Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Denarsk Okka'rin dodano: 14 wrz 2017, 17:56

Zabezpieczanie przemysłu

1. Data, godzina zdarzenia: 13.09.17, 20:00-2:00

2. Opis wydarzenia:

Tego pamiętnego dnia dowiedziałem się od przyjaciela Hanza, że w okolicach bazy oczekuje statek oddziału, tak więc nie był potrzebny intelekt geniusza, by domyśleć się, że to na mnie czeka. Po serii dodających otuchy słów od kolegów Padawanów wyruszyłem na miejsce i spotkałem się z towarzyszami podróży.

Na przyjemnym i zadbanym statku, orzeźwiony świeżym powietrzem, spotkałem kapral Valvalis Freyę i specjalistę Kai-Wan Thorna - dwoje zawodowców zaprawionych w bojach. Chwilę później specjalistę Tasha Q’aaha i porucznika Voltana Gerrina, ten ostatni był zastępczym pilotem w miejsce pana Qstry. Z niepokojem przywitałem wiadomość o rozbiciu oddziału. Poza kapitanem Vreyxem, nieobecni byli porucznik Aurbere Vin, specjalista Darril Saehre, pan Qstra i oczywiście major Redge Leecken. Acz z pewnością wiedziałem, że lecę w towarzystwie profesjonalistów. Niezwykłe charaktery i pogodna atmosfera wśród załogi, doświadczenie i opanowanie bijące od zespołu razem z jego dobrą więzią. Pan Tash okazał się ekscentrycznym być może, ale nader pozytywnym i rozmownym towarzystwem, zaś porucznik był z całą pewnością godnym zastępstwem pana Qstry i moim przewodnikiem po oddziale. Czułem, że jestem w dobrych rękach.

Wszystko zmieniło się, gdy usłyszałem alarm na pokładzie po krótkim śnie. Wyznam w tym momencie, że byłem zagubiony, z trudem rozumiałem sytuację. Nasz pojazd wypadł z nadprzestrzeni z przyczyn mi nieznanych i został zaatakowany przez siły Vongów. Działo się mnóstwo rzeczy, pan Thorn prowadził mnóstwo napraw, a pilot wiele manewrów. Dynamika akcji, nieskończone serie turbulencji i własne wymioty sprawiły razem, że przebieg wydarzeń był dla mnie ledwie zrozumiały. Działo się coś strasznego, a akcja postępowała szybciej, niż potrafiłem zrozumieć jej przebieg. Usiłowałem pomóc, zająć się komunikacją, acz uwierzcie mi, że nie szło nadążyć. Oddział Nexu mimo to bez chwili niepewności działał błyskawicznie i w doskonałej koordynacji. Widok osłupiający - kapitanie Vreyx, masz być z czego dumny.

Szczęśliwą ucieczkę w inny tunel przywitałem wytchnieniem swego życia. Ale szczęściu nie było dane trwać długo, gdy okrzyki pana Thorna pełne przerażenia nakazały opuścić nadprzestrzeń w trybie natychmiastowym z powodu stanu napędu. Z uszkodzonym frachtowcem niezdolnym do lotu zdani byliśmy na łaskę systemu Kuar, do którego awaryjnym napędem się kierowaliśmy. Moje wymiociny stały się widokiem codziennym na czas awaryjnego lotu na planetę tego systemu, aż wylądowaliśmy pod nieznanym miastem. Oddział szybko zadecydował, że wraz z Tashem udam się na miejsce prosić o pomoc.

Świeżo po swym wyjściu ujrzeliśmy grupę opancerzonych Mandalorian. Zdecydowałem się przemawiać w ich rodzimym języku, tak jak to wypada, aby wkupić się w łaski miejscowych. Na ile przyniosło to rezultat, nie wiem. Prosiliśmy o pomoc w naprawie statku, przedstawiliśmy się zaś jako żołnierze Sojuszu. Starałem się nie mówić, że jestem Jedi, acz i tak tą drogą mnie tytułowali i wszystko wskazuje, że nie przyniosło to problemu. Na spotkanie z wodzem udałem się indywidualnie, gdyż jako obcemu nie przysługiwał mi przywilej wnoszenia broni do środka, przejął ją pan Tash. Przez cały ten czas starałem się zachowywać powagę i dumę wojownika, acz z pełną pokorą wobec gospodarza. Przyznajmy, że roztaczanie aury dzielnego weterana nie jest w moim wykonaniu czymś dopasowanym.

Spotkanie z przywódcą miasta należało do tych miejsc, w których wskazane jest nader ostrożne dostosowanie się do klimatu i zwyczajów. Większość czasu spędziłem w ciszy, gdy wódz, tytułowany różnymi słowy - Wódz, Przywódca, Wasza Męskość, Pan - przemawiał, że był on na południu planety, które zostało najechane przez obce stworzenia, wrogów Republiki. Jego słowa zdawały się w zgodzie z atmosferą społeczności łowieckiej, obfite w porównania do zwierzyny... Prędko wódz rozpoczął przekonywać o konieczności ucieczki, jego mieszkańcy zaś o podobnej konieczności heroicznej walki z najeźdźcą, któremu nie sprostała Republika, oni zaś sprostają. Tu narodziła się garść moich pomysłów, których słuszności, z braku świadków, nie oceni nikt. Po pierwsze więc, spostrzegłem, że charyzma przywódcy szybko stopniała wobec twierdzeń o konieczności ataku, a z mej perspektywy wódz nie do końca wiedział, jak przekonać do ucieczki. Sam obrałem zaś drogę ucieczki, nie rozważałem opcji wspólnej walki, wzywania posiłków, czy też zostawienia ich na pastwę losu i przejęcia ich okrętu. Perspektywa szansy na obecność Yuuzhan Vongów była w moich oczach zobowiązaniem do ucieczki bez rozważania szans walki. Nieznana była mi liczebność Mandalorian i ich uzbrojenie, zaś w swym położeniu nie wiedziałem, jak o te kwestie pytać. Bałem się linczu przy źle postawionych pytań, wścibskości. Tak więc obrałem za swój cel wykorzystanie topniejącego animuszu przywódcy, aby ten, gdy zobaczy we mnie poparcie dla swej idei ewakuacyjnej, mógł być może przychylniej na mnie spojrzeć, jak i jego poddani na niego. Plan ten zdawał się działać - historia oceni, czy nie było planu lepszego. Niestety, marne i nieudane były moje próby przekonania do naprawy naszego statku i przygotowania Mandalorian do lotu. Oferowali ucieczkę na własnym pokładzie, nie byli skorzy wspierać nas w naprawie naszego, co raczyłem rozumieć; a zdecydowanie bałem się zanadto odważnie oponować. Argumenty o sile ognia naszego pojazdu, osłonie z góry, o skazaniu piechoty na śmierć, nie zdawały się być albo celne, albo dobrze formułowane. Sukcesem było jednakże - z perspektywy mojej - przekonać, że ucieczka to jedyna droga, lecz była to droga zakładająca porzucenie naszego okrętu i odwrót nieuzbrojoną machiną Mandalorian, lub pewną śmierć na ziemi. Ostatecznie, słowo po słowie, czułem się zmuszony przystać na wspólną ucieczkę jedną maszyną, nawet niepewną i swoją pozycję jako obrońcy przed Vongami. Ja w tej roli zdawałem się ideą satyryczną...

W tym położeniu udało mi się przynajmniej wynegocjować - to już przyznam łatwo - że nasz statek będzie następny w kolejce do napraw. Nie wiedząc, co więcej mogę zdziałać, zacząłem chociaż wskazywać na pewne pomysły, takie jak wykorzystanie lokalnych śmigaczy do transportu wszystkich części i narzędzi, aby ograniczyć zbędny bieg po osadzie. Zmobilizowałem również oddział Nexu do tego celu. Próbowałem łączności z Odik II, acz bez skutku.

Z perspektywą marnych szans na ucieczkę na nieosłoniętym transportowcu marnego stanu, mogłem tylko starać się, abyśmy zdążyli przygotować pojazd krajan. Udałem się więc na pokład, gdzie nie było dla mnie w chaosie naprawczym ról, acz pan Thorn skierował mnie do konsoli, gdzie zajmowałem się diagnostyką. Udało mi się wskazać na błędy sensorów, przeciek paliwa i braki w konfiguracji hipernapędu, który to zdawał się zresetowany. Z powodzeniem, acz niezbyt wydajnie, hipernapęd ustawiłem. Wtedy też nadszedł komunikat, abym dostał się na zewnątrz pomóc.

Nie wiedziałem, że pomoc ta będzie pomocą przeciwko Vongom. Stało się, sensory wykryły ich nadejście. Opcję miałem przed sobą jedną - walczyć. Mandalorianie stawili się do walki niezbyt licznie, acz w świetle przygotowań ewakuacji całego miasta, nie było to dla mnie dziwne. I tak oto stanąłem przeciwko vongijskiemu najeźdźcy pierwszy raz w swym życiu. Mawiać o piekle byłoby poważnym niedopowiedzeniem. Stanęliśmy naprzeciwko ledwie dwóm - ja, pani Freya, dwójka Mandalorian. Ta część mej opowieści jest skryta za zasłoną adrenaliny. Ten wśród nich, którego wężowata broń z obcej galaktyki pluła kwasem, bomardowaniem kwasu wyciskał ze mnie ostatnie soki. Drugi z nich zaś, zadający zniszczenie w zwarciu, był niepowstrzymaną maszyną. Pani Freya nie podołała starciu, Mandalorianie zaś życie zawdzięczali ewakuacjom na plecakach rakietowych. Nie wiem, co się działo. Nie wiem, jak wielu Mandalorian oddało życie w obronie tej dzielnicy. Dwójka tych wojowników kładła trupem tych opancerzonych wojowników z legend, zaś ja pośród nich zdawałem się we własnych oczach żartem.

Atak amphistaffa. Bieg w tył, aby uniknąć zasięgu węża o centymetry i kontra na zagalopowującego się Vonga, który nabiegał, aby mój ruch w tył nie podołał. Absolutna wyższość fizyczna, wspierana przez porcje kwasu drugiego potwora odcinające mi drogę. Akrobatyka i bezustanne ucieczki, mieszane z atakami w plecy Vonga zajmowanego przez bohaterskich Mandalorian ratowały mi życie, a ja w duchu dziękowałem za tylokrotnie oblane zaliczenie akrobatyki - jej ćwiczenia dały mi tego dnia życie. Ale padałem na ziemię. Padałem wielokrotnie. Piach wpadał między moje zęby razem z krwią, a nie wiedzieć kiedy, lewa ręka stała się sparaliżowaną podporą dla miecza świetlnego. Byli szybsi, byli silniejsi, było ich dwóch. W desperacji pochwyciłem się ścigacza, aby walczyć z jego pokładu, lecz szybko nakazałem to Mandalorianom - liczyłem, że tak oto uda nam się coś osiągnąć. Aż z jedynym ocalałym na polu walki się udało. Pamiętam jak przez mgłę pokonanie ciężko okaleczonego Yuuzhanina jeden na jednego, nim razem zgładziliśmy drugiego. Jak mi się to udało? Nie wiem. Rozpiera mnie duma, gdy o tym opowiadam. Była to walka bez wyjścia dla słabiutkiego Adepta o zielonym mieczu treningowym, ale Adept i bohaterscy Mandalorianie dali radę. Wiele ciosów zadałem dzięki mandaloriańskim blasterom zdejmującym ciężar z mych ramion i Vongom zaabsorbowanym przez strzelców. Gdy pomyślę, że było ich ledwie dwóch, moja krew zamarza ze strachu. Acz podołałem i jeśli kiedyś ten beznadziejny Bothanin... dla którego było to pierwsze wyjście poza bazę, pozbawiony pożytku zjadacz chleba... ma być z czegoś dumny, to z tej pieprzonej walki.

Powróciliśmy na statek. Mandalorianie dalej naprawiali okręt, acz już prawie skończyli. Wódz zbiegł myśliwcem bez hipernapędu. Dzięki naszej przerażającej rzezi na placu, naprawy wciąż mogły trwać, mieszkańcy zaś zaczęli tłumnie zmierzać na pokład po zakończeniu walki. Naprawy zajęły niewiele czasu, zaś Mandalorianie ochoczo wsparli naprawę naszego pojazdu. Nasza wspólna walka być może dodała im braterstwa z nami.

Pan Tash zabrał nas na pokład frachtowca oddziału, którego naprawy wciąż trwały. Usiłowałem pomóc, acz nie widziano dla mnie roli. Ochoczo więc ruszyłem do swej kajuty, słaby, przemarznięty i niezdatny już do niczego. Naprawy przyniosły sukces, a choć ze strachem słuchałem niepokojącej pracy silnika, ta ostatecznie ustabilizowała się. Vongijskie siły odnalazły nas i zaatakowały, gdy byliśmy już wysoko, jeśli dobrze zrozumiałem komunikaty, tak więc udało nam się uciec. Tempo naszej pracy, zdaje się, przyniosło rezultaty. Hipernapęd pracował stabilnie.

Teraz jestem w kajucie pana porucznika Vina. Obok leżą moje wymioty. Nie przeszkadzają mi. Oglądam stare filmy na konsoli pana Vina. Leżę i nie myślę. Jest miło.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Denarsk Okka'rin
Awatar użytkownika
Denarsk Okka'rin
Padawan
 
Posty: 35
Rejestracja: 14 sie 2016, 20:32

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 15 wrz 2017, 23:54

Utracone zaufanie


1. Data, godzina zdarzenia: 10.09.17 22:00-0:00, 11.09.17 21:30-0:00

2. Opis wydarzenia:

Kilka dni temu podczas rozmowy z Padawanem Aderbeenem otrzymaliśmy nieznane połączenie od WSK. Krótko i zwięźle nakazali nam, byśmy stawili się w wyznaczonym przez nich miejscu, jakieś trzy kilometry od bazy. Nie byliśmy pewni, czego chcieli. Poprosiłam HDR o monitorowanie naszej pozycji, lecz ten najpewniej zbył to, informując, że sygnatura połączenie ewidentnie należała do WSK. Wzięłam pistolet blasterowy DC-17 i ruszyliśmy im na spotkanie.

Na miejscu zauważyliśmy czekających na nas komandosów. Powoli zaczęliśmy się wraz z Padawanem Aderbeenem zbliżać, gdy nagle ci otworzyli ogień. Rozpoczynając miotaczem ognia, przed którego płomieniami cudem udało mi się uskoczyć. Rozpoczęłam ucieczkę. Spostrzegłam też, że Padawan Aderbeen początkowo próbował odpowiedzieć atakiem, lecz szybko również został zmuszony to odwrotu. Znajdowaliśmy się pod ciągłym ostrzałem, bez chwili wytchnienia. W pewnym momencie zaś obaj komandosi byli tuż za mną. Padawan Aderbeen gdzieś zniknął. Jak przy wykorzystaniu rzeźby terenu unikanie ostrzału jednego było wykonalne, tak skoncentrowany ogień był dużo większym wyzwaniem. Trzymałam w rękach pistolet blasterowy, lecz nie widziałam w tej sytuacji możliwości użycia go, jakiejkolwiek przewagi, jaką mógłby mi dać przeciw ostrzałowi karabinów i granatom. Jeszcze przez jakiś czas udawało mi się unikać ostrzału, lecz ostatecznie jeden z pocisków mnie dosięgnął. Wylądowałam na skałach, a dwójka komandosów zaraz do mnie doskoczyła. Kazali pozostać na ziemi, bez ruchu. Posłuchałam. Tak myślałam, że agresja z ich strony nie miała sensu. Był to pokaz siły. Zaraz dostrzegli zmierzającego w stronę bazy Padawana Aderbeena. Rzucili się w na niego i po chwili oboje leżeliśmy przy wielkiej skale, a nad nami żołnierze WSK.

Co nas teraz czekało, to długi monolog komandosów przepełniony groźbami i zarzutami skierowanymi w naszą stronę. Chcieli grać z nami w otwarte karty. Zaufali nam, a po tym co dowiedzieli się od agenta federalnych, Niihl’ian’nebu – przekonali się, że było to błędem. Jak sami mówili, już dawno powinni zrównać nas z ziemią, lecz dalej tego nie robią, gdyż jesteśmy im potrzebni. W jakiś dziwny sposób. Dali nam w tym momencie ostatnią szansę. Mieliśmy powiedzieć całą prawdę, każdy skrywany przez nas sekret. Wszystko o Volianderze, Rycerzu i całej reszcie. Z początku gubiłam się we własnych myślach. Próbowałam znaleźć jakieś wytłumaczenie, lecz nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Zwłaszcza po tym, co zrobił Niihl’ian’nebu. Każde kłamstwo, półprawda, które teraz, bądź później wyszłyby na jaw mogły sprowadzić na nas zniszczenie. Totalną anihilację. Wyglądało na to, że już nie ma drugich szans. To była ta jedyna, ostatnia. Powiedziałam więc prawdę, a Padawan Aderbeen wturował. O Volianderze. O naszych przypuszczeniach odnośnie porwania Rycerza Fenderusa. O tym, dlaczego było to ukrywane. Voliander był nam potrzebny do walki z kultem, a wyjawiając całą prawdę moglibyśmy zapomnieć o jego pomocy. Tym samym podpisaliśmy się pod zeznaniami zdrajcy. Innego, bezpiecznego wyjścia nie widziałam. Tyle, że na pewno nie pomogło to Rycerzowi. Nazwali Voliandera lordem Sithów, kimś kto miał być naszym odwiecznym wrogiem. A skoro ten porwał Rycerza, by ratować go przed WSK… To mamy problem. Bez dwóch zdań Rycerz Fenderus jest teraz w poważnych tarapatach. Kończąc, kazali zerbać mi wszystkie nasze dotychczasowe raporty i wreczyć im. Dodatkowo Uczen Jedi Avidhal miał dobrowolnie oddać się w ich ręce na „oczyszczanie” i tylko od ewentualnego „rozgrzeszenia” ma zależeć, czy do nas wróci. Prawdopodobnie podejrzewają go o umyślne wycofanie HDR z pogoni za Volianderem. Po tym wraz z Padawanem Aderbeenem udaliśmy się z powrotem do bazy.

Następnego dnia spotkałam się z Tanną, by porozmawiać o ostatnich wydarzeniach, zaś po krótkiej chwili dołączył do nas nie kto inny jak – Voliander. Chwilę dyskutowaliśmy o naszej sytuacji. Ten zwierzył się, nie przewidział czegoś takiego. Nie spodziewał się, że to właśnie On będzie powodem naszych kolejnych poważnych problemów w momencie, w którym tak naprawdę jego zamiary były wręcz przeciwne. Schodząc na temat Rycerza okazało się, że jego holodata pozostająca dalej w bazie została przez niego zabezpieczona i znajduje się poza podsłuchiwaną siecią. Tanna szybko przyniosła holodatę i zaraz otrzymaliśmy połączenie. Odezwał się nikt inny, jak Rycerz Fenderus. Wszystko u niego wporządku. Posiadłość Voliandera zapewnia mu wszelkie wygody, wręcz nazwałby ten czas wakacjami. Nie może co prawda opuszczać jego posiadłości, lecz w obecnej sytuacji i tak byłoby to zbyt niebezpieczne. Przekazaliśmy mu jak wygląda ta sytuacja z naszej strony. Po chwili dołączył do nas także Uczeń Jedi Avidhal. Wspólnie dyskutowaliśmy co dalej począć. Jakie są możliwe wyjścia z tej sytuacji. Zgodziliśmy się, że teraz już i tak nie mamy specjalnego wyjścia. Gramy w otwarte karty. Mówimy wszystko, za wyjątkiem aktualnego kontaktu z Volianderem po porwaniu. Mieliśmy podstawy do obaw o życie Rycerza Fenderusa, zwłaszcza, że federalni już kilkakrotnie ostrzegali nas, że WSK nie można ufać. Sprawa z Volianderem jest już jasno im przedstawiona, a Uczeń Avidhal uda się do nich, by, potwierdzić prawdziwość naszych słów i, miejmy nadzieję, wrócić do nas.

W końcu dostaliśmy komunikat o zbliżającym się nieoznakowanym pojeździe, prawdopodobnie uzbrojonym. Było to oczywiście WSK. Zabrali Ucznia Avidhala, a ja przekazałam im wcześniej wspomniane raporty. Chwilę po tym jak go zabrali do bazy zawitał kolejny komandos, tym razem by sprawdzić naszą wersję wydarzeń. Wraz z Tanną powiedziałyśmy to samo co do tej pory – wszystko. Zaś zapytane o to, czy mamy kontakt z Rycerzem – nie zaprzeczyłyśmy. Tanna pokazała im holodatę Rycerza, dzięki której wykonał do nas połączenie. Komandos na szczęście nie zareagował agresywnie. Stwierdził tylko, że tak przypuszczali. W innym wypadku Uczeń Siad, czy Padawan Bar’a’ka z pewnością poruszyliby niebo i ziemię, by odnaleźć. Krótko po tym komandos wrócił na swój statek i odleciał, a nam pozostaje czekać na wieści od Ucznia Avidhala.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Raport pozostawiony został na dyskach stanowisk komputerów archiwalnych 1-6 jako luźny plik audio, nie wpisany do bazy danych.


4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 444
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 16 wrz 2017, 17:42

Duchowe oczyszczenie
Cytadela Inkwizycji / Prakith


1. Data, godzina zdarzenia: 12.09.17, 20:00 - 01:00

2. Opis wydarzenia: Późnym wieczorem zawitało do nas WSK, gdzie - jak obiecali Padawance Alorze - zabiorą mnie na jakieś "oczyszczenie". Znająć metody WSK z góry można założyć, że nie będzie to przyjemna dla mnie rozmowa. Przetransportowano mnie do słynnej "Cytadeli". Miejsca, w którym najpewniej umierali wcześniej nasi Padawani. Moim transportem zajmował się niejaki "Tasak", ktory - o dziwo - dobrze mi życzył i kazał tego "nie spartolić". Mówiąc oczywiście bardziej przystępnym językiem. Rzekomo również ten sam "Tasak" wynegocjował spotkanie jedynie z WSK, bez ingerencji służb federalnych. Trasportowano mnie w jakimś kontenerze który odgradzał mnie od otoczenia i w worku na głowie. Dla bezpieczeństwa również założono mi obręcz neuronową. Nie wiem ile trwał sam lot. Odosobnienie skutecznie zaburzyło mi jakikolwiek osobisty pomiar czasu.

Nie stawiałem ani żadnego oporu, ani nie robiłem problemów. Odtransportowano mnie do owalnej sali wgłąb kompleksu bez kajdanek. Nie mam prawa zachować milczenia, a wszystko co powiem na pewno zostanie użyte przeciwko mnie, cóż. Na środku sali stała dość spora klatka z jednoznacznym przeznaczeniem. Zakłócała pracę mózgu. Dodatkowo po akcji Padawanadepta Nih'lian'nebu w całej bazie ustawili dodatkowe zakłócacze, aby wykluczyć wpływ Voliandera. Spodziewali się, że wtedy Voliander znajdował się jakieś trzy kilometry od ich bazy, by tego dokonać. Skanery jednak niczego nie wykryły. Nie znali go, cóż. Aura Prakith, kultu i aura Voliandera to - że tak powiem - jedna rodzina. Już po krótkiej chwili pojawił się mój przesłuchujący. Standardowo twardy gość z jeszcze twardszą psychiką. Persona idealna do pasywno-agresywnych operacji. Zresztą... Jak każdy z WSK. Może się klonują?

Rozpoczęło się przesłuchanie. Tematów było poruszanych naprawdę wiele. Nie miałem możliwości kłamać i całe szczęście. Dla pewności faszerowano mnie nadprogramową dawką jakichś chemikaliów - nic przyjemnego. Zaburzanie pracy mózgu, stałe wrażenie jakbym zdychał na rozgrzanym przez dwa słońca kamieniu na Tatooine. Musiałem mówić prawdę. Stawka była zbyt wysoka, żeby krecić. Poza tym właśnie przez takie działania w końcu się tutaj znalazłem. O dziwo przyjmowali ją bardzo dobrze, wbrew moim wszelkim oczekiwaniom. Nie mogę powiedzieć, że byli zachwyceni - na ich miejscu nikt raczej by nie był, z ich standardami. Pytali o porwanie, o Fenderusa, o Voliandera. O wszystko. Subtelnym wkładem federalnych w piętrzenie się fali braku zaufania zdawali się zbytnio nie przejmować. Cóż - najwyraźniej znali ich metody. Po dłuższej chwili naszprycowali mnie czymś, co kompletnie zamieniło mi sufit z podłogą. Jestem przyzwyczajony do umierania, jednakże to było trochę jak... Uczucie tysiącletniej, stałej agonii na pięć minut realnego życia, poza moim postrzeganiem. Nie będę rozpisywał się o co konkretnie pytali i co opowiadałem, skoro mam z tego pełne nagranie, które możecie przewertować na własną rękę. Udało się - jakoś. Jakim kosztem dla mnie, dla nas, dla Voliandera - póki co nie mam pojęcia.

Ukryte:


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1420
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 23 wrz 2017, 18:18

Handel uchodźcami


1. Data, godzina zdarzenia: 20.09.17 21:00 - 04:30

2. Opis wydarzenia:

Na Dremulae przywiózł mnie Padawan Namon Dur-Accar. Z bazy nie zabrałam nic, za wyjątkiem użyczonego mi przez Padawan Tannę Saarai miecza świetlnego i własnego płaszcza. Z początku nie chciałam się na to zgodzić, lecz też nie mogłam wiedzieć, w co tym razem uda mi się wpakować. Wylądowaliśmy w tym samym miejscu, z którego zabrał mnie ostatnim razem. Na łące nieopodal miasta Dremul, którego budynki zaczynały się już wznosić zaledwie kilometr od nas. Pożegnałam się i ruszyłam w głąb miejskiej dżungli. Mimo tego, że wydawało mi się, że pamiętałam drogę prowadzącą na komendę, olbrzymie miasto z wieloma podobnymi do siebie rozwidleniami, zakrętami potrafiło mnie przynajmniej kilka razy zmylić. Chociaż nie na tyle, żebym się zgubiła. W miarę szybko orientowałam się, że poszłam w złą stronę; zawracałam. Dotarcie na komendę zajęło mi jakąś dobrą godzinę. Podchodząc do drzwi zastałam stróża, który w dość nietypowy sposób sprawdzał odwiedzających. Uchylił lekko drzwi, po czym wyglądając przez utworzoną szparę zapytał mnie kim jestem, oraz w jakiej sprawie. Przedstawiłam się, jak i wspomniałam o tym, że przychodzę do inspektora Jima Ruddeau. Ten szybko zorientował się, wpuścił mnie do środka i wskazał gdzie spotkanie ma się odbyć. Już na mnie czekali.

Na miejscu znajdowały się czetery osoby. Dwóch ludzi – inspektor Ruddeau, oraz jego podkomendny, który wygląda na to, że w większości przejął śledztwo pod okiem swojego zwierzchnika; podinspektor. Dodatkowo jeszcze Quarren o stopniu sierżanta i Gran. Praktycznie od razu przeszli do formalności. Na wstępie podinspektor poinformował mnie rzeczach, które udało się im ustalić. Dzięki moim wcześniejszym zeznaniom udało im się uzyskać pozwolenie na założenie podsłuchu na połączeniach wychodzących z urządzeń Variana Scerexona. Niestety za samym jego pośrednictwem nie udało im się zebrać wystarczających dowodów pozwalających na ujęcie jego, jak i współpracowników zamieszanych w planowaną intrygę handlu uchodźcami. Złapali także istoty pośredniczące w sprzedaży niewolników na Dremulae, z którymi znajomość najpewniej pozwoliła Scerexonowi na zakup. Ci jednak również nie dostarczyli wystarczających dowodów. Wszystko co mieli było jedynie poszlakami, z których adwokat Scerexona mógł znaleźć sposób, by go wybronić. Zarówno z planowenego procederu handlu uchodźcami, jak i z samego zakupu mnie, jako niewolnicy, który mógł przeobrazić w swój dobroczynny gest. Chęć uratowania zniewolonej duszy i odkupienia jej wolności. Informacje z podsłuchu zaś jednoznacznie wskazywały na to, że niebawem na terenie jego posiadłości ma odbyć się spotkanie wszystkich zaangażowanych stron, na którym mieli ustalić szczegóły operacji i dopiąć wszystko na ostatni guzik. Większość szczegółów odnośnie tego jak miało się ono odbyć była nieznana. Można było przypuszczać, że poza Scerexonem i jego przyjacielem Calomem na miejscu mogły znajdować się przynajmniej jeszcze dwie zainteresowane strony. Jednak ich liczebność, oraz cała reszta były nieznane. No i tutaj przedstawiona została moja rola. Wysłanie oddziału i zatrzymanie podejrzanych z aktualnym materiałem dowodowym mogłoby okazać się totalną porażką, z której ci mogliby się przed sądem obronić. Ponadto otwarty szturm uzbrojonych anty-terrorystów na samotną wyspę mógłby zostać szybko wykryty, co dałoby podejrzanym wystarczająco dużo czasu na ucieczkę. Moja pomoc więc miała polegać powrocie na wyspę, na której znajduje się jego posiadłość. Wyposażona w szpiegowską kamerę i nasłuch pod niewielką broszką miałabym zinfiltrować to spotkanie i zdobyć niepodważalne dowody na ich winę. Rozumiałam dobrze, dlaczego uważają, że jestem najlepszą osobą do tego zadania. Biorąc pod uwagę moją przeszłość dobrze znałam większość posiadłości, jak i zwyczaje panujące w domu. Dodatkowo w razie wykrycia nikt nie powiązałby mnie z dremulańską policją. Mogłabym wtedy odegrać skruszoną istotę, która wróciła z przerastającego ją świata do swojego pana, bądź psychopatkę, która wróciła by zemścić się na swoim niedoszłym oprawcy. Obie możliwości dawały szanse na to, że mimo wszystko obecne w posiadłości osoby nie będą specjalnie uważały na wypowiadane słowa i dostarczą mi to, po co tam wróciłam. Podstawowym założeniem było, żebym spróbowała uniknąć wykrycia. Jednak przypuszczałam, że może nie być to wykonalne. Cała posiadłość była wysadzona wręcz różnego rodzaju monitoringiem, a zdobycie takich dowodów najprawdopodobniej będzie wymagało wkroczenia do wnętrza budynku, o ile spotkanie nie odbędzie się w jadalni, która dobrze widoczna jest z okna wychodzącego na ogród. Dodatkowo mikrofon zamontowany w broszce może i mógłby zarejestrować spotkanie z takiej odległości, lecz ja raczej nie usłyszałabym nic. Nie wiedząc, czy informacje które zbieram są tak naprawdę do czegokolwiek przydatne. Co prawda oni by wiedzieli, lecz jako, że miał być to wyłącznie nadajnik – nie było możliwości, żeby mi to zakomunikowali.

Ponadto większość osób znajdujących się w pokoju chyba nie zdawała sobie sprawy odnośnie moich możliwości. Podczas rozmów Gran stwierdził, że jako Jedi na moim miejscu nie brałby żadnej broni na taką wyprawę, zaś inspektor Ruddenau zwrócił się do mnie przynajmniej kilka razy słowami – Rycerz Valo. Aż w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że spodziewali się po mnie przynajmniej kogoś na miarę Ucznia Jedi Avidhala, który nawet bez broni mógłby poradzić sobie z możliwymi niebezpieczeństwami, manipulując Mocą, bądź wykonując jakieś inne zaawansowane „sztuczki” Jedi. Wytłumaczyłam im, że muszą sobie zdawać sprawę z moich ograniczonych możliwości w tej materii, że daleko mi jeszcze do umiejętności typowego Jedi – jeśli w ogóle można to tak określić. Tak aby wszystko było jasne. Chyba ostatecznie mi się udało.

Przeszliśmy do szczegółów. Mieli dać mi nieoznakowaną motorówkę, którą miałabym podpłynąć pod posiadłość na odległość trzech kilometrów – taka gwarantowałaby to, że nie zostanę przedwcześnie wykryta. Poza podsłuchem i kamerą do dyspozycji miałam jeszcze pistolet blasterowy, miecz Padawan Saarai oraz sprzęt pływacki – kombinezon izolacyjny, płetwy, oraz kamizelkę ratunkową. Na temat samej infiltracji nie było o czym rozmwiać specjalnie, zbyt wiele mogło się tutaj wydarzyć. Plan wyglądał następująco – udaję się na wyspę, staram się uzyskać jak największą ilość dowodów unikając wykrycia, w razie konieczności improwizuję, by takowe zdobyć. Nie pozwolić na wyłączenie komputerów i postarać się, by wszyscy podejrzani pozostali na wyspie aż do interwencji oddziału anty-terrorystycznego. Na tym więc zakończyliśmy. Otrzymałam cały obiecany mi sprzęt i zostałam odprowadzona na przystań.

Osprzęt na łodzi nie był jednak przystosowany do obsługi przez osoby takie jak ja, lecz sterowanie zdawało się na tyle intulicyjne, że nie powinno sprawiać problemów. Jeden z funkcjonariuszy zaprogramował tylko nawigację, która miała doprowadzić mnie na wskazane miejsce, z którego miałam już popłynąć wpław. Po upewnieniu się, że wszystko jest na swoim miejscu wyruszyłam, podążając za poleceniami nawigacji. W końcu zauważyłam także i cel podróży, znajomą wyspę na horyzoncie. Podążając jednak ślepo za głosem komputera w odległości półtora kilometra od wyspy zdałam sobie sprawę, że nie był ten ustawiony na miejsce, z którego miałam rozpocząć… destant, ale dokładnie na posiadłośc Scerexona! Wykonałam więc dość szybko skręt i by nie wzbudzić podejrzeń, oddaliłam się na odległość siedmiu kilometrów. Następnie zawróciłam i zatrzymałam łódź w odległości trzech kilometrów od celu. Zablokowałam stery, udało mi się włączyć coś na wzór stabilizacji i założyłam na siebie cały sprzęt, sprawdzając dwa razy, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Obrazek

W końcu wskoczyłam do wody i popłynęłam w stronę posiadłości Variana Scerexona. Woda wydawała się bardzo zimna. Albo z jakichś powodów kombinezon nie przewidywał utrzymywania temperatury ciała, albo przewidywał, ale bez niego zamarzłabym w pięć minut. Tutaj pojawiły się już pierwsze trudności. Według funkcjonariuszy na spotkaniu przebycie trzech kilometrów wpław nie powinno być dla mnie problemem… i chyba zdążyłam im w to uwierzyć. Po pierwszych kilkuset metrach jednak zdałam sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo. Żeby utrzymać siły musiałam robić częste przerwy. Z początku nie aż tak, lecz dopływając już do samej wyspy zdaje się, że każde przepłynięte pięćdziesiąt metrów było wielkim wyzwaniem. Gdyby nie cały ten sprzęt pływacki to raczej mogłabym pomarzyć o przebyciu takiego dystansu. Ostatecznie jednak udało mi się dotrzeć na wyspę. Dość mocno zmęczona, porównywalnie do nieco bardziej intensywnego treningu w bazie Jedi, lecz nerwy i przypływ adrenaliny szybko pomogły mi o tym zapomnieć.

Tak oto znalazłam się tam po raz drugi. Posiadłość Variana Scerexona dokładnie taka sama jaką zapamiętałam, ten sam zapach, ten sam powiew chłodnej, orzeźwiającej morskiej bryzy. Obeszłam mur okalający posiadłość i weszłam na tylni ogród, gdzie była przystań. Co prawda nie było możliwośći zbliżyć się do budynku w taki sposób, by nie znaleźć się w polu widzenia przynajmniej jednej z kamer. Lecz ostatnim razem, gdy uciekałam z tego miejsca i zaatakowałam Variana w jego własnym pokoju – nikt nie zareagował. Dodatkowo nie znalazłam tam pokoju kontoli, więc przypuszczałam, że żadko kiedy ktoś spogląda na nie bezpośrednio. Miałam nadzieję, że i tym razem tak będzie. Zostawiłam miecz świetlny pod jednym z drzew w ogrodzie, dobrze ukryty, jako deskę ratunkową. Zbliżyłam się do murów i wspięłam się pod wielkie nie posiadające szyb okna, z których widoczna była jadalnia – miejsce w którym miałam nadzieję to spotkanie się odbędzie. W środku jednak nie było nikogo. Po chwili krew zamarzła mi w żyłach, gdy usłyszałam głos za sobą. Jakiś Trandoshanin stał kilkanaście metrów dalej. Nikt, kogo bym znała. Na szczęście wziął mnie za pomoc kuchenną i próbował zagonić z powrotem do pracy. Nie byłam pewna, czy nie jest to jakiś nowy ochroniarz u Scerexonów na patrolu, czy ktoś inny. Zeskoczyłam na ziemię, ulegle przeprosiłam cicho i obchodząc go w jak największej odległości, nie chcąc dać mu szansy na przyjrzenie się – skierowałam się w strone jednego z wejść. Ten zaś jak gdyby nigdy nic ruszył dalej, w stronę bramy. Na moment wróciłam na tylny ogród, lecz tam też nikogo nie było. Nie miałam wyjścia, musiałam wejść do budynku. Ostrożnie, poruszając się najciszej jak tylko umiałam, sprawdziłam jadalnię, cały parter. Brak żywej duszy. Były dwa wyjścia. Albo odbywa się to spotkanie w podziemiach, albo na górze. Odgłosy skrzypiącego drewna dochodzące z wyższego piętra wskazały mi jednak pierwszy kierunek. Udałam się po schodach na górę. Korytarze również były puste. Kilka drzwi otwartych, kilka zamkniętych. Ostrożnie zaglądałam w każde możliwe miejsce, nasłuchując także ewentualnych rozmów. Jednak nikogo tam nie znalazłam. No i tutaj pojawił się problem. Nie znałam podziemnej części budynku. Jeśli spotkanie miałoby się tam odbyć, mogłabym trafić prosto w sytuację bez wyjścia. Było to jednak jedyne miejsce, o którym mogłam pomyśleć. Ostrożnie stawiając każdy kolejny krok udałam się w kierunku wejścia do podziemi. Znajdowało się ono jednak po całkowicie przeciwnej stronie budynku, niż korytarz prowadzący do schodów. Zbliżając się ponownie do jadalni usłyszałam głosy dochodzące z kuchni. Stał tam spotkany wcześniej na zewnątrz Trandoshanin, oraz Gran, który również był mi obcy. Przysłuchałam się ich rozmowie, wychyliłam na moment broszkę, by kamera chociaż przez moment złapała ich w kadr. Ewidentnie rozmawiali o spotkaniu, o interesie handlu uchodźcami. Jednak w taki sposób, jakby to już się zakończyło. Nie wydawali się jednak nikim znaczącym, raczej pionkami w tej grze. Niestety też mówili głównie o podziale łupu, nie wypowiadając się zbyt konkretnie na temat samej natury interesu. Musiałam więc zaryzykować. Przynajmniej jeden z nich wydawał się na tyle głupi, by mnie pomylić z pomocą kuchenną, bądź nie był lokatorem tego miejsca. Schowałam pistolet blasterowy w doniczce nieopodal wejścia do jadalni i udałam się do kuchni. Na szczęście udało się. Obaj wzieli mnie za kucharkę Scerexona. Na nakaz Trandoshanina ulegle, ze spuszczoną głową rozpoczełam przygotowywanie dla niego smażonego kawału mięsa. Wykorzystując tą okazję starałam także dowiedzieć się czegoś więcej na temat spotkania, bądź aktualnego miejsca pobytu Variana Scerexona. Nie dowiedziałam się jednak nic poza: „No chyba dobrze, a co cię to interesuje?”. Po chwili do kuchni wszedł Devaronianin. Również mi obcy, który także wziął mnie za kucharkę. Spróbowałam więc znów, lecz z podobnym skutkiem. Ostatecznie jednak powiedział, że Varian pewnie siedzi teraz w jadalni. Przekazałam Trandoshaninowi posiłek, zabrałam kilka owoców z lodówki i opuściłam kuchnię, zostawiając ich za sobą. Tuż przed wejściem do jadalni usłyszałam głosy. Był to Varian i jego przyjaciel, rodianin Calom. Zatrzymałam się przed wejściem, ciągle trzymając w rękach tacę z owocami i zaczęłam przysłuchiwać się ich rozmowie. Rozwijała się dość wolno, chociaż powoli zaczęła schodzić na odpowiedni temat. Ewidentnie spotkanie się już zakończyło, a któraś ze spotkanych w kuchni istot była pilotem zaangażowanym w cały ten interes. Usłyszana przeze mnie rozmowa może i szła w dobrym kierunku, ale jednak nie wydawała się jeszcze wystarczająco obciążająca, a nie miałam już więcej czasu. Zbieranina z kuchni zaraz znalazła się przy mnie. Udałam, że upuściłam tacę i że zbierałam rozsypane owoce z ziemi. Spoglądali na mnie z politowaniem, jednocześnie idąc w stronę jadalni. Wszystko nagle zwolniło, gdy usłyszałam, jak jeden z nich wspomniał o nieudolnej kucharce. Varian słychać było był tym bardzo zdziwiony. Inny zaś stwierdził, że będą już się zbierali na statek, odlatywali. Oficjalnie czas się skończył, musiałam działać. Teraz, albo nigdy.

Odłożyłam tacę na ziemię, sięgnęłam do doniczki nieopodal i zabrałam z niej swój blaster. Trójka nieznajomych stała do mnie plecami, zaś Varian i jego współpracownik przodem. Stanęłam przed wejściem do jadalni tak, by widzieć ich wszystkich. Krzyknęłam, by wszyscy padli na ziemię, wystrzeliwując przy tym kilka pocisków ostrzegawczych. Starałam się brzmieć tak poważnie, jak to tylko było możliwe. Stworzyć i wykorzystać przewagę, dzięki której mogłam sprowadzić przyszłą rozmowę na odpowiednie tory. Scerexon i Calom od razu posłuchali, wylądowali na ziemi. Trójka z kuchni jednak już nie była tak skora do współpracy. Wydali się nie przejmować. Ja zaś chcąc pokazać, że nie żartuję – nim Trandoshanin dokończył swoją wypowiedź, oddałam dwa strzały, celując w jego nogi. Pierwszy chybił, drugi zaś dosięgł celu. Nie spodziewałam się aż takiego efektu. Jedno celne trafienie odseparowało kończynę od właściciela, który z krzykiem wylądował na ziemi. Nie poskutkowało jednak. Pozostała dwójka zamiast paść na ziemię, wykorzystała ten moment by samemu sięgnąć po swoją broń. Ledwo udało mi się uniknąć serii z karabinu Grana. Sama też odpowiedziałam ogniem; niecelnym. Znaleźliśmy się po przeciwnych stronach ściany łączącej jadalnię z wielkim salonem. Devaronianin zaś próbował zajść mnie od kuchni. Schował się za doniczką, w której wcześniej schowałam broń. Chybił pierwszy strzał i nim udało mu się wykonać kolejny – trafiłam go. Nie widziałam dokładnie w co, wszystko działo się bardzo szybko. Ważne, że padł na ziemię. Został tylko Gran, który spóźnił się z reakcją. Nim zdążył wychylić się i wspomóc kolege w ostrzale, ten padł, zmuszając go do powrotu do jadalni. Spróbowałam wykorzystać tą szansę, unieszkodliwić i jego. Wskoczyłam do pokoju, za stół i używając go jako zasłony - oddałam kilka strzełów w jego stronę. Nie było to już jednak takie proste. Ostrzał z jego karabinu zmusił mnie do cofnięcia się w głąb jadalni, co zaś pozwoliło Scerexonowi i Calomowi na ucieczkę. Opuściłam jadalnię z przeciwnej strony, Gran zaś pobiegł za mną. Próbując obejść uciekających od strony wejścia, pocisk z karabinu śmignął mi zaraz przy ramieniu, parząc, powodując utratę równowagi i upadek. Szczęcie, że udało mi się w czas podnieść, uniknąć kolejnej serii. Pobiegłam czym prędzej w stronę, w którą udali się Scerexon i rodianin. Udało mi się zbudować dystans między mną a Granem, wbiegłam w korytarz prowadzący w stronę schodów. Krzyki rannych i ciągłe serie z karabinu lądujące tuż za mną zagłuszały jednak wszystko. Były dwie możliwości. Tym korytarzem nie mogli udać się bezpośrednio do podziemnych hangarów. Było jednak jedno wejście z ogrodu, albo uciekli na piętro, na które jedynym wejściem była pojedyncza klatka schodowa. Wybiegłam najkrótszą drogą prowadzącą na zewnątrz, w stronę wspomnianych drzwi, lecz tam ich nie było. Musieli więc udać się na górę. Jednak w drzwiach, z których przed momentem wybiegłam zjawił się ścigający mnie Gran. Doszło do kolejnej wymiany ognia, którą szczęścliwie i tym razem wygrałam. Trafiłam go prosto w głowę, a ten padł bez ruchu na ziemię. Nie czekając na nic udałam się schodami na górę i usłyszałam ich. W pokoju gościnnym, pierwsze drzwi na lewo. Zamknięte. Tam się schowali. Musiałam się do nich dostać jak najszybciej, przynajmniej tak mi się wydawało w tamtym momencie. Wymusić na nich zeznania w bezpośrednim spotkaniu. Zbiegłam na dół, zabrałam karabin Grana i spróbowałam się przebić przez drzwi. Szybko jednak okazało się, że nie jest ta broń tak prosta w użytkowaniu, jak mi się wydawało. Odrzut prawie mnie wywrócił. Spróbowałam więc pistoletem, strzelając w newralgiczne punkty; zawiasy, zamek. Odgłosy wystrzału i drażniący smród spalanego drewna unosiły się w korytarzu. Wiekowe na pierwszy rzut oka drzwi okazały się skrywać niespodziankę, betonowy rdzeń. Nie widziałam szans na przebicie się. Zaraz ze schodów wyłonił się także Devaronianin pozbawiony ręki, oraz czołgający się beznogi Trandoshanin. Zaczeli strzelać. Zmuszona byłam wyskoczyć przez okno z powrotem do ogrodu. Ostatnia szansa na dostanie się do środka – okna. Te jednak zasłonięte były drewnianymi żaluzjami. Oddałam w nie kilka strzałów, a te rozsypały się na płonące szczątki. Wyglądało na to, że powstały wyłom pozwoli mi bezproblemowo wskoczyć do środka. Czego się spodziewałam w środku? Nieuzbrojonych Scerexona i Caloma, chowających się w „bezpiecznym” miejscu. Jednak bardzo się tutaj pomyliłam. Spróbowałam wskoczyć, nie wyszło to jednak to idealnie. Udeżyłam częścią ciała w dopalające się szczątki drewnianej konstrukcji, co zaś spowodowało utratę równowagi w locie i upadek przy lądowaniu. W samym pokoju zaś nie było ich dwóch, ale pięciu! Wszyscy uzbrojeni. Wpuścili dwójkę rannych ze schodów, nim udało mi się wskoczyć. Dodatkowo poza czwórką z dołu stał tam też kierowca Scerexonów, Meriadoc. Szybko zdałam sobie sprawę jak wielkim błędem była ta decyzja. Najszybciej jak tylko mogłam spróbowałam wyskoczyć z powrotem na zewnątrz, przez to samo okno. Jakimkolwiek zdziwieniem mogło dla nich być, że dostałam się przez okno, tak ci szybko zaczeli strzelać w moją stronę. Cudem udało mi się umknąć śmierci, wydostać z pułapki. Jednak nie bez szwanku. W pędzie ucieczki jeden z pocisków trafił mnie w kolano, drugi zaś śmignął po szacie i poparzył brzuch.

To było twarde lądowanie. Nie liczyła się technika, nie liczyło nic, poza szybką ucieczką z pomieszczenia. Wylądowałam w trawie w niewyobrażalnym bólu, nagle zaczęłam tracić siły, całe ciało odezwało się impulsywnie. Próbowałam wstać, lecz coś mi nagle przeszkodziło. Noga. Była na miejscu, lecz nie byłam w stanie nią ruszyć. Ból był niewyobrażalny. Zaparłam się jednak w sobie i mimo tego, że ciało walczyło przeciwko mnie, udało mi się jakoś wstać. Używając martej, palącej nogi jako częściowej podpory. Ciężko było zebrać myśli. Jedyne co chodziło mi pogłowie to to, że zawiodłam, że zginę. Nie miałąm wystarczających dowodów, nie przylecą mi pomóc, powtórka ze Skoth, lecz tym razem śmiertelna. Nie było szans, żebym w tym stanie nawet doszła na wybrzeże, nie mówiąc już o trzykilometrowej przeprawie wpław. Widziałam wszystko w ciemnych barwach. Zaczęłam mówić do przyczepionej do mnie broszki. Prosiłam o pomoc, reakcję... Cokolwiek. Mimo wszystko. Nie spodziewałam się odpowiedzi, wiedziałam, że nadajnik ten działa tylko w jedną stronę. Obawiałam się końca. Tam w środku zaryzykowałam. To ja oddałam pierwszy strzał, wszystko nagle zaczęło się w mojej głowie układać na niekorzyść. Ni stąd ni zowąd jednak nagle odezwał się głos. Nie wiedziałam skąd, nie zastanawiało mnie to w tamtym momencie. Najpewniej jakoś udało im się połączyć z moim przestarzałym komunikatorem. Chwila ulgi nie trwała jednak długo. Zniekształcony głos należał do inspektora Jima Ruddeau. Częściowo potwierdził moje obawy. To co do tej pory zebrałam wskazywało na ich powiązanie z tą sprawą, ale nie dobitnie. Ostatecznie. Poinformował, że przygotowują już oddział i wyruszają, ale muszę tam wrócić i wydobyć w jakiś sposób z ust Scerexona niepodważalne przyznanie się do winy. Bym nie narażała się, ale próbowała dalej. Zgodziłam się. Z jednej strony nie miałam innego wyjścia, z drugiej tu nie chodziło tylko o mnie. Nie mogłam pozwolić, żeby jego plan wszedł w życie. Usiadłam przy fontannie, która mogła posłużyć mi za ewentualną zasłonę. Próbowałam krzyczeć do nich, lecz próżno było usłyszeć odpowiedź. Pewnie dalej siedzieli w pokoju. Resztkami sił udało mi znów zmusić się do podniesienia z ziemi i przejścia, częściowo doczołgania się na piętro. Pod przypalone, betonowe drzwi. Zaczęłam ich prowokować, udawać idealistyczną psychopatkę. Zeszłam na temat jego interesu, jako swojej osobistej wygranej. Może i nie udało mi się go zabić, ale zato pokrzyżowałam jego plany. Udało się. Wdałam się ze Scerexonem w przepychankę słowną, w której nieumyślnie wyznał swoją winę. Po chwili zza drzwi zaś zaczęły wydobywać się dziwne dźwięki. Szuranie czegoś cieżkiego o drewnianą posadzkę. Nie wiedziałam co to, ale z pewnością nic dobrego. Nim jednak udało mi się ruszyć i przeczołgać na klatkę schodową – na dole już znajdował się Devaronianin. Betonowe drzwi zaś otworzyły się i z nich wyczołgał się Trandoshanin. Uniosłam ręce ku górze, odrzucając pistolet blasterowy. W obecnej sytuacji może powaliłabym jednego, jednak drugi z pewnością by mnie zabił. Liczyłam na to, że nie załatwią sprawy tak szybko. Że oddział anty-terrorystyczny zdąży na czas. O ironio, życie uratował mi Trandoshanin, który w ostatnim momencie powstrzymał Devaronianina. Chciał, by zemsta była słodka, lecz nie tak szybka. Krótka chwila ulgi jednak znów nie trwała długo. Nie powstrzymało to rogatej istoty przed wystrzeleniem pocisku prosto w moją dłoń, która rozprysnęła się w niewyobrażalnym bólu. Tutaj, to już wszystko pamiętam jak przez mgłę, jedynie agonię, wrzaski, krzyki. Moje własne, ich? Nie wiem, wszystko zlewało się w jedno, gdy zwijałam się w spotęgowanym jeszcze bardziej niż wcześniej agonalnym bólu, widząc swoją prawą rękę pozbawioną nadgarstka. Co jeszcze utkwiło w mej pamięci, to komandosi celujący prosto we mnie. I Varian, chowający się za moimi plecami, trzymający, zasłaniający się. Pamiętam, że spróbowałam jeszcze zaprzeć się i przerzucić go przez ramię. Szybka, krótka myśl. Zamiar. Nie wiem nawet, czy ciało nawet w części się mnie posłuchało. Następny był już tylko dźwięk wystrzału blastera… i ciemność.

Ocknęłam się dopiero w szpitalu, praktycznie unieruchomiona na łóżku. Albo to moje ciało nie odpowiadało? Nie wiem. Czułam je, bolało, jednak już nie tak intensywnie. W pewnym momencie usłyszałam lekarza. Opowiedział o moim stanie. O tym, że normalny człowiek nie powinien być w stanie przeżyć tylu wstrząsów w tak krótkim czasie. Mój obecny stan jednak nie zagrażał życiu. Nie wiedział co prawda, co ostatecznie z moją nogą. Czy uda się ją odratować, czy będzie potrzebna amputacja. Na sali pojawił się także podinspektor, którego poznałam podczas odprawy. Wyjawił mi, że udało się. Zatrzymali Scerexona, oraz resztę i niebawem staną przed sądem. Powstrzymaliśmy ich. Wyraził swoje, jak i reszty podziękowania za pomoc, oraz to, że zrobią co mogą, żeby postawić mnie z powrotem na nogi. Wszystko finansowane z kas dremulanskiej policji. Inspektor Jim Ruddeau zaś był właśnie w trakcie pisania raportu dla Komendy Głównej Skoth. Tyle pamiętam. Utrzymywanie czegokolwiek nawet zbliżonego do skupienia, czy nawet przytomności było ciężkim zadaniem w tamtym momencie. W końcu zrobiło się cicho, wszyscy się rozeszli, a ja zaś miałam trafić z powrotem do bacty. Byłam bezpieczna, więc nic nie stało na przeszkodze, by poddać się. Przestać walczyć i zasnąć. Odpocząć.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:


4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 444
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Hope Novastar dodano: 26 wrz 2017, 14:45

Twardszych negocjacji ciąg dalszy

1. Data, godzina zdarzenia: 08-09.09.17 22:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Kilka dni temu, wieczorem, skontaktował się ze mną Gordan Visales - funkcjonariusz znany ze sprawy Padawan Tanny i Bar'a'ki. Chciał się niezwłocznie spotkać w barze na przedmieściach Skoth. Ruszyłem do Y-Winga i udałem się na spotkanie. Bar umiejscowiony był na jednej z mniej ruchliwych dzielnic - zwłaszcza nocą. Lokal nie trudno było odnaleźć. Na miejscu również tłumów brak. Jedynie funkcjonariusz, Gran za barem i kilku przechodzących. Finalnie dosiadłem się do funkcjonariusza, siedzącego przy jednym ze stolików.

Pan Gordan wezwał mnie w sprawie właśnie tego, co udało się dowiedzieć padawanom podczas pierwszej ich współpracy. Technikom udało się rozszyfrować datapad, który pozyskali padawani podczas tamtego zamieszania. Wnioski i treść zawarta na jego dysku wysunęły konkluzję, jakoby człowiek wynajęty do uprowadzenia agenta, jednocześnie właściciel urządzenia został wynajęty przez jegomościa nazwiskiem Harrison Fell. Jest to biznesmen mieszkający w Galli. Według śledczych, dość szanowana osobistość na naszej planecie. Jest właścicielem firmy o nazwie HSPP. Niestety jedynym tropem, który wiąże go z tą całą sprawą jest dość głęboko zakopana siec przelewów, która znajdowała się na Datapadzie. Funkcjonariusz zasugerował, jakoby Fell miał jakieś kontakty z Sanarisem - choć nie ukrywajmy, w biznesie to dość powszechny zabieg, bo jakżeby inaczej budować interesy? Moim zadaniem było natomiast dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat; kto tak naprawdę wysłał porywacza i jaki kontakt Fell ma z Sanarisem. Miałem szczęście, bo akurat pan Fell miał przeprowadzać kontrolę w swojej nowej fabryce, do której miałem się udać. Otrzymałem możliwość dostania wszelkich dokumentów do tego zadania - szczerze powiedziawszy nie wiedziałem jak ugryźć tę sprawę, zważywszy, że niewiele razy miałem okazję prowadzić działania stricte infiltracyjne. Do głowy przyszło mi najprostsze rozwiązanie; inspekcja BHP. Mój pomysł spotkał się z aprobatą ze strony funkcjonariusza, zatem nie pozostało nic innego jak ruszyć na "inspekcję". Dostałem namiary na fabrykę, a dokumenty w drodze na miejsce.

Gdy dotarłem na miejsce, zapoznałem się z dokumentami. Fabrykę stanowiła ogromna hala, wypełniona kontenerami aż po sufit. Wchodząc wgłąb placówki, dostrzegłem kilka osób - wśród nich był pan Fell i jego asystent, istotnie. Przedstawiłem się jako młodszy inspektor Hanz Valerian. Były to późne godziny wieczorne, więc pracowników dziwiło moje przybycie, zwłaszcza, że takie kontrole prowadzi się w dzień, a nie w nocy. Wytłumaczyłem się krótkim stażem i chęcią załatwienia wszystkiego jak najszybciej - rzekomo poprowadziłem za dużo kontroli pod rząd z harmonogramu. Udało mi się wynegocjować kontrolę, ale tylko rejestrów z transakcji i stanu technicznego maszyn - na drugą kontrolę miałem przyjść jak będą wszyscy pracownicy - innymi słowy w godzinach pracy.

Od samego asystenta, który zaprowadził mnie do komputera dowiedziałem się w zasadzie niewiele. Facet albo doskonale trzymał gębę na kłódkę, albo po prostu nic nie wiedział. Wspomniał jedynie że Sanaris pośredniczył w transportowaniu wytwarzanych przez Fella wyrobów. O firmie wspomniał nie dużo więcej - interes jakoś leciał, choć nie tak jakby sobie tego Fell życzył.
Sam szef natomiast po luźnej rozmowie powiedział zdecydowanie więcej. Sanaris był początkowo poważnym partnerem biznesowym Fella - w zasadzie to dzięki niemu i jego pieniądzom firma Harrisona przeżyła swój rozkwit. Obydwaj mają ze sobą bardzo dobry kontakt.
Naturalnie nie mogłem pytać go o rzeczy stricte związane ze śledztwem, bo spaliłoby to moją wiarygodność jako kontrolera. Co do rejestrów - wszystko wskazuje na to, że przedsiębiorstwo jest czyste. Szczerze powiedziawszy, wykluczyłbym również samego Fella, choć też nie stuprocentowo, ze względu na jego podejście do ludzi i ogólne zachowanie - przez cały czas był sympatyczny i co prawda sprawiał wrażenie kogoś, kto nie patyczkuje się w swojej branży, ale nic poza tym.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:


Kopia tego sprawozdania wędruje do funkcjonariusza Gordana Visalesa, z racji prowadzenia przez niego tej sprawy.

4. Autor raportu: Padawan Hanz Aderbeen
Obrazek
Ukryte:
Hope Novastar
Były członek
 
Posty: 500
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 26 wrz 2017, 16:51

Uszkodzony Duch

1. Data, godzina zdarzenia: 26.09.17, 23:30 - 03:00

2. Opis wydarzenia: Późnym wieczorem skończyłem trening zasłony, trenowali ze mną żołnierze z oddziału Nexu. Specjalista Rions, kapral Freya, specjalista Thorn. Cała trójka napotykając Mistrzynię związała się rozmową, Mistrzyni w późniejszej części gdzieś poszła. Temat przeszedł na majora. Zdecydowałem się pociągnąć niedokończone badanie w jego sprawie, potrzebowałem jednak myśliwca i pilota. W dalszej części sprawozdania nie ma rozwinięcia wątku tego badania, ponieważ jego wyników jeszcze nie ma, a ono same nie ma żadnego związku z tą sytuacją.

Spotkałem się z majorem (zareagował na wezwanie przez holodate). Chciałem najpierw zaprowadzić go do Mistrzyni, aby przyjrzała się jego zjawisku, poza tym mogła pilotować myśliwiec. Pojawiła się Pani kapral Freya w hangarze, chciała jakoś pomóc. Major wtedy powiedział w przybliżeniu: „Nie wiem z kim rozmawiasz, bo nikogo nie widzę”.

Nie widział, nie słyszał ani nie odbierał w żaden sposób jej obecności. Do Pani kapral dołączyli po chwili wspomniani na początku specjaliści. Żaden z nich nie dostrzegał Redge’a. Kazałem Panu Thornowi strzelić do mnie. Major nie postrzegał żadnego fenomenu, mimo że wystrzelono we mnie kilka pocisków. Wydałem polecenie Panu Thornowi aby strzelił obok mnie, tam gdzie ja widziałem Redge’a. Major urósł do olbrzymich rozmiarów, upadł na ziemię i zniknął.

Po chwili szoku wezwaliśmy go. Major przemawiał naprzemiennie przez moje ciało lub Pana Thorna. Kiedy ja o coś pytałem, odzywał się Pan Thorn, a kiedy on to ja. Na początku major musiał cierpieć, błagał abyśmy zakończyli jego męki. Twierdził, że nic nie widzi, nie wie gdzie jest, nie potrafił określić swojego miejsca w przestrzeni. Początkowo był to jednak skowyt w bólu. Pojawiła się Mistrzyni. Doszliśmy do wniosku, że trzeba spróbować ogłuszyć, któregoś z nas.

Najpierw Rions, uderzył mnie próbując pozbawić przytomności, bez powodzenia. Bodźce, których mi dostarczył dały ujście poprzez Pana Thorna, wydał z siebie wrzaski majora. Pani kapral, ogłuszyła go blasterem. Zasiadłem jak do medytacji i uspokoiłem swój organizm, to pomagało majorowi. Jednoczesna świadomość moja i żołnierza, rozrywały Redge’a, teraz mógł spokojniej mówić. W międzyczasie Mistrzyni odkryła, że wewnątrz mnie jest mikro-cząstka aury majora, a u nieprzytomnego żołnierza jej nie odnalazła.

Zebrani zaczęli ze mną rozmawiać, major nie słyszał ich słów, oni słyszeli moje i Redge’a po przez moje ciało. Rions zauważył, że kiedy Mistrzyni przemawia, major zaczyna mówić o swoim mieczyku do golenia. Sporo czasu i kilku prób potrzebowaliśmy aby wydobyć w ten sposób informację o tym co stało się po zniknięciu Redge’a, kiedy przegrał pojedynek ze Starszym w ciele zabraka.

Starszy pragnął opętać majora, ten walcząc o przetrwanie jego ulegającego umysłu znalazł w kieszeni mieczyk od Mistrzyni i wbił mu w oko. Dzięki temu udało mu się przerwać łamanie jego umysłu, jednak po tym fakcie nie pamięta nic. Możliwe, że miecz został upuszczony w miejscu zdarzenia.

Tajemnicą jest fakt, że Redge ocknął się w zupełnie innym miejscu. Podczas wyciągania z Redge'a informacji odkryliśmy, że jest w stanie odczuwać pewne bodźce przez mnie. Kulminacje swoich wspomnień, które przypominał sobie na nowo uzyskał dopiero kiedy Mistrzyni chwyciła mnie za rękę. Podczas mowy do niego lub kilku pytań naraz, mówił o ruchu, zanikaniu z pola widoczności przedmiotu, a kiedy stykaliśmy z Mistrzynią dłonie widział go w pełni. Sprawdziliśmy na Amphistafie jak zareagują bodźce Redga, opisywał to jako „materialną pustkę”. Na pytanie Namona, który pojawił się w międzyczasie - „czy ten go widzi” - odparł twierdząco, jakby ten stał obok niego.

Siedzieliśmy nad tą sprawą do bardzo wczesnego rana, wszyscy musieli się położyć. Kiedy zasnąłem, podobno jakby przez sen wyjękiwałem słowa majora, proszącego o uśmierzenie bólu. Zdecydowałem się nie spać, ale kiedy poszedłem do toalety i usiadłem na muszli klozetowej, zasnąłem. Obudziłem się, przemówiłem do majora, ale go już nie było. Poszedłem do mojej kwatery wyspać się normalnie. Zastałem go w moim łóżku, nie dało się go dobudzić. Położyłem się w śpiworze na karimacie, zasypiając z trudem przez chrapania zjawy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Hope Novastar dodano: 26 wrz 2017, 17:27

Nie ma miejsca jak dom

1. Data, godzina zdarzenia: 21.05.17 18:30 - ~0:00

2. Opis wydarzenia:

Obrazek
Ostatnie chwile na Coruscant. Rycerz Jedi Vashami i Padawan Hanz Aderbeen


Po tym jak myśliwiec opuścił Coruscant, siedziałem wbity spojrzeniem w iluminator. Wszystkie te traumatyczne wydarzenia - wejście na lądowisko, śmierć mistrzyni, paniczna ucieczka - nie pozwoliły mi zasnąć mimo monotonnie płynącego rytmu tunelu nadprzestrzennego. Krzyki ludzi na ulicach, wrzaski uczniów akademii odbijały się echem w mojej głowie. W kosmosie nikt prócz innych Jedi krzyku milionów istnień nie usłyszał.
Myślałem tylko o tym, żeby uciec; uciec jak najdalej. Możliwości nie było zbyt wiele - Vongowie byli praktycznie wszędzie. Najbliższą ostoją dla istot z naszej Galaktyki była Aargau. Spróbowałem się tam zaszyć do czasu aż ktoś z ocalałych Jedi się nie odezwie. Wszystkie te wydarzenia były dla mnie ciężkie do zniesienia; jednego dnia tracisz nie tylko kumpli z akademii, ale i także swoją mistrzynię.

Na Aargau, dzięki pomocy organu ds. imigrantów, otrzymałem małą klitkę i znalazłem pracę w osiedlowym barze. Nie mogłem tam jednak zostać za długo - Vongowie najzwyczajniej w świecie dolecieliby tu lada chwila. Zaledwie kilka miesięcy później udałem się na Empress Teta, gdzie musiałem sprzedać myśliwiec Rycerz Vashami, bo nikt tam nie chciał mi udzielić pomocy. A nie chciałem nigdzie występować jako Jedi - po to by nie siać niepotrzebnej paniki. Skończyłoby się to pewnie obserwacją ze strony organów bezpieczeństwa. Nie ułożyłem jeszcze wtedy wszystkiego w swojej głowie - w jednej chwili zostałem sam jak palec.
Wtedy właśnie nasunęła mi się na myśl jedna rzecz - powrót do domu. Prakith zawsze było miejscem zdawałoby się odciętym od świata - głównie przez otaczające układ planetarny Czarne Dziury. Po kolejnych miesiącach w końcu zebrałem dostatecznie dużo pieniędzy, by wykupić lot na Prakith.

Podczas tej podróży nieco odetchnąłem - sądziłem, że wracając pod dach, stęskniona rodzinka będzie się cieszyła. Nic bardziej mylnego - ale o tym za chwilę.
Statek wylądował w porcie lotniczym Skoth. Wtedy już wszyscy wiedzieli o upadku Coruscant. Po wylądowaniu, wszyscy pasażerowie zostali skierowani na kontrolę. Kolejka powoli się zmniejszała, aż w końcu sam stanąłem naprzeciwko uroczej blondynki w policyjnym mundurze - Vivaldis Freye. Kontrolerkę zdziwił fakt, iż jestem Jedi. Nie tyle zszokował co zdecydowanie zainteresował. Moje dane trafiły do komputera - wszystko się zgadzało. Pobrano również moje rzeczy do sprawdzenia - oddałem datapad, miecz świetlny i resztę rzeczy, jakie miałem pod ręką. Po tym wszystkim skierowano mnie na badania do urzędującego w tym punkcie lekarza - dość kontrowersyjnego zachowaniem. Facet był bardzo miły, i sympatyczny - powiedziałbym że nawet za bardzo. Do tego cały czas miałem wrażenie, że ma ciągoty nie do płci przeciwnej. Nie wiem czemu. W każdym razie - diagnoza była jasna - oprócz ponadprzeciętnego stężenia Midichlorian we krwi, było wszystko dobrze. To tylko potwierdziło, kim naprawdę byłem. Najpewniej moje dane poleciały dalej - wnioskując po tym co się później wydarzyło.

Zamówiłem taksówkę, by zawiozła mnie do Skoth. Pomyślałem, że pojednanie z rodziną zacząć od własnej rodzicielki - udałem się więc do restauracji, w której pracowała. Na miejscu przywitała mnie niemiła niespodzianka. Po tym jak powiedziałem recepcjonistce, że przyszedłem do matki, ta wracając powiedziała, że nie ma już syna - umarł dawno temu. Nalegałem by ją tu przyprowadziła. Do skutku
Spodziewałem się ciepłego przyjęcia - niczym syn marnotrawny ze strony swojego ojca. Chciałoby się, co?
Od progu kuchni matka zaczęła mnie przeklinać, zwaliła moją winę na śmierć ojca, dodatkowo jeszcze na śmierć wuja. Tak - rzekomo wuj Pelt zginął przez współpracę z Jedi. Musiałem się dowiedzieć czegoś więcej, ale nie zdołałem, bo do restauracji wparowała brygada komandosów. Skuli mnie, przycisnęli do parteru i założyli worek na łeb.

Zdjęto mi go dopiero w miejscu zwanym "Cytadelą". Zaprowadzono mnie do pokoju przesłuchań, w którym przedstawiono mi sytuację. Całkiem dziwnym zbiegiem okoliczności okazało się niedawno przed tym jak przyleciałem, wuj Pelt popełnił samobójstwo. Dodatkowo był zamieszany w jakieś tajne konszachty z lokalną grupą Jedi, która miała być rzekomo grupą terrorystyczną, działającą na szkodę Prakith. Sam nie wiedziałem zbyt wiele, ze względu na fakt, iż nie było mnie tu prawie 10 lat i z nikim się nie skontaktowałem. WSK i agencja federalna, którymi okazali się być ludzie mnie osaczający zdobyli moje dane od punktu kontrolnego w porcie lotniczym. Nie bardzo sam osobiście byłem przydatny WSK, dlatego istniały dwie opcje - albo zostanę "zutylizowany", albo przeniosą mnie do tej grupy Jedi. Brzmiało naprawdę poważnie. Nikt raczej nie chciałby zginąć, więc musiałem się zgodzić na opcję numer dwa. Zesłano mnie tam tylko dlatego, że chcą trzymać wszystkich Jedi w jednej grupce.

Był to bardzo wietrzny wieczór. Lecieliśmy nad Prakith - gdzieś daleko w góry. W kilku chwilach właz transportowca się otworzył; but w plecy i lot w stronę ziemi. Spróbowałem wylądować w miarę ostrożnie, lecz wysokość była zbyt duża. Wylądowałem na terenie kompleksu górskiego - Bazy Jedi. Na start przywitała mnie salwa ze strony łowcy nagród. Zaraz po tym przyszła Padawan Saarai. Przedstawiłem się. Wkrótce po tym znowu zostałem zaatakowany - tym razem omyłkowo przez jednego z droidów. Z racji, że nie chciałem przypłacić tej konfrontacji życiem, szybko sobie z nim poradziłem. Finalnie; Padawan Tanna Saarai przyjęła mnie pod dach, na Prakith - do miejsca, które nie chciało o mnie pamiętać.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

-Przepraszam, że pojawia się to dopiero teraz. Mam nadzieję że wyjaśni to pokrótce jak się tu znalazłem.

4. Autor raportu: Padawan Hanz Aderbeen
Obrazek
Ukryte:
Hope Novastar
Były członek
 
Posty: 500
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 19 paź 2017, 16:39

Punkt centralny


1. Data, godzina zdarzenia: 14.10.17 23:00-5:00, 17.10.17 22:00-4:00

2. Opis wydarzenia:

Kilka tygodni temu, wraz z Padawanem Bar'a'ką wysnuliśmy pewną teorię. Wiadomo już było, że za każdym razem, gdy oddalaliśmy się wraz z majorem Leeckenem od bazy, ten znikał. Pojawiał się chwile później, twierdząc że spadł ze śmigacza, bądź zasnął na tylnym siedzeniu, jeśli nie miał jak wydostać się z pojazdu. Zawsze wytłumaczenie było spójne. Tak samo jak wszelkie inne zjawiska zachodzące przy majorze w sposób niewymuszony. Co więc, jeśli w jego znikaniu była jakaś metoda? Koniec końców, co by się nie stało – zawsze pojawiał się z powrotem w okolicach bazy, w której jego obecność zaś była stabilna. Może baza, obelisk w jaskini, bądź jakieś miejsce było punktem centralnym tej anomalii. Zakładając, że… cokolwiek to jest; rozchodzi się we wszystkich kierunkach jednocześnie to bylibyśmy w stanie ustalić środek poprzez znalezienie czterech punktów, w których major znika. Zjawisko to także wydaje się także dużo bardziej skomplikowane, ponieważ major czasami znikał kilkanaście kilometrów od bazy, innym razem zaś dopiero po setkach. Postaraliśmy się zniwelować błędy, które mogły z tego wyniknąć, więc ustaliliśmy, że najlepiej będzie, jeśli podczas transportu majora będziemy poruszali się na względnie stałej wysokości i ze stałą prędkością. Wraz z Padawanem przeprowadziliśmy wtedy pierwszy test, który jednak zakończył się fiaskiem. Przez następne tygodnie jednak nie udało nam się pociągnąć tego dalej. Dopiero kilka dni temu powróciłam do tej sprawy.

Dzięki pomocy Padawana Aderbeena, jak i o dziwo – naszego więźnia, Aetasa Hyenna udało nam się ustalić cztery punkty. Za każdym razem rozpoczynając kolejny przelot z nad bazy w innym kierunku. Do dwóch lotów użyliśmy promu Sentinel. Po nieudanej próbie z Padawanem Bar'a'ka doszliśmy do wniosku, że major nie zniknie aż do momentu, w którym ktoś przestanie... postrzegać jego obecność. Tak więc ten idealnie się do tego nadawał, jako mogący oddzielić nas i majora zamykanymi drzwiami. Prom jednak szybko dał znać o swoim beznadziejnym stanie. Silniki pracowały nienormalnie głośno, a raz nawet usłyszeliśmy huk. Nie wiem jednak co było jego przyczyną. Resztę kursów wykonaliśmy Y-Wingiem. Major siedział cicho na tylnym siedzeniu, a ja regularnie, co trzydzieści sekund sprawdzałam, czy ten dalej się z nami jest. Na szczęście sposób ten okazał się skuteczny nawet w ciasnej kabinie Y-Winga i udało nam się zdobyć poszukiwane dane. Lecąc na południe i wschód odległość była podobna. W pierwszym wypadku 289, w drugim 295 kilometrów. Zaś północ i zachód znacznie zaczęły tutaj odstawać - 530 i 560 kilometrów. Na już pierwszy rzut oka widać, że jeśli leżą one na jednym okręgu, to centrum tego wszystkiego będzie dużo dalej od naszej bazy, niż początkowo przypuszczaliśmy.

Po wszystkim wraz z majorem połączyliśmy zebrane punkty. Ze środków odcinków wyprowadziliśmy proste normalne. Okazuje się, że wszystkie one spotkały się w jednym punkcie. Oznacza to więc, że rzeczywiście wszystkie one leżały na jakimś okręgu, zaś jego środek może skrywać to, co odpowiedzialne jest za aktualny stan majora Leeckena. Kwadrat E-12, 17.5 na wschód, 2.8 na południe. W przybliżeniu połowa drogi pomiędzy Skoth, a naszą bazą.

Major chciał od razu tam lecieć, ja jednak kategorycznie mu zabroniłam. Nie mamy pojęcia, co tam się znajduje. Może to być kryjówka kultu, może być to Starszy, jakieś ruiny. Może jeszcze coś innego. Jedno jest pewne – coś tam musi być. W jednej sprawie jednak się z nim zgadzam – nie powinniśmy zbyt długo zwlekać. Cokolwiek to jest, może się przemieszczać. Za tydzień może być już całkowicie innym miejscu. Powinniśmy spróbować ustalić jakiś plan, sprawdzić to. Początkowo najlepiej z ukrycia, by nie ujawniać naszej wiedzy. Zabranie majora w tamto miejsce może być tak samo kluczem do poznania tego, co się tam tak naprawdę dzieje (w końcu może być to coś ledwo widocznego, tak samo jak obecność majora dla większości), jak i równie dobrze przekazaniem go pod drzwi nieprzyjaciela. Nie wiem jednak, czy ten da się przekonać do pozostania w tyle tym razem. Dlatego też sądzę, że warto zaryzykować. Jak dotąd jest to chyba najlepszy trop jaki udało nam się uzyskać. To nie może być przypadek. Zachowując przy tym oczywiście wszelkie środki ostrożności. Wyruszyć tam z kimś, kto będzie w stanie przynajmniej dać nam szansę na ucieczkę w razie konfrontacji z kultem.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 444
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

W imię pokoju

Postautor: Tanna Saarai dodano: 19 paź 2017, 19:58

W imię pokoju
Kuar


1. Data, godzina zdarzenia: 18.10.17, 21:30-4:00

2. Opis wydarzenia:
Udałam się do sektora Jaso na wezwanie kapitana Larsa Yggrema, po opuszczeniu Głębokiego Jądra pobrałam mapy i ruszyłam w miejsce, w którym obecnie znajdował się Gwiezdny Niszczyciel „Explorator”.
Po wylądowaniu zastałam ogromne poruszenie, prace naprawcze trwały w najlepsze, wszyscy dawali z siebie maksimum, by przywrócić Niszczyciel do pełnej sprawności po niedawno stoczonych bojach. Z tego też powodu uzyskanie informacji, gdzie znajdę Pana kapitana zabrało mi więcej czasu niż powinno. W końcu jednak udałam się na mostek.

To było miłe uczucie, wrócić ponownie na statek, od którego wszystko się zaczęło. Całe moje dotychczasowe życie, wszystko, czego się nauczyłam, co przeżyłam, co straciłam i zyskałam zdefiniowane zostały w chwili, gdy pierwszy raz postawiłam stopę na Exploratorze. Wtedy byłam tylko małą, zagubioną dziewczynką, która szuka swojego miejsca i celu w ogromnej Galaktyce. Teraz kroczyłam przez korytarze, hangary i pomieszczenia, jako Padawan Jedi. Widziałam twarze żołnierzy, którzy pamiętali bitwę o Exploratora, których życie udało mi się uratować tamtego dnia. Istot wielu ras, którzy mogą cieszyć się kolejnymi chwilami z przyjaciółmi, bliskimi dzięki temu, że Mistrzyni Jedi Elia Vile, dzięki woli Mocy była w dniu, który zmienił moje życie na Exploratorze, by wskazać mi ścieżkę, którą teraz kroczę. Czasami zastanawiamy się, czy to, co robimy ma sens, czy warto walczyć o przegraną sprawę, o niemożliwe. Czy mimo kolejnych kłód, jakie rzuca nam pod nogi życie dalej brnąć uparcie do celu, który sobie obraliśmy, gdy powiedzieliśmy głośno „Chcę być Jedi”. W chwili, gdy przechodziłam obok żołnierzy, gdy czułam ich spojrzenia na sobie i słyszałam ich głosy byłam pewna, że warto. Że mimo wszystkich przeciwności rządów, organów prawa, organizacji paramilitarnych, Kultów… Warto ryzykować własne życie. Bronić tych, którzy mają mniej siły od nas.

Na mostku powitali mnie kolejno podporucznik Feliks Heinstow, kapitan Lars Yggrem oraz stary znajomy sierżant Geral Terp; jego twarz od razu wydała mi się znajoma, jednak nie mogłam sobie przypomnieć chwili naszego poznania.

Jakże mi było wstyd, gdy okazało się, iż ten człowiek jest fundamentem, na którym opiera się moje obecne ja, jako Jedi. To właśnie Geral Terp przywiózł mnie na pokład Exploratora. To właśnie z tym mężczyzną uciekliśmy z kantyny, która została napadnięta przez, jak się później miało okazać Brygadę Pokoju. Ten człowiek odmienił moje życie na zawsze, pomógł mi odnaleźć cel swojego życia. Więcej… To on polecił mnie do tego zadania, mając mnie w pamięci… A ja nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam. Wstyd i upokorzenie, które próbowałam ukryć pod płaszczem manier i protokołu.

Pan podporucznik oraz kapitan wprowadzili mnie w detale mojego zadania. Na planetę Kuar zmierzała niedobitki rozbitej już Brygady Pokoju, która teraz opiera się w głównej mierze na niewielkich, samozwańczych oddziałach o własnej strukturze i hierarchii; bez odgórnego nadzoru kogokolwiek. Pan kapitan zdołał pozyskać informacje, iż grupa zmierzająca z Foerost na Kuar ma zamiar założyć tam obóz koncentracyjny, w którym przetrzymywani będą złapani przez nich Jedi oraz inni wrażliwi na Moc, by następnie oddawać ich w ręce Yuuzhan Vong. Moim zadaniem było przedostać się na powierzchnię planety, zinfiltrować miejsce podejrzewane o bycie obozem, uzyskać jak najwięcej informacji oraz wydostać wszelkich przetrzymywanych tam więźniów. Wszystko to oparte na teorii, iż Kuar jest w istocie czymś więcej niż tylko kupą niczego na skraju Głębokiego Jądra.
Taki jednak los Jedi. Ruszać tam, gdzie jesteśmy potrzebni. Zmagać się z czymś, co nas przerasta, a z czym zwykli ludzie nie mają szans sobie poradzić. To zadanie oczywiście nie należało do aż tak skrajnej kategorii. Wysłanie jednak pojedynczego myśliwca na planetę, która może stanowić bramę wjazdową do Głębokiego Jądra dla floty Yuuzhan Vong wydawało się najlepszym pomysłem. Więcej… Jedynym słusznym. Przebycie Głębokiego Jądra to zmaganie się ze śmiercią na każdym parseku, a okrążenie całego Głębokiego Jądra i próba przedostania się na Kuar od strony okupowanego przez najeźdźcę Coruscant… To oczywista misja samobójcza i to nie z rodzaju tych podejmowanych przez Mistrzynię Vile, czy Rycerza Avidhala.

Po ustaleniu wszelkich szczegółów oraz otrzymaniu zgody na zabranie sprzętu z pokładu Exploratora zostałam odprowadzona do ładowni, a następnie hangaru, gdzie czekał już na mnie mały, zwinny i nieuzbrojony myśliwiec otrzymany od Sojuszu, przez szeregowego Tynblade.

Droga na Kuar, jak każda podróż przez Głębokie Jądro, nie należała do tych najprzyjemniejszych. Wielokrotne kalibrowanie tras nadprzestrzennych, niemal nieustanne sterczenie przy systemach myśliwca potrafiły porządnie zmęczyć. Zdążyłam się zdrzemnąć na krótką chwilę raptem dwa razy, by po przebudzeniu znów powrócić do rutyn lotu w siedliszczu nieprzewidywalnych czarnych dziur. Podczas jednego z wielu przymusowych wyjść z hiperprzestrzeni i ponownego wyliczania skoku zaobserwowałam dziwny, czarny kształt przemierzający pustkę kosmosu; to z pewnością był pojazd Yuuzhan Vong. Nie miałam okazji się mu przyglądać, gdyż komputer poinformował mnie o pomyślnym wyliczeniu trasy, na całe szczęście. Zniknęłam nim zdążył wykryć moją obecność. Samo wejście na orbitę, a później atmosferę planety uznać mogę za całkowicie rutynowe i schematyczne. Poszukiwanie miejsca dogodnego do lądowania również nie stanowiło wyzwania. Opierając się na koordynatach otrzymanych od Sojuszu, które wskazywać miały miejsce znajdowania się interesującej mnie grupy byłych członków Brygady Pokoju, wylądowałam nieopodal niewielkiej osady. Parę kilometrów marszu i mogłam przystąpić do głównej części zadania.

Ah, no tak… Oczywiście nie mogłam pójść do wioski i liczyć na to, że jakoś to będzie. Wymyśliłam sobie, więc historię. Korzystając z ostatnich przygód Padawan Alory Valo z handlarzami niewolników pomyślałam, iż podam się za jedną z osób zamieszaną w interesy z Varianem Scerexonem, która zmuszona do ucieczki z Dremulae po rozbiciu grupy weszła w posiadanie miecza świetlnego martwej w tej akcji Jedi. Wydawało się to rozwiązywać większość problemów. Wspólny grunt z Brygadą Pokoju w postaci handlu niewolnikami, posiadanie przeze mnie miecza świetlnego i przydatność, jako osoby, która ewentualnie dołączy do grupy. Za wiele z tej historii jednak niedane mi było przekazać… Zatem wracając do sprawy sedna…

Po dotarciu do wioski powitał mnie widok siedzącego na murku, oddzielającego bezkresne nic i wioskę, Cathara. Nie był on zbyt rozmowny jednak na szczęście, bądź nieszczęście pojawiła się grupa trzech mężczyzn. Wszyscy wyrazili ogromne zdziwienie i zaniepokojenie moim pojawieniem się. Przyjęłam jednak postawę pewnej siebie osoby, która chce tylko rozprostować kości, napić się czegoś i odpocząć po trudach podróży z Dremulae. Mimo ewidentnej nieufności zostałam zaproszona do wnętrza pobliskiego domu, gdzie uraczono mnie butelką wody. Mężczyźni wspomnieli o panującej chorobie, która toczy się przez wioskę i ostrzegali, iż powinnam się, czym prędzej wynosić, jeśli nie chcę się zarazić. W takich momentach jeszcze bardziej cieszę się ze wsparcia Mocy. Naturalnie zwiększona odporność na wszelkiego rodzaju wirusy, bakterie, czy toksyny pozwoliła mi zachować spokój o swoje zdrowie i kontynuować próby wydobycia jak największej ilości informacji od moich rozmówców. Objawy choroby, jakie zdążyłam zaobserwować to wysypka oraz rany na ciele (choć widziałam je jedynie na rękach i twarzy z przyczyny oczywistej, mężczyźni byli ubrani) zarówno świeże jak i starsze, skrywane pod strupami. Nie wiem czy to jakaś zaraza, może coś powiązanego z Yuuzhan Vongami, bądź samym Kuar, czy może jedna z odmian popularnych w Galaktyce chorób, których zwalczanie w trakcie wojny staje się trudniejsze, przez co można je obserwować ponownie panoszące się na wielu światach.

W każdym razie znalazłam się w środku, gdzie rozsiadłam się w fotelu i obserwowałam bacznie każde poczynanie otaczających mnie istot. Wchodzili, wychodzili, naradzali się za ścianami… Byli nieufni, nie trudno się im dziwić. Ich logiczne myślenie przykrył płaszczyk strachu, który przejął nad nimi kontrolę i zmusił do działań bezsensownych, nielogicznych, brutalnych, sprzecznych naturze i zwyczajnie bestialskich. Widziałam ten strach wymalowany na ich twarzach, czułam go w każdym z ich słów, nawet, gdy próbowali zgrywać twardzieli. To nijak nie usprawiedliwia zbrodni, jakich się dopuścili oraz dopuszczają im podobni, stanowi jednak dość smutny aspekt do przemyśleń nad okropieństwami, do jakich zmusza nas nasza natura podsycana przez okropieństwo wojny.
Zdążyłam wyłapać parę imion, które w świetle późniejszych wydarzeń nie mają już niestety żadnego znaczenia; łysy, barczysty mężczyzna Ravi, kulturalnie elokwentny, jak każdy Aqualish Quoross, niczym niewyróżniający się z towarzystwa, przeciętniak imieniem Med oraz ktoś, kto wydawał się być posiadać największy autorytet o imieniu Crop. Pojawił się później również kolejny mężczyzna, jednak jedyna rozmowa, jaką z nim odbyłam nie mogła opierać się na grzecznościach i wymianie informacji personalnych. Do tego jednak dojdę później.

Gdy mężczyźni naradzali się na zewnątrz, ja popijałam wodę i rozmawiałam o wiszącym na ścianie obrazie. Aqualish okazał się całkiem dobrze obeznany w sztuce, o której mówił oczywiście w typowym dla tej rasy sposobie. Nie miałam jednak ani przez chwilę w zamiarze podziwiania sztuki, a jedynie dać sobie czas na zbadanie aury otoczenia, w którym się znalazłam. Wpatrywanie się z zamyśleniem w obraz wydało się być dobrym pomysłem, by oddać wiarygodnie przyczynę mojego chwilowego zamarcia w bezruchu, jakiego potrzebuję, by wykonać tę czynność. Udało mi się wyłapać jedynie wątły, ledwie wyczuwalny ślad spaczenia tego miejsca przez zło oraz coś, co uratowało mi prawdopodobnie życie; zbierających się dookoła budynku ludzi. Przeczucie nadchodzącego zagrożenia, jakby ukłucie szpilki w tył pleców. Wiedziałam, że coś się zaraz wydarzy, a potwierdzenie znalazłam, gdy dostrzegłam przysłaniający rzeczywistość worek, który ktoś próbował mi zarzucić na głowę. Szybko skuliłam się i rzuciłam przed siebie obracając równocześnie. Byłam zbyt zwinna dla napastnika, udało mi się uniknąć pierwszego zagrożenie, jednak te nie ustępowały. Pod ścianą rzucił się na mnie niemal natychmiast Aqualish, którego wesprzeć chciał łysy mężczyzna jednak i tym razem udało mi się uniknąć złapania tylko po to, by znaleźć się na celowniku trzech karabinów blasterowych. Postawiłam, więc wszystko na najlogiczniejszą kartę; skoro Ci mężczyźni tak bardzo obawiali się o swoje życie… wyjęłam prędko zabrany z Exploratora granat termiczny i odbezpieczyłam zawleczkę. Tak jak się spodziewałam, efekt został osiągnięty. Zbiorowisko, wśród którego jestem pewna, iż przez moment widziałam Yuuzhan Vonga, śmiertelnie się przeraziło, co miało niestety również negatywne skutki. Strach… znów strach… To on kierował łysym mężczyzną, który postanowił rzucić się na mnie w nieprzemyślanym, panicznym odruchu walki o przetrwanie. To strach dodał mu niesamowitej prędkości, to on sprawił, że mężczyzna niemal mnie staranował, przez co granat wypadł z mojej dłoni i potoczył się w stronę drzwi. Tylko zapalnik czasowy ustawiony na sekundę opóźnienia uratował mi życie. Ta krótka chwila pozwoliła mi na doskoczenie do wewnętrznego pomieszczenia, w którym wylądował łysy mężczyzna i schronienie się za jego ścianą. Z pomieszczenia, w którym eksplodował granat niewiele zostało. Zbiorowisko jednak zdołało na czas uciec z budynku i ocalić swoje życia, by po chwili znów znaleźć się w budynku. Wywiązała się krótka wymiana zdań, z której najważniejszą informacją było to, iż Yuuzhan Vongowie starli się niedawno i pokonali Rycerz Jedi, jej ucznia oraz mężczyznę rasy Echani. W trakcie rozmowy komuś z grupy mężczyzn bardzo trzęsły się ręce, co jakiś czas strzelał w moją stronę w niekontrolowany, chaotyczny sposób. Gdy zrobił to po raz drugi, a dyskusja opierała się jedynie na wzajemnym przekrzykiwaniu się na zasadzie „Zabiją nas” przeciw „Nie zabiją was” postanowiłam opuścić pomieszczenie. Drogę oczyścił mi kolejny granat rzucony w kierunku drzwi. Mężczyźni ponownie uciekli w popłochu, a ja wybiegłam na zewnątrz przez płomienie, dym i zgliszcza.

Powietrze… nareszcie. W środku zaczynało być już bardzo duszno i nieprzyjemnie, a tu w końcu mogłam oddychać. Tym wspaniałym uczuciem jednak nie mogłam się za długo cieszyć, gdyż zalała mnie fala pocisków blasterowych. Zaczęłam uciekać, szukać schronienia. Mając nadzieję na jakiekolwiek dalsze, w miarę pokojowe rozwiązanie sprawy postanowiłam nie korzystać jeszcze z miecza świetlnego. Wszystko zmienił celny strzał w moją lewą nogę, który powalił mnie na ziemię. Wykonałam przewrót przez bark, by nie utracić pędu, który udało mi się wypracować, co pozwoliło mi doskoczyć do pobliskiego murka i za nim się skryć. Następnych kilka minut to regularna wymiana ognia, chaos bitwy, w której pięciu mężczyzn za wszelką cenę próbowało pozbawić mnie życia. Byłam na przegranej pozycji, mogli otoczyć mnie w każdej chwili i prawdopodobnie taki mieli zamiar. Zrobiłam, więc to, do czego mnie szkolono przez ostatnie dwa lata; niebieska klinga z charakterystycznym dla siebie dźwiękiem wysunęła się z mojej nowo skonstruowanej broni. Wyskoczyłam zza murku, by nacierając na przeciwników odbijać kolejno pociski blasterowe przecinające powietrze, niebezpiecznie zbliżające się w moją stronę. Na oślep, w każdą stronę, bez zastanowienia, bez specjalnych technik, opierając się na instynkcie i wiary w Moc. Znalazłam się przy właśnie docierającym do miasta na ścigaczu mężczyźnie. Sprawny cios wymierzony w pojazd wprowadził go w niekontrolowany ruch wirowy, co zwaliło mężczyznę na ziemię. Dźwięk eksplozji na pobliskim budynku na ułamek sekundy zagłuszył wszystko. Nie zatrzymując się pędziłam dalej i dalej, i dale, by w końcu znaleźć się poza zasięgiem napastników, na dachu najwyższego w okolicy budynku.

Próbowałam przemówić im do rozsądku, jednak ten już dawno poddał się panicznemu przerażeniu, jakie teraz kontrolowało każdy ruch tych mężczyzn. Wiedzieli, że nie mają ze mną najmniejszych szans, a mimo to próbowali walczyć. Bardziej bali się ewentualnej obecności Yuuzhan Vonga, który mógł przybyć do wioski, niż faktycznego zagrożenia, które stało teraz przed nimi i zwiastowało nieuchronny koniec ich żywota.

Odczekałam dłuższą chwilę, w której napastnicy trochę się rozproszyli. To była moja szansa. Szybki sus w kierunku pierwszego nieszczęśnika. Mężczyzna… Ravi… nie miał wielkich szans, gdy moje ostrze przeszło przez jego ciało jak przez nóż przez masło. Nie wydał żadnego dźwięku. Nie krzyknął. Nie stęknął. Nie miał na to szans, gdy jego głowa, pełna strupów i świeżych ran od choroby, oddzielona została niebieskim światłem od ciała. Po prostu osunął się na ziemię.

Czułam się z tym źle. Wiem, iż Ci ludzie to zbrodniarze wojenni, wiem, że była to sytuacja „albo ja albo wy”. Mimo wszystko… zakończyłam kolejne życie. Życie, które Jedi, powinni chronić. I choć jasnym jest, że na wojnie stajemy przed sytuacjami z niemożliwym szczęśliwym zakończeniem dla wszystkich, choć wiedzieli, z jakimi konsekwencjami wiążą się ich bestialskie przeszłe działania i nielogiczne zachowanie w chwili obecnej… Mimo wszystko poczułam małe, nieprzyjemne ukłucie w sercu, gdy zgasło w nim życie. I cieszę się, że tak było. Jeśli przyzwyczaimy się do bezrefleksyjnego odbierania życia, nawet największym zbrodniarzom, którzy dopuszczają się okropieństw byle tylko przeżyć kolejny dzień… Jeśli stanie się to dla nas normalne… Nie będziemy lepsi od tych, z którymi walczymy.

I to samo czułam przy każdym kolejnym przeciwniku, który padał od mojego ostrza. Przy Madzie, który otrzymał śmiertelny cios przez plecy, przy Catharze, którego moje ostrze przecięło niemal na pół i tak było przy mężczyźnie, którego w trakcie walki pozbawiłam obu rąk, które dzierżyły karabin blasterowy.
Ten ostatni jednak był moją nadzieją na uzyskanie jakichkolwiek informacji o tym miejscu. Majaczył, bredził, zarówno przez otrzymane obrażenia jak i paniczny strach przed Yuuzhan Vongami…

To niezwykłe. Ten mężczyzna stracił właśnie za moją sprawą obie ręce. Jego kompani zostali przeze mnie pozbawieni życia. On sam znajdował się w stanie, z którego uratować mogłam go tylko ja… A mimo wszystko nadal bardziej obawiał się Yuuzhan Vongów. Strach to potężne narzędzie kontroli… Zbyt potężne…

Przekonanie go, a właściwie zmuszenie do opuszczenia ze mną tego miejsca nie było proste. Sprawy nie ułatwiał Aqualish, który pojawił się nie wiadomo skąd, prawdopodobnie chowając się w trakcie całego starcia w jednym z budynków. Był zrezygnowany. Miał nadzieję, iż jeśli się podda i będzie błagał o litość Yuuzhan Vongowie go oszczędzą. W końcu jednak udało mi się podnieść bezrękiego mężczyznę i wpakować go na ścigacz, który znalazłam nieopodal. I gotowa byłam ruszać w kierunku myśliwca, gdyby nie zatrzymał mnie głos w mojej głowie proszący bym została. To był głos kobiety. To była Rycerz Jedi, która została pochwycona przez Yuuzhan Vong. Byłam świadoma od początku, iż prawdopodobnie się tu znajdują, miałam jednak nadzieję, iż uda mi się odstawić zakładnika na myśliwiec i wrócić, by uratować więźniów. Nie jestem pewna, czemu, ale jej głos dopiero uświadomił mi, iż ten plan to za duże ryzyko. Mój zakładnik osunął się bezwładnie na ziemię i nie mógł mi nijak już pomóc. Musiałam odnaleźć cele na własną rękę.

W trakcie walki udało mi się zaobserwować, iż napastnicy zbierają się często wokół jednego z budynków, którego zdają się bronić. Ruszyłam, więc w jego kierunku, by w środku napotkać na dylemat; w prawo, czy w lewo. Niestety dokonałam błędnego wyboru… Pięćdziesiąt procent szans… Ten błąd sporo mnie kosztował, gdyż drogę powrotną po przedarciu się przez parę korytarzy zagrodził mi Yuuzhan Vong. I to nie byle płotka, a odziany w czarną zbroję i potężnego amphistaffa mistrz wojenny. Mówił we wspólnym, wziął mnie za Padawana Denarska Okka’rina. Szybko wyprowadziłam go z błędu. Czy byłam Denarskiem Okka’rinem czy Tanną Saarai nie miał najmniejszego znaczenia w tej chwili. To nie była walka, którą mogłam wygrać.

Walczyłam, więc o przetrwanie. Każde złożenie, każdy sparowany i zadany cios miał mnie przybliżyć do jednego celu, zyskania na czasie. W każdym możliwym momencie uskakiwałam, uciekałam i kryłam się byle tylko zyskać cenne sekundy i dostęp do korytarza, z którego przybył agresor. W końcu się udało. Sprawnie sparowany cios zachwiał równowagą Yuuzhan Vonga, który stoczył się z poszycia statku, na którym walczyliśmy. Wykorzystałam to i bez zastanowienia pobiegłam w głąb korytarza budynku, w którym miałam nadzieje znaleźć więźniów. Przy okazji wykorzystałam kolejną sztuczkę, którą umożliwiała mi umiejętność korzystania z ładunków wybuchowych. Korytarz zalała chmura dymu, który skutecznie utrudniała widoczność i możliwość poruszania się po nim.

W końcu odnalazłam tych, których szukałam. Oddzielało ich ode mnie grube, podwójne pole siłowe, które miałam nadzieje przeciążyć przy użyciu miecza świetlnego. Udało się. Pierwsza zapora padła jednak w niemal w tej samej chwili pojawił się za mną Yuuzhan Vong. Musiałam uciekać.

Znów znalazłam się na zewnątrz, w miejscu, gdzie chwilę wcześniej starłam się ze spanikowanymi mężczyznami. Tym razem jednak to ja byłam na przegranej pozycji. Mój oprawca nie chciał odpuścić, kolejne ciosy spadały na mnie jeden za drugim, raz za razem. Kolana uginały się pod ich naporem, by w końcu cięcie na brzuch powaliło mnie na ziemie. Na szczęście dało mi się go w większości uniknąć. Rana nie była głęboka.
Zerwałam się na nogi, wykorzystując nadarzającą się okazję i ruszyłam pędem w kierunku budynku. Byłam szybka, bardzo szybka… Nie wiem, co dokładnie stało się w tamtej chwili, ale udało mi się dobiec do pola siłowego, zniszczyć drugą warstwę i uwolnić więźniów, a dopiero w tym momencie na końcu korytarza pojawił się mój przeciwnik. Poleciłam więźniom uciekać… Bardzo szybko uciekać.
Jeden Echani, był niezwykle spokojny jak na beznadzieję sytuacji, w której się znalazł. Przywitał się ze mną bardzo miło i uprzejmie, zasugerował pomoc. Być może niektórzy tak reagują na tragizm okoliczności, być może kultura tej rasy hartuje ich na tyle, by nie okazywali strachu. W każdym razie wprawiło mnie to w lekki szok, nad którym jednak nie chciałam i nie mogłam się zastanawiać, gdyż wróg nacierał. Wszystkim udało się wydostać na zewnątrz, gdy ja odpierałam kolejne ciosy Yuuzhan Vonga, każdy mógł być moim ostatnim. W końcu jednak walka znów przeniosła się na zewnątrz.

Wszyscy postanowili mnie wspomóc. Złapali za broń poległych w starciu ze mną mężczyzn i rozpoczęli ostrzał. Była to niezwykle pokrzepiająca chwila. Ci ludzie prawdopodobnie przeszli przez piekło w ostatnim czasie, mieli pełne prawo być zmęczonymi, przerażonymi, wycieńczonymi psychicznie, a mimo wszystko postanowili walczyć ze mną ramie w ramie. Wiedziałam, że muszę dać im szansę na przeżycie. Starcie trwało i trwało, i trwało… Wydawało się nie mieć końca. Yuuzhan Vong unikał kolejnych pocisków, uciekał przede mną i starał się złapać Rycerz Jedi. Sytuacja wydawała się być patowa. Wtedy do mych uszu dobiegł głośny jęk. Jeden z naszych stracił nogę. Amphistaff dosłownie mu ją wyrwał. To mógł być jego koniec, jednak roztropnie postanowił uciekać z pola bitwy w kierunku myśliwca, którym przyleciałam. Zabrał razem ze sobą jednego współwięźnia i zniknęli za bramami wioski.

Została nas czwórka… Ja, Rycerz Jedi i Echani, i Yuuzhan Vong. O jednego stanowczo za dużo…
Echani ruszył na poszukiwanie czegoś, czym moglibyśmy się wydostać z Kuar, ja wraz z Rycerz Jedi walczyliśmy o to, by ten miał wystarczająco dużo czasu na wypełnienie swojego zadania. W końcu pojawił się ponownie. Znalazł prom, którym mogliśmy opuścić planetę. Rycerz Jedi jednak była w tarapatach. Przeciwnik ścigał ją z coraz większą zawziętością. Wkroczyłam między nich, dając czas Rycerz na złapanie oddechu. Ten manewr jednak sporo mnie kosztował. Nie minęło parę sekund, gdy Yuuzhan Vong potężnym ciosem obrócił mnie o sto osiemdziesiąt stopni i rozpłatał moje plecy. Upadłam. Poczułam ogarniającą moje usta krew zmieszaną z piachem. Nie byłam jednak gotowa odpuścić tak łatwo. Zerwana przypływem adrenaliny i napędzana chęcią przetrwania ruszyłam za przeciwnikiem, który uznając mnie prawdopodobnie za żadne zagrożenie obrał sobie teraz za cel bezbronnego Echani.
Udało mi się dobiec do Yuuzhan Vonga na tyle szybko, by zrozumiał, iż jeszcze z nim nie skończyłam. Dalsze starcie toczyło się w korytarzach prowadzących do promu, który odnalazł Echani. Spychana kolejnymi ciosami w głąb korytarza mogłam kontrolować, w którą stronę, razem z moim przeciwnikiem się poruszamy. Doprowadziłam nas, więc pod sam prom. Niestety po Rycerz Jedi i Echanim nie było śladu. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że za chwile się tu zjawią, że uda mi się zająć Yuuzhan Vonga na tyle długo, by Ci dotarli na miejsce, że razem uda nam się stąd uciec… Przeliczyłam się. Amphistaff przeszedł przez moje ciało na wylot, a piekielne gorąco, na przemian z lodowatym chłodem targał moim ciałem, które zawisło na moment w powietrzu, uniesione na broni przeciwnika. Gdy w drzwiach pojawiła się Rycerz wraz z Echanim przeciwnik stracił mną zainteresowanie. Obrał za cel faktycznie zagrożenie, Rycerz Jedi, która Mocą przyciągnęła mój miecz świetlny i dała czas Echaniemu, by pomógł mi dostać się na prom.

Walczyła dzielnie, ale nie miała z nim szans. Bardzo szybko padła pod naporem Yuuzhan Vonga, mocno ucierpiała. Udało jej się jednak dostać na pokład, a wielka rampa zamknęła się za jej plecami, odgradzając nas wszystkich od zagrożenia.
Byliśmy pozornie bezpieczni. Teraz pozostawała kwestia uruchomienia tej kupy złomu i wydostaniu się z planety. Rycerz bardzo sprawnie poradziła sobie z maszyną i już po chwili byliśmy w atmosferze. W tym czasie Echani opatrzył moje rany za pomocą medpakietu, który zabrałam z Exploratora.

Poprosiłam Rycerz Jedi o wytyczenie kursu na współrzędne, w których znajdował się mój myśliwiec. Chciałam odzyskać moją holodatę, którą podmieniłam przed opuszczeniem pojazdu na otrzymaną od Sojuszu, by w razie wpadki nie zdradzić żadnych informacji powiązanych z naszą grupą. Niestety na miejscu nie zastaliśmy już myśliwca. Na szczęście również, gdyż to oznaczało, że dwójka mężczyzn, którzy uciekli w trakcie walki z Yuuzhan Vongiem pomyślnie opuściła planetę. Mam nadzieję, że skorzystają z komputera pokładowego i obiorą kurs na Exploratora, którego współrzędne były w nim zapisane. Jeśli nie to być może dotrą do swego pierwotnego celu podróży, czyli Prakith. Czas pokaże…

Rycerz zasugerowała szybkie naprawy poszycia promu, które pozwoliłyby nam bezpieczniej dotrzeć na Exploratora. Zajął się tym Echani, który jednak nie dostał na to zadanie zbyt wiele czasu. Na horyzoncie zamajaczyła mi sylwetka Yuuzhan Vonga. Od razu ostrzegłam Rycerz, a ta telepatycznie Echaniego. Uciekliśmy z Kuar na dobre.

Wreszcie mogliśmy odetchnąć z ulgą. Wreszcie mogłam się dowiedzieć, kogo uratowałam i z kim przyjdzie mi spędzić najbliższe chwile, aż nie znajdziemy się na Exploratorze.
Rycerz Jedi Pyrene Far'Son z Zakonu Jedi oraz Echani Edgar Alexander, Mutakai, który pobierał u Rycerz nauki uciekli z oblężenia Coruscant i ruszyli na Prakith, słysząc o naszej grupie. Po drodze jednak zostali schwytani i uwięzieni przez Brygadę Pokoju, by następnie być przekazanymi Yuuzhan Vongom. W jakim celu? Mam pewną teorię.

Podczas bitwy o Exploratora spotkaliśmy paru nietypowo zachowujących się Yuuzhan Vongów, którzy przejawiali obecność świadomości poległych na Yavin IV Jedi, konkretnie Mistrzyni wspomniała o Rycerzu Jedi, którego znała z czasów swojego szkolenia, a który poległ w bitwie o planetę. Prawdopodobnie Yuuzhan Vong pragną powtórzyć to, co zrobili z grupą tamtych Jedi i wcielić kolejnych w poczet swojej armii… Okropieństwo, które sprawia, iż na samą myśl mam dreszcze…

Wszyscy byliśmy zmęczeni i obolali. Rycerz Jedi rozłożyła fotel pilota, by w razie potrzeby zostać wybudzona przez systemy statku. Ja wraz z Uczniem Matukai Edgarem Alexandrem udaliśmy się do łóżek w pobliskich kajutach.
Próbował wypytywać mnie o naszą grupę. Był niezwykle ciekawski. Podobno chce się do nas dołączyć, czego dowiedziałam się już na pokładzie Exploratora, gdy spotkałam się z podporucznikiem Felixem Heinstowem w towarzystwie medyka oraz podpułkownikiem Rafem Tasenterem. Zdałam im krótką relację z sytuacji, gdy przenoszono mnie na noszach repulsorowych do zbiornika z bactą.
W końcu mogłam odpocząć.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
-

4. Autor: Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 22 paź 2017, 22:17

Nocna wycieczka

1. Data, godzina zdarzenia: 14.10.17, 00:00-04:00

2. Opis wydarzenia:

Alora Valo pisze:Siedziałam w archiwach, gdy z mojego komunikatora odezwał się podniesiony głos majora Leckeena. Już z samego tonu dało się odczytać pewnego rodzaju przerażenie i powagę sytuacji. Pierwszy komunikat był krótki. Hakk Rall w bazie! W Hangarze! Skierowałam się tam bez chwili zwłoki, początkowo oceniając sytuację przez włączone pole siłowe. Nikogo tam nie było, jedynie wrzeszcząca zjawa majora biegająca po hangarze z bronią w ręku. Droidy ochrony także nie zarejestrowały obecności intruza. Zdecydowałam się zaryzykować; opuściłam pole siłowe i podbiegłam do Redge’a. Starałam dowiedzieć się o co chodzi. Ten był w ciągłym ruchu. Co jakiś czas wystrzeliwując serię z karabinu blasterowego, która jednak niczego nie dosięgała. Smugi lasera rozbijały się o masywne ściany pomieszczenia z hukiem. Twierdził, że widzi właśnie Hakk Raala. Początkowo myślałam, że to może być coś w stylu kolejnej mojej ‘wizji’, ale zaraz sprawa zrobiła się zbyt poważna, żeby zbyć ją w taki sposób.

Major nagle wystrzelił jak z procy i uderzył plecami o scianę dzielącą hangar z magazynem. Na krótki moment stracił przytomność, zaczął krwawić. Krótki moment po tym coś zaczęło ciągnąć majora po podłodze. Bez zastanowienia doskoczyłam do niego i spróbowałam zatrzymać go w miejscu. Wysiłki na wiele się jednak nie zdały, jedynie nieznacznie spowolniły dziwną anomalię. Odpuszczając na krótki moment zgłosiłam to przez komunikator. Odpowiedziała Mistrzyni Vile, która zaraz zjawiła się w hangarze. Nic jednak nie widziała. Ani majora, ani też Zabraka. Nie odpuszczałam, próbowałam zwalczyć tą dziwną siłę. Przy kantynie spotkaliśmy Padawana Accara, który w mgnieniu oka dołączył do starań. Dużo to jednak nie zmieniło. Ciało majora ciągle, niezależnie od sił włożonych w próby zatrzymania poruszało się w stronę wyjścia. Mistrzyni po chwili przyniosła pasy, którymi przypieliśmy się do garderoby Redge’a. Jedynym wyjsciem wydawało się jego śledzenie. Przy bramie wejściowej zaskoczyło nas jednak pole siłowe, którego droidy nie zdążyły wyłączyć na czas. Wraz z Namonem uderzyliśmy w nie i zostaliśmy porażeni, zaś pasy zostały zerwane. Major zaś jak gdyby nigdy nic przeniknął zarówno przez pole, jak i solidne stalowe drzwi. Zaraz jednak po oczyszczeniu przejscia wyszliśmy za nim na zewnątrz.

Ten jednak zaczął unośić się w powietrze, kierować ponad bazę. Namon z Mistrzynią zdecydowali się, że polecą za nim myśliwcem. Domyślałam się jednak jak nikłe szanse będą mieli na odnalezienie majora po samym starcie, który najpewniej będzie trwał przynajmniej kilka minut. Postaci, anomalii niewykrywalnej na radarach, która postrzegana jest tylko i wyłącznie przez garstkę osób w bazie. Ja więc ruszyłam za nim pieszo, biegiem. Dając im szansę na znalezienie i podążenie za majorem, poprzez lokalizację mnie. Lewitujący kilkanaście metrów nad ziemią major zaczynał przyspieszać. Po kilku sekundach był już za murami bazy. Musiałam biec najszybciej jak się tylko dało, lecz mimo wszelkich moich starań Redge ciągle oddalał się. Mistrzyni z Padawanem Namonem pojawili się wręcz w idealnym momencie. Gdy ja już byłam trzy kilometry za murami bazy, zaś major powoli uciekał mojej percepcji. Udało się jednak, znaleźli go i ruszyli jego tropem. Przemęczona upadłam na ziemię, lecz zaraz zawróciłam z powrotem do bazy. Na tyle szybko, na ile byłam w stanie. Okoliczne tereny można nazwać różnie, ale nie bezpiecznymi. Nie dla mnie przynajmniej. Monitorowały mnie jednak stale droidy ochrony z bazy i ostatecznie wróciłam obolała do domu.


Redge pojawił się przed moimi oczami mniej więcej na wysokości lotu przeciętnego śmigacza powietrznego. Lewitował zupełnie spokojnie, a trajektoria jego lotu nie nosiła w sobie choćby śladu chaosu. W trakcie gonitwy za majorem użyłem pokładowego skanera, szukając jak zwykle anomalii termicznych, które mogłyby świadczyć o obecności podziemnych konstrukcji. W okolicy, również jak zwykle, było takich kilka. Redge zaczął stopniowo opadać, aż do niemal zupełnie bezwładnego pikowania w dół. W ciemności nocy nie mogłem nawet marzyć o znalezieniu dokładnego miejsca w którym wylądował. Ruszyłem za nim w dół, a komputer pokładowy poinformował mnie o kolejnej anomalii termicznej - tym razem skanery odnalazły źródło ciepła, które jednak zniknęło w ułamku sekundy. Osadziłem maszynę w najbliższym dogodnym miejscu, gdzie można było zacząć poszukiwania.

Poszukiwania nie trwały zbyt długo. Dosłownie za pierwszym, większym głazem naszym wciąż przyzwyczajającym się do mroku oczom ukazała się postać dzierżąca metalowy miecz. Na łysej głowie majaczył zarys rogów (a może to odległe skały, ciężko powiedzieć). Tak, zaczęliśmy walczyć. Walka była jedną z najgorszych, jakie przeżyłem. Było koszmarnie ciemno, miecze mój i mistrzyni były równie koszmarnie jasne, a kontrast tych dwóch skrajności nie dawał oczom szans na jakąkolwiek adaptację. Kultysta (starszy?) wykorzystywał ten fakt, ukrywając się sprawnie w mroku, by następnie zaskakiwać nas atakami od tyłu. Mimo tych trudności, walka szła nam... całkiem sprawnie. Przynajmniej do pierwszego potknięcia kultysty. Gdy ostrze mistrzyni dotknęło mężczyzny, ten zmienił swój styl walki na nieco bardziej przystający członkowi swej sekty. Wyczuł we mnie słabszego przeciwnika i zwyczajnie podniósł mnie ponad ziemię, uniemożliwiając mi jakiekolwiek ruchy, a następnie używał mnie jako tarczy przeciw mistrzyni Vile. Był w tym działaniu niesamowicie szybki, co pozwoliło mu niemal dosłownie nadziać mnie na jej miecz świetlny. Walka toczyła się jednak nadal, a kultysta powoli tracił przewagę, gdy wraz z mistrzynią dostosowywaliśmy się do nowych zasad.

Ostatecznie... stało się. Mistrzyni zdołała przeorać łydkę kultysty swoim mieczem, wyprowadzając go z równowagi. Pomyślałem wtedy, że ta walka może skończyć się tylko śmiercią jednej ze stron i nie jest to zbyt dobry układ, jeśli chcemy dowiedzieć się czegokolwiek o Redge'u. Opuściłem nieco swą zasłonę i wyciągnąłem rękę w stronę miecza kultysty, by przywołać ją do siebie. Nie chciałem jej dotykać, bo wiem o wszystkich tych zaklętych przedmiotach kultu. Chciałem, by wylądowała gdzieś za moimi plecami, dając nam szansę na przyciśnięcie kultysty. Miecz wyrwał się z jego ręki, jego usta wykrzywiły się w jawnym szoku... a potem w uśmiechu. Mniej więcej w połowie drogi czułem już, że tracę kontrolę nad coraz szybciej poruszającym się w moim kierunku mieczem. Nie miałem czasu na podniesienie zasłony, przesunięcie się, na nic. Życie uratowała mi mistrzyni, która osłoniła mnie jakimś rodzajem bariery. Metalowa klinga rozpłatała mój korpus, a ja padłem na piasek.

Walka trwała jednak dalej, a ja, pogrążony w bólu, byłem jej świadkiem. Mistrzyni solidnie oberwała, ale ostatecznie to ona przytłoczyła kultystę, zmuszając go ostatecznie do ucieczki. Jeśli pamięć mnie nie myli, rzuciła w kierunku uciekającego mieczem. Nie jestem pewien, czy przyniosło to jakiś skutek. Skutku nie przyniosła też sama walka. Nie odnaleźliśmy Redge'a, byliśmy ciężko ranni. Do myśliwca zawlokła mnie mistrzyni, sam nie byłem w stanie poruszać żadnym z mięśni.

Alora Valo pisze:Podczas gdy Mistrzyni wraz z Namonem zgłosili, że o własnych siłach wracają do domu; ja otrzymałam komunikat od samego majora, że ten znajduje się dwa kilometry na północ w beznadziejnym stanie. Wskoczyłam szybko na śmigacz i ruszyłam w jego stronę. Zlokalizowałam go i nieprzytomnego próbowałam wsadzić na tylne siedzenie. Z nikąd jednak pojawił się kultysta. Wezwałam wsparcie, a zaraz po tym ten uciekł. Chiwilę później pojawił się Mistrz Bart, który bez wątpienia był tego powodem. Zabrałam majora na śmigacz i razem z nim wróciłam do bazy.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Notatka, wraz ze wszystkimi wcześniejszymi adnotacjami w sprawie majora Leeckena i Hakka Raala została wysłana do agentów federalnych.

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo, Padawan Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 01 lis 2017, 16:50

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 09.10.17 - 21:00-03:00 & 11.10.17, 20:00-00:00

2. Opis wydarzenia: Nadszedł czas ustalonego wylotu na Onderon. Wraz z Padawanem Bar'a'ką niemal natychmiast spotkaliśmy się w naszym hangarze - wcześniej zaopatrując w medykamenty, tak na w pełni określony wszelki wypadek. Z początku mieliśmy lecieć Y-Wingiem komandosa Vreyxa... Jednak przez natłok wszelakich myśli dopiero później przypomniałem sobie, że przecież zmodyfikowany myśłiwiec ma miejsce dla Yammoska. W zasadzie nie wiadomo było co mogłoby nas tam spotkać - może koniecznym byłby tansport Nawigatora? Dla bezpieczeństwa nasz ostateczny wybór był oczywisty. Jak się później okazało - może i wręcz kluczowy. Lot jak zwykle był długi i męczący aż do wylotu z Głębokiego Jądra. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że zdarzy się coś, z czym jeszcze mierzyć mi się nie przyszło; choć to akurat wrażenie, które towarzyszy chyba każdemu z nas. Nie budziło to jednak moich wątpliwości - zachowywałem standardową pewność siebię i swoich własnych działań, która w naszym życiu musi być kluczowa.

Schemat z poprzednch wizyt na Onderonie powtarzał się... Wyjście z nadświetlnej i sterta komunikatów umierających pilotów, żołnierzy i oficerów napędzanych przez adrenalinę, przy akompaniamencie salw wystrzałów, wybuchów, wolnego zmieniania się potężnych aglomeracji i obszarów zurbanizowanych w pierwotne prefabrykaty. Na niebie roiło się obrzydliwych zlepków żywych tkanek, budujących gigantyczne "pojazdy" Yuuzhan Vong i tysięcy poskręcanych polipów nazywanych przez nas skoczkami koralowymi. Istny rój. Nawet nie tyle trafne sformuowanie pod kątem niezliczonych sylwetek żywych pojazdów koegzystujących w przestrzeni kosmicznej, a przez samą formę ich zarządzania. Przez mentalne połączenia ze swoimi przełożonymi, przez telepatyczną więź z wrogim Yammoskiem, który gdzieś tam... musiał być. Dwie planety, a pomiędzy nimi kosmiczna bitwa. Gdyby nie była prawdziwa i nie zgarniała krwawego, przykrego żniwa - można byłoby rzec, że to wspaniały widok. Siły Sojuszu i Onderonu dość wprawnie tworzyły linię obronną bezpośrednio nad Onderonem, odtrącając bezpośrednie szturmy na powierzchnię planety i trzymając sporą większość sił na zewnątrz. Pojedyncze statki przedzierały się - jednak nie na tyle, by można było mówić o natychmiastowej zagładzie. Ta przy obecnym stanie rzeczy była jednak nieunikniona, albowiem w końcu nie można bronić się w nieskończoność.

Nie musieliśmy długo czekać na naszą kolej. Do ruchu byliśmy bowiem wręcz zmuszeni, kiedy koralowe skoczki zorientowały się o naszej obecności. Komputer prędko zaczął alarmoawć nas o stopniowym rozładowywaniu się naszych tarcz przy pierwszych trafieniach. Nasze zadanie nie było łatwe w tym wypadku - przedrzeć się do pałacu na planetę, która była otoczona przez niezliczone siły. Starałem się raczej trzymać z daleka, prowadzić myśliwiec w jak najbardziej nieobliczalnej i losowej trajektorii by ograniczyć możliwości kalkulacji toru lotu, uniemożliwiając trafienie. Lecąc przez gniazdo ognistych os dość ciężko jest wyjść bez jakiegokolwiek urządlenia - jednak udało się to zmarginalizować. Na naszą korzyść wyszło to, że pojawiliśmy sie z nieoczekiwanej strony i nie byliśmy oznaczeni przez wszystkie pobliskie jednostki a tylko te, które usiadły nam na ogonie ewentualnie dostrzegły nas w trakcie karkołomnego lotu. Ostatecznie udało nam się dotrzeć do pałacu. Podobno.

Powtórka z rozrywki. Pałac był "atakowany" - tak jak poprzednim razem. Czym prędzej wsparliśmy Służby Ochrony Onderonu w defensywie. Żołnierze ewidentnie potrzebowaliby w tej sytuacji szkoleń w aktywnej walce z sojusznikiem, który preferuję potyczkę w zwarciu. Wiele razy musiałem wycofywać sie wskutek natarcia karabinów na moje plecy, jednocześnie broniąc się przed Yuuzhaninem. Chyba. Onderończycy jednak niemalże dorównywali Vongom umiejętnością. Nadrabiali brak barbarzyńskich zapędów, siły i wytrzymałości zwykłą mobilnością, która sprawdziała się znakomicie. Utrzymywanie regularnego dystansu, ogień krzyżowy działał na wroga znakomicie. Gdyby każdy z naszych żołnierzy miał takie umiejętności, jak rasowy komandos SOO - woja byłaby już chyba wygrana. Szkoda, że nie miało to na chwilę obecną jakiegokolwiek znaczenia. Albo... Może i dobrze, bo kilkoro z nich poległo. Po zakończeniu tego, co na tamten czas wydawało mi się walką - ruszyliśmy wraz z Padawanem w kierunku komnaty dowodzenia, gdzie oczekiwała na nas "śmietanka władzy" planety pochłoniętej wojną. Sprawa była prosta - trzeba ewakuować planetę, albo podjąć konkretne kroki. Jak zwykle cała presja w tej sytuacji spadała na nas. Albo wdrażamy plan ewakuacji i ratujemy miliony, albo lecimy na Dxun w samo epicentrum inwazji tegoż systemu, zatrzymać progresywne zbliżanie się Dxun i w razie porażki zaprzepaszczamy dorobek setek pokoleń, zamykając kurtynę na dobrę w sztuce zwanej Onderonem. Cóż. Wybór pierwszej możliwości byłby zbyt prosty, jak na miarę naszej zgubnej ambicji, prawda? W końcu nie po to od kilku miesięcy wylewamy tutaj krew, piloci i komandosi sierocą swoje dzieci, pozostawiają wdowy bądź wdowców. Rzecz jasna wybraliśmy opcję kontynuowania rozgrywek. Dowiedzieliśmy się również, że to prawdopodobnie nasz sojuszniczy Nawigator stoi za tym, że Dxun zbliża się jeszcze szybciej. Że prawdopodobnie albo zdradził, albo poległ. Dostaliśmy dodatkowo wsparcie - najemnika o imieniu brzmiącym aż przesadnie znajomo? Cartello Loan. Kojarzę ze starych raportów, kiedy to jeszcze mnie wśród tej grupy nie było. Ostrzeżono nas, że grawitacja księżyca jest niestabilna, nienormalna wręcz i żeby lepiej lecieć ostrożnie. Tak też zrobiliśmy. Nie ma to jedak żadneg znaczenia.

Ponownie niebezpieczny lot. Ponownie karkołomne manewry celem uniknięcia potyczki. Wlatując w atmosferę Dxun byliśmy uprzedzeni, że grawitacja jest niestabilna - ale nie spodziewałem się, że zatrzyma nasz myśliwiec w zwisie niezależnie od ciągu silników. Nie mam pojęia jak udało się posadzić spadającą maszynę, ale wyszliśmy cało... Choć do punktu docelowego dzielił nas spory kawałek. Dla mnie nie stanowiło to problemu, choć mój towarzysz nieco się zmęczył w gonitwie za kimś, kogo w ruchu wspomaga Moc. Dotarliśmy do zarośniętego, dobrze nam znanego kompleksu w którym przetrzymywany był dovin basal. Na miejscu czekał na nas najemnik, który ostatecznie pozostał pilnować wyjścia i informować o ewentualnym zagrożeniu. Wchodząc w głąb kompleksu pierwsze co rzucało się w oczy, to zwłoki najeźdzców. Wstępna analiza pozwoliła ustalić, że zginęli od czterech do ośmiu godzin temu - czyli stosunkowo całkiem niedawno. Ich zwłoki piętrzyły się wraz z przechodzeniem do głębi budynku - nie było jednak ani śladu agenta, ani Yammoska; nie licząc rzecz jasna sterty ciał. Odnaleźliśmy ledwie żywych inżynierów którzy zajmowali się podtrzymywaniem i stabiliacją życia syntetycznego dovina. Kiedy nas zobaczyli - cóż. Poczuliśmy się nieco jak celebryci w szpitalu onkologicznym. Mieszanina radości, smutku, żalu, niepewności unosiła się w zgniłym powietrzu równie wyraźnie, jak potencjalna zagłada Onderonu nad naszymi głowami. Wyciągnięcie jakichkolwiek informacji od ludzi stanowiło wyzwanie porównywalne do zmuszenia ludzkiego potomka do spożywania potraw warzywnych. Dovin był cały. Agenta nie było. Yammosk zniknął. Dowiedzieliśmy się, że Yammosk szukał najwyższego punktu na planecie, a sam cyborg próbował go od czegoś powstrzymać... Tylko tyle. Informując najemnika ten powiedział nam, że najwyższym punktem w okolicy które widział podczas lotu tutaj, to... kolosalne drzewo. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek rzuciło nam się w oczy kiedy byliśmy na Dxun. To był jednak jedyny trop, który postanowiliśmy sprawdzić z braku lepszych możliwości. Z racji kompromitacji naszego pojazdu - ruszyliśmy pojazdem powietrznym sojusznika ofiarowanego nam przez SOO. Był dwumiejscowy, więc Padawan Bar'a'ka był zmuszony lecieć w bagażniku. Jak na ironię śmig pomimo dużo słabszych podzespołów radził sobie o wiele lepiej, niż nasz ekskluzyw Kaana. Do czasu... Im bliżej dziwnego drzewa, tym dziwniejsza atmosfera i zmienna siła grawitacji. Nie wiem jak to sie działo, że przy takich zaburzeniach grawitacji nie padliśmy na zawał albo udar, albo nie wybuchły nam głowy mówiąc ironicznie... Znaczy teraz już wiem. Nie ma to jednak żadnego znaczenia.

Teren był nierówny, a na jego środku fatycznie rosło gigantyczne, nienaturalne drzewo dookoła którego zbudowana była piętrząca się kładka. Nie miałem pojęcia co jest na górze. Domyślałem się, że nasz Yammosk - ale nie w skali, o której za moment opowiem. Nie musieliśmy długo czekać na dostrzeżenie nas przez patrolujących Yuuzhan. Chciałem to rozegrać bardziej po cichu, jednak najemnik postanowił że przyciągnie sobie uwagę oddając pierwszy strzał... Cóż. Nie byłbym nawet zbytnio zły, bo i tak po prostu przyspieszył nieuniknione - ale cieszę się jednak, że poległ pierwszy. Strzelanie w moje plecy przy moich usilnych próbach koordynacji i ułatwiania zadania zdawałoby się być wręcz dla niego dziką rozrywką. Ostatecznie skończył tak, jak sobie chyba zaplanował. Cóż. Teren był o tyle trudny, że nierówny. Normalnie byłoby to na moją korzyść, ale sama grawitacja uniemożliwiała mi wykonanie skoku wyższego, niż na jednocyfrową liczbę metrów... Nie miałem więc mobilności, czyli kluczowego atutu przy walce z Yuuzhan Vongami. Sam Padawan też dość szybko to odczuł, kiedy padł ledwie żywy - nawet nie zauważyłem kiedy. Zostałem sam na polu walki, skazany na porażkę. Starałem się wykorzystywać specyficzną naturę tej grawitacji, ciasne kładki przynosiły rezultaty... Ale nie mogłem walczyć w ten sposób wiecznie. Wielokrotnie trafiony i zmuszony do ucieczek po prostu popędziłem na szczyt wielkiego drzewa, ingnorując resztę zagrożeń... Moim oczom ukazało się sendo problemu - trzy dovin basale. To tłumaczyłoby dlaczego Dxun jeszcze bardziej przespieszyło w drodze ku zagładzie Onderonu. Powietrze momentalnie zadrzało, po chwili ukazując to, co jak do tej pory było ukryte gdzieś w sile dovinów. Z nikąd wyłoniła się dwójka Yuuzhan i nasz zdradziecki Nawigator. Oczywiście nie mogło tutaj zabraknąć pompatyczno-prześmiewczego tonu, gratulacji o dotarciu tak dalego i przeświadczeniu o mojej klęsce oraz swojej własnej wyższości... Po pewnym czasie konfliktów, dyskusji z szerokiej gamy wrogami, życie Jedi sprawia, że się do czegoś takiego przyzwyczaja i traktuje schematycznie. Przed moimi oczyma stał kapłan, mistrz wojny, nawigator oraz inny yammosk dryfujący gdzieś tam w tle. Próbowali zachęcić mnie do dobrowolnego poddania się i przyjęcia ich woli, przemienienia w jakieś bezwzględne bydle na ich usługach za pośrednictwem ich mistrzów przemian... Sprzedawali swój produkt bardzo usilnie, nie trafiając do mnie argumentami i nie przedstawiając nawet faktycznych korzyści... Pracownicy korporacji marketingowych byliby z nich kiepscy zwłaszcza, że nie wyraziłem nawet zgody na przetwarzanie moich danych osobowych - a co dopiero ciała i umysłu. Kontynuowałem jednak tę pustą dyskusję, w tle czerpiąc z Mocy jak najwięcej, naginając ją do swej woli... Starając się nie zdradzać swoich zamiarów aż do ostatniej chwili, kiedy z pełną prędkością wyrwałem w kierunku kapłana. Ten ruch był dla mnie kluczowy, albowiem nie miałbym już sił walczyć z nimi wszystkimi w swoim krytycznym stanie. Wszak percepcja Vongów jest wysoka i kapłan zrządzeniem losu zdołał uchronić się przed cięciem, to jednak padł na barierkę, przetoczył się przez nią i runął kilkadziesiat metrów w dół, kończąc swój żywot. Rozpoczełą się walka, a ja nie miałem już kompletnie żadnych szans - tym bardziej ze świadomością, że zmaltretowany umysł może nie wybronić się przed śmiertelnym atakiem wskutek ograniczenia zdolności motorycznych; efekt wielu poważnych ran. Robiłem co mogłem by wykorzystać trudny teren, na którym walczyliśmy. Yammoski nieustannie pruły we mnie ze specyficznych wyładowań; jednocześnie nasz zdradziecki gaworzył jakieś vongonizacyjne bzdury. Nie udało się. Z odciętą kończyną runąłem niczym wcześniej powalony przeze mnie kapłan. Z tą różnicą, że w moim wypadku niespecyzowana grawitacja akurat była na korzyść. Nie miałem już siły. Czekałem na śmierć, a jednocześnie coś w mojej głowie dalej było związane z Onderonem, trzymając umysł i emocje na uwięzi bezpośrednio nad przepaścią. Albo zwycięstwo, albo śmierć. Teraz całość zamienła się w zwycięstwo poprzez śmierć. Nawigator chciał żebym żył i patrzył na koniec cywilizacji oraz wszystkiego, co było dla mnie ważne. Ignorowałem. Nie miałem już w moich oczach niczego do stracenia prócz życia, które i tak byłem w stanie poświęcić. Gorzej zrobiło się, kiedy Vongowie zorientowali się, że Padawan Bar'a'ka żyje. Chcieli żebym patrzył jak umiera. Pech chciał, że jedynie zmotywowało mnie to do finalnego zaczerpnięcia ostatniego oddechu przed utonięciem... Vogowie mówili. Ignorowałem. W moim stanie wyglądało to raczej dość naturalnie. Nie byli świadomi, że tak naprawdę ściągam na głowy nas wszystkich kilkadziesiąt ton drewna z kładek, pod którymi się znajdujemy. Udalo mi się wyrwać podporę i - tak jak oczekiwałem - całość zaczęła po prostu spadać w nieskończonym odłamkach. Miażdżąc moje nogi, moją klatkę piersiową, zasypując Yammoska numer jeden, Yammoska numer dwa, przykrywając martwego już Bar'a'kę. Nastapiła ciemność, która nie miała kompletnie żadnego znaczenia.

Liczę, że czytelnicy raportu są pod wrażeniem całości którą przeżyłem? To dobrze. Bo wyżej wypisane zdarzenia nie miały miejsca. Kompletnie nic z tych wydarzeń nie mialo kompletnego sensu, nawet najmniejszego znaczenia. Tylko i wyłącznie dla mnie, albowiem musiałem to wszystko realnie przeżywać. Nie miało żadnego znaczenia. Nie zdarzyło się. Tego nie było, chociaż wszystko było realne. Bar'a'ki tam nie było. Yammoska tam nie było. Kapłana oraz Mistrza Wojny również tam nie było - chociaż jak się okazało, istnieli naprawdę. Obudziłem się na kanapach w pałacu królewskim, wręcz czując swoją śmierć, swoje rany. Nie mogłem się ruszyć. Nie mogłem nic powiedzieć w stanie skrajnej katatonii. Jednak... Miałem nogę, nie byłem połamany, ba - nie miałem nawet najmniejszego zadrapania. W mojej głowie zaczęły jednak pojawiać się dziesiątki myśli i informacji, których nie byłem w stanie nigdy poznać, nigdy sobie unaocznić. Zupełnie jakbym przez tę krótką chwilę był częścią tego roju, który atakuje Onderon. Wiem gdzie jest Yammosk. Wiem który okręt jest flagowy do - dosłownie konkretego metra, od konkretnej jednostki. Wiem jak dany okręt wygląda. Wiem też gdzie znajdują się jego elementy, których normalnie nie widać nawet na precyzyjnych skanach. Wiem masę innych informacji, których nawet z początku nie rozumiałem. I w końcu - wiem, że Vongowie mają hormony które wpływają na umysł istot humanoidalnych... Którym niewątpliwie oberwaliśmy w drodze do pałacu. Układając sobie ostatecznie wszystko w głowie - wiem co zrobić, by powstrzymać tę inwazję. Wedle relacji Onderończyków - wyciągnęli nas z pojazdu nieprzytomnych. NIe było żadnej obrony pałacu. Nie było żadnej podróżny na Dxun. Nie było niczego z wydarzeń, które opisałem wyżej. To był wpływ pocisku którym oberwaliśmy. Zamiast zawładnąć moim umysłem... Z jakiejś przyczyny połączyłem się z tym "rojem", przeprawiając przez swoją własną imaginację. Nie było jednak czasu do stracenia... Chociaż dowództwo SOO podchodziło do mnie jak do wariata, albo raczej kogoś kto uderzył się mocno w głowę - niewiele chyba widzieli więcej możliwości, niż poleganie na tych wariactwach. Plan był dość dziki i ostateczny - całą możliwą flotą przetransportować mnie jak najbliżej wrogiej, najmocniej chronionej jednostki. Jeśli nie uda mi się tam dotrzeć, to generalnie Onderon traci i obronę, i planetę. Zdecydowaliśmy się na bezpośrednio abordaż z racji tego, że posłanie nań nawet najcięższych rakiet jest bez sensu, bo są zbyt wolne. Trzeba wobec tego zniszczyć ten syf od środka i wybić dowództwo. Na moje szczęście pomimo wykluczenia Bar'a'ki - moim towarzyszem została istota dużo pod to zadanie dla mnie bardziej pomocna - agent. Ruszyliśmy czym prędzej.

Wszystkie możliwe siły asekurowały nas w drodze do żywego okrętu, rozpoczynając bezpośrednie natarcie - jedyne. W prawdziwie bbohatersiej idei poświęcali swoje życia jeden za drugim, by uratować swój dom. Komunikaty rozbrzmiewały w skrajnych barwach... Od rychłej śmierci i informacji o przejęciu dowodzenia w związku ze stratą dowódcy drużyny, po radość z zestrzelenia skoczka który siedział komuś na ogonie. Przestrzeń rozżażyła się w wybuchach i światłach jeszcze mocniej, kiedy - jak do tej pory - dwa przeciwne fronty splotły się ze sobą w regularnej masakrze i bestialskiej rzezi. Sumienie co chwila odzywało się w bolesnym ukłóciu, kiedy co chwila ginał ktoś, kto poświęcał się dla mojego planu, dla mojej osoby. Ich cel był prosty - dostarczyć mnie w całości za wszelką cenę i doskonale się z tego wywiązali. Dostrzegliśmy dziwną "wypustkę" która akurat wpuszczała jednego z koralowych skoczków, zawieracjąc natychmiast w biologicznej tarczy-błonie. Tutaj wspomógł nas też myśliwiec Kaana, który poinformował o opcjach przedostania się przez tego typu zaporę. Wlecieć tuż za puszczonym pociskiem blasterowym, by zdążyć nim ta wytracona zamknie się na powrót. Wnętrze było obrzydliwe, mięsne, pełne niesprecyzowanych polipów... Unosiły się jakieś niesprecyzowane opary, które - jak się potem okazało - miały być systemem obronnym statku na wypadek wtargnięcia takich jak ja. Były nimi hormony, z którymi nie tak dawno miałem do czynienia. Sprawiły jedynie, że mój umysł zamiast widziec faktyczne bio-ściany uroił sobie, że znajduje się we wnętrzu krążownika sojuszu. A Vongowie którzy przyszli nam na powitanie... To nikt inny, jak cała świta naszego Zakonu. Od Mistrzyni Vile, po Padawana Denarska. Musiałbym być idiotą na miarę Durana Mirda, by po poprzednich wydarzeniach uwierzyć w taki tani przekręt. Mój umysł albo kontakt z Mocą w jakiś sposób nauczył się ignorować wpływ tego świństwa, przenosząc je tylko i wyłącznie na zewnętrzne zmysły - ale nie otumaniając procesów myślowych. Kiedy wraz z agentem wycieliśmy wszystkich moich przyjaciół oraz przełożoną w pień - pobiegliśmy głębiej, by odnaleźć "mostek" i raz na zawsze skończyć z tą wersją inwazji. Pobiegłem sam. Agent został, by trzymać regularne siły z daleka.

Moim oczom ukazała się wielka, zarośnięta czymś na kształt tkanek sala... A na jej końcu gospodarze i sponsorzy dzisiejszego wydarzenia. Wrogi yammosk, mistrz wojny, kapłan - byli znajomi, choć nigdy tak naprawdę się nie widzieliśmy. To byli Ci sami, identyczni Vongowie którzy byli w mojej wcześniejszej "wizji"... Na całe szczęście nie sprawdził się fakt, że nasz nawigator zdradził. Atakowali Onderon dla niego. Chcieli konkretnie naszego Yammoska. Jak zwykle obiecali, że przeżyje jeśli go wydam i tak dalej - ponownie standard. Najwyraźniej mentalność wrogów i ich przeświadczenie o własnym zwycięstwie przed faktyczną wygraną jest wszędzie taka sama - nieważne czy to wizja, czy realne wydarzenie. Dostałem propozycję która mniej więcej brzmiała w moim odczuciu jak... Oddacie nam Yammoska, a generalnie zostawimy Was w spokoju żeby Dxun rozgniotło Onderon. Tutaj też raczej słaby zmysł handlowca, więc wizja jak najbardziej była poprawna. Postanowiłem ją zrealizować identycznie, jednak uwzględniając swoje poprzednie błędy... Przygotowałem się lepiej, zaadaptowałem zdolności Mocy dużo bardziej korzystnie, dużo klarowniej i stabilniej. Tym razem jednak moim celem nie był kapłan, a cel którego eliminacja będzie dla mnie dużo bardziej korzystna - choć ewidentnie trudna. Mistrz Wojny zdołał jedynie podnieść lekko rękę, kiedy padł bez głowy. Ponownie przełamalem swoje ograniczenia. Eliminacja twardego jak krążownik Yammoska i kapłana nie były nawet marginalnym wyzwaniem. Były jednak strasznie czasochłonne przez wgląd, że całość roiła się od wszelakic wyładowań i fizyczną tendencję tego pierwszego... Nasz Nawigator powoli przejmował tę inwazję, niszczył ja mentalnie od środka, wspierajac duchem w działaniach. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta... Bo właśnie liczył się czas, który przez twardość tego cuda kontrolującego wojska w stosunku do siły mojego ostrza nijak nie był pomocnikiem. Ostatecznie się udało. Ciężko mi opisać satysfakcję na którą nie miałem czasu, kiedy ta kupa mięcha padła bez "życia" - o ile można tak to nazwać. Koniec inwazji. Nasz Nawigator obrócił pozostałe siły przeciwko sobie. Vongowie zaczeli atakować Vongów. Skoczki koralowe ostrzeliwały się wzajemnie. Największe statki najeźdzców ulegały deformacji i same się "zasysały" do środka.

Plan się powiódł, a na chwile obecną Onderon ma spokój... I dozgonną wdzięczność. Radości nie było końca. Ci którzy mogli - natychmiastowo zaczynali świętować. Jeden z dowódców wręczył nam również historyczny, strasznie drogi przedmiot - koronę królewską wysadzaną kryształami. Obiecali odbudować Mistrzyni Vile pomnik, ale dwa razy większy. Podczas mojej nieobecości Padawan Bar'a'ka jakimś cudem skontaktował się z resztkami Zakonu Jedi, którzy finalnie za jego sprawą dowiedzieli się o moich dokonaniach, chcąc... Złożyć mi bezpośrednie gratulacje poprzez połączenie holograficzne. Konkretnie - Mistrz Jedi Cilghal, Rycerz Jedi Octa Ramis oraz Rycerz Jedi Corran Horn. We własnej osobie złożyli mi gratulację i wypromowali na Rycerza Jedi. Opisuję to w sposób błachy, bo jak samo spotkanie na pewno było przyjemne - to nie dla ledwie żywej osoby. A sama promocja jest jedynie zwieńczeniem, które nic na tamtę chwilę dla mnie nie znaczyło. Teraz po głębszej analizie i na trzeźwy umysł - tak. Ale byłem w stanie, w którym wieczne wyzwiska od bohaterów działały na mnie negatywnie, choć doceniam. Pokrwawiony, ranny, ledwie trzeźwy - nie czułem się nim. Samo słowo bohater podług brudu, potu, smrodu i litrach rozlanej krwi - napawało mnie jedynie obrzydzeniem. Może to przez mój personalny obraz i imaginacje słowa "bohater"? Chciałem po prostu wrócić już do domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1420
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Hope Novastar dodano: 09 lis 2017, 12:22

Rychły koniec negocjacji


1. Data, godzina zdarzenia: 27.09.17, ~22:00-00:00

2. Opis wydarzenia:

Dzień po umieszczeniu raportu z poprzedniego wypadu do fabryki Harrisona Fella, przybyli agenci federalni. Ich zdaniem, moja poprzednia wizyta w tamtym miejscu nie wniosła nic nowego do sprawy; zwłaszcza, że miałem okazję spotkać Fella osobiście. Wiedziałem, że wyślą mnie tam i tym razem, by ponownie wynieść coś ciekawego. Szczerze, bałem się znowu tam iść. Ostatnim razem nie wyniosłem nic, a kolejny miał zwiastować "pozbycie się" mnie.

Poleciałem z nimi zatem w stronę celu, podróż nie trwała wcale tak długo. Federalni podsunęli mi natomiast pomysł, by gdy fortel inspektora zawiedzie, zgrywać chorego psychicznie człowieka - to by całkowicie odsunęło od podejrzeń współpracy z nimi i wtedy łatwiej byłoby mnie "odratować".
Wylądowaliśmy w tym samym miejscu co ostatnio. Spiąłem się w sobie i ruszyłem w stronę drzwi. Taa... spiąłem.

Ani się obejrzałem, a byłem już wewnątrz fabryki, dygocąc ze strachu. Na początku nikogo nie zastałem, ale zaraz przyszedł jeden z pracowników, który oddelegował mnie do prawej ręki Fella. Według ustaleń, miałem przyjrzeć się jeszcze raz wszystkim urządzeniom, zamienić słówko z pracownikami i finalnie przejrzeć to, czego nie udało mi się obejrzeć ostatnim razem na ich komputerze. Ruszyliśmy z wolna - na zakładzie praca toczy się wolno. Co parę chwil można było spotkać jakiegoś pracownika, robiącego coś po drodze. Z jednym udało mi się zamienić słowo na dłuższą chwilę - niestety wiele to nie dało. Był późny wieczór, więc większość maszyn po prostu nie funkcjonowała, z racji tego, że wieczorem zakład nie pracuje pełną normą. Zaproponowałem, byśmy wobec tego zajrzeli do komputerów, bo tam na pewno znajduje się raport stanu technicznego wszystkich maszyn. No i tam poszliśmy. Podczas całego tego obchodu nic nie przychodziło mi do głowy - wytężałem myśli, lecz nie mogłem znaleźć punktu zaczepienia. Ostatnią deską ratunku mogły być tylko dane z komputera. Weszliśmy na podwyższenie, na którym stała konsola. Zastępca uruchomił ją sumiennie, z poziomu gościa - zacząłem przeglądać dane.

Wszystko co tam było to same liczby, faktyczne raporty ze stanu wewnątrz fabryki, czyli wszystko to, co powinien wiedzieć podrzędny BHP-owiec. Nic więcej.
Czułem jak grunt wali mi się pod nogami. Ręce zaczęły mi lekko drżeć. Rozglądam się panicznie za źródłem, za cząstką nadzieli. Aż nasunął mi się dość śmiały pomysł.
Poprosiłem mężczyznę, by podszedł na chwilę, bo coś "się nie zgadzało". Mężczyzna zerknął na ekran, ale potem było już za późno. Złapałem go od tyłu, przystawiłem rękojeść pod żebra i wyszeptałem mu prosto w ucho, żeby niczego nie kombinował, bo jednym ruchem mogę pozbawić go życia. Wtedy wszedł we mnie sadysta - zacząłem odczuwać żądze porównywalne z chęcią do pozbawiania życia, które w porę udało mi się poskromić wewnątrz siebie, dopiero w trakcie całego tego przedsięwzięcia.
Zacząłem uświadamiać mężczyznę, żeby wykonywał polecenia, bo inaczej go zwyczajnie zabiję i ani ochrona ani policja nic mi nie zrobią - jednocześnie ukazywałem symptomy charakterystyczne dla człowieka chorego psychicznie, by podburzyć jego wyobraźnię. Mężczyzna bez wahania przystąpił do współpracy. Najpierw zalogował się do komputera z konta administratora poziomu drugiego - drugiego najwyższego, najwyższy miał właściciel. Stamtąd miałem dostęp do całej bazy danych firmy - o wiele większe horyzonty w porównaniu z dostępem z konta gościa.
W międzyczasie mężczyzna zaczął zadawać pytania - kim jestem, ile zapłaciła mi "konkurencja" i ile mogą zapłacić by ich przebić. Zanegowałem każde z pytań, na pierwsze nawet nie odpowiadając, w ten sposób zasiewając ziarno niepewności w umyśle zastępcy prezesa - z czego nie zdawałem sobie sprawy. Powiedziałem tylko, że planuję "uratować" tyłek pana Fella. Zabieram dane i znikam.


Gdy tylko dane zgrały się na mój Datapad, porzuciłem mężczyznę w tym samym miejscu, uprzednio każąc mu się wylogować. Następnie jakby nigdy nic wysłałem wiadomość do federalnych, by przylecieli. Nie rozmawiając z nikim po drodze biłem się z myślami - w strachu i panice przygotowywałem się na całkowitą klęskę swojej misji. Choć nie do końca tak było.
Mężczyźni po wysłuchaniu historii i otrzymaniu zgranych przeze mnie danych, stwierdzili że słabo to wygląda, ale fakt, że nikt nie wezwał policji po moim wyjściu był zastanawiający - być może faktycznie firma miała coś za uszami. W głowach tych ludzi natomiast mogła zrodzić się myśl, że jest jakiś inny "gracz", o nieokreślonych zamiarach, który mógłby im zagrozić. Na dysku firmowym były między innymi transakcje na śmieszne tanie statki i pojazdy - jedynym zastanawiającym faktem były transakcje z Sanarisem; gdzie to sprzedawane przez niego statki były w normalnych cenach, a reszta kontrahentów śmiesznie tanio. Federalni natomiast wysłali dane do agentury, by lepiej to sprawdzili.

Federalni odwieźli mnie do bazy, mówiąc, że będą planowali "oficjalne" spotkanie inspektora-sadysty i Harrisona Fella, bym mógł dowiedzieć się jeszcze czegoś więcej.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Najważniejsze punkty tego raportu zostały opowiedziane federalnym tego samego dnia, w którym przywieźli i zabrali mnie spod fabryki, tak samo dane zostały wysłane tego samego dnia.
Przepraszam za drastyczne opóźnienie, ale z oporem podchodziłem do napisania tego sprawozdania. Głównie z powodu strachu i obaw, ale też częściowo lenistwa z mojej strony.

4. Autor raportu: Padawan Hanz Aderbeen
Obrazek
Ukryte:
Hope Novastar
Były członek
 
Posty: 500
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Bart dodano: 15 lis 2017, 20:49

Kryptoanaliza

1. Data, godzina zdarzenia: 26.10.17, 20:00-01:30

2. Opis wydarzenia:

Zdaję sobie sprawę, że trzytygodniowe oczekiwanie na raport ze strony osoby nie robiącej w szeregach zbyt wiele może zakrawać o postępowanie na miarę Padawana Aderbeena, jednak przytłaczające zajścia z naszego lotu pozostawiły mnie na długo z niepoukładanymi myślami. Fakty, które przedstawiam w tym raporcie mogą de facto zmieniać spojrzenie na Yuuzhan Vongów jako rasę i pozostawić ogromne wątpliwości w wielu kwestiach.

Wszystko, co spotkało nas po wyjściu z nadprzestrzeni było przerażającym widokiem niezależnie od potęgi obserwatora. Nie był to sam widok fizyczny, nie to, co widziały oczy - ale nawet moje ograniczone zmysły wypełniały umysł przytłaczającym poczuciem śmierci, zniszczenia i najzwyklejszej pustki. Nie było tu śladów cierpienia, agonii, a przede wszystkim pustka - przytłaczająca i bolesna. Choć wielu spyta, co może być przerażającego w pustce, proszę w tym punkcie zwizualizować uczucie uwięzienia pośrodku zupełnej nicości. W dosłownej pustce. Bez wzroku, bez słuchu, w pełni świadomym, ale jakby świat nie istniał, nie istniały żadne zmysły. Tylko tym - w podwójnej skali - można choć odrobinę wyobrazić sobie pobyt w świecie, któremu odebrano elementarną naturę, podstawowe jestestwo. Fakt, że martwy widok nie był aż tak przytłaczający, jedynie podkreślał tę groteskę, przerażającą nicość. Choć wciąż czuło się tam Moc... wyobraźcie ją sobie bez dynamiki, którą stale czujecie, przez którą w ogóle większość z was może Moc wychwycić. W porównaniu do jałowej pustki wszędzie wokół, obszar, który odnalazła Mistrzyni Vile uspokajał oczy normalnością i życiem, choć był tylko podmokłym bagnem pełnym najgorszej roślinności na miarę bezwartościowych dżungli Onderonu. Z doznaniami przypominającymi o horrorze rzezi toczącej przez galaktykę - ruszyliśmy na miejsce, odnaleźć wreszcie spaczonego Danadrisa i zakończyć jego obłęd. Po drodze mijając tereny pozbawione nawet biosfery.

Teren, przez który maszerowaliśmy, był najzwyklejszym zaniedbanym bagniskiem, ale przez cały czas towarzyszyło mi napięcie. Przebywaliśmy sami na zniszczonym przez Vongów świecie, odcięci od wszystkiego, potencjalnie otoczeni przez setki. Jednocześnie muszę przyznać, że nie wiedzieliśmy tak naprawdę, dokąd się udać. Cały teren był tylko zalesionym bagniskiem, a marność powietrza doskwierała nawet mi. W beznadziejnych warunkach mozolnie przekradaliśmy się przez teren, z Mistrzynią Vile zwykle na czele. Dość szybko podpatrzyłem jej metodę chowania się w trawach i szybkich uskoków, aby uniknąć otwartego terenu. Przemieszczaliśmy się tak, a mnie nękały bodźce, które czułem jeszcze przed wylotem - uczucie nadchodzącej straty, jej konieczności, wiele wrażeń niespotykanie dosłownych we wszelkim rozumieniu - ale zwłaszcza przy naturze mojej łączności z Mocą. Nie potrafiłem tego zrozumieć, tym bardziej, że rzadko odbieram jakiekolwiek podobne bodźce w ogóle. W połączeniu z marnymi warunkami, przeprawa była ślepym krążeniem. Słyszeliśmy słowa wymawiane w języku ledwie podobnym do jakichkolwiek nam znanych, aż wreszcie stało się nieuniknione i natrafiliśmy na Yuuzhan Vonga.

Momentalnie doszło do walki. Nie minęła sekunda, a wszyscy troje atakowaliśmy jak najzażarciej potrafiliśmy, jak najszybciej, byle nie przerywać ataku, byle zabić drugą stronę. Vong zapewne z natury - my, aby nie dopuścić do wykrycia. Był zdecydowanie sprawniejszy od jakiegokolwiek z obecnych uczniów, ale nie miał żadnych szans - zostawiliśmy go martwego i szybko podążyliśmy dalej, ale było już albo za późno, albo wybraliśmy zły kierunek. Zauważyli nas - vongijskie zwierzęta i opancerzeni Mandalorianie, boleśnie znane nam z utarczek z chorym Danadrisem bydło. Nie było najmniejszej szansy uniknąć walki; choć zaoferowałem Mandalorianom łaskę, zerowa reakcja była łatwa do przewidzenia. Walka, w której się znaleźliśmy, była dla nas niezwykle marna. Choć Vongowie, którzy na nas nacierali, byli jednymi z lepszych, to ironicznie ich łatwiej było powalić - we dwoje nie mieliśmy szans przegrać, ich zdeklasowanie było w świetle naszych zdolności całkowite. Mandalorianie byli jednak w doskonałej pozycji - plecaki rakietowe pozwalały im z dziecinną łatwością uciekać ponad drzewami, połowiczne otwarcie i połowiczne ograniczenie terenu działało na ich korzyść doskonale. Nie byliśmy w stanie przerwać ich ataków, użerając się z zaczepnym ostrzałem długie minuty beznadziejnej przeprawy przez las. Dwójka Vongów padła martwa, z czasem, w przeciągających się pościgach, padło dwóch Mandalorian. Nie mogliśmy na tamten moment powiedzieć, co tam robili, kim dokładnie są - to była wyłącznie walka dwóch anonimowych dla siebie, skrajnie agresywnych sił, aż do śmierci.

Mistrzynię Vile odnalazł w tym czasie dość kuriozalny Vong - nieuzbrojony. Instynktownie, widząc stworzenie tej rasy, chciałem je zdekapitować, ale fakt, że Mistrzyni Vile nie atakowała powstrzymał mnie - bardzo szczęśliwie. Nie wiedziałem, jak odnaleźć się w sytuacji, w której Yuuzhan Vong nie ma nawet broni; zająłem się pościgiem za ocalałym. Ten ostatecznie dopadł do Vonga, zaczynając do niego strzelać, ale w tym krótkim momencie dał się złapać - i przepołowić. Vong zaś, operując częściowo Basiciem, co już go wyróżniało, kazał iść do jaskini. Sytuacja, w której Mandalorianin próbował zabić jednego z Vongów, z którymi jeszcze przed chwilą to nas chciał zabić, dezorientowała mnie już w pełni - to wszystko traciło sens. Mogliśmy tylko iść dalej i niszczyć morderców na swojej drodze i próbować zrozumieć. Vong otwarcie mówił, że tam, gdzie nas kieruje, czeka zło. Vong kierujący nas gdziekolwiek... to była dobitnie oczywista pułapka, ale byliśmy w środku nicości.

Odnaleźliśmy drogę ewidentnie wskazującą na jaskinię dość szybko po zniknięciu kuriozalnego Vonga, choć wtedy z zaskoczenia dopadł do nas kolejny z nich usiłujący zagrodzić nam drogę i powstrzymać przed ruszeniem dalej, ale nie było na to czasu, ani nie był to już bitewny ferwor. Uniesiony nad Mistrzynię amphistaff. Moje pstryknięcie palcami. Zdławiony huk. Rozerwane od środka, dymiące ciało upadające w bagno.

Ruszyliśmy dalej.




Obrazek

Dwudziestometrowy tunel wśród skał zaprowadził nas do wydrążonej dziury, którą zeskoczyliśmy na dół, gdzieś w niepojęcie głębokie warstwy ziemi, a przynajmniej tak wtedy to zarejestrowałem. Wszystko, co nas otoczyło, było... niezwykłe. Wycinek w martwej planecie, który wydawałby się sercem natury, gdyby nie mało znane oczom pochodzenie roślinności dookoła. Jednak to, co słyszeliśmy, było w tym wszystkim najbardziej niepojęte. Jedni Vongowie pomiatali drugimi jak niewolnikami, gdzieś z oddali dobiegały przekleństwa typowe dla humanoidów. Poruszaliśmy się schowani na wysokości - próbowałem z ukrycia zmiażdżyć jednego z nich, ale zdołał uciec przed spadającym na niego, pękniętym u podstawy drzewem. Imponująca prędkość.

Krążyliśmy dookoła, nasłuchując. Cała sytuacja wokół nas utrudniała podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Vongowie zaczęli wrzeszczeć o obecności Jedi - trudno powiedzieć, czy w jakiś sposób nas wykryli, czy domyślili się, że drzewo nie złamało się samo. Błąkaliśmy się na wysokości, obserwując, szukając jakiejś drogi do celu... i jakiegokolwiek celu samego w sobie. Mistrzyni Vile zdecydowała ostatecznie, że niczego nie zdziałamy w tym zawieszeniu. Zeszliśmy na dół, lecz prędko zauważył nas jeden z niepojęcie... niezezwierzęconych Vongów. Krzyczał, wołał, ale trudno było dostrzec w nim agresję - jedynie strach. Strach, którego nie widziałem u Vongów idących w miejsce tuzina zarżniętych na ich oczach, torturowanych więźniów zabijanych w niepojętej agonii. Mistrzyni stwierdziła, że wyglądają, jakby opiekowali się tą dziwaczną florą; próbowaliśmy zadawać różne pytania, ale marne były nasze szanse na porozumienie; Mistrzyni Vile dostosowała się do nich, mówiąc pojedynczymi, rwanymi słowami, co szybko zreplikowałem. Wreszcie ten tytuł, którego używała wobec Danadrisa twi'lekańska Mroczna Jedi - Khattaz - wywołał skrajną reakcję. Przerażony Vong po prostu uciekł, zostawiając nas z jeszcze większym chaosem.

O wszystkim zadecydowało coś, co było w niewytłumaczalny sposób tak żenujące, tak niskie, że zareagowałem - dosłownie - natychmiast. Vong, który umknął wcześniej z wyjątkowym refleksem miażdżonemu drzewu, ciężko poranił - jak się potem okazało, śmiertelnie - Vonga, który zbiegł przed nami, powtarzając tytuł spaczonego Danadrisa. Widok jednego z tych zwierząt, zabijającego słabsze we własnych szeregach, mordującego nawet swojego bezbronnego pobratymca przekroczył moje granice. Jednak przede wszystkim, chciałem pozostać w cieniu tak długo, jak to możliwe. Był wyjątkowo szybki, miał refleks nadczłowieka - ale nie miało to wobec mnie żadnego znaczenia, ściąłem wszystkie jego kończyny, zanim zauważył, że cokolwiek jest za jego plcami i zmieniłem w bezbronnego więźnia, którego zapewne Mistrzyni Vile mogłaby do czegoś wykorzystać. Jednak... przesadziłem. Złamanie bariery dźwięku zalało otoczenie sonicznym hukiem, gdy Vong padł w postaci torsu z głową. Szybko nas odnaleźli - i zaatakowali.

Była ich cała piątka - a każdy wyjątkowo utalentowany. Atakowali jak stado zwierząt, krążyli wokół nas, osaczali, zawsze w zwartej grupie. Wyskakiwali całą piątką i rąbali w nas niezniszczalnymi amphistaffami rozcinającymi potężne mury byle draśnięciem. Identyczną chmarą odskakiwali, wspólnie uciekali, wspólnie wycofywali się dalej rąbiąc. Każdy jeden z nich z łatwością sprostałby w pojedynku dowolnemu z obecnych Padawanów. Gdy jeden oszołomiony uciekał odzyskać zmysły, pozostali atakowali bez wytchnienia.

Nie było jednak najmniejszych wątpliwości, że opuścimy tę walkę nienaruszeni. Choć cała chmara Vongów osaczała Mistrzynię, rąbiąc i siekając od każdej ze stron, nie dając jej nawet sekundy wytchnienia, dwóch pozostałych przeciwko mnie stanowiło o wiele za mało, aby oprzeć się w bezpośredniej walce. Niezdolni osaczyć mnie w tej liczbie, popełnili katastrofalny błąd - kiedy ich druga przeciwniczka bezproblemowo znosiła cały ten napór, ja nawet na pół sekundy nie przerywałem gradobicia ciosów wymierzonych w zasypanie ich ze wszystkich stron, zmiażdżenie szybkością, ciągłością i ciągłymi zmianami. Już po chwili zbroje zaczęły rozpadać się pod ciosami, a zmiany rozkładu sił nie przynosiły na tym etapie niczego. Mistrzyni Vile poraniła pierwszego, a zaraz potem drugiego, gdy zaczęli walczyć o życie, kiedy którykolwiek z nich odsłaniał plecy, padał ofiarą jednego z nas, zmieniających się miejscami w nieskończonej rotacji. Gdy każdy z nich potrzebował trzech sekund, aby w drgawkach zebrać się z ziemi z dymiącymi kraterami w zbrojach i ciałach, ich miejsce zajmowali kolejni. Wreszcie pierwszy padł pod moim mieczem, a my nadal napieraliśmy na nich coraz bardziej i bardziej, kiedy nie mieli już możliwości rozdysponować należycie sił bez piątego wojownika, z rannymi. Nawet gdy wpadałem pod spadające ze wszystkich stron ciosy, niezdolny do obrony, miałem już dość przestrzeni, by wyrwać się z tej rzezi i odzyskać równowagę, a nawet pozostawiona z nimi wszystkimi, Mistrzyni Vile gładko szermowała z czwórką naraz przez niezbędnych kilka sekund. Wreszcie kolejny padł z rąk Mistrzyni Vile, a ocalała trójka walczyła już tylko o swoje bezwartościowe życie. Choć było nas dwoje na trzech, z tego punktu walka przerodziła się jedynie w intensywną egzekucję. Uciekali, próbowali zbierać siły, ale zostawiało to pozostałych na pewną śmierć. Choć jeden z nich zbiegł, a ja mylnie wziąłem chowającego się drobnego Vonga za ukrywającego się wojownika, niemal go ciąwszy - po następnej minucie wszyscy spoczywali martwi.

Wtedy zapanował spokój. Walka się skończyła, wszystko przepełniała niezmącona cisza - aż do przybiegnięcia Vongów podobnych do tamtej ofiary. Pozbawieni broni, w większości także chorych biokonstrukcji wychodzących z ciał, często sporo niżsi od tamtych morderców, otoczyli nas - wołając hasła o Jedi, o jakiejś przepowiedni. Byłem w tej samej konsternacji, co Mistrzyni Vile, gdy stanęliśmy do siebie plecami, zdezorientowani otaczającymi nas w jakimś niepojętym kulcie Vongami. Mistrzyni jednak wyłączyła wreszcie miecz, więc poszedłem w jej ślady. Zagubieni, byliśmy zdani tylko na składanie w jakąkolwiek całość słów Vongów, którzy mieli zaprowadzić nas do "kapłanki". Przemarsz przerwał jednak widok człowieka... który szybko wyjaśnił, skąd pochodziły ludzkie wulgaryzmy. Wiedziałem, że to w ten rejon zesłano Ezequiela Thaxtona, spodziewałem się jakiegoś kontaktu z nim w tym systemie - ale nie w ten sposób. Thaxton przypominał najgorszą, zagłodzoną ofiarę; słaby, otępiały, zdezorientowany. Nie to było jednak najgorsze, a to, co zrobiono z jego okiem - wewnątrz tkwiła jakaś niemożliwa do nazwania, spaczona kreacja Vongów, jak one wszystkie poza naszymi normami nawet dla podstawowych kształtów. "Coś" w jego oku strzelało w naszą stronę kwasem jak amphistaffy. Chciałem to wyciąć, ale nie mogłem wiedzieć, czy i w jaki sposób jest to włączone do krwiobiegu. Mistrzyni przerwała, zadecydowała, abyśmy na razie go zostawili i poszli tam, gdzie prowadzą nas Vongowie... teraz trudno mi się nie zgodzić. Spędził w tym stanie wiele czasu i wyglądał na względnie bezpiecznego. Decyzja, która, jak się okazuje, go ocaliła.




Obrazek

Dotarliśmy ostatecznie, po tułaczce przez ciasne i niewygodne przejście, aż do czegoś, co było tyleż fascynujące, co przerażające. Zielone, kręte korytarze, konstrukcje, które na naszych oczach poruszały się i funkcjonowały, które miejscami zdawały się mieć coś, co mogłoby być jak żyły, tętnice. Wszystko wokół nas było organiczne i żywe. Wszystko, każdy centymetr gruntu wokół nas, mógł służyć, by próbować nas zabić. Bezustanne napięcie było niewiele mniej męczące psychicznie, niż wcześniejsza walka fizycznie - byliśmy w środku czegoś, co było żywym organizmem Vongów. Świadomość zagrożenia była przytłaczająca, choć same konstrukcje bez wątpienia porywające - nawet jeśli niezrozumiałe, zbyt obce, zbyt dalekie od tego, co dla nas jest elementarną logiką działania biologii.

Vongowie zaprowadzili nas przed oblicze wspominanej kapłanki - i wtedy zaczęła się rozmowa. To był już moment, w którym wszystko leżało w rękach Mistrzyni; nie dość, że dialog w moim wykonaniu jest katastrofalnym wyborem, to byłem tak czy inaczej zbyt przytłoczony, aby wysławiać coś więcej, niż ścisłe, merytoryczne uwagi i rozwijanie niektórych pojęć. Rozmowa zaczęła się niezwykle powoli i naturalnie - od garści wstępnych wyjaśnień. "Kapłanka" przedstawiała się jako Mistrzyni Przemian, podobny zwrot słyszałem chyba w kontekście stwórców "Nawigatora". Zaczęła swą opowieść, że bezbronni Vongowie zobaczyli w nas "Tchnienie", jakim nazywają Moc. Z tego punktu rozmowa zmieniła się w coś, w czym całkowicie już stałem się jedynie wycofanym, uważnym słuchaczem, wtrącającym się tylko tam, gdzie przychodziły kwestie, w których mogłem coś rozwinąć, nie narzucając w żaden sposób toku rozmowy - choć nawet takich okazji było wiele. Jednak nawet i Mistrzyni Vile była bardzo... ostrożna w słowach, czemu trudno się dziwić w samym sercu organizmu Vongów, wysłuchując czegoś tak niespotykanego, że prawie niedorzecznego. Wszystko, co usłyszeliśmy... zdecydowanie wywraca spojrzenie na Yuuzhan Vongów do góry nogami. To, co mną wstrząsnęło, zostawiam wam do oceny.

Istoty, które zaprowadziły nas na miejsce, były robotnikami najeźdźców. Nie wspierali "Shimmry", czegoś, czy kogoś, co musi odpowiadać za wojnę. Wysłuchaliśmy wielu słów o tym, że nasza wrażliwość na Moc jest dla najeźdźców - pytanie jak wielu, czy może wszystkich - darem od ich boga. Darem, za który głowa ich "cywilizacji" chce nas zgładzić, dar, który chcą zniszczyć - który sami kiedyś stracili. Sprawdziły się słowa z Lehon... że Vongowie, tak jak Rakatanie, stracili więź z Mocą przez swe zbrodnie. Pytanie, na ile losy obu mają coś wspólnego? Wszystko inne, co zdążyliśmy usłyszeć, było równie nowe. Robotnicy, kobieta na ich czele... nie są częścią inwazji. Nie do końca. Tu być może zaczyna się punkt, który jest najbardziej szokujący - nie wszyscy wśród nich są zwolennikami tego, co się dzieje. Ta kobieta - i "Yu'sha", który dołączył do nas w dalszej debacie - byli przeciwnikami rzezi wrażliwych na Moc, rzezi tej galaktyki. To... nie byli wrogowie; to nie były nawet prymitywne, zwierzęce byty. Nie - to była, z całą pewnością, inteligencja. Usłyszeliśmy wiele zadziwiających słów, cytować musiałbym całą rozmowę, każde z pytań Mistrzyni Vile, każdy jej wyraz zaskoczenia, każdą odpowiedź naszych rozmówców, każdą rewelację. Jedi byli dla nich zbawcami z przepowiedni - tymi, którzy w przeciwieństwie do Vongów, posiadają Moc, która jest w ich oczach... dawno zaginionym darem od bogów. Tak jak my jesteśmy ofiarami bezlitosnej rzezi naszej galaktyki - oni są ofiarami niewoli rządów oprawców. Nie wiemy, ilu ich jest. Nie wiemy, jak silna jest władza przywódców. Nie wiemy, na jakich kłamstwach się opiera, na jakich podwalinach. Mistrzyni pytała, czym jest przepowiednia - dowiedzieliśmy się, że mówi o nadejściu wyzwolicieli "shańbionych", zniewolonych przez swoją własną rasę. Takich wyzwolicieli upatrują... właśnie w nas. Wierzą, że poprowadzimy ich przeciwko oprawcom z własnej rodziny. A wszystko to ma zwieńczyć nadejście "Yuuzhan'tar".

Najszczęśliwszą wiadomością, jaka nas sięgnęła, jest to, że ponoć... jest ich wielu. Choć to wszyscy ci, którzy są odtrąceni przez tą część swej rasy, która prowadzi swój morderczy podbój; tak jak bezbronni przez nas mijani, jak ten nieszczęśnik zgładzony przez własnego pobratymca. Już te słowa mną wstrząsają - że nazwanie jakiegokolwiek Vonga "nieszczęśnikiem" ma jakąś logikę.

Dowiedzieliśmy się więcej. Neil Danadris był na Yabol Opa... i to on odebrał tej planecie życie, tak jak na Ruusan. Nie umiem na razie dociekać, w jaki sposób - Moc tej skali to z pewnością wątpliwa opcja, zapewne jest tu bliżej niepojęty - jak wszystko z nią związane - udział biotechnologii najeźdźców. Gardził ponoć własnymi sprzymierzeńcami, próbował przekształcać ich w chore, spaczone biowytwory Vongów. Nieumiejętnie, również ponoć. Na ile słowa Vongów są godne zaufania? Nie w kwestii wiary w ich prawdomówność, a wiary w ich pojmowanie działań naszej rasy i myślenia ludzkiego? Nie wiemy. Chcą jednak go powstrzymać, zanim kolejny świat spotka podobny los, ale nie poznaliśmy od nich jakiegokolwiek tropu, który mógłby za nim prowadzić. Próbowaliśmy zebrać wiedzę różnego sortu, z której może narodziłyby się wnioski - na próżno.

Czemu to wszystko jest tak wstrząsające - mam nadzieję, że jest względnie oczywiste. Oboje opuścili nas po dłuższej rozmowie - zawiłej i trudnej, w której nijak nie mógłbym się samodzielnie odnaleźć. Mistrzyni dowiedziała się jednak, co dzieje się z Thaxtonem - został złapany, najwyraźniej przez mandaloriańskiego Danadrisa. Uczyniono z niego niewolnika, zajmował się czymś przy opiece nad tą... odnową biologiczną terenu. Zainstalowany w jego oku, wrośnięty, przeraźliwy wytwór Vongów scalony z jego osobą zabijał go przez to, że tkwiła w nim Moc - kuriozalna antyteza środków Lorda Kaana. Ci... "twórczy" Vongowie nie wiedzieli, że wojownicy zesłali wrażliwego na Moc. Podanie środków, które usunęłyby wytwór, mogłoby go w efekcie zabić. I tu przychodzi najdziwniejszy element. O ile nie ma niczego zastanawiającego w tym, że okazało się, że niezbędny jest inny wpół żywy, ale przesiąknięty Mocą obiekt - tak więc potężny kryształ - o tyle niebywale zastanawia mnie, jak to możliwe, że przeszywające mnie uczucie nadchodzącej straty... dotykało właśnie pożegnania tego kryształu. Nie chcę wnikać w detale tego, co Vongowie robili z przyprowadzonym Thaxtonem - nie umiem. Wszystko to, co widzieliśmy z Mistrzynią, było dosłownie wyjęte z tego świata. Nie sposób przyrównać do czegokolwiek tych zabiegów, całego procesu - to dosłownie coś spoza naszego świata, pod każdym względem. Niepojęte procesy, biologiczne organizmy poza naszym pojęciem życia, pierwiastki spoza tego, co znamy jako budulec wszechświata, wiązania, które zapewne przeczą naszej wiedzy chemicznej. To wszystko było fascynująca i obrzydliwą naraz zagadką. Taką samą był jednak ten najbardziej niepojęty element procesu. Choć kryształ miał ulec zniszczeniu w procesie, nie uległ - przekształcił się w coś połączonego z wytworami Vongów. Przez cały ten czas, gdy kryształ był wykorzystywany do usunięcia chorego organizmu w oku Thaxtona, mnie przeszywał ból - wyjątkowo ciężki i trudny. W pewnym momencie straciłem już po prostu siły i choć starałem się w obecności Vongów zachować kontrolę, w końcu zwyczajnie się poddałem i spocząłem na - de facto żywej - kuriozalnej posadzce i po prostu próbowałem to przetrwać. Nie mogłem tego wytrzymać, choć czułem też, że to, co przylgnęło do mnie w Dolinie Jedi, jej ocalała esencja - zaczęła mnie opuszczać. Być może to było źródłem tego bólu, ale trudno powiedzieć; nie mogliśmy ocenić w zasadzie niczego. Tak jak i ja nie mogę ocenić, czemu usłyszałem w swojej głowie słowa mówiące o Sercu Obrońcy, o legendarnym krysztale z zarania dziejów Zakonu Jedi, o którym długo można snuć opowieści. Wątpię, aby coś oszukało mój umysł, skoro nawet istoty miary Voliandera nie mogą; nie wierzę też w kontakt z chemią Vongów na tej zasadzie; to też zbyt spójne na omamy. Nie wiemy jednak, co tak naprawdę mogło to być. Jednak to, co zrodziło się z tego kryształu i procesu jest z całą pewnością... dokładnie takie jak w zaginionych legendach. I sądzę, że jeszcze długo będzie mnie przerastać pojmowanie, jak mogło się to stać.

Oko Thaxtona nie ocalało - ale on sam tak. Nie mamy drogi kontaktu z tymi Vongami, choć zastrzegliśmy, że z pewnością wszyscy wrodzy inwazji znajdą u nas schronienie i pomoc. "Yu'shaa" odszedł na długo przed całym procesem, kapłanka pozostała ze swoimi robotnikami. Zabraliśmy ciężko okaleczonego Thaxtona ze sobą - wątpię, aby miał jakiś inny dom... kimkolwiek poza inkwizytorem Palpatine'a tak naprawdę jest.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (obrazek nr. 2 autorstwa Siada)

4. Autor raportu: Inkwizytor Jedi Bart
Awatar użytkownika
Bart
Mistrz Jedi
 
Posty: 1186
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 26 lis 2017, 22:25

Taktyczna Rozgrywka

1. Data, godzina zdarzenia: 05.11.17 (0:00-1:00); 07.11.17 (22:00-2:00)


2. Opis wydarzenia:

Wszystko działo się około trzech tygodni temu, późnym wieczorem. Ochrona poinformowała nas, że do budynku zbliża się dwóch Yuuzhan Vongów. Natychmiast ruszyłam do głównego wyjścia, gdzie zebrał się już mały tłum zaalarmowanych uczniów. Zaraz potem pojawił się Vong – tylko jeden (drugi miał czekać w górach). Sforsowanie drzwi zewnętrznych zajęło mu dosłownie kilka sekund i pewnie przeszedłby dalej, gdyby nie błyskawiczna reakcja Padawana Namona, który kazał droidom aktywować pole siłowe.

Po dokonaniu egzekucji na drzwiach, Vong przestał zachowywać się agresywnie. Chciał rozmawiać – ale wyłącznie we wnętrzu bazy. Poszliśmy na kompromis. Uczniowie wycofali się ze szklanego korytarza, pole siłowe blokujące wejście zostało zwolnione, pojawiły się natomiast kolejne – blokujące przejście do dalszych sekcji budynku. Stanęłam z intruzem twarzą w twarz, podczas gdy reszta przysłuchiwała się naszej rozmowie ze względnie bezpiecznego miejsca.

Vong był wojownikiem, nie należał do grupy zhańbionych. Był pacyfistą? Wypełniał czyjś rozkaz? Niezależnie od jego motywacji, informacje, które miał nam do przekazania, okazały się bezcenne. Jeden z Mistrzów Wojny, Khsats Choka, miał przygotowywać właśnie atak na Onderon, jego celem było odbicie Yammoska. Naszemu gościowi ewidentnie zależało na tym, by Yammosk nie trafił w ręce najwyższego Lorda Shimmry. W zamian za te informacje chciał, byśmy zapamiętali hasło „Zenoma Sekot” – miało zwiastować *koniec*. Koniec czego? Inwazji, Galaktyki, nas? Vong nie odpowiedział mi jednoznacznie. Teraz rozumiem lepiej… ale to całkiem inna historia.

Kiedy nasz gość odszedł, poprosiłam Alorę o kontakt z Onderonem – atak mógł być blefem, ale nie stać nas było na zignorowanie go. Padawan Namon i ja wyruszyliśmy natychmiast myśliwcem Kaana. Lot trwał 22 godziny. Doba w nadprzestrzeni, w tym czasie mogło zdarzyć się wszystko. Mieliśmy jednak szczęście i dotarliśmy na czas, a wraz z nami nieocenione wsparcie Sojuszu.

W Pałacu Królewskim przywitał nas szpaler wiwatujących żołnierzy (co było niezwykle miłe, mimo ponurych okoliczności), po czym ruszyliśmy prosto do sali obrad. Tu dowiedzieliśmy się, że Yammosk pozostaje nieosiągalny – Agent ukrył go i nie zamierza zdradzić jego położenia. W świetle zbliżającego się ataku nie mieliśmy czasu na przepychanki i podchody. Wypytałam o stosunki między Agentem a nowym SOO i szybko stało się jasne, w czym leży problem.

Obecne władze zamierzały zwyczajnie pozbyć się Agenta, najlepiej hibernując go na czas nieokreślony. Sam zainteresowany zdawał sobie z tego sprawę i chciał wywalczyć sobie wolność. Postanowiłam to wykorzystać – na ojczystej planecie Agent nie był już mile widziany, ale, przy jego umiejętnościach, mógł przydać się gdzie indziej. Nie było powodu, by zostawał na Onderonie, gdzie nikomu jego obecność nie była na rękę. Ochroniarz Yammoska czy wsparcie armii Sojuszu – cokolwiek chciałby robić, mogliśmy zapewnić mu transport poza planetę i inne życie.

Krótka i treściwa rozmowa z Agentem zweryfikowała moją ofertę. Walka w jakichkolwiek strukturach – nie. Opuszczenie planety – tak. Wydanie Yammoska – owszem, ale wyłącznie Jedi. Nie było trzeba negocjować, Agent był zdecydowany oddać nam Nawigatora. Jak się później okazało, miał w tym swój cel, choć ostatecznie nie zdołał go zrealizować. Na nasze szczęście.

W trakcie rozmów w sali obrad pojawili się przedstawiciele sił Sojuszu wysłanych do nas jako wsparcie. Dla słabego, wyniszczonego Onderonu oznaczało to realną możliwość obrony. Początkowo planowałam po prostu wycofać Yammoska z Onderonu, ale teraz zaczęłam mieć wątpliwości. Skontaktowałam się z nim telepatycznie (gdziekolwiek był, potrafił wyłapać moje sygnały z Mocy) i spytałam, na ile jest w stanie maskować swoją obecność przed innymi yammoskami. Potwierdził, że potrafi robić to dość skutecznie. Niedobrze. Mój plan wymagał zmian.

Nawet gdyby Yammosk zniknął z systemu, Vongowie mogliby podejrzewać, że wciąż tam jest, tylko schowany. Zaatakowaliby – a wyniszczony miesiącami obrony Onderon mógł już tego nie przetrwać. Moim priorytetem było nie dopuścić do ataku na samą planetę. Chciałam uniknąć bezpośredniego starcia, które byłoby dla nas druzgocące, nawet jeśli odnieślibyśmy zwycięstwo. Chciałam zadziałać sposobem.

Mój plan opierał się głównie na dezorganizacji Vongów przy unikaniu bezpośredniej walki. Założenie pierwsze – Vongowie mieli podejrzewać, że Yammosk wciąż jest na Onderonie. Nie było powodu, by myśleli inaczej, Yammosk sam przyznał, że potrafi dobrze się ukrywać, nie mogli wiedzieć, że zostaliśmy ostrzeżeni. Tymczasem planowaliśmy wywieźć Yammoska z Onderonu, wykonać krótki skok w nadprzestrzeni tak, by Yammosk był kompletnie niewyczuwalny przez atakujących.

Założenie drugie – Onderon miał wyglądać na słaby, niezdolny do obrony. Siły wsparcia miały pozostać w ukryciu, w cieniu Dxun lub na powierzchni planety w przypadku mniejszych maszyn. Poleciłam, by nikt nie angażował się bezpośrednio w walkę tak długo, jak się da. Vongowie są agresywni – związani walką mogli skupić się na niej, nie na swoim głównym celu. Jeśli Onderon pozostałby w miarę pasywny, cała armia mogła go zignorować, ruszając za prawdziwym celem.

Tu dochodzimy do ostatniego założenia. Kiedy wróg zbliżyłby się do planety, my mieliśmy wrócić z Yammoskiem na obrzeża systemu. Jeśli Vongowie wciąż wierzyliby w bezbronność i pasywność Onderonu, ściągnęlibyśmy ich uwagę. Liczyłam na to, że cała armia ruszy za nami. Po pełnym przegrupowaniu wroga miał rozpocząć się kontratak Sojuszu i Onderończyków – w pierwszej kolejności na tyły formacji, potem głębiej, tak, by kompletnie rozbić ich szyk. Yammosk, Namon i ja mieliśmy pozostać w roli przynęty, blisko, ale nieuchwytni, i po prostu przetrwać.

Plan się spodobał, nawet Agent uznał, że ma szanse powodzenia. Rozkazy zostały wydane, a my ruszyliśmy odebrać Yammoska. Jak się potem okazało, nieświadomie uniknęłam zasadzki. Agent planował zabić nas i opuścić planetę naszym statkiem, to dlatego chciał wydać Yammoska wyłącznie Jedi. Ostatecznie musiał zrezygnować ze swojego pomysłu, okazaliśmy się niezbędnym elementem obrony.

Pierwsze informacje o kontakcie z wrogiem przyszły do nas zanim jeszcze wystartowaliśmy. Dziwne zwierzęta-kapsuły, Yammosk wyjaśnił, że używają ich Łowcy. Przekazaliśmy tę wiedzę dalej, łącznie z tym, by samych Łowców szukać na drzewach (Namon wykazał się tu fantazją i podpowiedział, by spalić intruzów). Potem opuściliśmy system. Kilkuminutowy skok, po którym dowiedzieliśmy się, że Vongowie nadeszli. Kilka minut do kontaktu z wielką armią. Przypomniałam, by nikt nie atakował, po czym ruszyliśmy z powrotem.

Dotarliśmy w samą porę, frontalne siły Vongów weszły w kontakt z resztkami obrony naziemnej, ale siły Sojuszu pozostały w ukryciu. Poprosiłam Yammoska, by zaczął miarowo zaznaczać swoją obecność, na tyle, by ściągnąć uwagę Vongów – ale nie na tyle, by ich zaalarmować nienaturalnym zachowaniem. Udało się. Armia zaczęła się przegrupowywać, dokładnie tak, jak chciałam. Nikt nie był zainteresowany dobijaniem półmartwego Onderonu, kiedy pojawił się ciekawszy obiekt. Czekaliśmy, aż wróg się zbliży – siły Sojuszu także czekały na mój znak. W końcu byliśmy zmuszeni uciekać. Jeszcze chwila. W naszym kierunku wystrzelono pierwsze pociski – i wtedy dałam sygnał do ataku.

Namon starał się prześcignąć wroga, ale niewielki myśliwiec nie dawał rady. Ja próbowałam odpowiadać ogniem z działek, nieco na oślep – wrogów było i tak zbyt wielu, by mój ostrzał mógł cokolwiek zmienić. Yammosk niewiele mógł zrobić, skutecznie zagłuszany przez dwa wrogie yammoski. Natomiast siły Sojuszu radziły sobie fenomenalnie na tyłach formacji Vongów, kosząc statek po statku, kiedy zdezorientowany wróg starał się ogarnąć sytuację.

Moja taktyka okazała się idealna… gdyby nie nasze słabe położenie. Mimo manewrów Namona, nasze tarcze słabły, a wrogich sił było coraz więcej. Lecieliśmy ku Dxun, by się za nim schować, ale nie dalibyśmy rady – za wolni, zbyt osaczeni, z tarczami na poziomie trzydziestu procent.

I wtedy, gdy było już naprawdę gorąco, zza księżyca wyłonił się gwiezdny niszczyciel, prujący salwami z każdego działa, które miał. Wpadliśmy pod niego, traktując go jak ogromną tarczę. Byliśmy bezpieczni. I wygrywaliśmy.

Bitwa, która zmieniła się w masakrę na Vongach, skończyła się bardzo szybko. Nasz wróg uznał, że musi się wycofać, a my ruszyliśmy za nim, zdeterminowani, by zdjąć okręt flagowy z Mistrzem Wojny na pokładzie – o czym wiedzieliśmy od Yammoska. I choć ostatecznie nie zdążyliśmy go zniszczyć, odnieśliśmy druzgocące zwycięstwo.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:


4. Autor raportu: Mistrz Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1752
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 30 lis 2017, 21:57

Garnizon z Christophsis

1. Data, godzina zdarzenia: 23.11.17 - 29.11.17

2. Opis wydarzenia:

Już przeszło tydzień minął odkąd nad Prakith zaczęła zbierać się flota byłego Imperium z garnizonu Christophsis. Zaraz po przybyciu skontaktowali się oni z nami. Okazuje się, że celem ich przybycia było nic innego... jak pomoc dla nas. Nie znam całej historii, jednak wygląda na to, że nasza grupa, a w szczególności Mistrzyni Vile w jakiś sposób w przeszłości wsparła, pomogła, czy uratowała ich w momencie, w którym nawet na ówczesne Imperium nie mogli już liczyć. Oni zaś pojawili się właśnie teraz, by spłacić swój dług wdzięczności. Wspomóc nas w walce i działaniach przeciw Yuuzhan Vong. Z pełnym profesjonalizmem, z wielkim szacunkiem kierowanym w naszą stronę. Zdaliśmy im relację z aktualnego stanu naszej grupy, jak i Mistrzyni na prośbę tamtejszego admirała - Kharna Geezela - wystosowała listę umiejętności, oraz przydatności osób z grupy w obliczu nadchodzących działań. Przed nimi jednak były jeszcze rozmowy z rządem Prakith, który zapewne był równie zdziwiony ich pojawieniem jak my, lecz raczej nie widział tego w tak jasnych barwach.

Zaś dziwnym zbiegiem okoliczności... dwa dni po pojawieniu się wspomnianych imperialnych sił na wszystkich kanałach prakithańskiej holowizji wyemitowana została szokująca wiadomość. Ultimatium Yuuzhan Vong dla wszystkich mieszkańców Prakith. Większość z Was zapewne już słyszała... ale zostawiam odnośnik do wpisu z sieci wewnętrznej na ten temat:
Ukryte:


Kilka dni później admirał Kharn Geezel z floty imperialnej garnizonu Christophsis znajdującej się na orbicie Prakith wciąż prowadził negocjacje z dowództwem obronnym. Ostatnio zaś Mistrzyni, wraz ze mną i Padawanem Accarem została wezwana na spotkanie, gdzie admirał przekazał nam aktualny stan rozmów, oraz poprosił o ustalenie toru dla dalszego ich przebiegu.

Rząd Prakith dalej pozostaje nieufny, oraz prawdopodobnie uznaje pojawienie się sił Christophsis za prowokację z naszej strony. Jako grupa nie jesteśmy brani pod uwagę w żadnej obronnej perspektywie przez dowództwo Prakith. Duża część rozmów zaś polegała na wytykaniu palcami naszych błędów, potknięć z przeszłości, oraz "prób zakłócania porządku publicznego". W dodatku podważa się naszą kompetencję w związku z jakąkolwiek współpracą... co bardzo zdziwiło admirała Geezela. Ten stwierdził jednak, ze mimo wszystko, z uwagi na realne zagrożenie ze strony Yuuzhan Vong rozmowy zachowały względnie cywilizowany charakter. Nie są oni jednak traktowani zbyt poważnie przez rząd Prakith, który najwidoczniej po prostu próbuje się ich pozbyć. A raczej... pewnie obawiając się ich - odesłać daleko za system, gdzie mieliby być "przydatni". Bo według dowództwa na orbicie prakithańskiej nie są w żaden sposób potrzebni. Tak samo jak my. Nikogo chyba jednak nie dziwi takie... oficjalne stanowisko z ich strony. Poznaliśmy już w pewnym stopniu sposób ich myślenia. Zaściankowość, samowystarczalność. Sami też nie jesteśmy bez winy. Później zaś przyszło do ustalenia toru dalszych negocjacji.

Mistrzyni trafnie stwierdziła, że nie jest to dobry moment, by próbować naprawić naszą reputację. Jak i to, żeby ich siły darzyły do kompromisu za wszelką cenę. Jeśli mamy pozostawać poza strukturami dowodzenia podczas obrony - oni też nie będą mogli dowodzić i dysponować nami wedle własnego widzimisię. Jeśli dalsze negocjacje niczego korzystniejszego nie przyniosą - niech nie godzą się na wystawianie sił z Christophsis jako pierwszą linię obrony. Niech forsują pozostanie w obwodzie, możliwe, że na orbitach ciał niebieskich przeciwległych do Prakith, lecz dalej w obrębie systemu. Zaś jeśli dojdzie do ataku - nasza grupa będzie ściśle współpracowała i koordynowała działania z siłami z garnizonu Christophsis. Na tym zakończone zostało spotkanie z admirałem, który nim opuściliśmy pokład niszczyciela, przekazał mi dysk z danymi ukazujący rozkład sił floty z Christophsis. Dołączony zostanie w załączniku. Przenośnik został zniszczony zaraz po wgraniu danych do archiwum.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Spis sił imperialnego garnizonu z Christophsis:

Dowództwo kontyngentu:
  • Komendant kontyngentu i Floty - admirał Kharn Ghezzel
  • Drugi komendant Floty - wiceadmirał Bennes Penrose
  • Komendant Armii - generał brygadier Reiv Sodervall
  • Drugi komendant Armii - generał brygadier Joanken Mucpann
  • Dowódca nawigatorów - komodor Krass Arsen
  • Komendant korpusu inżynieryjnego okrętu dowodzenia - pułkownik Gerin Savos
  • Pierwszy doradca strategiczny - kontradmirał Quer Sennivir
  • Pierwszy reprezentant dowództwa - kontradmirał Siv Vall

Okręty liniowe:
  • Gwiezdny Niszczyciel klasy Gladiator - komendant: admirał Kharn Ghezzel
  • Okręt szturmowy klasy Aklamator - komendat: kapitan Varral Thoryn, oraz komendant Armii: generał brygadier Vein List.
  • Okręt szturmowy klasy Aklamator - komendant: komodor Kherr Xsarust, oraz komendant Armii: pułkownik Jerran Weave.
  • Gwiezdny Niszczyciel klasy Venator - komendant: kontradmirał Larrup.

Liczebność:

Gladiator
Personel Floty - 1 108
Personel Armii - 1 301
Myśliwce - 24

Aklamator
Personel Floty - 817
Personel Armii - 12 037
Transportowce - 71
Maszyny naziemne - 40
Artyleria repuls. - 34
Śmigacze - 301

Aklamator
Personel Floty - 835
Personel Armii - 12 730
Transportowce - 75
Maszyny naziemne - 38
Artyleria repuls. - 35
Śmigacze - 315

Venator
Personel Floty - 7 400
Personel Armii - 1 883
Myśliwce - 209
Transportowce - 40
Maszyny naziemne - 22



PEŁNE SIŁY
Personel Floty - 10 160
Personel Armii - 27 951
Myśliwce - 233
Transportowce - 186
Maszyny naziemne - 100
Artyleria repuls. - 69
Śmigacze - 616


Gwiezdne myśliwce:
  • TIE/In - 64
  • TIE/Rc Vanguard - 55
  • TIE Advanced - 91
  • TIE Defender - 23

Transportowce kosmiczno-atmosferyczne:
  • Kanonierka LAAT/i - 126
  • Prom medyczny E-2T - 22
  • Prom klasy Lambda T-4a - 14
  • Prom klasy Theta T-2c - 24

Maszyny naziemne:
  • AT-RT - 52
  • AT-PT - 38
  • AT-ST/a - 10

Artyleria repulsorowa:
  • AT-AP - 48
  • AT-AA - 21

Śmigacze:
  • Śmigacz naziemny XP-38 - 194
  • Śmigacz uderzeniowy SV-50 - 257
  • Śmigacz BARC - 165

Wyposażenie piechoty:
  • Karabiny blasterowe E-11 - 39,44%
  • Karabiny blasterowe E-15 - 30,13%
  • Karabiny blasterowe E-19 - 5,43%
  • Samopowtarzalne karabiny T-21 - 20,90%
  • Ciężki imperialny karabin szybkostrzelny - 4,10%


4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 444
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości