Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Angar Makkaru dodano: 10 lis 2016, 12:47

Czarna straż


1. Data, godzina zdarzenia: 03.11.16, 19:45-23:00 / 07.11.16, 20:00-00:45

2. Opis wydarzenia:

   Zabrałem się z Redge'm do myśliwca i polecieliśmy w stronę Mustafar. Nie byłem pewien, co tam znajdę, ale spodziewałem się pustki, kupy gruzów i szczątki informacji - to co pozostało po dawnej placówce Jedi. Lecieliśmy z dwie albo trzy doby. Gdy dolecieliśmy, Redge kazał mi wysiąść, oznajmiając, że niestety ze względu na to, jaką misję mu powierzono (opieka kryształu, który swoją drogą, mam nadzieję zabezpieczył przed włożeniem sobie w d...), nie będzie mógł mi towarzyszyć. Placówka wydawała się z zewnątrz na dawno opuszczoną. Ewidentnie nikt tam nie zaglądał przez ostatnie cztery tysiące lat. Gdy wszedłem do środka, o dziwo, stały tam regularne meble - nowe. W ogóle nie pasowały do wyglądu zewnętrznego. Wkrótce po tułaczce po bazie, natrafiłem na dwie zamaskowane postaci. Do jednej wrócimy potem.

   Sprawa wyglądała tak, że jeden z nich, wyposażony w podwójne ostrze; reprezentował tutejszą grupę i "wyganiał" tego drugiego (o którym będę później wspominał). Obydwaj ewidentnie mieli odmienne interesy.    Nie zdołałem się dowiedzieć więcej, ale dwaj faceci, walczący między sobą mieczami świetlnymi to niecodzienny widok. Tubylec zaproponował mi, żebym pomógł mu wygonić stamtąd obcego, ale ja w głębi czułem, że źle bym postąpił. Mogłem też pomóc temu drugiemu, obezwładniwszy "podwójniaka". Dość nieudany fortel w postaci poparcia tubylca spowodował, że od razu obydwaj - ja i "intruz" padliśmy pod gradem jego ciosów. Był szybki, a do tego podwójne ostrze dawało mu przewagę.
Starcie było przegrane - to było pewne. Mój towarzysz padł pod naporem uderzeń, a i ja ledwo trzymałem się na nogach. Z perspektywy czasu wiem, że postąpiłbym inaczej, ale sama ich obecność trochę mnie zdezorientowała.
   Za chwilę później, do pomieszczenia wbiegło trzech komandosów. To zdezorientowało mnie jeszcze bardziej. Kompletnie zgłupiałem - nie wiedziałem co miałem robić. Z jednej strony nie byłem na początku pewien, czy nie przyszli wyrżnąć wszystkich. Później dopiero, gdy dołączyli do nas w sali, zaczęli osłaniać swoim ogniem. Tubylec ewakuował się, a ja - jak kompletny głupiec - rzuciłem się za nim w pogoń. Myślałem, że jeszcze zdołam go dogonić, obezwładnić, ale to on obezwładnił mnie. Jeden cios - przebicie na wylot - spowodowało, że padłem na ziemię. Byłem gotowy na najgorsze, ale gdy imperium zaczęło się ewakuować, dopadł ich.
Potem wrócił do mnie i opatrzył moje rany - dość niezdarnie, ale cholernie praktycznie.

   Straciłem przytomność. Obudziłem się potem w placówce tubylców. Okazało się, że wpadłem w cholerne gówno po uszy. Byli to Czarni Strażnicy; "zakon" zrzeszający "wiedzowych" fetyszystów. Wszelka wiedza była dla nich najważniejsza. Zostałem "powitany", będąc przykutym do prowizorycznego tapczanu. Bazę mieli wyjątkowo czystą.
   Postawili sprawę jasno; pozwolą mi żyć, jeśli tylko pomogę im zgłębić tajemnicę Holokronów, które zgromadzili - głównie z miejsca, do którego poleciałem na początku. Oczywistym jest, że nie miałem zamiaru im pomagać, ale nad sumieniem zagórował instynkt przetrwania. Aby upewnić się co do moich umiejętności, dali mi holokron, którego zawartość traktowała o formach walki mieczem świetlnym. Udało mi się go uruchomić, Strażnicy sprawdzili podstawową wiedzę zawartą w Holokronie i nie pozostało mi nic innego, jak pogodzić się z życiem wśród nich. Nadal sumienie stawiało opór - to byli w końcu moi oprawcy; pomoc im nie przyniesie mi żadnego pożytku, prócz wiedzy, której i tak nigdy nie wykorzystam - bo w końcu przybili mnie do łóżka.
Wydawali się nie być wrogo nastawieni, ale skrywał to płaszczyk pozorów. Ich przywódca, zwany Maruderem, kazał przyprowadzić "jeńca". Złapali jakiegoś przypadkowego kolesia, Ashli ducha winnego. Oczywiście powiedzieli mu, że zabiorą go do domu; będzie bezpieczny i wróci do siebie. W istocie, najpewniej wrzucili go do lawy - tak jak moje wszystkie rzeczy.
   Finalnie, kazano mnie zaciągnąć do swojego nowego lokum. Z racji, że trochę im nawtykałem, zostałem potraktowany jak gówno - pociągnęli mnie po podłodze i przykuli do łóżka w czymś w rodzaju sypialni. Stały tam piętrowe łóżka, nawet stolik z krzesłami. Byłem wycieńczony, więc nie pozostało mi nic innego jak przeklinać ich działanie, przeklinać ich samych. No i zasnąć.


   Nie pamiętam, ile czasu minęło, od kiedy spałem. Gdy się przebudziłem, zebrała się ich grupa wokół mnie. Leżałem już na pryczy, a nie pod nią, a moje stare ubrania zamieniono na ich łachmany. Był czas, w którym pierwszy z nich, miał mieć przeprowadzoną sesję ze mną i Holokronem. Wszyscy byli zaciekawieni tego, jak to się wszystko potoczy. Wyrażałem braka chęci współpracy - czym przypłaciłem ze strony tego samego tubylca, z którym walczyłem, obcięciem kończyn dolnych i przysmażeniem paluchów na frytę. To jednak było nic w porównaniu do tego, co działo się wewnątrz mojego organizmu. Dostałem odmy płucnej.    Było pewnym, że nie pociągnę długo bez opieki medycznej. Wezwanie lekarza i przeszczep nie wchodziły w grę - tutaj trzeba było mieć konkretnego dawcę, a ze znalezieniem takiego byłby pewien kłopot. Poza tym, mam małe problemy z sercem. Kwestia wykitowania to tylko parę dni, więc trzeba było coś wykombinować. Przyniesiono mi kroplówkę, a potem dano holokron zawierający zapiski uzdrowiciela. Miałem proste zadanie - zgłębić wiedzę z tego holokronu i zapewne "wyzdrowieć. Technicznie cieżko było to zrobić, bo sam nigdy wcześniej czegoś takiego nie ćwiczyłem. Mimo to postanowiłem spróbować - innej drogi nie było. Dwie próby - żadna nie przyniosła rezultatu. Byłem po prostu za mało wtajemniczony. Po drugiej próbie, rozległ się wybuch. Coś grzmotnęło w budynek. Ściany się trzęsły. Tuż po nim nastąpił kolejny wybuch, i kolejny. Sufit zaczął się walić na łeb. Czarni strażnicy szybko zaczęli uciekać, zostawiając mnie z holokronem na pewną śmierć. Musiałem coś wykombinować. O ile jedną rękę udało się wyzwolić, druga była cały czas przykuta.
   Na początku próbowałem się wyszarpać - uderzałem kajdanem o ścianę; próbowałem wyrwać ze ściany. Nie wiedząc, co robić, czekałem na śmierć. Przez bite cztery godziny budynek walił mi się na głowę, pod gradem uderzeń pocisków artyleryjskich. Gdy nastała ciemność, wpadłem na genialny pomysł. Spróbowałem oderwać kawałek obciętej protezy, by skonstruować prosty, prowizoryczny klucz. W tamtym momencie rozpoczęła się walka o życie - moje życie. Kolejne parę godzin siłowałem się ze stalowym elementem - W pewnym momencie po prostu straciłem rachubę. Nie wiedziałem co robię, byłem wyczerpany.

Nie pamiętam nawet jak to zrobiłem, udało się mi otworzyć, wyczołgać się na zewnątrz i wsparty na jedynej protezie. Znaleźli mnie szturmowcy, którzy wezwali transport, gdy tylko usłyszeli, że jestem Jedi. Darłem się o tym do nich ostatkiem sił w płucach.

Obudziłem się dziewiętnaście godzin po tym, jak mnie znaleziono. Ten sam scenariusz co z Onderonu: Byłem półżywy, bez nóg, z odmą, sercem, w które trzeba było wstawić rozrusznik.
Gdy się finalnie obudziłem, spostrzegłem dwóch imperialistów i jednego żołnierza - byli to kolejno: kapitan, dywersant i starszy szeregowy. Postawili sprawę jasno (jak zawsze z resztą). Chcieli mnie uzdrowić - na co się z góry nie zgodziłem. Nie chciałem dopuścić do tego, żeby kolejnym wielkim kosztem składano mnie do kupy - o ten jeden raz za dużo. Miałem po prostu dosyć. Ciężko mi jest żyć ze świadomością, że już zawsze będę ćwierć-człowiekiem. O dziwo jednak, przedstawiciel Imperium nie chciał pieniędzy. Podyktował jeden warunek:

"Zaopiekujemy się panem, jeśli tylko Nowa Republika zrzeknie się praw do Mustafaru"

Szczerze myślałem, że ich popierdoliło. Nikt nie jest wart... planety. To za duża cena jak na to. Wprawdzie, z Imperium pozostała garstka ludzi, ale nie zmienia to faktu, że planeta, która może być doskonałym źródłem zasobów na odbudowę po inwazji, wejdzie we władanie... Imperium. Tego samego Imperium, które ponad dwie dekady temu lałem po pysku. Pomoc wrogowi to zdrada.
Cóż. Miałem też drugi wybór - po prostu umrzeć. Imperium wysłałoby moje zwłoki do was i sprawa nie byłaby nawet poruszana. Postanowiłem skontaktować się z mistrzynią, jako moim bezpośrednim zwierzchnikiem. Zamiast tego, odebrał Aurbere. Również nie mógł uwierzyć w to co słyszał. Planeta to za duża cena. Nie chodziło tylko o samą świadomość tego, że Nowa Republika straci planetę, której i tak nie pożytkuje, a o problem ze zorganizowaniem tego. Nie sierżant, a tym bardziej ja, mogliśmy decydować o losach... planety. Trzeba było złożyć odpowiednie wnioski, poruszyć admiralicję a potem skierować wniosek do senatu. To wiązałoby się z co najmniej paromiesięcznymi procesami, żeby w ogóle dotarło to do góry. Imperium zasugerowało, żebyśmy załatwili to w krótszym czasie, bo po prostu nie muszą mnie utrzymywać przy życiu - to i tak ich hojność. Dali nam 10 dni. Od siódmego dnia, jedenastego miesiąca - tylko 10 dni. To i tak za mało czasu, ale powyższe sprawozdanie, ma niejako przedstawić moją sytuację i zachęcić do podjęcia decyzji.

Osobiście uważam, że nie jestem tego wart. Zżarłoby mnie sumienie, z wiedzą, że oddaliśmy terytorium staremu wrogowi - bo to ani sojusznik, ani prawdziwy wróg; w erze, w której naszą cywilizację czeka zagłada. To poświęcenie może być też marnotrawstwem - bo co z tego, że mnie wyleczą, jak mogę umrzeć... parę tygodni później w wyniku ran, czy po prostu gdy moje mechaniczne trzewia odmówią współpracy. Nie wiem jaką mam podjąć decyzję. Chciałbym, żeby ta kwestia pozostała załatwiona - żebym mógł w razie braku zachęcenia - odejść w pokoju.

Jeśli nie dojdzie do transakcji, chciałbym z tego miejsca... podziękować wam wszystkim. Gdyby nie wy, moje życie wyglądałoby pewnie gorzej - umarłbym w samotności, na starość, a tymczasem, otrzymałem od was lekcję życia. I za to wam szczerze dziękuję. Nie twierdzę, że beze mnie Galaktyka będzie lepszym miejscem, ale nie wiem, czy potrafiłbym ją poprawić bardziej niż jej zaszkodzić. Odpowiednie sprostowanie opublikuje się samo, jeśli zdecydują się mnie odłączyć.

Dziś jest już dziesiąty dzień... mamy jeszcze czas do szesnastego włącznie. Obyście podjęli rozsądną i przemyślaną decyzję.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Czarna Straż uciekła do jakiegoś "drugiego punktu zbornego". Tam najłatwiej będzie ich znaleźć, choć szczerze nie wiem, gdzie to jest. Jeśli Imperium zdecyduje się ich atakować, niech ma na uwadze, że są w posiadaniu cennej wiedzy Jedi. Gdyby udało się coś zachować, Zakon byłby wdzięczny.

4. Autor raportu: Padawan Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Angar Makkaru
Były członek
 
Posty: 498
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Lokalizacja: Prakith
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 12 lis 2016, 14:52

Podążając szlakiem Jedi

1. Data, godzina zdarzenia:
03.11.16, 19:45-23:00
07.11.16, 20:00-00:45
11.11.16, 19:45-01:00

2. Opis wydarzenia:

Wpis poprzedza upoważnienie nadane przez Rycerza Fenderusa, wraz z jego personalną sygnaturą cyfrową.


   Wasz uczeń, Angar Makkaru, przyleciał do dawnej enklawy Jedi na Mustafar w chyba najgorszej możliwej chwili. Gdy otworzył drzwi głównej sali, zastał wewnątrz dwóch uzbrojonych w miecze świetlne Czarnych Strażników walczących już od kilku godzin na śmierć i życie. Nie mógł wiedzieć, że stara placówka Zakonu od długich lat była siedzibą jednego z Maruderów Straży, a brak tej wiedzy przypłacił później ciężkim kalectwem.

   Dlaczego walczyliśmy? Czarna Straż nie jest organizacją o scentralizowanej strukturze, jak wasz Zakon. Każdy jej członek, który dożyje zaszczytu objęcia stopnia Marudera otrzymuje zupełną wolność przyjmowania nowych uczniów, nauczania ich na swój sposób i zarządzania ich czasem. Maruderzy bywają różni, toteż między podległymi im grupami istnieją zasadnicze różnice, co rodzi konflikty. Taki właśnie konflikt od lat występował między grupą moją, a mojego śmiertelnego wroga. Na Mustafar wróciłem ledwie kilka godzin przed przybyciem waszego Jedi. Zastałem moją placówkę zupełnie opustoszałą, splądrowaną i w opłakanym stanie. Zniknęło wszystko: holokrony Jedi, piec hutniczy do kryształów, nawet część narzędzi używanych do produkcji mieczy świetlnych. Kontakt radiowy z moją grupą i Maruderem urwał się już kilka dni wcześniej, a zastana w enklawie pustka tylko pogłębiła moje obawy. Nie zdążyłem nawet zaplanować mojego następnego ruchu, gdy pojawił się on, Sługa z drugiej grupy. Nie mam pojęcia, jak się nazywał, nie wiem jakiej był rasy ani jak wygląda (bądź wyglądała) jego twarz. Nie zdążył nawet nic powiedzieć, nim włączył swój podwójny miecz świetlny by stanąć ze mną do walki. Było to najtrudniejsze kilka godzin w moim życiu, rozpaczliwie broniłem się przed ciosami obu ostrzy, próbując zaplanować jednocześnie możliwie bezpieczną ucieczkę.

   W sam środek tego zamieszania wpadł wasz Jedi. Jego nagłe pojawienie się przerwało naszą walkę, dając mi choć trochę czasu na regenerację sił. Uczeń był widocznie zdezorientowany, nie wiedział co się dzieje. Mając przed sobą dwóch podobnie ubranych, zamaskowanych ludzi nie wiedział co począć. Początkowo chciał przyjąć neutralną postawę, powiedział że przybył do enklawy tylko po wiedzę o dawnych Jedi, a nasza walka niewiele go obchodzi. Mój przeciwnik szybko postawił jednak sprawę jasno - Jedi mógł pomóc mu w zabiciu mnie lub odlecieć z Mustafar, zapominając o wszystkim. Wywiązała się między naszą trójką dłuższa rozmowa, obustronne próby przekonania Jedi do swoich racji (mój przeciwnik próbował przekonać go, że nie jest odpowiedzialny za nagłe zniknięcie mojej grupy, a tylko wykorzystał ten fakt, by przejąć naszą placówkę; w ten sposób chciał mu przekazać że to ja jestem intruzem we własnej enklawie, a on się broni), przerzucanie się argumentami i wyzwiskami, aż ostatecznie waszemu uczniowi pozostał wybór: mógł mi pomóc, a potem swobodnie przeczesać opustoszałą enklawę lub pomóc mojemu przeciwnikowi, który obiecał zabranie Jedi do siedziby swej grupy, gdzie otrzymałby dostęp do zrabowanych holokronów Jedi. Uprzedziłem Makkaru, że to pułapka i nie miałby szans z grupą wrażliwych na Moc, uzbrojonych Strażników.

   Jedi dokonał wyboru. Podszedł do mego przeciwnika, ogłaszając że nie będzie przeszkadzał nam w walce. Ten nie potrzebował ani słowa więcej, by znów rzucić się w moją stronę. Nie zdążyłem nawet przyjąć odpowiedniej postawy, by sparować jego pierwszy cios, gdy Jedi włączył swój miecz świetlny. Ciął prosto, celując w plecy drugiego Strażnika i... nie trafił. Wywiązała się walka, w której radziłem sobie dużo gorzej niż samodzielnie. Dwa razy musiałem zatrzymać miecz tuż przed plecami waszego Jedi, a przeciwnik zdołał przebić mnie jednym ze swych ostrzy i poranić drugim ucznia. Byłem już wyłączony z walki i leżałem na podłodze, gdy do pomieszczenia wpadli komandosi Imperium.

   Teraz byłem już tylko świadkiem walki która toczyła się wokół mnie. Komandosi byli nieco zdezorientowani, ale szybko uznali mego przeciwnika za największe zagrożenie (zaważyła pewnie liczba ostrzy jego miecza). Zaproponowali Jedi walkę ramię w ramię, jeśli po wszystkim odleci z Mustafar, zostawiając placówkę dla nich. Uczeń początkowo nie chciał walczyć w ogóle, sugerując że nie jest to jego walka, ale wkrótce ruszył w samotny pościg za Strażnikiem, zupełnie ignorując propozycję komandosów. Zaskoczeni tym faktem żołnierze padali jak muchy pod atakami pojawiającego się i znikającego Sługi. Ostatni z ocalałych zabrał mnie na prom, który szybko odleciał z pola walki. Los waszego Jedi był mi zupełnie nieznany.

   Imperium było dla mnie łaskawe. Oficerowie zgodzili się uratować moje wiszące na włosku życie w zamian za informacje o Czarnych Strażnikach. Nie miałem nic do stracenia, nie znalazłem nigdzie mojej grupy, a na powierzchni Mustafar oprócz mojej placówki znajdowała się jeszcze tylko jedna, należąca do grupy mojego wroga. Przekazałem im wszystkie znane mi informacje na ten temat (a nie było ich zbyt wiele, bo nigdy nie odwiedziłem tamtej bazy), powiedziałem ilu wrażliwych na Moc Strażników mogą się spodziewać i w jakim dokładnie miejscu znajduje się ich kompleks. Nie wiem jak wykorzystali te informacje, ale strzępki rozmów zasłyszanych potem w celi każą mi przypuszczać, że przeprowadzili ogromne bombardowanie, nie chcąc ryzykować żołnierzy w starciu z uzbrojonymi w miecze świetlne i Moc Strażnikami. Nie wiem co stało się ze Strażnikami, być może jestem ostatnim z nich. Jeśli tak, imperialne bombardowanie placówki powinno być znane na kartach historii jako druga czystka Czarnej Straży.

   Kolejne dni spędziłem w niemal pustej celi, gdzie nie miałem kontaktu z nikim, prócz regularnie zmieniającego me opatrunki lekarza (a był to kontakt tylko teoretyczny, bo nie mówił zupełnie nic). Godziny odosobnienia spędzałem na medytacji, spaniu i próbach podsłuchania rozmów szturmowców. Ostatniego dnia mojego pobytu tam okazało się, że celę obok zajął wasz Jedi Makkaru. Mocno mnie to zaskoczyło, bo nie wyczułem jego aury nawet podczas medytacji. Zgodnie z jego słowami (nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozmowę) został jedynie kadłubkiem, a Strażnicy wykorzystywali go o otwierania holokronów Jedi. Podejrzewam, że byli na tyle przesiąknięci Ciemną Stroną, że sami nie mogli tego robić. Przeżył bombardowanie, a Imperium wykorzystuje go teraz jako kartę przetargową, chcąc kupić za cenę jego życia całą planetę Mustafar. Chcąc odwdzięczyć mu się za uratowanie mi życia (jego nieco lekkomyślny atak na mojego wroga oddalił zagrożenie śmierci z jego ręki) zaoferowałem mu dowolną pomoc. Polecił mi, bym udał się na Prakith, do miasta Skoth, gdzie miałem spotkać się z sierżantem sztabowym miejscowej policji, by uzyskać kontakt z jego mistrzynią, Elią Vile.

   Imperium pozbyło się mnie, gdy tylko byłem zdolny do wstania z łózka i chodzenia o własnych siłach. W zamian za przekazane im informacje okazali swą wdzięczność poprzez nie zabijanie mnie i wyrzucenie na najbliższej możliwej planecie, Bespinie. Z kilkoma groszami w kieszeni podjąłem się więc mojego karkołomnego zadania, zaczynając swą podróż dość standardowo - od najbliższej kantyny. Dowiedziałem się tam, że istnieje w okolicy tylko jedna firma, która regularnie lata do jądra galaktyki. Na miejscu, w siedzibie tej firmy okazało się, że są to jednak dość drogie loty, bezpośredni przelot kosztowałby około 1000 kredytów. Nie mając nic do stracenia zaoferowałem im pod zastaw swój miecz świetlny. Szef firmy zgodził się na taką wymianę uznając jednak, że wystarczy mu tylko kryształ z jego wnętrza. Wyleciałem niemal natychmiast.

   Lot trwał kilka dni, podczas których choć zregenerowałem nieco siły, nie miałem dostępu do bacty, ani nowych opatrunków. Będąc już w Skoth natrafiłem na dwójkę wyznawców Ashli, którzy zaoferowali mi pomoc w kontakcie z policją, żywność i tymczasowy dach nad głową w zimną noc. Zgodziłem się, nie widząc w nich nic zdrożnego. Wewnątrz ich "świątyni" rozmowa coraz bardziej schodziła na tory religijnego fanatyzmu. Wyznawcy zdecydowali, że nie dopuszczą mnie do komunikatora, ani nie wypuszczą ze "świątyni", bym nie splugawił imienia Ashli współpracą ze skorumpowanymi organami. Zdecydowałem się na ucieczkę i zdołałem nawet dotrzeć do korytarza prowadzącego na zewnątrz, gdzie dotkliwie mnie pobili. Krzyczałem, chcąc uzyskać jakąkolwiek pomoc. Ta nadeszła w postaci przypadkowego przechodnia, który słysząc rozmowy fanatyków wezwał policję. Oprawcy uciekli, pozwalając mi tym samym na opuszczenie ich budynku. Na zewnątrz czekali już funkcjonariusze.

   Trafiłem na posterunek miejscowej policji, gdzie po złożeniu zeznań w sprawie fanatyków udało mi się przekonać sierżanta sztabowego do porozmawiania ze mną w cztery oczy. Sierżant, uznając mnie za potencjalnego szpiega Imperium zachował wielką ostrożność, ale pozwolił mi na kontakt z Jedi przez komunikator. Honorowy adept Jedi (a przynajmniej tak jego pozycję wytłumaczył mi później aqualish Jedi) postanowił, że nie jest to rozmowa do przeprowadzenia w ten sposób i należy mnie przetransportować do waszej bazy. Spędziłem około godzinę w policyjnej celi (o krwawe szczegóły należy pytać aqualisha Jedi, gdyż nie wiem czy jestem upoważniony do udzielania takich informacji), po czym udałem się z honorowym adeptem do waszej bazy. Na miejscu przedstawiłem nieco okrojoną wersję powyższej historii aqualishowi Jedi, który przedłużył mój pobyt w waszej bazie, dał mi uprawnienia do napisania tego raportu i pozwolił na skorzystanie ze zbiornika kolto, za co jestem szczególnie wdzięczny.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Zdałem aqualishowi Jedi moją bezużyteczną broń, by nie wyglądać groźnie w oczach tutejszych Jedi. Kryształ pozostaje własnością firmy transportowej, która byłaby skłonna oddać mi go za 1000 kredytów. Nie uważam, byście byli zobowiązani do zapłacenia tej kwoty, w końcu przyleciałem tu by spłacić zaciągnięty pośrednio u was dług.

4. Autor raportu: Elitarny Sługa Czarnej Straży, Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 13 lis 2016, 23:39

Szlakiem przeszłości

1. Data, godzina zdarzenia: 28.10.16, 20:00-3:00, 29.10.16, 17:30-19:30

2. Opis wydarzenia:

Cel podróży był jasny... dzięki ocalałym znaleziskom archeologów, co ich uratowaliśmy z Naiivem, udało się znaleźć dane miejsca, które były podobno postojem pierwszych ludzi szukających swojej “ziemi obiecanej” w postaci Prakith. Had Abbadon, Głębokie Jądro... I jakiś punkt na mapie tej nieznanej planety. Ale kogo i skąd Voliander zawiózł na Prakith jak “zakładał” planetę, to nikt nie wiedział, a ja nie spodziewałem się tam niczego pozytywnego.


Obrazek
Nie zawiodłem się. Ominę paskudne powietrze... raz lodowate, raz duszne jak powiewało z odmętów lawy. Warunki okropne, zwłaszcza na Aqualisha, czułem, że zejdę. Budynek niepodobny do niczego, poza tym, że zrośnięty pył i kurz został nowym tynkiem. Musiałem iść naprzód...żeby się wydostać z tego paskudnego środowiska.

I tam przeżyłem pierwszy horror. Cała horda zjaw... w szatach i maskach, bez twarzy, nieznana i tajemnicza. Niematerialne zjawy... i materialne ciała czegoś zmutowanego. To przypominało humanoidów tylko przez posiadanie kończyn. Zjawy grzebały w zwłokach... wyjmowały organy... niektóre jakimś cudem wyglądały jak jeszcze ciepłe i żywe. NIC nie miało sensu... okropne, przerażające zjawy i obleśne, zmutowane zwłoki w miejscu nietkniętym przez 5000 lat w optymistycznym scenariuszu. Najobrzydliwsze miejsce na świecie może poza “centrum rozpłodowym” Kultu... ale z kultem mógłbym walczyć, ze zjawami nie. Próbowałem spokojnie rozmawiać, robić za kogoś, co chce tylko poznać to miejsce i spadać... ale nie reagowały. I całe szczęście, bo mogę walczyć z rancorem, ale nie z czymś niematerialnym. Niby jak można to zrobić?!

Szybko poszedłem byle dalej i wiedziałem, że nie chcę tam być dłużej. Ze świątyni nie zostało prawie nic. Pokój obok ocalało pomieszczenie z jedynym całościowym przedmiotem (poza zwłokami)... dziwne świecidełko na postumencie. Nie jestem głupi, widziałem przypadki Vinaxa, Angara i innych. Nie zamierzałem tego dotykać... więc... zamierzałem wymontować podstawę... cały postument... ale nic nie działało, więc pomyślałem, że przeniosę to Mocą… To i tak był błąd. To coś... wystarczyło dotknięcie tego Mocą, żeby zaczęło na mnie oddziaływać. I wtedy zaczął się koszmar. Paraliżowało mnie, nie mogłem się ruszyć... byłem jak w paraliżu sennym. Znacie to uczucie? To nie ból... to nie jakieś cierpienie... ale to straszna bezsilność, nie możesz się ruszyć, wszystko nie ma sensu... masz ciało a nie możesz go użyć, jakbyś stał się sparaliżowanym inwalidą z samym mózgiem. Kto ma wyobraźnię, ten wie jakie to straszne, a kto nie... to i tak nie dotrze. I wtedy zaczęli się pojawiać...
Rycerz Neil… taki jak pamiętam. Mówił tylko o tym, że jest w mojej głowie “zbyt martwy” i nie nada się do nie wiadomo czego. To było dziwne i za krótkie… a widzieć go znowu prawie bolesne.
Mistrz Bart. Jak żywy. Że nie jest do mnie zbytnio dostrojony, nie jest użyteczny i nie będzie pożytku, tylko by przeszkadzał. Żaden z nich nie reagował na moje prośby, żeby użyć mojej holodaty i mi pomóc. Nie mogłem ruszyć ręką... nie mogłem się dostać do kieszeni po nic.
Vinax. Jak żywy, w najgorszym depresyjnym wydaniu.
I Mistrzyni Elia... która mówiła takimi samymi zagadkami. “Trzeba przez to przejść”. Że jej ufam i znam ją... i musi być “łącznikiem”.
A chwilkę potem pojawiła się błękitnoskóra kobieta. Prosiła o pomoc... o przejście przez coś... Że dłużej nie da rady “czegoś”. To był jeden wielki niezrozumiały bełkot.

Ale potem... się zaczęło.




Obrazek
Obudziłem się, jak w innym świecie. Dobrze wiedziałem, że to nie była prawdziwa rzeczywistość. Ale to była wizja? Sen? Fałszywy świat przez kogoś stworzony? Fałszywy świat stworzony jakoś przez to dziwne świecidełko? Nie byłem taki głupi, żeby czuć się w tym dobrze. Musiałem z tego jakoś wyjść i nie wiedziałem, czy to coś niebezpiecznego i jaki ma związek z rzeczywistością. Ale jedno od razu wiedziałem. Byłem na Onderonie... w naszych starych kwaterach. Dokładnie tych samych.

Pojawiła się jeszcze raz ta kobieta. Niebieskoskóra, ale na pewno nie Chiss... miała normalne oczy. Na wasze standardy chyba byłaby ładna, a przynajmniej sympatyczna z wyglądu. Mówiła bardzo spokojnie i ciepło... ale tak enigmatycznie, że z tego wychodziło tylko straszne wrażenie. Mówiła, że to jej wizja... i muszę przez to przejść, żeby jej pomóc. Ale nie wiedziałem, jak tą wizję stworzyła... jak ona działa. Ci z was co mieli kontakt z Volianderem, wiedzą, że to zawiłe i często jeszcze bardziej niebezpieczne rzeczy, niż rzeczywistość. Mówiła tylko, żebym był sobą... i to wszystko.

Wyszedłem na zewnątrz. I zaczęło się... najdziwniejsze doświadczenie. Wszyscy sobie normalnie chodzili i rozmawiali. Widziałem ludzi, których znałem z Onderonu... prawie takich samych. Ale coś tam nie grało. Quear Rycerza Neila nigdy nie widział, Revel nie dożył Durana. Ale tam nie działo się nic złego. Onderon, jaki znałem... bez czasowego sensu... i to w tym było „jeżące skórę” przez tą niby normalność. Coris jak żywy, wzorowy Quear dupek, fajny, rozgarnięty, błyskotliwy i konkretny Xarthes, wzorowa porażka Duran, wykapany Revel, czysty Alain, może nie aż taki w obłokach... tylko Rycerz Neil był inny. Totalnie z innego świata, jak jakaś dziwna dziura w tym czymś. Chciałem skupić się na nim... ale to nic nie dało.

Chciałem szybko usunąć Durana na osobności. Pomyślałem, że taki charakter może namieszać... ale... stało się coś bezsensownego. Moc nie działała. Była... kompletnie czymś innym. Zamiast prostego uderzenia w ścianę, żeby zemdlał... Błyskawice. Bezsensowne, kretyńskie, dziwaczne, to totalnie mnie wybiło ze wszystkiego. Nie miało żadnego sensu i było nie do przewidzenia. Przeraziłem się, że to wyszło z moich rąk. Tym bardziej się przeraziłem, jak mimo tego porażenia Duran się łatwo i lekko pozbierał.

Wszyscy zachowywali się po swojemu. Może trochę ostrzej... wyróżniał się Vinax. Wracał do historii swojego amuletu. Pewnie nie każdy to wie? Kupę lat temu Vinax zaginął po tym, jak dorwał dziwny amulet, co go opętał. Po powrocie do nas... był totalnym wrakiem, przeżył tam jeszcze jakąś dziwną traumę, ale nigdy się nie dowiedziałem o co chodziło. Wtedy... pęknął, zaatakował mnie, prawie odrąbał rękę, zniszczył JP, Mistrzyni Elia i SDK go powstrzymali.

W budynku wszyscy ze sobą rozmawiali. Było spokojnie i normalnie. Najbardziej... inny był Vinax. Zawsze był dziwny, ale tu opowiadał, że ten amulet tak naprawdę dostał od Barta. Próbowałem jakoś naprostować to coś. Nie wiedziałem, skąd się to bierze i co oznacza to “pęknięcie” w tej “projekcji”, ale... wydawało mi się to słuszne. Dowiedziałem się nawet, że nie tylko on, ale też Rycerz Neil uważa, że z Sullust odzyskała go Mistrzyni Elia, bez udziału Mistrza Barta. Mimo wszystko... nikt mu nie wierzył, każdy miał Vinaxa za dziwoląga. No cóż, tak jak wtedy. Mimo wszystko... ta zmiana “scenariusza” była niepokojąca. Obrażony na cały świat Vinax jak zawsze poszedł na dach medytować.

I... wtedy się zaczęło. Ludzie do niego podeszli... on włączył miecz... i zaczęło się tak jak wtedy. Ale... tym razem dużo gorzej. Coris został zaszlachtowany. Duran uciekał chwilę... biegłem tam... ale za późno. Duran padł i umierał jeszcze chwilę. Nie przejmowałem się Duranem, był jednym z najgorszych śmieci jakie znałem. Ale... ta brutalność...

Starałem się coś zrobić. To była prawdziwa, czysta walka... i taka w której najokrutniej było widać, jak to działa. Że w środku walki ktoś może zdążyć odbić twoje dwa ciosy ledwo, ale w międzyczasie pociąć kogoś kto się wcina i go zabić w sekundę. Dostałem wsparcie Xarthesa, reszcie kazaliśmy wiać. Większość nie miała mieczy, albo była na poziomie Kelisei i Lianna. Vinax nie miał szans... ale byłem kiepskim wsparciem dla Xarthesa. Zawsze słabo szło mi w walce w grupie, a od Vinaxa byłem słabszy. Strasznie się nam przeciągała walka. Vinax nie miał szans... ale walczył bardzo długo. W międzyczasie Vinax zdążył od nas odskoczyć. Niektórzy Adepci się nie chowali. Rael i Graggnik zginęli... wystarczyło żeby Vinax od nas odskoczył by rozszarpać wyposażonych w ręce zwierzaków. Może byli debilami, ale na to nie zasługiwali... i najstraszniejsze było, jakie to było... proste. Po prostu zdechli, ale musieliśmy walczyć dalej, nie było czasu spojrzeć na trupa... pomyśleć o martwym Graggniku... trzeba było go zatrzymać. To w tym było najokrutniejsze. Walka była długa i bolesna... ale go w końcu za bardzo poraniliśmy i nie mógł dłużej uciekać.

Xarthes chciał go zabić... twierdził, że już nie ma nadziei, że za bardzo mu odwaliło. Starałem się go przekonać. Znacie mnie, wiecie, że mówię prosto, konkretnie i na temat. Próbowałem do nich przemówić, że to przez ten amulet, że mu odwaliło... że przecież w życiu nie mordowałby Adeptów z frustracji. Ale oni chcieli z tym skończyć... że to trwa za długo, że nie ma dla niego nadziei, że odwaliło mu na amen. Pytałem, jaka im różnica czy Vinax będzie w celi bez rąk, czy martwy... przecież nikomu wtedy nic nie zrobi. Ale dla nich było tego za dużo... a Vinax chciał dalej się stawiać, mimo że na nic nie miał siły.

Przekonywałem... gadałem... to, co mówiłem, naprawdę trzymało się kupy. Potrafię rekordowo uderzyć w sedno na poczekaniu i dobrze o tym wiem że tak jest, a tutaj się naprawdę starałem. Ale... Vinax zaatakował znowu, reszta się wściekła, byłem sekundę za daleko... Xarthes go rozpłatał.

A potem... przyszedł Mistrz Bart… i go dobił. Żeby przestał cierpieć. I to chyba było najstraszniejsze. To był... prawdziwy Bart, różnica była delikatna. Powiedział, że to prawda... że to on dał Vinaxowi amulet. I tłumaczył, że był podobno strasznie słaby, tylko drobny test i w najgorszym wypadku silny Adept by wpadł w tydzień wymiotów i to wszystko. Że nie mógł tego przewidzieć i to przez to tak wyszło z Vinaxem, a teraz nie ma nadziei. Mówił, że był zbyt niebezpieczny w takim zrujnowanym stanie. Tłumaczyłem, że wiem, że umie odcinać od Mocy... że dało się coś innego. Ale powiedział... dokładnie to, co Mistrzyni Elia o Giro. Że ktoś w takim stanie mógł nas zdradzić w zwykłym amoku... mógł nas zniszczyć przypadkiem i musiałby zostać więźniem na zawsze... że nie mógłby być nawet sprzątaczem i nie szło co zrobić. Najstraszniejsze było, że to było wszystko... prawdziwe, to był on i to było jego myślenie, ten sam lodowaty pragmatyzm. To było wszystko, co mogło się stać... i to było coś, co zostało w Mistrzyni Elii, na co przykład paliliśmy na dziedzińcu. Bart po prostu wziął Xarthesa na następnego ucznia... i poszedł.

Potem przyszła Mistrzyni Elia... i kazała mi wsiąść w prom i “lecieć dalej”. Dokąd? Nie mówiła. Że “będę wiedział”, czy coś takiego. To było bezsensowne i niezrozumiałe... aż wreszcie na coś wpadłem. Że spróbuję zatoczyć pętlę... polecieć znowu na Had Abbadon i znaleźć się w miejscu, w którym zacząłem. No ale... nie poskutkowało. Gdzieś odpłynąłem... donikąd...




Obrazek
Obudziłem się w nowym miejscu, ale poznawałem budowlę. Nie wiedziałem gdzie to jest... znowu przyszła ta kobieta. Teraz mówiła dużo więcej i mądrzej. Skądś znała Voliandera... i niby ją uczył. Mówiła, że to coś służy “dostrojeniu”... że jest uwięziona w tym krysztale. Ale totalnie nie rozumiałem, co to ma być za “dostrojenie”. Mówiła też, że według niej Voliander jest dobry... cóż, wiemy, że między innymi potrafi być dobry. Cytując... “Przechodzisz przez to, bo jestes w *ich* miejscu. Umarli lub odeszli, ale *to* zostalo. Przenika wszystko. Przenika Twoje wspomnienia, przenika Twoje wizje.” To chyba lepiej pokaże tą dziwną tajemnicę.

Wyszedłem z dziwnego pokoju brudnego od krwi. Szybko to poznałem... Dantooine. Tam szukałem Jedi, ale okazało się, że się wyprowadzili.

Ledwo wyszedłem... zaczęło się piekło. To teraz nie było normalne. Kelan, Aetharn i jakiś trzeci... i Rycerz Neil przywiązany do drzewa. Cały skatowany. Nie można było ROZPOZNAĆ JEGO TWARZY... cały był we krwi... nie widziałem kawałka czegoś zdrowego... Katowali go tam jak zwierzę.

W tym momencie przestało mnie obchodzić, co się dzieje, kto to robi i czemu. Nie było tam nikogo, co dostałby ode mnie kredyt zaufania przy robieniu czegoś tak chorego. Wyjąłem miecz i nie zamierzałem gadać. Nie działało poprzednim razem, jak chcieli zamordować Vinaxa... nie miało prawa działać wtedy. Ale... była ważna różnica. Wtedy byłem przy jakimś zagrożeniu. Tutaj... zbiorowo na pewno byli bardzo dużym, ale pojedynczo żaden nie miał do mnie startu. Fenderus, który pokonał Kelana był zerem przy teraźniejszym Fenderusie. Kelan, Aetharn i ten adept... byłem gotowy porąbać ich wszystkich. To co opowiadali... to było chore. Na Onderonie to co stało się z Vinaxem miało sens, a to co tutaj... nic. Niby byli normalnymi ludźmi... zachowywali się jak normalni... wokół mnie spokojny i śliczny Dantooine... normalne tony, normalne wszystko... normalny Gluppor podnoszący się z rowu i idący z daleka od nas bo hałas. A gadali jak totalni psychopaci z jakiegoś chorego nie wiadomo czego. Że na Mandalorze prawie zabił Uczennicę Elię i Kelana... i nic nie obchodziło ich, że namieszali mu w głowie... Oni nawet nie próbowali go zabić, tylko się nad nim znęcali. Nic nie obchodziły mnie ich wymówki i gadanie do mnie, jak by wszystko było w porządku, ale to było straszne, że zachowywali się jak zwykli koledzy uczniowie... a dookoła ten horror.

W pobliżu był Bart... neutralny i skrajnie pasywny jak zawsze. Ale to też było tam... chore. On jest neutralny i skrajnie pasywny, ale nie wobec Neila. Może być dla was bezduszną gnidą... ale ten facet złamał wszelkie prawa Mocy i dokonał dosłownego cudu natury, żeby go ratować. I nawet on brzydzi się takim chorym znęcaniem... nie stałby tam i nie oglądałby sobie tego od tak. Ale... na mój plus szło to, że on tylko sobie patrzył i byłem tylko z tą trójką.

Znowu chciałem użyć Mocy, żeby posłać ich do diabła i zabrać Rycerza. Ale... znowu nie działało. Nie mogłem dotknąć Mocy. Nie mogłem... zamiast niej... to działało tak, jakbym zniekształcał rzeczywistość i działał bezpośrednio na nich? Nie wiem, nie rozumiem. Była jakaś reguła, musiała być... ale nie rozumiem jaka. Zaczęli się zataczać i krwawić z nosa, jakby uderzyło ich przeciążenie kosmiczne. Ale nie było czasu, żebym nad tym myślał. Zabrałem Rycerza Neila... i w nogi. Ważył jak nie wiem co. Niosłem go na barku... i biegłem. Cały ciężar dorosłego dużego faceta na plecach... i bieg. Dorwałem się do najbliższego statku... on umierał, on tam ledwo żył... cały był we krwi, cały poraniony. Ale mogłem coś zrobić... chciałem odlecieć do najbliższego miasta po pomoc. Ale on umierał... A X-Wing nie chciał ruszyć. Wpadłem na inny pomysł... pobiegłem do ambulatorium i poszatkowałem zbiorniki kolto, żeby go w tym prawie utopić. Nie znam się na leczeniu... nie mogłem go uzdrawiać... Gluppor się przyczepił, ale nie obchodziło go to za wiele. Starałem się go spławić... gadał o tym, że Rycerz Neil jest obiektem do ćwiczeń... że teraz umiera przez moją gwałtowną reakcję... nawet nie chciałem tego słuchać. Po prostu nie chciałem słuchać tego gówna. To wszystko było zbyt obrzydliwe i zbyt chore... a on mi umierał. Gluppor zrzucił na mnie zbiornik, a ja wziąłem to na siebie, żeby osłonić Neila... ale to wszystko było NA NIC. Czułem i widziałem jak umiera... za bardzo go poranili... może mój transport był naprawdę za szybki, NIE WIEM... NIE WIEM czemu to się stało, zrobiłem WSZYSTKO co mogłem... ale zaczął tam umierać... a każde 1 pożegnalne słowo sprawiało tylko że miałem ochotę zarżnąć tych śmieci udających kolegów, którzy torturowali go za to, że KTOŚ go opanował... Wszystko miałem w dupie. Chciałem ich po prostu wszystkich zabić. Po raz kolejny... umarł... a ja spieprzyłem sprawę i źle się do tego zabrałem. Jak ktoś z was nie potrafi zrozumieć, jakie związki potrafią mieć takie “projekcje” z tym co dzieje się w rzeczywistości, to niech nie komentuje tego, jakie to było dla mnie niszczące. Po prostu tego nie komentować, bo ja nie mam ochoty tłumaczyć tych zawiłych rzeczy. Do tego... na własne oczy kolejny raz widziałem, jak mój przyjaciel umiera... całe życie wśród Jedi spędziłem i widziałem jak działy się z nim straszne rzeczy. I znowu stały i znowu nic nie zrobiłem. Jak z Jessą i ze wszystkim innym. Rzygać mi się od tego chciało.

Znowu przyszła moja Mistrzyni... znowu jak z innego świata, znowu żebym “poleciał dalej”... znowu to samo bezsensowne paplanie. Nie miałem na to siły i ochoty... chciałem tylko wyjść z tego... nie oglądać dłużej takiego... gówna... i to wystarczy, nie chcę mówić więcej i nie chcę do tego próbować więcej wracać. Mam dość po opowiedzeniu tego.




Obrazek
Obudziłem się po raz kolejny. Nie chciałem dłużej oglądać tego gówna, nie chciałem tego widzieć. Nie wiedziałem, co mogłem zrobić lepiej, żeby go uratować. Jak mogłem go dostać do tego kolto bez biegu... jak miałem go inaczej przewieźć? Mogłem najpierw zabić tamtych i go ostrożnie zabrać, ale potem mógłby przyjść Gluppor, a Gluppor przy pomocy jakiegoś Aetharna to byłoby dla mnie za dużo. Nie wiem, co mogłem zrobić lepiej. Nie chciałem kolejny raz oglądać tego gówna.

Znowu pojawiła się ta kobieta. Chciałem od niej wiedzieć, co zrobiłem źle, co tam było nieuniknione, czemu oni się tak zachowywali, jaki jest KLUCZ do tego okropnego gówna... do tego strasznego dziwadła... tej sielanki i normalnego Dantooine, moich miłych i fajnych kolegów... i tej totalnej, chorej psychozy co robili... Ale nic nie potrafiła mi powiedzieć.

Miałem znowu iść dalej... ale po co? Znowu oglądać gówno, znowu oglądać psychozę, z której nic nie zrobię? Bałem się, co zobaczę dalej... ale wyszedłem. Szybko się domyśliłem, że to musi być Akademia, z której pochodzą... Ale teraz to nie wyglądało normalnie. Czerwone niebo... wszystko wyglądało jak w apokalipsie. Nawet niebo było straszne... a potem zauważyłem... że na korytarzach są trupy. Zwłoki... Durana... Corisa... Chyba Vinaxa... nie pamiętam. Zbyt straszne było to, że na korytarzach leżały zwłoki, a stara Akademia niby sobie działała. Widywałem tam... ludzi, co mogę się tylko domyślać, kim byli. Jeon Vreek, San Duur, Binol, Kal’Dar, Praecalli. Poza tym... dalej Aetharn i wydawał się nie pamiętać nic z Dantooine.

Nie chciałem w tym dłużej być... ale wpadłem na coś. Pomyślałem, że to wszystko pokazuje... jakieś chore rozdarcie... zepsucie nasze. I przypomniało mi się siedzenie nocą na dachu z Mistrzynią i wspominanie starej placówki... kadry, co nie robiła nic poza waleniem się na miecze i ewentualnie czepianiem się tych co coś robili. Pomyślałem... że to musi być TO. To od tego zaczęły się jakieś problemy... TO BYŁO TO... byłem pewny... szukałem ich, ale nikt o nich nic nie wiedział, nic nie pamiętał... nigdzie ich nie było. Myślałem, że to oni są źródłem... tylko ich znaleźć i zabić... i z tym skończyć. Niestety... nie było tak prosto.

Błąkałem się... i nie wiedziałem co robić. To było... chore, ale nie takie wstrząsające. Zwłoki na podłogach... banda przepychających się gburów, których wymieniłem... nawet niebo wyglądało jak dosłownie chore, ale nikt nic z tym nie robił. Gadałem z nimi... wszyscy tam gadali jak na zbiorowej depresji w kolonii karnej i czekaniu aż wreszcie głowę pod topór położą i poproszą o epilog.

No i... wreszcie. Usłyszałem, że coś się dzieje na dziedzińcu. Długo szukałem... aż znalazłem. Stary dziedziniec z jakimś ołtarzem, a tam... tam była ta najbardziej chora część i nie chcę tego opowiadać, nie mam siły. Chcę to tylko streścić... ten, co zna nas wszystkich... i mnie... zrozumie co w tym strasznego. A jak ktoś nie, to wyobraźcie sobie, że nie mam potrzeby, żeby komuś to opowiadać.

Mistrzyni Elia jako Padawanka. Mistrz Bart jako zakrwawione, obumierające zwłoki na skraju życia. Bez ruchu... bez niczego. I Mistrzyni Elia opowiadająca, że zabrała jego energię... wykorzystała ich więź... zrobiła z siebie ich połączoną, lepszą wersję... i kupę innych chorych rzeczy w tym tonie. Leżał tam, umierał, krew była wszędzie, ich twarzy nie było widać spod wyprutej krwi wszędzie. Wtedy... tam było coś wyjątkowego i dalej nie rozumiem, na czym polegało to “odbicie”, że tym razem to Mistrzyni była czymś spapranym... a zarazem sobą, a reszta reagowała normalnie. Ale... ja ich znam... i to mi wystarczyło, żeby to było dla mnie chore i przerażające. Po tym, co spaprałem wtedy... po tych wszystkich poprzednich paskudztwach... nie zamierzałem tego zostawić i nie zamierzałem próbować gadać. Nie gada się z taką psychozą. Zamierzałem to przerwać, załatwić ją i zamknąć gdzieś. To nie była dla mnie prawdziwa Elia.

Nie mam siły tego wspominać... to było za bardzo męczące. Wyszło, że rzeczywiście... ta “Elia” pochłonęła jakoś jego moc. Cały zespół Akademii na raz nie mógł jej nic zrobić. Łatwo było się domyslić czemu... kto widział w jaki sposób Mistrz Bart potrafi się poruszać przy wsparicu Mocy, ten zrozumie, czemu potrafiła wytrzymać przeciwko całej hordzie genialnych szermierzy naraz. Rzucili się na nią wszyscy i prawie każdy lepszy ode mnie. Nie miało nawet sensu, żebym wdawał się w tą walkę, tylko bym przeszkadzał. Sama była za bardzo otoczona, żeby coś im zrobić, a oni z powodu tej szybkości nie mieli jak jej przytłoczyć liczbami i umiejętnościami. Myślałem, że może nadal jest jakoś połączona z martwym Bartem... przebiłem wiele razy jego ciało, ale to nic nie dało. To było już totalnie bez sensu. Miałem tego dosyć... chciałem tylko stamtąd uciekać. Szukać jakiegoś pojazdu... wyjścia... Uciekałem od tej walki. Szukałem wyjścia... kierunku do Prakseum... statków... nie mogłem znaleźć nic. Nie obchodziła mnie ta walka. Nie znałem tych ludzi… a to coś nie było moją Mistrzynią. Chciałem tylko wiać.

Walka dalej trwała… w nieskończoność… aż… San Duur zabił Kal’Dara. Znałem tą historię… znałem historię tej starej trójki sprzed kilkunastu lat… i od tego tym bardziej zrobiło mi się słabo. A ta „Elia” była przerażona, że i tak wszystko trafił szlag… że wszystko zaczęło się sypać… że zabicie Barta „przez którego było to wszystko” i zastąpienie go nic nie dało… że i tak to wszystko się obróciło w piekło. Tym razem… przez nią, beze mnie.

Uciąłęm sobie z tą Elią dłuższą rozmowę. I… chyba nie ma powodu, żebym ją cytował. Było tam wiele rzeczy do zrozumienia tylko przeze mnie… wiele rzeczy tylko między nami. To była osobista i długa, trudna rozmowa. Potrafiłem zrozumieć, że może i ta Elia mogła by istnieć, gdyby to wszystko rzeczywiście wyglądało tak piekielnie jak wcześniej. Czemu nie? W końcu to wszystko, co zostawiłem za sobą, było chorym piekłem. To, co za sobą zostawiłem na Dantooine i Onderonie było chore. Czy prawdziwa Elia podjęła by się czegoś takiego chorego, żeby to naprawiać? Bardzo możliwe. Ale to właśnie przez to wiedziałem, że to nie jest prawdziwa Elia. Bo prawdziwa Mistrzyni i prawdziwy ja nigdy nie żyliśmy w czymś takim chorym… i już za późno, żeby stało się z nami coś takiego. Nie zamierzam bać się, że coś takiego może być prawdziwe. Znam mroczną stronę swojej Mistrzyni… zabicie Giro, wystawienie wielu ludzi na paskudne rzeczy, bo zapracowali na brak pomocy… Znam swoją mroczną stronę, kogoś co bez problemu oddałby Lianna bez namysłu za swoje życie i swoich najbliższych… kogoś co łamał wszystkie bariery moralne, żeby ratować Rycerza Neila.

Są po prostu rzeczy, jakich nie zaakceptuję. Nie zaakceptuję perspektywy takiej Mistrzyni… mimo że wiem, jak przerażająco często wielu z nas jest na granicy moralnego minimum. I tyle. I więcej nie chcę przytaczać. To było… osobiste.

„Padawanka Elia” skierowała mnie jeszcze raz „w dal”… do ślizgaczy, co nagle były już cudownie odblokowane. Odleciałem stamtąd bardzo szybko i chętnie… nie chciałem tego już nigdy więcej widzieć… nigdy.




Obrazek
Obudziłem się raz jeszcze… w małym, przyjemnym i odprężającym miejscu. Nie było już piekła… Była jeszcze raz ta postać. I… Rycerz Shadal.

I wtedy zrozumiałem. Kryształ na Had Abbadon… on był uszkodzony. A w tym dziwnym, małym miejscu… był Rycerz Shadal… i podobny kryształ. Nie wiedziałem jak to się stało… i o co chodzi… ale ta kobieta pomogła mi to zrozumieć. Łączyła się z nim jakoś przez to, że druga część leżała na Yavin IV… nie rozumiem tego, nie mam pojęcia, jak to może działać. To dla mnie największa zagadka tej wyprawy… Ale dowiedziałem się, że jej dusza została rozerwana i druga część jest właśnie na Yavin IV… i Shadal nawiązał z nią kontakt. To było dla mnie… niesamowitym zaskoczeniem. Widziałem Shadala trzeci raz w życiu… ale nagle to zaczęło się składać w całość.

Nie wiem, jak to się stało… ale ta istota… została zaklęta w krysztale, a kryształ zniszczony, ale w jakiś sposób ona była obiema częściami jednocześnie. Nie chcę sobie myśleć, jaka to była agonia… być na raz w dwóch różnych punktach galaktyki. Nie wyobrażam sobie tego… i nie chcę. To jest okropne i straszne. Istniała w takiej formie kilka tysięcy lat… Nie rozumiem, czemu Voliander o niej zapomniał… ale wrócę do tego potem…

Shadal był na Yavinie. Umierający… i to on miał drugą część kryształu. To było z tej „projekcji” pewne. Nie do końca dalej rozumiem, w jaki sposób to dostrajanie się polegało na tej torturze… i czemu to Mistrzyni Elia była „sercem” tej podróży w czasie. To wszystko dla mnie dalej zagadki, ale składam je powoli.

Decyzja była prosta. Lecimy na Yavin IV… odnaleźć Shadala i jego kryształ. A jak będą tam nadal Yuuzhanie, to uciekamy.

Powróciłem do rzeczywistości zaraz po tym. Wyszedłem z tego piekła… a ta biedna kobieta dalej kontaktowała się ze mną z tego kryształu. Ale byłem już w rzeczywistości… zmarznięty i zniszczony po nieprzytomności w tym czymś. Zjawy na mnie reagowały… osaczały mnie… może nie wiedziałem, jak z nimi walczyć, ale umiem uciekać. Przeskoczyłem 100-metrową przepaść za jednym susem, poważnie i tak oto trafiłem na myśliwiec. Nie było mowy, żebym oddał zjawą ten kryształ z tą biedaczką.






Obrazek
Lot na Yavina 4… nie mam siły gadać tu o szczegółach. Byłem wymęczony i zrujnowany psychicznie, a lot był długi i okropny. Musiałem pilnować wszystkiego… wlatywaliśmy w teren inwazji. Bardzo się bałem. Byłem tam sam z kryształem i Wężozordem. Wszystko było w każdej chwili gotowe do natychmiastowej ewakuacji. Do tego… byłem tam z najcenniejszym myśliwcem galaktyki. Niepewność i szansa na wlecenie w chmurę statków Vongów jest gorsza, niż walka z największym oddziałem na własnym gruncie.

Mimo wszystko… mieliśmy szczęście, ale na Yavinie nie było czego szukać. To w jakim stanie pozostał ten księżyc… to zgliszcza. To martwe, gnijące zgliszcza pełne smrodu i pustki. To jedna wielka apokalipsa. To zupełne nic, mistyczny i pełen fascynujących tajemnic księżyc obrócony w piach i chwasty. Trudno mi było się tam poruszać… ale kobieta z kryształu odnalazła Shadala bardzo łatwo. Wylądowanie nie było za trudne.

Wszystko było martwe. Wszystko… poza Rycerzem i jego małym howlerem. Udało mi się nieco opanować zwierzaka Mocą… chyba pierwszy raz używałem tego poza domem, ale się udało. A Shadal… umierał. On też umierał, totalnie. Był ciężko ranny i zniszczony, było widać, że spędził tam ogrom czasu w okropnym stanie. Chyba trzymał go przy życiu... jego zwierzak. Mówię poważnie. Majaczył mentalnie o tym, że nie chce go zostawiać samego... gadał tylko o tym, ale był tak słaby... on umierał od wielu dni. Pełno ran, infekcji... a to wszystko sporo powyżej tego, co potrafię ogarnąć, znacie mnie pod tym kątem. Moja "przyjaciółka" w tym czasie poprosiła, żebym odnalazł jego połówkę kryształu i je połączył, zrobiłem to i starałem się wymyśleć, jak go uratować.

Wtedy ona dała mi możliwość. Powiedziała, że i tak jest martwa, ale może użyć siebie i swoich umiejętności, żeby go uratować. Mówiła, że ona i tak jest martwa... i od wielu tysięcy lat siedzi w tej imitacji życia. Tak mi mówiła. Mogłem wykorzystać jej odbudowane życie, które próbowała odzyskać zamiast tej chorej agonii, żeby uratować Shadala... albo zmarnować to wszystko i pozwolić mu umrzeć, żeby ona ocalała. Nie mogłem jej poświęcić... nie po tym wszystkim. Ale było jasne, że mam wybór, albo to, albo to, jak napisany z góry beznadziejny scenariusz z dramatycznymi, gówno wartymi wyborami. Żadnej innej opcji. Leki nie pomagały, był zbyt umierający i zniszczony, żeby rozlewana byle jak bacta coś dawała. A ja musiałem zdecydować... ale nie chciałem. Uparłem się, że przecież doskonale znam geografię galaktyki, 3 razy lepiej niż byle kto z was. Wymyśliłem na poczekaniu dobrą drogę do szpitala, jak wylewałem bez sensu tą bactę i prawie zapomniałem o zwierzaku. Ona się upierała, że to nic nie da... odzyskała wolność po tych kilku tysiącach lat i mogłem ją poświęcić, tyle czasu walcząc o to, żeby z tego wyjść i przy okazji oddałem jej wolność... i przy okazji też odkryłem los Shadala i byłem JEDYNYM, co mógł mu pomóc.

To, co zrobiłem... nie jestem w tym dobry. Ale starałem się zrobić wszystko, żeby uratować Shadala. Po tym, co widziałem... po losie Vinaxa... jego ofiar... po losie Neila... po paskudztwie na Yavin IV... i po tym, ile przypominało mi to odbicia prawdy, rzeczy co zepsułem, tego że nigdy nie uratowałem nikogo poza Mistrzynią na Kessel, samobójczo... że zawsze spieprzyłem sprawę tak jak z Jessą albo co najwyżej wyszedłem na zero, po tych wszystkich okropnych rzeczach, których wcale sobie nie wyobrażacie po moim raporcie, nie mogłem, nie chciałem, zamierzałem zrobić wszystko nawet jak zdechnę z Shadalem. Nie, po moim raporcie nic nie wiecie o tym co widziałem, to łopatologiczny i toporny bełkot. Uzdrawiałem Shadala... badałem dokładnie jego aurę, poznawałem wszystkie zepsute elementy, dostrajałem się do niej jak własnej... Mistrzyni, z tego co uczyłaś mnie o działaniu zmysłów, o leczeniu innych, o aurach... przysięgam, wykorzystałem każde słowo, jakiego mnie nauczyłaś. To było coś dla mnie tak ogromnego i nie do zrobienia, jak to co wy robiliście zatrzymując czarne dziury. Ale... udało się. Zeżarłem całą energię tej umierającej dżungli. Shadal zawsze o nią dbał, teraz spłaciła dług i jej energia pozwoliła mu przeżyć. Z Yavina w zasięgu wzroku... nie zostawiłem nic.

Jego aura zaczęła działać... żył. Moja "przyjaciółka" mówiła, żebym nie leciał do szpitala, że to co zrobiłem jest zbyt daleko od normalnej medycyny i potrzebuje innych takich rzeczy... pomocy od Jedi. Zaufałem jej i poleciałem tam. Zabrałem zwierzaka Shadala.




Obrazek
Domyślacie się reszty. Trafiłem na Coruscant i spałem tam kilkanaście godzin... zbierałem siły i piłem litry. Nie mam siły mówić więcej. Shadal wraca do zdrowia, ale kondycji ciała raczej nigdy nie odzyska. Wczoraj zabrałem kryształ tej kobiety z Coruscant po badaniach.

A po tym wszystkim... wróciłem jako Rycerz, ale co ważniejsze, Elia Vile jako Mistrz Jedi.

Nie wiemy, czemu na Had Abbadon były te zjawy. Podejrzewam, że skoro Voliander chciał stworzyć "ziemię obiecaną", a te zjawy były na Had Abbadon, a nie na Prakith, to bardzo możliwe, że porzucił ich tam... pozbył się zepsutych istot, żeby nie zniszczyli Prakith. Ale czemu zostawił tam kobietę, która mu ufała? Czemu zrobił jej coś tak okropnego... coś tak wstrętnego... i po co? To totalnie zmienia to, co wiedzieliśmy o historii Prakith. Co takie potwory jak tamte zjawy mają wspólnego z Volianderem sprowadzającym uchodźców na ziemię obiecaną bez wojen wrażliwych na Moc? Czemu zrujnował tej kobiecie wszystko? Chyba dalej mamy sporo do nauki o Prakith.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
(Beleczki tytułowe pod urozmaicenie i ładniejsze podzielenie takiego sprawozdania giganta, autorstwa Eryka vel Moonarta :))
(Odsyłam do mojego komentarza na temat misji tutaj: post30569.html#p30569 bo... moje sprawko nie oddaje za bardzo tego, jaka to była psychiczna miazga)

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 465
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Złamana wola

Postautor: Tanna Saarai dodano: 19 lis 2016, 13:24

Złamana wola
Prakith - górzyste tereny nieopodal bazy Jedi


1.Data, godzina zdarzenia: 18.11.16. godz. ok. 00:00 - 02:00

2. Opis wydarzenia:
Kastarr ukradł ścigacz Irgrova Bulla i poleciał w górzyste tereny Prakith, by popełnić samobójstwo - taką informację przekazał nam Miad. Nikt się nie zastanawiał co robić. Porucznik Vreyx wybiegł z bazy w sekundę i pognał przed siebie na plecaku odrzutowym, Rycerz Fenderus zmienił się w ledwo dostrzegalny kształt, gdy z pomocą Mocy ruszył za porucznikiem. Ja wraz z Namon-Durem dobiegliśmy do myśliwca Lorda Kaana, uruchomiłam procedurę startową i opuściliśmy bazę.

Lecieliśmy na oślep, szukając sposobu na zlokalizowanie naszego przyjaciela. Zasugerowałam lokalizację z użyciem Mocy, jednak Namon-Dur uświadomił mnie, iż nie posiada odpowiedniego przeszkolenia w tej kwestii i nie jest wstanie w ten sposób podać mi nawet przybliżonego miejsca, w którym mógłby być Trandoshanin. Zasugerował jednak użycie skanera cieplnego i zlokalizowanie w ten sposób ścigacza. Podziałało, ruszyliśmy w kierunku pobliskiej góry, gdzie dostrzegliśmy Kastarra, mozolnie pokonującego kolejne nierówności terenu. Nie było jednak mowy, by wylądować w jego pobliżu, lub na szczycie – teren bardzo temu nie sprzyjał. Posadziłam więc myśliwiec u podnóża góry i rozpoczęliśmy pościg.

Kanion u podnóża góry był bardzo rozległy, wiatr dzięki tworzonemu w ten sposób tunelowi, był niezwykle silny. Szukaliśmy z Namon-Durem sposobu na dostanie się w wyższe partie terenu, w międzyczasie wysyłając do porucznika Vreyxa współrzędne, w których się znajdowaliśmy. Nie było jednak żadnej możliwości swobodnego podejścia góry - trzeba było skakać. Pokonywaliśmy z Namon-Durem kolejne odcinki, walcząc z grząskim gruntem i silnym wiatrem. Zupełnie na oślep, nie znając nawet kierunku, w którym powinniśmy się przemieszczać - działaliśmy szybko, instynktownie. Podczas próby zeskoczenia ze skalnego mostu wiatr zamanifestował swą siłę. Źle wymierzyłam skok, znalazłam się na krawędzi, a wiatr nie wybaczając mi mojego błędu posłał w dół kanionu. Zareagowałam dostatecznie szybko, by nie uderzyć plecami o podłogę - obróciłam się w powietrzu i trąc nogami o skały, przy czym zdarłam sobie skórę z nóg wraz ze spodniami. Namon-Dur zeskoczył do mnie, by sprawdzić, czy wszystko ze mną w porządku. Przez ten błąd straciliśmy cenny czas. Musieliśmy zaczynać wszystko od początku.

Porucznik Vreyx próbował namówić przez komunikator Kastarra do zarzucenia próby samobójstwa. Nie szczędził przy tym na słownictwie, argumenty jednak ewidentnie do żołnierza trafiały. Mimo próby przekonania swego przełożonego do swojego punktu widzenia, w którym jest dla nas ciężarem, nieprzydatnym i kosztownym, wyraźnie zaczął się łamać. Porucznik podczas całej rozmowy szukał Kastarra latając wokół góry na plecaku odrzutowym.

My znaleźliśmy się ponownie na tym samym moście, tym razem to jednak Namon-Dura pokonał wiatr i posłał go w dół kanionu – o ironio. Stanęłam na krawędzi, by sprawdzić czy nasz nowy znajomy ciągle żyje. Na szczęście mimo dość poważnego upadku na prawą nogę, który prawie odebrał mu przytomność, nic poważniejszego się nie stało. Jednak... Zostałam sama na górze... I na to czekał Kult. Gdy się obróciłam dostrzegłam zbliżającego się do mnie Kultystę, który uniemożliwiał mi pokonanie skalnego mostu. "Wreszcie, długo nam uciekałaś" - powiedział tym swoim chłodnym i opętańczym głosem, po czym przystąpił do ataku. Na Moc, był szybki... i silny. Diagonalny cios z góry na prawy bark zachwiał moją równowagą, z trudem udało mi się go zablokować. Napastnik jednak wiedział co robi i nim zdążyłam się otrząsnąć jego ostrze już zmierzało w drogę powrotną tnąc diagonalnie na moją lewą nogę. Blokada tego ciosu kosztowała mnie odsłonięcie całego tułowia, czego Kultysta nie omieszkał przegapić. Kopnięcie posłało mnie na plecy, sunęłam po wąskim moście i chyba tylko to ocaliło mi życie, gdy ponownie znalazłam się u podnóża góry. Ledwie stanęłam na nogi, wyplułam zebraną w ustach krew i dopadłam do miecza, który wypadł mi z dłoni podczas bolesnego upadku, a Kultysta już był przy mnie i zaciekle atakował dalej. Blokowałam jego ciosy jeden po drugim ledwie je dostrzegając, instynktownie. Z prawej, lewej, z góry... Nim zdążyłam unieść broń do obrony, ten zmieniał kierunek szybciej niż mogłam się spodziewać. Nie wiem jakim cudem udało mi się wytrzymać w tym pojedynku tak długo. Cios na lewe ramie, obrona... cholera... finta... dałam się nabrać. Miecz nie miał litości dla mojego brzucha. Prymitywne ostrze rozerwało skórę i mięśnie z prawej strony - zachwiałam się, świat zawirował, pociemniał, do oczu napłynęły mi łzy, a z rany ciekła krew. Nie docierały do mnie żadne bodźce... jakbym przestała na sekundę odczuwać świat zmysłami. Kultysta Mocą posłał mnie na ziemie, wyrywając z zawieszenia między rzeczywistością, a snem. Myślałam, że to koniec - porwą mnie... znowu... Ale tym razem on popełnił błąd. Zaczął gadać. Naprawdę... Walnął krótką przemowę o tym co mi zrobią i jak to nie będę cierpieć, by mogli zdjąć klątwę. Teraz jest to trochę zabawne, ale wtedy nie było mi do śmiechu. W każdym razie. Ten błąd przypłacił praktycznie unieruchomieniem lewej ręki - porucznik Vreyx i jego umiejętności strzeleckie. Pocisk z karabinu snajperskiego przeszedł na wylot. Dało mi to czas, by wstać - o ucieczce jednak nie było już mowy, byłam zbyt poważnie ranna. Porucznik strzelał, kultysta unikał i tak trwało to dłuższą chwilę nim napastnik zlokalizował Vreyxa w wyższych partiach góry. Skoczył, szybował w jego kierunku, dostał. Tym razem w brzuch. W tamtej chwili o tym nie myślałam, ale zrobił naprawdę piękny obrót w powietrzu nim uderzył twarzą o ziemię. Oni są jednak bardzo wytrzymali, bo nawet po tak perfekcyjnym strzale, napastnik wstał i z jeszcze większą wściekłością przystąpił do ataku – tym razem odpuścił sobie porucznika, być może był to ostatni akt desperacji, ale ruszył w moim kierunku... bardzo, bardzo szybko. Wściekłość go napędzała, dzięki niej rozwinął niezwykłą prędkość i w sekundę pokonał dzielący nas dystans. Niemal czułam jego oddech na twarzy... znaczy mogłabym poczuć, gdyby nie fakt, że już nie oddychał. Nie wiem co napędza porucznika Vreyxa, ale to coś pozwoliło mu oddać strzał dokładnie w środek czaszki Kultysty. Zwłoki upadły przede mną, zdawało się, że to koniec. Nic bardziej mylnego. Rycerz Fenderus powiadomił nas, że dotrze na miejsce za około 10 minut, ale wyczuwa w pobliżu spore skupisko Ciemnej Strony. Namon-Dur, który podczas starcia z Kultystą, prowadził własną walkę z myśliwcem Lorda Kaana, próbując rozgryźć jak on w ogóle działa, wyśledził na skanerze trzy zbliżające się do nas postaci. Musieliśmy uciekać, czym prędzej. Najpierw jednak Kastarr chciał prowizorycznie odkazić i opatrzyć moją ranę - tak, porucznik Vreyx nie omieszkał skorzystać z całego zamieszania i przekonać przyjaciela, że jest - i tu cytat - "Jebanym egoistą", bo my narażamy dla niego życie, a on chce się zabić. Z taką argumentacją nikt nie mógłby się kłócić, a co dopiero Kastarr. Ponownie poczuł w sobie ducha walki i uwierzył w swoją użyteczność.

Gdy Kastarr zsunął na ścigaczu po ścianie góry, zbliżył się do mnie i polał moją ranę jakimś płynem myślałam, że umrę z bólu. Już to cięcie było przyjemniejsze. Owijał wokół mojego brzucha bandaż, gdy nagle padł na ziemię nieruchomo. Rozbłysło niebieskie światło - snajper. Porucznik zdążył tylko krzyknąć, gdy sam został postrzelony. Spadł kilka poziomów niżej, z poparzoną ręką. Namon-Dur na moje polecenie dopadł Kastarra i zaniósł go do myśliwca, zajęłam miejsce pilota i poleciłam Namon-Durowi użycie ścigacza, by dostać się do bazy licząc, iż Kultyścy nie będą nim zainteresowani tak bardzo jak mną. Dostrzegliśmy w górze eksplozję, a przez okolicę rozniósł się huk – porucznik Vreyx... Jego plecak odrzutowy roztrzaskał się o skały. Nie wiedzieliśmy co się z nim stało. Zamknęłam kokpit, Namon-Dur pognał do ścigacza, przy którym znajdował się już porucznik Vreyx - umknął Kultyście, który go zaatakował i użył liny, by szybko znaleźć się przy nas. Rozpoczęłam procedurę startową, a moi towarzysze odpalili ścigacz. Zdążyli jednak pokonać tylko paręnaście metrów, nim wystrzelony przez Kultystę w ścigacz pocisk zwalił ich na ziemię. Powoli zbliżał się do nich i to był jego błąd. Byłam już w powietrzu, mogłam reagować i to też uczyniłam. Poderwałam drążek do siebie, by wznieść myśliwiec na kilkadziesiąt metrów, gdy byłam już odpowiednio wysoko wyłączyłam silniki, co spowodowało, iż myśliwiec zaczął sunąć ku powierzchni momentalnie obracając się dziobem w stronę ziemi, to pozwoliło mi oddać strzał w kultystę i odciągnąć go od porucznika Vreyxa i Namon-Dura. Oddałam krótką serię, nim działa zostały unieruchomione. Kultysta rzucił swój miecz w prawe działo - bardzo celnie. Udało mi się w porę włączyć napęd myśliwca i uratować maszynę przed roztrzaskaniem się o ziemię - ryzykownie, wiem... ale skutecznie. Porucznik i Namon-Dur zdążyli uciec, a tumany kurzu, które wzniósł myśliwiec lecący zaledwie kilka metrów nad ziemią, skutecznie utrudnił Kultyście dalsze próby pościgu. Uratowaliśmy się, ledwo...

Nim wróciliśmy do bazy, gdzie Namon-Dur zajął się pierwszą pomocą i uśmierzył nasz ból usłyszałam w głowie tego Kultystę - obiecywał, że to nie koniec...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 27 lis 2016, 20:10

Polowanie na pilota

1. Data, godzina zdarzenia: 19.11.16 (21:00 - 3:00), 21.11.16 (20:30 - 1:30)

2. Opis wydarzenia:

Leciałam na Velmor bez nadziei na sukces. Co można było zrobić w tak beznadziejnej sytuacji? Więźniarka porwana przez przewożonego mężczyznę staranowała zabytek na planecie, która jakiś czas temu kompletnie odcięła się od Republiki. Nie sięgał tam mój autorytet ani jako przedstawicielki Republiki, ani Jedi. Nie miałam dość pieniędzy, by zacząć jakiekolwiek pertraktacje, zresztą wcześniejsze próby rozmów między Republiką a Velmorem chyba tylko pogorszyły sprawę. Nie mogłam udać, że jestem prawnikiem tych ludzi, ich tożsamość została ujawniona, a ja byłabym osobą z zewnątrz próbującą się mieszać w system prawny Velmoru. Według lokalnego prawa przestępcy zostali skazani, wyrok zapadł, sprawa zamknięta.

Jedyną sensowną opcją była próba włamania się do więzienia. Zabrałam przecinarkę, kilka kluczy i medpakiet i ruszyłam na Velmor. Założyłam sobie, że nie będę podejmować niepotrzebnego ryzyka. Obejrzę miejsce, wybadam możliwości i najwyżej wrócę.

Dotarłam pod wskazane koordynaty, skąd zawróciły mnie systemy monitorowania przestrzeni powietrznej więzienia. Zrobiłam kilka zrzutów terenu przy natychmiastowym, choć nie pospiesznym wycofaniu myśliwca. Tę cześć planety porastały gęste lasy – miejsce do lądowania znalazłam na polanie kilkaset metrów od niewielkiej myśliwskiej osady. To od tej osady postanowiłam rozpocząć mój zwiad.

Przedostałam się przez zaspy (był środek zimy, minusowe temperatury i periodyczne opady śniegu – miła odmiana po monotonii Prakith) i dotarłam do bram osady. Wewnątrz murów od razu zwróciłam uwagę jako ktoś nowy, ale nie wzbudziłam sensacji. Mieszkańcy nie byli szczególnie podejrzliwi, chętnie rozmawiali przy mnie, wyrażali opinie, dawali rady. Dostałam nawet do podpisania petycję o likwidacji więzienia przez wypuszczenie więźniów do lasu i urządzenie na nich polowania. To najbardziej kontrowersyjna rzecz, jakiej tam doświadczyłam – poza tym wszystko wyglądało standardowo. Kupiłam nawet futro z jakiegoś lokalnego stworzenia, bardzo ciepłe i solidne i całkiem niedrogie jak na jego jakość.

Na szczęście dla mnie, temat więzienia był tu bardzo żywy i z łatwością przychodziło mi zbierać informacje. Udawałam córkę bogatego przedsiębiorcy, który marzy o wypadzie na polowanie, i w jego imieniu próbowałam wybadać warunki i kwestie bezpieczeństwa. Dowiedziałam się więc, że więzienie leży za masywem skał na północ od osady myśliwskiej, że przed nim ulokowana jest wioska pracownicza, że do samego kompleksu wchodzi się przez tunele i wrota w skale. Że to całkiem niedaleko – pół godziny drogi i będę na miejscu. Słysząc o górach stwierdziłam, że mogę potrzebować liny, więc pod pretekstem wyciągania statku z zaspy zakupiłam jakieś dwieście metrów wojskowej linki do wspinaczki, bez wyrzutni, ale z kotwiczkami. Dostałam gorącą herbatę gratis. Byłam gotowa do drugiego etapu.

Ruszyłam przez las w kierunku wskazanym przez myśliwych z wioski. Było ciemno, zimno i zaczął padać gęsty śnieg. Odnalezienie drogi w takich warunkach, mimo wcześniejszych skanów terenu z pokładu myśliwca i wskazówek myśliwych, było niesamowicie trudne. Błądząc miedzy drzewami trafiłam na niecodzienną scenę: szybka ocena sytuacji (fizycznymi i astralnymi zmysłami) pozwoliła mi zgadnąć, co tu się stało. Jeden myśliwy zastrzelił drugiego.

Mężczyzna nad zwłokami zauważył mój ruch, więc postanowiłam się ujawnić, ale nie podchodzić. Musiałam najpierw wybadać nastroje, więc zaczęłam pytać i rozmawiać… udając, że nie widzę zwłok. Mężczyzna zaczął do mnie strzelać, ale wywinęłam się sprytnie i schowałam za drzewem. Mężczyzna dał się nabrać, że spudłował, a ja miałam szczęście. Wciąż próbowałam go przekonać, że nie jestem świadoma jego zbrodni… i udało mi się. Spokojnie i łagodnie wytłumaczyłam mu, że uważam, że jest przemarznięty i zagubiony i zapewne strzelał do mnie ze strachu i przemęczenia. Uwierzył we wszystko i zaproponował, że odprowadzi mnie do wioski pracowniczej.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, mężczyzna bardzo chciał się oddalić, prawdopodobnie po to, by ukryć zwłoki. Nalegałam, by został ze mną, strasząc wysłaniem za nim grupy poszukiwawczej z czystej troski. Poskutkowało. Grałam moją rolę aż do momentu, gdy się rozdzieliliśmy – myśliwy poszedł załatwić nocleg u przyjaciela, ja tymczasem opowiedziałam o tym, co zobaczyłam w lesie, innemu strażnikowi. Ta niezbyt przyjemna przygoda stała się moją przepustką w szeregi strażników i do samego więzienia.

Zaoferowano mi nocleg i kolację, oczywiście skorzystałam. Udało mi się wypytać o funkcjonowanie więzienia bardziej od wewnętrznej strony, wybadałam, jak działa prawo Velmoru. Byłam świadkiem zwolnienia jednego z więźniów po 20 latach odsiadki, gdzie przewiną było zniszczenie mienia publicznego i bójka z policjantem. To wszystko uświadomiło mi, że próba wyciągnięcia naszych ludzi oficjalnymi metodami byłaby próbą walki z całym systemem prawnym Velmoru. Na tym etapie wierzyłam jeszcze w powodzenie włamania, choć nie przez główną bramę – ta była zbyt dobrze strzeżona i monitorowana, nie można się było nawet do niej zbliżyć.

Przyjaciel myśliwego-mordercy, Shawn, stał się moim przewodnikiem po więzieniu. Udało mi się podłapać i pociągnąć temat przetrzymywania żołnierzy Republiki, z kilku pospiesznych, zdawkowych rozmów na ten temat dowiedziałam się, że nie ma logicznego powodu, by trzymać tych ludzi, że powinni zostać wydani władzom Republiki i że cała sprawa została wyciszona i przytuszowana. Wszyscy poza pilotem (czyli więźniem, który porwał więźniarkę) zostali skazani na 20 lat. Pilot dostał 50. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby to zależało od Shawna, wydałby ich wszystkich. Jednak Shawn pozostawał wciąż pracownikiem więzienia, lojalnym i oddanym Velmorowi, i nie było mowy, by choć wspomnieć mu o chęci uwolnienia tych ludzi. Był dobrym człowiekiem, ale to tyle. Dodatkowo, wszystkie rozmowy, które prowadził, były rejestrowane, o czym dowiedziałam się wkrótce.

Ciało zamordowanego zostało odnalezione, a morderca już podczas aresztowania praktycznie sam się wydał. Cały jego gniew skumulował się na mnie… cóż, ciężko mu się dziwić. Pozostało mi tylko podpisać własne zeznania (pobrane z nagrań komunikatorów strażników) przy jakimś wyższym oficerze wewnątrz kompleksu więziennego. Shawn zabrał mnie tam z samego rana.

Kiedy pokonywaliśmy kolejne zabezpieczenia więzienia, moje marzenia o włamaniu prysły. Droidy, działka, kamery, skanery, drzwi grube na dziesiątki centymetrów, kody zabezpieczające, ukryte panele kontrolne, posadzka pod napięciem... Nie dałoby się przejść nawet metra bez uruchomienia dziesięciu alarmów, a tunel wejściowy ciągnął się na wskroś przez całe pasmo górskie. W środku nie było lepiej – cały teren był monitorowany, ludzie z bronią, droidy z bronią. Widziałam jednego z żołnierzy Republiki na odkrytym spacerniaku, poznałam go z twarzy, ale kompletnie nic nie mogłam zrobić. On najwyraźniej poznał mnie również, szczęśliwie nie zdradził się... przynajmniej nie w sposób zrozumiały dla strażników.

Shawn zaprowadził mnie do biurowca pracowniczego wewnątrz kompleksu. Tu również pojawiły się masywne grodzie – podjęto wszelkie środki bezpieczeństwa, by pracownicy nie byli narażeni na zagrożenia ze strony więźniów. Było dość wcześnie i oficer, który miał się mną zająć, jeszcze nie przyszedł do pracy, dostałam więc pozwolenie na zwiedzenie budynku. Wędrowałam po obszernych, eleganckich pomieszczeniach i zastanawiałam się co mogłabym zrobić. Dostałam się do idealnie zabezpieczonego więzienia, cudem pokonałam całą tę drogę aż do środka… a wciąż ta misja wydawała mi się niemożliwa do realizacji. Zlokalizowałam hangar z jednym jedynym statkiem, zlokalizowałam zejście do izolatek (chronione, a jakże), ale frontalny atak nie wchodził w grę, a zaskoczenie odpadało przy wszechobecnym monitoringu. Z braku lepszych pomysłów postanowiłam wywołać awarię zasilania… i zobaczyć, czy otworzy to przede mną dodatkowe możliwości.

Zaczęłam od poznania struktury sieci energetycznej wewnątrz budynku. Zidentyfikowałam jej mocne i słabe punkty, przy czym najlogiczniejszy wydawał się atak na jedno ze źródeł prądu. Podjęłam próbę przeciążenia go, skumulowania energii, a potem puszczenia zwielokrotnionej dawki przez sieć. W międzyczasie minęły mnie jakieś osoby, chyba ktoś próbował do mnie mówić… Całe szczęście, nikt nie przerwał mojego transu. Byłam w pełni skupiona nawet wtedy, gdy wszędzie rozbrzmiały alarmy. Doprowadziłam moje działanie do końca i dopiero wtedy dotarło do mnie to, co zaczęło się dziać jeszcze zanim dotknęłam generatora. Wszystkie droidy ochrony wystąpiły przeciw strażnikom. Ktoś, na spółkę ze mną, wywołał w więzieniu prawdziwy chaos.

Światła zgasły. Więźniowie zostali powypuszczani z cel, ci co przytomniejsi porwali broń ogłuszonych strażników (droidy nie zabijały, wyłącznie ogłuszały) i ruszyli do walki. W tym zamieszaniu odnalazłam załogę więźniarki – albo to ona odnalazła mnie – i jakimś cudem udało nam się przeprowadzić ewakuację jednym jedynym myśliwcem. Wciąż nie do końca wiem, co tam się naprawdę działo… wszyscy krzyczeli, wszyscy strzelali, strażnicy, więźniowie, jedni padali ogłuszeni, inni po prostu brutalnie mordowali… Zostawiłam żołnierzy z instrukcjami i pobiegłam szukać pilota. Wiedziałam, że to on wywołał to coś… po prostu wiedziałam. To był człowiek, którego chciało Nexu. Człowiek, który wyrywał się na wolność niezliczoną ilość razy. Który porwał statek z pozycji skutego więźnia. Prawdziwy mistrz ucieczek.

Już wcześniej, podczas zwiedzania, udało mi się zlokalizować pomieszczenie, z którego zarządzano całym kompleksem. Teraz droidy dodatkowo upewniły mnie w domysłach, mówiąc, że tam znajduje się „władca świata”. Drzwi były, oczywiście, zamknięte na głucho, ale tylko w sposób mechaniczny – po tym, jak odcięłam zasilanie. Dla mnie była to sytuacja idealna, nie musiałam się włamywać, wystarczyło rozepchnąć odrzwia Mocą… a sam poszukiwany pilot został zamknięty w klatce bez wyjścia, bo sterowanie drzwiami padło.

Mężczyzna próbował się przede mną chować, całkiem na próżno. Nie chciałam go jednak straszyć. Opowiedziałam mu kim jestem (bez niewygodnych detali) i przedstawiłam ofertę oddziału Nexu w najbardziej bezpośredni sposób, choć udało mi się przemycić nieco o słabej sytuacji Galaktyki i wojnie z Vongami, by podkreślić wartość owocnej współpracy w tych czasach. Dorzuciłam pełne oczyszczenie z zarzutów i transport z Velmoru i tym go ostatecznie kupiłam… przynajmniej na tamtą chwilę. Zanim opuściliśmy pomieszczenie kontrolne, Isan Brosso, bo tak nazywa się pilot ucieczkowicz, odnalazł nieprzytomne ciało Shawna. Upewniłam się, że z mężczyzną wszystko w porządku, odebrałam wielonarzędzie (przekazałam mu je, by pokazać, że nie mam przy sobie niebezpiecznych przedmiotów; całe szczęście nikt nie czepiał się przecinarki w torbie) i ruszyliśmy szukać wyjścia. Sytuacja znów robiła się nerwowa, zaraz miało się pojawić wsparcie wojskowe, a z tym raczej byśmy sobie nie poradzili.

Mijaliśmy resztki walczących grup. Udało nam się oszczędzić życie jednego ze strażników, którego napadł więzień, przedrzeć przez ostrzał przy wyjściu z części więziennej. Trochę Mocą, trochę konwencjonalną bronią, udało nam się w końcu przebić do pustego hangaru. Chciałam uciec przez wrota, ale ich lokalizacja względem terenu poniżej okazała się problematyczna. Skok setki metrów ku wiosce pracowniczej to nie była najlepsza opcja, postanowiłam więc, że spróbujemy dostać się do lasu wyżej. W tym celu sami musieliśmy przedostać się wyżej. Pobiegliśmy na górne piętra, dopadliśmy okno, skoczyłam w las – i tu wreszcie przydało się 200 metrów linki, po których pan Brosso zsunął się za mną. Na tym etapie musiałam już mocno oszczędzać siły mentalne.

W lesie od razu zatrzymało nas wcześniej wspomniane wsparcie wojskowe. Choć mieliśmy przy sobie dokumenty – ja ważną przepustkę, a pan Brosso czyjeś papiery – i tak zamierzano nas skuć i doprowadzić do punktu zbornego. Wojsko zakładało, że w więzieniu miał miejsce atak terrorystyczny i każdy był podejrzany. Słyszeliśmy zresztą próby wyłapania więźniów w lesie… myślałam, że to kupi nam nieco czasu, pozwoli rozproszyć żołnierzy, ale nie. W rozproszeniu skuteczne okazało się dopiero odepchnięcie ich Mocą. Zapewne komuś coś połamałam. Krzyknęłam coś o granacie i uciekliśmy. Mam szczerą nadzieję, że uwierzyli w ten granat.

Kiedy dotarliśmy do myśliwca, byliśmy ledwo żywi. Pan Brosso szczękał zębami, choć dostał ode mnie futro, które wcześniej kupiłam. Już w drodze powrotnej poinformowałam Republikę, że ich ludzie zdążyli się ewakuować, ale nie wiem, gdzie są. Według mojej wiedzy jedyny pilot w składzie miał wykonać pięć kursów i wywieźć wszystkich gdzieś daleko, w jakąś głuszę. Pozostało mi trzymać kciuki za sukces tego przedsięwzięcia.

Wróciliśmy na Prakith bez żadnych dodatkowych przygód. Futro pozostaje w moim posiadaniu, mogę użyczyć, jeśli ktoś będzie planował podróż w jakieś skrajnie zimne miejsce.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1734
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Ashtar Tey dodano: 30 lis 2016, 21:47

Szpiegostwo

1. Data, godzina zdarzenia: 12.10.16 18:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Przed wylotem na misję zapoznałem się najpierw z materiałami dostarczonymi przez Padawanów z ich poprzedniej misji na Dxun. O dziwo okazało się, że bardziej mi to zaszkodziło niż pomogło, a to z jednego,prostego powodu – założenia co do tego, że szpiegowie są Yuuzhan Vongami. Z tego powodu cały pierwszy etap wyprawy okazał się być zmarnowany, ale o tym później.

Na miejscu zostałem powitany przez kilku żołnierzy ze Służby Ochrony Onderonu. Dopiero twarde lądowanie obok olbrzymiego pałacu wyrwało mnie z myśli o moim mieczu, w którym tuż przed wylotem wymieniłem kryształ na dużo mocniejszy. Sam nie wiem dlaczego tak długo chodziłem z gównianym katracytem jak jakiś podrzędny Padawan, co nieomal kosztowało mnie życie na Kessel. Ta część przygotowań okazała się oczywiście bardziej przydatna. Pierwsza spowalniała mnie od samego początku – zdając sobie sprawę z tego, że Yuuzhańscy szpiedzy są nie do rozpoznania z wyglądu, od samego początku budowałem w sobie odpowiednią koncentrację i wrażliwość na otaczające mnie aury. Oczywiście z racji tego, że Vongowie są nie do wykrycia w Mocy, wielka, ziejąca pustka w miejscu aury żywej istoty od razu przykułaby moją uwagę. A przynajmniej tak zakładałem, poświęcając każdy moment na badanie aur otaczających mnie żołnierzy, w międzyczasie starając się wymienić z nimi choć parę uprzejmych słów. Było to o tyle uzasadnione, że o ile dobrze pamiętam, to przy naszym ostatnim spotkaniu gdy nieopatrznie rzekłem: „SZUKAŁEM WAS, A WY PRZYSZLIŚCIE DO MNIE” dowiedziałem się, że SOO wcale nie lubi Jedi. Plus dwójka świrów (w tym jeden kandydat) chcieli rozbić jakiemuś najemnikowi głowę za pomocą szafy. Dobre czasy.

Podróż przez pełne przepychu komnaty nie trwała długo, a ja stanąłem przed dowódcą w randze porucznika. Ten streścił mi pokrótce na czym polega problem. W wyniku błyskotliwej akcji Padawanów na Dxun (gdyby ktoś z Praxeum pytał, to nie ja dopuściłem ich do Testów) wydała się obecność sił inwazyjnych Vongów w pobliżu Onderonu. Dodatkowo, SOO udało się namierzyć stację meteorologiczną, która może zawierać potencjalnego szpiega dostarczającego informacje o Onderonie przed atakiem. W teorii powinni wiedzieć, że coś się tam dzieje, a nie było z ich strony żadnych raportów. Ponadto w placówce został stary sprzęt z poprzedniej stacji nasłuchowej, który mógł być przydatny w ukrywaniu ich aktywności. Nie było wiadomo tak naprawdę nic więcej. Moje podejrzenia, które początkowo wędrowały nawet w kierunku porucznika (również dzięki sugestii jednego z Padawanów) zaczynały szybko rozwiewać – sytuacja nie wyglądała tak, jak początkowo mi się wydawało. Potrzebny był kontrwywiad w mojej postaci. W tym celu przygotowano dla mnie prostą historię – skończyłem Akademię Wojskową i jestem do dupy. Parę lat w sekcji interwencyjnej miasta Iziz zakończone poranieniem trójki cywilów pod Pałacem Królewskim podczas zamieszek. Ktoś, kto zdecydowanie mógłby dostać tak beznadziejny przydział i nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Na koniec dostałem sprzęt i koordynaty.

Ważną kwestią, którą podjąłem podczas rozmowy z porucznikiem było moje podejrzenie dotyczące inwazji – z racji tego, że Vongowie gromadzą się na Dxun, a koniunkcja atmosfer księżyca i planety już się zdarzały, wysnułem wniosek, że być może właśnie w ten sposób chcą ją przeprowadzić, tym bardziej że kontrolują grawitację całkiem nieźle. Wyraźnie zaznaczyłem to ostrzeżenie i konieczność przygotowania planu na tę ewentualność. Porucznik jako najwyraźniej inteligentny człowiek przyjął sugestię ze zrozumieniem.

Kolejna część misji jest dla mnie trudna do opisania. Głównie dlatego, że skupiłem się na udawaniu skrajnego idioty, którego wszyscy znienawidzili po 10 minutach. Stacja nie miała dużej załogi – paru znudzonych wojskowych i pracowników placówki. Moje zmysły nadał milczały, a ja nieco bezradnie wkurwiałem wszystkich dookoła starając się przekonać ich, że naprawdę lubię strzelać do cywilów i pacyfikować zamieszki. W atmosferze tego miejsca na pewno jednak czuć było coś w rodzaju napięcia, a w ruchach i rozmowach pracowników pewną sztuczność bądź obawę. Parę razy pojawił się również wątek jednego z nich, który ostatnimi czasy zaczął psuć robotę.

Moje działania przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego – zamiast mnie ukryć, wykurzyły szpiega. Podczas przechadzki dookoła stacji w poszukiwaniu jakichś anomalii po części poczułem, a po części usłyszałem, że któryś z pracowników rzucił się w kierunku myśliwca. Było to na tyle paniczne, nagłe i zdesperowane działanie, że bez wahania pobiegłem w tamtym kierunku starając się go zatrzymać. Szybka reakcja nie pozwoliła mi na zatrzymanie pilota, lecz statku. Krótka seria z blastera uszkodziła silniki i statek poleciał z hukiem w dół zanim w ogóle na dobre wystartował. Znalezienie wraku nie stanowiło żadnego problemu – czarny dym wzbijający się ponad pobliskie wzgórze mówił aż zbyt wiele.

Przedarcie się przez zarośla nie trwało zbyt długo. Mimo to, pilot wyszedł z awaryjnego lądowania bez żadnego uszczerbku na zdrowiu i zdążył już rozpocząć ucieczkę. Widać było, że panicznie się boi. Nie było też żadnej mowy o tym, by z nim dyskutować bądź negocjować, bo najwyraźniej zupełnie odjęło mu rozum. Ganianie się wśród zarośli i mgły pewnie nie trwałoby długo, gdyby nie dwóch Vongów, którzy nagle wynurzyli się z mgły. Szczerze mówiąc, ich pojawienie się było dla mnie zaskoczeniem – nie spodziewałem się ich w takim miejscu. Najwyraźniej musieli w jakiś sposób wiedzieć, że tu jestem i być w pobliżu, by zrobić na mnie zasadzkę. A może po prostu zawsze byli nieopodal szpiega, by go chronić (lub grozić mu). Walka była ciężka – mgła ograniczała widoczność, wysoka trawa również, a stopy zagłębiały się w błoto przy każdym kroku. Na domiar złego ukształtowanie terenu znacznie faworyzowało atakujących – ja miałem mało miejsca na trzymanie dystansu, a oni wystarczająco dużo przeszkód, by móc przyprzeć mnie do muru. Najpierw zaczęło się niewinnie, od jednego, celnego ciosu, które ledwie otarł mi brzuch nie czyniąc wielkiej krzywdy. Potem jednak przyszedł drugi, tuż poniżej, tym razem o wiele głębszy i bardziej dotkliwy. Zaczynało się robić nieciekawie – szpieg znikł mi z pola widzenia, a Vongowie stawali się coraz bardziej pewni siebie. Uznałem, że ten pierwszy jest priorytetem i odpierając kolejne ataki skupiłem się bardziej na jego lokalizacji. Okazało się, że nie uciekł zbyt daleko, wspinając się z trudem na wysokie wzgórze. Dopadłem go w ledwo trzech skokach, lądując tuż obok i ogłuszając po to, by nie uciekł mi dalej. Tym razem teren bardziej sprzyjał mi, o czym szybko przekonali się również Yuuzhanie, gdy jeden z nich padł w walce. W jej wyniku jednak wylądowałem na dole, a drugie z nich został na wzgórzu. Nie myśląc wiele, rzucił w moim kierunku trzymanego jak kij węża.

Już któryś raz z rzędu zawiodły mnie moje odruchy Jedi, a przydały się te bardziej podstawowe i pierwotne. Dla niższych rangą: to gówno jest przereklamowane. Bez zastanowienia chciałem wykryć obiekt w Mocy po to, by skalibrować jeden celny cios i zbić go w powietrzu, jednocześnie lecąc w stronę bezbronnego wtedy Vonga. Oczywiście węża Vongów wykryć w Mocy się nie da, przez co chybiłem uderzając minimalnie za wcześnie. Tylko wrodzony refleks pozwolił mi uniknąć trafienia i polecieć dalej. Wynik nadal był ten sam – drugi Vong padł martwy. W międzyczasie szpieg zdążył już zebrać się z ziemi i drąc się na całe gardło uciekać dalej. Pewnie bym go już go wtedy dopadł, gdyby nie wąż. Cholerstwa są strasznie zwinne i nie minęła nawet chwila, gdy ten z powrotem był na górze. Tym razem walka była wyjątkowo ciężka – w rękach Yuuzhan są oczywiście śmiertelnie niebezpiecznie, ale są tylko bronią. Walcząc samodzielnie stają się zwierzętami i to tymi z gatunku najbardziej niebezpiecznych. A dodatkowo strasznie ciężko skurwysynów trafić.

Słowem: dostałem po raz trzeci, tym razem potężnie w lewą rękę myśląc już, że mi ją odrąbał. To jednak był tylko mięsień, a ja wiedząc, że nie mam dużo czasu zanim nie zgubię szpiega z zasięgu wzroku sięgnąłem do prostych rozwiązań. Kop w pysk ze wzgórza i ucieczka.

Bothanina dopadłem na czymś, co wyglądało jak prowincjonalna ulica. Widać wcale nie byliśmy aż tak daleko od cywilizacji, jak myśleliśmy. Mimo to nadal nie udało się nawiązać z nim kontaktu. Bredził, rzucał się i przemawiał bardziej jak wyznawca, niż zwykły szpieg. W końcu padł wyczerpany przy ścianie i stracił przytomność, a ja miałem szansę, by wezwać wsparcie od SOO wraz z medykiem. Całe szczęście, że nigdy nie nauczyłem się dobrze pierwszej pomocy. Medyk po przybyciu zabrał się za resuscytację. Parę chwil później cała zagadka szpiega wyjaśniła się w momencie, gdy coś wyraźnie przeszło przez usta do ciała medyka. W tym momencie już dokładnie wiedziałem o co chodzi, w sumie nawet sam nie wiem dlaczego. Robak-pasożyt kontrolujący inne istoty. Tylko tyle wtedy pomyślałem nie mając nawet pojęcia, jak to działa. Z tego też powodu zdecydowałem się na drastyczny krok – zabicie medyka. Tak naprawdę chciałem bardziej pozbyć się pasożyta, chcąc przeciąć go i unieszkodliwić, uznając, że jest największym zagrożeniem. Całą scenę z przerażeniem obserwował jego kolega z jednostki, który jednak nie widział całej sytuacji, a jedynie dziwną reakcję medyka. Wkrótce jego znajomy zmienił się w stertę poszatkowanego mięsa w metalu, a ja z zakrwawioną dłonią z robakiem w ręku starałem się wytłumaczyć mu sytuację. Jakimś cudem się udało, a uszkodzony, ale żywy pasożyt trafił do pancernego plecaka.

Powrót do pałacu i ponowną rozmowę z porucznikiem pamiętam jak zza mgły. Otrzymane ciosy dosyć mocno dały mi się we znaki, a ja w trakcie podróży majaczyłem lekko trzęsąc się w nagłych drgawkach. Na miejscu moje rany zostały opatrzone, a ja musiałem wytłumaczyć się z, jak to wyglądało, zabójstwa z zimną krwią. Na szczęście moje wytłumaczenie zostało przyjęte ze zrozumieniem, nawet jeśli nieco niechętnym. Nieco urywana relacja ze zdarzeń spotkała się ze zrozumiałym zaskoczeniem – w końcu do tej pory nikt nie miał do czynienia ze szpiegostwem w takiej przerażającej, przymusowej formie. SOO chciało zachować robaka do badań, jednak nie oponowali gdy stwierdziłem, że wolałbym go zabrać do nas, gdzie mamy większe możliwości go zbadać. Po zdaniu sprzętu i ponownym przypomnieniu o Dxun, udałem się w stronę myśliwca Kaana i wyruszyłem w drogę powrotną z myślą, że nowy kryształ po raz pierwszy uratował mi życie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Raport został przesłany do SOO wraz z dodatkowymi notatkami dotyczącymi zachowań pasożyta w naszej bazie.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Gluppor
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1625
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 15 gru 2016, 18:56

Nieakceptowalna wymiana

1. Data, godzina zdarzenia: 24.11.16, 19:20-23:30

2. Opis wydarzenia:

      Odprawa przed wylotem była bardzo krótka bo plan, choć koszmarnie trudny do wykonania, nie był zbyt skomplikowany. Upewniliśmy się, że wszystko mamy, ustaliliśmy na jakim świecie wyląduje Vin i wyruszyliśmy. Przespałem większość lotu, by obudzić się na ostatnim przystanku przed Mustafar, gdy żołnierz wysiadał ze statku. Wszystko zaczęło się jednak, gdy znaleźliśmy się w przestrzeni wokół Mustafar.

Vin skontaktował się z przedstawicielami Imperium Galaktycznego, by dać nam czas na zlokalizowanie imperialnej bazy na podstawie przesyłanego w obie strony sygnału. Nie mógł skutecznie prowadzić tej rozmowy sam, toteż udostępnił nam kanał, przez który wszyscy mogli podpowiadać żołnierzowi, sugerować odpowiedzi na pytania, czy proponować nowe wątki. Przedstawiciele Imperium, choć jak zwykle bardzo formalni i rzeczowi, dali się wciągnąć w liczne dygresje, powtórzenia i zmiany tematów.

Transmisja, jak przypuszczaliśmy, była starannie zabezpieczona. Sygnał przechodził niezliczone modyfikacje, a próby geolokacji źródła sygnału kończyły się wyświetleniem setek miejsc rozsianych po całej planecie. Wraz z Adeptem Ubem rozpoczęliśmy mozolny proces odrzucania z tej mapy miejsc, w których z całą pewnością nie mogłaby znaleźć się baza Imperium - szczyty stromych gór, jeziora lawy, etc. Choć punktów stopniowo ubywało, tempo usuwania kolejnych było stanowczo za małe. Pamiętając, jaką trajektorię lotu miał imperialny statek którym odlatywałem z Mustafar na Bespin, odrzuciłem wszystkie wyniki poza szerokim na kilka i długim na kilkaset kilometrów pasem ziemi.

Stało się wówczas kilka rzeczy - Imperium oschle skończyło rozmowy z Vinem, czekając już na przesłanie dokumentów, transmisja została zakończona, a Rycerz Fenderus zobaczył wyniki pracy mojej i Adepta na swym komputerze nawigacyjnym. Nie mając ani czasu, ani innych możliwości, Rycerz wpadł na karkołomny plan i niemal od razu przeszedł do jego realizacji. Wleciał w atmosferę Mustafar mniej więcej na początku wyznaczonego pasa, przyspieszył do prędkości podświetlnej by nie wykryły nas żadne radary i polecił Mistrzyni Vile zbadanie terenu pod statkiem swoimi zmysłami Jedi. Napotkawszy barierę atmosfery przy tej prędkości, wszystkimi pasażerami statku targały ogromne przeciążenia. Pas mojego fotela nie wytrzymał i wyrzucił mnie na ścianę. Wszysko działo się bardzo szybko, a jednocześnie jakby w zwolnionym tempie. Ledwo zdążyłem ukryć się pod fotelem, a statek ponownie wzbijał się poza atmosferę, by zawrócić. Mistrzyni udało się wyczuć życie gdzieś po drodze i wskazała to miejsce Rycerzowi. Byliśmy tam już po chwili.

Ze statku wysiadłem w towarzystwie Mistrzyni, Adepta Uba i żołnierza Erise. Krótką rozmowę na temat tego, jak w tej sytuacji zachowaliby się prawdziwi Czarni Strażnicy przerwał nam ostrzał żołnierzy Imperium. Byliśmy na miejscu. Sprawnie przeprawiliśmy się przez dwie rzeczki dzielące nas od wejścia do bazy i bez żadnego słowa weszliśmy do środka, likwidując po drodze opór (w czym największy udział miała Mistrzyni Vile). Znaleźliśmy się w wielkim hallu, z którego można było wejść do kilku pomieszczeń na dole, a także udać się po schodach na wyższą kondygnację. Pomieszczenie zamilkło na chwilę, ale gdy tylko nadaliśmy na ogólnej częstotliwości komunikat, że Czarna Straż przyszła po długo oczekiwaną zemstę, walka zawrzała ponownie. Gęsty ostrzał zmusił wszystkich do ucieczki do jednego z pomieszczeń na dole.

To była pułapka. Drzwi zatrzasnęły się za nami w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu, a do środka prawdopodobnie wpuszczono jakiś trujący gaz. Każdy z nas przyjął inną taktykę walki z trucizną. Wstrzymałem oddech i doczołgałem się z wielkim trudem do drzwi. Włączyłem po chwili miecz, by zaprzeć się o rękojeść ciałem, próbując przebić w ten sposób drzwi. Choć widziałem już pierwsze efekty, musiałem przeturlać się na bok, bo w tym samym czasie Mistrzyni Vile walczyła z mechanizmem drzwi przy użyciu Mocy. Nie minęła nawet sekunda od momentu w którym usunąłem się na bok, a drzwi zazgrzytały przerażająco i padły na podłogę. Rozpętało się piekło.

Do pomieszczenia, które jeszcze przed chwilą mogło stać się naszym grobem wpadły dwa granaty wrzucone z drzwi które powaliła Mistrzyni i z drugich, bocznych. Eksplozja przypaliła mnie nieco i zmotywowała wszystkich do opuszczenia komory gazowej. Wszedłem przez boczne drzwi do małego pomieszczenia kontrolnego, gdzie otrzymałem salwę z karabinu blasterowego. Nim imperialny żołnierz zdołał mnie zabić, moje życie uratował Xaleth. Zdołałem wyjść do głównego hallu, ale poczułem wszechogarniającą słabość i padłem na podłogę. Mistrzyni Vile przelała we mnie część swej Mocy, by podtrzymać mnie przy życiu i wraz z resztą pognała na górę.

Mistrzyni Jedi Elia Vile pisze:Po pospiesznym upewnieniu się, że stan Namona jest stabilny, ruszyłam za Adeptem Brealinem i X. Stali przed bramą zabezpieczoną polem siłowym i próbowali przedostać się na drugą stronę – słyszałam, że rozmawiają o przeciążeniu generatora. Z braku czasu, postawiłam na niewyszukane rozwiązanie i po prostu sforsowałam pole mieczem… w może minutę… przy wsparciu X. Pobiegliśmy korytarzem w kierunku, z którego dobiegały nerwowe głosy. Imperium próbowało ewakuować Angara, najwyraźniej przekonane, że ma do czynienia z prawdziwą Czarna Strażą. Kopnęłam tego, który tarasował przejście – pech chciał, że był to medyk, który przyjął na siebie cały ciężar Angara i teraz, po prostu, upuścił to, co z Padawana zostało. Usłyszeliśmy niepokojący dźwięk, kiedy aparatura podtrzymująca życie zareagowała, cześć przewodów i rurek odłączyła się, respirator przestał wspierać organizm Angara i wyglądało na to, że ten niedługo się udusi.

Wszystko potem działo się bardzo szybko. Brealin i X za mną zajęli się powalonym wcześniej medykiem, ja skupiłam się na uzbrojonych mężczyznach z przodu – kapitanie i kimś niższym rangą, w hełmie pilota. Chyba chcieli negocjować, ale naprawdę nie było na to czasu. Ogłuszyłam ich szybkim pchnięciem, zabrałam broń. To dwa pistolety, jeden bardzo ekskluzywny, drugi starszej daty, ale zadbany – trafią do magazynu z resztą broni.

W trakcie szamotaniny Erise najwyraźniej poderżnął gardło medykowi, bo kiedy się odwróciłam, wszystko oblewała jasnoczerwona krew. Niebawem zjawiło się wsparcie – słyszałam, jak żołnierze krzyczą, że muszą odbić kapitana za wszelką cenę. W międzyczasie Brealin zajął się Angarem, podłączając go do aparatury bez wprawy, ale z wielkim zaangażowaniem – tak, że kiedy przyszłam pomóc, prawie wszystko trafiło już na swoje miejsce. Poprosiłam towarzyszy, by mnie osłaniali, a sama spróbowałam przekazać Angarowi dość energii, by przeżył ten chaos. Słyszałam, jak strzały za drzwiami zbliżają się i oddalają, jak co jakiś czas eksplodują granaty… w pewnym momencie byłam zmuszona osłaniać i siebie, i swojego pacjenta barierą, co spowolniło proces uzdrawiania. Gdy skończyłam, moi towarzysze byli już w kiepskim stanie. Dołączyłam do nich, by oczyścić drogę powrotną. Pamiętając, że żołnierzom zależało na kapitanie, użyłam go jako tarczy… niestety, przeliczyłam się. Nieprzytomny kapitan został uznany za jeńca i brutalnie rozstrzelany przez swoich.

Znów związano nas walką, choć większość agentów Imperium nie stanowiła problemu. Tylko jeden okazał się rzeczywiście problematyczny – żołnierz z plecakiem rakietowym, bardzo sprawny. Straciliśmy na niego mnóstwo czasu. W ciasnych pomieszczeniach starałam się omijać moich towarzyszy i uważać na nich, kiedy rzucali się do chaotycznej walki. Nie udało się i w pewnym momencie cięłam Erise po nogach, powalając go natychmiast. Nie mogłam mu pomóc. Miałam jednego przeciwnika, jednego ledwo trzymającego się na nogach sojusznika i trzy osoby kompletnie niezdolne do walki… czy nawet do prymitywnej obrony. Musiałam skończyć to jak najszybciej.

Miałam tu zdecydowaną przewagę, mimo zajadłości żołnierza. Ostatecznie wygrałam ten pojedynek i wyszłam z niego bez szwanku, ale śmiertelnie ucierpiał X. Jeden z granatów eksplodował tuż obok niego. Nie mogliśmy nic zrobić, on sam prawdopodobnie nie wiedział nawet, że umiera. Kilka chwil potem walka była skończona.

Wróciłam po Angara. Brealin podniósł zwłoki Erise i razem ruszyliśmy do głównego wyjścia.


Gdy walka ucichła, a ja mogłem się już poruszać, wezwałem na zamkniętej częstotliwości Jedi Rycerza Fenderusa, który już po chwili pojawił się w granicach bazy. Podczas drogi powrotnej opatrzyliśmy rany (jakość opatrunków sprawdziła potem Mistrzyni). Gdy wróciliśmy na Prakith, przyjąłem stymulant i wyciąłem martwą tkankę z ciała Adepta Uba. Po pewnym czasie wszyscy zebrali się przy wejściu do bazy, by pożegnać Xaletha Erise. Vreyx wygłosił krótkie przemówienie na jego temat, a jego szczątki zostały spalone przez Mistrza Barta.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 28 gru 2016, 19:18

Zabójcy Sanarisa

1. Data, godzina zdarzenia: 13.09.16, 20:00 - 00:00 | 16.09.16, 19:30 - 23:00 | 25.09.16, 20:00 - 00:00 | 31.10.16 - 20:00 - 02:00

2. Opis wydarzenia: Należy wrócić myślami do przeszłości, aby nadać temu raportowi klarowność. Właściwe jest zapoznanie się z raportem Adepta Niihl'ian'nebu aby rozumieć o kim będę teraz prawił.

Cała sprawa przerwała spokojny wieczór. Odebrałem wiadomość z wołaniem o pomoc. Lokalizacja wskazywała na spelunę, bar klubu śmigowego - ten sam, o którym Adept wspomina w raporcie. Wtedy jeszcze, nie było mi nic wiadome o jego poczynaniach. Erise poleciał ze mną. Na miejscu uświadczyliśmy pożar trawiący siedzibę śmigowców. Wywołałem ich na lokalnej częstotliwości. Najpierw cisza. Potem liche; "Uciekaj - TO SANARIS". Nazwisko Pana Sanarisa, podsyciło jedynie moją ciekawość choć prym wiodła troska o życia potrzebujących. Nakazałem Erise okrytemu kombinezonem komandosa wydobyć z pożaru ocalałych. Usadowiłem się na dachu czatując. Za chwile z wnętrza wyszło dwóch. Gand i weequay. Ten pierwszy dostrzegł mnie na wysokości. Otworzył ogień. Ilość broni i umiejętności nie sugerowały zwykłego podpalacza. Ręczny miotacz ognia, ciężki karabin i snajperka, ładunki wybuchowe. Problem stanowiły jęzory ognia, które ku mnie wypuszczał. Skutecznie odpychał mnie po za zasięg miecza – zwyczajnie nie mogłem się zbliżyć. Sprawiło mi to nie mały problem. Utrzymując dystans musiałem liczyć się z salwami lub snajperskimi strzałami. Wąska przestrzeń i krawędź płonącego dachu nie oferowała mi zbyt wiele miejsca na uniki. Jedynym ratunkiem była mnogość kontenerów. Parę razy próbowałem dopaść oponenta. Bezskutecznie, dając się jedynie poparzyć. Wezwałem posiłki w postaci zaprzyjaźnionej policji, która dopiero teraz wzięła na poważnie wezwanie do pożaru. Pragnąłem jedynie utrzymać go na miejscu. Żarliwość osobnika zmusiła mnie jednak do o wiele gwałtowniejszych reakcji. Nie mogąc go sięgnąć mieczem, staranowałem go ścigaczem. W pędzie, uczyniłem to również z jego towarzyszem, który nagle pojawił się - wcześniej nie uczestnicząc w starciu. Nie miałem jednak wtedy tej świadomości, że jest niegroźny. Dwa trupy. Potem pojawiła się policja, zdążyłem ukraść datapady denatów. Erise w tym czasie wydobył na zewnątrz Pana Korhuna, nieprzytomnego i poparzonego. Aspirant Honheim zadał mi kilka pytań i puścił.

Zaangażowałem Adepta Liana do sprawdzania urządzeń. Włamaliśmy się do obu datapadów. U Ganda-podpalacza nic. Jak przystało na profesjonalistę, wszelkie dane zostało skrupulatnie wyczyszczone. Profesjonalne urządzenie uniemożliwiało również prześledzenie wszelkich operacji na nim. Użytkował ze specyficznej służbowej sieci łowców nagród, nawet policja byłaby bezsilna. Skontaktowałem się z nimi mimo to. Chciałem spróbować i ustalić jego tożsamość. Był poszukiwany za kilka napadów, morderstw. Służby potwierdziły, że miałem do czynienia z zawodowcem. Drugi datapad był skrajnie przeciętny. Weszliśmy do skrzynki pocztowej, tam anonimowa wiadomość – nie dało się wytropić źródła. Treść dotyczyła oferty pracy, dość znacznie wykraczającą po za prawo. Bez szczegółów. Jedynie obietnica sowitej zapłaty i miejsce spotkania. Mało znaczący bar, zapewne przypadkowy i pozbawiony monitoringu. Weequaya łatwo było wytropić w sieci. Mnogość ogłoszeń w poszukiwaniu pracy jasno świadczyło o jego problemach finansowych. Zapewne nie miał wielkiego wyboru. Hmm… nie myślę o nim, nie chcę rozstrzygać z samym sobą szczegółów tej śmierci. Kontaktowałem się w ich sprawie z policją. Temat ześlizgnął się na uratowanego staruszka, Korhuna. Poprosiłem policję o przeniesienie go do strzeżonego szpitala, razem z drugim motocyklistą – ich obecnym przywódcą. Liann poproszony o wytężenie pamięci przypomniał sobie o jego istnieniu i pobycie w szpitalu. Na koniec komenda Skoth poinformowała nas o znalezieniu na tyłach spalonego baru ciała. Gand kazał im ustawić się w rzędzie, rozstrzelał ich, a potem spalił.

Pojechaliśmy do szpitala wojskowego. Przeniesiono tam wspomnianego Korhuna i dowódcę wymordowanego klubu. Ten drugi był w śpiączce. Szpital militarny oferował największe bezpieczeństwo na planecie, musieliśmy mieć taką nadzieję. Pan Korhun okazał się pałać niesamowitą nienawiścią do Sanarisa. W jego odbiorze, popełniona rzeź na hobbystach śmigów była jak wymordowanie rodziny. Pogrążonego w śpiączce traktował jak przybranego syna, zresztą sam wspominał o przyjaźni z jego ojcem. Podałem nas za ludzi, którym Sanaris również wyrządził krzywdę. Ludzi ze znajomościami i możliwościami dopadnięcia go. Połowiczny blef, miał pomóc nam w zrobieniu z Pana Korhuna świadka. Staruszek przez wszystkie przeżycia popadł w skromny obłęd, stąd było trudno o klarowną komunikację. Nie stanowiło to większego problemu. Cierpliwość pozwoliła nam się porozumieć. Zgodził się zeznawać w razie ewentualnego procesu. Choć osobiście wolałby go po prostu pozbawić życia. Nie uzyskaliśmy jednak od niego nic co pchnęło by sprawę do przodu. Ocaliliśmy zapewne obu awanturników przed morderstwem. Tak przynajmniej sądziłem.

Parę dni później Pan Korhun znów przerywa mój spokojny wieczór. Skontaktował się ze mną. Oświadczył mi, że wypisał się ze szpitala. Przy wyjściu oficjalnie urągał Sanarisowi, tak aby ogół to posłyszał. Przekazał mi na prędce fakt, że jest właśnie ścigany i nie zostało mu wiele czasu. Stwierdził, że wszystko poszło zgodnie z planem i zabójca za chwile go dopadnie. Mi z kolei kazał dopaść Sanarisa i przesłał mi swoją lokalizację. Zerwał połączenie.

Lecieliśmy tak szybko jak się dało Phantomem sir Thaxtona. Zostawiliśmy myśliwiec na polanie nieopodal, a sami pobiegliśmy na moczary. Wyrastające co jakiś czas ambony sugerowały tereny łowieckie. Wyprowadziłem sugestie o rozdzielenie. Posłyszałem głośny plusk w głębszej partii bagna, a w oczy rzuciła mi się czyjaś sylwetka pomiędzy zaroślami. Poszedłem okrężną drugą stąd zgubiłem ją wzrokiem. Podkradłem się do obozowiska, już z paru metrów czując zapach palonego humanoidalnego mięsa. Zbliżyłem się zbawiony tą niepokojącą wonią. Źródłem zapachu jak zapewne można się domyślić, był staruszek. Nie żył. Wydobyłem jego zwłoki po za obręb ognia. Pozostawiłem, skupiwszy się na pochwyceniu mordercy. Odłączyłem kilka kabli w ścigaczu nieopodal. Nie widząc maszyny klubowej pojąłem czym był plusk. Była na dnie bagna. W oddali ktoś rozmawia z sir Thaxtonem. Czułem, że to on. Podbiegłem i obaliłem go na ziemię licząc na to, że towarzysz po prostu przystawi mu broń do ciała. Ten jednak nie mając orientacji ani w celu naszego przybycia ani w konszachtach z tutejszymi służbami porządkowymi – wycelował we mnie i kazał mi się uspokoić. Doszło do przekomarzania się z Durosem, uzbrojonym w blaster. Nie znając zamiarów mojego towarzysza dałem przejąć mu pałeczkę. Ruszyliśmy do ogniska, gdzie Duros oskarżył mnie o morderstwo. Wreszcie w tej słownej szamotaninie udało mi się zbliżyć do sir Thaxtona aby przekazać mu, że współpracujemy z policją i może działać swobodnie. Duros poproszony o rzucenie broni odmówił – dał susa do bagna. Otworzył ogień z pełnego asortymentu łowcy nagród. Mieliśmy jednak przewagę i z łatwością pochwyciliśmy zabójcę bez większego uszczerbku na jego zdrowiu. Wezwałem kogoś z komendy Skoth. Przeszukałem ciało zamordowanego, znalazłem urządzenie rejestrujące dźwięk. Po odsłuchaniu nagrania okazało się, że Pan Korhun zapisał całą rozmowę z łowcą nagród. Podpuścił go i wyciągnął z niego wzmiankę o zleceniodawcy, Sanarisie. Policjant, który przybył na bagno i dowiedział się o tym – był uradowany. Pan Korhun zrobił wszystko co mógł aby odpłacić się za zamordowanie jego „rodziny”.

Uznałem, że morderca nie może pozostawić na Prakith. Kult dopadłby go wszędzie. Poprosiłem Nową Republikę o transport do kompleksu więziennego na Odik II. Nie było z tym żadnych kłopotów.

Udałem się na więzienną planetę republiki aby go przesłuchać. Rozmawiałem z nim przed przelotem. Jednostka ta wykazywała swoistą „porządność” i wierność obranym ideom. Wedle jego osobistego kodeksu, nieco podpisanego pod „zawodowy”. Morderca chciał zwyczajnie umrzeć aby zakończyć swoją karierę tak jak przystało. Nikogo nie wydając. Jedyną kartą przetargową jaką miałem była jego reputacja. Opowieść o tym, jak zrobimy z niego świadka koronnego, upozorujemy ewakuacje jego rodziny i inne przemyślane detale – choć spotkały się z jego uznaniem – spotkały się z odmową. Nie byłem zdziwiony, tego się spodziewałem. Wolał umrzeć ze zniszczoną opinią, ale wedle własnych zasad. Jego ostatni los, mimo – że on byłby jedynym, który o tym wie. Uszanowałem to. Oświadczyłem jedynie, że czekam na jego kontakt. Obiecałem również wyprowadzić pismo do odpowiednich organów, o anulowanie jego egzekucji. Nie miałem wcale takiego zamiaru – dałbym mu dopełnić żywota z nienaganną reputacją łowcy nagród.

Dwa dni później Duros umarł. Sprowokował czułą na moc kobietę, osadzoną w naprzeciwległej celi. Zabiła go mocą.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: W moich zamiarach leży doprowadzenie tej sprawy do aresztowania Rhadio Sanarisa. Mam nadzieję, że feler i żywota oddane w tej przedziwnej historii wydadzą wreszcie jakieś skutki.

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 30 gru 2016, 18:20

Odik II

1. Data, godzina zdarzenia: 31.10.16 - 20:00 - 23:00 | 01.11.16, 17:00 - 02:00 | 07.11.16, 20:00 - 22:00 |

2. Opis wydarzenia: Przesłuchałem więźnia na Odik II, skończyło się to dość szybko. Opuszczanie więzienia było serią, procedur pod nadzorem sensorów setek strażniczych droidów. Pragnienie wydostania się z całkowitej, fizycznej izolacji nie ustawało. Skontaktowałem się z kapralem Vreyxem, to on przetransportował mnie ten glob. Okazało się, że spotkał się z Redgiem, który pełnił tutaj rolę strażnika – wiemy czego. Niefortunnie pogoda na Odik II uwięziła obu żołnierzy. Nie mogli po mnie przylecieć, gdyż anomalie pogodowe stanowiły zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Należało przeczekać„anomalie pogodowe”. Czekała mnie noc w zbrojowni.

Dalsza część sprawozdania dotyczy ciągu dalszego pobytu na Odik II, które nie ma powiązań z zabójcami sanarisa.

Postanowiłem rozwiązać starą zagadkę. Mój pierwszy pobyt na Odik II jest związany z zakupem broni. Inkwizytor wysłał nas do tutejszej placówki republiki aby zakupić blastery i granaty, których w tamtym czasie brakowało. Kiedy przybyłem na miejsce uświadczyłem jednostki imperium w samym środku planety będącej republikańskim więzieniem. Gdyby tego było mało, cały sprzęt przekazano mi całkowicie za darmo, a potem wyrzucono za drzwi. Wszystko skomplikował brak wzroku w tamtym okresie.

Ciekawość moja jak i sierżanta Vina, nie dawały mi z tym spokoju. Postanowiłem podjąć próbę rozwikłania tej zagwostki. Ponownie nawiązałem łączność z komandosami Nexu. Redge i kapral Vreyx przetransportowali mnie do urzędu aby sprawdzić pewną niezgodność, którą wytropił Sierżant Vin. Zrobił to wiele tygodni wcześniej. Niezgodność dotyczyła właściciela podanego w rejestrach budynku. Jego akt zgonu jasno oświadczał, że od dwóch lat nie żył. Nie było to przeszkodą w podpisaniu umowy zakupu.

Wykazałem się lekkomyślnością i z niecierpliwieniem podczas działań w urzędzie. Przyzwyczajenie do ciągłego ukrywania tożsamości i pewien dystans do epatowania… moją przynależnością – spowodował niechęć do jawnego oświadczania, że jestem Padawanem. Nieco irracjonalne. Podawałem się za jednostkę o uprawnieniach wojskowych. Urzędnicy spoglądali na mnie dość obojętnie, nie angażując się, a w późniejszym czasie nie chcąc udostępnić mi danych, po które przyszedłem. Nie mogąc załatwić danej sprawy, wreszcie pokusiłem się o zasugerowanie łapówki. Urzędnik z początku się zgodził, kazał zaczekać mi na korytarzu gdzie ja miałem zgubić pieniądze, a on w tym czasie zgrać dane. Pojawił się jednak ze służbami antykorupcyjnymi. Teraz wyjawiłem im, że jestem Padawanem i próbowałem jakoś umotywować moje poczynania. Wywiązał się epizod tłumaczeń i udowadniania swoich dobrych zamiarów. Puścili mnie wreszcie wolno, pobierając personalia i dane Mistrzyni. Otrzymałem również zakaz opuszczania planety aż do potwierdzenia mojej tożsamości przez Mistrzynię. Urzędnik wreszcie zgodził się wydać danę. Ujawnił mi wszelkie informacje o jakie poprosiłem. Okazało się, że faktycznie doszło do oszustwa przy zakupie tamtego budynku. Wina nie wydawała się jednak leżeć po stronie urzędu, a składającego podpis. Dopełniło się fałszerstwo. Jedyną informacją, jaka pchnęła sprawę do przodu był adres syna rzekomego właściciela. Nic nie wskazywało na to, aby syn miał jakiekolwiek pojęcie o istnieniu budynku. Nie umiejscowiono go nawet w testamencie. Nikogo to nie interesowało, ponieważ rachunki były płacone regularnie na różnych pocztach w całym mieście, wysyłano bez danych zwrotnych.

Danulis Tharun, syn Varalisa Tharuna był istotą zamożną. Człowiek ten mieszkał w apartamentowcu ulokowanym w bogatej dzielnicy. Mieszkanie ulokowane miał na ostatnim piętrze drapacza chmur, gdzie dostać można się było tylko z maleńkiej platformy. Miał dom pełen wygód, droida lokaja i problem z alkoholem. Kiedy przybyłem do jego posiadłości sączył kolejnego drinka, nie pierwszego. Tym razem zaryzykowałem grając w otwarte karty. Zadzwoniłem dzwonkiem, oświadczyłem, że posiadam informacje o jego ojcu i chciałbym mu je przekazać. Zostałem wpuszczony do posiadłości. Bez ogródek przedstawiłem wszystkie fakty Panu Danulisowi. Ten z początku nie chciał o niczym słyszeć, jednak po namowach swojego przyjaciela, zapytał czego ja właściwie chcę. Odpowiedziałem dość treściwie, że interesuje mnie tamtejszy przybytek, a go zapewne los jego ojca. Kolejne pytanie dotyczyło tego kim jestem ja sam. Pozwoliłem sobie po poprzedniej nauczce, otwarcie wyjawić, że Jedi. Chciano mnie wyprosić, jednak okazanie miecza świetlnego rozwiało wszelkie wątpliwości co do mojej prawdomówności. Pan Danulis upił się nieco i z początku stwierdził, że to go nie obchodzi. Tracił jednak na swojej pozycji z każdą namową przyjaciela i moimi drobnymi propozycjami. Finalnie się zgodził. Poszedł po blaster. W między czasie dowiedziałem się, że przyjaciel syna denata zajmował się od zawsze papierkowymi sprawami tej rodziny, a w przeszłości miał jakiś epizod z Imperium. Przed wyjściem gospodarz zaszedł do toalety. Jego towarzysz też stwierdził, że potrzebuje pójść na stronę. Wzbudził tym moją podejrzliwość.

Polecieliśmy, wysokiej klasy śmigaczem powietrznym, do wspomnianego kompleksu. Na miejscu nie było żadnych sił imperialnych. Nie było praktycznie nikogo oprócz jednego woźnego. Ten z kolei był nieco zaaferowany naszym przybyciem. Poczynania Danulisa szybko go jednak spłoszyły i zezwolił na udanie się w kierunku wnętrza przemysłowego kompleksu. Sprzątacz zapytany o nazwisko szefa faktycznie stwierdził jakoby to Varalis Tharun był zarządcą. Pan Danulis przez całą drogę wymachiwał lekkomyślnie blasterem i odgrażał się swojemu ojcu. Tkwił w poglądzie, że jego ojciec o niezbyt czystej przeszłości po raz kolejny wykazał się krętactwem. Przeszłość Varalisa Tharuna była bowiem usiana rzekomo mnogimi epizodami z różnej maści oszustami czy przestępcami. Być może i z Imperium. Tym razem miał przejść samego siebie – pozorując własną śmierć. Po drodze nakazałem stanowczo o oddanie mi blastera, nie chcąc aby przypadkiem ktoś został postrzelony. Po kilku namowach oddano mi go.

We wnętrzu budynku czekał na nas nocny nadzorca. Twierdził, że jest tutaj aby wszystko nam wyjaśnić. Opowiedział nam o pewnym człowieku, którego nie przedstawił. Człowiek ten miał posunąć się do oszustwa, oświadczył to otwarcie. Wykorzystał nazwisko i dane ojca Pana Danulisa aby otworzyć ten kompleks. Skłoniła go do tego sytuacja życiowa. Kłopoty finansowe, rodzina na utrzymaniu, chęć życia w lepszym standardzie. To fałszerstwo miało być ryzykowną drogą do podniesienia swojej sytuacji zarobkowej. Udało mu się, nikt nie dostrzegł wcześniej całego fortelu. On żył za to z rozbierania na części starych maszyn, pozostałości po Imperium. Coś mi w tym nie pasowało. Kiedy chciałem przekroczyć próg do wnętrza sali, spotkałem się z dezaprobatą. Zignorowałem ją. Wewnątrz stało kilka zniszczonych maszyn kroczących.

Danulis nie chciał słyszeć o żadnych ugodach, pragnął zemsty. Stan upojenia zapewne potęgował jego wściekłość i usunął hamulce. Pragnął totalnego bankructwa osobnika, który posługiwał się jego nazwiskiem. Prawdę mówiąc w tamtej chwili, kiedy zaczął się miotać w bezwzględnych szale – pozbawionym wyrozumiałości… straciłem potrzebę pomocy w doprowadzaniu tej sytuacji do końca. Wiedziałem tylko, tyle ile mnie interesowało. To nie było Imperium. Prawdopodobnie przyjaciel Danulisa miał z tym coś wspólnego, prawdopodobnie skontaktował się z tą placówką przed naszym przylotem aby odpowiednio ją przygotowali. Jeśli nie – to dalsze brnięcie w tą sprawę zrujnowałoby komuś życie, które ustawił sobie wedle własnych sposobów. Nie czułem się w mocy rozbijania tego ani w jedną ani w drugą stronę. Prawdopodobnie pociągnąłbym sytuację dalej, wydobywając więcej informacji z czystej ciekawości. Musiałem jednak zareagować szybko – bo Danulis wyciągnął holodatę chcąc skontaktować się z policją. Ogłuszyłem go strzałem z blastera.

Wyjawiłem swój plan pozostałym w holu. Ogłuszony miał zostać przetransportowany do swojej sypialni, a całe zajście miało być efektem jego pijaństwa i urojenia. Musieliśmy się śpieszyć aby wszystko zaszło przed jego przebudzeniem. Przy wyjściu dostałem od nocnego stróża przedmiot, który zachował się gdzieś w magazynie. Miał to być podobno kryształ, który nie miał wartości rynkowej ani samemu właścicielowi do niczego się nie przydał. Nazwał go artuzjańskim, przyjąłem go.

Nieprzytomnego awanturnika przetransportowaliśmy do jego domu. Wyczyściłem systemy jego domostwa i pamięć droida lokaja pozorując awarię długo przed moim przybyciem. Resztę miał pociągnąć przyjaciel Danulisa. Odwieziono mnie statkiem do hotelu, w którym przybył kapral Vreyx i Redge. Pozostało mi czekać na przybycie Mistrzyni.

Mistrzyni przybyła następnego dnia. Odbyliśmy krótką rozmowę z dowódcą nowej republiki oraz przedstawicielem biura antykorupcyjnego. Przedstawiał fakty jednostronnie, przekształcając je na moją niekorzyść. Do tego w bardzo okrojonej formie. Nie mogło to wywołać jednak żadnych szkodliwych efektów. Wytłumaczyłem swojego zachowanie na tyle logicznie na ile potrafiłem nie wchodząc w aktywną polemikę z przedstawicielem. Nie mówił nic istotnego, ja chciałem zakończyć to jak najszybciej. Sprawa się skończyła.

Po drodze do wyjścia wypadł incydent z atakiem jakiegoś mocowładnego więźnia. Mistrzyni postanowiła to sprawdzić. Po przejściu kilku procedur, po raz kolejny – okazało się, że zajście miało miejsce w segmencie gdzie przebywał najemnik.

Został zamordowany mocą przez Nine. Czuła na moc dziewczyna została osadzona w więzieniu i skazana na egzekucję. Powodem było zabójstwo kilku żołnierzy, którzy nie udzielili pomocy jej rannemu bratu. Była ofiarą wojny. Samoukiem, który nosił na sobie dość spore brzemię. Emocja zwyciężyły dopuściła się zbrodni, którą umożliwiła jej potęga lub brzemię. Sam najemnik, którego znów zabiła – sprowokował ją jak sądziłem. Śpieszno było mu do grobu.

Zaproponowałem aby dziewczyna wróciła z nami na Prakith. Mistrzyni z początku uznała to za zbyt niebezpieczne, po krótkiej rozmowie z nią i poznaniu jej dalszego losu – zdecydowała faktycznie zabrać ją ze sobą. Statek, którym odleciały nie miał miejsca dla mnie. Złapałem prom z przesiadką wracając na własną rękę.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -/-

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Stare rany

Postautor: Tanna Saarai dodano: 31 gru 2016, 15:20

Stare rany
Dac - Koralowe miasto


1.Data, godzina zdarzenia: 12.12.16, 21:00-03:00 / 18.12.16, 19:00-02:30

2. Opis wydarzenia:
W hangarze, z którego na wszelki wypadek zabrałam karabin blasterowy E-11 spotkałam się z Siadem Avidhalem, by dowiedzieć się od niego, że zamówił dla mnie statek wraz z pilotem, który zabrał mnie na Dac; zaraz po krótkich problemach z JP-02, któremu nie podobało się lądowanie na dachu bazy.

Podróż była spokojna... długa i spokojna... Nic nadzwyczajnego. Trochę przespałam, trochę porozmawiałam z pilotem, by zabić czas, trochę poobserwowałam gwiazdy... Spokój.

Zaraz po opuszczeniu pojazdu powitała mnie kontrola, a jakże. Na Dac pełno teraz uchodźców, więc wojska byłej już Nowej Republiki dbają o porządek; bardzo słusznie. Nie widziałam najmniejszego sensu w ukrywaniu swojej tożsamości, spodziewałam się - słusznie zresztą, jak się okazało - rewizji. Przedstawiłam się zatem ze stopnia, imienia i nazwiska, odkrywając jednocześnie swoje powiązanie z Zakonem Jedi, jednak bez konkretnego wskazywania naszej grupy. Okazałam dowód tożsamości, a mój miecz świetlny tylko potwierdzał prawdziwość moich słów. Niestety zarekwirowano mi karabin, gdyż nie miałam nań pozwolenia. Żołnierze poinformowali mnie, że zgłoszą moją obecność i puścili wolno. Sprawę pozwolenia na lądowanie i zatrzymanie się w hangarze załatwił pilot, z którym dogadałam się, iż będzie czekał na mnie cały dzień i zabierze z powrotem na Prakith – no chyba nie... Ale nie uprzedzając, do rzeczy.

Ruszyłam w miasto, a właściwie obrzeża, na których się znalazłam, chcąc dowiedzieć się od miejscowych czegoś o zabójstwie, a przede wszystkim poznać położenie miejsca zbrodni. Przypadkowo spotkani przechodnie nie wnieśli niczego nowego do sprawy, udałam się zatem do pobliskiego baru. Zamówiłam szklankę wody i wdałam się w rozmowę z barmanem; zaraz po tym jak nacieszyłam wzrok tańcem tej niesamowitej Twi'lekanki – jak ona się ruszała, mówię wam... Wracając. Od Barmana dowiedziałam się, że Avlda Avidhal - była żona Siada - została zamordowana w swoim mieszkaniu, które położone jest vis-a-vis baru. Przy okazji dowiedziałam się, że widziano trzech mężczyzn wybiegających z mieszkania, prawdopodobnie Kalamarian. Zapłaciłam za wodę dając przy okazji barmanowi napiwek i udałam się pod mieszkanie zmarłej. Uważnie obserwowałam otoczenie, by sprawdzić, czy moje wtargnięcie na miejsce zbrodni nie zostanie zarejestrowane przez kamery, bądź jakiegoś przechodnia. Po upewnieniu się, że mogę bezpiecznie wejść rozpoczęłam przeszukiwanie mieszkania. Na środku dużego pokoju dostrzegłam osmoloną plamę oraz poczerniały skrawek materiału.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o badanie miejsca zbrodni, bo do pomieszczenia weszła Kalamariańska kobieta. Trzymając rękę na kaburze do broni żądała ode mnie przedstawienia się oraz powodów pobytu w mieszkaniu. Nie byłam pewna, czy to, aby na pewno oficer policji, za którą się podawała - ba, miałam przeczucie, że kłamie - w końcu Siad twierdził, że śledztwo umorzono. Obawiałam się, że miejsce obserwuje sprawca, bądź koś z nim powiązany. Pamiętając słowa Padawana, iż Dac to świat bardzo formalny, poprosiłam Panią o wylegitymowanie się, machnięcie odznaką, cokolwiek - była w końcu ubrana po cywilnemu. Stanowczo odmówiła, napierając na mnie dalej swoimi żądaniami. Pojawił się drugi Kalamarianin, który chciał mnie przeszukać i skuć. Szybko i brutalnie wykręcił mi ręce za plecy, spiął kajdankami i po chwili odnalazł mój treningowy miecz świetlny. Zapewniłam rozmówców, że jesteśmy po tej samej stronie, że jestem Jedi i staram się tylko pomóc - w nic nie chcieli uwierzyć. Zabrali mnie na komisariat w celu przesłuchania.

Gdy znalazłam się pod komisariatem miałam przynajmniej pewność, że nic mi się nie stanie, bo Kalamarianie faktycznie nie kłamali. Marne pocieszenie, ale zawsze... Musicie zrozumieć. Stała przede mną cywilnie ubrana kobieta, twierdząca, że jest policjantem, groziła bronią i żądała wyjaśnień, na miejscu umorzonego przestępstwa... Byłam podejrzliwa i nieufna. Ale cóż, za błędy się płaci.

Usadzono mnie w niezbyt wygodnym krześle, do którego zostałam przykuta. Pani oficer – Kiev Siann - rozpoczęła przesłuchanie, na wszystkie pytania odpowiadałam szczerze i zgodnie z prawdą. Ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu w mojej ocenie i dość krytycznej sytuacji, w jaką się wpakowałam. Szło chyba nie najgorzej, udało mi się nawet dowiedzieć kilku nowych szczegółów odnośnie samego zabójstwa, ewentualnych motywów. Ale jak wszystko, co dobrze idzie nie może trwać za długo. Do pomieszczenia wszedł drugi funkcjonariusz. Zarekwirowana wraz z mieczem świetlnym karta kredytowa należała do Siada, co dało Policji podstawy do podejrzenia go o udział w zabójstwie. W ich wizji Siad po wielu latach bycia Jedi zlecił, lub sam dokonał zabójstwa - Policja manewrowała wśród tych dwóch oskarżeń - a mnie wysłał na miejsce zbrodni, bym się upewniła, że nie pozostało nań żadnych dowodów. Próbowałam wyjaśnić, jak absurdalnie to dla mnie brzmi; w końcu, po co szanowany Padawan Jedi, który wielokrotnie narażał życie dla ratowania Galaktyki i jej mieszkańców, walczący obecnie z Yuuzhan Vongami miałby zlecać po wielu latach zabójstwo swojej byłej żony? Nadal nie trzyma mi się to kupy, ale okazuje się, że Siad się mylił. Status Jedi nic nie znaczy i wygląda na to, że Policja postawiła go, jako głównego podejrzanego. Po kolejnym razie gdzie wysłuchiwałam o tym jak to nielogicznie myślę i daję się zaślepiać przez bohaterskie czyny Siada i nasze relacje zażądałam adwokata nie widząc dalszej możliwości znalezienia nici porozumienia. Swoją drogą bardzo zabawne jest, że nikt mnie nie poinformował o moich prawach na samym początku. Rozumiem, że ktoś na miejscu zbrodni z góry traktowany jest, jako współwinny, zwłaszcza, gdy odmawia wyjaśnień czekając z nimi, aż dotrze na komisariat... Ale widocznie na Dac działa to inaczej niż na innych światach upadłej Nowej Republiki, a może to przez wojnę... Funkcjonariusz poinformował mnie, że mogą mnie trzymać bezterminowo, ile im się podoba, bo nie potrafię im przedstawić niezbitych dowodów, że jestem niewinna, a ponieważ znaleźli mnie na miejscu zbrodni i mam kartę płatniczą od byłego męża zamordowanej, nie mam prawa do domniemania niewinności; niezbite dowody winy mojej i Siada. Gdy jednak wyszedł Kiev Siann stwierdziła, że mogą mnie trzymać przez trzy miesiące, no chyba, że znajdą jakieś ważne dowody na moje bezpośrednie zaangażowanie w zabójstwo Avldy Avidhal. Zdając sobie sprawę, że bez pomocy kogoś, kto ogarnia prawo tej planety się nie obejdzie jeszcze raz poprosiłam o adwokata, nie korzystając z przysługującego mi telefonu. Zostałam odprowadzona do aresztu... Trochę się wszystko skomplikowało...

W końcu ponownie wezwano mnie do pokoju przesłuchać, w którym czekał na mnie już adwokat – Oon Paars. Zaproponował linię obrony, która zakładała, że podczas poprzedniego przesłuchania byłam w ogromnym stresie i nerwach, i stąd takie, a nie inne zachowanie reprezentowałam. Według retoryki mojego adwokata na miejsce zbrodni weszłam zwabiona hałasem dobiegającym z wewnątrz.
Samo przesłuchanie poszło bardzo dobrze. Mój obrońca odwalił większość roboty, odpowiadając za mnie na większość pytań, zbijając argumenty pani oficer oraz prokuratora i nie dopuszczając do powiązania mnie bezpośrednio z zabójstwem. Stanęło na karze grzywny 2500 kredytów. Po wszystkim zwolniono mnie z aresztu i odstawiono do portu. Policja, co zrozumiałe, nie miała najmniejszego zamiaru współpracować ze mną przy dochodzeniu - odradzono mi również jakiekolwiek drążenie tematu.
W jakkolwiek fatalnej sytuacji się nie znalazłam przez własne błędy, miałam zamiar dokończyć powierzone mi przez Siada zadanie lub raczej nie wyjść na kompletnego nieudacznika. Wysiadłam, więc w porcie i zaczęłam węszyć. Parę rozmów z przypadkowymi przechodniami i znalazłam się w znajomym już mi barze, gdzie liczyłam, iż dowiem się czegoś nowego. Przez większość czasu wszystkie informacje, jakie zdobywałam były zupełnie nic nie warte lub niezwiązane ze sprawą. Do czasu, aż w barze pojawił się mój główny podejrzany - partner zamordowanej, Unid Shillard, który znalazł ją martwą w mieszkaniu. Był już trochę wstawiony, więc wyciągnie z niego informacji szło całkiem gładko. Zamówiłam mu jednak jeszcze jedną kolejkę rumu (tu zniknęły te pieniądze Siad), by podtrzymać rozmowę i być może dowiedzieć się czegoś więcej.
Mając tylko niepotwierdzone informacje o uciekających z mieszkania tubylcach, których ostatni raz widziano wsiadających do windy na poziomy techniczne, bez pomysłu jak ich znaleźć, ani nawet w przybliżeniu gdzie mogą się znajdować… Udałam się na poziomy techniczne. Wypytywałam w miarę dyskretnie o sprawę przypadkowych przechodniów, aż w końcu trafiłam… Dwóch Kalamarian – od razu wiedziałam, że to oni są zamieszani… Może inaczej… Czułam, że są… Ale nie chcąc jedynie opierać się na swoich przeczuciach i instynkcie zaczęłam zadawać niewygodne pytania, które takie potwierdzenie mogłyby mi zapewnić. Chciałam, by uwierzyli, iż chce się z owymi mordercami spotkać, bo mam dla nich zadanie… Plan od początku był skazany na porażkę, bo jak się okazało Kalamarianie doskonale wiedzieli, kim jestem oraz mieli świadomość mojej rozmowy z policją. Rozpoczęła się walka… Jeden z nich miał nóż, nie byłby może trudnym przeciwnikiem, gdyby jego kolega nie dzierżył pistoletu blasterowego i skutecznie go nie osłaniał. Odbijając kolejne pociski, cofając się i kryjąc za filarami, ścianami i wszystkim, co mogło mi posłużyć za obronę słyszałam krzyki przypadkowych przechodniów, przerażonych rozgrywającą się sceną. Spodziewałam się szybkiego pojawienia się policji – musiałam, więc działać szybko. Cierpliwie wyczekałam, za filarem, aż oponenci popełnią błąd i tak też zrobili. Napastnik z nożem pojawił się obok mnie chcąc zadać mi pchnięcie nożem, uniknęłam równocześnie wykonując cięcie na prawe ramie… Chybiłam… Przeciwnik stracił głowę… To był przykry widok, nie umniejszał mu fakt, iż był on mordercą, który mnie atakował. Nie miałam jednak czasu na zastanawianie się nad tym, co zrobiłam, bo nie minęła nawet sekunda, gdy do świadomości przywrócił mnie ból prawego przedramienia. Drugi Kalamarianin uświadomił mi, że błąd nie do końca był błędem, a raczej dość ryzykownym sposobem na wywabienie mnie z ukrycia. Pocisk wykręcił mnie i otworzył na kolejne strzały, które nastąpiły bardzo szybko, o czym świadczy mój brzuch z wielką czarną plamą przy prawym boku. To zabolało… Cholernie zabolało. To, co się stało dalej ciężko mi do końca pojąć, bo działałam instynktownie, pod wpływem chwili… Udało mi się jakoś odzyskać równowagę, odbić parę kolejnych pocisków i doskoczyć do oponenta pozbawiając go dolnej kończyny. Niestety… Upadł dość niefortunnie i skręcił sobie kark. Miałam, więc dwa trupy, zero nowych informacji, ranę postrzałową na brzuchu i ramieniu. Zaczęłam wpadać w poważną irytację na samą siebie, ale nie miałam zamiaru odpuścić. Wręcz przeciwnie… Tym bardziej chciałam doprowadzić sprawę do jakiegokolwiek końca. Pomogło w tym przeszukanie zwłok, przy których znalazłam Cyfronotes. Nie byłaby to zapewne żadna wskazówka, gdyż udało mi się wyczytać z niego tylko jedną ważną wiadomość – „Szefie, spotkajmy się za dwie godziny w Sektorze E-43”. Pikanterii do tej wiadomości dodaje ustawiona tapeta w Cyfronotesie. Tapeta z logiem firmy ochroniarskiej „Shillard”. Nie zastanawiałam się, moim następnym celem był Sektor E-43. No dobra… zastanawiałam się gdzie to do cholery może być.

W znalezieniu miejsca pomogły miejskie mapy. Dotarłam tam jakieś 15 minut przed czasem umówionego spotkania i od razu dostrzegłam Unida Shillarda. Postanowiłam zaczekać na rozwój wydarzeń. Wiedząc, iż napastników w mieszkaniu było trzech, a dwóch z nich już na pewno się nie pojawi, liczyłam, że zobaczę tego trzeciego, który w jakiś sposób dostarczy mi dowodu na winę Shillarda. I dostarczył, ale czegoś zupełnie przeciwnego. Dostrzegłam jak trzeci z szajki zbliża się do Shillarda i mierzy doń z pistoletu… Jakimś cudem chybił… Ja nie. Ah tak… Zabrałam pistolet zabitemu w poziomach technicznych Kalamarianinowi. Zrobiło się zamieszanie, ludzie krzyczeli, pojawiła się policja. Oczywiście wszystkich nas od razu skuto i przystąpiono do udzielania pomocy postrzelonemu zamachowcy, którego udało mi się nie zamordować – w końcu jakiś sukces pomyślałam. Później potwierdzono naszą tożsamość, przewieziono na posterunek, gdzie poczęstowano mnie przepyszną herbatą (Naprawdę… Jeśli będziecie na Dac musicie spróbować herbaty z morskich alg), poinformowano, że sprawca przyznał się do zamordowania Avldy Avidhal, co automatycznie oczyściło Siada z wszelkich podejrzeń. Przekazałam pani oficer, Kiev Siann, zabrany Cyfronotes, w którym znajdował się zaszyfrowany folder „Ściśle tajne”. Oczywiście wzbudziło to zdziwienie, fakt posiadania przeze mnie owego Cyfronotesu, ale odmówiłam składania jakichkolwiek wyjaśnień – nauczona już, że czasem warto się po prostu zamknąć.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Proszę o pozwolenie na spłatę 2,500 kredytów z budżetu organizacji. Obiecuję, że zwrócę wszystko.

4. Autor raportu:
Padawan Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Namon-Dur Accar dodano: 01 sty 2017, 21:07

Starsi

1. Data, godzina zdarzenia: 27.12.16, 22:50-01:00

2. Opis wydarzenia:

Zwyczajowy względny spokój w bazie został przerwany przez głośny i przerywany przekaz nadawany przez Zoey. Początkowo kobieta wzywała pomocy, by zaledwie chwilę później krzyknąć, że nie ma już dla niej ratunku, a (nieznani nam) napasticy bez problemu poradziliby sobie z przeciwnikami rangi naszych droidów SDK. Nie mogąc dokładnie namierzyć sygnału, adept Liann zapytał droidy SDK, czy Zoey opuszczała w ostatnim czasie bazę. Jeden z droidów odparł, że kobieta poszła spacerowym krokiem na zachód i jeszcze nie wróciła. Nie czekając długo, Thaxton ruszył w tym kierunku biegiem z prędkością, której nie powstydziłby się nawet rycerz Fenderus. Przez chwilę wahałem się nad wyruszeniem za żołnierzem, a z mojego krótkiego zaćmienia wyrwała mnie Nina, która przypomniała mi, że... jestem przecież pilotem. Adept poszedł po yammoska, ja ruszyłem przygotować myśliwiec. Yammosk przyleciał gdy maszyna była już gotowa do odlotu i zamiast wsiąść do niej ze mną, zaproponował by towarzyszył mi jeden z Amphistaffów - Kijek. Wezwany przez yammoska wąż wpełzł do kabiny dość szybko, a ja po krótkim wyjaśnieniu mu sytuacji (nie wiedząc, czy cokolwiek zrozumiał) poleciałem za Thaxtonem, szukając jego sygnatury cieplnej przy pomocy termowizjera.

Starszy Szeregowy Ezequiel Thaxton pisze:Po kilku minutach szaleńczego biegu dotarłem na miejsce. Początkowo nie widziałem żadnej kobiety ani kultystów, jednak dość szybko spostrzegłem, że znajdują się na kamiennej skarpie, trzysta metrów ode mnie. Dwa susy wystarczyły, by przedostać się w ich najbliższe otoczenie i zagrodzić drogę do półprzytomnej Rawlings - bo tak, zdaje się, miała nazywać się poszkodowana. Wzajemnie obrzuciliśmy się werbalnym gównem i przeszliśmy do właściwej części spektaklu - walki.

Walczyli nieźle. Jeden z nich dwoma mieczami, drugi jednym. Rozłożyłbym ich z palcem w dupie, gdyby nie cholerny snajper gdzieś w oddali. Spudłował przy pierwszym strzale i stracił na elemencie zaskoczenia, choć i tak dorwał mnie później. W trakcie całej potyczki ranił mnie dwa razy: w brzuch i lewe biodro. Nie powiem, zapiekło. Tak, dupa też. Nieustannie musiałem lawirować między trudnym terenem, wymieniając ciosy z dwójką kultystów i osłaniając się przed snajperem. W międzyczasie starałem się osłaniać nieprzytomną Zoey i nie dopuścić do jej uprowadzenia - przy czym raz udało mi się przerwać atak kultysty, mający na celu pozbawić ją ręki.

Regularnie kładłem szermierczo obu z nich, kilkakrotnie także ich raniąc. Nie wpływało to jednak znacząco na ich fizyczne możliwości. Dobrze, że w porę zjawili się Namon i Kijek.


Dotarłem na miejsce w środku walki Thaxtona z kultystami. Żołnierz ostrzegł mnie o snajperze, którego nie można było nawet dostrzec. Walka toczyła się na bardzo trudnym terenie, daleko ponad moje umiejętności w warunkach bojowych. Konieczne do wykonania skoki wymagały ode mnie skupienia i dokładności, a nie miałem tych luksusów w warunkach ciągłego ostrzału snajperskiego, i zagrożenia ze strony kultystów. W trakcie walki na dole dwa razy dosięgły mnie strzały snajpera, który na szczęście z oszczędności czasu nie wykorzystywał pełnej mocy swojej broni.

Gdy walka przeniosła się na dół, wskoczyłem na półkę skalną, na której leżała Zoey. Jeden z kultystów podnosił ją na plecy i chciał uciec. Szybki komunikat przywołał na miejsce Thaxtona i, o dziwo, nawet węża. Na półce zawrzało. Choć zdołałem raz powalić jednego z kultystów, ten wydawał się zupełnie tym faktem niewzruszony. Uciekłem w wyższe partie, by chwilę odpocząć. Zrządzeniem losu, miejsce tuż obok mnie zajął snajper, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Choć był zupełnie niewidzialny, wystrzały z jego broni były już całkiem widoczne. Ciąłem na oślep, co wyprowadziło go z równowagi. Zmaterializował się przed moimi oczyma, gdy spadał już w dół głębokiego ustępu skalnego.

Wróciłem na półkę skalną, gdzie trwała dużo już łatwiejsza dla Thaxtona walka. Wraz z Kijkiem zdołaliśmy na chwilę powalić jednego z kultystów, podczas gdy drugi, który walczył trzymając nieprzytomną Zoey na plecach, złożył się do skoku i... poszybował na niesamowitą odległość. Thaxton próbował chyba przywołać Zoey za pomocą telekinezy, ale ze skupienia wyrwał go drugi kultysta, który po powstaniu na nogi rzucił się z mieczem w jego stronę. Żołnierz z łatwością sparował cios, a ja ciąłem prosto przez wystawione plecy kultysty. Walka, choć wygrana, zakończyła się ucieczką drugiego kultysty z nieprzytomną Zoey.

Thaxton ruszył nieludzko szybkim biegiem w stronę uciekającego. Po uzgodnieniu z Kijkiem jego zachowania względem rannego kultysty (wąż wydawał się rozumieć proste polecenia), wezwałem Miada, by ten zabezpieczył go i przywlókł do bazy. Wsiadłem do myśliwca i popędziłem w stronę biegnących. Tym razem lot był mocno utrudniony - okoliczne góry dawały zróżnicowane odczyty termiczne, a ich skomplikowany układ utrudniał nawigację, co znacznie zmniejszało prędkość lotu. Nie pomagał też fakt, że jeśli widziałem jakiekolwiek humanoidalne sygnatury termiczne, należały one wyłącznie do Thaxtona. Uciekający kultysta widocznie potrafił oszukiwać nie tylko zmysły, ale także elektronikę.

Starszy Szeregowy Ezequiel Thaxton pisze:Nie wiem w jaki sposób osłabiony kultysta był w stanie zdobyć się na tak mocny, gwałtowny skok. Gdyby nie cięcie drugiego z nich, które wytrąciło mnie ze skupienia, być może udałoby mi się wyrwać kobietę z objęć łysego. Niestety atak ten zmusił mnie do przerwania działania, co pozwoliło zbiec kultyście w bardzo krótkim czasie - wraz z Zoey Rawlings.

Pamiętam tylko tyle, że porzuciłem niemal całą fizyczność na rzecz postrzegania w Mocy, by móc ruszyć za wątłym, na bieżąco zacieranym śladem energii Ciemnej Strony. Nie potrafię określić jak długo biegłem, w jakim kierunku, i gdzie ostatecznie dotarłem. Gdy odzyskałem świadomość, stał przede mną nie tylko ten łysy cwel, ale także drugi łysy cwel - biały jak kreda Rattatakanin. Mówił, że to moja ostatnia szansa, by wydostać się stamtąd żywym, ale miałem to w dupie. Gdy postawiłem sprawę jasno, spod ziemi wyrosło coś na kształt macek.

Sidła Ciemnej Strony zaczęły na mnie nacierać z każdej strony. Nie można było ich zabić, było ich zbyt wiele. Zrodzone z namacalnej materii Ciemnej Strony atakowały zewsząd, podczas gdy łysy śmieć uciekał z Rawlings przewieszoną przez plecy. Obaj byliśmy w marnym stanie; ciągła ucieczka przed sidłami nie pozwalała zebrać wystarczająco sił, by dogonić kultystę. Ciągle miałem go w zasięgu wzroku, lecz gdy przebiegł za kamienny monument... po prostu zniknął. Rozpłynął się w aurze Prakith, tak jak potrafi robić to chociażby Miad. Biały kutas, który ciągle za mną podążał i przywoływał kolejne sidła, roześmiał się triumfalnie. Gratulował mi. Mówił, że łysy kultysta i tak zdechnie, lecz zdąży donieść Zoey do tuneli. Białas wyglądał znacznie gorzej, niż na początku naszego spotkania. Przez myśl przeszło mi, że operowanie tak dużymi pokładami energii zaczęło go wyniszczać. Postawiłem wszystko na jedną kartę i skoncentrowałem całą energię otoczenia, posyłając jej czystą, rdzenną formę w Rattatakanina. Nie wytrzymał naporu takiej ilości energii - przesyciłem go nią i uśmierciłem.

Tuż po tym przyleciał Padawan Accar; pojawił się także Noshiravani. Nie wiem o czym rozmawiali - zdeprymowany i wyczerpany ruszyłem w kierunku myśliwca, by zatopić się w małym fotelu.


Miad był widocznie zaskoczony widokiem leżącego na ziemi Rattatakanina. Nie wiedział, że jego "Panów" da się w ogóle zabić. Gdy otrząsnął się z pierwszego szoku powiedział, że ciało należało kiedyś do tutejszego adepta, niejakiego Raooba. Noshiravani nie mógł nam niestety pomóc w kwestii poszukiwania Zoey, nie znał okolic w których się znajdowaliśmy. Ciało mężczyzny (wyglądające jakby było martwe już od dłuższego czasu) pozostało na miejscu, gdy wraz z Thaxtonem odlatywaliśmy do bazy.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Namon-Dur Accar
Obrazek
Namon-Dur Accar
Były członek
 
Posty: 559
Rejestracja: 27 gru 2010, 19:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Denarsk Okka'rin dodano: 02 sty 2017, 17:28

Wysłannicy Hutta Turgi

1. Data, godzina zdarzenia: 30.11.16 20:00-23:05 / 01.12.16 19:40-21:20

2. Opis wydarzenia:

Misja! Brealin Ub i moja osoba zostaliśmy wysłani po odbiór dużego wyposażenia medycznego. Sierżant Aurbere Vin pamiętał przygodę niedoszłego gwałtu Tanny Saarai i zamówił wszystko do odbioru w punkcie w centrum miasta “Skoth”. Zadanie wymagało mięśni i ręki do sterów. Nic trudnego! Idealnie dla Adepta Denarska.


Na miejscu odebraliśmy towar bez utrudnień. Był tam obecny drugi klient. Alkoholik, zaczepny, agresywny bufon, homo sapiens jeno w DNA. Moja osoba kiepsko radziła sobie ze zbyciem tej trudnej i głupiej w skomplikowany sposób persony. Brealin przekonał droida do załadunku prosto na naszą przyczepkę repulsorową, po czym przejął ode mnie użeranie się z naszym niechcianym kolegą. Brealin o wiele lepiej radził sobie z personą.


Oczekiwałem na ścigaczu. Czas mijał, a Brealin wciąż był nękany przez małego móżdżkiem człowieczka. Postanowiłem wezwać policję, wszak nasz problematyk był pijany. Posterunkowy przyjechał po kilku minutach i załatwił sprawę, uwalniając Brealina od kłopotu.


Po drodze Brealin był niepocieszony faktem, że przedstawiłem nas droidowi obsługi. Moi drodzy, mam nadzieję, że rozumiecie, iż nie jest łatwo wywnioskować, że Adept Brealin musi podawać fałszywą tożsamość jako notowany przestępca! Nie widziałem też miejsca do zgody z filozofią ukrywania tożsamości, a już zwłaszcza! O zgrozo! Do wymyślania takowej “na bieżąco”! [1]


Towar był ogromny! Trasa była długa i bolesna dla ciał. Nic to było wobec tego, co miało nadejść. Coś sparaliżowało nasz ścigacz. Szybko nadszedł do nas droid, nakazujący poddanie się. Brealin zdążył wręczyć mi blaster. Uratował mi tym życie! Nie pamiętam jak to się stało, ale podjęliśmy się ucieczki. Dołączył do pościgu typ spod ciemnej gwiazdy.


Huki, błyski i śmierć przed oczami. Pociski blasterów przy uszach. Uciekałem ratować życie, acz Brealin posłał przestępcę w piach. Droid, który nas ścigał, przecinał niebo dymiącym jetpackiem. Doskonały użytek z wysokości przeraźliwych wzgórzy Prakith przynosił mu przewagę. Nie było dla nas odwrotu. Poraniony typ, kompan morderczego blaszaka posłużył mojej osobie za tarczę. Służył mi wiernie, lecz droidowi niczym było jego życie. Człowiek zginął w ogniu blasterowym. Straszny widok. Brealin nakazał mi ucieczkę, jakże na próżno. Moje ręce nie zdążyły złapać za stery, umysł nie zdążył pomyśleć o restarcie porażonych obwodów, a pociski droida zamieniły bak w zgliszcza! Brealin wzywał ratunek, odpowiedział nam sierżant Aurbere Vin. On i jego przyjaciele zmierzali na ratunek niezalęknieni. Brealin nakazywał mi skryć się, acz droid posiadł pozycję, z której nie było dla nas kryjówki. Kusza energetyczna droida mogła sięgnąć mnie zewsząd i tak też się stało. Zostałem postrzelony z najprawdziwszej broni dwukrotnie. Ciało pożerał ból i krew, umysł pożerał stres, zaś ducha strach. Mój kompan nie miał szans wobec mobilności frunącego w powietrzu droida. Strzelaliśmy razem, acz tylko przeciągaliśmy nieuniknione. Droid chciał Brealina żywcem, acz mnie zbędnego zamordować bez litości. Byłem przerażony, lecz Brealin wdał się z droidem w rozmowę o celu łowów. Podjąłem się ucieczki. Próżno liczyłem, że ocalę ścigacz.


I wtedy! Dwójka bohaterów, Aurbere Vin i Isan Brosso. Dołączyli do nas i wsparli Brealina. We czworo stanęliśmy w szranki z droidem. I to było mało. Droid wojował z czwórką z nas niestrudzenie! Całym czworgiem byliśmy w pułapce, nie istniała droga, by dostać się do ścigaczy naszych zbawców bez wystawienia na ostrzał mordercy. Trójka herosów i Denarsk, czworo a nadal bezradni! Zabójca był profesjonalistą. Plecak pozwalał mu ostrzeliwać nas bez litości, a nam liczebność pozwalała jeno ratować się nawzajem bez chwili wytchnienia. Nie mogliśmy śnić o dopadnięciu zabójcy.


Isan Brosso podjął się szukać drogi wyjścia. My toczyliśmy beznadziejną walkę. I wszystko potoczyło się z prędkością dźwięku! Moi przyjaciele rozdzielili się, zaś droid postanowił wykorzystać moment, aby stanąć ze mną twarzą w twarz i zgładzić. Podołałem! Nie jego kusza, a mój pistolet trafiły w cel, lecz było to za mało, a blaszak zbiegł. Próbowałem przynieść pożytek, więc nie odrywałem ręki od comlinka i raportowałem każdą zmianę. Nim się obejrzałem! Nowa postać na polu bitwy, okrzyki do droida godne pana, właściciela. Pochwycenie go żywym było jedyną szansą, by z tego wyjść, tak myślałem, pognałem więc jego tropem. Błąd, dramatyczny błąd. Wtem nadszedł droid, a moich towarzyszy brak. Druzgocąca klęska, twarz w piachu, bolt w brzuchu, krew wszędzie, sił nigdzie. Byłbym martwy, wszyscy bylibyśmy, gdyby nie Brealin. Mój kompan zdołał sforsować wzgórza i dostać się na szczyty. Podjął się walki jeden na jednego. Słyszałem jego heroiczną walkę z wspaniale wyposażonym blaszakiem, sam zaś tonąłem w bólu. Brealin wygrał. Tak, pokonał droida, któremu niestraszni byliśmy we czworo! Lecz stało się coś strasznego, przestał odpowiadać. Moja osoba nie wiedziała, nie widziała i nie słyszała nic, poza bólem i krwią. Medpakiet sierżanta zbawił mnie od najgorszego. Odkryłem, że Brealin zgładził droida, lecz jego pan postrzelił mojego kompana, a walka wciąż wrzała. Nie na długo. Odnalazłem jego pozycję, Brealin zbierał siły, kilka sekund i sierżant onieśmielił strzelectwem, pociskiem ogłuszającym wbijając bandziorka w piach.


Pochwyconym był sprytny i wygadany Devaronianin. Jego soczysta ironia i buta granic nie znały żadnych. Aurbere Vin zadecydował, że z powodów prawnych trafić on musi do wojskowej celi, więc jeśli życzymy sobie wydobyć z niego wiedzę, czas jest teraz. Oh, nie było łatwo dla Brealina. Dowiedział się, że łowy zarządził Hutt zwany Turgą, a niemilec zdobył zlecenie na martwym już Coruscant. Nie udało się Brealinowi dowiedzieć, jak dokładnie został odnaleziony. Ponoć pojawił się na holokamerach na scenie morderstwa, acz moja osoba nie wie jakiego, gdzie i kiedy! Mało więc pomogę, być może Brealin pojął te słowa, lecz mi nie powiedział. Nasz niemilec nie przyjmował do wiadomości odejścia Przestrzeni Huttów do zmarłych wraz z Coruscant, trudno orzec, jak wiele o sytuacji wie. Nie dowiedział się Brealin, jak typ spod ciemnej gwiazdy chciał nawiązać kontakt z Huttem Turgą. Zaniechał on dalszych starań.


Brealin podążył z herosami dnia i więźniem. Zostawiło to mnie z naszym załadunkiem, acz ścigacz dołączył już do świętych. Powrót był trudny, wszak tylu pasażerów i ładunek! Dostanie się na górę było bolesne. [2]




3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
[1] - odbyłem z Mistrzynią Elią rozmowę na temat swoich wątpliwości. Mistrzyni przychyla się do zdania, iż nie należy za podstawę działania przyjmować ukrywania tożsamości, gdyż służby i cywile Prakith nie są nam wrogie i jest niezrozumiałe przyjmować ukrywanie tożsamości za standard działania. Zgodziła się także, że jest wysoce niebezpiecznym i najgorszym podejmować się kreacji fałszywych danych “na bieżąco”, z powodu przerażającego moją osobę zasiewania podejrzeń i animozji, jeśli nasze osoby będą pojawiać się pod zmiennymi danymi i zmiennym zawodem. Wszak wieści krążą, zwłaszcza wśród wyższych klas. Zapamiętam jednak, że istnieją wśród nas osoby o problematycznym położeniu, więc pozostawię im przedstawienie się z nazwiska.


[2] - Bilans: Adept Denarsk Okka’rin poważnie ranny, zaś Adept Brealin Ub ranny i wycieńczony. Martwy niemilec, schwytany niemilec, zniszczony ścigacz i ocalały towar.

4. Autor raportu: Adept Denarsk Okka'rin
Awatar użytkownika
Denarsk Okka'rin
Padawan
 
Posty: 35
Rejestracja: 14 sie 2016, 20:32

Re: Sprawozdania

Postautor: Mic Ho dodano: 16 sty 2017, 16:11

Wyprawa po zaopatrzenie

1. Data, godzina zdarzenia:
25.12.16, 20:30-22:30
26.12.16, 18:30-21:30

2. Opis wydarzenia:

Część I
W sumie misja na początku wydawała się dość prosta. Miałem polecieć sam do Skoth na spotkanie z kontaktem który umożliwi mi odbiór 1,538 ton jedzenia oraz 0,988 ton napojów. Ze względu na rodzaj towaru oraz jego tonaż, do transportu wykorzystałem Sentinela.

Lot rozpocząłem od sprawdzenia stanu osłon, uzbrojenia oraz ogólnego stanu statku. Wszystko jak się okazało było dobrze więc byłem gotowy do drogi. Po starcie źle odczytałem współrzędne miasta Skoth przez co mój lot wydłużył się o około trzydzieści minut.. no tak, przecież musiałem coś odwalić co nie? Droga do miasta odbyła się bez innych większych problemów. Moim celem była kantyna więc posadziłem Sentinela nieopodal, przy głównym porcie.

Po opuszczeniu hangaru udałem się na poszukiwanie kantyny. Mimo początkowych problemów z dogadaniem się z tutejszymi, udało mi się do niej dotrzeć. Dodając od siebie sugeruje uważanie na pewnego rodianina który biegając za wszystkimi krzyczy o kupie i innych fizjologicznych tworach. Nie jest może groźny ale dość upierdliwy przez co może sprawić pewne problemy. Sama droga do punktu spotkania prowadziła przez dość puste, zapiaszczone ulice z surową architekturą wokół. Kantyna umiejscowiona była na piętrze dużej sali, prowadziła do niej winda. Tutaj kolejna uwaga ze względu na bezpieczeństwo. Uważajcie na tą winde, potrafi sama zlecieć w dół o czym zaraz opowiem, poprostu uważajcie. Pod kantyna zaczepiła mnie jeszcze jedna z tutejszych Pań do towarzystwa, ale tutaj chyba nie ma nic do opowiadania co nie?

W kantynie oprócz mnie znajdował się także robot pełniący role barmana, człowiek szukający ludzi do transportu na Korelie, kolejny człowiek który prawdopodobnie przesiedział całą moją obecność w Kantynie - w toalecie. Był także obcy którego szukałem czyli mój kontakt. Początkowo trafiłem do człowieka lecącego na Korelie z powodu dość niejasnych informacji na temat mojego kontaktu. Po chwili pośrednik wyjaśnił mi na czym polega jego zadanie jako łącznika z hurtownią, w między czasie próbując mnie namówić na jakiś procentowy trunek. W sumie innym razem to może chętnie ale tym razem musiałem odmówić.. Jego zadanie miało ograniczyć się przyprowadzenia mnie do hurtowni. Ta natomiast miała znajdować się poza miastem Skoth. Dokładny adres miał podać mi na promie. Dla pewności zdecydowałem, że lepiej będzie zabrać go ze sobą niż dostać tylko same współrzędne. Po paru minutach wyszliśmy z kantyny i tutaj właśnie pojawia się ta niebezpieczna winda. No dobra, może nie jakaś niebezpieczna ale chyba nie do końca sprawna. Robiąc mu niespodziankę spowodowała że z niej poprostu wypadł. Po paru minutach cierpienia był jednak gotowy do drogi, a czy mi coś się stało? No ba że nie, przecież nie dam się jakiejś windzie. W drodze do hangaru zaczepił nas jeszcze gunganin szukający kantyny - tak prawde mówiąc to oznaczenia i informacja w tym mieście szwankuje, co zgłosiłem ankieterowi który zaczepił mnie wcześniej. Bliżej windy prowadzącej do lądowiska zaczepił nas jeszcze szukający brata obcy, niestety nie byłem mu w stanie w żaden sposób pomóc.

Będąc już na pokładzie Sentinela oraz wprowadzeniu współrzędnych do komputera, udaliśmy się w drogę. Sama hurtownia wyglądała jak dość duże miasteczko, masa hangarów i pozamykanych sal oraz maszyn krążących wokół. Dolatując do hurtowni, połączyliśmy się z nią poprzez komunikator na odpowiedniej częstotliwości. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że powita mnie sam wiceprezes, fajnie co nie? No właśnie nie, ale o tym zaraz. Prom posadziłem nieopodal strefy załadunku by odbył się on jak najsprawniej. W hangarze natomiast w którym czekał już na mnie prezes panował dość spory hałas, wywnioskowałem że cała hurtownia działa dość sprawnie i odbiera wiele towarów. Głównym punktem hali był jednak stojący z tyłu olbrzymi mech, nie wiem czy był aktywny ani uzbrojony, jednakże myślę, że dobrze wiedzieć o tym iż go posiadają.

Teraz dochodzimy do głównej, że tak powiem akcji. Sama rozmowa z wiceprezesem oraz jego chyba pracownikiem do kontaktu z klientami odbywała się przyjemnie. Wiceprezesem był bardzo elegancko ubrany człowiek o imieniu Kirim. Dużą uwagę zwracał na swój wygląd i na to by mi zaimponować. Dążył do tego by utrzymać mnie jako klienta jego firmy, której nazwy tak naprawde to nie pamiętam. Chyba z powodu tego co działo się później, mimo to jestem pewny tego, że potrafiłbym dotrzeć tam ponownie. Jak mówiłem, oprócz wiceprezesa był z nami jego pracownik, Cereańczyk. Jego zadaniem było przeprowadzenie ze mną ankiety oraz przekazanie mi dokumentów. To on był głównym jak się potem okazało problemem tego spotkania, o tym za moment. Wiceprezes potwierdził mi że kredyty dotarły a towar jest już ładowany na Sentinela, więc jeśli chodzi o tą kwestie to chyba wszystko jest dobrze. Ilość towaru oraz jego rodzaj też się zgadzał a sam załadunek trwał około 20 minut. Kirin - czyli prawieprezesik - zaproponował mi umowę między hurtownią a nami. Nie będąc pewny mych kompetencji odnośnie podpisywania czegoś w waszym imieniu, zgodziłem się na umowę wstępną z możliwością jej rozwiązania na tydzień przed odbiorem towaru. Sama umowa miała polegać na tym iż będziemy mieli co jakiś czas przywieziony towar do naszej placówki z rabatem na jego kwotę. Tutaj już nie podobał mi się odbiór tego towaru, nie chcąc zdemaskować naszej lokalizacji powiedziałem, że mogę odbierać towar z hurtowni osobiście, zgodził się na to. W między czasie jego współpracownik zadawał mi pytania z ankiety. Jedno z pytań dotyczyło mojej działalności, zdziwiony był ilością towaru - to niby był powód jego przywitania mnie osobiście. Oczywiście powiedziałem, że jako przyszły Jedi potrzebuje towaru w celu karmienia jeńców których łapiemy oraz... no dobra, tak naprawde to tak nie powiedziałem, wymyśliłem coś lepszego. Powiedziałem że to wszystko jest potrzebne mojej grupie która zajmuje się pomaganiem ludziom oraz obcym, połknął to i nie drążył dalej tematu. Całe 20 minut załadunku zajęło nam więc odpowiadanie na ankiete oraz rozmowa o możliwej umowie między nami. Finalnie ustalone zostało, że wezmę ze sobą umowę z możliwością anulowania jej na tydzień przed ustaloną datą a przy następnej okazji przylecę z osobą stojącą nade mną. Kirin zlecił zadanie przekazania mi umowy swojemu pracownikowi po czym oddalił się a my skierowaliśmy się do Sentinela, ładunek został już zakończony.

Na pokładzie wszystkie przyjemności się skończyły, po sprawdzeniu jakości załadunku oraz jego umiejscowieniu pracownik przeszedł do konkretów. Przedstawił się jako agent wywiadu Nowej Republiki, tak dobrze czytacie - wywiadu. Na tamtą chwilę wierzyłem mu w to co mówi, głównie dlatego by dowiedzieć się czego chce oraz móc zdobyć w pewnym sensie jego zaufanie. Mówił mi o morderstwie którego dopuścili się Padawan Angar Makkaru oraz Padawan Bar'a'aka na pewnym młodym chłopcu. Na tablecie pokazał mi nagranie z tego czynu. Widać i słychać było na nim wszystko bardzo dobrze. Twarze były dobrze widoczne a słowa czytelnie odtworzone. Nagranie pokazało jak wyżej wymienieni Padawni szlachtują chłopca mówiąc o zemście za zdradę. Początkowo nie wiedziałem co o tym myśleć, ciężko mi było pojąć ich działanie. Po chwili jednak zrozumiałem co się stało, całą sprawę jednak mam zamiar osobiście wyjaśnić z Padawanami by nie mieć więcej wątpliwości. Dalej, Agent - bo chyba tak go będę nazywał - przedstawił mi propozycje. Wręczył mi cyfronotes na który mam zgrać dane z waszego archiwum i mu je potem przekazać. Dał mi także plakietkę z kontaktem do siebie. Celem na jaki ma przeznaczyć te dane jest znalezienie dowodów na zbrodnie członków naszej grupy, ponieważ przez brak dowodów nie może o nic posądzić jej członków. Po krótkiej i konkretnej rozmowie - tak na marginesie, to nawet nie wręczył mi umowy, chyba to dobrze zresztą - opuścił prom ostrzegając mnie że jeśli w przeciągu 14 dni nie skontaktuje się z nim to będę sądzony jak reszta grupy, chyba że zdecyduje odlecieć Sentinelem z planety i nie mieszać się w sprawy tutejszych, dziwne co nie? Więc, tak jak mówiłem, Agent wyszedł a ja opuściłem hurtownie. Skierowałem się do naszej placówki.

Po drodze jednak, lecąc nad jednym z kanionów dojrzałem nadawany latarką sygnał SOS. Postanowiłem wylądować i sprawdzić co się dzieje. Niestety, moja chęć pomocy wyszła mi na złe. Okazało się że to jakiś zbir, chcący mnie obrabować.. no cóż, bywa. Po chwili rozmowy i mojej nie do końca udanej próbie obezwładnienia go, zostałem postrzelony. Jednak jak się okazało, nie byliśmy tam sami. Nagle znikąd, można powiedzieć.. z tyłka, wyskoczył ubrany w niebieską szatę, z białymi pasami koleś na śmigaczu z karabinem w ręce. Zaczął on strzelać do zbira krzycząc coś o prezencie od nowej republiki.. no ja tego w sumie to już nie pojmuje. Nie patrząc za siebie postanowiłem wykorzystać wykorzystać chwilę i uciekłem na Sentinela, udało mi się go szybko odpalić i wystartować.

Dalej lot był już krótki i spokojny, dotarłem do bazy i posadziłem Sentinela na lądowisku. Przywitany zostałem przez Padawana Bar'a'ake któremu przekazałem wszystko co się dowiedziałem wcześniej. Można powiedzieć że z mojej strony to wszystko więc to koniec mojego raportu. W razie braku informacji lub chęci dowiedzenia się czegoś więcej zapraszam do mnie.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Mic Ho
Awatar użytkownika
Mic Ho
Były członek
 
Posty: 18
Rejestracja: 10 lis 2016, 19:22
Nick gracza: Oldzik

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 16 sty 2017, 22:56

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 28.12.16, 21:30-03:00

2. Opis wydarzenia:


    Chociaż zwykle nie stresuję się przed wszelkimi wydarzeniami, wylotami niezależnie od tego czyje życie byłoby postawione na szali, jakiej wagi zostaje powierzone mi zadanie... Tym razem było zupełnie inaczej. Tym razem nie posiadałem skali odnośnie tego, jak wymagające jest moje zadanie. Nie posiadałem skali jak wiele żyć przy mojej porażce mógłbym ewentualnie narazić, jak wiele cennych dla całej galaktyki informacji mógłbym sprzeniewierzyć. W zasadzie tak naprawdę nie wiem tego dalej, pomimo sukcesu. To zadanie od początku nosiło znamiona czegoś, na co nie mogłem patrzeć jako na sprawę "zwykłego" Jedi, naszej grupy, samego Zakonu... Sprawę tylko mojego życia, życia któregokolwiek z nas. To zadanie od początku było po prostu odpowiedzią. Odpowiedzią na pytania nurtujące nas przez lata. Szukając ich umierały tysiące istnień, przelewaliśmy naszą własną krew często pozostając bez jasnych poszlak. Chociażby marginalnych. Odkrywaliśmy to, co ważne - ale jednocześnie często skrajnie powierzchowne. Mam nadzieję, że to wszystko przez te lata było warte tej brutalnej, na dłuższą metę smutnej wiedzy. Jesteśmy kwadrylionami istnień, które są spisane na straty. Jesteśmy kwadrylionami istnień, które z góry są skazane na porażkę. Jednak dla tych istnień o których pojęcia nawet nie mamy, nie jesteśmy kwadrylionami - jesteśmy tylko jedną, jedyną galaktyką spisaną na straty. Bez znaczenia czy będziemy walczyć i zginiemy, czy sami się zabijemy - rezultat będzie ten sam dla reszty galaktyk. Podług takiej skali nie istnieje termin "zatrzymać inwazję"... Bo tak czy siak ta inwazja będzie zatrzymana. Z nami, czy bez nas. Vongowie są więźniami naszego domu. Jesteśmy trochę... samotnym organem w tej walce. Skala i świadomość bezmiaru daje mi lekką utratę nadziei. Nie umiem już tego nawet zbytnio traktować wojny personalnie. Ale może warto mimo wszystko nadal ją mieć. Biorąc pod uwagę dwa, najbardziej frazesowe treści na temat nadziei... Że umiera ostatnia. Że jest matką głupich. To chyba warto jest być głupim, bo to oznacza przetrwanie.


    Spóźniłem się osiemnaście minut, wedle dokładnego zegara HDR-01. Nie reagowałem na komunikaty, od samego Inkwizytora miałem dziesięć połączeń. Przyznaję, że byłem zamknięty w toalecie. Za dużo nad tym wszystkim myślałem, myśli tłumiły wszelkie zewnętrzne bodźce - w tym dźwięki wiadomości. Po otrząśnięciu się, chluśnięciu ostatnią partią wody z kranu i zerknięciu na chronometr... Popędziłem do hangarów zapominając nawet o tak podstawowej rzeczy, jaką byłby medpakiet. Gdyby nie moje rozkojarzenie, może sam dzisiaj wyglądałbym trochę inaczej i zamiast wózka repulsorowego, potrzebowałbym "tylko" kul. Pomijając jednak irracjonalne gdybanie... W hangarze czekali już wszyscy. Od naczelnego droida ochrony, po droida pilota, przez Yammoska, a na Mistrzyni i Mistrzu kończąc. Bezzwłocznie - biorąc pod uwagę moje własne opóźnienie - zasiedliśmy za sterami maszyn. Moim zadaniem było jedynie utrzymywanie odpowiedniej odległości za M-Wingiem zwiadowczym. Dla ułatwienia zarejestrowałem maszynę w nawigatorze jako jednostkę sojuszniczą, aby mieć większy wgląd w jej parametry, kierunek czy szybkość lotu... Czy chociażby zwykłą adnotację, że maszyna wchodzi lub wychodzi z nadświetlnej. Miałem co robić za sterami, w długim poszukiwaniu zaginionej planety za statkiem zwiadowczym... Stały nadzór komunikatów, krótkich i dłuższych skoków nadprzestrzennych w ostatecznym rozliczeniu trochę ten czas zajmował. Było to nieco żmudne i monotonne, ale to mimo wszystko lepsze niż patrzenie się w bezkresną przestrzeń za iluminatorem przez niezmierzoną, sztucznie wydłużającą się ilość godzin. Wreszcie... Udało się. Nie pamiętam nawet ile trwał lot - do krótkich nie należał. Moim oczom ukazała się bogata w kontynenty, nieco tropikalna planeta. Miejscami złowrogo poszarzała w regularnych kołach, jakby punktowo, systematycznie z planety było wyciągnięte życie. Nie nosiło to znamion ingerencji Vongów... A czegoś na wzór szarej, wyschniętej na wiór księżycowej pustyni. Nie licząc tych miejsc Lehon mienił się jednak błękitem oceanów, żółcią plaż i zielenią bujnych, dzikich lasów. Jednocześnie piękny i złowrogi, odciskający swoją historię na całej galaktyce i zapomniany. "Na całe szczęście" zachwyt tym jakże istotnym dla dzisiejszej cywilizacji miejscem nie trwał długo. Im bliżej atmosfery, tym więcej problemów. Zostaliśmy... Ściągani siłą w kierunku szarych, martwych plam planety. Jednakże nie był to ani promień ściągający, ani nawet żadna realna, możliwa do wyjaśnienia dla mnie siła. Statek po prostu pikował w dół... Niezależnie od tego jak właściwie go ustawiłem względem lotu, jak mocno odchyliłem do siebie dźwignię ciągu silników. Nie miało to żadnego znaczenia - byliśmy ściągani jakby przez samą grawitację... Nawet skanery HDR zbytnio nie umiały oszacować co to miała być za siła. W tym punkcie też ostatni raz widziałem droida wraz z M-Wingiem, z którymi do tej pory nie wiem co się właściwie dzieje. Maszyna "wylądowała", zatapiając się w szarym, martwym piasku niemalże do połowy swojego kadłuba. Na całe szczęście nic się nie stało ani jej, ani nam. Do czasu.

Obrazek

    Zdążyliśmy dosłownie chwilę się rozejrzeć po pustkowiu. Na samym jego środku widniał dziwny, megalityczny konstrukt... Kamienna budowla o nieregularnym kształcie, otoczona gęsto przez ostre, wysokie skały. Z megalitu co rusz w nieokreślony sposób przebiegały elektryczne wyładowania. Coś zaiste niewyjaśnionego. Zwłaszcza, że ja sam nie odczułem wyraźnego przepływu Mocy przez ten element, a jedynie - zgodnie ze skanerami HDR - fakt, że to "coś" posiada źródło energii pod sobą, jakby czerpało z wnętrza ziemi. Ściągnięcie naszej maszyny do tego właśnie punktu było z pewnością nieprzypadkowe. To zapewne po prostu kolejna rzecz z szeregu technologii których nie rozumiem, a które wedle biegu historii miałem niebawem poznać jedynie naocznie. Na logikę mógłbym wytłumaczyć sobie jedynie, że to było jakieś miejsce kumulacji energii z samego otoczenia, z samej ziemi; dlatego też planeta była przeorana kolorystycznie w odcienie tejże szarości, jak ta tutaj. Na dłuższe rozważania nie miałem czasu, kiedy moi towarzysze poinformowali mnie o zbliżających się śladach życia. Na moje nieszczęście nie byli to mistrzowie bitwy Yuuzhan Vongów... Na moje nieszczęście i ku jawnemu szokowi, zdumieniu zza wydm pędziły na nas trzy obleśne, wielkie, dorosłe rancory. Trzy rancory. Zapewniam każdego z Was oprócz Inkwizytora i Mistrzyni, że na taki widok relegacja przetrawionej treści pokarmowej odbywa się dużo, dużo szybciej i bardziej autonomicznie, niż szanownego Pana Leeckena ze szkoły elementarnej po wysadzeniu toalet. Do tej pory na myśl o tym widoku z trudem przychodzi mi nawet tak prymitywne przytoczenie tej sytuacji w sposób jawnie nieokrzesanie humorystyczny. Zapewniam, że nawet fale Yuuzhan na Dantooine, Ruusanie, Yavinie nie wprawiły mnie w tak gigantyczny paraliż, jak widok trzech gigantycznych, szarżujących rancorów. Głupio zrobiłem - nie czując się na tyle pewnie w walce z nimi, mogłem całość potyczki zostawić krążownikowi humanoidalnych rozmiarów - HDR. Do pewnego stopnia nie sądziłem jednak, że ten droid jest AŻ tak twardy. Poza tym liczył się czas. Nie chciałem dopuścić, by uszkodzeniu w nawet najmniejszym stopniu uległ myśliwiec zatopiony nieopodal w piachu. Poza tym chciałem jak najbardziej zmarginalizować ryzyko uszkodzenia Yammoska, który był niebywale przydatny wabiąc pojedyncze rancory swoim niskim lotem. Podstawą na Coruscant było poznanie jak właściwie należy walczyć z tego typu przeciwnikami... Ale co z tego? To jak uniwersytecka nauka przeszczepu serca w piwnicy, bez faktycznej możliwości praktyki i nawet najgorszego obiektu testowego w postaci kukły. Może z jednym dałbym sobie radę. Ale w to i tak powątpiewam - wynik mógłby być losowy. Ale z trzema - cóż. Na całe szczęście jako Uczeń Inkwizytora czuję się zobligowany do rozbijania plecami kamieni nawet podczas otrzymywania solidnie śmiertelnego lania, w miejscu połamania własnego kręgosłupa. Obracanie pewnych sytuacji w żart zwykle pozwala łatwiej pogodzić się z jakimiś porażkami. W moim wypadku pogodzić się z odczuwaniem ulatującej świadomości, życia - umierania. W kwestii umierania jestem dość doświadczony, co potwierdzić może Rycerz Fenderus z tytułu jego obecności w bitwie na Dantooine, Mistrzyni Elia na Yavinie... Także jeśli chodzi o prawdziwe umieranie to chyba w pewnym sensie mam doświadczenie. Przez adrenalinę, mieszane utraty świadomości ciężko mi przypomnieć sobie jak właściwie krok po kroku wyglądała potyczka. Chyba nawet jednego z rancorów udało nam się powalić wspólnymi siłami, kiedy to HDR mocował się z jego potężnymi łapskami. Drugi padł rozerwany na strzępy od środka, kiedy to postanowił połknąć droida w całości - to jeszcze mgliście pamiętam. Trzeci został już zabity poza granicami mojej świadomości. To co stało się ze mną widać po moim ciele. Nie muszę wiele tłumaczyć. Nie miałem medpakietu - i tak nie mógłbym go użyć w takim stanie. Wyrwa w brzuchu została zasklepiona mieczem przez droida, bym się po prostu więcej nie wykrwawiał. Straciłem władzę we wszystkim... Jedyną opcją dla mnie było oddać się Mocy - tak też zrobiłem. Z początku na nic... Czułem jedynie jak umieram. Jak moja świadomość gaśnie, jak tracę wszelką kontrolę. Jak mój własny umysł odpływa nie tyle w sen... Co przestaje działać. Jak powoli wygasa we mnie wszystko co żywe. Ostatnią myślą było pogodzenie się ze śmiercią i zaakceptowanie jej, przy jednoczesnym braku akceptacji tej sromotnej porażki.


    Wedle HDR obudziłem się dwadzieścia siedem minut później. Poczułem się, jakbym "wypływał" po długim podtopieniu ku tafli wody, łapiąc powietrze. Miałem władzę nad ciałem, mogłem wstać i względnie nawet iść. Okazuje się, że ostatecznie... jakoś mi się udało zareperować względnie część obrażeń przy użyciu Mocy. Zaschnięty strup obleśnie rozlanej krwi i innych płynów z brzucha przywarł częściowo do szarego piachu - odciągnąłem go. Dla pewności wziąłem od droida dwie strzykawki stymulantów i jedną zaaplikowałem, by lepiej "przyjąć" drogę i wszelką dalszą egzystencję chociaż na chwilę. Yammosk stale nalegał, że zabierze mnie do swoich Panów. Że mnie nie zabiją a "będę mu jeszcze potrzebny" i w ten sposób ocalę życie. Osobiście wolałbym umrzeć, niż pójść do Yuuzhan w niewolę. Nie mogłem nawet wrócić na statek, bo tak czy siak na nic by mi się to zdało. Moim priorytetem stało się zatem znalezienie sposobu na wyłączenie niesprecyzowanej ochrony, która nie pozwalała opuścić planety żadnemu pojazdowi. Yammosk wcześniej poinformował mnie, że wyczuwa trzy istoty na zachód stąd... Dwie synonimiczne do tych, które jego zmysł utożsamia ze swoimi Panami, a jedną specyficzną - zbliżoną do mojej. Jakiegoś użytkownika Mocy, Jedi. Z początku myślałem, że spotkam tu kogoś z Prakseum kto również szuka pewnych odpowiedzi. Prawda okazała się dużo bardziej brutalna i zaskakująca. Yammosk poszedł ze mną we wskazanym kierunku... Jemu samemu doradziłem, że w razie sytuacji krytycznej jestem skłonny się poświęcić - i tak stąd nie odlecimy - a on sam ma zebrać jak najwięcej informacji na temat przeciwnika, jego możliwości i przekazać je HDR... Który w ostatecznym rozliczeniu miał zdecydować czy bardziej będzie opłacać się mu dokończyć moje zadanie, czy też poczekać niesprecyzowaną ilość czasu na pomoc. Sam HDR został przy statku, pilnując go przed ewentualnymi, kolejnymi rancorami. Wedle mojej późniejszej wiedzy podczas mojej nieobecności zabił kolejne cztery. Podążaliśmy z samym "Nawigatorem" we wskazanym kierunku... Bardzo powoli przez wgląd na moje rany. Krajobraz powoli zmieniał kształty na mniej zimne, złowrogie - bardziej naturalne. Bardziej tropikalne. Najwięcej ukojenia przyniosła mi morska bryza, kiedy szliśmy wzdłuż wybrzeża. Ostatecznie zatrzymaliśmy się we względnie normalnie wyglądającym, porośniętym trawami i lekkimi pagórkami miejscu. Tu też podobno odczuwał wszystkie te trzy istoty. Swoich panów i "Jedi". Wdrapaliśmy się na lekki pagórek. Właściwie ja. Yammosk w końcu po prostu wleciał. Po lewej stronie widziałem niesprecyzowaną, kamienną budowlę. Po prawej zaś tajemniczą, metalową obręcz wielkości bramy... Nie zdziwiłby mnie w obecnej sytuacji nawet jakiś odrealniony portal. Zeszliśmy na dół i całość rozwiązała się stosunkowo szybko... Od razu słysząc strzały skoczyłem za niewielki murek. Pomijając nieznaczne obtłuczenie kostki w wyniku zbyt dużego zrywu, tuż obok samej "bramy" pole maskujące zrzuciły dwa, lśniące od przeładowań tarcz droidy bojowe. O dziwo po oddaleniu się od samego kolistego konstruktu nawet we mnie nie strzelały - przestały reagować. Miały za zadanie najwyraźniej nie dopuszczać nikogo do niej. Aby się upewnić, podszedłem znów bliżej. I po raz kolejny zostałem ostrzelany... Skoro go strzegły - musiało to być coś istotnego. Nie miałem zbyt dużego wyboru. W trakcie walki nagle... Pojawiła się dwójka Yuuzhan. Kobieta oraz jakiś wojownik. Oboje świetnie jak zwykle wyszkoleni. Ku mojemu zaskoczeniu nawet mnie nie atakowali... Pomagali mi. Moja konsternacja była jeszcze większa, kiedy Yuuzhańska kobieta raz po raz ciskała w roboty wyładowaniami elektrycznymi, błyskawicami z rąk. Była wrażliwa na Moc. Posługiwała się technikami Mocy. Przez moment stałem jak wryty - na dłuższą metę już nie będąc pewien, czy w takiej sytuacji na pewno powinienem unieszkodliwiać te droidy. Targany na lewo i prawo myślami zdecydowałem się pójść za głosem instynktu... Czyli walczyć z tym, co walczy ze mną i pomóc tym, którzy pomagają mi. Musiałem tak czy siak posłużyć się tymi naturalnymi odruchami, bo w końcu... Jaki miałem wybór? Nie mogłem z marszu unieszkodliwić pierwszego Yuuzhanina, który na moich oczach używał Mocy. Musiałem sprawdzić... Po prostu o co tu chodzi.

Obrazek

    Droidy padły pod naszym wspólnym naporem. Potem nastąpił... spokój. Dla pewności wyłączyłem miecz, aby nie podjudzać bardziej Yuuzhan. Nie wiedziałem czemu nie wykorzystali okazji, czemu mi pomogli kiedy droidy mnie zaatakowały. Ale to zrobili. Nie byli dla mnie wrodzy... Yuuzhanka wrażliwa na Moc była nawet widoczna w samej Mocy. Była widoczna. Jednak jej aura była... inna. Jakby rządziła się innymi prawami, niż znane mi i wyuczone humanoidalne. Może właśnie dlatego - przez to wyuczenie. Inny tok myślowy, inne interpretacje, inne metody odczuwania emocji. Bezsprzecznie była to jednak żywa, odczuwalna i całkiem silna aura. Jeśli wedle postrzegania Fenderusa ludzka kobieta wygląda paskudnie, to Yuuzhańska zapewne wpadłaby mu w oko. Cóż. Kobieta co rusz wskazywała na portal, mówiła w niezrozumiałym języku. Języku, którego nie rozumiał nawet sam Yammosk. Nie mógł wyłonić żadnych słów, choć był... zbliżony. Jakby był zupełnie odrębnym językiem, a jednocześnie strasznie podobnym do tego, który znał. Nawet sam Yammosk nie mógł mi pomóc tutaj... w komunikacji. Stąd zbytnio nie odczułem kiedy został wezwany przez HDR do badań "anomalii grawitacyjnej", która ściągnęła naszą maszynę, w górnych warstwach atmosfery. Poszedłem jednak ostatecznie za jego sugestią, starając się względnie porozumieć przekazem telepatycznym. Przez odmienność samej aury i małej skali podobieństw w odczuwaniu bodźców przekaz był jednak najpewniej strasznie zakrzywiony... Ale jakiś był. Wiedziałem, że niczego się od niej nie dowiem. Ewidentnie jednak chciała, bym pomógł jej przy pierścieniu aka. wrotach. Co potwierdził również sam Yammosk składając niezrozumiane nawet dla niego zbytnio słowa... Osobny dialekt. Podobno potrzebowali do tego drugiej osoby wrażliwej na Moc. Moją uwagę odciągnąć kolejny... Splot niecodziennych, niewyjaśnionych widoków. Rakatanin. Żywy. Jedyny, który z całego naszego grona posługiwał się językiem wspólnym. Chyba... Yuuzhanie więzili go, by pomógł im to otworzyć. Sam nie wiedział wiele. Zdążyłem się jedynie dowiedzieć, że było ich łącznie dwunastu - ostatnich przedstawicieli tej rasy. Pozostało jedynie dwóch - on i jego przyjaciel, który zwariował, a oni sami przybyli tu kiedyś badać rzeczy związane z ich własną historią. Mogłem ich zapytać o tak wiele rzeczy. Natłok niewyjaśnionych spraw i fakt, że nie mogłem się kompletnie z nikim tutaj porozumieć... I fakt, że chciałem załatwić wszystko szybko bo Yuuzhanom najwyraźniej przeszkazała obecność Rakatan sprawił, że szereg pytań odnośnie tej cywilizacji, wymarłej - pozostaje ostatecznie jedynie kłębiący się mojej głowie. Po chwili poznałem i drugiego z nich - Dorkhona, szaleńca. Energiczne ruchy, niesprecyzowane działania mówiły same za siebie. Ja zostałem przywitany suchym "ryba rybka rybenka rybusia". Tu mogłem zauważyć... Że Yuuzhanie nie chcieli jego śmierci. Nie byli tacy jak Ci których znamy. Jedynie grozili mu, jednak nie robili większej krzywdy. Mieli solidną cierpliwość. Za pierwszym razem kiedy wojownik powalił go - nie zrobił mu nawet większej krzywdy tak naprawdę. Może i brutalnie dla pewności kopnął go w głowę celem ogłuszenia... Ale wszystko miał pod kontrolą. Nie widziałem wściekłości, żądzy krwi w ich oczach. Aż tak wielkiego bestialstwa jakie zwykłem widzieć. Byli raczej stosunkowo cywilizowani i kontrolujący zwierzęce instynkty. Sam oszalały Rakatanin zdawałby się dać mi lekką... Wskazówkę bezdenną czynnością, która polegała na defekacji na kamienny panel ustawiony naprzeciw bramy i okrzykach sugerujących, jakoby liczył że sama brama zaraz się "otworzy". Nic takiego się nie stało. Otworzyłem się na Moc, by wynieść z niej jakieś ślady... W międzyczasie przez moją chyba pomyłkę jestem winny morderstwa jednego z dwójki już wymarłej cywilizacji. Chciałem pokrętnie wytłumaczyć, że Rakatanie są najpewniej twórcami tego konstruktu, stąd nie wolno robić im krzywdę... Przekaz został jednak na tyle zniekształcony, że sama Yuuzhańska kobieta chyba zrozumiała go jako informację, że bramie trzeba złożyć ofiarę z Rakatanina. Umarł chyba dość szybko i bezboleśnie poprzez przysmażenie mózgu błyskawicami. Moją chęć zasłonięcia go przed wstrząsem zdała się niestety na nic. Yuuzhańska kobieta dalej pytającym wzrokiem... Tym razem zrozumiała, że ma go uśmiercić szybko. Stąd przystawiła palce centralnie do jego głowy. Względnie pociesza mnie jednak fakt, że i tak jako szaleniec był w zasadzie słabo użyteczny nawet dla siebie samego. Nie zmienia to jednak faktu, że przykro mi, iż z tego typu "obiektów historycznych" ostał się jeden jedyny. Wróciłem do sondowania w Mocy panelu i dostrzegłem, że widoczne są w nim specyficzne, stałe ślady Mocy. Jakby... subtelne, stałe fale, zmarszczki. Moim wpływem czystej Mocy oraz jej błyskawicami udało się wpłynąć na mechanizm - nie stało się jednak... Kompletnie nic. Mechanizm zatem odpowiadał za coś, co nie znajdowało się w pobliżu.

Obrazek

    Yuuzhanka prowadziła mnie długi czas leśnymi, wydeptanymi ścieżkami. Ciężko mi określić dokąd. Przez większość czasu nie widziałem niczego, prócz wszelkiej, bujnej roślinności. Biorąc pod uwagę mój stan - podróż zdawała ciągnąć się w nieskończoność... Choć kobieta nie ponaglała, nie narzucała tempa - czekała za mną cierpliwie. Doszliśmy wreszcie do jakiegoś intrygującego, wielkiego konstruktu, do którego prowadziły strome, długie schody. Cały był otoczony barierą - lecz nie jedną. Sądząc po wypaleniu traw i ziemi dookoła, wcześniej znajdowała się tu jeszcze jedna bariera-bańka, która izolowała pokaźny konstrukt na lekkim wzniesieniu. I to zapewne ją wyłączyliśmy poprzednim, opisywanym mechanizmem - po prostu kluczem. Nie był więc to zatem ani żaden portal, ani brama. Ta bariera która została - uchyliła się przed nami w miejscu, w którym przechodziliśmy. Schody zrujnowały moje chęci życia do reszty... Lecz pomimo tego, że stało przed nami coś, co było naszym wspólnym celem najpewniej - Yuuzhanka wciąż cierpliwie mi towarzyszyła. Weszliśmy... To co tam zobaczyłem po prostu zwaliło mnie z nóg. Zieleń, trawy, wszelkie żyjące ze sobą w zgodzie stworzenia... Howler wylegujący się na trawie tuż obok Acklaya. Reek skubiący źdźbła i spoglądający na beztrosko hasającego Rancora. Oniemiałem po prostu. Istna arka. Faktyczni domownicy jednak tym, czego mogłem się spodziewać... Wysoce zaawansowana, inteligentna *rasa* droidów pokojowo przyszła nas powitać słowami "zgodnie z przepowiednia - przybył do nas pobłogosławiony darem Mocy"... Zbadali nam krew. Chcieli wstępnie zakuć mojego kompana z racji tego, że jej rasa kwalifikuje się jako skrajnie brutalna. Chciałem całość załatwić polubownie i w sposób, który jednocześnie nie skrzywdzi tej konkretnej przedstawicielki. Chciałem również dać się skuć, pokazując, że nie będzie w tym osamotniona, że po prostu tak na te chwilę musi być. Ku mojemu zdumieniu - stanęła w mojej obronie. Wystrzeliła w droida który chciał związać mi dłonie krótki, ostrzegawczy sygnał w postaci błyskawic. Udało nam się jednak porozumieć i ostatecznie... Droid skalibrował się do jej wersji języka - pomyślnie. Obyło się bez zbędnego budzenia nieufności, potencjalnej agresji. Dzięki kalibracji droida, mogłem porozumieć się nawet z samą Yuuzhanką. Doszły do nas kolejne droidy dla bezpieczeństwa, oprowadzając nas powoli po okolicy. W międzyczasie odpowiadając na wszelkie pytania i zbijając obiekcje. Dla wygody, chyba najlepszym pomysłem będzie jasno wypunktować informacje, których udało mi się dowiedzieć... Bo jest tego po prostu dużo.


Lord Kaan:
  • Jest zwany przez droidy "Przybyszem z Dali".
  • Ofiarował droidom zaawansowane bojowo droidy obrońców, których znamy. Jednookie, niesprecyzowanej klasy jednostki do obrony oazy, ich cywilizacji.
  • W zamian otrzymał możliwość obdarowania jednego z droidów nadnaturalnie zaawansowaną, doskonałą Sztuczną Inteligencją. Droida tego nazwali "Ostatecznym obrońcą" - jak sądzę, i jak wynikało z toku rozmowy to jest właśnie nasz HDR-01.
  • Otrzymał również pewien dar, wiedzę. Wiedzę, jak łączyć technologię z Mocą. Podano mi najprostszy przykład, z którym się spotkałem nie dalej jak kilka godzin temu. Czyli skomplikowany mechanizm klucza, bramy, portalu - jak zwał, tak zwał - aktywowany Mocą i z nią stricte połączony. Tak zwana "unia technologii z Mocą" przez same droidy.
  • Kaan wiedział o nadchodzącej inwazji - z tego co zrozumiałem - kilka tysięcy lat przed samym faktem... Ostrzegł droidy, że takie coś po prostu będzie miało miejsce. Poprosił droidy o zbudowanie tego typu arki właśnie na Lehonie, by chronili dobytek cywilizacji... I skrótowo - uwięzili Vongów.
  • Jest z tego samego miejsca, co sami Vongowie. "Z dali". Jednakże "Dal" może być czymkolwiek... Czymkolwiek poza naszą własną galaktyką. To może być rdzenna galaktyka Vongów, to może być galaktyka która już po trasie została podbita. Niejasność.

Doskonała Sztuczna Inteligencja/Lehon:
  • Została stworzona czterdzieści siedem tysięcy lat temu, przez Imperium Rakatan.
  • Byli częścią sił samych Rakatan, w czasach ich największej ekspansji. Dzięki autonomiczności sztucznego myślenia, poznali prawdę na temat swoich własnych twórców i galaktyce - czymkolwiek ta prawda jest. Wnioskuję po usposobieniu, że mowa tutaj po prostu o tym, że Rakatanie byli przesiąknięci rządzą władzy do szpiku kości. Zbuntowali się przeciwko nim.
  • Badali pierwszych przedstawicieli rasy Yuuzhan Vong 4 tysiące lat temu przed samą inwazją.
  • Droidy stworzyły tę "Arkę", "Oazę" w oczekiwaniu na koniec galaktyki. Oni wiedzą, że przegramy. Dlatego gromadzą gatunki roślin, zwierząt... Żeby za niezliczoną ilość tysięcy lat móc odbudować galaktykę od podstaw.
  • Sam Lehon jest jedynym miejscem, w którym jest wiedza w jaki sposób Vongowie mogliby przenieść się do kolejnej galaktyki, po podbiciu aktualnej. Ale przez barierę - nic nie jest dla nich samych dobrym rozwiązaniem.
  • Bariera jest tak potężna, bo czerpie z samego jądra planety.
  • Według nich nie można zatrzymać zniszczenia galaktyki.
  • Lehon jest bastionem. Jeśli Vongowie zniszczą Lehon - nie pójdą dalej, bo zniszczą dane tras nadprzestrzennych. Jednocześnie bariery nie da się sforsować bez niszczenia samego Lehonu. Czyli cokolwiek nie zrobią... Nasza galaktyka jest dla nich niczym innym, jak więzieniem. Czysta statystyka. Poświęcić jedną galaktykę, za życie każdej następnej. Czyli to nie jest tak, że nasza przegrana cokolwiek zmienia. Jest nieistotna przy wszech-mierze. Czy wygramy, czy przegramy - dla Vongów to bez większego znaczenia. Dla nas kolosalne..
  • Potrzebują jednej jednostki wrażliwej na Moc, by w przyszłości pomogła w odbudowie.

Yuuzhan Vongowie:
  • Moc odwróciła się od Yuuzhan. Zupełnie jak od Rakatan... To podobnież kara od Mocy dla tych, którzy niewolą i niszczą całe cywilizacje. Droidy obserwowały to na własne "sensory". Byli jednak wrażliwi. To kara Mocy za żniwo śmierci i - może - przerost Ciemnej Strony. Brzmi trochę nieprawdopodobnie zbyt mistycznie... Ale to lepsze wyjaśnienie, niż żadne.
  • W ich aktualnie pierwotnej galaktyce prawdopodobnie nie ma życia. Dlatego pochłaniają każdą następną niczym nowotwór.
  • Yuuzhanie już prawdopodobnie nie odzyskają kontaktu z Mocą. Tak, jak Rakatanie do tej pory po 20-25 tysiącach lat.

Wrażliwa przedstawicielka Vongów:
  • Jest dwudziestym siódmym pokoleniem względem Vongów, którzy przylecieli na Lehon. Jej przodkowie byli badaczami - chcieli zdobyć klucz do tej oazy. Utknęli tu dzięki blokadzie, która zatrzymała również mnie.
  • Przedstawicielka nie ma złych zamiarów. Kontynuuje linię i zadania swoich przodków. Nawet nie ma pojęcia, że jej aktualni "pobratymcy" to mordercy i zbrodniarze.
  • Nie ma nawet pojęcia, że jej pierwotna rasa właśnie atakuje naszą galaktykę. Oprócz badań, jej przodkowie badali naszą galaktykę pod kątem potencjalnej agresji... Wiec te 4 tysiące lat temu to oni bardziej bali się chyba nas, niż my ich aktualnie. Ironia.
  • Yuuzhanka czeka na spełnienie się przepowiedni. Że odnajdzie "statek" który ją stąd zabierze i będzie mogła wreszczie przyłączyć się do swojego ludu.
  • Aby uniknąć jej deprawacji zdecydowałem, że zostawię ją z droidami. Mają ją edukować, uczyć na temat cywilizacji naszej galaktyki. Tak będzie bezpieczniej i dla niej, i dla nas.
  • Jej genotyp, uwarunkowanie biologiczne jest trochę inne niż to, które prezentują Vongowie. Nie pod kątem zewnętrznym. Może dlatego Vongowie z Lehonu oparli się wykluczeniu z Mocy? Bo są postrzegani jako coś trochę innego? Może to nie kwestia Mocy a jakiejś choroby?


    To byłoby na tyle. Miałem zostać na Lehonie na wieczność - przez tę barierę. Bardzo, bardzo długo próbowałem przekonać droidy, że to niemożliwe. Że muszę wrócić, muszę poznać jak przedostać się do innych galaktyk; odkryć prawdę o Vongach. Bezskutecznie... W pozycji, w której i tak jesteśmy galaktyką jedną z wielu, która statystycznie może sobie wymrzeć w ich oczach... Żaden argument nie był dobry. Oni są wieczni - mają czas. Mogą czekać. Odbudować po nawet kilkuset tysiącach lat. Dobro ogółu ponad dobro jednostki. Tylko tą jednostką jest cała nasza galaktyka - ogółem zaś reszta. Docenili moje starania, moją wolę ostatecznie poprzez jeden, prosty gest... Wiedza o którą prosiłem była zdecydowanie zbyt cenna. Jednak dzięki - chyba - stałym tłumaczeniom mogłem odlecieć. Moja ciekawość została chociaż zaspokojona - ale nic więcej. Wracam ostatecznie z pustymi rękoma, garścią informacji które i tak zdają się być bezużyteczne... W końcu i tak wszyscy zginiemy, prawda? Wróciłem na statek - HDR podczas mojej nieobecności położył jeszcze kilka rancorów. Powrót był katorgą i miałem dużo szczęścia, że żadnego po drodze nie spotkałem w takim stanie... Czułem się pusty, wybrakowany. Czułem się jak marionetka bez znaczenia. Jak stary cyfronotes, który tak czy siak pójdzie na śmietnik przy porządkach. Jakby cała galaktyka była niczym więcej, jak starą piwnicą do posprzątania. Tyle. Droid pilot - brak danych.



Tylko i wyłącznie na prywatne holodaty Inkwizytora Barta, Mistyk Elii Vile oraz Rycerza Jedi Fenderusa dotarły również zaszyfrowane wiadomości, których klucz rozwiązania Uczeń podał drogą ustną.

Kod: Zaznacz cały
R0HY78W4Liq2URkF7jLkkdwiBGrSLMnkB0D+6JV9Yguv9EPHwxOhHE50x1z7Y96J0rmA2j0hUWsVbL7/C/MhluQyFqNO7c7Xnn3csXH40up18fK9dye6aAeiyVbvzgtvS0Glh56BLiEx0JtCbhzl2ReV+RZGjJLYjYRgK1/azdqUQ//D0+Wr1o2ZjcHrOM5iPLJTkPu4d5SpW1v/RCSFOs9w8Nfb2qDbd47YsfUzZSq3qdr4cNbzCXkGo4XG5XIB4ZAwcLKOIAB18ARSIWmrpIPp6QqNGth/66ZFROf73YwZi0+1N9iwyayyO4/weB9gP3OibgP0QlsgsxX2W0QpzpOmBNUyTCtHBkLGylcfMcJLXs0Jf4/sk/VC6G/3ggB3rs5nBy8wKW+A7z1modYp+b1niqikcZPY1aSPdVOoQRoBY0ciKKnetW97KnQuZrvXmBUxLRh7Q5Q/U+9GWjtJPMMJP/sgk+dqD/lWF527v8WMYJKsJCU/9bPklbudqHCPPDnImqxEXk8KObxvksAUjxNTcqVcmMeUTRgAH91uWBeqzPkvi4dXsCQYky2XasqVKsBXS8CIab3dfeyObS9s+7xNE9eBSaExB4zPJ9VJmjbmhqWuNuEuIe1VM3ER6p0JpZcM1jpdMS/OEM4wZmuh80UTNsB8ftFt42zGgOoGFHDDFyETSUTegkczFbQorAOPAR7McVsUMLHJiJ1fQB4Rb5SZh9ETS8YTB8scJtrExAz4ZmHbGyw8hkYCS1fW1j263IlsIwaYLyJ3/T7yQJj4TYt2CzcTGL9ARYLFWHYv8RK3BhwNsZ040RWslteF9gK3WWDLUGEktoBJyRPu/JUtE2UYq3wnzBmkQyr9i8VNY/EJyBhBpLpB1i95Ga3o9+bg3BMIBL6jsmmkPAtFpTx7FsT0AG1LZweSOpbGoiliX+5szVTD79GPNjzCBDPz9JrlnxE6cxVNzWaDW1U0z3ecgmDozlHGxtphfvlMXoahCS6WWnO795gfxQZPHj55Wpj5+LYD0iIcsYNTxgSh0tvQSXck0Q7W5s/7hBxR7Xmn7zJEmTpWZb3hxqgsvfpnDWb+xxdL4RaFZ6CvLG0fBmzZAfiAYTchUVtXgRwuQIuo/WPfMgnmYvjPWXP+eSkOX2B54rVXQ87K8e7WFDVfm7GA+Ovhan1GZiJkbtPQRccWXVsKNRlvyr0kLYpaIQAD6a5ufAVXl54lFLgc91RP7M43DyUsvMPGUL/vPduXkuc+pbdoUteSQjZVd1UBSCevHKrgRfIVMtmsUOdsOSI71cJvL5JQfKsEnrlmSCTXz3s+Ujo4zlRw1IdzXI/dVXV2C4u36OzArrctN0DOgIQz+vxbGTAjJf8lDF4Xcf7T+nue49G7iWCSjw13F/SfzsBLQ/CWmGhrNmf1+37Ya4ZD5hJjZnrHSDybLDHHVGYEUTuNuj39rYwuaYVVXr5PYqEsQHzstze0A+/wzGO/11gXBC97LTMzJiOJAyeZBUt9w+xGpGetV+V8pa5oNtHvxgDOw5bV19FIjtB6M48w2/yYsQEgI9aGrQqqE3OhM2LtuENFJ2S6vcd80t8JeiZ5cOMqNJfUwOEGRyaSlQQqbq+xs6/X8XMRrt78FV4udKx+KUpCSj+5TetjSBeGjo+NmftwV55krJtHoGeff7nB4Dpu+PTXKu5uguNqjz05e6VH4UePkXxUbP980PauxRi5Ux7Z+4rNJb2yARJYmq7n/Iwe7otsjusKFHeKbmzc/wnN5Lh33PgvvayTIhyzufp42YRLHHQAIVuZLw5yTbpmOZgaCjUIRvDmwGfTSOI7GHsXAvsIX5Tq9rT/2SXXmvcRtrZFafSx065AFrXp2L44DaQ+8NFAMuee9AXxpJbbCspu/goIKfF1I6OTtDv3/NYCiWXWxMxYs/Wso4Taqx4K69cqcUnXGFTgIin9YpAvIY9G6FlghN+mFoCbFpzgDnfqJyDo8AbezX1h9tjc3ZbS1CqrkPRmGAvK5ml1sduKBIxBKF+EG8SLS4C8dX5Ahh+Ms00r949ke9F4XYo4gQqU3eMeGCp8MrvP3JUmlZLWV7ygjJJmlI/AW/PHbIsuYAOqTqWqDQSIZ6m8s3E3L3fLx7NtCyMk5/vgRgXGiHiU7W0loaXAzdrZge31L/ucBui6W2+PEfEcG7h53w6EdIvMHcdQGINOWNzxyIDXzLGYQlJXjKTeEqn9n8liK3sMM9ZLaU0DXtIzUbmwnWxPx9NWQ8Dfx27RBUGUJEiGV9t8TAU2WyFy8ecfpKWyBZxozNKB5Xb9DE1xafEfzWaWs9sCZuOAh+87YjZFemAMoeyVGKK99SeT8NtIjvOa5Mva4jXAywVS3VNC


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1392
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Mic Ho dodano: 17 sty 2017, 12:55

Spotkanie za Skoth

1. Data, godzina zdarzenia:
02.01.17, 01:30-03:30
03.01.17, 17:30-01:30

2. Opis wydarzenia:

Po około półtora tygodnia wróciłem do tego zadania. Postanowiłem dokończyć to co zaczęło się parę dni wcześniej. Dzięki pomocy Padawana Namona miałem już na cyfronotesie dane z archiwum - oczywiście jakieś stare, nic nie znaczące już. Do tego dodany został program śledzący w celu namierzenia urządzenia po przekazaniu go "agentom". Z magazynu za pozwoleniem Padawana Namona pobrałem Pistolet DC-17 oraz w celu transportu udzielony został mi jeden ze śmigaczy. Cel podróży? Wysypisko na obrzeżach Skoth. Cel misji? W sumie to nie do końca byłem pewien co mogę osiągnąć. Liczyłem jednak, że informacje które zdobędę przydadzą się w późniejszym czasie.

Po kontakcie z "agentem" i ustaleniu czasu oraz miejsca spotkania, zabrałem wszystko ze sobą i udałem się w drogę. Sam lot do Skoth śmigaczem to lekka udręka. Zimno, ciemność wszędzie, brak możliwości ukrycia się. Leciałem dość długo przez co moje przybycie zostało opóźnione. Na miejscu czekał na mnie już człowiek o imieniu Alsten oraz czerwonoskóry obcy z rogami - w sumie to nigdy nie widziałem wcześniej nikogo takiego - o imieniu Verrdinuar. Początkowo byli dość spokojni, pytali o wszystko co wiem na temat naszej grupy. Nie chcąc powiedzieć za dużo starałem się wybierać informacje bez podawania szczegółów. Niestety, okazało się że wiedzą więcej niż przypuszczałem. Wiedzieli o myśliwcach oraz niektórych osobach z grupy. Po chwili gdy mój fortel z brakiem szerszej wiedzy poległ, - no chyba nie uwierzyli że poznałem przez taki czas tylko parę osób - zostałem przez człowieka obezwładniony oraz ostrzelany ze śmigacza który gdy się broniłem został przejęty przez obcego z rogami - tak go będę określał w dalszej części raportu. Po paru minutach obezwładniony i pobity wylądowałem w bagażniku ich myśliwca. Tak patrząc teraz na to, uważam że troche się wsypałem próbując wyjawić jak najmniej ale cóż.. Nie jestem w stanie stwierdzić ile lecieliśmy ani dokąd. Zanim zostałem wrzucony do bagażniku zauważyłem tylko, że śmigacz którym przybyłem został utopiony nieopodal. Na całe szczęścia okazało się iż dzięki cyfronotesowi z wgranym lokalizatorem udało się go odnaleźć - dobre co nie? Lokalizator się przydał jednak.

Po dłuższym czasie i niekomfortowej podróżny znalazłem się w jakimś ośrodku. Leżałem w pokoju w którym byli tylko poznani wcześniej "agenci". Ja natomiast leżałem związany na łózku. Kontynuowali pytanie o informacje o naszej grupie. Chcieli znać stan uzbrojenia, ilość droidów oraz skład wszystkich Jedi z dokładnymi szczegółami. Pamiętając o nagraniu które wcześniej mi pokazali, wymieniłem tylko Padawanów Bar'a'ake oraz Angara. Do tego powiedziałem że w kompleksie znajduje się również paru cywili o statusie podobnym do mojego. Powiedziałem również, że jednym z mistrzów jest jakiś Kel Dor a jednym z członków jest jakiś Vahla który pomógł mi wgrać dane na cyfronotes. Nie chcąc podawać zbyt dużo informacji doprowadziłem do tego że porywacze zamienili przesłuchanie w tortury. Po kilku kolejnych wymijających odpowiedziach zostałem pozbawiony nogi - no ładnie. Nadal wybierając ostrożnie informacje byłem torturowany by wkońcu zostać ogłuszonym przez Alstena. Chwile wcześniej dowiedziałem się natomiast o tym komu służą. Zacytuje co powiedział mi człowiek: "Spełniamy wole strażników równowagi Ciemnej Strony". Potem jedyne co pamiętam to już tylko ciemność.

Później obudziłem się już na jakimś statku, przywiązany znów do łózka oraz bez jednej nogi. Lecieliśmy jak się później okazało - na Keeara Prime. "Agenci" z tego co usłyszałem, dostali ten statek tylko na to zadanie, a kredyty które dostali za pozbycie się mnie to ponoć dość spora sumka. Ciekawe czy z tymi kredytami to prawda? Nie dowiem się chyba. Na pokładzie statku i w drodze na "zadupie" byłem dalej torturowany i przesłuchiwany, tutaj rozszarpana i rozbita została druga moja noga. Starałem się nadal dowiedzieć jak najwięcej jednak ból który dochodził do mnie z nóg - albo raczej z miejsca w którym być powinny - nie pozwalał mi na to już. Po jakimś czasie zostałem ponownie ogłuszony a świadomość odzyskałem dopiero na...

...na szpitalnym łóżku na Keeara w jednym z głównych miast. Nie wiem ile dni minęło ani kto mnie znalazł ale na całe szczęście zajęli się mną bardzo dobrze, nawet mi drugą nogę amputowali - no super co nie? Okazało się że planeta na której się znalazłem leży w poza jakimikolwiek trasami handlowymi a obcy - dla tamtejszych byliśmy obcymi z kosmosu - rzadko odwiedzali ich planetę. Mimo braku technologii podróży międzygalaktycznej planeta ponoć radziła sobie bardzo dobrze, byli samowystarczalni i nie potrzebowali pomocy z zewnątrz. Dowiedziałem się również o tym że tacy jak ja, czyli obcy którzy przybyli na ich planetę są tam uważani za bardzo medialne osoby. Postanowiłem to wykorzystać w celu zdobycia kontaktu z kimś kto jak ja trafił na tą planetę. Jednak to co działo się później pozwoliło mi tego uniknąć. Opiekowali się mną tamtejsi lekarze którzy dobrze spełniali swoje obowiązki a o jednym z nich napisze poniżej, zdziwicie się kim był. Zostałem również przez jednego z urzędników przepytany o to kim jestem i dlaczego znalazłem się na ich planecie. Później potwierdziło się, że wszystko co mówię jest prawda więc nie miałem problemu z tłumaczeniem niczego. Dowiedziałem się także o możliwej operacji moich nóg - albo raczej moich nowych nóg. Tamtejszy urząd objął niedawno władzę i dzięki programowi pomocy społecznych postanowił zasponsorować mi moje protezy. Kontaktując się z ich urzędnikiem udało mi się uzyskać akceptacje na operacje i opłacenie wszystkiego. Do operacji pozostało parę godzin, zostałem przez ten czas zbadany i przygotowany do wszystkiego. Sama operacja poszła pomyślnie, po kilku dniach się wybudziłem z narkozy z nowymi sztucznymi nogami.

Ale zanim powiem co dalej to wspomnę o lekarzu o którym pisałem wyżej. Był to Kalamarianin o nazwisku.. Avidhal. Aehre - bo tak miał na imię o ile dobrze pamiętam miał syna o imieniu.. Siad! Tak, dobrze czytacie. Siad Avidhal. Miał on chyba 15 lat i uczył się w szkole, a raczej olewał ją bo nie był zbyt chętny do nauki. Aehre tłumaczył te zbieżności tym, że jest bardzo dużo członków jego rasy o takim nazwisku, ale czy napewno?

Wracając, po operacji i obudzeniu się z narkozy miałem dużo czasu na odpoczynek. Lekarze doglądali mnie co jakiś czas sprawdzając mój stan. Pewnego razu gdy odpoczywałem i byłem sam na oddziale stało się coś czego do końca nie rozumiem jeszcze. Mój spokój oraz rozluźnienie się doprowadziło do sytuacji że byłem w stanie usłyszeć i.. jakby widzieć co się dzieje w innych pomieszczeniach. Miałem dziwne poczucie wszechobecności. Wiedziałem co się dzieje tak jakbym tam był. Tak jakbym czuł to wszystko poprostu, nie wiem jeszcze jak to do końca wytłumaczyć. Nie trwało to jednak długo i nie udało mi się tego powtórzyć kolejny raz, jeszcze nie. Po jakimś czasie odzyskałem jednak sprawność w nogach - nowych nogach - i postanowiłem jakoś wrócić do swojego świata. Udało mi się dowiedzieć o pobliskim uniwersytecie który jest znany z anteny pozwalającej skontaktować się z.. innymi planetami. Dostałem się tam tamtejszą komunikacja zaraz po wyjściu ze szpitala. Chciałbym tutaj dodaj abyście uważali na bilety jeśli kiedyś tam traficie. Nie ma tam darmowego transportu a spędzenie całej podróży w toalecie to nie jest jakaś super przygoda. Na całe szczęście bez większych problemów dostałem się do uniwersytetu. Zmęczony, obolały, głodny i z jedyną szansa na powrót udałem się do miejsca które może mnie uratować.

Sam kompleks był bardzo duży i roił się od studentów. Udało mi się jednak trafić do sali w której znajdował się terminal do kontaktu z innymi planetami. Po rozmowie z obsługującą go kobieta wprowadziłem współrzędne Prakith do komputera i zacząłem transmisje. Poszczęściło mi się, połączenie odebrał JP który po chwili trudnej rozmowy połączył mnie z Namonem. Poinformowałem go o wszystkim a ten zapewnił mnie, że niedługo po mnie przyleci. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć co robiłem dalej, byłem tak zmęczony i głodny że wszystko przeleciało jak we śnie. Jak tylko znalazłem się na pokładzie z Namonem straciłem świadomość na tyle by móc coś mu powiedzieć. Dalej już wiecie co się stało, wróciłem.

Podsumowując mój pierwszy wpis do bazy, stwierdzam że misja mimo niepowodzenia w pewnych kwestiach była dość pouczająca. Udało mi się także mniej więcej dowiedzieć co wie Kult a zarazem nie powiedzieć im więcej niż to było konieczne. Straciłem obie nogi co chyba było najgorsze ze wszystkiego, ale na szczęście udało mi się także dostać dwie nowe protezy. Tak jak wcześniej pisałem, śmigacz także został odnaleziony dzięki lokalizatorowi, natomiast pistolet przepadł. To by było na tyle, w razie pytań mogę udzielić odpowiedzi indywidualnie jeśli bym sobie coś jeszcze przypomniał.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak

4. Autor raportu: Adept Mic Ho
Awatar użytkownika
Mic Ho
Były członek
 
Posty: 18
Rejestracja: 10 lis 2016, 19:22
Nick gracza: Oldzik

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość