którzy niestety nas zaskoczyli. Oberwałam pociskiem w plecy, nie groźnie, jednak boleśnie. Padawan został na moment przyparty do ściany, jednak poradził sobie z wydostaniem się bardzo dobrze, pozbywając się zagrożenia ze strony aż trójki napastników. Ja w tym czasie dopadłam tego, który mnie postrzelił. Moje cięcie jednak przeszło za głęboko i na skraju życia żołnierz padł na ziemię.
Nie mieliśmy jednak możliwości odsapnąć nawet na moment. Starałam się wyciągnąć jakiekolwiek informacje z jedynego ocalałego żołnierza, podczas gdy Padawan Accar próbował jakoś ocalić jego życie. Rana były jednak zbyt dotkliwa i nie minęło dużo czasu, gdy żołnierz opuścił ten świat. Przed śmiercią zdążył nas jeszcze tylko obarczyć całą winą za atak Yuuzhan Vongów.
Padawan Accar spróbował uzyskać dostęp do konsoli znajdującej się w pomieszczeniu, ta jednak wymagała głosowego podania hasła. Wszyscy, którzy mogli to zrobić już nie żyli, ruszyliśmy więc w głąb kompleksu, by windą dostać się na niższe poziomy. Do pomieszczenia z generatorem.

Tam przywitał nas spodziewany widok. Płonący generator, na skraju wytrzymałości. Czterech Yuuzhan Vong pod przywództwem Mistrza Wojny – Khsats Choka – oraz szybujący wokół generatora Dovin Basal. Było oczywistym, że nie mamy najmniejszych szans w tym starciu… Musieliśmy wymyślić cokolwiek. Choć jak się okazało cały ten wysiłek spadł na Padawana Accara. Mistrz Wojny, bowiem posiadając przeważające siły, zaproponował zaskakujący dla mnie układ. Pojedynek… ze mną… jeden na jednego. Walczyłam już z nim na Kuar (być może właśnie z tego powodu popełnił ten błąd), wiedziałam jak to się skończy, ale nie zastanawiałam się ani chwili i przyjęłam jego propozycję, mając nadzieję, że zapewniwszy Padawanowi czas ten będzie w stanie cokolwiek zdziałać.
Rozpoczęła się walka… w moim wypadku o przetrwanie. Pierwsze trafienie należało jednak do mnie, cóż za mała radość w ogromie strat, jakie ponieśliśmy w tym starciu. Kawałek pancerza Mistrza Wojny opadł na posadzkę. Wtedy postanowił zmienić taktykę. Wcześniej bardzo dużo i szybko napierał, prawdopodobnie nie doceniając moich umiejętności obrony przed takim sposobem walki. Jednak później jego uwaga poświęcona była silnym i zdecydowanym ciosom, z których każdy czułam w całym swoim ciele, mimo obrony mieczem. Uciekałam tak długo jak się dało, broniłam się tak wytrwale jak tylko potrafiłam. Jednak ta walka była z góry stracona. Dwa potężne ciosy amphistaffem w końcu mnie dosięgnęły i rozpłatały moje lewe ramie i brzuch. Świat zniknął i zamilkł na chwilę. Przestałam czuć cokolwiek i przejmować się czymkolwiek. Przez sekundę to wszystko nie miało znaczenia, przez sekundę czułam jakby mnie tam w ogóle nie było. Ten błogi stan jednak zniknął szybciej niż się pojawił, a w jego miejsce przyszedł niemożliwie wielki ból. Upadłam, brodząc we własnej krwi. Khsats Choka uniósł mnie ściskając za gardło, w sposób, który odciął mi natychmiast dostęp powietrza, by po chwili cisnąć mnie z impetem o generator. Gdy powoli, dumnie, zwycięsko zbliżał się w moją stronę byłam pewna, że w tym miejscu umrę. Mój los uratował jednak jeden z ocalałych żołnierzy, który przez cały czas krył się gdzieś w pomieszczeniu generatora. Ostrzelał Mistrza Wojny, czym przykuł jego uwagę, przypłacając równocześnie ten bohaterski czyn swoim życiem. Dało mi to jednak niezbędny czas na zebranie resztek sił, które mi jeszcze pozostały. Podniosłam się z ziemi dokładnie w momencie, w którym Khsats Choka rozkazał swoim podwładnym zaatakować Padawana Accara.
Padawan jednak wykorzystał czas, który dla niego zdobyłam bardzo dobrze. Udało mu się wezwać wsparcie, które niestety dotarło, dla mnie, chwilę za późno. Podczas kolejnego starcia się z Mistrzem Wojny zostałam zaskoczona przez jednego z Yuuzhan Vongów. Udało mi się zareagować na tyle szybko, by obronić śmiertelny cios na plecy, jednak ten moment wykorzystał mój pierwotny oponent. Amphistaff pozbawił mnie prawej ręki nieco ponad łokciem. Broń opadła na ziemie, a chwile po niej dołączyło moje na wpół przytomne ciało. Kolejny raz udało mi się jednak oszukać śmierć, tym razem za sprawą wezwanych przez Padawana Accara posiłków, które przepędziły Yuuzhan Vong z pomieszczenia generatora i zabiły Dovin Basala.
Sam Padawan jednak bardzo poważnie ucierpiał w tym starciu – nieprzytomnego odnaleźli go żołnierze, którzy przybyli na z odsieczą. Natychmiast wezwali transport medyczny, a po udzieleniu nam pierwszej pomocy zostaliśmy przetransportowani do bazy.
Warte wspomnienia jest również, iż Kapral Puller – Rodianin z korpusu inżynieryjnego, który dołączył do nas, gdy czekaliśmy na transport, za moją namową zabrał Y-Winga z Alpha Red.

Po przybyciu do bazy Padawana Accara natychmiast zabrano na blok operacyjny, a ja zdałam bardzo pobieżny raport zebranym oficjelom. Dowiedziałam się również o wyniku i przebiegu bitwy oraz stratach, jakie poniosło wojsko i planeta. Choć wieści o zwycięstwie napawały optymizmem i radością, tak świadomość kosztów tego sukcesu ciążyła. Dopiero sen przyniósł ukojenie, niezwykle potrzebne po tragicznym starciu z Khsats Choką.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Pełen przebieg oraz skutki bitwy, jak i podjętych przez nas planów znajdują się w wiadomości od generała brygadiera Serev Cavallo - TUTAJ.

4. Autor raportu: Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 10 sty 2018, 16:32

Księżyc obserwacyjny

1. Data, godzina zdarzenia: 09.01.18 21:00 - 01:30

2. Opis wydarzenia:

Smak porażki jest czymś wyraźnie gorzkim - tym bardziej nieprzyjemnym w ustach, gdy doświadcza się go pozbawionym jednej trzeciej ciała, z milionami żyć na koncie. Wręcz zachęca do wymiotów, utrudniając pozytywne myślenie i naturalny, ludzki optymizm. Życzę, by nikt nie miał nieprzyjemności doświadczyć tego wrażenia na własnej skórze. Z góry też przepraszam za dodatkowe zepsucie naszej reputacji. Ale wolę nie zdradzać zanadto - poza tymi radosnymi słowami wstępu - i przejść do rzeczy.

Niezwykle lubię dawać coś z siebie, przydać się na coś, zrobić coś produktywnego. Jak dostałem informację o WSK, że skontaktować się chce ze mną Wywiad Sojuszu, poczułem naturalne podekscytowanie. Gdy w końcu dostałem współrzędne spotkania z agenturą, prędko zabrałem płaszcz, medpakiet, karabin blasterowy i amunicję – jak najbardziej przygotowany. Podwózki na miejsce użyczyła mi Padawan Tanna, za której dozgonnie dziękuję – uczyniło to pierwszą połowę wyprawy niezwykle przyjemną i komfortową, więc mam co wspominać miło.

Na miejscu, na płaskowyżu, oczekiwał na mnie pojazd wywiadu. Zapakowałem się do środka, a statek momentalnie wystartował. Tutaj moje przewidywania, że cała sprawa związana jest z Rake, okazały się błędne – statek opuścił atmosferę Prakith i wskoczył w nadprzestrzeń. Na początku nie było żadnej odprawy – ta nastąpiła w celu podróży, którą spędziłem głównie śpiąc.

Statek wylądował w czymś, co zapewne było stacją kosmiczną, lub okrętem wojskowym Wywiadu Sojuszu. Zostałem zaprowadzony przed oblicze trojga oficjeli agentury - zapewne wysoko postawionych funkcjonariuszy wywiadu. Ci przedstawili mi moje zadanie krótko i zwięźle.

Na jednym z księżyców systemu Beshkeq znajdowała się baza wojskowa Sojuszu, na której prowadzono badania nad różnorakimi anomaliami. Dane z tych badań mogły pozwolić Sojuszowi na sprawniejsze poruszanie się po Jądrze, jak i przewidywanie ruchów sił Vongów - jak również mogłyby umożliwić Vongom szybsze przebicie się do Jądra. Tydzień wcześniej niszczący asteroidy turbolaser ochronny (ochrona dla tej i okolicznych, prywatnych placówek) przestał strzelać, a baza umilkła. Moim zadaniem było sprawdzenie sytuacji, zabezpieczenie placówki i możliwe rozwiązanie problemu. Miałem otrzymać wstępną eskortę dwóch komandosów i dodatkowe wsparcie z opóźnieniem sześciu komandosów.

Rozumiejąc wagę sytuacji niezwłocznie się zebrałem – panowie agenci życzyli mi powodzenia, naturalnie. Na Beshkeq leciałem wraz z dwoma komandosami-towarzyszami. Killiric Starwalker i Trab'al Konvshi – tak brzmiały ich imiona, pokój ich duszom.

Na miejscu wysadzono nas błyskawicznie, a transport od razu odleciał. We trójkę, zostawieni na lodzie, zaczęliśmy od sprawdzenia terenu – Trab'al przyjrzał się okolicy lornetką, ja połączyłem się z Mocą, by sprawdzić obecność żywych istot wokół. Obydwaj nie zarejestrowaliśmy nic. Z platformy do lądowania zjechaliśmy windą na sam dół – brzeg plaży, na której znajdowała się baza.

Wychodząc z windy natrafiliśmy na szokujący widok – dwóch Vongów, różnie ubranych, walczących ze sobą. Komandosi na początku mieli odruch, żeby delikwentów zastrzelić, ale wolałem powstrzymać się od agresji, nie znając jeszcze szczegółów konfrontacji. Jeden Vong – ubrany w zbroję, z amphistaffem w ręku – mówił Współnym i zapewniał, że ten drugi to zdrajca i sabotuje bazę. Drugi Vong – ubrany w dziwaczną szatę, z kijem w dłoni – nie mówił w naszym języku, jedynie gestykulując energicznie. Co chwila wskazywał na siebie, drugiego Vonga i bazę. Szybkie wejście w Moc pozwoliło mi wykryć tylko dwie aury towarzyszy – upewniłem się, że Vongowie to Vongowie, a nie jakieś iluzje, lub halucynacje, czego spodziewałem się na wstępie.

Postanowiłem obezwładnić obydwu Vongów, nie będąc pewnym, który z nich jest tym "dobrym". Vong w szacie pozwolił się zakuć, drugi stawiał opór. Doszło do konfrontacji. Trab'al pilnował Vonga z kijem, ja i Killiric ruszyliśmy za wojowniczym delikwentem. Wparowaliśmy do bazy. Liczyłem na okrążenie Vonga, stąd wskoczyłem na balkon i zaszedłem go od góry. Nie pomyślałem o dwóch rzeczach – nie skontaktowałem się z Killiriciem by uzgodnić tą taktykę, ani nie upewniłem się, że ten Vong jest jedynym. Niestety, obydwie rzeczy przyniosły mi zgubę. Nagle pojawił się drugi Vong, a we dwóch natychmiast mnie obezwładnili i zranili amphistaffami, tnąc mi brzuch.

Gdy zebrałem się na nogi, walka przeniosła się na zewnątrz. Nie dołączyłem do towarzyszy dość szybko – w otumanieniu zwyczajnie się zgubiłem. Po dotarciu na zewnątrz zaczęła się fala kiepskich decyzji z mojej strony – zbyt wiele razy pozwalałem nam na rozdzielenie się, czy to samemu wyskakując do przodu, czy też zostawiając któregoś z komandosów samemu sobie. Dopiero po jakimś czasie pozwoliłem na uwolnienie Vonga z kijem – długo zajęło mi łączenie faktów. Po wykonaniu jakichś dziwnych czynności, Vong nagle zdobył zdolność władzy nad Wspólnym, ku naszemu zdziwieniu. Przedstawił się jako jeden ze Shańbionych, głosząc swoim wrogom zagładę z rąk Jedi. Niestety, Trab'al nie dożył tej chwili – z mojej winy zostawiony sam, został zabity przez jednego z napastników. Niedługo potem sam Shańbiony również padł, trafiony amphistaffem w szyję.

W wyniku walki zdołaliśmy zabić jednego z Vongów, ale teraz byliśmy tylko we dwóch, ranni przy tym. Po kilku potyczkach pomyślałem, by upewnić się, że Shańbiony nie żyje. Żył, choć ledwo. Założyłem mu opatrunek na szyję, aby zatamować krwotok – choć zrobiłem to dużo za późno. Mogliśmy – i w sumie powinniśmy – się wtedy ewakuować. Niestety, przeceniłem nasze możliwości. Sądziłem, że damy radę we dwóch pokonać wojownika Vongów. Ten zaś zaskoczył nas i zabił Killiric'a – zostałem sam.

Zacząłem panikować, ku swojej zgubie. Uciekałem w niezbyt skuteczny sposób, ostatecznie kończąc z wojownikiem Vongów w ciasnej windzie, gdzie otrzymałem kolejną ranę. Chwilę potem – gdy winda dotarła na sam szczyt – przez niezbyt utalentowane próby ominięcia przeciwnika, oberwałem po raz kolejny.

Tak drastycznie ranny, mogłem w sumie tylko leżeć. Nagle winda się uruchomiła i niebawem z dołu przyjechał żywy Vong w szacie, podtrzymujący się na swoim kiju. Jednocześnie, otrzymałem komunikat od naszej eskorty - pytali o sytuację. Zanim cokolwiek odpowiedziałem – odruchowo chciałem sięgnąłem po komunikator, dość infantylnie – Vong odrąbał mi rękę. Jedyną moją funkcjonującą kończyną została moja noga. Vong w szacie starł się po raz ostatni ze swoim przeciwnikiem – wykorzystałem okazję, by czołgać się do windy.

Niestety, Shańbiony został dźgnięty po raz ostatni i padł trupem. Wrogi Vong zdążył przywołać windę na górę, zanim znalazłem się na "bezpiecznej" plaży. Zaciągnął mnie na krawędź platformy. Po kilku kpiących spojrzeniach puścił mnie - spadłem w taflę wody, kilkanaście metrów w dół.

Od momentu otrzymania czwartej rany byłem pewien, że to koniec. Los jednak co chwila dawał mi szansę, bym uratował swoje życie. Tak teraz, mimo kompletnego osłabienia i zniszczenia organizmu, byłem w stanie utrzymać się na powierzchni wody i oddychać. Liczyłem, że pojawi się niebawem statek Sojuszu. Statek się pojawił – ale był to pojazd Vongów. Czekałem i czekałem, licząc na nadejście wsparcia, ale w końcu – coraz słabszy i wymęczony – zmuszony byłem spróbować dopłynąć do brzegu. Jakoś mi się udało, ku mojemu zaskoczeniu.

Na piachu, cały czas moczony wodą, mogłem tylko czekać, skulony. Odsiecz ostatecznie nadeszła – transportowiec Sojuszu z komandosami na pokładzie. Ci zaskoczyli Vongów na tyle, by zepchnąć ich z plaży. Nie mogli jednak zrobić nic ponadto – nadchodziło więcej sił nieprzyjaciela, wszystko było stracone. Jeden z żołnierzy wziął mnie na plecy i zabrał ze sobą na ich transportowiec. Gdy tylko wkroczyliśmy na rampę statku, ten natychmiast wystartował. Dostałem aparaturę do oddychania i zostałem przyczepiony do prowizorycznego łóżka. To była ostatnia rzecz, jaką pamiętałem tego dnia. Resztę skryła ciemność.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Sprawozdanie zostało przysłane do bazy Jedi zaszyfrowanym połączeniem. Zostało ono nagrane z pokoju przypominającego szpitalną izolatkę.

4. Autor raportu: Padawan Edgar Alexander
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 442
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Aetas Hyenn dodano: 12 sty 2018, 19:25

Zwiad kopalni na Rake

1. Data, godzina zdarzenia: 11.01.18 21:00 - 00:30

2. Opis wydarzenia:

Późnym popołudniem z bazą skontaktował się jeden z komandosów WSK, chciał połączyć się tylko ze mną. Odebrałem sygnał w pokoju przy hangarze.
Bez zbędnego gadu-gadu, przeszedł od razu do sprawy - chodziło o Rake.
Otóż nie odnotowano, aby cokolwiek opuściło planetę i znalazło się kilka podejrzanych miejsc, w których ukrywać mogliby się Vongowie.
Moim zadaniem, było sprawdzenie podejrzanej kopalni, bez jakichkolwiek akcji, po prostu dokładny zwiad miejsca, ludzi i całej reszty. Oczywiście zgodziłem się, w końcu mógłbym jakoś się przydać w tej sprawie.
Po zakończonej rozmowie z komandosem, poradziłem się Ucznia Namona w sprawie myśliwca, zabrałem ze sobą dodatkowo blaster DC-17 i poleciałem na Rake naszym M-Wingiem.
Cały lot był banalny, odbyło się bez żadnych niepożądanych przygód. Dokładne koordy placówki dostałem, jak już zbliżałem się do Rake.
Wylądowałem na małym wzniesieniu, zaraz obok kopalni.
Nie chciałem się przyglądać z daleka, chować się i obserwować bo to nie był mój teren, nie wiedziałem czego się spodziewać, zszedłem po stromej górce i od razu dostrzegli mnie... Coś jakby strażnicy, pracownicy - jeden z nich był chyba nowy, bo dosyć nerwowo i niepewnie odpowiadał przy swoich dwóch partnerach.
Ja sam postanowiłem zagrać osobę, która oferuje usługi transportowe i zaopatrzeniowe, rozkręcająca się firma szwagra i takie tam... Ogólnie postawiłem na to co znałem z wcześniejszych moich podróż. Rozpocząłem luźną rozmowę o tym jakie to nędzne życie prowadzę, latając za zleceniami dla szwagra, takie klimaty były im dobrze znane, więc udało się wstępnie znaleźć wspólny język.
Jeden z moich rozmówców był prostym pracownikiem, nie musi nic wiedzieć - po prostu odwala swoją robotę i tyle... Jednak pozostała dwójka zdaje się, że wiedziała o wiele więcej, a na pewno zielony Chistori, który dokładnie mnie obserwował, łapał mnie za słówka i bardzo uważnie pilnował co mówią jego kompani.
Naciskałem, aby przedstawić ofertę współpracy ''firmy mojego szwagra'' i poskutkowało, Chistori zdecydował zaprowadzić mnie do osoby odpowiedzialnej za usługi transportowe.
Kolejną osobą, przed którą musiałem odgrywać spłukanego pilota z nadzieją na zarobek, był Kel Dor - Neln Tlaarvi, konkretny acz miły gość. Musiałem go trochę przekonać do nawiązania współpracy, jednak udało się - za jakieś marne grosze ''moja firma'' miała odbierać i składować odpady z kopalni.
Wszystko jakoś się kleiło, uzgodniliśmy, że wrócę tam następnego dnia z gotową umową oraz pełną dokumentacją, potwierdzającą naszą działalność. Ciągnąłem to cały czas z nadzieją, że uda mi się coś załatwić po powrocie do bazy.
Ogólnie firma z którą rozmawiałem nazywa się ''Durastalowi Mistrzowie'', którzy są już na rynku dobre 9 lat, jednak dopiero od roku działają w obecnym składzie.
Później starałem się trochę popytać na temat innej działalności, możliwości szybkiego zarobku, co wywołało małe spięcie między Chistorim, a Kel Dorem... Ostatecznie ten pierwszy odszedł, ale po krótkiej wymianie zdań ze swoim ''szefem'', miałem lekkie wątpliwości kto tutaj tak naprawdę rządzi.
Cóż... Kel Dor też sam mi nic konkretnego nie powiedział, chyba czekają tylko na potwierdzenie mojej tożsamości, dostarczenie papierów... Zresztą sam Neln powiedział, że jak podpiszemy umowę to będzie szansa i dla mnie na szybki zarobek. Czując, że dalsze jakieś wypytywanie mogłoby mnie pogrążyć, dałem sobie spokój, wyraźnie otworzy się przede mną więcej drzwi z dokumentami, które mam nadzieję załatwić.
Wychodząc z miejsca w którym rozmawialiśmy, usłyszałem strzał jakby blastera, ale nie chciałem zwracać na to uwagi, być może to ten Chistori... Tego dowiem się mam nadzieję podczas mojej następnej wizyty.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Co do mojej tożsamości to przedstawiłem się następująco: Mash Burbik,
pracujący dla małej firmy szwagra - Jark Kons.


4. Autor raportu: Adept Aetas Hyenn
Awatar użytkownika
Aetas Hyenn
Były członek
 
Posty: 37
Rejestracja: 23 mar 2017, 11:51

Re: Sprawozdania

Postautor: Avekias dodano: 26 sty 2018, 17:09

Krótkie zakupy

1. Data, godzina zdarzenia: 25.01.18 18:00-0:30

2. Opis wydarzenia:
Tego dnia postanowiłem chwilę poćwiczyć przewroty w samotności, po około 15 minutach przez komunikator odezwał się Mistrz Jedi Bart mówiąc, że potrzebuje pilnie Adepta zdolnego prowadzić śmigacz. Zgłosiłem się do niego, akurat był w bibliotece, gdy tylko przekroczyłem próg od razu zaczął mówić czego potrzebuje ze swoim monotonnym i spokojnym głosem. Okazało się, że Mistrz potrzebuje kogoś do odebrania z Prall jego zamówienia, dwóch filtratorów wody oraz maski przeciwgazowej, oraz zapłacenia za nie. Kiedy zakończył swój monolog wyszedł z biblioteki zostawiając mnie samego.

Ruszyłem do hangaru i rozpocząłem upierdliwy proces wyciągania śmigacza, wyszło na to, że mimo trudności z dostaniem się na samego Sentinela to wydostanie pojazdu repulosorowego było dosyć łatwym zadaniem. Wsiadłem na skuter i pojechałem w nieznane kierując się na Prall. Jazda była koszmarnie męcząca, moje plecy bolały jak nigdy dotąd a na domiar złego było cholernie zimno przez co byłem cały przemarznięty i myślałem, że za chwilę palce mi odpadną od kierownicy.

Jednak po parogodzinnej jeździe w końcu dotarłem do miasta zwanego Prall, zatrzymałem się na skrzyżowaniu wielu ulic, po dość długim zastanawianiu się w końcu wybrałem, że pójdę na ulicę Starej Republiki. Krótki spacer mimo przenikającego zimna był dość miłą odmianą od ciągłego siedzenia w fotelu śmigacza. Po drodze zapytałem się jednego przechodnia czy nie mógłby mi wskazać drogi do sklepu, w którym byłbym w stanie kupić filtry do wody oraz maskę gazową. Pokazał mi on drogę do Hurtowni Gonza, gdzie się po chwili udałem, w środku okazało się, że sprzedawcą jest nawalony osobnik nieznanej mi rasy. Po dosyć długiej rozmowie, która miejscami była zabawna, ale najczęściej nużąca, okazało się, że to nie ten sklep.

Po wyjściu z tej tak zwanej "hurtowni" postanowiłem skontaktować się z Mistrzem Bartem i zapytać go, w którym dokładnie sklepie zamawiał te filtratory i maskę przeciwgazową. Na moje nieszczęście okazało się, że jestem totalnym imbecylem, ponieważ Mistrz kazał mi to sprawdzić w komputerze w bibliotece przed wyjazdem. Po uświadomieniu mi, że jestem głupszy od banthy z połową mózgu, że muszę mieć jakieś problemy ze sobą nie mogąc zrozumieć co ktoś do mnie mówi, raczył mi powiedzieć, iż sklep znajduje się na ulicy Odkrywców Nadprzestrzeni w budynku numer 11. Po chwili zmierzałem ku mojemu śmigaczowi ale po drodze zapytałem się dwójki jakiś nastolatków czy nie wiedzą przypadkiem gdzie znajduje się ta ulica, powiedzieli, że jest to po kompletnie drugiej stronie miasta i powinienem sprawdzić jak tam dojechać w HoloNecie, o czym wcześniej nie pomyślałem utwierdzając się w przekonaniu, że rzeczywiście jestem debilem.

Wkrótce potem, gdy już wyszukałem najbliższą trasę zobaczyłem, że czeka mnie 36km dodatkowej drogi w zimnie. Mimo wszystko dotarłem do dobrego sklepu gdzie spotkałem wyjątkowo miłego, choć ewidentnie znudzonego pracą, ekspedienta. Po wykonaniu przelewu sprzedawca zaczął znosić przedmioty z zamówienia, w tym czasie do sklepu wszedł jakiś człowiek, który kazał mi iść z nim w "jakieś ustronne miejsce". Z początku miałem obiekcje i powiedziałem, że jestem w pracy więc nie mogę, jednak on pokazał mi odznakę Sojuszu Galaktycznego, wtedy postanowiłem z nim pójść.

Wsiadłem do trzyosobowego, wyjątkowo dobrze zadbanego śmigacza gdzie czekał na mnie drugi agent. Obaj się przedstawili, ten który po mnie poszedł nazywał się Kris Hallan'tir a drugi Tin Vulli. Zaczęli się mnie wypytywać czy należę do grupy Jedi z Prakith, odpowiedziałem pozytywnie a oni ku mojemu wielkiemu zdumieniu przystąpili do mówienia o naszej grupie jak o jakiś bandytach, mordercach, kryminalistach. Nawet mówili o tym, że moje życie wisi na włosku i w każdej chwili mogę przez was zostać zabity. Gdy powiedziałem, że nie wierzę w coś takiego oni pokazali mi nagranie, na którym były trzy postaci: Iktochi, Korun i związany człowiek, znajdowali się oni w jakiejś starej budowli. Dwaj nieludzie krążyli wokół człowieka i jeden z nich powiedział coś w stylu: "Skazuję cię na śmierć za zdradę Zakonu, na mocy nienadanej mi przez Radę", po tych słowach obaj z niewyobrażalną brutalnością zadźgali związanego człowieka nożami. W tym właśnie momencie stwierdziłem, że chcę zagrać w ich grę. Wcieliłem się w postać poruszonego i zdecydowanego działać, przykładnego obywatela, który chce powstrzymać falę mordu. Po naprawdę długiej rozmowie, której nie ma sensu streszczać, dali mi oni trzy pluskwy śledzące i butelkę wody (w zasadzie to tą butelkę im ukradłem), na moją holodatę wgrali oprogramowanie szpiegujące, które miałem zainstalować na głównym komputerze bazy.

W końcu mnie wypuścili a ja mogłem w końcu wrócić z "krótkich" zakupów do domu. Podróż ciągła się niemiłosiernie a pogoda dawała w kość, jednak po przejechaniu tych paruset kilometrów spowrotem udało mi się dotrzeć do celu. Zsiadłem ze śmigacza zaraz za bramą i postanowiłem skontaktować się z Mistrzem Bartem by mu o wszystkim opowiedzieć, aczkolwiek on krótko mówiąc mnie olał, więc poszedłem do kantyny gdzie siedziała Padawan Alora Valo. Streściłem jej co się wydarzyło tego dnia i pokazałem dowody czyli moją holodatę, pluskwy i butelkę, kazała mi ona szybko wyłączyć holodatę i spakować do torby plastikowej, ponieważ bała się, że to oprogramowanie szpiegujące mogło coś namieszać w systemie bazy. Zrobiłem tak ze wszystkimi przedmiotami, potem poszedłem już tylko odstawić śmigacz do hangaru, załadować do Sentinela i poszedłem spać.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Avekias Cad
Awatar użytkownika
Avekias
Były członek
 
Posty: 19
Rejestracja: 07 sty 2018, 15:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 04 lut 2018, 20:33

Szybkie śledztwo

1. Data, godzina zdarzenia: 02.02.18, 21:30 - 03:30

2. Opis wydarzenia: Wróciłem późnym wieczorem do placówki, ocknąłem się ze śpiączki kilkanaście dni temu. Nie śpieszyło mi się z powrotem. Od razu skierowałem się do kwater. Padawanka Valo rozmawiała już z sierżantem posterunku Prak. Tematem ich rozmowy był incydent z Hyennem. Przywitaliśmy się i od razu zabraliśmy do „roboty”. Polecieliśmy śmigaczem do placówki policji, gdzie sierżant czekał na nas w wynajętym pomieszczeniu do przesłuchań, towarzyszył mu specjalista Thorn.

Jeszcze przed moją śpiączką, Aetas Hyenn trafił do naszej placówki jako niedoszły terrorysta. Przybył na planetę jako kompan załogi szmuglującej skrajnie niebezpieczną broń. Sprzęt miał być rzekomo dostarczony nam. Sam jak twierdził o niczym nie wiedział, a odpowiedzialność spadła na kapitana jego załogi. Wszyscy zostali ujęci zaraz po lądowaniu przez wywiad prakithiański. Udało nam się przekonać agenturę, że incydent ten jest fortelem, który ma nam zaszkodzić. Agenci nałożyli na echaniego areszt, a nam nakazano sprawować nad nim pieczę. Hyenn sprawował się dobrze i zyskał stopień zaufania wystarczający aby zostać u nas adeptem. Na niezbyt długo.

Niedawno były adept, Aetas Hyenn ukradł z hangaru bazy myśliwiec y-wing. Łamiąc tym samym zakaz opuszczania naszej grupy, wedle rozkazu sił wywiadowczych. Oznacza to, że został oficjalnie naznaczony tytułem terrorysty. Miał zostać przez nas odnaleziony, schwytany i wydany w ręce policji aby ta poddała go egzekucji. Dostaliśmy również nakaz zabicia go, jeśli wymagałyby tego okoliczności. Dla dobra całej grupy.

Wydział śledczy nie chciał prowadzić otwartego śledztwa, stąd ilość czasu jaka zajęło im przeszukanie nagrań kamer, znalezienie „świadka” i naszego myśliwca.
Od razu zaznaczyli, że mimo odnalezienia maszyny, nie możemy jej odzsykać. Pojazd jest zgłoszony przez Sojusz Galaktyczny jako skradziony. Komenda nie chcę abyśmy byli w posiadaniu takiego pojazdu ze względu na nasze położenie polityczne. Z tego też powodu pozostawili pojazd na pustkowiach, nie chcą go również u siebie.

Znaleziono nagranie z kamery monitoringu publicznego. Echani zatrzymuje się i zagaduje do devaronianina. Dochodzi między nimi do sprzeczki, uzbrojony w nóż czerwonoskóry zadaje pięć ran ciętych białowłosemu, kradnie myśliwiec. Hyenn znika poza spektrum kamery, żadna z kolejnych go nie rejestruje. Było to całkowicie możliwe, bowiem monitoring jest tak rozmieszczony, że realnym jest przekroczenie ulicy nie zauważonym. Poszukiwania „terrosty” stają w miejscu bo policja traci trop. Nie wypytywano mieszkańców, dyskretnie szukano tropów, ale nasza sytuacja polityczna i fakt, że Prakh jest dwudziestomilionową metropolią zatarł wszystko skutecznie. Udało się jednak odnaleźć nożownika.

Devaronianin to ulicznik, maleńki rzezimieszek. Został przysłany do nas abyśmy spróbowali z niego wyciągnąć informację. Poszło dość sprawnie, kiedy wyjawiłem mu, że człowiek, którego napadł był „bogatym pedofilem bez ulicznego honoru”, ten przekazał nam minimalnie pomocne zeznania. Echani zatrzymał się aby spytać o drogę, pytał o port kosmiczny, z którego będzie mógł polecieć na Coruscant. Podobno rozjuszył czymś Devaronianina, który w odpowiedzi go pociął i zabrał jego pojazd. Ostatnie co widział to jak białowłosy wlókł się w stronę ulicy „niebieskiej”.

Razem z policjantem zaczęliśmy przeglądać mapę ulic. Narzucił punkty monitoringu. Rzucaliśmy pomysły, do sprawdzenia i analizy wedle mapy. Wreszcie w konceptach dotarliśmy do przybytków czynnych w godzinach incydentu, była pomiędzy nimi apteka. Poprosiłem o nawiązanie połączenia.

Odebrał farmaceuta. Podszyłem się pod Hyenna, który zadzwonił aby podziękować za wczorajszą pomoc. Trafiłem, farmaceuta wiedział kto dzwoni, zapytał czy jestem już bezpieczny i czy udałem się do szpitala. Mieliśmy kolejny trop, na mapie. Dalej echani mógł skręcić tylko w ulicę „Powstańczą” albo iść „niebieską”, która ciągnęła się jeszcze kilometry.

Alora zapytała czy na powstańczej jest jakiś postój taksówek, trafiła. Szybko wymyśliła z policjantem aby znaleźć zastępczego poszukiwanego, który byłby podobny w rysopisie i skontaktować się z korporacjami taksówkarskimi aby wydali nam dane swoich kierowców w celu przesłuchania. Znajomy prokurator zadziałał bardzo szybko, po paru minutach już mieliśmy dane kontaktowe i zaczęliśmy wypytywać kolejnych kierowców.

Przy może siódmej próbie, znaleźliśmy faktycznie tego, który przewoził echaniego. Hyenn miał tylko pięć kredytów. Wpadł na pomysł aby polecieć gdziekolwiek poza duże miasta skąd będzie mógł odbyć lot w kosmos. Nie wiedział, że poza wielkimi miastami nie ma portów lotniczych. Pięć kredytów to było za mało dla kierowcy na taki kurs. Sam kierowca nie wybił mu tego pomysłu z głowy. Dogadał się z nim, że zawiezie go na obrzeża miasta gdzie co chwile latają promy publiczne.

Zacząłem zastanawiać się co mógł zrobić wtedy Hyenn, nie mając pieniędzy. Od razu przyszły mi do głowy siedliska bezdomnych. Policja miała w bazie trzy takie miejsca w tamtej okolicy. Udaliśmy się tam, policjanci do jednego, my do drugiego. Olbrzymiej hali przemysłowej, nieaktywnej.

Zniszczony, opuszczony budynek od razu przywitał nas mieszanką woni najróżniejszej maści wydzielin i substancji. Rozdzieliliśmy się z Alorą, która nagadywała nieprzytomnego umysłowo rodianina. Podawała się za siostrę szukającą brata. Ja bywałem już w takich miejscach, pierwszy napotkany Gran zaczął mnie oprowadzać, a ja wtykałem pomiędzy jego zdania wylewy na temat przeszłości, wplatając w to postać Hyenna jako kumpla, z którym podróżowałem i zostawiłem go dla baby, a teraz żałuje i chciałbym go spotkać. Dowiedziałem się, że nadal tu jest. Przeszukałem budynek, ale go nie odnalazłem. Wróciłem do Alory, mieliśmy wchodzić po schodach kiedy echani wyskoczył na nas z patykiem. Zapędziliśmy go w kozi róg. Alora chwilę z nim rozmawiała, ja nie widziałem potrzeby. Chciałem go związać i wyprowadzić, poszedł zrezygnowany bez tego. Zaprowadziliśmy go za budynek gdzie czekała policja aby go od nas odebrać. Dostaliśmy nocleg na posterunku nieopodal, dwuosobowa cela.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 09 lut 2018, 19:56

Odbicie księżyca

1. Data, godzina zdarzenia: 28.01.18 19:30-3:00

2. Opis wydarzenia:

Na statek, gdzie miała odbyć się odprawa dotarliśmy tak bardzo bez przygód, że Thaxton myślał już, że jesteśmy częścią jakiejś symulacji. Na miejscu powitali nas wysokiej rangi oficerowie, którzy najpierw zbadali pokrótce, jakiego typu ludźmi jesteśmy (przede wszystkim interesowała ich nasza wrażliwość na śmierć towarzyszy broni), a potem przeszli już odprawy. Nie spędziliśmy tam zbyt dużo czasu - poznaliśmy gotowych do samobójczej akcji żołnierzy i ustaliliśmy wstępny plan, który został nieco zmodyfikowany przez Thaxtona. Mieliśmy zostać zrzuceni w okolice placówki badawczej na repulsorowych rowerach w trakcie krótkiego, intensywnego rajdu floty na to miejsce.

Statek, z którego mieliśmy zostać zrzuceni był ciasny, nasza kabina pozbawiona okien, a metalowe ściany doskonale przewodziły wibracje i dźwięki. Lot był bardzo intensywny, a my zostaliśmy zamknięci w puszkę bez wglądu w to, co aktualnie się działo. Thaxton postanowił pomóc żołnierzom, poprosił mnie o pilnowanie go i wszedł w trans, by zrobić… coś. Nie miałem okazji zapytać go, co dokładnie robił, bo kończył mniej więcej w tym samym momencie, gdy pilot zdecydował, że czas na desant. Statkiem zatrzęsło, a ja upadłem boleśnie na podłogę. Thaxton wrzucił mnie na rower, a sam wsiadł na drugi. Niesamowicie szarpnęło. Gdy światło najbliższej gwiazdy przestało mnie już tak razić zauważyłem, że choć mocno trzymam manetki mojego rowera, pojazd znajduje się nade mną, a znajdująca się pode mną woda zbliża się zdecydowanie zbyt szybko. Udało mi się jakoś obrócić w powietrzu, więc to maszyna przyjęła na siebie większość energii uderzenia. Oswobodziłem się jakoś z kombinezonu, który miał wspomagać oddychanie i wydostałem się z pomocą Thaxtona z głębin.

Była nas tylko trójka, ja, mój mistrz i Kel Dor, którego imienia już nie pamiętam. Nie traciliśmy czasu na rozmowę, bo woda była chłodna, a Vongowie w pobliżu. Wypłynęliśmy na brzeg i przykleiliśmy się do kamiennego klifu. Jedyne sensowne przejście wgłąb niewielkiego kompleksu budynków było pilnowane z góry przez Yuuzhan Vonga. Thaxton postrzelił go z karabinu wyborowego, dzięki czemu przemknęliśmy się dalej, ale… na tym skończyła się nasza cicha infiltracja. Po drodze spotkaliśmy uzbrojonego w amphistaffa wojownika Vongów, który krzykiem przywołał swoich kolegów.

Walka szła nam zaskakująco dobrze (w zasadzie to mój udział był zaskakujący, Thaxton i żołnierz to profesjonaliści), a wraz z postępami w boju wchodziliśmy coraz głębiej do głównego, największego budynku. Tam przyszło nam walczyć z całą grupą Yuuzhan Vongów, do których w żaden sposób nie trafiły moje argumenty o tym, że jesteśmy wybrańcami Stwórców i dysponujemy tchnieniem Yun-Yuuzhana. Nasz Kel Dorski towarzysz niestety zginął, ale z pewnością nie poszłoby nam tak dobrze, gdyby nie on. Pod koniec, gdy dobijaliśmy już tylko ostatnich rannych, udało nam się porozmawiać z jedynym Vongiem, który nie był zainteresowany walką z nami. Mimo, że dzierżył amphistaffa, przedstawił się jako mistrz przemian. Przystał na naszą propozycję podróży na Prakith, ale o wszelkich zabezpieczeniach placówki nie wiedział za wiele, więc musieliśmy się tym zająć sami.

Główny terminal został, jak się okazało, przeprogramowany przez Yuuzhan Vongów, a złamanie tych zabezpieczeń było raczej niemożliwe. Skontaktowałem się z flotą, by przekazać dowództwu nasz status, a potem przestudiowałem szczątkową dokumentację terminalu, którą znalazłem na stronie producenta. Maszyna była zaprojektowana do ciągłej pracy, więc uruchomienie jej ponownie powinno przywrócić ustawienia początkowe. Postanowiłem odłączyć wszelką energię w budynku i włączyć ją ponownie, co było możliwe w pomieszczeniu obok. Procedura była trochę czasochłonna, wymagała wieloetapowej pracy przy centrali.

Pod koniec pracy nad przywróceniem energii pojawili się oni. Walka w ciemności z Vongami, których amphistaffy nie świecą jak ostrza mieczy świetlnych nie była już tak łatwa, czego dowodzą moje nogi, odcięte w jej trakcie. Mistrz przemian nałożyła na kikuty jakąś lepką maź, która miała odżywić tkanki i nie dopuścić do martwicy. Podczas gdy Thaxton za trzech walczył ze sporą grupą Yuuzhan Vongów, ja zostałem zaciągnięty ponownie do pomieszczenia z główną centralą energetyczną, gdzie podniesiony przez mistrza przemian zdołałem doprowadzić całą sekwencję do końca. Thaxton walczył dalej, w międzyczasie wzywając do pomocy resztki floty. Sojusznicze statki… nie miały łatwego zadania, bo po zresetowaniu ustawień turbolasera, zestrzeliwał on wszystkie ruchome rzeczy na niebie, biorąc je za asteroidy zagrażające stacji badawczej. Mój mistrz zdołał jednak zmienić te ustawienia tak, by ogień turbolasera został przekierowany tylko na jednostki latające Yuuzhan Vongów. Wkrótce w budynku znaleźli się żołnierze, którzy udzielili nam pomocy. Spokój nie trwał jednak zbyt długo, dowództwo zarządziło natychmiastową ewakuację. Straciłem wiele krwi, obraz przed oczami rozmywał mi się nieco, ale mimo to z poziomu repulsorowych noszy widziałem jeszcze kilka eksplozji, padających żołnierzy, deszcz kamieni. Trafiliśmy do kolejnej głośnej puszki. Dźwięki wybuchów ustały dopiero wtedy, gdy nasz statek wleciał do hangaru większej jednostki.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 10 lut 2018, 22:14

Spiskowcy-teoretycy

1. Data, godzina zdarzenia: 15.12.17, 22:00-02:00

2. Opis wydarzenia:

Jakieś tysiąc lat i kilka kończyn temu pojechałem na zakupy. Tak, to jedna z tych histori. No może oprócz tego, że w tej nie ma ofiar. Jeszcze.

Na ulicy zostałem zaczepiony przez dwójkę widocznie zdenerwowanych ludzi, którzy rozpoznali kim jestem i koniecznie chcieli ze mną porozmawiać. Podchodziłem do tego nieco sceptycznie, szczególnie biorąc pod uwagę dość niedawne spotkanie wściekłych rodzin funkcjonariuszy komendy w Skoth z Jedi, ale zgodziłem się na rozmowę w bardziej ustronnym miejscu. Okazało się, że mieli w okolicy mieszkanie/bazę wypadową/biuro i… wow. Wszystkie ściany błyszczały od niezidentyfikowanej folii, która miała zakłócać wszelkie sygnały wchodzące i wychodzące, co powinno skutecznie blokować komunikację metodami elektronicznymi. Nieco zmieszany usiadłem na jednym z krzeseł (na tym etapie dziwiąc się, że i ono nie zostało owinięte folią) i zacząłem słuchać.

Para, którą spotkałem, była częścią większej grupy (jeden z członków wkrótce dołączył do rozmowy), która zauważyła sporo niedomówień w pracy naszej ukochanej agencji federalnej. Ludzie ci dobrze wiedzą o obecności Jedi na Prakith, wiedzą o kulcie, próbie aresztowania Sanarisa, o tym co się działo później. Naszą audycję o kultystach nazwali amatorszczyzną.

Po co jednak wszystko mi to mówili? Są zainteresowani współpracą, chcą poznać motywy niektórych działań agencji federalnej, pomóc w rozwiązaniu sprawy kultu. W ramach gestu zaufania wyjawili mi informację, że komendant Aderbeen prawdopodobnie nie popełnił samobójstwa - rany wlotowa i wylotowa nie pasowały do żadnej broni służbowej komendy w Skoth, ani w ogóle do żadnej używanej w tym mieście.

Poznana przeze mnie grupa jawi się jako zbiór ludzi, którzy chcą dowiedzieć się, w jaką grę gra agencja federalna. A gra trwa od wielu lat - choćby nagrania z akcji Bar'a'ki w Tallut były zwyczajnie ukrywane, a ludzie zaangażowani w wykrywanie matactw rządowych wydostali je dzięki hakerom. Pamiętacie ten dzień, gdy lokalne stacje holowizji mówiły o nieznanym bohaterze? No właśnie. Dali mi sporo do myślenia - z twardymi dowodami całą działalność Jedi na Prakith agencja z łatwością mogłaby przyzwyczaić społeczeństwo do naszej obecności na tej planecie, a mimo to wszelkie informacje mogące poprawić nasz wizerunek są skutecznie cenzurowane. Dziwi ich też, że przez cały ten czas nikt nie zgłosił się do wysoko postawionych przedstawicieli Galaktycznej Federacji Niezależnych Sojuszów, którzy mogliby wiele w tej sprawie wyjaśnić.

Na koniec zaproponowali małą akcję. Posiadają urządzenie, za pomocą którego możliwe byłoby wykradzenie danych z terminali agencji, gdyby tylko udało nam się je wpiąć. Sprzęt jest podobno sprawdzony, a grupa od wielu lat planuje podobną akcję, ale nigdy nie mieli kogoś takiego jak my. Gdyby się udało, podzieliliby się z nami wszystkimi dowodami na podejrzane działania agencji. Wymieniliśmy się danymi kontaktowymi. Mam nadzieję, że nie jest to prowokacja federalnych.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Sprawozdanie rozszerzono dzięki sugestiom Rycerza Fenderusa.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 11 lut 2018, 0:57

Uwięziona armia



1. Data, godzina zdarzenia: 06.02.18 21:30-01:30 07.02.18 21:00-02:30

2. Opis wydarzenia:


Na pokład gwiezdnego niszczyciela floty Cristphsis dotarłam wysłanym po mnie promem klasy Lambda. Po wkroczeniu do okrętu „Naiiv Luure” zostałam zaprowadzona bezpośrednio do innego hangaru, gdzie oczekiwali już na mnie wysłannicy Ord Trasi. Krótka rozmowa z pokładowym medykiem i wyruszyliśmy w długą, kilkunastogodzinną podróż, wypełnioną niezliczonymi ilościami skoków nadprzestrzennych.

Ostatecznie wylądowaliśmy w hangarze okrętu flagowego floty Ord Trasi i zaprowadzona zostałam na mostek. Mijaliśmy dziesiątki załogantów, żołnierzy. Praktycznie wszyscy zdołowani, komentujący między sobą nieszczęśliwą sytuację floty. Na miejscu oczekiwał już na mnie gubernator Paquin Deshan, oraz inne osoby z dowództwa. Przedstawili mi sytuacje w jakiej się znajdują – z jakiegoś powodu wszelkie ich ostatnie działania skierowane przeciw Yuuzhan Vong spotykają się z klęską na niespotykaną dotąd skalę. Wykluczając powody strategiczne pozostała tylko jedna możliwość. Mają we flocie szpiega. Stąd też uziemienie floty, zaniechanie dalszych działań do czasu rozwiązania problemu. Uprzedzono mnie również bardzo dosadnie, że problem ten utrzymywany jest w tajemnicy, z wiadomych przyczyn. Przekazali mi również osoby najbardziej podejrzane. Rozmowa trwała długo. Przedstawiłam im nasze najnowsze odkrycie odnośnie hybryd yuuzhańskich; wyglądających i zachowujących się prawie jak ludzie. Nie byli szczęśliwi, ale idealnie wpisywało się to w teorię o szpiegu znajdującym się na pokładzie. Pierwsze możliwe rozwiązania na znalezienie szpiega przyszły z mojej strony. Były to jednak rzeczy, które nie podobały się dowództwu Ord Trasi. Skomplikowane logistycznie, czasochłonne, oraz utrudniające po części utrzymanie tajemnicy, jak i wiarygodności dotychczasowych rozkazów admiralicji. Przeprowadzenie testów DNA, porównując z posiadanym przez Sojusz - yuuzhańskim. Rozdzielenie różnych rozkazów dla różnych okrętów i obserwacja dalszych wydarzeń poprzez statki zwiadowcze. Wszystko mające na celu zmniejszenie liczby potencjalnych podejrzanych. Dowództwo Ord Trasi zgodnie stwierdziło, że nie ma czasu na takie operacje. Wygląda na to, że woleli liczyć na umiejętności Jedi – w tym rzeczywiście mogłam pomóc z racji rasowej przypadłości... i łut szczęścia; wysyłając mnie do rozpoznania na pokładzie okrętu flagowego pod przykrywką młodszego chorążego, żony szanowanego oficera, bohatera wojennego, w ciąży. Wciąż... dla mnie to jak szukanie igły w stogu siana. Zakładając, że szpieg znajdował się na tym jednym, konkretnym okręcie - było to wciąż tysiąc pięćset osób w załodze, w tym trzysta o stopniach oficerskich. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona w stosunku do takiego półśrodka, ale nie mogliśmy dojść do porozumienia. Takiego też rozwiązania od początku ode mnie oczekiwali; rekonesansu. Postanowiłam spróbować. Zostałam odprowadzona przez znajdującego się na mostku kaprala do kwater, gdzie miałam oczekiwać kolejnego kontaktu.

Po kolejnych kilkunastu godzinach spędzonych w samotności w końcu odwiedził mnie znów kapral Kraton Lohgun. Przyniósł mundur i przedstawił mi w skrócie historię mojej nowej tożsamości, jak i obowiązki. Przebrałam się i opuściłam kwaterę. Pokład wypełniony był ludźmi. Od szeregowych, po oficerów. Wszyscy zabiegani, zapracowani. W ciągłym ruchu. Z początku próbowałam coś podsłuchać, później zaś inicjowałam rozmowy. Ciężko jednak było wyciągnąć z tego cokolwiek; ludzie opowiadali o pracy, bądź nie odpowiadali w ogóle, spiesząc się. Ostatecznie jednak miałam chyba szczęście. Nie mając nawet do czynienia z ułamkiem osób na pokładzie - trafiłam na to, czego szukałam. Yuuzhan Vonga. A raczej... pewnego szeregowego Gorloja, który umykał mojej percepcji. Po dokładniejszym przyjrzeniu się - stwarzał w przestrzeni znaną już przeze mnie „pustkę”. Nie było więc wątpliwości. Po znalezieniu bezpiecznego miejsca od razu zgłosiłam to do dowództwa. Poleciłam jednak powściągliwość i obserwację; kimkolwiek był ten Vong – mógł nie działać sam. Mógł doprowadzić ich do innych zaangażowanych. Zgodzili się. Śledzenie go przez moją osobę wydawało mi się z góry spisane na porażkę, z racji mojej specyfiki. Tak więc obserwować miał go jego przełożony - sierżant Doyle, a ja ruszyłam dalej na poszukiwania. Tym razem miałam jednak punkt zaczepienia – Gorloj. Na pokładzie zachowywał się jak... nazwijmy to upośledzony. Wszyscy go znali i żartowali sobie z niego. Postanowiłam więc w toku kolejnych rozmów dowiedzieć się, co inni myślą na jego temat. Czy widzieli, żeby miał z kimś bliższy kontakt? Czy widzieli, żeby rozmawiał z kimś? Szukałam informacji na jego temat; w ten sposób próbując odnaleźć osoby, które mogłyby być z nim powiązane, jako że dowództwo nie miało informacji na ten temat. Wszystko owinięte w lekko prześmiewczą, ale też zatroskaną otoczkę. Nie przesadnie, naturalnie, co raczej nie powinno było wzbudzać wątpliwości, zważając na niezwykłość tej jednostki na tle innych. Wszystko jednak na nic. Nikt nie był w stanie niczego nowego wnieść. Gorloj był samotnikiem, upośledzonym dziwakiem. Nikt nie widział, by z kimkolwiek rozmawiał, czy utrzymywał stały kontakt. Próbowałam też wybadać nastawienie poszczególnych oficerów i żołnierzy do aktualnej sytuacji. Tutaj też nic specjalnego; wszyscy zgodnie powtarzali nieco inne wersje „poprawne politycznie”. I tak krążyłam, by ostatecznie znaleźć się w kwaterach, gdzie prowadziłam podobna dyskusję z dwoma oficerami. Porucznikami Trobona i Huulan – z czego ten drugi był głównym podejrzanym dowództwa. Zachowywał się dziwnie, prawda. Lecz wyglądało raczej na to, że z przepracowania i może depresji. Jego wersja – obowiązku ciągłej aktualizacji tras dla floty wydawała się wiarygodnym argumentem. Pierwszy z nich zaś z podsłyszanej rozmowy próbował przekonać go do odejścia z floty, co zważywszy na jego stan nie było też niczym jednoznacznym.

Rozmowę w pewnym momencie przerwał jednak szeregowy Gorloj, który znalazł się w kwaterach. Próbował przekazać Trobonowi wiadomość – śmieć, jak to nazwał. Kawałek kartonu. Ten wezwał zaraz żandarmerię, która wyprowadziła intruza z kwater oficerskich. Pomyślałam wtedy, że musiał tak zrobić, by nie wzbudzić podejrzeń. Umknęło mej uwadze, że podczas wyprowadzania Gorloj zdążył jeszcze pozostawić owego śmiecia na pobliskim łóżku. Porucznik Huulan zaś po chwili zrzucił go na ziemię. Trobona zaś podniósł go i schował w wywiniętej rękawiczce; twierdząc, że pozbędzie się go. Nie miałam pojęcia co było napisane na tym kartonie, lecz odniosłam wrażenie, że ten chciał zachować to dla siebie. Próbowałam przekonać go, by to mi powierzył pozbycie się śmiecia – jako komuś znacznie niższemu stopniem. Bez skutku. Nie mogłam pozwolić, żeby mógł ją zniszczyć. Odsunęłam się parę kroków i nakazałam sprowadzenie go na mostek w trybie natychmiastowym. Chwilę później do kwater wkroczył oddział żołnierzy i odeskortował nas przed oblicze dowództwa.

Obrazek
Dość szybko naszły mnie wątpliwości co do decyzji, gdy gubernator Deshan odebrał od porucznika kawałek kartonu i odczytał wiadomość: „Coś podejrzewają, zła sytuacja. Dziwna kobieta, podejrzany. Co robić.” To nie miało żadnego sensu. Gdyby wiadomość brzmiała jakkolwiek inaczej... Ale w ten sposób szybko można się domyślić, że ten trop mógł zostać podstawiony. Byłam tam w kwaterach kiedy to odbyła się ta „szopka”. Jakkolwiek yuuzhańska hybryda, szeregowy – jedynie udał półgłówka, bądź rzeczywiście nim był... tak czy inaczej powstawał problem. Jeśli udawał – w życiu nie postąpiłby w ten sposób. Nie przekazałby tej wiadomości w mojej obecności; jednoznacznie ujawniając siebie i swojego współpracownika. Jeśli zaś był półgłówkiem - mało prawdopodobne, żeby sam mnie przejrzał. Chyba, że hybrydy Yuuzhan potrafią wyczuwać Jedi. Może być jeszcze ktoś. Ktoś, kto całkowicie mi wówczas umknął. Ktoś, kto tak naprawdę tym wszystkim zarządza. W sumie... w obu przypadkach właśnie na to cała ta sytuacja wskazywała. Ktoś jeszcze nierozpoznany chciał pozbyć się porucznika Trobona, bądź zakończyć prowadzone śledztwo. Przekazałam cicho swoje wątpliwości oficerom na mostku; lecz nie gubernatorowi. Ten wciąż rozmawiał z pojmanym, a ja nie chciałam podważać jego autorytetu na oczach podwładnego. Zaś gdy ten w końcu został odprowadzony z mostka, a ja chciałam przekazać osobiście moje wątpliwości gubernatorowi Paquinowi Deshan... złapały mnie bolesne skurcze, odeszły wody. Wylądowałam na ziemi. Chwilę później zostałam zabrana do ambulatorium, a obiecana rozmowa z gubernatorem, o którą nalegałam z noszy repulsorowych nigdy się nie odbyła. Kilka godzin po porodzie zostałam wyprowadzona na pokład promu, który opuścił okręt flagowy Sił Imperium z Ord Trasi.

Przynajmniej jednego mogę być pewna... yuuzhańska hybryda na pokładzie została pojmana. Przynajmniej jedna...


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

"Przegląd" na Rake

Postautor: Tanna Saarai dodano: 14 lut 2018, 17:41

"Przegląd" na Rake
Rake


1. Data, godzina zdarzenia: 13.02.18, ok. 22.00-04.00

2. Opis wydarzenia:
Późnym wieczorem zgłosiło się do nas WSK, odebraliśmy razem z Padawanem Edgarem Alexandrem rozmowę w Sali kontrolnej. Funkcjonariusz „prosił” nas o przyjrzenie się ponownie anomaliom na Rake. Wskazał trzy miejsca, z czego opisał dokładnie tylko jedno, wybrane przez Padawana; rafineria syntezująca gaz tibanna. Mając już dokumenty potwierdzające nasze tożsamości, jako inspektorów kontroli geologicznej udaliśmy się wraz z Padawanem pod wskazane koordynaty. Miejsce nie było trudno znaleźć; Rake to tysiące kilometrów pustki, z której co jakiś czas wyłania się jakaś fabryka, czy rafineria właśnie.
Warto wspomnieć również, że w papierach firma wydaje się być czysta jak łza; żadnych powiązań ze światem przestępczym, Sanarisem, czy Odikiem... Według oficera WSK wygląda to za czysto… Ale to żaden dowód na nic.
Po wylądowaniu i krótkim ustaleniu planu działania, niezwykle prostego, ruszyliśmy na naszą inspekcję. Jako pierwszych napotkaliśmy ludzkiego mężczyznę i Rodianina; nic szczególnego od nich nie wyciągnęliśmy. Człowiek niemal przy każdej okazji żartował; to o złapanych niewolnikach, których palą w piecu, to o zwłokach w skrzyniach. Niskich lotów żarty, które bardziej żenowały niż bawiły. On jednak zdawał się mieć z tego uciechę, więc za bardzo go nie strofowaliśmy; starając się utrzymać rolę półoficjalnie podchodzących do kontroli inspektorów.

Ponad godzinę, parę żenujących żartów i trzy skrzynie później spotkaliśmy z Padawanem osobę odpowiedzialną za bezpieczeństwo fabryki; później dowiedziałam się, że jego imię brzmi Radlain – choć to raczej nie bardzo istotna informacja. Mężczyzna, zaproponował udzielenie nam odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, choć prosił o krótką i treściwą konwersację. Zapytałam, więc wprost o nietypowe statki, które pracownicy rafinerii mogli zaobserwować na niebie w ostatnim czasie. Wspomniał o żywych statkach i płonących spadających gwiazdach, jednak od razu zaznaczył, iż są to bajki, którym wiarę można dawać na równi z przyjęciem za pewnik informacji o zaobserwowanej na niebie wielkiej głowie Rodianina. Mimo wszystko wypytałam go o kierunki lotów tych żywych statków – jeden pracownik twierdził, iż leciały z zachodu na wchód, drugi twierdził, iż powędrowały w kosmos; wyniknęła z tego bójka. Wygrał gość od kosmosu, jak się dowiedziałam. To, więc najpewniej jest właśnie kierunek lotu tych pojazdów (sic!). Meteoryty z kolei pędziły tak szybko, że okrążały planetę i nadlatywały z każdej strony. Prawdziwa historia!
W każdym razie… W czasie mojej pogawędki z Panem od bezpieczeństwa Padawan rozmawiał z drugim mężczyzną, który zjawił się po zniknięciu Rodianina; udał się pograć w Pazaaka, gdyby kogoś to interesowało. Nie mam wiedzy, czy udało mu się uzyskać od niego jakieś konkretniejsze informacje; z moich pobieżnych obserwacji mogę tylko dodać, iż mężczyzna w trakcie rozmowy z Padawanem wydawał się przejęty, rozemocjonowany i zaangażowany. Moją uwagę jednak skutecznie odwrócił Radlain, który wyraźnie zaczął myśleć drugim mózgiem. W trakcie rozmowy wspomniał, iż trzy miesiące temu ruszył na pomoc placówce, której obrona padła w trakcie deszczu meteorytów, a która prosiła o pomoc właśnie; brzmi znajomo? W niej właśnie byliśmy z Padawanem i WSK poprzednim razem. Zaproponował również pomoc w awansie, udostępnienie kompromitujących konkurencyjną firmę nagrań i informacje, jeśli poznamy się lepiej. W to mi graj pomyślałam.
Nie było trudno go uwieść. Na tym pustkowiu zwanym Rake trudno o jakikolwiek kontakt z cywilizacją, a co dopiero tak pożądany przez wyposzczonych mężczyzn; kobietę. Ledwo Padawan zdążył wrócić, informując mnie, że czas najwyższy wracać, a ja już szłam z Radlainem do jego prywatnego, wyciszonego – jego zdaniem – pokoju.

Daruję sobie dokładny opis tego, co się działo. Jeśli ktoś chce poczytać powieść soft porno w HoloNecie znajdzie tego masę. A ja pisarką nie jestem, więc z pewnością bardziej bym wynudziła, niż wzbudziła ekscytację swoimi marnymi próbami oddania sytuacji, którą wykreowałam.
W każdym razie… W środku udało mi się potwierdzić, iż mężczyzna faktycznie posiada wiele, bardzo wiele różnych nagrań, które są w jakiś sposób obciążające konkurencję. Gdy mężczyzna był zajęty próbą subtelnego dostania się pod moją tunikę, zdążyłam zaobserwować od 20 do 30 różnych plików podpisanych między innymi, jako przemyt, przemyt_metoda, przemyt_podatki itd. Oszacowałam, że czas potrzebny na skopiowanie plików to około dwóch minut. Jednak nie miałam tego czasu… Byłam zajęta czymś innym… Gość zupełnie przestał myśleć. Wystarczyło trochę subtelnych gestów i spojrzeń, by chwilę później poddał się mi całkowicie licząc na przyjemnie spędzoną noc. Bez problemu udało mi się go zakneblować, zamknąć mu oczy, rozluźnić, wejść na niego… Cóż… Jeśli cios z pięści w twarz, który go znokautował uznaje za przyjemny to z pewnością może zaliczyć tę noc do udanych.
Popędzana przez komunikaty od jego współpracowników, z wizją ich rychłego wtargnięcia do pomieszczenia i zastania nas w trudnej do wyjaśnienia sytuacji, zabrałam z kieszeni Radlaina kartę dostępu do jego pokoju, jakiś arkusz z rozpiską lotów i naturalnie jego Cyfronotes; odblokowany, na czym mi bardzo zależało – włączone nadal nagranie skutecznie powstrzymało system przed automatyczną blokadą. Zamknęłam nieprzytomnego mężczyznę w środku i ruszyłam do Y-Winga, jak gdyby nigdy nic.

Po drodze zaczepiło mnie jeszcze czterech pracowników. Z każdym porozmawiałam krótką chwilę, zapewniłam, że kontrola przebiegła pomyślnie i nie maja się, czego obawiać. Stwarzałam pozory całkowicie normalnej sytuacji. Dyskretnie pozbyłam się karty dostępu do pokoju myślącego przyrodzeniem Pana od bezpieczeństwa i wróciłam do śpiącego już Padawana Alexandra w Y-Wingu, którym wróciliśmy do bazy; choć powrót przyjemny nie był. Ilości pyłu, dymu i smrodku, jaki mnie otaczały w trakcie pobytu w rafinerii na Rake mocno odbiły się na moich płucach. Przez chwile myślałam, że je wypluję… A mogliśmy wziąć jakąś maskę gazową…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Urządzenie zostało przeze mnie zabezpieczone, dane skopiowane i zostanie ono przekazane WSK.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Denarsk Okka'rin dodano: 21 lut 2018, 3:00

Agencja federalna - ocieplenie stosunków

1. Data, godzina zdarzenia: 21.02.18, 0:00-2:20

2. Opis wydarzenia:

Sierżant sztabowy policji federalnej prosił o spotkanie poza bazą. Umotywowane było to obawą, iż nagranie jego relacji lub materiału dowodowego ze sprawy oficjalnie nieistniejącej może zakończyć się bardzo źle. Wyjaśnia, że ujawnienie sprawy Aetasa do opinii publicznej to gwarantowany przymus naszej likwidacji i obalenie rządu wraz ze służbami ze względu na skalę spraw. Detali nie usłyszałem, gdyż rzekomo Alora i Bar'a'ka rozumieją sytuację.

Został mi przedstawiony status kwestii Aetasa Hyenna. Poddany został niebezpiecznym narkotykom, aby wydobyte zostały wszystkie części jego wiedzy. Sierżant był wyjątkowo zniesmaczony sytuacją, którą uważał za bolesny i brutalny przymus, od którego zależało życie wasze i ich. Aetas przyznał się do następujących czynów:
- poddania się telepatycznym pokusom kierowanym do niego przez Kult,
- zostania zmanipulowanym nadchodzącą według nich inwazją Yuuzhan Vongów i potrzebą opowiedzenia się po stronie o lepszych szansach powodzenia,
- przyjęcia oferty zadania nam ciosu w plecy z uwagi na różne kwestie, które streszczę jako nienawiść do nas za brak udziału w bitwach kosmicznych i niezostanie docenionym za głośne mówienie o swojej chęci bycia wartościową osobą,
- kradzieży laptopa majora Redge'a Leeckena z różnego rodzaju pamiątkami z nami związanymi,
- uprowadzenia myśliwca w celu przekazania laptopa członkom Kultu pod Miastem Prak.

Konsultacje rozkazów odbywały się metodą telepatyczną. Członek Kultu odziany był w czarno-granatowe szaty charakterystyczne dla poruszanego ugrupowania, twarz miał wyjątkowo zniszczoną. Nie był on w żadnym wypadku Zabrakiem, ani Majorem. Aetas mówił, że komunikacja z kultystą była trudna i czasochłonna, toteż nie mógł to być wszechobecny Starszy. Na żywo Kultysta przemawiał poprawnym Galaktycznym Wspólnym, z bardzo złym akcentem i niewyraźną wymową.

Aetas nie został za swe poświęcenie wynagrodzony. Członek Kultu po odebraniu podarunku pobił go brutalnie ze względu na swą pogardę dla zdrajców, a darem była możliwość dalszego życia i opuszczenia planety, co jak wiemy nie skończyło się dla byłego Adepta dobrze. Kultysta zniknął z laptopem oficera, zostawiwszy Aetasowi garść słów o wstręcie wobec zdrajców. Aetas dowiedział się, że Starszy nie chce jego ciała, gdyż preferuje on Hakka Raala. Łaską ze strony zleceniodawcy było pozostawienie Aetasowi wyjątkowo marnej sumy pieniędzy na drogę. Aetas wspominał, że jego rozmówca miał przy sobie miecz świetlny. Rękojeść nierozpoznana, nie przyłożył do tego wagi.

Aetas został uśmiercony z powodów znanych wykonawcom śledztwa. Egzekucja za jego zamach stanu była w pełni humanitarna, tyle mogę rzec słów pocieszenia.

Agent federalny wyraził pochwałę dla współpracy z naszymi kolegami, Bar'a'ką i Alorą. Oceniono śledztwo i współpracę jako przykład profesjonalizmu, szczególne słowa pochwały spadły na Bar'a'kę, acz cały zespół jest uznawany za wzór.

Los Aetasa dowodzi według kierownictwa agentury, że w sprawie Aetasa byliśmy od początku prawdomówni i czyści, za co także spotykają nas ciepłe słowa. Sytuacja oczerniania przez najlepszego przyjaciela - majora Leeckena - w świetle długiej uprzedniej wiedzy o jego tajemniczych losach i dowodów naszych działań związanych z jego osobą jest uznana za bardzo jasny dowód, po czyjej stronie jest tutaj racja. W połączeniu z powyższą kwestią, stali się obecnie przekonani, że jakkolwiek nie jesteśmy w ich oczach szczęśliwą zbieraniną Jedi, to z całą pewnością jesteśmy Jedi. Tak przynajmniej mówią. Równocześnie sytuacja jest uznawana za katastrofę, związanie rąk i potencjalny przymus agencji, aby działać przeciwko nam w przyszłości, aby nie spowodować rewolucji na Prakith. Sierżant pragnął natomiast przekazać, że jest to jedynie kwestia tego, że nie istnieje nic fizycznego na obalenie dowodów przeciwko nam i lat konspiracji. Jeśli dojdzie do kryzysu, nie będą mieć wyboru, bo nie będą w stanie bronić nas przed opinią publiczną i rządem bez doprowadzenia Prakith do ruiny i katastrofy sprowadzonej przez niestabilność państwową, która odbija się na sprawnym funkcjonowaniu podstawowych dla zapewniania zdrowego życia instytucji. Nazwałbym to ociepleniem stosunków. Ponadto dane wykradzione przez naszą drogą Tannę zostały im przekazane przez WSK, a agentura jest przekonana, że zdoła po raz kolejny - czwarty już, co jasno dali do zrozumienia - spróbować podjąć działania przeciwko Rahadio Sanarisowi, jeśli uda im się dokonać prześledzenia setek odcinków między różnego rodzaju nielegalnymi działalnościami na planecie Rake. Wyraźnie zostało zaznaczone, że nasza grupa już cztery razy doszczętnie zniszczyła niezależne śledztwa w sprawie tego człowieka. Mimo tych cierpkich słów, dane zostało nam do zrozumienia, że przez minione miesiące nasze ugrupowanie zaczęło w ich oczach działać odmiennie, niż do tej pory. Usłyszałem wiele ciepłych słów o ostatnich czasach, acz z licznymi wyjątkami. Największymi są oczywiście Hanz Aderbeen i porażka w jaskiniach Kultu. Agencja federalna jednakże nie wini nas za kwestię Hanza. Dowiedzieli się, iż został nam narzucony przez WSK i musieliśmy go u siebie w jakiejś roli trzymać, pod jednym dachem. O tym, przyznam, nie wiedziałem. Usłyszałem wiele cierpkich słów o metodach WSK, oczywiście w dużej mierze słusznych. Konflikt agencji federalnej i WSK to sytuacja, której nie rozumiem i nie opiszę.

Moi drodzy, nie popadajmy w huraoptymizm. Nie jesteśmy jeszcze udanymi partnerami, na co trudno liczyć, skoro sami swoim poprzednikom zawdzięczamy negatywne podejście do nas. Z cofniętych rozwojowo kandydatów do zakładu poprawczego staliśmy się cofniętymi rozwojowo personami, które ciężką pracą zapewniły sobie promocję do wyższej klasy podstawówki. Acz, śmiem twierdzić, to duży postęp.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Denarsk Okka'rin
Awatar użytkownika
Denarsk Okka'rin
Padawan
 
Posty: 40
Rejestracja: 14 sie 2016, 20:32

Śmierć Mocy

Postautor: Tanna Saarai dodano: 15 mar 2018, 19:30

Śmierć Mocy
Prakith - baza Jedi


1. Data, godzina zdarzenia: 15.03.18, ok. 01.00 - 04:30

2. Opis wydarzenia:
Czy kiedykolwiek zdarzyło się wam patrzyć, jak wszystko, co dla was drogie umiera? Czy czuliście ten ścisk w gardle, brzuchu, wszystkich mięśniach, trzewiach, gdy wasi bliscy znaleźli się na niemożliwej do zmiany drodze ku nieuniknionemu końcowi, a jedyne, co wy mogliście zrobić to stać i patrzeć? Mam nadzieję, że nie i nigdy nie będziecie musieli. Ja niestety za dobrze znam ten stan. Tak… zbyt wiele… zbyt wiele razy przez to przechodziłam. I nie sądziłam, że ponownie dane mi będzie mierzyć się z tym odrażającym uczuciem. Tym razem było jednak inaczej niż wcześniej…

Wszystko zaczęło się u schyłku treningu Padawanów. Gdy Mistrzyni wymieniała z Padawanami ostatnie spostrzeżenia odnośnie przyciągania do siebie za pomocą Mocy przedmiotów, których położenia dokładnie nie znamy. Wtedy uderzyło mnie to niczym kij w tył głowy. Uczucie kompletnej pustki. Chwila kompletnej nicości. Postanowiłam zanurzyć się w Moc, by sprawdzić, co się dzieje; choć spodziewałam się dokładnie takiego efektu, jaki otrzymałam. Czyli żaden… Nie poczułam zupełnie nic. Brak jakiegokolwiek życia… Po chwili uderzyło mnie to jeszcze silniej. Poczucie końca, śmierci. Nie było nic, nie czułam nic. Miałam wrażenie, że jestem martwa. Że nie istnieję. Może nigdy nie istniałam, nigdy nie żyłam. A jednak byłam, oddychałam, czułam smagający moją twarz wiatr. Jak to opisać, by było to zrozumiałe? Nie mam pojęcia czy w ogóle jest to możliwe. I nie życzę nikomu, by musiał się z tym kiedykolwiek zmagać.
Co się stało? W największym skrócie… Moc umarła.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że reszta Padawanów czuje się podobnie. Co gorsza Mistrzyni Elia leżała na ziemi. I nie mogłam z nią złapać kontaktu. Oddychała jednak, więc udałam się do biednej Alory, która zupełnie oślepła. To właśnie jej odczucia w tej sytuacji upewniły mnie ostatecznie, co wokół nas się dzieje. Przestaliśmy być wrażliwi na Moc. Wszyscy. Być może to wczoraj poczuliście… jeśli jeszcze nie spaliście to z pewnością. Tego nie dało się nie poczuć. Nie dało się pomylić z czymś innym. Poprosiłam Denarska, by o nią zadbał i tak zrobił. Spojrzałam raz jeszcze…

Leżała, teraz już się dusiła, próbowała wstać. Mistrzyni cierpiała najmocniej z nas wszystkich – dla niej kontakt z Mocą jest czymś tak oczywistym i naturalnym jak oddychanie. Nic, więc dziwnego, że po jej utracie nie mogła nawet utrzymać się na nogach. A mimo wszystko próbowała wstać. Ten widok był równie niesamowity, co przerażający. Jak bardzo stajemy się od Mocy zależni. Jak z wielką ceną wiąże się nasze zagłębianie się w jej arkana, łączenie się z nią… Nie chcę tu dalej nad tym dywagować… Nie miejsce na to.
Dotarło do mnie po krótkiej chwili, dlaczego Mistrzyni Elia z takim uporem próbowała się podnieść. Myślę, że sami też już jesteście w stanie do tego dojść. Nie czekałam, poinformowałam tylko Mistrzynię, co zamierzam i ruszyłam szukać Mistrza Barta.

Wspomniałam, że Moc umarła? Widzicie… Udało mi się z niej skorzystać w momencie poszukiwań. Podejrzewam, że wykorzystałam zwyczajnie własne, zachowane pokłady energii, by przyśpieszyć swoje ruchy ponad wszelką ludzką możliwość. Dzięki temu znalezienie Mistrza zajęło mi znacznie mniej czasu. Tak… To dla mnie obecnie jedyne rozsądne wyjaśnienie; nie przeczę, iż może być błędne. Zapewne jest… Ot. Przemyślenie.

Mistrz Bart leżał przy Y-wingu. Był kompletnie sparaliżowany. Jego oddech niemalże niewyczuwalny. Natychmiast poinformowałam resztę o odnalezieniu Mistrza.
Jeżeli jest coś, co może przerazić i sparaliżować to był to właśnie ten widok. Widok najpotężniejszego Jedi współczesnej galaktyki, być może najpotężniejszego w dziejach, który desperacko walczy o każdy kolejny oddech każdym ułamkiem sił. Myśl, że cokolwiek może tak na Niego wpłynąć, tak bardzo go zranić… Zamarłabym, gdybym nie czuła, iż jestem już martwa.
Nie miałam pojęcia, co zrobić. Myślę, że nie mogłam nic zrobić. Błagałam Mistrza jedynie, by walczył o kolejny oddech. Zapewniałam, że Mistrzyni już się zbliża, że musi przetrwać.

W końcu Padawani Denarsk oraz Alexander z Mistrzynią Elią na plecach dotarli w końcu do hangaru. Mistrz próbował coś powiedzieć, wysylabizował jedno słowo – „Generator”. Wiedząc już, co robić, a przynajmniej, jaki jest dalszy etap, podniosłam Mistrza; wzięłam na swoje barki. Gdy dotarliśmy do pomieszczenia z generatorem energii zasilającym całą bazę, wielką ulgą było odłożenie Mistrza na podłogę. Padawani, wraz z niesioną nadal przez Padawana Alexandra Mistrzynią, byli tuż za mną.

Tam Mistrzyni przedstawiła mi swój pomysł. A przynajmniej próbowała, gdyż mówienie sprawiało jej ogromne trudności. Planowała pobrać energię z turbin generatora i przelać ją do Mistrza Barta. Rozumiecie? Dała się porazić dziesiątkom tysięcy woltów, przepuściła je przez siebie, przefiltrowała i w kontrolowany sposób udostępniła Mistrzowi. Ten według jej późniejszej relacji leczył ją w tym czasie, prawdopodobnie czerpiąc z energii, którą właśnie otrzymywał... Zawiłość tego procesu, a skomplikowanie i trudność czerpania z Mocy, wyjaśnić wam może każdy Rycerz. Ja nie czuje się w pozycji, by nawet podjąć tej próby. W trakcie, gdy Mistrzyni po raz kolejny wprawiała nas wszystkich w osłupienie swoimi zdolnościami, Padawan Denarsk kontrolował napięcie w turbinach. Przyniosłam niezbędne do opatrzenia ran przedmioty z ambulatorium i poinstruowałam Padawana Alexandra, by opatrzył Mistrzynię, gdy ta tylko zakończy cały proces. Tak też się stało… W końcu zapanowały ciemności w bazie, a niemal jednocześnie jasność. Moc wróciła…

O stratach w paliwie informowałam już w sieci wewnętrznej. Odsyłam, zatem właśnie tam, aby zapoznać się z obecnymi zaleceniami w sprawie eksploatacji generatora.

Całą noc spędziłam przy Mistrzyni, którą zaniosłam do ambulatorium, gdy tylko Padawan Alexander opatrzył jej rany. Pilnowałam zarówno Mistrzyni, jak i Mistrza, którego przynieśli Padawani.

Warte wspomnienia są również słowa Yammoska, który skomunikował się z nami w trakcie, gdy Mistrzyni Elia ratowała Mistrza Barta. Wspomniał wtedy, że ta anomalia… ten zanik Mocy… ma skalę galaktyczną. Tak mi się wydaje… Mówił, iż nie jest w stanie nam tej skali zobrazować, że nie ma ilości Dovin Basali, która mogłaby wywołać coś takiego… Przerażające.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Wpis w sieci wewnętrznej z instrukcjami korzystania z zasobów energii bazy.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości