Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 23 sty 2017, 23:22

Czyste zło

1. Data, godzina zdarzenia: 21-22.01.17, ~21:00-04:00

2. Opis wydarzenia:

Wszystko zaczęło się w szósty dzień mojego pobytu w bazie, kiedy ćwiczyłam walkę wręcz wraz z porucznikiem Vreyx'em oraz padawanem Namon-Dur'em. Do pomieszczenia wszedł Mistrz Bart, trzymając w ręku coś, co wyglądało na zwyczajny kubek. W milczeniu zapewne przyglądał się naszym, a raczej moim nieudolnym próbom walki z padawanem. W pewnym momencie, w hangarze rozległ się głośny trzask tłuczonej porcelany. Momentalnie przerwaliśmy nasz sparing i zwróciliśmy się w stronę, z której dobiegł wyżej wymieniony huk. W stronę Mistrza Barta. Inkwizytor skulił się, trzymając za brzuch, po czym coś powiedział, bardzo cicho. Chyba: "Uciekajcie", ale w tamtym momencie nie tego nie zrozumiałam. Odległość miedzy nami była za duża. Stałam tam jeszcze chwile, w zakłopotaniu, przyglądając się Mistrzowi. Dopiero, gdy porucznik wrzasnął: "W nogi!" dotarło do mnie, o co tak naprawdę mu chodziło. Nie czekając już na nic, razem z porucznikiem i Namon-Durem szybko wybiegliśmy z hangaru i w pośpiechu skierowaliśmy się w stronę wyjścia z bazy. Nic nie jest w stanie opisać mojego zdziwienia w tamtym momencie. Nie rozumiałam, co się stało, ani dlaczego uciekamy. Widząc jednak, że zarówno porucznik Vreyx jak i Namon-Dur uciekają z budynku razem ze mną, to nie zastanawiałam się. Wiedziałam, że to nie są żarty.

Na zewnątrz czekali już na nas padawani Bar'a'ka i Angar. Mówili coś, o zaginionej substancji, ale nie byłam w stanie złożyć zdań przez nich wypowiadanych w żaden jasny dla mnie wtedy ciąg. W końcu, ktoś zasugerował nerwowo, że powinniśmy uciec na dach. Porucznik momentalnie odpalił swój plecak odrzutowy i wzleciał ponad ziemie, a za nim podążyli Bar'a'ka i Namon-Dur. Natomiast padawan Angar szybkim ruchem zarzucił mną na swoje ramie (Jak widać, mój ciężar nie był dla niego jakimkolwiek wyzwaniem) i wyskoczył w stronę dachu. Nieopisane było jednak moje przerażenie, gdy przypadkowo wyślizgnęłam się z ramienia Angara i zaczęłam spadać, plecami skierowana do ziemi. Lot dłużył się niemiłosiernie, gdy ja bezskutecznie próbowałam się jakoś obrócić.

Następną rzeczą którą pamiętam, był ogromny, pulsujący ból z tyłu głowy i padawan Bar'a'ka pomagający mi wstać. Ja jednak nie byłam w stanie ustać na nogach o własnych siłach. Ból połączony z zawrotami głowy i nie do końca odzyskaną przytomnością skutecznie mi to utrudniał. Mimo wszystko, z ich pomocą dostaliśmy się wszyscy razem na pierwszą kondygnację dachu bazy. Głupi mógłby pomyśleć, że byliśmy już bezpieczni. Chwilę później, gdy leżałam na blaszanym zadaszeniu bazy próbując się zebrać jakoś do kupy i zwalczyć zawroty głowy, by wstać, poczułam coś dziwnego. Drżenie budynku, a następnie niesamowicie głośny huk, dochodzący z wnętrza bazy. Kilka chwil po tym, jak drgania ustały zobaczyłam dziwne, nie-fizyczne, jakby mgliste kształty o nieznanej mi wcześniej barwie, która mogłaby kojarzyć się tylko ze złem w najczystszym tego słowa znaczeniu z dużą prędkością zbliżające się w naszą stronę. Nie wyglądały jak nic, co widziałam do tej pory. Migające co chwilę wyłaniającym się spod mglistej nicości niewyraźnym kształtem, przypominającym ostrze cieńsze, niż brzytwa. Byłam przerażona. Padawani i porucznik zgodnie zaatakowali nadciągające istoty, jednak bez żadnego efektu. Pociski i ostrza ich mieczy przenikały przez dziwną materię bez żadnego śladu oporu. Kształty wiły się i próbowały okrążyć padawanów , wymachując pojawiającymi się z nicości krótkimi nożami, które jednak w większości nie dosięgały celu, dzięki zgrabnym unikom rycerzy Jedi. Beznadzieja ich sytuacji w walce z nieznanym wrogiem znacznie spotęgowała moje przerażenie, które jednak pozwoliło mi przezwyciężyć bezsilność spowodowaną upadkiem. Prawie udało mi się wstać, gdy nagle zauważyłam, że jeden z cieni szarżuje w moją stronę. Rzuciłam się w tył i starałam przeturlać w stronę krańca dachu naszej bazy. Nie myślałam o konsekwencjach możliwego upadku - byle znaleźć się jak najdalej. Niestety, mglista istota była szybsza. Poczułam nagle, jak próbuje mnie spętać. Zło w najprzejrzystszej postaci. Jakby sam Bogan zdecydował się stanąć naprzeciw mnie. Próbowałam się wyrwać, jednak nic to nie dało, a wręcz przeciwnie. Z dziwnej nie-fizycznej postaci, której jednak silny uścisk był jak najbardziej odczuwalny, zaczęły wystrzeliwać ostrza. W krótkich, szybkich cięciach przebijały moją skórę. Czułam, jakby docierały całkowicie na drugą stronę, przebijając mnie na wylot. Trafiając na każdy organ, nie pozostawiając najmniejszego miejsca w moim ciele w spokoju. Agonalny ból był nie do wytrzymania. Myślałam, że to już koniec, gdy nagle cięcia ustały. Jedyne co byłam w stanie zobaczyć spośród wszechobecnego chaosu to postać, starająca się odgonić złowieszczy twór ciosami miecza świetlnego.

Gdy zdołałam się już trochę uspokoić, zauważyłam stojących nade mną Angara i porucznika, oraz trochę dalej - Namon-Dura. Praktycznie w tym samym momencie wokół nas zaczął się kształtować ogromny twór wyglądający praktycznie tak samo, jak te wcześniejsze, tylko sto razy większy. Stworzył ogromną barierę, nieprzeniknioną, oddzielającą nas od reszty świata. Jakby całe niebo wypełniły migotające setki ostrzy wyłaniających się z wielką prędkością i częstotliwością zza ściany czystej nienawiści. Porucznik spróbował przebić się przez barierę - bezskutecznie. Ta zmasakrowała jego pancerz i rzuciła o ziemie. Następnie zaczęła się bardzo szybko kurczyć, zamykając nas w coraz ciaśniejszym uścisku. Po chwili wśród najróżniejszych odgłosów wyróżniło się głośne bąknięcie - odgłos wystrzelonego granatu, a następnie potężny wybuch. Zalała nas fala gorąca, czułam, jakby moja skóra miała się zaraz całkowicie zwęglić. Gdy temperatura lekko opadła zdałam sobie sprawę, że nie ma czym oddychać. Energia wybuchu musiała pochłonąć jako paliwo całe pozostałe nam powietrze. Jednak, jak na zawołanie bariera nagle przerzedziła się w jednym miejscu, a do środka znów napłynął życiodajny gaz. W wyrwie zobaczyłam Bar'a'kę, który starał się atakować tą nieznaną istotę. Mimo jego starań i prób uników, w mgnieniu oka cień brutalnie wniknął w ciało padawana, przebijając go na wylot. Bar'a'ka stał jeszcze na nogach, dopóki mglista istota całkowicie nie opuściła jego ciała, po czym bezwładnie osunął się na ziemie, konając. Bariera ponownie zaczęła się kurczyć i zamykać przerwę, wywołaną przez atak Bar'a'ki, gdy nagle zatrzymała się. Zaczęła się miotać, falować, lekko rozszerzać i zwężać, aż nagle puściła. Nie-fizyczny kształt uleciał w powietrze uwalniając nas i skierował gdzieś na lewo ode mnie, zbijając się w jeden, wielki obłok. Chwilę później ujrzałam Mistrzynię Elię, która z wyciągniętą w jego stronę ręką zdawała się walczyć z niematerialnym tworem. Ten ignorując już wszystko wokół koncentrował się tylko na niej. Dało się słyszeć dziwne, niezidentyfikowane odgłosy, gdy rozbijał się, niczym o niewidzialną ścianę przed Mistyczką. Wił się, próbował rozciągnąć, znaleźć jakiś słaby punkt w obronie - wszystko na próżno. Potężna, niewidzialna siła zdawała się zgniatać potwora, który wolno, ale systematycznie zmniejszał swoją objętość, aż w końcu wyparował. Gdy zniknął całkowicie Mistrzyni padła na ziemię, zapewne wycieńczona po tym niezwykłym wyczynie, który uratował nas wszystkich przed niechybnym końcem. Jak się później dowiedziałam, wszystko to trwało zaledwie kilkanaście, bądź kilkadziesiąt sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

Niebezpieczeństwo minęło, a niebotyczny jeszcze wtedy ból porozcinanego ciała ponownie dał o sobie znać. Zdecydowałam się już z nim nie walczyć, położyłam się i starałam ograniczyć ruchy do minimum. Widziałam jak Namon-Dur i Angar zebrali sie wokół Bar'a'ki i bez wahania zabrali się do pomocy przyjacielowi. Wszystko inne pamiętam jak przez mgłę. Musiałam naprzemian tracić i odzyskiwać przytomność. Pamiętam widok padawanów wylewających na Bar'a'kę jakąś ciecz - pewnie bactę, później zakładających na Iktotchiego prowizoryczny opatrunek. Krzyczących, dyskutujących, walczących o życie kolegi. Pamiętam robota SDK, który niespecjalnie delikatnie przeniósł mnie do kliniki, w której zaraz potem znalazła się też cała reszta. Pamiętam radość, gdy usłyszałam, że po tym jak Mistrzyni użyła na Bar'a'ce defibrylatora, po wielu innych zabiegach stabilizujących, temu serce wznowiło pracę. Pamiętam też majaczenia porucznika Vreyx'a, które nie brzmiały zbyt poważnie, podczas gdy medyk go opatrywał. Ostatnim co widziałam tej nocy, był widok Mistrzyni Elii klęczącej przed opartym o ścianę, chyba nieprzytomnym Mistrzem Bartem. Próbującej mu pewnie pomóc - jak każdemu, gdy ja, zgodnie z poleceniem lekarza, który podał mi środku przeciwbólowe i opatrzył, wolnym krokiem udałam się w stronę kwater. Żałuję, że nie mogłam wtedy pomóc w żaden sposób, ale wiedziałam, że w tamtym stanie byłabym bardziej niż bezużyteczna.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Alora Valo.
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 439
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 14 lut 2017, 18:27

Starcie nad rzeką

1. Data, godzina zdarzenia: 06.02.17, 20:00 - 01:00

2. Opis wydarzenia:

Wyprawa rozpoczęła się od poinformowania wszystkich w bazie o konieczności stawienia się w archiwach dostępnych na miejscu Adeptów, oraz jakiegoś pilota. Bez zwłoki skierowałem się na miejsce, gdzie oczekiwał na mnie Inkwizytor Bart, w towarzystwie Adeptki Alory Valo i Padawana Namona Dur-Accara. Otrzymaliśmy proste zadanie – z poligonu wojskowego armii Prakith dotarł sygnał policyjny wzywający o pomoc. Naszym zadaniem było sprawdzić ten sygnał i udzielić ewentualnej pomocy. Nie wiadomo było jednak nic poza tym.

Doświadczenie nauczyło mnie być przygotowanym na najgorsze i najgorszego się też spodziewałem. Całą trójką się uzbroiliśmy – poza mieczami świetlnymi, ja i Namon wzięliśmy karabiny blasterowe, podczas gdy Adeptka Valo wzięła ze sobą zaledwie pistolet (co wynikało z jej braku zdolności obsługiwania broni blasterowej). Na miejsce polecieliśmy Y-Wingiem. Nie pamiętam konkretnie jak dużo czasu zajęło nam dotarcie. Podczas lotu staraliśmy się wymyślić, co mogło być źródłem sygnału, a raczej – co mogło skłonić policjantów do wezwania wsparcia. Z mojej perspektywy istniały dwie oczywiste możliwości – Yuuzhan Vongowie, lub Kult. Namon wątpił w to drugie, a ja zbytnio nie miałem zdania. Poza pamiętnym atakiem na posiadłość Rahadio Sanarisa, nie brałem udziału w żadnych działaniach bojowych, więc nie miałem dość dużego doświadczenia, by samemu ocenić sytuację. Padawan ustalił wyłącznie jedną rzecz – jeśli zagrożeniem okazałaby się grupa Yuuzhan Vongów, lub atak Kultu, mieliśmy bezwzględnie uciekać na statek, ponieważ sami nie bylibyśmy w stanie sprostać takiej sile.

Cel znajdował się w kwadracie B-10, na terenie praktycznie nieopisanych bagien i mokradeł – na mapie była to wielka, nieoznaczona plama. Gąszcz roślin i form życia niemal kompletnie uniemożliwił dokładne zlokalizowanie żywych osób. Aparatura termowizyjna myśliwca, oraz zdolności „wzrokowe” Alory pomogły nam dostatecznie zbliżyć się do celu podróży, lecz i tak musieliśmy wylądować kilkaset metrów od niego – wynikało to z konieczności posadzenia myśliwca na płaskim, względnie suchym terenie.

Krótki spacer doprowadził nas do rozwidlenia lasu, nad rwącą, mroźną rzekę. Na jej brzegu leżały dwa ciała policjantów. Natychmiast podbiegliśmy do nich, próbując ich uratować. Jednakże, żadne z nas nie miało nawet okazji, by spróbować to zrobić. Obydwaj już nie żyli, pocięci na kawałki, rozszarpani gorzej niż jak przez dzikie zwierzęta. Natychmiast wywnioskowałem, że to dzieło jednego ze Starszych Kultu – nie sądziłem, by jakikolwiek wojownik Vongów miał ochotę ciąć ciało tyle razy, w taki sposób. Wydawało mi się natomiast oczywiste, by za podobne zniszczenia odpowiadały Wyładowania Ciemnej Strony, jakie potrafili tworzyć Starsi. Chcąc rozeznać się w terenie wszedłem na wzniesienie nieopodal, lecz nie byłem w stanie dostrzec praktycznie niczego. Wiedziałem, że coś się porusza w gęstwinie roślin po drugiej stronie rzeki, lecz nie umiałem powiedzieć, czy były to poruszane wiatrem gałęzie, czy jakieś zwierzę, czy coś jeszcze innego.

Aby znaleźć resztę policjantów i dowiedzieć się czegokolwiek, musieliśmy przejść na drugi brzeg rzeki. Było to jednak zadanie z kategorii „łatwiej powiedzieć, niż zrobić”. Koryto było na tyle szerokie, że wyłącznie ktoś korzystający ze zdolności Jedi byłby w stanie je przeskoczyć. W tym wypadku, był to tylko Namon, a on chciał zostawiać Alory samej. Ona sama zdołała znaleźć ukryty pod powierzchnią wody pień drzewa, prowadzący niczym most na drugą stronę. Była to najprostsza droga przedarcia się przez rzekę. Jedyny problem stanowiła perspektywa zamoczenia nóg aż po kostki w lodowatej wodzie – wcześniejsze wpadnięcie do koryta momentalnie wybiło mi z głowy ochotę na pływanie.

Po pniu przeszliśmy po kolei – z jednej strony aby go za bardzo nie obciążać, z drugiej, aby można było asekurować przechodzącą osobę. Pierwszy przeszedł Namon, który po kilkunastu krokach znalazł się po drugiej stronie – drżący z zimna, z przemoczonymi butami. Ja byłem następny, a po mnie Alora. Pierwsze kilka minut po drugiej stronie rzeki spędziliśmy starając się opanować drżenie i ogrzać – czy to truchtając, czy masując zmarznięte części ciała.

Gdy już zagłębiliśmy się w dżunglę, nie przeszliśmy kilku kroków, zanim naszym oczom ukazał się kolejny policjant. Oficer powoli czołgał się w naszą stronę, choć nie minęło kilka sekund, nim przewrócił się na drugą stronę, nieprzytomny. Wtedy też dostrzegliśmy ogromną, otwartą ranę na jego brzuchu, z której wystawały fragmenty jelit. Namon wyciągnął broń, podczas gdy ja uklęknąłem przy rannym, chcąc sprawdzić jego stan zdrowia. Alora nie zdołała jednak nawet podejść do rannego.

Zanim którekolwiek z nas zauważyło, z gąszczu wypadł wojownik Yuuzhan Vong, który powalił Alorę, rozcinając jej skórę Amphistaffem. Powaliłby również i mnie, gdybym nie wyciągnął w ostatniej chwili miecza świetlnego. Namon rzucił się do mojej obrony… ale Vong uciekł w głąb lasu.

W ten sposób zaczęła się nasza walka o przetrwanie. Alora – przez swoje widzenie "Mocą" – nie była w stanie nam jakkolwiek pomóc i i jedyne co mogła zrobić, to uciekać na drugi brzeg. Ja i Namon walczyliśmy ze wszystkich sił z co chwila powracającym wojownikiem. Niestety, nic co zrobiliśmy nie wydawało się powstrzymać napastnika. Salwy z mojego karabinu blasterowego, ciągłe ataki mieczem świetlnym, czy najzwyczajniejsza próba ucieczki – nic nie dawało nam przewagi, anie nie poprawiało sytuacji. Byliśmy natomiast co chwila ranieni i powalani – Alora została zraniona dotkliwie próbując dostać się na drugą stronę rzeki. Ja i Namon nie potrafiliśmy w najmniejszym stopniu przebić jego obrony i najpewniej zginęlibyśmy tam, gdyby nie nagłe pojawienie się wsparcia.

Podczas jednej z niezliczonych potyczek z wojownikiem Vongów, ni z tego ni z owego, wojownik został zmuszony do ucieczki, pod wpływem salwy z karabinu szybkostrzelnego, która pojawiła się niemalże znikąd. Wtem, na brzeg – ze wzniesienia znajdującego się po drugiej stronie rzeki – zeskoczył prakithańśki, ciężko uzbrojony komandos, który dołączył do walki przeciw Vongowi. Nie miałem pojęcia skąd się wziął i co tam robił, ale pomagał nam i to na tamten czas musiało wystarczyć – jak się potem okazało, żołnierz podzielał ten sentyment.

Skłamałbym nazywając ten moment punktem zwrotnym. Mówiąc to, znacząco przeinaczyłbym rzeczywistość. Chociaż obecność komandosa jest definitywnie tym, co umożliwiło nam zabicie Vonga, od jego pojawienia się do zwycięstwa była długa droga. Za radą komandosa wycofaliśmy się na drugi brzeg, chcąc w ten sposób wymusić na Vongu atak na otwartym polu, na wąskim przejściu. Pomimo tego, ogromną ilość razy jeden z nas w ferworze walki zapuścił się w głąb dżungli w pogodni za przeciwnikiem – na szczęście, ani razu wojownik nie wykorzystał tego przeciw nam. W dodatku, samo trafienie poruszającego się z nadludzką prędkością wojownika było wysiłkiem (przynajmniej dla mnie), nie wspominając o samym uszkodzeniu i przebiciu pancerza.

Vong wielokrotnie zdołał przebić się i zranić jednego z nas. Żołnierz stracił rękę, a ja w chaosie zostałem trafiony przez Namona. Ciężko ranna Alora schroniła się w myśliwcu i niewykluczone, że dzięki temu przeżyła. Sam komandos wydawał się nie wiedzieć, kim – a raczej czym – był przeciwnik z jakim się starliśmy. Nie miał problemu z przyjęciem do wiadomości, że nasz przeciwnik to jeden z najeźdźców z którymi toczona jest wojna totalna. Tym co wywołało u niego szok, był wygląd atakującego. Yuuzhan Vong był tak obcy i tak „inny” dla komandosa, jakby była to istota z kompletnie innej rzeczywistości, łamiąca prawa fizyki bardziej, niż Jedi i nasza Moc. Przyznam, że byłem zaskoczony samą reakcją. Możliwe, że wynika to z faktu pochodzenia ze środowiska zdominowanego przez jeden gatunek, przez co wszyscy obcy są dla mnie równie „obcy”. Na szczęście, żadne tego typu wątpliwości nie zaprzątały mi głowy na tyle, by utrudnić walkę.

Nie jestem w stanie powiedzieć, jak wiele czasu minęło, zanim udało nam się powalić Yuuzhan Vonga. Doszło do punktu, w którym żołnierz co chwila ustawiał ładunki wybuchowe – przy tym kładąc je tak blisko, że sami byliśmy zagrożeni trafieniem – byle tylko zabić nieprzyjaciela. Możliwe, że ilość mniejszych potyczek dało się liczyć w setkach, gdy w końcu – choć nie widziałem kompletnie jak – Yuuzhan Vong został zabity, a jego cielsko wpadło do wody, oblewane nurtem.

Ulga poczuta w tamtym momencie była trudna do opisania. Każdy z nas był opadnięty z sił, spocony i ranny. Komandos podszedł do zwłok, dając upust swojemu braku zrozumienia i zaskoczeniu. Wezwał wsparcie w celu sprawdzenia terenu i zabrania ciała do badań. Wtedy też zwrócił się do nas, chcąc otrzymać wyjaśnienia. Domyślił się, że byliśmy Jedi – nie było to trudne, biorąc pod uwagę miecze świetlne – i wyraźnie mu się to nie podobało. Głównie rozmawiał z nim Namon – ja pobiegłem do rannego policjanta, w celu opatrzenia go. W tej sytuacji zbawienny okazał się plecak komandosa, wyposażony w zestaw medyczny. Nie wchodząc w szczegóły nakładania opatrunków, zabezpieczyłem ciało policjanta oraz podałem mu potrzebne stymulanty. Nie zrobiłem nic poza tym za równo ze względu na brak wiedzy medycznej, jak i świadomość zbliżającego się wsparcia. Tym wsparciem okazał się drugi komandos, który zjawił się niebawem.

Dowiedzieliśmy się, że policja przybyła sprawdzić jakiś obiekt, który rozbił się w okolicy. Nie trudno było domyślić się, że tym obiektem – najpewniej koralowym skoczkiem – przybył na Prakith zabity Vong. Aparatura wojskowa nie wykryła żadnych pojazdów w pobliżu, jakiegokolwiek typu – zdaniem wojskowych, byliby w stanie wykryć dosłownie wszystko. Oznacza to albo, że skoczek spłonął podczas lotu, lub został zniszczony po wylądowaniu, lub, że skoczki i inne biologiczne twory Vongów są w stanie ukryć się przed naszym sprzętem. Tak czy siak, nie znaleźliśmy żadnego śladu pojazdu.

Wojsko – jak wspomniałem – nie pałało najgorętszymi uczuciami do nas. Żołnierze należeli do WSK – Wojskowej Służby Komandosów – z Prakith. Powiedzieli, że od jakiegoś czasu do ich uszu dochodziły wieści incydentach z udziałem Jedi. Wyraźnie nie podobała im się perspektywa działania grupy naszego sortu na Prakith, szczególnie nieposiadającej oficjalnego przyzwolenia lokalnego rządu. Powiedziano nam wprost, że traktują Zakon jako organizacją terrorystyczną i aby móc przebywać i działać w systemie, potrzebujemy rządowej akceptacji. Nie ukryję, że sposób przedstawienia tego przypominał mi groźbę. Nie chcąc bardziej antagonizować żołnierzy, razem z Namonem podaliśmy nasze imiona i rangi, po czym opuściliśmy teren zdarzenia. Więcej w tej sprawie się nie wydarzyło.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Nie umiem powiedzieć jak bardzo poważnego działania możemy oczekiwać ze strony WSK. Mimo, że osobiście potraktowałem to poważnie, Namon nie uznaje tej sprawy za aż tak naglącą. Wolałbym aby zadecydowała o tej kwestii osoba bardziej obeznana z wyższą rangą - czy nawiązujemy kontakt w celu uniknięcia problemów, czy dalej działamy nieoficjalnie.

Moją osobistą hipotezą co do Vonga jest, że to zwiadowca przysłany na Prakith, choć z braku jakichkolwiek dowodów, na hipotezie się kończy. Warto byłoby sprawdzić teren z udziałem yammoska - być może będzie w stanie wykryć pojazd wojownika, jeśli ten przetrwał.

Musimy spodziewać się większej ilości podobnych ataków w przyszłości. Ponieważ Vongowie podbili Coruscant jakiś czas temu, niewykluczone, że mogę spróbować wydostać yammoska siłą (najpewniej znają jego, jak i nasze położenie).

4. Autor raportu: Adept Niihl'ian'nebu
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 412
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 15 lut 2017, 15:43

M-Wing 07

1. Data, godzina zdarzenia: 06.02.17 02:00-06:00 | 14.02.17 20:00-2:00

2. Opis wydarzenia:

Właśnie gdy miałam wracać do kwater na spoczynek, z komunikatora dobiegła wiadomość od Rycerza Fenderusa. Gdy przelatywał Sentinelem lekko ponad sto kilometrów od bazy, jego holodata wychwyciła dziwne, niezrozumiałe sygnały i poprosił mnie, żebym sprawdziła, co się tam dzieje. Padawan Namon-Dur przyprowadził mi śmigacz z hangaru i nie czekając na nic ruszyłam w drogę.

Na nadanych przez Rycerza współrzędnych, jakimś dziwnym trafem rozbił się myśliwiec znajdujący się w bazie danych Jedi. M-Wing o ID:07. Pilota nie było w środku. No i niestety, nie byłam tam pierwsza. Na miejscu znajdowali się już nieznanej godności: człowiek i aquadlish. Zastanawiałam się, jak do tego podejść. Szabrownicy od początku zaczęli krzyczeć w moją stronę, że ten statek należy do nich. Chwilę po mnie przybył jeszcze jeden człowiek, który próbował przywłaszczyć sobie cały wrak dla siebie. Dwójka pierwszych złomiarzy zaproponowała mi, że jeśli pomogę się im pozbyć trzeciego, to podzielą sie ze mną zyskiem. Ja jednak nie miałam zamiaru brać udziału w tym incydencie. Doszło między nimi do walki. Nowo przybyły człowiek został poważnie ranny i mimo mojej próby zatamowania krawawienia - ostatecznie umarł. Statek ugrzązł w skale. Udało mi się jakoś ich przekonać, że dużo korzystniejsza będzie naprawa pojazdu i sprzedaż w całości, niż rozebranie go na części. Proponowałam im, że odkupię od nich ten statek, żeby następnie go naprawić, co oczywiście było kłamstwem, gdyż wiedziałam, że kredytów nie mamy. Miałam tylko nadzieję, że kupi mi to wystarczającą ilość czasu na powrót bazy i spowrotem z kimś, kto mógłby pomóc mi zabezpieczyć wrak, gdyż wyglądało na to, że nie wiedzieli jak się obsługuje ten myśliwiec. Nie byłam też pewna, czy w ogóle będzie sprawny na tyle, żeby gdziekolwiek nim polecieli. Ostatecznie złomiarze, dali mi pół godziny na powrót z kredytami. Wiedziałam, że nie zdążę. Liczyłam jednak na to, że nie zdołają uporać się z odkopaniem i naprawą myśliwca w tym czasie.

Na zadane współrzędne powróciłam z Padawanem Makkaru około półtora godziny później. Niestety, na miejscu zostało tylko trochę rozrzuconych części i zimne zwłoki jednego z szabrowników. Nie było nic więcej. Jedyne co nam zostało, to powrót do bazy.

Jedynym plusem w tej sytuacji było to, że dużo łatwiej będzie wyśledzić kogoś, kto próbuje sprzedać M-winga na Prakith w całości, aniżeli w częściach. I rzeczywiście.



Prawie dokładnie tydzień po nieudanej akcji odzyskania skradzionego, rozbitego nieopodal bazy myśliwca o ID:07; tak jak przypuszczałam po ostatnim razie, znalazła się ku temu kolejna okazja.

Wieczorem zostałam przywołana do archiwów przez Mistrza Barta. Okazało się, że maszyna trafiła na jedno z wysypisk śmieci na obrzeżach Skoth, przy ulicy Koreliańskiej 17 i że znów do mnie należy zadanie jej odzyskania. Przed wyruszeniem przeszukałam bazę danych archiwum w poszukiwaniu informacji, które mogłyby się przydać. Znalazłam stare dokumenty własności M-Winga - należącego do Mistrzyni Vile, oraz zgrałam na swoją holodatę koordynaty ww. złomowiska. Wzięłam swój płaszcz, odbyłam krótką rozmowę z Padawanem Namon-Durem; dotyczącą ewentualnego zaangażowania policji prakithańskiej w tą sprawę i ostatecznie zabrałam nasz stary śmigacz policji onderońskiej, który miałam okazję już wcześniej prowadzić, by ruszyć w stronę Skoth.

Droga - jak zawsze przytłaczająca. Góry i wielkie, puste przestrzenie, których nie sposób ogarnąć zmysłami. Mimo to, zdążyłam się już odrobinkę do tego przyzwyczaić i ze wskazówkami z Holodaty, dochodzącymi do mnie przez wcześniej pobraną słuchawkę w miarę szybko udało mi się dotrzeć do miasta. Co innego później. Metropolia była niesamowita, wielka. Nie pasująca do rzeczywistości na Prakith, jaką znałam do tej pory. Przepełniona najróżniejszej wielkości i kształtu budynkami, hordami maszyn latających, śmigaczy i przynajmniej dziesięć razy tyloma przypadkowymi przechodniami poruszającymi się ulicami miasta. Przeprawa przez Skoth, w przeciwieństwie to do swobodnej jazdy przez pustkowia wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Duży ruch znacznie utrudniał poruszanie, oraz samą orientację wśród zawiłych, miejscowych dróg. Koniec końców jednak udało mi się dotrzeć na wyznaczone miejsce. Wysypisko śmieci po drugiej stronie Skoth, na ulicy Koreliańskiej 17.

Gdy zsiadłam z onderońskiego śmigacza - zauważyłam w oddali dwie istoty. Człowieka i chyba osobnika rasy Nikto, jednak co to tego nie jestem pewna. Był to mój pierwszy bezpośredni kontakt z podobną istotą. Okazało się, że człowiek również czekał na zarządcę wysypiska, którym w tamtej sytuacji okazał się być ten nikto; czekający na swojego szefa, paląc dziwnie pachnącego papierosa. Mając na uwadze ostatni wykład, oraz to, że jedynym dowodem własności M-Winga były papiery zapisane na Mistrzynię Jedi - Elię Vile, zdecydowałam, że nie będę się bawić w podchody i przedstawiłam się jako adeptka Jedi. Dodałam, że przyjechałam tutaj na polecenie Mistrzyni, by odzyskać skradzioną maszynę bez wplątywania w to władz, gdyż zależało mi na czasie. Jednocześnie napomniałam delikatnie, że w razie czego Mistrzyni podejmie bardziej oficjalne środki w celu zdobycia pojazdu. W końcu powinien to być legalny interes, a nawet jeśli mają coś na sumieniu, to w świetle przedstawionych dowodów nie powinni ryzykować zainteresowania policji tą sprawą. Grubo się jednak myliłam myśląc, że powstrzyma to ewentualne, różne głupie pomysły tymczasowego "zarządcy". Zasugerował nieoficjalne załatwienie sprawy i poprowadził mnie w stronę jednego z bocznych wejść na właściwe wysypisko. Wkroczyliśmy do jakiegoś starego, śmierdzącego tunelu, który miał być właśnie jednym z tych przejść.

Miałam przeczucie, że może stać się coś złego. Mimo wszystko zdusiłam je w sobie, tłumacząc to własną paranoją. Powinnam jednak była usłuchać wewnętrznego głosu rozsądku, gdyż zaraz po zagłębieniu się w owe przejście zarządca stał się agresywny i zaczął okładać mnie jakimś metalowym przedmiotem. Dostałam w głowę, jednak zachowałam na tyle zimnej krwi i przytomności, by między pierwszym a drugim uderzeniem wyciągnąć swój miecz i poparzyć za jego pomocą agresora. Miecz jednak zaraz po tym wypadł mi z rąk i potoczył się w jeden z kątów pomieszczenia. Zbir był niesamowicie zaskoczony całą wynikłą sytuacją., Pchnął mnie w na ścianę i ruszył w stronę mojej broni. Mi jednak udało się odzyskać równowagę i zatrzymać przed spotkaniem ze stalowym murem. Widząc kulącego się nad rękojeścią agresora szybko ruszyłam w jego stronę, wyprowadzając kopnięcie w jego plecy, które zwaliło go na ziemię, po czym zaczęłam ucieczkę. Nie udało mi się jednak zyskać zbyt dużego dystansu, gdyż jak można by się domyśleć - znając moje szczęście ostatnio, pech chciał, że w pędzie trafiłam na wchodzącego do przejścia roonanina i razem upadliśmy na ziemię. Nie udało mi się wstać przed niktem, który odwdzięczył mi się tym samym - kopnięciem. Wyleciałam z przejścia i wpadłam do płytkiego, lecz cuchnącego niesamowicie zbiornika z wodą nieopodal. Sam ból jednak nie był straszny, albo może adrenalina tak zadziałała. Szybko podniosłam się i zaczęłam biec w stronę mojego śmigacza. Po chwili zauważyłam i usłyszałam jakiegoś innego człowieka, który podszedł do nikta i zaczał coś krzyczeć w jego stronę. Agresor zatrzymał się i zaczął rozmowę z człowiekiem. Ja jednak nie miałam zamiaru zrobić tego samego. Jak najszybciej chciałam dostać się na swój pojazd, by w razie czego szybko się ulotnić. W miedzyczasie spróbowałam wyciągnć swoją holodatę. Ta jednak po spotkaniu ze zbiornikiem całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Gdy wsiadłam na śmigacz. to wstrzymałam się jednak z dalszymi działaniami. Zastanawiałam się, co dalej począć. Po chwili podszedł do mnie roonanin, na którego wpadłam. Wydawał się niegroźny. Twierdził, że mężczyzna, który zatrzymał tego zbira jest jego szefem i że to porządny człowiek. Zdecydowałam, że podjadę tam śmigaczem i z bezpiecznej odległości spróbuję porozumieć się z tym "szefem".

Okazał się, że jego pracownik już wymyślił historyjkę, w której to ja go okradłam, a bez działającej holodaty nie byłam w stanie udowodnić swojej racji. Chciał mnie przeszukać, by sprawdzić, czy nie mam skradzionych kredytów. Ja jednak nie miałam zamiaru znów ryzykować. Odmówił oddania mi miecza świetlnego; mówiąc, że jest to broń zbyt niebezpieczna i sugerując, że jeszcze ich nim pozabijam. Nie widziałam już innego wyjścia z sytuacji, jak wezwać policję. Moja holodata jednak nie działała, a oni nie mieli zamiaru zawiadamiać władz. Sama więc wyjechałam w miasto w poszukiwaniu najbliższej komendy.

Po dłuższej chwili trafiłam na coś, co wyglądało jak komenda policji, a zaparkowane przy ulicy ścigacze policyjne mnie w tym upewniły. Przed wejsciem spotkałam dwóch funkcjonariuszy. Początkowo powiedziałam, że chcę zgłosić napad na moją osobę. W środku jednak mniej-lub bardziej zgrabnie zmieniłam temat na skradziony myśliwiec. Nie chcąc zgubić się we własnych kłamstwach i oczywiście mając dalej na uwadze charakter dokumentu własności pojadzu, na komendzie również przedstawiłam się jako adeptka Jedi. Powiedziałam im, że nie mam oficjalnych dokumentów potwierdzających, że rzeczywiście należę do Zakonu, gdyż z uwagi na inwazję; Jedi maja teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż biurokracja i wyrabianie papierów każdemu z adeptów, co w sumie nie było kłamstwem. Napomniałam, że przyleciałam na Prakith z jeszcze jednym padawanem, który mógłby potwierdzić moją przynależność, a moja Mistrzyni nie ma czasu na zajmowanie się taką błahą sprawą i nie ma jej na tej planecie; w końcu trwa wojna. Moja holodata jednak dalej odmawiała posłuszeństwa, więc nie miałam jak udowodnić swoich racji na komendzie. Policjanci przysłali technika, który miał spróbować osuszyć moją holodatę, a ja w miedzy czasie spróbowałam w jakiś sposób połączyć się z bazą za pomocą policyjnego przekaźnika; mówiąc im, że skontaktuję się ze statkiem. Na szczęście - nie udało mi się. Jak tak teraz myślę, to głupotą było próbować. Jeszcze przez to udałoby się im uzyskać dostęp do naszej częstotliwości i namierzyć naszą pozycję - która jednak dalej powinna pozostać tajemnicą. Na szczęście, dzięki pomocy policyjnego technika moja holodata odzyskała sprawność. Połączyłam się z bazą, mając nadzieję, że odbierze ktokolwiek, kto jest Jedi. Niestety. Połączenie odebrał Noshiravani Miad. Dwukrotnie zapytałam, czy mógłby przyprowadzić Namona i spotkałam się dwukrotnie z tą samą, krótką i niebywale irytującą odpowiedzią: "Nie". Szybko zerwałam połączenie, twierdząc, że był to nasz pilot. Zmieniłam wtedy trochę podejście. Miałam dokumenty własności pojazdu. Zgłosiłam to jako kradzież myśliwca i mojego miecza, i miejsce, gdzie nielegalnie są przetrzymywane. Bez możliwości potwierdzenia mojej tożsamości i bez wstawiennictwa Mistrzyni nie byłam w stanie zrobić nic ponad to. Uprzedzono mnie, że zatrzymane przedmioty i pojazdy trafią do depozytu policji, który znajduje się w Komendzie Głównej Skoth i odebrać je będzie mógł prawowity właściciel, lub ktoś z pełnomocnictwem. Lepsze to, niż nic - pomyślałam. Przynajmniej będą bezpieczne, a uzyskanie pełnomocnictwa Mistrzyni Vile i ich odebranie w troszkę późniejszym terminie nie powinno już stanowić problemu.

Po dokończeniu paru formalności na komendzie wróciłam na złomowisko wraz z funkcjonariuszem prewencji. Właściciel wysypiska nie sprawiał problemów. Oddał policjantowi mój miecz, oraz zgodził się na transport M-winga następnego dnia na parking policyjny. Oczywiście źle się czułam z tym, że straciłam miecz, który ledwo co dostałam i - jak mówił funkcjonariusz na komendzie - możliwe było, że go nie odzyskam, gdyż broń zapewne nie jest zarejestrowana i teoretycznie nie ma właściciela. Miałam jednak nadzieję, że wraz odbiorem M-winga Mistrzyni, bądź ktoś za jej wstawiennictwem da radę odebrać także i moją zgubę.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 439
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Płonna nadzieja

Postautor: Tanna Saarai dodano: 19 lut 2017, 11:52

Płonna nadzieja
Prakith - baza Jedi


1. Data, godzina zdarzenia: 19.02.17, 01:30-02:30

2. Opis wydarzenia:
Późnym wieczorem przed bazą zjawił się mężczyzna, który chciał spotkać się z Rycerzem Fenderusem. Rycerz skończył właśnie instruować nas o postępowaniu w razie jego aresztowania za długi, założyliśmy, że gość przybył z kolejną partią dokumentów. Błąd.

Parę chwil później SDK poinformował nas, że „Rycerz Fenderus lata na zewnątrz”, ale nie był skory zdefiniować swojej myśli. Udaliśmy się więc wraz z Padawanem Namon-Dur Accarem oraz Adept Alorą Valo przed bazę, by faktycznie ujrzeć „latającego” Rycerza. Ów gość okazał się być Kultystą, który w tamtym właśnie momencie toczył zażarty pojedynek na Moc z Rycerzem Jedi, który ten drugi przegrywał z kretesem, czego efektem było jego „latanie” właśnie. Bój jednak miał cel, konkretny; torba. Rycerz Jedi kurczowo trzymał w swych rękach torbę i był za nią gotów zginąć; co zapewne stałoby się, gdyby nie wysiłki całej grupy.

Przed wejściem do bazy dołączył natychmiast Padawan Angar Makkaru, który momentalnie wezwał na pomoc Mistrzynię Vile. Staliśmy i czekaliśmy, aż ta się pojawi; wyraźnie nie mieliśmy żadnych szans w starciu z Kultystą.
Gdy tylko Mistrzyni przebiegła obok nas z oszałamiającą prędkością, gdy tylko drzwi do bazy otworzyły się, a Mistrzyni rozpoczęła oddziaływanie Mocą na nieproszonego gościa, wybiegłam z bazy w kierunku Rycerza Fenderusa, który właśnie szybował na anteny znajdujące się na dachu bazy, które miały z niego zrobić ser dziurawiec. Tylko dzięki swoim zdolnościom w Mocy Rycerz ocalał; zdołał obrócić się w locie, zmienić nieznacznie trajektorię i nadziać „jedynie” ręce, które zostały przebite na wylot. Dopiero wtedy Rycerz puścił torbę, równocześnie krzycząc, by ktoś ją przejął i bronił.

Nie mając pojęcia, czego bronię i czy nie powtórzę przez to losu Rycerza Fenderusa, zwinnym susem doskoczyłam do przyciąganej przez Kultystę torby. Udało mi się ją przechwycić. Próbowałam zaprzeć się nogami, trzymać z całych sił, ale opór, jaki stawiał Kultysta był zbyt silny; torba wyleciała mi z rąk, a ja sama poszybowałam w przeciwną stronę, prosto na skały, niesiona niezrozumiałą siłą, jakby całe Prakith sprzymierzyło się przeciwko mnie.

Do torby doskoczył Padawan Makkaru, który położył się na niej całym swym ciężarem. To również jednak nie przyniosło większego skutku i chwilę później widziałam jak jego mechaniczne ciało mija mnie i z łomotem uderza o zewnętrzną ścianę korytarza prowadzącego do kwater mieszkalnych.

Udało mi się zebrać jeszcze trochę sił; z zakrwawioną twarzą, cała poobijana, z żebrami, które zgniatały mi organy wewnętrzne, rzuciłam się na torbę i położyłam na niej, przyciskając ją do szklanego dachu korytarza wyjściowego. Nie liczyłam na zbyt wiele widząc, co stało się z Padawanem Makkaru, który waży znacznie, znacznie, znacznie więcej niż ja. To było jednak jedyne, co mogłam zrobić w tamtej chwili. O ironio podziałało. A przynajmniej tak mi się przez ułamek sekundy wydawało. Gdy jednak chwilę później zobaczyłam wystawioną w moim kierunku dłoń Padawana Makkaru, który pomaga mi wstać uświadomiłam sobie, że to koniec naszych zmagań z Kultystą.

Warto w tym miejscu dodać, że Mistrzyni Vile przez cały czas zajmowała Kultystę; nie mam zielonego pojęcia, co robiła, ale Kultysta obijał się o bazę, zaczął płonąć, krzyczeć tak przeraźliwie, że do teraz mam w głowie jego głos… A mimo wszystko walczył o torbę. Do ostatniej chwili. Do momentu, aż nie pozostało po nim nic innego niż popiół. Przerażające.
Padawan Namon-Dur Accar z kolei zajął się zdjęciem Rycerza Fenderusa z anten oraz pierwszą pomocą, która nie wątpię, iż uratowała Rycerzowi życie.

Ktoś krzyknąłby zabrać torbę do środka; nie mam pojęcia, kto, nie zastanawiałam się nad tym. Pobiegłam z nią, co sił do archiwów, gdzie zablokowałam od wewnątrz drzwi i czekałam.

W tym samym czasie Mistrzyni Vile wraz z Padawanem Accarem przetransportowali rannego Rycerza do ambulatorium, gdzie pojawił się Mistrz Inkwizytor Bart, który otoczył go opieką i zajął się jego kuracją.
Chwilę później skontaktowano się ze mną. Dołączyłam do wszystkich w ambulatorium, gdzie Padawan Accar opatrzył me rany; tam też dowiedziałam się o zawartości torby – kryształ, w którym zaklęta została przez Voliandera, kobieta poznana podczas wyprawy Rycerza Fenderusa; tej, która zakończyła się wyniesieniem go do rangi Rycerza właśnie.

Czemu Kult pragnie pozyskać ten kryształ? Zagadka…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu:
Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Przeszpiegi

Postautor: Tanna Saarai dodano: 19 lut 2017, 14:50

Przeszpiegi
Onderon / Dxun


1. Data, godzina zdarzenia: 11.02.17, 20:00-04:00

2. Opis wydarzenia:
Po zaopatrzeniu się w opakowanie granatów dymno-gazowych, termicznych, Karabin DLT-20A udałam się do hangaru. Po drodze spotkałam Padawana Makkaru, który zmierzał jeszcze do ambulatorium po medpakiet. SDK poinformował nas za pomocą sieci wewnętrznej, iż dostępny dla nas jest jedynie Y-Wing; nie było to żadnym zaskoczeniem. Chwilę później, znajdowaliśmy się już w maszynie, żegnani przez Padawana Accara.

Lot był długi i w pierwszej fazie meczący; dla mnie. Wydostanie się z głębokiego jądra nigdy nie należy do zadań łatwych i przyjemnych; byłam, więc skupiona jedynie na pilotażu, w pierwszej fazie lotu.
Gdy mogłam już pozwolić sobie na chwilę odpoczynku poprosiłam Padawana Makkaru byśmy zostawili za sobą wszelkie animozje, jakie wykształciły się na przestrzeni ostatnich miesięcy i skupili się jedynie na zadaniu; uważam, że wsparcie oraz zaufanie do kompana w tracie jakiejkolwiek misji to sprawa kluczowa. Padawan podzielał moją opinię, z wykonaniem było jednak gorzej – w pierwszej fazie misji. Ale do tego jeszcze dojdziemy.

Onderon przywitał nas eskortą wojskową. Porucznik Luar Brassi oraz Solza Tifla, Ithorianina którego rangi nie pamiętam, wraz z szeregowym żołnierzem, po krótkim powitaniu odprowadzili nas do Pana Lionela Ursum, który obecnie sprawuje władzę na planecie. W pomieszczeniu, do którego zostaliśmy zabrani znajdował się również niesławny agent SOO. Zaproszono nas do stołu i rozpoczęła się odprawa.

W końcu dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę mamy zrobić dla SOO. Okazało się, że na księżycu Dxun wykryto dziwne anomalie, których długofalowe skutki mogą być katastrofalne dla Onderonu jak i jego naturalnego satelity. Widzicie… Ciała niebieskie znajdują się bardzo blisko siebie, co w pewnych „porach roku” wywołuje przeróżne efekty uboczne – od zakłóceń w komunikacji, przez wąchania temperatur do kryzysów atmosferycznych. SOO wysnuło podejrzenie, że ktoś pragnie te negatywne skutki układu obu ciał niebieskich zwielokrotnić i wydłużyć okres ich trwania; stąd zarejestrowane przez satelity dziwne odczyty – potencjalne źródła owych anomalii.
Naszym zadaniem miało być dostanie się na księżyc w oba zarejestrowane przez satelitę miejsca, zbadanie ich oraz eliminacja zagrożenia. Gdyby oba miejsca okazały się niewypałem, mieliśmy zbadać całą planetę w poszukiwaniu innych możliwych lokalizacji źródła. Pan Ursum poinformował nas również, że Dxun jest obecnie objęte kwarantanną wojskową, więc przebywanie na księżycu wymaga odpowiedniej przepustki, które nie zostawały w ostatnim czasie wydawane. Naszym dodatkowym celem było, zatem aresztowanie każdego, kto znajduje się na Dxun, bądź jego eliminacja.

W trakcie spotkania nie wydarzyło się nic więcej szczególnego. Liczenie do tego zbioru zachowania Padawana Makkaru, który swym nagminnym milczeniem doprowadzał do furii wojskowych, czy agenta SOO chcącego obejrzeć mój treningowy miecz świetlny, by później niepostrzeżenie mi go zwrócić, wydaje się nie warte większej uwagi.

Spotkanie zakończyło się wizytą Generała Turdun Taasha, który ponaglił Pana Ursuma, gdyż zbliżało im się jakieś istotne spotkanie.
Zaproponowano nam jeszcze zaopatrzenie w dowolny dostępny sprzęt, z którego nie skorzystałam. Zapytałam jeszcze o wspomnianą przez Porucznika Caina Haarta toksynę Alpha Red, jednak ze względu na brak jakiegokolwiek kontaktu z Republiką nie uzyskałam o niej żadnych informacji.

Odeskortowani do Y-Winga, który dzięki uprzejmości SOO został w pełni zatankowany, udaliśmy się natychmiast na Dxun. W trakcie lotu podjęliśmy decyzję o udaniu się w pierwszej kolejności do współrzędnych na wschodniej stronie księżyca.
Tam, po krótkiej chwili marszu, dotarliśmy do ruin, w których zadomowiła się para Mandalorian. Od razu wycelowali w nas swoje blastery i grozili śmiercią, jeśli natychmiast się nie oddalimy. W oddali dostrzegłam dwóch mężczyzn; jak się miało później okazać byli to dezerterzy z armii Imperium (a przynajmniej Mandalorianie tak ich określili).
Udało mi się wyperswadować napastnikom, że stoimy po tej samej stronie barykady. Bardzo do nich trafiały wszelkie pochwały samych Mandalorian, ale również wieści o walce z inwazją Yuuzhan Vongów, w której bierzemy czynny udział. Po długiej konwersacji, w którą Padawan Makkaru za bardzo się nie wdawał, w końcu pozwolili nam się rozglądnąć po okolicy; choć zapewniali, że nic nie znajdziemy. Tak też było. Poprosiłam o możliwość porozmawiania z ich więźniami w celu zbadania gruntu, na którym się znaleźliśmy z moim kompanem.
Ważna informacja, mieli wytresowanego Acklaya; stąd moje usilne starania, by przypadkiem Padawan Makkaru nie rozpoczął długiego i zapewne bolesnego procesu naszej ostatecznej śmierci. Nie jestem pewna, czy miał takie zamiary, ale znając jego historię wszelkich wypraw oraz charakter wolałam dmuchać na zimne i przejąć inicjatywę w tym „konflikcie”.
Porozmawialiśmy, zatem z więźniami, by nie dowiedzieć się niczego sensownego. Ten, z którym rozmawiałam ostrzegł mnie przed Mandalorianami; żadne odkrycie, że mogą nas zdradzić i zabić w każdym momencie. Padawan Makkaru, jak się później okazało, zasymilował się z więźniami i był gotów ruszyć im na ratunek; uwolnić. Nie wiem, co go skłoniło do takiego myślenia i nie mnie oceniać, czy jest ono słuszne, czy też nie. W tamtej sytuacji nie było mowy o wdaniu się w jakąkolwiek potyczkę z Mandalorianami, zatem nie mogliśmy ich także aresztować, o co prosiło SOO. Alternatywa, jaką rząd Onderonu przedstawił w ogóle nie wchodziła w grę; nie jesteśmy katami na usługach kogokolwiek, więc „wyeliminowanie” kogokolwiek na Dxun ze względu braku posiadania przezeń uprawnień do przebywania na księżycu zostało wyrzucone z mojego umysłu nim jeszcze wsiadłam do Y-Winga, by opuścić planetę.
Zbadałam jeszcze pobliskie obozowisku Mandalorian ruiny, w których odkryłam dwa ścigacze zapewne należące właśnie do nich.

Gdy nie znaleźliśmy zupełnie niczego w okolicy, oddaliliśmy się. Mandalorianie zapewnili nas o swojej chęci pomocy w walce z Yuuzhan Vongami; liczyłam w tamtym, że w późniejszych etapach zadania taki sojusznik może być cennym atutem.

Nie wiem, co myśleć o tych Mandalorianach. Z jednej strony wydawali się bardzo skorzy do pomocy, po pierwszym dość oczywistym grożeniu nam śmiercią, z drugiej jednak… coś było nie tak. Twierdzili, że ich pojazd uległ uszkodzeniu i utknęli na Dxun. Nie mam żadnych podstaw, by im nie wierzyć albo skłaniać się do wersji Padawana Makkaru, która zakładała ratowanie ich więźniów, ale… Zbyt wiele razy już uległam ślepej wierze w dobroć ludzką, by i tym razem bezkrytycznie im zaufać. Jestem wobec nich sceptycznie nastawiona i w tamtym momencie gotowa byłam stworzyć jakiś podstęp, który ułatwiłby nam ich pojmanie w późniejszym czasie. Rozwój wydarzeń jednak oddalił jakiekolwiek plany związane z tymi dwoma osobnikami.

Nasz kolejny cel znajdował się blisko 400 km od pierwszego źródła sygnału. Podróż z początku chwilę zajmowała, gdyż tak jak przy podchodzeniu do pierwszego miejsca zachowałam odpowiednie środki ostrożności; zmniejszyłam prędkość, zachowałam niski pułap lotu. Gdy jednak znalazłam sposobność, by przyśpieszyć naszą podróż zaryzykowałam. Znaleźliśmy się jakieś 50 km od celu, zajęło to niedługą chwilę. Tam też zwolniłam, bojąc się, iż jeśli anomalnie faktycznie tu występują, mogą uszkodzić systemy kontroli nad myśliwcem. Nic takiego się jednak nie stało. Problem był innej natury.

Otóż drugie współrzędne to niemal w całości dżungla, bez jakiejkolwiek możliwości posadzenia statku na ziemi; żadnego wolnego skrawka gruntu. Wpadłam, więc na pomysł, który ostatecznie spotkał się z aprobatą Padawana Makkaru – był kluczowy do jego realizacji. Udało mi się maksymalnie zmniejszyć pułap na poziom może 20-30 metrów nad ziemią, zawiesić myśliwiec prawie nieruchomo i umożliwić Padawanowi opuszczenie go, by ten następnie korzystając z gałęzi dostał się na stabilny grunt. Sama udałam się w poszukiwaniu miejsca do lądowania, które znalazłam 47 km od punktu docelowego; polana była gęsto porośnięta drzewami. Z wielkim trudem, ale posadziłam myśliwiec. A właściwie sam się posadził i trochę ugrzązł, przy okazji uszkadzając prawe skrzydło. Ciężkie warunki. Opuściłam myśliwiec, zabezpieczyłam go przed ewentualną kradzieżą i oddaliłam się od niego na jakieś półtorej kilometra, by skontaktować się z Mandalorianinami. Miałam nadzieję, że będą w stanie podrzucić mnie na miejsce, gdyż pokonanie 50 km w gęstej dżungli, pełnej dzikich i niebezpiecznych zwierząt pokroju Akclay, Nexu, Rancorów zajęłoby mi cały dzień. Ci jednak spanikowani polecili mi natychmiast powrócić do myśliwca i wrócić po Padawana Makkaru. Nie mogąc liczyć na transport do mojego współtowarzysza postąpiłam zgodnie z instrukcjami nowych sojuszników. Tam otrzymałam komunikat od Padawana Makkaru, który twierdził, iż znalazł jedynie starego satelitę holonetu. Poprosiłam go by się dokładniej rozglądnął, dokładnie zbadał okolicę i kontaktował ze mną w razie jakiegokolwiek zagrożenia.

Cóż… Padawan Makkaru skontaktował się ze mną ponownie dopiero, gdy już parę razy został poraniony przez stado Nexu, z którymi wdał się w bój. Jak dokładnie wyglądał jego pojedynek z bestiami opisze on sam, gdyż prosiłam go już o spisanie swojej relacji – gdy tylko to zrobi, uzupełnię raport.

Tanna wyrzuciła mnie dokładnie w obszarze który był potencjalnym źródłem anomalii. Był to dosłownie środek dżungli. Poza tym, niewielka polana, powalone drzewa i wrak satelity. Dookoła tylko zieleń. Wylądowałem na drzewie, zwinnie przeskoczyłem na płaski teren. Rozejrzałem się po tym miejscu (tymczasem Tanna odleciała). Obleciałem ten obszar dookoła - ani śladu potencjalnego zagrożenia w promieniu paru dziestu metrów. Wokół sam las i dźwięki drapieżników. Te same dźwięki zbliżały się w moją stronę. Pobiegłem w stronę satelity, próbowałem się tam okopać, jednocześnie sygnalizując Tannie, że nic tu nie ma. Fauna zbliżała się niechybnie, a ja wyczekiwałem przylotu Tanny.

Straciłem w tamtym momencie rachubę czasu. Po być może parunastu minutach przyleciał jaszczur, który wygrzebał mnie z nory. Wskoczyłem na drzewo, starając się wyczekać tam możliwie jak najdłużej. W końcu monstrum zniszczyło moje tymczasowe schronienie. Postanowiłem walczyć. W paru ciosach, dosłownie skacząc nad potworem, pociąłem go na steki. Pech chciał, że była to dżungla - wokół pełno krwiożerczych potworów. Do tego samo rozprute zwierzę dało znać innym bestiom, że leży i czeka na zjedzenie. Pech chciał, że trzy Nexu ruszyły w tę stronę. Tanny nadal nie było. Spanikowany zacząłem uciekać przed Nexu, przeskakując z drugiego końca polany na drugi - ucieczka w las byłaby tylko gorsza. Zmieniłem taktykę, gdy jeden z nich oderwał mi kawałek poszycia z nogi. Skakałem po drzewach jak ta małpojaszczurka. Nexa się rozdzieliły. Jeden wskoczył za mną, drugi przede mną a trzeci czekał na dole, w razie, gdybym zeskoczył. Byłem w ciemnej dupie. Panicznie krzyczałem do komunikatora, by Tanna ruszyła tyłek - wtedy dopiero zaskoczyło. Po paru drzewach po prostu nie wiedziałem co robić. Zeskoczyłem na powalony przez raptora pniak, zaraz po tym zleciało się jeszcze paru - w sumie sześć ich było. Paniczna ucieczka prowadziła donikąd. Każdy maszkaron doskakiwał do mnie szybciej niż ja sam. Finalnie, otoczyły mnie z każdej strony, gdy znowu znalazłem się na drzewie. Nie było dokąd uciekać, a Tanna jeszcze nie przyleciała. Stojąc w miejscu na pewno by mnie zjadły. Postanowiłem wskoczyć - być może bym się przebił. W tym samym czasie zauważyłem tylko zębiska Nexu przed oczami. I ciemność.

Nie wiem nawet kiedy, obudziłem się, zauważyłem myśliwiec nad głową, a wokół porozrywane szczątki Nexu. Z myśliwca zwisała linka holownicza - tyle udało mi się zobaczyć za mgłą. Odruchowo siegnąłem do apteczki, wstrzyknąłem sobie stymulant, załatałem się gazą i Bactą i wstałem. Pocisk myśliwca urwał mi nogę. Jakoś doczłapałem się na górkę i stamtąd spróbowałem do niej doskoczyć. Dopiero dzisiaj pomogła mi moja gęba. Gdybym nie chwycił linki zębami, nie złapałym się wcale. Wgramoliłem się do myśliwca i odlecieliśmy na Onderon. Potem jak przez mgłę pamiętam lekarzy, aparatury i dźwięk spawania w stoczni Onderonu.


Zaraz po otrzymaniu sygnału alarmowego od Padawana ruszyłam pośpiesznie w jego kierunku. Dotarłam jednak stanowczo za późno. Padawan był już w ciężkim stanie, ledwo trzymał się na nogach, a bestii przybywało. Powtórzyłam manewr z zawieszeniem statku nisko nad ziemią licząc, iż Padawan Makkaru dostanie się z użyciem drzew lub Mocy na pokład. Zamiast niego przed moimi oczami ukazał się pysk Nexu, który swymi kłami próbował zniszczyć iluminator pojazdu. Nie zastanawiając się długo dodałam pełnię mocy silnikom, zwiększyłam pułap i wprowadziłam myśliwiec w ruch wirowy. Poskutkowało, bestia runęła w stronę księżyca i teraz musiała toczyć bardzo nierówną walkę z grawitacją, której porażkę oznajmił donośny dźwięk uderzenia o ziemię.
Nie zajęło mi dużo czasu ponowne namierzenie pozycji Padawana Makkaru. Poinstruowałam go, by znalazł jakieś schronienie, gdyż mam zamiar ostrzelać jego pozycję z dział pokładowych. Ta próba jednak skończyła się niepowodzeniem; sprawna przesiadka z miejsca pilota na miejsce do obsługi działek przy prędkości, którą rozwinęłam i kącie, pod jakim znajdowała się maszyna nie dały mi żadnych szans. Zapewne widząc odejście myśliwca na drugi krąg Padawan Makkaru stracił ostatnie pokłady nadziei. Otrzymałam od niego komunikat „Niczego nie żałuję. Przepra…”, po czym usłyszałam, dźwięk gniecionego metalu, rozdzieranej skóry i krzyki Padawana, gdy zeskoczył w sam środek atakujących go Nexu.

Z góry przepraszam za słownictwo i emocjonalną kontynuację raportu, ale KURWA MAĆ!
Debil postanowił się zabić, popełnić samobójstwo… Rozumiecie? ROZUMIECIE?! Pomijam wszelkie kwestie finansowe, na jakie naraził Nas przez cały swój pobyt, pomijam ocenę jego przydatności… Ale wyrusza ze mną na misje, wie, że jesteśmy za siebie wzajemnie odpowiedzialni i postanawia skończyć ze swoim życiem na moich oczach, a mnie zmusić do życia z poczuciem winy, że przy mnie ten kretyn został rozszarpany brutalnie przez krwiożercze, dzikie bestie… Co za egoizm, co za samolubstwo…


Padawan Makkaru się poddał, ale ja nie zamierzałam. Wzbiłam Y-Winga niemal pionowo do góry nabierając odpowiedniej wysokości, osiągając niemal pułap stratosfery. Tam zrobiłam zwrot Y-Wingiem o 180 stopni, ustawiłam go do manewru pikowania, zmniejszyłam prędkość maksymalnie i przeskoczyłam na miejsce działowego. W tym momencie odkryłam, że Nexu, którego udało mi się pozbyć z myśliwca, uszkodził prawe działko. Zostało mi tylko lewe… Prułam z niego przez dłuższą chwilę, mając jedynie nadzieję, że jakimś cudem nie trafię w Padawana Makkaru, no i przy okazji nie zginę w katastrofie lotniczej, rozbijając pionowo lecący w stronę Dxun myśliwiec. Po paru seriach powróciłam szybko na miejsce pilota i pociągnęłam drążek sterowania mocno do siebie, by wznieść Y-Winga. Kadłub zarył o konary drzew, ścinając je jak dobrze naostrzony nóż przecinający papier. Udało mi się jednak wyjść cało z opresji, w którą sama się wpakowałam, by uratować Padawana Makkaru. Z pozycji, w której znajdowałam się chwilę przed poziomym ustawieniem myśliwca względem horyzontu, doskonale widziałam, jakie spustoszenie zasiałam. Bestie Nexu, które nie zostały trafione, rozpierzchły się w głąb dżungli, a mały czarny punkcik, który ledwie wystawał spod truchła zwierzęcia zdawał się być Padawanem Makkaru. Użyłam, więc komunikatora, by się z nim skontaktować; bezskutecznie. Ustawiłam myśliwiec statycznie, nisko nad ziemią i przeszukałam pokład w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby pomóc mu w ewentualnym powrocie do kokpitu. Znalazłam linkę holowniczą, którą przywiązałam do mocowania fotela pilota, które łączyło go ze statkiem i po otwarciu kokpitu wyrzuciłam w stronę Padawana. Obniżyłam pułap jeszcze trochę, niebezpiecznie trąc o gałęzie kadłubem Y-Winga, by jeszcze bardziej zwiększyć szansę na uratowanie go. W końcu lina się naprężyła, a po niej zaczął się wspinać Padawan Makkaru; w tragicznym stanie. Dowiedziałam się później, że użył zabranego z bazy medpakietu, dzięki któremu miał siły na ten wyczyn. Gdy tylko znalazł się w zasięgu mojej ręki pomogłam mu dostać się na pokład, zwinęłam pośpiesznie linę i ruszyłam z pełną prędkością na Onderon; nie było czasu do stracenia, Padawan umierał.

Po wylądowaniu zajęły się nim wezwane przeze mnie służby medyczne, a ja wyjaśniłam sytuację Porucznikowi Brassi. Ten zaprowadził mnie do Pana Lionela Ursum, któremu również zdałam relacje z wydarzeń na Dxun. Polecił mi udać się po Padawana Bar’a’kę, z którym miałam dokończyć zadanie. Obiecałam, że powrócę najszybciej jak to możliwe i ruszyłam pokiereszowanym Y-Wingiem na Prakith.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
    - Padawan Makkaru miał zostać przez nas odebrany z Onderonu przy naszej kolejnej wizycie. Został jednak przetransportowany już do bazy twierdząc, iż SOO uznało tę opcję za bardziej ekonomiczną.

    - Koszty leczenia Padawana Makkaru pokryje SOO, z racji wykonywania przez poszkodowanego oficjalnego zlecenia w ramach jego służby wojskowej. "W granicach rozsądku" - słowa Lionela Ursuma.

    - Padawan Makkaru utracił swój miecz świetlny w trakcie potyczki z bestiami Nexu.

4. Autor raportu:
Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 24 lut 2017, 16:07

Zjawa

1. Data, godzina zdarzenia: 23.02.17, 23:00-02:00

2. Opis wydarzenia:

Znowu. Tym razem jest nawet gorzej, bo jeśli przypuszczenia Mistrzyni Vile się sprawdzą... To nie chcę myśleć o tym, jak to wszystko się może skończyć.

Tworzę ten wpis z nadzieją, że pomoże wyjaśnić... co tak naprawdę się ze mną dzieje.

Wszystko zaczeło się to podczas, gdy wraz z Liannem pod okiem HDR, a później Pana Isana Brosso ćwiczyliśmy szermiekę. Do hangaru wbiegła dziwna postać która za pomocą dziwnie wyglądającego kostura położyła na ziemię Chissa, a później mnie i uciekła. Zdziwniona nawet nie zdażyłam zareagować. Myślałam, że to HDR pod inną postacią próbuje wykonać jakieś swoje testy. Okazało się jednak, że się myliłam. Pan Brosso zarzekał się, że niczego nie widział. Od razu przypomniałam sobie incydent sprzed tygodnia. Znowu jakaś dziwnie realna „wizja”? Tym razem jednak Liann również był pod jej wpływem, co przynajmniej trochę dodało mi otuchy – nie byłam w tym sama. Jak się zaraz okazało, tą postacią był Yuzzhan Vong! Przecież ja nie powinnam była go zauważyć! Jednak przez pryzmat tej dziwnej wizji, projekcji czy co to było, moim zmysłom ukazała się całkowicie klarowna postać. Każdy detal. Dziwnie ukształtowana skóra, nieregularny, powywijany pancerz. No i ten kostur. Pierwszy i możliwe, że ostatni raz miałam okazję zobaczyć tą przerażającą istotę taką, jaka jest naprawdę.

Po chwili konsternacji do mojego umysłu wkroczyła jakby inna osoba. Odczucie podobne do tego, gdy ostatnio Uczeń Siad przemówił do mnie... telepatycznie. Jednak spotęgowane wielokrotnie i bijące od siebie niepohamowanymi emocjami. Głos Kastarra z oddziału Nexu. Krzyki tak głośne, że zagłuszały moje własne myśli. Emanowały desperacją, cierpieniem, przerażeniem. Prosiły mnie, lub nadawały do kogoś innego, by go wypuścić. Dać mu spokój. Uwolnić go. Wydawało się to nieziemsko głośną transmisją z sali tortur... albo pola bitwy. Tylko głośnik komunikatora usadowiony był nieprzerwanie w mojej głowie. Z początku krzyki wydawały się nie miec końca, z każdą chwilą zwiększając swoją intensywność. Kilka chwil, które ciągneły sie w nieskończoność, by nagle umilknąć. Jednak tylko na parę minut. Od tej pory doznawałam cyklicznych, przyspażających znacznych bólów głowy ataków, w których krzyki zazwyczaj niosły ze sobą tą samą wiadomość: Błagalne prośby o pomoc. Starając się jakoś dotrzeć do Mistrzyni korytarzami, nagle, na bardzo krótką chwile ukazała się cała postać Kastarra, spokojnie stojącego za moimi plecami, która zaraz zniknęła. Liann też to zobaczył! Wpierw trafiłam do kantyny. Tam ostatnio widziano Mistrzynię Elię, jak prowadziła zajęcia z Padawanami. Na miejscu już jednak jej nie zastałam. Jedynie Padawanów Namona i Tannę. Opowiedziałam poprędko, co się wydażyło, lecz nie wiem, czy mogli zrozumieć, o co mi chodziło. Nie byłam w stanie dobrać słów opisujących dobrze... To coś. Zwłaszcza w stanie, w jakim się wtedy znajdowałam. Namon jak zwykle nie przejął się, a przynajmniej nie dał po sobie tego poznać. Na szczęście Tanna wiedziała, gdzie znajdę Mistrzynię i zaoferowała, że mnie zaprowadzi.

Po konsultacji z Mistrzynią okazało się, że najprawdopodobniej jest to sprawka Kultu... Ale jak? Ja? Spaczona przez kult? Przecież nie miałam żadnej styczności z nikim takim, nie wliczając w to Noshiravani Miada, albo Voliandera. Dlaczego akurat ja?! Dlaczego Kastarr? Przecież nawet go dobrze nie poznałam. No i... co to może tak naprawdę znaczyć?

Zgodnie z poleceniem Mistrzyni Vile wyleciałam na orbitę Prakith w towarzystwie Adepta Lianna i Pana Isana, by sprawdzić, czy aura planety ma na to wpływ... Znaczy się, czy to naprawdę sprawka kultu. Nie poprawiło to jednak mojego samopoczucia, gdy okazało się, że na orbicie obcy głos zaniknął, zostawiając jednak za sobą cząstkę obecności. W postaci powtarzających się cichych okrzyków, jakby odbijających się echem w mojej głowie. Powoli milknących.

Gdy zaczęliśmy powrót do bazy i wkroczylismy ponownie w atmosferę planety – głos powrócił. Tym razem znacznie cichszy, niż wcześniej. Starałam się jak mogłam, by w jakiś sposób wypchnąć to cos z mojego umysłu. Wyciszyć. Skupić się na czymś innym. Nie pomagało to jednak zbytnio. Z każdym kolejnym „atakiem” obca obecność była coraz głośniejsza. W bazie zgodnie z sugestia Adepta Lianna pobrałam dwie tabletki przeciwbólowe, w nadzieji, że otępiając nieco umysł uda mi się zasnąć i głosy umilkną. W kantynie, gdy spożyłam tabletki – pojawił się on. Postać. Kastarr. Znów błagająco prosił mnie o pomoc. Widać było, że cierpiał. Zwijał sie z bólu. Powoli zbliżał się w moją stronę, wyciągając rękę. A ja... uciekłam. Wbiegłam do kwater i chciałam położyć się do łóżka, gdy ten nagle znów zmaterializował się za moimi plecami, i tym razem - zaatakował. Jakimś cudem udało mi się uniknąć pierwszego kopnięcia, jednak za drugim razem wylądowałam na jednej ze ścian. Podniosłam się szybko i widząc szarżującego w moją stronę Kastarra, odskoczyłam na bok, unikając kolejnego ciosu i odwzajemniłam kopnięcie. Uczucie realne jak nigdy. Czułam masę ciała, która stawiła opór mojej nodze. Ale udało mi się. Postać odleciała parę kroków odemnie i chyba straciła równowagę. Nie miałam zamiaru się jednak upewniać. Pobiegłam czym prędzej w stronę panelu otwierającego drzwi i wybiegłam z kwater. Zatrzyamałam sie dopiero na środku hangaru mysliwców.

Musiał istnieć jakiś sposób, żeby to powstrzymać. Nie mogłam tak uciekać przed zjawą w niekończoność. Zdecydowałam sie tam wrócić. Tym razem z całych sił starając się rzucić wyzwanie realności tej wizji. Powtarzałam do siebie, że to nie jest realne. Myślałam, że jeśli wmówię to sobie, to tak zjawa nie powinna być w stanie mnie skrzywdzić... Przynajmniej taką miałam nadzieję. Gdy otworzyły się drzwi wyjściowe z hangaru, tuż za nimi stał już on. Zimna, zwierzęca postać stała tam bez ruchu. Wpatrzona we mnie. Dysząca. Ledwo udało mi sie powstrzymać instynkt i nie uciec. W kółko w myślach powtarzałam sobie, że TO NIE JEST REALNE. W końcu zdecydowałam sie ruszyć dalej. Byłam przerażona, cała drżałam. Chciałam uciec, lecz zachęcona nieco pasywnością zjawy, zdecydowałam się walczyć ze sobą o zachowanie względnego spokoju. Ciągle sie mi przyglądał. Słychać było jego głośne, zwierzęce oddechy. Gdy go minełam, ten jak cien podążył za mną. Nie odstępując chociażby na chwilę o krok. Położyłam się na łóżku w ubraniu. Cały czas, jak paciorek powtarzając sobie w głowie, że Kastarr, który teraz stał kilkanaście centymetrów od mojego łózka, w bezruchu patrząc na mnie swymi zimnymi oczami, jest tylko wytworem mojego umysłu. Długo nie byłam w stanie zasnąć, gdy ten nieprzerwanie, jak posąg ciągle stał zaraz przy mnie. W milczeniu. Przeciągły, jednostajny, cieżki oddech niewzruszonego Kastarra był teraz jedyną rzeczą, jaką słyszałam. Nie wiem ile zajęło mi, nim pogrążyłam się we śnie. Tabletki przeciwbólowe pewnie w końcu zaczeły działać i zastąpiły mi środek usypiający. Na szczęcie, gdy się obudziłam już go tam nie było.

Ale... Co teraz?

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Dołączam do wpisu również moje zapiski z incydentu sprzed tygodnia.

4. Autor raportu: Adept Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 439
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 11 mar 2017, 16:12

Aresztowanie

1. Data, godzina zdarzenia: 25.02.17, 18:00-23:00

2. Opis wydarzenia:

Cel misji był jasny od samego początku, a ostatnie uwagi wymieniliśmy między sobą w drodze i tuż po zatrzymaniu się przy posiadłości Sanarisa. Umówiony był przylot Isana, który miał przeszukać posiadłość, o ile to będzie bezpieczne, a na miejscu okazało się, że towarzyszyć nam będzie bojowy droid policji ze Skoth. Na tym skończył się gładki przebieg naszego zadania.

Wejście do ponuro i industrialnie wyglądającej posiadłości zagrodzili nam dwaj odźwierni. Najpierw nie wierzyli w to, że przyszliśmy aresztować Sanarisa, potem nie wierzyli w prawdziwość nakazu, w fakt że policja wysłała nas zamiast własnych funkcjonariuszy, mówili też że Sanarisa nie ma w domu. Kwestionowali wszystko, a rozmowa z nimi zajęła mnóstwo czasu. W końcu zgłosili się do policji z Galii, a dyspozytor po konsultacjach prawdopodobnie z policjantami ze Skoth potwierdził zasadność naszego pobytu u miliardera. Nawet to nie wystarczyło, by przekonać odźwiernych. Prowadziłem tę rozmowę dalej, mówiąc o konieczności obezwładnienia ich w przypadku stawiania oporu, gdy Padawan Bar'a'ka uruchomił gdzieś w oddali śmigacz... i wleciał nim w jednego z ochroniarzy. Uruchomił po chwili jakąś broń, co spowodowało sporą eksplozję, która przypaliła chyba wszyskich (ja miałem przypalone lekko plecy, adept Liann rękę, a Bar'a'kę odrzuciło na tyle daleko że nie widziałem gdzie oberwał). Wywiązała się walka, do której dołączyli wszyscy Jedi, droid policyjny, odźwierni i droid bojowy z plecakiem odrzutowym. W pewnym momencie kopnąłem leżącego ochroniarza, chcąc pozbawić go przytomności na dłużej i wyłączyć z walki. Głośne chrupnięcie jego czaszki było wystarczającym dowodem, że przypadkiem go zabiłem. Walka była dość krótka, jedynym zagrożeniem pozostał ostrzeliwujący nas z daleka droid, ale mieliśmy gdzie się przed nim schować. Korzystając z pokładowej broni śmigaczy otworzyliśmy potężne, metalowe drzwi i weszliśmy do środka.

Wewnątrz wywiązała się kolejna sprzeczka, tym razem z dwoma pracownikami Sanarisa. Zarzucali nam zbrojną napaść i oskarżali o wszystko, co słyszeliśmy już podczas rozmowy z odźwiernymi. Kolejne połączenie z policją w Galii upewniło ich o zasadności naszej wizyty, ale mimo to nie chcieli współpracować i otworzyć nam drzwi. Przeszukałem jednego, ale nie znalazłem przy nim absolutnie niczego. Adept Liann otworzył drzwi prowadzące dalej, a gdy przez nie przeszliśmy, nasz policyjny droid padł bez ruchu, a holodaty wyłączyły się.

Znaleźliśmy się w prawdopodobnie głównej, mieszkalnej części posiadłości. Krótki spacer po okolicy przerwał nam jeden z droidów, zapraszając nas do jednej z sal, w której czekać miał na nas sam Sanaris. Tak też było w istocie, znaleźliśmy się w wielkiej sali jadalnej, a z antresoli spoglądał na nas miliarder. Miał sporo do powiedzenia, mówił o porażkach naszej grupy Jedi, o tym że nie będzie aresztowany przez tak nieudolnych ludzi i nie ma zamiaru się poddać. Bar'a'ka gdzieś zniknął, gdy Sanaris kontynuował swój rant. W końcu zwrócił się do Lianna, którego nazwał Naiivem Luure, a w trakcie tej części monologu włożył rękę do kieszeni. Usłyszałem głuche tąpnięcie, gdy stojący za mną Liann upadł na podłogę. Lekko zniecierpliwiony zacząłem tłumaczyć Sanarisowi, że nie jestem związany ze śledztwem i przyszedłem do niego tylko po to, by wypełnić zadanie. Nie mogłem jednak dokończyć, bo zza pleców strzelił do mnie adept Liann.

Rozpętało się piekło. Strzały padały z każdej strony, droidy włączyły swe plecaki i ostrzeliwały mnie z obu kondygnacji wielkiej sali. Celem byłem tylko ja - Bar'a'ki nigdzie nie było, a Liann widocznie współpracował z droidami. Udało mi się jakoś uciec i w tym chaosie odnalazłem Bar'a'kę. Tłumacząc mu naszą sytuację opatrzyłem pospiesznie swe rany, a potem razem popędziliśmy na dach budynku w nadziei, że to właśnie tam uda się uciekający Sanaris. Tak się nie stało, naszym śladem podążyły tylko droidy w towarzystwie Lianna. Dość sprawnie uciekliśmy przed nimi, raniąc przy tym adepta i uszkadzając trochę droidy. Dla Bar'a'ki jedynym rozsądnym wyjściem była znajdująca się niżej zablokowana brama do innej części budynku, w której jeszcze nie byliśmy. W trakcie gdy ten próbował rozprawić się z jej zabezpieczeniami, ja broniłem naszej pozycji.

Sytuacja była fatalna. Znaleźliśmy się w wąskim korytarzu o dwóch wlotach prowadzących do tego samego, wielkiego westybulu. Droidy atakowały nas falami, wchodząc przez oba wejścia w tym samym momencie. Obrona tego miejsca była niemal niemożliwa, ale i tak udało mi się choć trochę uszkodzić niektóre z nich. Podczas jednego z takich ataków obciąłem współpracującemu z droidami adeptowi rękę, tnąc tuż przy korpusie. W końcu jednak sytuacja stała się tak krytyczna, że musiałem opuścić Bar'a'kę i uciec... gdziekolwiek. Schroniłem się w kącie sali jadalnej, by opatrzyć swe rany.

Wtedy znalazł mnie jeden z droidów. Powiedział, że wszyscy już się poddali, a ja nie mam już żadnych szans. Udałem się za nim do westybulu, gdzie leżeli już adept i krytycznie ranny Bar'a'ka. Pojawił się też Sanaris, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. Zwiastował zmianę ekipy w komendzie głównej Skoth i napawał się swoim zwycięstwem. Wezwał do posiadłości policję z Galii i ambulans. Jako jedyny mogłem chodzić, więc to mnie wybrano do udziału w rozmowie Sanarisa z policjantami.

Wyszliśmy przez przestrzelone drzwi posiadłości, gdzie oprócz komendanta policji z Galii i miliardera czekał policyjny droid ze Skoth, który wcześniej pomagał nam w walce. Chciałem zatrzymać Sanarisa za wszelką cenę, więc rozkazałem droidowi ogłuszenie obu mężczyzn. Zaciągnąłem Sanarisa na śmigacz i pognałem w stronę Skoth. Doskonale znacie treść naszych rozmów podczas mojej podróży, sytuacja była bardzo dynamiczna, a nowe fakty pojawiały się w każdej chwili. Ostatecznie zabrałem Sanarisowi jakiś amulet, który wręczyłem Isanowi, a potem zawróciłem. Na miejscu poddałem się policji z Galii.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -

4. Autor raportu: Padawan Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Bitwa o Exploratora

Postautor: Tanna Saarai dodano: 05 kwie 2017, 20:25

Bitwa o Exploratora
Gwiezdny niszczyciel "Explorator"


1. Data, godzina zdarzenia: 27.03.17. godz. ok. 22:00

2. Opis wydarzenia:
Wraz z Mistrzynią Vile oraz Padawanami Accar i Makkaru udaliśmy się na Exploratora w celu odbycia treningu w symulatorze. Na miejsce przywiózł nas promem Sentinel, Rycerz Jedi Fenderus. Początkowo z polecenia Mistrzyni objaśniałam Padawanowi Accar punkty styku, a następnie cała nasza trójka przystąpiła do symulacji walki grupowej ze strzelcami. Trening trwał długo i był wyczerpujący; mogło to wpłynąć na później podejmowane decyzje. Pod koniec treningu na pokładzie statku rozbrzmiewały komunikaty o zbliżającym się promie z uchodźcami z Arkanii. Mistrzyni Vile zgodziła się bym mogła spotkać się z uchodźcami i zamieniła z nimi parę zdań; nie sądziłam, że ta „rozmowa” potoczy się zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażałam.

Zaraz po opuszczeniu symulatora dobiegły nas kolejne komunikaty; prom z uchodźcami okazał się być tak naprawdę fortelem Yuuzhan Vongów. W jaki sposób zdobyli kody dostępu dla promu uchodźców, które znało tylko 17 osób z załogi Exploratora, od stopnia kapitana wzwyż? Skąd wiedzieli, że na pokładzie akurat tego dnia będzie znajdował się Admirał Ackbar? Wniosek jest bardzo niepokojący… Wśród załogi lub nawet wyżej znajdował, bądź nadal znajduje się szpieg Yuuzhan Vongów.

Kolejne komunikaty napływały bardzo szybko; Yuuzhan Vongowie przedostali się do hangarów i wysadzili większość wind, a na ich czele znajduje się dójka wyróżniających się budową ciała i opancerzeniem Yuuzhan.
Taktyka zasugerowana przez Mistrzynię Vile została przyjęta szybko i jednomyślnie; ruszamy na poziom siódmy, gdzie znajdował się nasz prom, próbujemy unikać walki lub w ostateczności przebić się przez Yuuzhan Vongów i przetrwać. Gdyby tylko wszyscy trzymali się tego planu całość wyglądałaby teraz zupełnie inaczej.

Gdy tylko opuściliśmy windę napotkaliśmy pierwszy oddział Yuuzhan Vongów oraz wspomnianą wcześniej nietypową dwójkę. Walka była zażarta, trudna i piekielnie wymagająca. Gdy tylko udało mi się oddalić od grupy Yuuzhan i skupić na sobie uwagę tylko jednego przeciwnika było już znacznie łatwiej przystąpić do realizacji wcześniej przygotowanego planu działania. Sparowałam kilka ciosów i wykorzystałam lukę w obronie mojego oponenta, by mocnym kopnięciem posłać go w grupę atakującą moich kolegów. Yuuzhan Vong wpadł na plecy jednego z nich, co dało Padawanowi Accarowi okazję do przebicia ich na wylot. Niestety nie był w stanie nawet na chwilę cieszyć się tym małym sukcesem, gdyż nim jeszcze zdążył wyjąć swój miecz z ciał pokonanych wrogów amphistaff jednego z dwóch nietypowych Yuuzhan ranił go w prawy bok. Tylko szybki refleks Padawana uchronił go przed rozpłataniem. W tym czasie zdążyłam przedostać się na tyły grupy Yuuzhan Vongów i skutecznie wspomagać Mistrzynię Vile, Padawana Makkaru oraz Accara, którzy walczyli ramię w ramię, odpierając kolejne ciosy amphistaffów. Moje działania przyniosły najwyraźniej zamierzony efekt, gdyż reszcie udało się przerzedzić ich szeregi, co pozwoliło nam przedostać się do głównego hangaru, łapiąc przez na chwilę oddech przed starciem z napływającą już kolejną falą Yuuzhan Vongów.

W wielkim pomieszczeniu dostrzegliśmy horror; wszechobecny, szalejący pożar, ogrom zniszczeń i mała armia (15-25 Yuuzhan Vongów). I w tym momencie coś poszło bardzo nie tak… Padawan Makkaru i Accar rzucili się w sam środek grupy przeciwników zostawiając mnie i Mistrzynię daleko za nimi. Mistyk natychmiast ruszyła im z pomocą, jednak ta chwila wystarczyła, by Padawanów otoczyła spora grupa Yuuzhan Vongów, a nas dopadła nietypowa dwójka, co skutecznie spowolniło próbę ratowania Padawanów z ich samobójczej szarży.
I niestety… nie trwało to długo nim Padawan Makkaru otrzymał dwa potężne cięcia poprzeczne na klatkę piersiową. Pierwsze ledwie go drasnęło, drugie natomiast rozpłatało, posłało na ziemię i pozbawiło miecza, który powędrował gdzieś w głąb hangaru. Gdyby nie rekcja Mistrzyni, której udało się uwolnić z pojedynku z nietypowymi Yuuzhan Vongami, doskoczyć do grupy otaczającej Padawana Makkaru, przebić przez nią posyłając na ziemię paru Yuuzhan Vongów, niespodziewających się zapewne ataku od tyłu i zablokować amphistaffa zmierzającego prosto na Padawana, mogłoby go z nami dzisiaj nie być.

Mnie udało się przetrwać pozostawienie sam na sam z dwójką śmiertelnie groźnych przeciwników. Jestem przekonana, że Mistrzyni była pewna, iż dam radę wyjść z tej opresji… A przynajmniej wolę wierzyć w tę wersję, niż… W każdym razie po w miarę sprawnym parowaniu niezwykle szybkich i precyzyjnych ciosów udało mi się wmanewrować dwójkę pomiędzy znajdujące się w pomieszczeniu skrzynie i kontenery, co pozwoliło mi ich skutecznie rozdzielić i pozostawiło tylko z jednym napastnikiem; drugi prawdopodobnie odpuścił sobie polowanie na mnie, gdyż przez długi czas bitwy go później nie widziałam. Zagrożenie nadal było jednak bardzo poważne, choć teraz przynajmniej moje szanse spadły z „pewna śmierć” na „wymyśl coś, a może przeżyjesz”. Broniąc się przed kolejną falą śmiertelnie szybkich cięć i pchnięć zostałam zraniona w lewe ramie; na szczęście było to tylko draśnięcie. Odkręciło mnie ono jednak i odsłoniło na kolejne ciosy nietypowego przeciwnika. Przeskoczyłam nad znajdującą się teraz już na wprost mnie skrzynią i z całych sił ją kopnęłam. Przywaliła ona niespodziewającego się takiego manewru Yuuzhan Vonga, co pozwoliło mi sprawnie oddalić się z jego zasięgu i ujść z życiem.

Padawan Accar bronił się dzielnie jednak nie miał większych szans wyjść z opresji, w którą sam się wpakował. Grupa Yuuzhan Vongów otoczyła go bardzo szybko, ciosy nadchodziły z każdej ze stron… Zwyczajnie nie miał szans na żadną sensowną taktykę, poza próbą wytrzymania coraz większej i szybszej fali ciosów. W takiej sytuacji jednak potrzeba lat praktyki i doświadczeń, których Padawan nie miał prawa posiadać. Klatka piersiowa Padawana została rozpłatana, aż do samych mięśni; nawet nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie i przez którego z grupy otaczających go Yuuzhan Vongów. W jakiś sposób Padawan jednak bronił się dalej, jednak napór wrogów stał się już nie do wytrzymania. Zatoczył, więc piruet z wyciągniętym w kierunku Yuuzhan ostrzem, by jeszcze przed jego zakończeniem próbować wydostać się, wspomaganym Mocą skokiem ze środka morderczego kręgu, w którym nie czekało go nic innego jak śmierć od niezliczonej ilości amphistaffów. Sztuczka się udała jednak zbyt wczesny wyskok przed niedokończonym piruetem zebrał swoje żniwo. Padawan Accar poszybował na ślepo nad rampą, na której znajdował się jeden ze wspomnianej już parokrotnie dwójki Yuuzhan Vongów. Ten niezwykle szybkim i precyzyjnym ciosem pozbawił Padawana prawej nogi. Padawan Accar uderzył o posadzkę hangaru z ogromnym hukiem tylko po to by czekać na śmierć od pędzącego w jego kierunku Yuuzhan Vonga, który pozbawił go nogi.

W tym czasie ja trzymałam się zgodnie z instrukcjami Mistrzyni przedostałam pod drzwi hangaru, za którymi znajdował się nasz Sentinel. Po drodze udało mi się ranić jednego Yuuzhan Vonga, który z przeciętym ścięgnem piętowym w prawej i lewej nodze, nie był już w stanie robić nic innego niż tylko się czołgać; choć i wtedy był niezwykle żądny krwi i waleczny. Moim priorytetem było jednak przedostanie się na pokład Sentinela, zatem nie czekałam nawet na moment jego ostatecznego upadku na ziemię i od razu ruszyłam pędem w kierunku, w którym znajdował się mój cel. Przedostałam się do pomieszczenia, w którym znajdował się nasz prom, gdzie napotkałam stosunkowo niewielki opór; raptem trzech Yuuzhan Vongów. Korzystając z sprzyjającego terenu wmanewrowałam przeciwników w walkę pomiędzy skrzyniami, co zmuszało ich do pojedynczego atakowania, bądź okrążania przeszkód terenowych. To z kolei dawało mi czas na zmianę pozycji i kontunuowania starcia, którego rytm i tempo mogłam swobodnie narzucać. Udało mi się pozbyć Yuuzhan Vongów z hangaru i podbiec do drzwi, by zorientować się w sytuacji, w której znajdowali się moi kompani oraz Mistrzyni. Zaraz po przekroczeniu progu dostrzegłam wcześnie wymanewrowanego w labiryncie skrzyń Yuuzhan Vonga, który pozbawia dolnej kończyny Padawana Accara i zamierza zakończyć jego żywot. Podjęłam szybką i brawurową decyzję o próbie uratowania go. Nie zdążyłam jednak ujść dwóch pełnych kroków, gdy Mistrzyni już była nad Padawanem Accarem zasłaniając go swoim mieczem świetlnym przed ciosem amphistaffem.
To, co dostrzegłam w opuszczonym na dłuższą chwilę pomieszczeniu mnie przeraziło; hangar był usłany trupami Yuuzhan Vongów. Mistrzyni Vile przecinała ich na pół, odrąbywała im głowy, kończyny, przebijała mieczem i równocześnie ogarniała nasze pozycje, by w razie potrzeby nas ratować; niesamowite…

Nie mogłam jednak długo dziwić się tym, co mnie zastało, gdyż drugi z tych dziwnych Yuuzhan Vongów znalazł się tuż przy mnie. Wiedziałam, że nie mam z nim większych szans. Równocześnie zdawałam sobie sprawę, że jestem zdana tylko na siebie, gdyż Mistrzyni właśnie zajęta jest ratowaniem życia Padawana Accara. Pozostała mi, zatem tylko jedna opcja – ucieczka. Obroniłam się przed pierwszym ciosem, który udało mi się zbić, co pozwoliło mi na odskoczenie od przeciwnika. Po chwili znalazłam się na platformie, która kiedyś służyła, jako pomost pomagający pilotom zasiąść do ich maszyn, a teraz spełniała rolę mojej linii obrony; niestety marnej. Gdy tylko wylądowałam na platformie spojrzałam za siebie, by dostrzec pędzącego w moją stronę Yuuzhan Vonga, który chwilę wcześniej mnie zaatakował. Nie miałam czasu żadną reakcję. Przeciwnik już w locie wykonał cios na moją głowę, który udało mi się sparować, co jednak posłało mnie na kolana. Udało mi się podnieść, by otrzymać kolejne, jeszcze silniejsze uderzenie idące od dołu. Sparowałam je, jednak siła tego ciosu była tak wielka, iż się zachwiałam i zostałam zupełnie odsłonięta na dalsze ataki. Te napłynęły bardzo, bardzo szybko. W ułamku sekundy z góry powędrował kolejny cios, który nie zabił mnie od razy tylko dzięki wycofaniu się ze śmiertelnego zasięgu. Zostałam jednak bardzo dotkliwie zraniona w górną część brzucha; przez mój błąd… Unik, który wykonałam był zbyt wolny, niedokładny i niezdarny, przez co część mojego ciała pozostała w zasięgu amphistaffa. Zawyłam z bólu i upadłam na ziemię, robiąc przy okazji obrót ciała o 180 stopni. Zwrócona plecami do wroga, nie widząc większych szans na przeżycie tego starcia złapałam się krawędzi platformy i podciągnęłam swoje ciało z całych sił, równocześnie odpychając się nogami, by opaść pod pomost. Yuuzhan Vong jednak nie przegapił tej okazji i od razu zatoczył pełne koło swoją żywą bronią, by zadać dokładnie taki sam cios, tym razem śmiertelny i wymierzony w moje plecy. Zamaszysty ruch jednak dał mi te sekundę, by ponownie wydostać się z zasięgu. Yuuzhan Vong jednak przedłużył swój cios wypadem i choć nie śmiertelnie, ranił mnie w plecy, które zostały przecięte, aż do mięśni. Upadłam poziom niżej.
Mój oponent nie dawał jednak chwili wytchnienia i nim jeszcze uderzyłam o ziemię już przystępował do kolejnego natarcia. Tylko odruchowy obrót na plecy uchronił mnie przed przecięciem na dwie części i dał czas na kopnięcie mojego przeciwnika w dół podkolanowy, by następnie druga noga znalazła oparcie na jego twarzy i powaliła go na ziemię.
Chyba tylko krążąca w żyłach adrenalina pozwoliła mi zebrać się dostatecznie szybko, by oddalić się od przeciwnika – ponownie umykając śmierci.

Padawan Makkaru tymczasem zdołał odzyskać swój miecz i zasiać małe spustoszenie w szeregach wroga, co jednak kosztowało go przebiciem na wylot prawej ręki. Zagrożenia jednak nie było, gdyż jeszcze przed upadkiem zdołał powalić ostatniego Yuuzhan Vonga, który zadał mu tę poważną ranę. Stracił jednak możliwość dalszego uczestniczenia w bitwie; a przynajmniej tak pomyślałby każdy na jego miejscu… Ale do tego dojdziemy za chwilę…

W każdym razie, gdy Mistrzyni dzielnie osłaniała Padawana Accara przed drugim nietypowym Yuuzhan Vongiem, skutecznie pozbawiając go prawej dłoni, czym ten specjalnie się nie przejął i z wściekłością rzucił się na Mistrzynię. I teraz stało się coś, co najlepiej oddaje stwierdzenie „No nie do wytłumaczenia”. Pojawił się Padawan Makkaru, w ciężkim stanie, który opisałam wcześniej i zaczął bić Yuuzhan Vonga rękami; w nerki (o ile oni je w ogóle mają), co zwróciło uwagę oponenta i dało czas Mistrzyni na podjęcie dalszych działań (i pół biedy, gdyby Padawan w tym momencie się wycofał…), dalej w korpus i niestety z całym impetem w twarz. Przez ten ostatni cios Padawan stracił prawą rękę; uderzenie było tak mocne, że Padawan dosłownie wpadł na pędzący na spotkanie z ciałem Yuuzhan Vonga miecz świetlny Mistrzyni Vile, nie mogła nic zrobić. Mechaniczna kończyna odpadła, a z pozostałości wydobyły się wyładowania elektryczne, które poraziły Padawana i wyłączyły wszystkie jego mechaniczne elementy, jego samego pozbawiając przytomności; jakimś cudem wszczepiony respirator nadal pozostał aktywny i podtrzymywał Padawana przy życiu.
Ten „wyczyn” Padawana, Mistyk Vile przypłaciła draśnięciem w prawą dłoń, gdy zszokowana odcięciem swemu uczniowi kończyny na ułamek sekundy straciła koncentrację. Yuuzhan Vong wykorzystał tę sytuację; pochwycił swego amphistaffa i dzierżąc go w lewej ręce zaatakował Mistrzynię. Ta jednak bardzo szybko otrząsnęła się ze stanu, w jakim znalazła się po brawurowej akcji Padawana Makkaru, sparowała płynnie cios Yuuzhan Vonga przepuszczając go za siebie i zakończyła jego żywot perfekcyjnym, płynnym Sai-Cha.
(Żeby oddać sprawiedliwość Padawanowi Makkaru muszę przyznać, że jego chora taktyka okładania Yuuzhan Vongów pięściami przyniosła nieco dobrego, gdyż udało mu się położyć w ten sposób trójkę przeciwników w ten sposób. Niestety przy tym dziwnym przeciwniku, z którym w tamtym momencie walczyła Mistyk Vile nie miał tyle szczęścia)

Gdy tylko zwłoki opadły na ziemię Mistrzyni Vile od razu skupiła się na przeniesieniu nieprzytomnych Padawanów na pokład Sentinela; użyła Mocy, co ułatwiło jej ogromnie to zadanie. Stała się jednocześnie podatna na ataki pozostałych Yuuzhan Vongów, w tej kwestii mogła liczyć jednak na moje wsparcie. Starałam się odciągnąć od niej pozostałą przy życiu dwójkę, gdy ta skutecznie przeniosła Padawanów na dach promu. Jeden z nich padł od mojego ciosu; gdy przepuszczony po zasłonie, zbyt szeroko poprowadzony cios na głowę posłał jego amphistaffa na ziemię i odsłonił go na tyle bym mogła zadać mu śmiertelny cios przez cały korpus. Z drugim jednak nie miałam najmniejszych szans, gdyż dołączył do niego ocalały, nietypowy kolega. Jego szybkie i śmiertelnie precyzyjne ciosy skupiły w całości moją uwagę i skutecznie wycieńczyły już i tak mocno osłabiony organizm. Po chwili Mistrzyni odciągnęła go ode mnie i związała walką… Byłam jednak w fatalnym stanie i po kolejnej serii ciosów Yuuzhan Vonga straciłam równowagę, zachwiałam się na nogach. Przeciwnik bezlitośnie wykorzystał ten błąd; zbił mój miecz odsłaniając mnie kompletnie i przebił na wylot swoim amphistaffem.
Ogarnęła mnie fala gorąca, a oczy zaszły mgłą… Poczułam jak uchodzą ze mnie wszelkie siły, a życie opuszcza mnie w zastraszającym tempie. Nie byłam gotowa pogodzić się ze śmiercią, nie chciałam jej, nie akceptowałam rzeczywistości, która prędko mi umykała. Ostatnią wyraźną rzeczą, jaką pamiętam była skąpana w mojej krwi twarz Yuuzhan Vonga, który zadał mi krytyczną ranę. Gdy broń przeciwnika opuściła moje ciało opadłam na kolana i odruchowo złapałam się za przebity na wylot brzuch, co prawdopodobnie nieco przyczyniło się do mojego ocalenia. Choć nie straciłam przytomności, całość następnych wydarzeń wydaje mi się teraz tylko niczym niemal zapomniany sen.


Dalsza część raportu, zatem oparta jest głównie na opowieściach Padawana Makkaru oraz Mistrzyni Vile, jak i również zapisie z kamer.

To Mistrzyni Elia Vile ocaliła moje życie. Udało jej się powalić nietypowego Yuuzhan Vonga, z którym walczyła i szybkim skokiem dostać się za plecy mojego oprawcy, by płynnym, pionowym cięciem rozpłatać mu plecy, pozbawiając tym samym życia. Następnie równie prędko przeniosła mnie na dach Sentinela, by po sekundzie od upuszczenia mnie musieć przystąpić do defensywy przed rozszalałym, jedynym ocalałym Yuuzhan Vongiem. Ten nietypowy przeciwnik nagle stał się jeszcze bardziej zagadkowy, gdy zwrócił się bezpośrednio do Mistrzyni słowami bezbronnej istoty „Pomóż nam”, podczas gdy do jego nieludzkich oczu napłynęły łzy. To wyraźnie wpłynęło na Mistyk Vile, gdyż od tego momentu walczyła bardziej powściągliwie, chcąc zapewne (choć są to tylko moje przypuszczenia, niepoparte nawet rozmową z Mistrzynią Vile) dowiedzieć się jak najwięcej o tych nietypowych Yuuzhan Vongach, z którymi przyszło nam się zmierzyć. Zabójczo szybcy, śmiertelnie precyzyjni i walczący niczym cała armia (jak się później dowiedzieliśmy tylko ta dwójka wybiła całą załogę, która miała odebrać uchodźców z Arkanii) – ta zagadka musiała trapić Mistrzynię. Jej taktyka zmieniła się, zatem z stricte ofensywnej na defensywną. Raniła swego oponenta w niegroźny sposób, gdy ten niemal natychmiast po wypowiedzeniu zagadkowych słów, ponownie przybrał postawę rozszalałego zwierzęcia. Zadane przez Mistyk Vile obrażenia rozjuszyły go jeszcze bardziej, a jego ciosy stały się, o zgrozo, jeszcze szybsze i potężniejsze. W końcu nawet Mistrzyni musiała paść od tak potężnej furii i gdy amphistaff ugodził ją dotkliwie w prawe biodro upadła na kolana, nadal jednak odpierając kolejne grady ciosów Yuuzhan Vonga. Gdy udało jej się wstać i nieco rozciągnąć starcie w terenie oponent ponownie zaczął przemawiać w płaczliwym, bezsilnie błagalnym tonie „Rycerz Jedi”, „My… CO ONI NAM ZROBILI”, „Nie ma emocji… Jedi”, rzucał, co chwilę w toku dalszej, spokojniejszej już potyczki. Mistyk wykorzystała te chwile słabości swego oponenta i pozbawiła go lewej ręki. Ten jednak nawet nie zwrócił na to uwagi, jak gdyby nic się nie stało atakował dalej. Gdy tylko przestał wtrącać w walkę niepasujące do Yuuzhan Vongów wstawki słowne ponownie z ogromnym zapałem i jeszcze większą furią rzucił się na Mistyk Jedi. Ta broniła się długo i dzielnie jednak osłabienie, jakie potęgowała każda kolejna sekunda walki z odniesionymi obrażeniami w końcu dało o sobie znać. Z brzucha Mistrzyni Vile trysnęła krew, a dla nas wszystkich świat zamarł w miejscu; zdawało się, że to nasz koniec. Ostatnia linia obrony, ostatni bastion padł…

Jednak nawet Yuuzhan Vongowie popełniają głupie błędy. Nawet oni dają się ponieść swojej pysze, swej dumie i ego. Widząc jak Mistrzyni Vile pada przed nim na ziemię brodząc we własnej krwi oddalił się o parę kroków i wykonując młynki swym amphistaffem zaczął chełpić się swym zwycięstwem; niedoszłym jak się prędko okazało. Mistrzyni Vile od razu złapała się za odniesioną ranę i w jednym momencie pełnej świadomości bycia naczyniem Mocy, pozwoliła jej płynąć przez siebie i zamknąć przerwany obieg. Uratowało to nam wszystkim życie, a Mistyk pozwoliło na kontynuowanie walki. Wyraźnie zaskoczony Yuuzhan Vong popełnił kolejny błąd, tym razem kosztował on go życie; doskoczył do nas, podczas, gdy Padawan Makkaru zdążył prowizorycznie opatrzyć Padawana Accara i zajął się obwiązywaniem mojego przebitego brzucha, by zatamować krwawienie. Yuuzhan Vong ewidentnie chciał nas dobić – ledwie zdążył jednak się poruszyć. Srebrna klinga miecza świetlnego Mistyk Jedi pozbawiła go żywej broni, upadł na ziemię, a Amphistaff opuścił jego dłoń.

Wtedy Yuuzhan Vong ponownie porozumiał się z Mistrzynią Vile „Nie myślałem, że wyrośniesz na coś takiego, gizko”. Jedyne słowo, jakie wypowiedziała Mistrzyni było dla mnie niezrozumiałe. Słowo wypowiedziane na sekundę przed kolejnym zaskakującym wydarzeniem; amphistaff rzucił się do gardła Yuuzhan Vonga. Pragnące śmierci swego Pana zwierzę nie od razu osiągnęło swój efekt. Mimo osłabienia i odniesionych ran Mistrzyni Vile udało się odciąć łeb bestii, gdy jej kły ledwo sięgnęły szyi Yuuzhan Vonga. Ten jednak nie robił nic, by przetrwać. Nie tamował krwawienia, nie drgnął nawet… po prostu leżał i czekał na śmierć, nie reagując na żadne słowa Mistrzyni, która próbowała dowiedzieć się, czym jest i kto mu to zrobił… W końcu umarł, a swoją tajemnicę zabrał do grobu.

Tymczasem do nas napływały kolejne komunikaty o stratach w załodze Exploratora, szkodach wyrządzonych przez Yuuzhan Vongów na kolejnych pokładach statku. Jedna wiadomość szczególnie nas ubodła… Rycerz Fenderus przy pierwszym kontakcie z wrogiem znajdował się na poziomie hangarów ścigaczy… Zacytuję komunikat, jaki otrzymaliśmy od Felixa Heinstowa „Zostaliśmy wtedy masowo zaatakowani z windy. Straty... były ogromne. Wybili prawie wszystkich... Trupy... Okr... To było cos, na co nie byliśmy przygotowani. Nie mieliśmy innego wyjścia... Zwolniliśmy pole siłowe. Wszystko, co znajdowało się w środku zostało wywiane w próżnie... Przykro mi, ale... Nie mieliśmy innego wyboru.”. Możecie domyślić się reakcji Mistrzyni Vile, gdy Padawan Makkaru przekazał jej tę szokującą informację; natychmiast ruszyła w podróż w nurt Mocy; odsiewając wszystko, co mogło jej przeszkadzać w wyłapaniu wątłej aury Rycerza Fenderusa, w pełni poświęcona zadaniu osiągnęła zamierzony cel. Wychwyciła go pod pokładem statku. Momentalnie skontaktowała się z ocalałymi żołnierzami i rozkazała sprawdzić, co znajduje się pod pokładem. Dzięki zewnętrznym kamerom dowiedzieliśmy się bardzo szybko… Efekt był szokujący… Rycerz Fenderus trzymał się dwóch węży Yuuzhan Vongów, które wcześniej zdążyły go złapać i przetransportować w okolice śluzy pod pokładem Exploratora. Ledwo żywy… uratowany przez nasze węże… w kosmicznej próżni… walczył przez ten cały czas o życie… Mistyk pędząc do hangaru, w którym jeszcze chwilę wcześniej znajdowała się mała armia Yuuzhan Vongów, a której szczątki teraz zdobiły pokład, skontaktowała się raz jeszcze z ocalałymi żołnierzami prosząc ich o podanie wszelkich możliwych kodów dostępu do znajdujących się tam jeszcze maszyn. Gdy tylko owe kody otrzymała musiała jednak prędko zawrócić…

Nietypowy, martwy Yuuzhan Vong wcale nie był tak do końca martwy. Gdy Mistrzyni zajęta była lokalizowaniem Rycerza Fenderusa, a my walką o przetrwanie; szczególnie Padawan Accar, który od dłuższej chwili nie oddychał, a przy którym Padawan Makkaru prowadził resuscytację, ten przebudził się i doskoczył na dach Sentinela chcąc nas dobić. Padawan Makkaru złapał go za nogę, to jednak nie przyniosło żadnego efektu. Jego proteza została odgryziona, iskry posypały się dookoła, a wyładowania elektryczne poraziły całą trójkę – Padawanów Makkaru, Accara i Yuuzhan Vonga. Ten ostatni opadł wraz z odgryzioną kończyną na posadzkę hangaru, gdzie spotkał się z ostrzem Mistrzyni Vile, dwukrotnie.
Najbardziej ironiczne w tej sytuacji jest to, że Yuuzhan Vong, który próbował nas zabić ostatecznie uratował życie Padawana Accara. Wyładowania elektryczne, które wydobyły się z odgryzionej protezy Padawana Makkaru pobudziły serce, co przywróciło jego prawidłowy rytm i ostatecznie świadomość Padawana. Niestety Padawan Makkaru miał mniej szczęścia, gdyż jego respirator zatrzymywał się mniej więcej, co dwie sekundy; musiało to sprawiać Padawanowi niewyobrażalny ból… Zdobył się jednak na tyle sił, by wezwać jeszcze pomoc medyczną Exploratora, nim stracił przytomność. On jeden w tej sytuacji mógł sobie na to pozwolić; maszyna, żyła za niego.

Mistyk Vile już z nami nie było. Gdy tylko ostatecznie pozbawiła Yuuzhan Vonga życia popędziła na ratunek swojemu byłemu uczniowi. Posiadając kody dostępu do maszyn znajdujących się w hangarze opuściła go, gdy tylko pole siłowe blokujące hangar zostało na jej prośbę zniesione. Manewrując sprawnie między uszkodzonymi częściami gwiezdnego niszczyciela w końcu odnalazła ledwie żywego Rycerza Fenderusa, którego dłoń wydawała się na stałe przymocowana do węża Yuuzhan Vongów. Śluza, przy której znajdował się Rycerz była uszkodzona, a na jej poszyciu rozpoznać można było ślady miecza świetlnego; uciekające delikatnym strumieniem powietrze musiało podtrzymywać Rycerza przy życiu. Na całe szczęście węże bardzo mocno go trzymały. Niewątpliwie uratowały mu życie.
Mistrzyni Vile otoczyła się Barierą Fizyczną, by móc bezpiecznie otworzyć kokpit myśliwca i zabrać na pokład Exploratora Rycerza oraz węże. Gdy tylko dotarła ponownie do hangaru i opuściła myśliwiec wraz z Rycerzem, minęli ją wezwani przez Padawana Makkaru medycy, którzy zainteresowali się wężami. Mistyk poinformowała ich, że węże należą do nas, nie stanowią zagrożenia i poleciła im pośpieszyć nam z pomocą. Tak też zrobili.

Gdy Mistrzyni walczyła o życie Rycerza Fenderusa i oddzielenie od niego węży, wspierając go Mocą, medycy walczyli o nasze życia. Z pewnością podali nam stymulanty, ale co więcej zrobili… nie jestem w stanie powiedzieć. Obraz z kamer był nie dość dokładny, a jedyne, co do mnie docierało to ogromny, przenikający i wszechobecny ból połączony z niemocą poruszania jakąkolwiek częścią ciała. Medycy zapewnili, że wszystkie podjęte akcje znajdą się w raportach medycznych. Jedno jest pewne… cokolwiek nie zrobili… Uratowali nam życie. Tak jak Mistrzyni Vile uratowała Rycerza Fenderusa oraz węże.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Raport sporządzony na podstawie własnych doświadczeń, zapisów z kamer i relacji Padawana Makkaru, Padawana Accara oraz Mistrzyni Vile

4. Autor raportu: Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Pobyt i powrót z Exploratora

Postautor: Tanna Saarai dodano: 05 kwie 2017, 20:26

Powrót z Exploratora
AX-12


1. Data, godzina zdarzenia: 27.03.17, 22:00-02:00 oraz 04.04.17, 21:30-01:30

2. Opis wydarzenia:
Świadomość powróciła do mnie, gdy wyjęto mnie ze zbiornika z bactą. Nie czułam niczego od pasa w dół, moje nogi wydawały się martwe. W pierwszej chwili nie dostrzegłam nikogo; ani Padawana Makkaru, ani Padawana Accara, Mistrzyni, czy Rycerza Fenderusa… byłam sama jak palec, walcząc z ogromnym bólem, mimo opuszczenia właśnie zbiornika z bactą. Po chwili pojawił się przy mnie medyk, informując, że zabierze mnie do reszty na łóżku repulsorowym. Po chwili cała trójka Padawanów była w komplecie, następnie dołączyła do nas Mistrzyni Vile.
Pokrótce przedstawiono nam naszą sytuację, znajdowaliśmy się na planecie AX-12, gdzie uszkodzony gwiezdny niszczyciel „Explorator” wylądował w celu dokonania niezbędnych napraw oraz przedstawiono obecną sytuację zdrowotną – wszystko znajdziecie w raportach medycznych. Oraz przedstawiono dokładny plan działania Yuuzhan Vongów.
Pod przykrywką uchodźców z Arkanii dostali się na pokład Exploratora. Gdy tylko opuścili pokład promu wyrżnęli całą załogę znajdującą się w pomieszczeniu i ruszyli dalej, do maszynowni, gdzie tylko ta nietypowa dwójka Yuuzhan Vongów wymordowała wszystkich bez wyjątku. Aqualishański porucznik odciął maszynownię od reszty gwiezdnego niszczyciela, czym powstrzymał dalsze rozprzestrzenianie się grupy Yuuzhan Vongów. Przypłacił to jednak życiem. Pozostali rozpierzchli się po całym Exploratorze, znaczna grupa 30 Yuuzhan Vongów dotarła do hangaru ścigaczy, gdzie znajdował się Rycerz Fenderus oraz wielu żołnierzy Sojuszu. Wtedy podjęto decyzję o otwarciu śluzy, opuszczeniu pola siłowego i pozbawieniu życia wszystkich, którzy znajdowali się wtedy w hangarze. Reszta ocalałych Vongów przedostała się na inne poziomy, wysadziła windy i zniszczyła kamery. Najliczniejsza grupa dostała się na poziom siódmy, gdzie znajdował się nasz Sentinel. Tam też poprzez zawalone szyby wentylacyjne dotarła dwójka nietypowych Yuuzhan Vongów. Resztę działań na tym poziomie znacie. Pozostałe jednostki Yuuzhan Vongów poległy w starciu z żołnierzami Sojuszu na innych poziomach. Łączne straty w załodze Exploratora to 38 zabitych i 5 rannych.
Prom Admirała Ackbara zdołał umknąć z pokładu Exploratora z Nim samym na pokładzie.

Wdaliśmy się w długą dyskusję, przed którą podano mi bardzo silne środki przeciwbólowe i znieczulające. Rozmawialiśmy o potencjalnym celu ataków Yuuzhan Vongów, o sposobie, jakim dowiedzieli się o obecności Admirała na pokładzie i dostania się na pokład Exploratora pod przykrywką uchodźców z Arkanii, na której komandosi z Exploratora prowadzili tydzień wcześniej działania z zakresu rekonesansu. Wniosku wysnułam już wcześniej w raporcie – szpieg.
Następnym podjętym tematem byli nietypowi Yuuzhan Vongowie. Wtedy właśnie padła teoria, iż Yuuzhan Vongowie w jakiś sposób przerabiają porwanych Jedi na swoich „bezmózgich” (rozumiecie, prawda? Nie muszę chyba wyjaśniać sensu użycia tego słowa) żołnierzy. Kolejna niepokojąca teoria. Medycy zapewnili, że ciała pokonanych będą dokładnie przebadane i zanalizowane.
Zapewniliśmy również medyków, iż nasze zwierzęta są w 100% godne zaufania i nie stanowią dla załogi żadnego zagrożenia. Uwierzyli i zaakceptowali te fakty.
Powróciliśmy do tematu szpiega, by wysnuć pomysł o poddaniu wszystkich przymusowym badaniom celem sprawdzenia wpływu Yuuzhan Vongów na umysły żołnierzy. Mistrzyni zasugerowała, że Yuuzhan Vongowie używają pasożytów do kontrolowania umysłów, a ja poddałam pomysł o proceduralnym badaniu ze względu na styczność z wieloma martwymi Yuuzhan Vongami. Obiecano zająć się tą sprawą i doprowadzić do jakichkolwiek rezultatów.
Ostatnią poruszoną sprawą było zdrowie Rycerza Fenderusa. Po szczegółowy opis obrażeń i przeprowadzonych zabiegów ponownie odsyłam do kart medycznych. Wspomnę jednak, że w tamtej chwili poinformowano nas, że Rycerz znajduje się na skraju życia i śmierci… I niestety bardziej skłania się ku tej tragiczniejszej opcji. Tym większe było nasze zdziwienie, gdy drzwi do Sali medycznej otworzyły się i powitał nas znajomy głos Rycerza (i tu mam nadzieję, nie obrazi się za dokładne przytoczenie jego pierwszych, powitalnych słów)„Ja pieeerdole, jak kurwa można szarżować w środek Vongów ledwo chodząc... jak można krecich się tuz obok walczących jak się straciło kuźwa rękę i miecz... Jedna jedyna Tanna walczyła z sensem...”, po czym opadł na podłogę.
Wyjaśniono nam po chwili, wyrywając nas z szoku, że Rycerz godzinę wcześniej zakończył swoje operacje i koniecznie chciał się z nami wszystkimi spotkać. Najwyraźniej znajdował się pod działaniem tak silnych leków znieczulających, uspokajających i przeciwbólowych, że był w stanie to zrobić jednorazowo. Jego obecny stan niestety nie napawa optymizmem.
Mistrzyni Vile mimo ogromnego zmęczenia posiedziała z nami jeszcze chwilę, po czym udała się na zasłużony odpoczynek.
Rozmawialiśmy o wielu sprawach z Rycerzem Fenderusem, głównie związanych z bitwą o Exploratora.
Poruszyliśmy jednak również kwestię zasilania bazy i wtedy żołnierze zasugerowali, że są w stanie zebrać trochę paliwa o ile będziemy w stanie jakoś przetransportować je na Prakith (szkoda, że Rycerz Gluppor się po nie ostatecznie nie zgłosił, uniknęlibyście w ten sposób tych nieludzkich mrozów i ciemności).
Rycerz zasłabł, więc odeskortowano go do innego pomieszczenia, gdzie czekała go specjalistyczna opieka medyczna. Nas natomiast ponownie wpakowano do zbiorników z bactą – znaczy… mnie i Padawana Accara. Padawanowi Makkaru bacta była raczej zbędna.

Parę dni później, po kolejnych zabiegach i ogromnym czasie spędzonym w zbiornikach z bactą ostatecznie nas wypisano. Wyjaśniono, co powinniśmy robić, by odzyskać pełnię sprawności, bądź tyle ile to możliwe oraz dano nam zapas leków. Rycerz Fenderus musiał jednak pozostać na pokładzie Exploratora, gdyż zupełnie zwariował z bólu i nie był świadomy szkód, jakie wyrządzał; zdemolował izolatkę, w której się znajdował i złamał jednemu z medyków żebro – wszystko przy nieświadomym korzystaniu z Mocy.
Poinformowano nas o ewentualności jego unieszkodliwienia, gdyby zagrażał bezpieczeństwu załogi Exploratora. Mistrzyni Vile przyjęła tę informację ze zrozumieniem i spokojem.
Padawan Makkaru przedstawił nam wcześniej poznany plan naszego przewozu na Prakith. Wszyscy mieliśmy udać się Sentinelem, pilotowanym przez pilota Sojuszu na Prakith. W ślad za nami, myśliwcem miał podróżować drugi pilot, który po dotarciu do naszej bazy powróciłby z pierwszym na pokład Exploratora.
Już w tamtym momencie plan uległ zmianie, gdyż Padawan Makkaru zasugerował, iż uda się do oddziału swojego banku i odmrozi znajdujące się na swoim koncie kredyty, które pozwolą nam zakupić paliwo do zasalania bazy (więcej informacji we wpisie z sieci wewnętrznej – WPIS Z SIECI WEWNĘTRZNEJ OD PADAWANA ANGARA MAKKARU). Mistrzyni zasugerowała, by udał się myśliwcem razem z drugim pilotem Sojuszu, a następnie dołączył do nas na Prakith.
Przy wsparciu Padawana Makkaru i Padawana Accara udałam się w miarę na własnych nogach do windy, zaraz za Mistrzynią Vile. Trwało to horrendalnie długo i było nieziemsko wycieńczające… Na poziomie siódmym spotkaliśmy Aqualishańskiego żołnierza, który poinformował nas, że Imperialni z pewnością będą chcieli zabić Rycerza Fenderusa pod byle pretekstem, gdyż nienawidzą jego gatunku. Wtedy to Mistrzyni Vile postanowiła pozostać na pokładzie Exploratora.
Padawan Makkaru wraz z Padawanem Accarem przetransportowali mnie na pokład Sentinela, którym udaliśmy się prosto do naszej bazy na Prakith, kończąc tym samym bitwę o Exploratora, która zaczęła się od niewinnego wypadu na trening.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 08 kwie 2017, 15:41

Szlakiem porażki

1. Data, godzina zdarzenia: 11.03.17, 19:00 - 02:00

2. Opis wydarzenia:

Miesiąc temu zgłosiłam się na komendę Policji w Prak, by zeznawać w imieniu naszej grupy. Miałam ze sobą raporty obrazujące nasze działania na Prakith i listę Jedi przebywających na stałe w bazie. Udało mi się wybronić przed zarzutami, chciałabym jednak opowiedzieć, jak dokładnie przebiegało moje przesłuchanie.

Po okazaniu dokumentów potwierdzających moje personalia komendę ogarnęła panika. Byłam na to przygotowana i postępowałam zgodnie z założeniami – pełna współpraca, brak gwałtownych ruchów, opanowanie i kultura. Komandosi WSK zjawili się po kilku minutach, w stanowczy, ale nie stricte brutalny sposób zostałam skuta i przewieziona do budynku zwanego Cytadelą. Nie jestem w stanie nawet w przybliżeniu określić lokalizacji tego obiektu – podróż trwała długo, ale transport poruszał się z nieokreśloną dla mnie prędkością. Na głowę założono mi obręcz neuronową, więc nawet nie próbowałam posiłkować się Mocą.

Na miejscu mogłam przelotnie zobaczyć naszych uwięzionych uczniów, rannych, ale opatrzonych. Zwrócono mi ubrania i zdjęto kajdany, po czym odprowadzono na przesłuchanie. Zajęłam miejsce w klatce energetycznej.

Oficer przesłuchujący przedstawił się jako Mortimer Boltius i sprawiał równie profesjonalne wrażenie, co reszta WSK. Uprzedził mnie, że w rozmowie wezmą udział przedstawiciele władz Prakith – Przewodnicząca Parlamentarnej Komisji Bezpieczeństwa, pełnomocnik Biura Pierwszego Premiera, przedstawiciel Federalnej Agencji Antyterrorystycznej i specjaliści – jak się później okazało, głównie od kwestii funkcjonowania Mocy. Na Prakith znajdowało się kiedyś Inkwizytorium i wiedza z tamtych czasów przetrwała – łącznie z wykorzystywaną technologią.

Pierwsze pytanie było ogólne: dlaczego w ogóle warto podjąć z nami dialog? Odpowiedziałam, że jesteśmy przydatni w walce przeciwko Yuuzhan Vongom i nie wchodziłam w dalsze szczegóły. Inwazja jest faktem, a nasze zdolności bojowe to najbardziej niepodważalny atut, a przy tym, dla Prakith, wyłącznie pozytywny, nie wzbudzający kontrowersji. Oficer przesłuchujący spróbował sprowokować mnie, rozwijając moją wypowiedź po swojemu, ale nie dałam się wciągnąć w tę grę. Spokojnie i rzeczowo wyjaśniłam, że prosił o konkret i otrzymał konkret. To ucięło temat.

Dalej pojawiły się znane nam już zarzuty – o ukrywanie się, domniemaną działalność terrorystyczną i, czego się najmniej spodziewałam, o domniemaną działalność przewrotową. WSK zdobyło szczegóły powstania na Onderonie i wysnuło konkluzję, że próbujemy doprowadzić do podobnego przewrotu na Prakith. W tym punkcie do rozmowy zdalnie zaczęli dołączać kolejni przedstawiciele władz.

Broniłam nas długo, ale metodycznie. Opowiadałam o działalności SOO, co spotkało się ze sceptycznym przyjęciem, ale stanowiło dla mnie punkt wyjścia do dalszych wyjaśnień. Przede wszystkim, Onderon sam dokonał przewrotu – owszem, z nami w roli wsparcia, ale byliśmy tylko garścią jednostek w obliczu planety i paramilitarnej organizacji rządzącej. Po rewolcie Onderon zaczął funkcjonować spokojnie, mieszkańcy sami ustabilizowali planetę, wyłonili rząd, przeorganizowali SOO. Onderon stał się pokojowym, stabilnym światem, co byłoby niewyobrażalne, gdyby rewolta przeprowadzona była wbrew mieszkańcom, a w społeczeństwie panował ideologiczny podział. Władza przejęta siłą musi być utrzymana siłą – w przypadku Onderonu mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym, władza przejęta siłą została oddana w ręce ludu, a wszystkie zachodzące teraz na Onderonie zjawiska były zgodne z moją relacją na temat sytuacji przed przewrotem.

Druga kwestia, cel istnienia grupy i jej motywacja. WSK zakładało, że obalenie rządu Prakith pozwoliłoby nam pozbyć się ogromnych długów, ale ten tok rozumowania był bardzo łatwy do podważenia. Gdybyśmy działali dla pieniędzy i władzy, po udanym przewrocie na Onderonie po prostu byśmy tam zostali, zamiast ledwo wiązać koniec z końcem na Prakith. To ostatecznie obaliło zarzut względem naszej domniemanej działalności przewrotowej, choć, możecie sobie wyobrazić, trwało to długo i było o wiele mniej merytoryczne i o wiele bardziej chaotyczne, niż tu opisuję. Głównie ze względu na to, że wszyscy zgromadzeni starali się mówić jednocześnie. Miało to swoje dobre strony – ominęłam wiele nieprzyjemnych pytań, pozwalając im zginąć w słowotoku – ale było niezwykle męczące.

Kolejna kwestia – dlaczego wybraliśmy Prakith? Odpowiadałam zgodnie z prawdą. Na Prakith przenieśliśmy się jeszcze w trakcie wojny domowej na Onderonie, potrzebowaliśmy cichego, spokojnego miejsca do zamieszkania, a jednocześnie czegoś, co miałoby bogatą historię związaną z Mocą, którą moglibyśmy badać. Wspomniałam, że wcześniej z dokładnie tych samych powodów zatrzymaliśmy się w starej enklawie Jedi na Dantooine. Starałam się przedstawić naszą grupę przede wszystkim jako badaczy, którzy w obliczu kryzysu i cierpienia nie pozostają bierni. Mieliśmy tu krótką przeprawę z tytułem Inkwizytora Jedi Barta, nic wartego szerszego opisu.

Następnie przeszliśmy do kwestii Kultu. Czy wiedzieliśmy o Kulcie? Czy wyczuliśmy Kultystów, kiedy pierwszy raz przylecieliśmy na Prakith? Znów trzymałam się faktów. Na planecie będącej jedną wielką anomalią w Mocy ciężko jest odnaleźć jednostkę będącą również anomalią. Pytano mnie o detale pierwszego kontaktu, o to, czy Kult próbował z nami pertraktować, czy od razu przeszedł do agresywnych działań. Opowiadałam o nieudolnych atakach na najsłabszych z nas – więc, w logicznym ciągu, zarzucono mi nieodpowiedzialne kierowanie grupą – choć ta kwestia kompletnie utonęła w dziesiątkach innych, które pojawiły się równolegle. Generalnie, mimo panującego chaosu, starałam się wyłącznie podtrzymać moje stanowisko – przybyliśmy na Prakith, by zebrać siły do dalszych działań na Onderonie, nie byliśmy z początku świadomi istnienia Kultu, a po pierwszych zgrzytach ciężko było określić, że te prymitywne pojedyncze istoty to część czegoś większego i groźniejszego. Zakup kompleksu na Prakith był dla nas obciążający finansowo, więc przeprowadzka nie wchodziła w grę. Wspomniano o nieszczęsnym nagraniu Angara i Bar’a’ki, pytano o moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę z zagrożenia i kolejny raz wróciliśmy do badania przeszłości Prakith. Wszystko to przewinęło się w rozmowie tak szybko, że nie byłam w stanie i nawet nie próbowałam odpowiadać na to, co było dla mnie niewygodne.

Przeszliśmy płynnie do tematu jakości naszej grupy i cytatu z przesłuchania Padawana Accara, gdzie stwierdził, że problem ukrywania tożsamości powstał z powodu głupoty naszych członków. Wypytywano mnie o to, dlaczego powierzamy niekompetentnym osobom ważne zadania, w jaki sposób testujemy uczniów, dlaczego narażamy ich na niebezpieczeństwo. Tu musiałam zręcznie lawirować, by przedstawić jawne porażki lepiej, niż wyglądały. Nasi uczniowie zaczęli działać incognito, bo tego nauczył ich Onderon, gdzie ukrywanie tożsamości było niezbędne. Zadania były przydzielane na miarę umiejętności członków grupy wtedy, kiedy mieliśmy wybór. W sytuacjach kryzysowych, gdy docierały do nas nagłe wezwania z prośbą o pomoc, ruszał ten, kto mógł. Choć zostałam zarzucona różnymi stwierdzeniami dotyczącymi niekompetencji, złego doboru osób do działań, porażek (padł przykład Adepta Lianna, w zasadzie jedyny), starałam się przedstawić konkretne przykłady naszych pozytywnych działań i odpowiedniej segregacji obowiązków. Opowiadałam o sukcesach Padawana Bar’a’ki w rozpracowywaniu mafii, o Tallut. O tym, że do jawnie ciężkich zadań wyznaczaliśmy dużo bardziej doświadczone osoby – kiedy Yuuzhan Vongowie zaatakowali republikański posterunek, ruszyłam tam osobiście, co zostało zarejestrowane przez WSK, które również musiało ingerować.

Jednym z głównych punktów programu były tu jednak ostatnie wydarzenia u Sanarisa. Trzymałam się faktów – wybrani do zadania uczniowie byli kompetentni i obeznani z tematem, sprawa dostarczenia wezwania niezwykle prosta, a wszystko popierała komenda Skoth, która bała się wysłać tam swoich ludzi. Oczywiście przytoczono działania i Bar’a’ki sprzed bramy, i Lianna ze środka budynku – absurdalne, chaotyczne, brutalne działania. I dokładnie to podkreśliłam w moich zeznaniach, że zachowanie uczniów było kompletnie absurdalne. Przypomniałam o tym, jak Namon porwał Sanarisa, chcąc doprowadzić zadanie do końca, ale wrócił z nim, całym i zdrowym, co znów świadczyło na naszą korzyść. Naszym celem nie było morderstwo, a aresztowanie, staraliśmy się, na miarę możliwości, działać zgodnie z prawem. Wszystkie komplikacje, które wniknęły, nie mają logicznego podłoża – moi przesłuchujący podchwycili ten tok rozumowania i sami przeszli do potencjalnego wpływu Kultu, co uznaję za jedno z moich małych zwycięstw.

Weszliśmy na szeroki temat Sanarisa i jego niewrażliwości na Moc, co miałoby wykluczyć jego powiązania z Kultem. WSK znów pokazało, że posiada szeroką wiedzę na temat Kultu, przypominając, że Sanaris powinien być dla nich jedynie pionkiem, nie współpracownikiem – choć jego zasoby finansowe mogły skusić Kult. Przeszliśmy do dowodów winy Sanarisa, a ja starałam się przedstawić wszystko, czego udało nam się dowiedzieć, w możliwie rzeczowy sposób. Pilnowałam się, by mój personalny stosunek do Sanarisa w każdej wypowiedzi był kompletnie neutralny – żadnego negatywnego nastawienia, żadnych obsesyjnych komentarzy, wyłącznie suche stwierdzenia. Niestety, zdajecie sobie sprawę z tego, że jest tego żałośnie mało… pośrednicy, płatny zabójca, córka, która zniknęła, policjanci ze Skoth, z których jeden został wydalony, a drugi nie żyje. Rachunek za szaty kultystów. Oraz niewyjaśniona masakra z udziałem Lianna i Bar’a’ki.

Tu wspomniałam o naszyjniku, który zabezpieczył Namon podczas porwania Sanarisa. WSK najwyraźniej szukało czegoś takiego wcześniej w domu Sanarisa i przy samym miliarderze, bez skutku. Powiedziałam, że artefakt znajduje się u nas i potwierdziłam pełną chęć współpracy przy wydaniu go WSK. Na przedmiocie wciąż znajdowały się odciski palców Sanarisa, więc jeśli nikt nie będzie próbował ich zatuszować, jest to strzał w dziesiątkę.

Koniec przesłuchania był zdecydowanie spokojniejszy i pozytywniejszy, pozwolono mi na dłuższe wypowiedzi. Kult przestał być traktowany jako niewinny twór i sposób zamaskowania naszych działań, kiedy przeszliśmy przez sprawę Tallut, wyszła na jaw świadomość porwań kobiet, możliwa współpraca z Sanarisem, kontrola jednostek poprzez Moc. Wyciągnęłam wszystko, z czym spotykaliśmy się na początku – z opowieściami zwykłych ludzi o legendzie Kultu tworzącego mutanty i artefakty, z atakami na cywilnych mieszkańców. Z ogólną społeczną niepewnością i niewiedzą. Kiedy zapytano mnie, dlaczego przy poważniejszych sprawach nie zwróciliśmy się do rządu, właśnie tym się posiłkowałam – dla Prakithańczyków Moc była jakimś rodzajem magii, a Kult czymś niewyjaśnionym. Nie byliśmy świadomi wiedzy WSK. Pierwszy raz podczas tego przesłuchania zaczęłam się spotykać z czymś w rodzaju zrozumienia. Opowiedziałam o rozpracowaniu nas przez komendę Skoth i o sojuszu w prowadzeniu sprawy Sanarisa, o kolejnych etapach naszego śledztwa, aż do felernej próby aresztowania. Brak konkretnych, niepodważalnych dowodów także nam nie ujmował, bo z takimi dowodami nie prowadzi się śledztwa, tylko proces. Myślę, że ta ostatnia dłuższa wypowiedź, na którą mi pozwolono, niezwykle nam pomogła.

Przeszliśmy do konkluzji. Po pierwsze, próbowano wymusić na mnie jakiś rodzaj obietnicy, że staniemy się narzędziami w rękach władz Prakith. Oczywiście nie mogłam się na to zgodzić, więc znów lawirowałam, udając, że nie rozumiem prawdziwych intencji i udzielając neutralnych odpowiedzi – zamierzamy bronić mieszkańców Prakith przed inwazją i Kultem, zamierzamy działać jawnie i współpracować. W delikatny, ale dość stanowczy sposób starałam się podkreślić, że jako Jedi nie będziemy bezwarunkowo i ślepo podlegli władzom Prakith, bo nasze zobowiązania leżą gdzie indziej. Wreszcie usłyszałam to, co chciałam usłyszeć: że nie oczekuje się od nas zaprzestania współpracy ani z Republiką, ani Zakonem, mamy za to raportować chęć podjęcia działań na Prakith, choć do kogo – to wciąż kwestia do ustalenia. Oficer przesłuchujący podał mi kontakt do siebie, ale przyznam szczerze, że nie do końca ufam tej osobie. Poprosiłam, by trzymać pana Sanarisa z daleka od wszelkich naszych ustaleń – WSK uznało to za coś oczywistego, ale mój komentarz był celowy i sugestywny. Dostaliśmy przydzielonego agenta-kuratora, który ma być pierwszą linią kontaktu w przypadku pytań, zarówno z naszej strony, jak i rządu i WSK. Po tym przesłuchanie praktycznie dobiegło końca, a ja zostałam odstawiona do bazy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Podczas przesłuchania pobrano próbkę mojej krwi, ale niewykluczone, że jednocześnie coś mi wszczepiono. Kompletnie mi to umknęło. Do zbadania.

WSK ma szeroką wiedzę na temat Kultu i Mocy. Każdy z nich posiada wszczep nerwowy blokujący wpływ umysłu z zewnątrz. Wiedzą jak zbadać wrażliwość na Moc za pomocą encefalografu i badań krwi. Znają różne techniki Mocy, pierwszy raz usłyszałam od nich, że zjawisko, z którym się borykaliśmy, nosi nazwę Cieni Ciemnej Strony. Posiadają holokrony, z których czerpią wiedzę. Są inteligentni i rzeczowi i w przypadku późniejszej współpracy myślę, że byliby dla nas doskonałym niezależnym partnerem. WSK zdecydowanie wzbudziło we mnie zaufanie.

4. Autor raportu: Mistrz Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1739
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 10 kwie 2017, 19:39

Uwięzienie

1. Data, godzina zdarzenia: 25.02.17 - 23:30-2:00, 27.02.17 - 22:00-1:30, 03.03.17 - 20:40-0:30, 04.03.17 - 21:30-0:00, 11.03.17 - 21:30, 22.03.17 - 19:30-23:00

2. Opis wydarzenia:



Dzień próby aresztowania Rahadio Sanarisa



Moje wspomnienia z feralnego dnia są dosyć ograniczone i mało dokładne. Staliśmy tam, na przeciwko Sanarisa, z oddzielającym nas stołem i droidami. Bar'a'ka gdzieś zniknął, a ja i Namon kłóciliśmy się z mężczyzną, którego mieliśmy aresztować. Jakakolwiek trzeźwa osoba na naszym miejscu zapewne odpuściłaby sobie jakiekolwiek rozmowy i zwyczajnie zakuła go w kajdany. Niestety, nie zrobiliśmy tego, co zapewne przypieczętowało naszą porażkę. Sanaris włożył rękę do kieszeni, a ja straciłem przytomność.

Od tamtego momentu widziałem tylko skrawki, drobne urywki rzeczywistych wydarzeń. Dominującym uczuciem było wrażenie rozgrzanej, buzującej we mnie krwi. Sądzę, że to właśnie krew kontrolowała ruchy mojego ciała.... jeśli można to tak opisać. Starałem się na wszelkie sposoby ograniczyć bicie serca, uspokoić się, lecz nie osiągnąłem zbyt wiele. Przytomność odzyskałem dopiero, gdy we trójkę leżeliśmy ranni w głównym holu - ja bez ręki, reszta nie w lepszym stanie. Sanaris kpił z nas, drwił z naszej porażki, napawając się nią i swoim zwycięstwem. Część mnie chciała dokonać tego ostatniego, głupiego zrywu, lecz zanim choćbym ruszył ręką, jeden z droidów pozbawił mnie przytomności.

Obudziłem się w miejscu naszego pobytu z ostatnich tygodni - bazie WSK. Bar'a'ki nigdzie nie było widać, a ja i Namon zajmowaliśmy dwie, odosobnione cele (o czym dowiedziałem się dopiero później). Obolały i wycieńczony, zostałem przesłuchany przez jednego z oficerów.

Zadane na początek pytania były dość ogólne:
- "Dane osobowe";
- "Jak długo jesteś z Jedi?";
- "Czemu zaatakowaliście Sanarisa?";
- "Kto wami dowodzi?";

Skłamałem tylko na pytania dotyczące bezpośrednio naszej grupy - jej liczebności, przywództwa, nazwisk członków i tak dalej. Z perspektywy czasu widzę, że kłamanie nie miało zbytnio sensu, lecz ciężko mi było wtedy wyciągać jakiekolwiek racjonalne wnioski, niestety. Odpowiedzi padły, zostały zapisane, a ja zapadłem w sen.

~~Adept Niihl'ian'nebu




Jako jedyny względnie sprawny Jedi wyszedłem z Sanarisem przed wejście do jego posiadłości, gdzie czekał już na nas komendant lokalnej policji. Nie przysłuchiwałem się rozmowie milionera z policjantem, bo wpadłem na pomysł, który w tamtym momencie wydawał się całkiem niezły. Zapytałem naszego droida, czy komendant ma nad nim jakąś władzę, a gdy otrzymałem przeczącą odpowiedź, rozkazałem mu ogłuszyć obu mężczyzn. Zaciągnąłem Sanarisa do śmigacza, przytwierdziłem go do siedziska i ruszyłem w stronę bazy, nawiązując jednocześnie kontakt za pomocą holodaty. Rozmowa była długa i chaotyczna, wkrótce dołączył do niej Isan Brosso i komendant policji w Skoth. Pomysł uprowadzenia milionera w ten sposób okazał się katastrofalny, nikt nie potrafił znaleźć dobrego wyjścia z tej sytuacji. Ostatecznie jednak doszliśmy do wniosku, że najbezpieczniej będzie wrócić do posiadłości. Przeszukałem Sanarisa i przekazałem wszystkie znalezione przy nim rzeczy Isanowi Brosso, który w trakcie rozmowy leciał w moją stronę powietrznym śmigaczem. Całkowicie wyczyściłem swą holodatę z danych i wróciłem do posiadłości, gdzie dobrowolnie poddałem się obecnemu już na miejscu oddziałowi antyterrorystycznemu.

Trafiłem do Inkwizytorium, gdzie natychmiast rozpoczęło się moje pierwsze przesłuchanie. Pytano mnie o przynależność, powód wizyty u Sanarisa, okoliczności szarży Bar'a'ki na odźwiernych, okoliczności ataku Lianna i o wszystko, co było związane z wydarzeniami w posiadłości. Odpowiadałem szczerze i obszernie, zachowując dla siebie jedynie informację o przeszukaniu milionera i przekazaniu jego rzeczy). Przesłuchanie było krótkie i skończyło się umieszczeniem mnie w ciasnej celi.

~~Padawan Namon-Dur Accar



Dwa dni później



Kolejne przesłuchanie nadeszło, a wypytywano mnie i Namona, jednocześnie - Bar'a'ka przetrzymywany był w zupełnie innym miejscu. Zostaliśmy wyprowadzeni z cel, po czym skierowani na górę, do sali przesłuchań. Odpowiadaliśmy jeden po drugim, na szereg kolejnych pytań. Wtedy też zarzucono mi kłamstwa, do których zmuszony byłem się przyznać - okazało się, że pozostali mówili prawdę. Od tamtej pory byłem praktycznie całkowicie szczery, z oczywistych powodów.

Nie ma zbytnio sensu wchodzić w szczegóły przesłuchań, poza najważniejszymi punktami. Krótko mówiąc, oficerowie parli, by dowiedzieć się o naturze naszej działalności na Prakith. Pytali czemu przylecieliśmy, czemu walczyliśmy z Kultem, czemu działaliśmy przeciw Sanarisowi, czemu się ukrywaliśmy itd. Do tego, szukali powiązania między wydarzeniami na Onderonie, a Prakith. Wydawali się wierzyć, że to nasza grupa była odpowiedzialna za destabilizację systemu i zmianę władzy na Onderon. Zgodnie z tym założeniem, doszli do wniosku, że naszym celem było osiągnięcie tego samego na Prakith. Niestety, nie udało się odwieźć ich od tego myślenia. Bynajmniej - miałem wrażenie, że po części pogorszyliśmy sytuację.

Pod koniec przesłuchania, jeden z oficerów podał mi moją Holodatę - chcieli, abym podał im hasło dostępu do niej. Nie wiedziałem, jakie sprawozdania i dane mogły się na niej znajdować i z tego powodu odmówiłem wydania hasła do urządzenia. Nie przyjęto tego najlepiej.

Oficer Fhas Berg zaprowadził mnie do mojej celi, po czym przypiął do ściany. Kilkukrotnie dano mi szanse wydania hasła, lecz byłem zdeterminowany, by go nie wyjawiać. W odpowiedzi, sadystyczny agent przeszedł do tortur - które wyraźnie się mu spodobały. Rażono mnie prądem, cały czas próbując złamać mnie i wydobyć to hasło - bez skutku. W końcu, zdecydowano się zastosować inną strategię wobec mnie - agenci postanowili skorzystać z chemikaliów.

Sprowadzono lekarza, który podał mi silne halucynogeny, po czym zostawiono samego, przypiętego do ściany. Wizje przyszły niebawem.

Ponownie, nie będę wchodził w szczegóły halucynacji. Tym razem wynika to z tego, że spora część z nich była dość osobista i nie miała żadnego większego związku z tą sprawą. Trwały jednak bez przerwy. Z czasem rozwinęły się do takiego stopnia, że nie byłem w stanie zarejestrować i zapamiętać ich wszystkich, ani wręcz odróżnić rzeczywistych doznań od jawy. W takim stanie trwałem aż do kolejnego przesłuchania.

~~Adept Niihl'ian'nebu




Na drugim przesłuchaniu odpowiadałem na pytania wraz z Adeptem Liannem. Tym razem pytania były zgoła inne - pytano o pobudki kierujące Jedi, o charakter naszej grupy, motywacje kierujące członkami, powody, dla których ukrywamy swą obecność na Prakith, ale także o to, jak długo znam Lianna i Bar'a'kę, co o nich sądzę i czy wiem o jakichkolwiek osobistych porażkach adepta i padawana. Tutaj również odpowiadałem zgodnie z moją wiedzą, przedstawiając Jedi w możliwie dobrym świetle. Skrytykowałem otwarcie paniczne wręcz ukrywanie się przed władzami Prakith. Padły podejrzenia co do działalności Jedi na Onderonie i przypuszczenia, że chcemy obalić aktualną władzę na Prakith. Agenci wydawali się jednak zadowoleni z mojej kooperacji, nawet jeśli nie zawsze podobały im się moje odpowiedzi. Po tym przesłuchaniu otrzymałem kilka "nagród" - w mojej celi pojawiła się holowizja i sedes, a jakość moich posiłków wyraźnie się poprawiła. Oba przesłuchania były przerywane przez komentarze przesłuchujących, często kwestionowano nasze wypowiedzi (z czym Adept Liann moim zdaniem nie za dobrze sobie radził, przyjmując mocno napastliwy ton).

Padawan Namon-Dur Accar



Tydzień później



Gdy halucynacje się skończyły, wzięto nas na kolejne przesłuchanie. Dowiedziałem się, że pod ich wpływem wydałem hasło do Holodaty - chociaż pewnie i tak bym to zrobił, ze względu na kompletne wyniszczenie organizmu. Nie do końca pamiętałem, co wtedy poruszyliśmy w trakcie przesłuchania, jednak nie było to nic nowego względem poprzednich tematów. Wartym odnotowania jest, że pojawił się komandos, który towarzyszył nam w walce z samotnym Yuuzhan Vongiem kilka tygodni wcześniej. On też wpadł na pomysł przesłuchiwania nas - mnie i Namona - osobno, aby móc na podstawie konfrontacji dwóch różnych odpowiedzi na te same pytania określić czy żaden z nas nie kłamie i uzyskać jak najbardziej konkretne, bliskie prawdy informacje.

Zostaliśmy zaprowadzeni do naszych cel. Z każdym z nas rozmawiał jeden oficer, konsultujący się z komandosem. Pytania były związane przede wszystkim z naszą grupą. Dopytywano się o kadrę kierującą, nasze relacje z nimi, między sobą. Ponownie, nie ma sensu wchodzić w każde pytanie, więc wyłącznie podam wnioski jakie WSK z tego wyciągnęło:
- Mistrzyni Elia kieruje grupą, Inkwizytor Bart jest bardziej wycofany, Rycerz Gluppor sprawuje funkcję wyłącznie nauczania, a Uczeń Siad i Rycerz Fenderus niejako kierują grupą na drugim miejscu;
- ja i Bar'a'ka wypadliśmy najgorzej, Namon najlepiej; wniosek wyciągnięty jest taki, że im dłużej jest się w grupie, tym bardziej fanatycznym się staje (ze względu na moją niechęć wydania hasła i bardzo "specyficzne" podejście Bar'a'ki do życia);

Prawdopodobnie Mistrzyni Elia zdołała obalić wiele z ich hipotez, niemniej jednak, te wnioski nadal mogą być przez nich podtrzymywane.

Tym razem skończyło się bez tortur i sadyzmu, ponieważ nasze odpowiedzi pokrywały się ze sobą. Ja otrzymałem holowizję - którą Namon już miał. Zostaliśmy pozostawieni w swoich celach. Miałem wtedy możliwość nadrobić brak wiedzy o wydarzeniach lokalnych - dowiedziałem się o sytuacji komendy Skoth, oraz ogólnego nastawienia społeczeństwa. Nasza katastrofalna misja wywołała ogromny chaos i trudno było się dziwić determinacji WSK w tej sprawie.

~~Adept Niihl'ian'nebu




Przed trzecim przesłuchaniem dowiedziałem się, że agenci jakoś wycisnęli z Lianna hasło do jego holodaty (prawdopodobnie poddawany był torturom) i że gdyby się to nie udało, następnym etapem w próbach wymuszenia na Adepcie kooperacji byłoby zabicie mnie. Tym razem na pytania odpowiadaliśmy w osobnych celach. Pytano o konkretne osoby, głównie o kadrę rycerską zamieszkującą bazę - cechy charakteru, stosunek do innych osób, stosunek do władz Prakith, etc. Kolejny raz odpowiadałem obszernie i bez mijania się z prawdą aż do zakończenia przesłuchania. Tym razem obyło się bez większych komentarzy ze strony przesłuchującego.

~~Padawan Namon-Dur Accar



Trzy tygodnie później



Około tydzień przybyciu Mistrzyni Elii do bazy WSK, zostaliśmy ponownie zabrani na przesłuchania - tym razem całą trójką. Zostaliśmy wyprowadzeni z cel, postawieni w szeregu przed obliczem Komendanta kierującego placówką. Od razu przeszedł do rzeczy - WSK po konfrontacji z Mistrzynią postanowili dwóch z nas oszczędzić i odesłać z powrotem do bazy. Ostatni miał zostać zgładzony, aby symbolicznie ukarać "sprawców" całego chaosu i uspokoić ludność.

Bar'a'ka natychmiast zgłosił się na ochotnika. W odpowiedzi Komendant dał do zrozumienia, że nie szukają ochotników i równie dobrze mogą zgładzić więcej osób. Stawianie oporu w tej sytuacji, czy próba bycia ofiarą nie dawała żadnej gwarancji przetrwania innej osoby. Próbowaliśmy podać alternatywę, możliwość sfałszowania zabójstwa, lecz agenci odmówili - oznaczałoby to dla nich więcej ryzyka niż uznawali nas za wartych.

Ponownie, poprowadzono nas do osobnych pomieszczeń, a każdego przesłuchiwał inny oficer - mnie sam komendant. Zachowywał się dość spokojnie, uprzejmie. Jego pytania były w całości skupione na mojej przeszłości w Dynastii Chissów - jaką pozycję zajmowałem, jak stamtąd uciekłem, jak przebiegały działania wojenne przeciw Yuuzhan Vongom. Na początku - z oczywistych powodów - komendant był wyjątkowo nieufny. Sprawy nie polepszył fakt, że Padawan Bar'a'ka i Padawan Namon wydawali się nie wiedzieć o moim statusie jako "nieoficjalnego ambasadora".

Wypytywano mnie o możliwą obecność jakichkolwiek szpiegów i politycznych sabotażystów na Prakith, lecz zaprzeczyłem - choć wątpliwe, że z udanym skutkiem, biorąc pod uwagę nieufność WSK wobec nas. Nie zaprzeczę, momentami obawiałem się, że to ja zostanę ofiarą egzekucji. Komendant nie wydawał się pałać miłością do uciekającego od sądu wojennego obywatela obcego państwa - wprost przeciwnie. Wyraźnie uważał mnie za wrogiego szpiega, lecz nie oskarżył mnie otwarcie - prawdopodobnie starał się określić, czy jestem agentem Dynastii, czy nie. Zadano sporo pytań związanych z tą kwestią - opis grupy Chissów, która mnie sprowadziła na Prakith, możliwości kontaktu z nią, i tym podobne. Nie oskarżono mnie o szpiegostwo otwarcie, ale zapewne byłem temu bliski. Pod koniec przesłuchania zadawano już bardziej ogólne pytania, powiązane bardziej z moją pozycją w naszej grupie i relacjami z innymi członkami.

Po skończeniu przesłuchania zostałem odprowadzony do swojej celi. Wkrótce, reszta trafiła do swoich, po skończeniu ich własnych przesłuchań. Wtedy też poznaliśmy werdykt.

Każdy z nas miał przeżyć. Namon - i po części zapewne Bar'a'ka i w mniejszym stopniu ja - zdołaliśmy przekonać agentów, aby sfałszować zabójstwo jednego z nas, a całą trójkę odesłać z powrotem do Jedi. Konsekwentnie zostaliśmy odesłani do bazy.

~~Adept Niihl'ian'nebu




Ostatnie przesłuchanie nastąpiło już po wizycie Mistrzyni Vile w Inkwizytorium. Było prywatne i w moim przypadku dotyczyło głównie kwestii ewentualnej przydatności Jedi i naszej trójki. Przesłuchujący stwierdził, że od wyniku tego przesłuchania może zależeć życie moje i pozostałej dwójki, więc postawiłem na absolutną szczerość. Opowiedziałem (bez pytania) o amulecie, który zabrałem Sanarisowi i o tym, że przekazałem go Jedi. Od przesłuchującego usłyszałem w zamian o agencie, którego WSK wysłało do naszej bazy. Tym razem pytania były już bardziej techniczne - o sposoby nauczania Jedi, możliwości przeciętnego Adepta i Padawana, a także o to z jak wielką masą żołnierzy mógłby sobie poradzić przeciętny Jedi. Odniosłem wrażenie, że WSK mogłoby być zainteresowane wykorzystywaniem Jedi jako jednostki specjalnej. Po tym przesłuchaniu wszystkich nas wypuszczono, prawdopodobnie po to, by to agent ocenił życie w bazie i stosunki między Jedi.

~~Padawan Namon-Dur Accar

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

- Do sprawozdania dołączona zostanie jeszcze część Padawana Bar'a'ki.

4. Autor raportu: Adept Niihl'ian'nebu, Padawan Namon-Dur Accar
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 412
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 18 kwie 2017, 19:39

Przekręt

1. Data, godzina zdarzenia: 17.04.17 ~18:00-00:00

2. Opis wydarzenia:

Ostatniego wieczoru podczas treningu wraz z Padawanami Angarem i Bar’a’ką, niedługo po tym, jak Itchoni opuścił pomieszczenie, w hangarze pojawił się POB. Jego droid z kontrowersyjnym pomysłem na tymczasowe rozwiązanie naszych problemów i zarobienie sporej sumy kredytów. Turniej Pazaaka w Prall znaleziony przez niego w holonecie. Do wygrania było 8,5 tysiąca, a droid twierdził, że dzięki swojemu oprogramowaniu i prędkości z jaką mógłby wykonywać obliczenia bez problemu wygra takie zawody. Nie pierwszy raz. Szkopuł był tylko jeden – tak samo jak w innych, wcześniejszych przypadkach. Droidy nie mogą brać udziału w takich turniejach – zapewne powodem jest to, że z natury mają przewagę nad organicznymi. Znalazł on jednak wypożyczalnię kostiumów nieopodal miejsca, w którym miał się odbyć turniej i stwierdził, że przebierze się za jawę. Potrzebował tylko opiekuna, który zająłby się rozmową i odwracaniem od niego uwagi w przypadkach możliwej dekonspiracji. Na miejscu byłam ja, Angar i Liann. Był też nowy członek odziału Nexu, Darril, który w dodatku zaoferował kredyty na wpisowe i transport na miejsce; gdyż i tak musiał coś załatwić w Prall tego dnia. POB odrzucił kandydatury Lianna i Angara, zważając na ich aktualną aparycję... więc padło na mnie. Ja jednak nie byłam pewna. Raz, że jak to w hazardzie – nie ma pewności wygranej, dwa – w razie wpadki mielibyśmy wielki problem. Pewnie nawet w takim stopniu, że problemy z policją to byłoby nasze najmniejsze zmartwienie. A ja od początku czułam, że to zły pomsły. Zę będzie to niewporządku i że skończy się to dla nas jakąś totalną porażką. Ale z drugiej strony... Jakie były na to szanse. Darril oferował się z pomocą, POB twierdził, że nie będzie problemów. Padawan Angar i Adept Liann też nie wydawali się specjalnie popierać moich obaw... albo przynajmniej wstrzymywali się od zdania, ale przecież dalej mamy wielki problem i taki zastrzyk kredytów z pewnością bardzo by nam pomógł. Akurat też tak się złożyło, że z niepewności wybiła mnie transmitowana przez HDR-1 analiza, w której stwierdził, że nasze zapasy paliwa i żywności kurczą się szybciej, niż sie spodziewano. Ostatecznie zdecydowałam się. Denarsk w cięzkiej chwili znalazł pracę, Namon też pracuje, a ja? Taka szansa mogła się nie powtórzyć. Pojechaliśmy.

Jechaliśmy razem z komandosem wpierw pod wypożyczalnię, później pod sam lokal, w towarzystwie głośnej, lecz całkiem przyjemnej dla ucha muzyki klasycznej. Podczas podróży naradziliśmy się z POBem co to tego, jak to powinno wyglądać. Udawał jawę – uchodźcę wojennego. Bez dokumentów. Jedynie z certyfikatami z podobnych temu turniejów. Ja byłam ze Skoth, gdzie też się poznaliśmy. Użyłam prawdziwego imienia, z racji tego, że dalej posiadałam dokumenty tożsamości wyrobione przez komendę w Skoth. To z pewnością dodało nam wiarygodności, a wrazie dekonspiracji POBa i tak nie miałoby to większego znaczenia. W tym czasie zyskałam trochę pewności siebie. Nie mogłam pozwolić, żeby to przez moje obawy cały plan spalił na panewce. POB w przebraniu wyglądał zadziwiająco przekonująco, co też bardzo mi w tym pomogło. Miałam tylko nadzieję, że to nie tylko z mojej perspektywy. W końcu dojechaliśmy. Czas zacząć grę.

W środku przywitała nas dwójka ochroniarzy. Przedstawiłam nas i zgłosiłam POBa, mojego kolegę, jawę Dadai do turnieju. Przebiegło bez problemów. POB co jakiś czas puszczał nagrania głosów jakiegoś jawy, gestuklując przy tym zabawnie swą jedyną ręką. Ja zato próbowałam interpretować w jakiś sposób ten jego bełkot i złożyć to jakoś w coś sensownego przy wszystkich obecnych w barze. Nieocenioną pomocą okazało się to, że POB wysyłał co jakiś czas widomości na moją holodatę, które odtwarzałam w słuchawce, której używałam podczas podróży śmigaczem i słuchania informacji zawartych w naszych archiwach. Sam lokal wyglądał na średniej klasy. Nie jakaś totalna speluna, jednak nie brakowało tam podejrzanych, pijanych i natrętnych typów zgrywających amantów. Było parę nieciekawych sytuacji, jednak okazało się, że na ochronie lokalu... albo bardziej tutnieju można było polegać. Byli brutalni, ale dzięki ich zdecydowanemu działaniu udało nam się uniknąć zbiżającej się niechybnie dekonspiracji, gdy jakaś pokryta łuskami istota oskarżyła POBa o kradzież jego kredytów i mimo moich starań przekonania jej, że pomyliła sobie go z jakimś innym jawą, próbowała się do niego dobrać. Jak się później okazało, miała ku temu pewne powdy, jednak ja zwyczajnie cieszyłam się, że ostatecznie udało nam się uniknąć problemów.

Sam POB dawał sobie radę zadziwiająco dobrze. Dokładnie tak jak mówił. Wygrywał kolejno wszystkie mecze, w których brał udział. Gdy okazało się, że któryś z graczy o imieniu Maseu ma jakieś specjalne karty – złote łamacze, to spróbowałam, zgodnie z instrukcją POBa, dowiedzieć się jakie. Z której edycji. Według niego miało to zwiększyć jego szansę na wygraną przeciwnikiem, który ma lepszą talię. Udało mi się to tylko cześciowo, lecz na szczęście mimo to droid Bar’a’ki wygrał i ten mecz.

Zbliżały się finały. W pewnym momencie jakiś Chiss zaczepił mnie i próbował przekonać do ustawienia meczu. Był managerem jednego z zawodników. Chciał, żeby Dadai przegrał mecz z jego zawodnikiem, oferując mi wpierw jedną trzecią, później dwie trzecie wygranej. Widząc jak radzi sobie POB, nie dawałam się przekonać. Jaką miałabym mieć pewność, że po naszej przegranej dotrzyma słowa? Przed samym finałem jednak powiedział coś, po czym zatkało mnie na chwilę. Zaraz jednak opanowałam się i postrałam nie dać po sobie tego poznać. Powiedział, że jeśli nie pójdę z nim na ugodę, to wyjawi nasz „sekret”. Zasugerował przemyślenie tego i oddalił się. Nie dawało mi to spokoju. Poczułam, że to jest ten moment, w którym należy odpuścić. Nabrałam pewności, że w słowach Chissa nie było blefu. A nawet jeśli jakimś cudem był, to nie było to warte ryzyka. Przekazałam POBowi, żeby poddał mecz. Że jeśli tego nie zrobi, to możemy nie wyjść z lokalu w jednym kawałku. Ten rzucił do mnie jakiś kolejny bełkot w jezyku jawa i skinął głową. Zaczął się finał. Podopieczny Chissa wydawał się bardzo źle czuć. Jednak nie zastanawiałam się nad tym specjalnie. Stanęłam z boku i nie dałam rady dalej grać pewnej siebie. Zamyślona, wśród okrzyków dezaprobaty komentatora dotyczącej rozgrywki nie mogłam zrozumieć, czy to chodzi o POBa, czy jego przeciwnika. Nie zrozumiałam nawet, kto wygrał pierwszą rundę. Trudno opisać ścisk gardła i żołądka, jaki odczułam gdy okazało się, że POB wygrał. Czułam, że teraz dopiero wpadlismy po same uszy. POB wysłał mi wiadomość, że bierzemy pieniądze i uciekamy stamtąd jak naszybciej. Podczas wręczania nagrody wystąpił przedstawiciel naszego przeciwnika. Zażądał przerwania wydawania nagrody. Krzyczał, że oszukiwaliśmy. POB stał już praktycznie przy wyjściu, ja w połowie drogi. Cały czas powoli cofając się. Mieliśmy jednak szczęście. Okazało się, że Chiss blefował. Według niego to my zatruliśmy jego zawodnika. Monitoring w lokalu i świadkowie potwierdzili jednak, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Przekazałam skan swoich dokumentów na prośbę właściciela, otrzymaliśmy nagrodę i nie czekając na nic więcej opuściliśmy bar.
Darril prawie jak na wezwanie po chwili pojawił się pod lokalem i wróciliśmy do bazy.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Okazało się, że nagroda ostatecznie wyniosła sześć tysięcy kredytów, gdyż jeden ze sponsorów wycofał się w ostatniej chwili.

4. Autor raportu: Adept Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 439
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 30 kwie 2017, 16:01

I zatrzęsła się i zadrżała ziemia


1. Data, godzina zdarzenia: 24.04.17 ~00:00-~05:00, 25.04.17 ~19:00-00:30, 26.04.17 ~20:00-04:00

2. Opis wydarzenia:

Wszystko rozpoczęło się kilka dni wstecz, gdy do naszej bazy przyszło połączenie z Prall. Po drugiej stronie stał właściciel kantyny, w której odbywał się ostatni turniej Paazaka - w którym wraz z POBem braliśmy udział i wygraliśmy. Dłuższą chwilę zastanawiałam się nad tym - czy odebrać. Tak czułam, że nie może chodzić o nic dobrego. Ostatecznie jednak odebrałam połączenie. Prosił, aby stawić się na miejscu. Policja przesłuchiwała świadków, badając sprawę odtrucia jednego z zawodników. Przynajmniej tak twierdził. Godzina była bardzo późna, lecz zdecydowałam się pojechać. Pan Darril przygotował dla mnie śmigacz FC-20 i ruszyłam w drogę. Nie podejrzewałam wówczas nawet odrobinę, że będzie to jedna z cięższych podróży mojego życia.

Przebyłam około pięćdziesiąt kilometrów. Wszystko, tak jak zazwyczaj. Jedynie ciągle przyzwyczajałam się do reakcji śmigacza, który miałam okazję prowadzić pierwszy raz. Pędziłam z dużą prędkością przez kaniony. Zgodnie ze wskazówkami nawigatora z holodaty. Nie dane mi było jednak dotrzeć do mojego celu. Zostałam zaatakowana. Smugi blasterów mijały mnie o metr, może mniej. Zareagowałam instynktownie - zawróciłam FC-20 w stronę przeciwną do wystrzałów w szybkim zakręcie. Manewr był jednak przewidywalny. Tym razem także i z naprzeciwka padły strzały. Celne. Śmigacz został trafiony w dolną część kadłuba, zaczął bardzo mocno dymić i hamować. Przeciążenie było tak duże, że wypadłam z siedzenia i wylądowałam na skałach. Na szczęście prędkości daleko było do maksymalnej po zakręcie. Poobijałam się, pozdzierałam skórę i ubranie przy upadku, a śmigacz zatrzymał się kilkanaście metrów dalej. Nim zdołałam otrząsnąć się i zorientować w sytuacji - dobiegły do mnie dwie istoty.

Mężczyźni. Aqualish celujący w moją stronę z pistoletu blasterowego i wysoki, umięśniony człowiek dzierżący wielki topór. Krzyknęli, bym się nie ruszała. Gdy spróbowałam się nieco wycofać; czołgając tyłem po ziemi - Aqualish otworzył ogień. Nie trafił. Nie chciał. Pociski lądowały zaledwie kilkanaście centymetrów ode mnie, przypalając targający się po ziemi, ciężki płaszcz. Okazało się, że napastnicy wiedzieli o połączeniu do naszej bazy. Najpewniej sami to ukartowali. Chcieli wiedzieć jak udało nam się wygrać. Jak oszukiwaliśmy. Z początku twierdziłam, że nie wiem o czym mówią. Szybko jednak przekonałam się, że tym sposobem daleko nie zajdę. Człowiek i Aqualish cały czas zbliżali się. Nagle nade mną usłyszałam dźwięk. Bipnięcie - charakterystyczne dla droidów. Pojawił się i trzeci napastnik, który zastąpił mi drogę ucieczki na śmigaczu. Latający, uzbrojony robot. Mówili, że puszczą mnie jak tylko im o tym opowiem. Powiedziałam i to, co chcieli wiedzieć. Ze Jawa Dadai był droidem. Było to dla nich wystarczające, lecz na tym się nie skończyło. Podeszli do mnie. Aqualish przyłożył mi lufę do czoła, pilnował, bym niczego nie kombinowała. Człowiek zaś przeszukał mnie. Znaleźli i zabrali miecz, oraz moją holodatę. Próbowałam jakoś ich przekonać, by zostawili mi chociaż komunikator, bym mogła jakoś wrócić do domu. Śmiali się jednak, żartowali miedzy sobą, że będzie to dla mnie nauczka. Bez wątpienia była. Odchodząc posłali kilka pocisków w śmigacz, niszcząc antenę komunikacyjną. Zostałam sama. Sama wśród wielkich kanionów Prakith. Pustych, ciągnących się całymi kilometrami, pozbawionych życia. Z uszkodzonym śmigaczem. Bez możliwości nawiązania kontaktu. Zawołania o pomoc.

Był środek nocy. Na szczęście była to jedna z tych cieplejszych. Przeszukałam bagażnik maszyny. Rabusie nie wpadli na ten pomysł, więc mogłam znaleźć tam coś przydatnego. Częściowo tak też się stało. Znalazłam lutownicę. Śmigacz był w opłakanym stanie, lecz silnik dalej działał. Nie reagowała jednak na stery. Z dziury w dolnej części kadłuba zwisały przypalone części. Niektóre zdążyły już odpaść i spocząć na kamieniach. Droga powrotna na nogach zajęłaby pewnie dwie doby. Wśród niebezpiecznych kanionów. Zakładając, że poszłabym dobrą drogą i nie zgubiła się. Zdecydowałam, że moją najlepszą szansą będzie próba złożenia wszystkiego z powrotem. Wyłączyłam silnik i wzięłam się do pracy. Połączyłam ze sobą wszystkie pourywane kable w sposób, który wydawał mi się najbardziej prawdopodobny, połączyłam z podzespołami, które wydostały się na zewnątrz maszyny i ostrożnie poukładałam z powrotem wewnątrz kadłuba. Prawie już skończyłam, gdy nagle zza pleców dobiegł mnie zwierzęcy ryk. Podniosłam się z ziemi jak najszybciej tylko umiałam, podnosząc z ziemi lutownicę, tak jakby mogła być jedyną rzeczą, którą mogłabym się obronić i uskoczyłam do za śmigacz - stawiając go pomiędzy mną a kierunkiem, z którego dobiegł głos.

Obrazek

Po krótkiej chwili zza wzniesienia wynurzyło się dwunogie, przerażające zwierze. I jeździec, trzymający w ręku ostrze. Ubrany bardzo nietypowo. Z zasłoniętą chustą twarzą. Powoli zeskoczył z grzbietu zwierzyny, która stanęła w miejscu. Praktycznie bez ruchu. Z łbem skierowanym prosto na mnie. Postąpił dwa kroki i nagle w mojej głowie odezwał się głos. Spokojny. Suchy. W jednym momencie wszystkie moje wątpliwości zniknęły. Wiedziałam już z kim mam do czynienia. Kult. Zapraszał mnie, bym dołączyła do niego. Bez bólu. Że będę już bezpieczna. Domyślałam się jednak, co to może znaczyć. Wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić. Ale byłam sama. Ledwo co opuściłam bazę. Kto by miał mnie teraz szukać? Nikt nie wiedział, że coś się stało. I co się dzieje teraz. Jedyną szansą ucieczki był śmigacz. Podbiegłam i wskoczyłam na niego najszybciej, jak tylko potrafiłam. Uruchomiłam silnik i bez zastanowienia pchnęłam obie przepustnice do przodu. Śmigacz ruszył! Częściowa radość, która mnie opanowała jednak szybko zniknęła. Maszyna szybko się rozpędziła, lecz zaraz wydała z siebie kilka głośnych trzasków i przestała znów reagować na stery. Zjechała z krawędzi kanionu. A ja na niej. Początkowo opadała wolno, stabilnie, lecz zaraz wszelka złudna nadzieja zniknęła. Silnik stanął. Pojazd zaczął wirować. Początkowo bardzo wolno, lecz obroty szybko przyspieszały. Podobnie zmniejszał się dystans do dna kanionu. Nie dało się tego opanować. Śmigacz leciał w dół. Ku swojej i mojej zagładzie. Tuż przy ziemi udało mi się jednak z niego zeskoczyć. Wybić się z siedzenia. Lądując na ziemi z wielkim pędem próbowałam złagodzić upadek przewrotem. Częściowo się udało. Przeżyłam. Jak można było się spodziewać jednak - nie dało się z tego wyjść bez szwanku. Podczas upadku przeszurałam lewą nogą o podłoże, czując nieziemskie pieczenie i poobijałam praktycznie całą resztę ciała. Podniosłam się najszybciej jak mogłam i rozpoczęłam ucieczkę. Lewa noga była praktycznie całkowicie zdarta. Z nogawki praktycznie też nic nie zostało. Ból był ogromny, lecz zagrożenie jeszcze większe. Kulejąc na nogę chciałam mimo wszystko wykorzystać utworzony dystans i uciec. Schować się. Wszystko jednak na nic. Kultyści - tym razem dwóch, znaleźli się tuż za mną. Nie minęło długo, nim mnie dogonili. Odwróciłam się, zaczęłam cofać. Nie było ucieczki. Nie było nadziei. Strach. Ból. Ci też zwolnili kroku. Powoli zbliżyli się, a jeden rzucił się na mnie. Zwalił na ziemię i zaczął przyduszać. Drugi wiązać nogi. Szarpałam się i próbowałam uwolnić. Na ile tylko starczyło mi sił. I powietrza. Czułam, jak kultysta traci siły. Nie mogłam jednak tego wykorzystać w żaden sposób. Świat zaczął wirować. Ciągle walcząc łaknęłam powietrza, aż ostatecznie wszystko zniknęło.

Obudziłam się chyba po paru godzinach. Parunastu? Nie byłam w stanie tego określić. Byłam przerzucona przez grzbiet i przywiązana do tego samego zwierzęcia, które wcześniej pojawiło się zza wzgórza. Jeden z kultystów dosiadał go, drugi szedł pieszo obok. Zauważyli, że odzyskałam przytomność. Wyrazili smutek z powodu tego, iż wybrałam drogę bólu... Nie wiem, czego się spodziewali. Sprawdzałam więzy. Nie były ciasne, ale na tyle mnogie, że nie było szans, bym się wyrwała. Dodatkowa lina utrzymująca mój pas przytwierdzony do grzbietu zwierzęcia nie pomagała. Po drodze spotkaliśmy tylko jednego człowieka. Średniego wzrostu mężczyznę z lekkim zarostem. Spróbowałam wydobyć z siebie dźwięk. Prośbę o pomoc. Szczęście moje... a raczej jego, że nie byłam w stanie wypowiedzieć się wystarczająco wyraźnie. Był prymitywnym, prostym człowiekiem. Porozmawiał chwilę z kultystami, którzy dziękowali mu za utrzymywanie Prakith czystego. On jednak nie rozumiał - kim oni są. Próbowałam poruszyć ustami, niemo wołając pomocy. Jednak ten nic a nic nie załapał. Pytał mnie o co mi chodzi. Czy nie mogę mówić wyraźnie. Zdecydowałam się, że nic to nie da. Spuściłam głowę i nie próbowałam już dalej. On i tak nie zrozumiałby. A jeszcze mogłabym doprowadzić do tego, że go zabiją. Oddaliliśmy się zaraz potem. Jeden z kultystów stwierdził, że zasługuję na swój los. Że jestem morderczynią. Że prawie zabiłam niewinne zwierze. Chwilę później zatrzymaliśmy się przy jednej z jaskiń, z której wyłonił się kolejny. Starszy kultysta. Nazywali go ojcem. On nazywał ich synami. Przywódca. Rozwiązali mnie. Starszy kultysta niewidzialną siłą - Mocą podniósł mnie z grzbietu zwierzęcia i przetransportował w powietrzu w swoją stronę. Bez większego wysiłku. Za to ja czułam. Czułam siłę, która trzyma mnie w powietrzu. Walczy z każdym moim ruchem. Starszy kultysta rozkazał uwolnić zwierzę. Stwierdził, że co zabierają, to też oddają. Tak samo jak zabierają kobiety, by dawać synów. Nie odzywałam się. Milczałam, gdy wkroczyliśmy do jaskiń. Ojciec kultystów prowadził mnie za sobą; cały czas w powietrzu, a dwójka podążała tuż za mną. Próbowałam zapamiętać korytarze, zakręty i charakterystyczne miejsca, które mijaliśmy. Zapamiętać drogę ucieczki. Później prawdopodobnie uratowało mi to życie... Ścieszka była długa. Kręta. Zajęło kultystom około pół godziny, nim dotarliśmy do celu...

Obrazek

Trafiliśmy do jakiegoś bardzo starego, pradawnego wręcz podziemnego kompleksu. Nieregularne, skaliste ściany korytarza zamieniły się na równo ścięte, kamienne mury. Zaskakująco zadbany, suchy labirynt korytarzy przypominał jakąś starożytną świątynię. Przejść między kolejnymi zakrętami strzegły masywne, drewniane drzwi, których ilości ciężko było się doliczyć. Po przejściu nieco dalej w końcu wylądowałam na ziemi. Starszy, wysoki kultysta przemawiał do mnie sucho. Spokojnie. Później można by odnieść wrażenie, że nawet przyjaźnie. Kazał mi wstać, co też po chwili uczyniłam. W tym momencie też pojawił się kolejny. Młody kultysta. Widocznie podekscytowany moim widokiem. Przyszłej nałożnicy kultu. Poprowadzili mnie do wielkiej sali - sypialni kultystów. Znajdowało się tam co najmniej tuzin łóżek, a na środku wielka czara, z której unosił się równie robiący wrażenie ogień. Po bokach natomiast stały dwie krótkie kolumny, przypominające ołtarze, bądź piedestały. Starszy, ku jeszcze większej uciesze młodszego potwierdził, że jestem idealnym okazem na przyszłą matkę ich braci. Obolałą posadzili mnie na jednym z łóżek. Tutaj pierwsze zdziwienie - nie traktowali mnie jak wroga. Raczej bliżej zbłąkanej owcy. Starszy kultysta - ojciec rodziny wygłosił długą mowę na temat filozofii kultystów. O tym, jak bluźniercy - to jest Jedi - niszczą porządek na Prakith. Przytoczył ostatni przykład komendy głównej Skoth, która z naszej winy została wymordowana. Wyraził skruchę, że muszą porywać kobiety, by wzmacniać swoje szeregi - to też z winy Jedi. Muszą ich wygnać, by przywrócić harmonię i ład na planecie. Opowiedział, że kiedyś odbywało się to na zasadzie wolontariatu - chętne kobiety z własnej woli zostawały matkami braci kultu, czując "zew natury", a gdy wydały syna, zostawały puszczane wolno. Nie byłam w stanie w to uwierzyć, ale nie mogłam też liczyć na to, że słowem w jakikolwiek sposób uda mi się ich nawrócić. Ale teraz sytuacja się zmieniła. Muszą tak robić, by być w stanie stawić czoła bluźniercom. Tutaj kolejne zdziwienie. Nie zostałam porwana, by zostać nałożnicą. Dali mi wybór. WYBÓR. Albo pomogę im i złożę ofiarę. Przeleję krew niewinnej istoty z Prakith, podając się za Jedi, albo zgodnie z tym do czego się nadaję, według nich - dostąpię tego zaszczytu i zostanę matką. Miało to na celu zniszczenie naszej reputacji wśród niewrażliwych. Zwierząt. Ludzi z wielkich siedlisk. Cywilizacji. Przez większość czasu milczałam. Początkowo ze strachu, obawy. Później jednak z premedytacją. Szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji udawałam zagubioną. Taką, jaką oni mnie postrzegali... Chociaż nie było to też dalekie od prawdy. Nie próbowałam się z nim kłócić. Pokornie skinęłam głową na jego słowa. Co jakiś czas zadawałam pytania - przeciągając monolog starszego. Przekonując, że zachwiał moją lojalnością. Że przekonywał powoli do swoich racji. Próbowałam dopytać się nieco więcej na temat ewentualnego przelania krwi. Gdzie? Kogo? Jak? Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś, co pomogłoby mi ułożyć jakikolwiek plan. Odpowiedzi były jednak bardzo wymijające. Przekonywał, że wybiorą dobrą ofiarę, której strata przyniesie jedynie korzyści Prakith. Że wszystkim się zajmą. Nie bardzo dosłownie, z pewną troską w głoście jednak dość dosadnie pokazał mi, że nie jestem w pozycji na zadawanie takich pytań. Nie próbowałam też. Starałam się jak najdłużej utrzymać relację na zasadzie - Mentor-zbłąkana owca. Co jakiś czas do sali wkraczali inni kultyści informując o stanie porwanych kobiet. Chwaląc ich siłę, bądź obawiając się o ich zdrowie. Dostawali krótkie instrukcje i zostawali odesłani z powrotem. Czasami pojawiali się po prostu przechodząc z jednych drzwi do drugich - przegryzając coś, co do złudzenia przypominało surowe części ciała. I najpewniej nimi było. W międzyczasie jeden z kultystów przyniósł jedzenie, które było przeznaczone dla mnie. Zmęczona i zaciągnięta w beznadziejną sytuację jednak nie miałam ochoty. Przekonałam starszego kultystę, że potrzebuję odpoczynku. Że nie jestem w takim stanie myśleć. Ten ze spokojem skinął na mą prośbę. Widocznie nie spieszyło mu się nigdzie. Wielokrotnie też podczas rozmowy wyrażał żal związany z moją aktualną kondycją. Zawołał kolejnego z braci, który opatrzył moją ranną nogę i zostawił w sali. Myślałam nad tym, czy jestem w stanie jakoś niepostrzeżenie wymknąć się z tego podziemnego kompleksu. Jednak częstotliwość z jaką pojawiali się i znikali kultyści pokazała mi, że wszelka taka próba skazana by była na porażkę. Pogorszyła by też moją sytuację - która abstrahując od wyboru nie była najgorsza. Widocznie starali się o mnie dbać. Liczyli się z moim zdaniem? Nie. W szerszej skali raczej nie, ale też nie miałam się z kim na ten temat spierać. Położyłam się i sen przyszedł sam z siebie. Mojej głowy nie opuszczały jednak czarne scenariusze tego, jak to wszystko mogło się skończyć.

Obudziłam się. Odpoczynek i opatrzenie przez kultystów zdecydowanie mi pomogły. Dalej byłam cała posiniaczona, jednak problemy związane z ruchem znacznie zmniejszyły się. Pulsujący ból zdartej, lewej nogi również znacznie zmalał. Podniosłam się powoli z łóżka. Sala była pusta. Ogień dalej płonął. Zaraz jednak drzwi znajdujące się za mną rozsunęły się. Wyłoniła się z nich ta sama osoba. Ojciec kultu. Podszedł do mnie i zapytał jak się czuję. Zaraz potem przypomniał o czekającym mnie wyborze. Nieco wymijająco odpowiedziałam - twierdząc, że przemyślałam wszystko. Że rozumiem ich. Nie dało się tego odwlekać w nieskończoność. Kultysta naciskał. Zdecydowałam. Pomogę im. Miałam nadzieję, że uda mi się jakoś przechytrzyć ich w momencie, w którym byłabym o włos od złożenia ofiary. Uciec. W ostatniej chwili przerwać, nie zrobić tego. Zabić, a później dobrowolnie oddać się w ręce władz. Przekazać to co wiem. Że zostałam zmuszona. Oddać się sprawiedliwości. Nie byłam pewna. Nie wiedziałam, co zrobię. Co będę w stanie zrobić, gdy odbędzie sie kulminacja. Nie dopuszczałam do siebie jednak możliwości dobrowolnego zostania matką kultu. Zatracenia świadomości. Swojego ja. Cały czas trzymałam się tego, że ostatecznie uda mi się coś wymyślić. Powoli podniosłam się z łóżka i podeszłam pod świeżo podany posiłek. Na tacy znajdowało się niesamowicie duże ilości różnych - najróżniejszych posiłków. Od warzyw, drobiu, mięs, aż po słodycze. Czekolady, ciasteczka. Zdecydowanie za dużo jak na jedną osobę. Zdecydowanie za dużo, jak na więźnia, który nie mógł opuścić sali, w której się znajdował. Głodna zabrałam się za jedzenie. Zaraz jednak wszystko znów zniknęło. Straciłam przytomność.

Obrazek

Jedyne co pamiętam później, przed przebudzeniem to... wizja? Stałam w środku kanionu. Zewsząd otaczały mnie mocarne ściany skalne, tworzące długie, wydające się nie mieć końca korytarze. Wszystko skąpane w nienaturalnie gęstej mgle. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego. Miejsce jednak wydawało się znajome. Po chwili dostrzegłam wrak. Wrak śmigacza. Mojego śmigacza. To samo nieszczęsne miejsce, w którym wylądowałam podczas upadku w ucieczce przed kultem. Tym razem skąpane w prawie nie przeniknionej, dziwnej mgle. Po chwili wśród obłoków pojawiła się postać. Zaraz druga. Pierwsza odziana w długie szaty. Płaszcz. Druga ubrana w spodnie i kurtkę - przynajmniej takie wrażenie odniosłam po kształcie. Pierwsza postać odezwała się. Pytała. Pytała o zaginioną osobę. Teraz dopiero uświadomiłam sobie, kim ona była. Mistrzyni! Szuka mnie. Zawołałam do niej ze wszystkich sił! Jednak mój głos, ani obecność wydawały się nie docierać do niej. Wszystko trwało bardzo krótką chwilę. Krzyczałam. W paru słowach przekazałam, że zostałam porwana przez kult. Wszystko jednak wydawało się nie mieć wpływu na rzeczywistość. Postać w płaszczu wypytywała drugą dalej. O mnie. Czy mnie widziała. Moje starania wydawały się nie odnosić skutku. Aż w końcu nastąpił koniec.

Obrazek

Przebudziłam się znów. W tym samym łóżku. W sali. Wśród surowych, kamiennych ścian starożytnej budowli. Nie wiedziałam, jak trafiłam na nie. Straciłam przytomność? Może w ogóle się nie obudziłam? Podniosłam się powoli i usiadłam na łóżku - tak samo jak ostatnio. W tym samym momencie, zza moich pleców rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Do sali wkroczył starszy kultysta. Znów pytał mnie, czy podjęłam ostateczną decyzję. Zgodziłam się. Przeleję krew. Z własnej woli. Dodałam również, że rozumiem ich. Że bluźniercy są prawdziwym szkodnikiem na ich ziemi. Że pomogę im przywrócić spokój i harmonię na Prakith. Wyglądało na to, że mi wierzy. Przedłużając jednak - szukając innego wyjścia zapytałam, czy istnieje inne wyjście. Że chciałabym pozostać na Prakith. Że jest jedynym pozostałym bezpiecznym miejscem w galaktyce, a jeśli miałabym pogrążyć bluźnierców w sposób, w jaki oni chcieli to osiągnąć - to pogrążyłabym też siebie i chciałabym tego uniknąć. Rozmowa trwała dość długo, lecz kultysta stwierdził, że niestety nie ma innego wyjścia. Że mam do wyboru. Albo przeleję krew, albo zostanę matką ich braci. Moja odpowiedź była oczywista. Tutaj nastąpił jednak przełom. Starszy kultysta rozpoczął kolejny monolog, w którym jeszcze raz wyraził skruchę, że nie ma innego wyjścia. W pewnym momencie zaczął mówić o pewnej postaci, szukającej mnie. O Rudym Demonie, który jest przez nich śledzony i podąża moim tropem. Wiedziałam o kim mowa. Mistrzyni! Czyli wiedzą. Czyli było to jednak prawdą. Zdecydowałam się podjąć kroki. Przejąć inicjatywę. Wydawali się przekonani, że przeniosłam się na ich stronę. Że zrozumiałam sens ich walki. Że odwróciłam się od bluźnierców.

Rozpoczęła się najważniejsza dyskusja mojego życia. Zasugerowałam inne wyjście. Stwierdziłam, że Rudy Demon mi ufa. Że z moją pomocą będą w stanie go ostatecznie pokonać. Nie będzie potrzebna więcej wojna. Nie będzie potrzebne cierpienie braci. To miała być dla nich szansa na ostateczne zakończenie. Ostateczne rozwiązanie. Stwierdziłam, że wyszłabym jej na przeciw. Później mogliby zaatakować. Mistrzyni zajęta obroną siebie i mnie nie zauważyłaby, że wbijam jej nóż w plecy. Dopuściłaby mnie blisko siebie. Chcąc mnie ochronić. Wtedy zakończyłabym to. Wiem... jak to brzmi. Strasznie. Nie chciałam narażać Mistrzyni na niebezpieczeństwo. Wiedziałam, że nie dali by sobie z nią rady. Nie bez powodu bali się jej. Chciałam dać im tą szansę. To ogniwo pozwalające na przechylenie szali na ich korzyść. Zakończenie ich cierpienia - i cierpienia całego Prakith. Ja jednak nie zrobiła bym tego. Mogłybyśmy razem wrócić. Wszystko skończyłoby się szczęśliwie. Nie byłabym już zmuszona do zabójstwa. Do zwrócenia całego Prakith na powrót przeciwko nam. Mimo wielkich wątpliwości kultysty, po długich rozważaniach wszystko wydawało się kierować na moją korzyść. Drążyłam więc dalej w tym kierunku. Stwierdził, że nie ma to szans powodzenia. Że Rudy Demon przejrzy mnie od razu. Że nie dadzą rady na otwartej przestrzeni. Że musi znaleźć się w jaskiniach - skąd nie będzie miała gdzie uciec. Potwierdziłam jego obawy . Ciągnęłam jednak dalej. Zapewniałam, że nie będzie mnie podejrzewać. Że mi ufa. Udam, że szukając drogi do domu zagubiłam się. Schowałam w jaskini. Że przez to nie była w stanie odnaleźć mnie w Mocy. Że znalazłam starożytną świątynię, w której był dostęp do wody pitnej - dlatego też tam byłam. To ona zagłuszyła moją obecność. Później zaprowadzę ją z powrotem, czego oczywiście nie miałam zamiaru robić. Wszystko zaczęło układać się po mojej myśli. Kultysta pytał, czy jestem wystarczająco odważna, by podjąć się takiego zadania. Że jeśli przeleję krew, to nauczą mnie, jak ukrywać się w Mocy. Tak samo jak oni. Mimo, że jestem kobietą. Nie pozwolą mi zostać, jednak nauczą jak schować się. Zaopiekują się mną najlepiej jak mogą. Ja jednak drążyłam dalej. Stwierdziłam, że jestem w stanie się tego podjąć. Że nie chcę uczyć się tajników Mocy. Że chcę to zostawić za sobą. Żyć normalnie. Praktycznie udało mi się już przekonać ojca kultu do mojego planu. Wszystko skończyłoby się dobrze.. aż jednak wszystko zaczęło się walić.

Zapytał mnie o słabości Mistrzyni. Muszę je znać, skoro mi ufa. Spróbowałam znaleźć coś jak najbardziej oczywistego... Coś o czym już dobrze by wiedzieli. Nie przemyślałam tego dwa razy. Działałam instynktownie. Stwierdziłam, że jej słabościami są wybrani uczniowie. Tacy jak Angar Makkaru. Tutaj zaczęła się jednak moja zguba. Starszy kultysta zrozumiał to pojęcie bardzo szeroko. Nabrał przekonania, że sam jest w stanie wciągnąć Rudego Demona w pułapkę. Że wystawi mnie jako przynętę w korytarzach jaskiń, a Mistrzyni przyjdzie po mnie. Sama. Zwoła starszych, którzy mieliby odciąć jej drogę, a ta nie będzie w stanie pokonać ich wszystkich, razem wziętych. Atakujących w tym samym momencie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłam. Nie dałam jednak za wygraną. Wszystkimi argumentami jakie przychodziły mi do głowy próbowałam przekonać kultystę, że to się nie uda. Że Rudy Demon jest genialnym strategiem. Że mój plan jest lepszy. Że na mnie tak bardzo mu nie zależy. Że nie wejdzie na niekorzystny grunt w poszukiwaniu kogoś takiego jak ja. Że zdradzą jedynie swoją pozycję. Że zwoła posiłki, z którymi już sobie nie dadzą rady. Ten jednak nie dał zmienić swojego zdania. Przekonany o moich "dobrych" intencjach uspokajał mnie. Mówił, że mają wiele takich kryjówek. Że nic mi nie grozi. Że będę bezpieczna. Jedyne, co musiałabym zrobić to zacząć wołać o pomoc, gdy ta się zbliży. Na ich sygnał. Ja jednak próbowałam dalej. Bez skutku. Zostało ustalone. Sama podsunęłam im plan na unicestwienie Mistrzyni. Miałam zostać przynętą. Podekscytowany kultysta kazał odprowadzić mnie do innego pokoju, gdzie oczekiwać miałam na moment kulminacyjny. Tak też się stało.

Nie daleko od sypialni znalazła się stara komnata. Jeden z kultystów wprowadził mnie do środka i zasunął za mną metalowe kraty. W środku nie znajdowało się nic poza starymi, stęchłymi kocami, pościelami i poduszkami. Wszystkie moje myśli krążyły wokół tego, do czego doprowadziłam. Plan idealny. Zgładzenie Mistrzyni. Nie dało się nic więcej zrobić. W głębi duszy miałam nadzieję, że miałam rację. Że Mistrzyni domyśli się podstępu i nie wkroczy na niekorzystny grunt sama. Wtedy wydawało mi się to całkiem logiczne. Dlaczego miałaby się narażać dla mnie? Brak pewności nie dawał mi jednak spokoju. Nie wiedziałam co zrobić. W pewnym momencie przypomniał mi się sen. Ten, w którym Mistrzyni mnie szukała. Nie było pewności, że byłabym w stanie ją ostrzec... jednak to było jedyne, o czym mogłam wtedy myśleć. Usiadłam pod ścianą i spróbowałam doprowadzić się do stanu podobnego do medytacji. Jednak tym razem skupiając się na jednej osobie. Mistrzyni. Tak długo, jak byłam w stanie. Aż braknie mi sił. Aż zasnę. Próbowałam wywołać to połączenie... tą wizję znów w sobie. Zdało się to jednak na nic. Moje skupienie po czasie dawało się łatwo rozproszyć, a starania tak jak przypuszczałam były bardzo męczące. Kilka razy doprowadzałam się do podobnego stanu, nim zawładnął mną sen. Nic jednak się nie wydarzyło.

Sen wydawał się bardzo krótki. Przerywany. Odzyskałam świadomość czując się, jakbym po długich treningach ucięła sobie tylko godzinną drzemkę. Byłam wyczerpana. Ten jednak musiał trwać znacznie dłużej. W momencie, w którym się obudziłam przy kracie stał już jeden z kultystów. W milczeniu. Po chwili odezwał się. "Już czas". Pełna wątpliwości i z nadzieją, że jednak miałam rację - że Mistrzyni nie da się nabrać. Że wyczuje zbliżające się niebezpieczeństwo i zostawi mnie - podążyłam za kultystą. Nie wiedziałam co zrobić. Jedyne co przyszło mi do głowy, to że może zaprowadzą mnie wystarczająco blisko wyjścia - bym w razie czego zamiast okrzyków pomocy ; ostrzegła Mistrzynie. Gdy jeszcze będzie wystarczając o blisko wyjścia. By dać jej szansę na ucieczkę. Więcej jednak nie byłam w stanie zrobić. Krążąc przez chwilę po pradawnych, kamiennych korytarzach w końcu doszyliśmy do wyjścia. Wyjścia prowadzącego do znajomych już tuneli. Tych samych, którymi sprowadzono mnie tutaj.

Obrazek

Szliśmy tymi korytarzami przez długą chwilę. Odzywała się nadzieja. Może jednak znajdziemy się wystarczająco blisko wyjścia. Nie byłam jednak tego pewna. Rozpoznawanie przejść i zakrętów w tempie marszu kultysty okazało się czymś nieco ponad moje możliwości. Nie wiedziałam, jak blisko znaleźliśmy się wyjścia, gdy ten oznajmił, że jesteśmy na miejscu. Zaraz wszystko miało się zacząć. Kultysta u mego boku zniknął nagle. Rozpłynął się. Dokładnie w ten sam sposób, co Noshiravani. Ja za to nie wiedziałam co zrobić. Byłam pewna, że dalej mnie obserwują. Stałam w miejscu, w którym mnie zostawili. Po dłuższej chwili usłyszałam znak. Telepatyczny. Że to już czas. Że mam zacząć krzyczeć. Czyli jednak Mistrzyni wpadła w pułapkę... Znajdowała się jednak za blisko. Nie zastanawiając się nad konsekwencjami zawołałam, że to pułapka! Żeby uciekała! Nim jednak zdążyłam skończyć, ta pojawiła się tuż obok mnie. Zawołała: "Alora! Do wyjścia!". Z nikąd, nagle pojawili się kultyści i zaatakowali Mistrzynie. Wraz z nimi Starszy. Przerażająca, nieumarła istota dzierżąca w ręku miecz świetlny. Wszyscy rzucili się na Mistrzynie, a ja, bezbronna, zaczęłam ucieczkę. Daleko jednak nie dobiegłam. Jedno z ostrzy dosięgło mnie i raziło w ramię. Upadłam, uderzając o skalistą ścianę. Gdy się odwróciłam dojrzałam właśnie jego. Starszego. Celował swym mieczem prosto we mnie. Byłam skazana na jego łaskę. W oddali dojrzałam, że jedno z ostrzy kultystów również dosięgło Mistrzyni. Przyglądał mi się swym świdrującym spojrzeniem, trzymając kraniec ostrza tuż przy mojej piersi. Stwierdził, że jeszcze im się przydam i odskoczył, kierując się w stronę Mistrzyni. Krótką chwilę leżałam jeszcze, lecz ostatecznie nie miałam innego wyboru. Widziałam Mistrzynię walczącą z przytłaczającą siłą wroga. Przegrywającą. Instynkt zadziałał jednoznacznie - podniosłam się i zaczęłam uciekać w kierunku, z którego przybyła Mistrzyni. Nie byłam w stanie nic. Nie byłam w stanie pomóc. Daleko jednak nie dobiegłam. Gorące ostrze znów raziło mnie po plecach. Tym razem dużo głębiej. Boleśnie. Upadłam na ziemię, a Starszy znów odciągnięty na chwilę od Mistrzyni zasyczał coś w moją stronę. Nie wiedziałam co. W korytarzach rozlegał się odgłos walki nieopodal. Odgłosy kultystów. Mistrzyni. Miecza świetlnego parującego kolejne ataki grupy kultystów. Wyglądało na to, że kilka ciosów sięgnęło Mistrzyni. Przegrywała. Ale co ja mogłam zrobić?! Nieumarła istota znów oddaliła się, kierując w stronę Mistrzyni. Ja, starając się pokonać przeciwności - znów podniosłam się i rozpoczęłam bieg w stronę wyjścia. Zaraz jednak usłyszałam za sobą kroki. I brzęk miecza świetlnego. Znowu. Nie uda mi sie uciec. Padłam na ziemię, odwracając sie w stronę głosu i uderzyłam plecami o ścianę. Istota z mieczem dobiegła do mnie. W korytarzu obok zaraz znalazła się Mistrzyni walcząca o życie. Mimo ran - biegle władająca mieczem świetlnym. Broniąca się przed nie słabnącym naporem bandy kultystów. Starszy stanął nade mną. Wbił miecz w moją lewą nogę. Zawyłam z bólu. Następnie krótkim ruchem przeciągnął płonącym ostrzem po całej szerokości. Ból był niewyobrażający. Przeszywający. Paraliżujący. Ledwo dostrzegałam, co się dzieje wokół. Nagle jednak wśród agonii pojawiła się trzeźwość umysłu. Adrenalina. Dostrzegłam znajome rozwidlenie w jaskini. Drogę na zewnątrz. Dostrzegłam Mistrzynię. Klęczała na ziemi. Wokół niej martwi kultyści. Starszy powolnym krokiem zbliżał się do niej. Wydawała się bezbronna. Skazana na zagładę. Wszystko wydawało się zakończyć. Przegrała. Ostatnimi siłami spróbowałam przeczołgać się nieco w stronę znajomego korytarza. W stronę wyjścia. Nim jednak ledwo udało mi się ruszyć - coś się stało. Mistrzyni. Zaczęła się powiększać. Albo raczej coś zaczęło z niej wypływać. Wpierw bardzo powoli, później znacznie szybciej. Coś, co zasłaniało wszystko wokół. Tworzyło tarczę. Nie widziałam już Mistrzyni. Tylko kulę. Kulę jasności. Najczystszą. Nieporównywalną do czegokolwiek, co w życiu widziałam. Zasłoniła Mistrzynię i wszystko co było za nią. Jedynym kształtem przebijającym się przez nieprzenikniony obłok, była niewyraźna sylwetka nieumarłego potwora. Nagle nastąpił bezgłośny wybuch. Jasność dosięgła i mnie w ułamku sekundy. Wszystko inne zniknęło. Była tylko... Moc. Przenikająca wszystko, w najczystszej postaci. Nieopisanej. Wszystkie kształty wokół zniknęły. Pustka... jednak wypełniona. Oślepiająca. Byłam zagubiona. Oderwana od rzeczywistości. Jedynym co dawało znak, że wciąż żyję był ból i ciało, czujące dotyk podłoża... i ból. Wzrok, którym posługiwałam się całe życie zawiódł. Jedynym co mogłam dostrzec to chaotyczne, obejmujące wszystko wokół smugi bytu. Jakbym była wtopiona w skałę miejsca przesiąkniętego Mocą ponad wszelkie wyobrażenia. Zniknęło wszystko. Byłam zagubiona. Zewsząd dochodziły do mnie nieokreślone dźwięki. Nieznane bodźce. Uspokajające, a zaraz przerażające. Wylewające całą gamę emocji w zmieniających się, potężnych impulsach. Bez ładu. Nagle ziemia zatrzęsła. Z wielką siłą. Nagle doszło do mnie, co tak naprawdę może się tam stać. Zewsząd słychać było drgania skalnych korytarzy. Urywające się części stropu. Musiałam uciekać. Byłam prawdziwie ślepa, lecz wiedziałam w którym kierunku powinnam się udać. Walcząc z bólem, z własnym kalectwem. Z własnym umysłem. Powoli oddalałam się od epicentrum walki. Czym dalej, tym błysk energii wydawał się coraz słabszy. Ale niewiele. Wokół rysowały się niewyraźne kontury korytarza. Wstrząsy znów się rozpoczęły. Dużo mocniejsze. Znacznie dłuższe. Wydawało się, jakby zaraz cała góra miała się zawalić pod własnym ciężarem. Wraz z nią drżało całe moje ciało. Części stropu spadały tuż obok. Pył uniósł się w powietrzu. Nie wiedziałam co się tam dzieje. Czy Mistrzyni wygra. Czy przeżyje? Wśród nieustannej serii potężnych trzęsień w końcu udało mi się dotrzeć do wyjścia. Czyste, zimne powietrze uderzyło w moją twarz. Byłam wyczerpana. Usiadłam przy skale. Nie było możliwości, bym doszła gdziekolwiek dalej sama. Czekałam przy wyjściu. Czekałam na moment, w którym ktoś wydostanie się na zewnątrz. Wstrząsy w końcu umilkły. Wokół brak żywej duszy.

Po długim oczekiwaniu z korytarza wyłoniła się postać. Była to Mistrzyni. Jej twarz i ręce zdawały się kruszyć. Ulatywać. Zamieniać w popiół. Podeszła do mnie i upadła na ziemię. Nie ruszała się i nie reagowała na wołania. Zaraz potem przy wejściu pojawiły się kolejne istoty. Chyba geolodzy. Zafascynowani trzęsieniem, które przeminęło. Największym w historii Prakith. Nie zwracałam na nich jednak większej uwagi. Uwagę skupiłam na Mistrzyni. Wyglądała marnie. Jej ciało wydawało się degradować w wolnym tempie. Części naskórka powoli odpadały jeden po drugim. Ulatywały w powietrze. Lecz oddychała. Żyła. Zabrałam jej holodatę i spróbowałam połączyć się z bazą. Niestety zabezpieczona była hasłem. Zaraz jednak z głośnika odezwał się głos kapitana Vreyxa. Lecieli do nas! Próbowałam odpowiedzieć, lecz bez skutku. Bez odblokowania holodaty nie było mowy o czymkolwiek. Przy próbie dotyku Mistrzyni, podstępujące zniszczenia wydawały się przyspieszyć. Nie byłam w stanie pomóc. Nie długo zajęło, nim pojawiły się nasze myśliwce. Zaraz po nich podleciał kapitan na plecaku odrzutowym. Zabrał wpierw Mistrzynię, a następnie mnie. Wróciłyśmy do domu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:


4. Autor raportu: Adept Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 439
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 02 maja 2017, 20:01

Koniunkcja

1. Data, godzina zdarzenia: 01.05.17, 18:30 - 4:30 | 02.05.17, 19:30 - 21:30

2. Opis wydarzenia: Onderon po nieudanej, poprzedniej misji znalazł się na skraju katastrofy. Wojsko onderońskie nie chciało wyjawić nam swojej sytuacji po przez komunikację holograficzną. Oczekiwali nas personalnie, wręcz prosząc abyśmy stawili się bezzwłocznie. Wybrano mnie na zastępstwo Padawana Angara, towarzyszyłem Padawan Saarai, która była tam ostatnim razem.

Padawan Saarai, towarzysz, z którym miałem współpracować po raz pierwszy pojawił się po dłuższej zwłoce w dniu wylotu. Spowodował to jej wypad poprzedniej nocy, na zlecenie Komendy Głównej Skoth – nowej. Musiała pozostawić wiadomość w tej kwestii, pragnęła również zabrać sprzęt z bazy. Słusznie.




Wylecieliśmy z nieznacznym opóźnieniem. Wylot z głębokiego jądra zapewnił nam oczekiwane utrudnienia dla pilota, z którymi Tanna poradziła sobie bez problemu. Po kilku godzinach lotu weszliśmy do układu Onderonu gdzie zastaliśmy zapowiedź katastrofy planetarnej w literalnym znaczeniu tego zwrotu. Ciała niebieskie, księżyc i planeta wywoływały wrażenie jakby złączyły się ze sobą. Obie orbity, aż nadto widocznie w pełni się przecięły. Księżyc rzucał olbrzymi cień na planetę, prawie ją przyćmiewając – jakby miał spaść zaledwie za chwilę. Ten niezwykły widok, uświadomiłem sobie jako zetknięcie obu atmosfer. Oznaczało to, że spodziewać się musimy anomalii w kwestiach fizycznych obu światów.

Weszliśmy w bliską odległość od Iziz. Miasto zmieniło swój charakter, poprzedni jego widok – choć zatarty przez czas – uwydatniał mi kontrast jaki ujrzeliśmy. Brak pędu, brak chmar ciągnących drogami ziemnymi i powietrznymi. Opustoszałe nici ulic. Jakby miasto zamknęło się wewnątrz siebie, dając oznakę gasnącej żywotności tylko po przez zapalone światła wnętrz budynków. Aparatura statku jasno nam określiła, co może być odczuwalnym powodem. Temperatura zmieniała się co chwile, skacząc w amplitudzie nawet do dwudziestu stopni.

Już przy wyjściu z kokpitu na lądowisko, przyszła pierwsza fala. Tylko po to, aby za chwilę odejść zniżając odczuwalną temperaturę gwałtownie. Dla mieszkańców musiało to być nieznośne. Odebrano nas, przy kilku dobrych słowach, z lądowiska. Od razu zaprowadzono do gabinetu dowództwa, gdzie miał czekać na nas Porucznik i Podporucznik. Przeszliśmy przez olbrzymi hol z posągiem Mistrzyni. Żołnierze wyjawili nam, że co chwile dochodzą wieści o nowych ofiarach katastrofy, a populacja zmniejszyła się o jakieś trzysta tysięcy, począwszy od starców i ludzi mających problemy z sercem.

Gabinet. Porucznik Lionel Ursum, zasiadał na głównym fotelu naprzeciw nas. Za nim rozciągał się ekran okna, dającego obraz umierającej stolicy. Obok nas zasiadał podporucznik, jego miano wypadło mi z głowy. Oprócz nich kilku żołnierzy w Sali.

Odprawa zaczęła się od informacji, które już posiadaliśmy. W cyklicznej naturze ciał niebieskich, Dxun – księżyca i Onderonu – planety, jest krzyżowanie swoich orbit o włos od zderzenia. Oba światy stykają się ze sobą orbitami. Podobno lokalne legendy mają w tradycji mawiać, że latające stworzenia mogą przedostać się z jednego świata na drugi. Wszystko jednak postępowało dalej, ciała zbliżyły się zbyt blisko siebie, czego byliśmy świadkami z kosmosu. Przerażające były dane z powierzchni planety. Sama liczba trzystu tysięcy. Onderon pod względem gospodarczym był zdruzgotany. Wszelkie środki szły na przeludnione szpitale, systemy regulujące atmosferę wewnątrz budynków. Wynajmowanie zewnętrznej służby zdrowia, pracującej za krocie liczone w tysiącach.

Naszym zadaniem była kontynuacja przerwanej poprzednio misji i dowiedzenia się za wszelką cenę co jest tego powodem. Od razu wspomniałem, że winni być może są Yuuzhanie. Osąd ten wyniosłem z naszego doświadczenia z czarną dziurą – stąd myśl, że być może są w stanie wytworzyć podobnego rodzaju biotechnologię, która zagęszcza masę lub ją rozrzedza – stąd przekroczenie progu naturalnej koniunkcji. Poprosiliśmy o sprzęt. Ja o broń usypiającą, maski do oddychania, medpakiety, odstraszacz dźwiękowy na zwierzęta i detektor bodźców fizycznych. Pobrałem również dane, wyłuskane przez naukowców dotyczące przebiegu zbliżania się ciał niebieskich. Tanne wyposażono w pełen pakiet ładunków wybuchowych. Dodatkowo wzięliśmy myśliwiec Z-95, aby nie marnować naszego paliwa. Bezzwłocznie udaliśmy się na lądowisko. Polecieliśmy na Dxum.

Lot nad Dxun oferował nam ogląd tego co stało się z lokalną, nieskończoną dżunglą. Drzewa były odarte z godności, uzewnętrzniając osiągalną dla siebie karykaturalność po przez nienaturalnie deformacje i stłamszone w rozmiarze kształty. Czym dalej lecieliśmy tym ukazywały nam się kolejne bezwartościowe ekosystemy, a jedyne podobieństwa między nimi to właśnie nieobliczalna ilość nowych odmian zdruzgotanego krajobrazu.

Najpierw chciałem polecieć do miejsca klęski Angara, brak lądowiska chciałem rozwiązać przy pomocy torpedy, usuwając jakąś połać lasu. Chwile z tym zwlekaliśmy, badając możliwości torped statku i efekty wystrzału względem drzew i terenu. Finalnie udało się nam ustalić, że nawet jeśli torpeda protonowa rozbije materie drzew to powstanie w ziemi lej niezdatny do lądowania. Odpuściliśmy, udaliśmy się ponownie do Mandalorian i ich Acklaya.




Na miejscu zastaliśmy obóz. Należy niegdyś do faktycznych legendarnych Mandalorian. Przeszliśmy tunelem, który doprowadził nas do zarośniętego roślinnością placu. Na wejściu zauważyliśmy pierwszego z tamtejszych mieszkańców. Nie nosił on jednak pancerza mandaloriańskiego, a imperialny. Stąd z początku za radę Tanny wdrapaliśmy się na szczyt ruin, naprzeciw budynku będącego bazą uzbrojonych mężczyzn. Stosunkowo wysoka połać zarośli, stanowiła doskonałą osłonę dla intruzów. Wdrapaliśmy się na wspomniany budynek. Tanna naliczyła pięciu humanoidów, Acklay górował nad roślinnością aż nazbyt wydatny. Dwóch facetów nosiło na sobie coś na kształt pancerzy mandalriańskich, nie przyglądałem się. Zdecydowaliśmy, że Tanna pójdzie się rozejrzeć pod poprzednią przykrywką. Ja zostałem na górnym piętrze. Nie słyszałem o czym rozmawiała z mężczyznami, ale byli nastawieni do niej przyjaźnie. Kiedy ich zagadała przekradłem się przez cały plac, podkradłem do budynku i wdrapałem na jego dach. Tanna rozmawiała z Mandalorianami o ratowaniu Dxun, weszła z nimi do środka. Wewnątrz wojownicy odkryli jakąś sale, o której wcześniej nie wiedzieli, a urządzenia w niej usytuowane datowali na kilka tysięcy lat temu. W międzyczasie dostrzeżono mnie na dachu – otworzono ostrzał. Wykrzyczałem, że jestem wynajętym najemnikiem do ochrony Pani badacz, za którą podała się Tanna. Wszyscy zebrali się na zewnątrz, odegraliśmy małą farsę, w której ja przyjąłem rolę nadgorliwego ochroniarza. Cała ta sytuacja nie przyniosła niczego więcej. Zyskaliśmy jedynie częstotliwość do Mandalorian i dezerterów, mężczyzn w imperialnych pancerzach. Byliśmy w kontakcie, bez śladu.




Wracaliśmy do statku pieszo, jakieś dziesięć kilometrów przez zdeformowany las deszczowy. Tanna chciała przelecieć myśliwcem nad planetą, obserwując odczyty z sensorów. Dzięki aparaturze, którą przekazało mi wojsko – już na dachu Mandalorian, ustaliłem, że podczas zbliżania się ku zachodniej półkuli odczyty fizykalne przybierają na sile. Poleciłem Tannie lecieć na zachód wedle wektora, który określiłem na podstawie odczytów. Anomalie atmosferyczne, zapewniły nam kolejne fale i kaskady turbulencji, które męczyły nieubłaganie pilota. Zmęczeni po przeszło dwudziestu kilometrach pieszo i podkradaniu w pełnym rynsztunku przekazanym nam przez wojsko, potrzebowaliśmy odpoczynku. Lot należał do trudnych, stąd szczególnie pilot potrzebował snu. Tanna przy nie małym trudzie i z dozą ostrożności wylądowała na jakimś wzniesieniu na trasie. Włączyłem aparaturę odstraszającą zwierzęta. Budziki ustawiliśmy na dwie godziny.

Ocknąłem się ze snu, wyrwany przez budzik. Odpoczynek widocznie przyniósł mi świeżość myśli, kreatywności. Zaspany jeszcze rzuciłem się po prostu do terminalu, zabrałem się za dane naukowców. Szukałem czegoś co mogłoby wskazywać na fakt nienaturalnego ciążenia lub odciążenia masy planety, lub nienaturalnego ruchu planety względem jakiegoś jej punktu. Sądziłem, że jeśli coś faktycznie deformuje masę planety to jeden z globów powinien nienaturalnie się przekręcać wedle własnej osi, oprócz samego ruchu orbitalnego. Na początku chciałem to jedynie sprawdzić, dla własnej pewności. Nie liczyłem na to aby sztab naukowy wojska był w stanie coś takiego przeoczyć. Notatki były chaotyczne, nieskładne, nieuporządkowane. Nakłaniały mnie do kontynuowania snu. Jednak przejrzałem je skrupulatnie i zacząłem porządkować. Trafiłem na analizy sił grawitacyjnych, okazało się, że faktycznie coś podobnego dzieje się na księżycu we wschodniej jego półkuli. Od razu wywołałem krążownik wznoszący się nad księżycem, aby przekazać im te dane. Oczekując na odzew z analizą od wojska narzuciłem na naszą trasę ustalony sektor i sprawdziłem go względem punktu sondy i obozu mandalorian. Żaden nie pasował. Odezwało się wojsko, wywołałem nie małą aferę. Nikt nie rozumiał jak dwudziestu naukowców mogło to przeoczyć. Siły tamtejszych anomalii były dość małe względem innych ośrodków planety. Człowiek, który przekazywał mi informacje, określił sytuację prosto; „odczyty zachowują się tak jakby w tamtym miejscu znajdowało się trzecie ciało niebieskie”. Podano nam konkretny sektor, E-8.




Sektor był na tyle mały, że mogliśmy łatwo mu się przyjrzeć z perspektywy lotu myśliwcem. Ruiny oraz inna zniszczona infrastruktura nie charakteryzowała się niczym konkretnym. Pomiędzy nimi odnaleźliśmy jednak jakby nienaruszony budynek. To on zwrócił naszą uwagę, stąd Tanna odnalazła miejsce na lądowanie nieopodal niego. Już po niedługim, przebytym dystansie pieszo ujrzeliśmy funkcjonujący budynek, a przed nim strażnika. Wezwaliśmy Mandalorian, którzy wcześniej oferowali nam swoją pomoc – zdawali się pełni entuzjazmu, kiedy się z nimi skontaktowaliśmy. Do ich przybycia zostały jednak trzy godziny. Wartownik na nasze powitanie odpowiedział opryskliwie, próbując nas przegonić. Zaraz pojawiła się jeszcze trójka. Jeden z mężczyzn rzucał kaznodziejskimi hasłami, nawołującymi do odrzucenia cywilizacji i powrotu na łono natury. Nie pasowało mi to do faktu, że skrywają się w budynku i to używającego elektryczności. Stąd nachalnie zbliżyłem się do drzwi kiedy chcieli nam je przed twarzami zamknąć. Zerknąłem z ukosa do środka – wewnątrz zauważyłem wieżyczkę ze strzelcem. Szepnąłem o tym Tannie na ucho. Towarzyszka wrzuciła do środka granat dymny. Bezmyślnie wbiegliśmy w dym. Opanowałem się i wybiegłem na zewnątrz, Tanna chyba wpadła wtedy pod gromki ostrzał, ale udało jej się wybiec. Ja otwierałem drzwi automatyczne sobą, a ona wrzucała do środka granaty termiczne. Pozwoliło nam to przetrzebić ich szeregi, resztę wyrżnęliśmy mieczami. Pojawiło się kilku następnych przeciwników, nie stanowili zagrożenia – choć zmuszali nas ostrzałem do pacyfikacji. Zacząłem przeszukiwać kolejne sale, trafiłem do Sali z przedziwnymi akwariami o kształcie ostrosłupów. Wewnątrz znajdowały się biologiczne pozostałości jakichś tworów, tak niezrozumiałych w swej biologicznej konstrukcji, że byłem pewien o ich Yuuzchańskich stwórców. Drogi w budynku biegły w dwóch kierunkach. Poleciłem Tannie założyć ładunki wybuchowe na drzwiach prowadzących do laboratorium, aby nikt nie zaszedł nas od tyłu. Poszliśmy w drugą stronę, ku olbrzymiej windzie. Po drodze napotkaliśmy pirotechnika, obrzucającego nas granatami. Umknął na górę. Wjechaliśmy windą, nad którą znajdowała się platforma. O tyle dobrze, że pirotechnik zaczaił się z innymi za drzwiami, przez które chcieliśmy przejść. Rzucił nam pod nogi granat. Dzięki platformie, sprawnie ich unikaliśmy i przegoniliśmy wrogów. Kolejne sale, to kolejne starcia ze strzelcami i miotaczami najróżniejszych ładunków, aż dotarliśmy do sali z wąskimi, szklanymi otworami. Wewnątrz znajdowało się dość spore rurowate akwarium. Strzelcy byli dobrze rozstawieni. Tym razem lokacja sprzyjała właśnie im. Małe przejścia do wnętrza Sali, skutecznie uniemożliwiały nam dojście do nich. Za nim przechodziliśmy na drugą stronę, musieliśmy już się skryć przed strzałami. Zaproponowałem aby Tanna znów założyła ładunki na wyjściu z tej Sali, pobiegliśmy do drzwi gdzie uczyniliśmy to poprzednio – ta droga okazała się jednak odcięta od wielkiej Sali. Wróciliśmy, spróbowaliśmy dostać się do strzelców kilka razy – oberwałem przy tym dwukrotnie. Tanna również. Chwyciliśmy za blastery i rozpoczęła się regularna wymiana ognia. Odniosło to skutek. Podczas strzelaniny czyjś bolt trafił we wspomniane wcześniej, duże akwarium. Wywołało to szał u strzelców, którzy rzucili się na nas rozrywając szyk. Ułatwiło nam to ich usunięcie. Weszliśmy do środka.

Jedynym, który przeżył był Cereanin dzierżący amphistaff. Wiedziałem, że nie mogę go zaatakować bo gdy wąż poczułby zagrożenie… rzuciłby się na mnie. Cereanin zaczął przemawiać do mnie. Na początku mówiąc o naszej głupocie i zgubie, którą przynieśliśmy dla obu ciał niebieskich. Wewnątrz akwarium znajdowała się bowiem żywa istota, wytwór Yuuzhan Vongów – Dovin Basal. Sądzę, że jego właściwości w jakiś sposób uniemożliwiały mi odbieranie go zmysłem wzroku. Stworzenie wyglądało jak obłok dymu, kłębiącego się w określonej sferze. To ono było wszystkiemu winne. Cereanin wyjaśnił mi, że śmierć stworzenia to utrata szansy na rozłączenie atmosfer.

Natychmiast zrozumiałem o czym mówi, stąd od razu zaproponowałem pomoc w uratowaniu go. To chyba go przekonało. Ten mężczyzna wydawał się przywiązany do stworzenia. Pokazał mi aparaturę wytwarzającą dla niego odpowiednie środowisko i wtłaczające do niej życiodajną mieszankę powietrza. Wzięliśmy narzędzia i ruszyliśmy na dolne poziomy. Miałem w zamiarze pociąć dolne zbiorniki, a potem zespawać je w jeden większy. Nakazałem Tannie biec do myśliwca, bo w między czasie padła łączność. Miała wylecieć tak daleko aby ją odzyskać i skontaktować się z siłami Onderonu. Nowy towarzysz wyjawił mi jednak po drodze fakty związane z tutejszą sytuacją. Yuuzuhanie przybyli dawno temu na Onderon, składając propozycję – planeta miała się poddać, a oni oszczędzą jej mieszkańców. Odmówiono. Zaczęła się Inwazja. Yuuzhanie znów się skontaktowali przedstawiając grupie osób plan, który miał uśmiercić kilka set tysięcy istnień lokalnej populacji w zamian za życie reszty. Obecny porucznik, ten który brał udział w naszej odprawie – brał udział w realizacji podstępu. Owym planem była aktualna sytuacja atmosfer. Cereanin kazał mi odejść, nalegał – twierdząc, że jego Pan niedługo się pojawi. Naturalnie chodziło o Yuuzhanina, który wszedł w układ z Porucznikiem. Nakazałem mu zamknąć się w kompleksie i naprawiać akwarium – miałem zamiar zatrzymać Yuuzhanina do przybycia wojska i Mandalorian. Nakazałem Tannie również pozostać na pokładzie myśliwca i obserwować nasz pojedynek, a w ostateczności – gdybym miał zostać uśmiercony, zestrzelić mnie i Vonga torpedą protonową. Cereanin oświadczył, że jego pan będzie w stanie wyprzedzić torpedę. Zmieniliśmy plan – Tanna miała ukryć się pod wodą z granatami EMP i poczekać, aż Yuuzhanin znajdzie się w zasięgu cieczy – oferowała to pobliska rzeka. Pojawił się wreszcie.

Zbliżył się do mnie. Oświadczył, że już się spotkaliśmy. Miał na myśli moją misję z Angarem. Wymówiliśmy kilka zdań, w których udawałem zdezorientowanego w kwestiach Dovin Basala. Zaatakował, po kilku pierwszych ciosach wbiegł do budynku. Pobiegłem za nim i tak dalej wymienialiśmy ciosy. Wszystko przerwało po chwili wojsko, kilku żołnierzy. Otworzyli pokaźny ogień do wroga dzierżącego amphistaff, zagoniło go to do wnętrza kompleksu. Tanna dołączyła po chwili. Z pomocą żołnierzy udało nam się go obalić, zraniłem go. Yuuzhanin się rozjuszył, wyrżnął oddział. Wpadał co jakiś czas w pewien rodzaj furii. Związaliśmy go walką z Tanną, która została podczas niej dotkliwie ranna. Wtedy pojawił się Agent SOO. Razem z nim zapędziliśmy Yuuzhanina jeszcze dalej w głąb kompleksu. Wróciłem na moment do Tanny, aby przenieść ją kawałek w stronę wyjścia. Zostawiłem jej medpakiet, sam chwytając za stymulant wojskowy i korzystając z niego. Agent w tym czasie chyba oberwał. Dalej cały czas toczyliśmy potyczkę z przeciwnikiem. Przez chwile myśleliśmy, że to koniec walki kiedy obcy wpadł do basenu z kwasem, ale ten odbił się zwyczajnie od powierzchni jakby to była zwyczajna podłoga. Agentowi udało się rzucić nim z taką siłą, że za trzęsło kompleksem. Pancerz stwora odpadł. Przeszliśmy do Sali z kilku poziomowymi platformami. Tam, Yuuzhanin prawie mnie trafił – gwałtowny atak agenta, pozwolił mi jednak na odskok i zregenerowanie sił. Potyczka jeszcze chwile trwała, wreszcie Agent chwycił za amphistaffa i przebił nim jego pana, a węża zabił.

Zostawiłem agenta z Tanną. Pobiegłem zobaczyć co robi Cereanin.
Kilka szyb już stało, a istota leżała wymęczona na ziemi, ciężko dysząc. Przytargał na górę siedem olbrzymich płyt, z których mieliśmy zbudować nowe siedlisko dla stworzenia. Zabrałem się momentalnie za pracę. Pojawił się komunikat o przybyciu Mandalorian, wezwałem ich na górę aby pomogli mi przy dalszej pracy. Trzydzieści procent tkanek stworzenia obumarło. Musieliśmy skończyć jak najszybciej. Ich praca finalnie wymagała kilku poprawek, jednak wykonałem je błyskawicznie. Aparatura zadziałała. Dovin Basal był stabilny. Nas jak i Mandalorian ewakuowano promem wojskowym na krążownik, a z niego wróciliśmy do pałacu.




Tanna chciała od razu załatwić sprawę z porucznikiem, już na wejściu informując odbierających nas żołnierzy w drodze do gabinetu. Powstrzymałem ją. Wewnątrz Sali rozmówiliśmy się z porucznikiem o tym co stało się na Dxun. Poprosiłem go o prywatną rozmowę, zrozumiał o co chodzi. Przez moment obawiałem się, że to może być jakiś podstęp ze strony pana Lionela Ursuma. Jednak ten odwołał już żołnierzy. Mężczyzna przyznał się do wszystkiego. Zdanie, które wypowiedział podsunęło mi na myśl rozwiązanie z Dovin Basalem. Wcześniej myślałem, że być może uda nam się użyć go jak magnesu, że wystarczy przestawić go w odpowiednie miejsce, aby odwrócić anomalie. To chyba jednak zbyt proste. Przez słowa porucznika uświadomiłem sobie, że Yammosk o ile nie będzie mógł go kontrolować – to być może wynegocjuje aby stworzenie wszystko odwróciło. Nie miałem jednak zamiaru zdradzać, że jesteśmy w posiadaniu takiego stworzenia, a jedynie zasugerowałem, że takie istnieje i wiemy gdzie można je znaleźć. Tanna niestety się wygadała i dopowiedziała, że jest u nas na Prakith. Porucznik zaniemówił. Poprosił abyśmy sprowadzili stworzenie najszybciej jak to możliwe i poszedł wydać się w ręce żołnierzy, przyznając do winy i prosząc o miejsce w areszcie. Odprowadzili go z niedowierzaniem.

Późna pora sprawiła, że dopiero następnego wieczoru przybyto po nas abyśmy udali się na spotkanie z generałem. Ten znał już całą sytuację. Porucznik musiał mu wszystko klarownie rozrysować. Temat zszedł na Yammoska – starałem się delikatnie, wycofać ze stanowiska, jakoby miał być w naszej bazie. Powiedziałem, że przenieśliśmy to stworzenie z naszej placówki po tym jak mnie torturowano i próbowano wydobyć ze mnie informacje na jego temat. Zaznaczyłem również, że Yammosk jest jednostką przyjazną, nieprzychylną Yuuzhan Vongom. Do tego wolną, działającą jedynie z własnej nieprzymuszonej woli. Generał zaproponował aby sprowadzić go na Dxun, przy okazji zbadać oba stworzenia. Zaznaczyłem, że Yammosk nie może być traktowany jako eksponat naukowy. Onderon wiąże z nim jednak jeszcze inne nadzieje. Nasze działania na księżycu skończą się regularną inwazją na planetę. Onderon nie ma teraz szans, nie ma sił na stawianie oporu. Stąd Porucznik obmyślił plan, aby spróbować użyć Yammoska jako broni przeciw nadciągającej flocie – choć brakowało nam danych jako weryfikacje jego możliwości pod tym kątem, być może jest to… niebezpieczny choć wykonalny plan, trzeba rozmówić się z nim samym. Ja nie mam zamiaru nakłaniać go do niczego, na co nie będzie miał ochoty. Usilnie postaram się go jednak przekonać aby rozdzielił atmosfery.

Innym poruszonym tematem był agent. Nasza opinia o jego wolności. Wyraziłem swoje zdanie, że aktualnie agent… powinien być wolny. Generał obawia się, że po wojnie agent może próbować przejąć władzę ponownie. Jest nam potrzebny wolny. Szczególnie jeśli dojdzie faktycznie do użycia Yammosk. Bo być może będzie trzeba usunąć jego odpowiedniki z floty nieprzyjaciela. To tyle… jednak generał w jakiś sposób mi się nie podobał… Jego twarz, praktycznie nie istnieje. Zapewne rana wojenna. Jedyne co jest pozostałością po twarzy to zęby. Coś w nim mi się nie podobało. Nie wiem co. Nie potrafię tego określić.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Nie ufam Generałowi. Nie potrafię sprecyzować dlaczego. Bardziej... byłbym w stanie zaufać dziś Porucznikowi siedzącemu w celi.

Nie jestem pewien czy ja i Tanna powinniśmy lecieć z Yammoskiem na Onderon. Być może ochraniać go powinien, ktoś o większych umiejętnościach. Na przykład Siad i Fenderus.

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Twarde negocjacje

Postautor: Tanna Saarai dodano: 18 maja 2017, 10:46

Twarde negocjacje
Prakith


1. Data, godzina zdarzenia: 18.05.17 godz. ok. 00:00-02:30

2. Opis wydarzenia:
Późnym wieczorem Mistrz Bart wezwał pod swoją kwaterę dostępnych uczniów; zgłosiłam się ja oraz Padawan Bar’a’ka, który dotarł, gdy Mistrz przekazał mi informację od agencji federalnej. Ci przesłali wiadomość zaadresowaną do „P” – zapewne chodziło im o Padawanów – oraz koordynaty. Natychmiast udaliśmy się do M-Winga. Zaopatrzyłam się w granaty termiczne oraz pistolet SE-14r. Wyruszyliśmy.

Koordynaty wskazywały małe miasteczko w kwadracie F-2. Nie było tam jednak odpowiedniego miejsca do lądowania, więc musiałam je znaleźć. Udało mi się to dopiero spory kawałek od miejsca docelowego; dalej udaliśmy się transportem podmiejskim.

Powitali nas funkcjonariusze, nie przedstawili się – później wyszło, iż jeden z nich nazywa się Gordan Visales. Po, chyba już dla nich standardowym, wstępnym obrażeniu nas przeszli do konkretów; budynek, przed którym się znajdowaliśmy został odcięty od sieci elektrycznej, a w środku działo się coś niepokojącego – agenci nie potrafili określić konkretnie, co. Dodali, iż znajduje się tam dwójka ich agentów, którzy prowadzili transmisje propagandowe o „mocowładnych” w HoloNecie. Wraz z Padawanem Bar’a’ką zapoznaliśmy się z jednym z takich filmów, wiedzieliśmy już, kogo mamy szukać. Następnie, gdy tylko agenci zdjęli blokadę, weszliśmy do środka.

Śmierdziało… Strasznie śmierdziało. Swąd spalonych kabli wypełniał całe pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy. Niedziałający prąd przykrył całe pomieszczenie płaszczem ciemności, przez które przebijały się jedynie kontrolki wygasłych konsol.
Ostrożnie ruszyliśmy przed siebie i już po chwili natknęliśmy się na ciało; widok był straszny. Z głowy denata nie pozostało za wiele; prawdopodobnie oddano w nią strzał z blastera, z bliskiej odległości. Ominęliśmy ten przykry widok i udaliśmy się korytarzem do następnego pomieszczenia. Tam czekał już na nas sprawca całego zamieszania.

W środku znajdował się mężczyzna, w średnim wieku, odziany w wysokie, skórzane bury, brązowe spodnie, najzwyklejszą koszulę i czarną kurtkę; brązowe oczy, zawadiackie spojrzenie… Trzymał lufę przy skroni czarnoskórego agenta, który nim został zakładnikiem prowadził wspominane wcześniej transmisje w HoloNecie. Ów agent nazywa się Dexar Sunfell.
Napastnik był łowcą nagród, wynajętym przez siwego mężczyznę w czerwonej szacie; tyle udało nam się z niego wyciągnąć – Padawan Bar’a’ka podejrzewa Kult, z oczywistych powodów; akcja była wymierzona ściśle w nich. Z początku, zapewne by próbować nas zdominować w całej sytuacji, chełpił się tym, co zrobił i zapewniał, że przy okazji naszego ruchu Pan Sunfell podzieli los Kalamarianina. Sam jednak chyba nie był przekonany do swoich słów, gdyż Padawan Bar’a’ka wielokrotnie zmieniał miejsce, w którym się znajdował, co chwila przesuwając się o parę kroków w prawo, czy lewo. To wzbudziło moje zainteresowanie; wyszłam z założenia, że napastnik zdaje sobie sprawę z beznadziei sytuacji, w jakiej się znalazł, poszłam, więc tą drogą. Współpraca z Padawanem Bar’a’ką poszła świetnie; bez ustalenia jakiegokolwiek planu działania, uzupełnialiśmy się w naszych „negocjacjach” perfekcyjnie. Gdy ja zaczęłam grać „złego glinę” on przyjął rolę tego łagodnego. Napastnik zaczął powoli być nieco zdezorientowany. Wystosował swoje żądania, próbował kreować się w sytuacji, jako osoba posiadająca władzę, co szybko zbijałam uświadamiając mu, iż jego żądań nikt nie spełni, a on sam nie opuści tego pomieszczenia żywy, chyba, że wypuści zakładnika i jako łowca nagród zmieni stronę; co często jest dla nich naturalne. Padawan Bar’a’ka wtórował mi w rozmowie z napastnikiem, co raz dorzucając cenne uwagi i spostrzeżenia, które nie uchodziły uwadze mężczyzny. Padawan przedstawił nas, jako łowców nagród, wynajętych przez policję do zbadania sytuacji w budynku. To dawało nam świetną przykrywkę do grania nieprzejętych losem Pana Sunfella oprychów.
Być może wszystko skończyłoby się pokojowo i bez jednego wystrzału, gdyby nie zaskoczył nas współpracownik naszego porywacza.

Wbiegł do pomieszczenia nie wiadomo, kiedy, od razu rozpoczynając ostrzał. Pierwszy pocisk świsnął mi koło ucha, gdy ciało zareagowało szybciej niż umysł i w naturalnym odruchu wspieranym przez kontakt z Mocą ocaliło mi życie. Odpalony miecz świetlny w sekundzie znalazł się w mojej dłoni, obróciłam się w kierunku nadbiegającego korytarzem drugiego porywacza. Ten był jednak sprawnym strzelcem; seria, którą oddał w moją stronę była szybka… Na tyle szybka, by nie udało mi się odbić wszystkich pocisków i choć umknęłam przed tym, który przedarł się przez moją zasłonę, drasnął mnie w lewe przedramię. Siła, z jaką się to stało zatoczyła mną i posłała na pobliską konsolę. Napastnik nie przerywał ostrzału; wszystkie jednak bolty sprawnie odbijałam, podnosząc się na nogi. Po chwili byłam już w zasięgu swobodnego ataku; szybki młynek przed oczami napastnika, który zmusił go do odchylenia się, przejście w cięcie horyzontalne i głowa mężczyzny toczyła się już po schodach. Sai-Cha – ostatecznie i sprawnie… Być może dało się tego uniknąć, w tamtej chwili jednak zadziałał instynkt przetrwania…
W tym samym czasie Padawan Bar’a’ka zmagał się z naszym wcześniejszym rozmówcą. Poradził sobie bardzo sprawnie, pozbawiając mężczyznę całej lewej ręki. Na jego nieszczęście, w tym samym momencie napastnik, z którym się mierzyłam, a właściwie jego ciało, opadł na ziemię oddając ostatni strzał, który drasnął lewe biodro Padawana. To jednak oderwało go od walki na ułamek sekundy, gdyż niemal natychmiast jego ostrze ponownie znalazło się przy łowcy nagród. Ten jednak celował już pistoletem w Pana Sunfella.
Mimo wszystko jego szanse były marne. Osłabiony przez nagłą utratę lewej kończyny górnej, z Padawanem Bar’a’ką, który starał się posłać go uderzeniem kinetycznym na najbliższą ścianę i wycelowanym z mojej dłoni, nastawionym na ogłuszania, blasterem… Spróbował swoich sił i oddał strzał w kierunku Pana Sunfella – niecelny. W tym samym momencie ja oddałam swój – prosto w cel. Mężczyzna padł nieprzytomny, gdy impuls sparaliżował jego układ nerwowy.
Jednak pocisk wystrzelony z jego pistoletu zmierzał niebezpiecznie w moim kierunku. Upadłam, więc na prawy bok, lekko nadwyrężając swoją lewą nogę, przy lądowaniu zabezpieczając się prawą ręką… Pocisk śmignął koło mojej głowy i uderzył w ścianę, sypiąc nieprzyjemnie gorące szczątki pomieszczenia do mojego ucha.
Oczywiście wszystko działo się w ułamku sekundy… Tylko refleks i szkolenie Jedi ocaliło mi życie w tamtym momencie.

Sytuacja zdawała się opanowana. Padawan Bar’a’ka zamierzał właśnie wezwać stojących przed budynkiem agentów, gdy do pomieszczenia niespodziewanie wpadł droid – jak się później okazało policyjna ochrona, przydzielona Panu Sunfellowi; policja powinna chyba jednak popracować nad systemami zabezpieczeń, gdyż droid miał prawdopodobnie wyczyszczoną pamięć i zamierzał zabić wszystkich w pomieszczeniu.
Pociski dosłownie nas zalały, dodatkowym utrudnieniem były rykoszety… Jeden z takich potężnie uderzył mnie w plecy. Znów masa szczęścia; gdyby był to strzał bezpośredni, przeszedłby na wylot.
Padawan Bar’a’ka również ucierpiał w tym starciu, jednak nie na tyle poważnie, by powstrzymało go to przed pokonaniem droida, który chwilę później padł na ziemię.

Tym razem sytuacja została opanowana…
Padawan wezwał wsparcie i po chwili w pomieszczeniu pojawił się funkcjonariusz Gordan Visales, który nie mógł wyjść z szoku, gdy zobaczył pobojowisko. Faktycznie… wyglądało to nieciekawie. Pomieszczenie zostało rozniesione na strzępy, wszędzie walały się fragmenty ekranów, konsol, umeblowania… Ściany czarne i pełne dziur zdradzały mniej więcej przebieg całego zdarzenia…
Pan Visales wezwał pomoc medyczną i udał się do porywacza. Niestety w toku potyczki z droidem zabłąkany pocisk musiał zakończyć jego żywot… Wielka strata. Umniejsza ją jednak fakt, iż Padawan Bar’a’ka znalazł przy martwym już porywaczu datapad, który po dłuższej konwersacji zdecydowaliśmy się oddać, by policyjni specjaliści dokładnie go zbadali – wyniki nam prześlą. W starciu ucierpiał również Pan Sunfell, który stracił prawą rękę, również od zabłąkanego pocisku.
Przybyłe służby medyczne zajęły się naszymi ranami, gdy równocześnie zdawaliśmy relację z zajścia Panu Visalesowi. Następnie zaproponowano nam transport do szpitala, z którego skorzystaliśmy. I tak nie byłam w stanie pilotować M-Winga, po którego ktoś musi się niezwłocznie udać.

Odpoczynek w szpitalu był przyjemną odskocznią.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Brak

4. Autor raportu: Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 824
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość