Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 05 cze 2016, 16:05

Przyjazny Interes

1. Data, godzina zdarzenia: 02.06.16, 19:00 - 23:00

2. Opis wydarzenia: Pan Nokit - właściciel Nokit-CO, odwiedził nas pewien czas temu. Mistrzyni przekazała sprawy związane z kontaktem pomiędzy naszą grupą, a tym... intrygującym przedsiębiorcą... w moje ręce.

Związałem z nim naszą grupę umową na okres trzydziestu sześciu miesięcy, lokalnych. Umowa obejmuje... chyba powinienem zacząć od końca.

Po podpisaniu umowy udałem się z Panem Nokitem do siedziby jego firmy, gdzie miał mi przedstawić swój specjalny towar - atrakcyjny dla grupy o naszych charakterze. Prawdę mówiąc, spodziewałem się po naszym wylocie z bazy jego pojazdem... ogona. Kultysta w roli komitetu nie był żadną niespodzianką. Zaskoczeniem był jednak mój towarzysz, jeszcze w danym momencie - interesów. Kultysta nie był mną zainteresowany, nakazał mi się usunąć i oddać mu Pana Nokita w jego ręce. Powitałem go jedynie, czekając na rozwój wypadków. Bowiem sam Pan Nokit, wyraził wręcz urazę, kiedy poprosiłem go o wezwanie droidów ochronnych. Wyciągnął pokaźny, dość spory blaster, którym wystrzelił... mikro-rakietę. Chybił, a kultysta zbliżał się do niego z nożem. Włączyłem miecz, aby unieszkodliwić zagrożenie. Efektem mojego działania była jedynie kąpiel we wnętrznościach oponenta, którego od tyłu rozerwała naprowadzana mikro-rakieta.

Nie było powodów abym w tej chwili musiał unikać pytania o miecz świetlny - otwarcie wyjawiłem, naturę naszej grupy. To spotkało się tylko z jeszcze większą perspektywą dla interesów, które możemy prowadzić z tą istotą.

Systemy ochronne... Pana Nokita to... intrygujący temat, ścisnę go jednak do stwierdzenia, że... są w stanie powstrzymać kultystów przed dosięgnięciem go. Dlaczego właściwie chcieli go dopaść? Po krótkiej wymianie informacji na temat Sanarisa oraz kultu - Pan Nokit sam wydedukował powód. Ostatnim czasy wykupił sprzed nosa Pana Sanarisa urządzenie mogące służyć do podrabiani dokumentów i innego rodzaju "kart", począwszy od pozwoleń, po fałszywe dokumenty...

Pojawienie się wspólnego wroga pozwala nam na zyskanie pewnej... ostrożnej ufności w kierunku Pana Nokita. Dobre stosunki z nim, oferują nam wiele usług, niezwykle wygodnych.
Począwszy od dostępu do zwyczajnych i specjalistycznych towarów, do naprawdę ekstrawaganckiego sprzętu. Zbrojownia Pana Nokita posiadała między innymi dezintegratory, blastery z tłumikami, karabiny snajperskie wysokiej klasy i wiele, wiele innego sprzętu - szczególnie takiego, który odnajdywałby się w "cichej pracy".
Był to jeden z wielu magazynów. Każdy towar, który się w nich nie znajduje będziemy mogli uzyskać za odpowiednią dopłatą.

Informacje... mogą okazać się jednak o wiele drogocenniejsze od specjalistycznego sprzętu. Już z miejsca, po podpisaniu umowy dowiedziałem się od Pana Nokita wielu rzeczy na temat Sanarisa oraz Rahna.
Postanowiłem poprosić go póki co o monitorowanie ruchu archaicznych przedmiotów pochodzących z przeszłości Prakith mogących mieć jakąś łączność z historią lub kulturą Kultu Addendu. Wyczuliłem go szczególnie na takie, którymi mógłby interesować się Sanaris. Z tego co udało mi się dowiedzieć... Pan Nokit... choć przy niezwykle dużej dodatkowej opłacie mógłby pozyskiwać dla nas nawet kryształy - być może i takie, mogące być elementem mieczy świetlnych.

Po za sektorem dóbr materialnych i informacji... Pan Nokit oferuje również wiele innych... Usług. Przy okazji spalania ciała Kultysty napomknął o możliwości odpłatnej utylizacji problematycznych ciał.

W razie... potrzeby nakazałem mu twierdzić, że to ja uśmierciłem napastnika - aby w razie kolejnych ataków część "zemsty za śmierć brata" skupiła się na mnie, nie na Panie Nokicie.

Zamieszczam kopię umowy do "widocznych" interesów, które prowadzimy z firmą Nokit-CO oraz częstotliwość, dzięki której będziemy mogli się z nim skontaktować w razie potrzeby.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: [Pierwsze punkty umowy uszczególawiaja dane obu stron umowy - podczas gdy dane firmy Nokita sa dokladnie rozpisane, druga strone rozpisano stosunkowo enigmatycznie, ograniczajac sie do 'zbiorowosci przedsiebiorców' zamieszkujacej budynek o numerach odpowiednich dla bazy Jedi. Jako pelnomocnika wskazano Bar'a'ke, bez dokladnych danych co do jego dokumentu tozsamosci - choc pozostawiono miejsce na wpisanie numeru i typu dowodu tozsamosci. Kolejne sekcje opisuja wylacznosc firmy Nokit-CD na dostawy towarów obejmujacych dzialalnosc budowli. Rozpisano dosc szczególowo masowe zakupy zywnosci, dostawy licencjonowanego sprzetu wojskowego, sprzetu elektronicznego wielu szczególowo rozpisanych kategorii, starannie zakreslonych jako bardzo precyzyjny krag, unikajac niescislosci. Wyraznie zaznaczone zostalo takze, ze ceny zakupów nie moga przekraczac standardowych górnych cen rynkowych notowanych przez serwis PrakStat, niezalezna instytucje badania rynku, wygladajaca na wiarygodny serwis rzadowy. Kazdy miesiac Prakith wydaje sie miec od 25 do 28 dni. Kalendarze i kalkulatory wyraznie jednak wskazuja, ze umowa trwalaby dwa standardowe lata w kalendarzu typowym dla Nowej Republiki - a wiec do 29 ABY. Pozostale punkty umowy okreslaja, ze prowizja firmy zostanie wliczona do lacznej ceny zakupu, która musi byc nizsza niz ceny wyznaczone przez PrakStat. Umowa nie okresla stalej wartosci prowizji dla firmy. Reszte umowy stanowia dodatkowe zalaczniki, pomagajace scisle okreslic, ze w jej sklad wchodzi zywnosc, bron palna, pojazdy, uzbrojenie pojazdów, gotowe serwery, komputery i inne samodzielne urzadzenia elektroniczne. Umowa obejmuje takze paliwo, choc wylacznie generatorów elektrycznosci - mimo ze wiekszosc rozpisanych typów paliwa pasuje i do wiekszosci mysliwców i czesci promów.]

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Transakcja wiązana

Postautor: Tanna Saarai dodano: 29 cze 2016, 15:13

Transakcja wiązana
Prakith - okolice koła podbiegunowego


1. Data, godzina zdarzenia: 03.04.16, 18:00-23:30

2. Opis wydarzenia:
Plan był prosty, o ironio. Na takie najciężej wpaść, lecz często bywają również najskuteczniejsze.
Miałam przybyć na miejsce transakcji sama, myśliwcem Lorda Kaana z ustaloną trasą powrotną do bazy. W trakcie, postarać się nawiązać mentalny kontakt z Rycerz Jedi Elią Vile i podać koordynaty miejsca spotkania. Na miejscu, zyskać jak najwięcej czasu, by grupa uderzeniowa złożona z Padawana Angara Makkaru wraz z porucznikiem Vreyxem, którzy zostali wybrani ze względu na stosunkowo słabe połączenie z Mocą, co utrudnić miało ich wykrycie, mogła niepostrzeżenie dotrzeć na miejsce docelowe, by tam użyć broni sonicznej, obezwładnić kultystów, wydostać mnie oraz Adepta Naiiva Luure, ewentualnie przechwycić kultystów. Uczeń Fenderus miał dostarczyć im pojazd, na początkową fazę podróży, promem Sentinel. Ogromny dystans jednak, musieli pokonać pieszo, gdyż ryzyko wykrycia pojazdów, zdawało się zbyt wielkie.
Wszystko utrudniał brak możliwości jakiejkolwiek komunikacji. Mogłam liczyć jedynie, iż Rycerz Jedi Elia Vile wyczuje moje myśli i będzie w stanie wyciągnąć z nich jakieś informacje.

Otrzymaliśmy na otwartym kanale wiadomość, w której wymagano od nas podjęcia decyzji. Po krótkim przypomnieniu najważniejszych celów przez Rycerz Jedi Elię Vilę, ubrałam ładunki i udałam się do myśliwca Lorda Kaana, gdzie poinformowałam porywaczy Adepta Naiiva Luure o podjęciu się transakcji. Podróż była długa, a miejsce docelowe spowite śniegiem. Znalazłam się gdzieś w okolicy koła podbiegunowego, w pobliżu jakiejś stacji z potężną aparaturą. Przywitał mnie wielki mróz i bardzo ograniczająca widoczność mgła. Opuściłam myśliwiec. Nie oddalając się od niego poinformowałam porywaczy o swojej obecności. Po chwili odpowiedział mi męski głos, wymagający, bym zbliżyła się i dopełniła warunków umowy. Zgodnie z planem rozpoczęłam grę na czas. Oznajmiłam, iż nie ma możliwości rozpoczęcia jakiegokolwiek handlu, bez upewnienia mnie o obecności w miejscu transakcji Adepta Luure. Po długiej wymianie zdań, podczas której mróz coraz bardziej dawał się we znaki, w końcu udało mi się wynegocjować rozsądne warunki. Adept ruszy w kierunku myśliwca Lorda Kaana, a ja zbliżę się do porywaczy. Wymagało to ogromnej ilości krzyków, wylewania sztucznej miłości do Adepta oraz grożenia wysadzeniem się. Na ile porywacze uwierzyli w tę wersję, a na ile chcieli po prostu mieć spokój i zakończyć tę przeciąganą wymianę – nie wiem i nie interesowało mnie to również w tamtym momencie. Starałam się użyć każdej możliwej, w tamtej chwili, opcji, która zapewni grupie uderzeniowej dodatkowe minuty na działanie. Równocześnie starałam się przekazać Rycerz Jedi Elii Vile informacje o moim położeniu, ilości osób w grupie porywaczy… Wszystkim co wydawało mi się w tamtej chwili istotne.

W końcu, po blisko godzinnej przepychance słownej Adept Luure znalazł się w myśliwcu, a ja niebezpiecznie blisko porywaczy – było ich trzech plus droid, jak się okazało. Nie było innej możliwości jak rozpocząć ściąganie ładunków wybuchowych, z nadzieją, że zaraz wkroczy grupa uderzeniowa wraz z bronią soniczną. Próbowałam zyskać jeszcze trochę czasu, zapewniając najemnika, iż ładunki wybuchowe, które miałam na sobie, są dostrojone do moich funkcji życiowych i tylko ja jestem w stanie je rozbroić. Prawdopodobnie nie dali temu wiary, gdyż po chwili rzucili się na mnie unieruchamiając. Na taką reakcję złożyło się również to, iż jeden z nich wyczuł przez Moc obecność – choć nie był w stanie dokładnie stwierdzić, kto to, skąd przybywa i w jakim celu. Po chwili zagadka jednak się rozwiązała. Oczom niedoszłych porywaczy ukazał się porucznik Vreyx wraz z Padawanem Makkaru. Czasu na reakcję jednak nie dostali. Grupa uderzeniowa w momencie uruchomiła broń soniczną, która siejąc spustoszenie w terenie, obezwładniła również wszystkie żywe istoty w zasięgu. Jedynie droid, z oczywistych względów był w stanie oprzeć się działaniu broni, choć na moment stracił równowagę. Zgodnie z założeniami, broń podziałała również na mnie. Lód pękał, śnieg parował, a ziemia się trzęsła. Można było odnieść wrażenie, iż świat się rozpada – a broń działała tylko krótką chwilę.

Korzystając z okazji, doskoczył do mnie Padawan Makkaru. Przerzucił mnie przez ramie, jednak nim się oddaliliśmy, posłał serię strzałów w głowę blondwłosego najemnika, który dowodził całą operacją. Rozkwaszona, zmieniona w miazgę twarz mężczyzny przyniosła chwilę ukojenia – nie mieliśmy jednak czasu napawać się tym widokiem. Padawan rozpoczął ucieczkę w ustalonym wcześniej kierunku, lub tak mu się wydawało, gdyż potężne zniszczenia, mgła oraz śnieżyca uniemożliwiały dokładne określenie kierunku.

W tym samym czasie porucznik Vreyx podjął walkę z droidem. Niestety został postrzelony w ramie. Siła uderzenia pocisku, posłała go na ziemię, co momentalnie wykorzystał droid, doskakując do niego i starając się zakończyć jego żywot. Gdyby nie szybka reakcja Padawana Makkaru, który posłał w kierunku droida serię strzałów, prawdopodobnie tak właśnie by się stało. Pociski jednak odstrzeliły droidowi lewą nogę, co dało czas porucznikowi na reakcję. Walka trwała dalej, a Padawan, ze mną na barkach, uciekał do Y-Winga.

Po krótkiej chwili, zatrzymał się, jak uderzony głazem. Jego ustami przemawiał Voliander „Zostaw ja i pędź po Vreyxa albo wyjdę z siebie i cię wypatroszę. ROZUMIESZ TO? Właściwie to wyjdę z ciebie...”. Padawanowi nie trzeba było powtarzać dwa razy – momentalnie ruszył na pomoc porucznikowi, zostawiając mnie samą otumanioną w śniegu. Nie miał jednak wiele do roboty.

Porucznik, bezskutecznie uderzał opancerzonymi rękami w droida, krzesząc iskry na jego pancerzu. W pewnym momencie, wyjął z buta wibroostrze. Ciosy posypały się na droida i któryś w końcu przeszył jego pancerz, uścisk droida osłabł. W pewnym momencie droid zaczął się wić i podskakiwać – jakby cierpiał – po czym padł na ziemię pokonany. Okazało się, iż to Mistrzyni Vile przybyła z odsieczą i z użyciem Mocy, dezaktywowała droida. Triumf nie mógł trwać jednak długo. Ocalały kultysta zaatakował Mistrzynię Vile ciosem miecza wymierzonym w jej plecy. Tylko świadomość Mocy i niezwykłe nad nią panowanie, uchroniło Mistrzynię od rychłej śmierci. Stworzyła barierę fizyczną, od której ostrze odbiło się niczym od ściany. W tym momencie porucznik Vreyx oddał serię strzałów w kierunku kultysty, zmuszając go do cofnięcia się. Ten moment dał Mistrzyni okazję do ponownego skorzystania ze swych umiejętności władania Mocą. Pochwyciła kultystę w zabójczym uścisku Mocy i dosłownie rozerwała go dwie części.

Padawan Makkaru, wrzeszcząc, iż Kultyści o wszystkim wiedzą i zamierzają rozprawić się z Uczniem Fenderusem oddalił się ze mną na barkach na znaczną odległość. Nie wiedział jednak, iż wiadomość nie dotarła do uszu, ani porucznika Vreyxa ani Mistrzyni Vile. Padawan zatem popędził na ratunek Uczniowi sam.
Gdy znaleźliśmy się na zupełnym pustkowiu, w otoczeniu jedynie bezkresnej bieli, Padawan ponownie zamarł w miejscu. Ponownie odezwał się Voliander, wymuszając na Padawanie Makkaru pomoc Uczniowi Fenderusowi. Ten nie mógł się oprzeć. Zostałam sama na śnieżnym pustkowiu.

Nie wiedząc gdzie jestem, w którym kierunku powinnam się udać, nie słysząc nic poza bolesnym piskiem i nie dostrzegając nikogo, chwiejnym krokiem ruszyłam przed siebie. Aby ułatwić Mistrzyni możliwość znalezienia mnie, ściągnęłam z siebie ładunki wybuchowe i dzięki zapalnikowi czasowemu zdetonowałam je. Podziałało, po chwili pojawiła się Mistrzyni Vile. Krótkie spojrzenie i nieznaczny uśmiech jaki namalował się na jej twarzy, gdy mnie ujrzała to ostatnie rzeczy, które pamiętam. Obudziłam się w bazie, w zbiorniku z Kolto.

Jak wspomniałam, na miejscu był blondwłosy najemnik, kultysta, droid oraz Chiss, który zniknął bez śladu, korzystając z wywołanego przez broń soniczną zamieszania.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Bardzo zaległy raport.
Opis przeprawy porucznika Vreyxa i Padawana Makkaru, sporządza Padawan. Zostanie on dołączony do raportu, gdy tylko będzie gotów.

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 30 cze 2016, 20:01

Zatrucie

1. Data, godzina zdarzenia: 15.06.16, 18:30 - 23:30 | 19.06.16, 17:30 - 23:30

2. Opis wydarzenia: Tallut, miasto usytuowane około dwóch tysięcy kilometrów w odniesieniu do lokalizacji naszego kompleksu. W przeciwieństwie do Skoth czy innym metropolli nie posiadało statusu miasta-państwa, przez co brak angażu sił antyterrorystycznych wydawał się logiczny i być może nie wzbudziłby podejżeń. Precyzyjniejszym celem czasochłonnej jazdy była lokacja Głównego Centrum Wodociągowego aglomeracji. Na tamtą chwilę, będąca częścią planu Sztabowego Głównej Komendy Skoth. Przykrywka dla furtki do przeprowadzenia zamachu na wodę pitną. Poprzednią próbę udało się udaremnić dzięki informacjom wydobytym od kultysty przebywającego u nas. Cały fortel policji, polegać miał na niezabezpieczeniu jedynego, potencjalnie wystarczająco zaludnionego miasta z ufnością w determinację Starszyzny kultu.

Odźwierny powitał mnie stukotem ciężkich metalowych stóp. Bez oporu z mojej strony, podjął rutynowe skanowanie. Droid bezpieczeństwa zdawał się jednostką dość wysokiej klasy, uzbrojoną w blaster niczego mu nieujmujący. Wewnątrz kompleksu co krok można było napotkać mnogość tych maszyn, niepokojąco podążającymi sensorami za każdym moich ruchem.

Po przekroczeniu progu centrali kanalizacji, skierowałem się ku mężczyźnie siedzącemu przy terminalu. Przeprowadzając pobieżny rekonesans niedługi czas przed wylotem, byłem poinformowany o poszukiwaniu pracowników na stanowiska, w które moje umiejętności adekwatnie mnie wpisywały. Postawiłem na maskę pewności siebie, podróżnika-włóczęgi, który dopiero co przybył na Prakith – stracił dokumenty, a większość oszczędności wydał na ich odzyskanie oraz dotarcie do pierwszego, rokującego na zarobek punktu. O placówce krążyły również pogłoski o nie w pełni poprawnym zaciąganiu na posady.

Zarządca, bo taką postacią okazał się mężczyzna zasiadający przy terminalu, patrzył na mnie przychylnie. Przeprowadził na mnie, serie krótkich testów. Zaczął od sprawdzenia mojej znajomości binarnego, dając mi do wysłuchania komunikatu o awarii kamery związanej z niepoprawną aktualizacją pewnych wewnętrznych ośrodków. Komunikat zrozumiałem na tyle szczegółowo aby zaangażować kierownika w proces z rekrutowania. Wybraliśmy się na niższe poziomy gdzie miałem zostać poddany testom pół-praktycznym. Po drodze zadano mi pytania o moje doświadczenia i wiedze programistyczną. Odpowiedział mniej czy bardziej satysfakcjonująco. Zarządca pozostawił mnie wraz ze starszymi mechanikami abym przystąpił do testu pod okiem fachowców.

Znajdowaliśmy się w Sali sprawującej pieczę nad całą siecią kontrolującą i zasilającą systemy wodociągowe. W czterościennej, olbrzymiej hali, przeprowadzono instalację czerpiącą energię ze zbiorników różnorakich gazów i paliw, między innymi z Tibanny. Po kompleksie rozgałęziały się systemy sieci energetycznej. Po krótkiej wymianie nie istotnych zdań otrzymałem moje zadanie. Starszy opiekun nad tą halą prosił mnie abym w teorii rozstrzygał problem z jednym z przewodów przesyłających energię cieplną. Jednym z trzech, który zdawał się prowadzić swoje zadanie w odwrotnym kierunku. Zaproponowałem rozłożenie jego funkcji na dwa sąsiednie ciągi, przy oględzinach wnętrza dostrzegłem zimne luty, winne anomalii. Uszkodziły przewody, który wymagały ponownego zlutowania. Pojąłem, że winna może być zła kalibracja – poinformowałem o tym Zandora. Człowieka, który sprawował pieczę nad głównym terminalem kontrolującym całą główną halę, w której byliśmy.

Test zdałem. Zyskałem przychylność wszystkich napotkanych istot. Szef wrócił, zaproponował staż na pół etatu z racji moich… niepełnych dokumentów. Przeszkodził nam jednak Gunganin angażując w rozmowę kierownika. Wypraszał o mapę sektora wschodniego - kanalizacji. Argumentował to rzekomym spotkaniem z płcią przeciwną. Lokalny idiota zdawał się być zdeterminowany w upraszaniu przełożonego. Ten kategorycznie odmówił. Przeczucie podpowiadało mi, że historia Gunganina się tutaj nie kończy – dałem jednak rozwijać się wydarzeniom. Wiedziałem, że potajemnie namawia Zandora do przekazania mu danych, na które szef nie wyraził swojej aprobaty. Co więcej, wydanie takowych danych groziło pracownikowi pozbawieniem wolności. Pojechałem windą na górne piętro aby dopełnić formalności.

Przeczucie niedługo splotło się z wydarzeniami. Podczas mojej zwyczajnej konwersacji z pracownikami i szefostwem pojawił się Zandor. Kontroler terminalu sieci energetycznej sprawiał wrażenie przerażonego. Gunganin w jakiś sposób wpłynął na czyny człowieka, a ten po prostu przekazał mu dane, o które tak uporczywie zabiegał. Sam otumaniony wspomniał coś o środkach psychoaktywnych. Żaden z pracowników nie mógł zejść ze swojego, zarejestrowanego stanowiska aby podjąć trop Gunganina. Sam szef, który nie był na samym szczycie hierarchii pracowniczej również musiał liczyć się z ewentualnymi nieprzyjemnościami. Długo nie musiałem przekonywać pracowników, że jestem odpowiednim kandydatem na podjęcie polowania. Otrzymałem ścigacz kanałowy, mapy sektora wschodniego kanalizacji oraz częstotliwość centrali. Razem z Zandorem w pośpiechu otworzyliśmy śluzę abym mógł zacząć poszukiwania.

Podczas procedur otwierania śluzy wprowadziłem graficzne udogodnienia do mapy, wyodrębniając wizualnie poszczególne nici. Lot w sieci - pośród dławiącego fetoru, ciemności i stałej koncentracji - wlókł się w niebotycznie wolnym tempie. Moja uwaga musiała działać fragmentarycznie, posiłkując się jednocześnie mapą, obserwując (czasem zatrzymując i sprawdzając tropy) drogę linii i jednocześnie kontrolować maszynę mając przed sobą jedynie żółtobladą źrenice reflektora. Łut szczęścia doprowadził mnie do ujścia w ścianie wiele kilometrów od wielkich wrót centrali.

Otwór okazał się mechanicznie przekopanym, wąskim tunelikiem – na tyle dużym abym mógł dostać się przez niego do wnętrza niepokojącego kompleksu. Półmrok, niebieskawo zielone świetliki, a do tego futurystyczna otoczka jak i architektura – jak na Prakith. Zeskoczyłem na dół i skryłem się za skrzynią, przysłuchując rozmowie osób stojących przy wrotach do wnętrza kompleksu. Epatował z nich lęk, niepojęte otumanienie – wyraźnie nie byli w pełni świadomi aktualnej sytuacji, ale mimo to gdzieś przez te puste powłoki przebijały się echa ich osobowości. Kiedy się rozdzielili – spróbowałem zwyczajnie przejść obok nich. Niepowodzenie, wycelowano do mnie blasterem.

Nawiązałem z mężczyzną rozmowę. Przemawiałem do niego spokojnie, nie skupiając się tyle na sensie słów, a sposobie w jaki mówiłem – przy okazji próbując wydobywać informację. Pojawił się Rodianin, będący w stanie zblazowania, ale i jednoczesnej ekstazie. Położył się nad zbiornikiem wody na podobieństwo basenu. Jego przeciwieństwo, człowiek w stanie podobnym do stanu lękowego… skryty za rogiem… popełnił samobójstwo. Stłumiłem bodźce, zabrałem jego blaster. Mężczyzna bliższy „świadomości”, dziwnej bo jakby zapętlonej, pozwolił mi iść kiedy powiedziałem, że poszukam pomocy dla jego towarzysza. Ruszyłem w dół futurystycznego kompleksu, przez półmrok osłabianą morską aurą wszech obecnych świetlików. Podczas marszu nie dało się nie dostrzec wody cieknącej z rur i miejsc, gdzie posadzka była rozkopywana.

Pusto. Do czasu napotkania ciała Gunganina. Podcięte gardło, ślad nie przywodził żadnej precyzyjnej myśli co do narzędzia zbrodni. Nie miał przy sobie danych. Sam byłem dalej, zaledwie jeszcze kilka kroków. Pomieszczenie ze zbiornikiem wodnym, jakby basenem. W jego głębie wtłoczono aparaturę splecioną z sąsiadującym terminalem, urządzenie jakby wiertło. Specjalistyczne, wymagające odpowiedniego przeszkolenia. Potrzebowało do obsługi trzech istot, które właśnie w całkowitym pozbawieniu reakcji na otoczenie – wykonywały wbite w ich umysły polecenie. Z początku nie byłem tego świadom. Rzuciłem pomiędzy nich granat dymny, niewłączony aby odwrócić ich uwagę i od razu oddałem strzał w kierunku mężczyzny, który jako jedyny mógł być kultystą. Brak reakcji ze strony pozostałej dwójki. Pojąłem. Wyrachowanymi strzałami z bliska również pozostałych ogłuszyłem blasterem. Szybki szawer ich kieszeni pozwolił mi odnaleźć trzy karty należące do naukowców, Instytutu Naukowo-medycznego Tallut. Zacząłem pracować przy terminalu wiedząc, że nie mam czasu. Spodziewałem się przeciwnika przynajmniej o randze kuratora kultu. Kroki, nieśpieszne, powolne – postać schodzi schodami nad moją głową. Nie widzę go. Odwracam się, łapię za blaster. Rażę newralgiczne miejsca aparatury, a potem wyrzucam kaskadę wiązek laserowych gromiąc ją doszczętnie. Moc wyrwała mi blaster. Zerkam do góry, spoglądając w białe lico Starszego.

Zdążyłem złapać kartę magnetyczną jednej z istot zaległych u moich stóp. Nie zdążyłem włączyć granatu dymnego. Krótkie, nie istotne słowa. Głównie pożegnania. Coś się stało, a w pierwszej chwili całkiem niepojętego. Jakby światło, zagięło się. Unikało opięcia w około elastycznej, podłużnej formy. Niemającej sprecyzowanego źródła i końca. Przelewająca się w swojej wężowatej formie, wznosząc w powietrzu jakby w rytmicznym, bezwładnym cyklu trwania w przestrzeni po za prawem grawitacji.

Ucieczka. Zjawisko podążało za mną, nieustannie w mglistej, prawie przezroczystej formie - jak mgła. Dopiero kiedy następował moment interakcji z moim ciałem to coś stawało się specyficznym rodzajem materii. Już przy pierwszym cięciu wiedziałem co zabiło Gunganina. Dezorientacja, skraj paniki – kompletna niepojętość tego zjawiska zezwoliły mi jedynie z początku na nieudolne próby umknięcia. Wykonywałem serie akrobacji, uników, przewrotów, desperacko ratując się przed kolejnymi szarpnięciami bytu o moje biologiczne ciało. Dopadłem do wylotu, którym tu przybyłem, ale to było już u niego tworząc śmiertelną barierę. Wycofałem się – włączyłem na skrawek chwili miecz, tworząc namiastkę izolacji pomiędzy niepojętą siłą, a moim ciałem. Nie miałem w zamiarze starcia, potrzebowałem sekund aby ogarnąć umysłem relacje tworu z rzeczywistością. Wystarczyły abym pojął fakt o naturalnym przymusie unikania materii - mimo zjawiska lewitacji. Podczas uników udało mi się wezwać pomoc… desperacko wyryczeć o nią do komunikatora. Kolejne obserwacje zdradziły mi… ostatnią lukę w egzekucji Starszego. Dokładniej przywiodły coś z pamięci... Wyciągnąłem kartę magnetyczną i wróciłem w dół korytarzem. Chcąc zamknąć go jak i przedłużenie jego woli pod kloszem fizycznej bariery. Wiedziałem, że u wlotu, którym wszedłem znajdował się panel futurystycznego terminalu - holograficznego… Pierwsza próba z kartą, niepowodzenie. Druga włączyła pola siłowe, chwytając kolejne, rozjuszone uderzenie bytu. Przedłużenie woli mojego egzekutora, zostało uwięzione razem z jego Rattakańską powłoką. Pobiegłem do ścigacza.

Adrenalina sprawiła, że nie wiele zapamiętałem. Udało mi się umknąć przy pomocy mapy i maszyny, gdzieś na obrzeża miasta… tam wyleciałem ścigaczem. On był nie dalej za mną. Zdążyłem przelecieć parę metrów – znów nadać komunikat… Moc zakleszczyła się na maszynie. Wtedy pojawił się Inkwizytor.

Nie pamiętam już wiele… Opadłem z sił, gdzieś obok, wcześniej chwile stałem za plecami Inkwizytora. Starszy przepełniony był ignorancją… wspominając coś o „jego terenie”. Walka się nie wywiązała, do końca. Zrywy tworu woli Starszego, zdawały się nie do końca mu poddawać – wreszcie, jakby rzucając na siebie. Własna potęga, aroganckiego przywódcy kultu została w pewien sposób zwrócona przeciwko niemu – została ujściem, przez którą tracił swoje siły. Nie chcę tutaj… zbytnio się rozpisywać, bowiem zwyczajnie nie pojmuje ani natury tego pojedynku, ani jego tworów. Ku finałowi, Inkwizytor wzniósł ciało Starszego w przestrzeń ku górze jak zwyczajną kukłę, łamiąc ją bezwzględnie i doszczętnie jako powłokę i miotając nią o ziemię i ścigacz. Potem odszedł, nie dobijając.

Odszedłem z policjantem, który na moment się zjawił i odprawił mnie do maszyny, którą wróciłem do centrali. Tam pod ujawnioną postacią najemnika-tajniaka zostałem opatrzony. Wezwałem Angara aby zabrał mnie stamtąd. Poszedłem spać.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Nałożenie planów na sieć kanalizacyjną jasno pozwala wydedukować, że Instytut Naukowo-medyczny Tallut znajduje się bezpośrednio nad ważną arterią kanalizacyjną. Owa droga wodna ma kontakt z mnogością innych rozgałęzień, mogących zatruć wodę w olbrzymiej części miasta. Naukowcy i pracownicy trafili do szpitala i pod opiekę psychiatrów. Ciało byłego adepta... znikło. Starszy zapewne zwyczajnie odszedł po tym, jak Inkwizytor nie unicestwił "powłoki", którą jest Rattakanin.

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 10 lip 2016, 13:59

Alchemia Kultu

1. Data, godzina zdarzenia: 03.07.16, 20:30 - 23:30 | 06.07.16, 20:00 - 01:30

2. Opis wydarzenia: Koszmar z kanałów nie był finalnym aktem niepokojów związanych z zamachem. Parę dni temu skontaktowano się ze mną po przez zaszyfrowaną częstotliwość – był to policjant z głównej komendy Skoth.

Miałem spotkać się z nim na podziemnym parkingu, napotkałem przypadkowego policjanta, który pojął charakter mojego przybycia i powiadomił odpowiedniego funkcjonariusza. Udaliśmy się na obrzeża miasta, aby pomówić w spokoju z dala od ciekawskiego wzroku.

Wewnątrz instytutu naukowo-medycznego Tallut zabezpieczono dwie fiolki z czarną cieczą. Przeprowadzono na nich badania pod kątem wszelkich aspektów znanych współczesnym laboratoriom toksykologicznym. Wyniki były całkowicie zerowe. Substancja była zwyczajną teofiliną, popularnym środkiem mającym właściwości pobudzające. Jest składnikiem większości herbat i caffu. Prawdę mówiąc w tamtej chwili jedyne teorie jakie rodziły mi się w głowie, brzmiały dość desperacko fantastycznie. Wszystkie dotyczyły w pewien sposób – nieznanych mi, aspektów ciemnej strony. Błądziłem, ale znałem kogoś kto mógł nieco nakierować kreacje myśli na realniejszy tor. Poprosiłem policjanta o drobne próbki tego środka. Wydano mi je.

Po powrocie do bazy mówiłem z naszym gościem-kultystą, Noshiravanim. Przedstawiłem mu niepokojącą substancję, nie wyjawiając jej dokładnego pochodzenia. Rozpoznał w niej „herbaciany płyn” użytkowany przez kultystów do rytualnych działań. O ile nasze organizmy są do niej przywykłe, to ciała „braci” reagują wielokrotnie podatniej, poddając się efektom zbliżonym do pobudzających narkotyków. Noshiravani opowiedział mi o dawnej, mglistej legendzie. Kultyści posiadają w swych szeregach rzemieślników, którzy prawią się wytwarzaniem przedmiotów za pośrednictwem ciemnej strony. Przedmioty owe naturalnie wchodzą w reakcję ze swoją opozycyjną siłą – jasną stroną mocy. Zmysły Jedi potrafi wywołać w nich reakcje – zwykle, wrogą. Wróćmy jednak do legendy. Istnieją przekazy o alchemikach z pradawnych czasów, którzy za pośrednictwem swoich zgubnych mocy wykonywali wywary – właśnie z herbacianego płynu. Zamykać esencję wypaczonej mocy w ciekłej substancji. Wedle swej woli tworząc eliksiry o nieznanych lub zapomnianych, od setek lat, właściwościach.

Skontaktowałem się z policją kiedy nadarzyła się tylko okazja. Umówiłem spotkanie w placówce z Cordiganem. Przeszedłem od razu do meritum. Wyjawiłem mu niebezpieczeństwo i ryzyko jakim jest przetrzymywanie substancji na komendzie, nawet szczelnie zapakowanej w magazynie. Naturalnie z perspektywy wspomnień o cieniach z kanalizacji, nie musiałem długo go przekonywać. Policja widziała jednak w substancji trop dotyczący Sanarisa, nie chciała wydać go od tak bez pobrania próbki dla siebie. Sztabowy miał również dla nas propozycję… Chciał abyśmy przetestowali środek na jednym z więźniów skazanych na kare śmierci. Odmówiłem, choć potrzebna była polemika. Zgodzili się na przekazanie nam cieczy. Warunkiem był sukces w badaniach. Inaczej – czekała nas perspektywa testów na więźniach. Nawet jeśli nie bezpośrednich, to przez policję. Rozmowie przysłuchiwał się potajemnie Noshiravani. Kiedy policjant odszedł, wciągnął mnie i Angara w rozmowę. Prawiliśmy o nieprzypadkowości pozostawienia fiolek przez starszego. Gość-kultysta poddawał w możliwość premedytacji, aby ciecz znalazła się w rękach Mistrza… Poprosił nas, abyśmy w afekcie ostateczności zabili Mistrzynię. Angar otrzymał miecz kultu.

Wczoraj coś się wydarzyło – miałem widzenie… lub zaburzenie. Mój umysł wywołał wizje, przybycia do naszej bazy ratującego się policjanta. Zdesperowany człek aby zwrócić moją uwagę, zaczął strzelać w kierunku naszych wrót dopóki ich nie otworzyłem. Od razu wylał z siebie niepokoje i rozpacz, opowiadając o rzezi, która wydarzyła się na komisariacie. Wedle jego wieści, policjant który miał za zadanie przetransportować ciecz został zaatakowany przez sabotażystę kultu. Kultysta został od razu zastrzelony. Przy upadku ciecz zdołała się wydostać, przeciekła przez torbę i zetknęła ze skórą człowieka. Nastąpiła kuriozalna mutacja – człowiek przemienił się w znajomy mi opis cieni. Rozpoczął się nieunikniony rozlew krwi. Byt, twór… zaatakował najpierw policjantów, a potem umknął w kierunku wnętrza siedziby policji. Aspirant poprosił o chwile prywatności w toalecie, otrzymał ją. Nieoczekiwanie otrzymałem komunikat nadchodzący od funkcjonariusza, który miał przewieźć do nas substancję… Pierwsze chwile wydały mi się zwyczajną pułapką. Naturalnie od razu podjąłem działania – po drodze napotkałem Inkwizytora.

Próbując wyjawić mu co właściwie się stało, Inkwizytor przerwał mi informując, że do bazy nie przybył kompletnie nikt. Pojąłem, że byłem poddany wpływowi iluzji lub swojego daru… Był jeszcze czas, aby zmienić ścieżki w inną alternatywę. Po drodze po ścigacz i podczas wysyłania prób desperackiego nawiązania łączności z komendą natknąłem się na Angara, którego zwerbowałem w biegu. Wyjechaliśmy z bazy naprędce.

Na komendzie okazało się, że policjant już wyjechał, a nasze pojawienie wzbudziło małe zamieszanie, które musiał uspokoić sztabowy. Dyskretnie poinformował nas o dotarciu przesyłki do naszej bazy i prosił abyśmy ulotnili się z posterunku. W między czasie, nowo przybyła kandydatka – Kelisea odebrała przesyłkę. Z tego co udało mi się dowiedzieć od Angara z jego mglistych słów… Policjanci pomogli jej wnieść do bazy metalową skrzynkę. Przy nieokreślonej interwencji pana Irgrova, który wyjawił jedną ze swoich prywatnych skrytek… umieścili w ukryciu metalowe pudełko.

Powróciliśmy do bazy. Po małym trudzie wyciągania z kandydatki lokalizacji pudełka – udało nam się ją uzyskać. Nie byłem pewien co czynić. Czułem lęk przed tym co może się zdarzyć podczas badań. Dalsze losy pudełka na moment przystanęły w miejscu, a każdy z nas, włączając w to gościa-kultystę, miał odmienny osąd co do postępku w tej sprawie. Osobiście pragnąłem zniszczyć substancję, bezpowrotnie i bez podejmowania badań. Naturalnie ciekawość oraz komplikacje z policją, nieco mnie blokowały. Planowałem wywieźć paczkę w przestrzeń kosmiczną, użyć tunelu nadprzestrzennego lub pola grawitacyjnego gwiazdy. Brak pilota powstrzymał mój plan. Szukałem rozwiązania, napotkałem w kantynie Mistrzynię, z którą zamieniłem parę słów. Wszystko zaczęło działać momentalnie – jakby czas wybuchł, nakładając kolejne sceny na siebie. Angar otworzył pudełko na sugestię HDR, droid wydobył zaplombowaną probówkę – poddał ją analizie dostępnej jego systemom. Nie wykrył nic nowego. Mistrzyni pojawiła się na miejscu. Zasugerowała oddzielenie drobnej cząstki substancji. Oprzytomniałem… Od dwóch dni nosiłem w kieszeni flakon z małą próbką, przekazaną mi przez policjanta przy pierwszym spotkaniu. Było to zaledwie parę kropel. Mistrzyni zabrało go i odeszła aby oddalić się od reszty substancji.

Pojawił się gość-kultysta przypominając o swojej przestrodze… Nie wierzyłem, aby to coś było w mocy wchłonąć Mistrzynię. W tamtej chwili byłem gotowy zabić kultystę, gdyby ten w jakiś sposób zagroził badaniom lub samej Mistrzyni. Angar poszedł po miecz, przekazany mu przez naszego gościa. Razem wkroczyliśmy do hangaru. Mistrzyni spoczywała na środku zamkniętej przestrzeni, pogrążając się w co raz to głębszej koncentracji. Skupiała się na mikrej ilości środka. Oczekiwaliśmy w milczeniu – obserwując. Napięcie się przedłużało. Kultysta postawił kilka kroków, odpiąłem miecz. Kultysta wyciągnął nóż. Czekałem na rozwój wydarzeń. Fiolka pękła, a jedynie jeden ułamek, jedna kropla opadła na rękę Mistrzyni. Wedle przepowiedni mojej wizji, zaczęła pęcznieć, mutować, transformować skórę na dłoni Mistrzyni – na podobieństwo raka, przeobrażając ją w czarną, nienaturalną tkankę. Ciemna, niepokojąca deformacja żywego ciała zachodziła nieubłaganie. Mistrzyni przy pomocy cięcia mocą, usunęła tą cząstkę swojej ręki, jakby ją wyrwała… Wtedy narodził się nowy cień, wężowaty byt. Różnił się jednak swym rozmiarem. Już po chwili mieliśmy przekonać się, że był o wiele potężniejszy w odniesieniu do wcześniejszych zjawisk, które dane mi było spotkać. Twór szpikował ku mnie, Noshiravani osłonił mnie własnym ciałem, które zostało zgruchotane. Mistrzyni poznawała naturę bytu, nie wyłaniając się z głębokiej koncentracji – a my rozpoczęliśmy serię uników, jednoczesnych prowokacji aby twór nie zwracał na nią uwagi. Stwór skupił się na Angarze, miotając nim po sali – nie wiem na ile poważnie raniąc. W ostatniej chwili kiedy rzucił nim o platformę windy uśmierciłby go, gdybym nie osłonił go własnym ciałem – jak mnie wcześniej gość-kultysta. Mistrzyni w tym momencie znalazła klucz do unicestwienia stwora – zamienił się w ciekłą materię, opadł na posadzkę i wyparował bezpowrotnie.

Zajęliśmy się rannym Noshiravanim… Utrata nogi, zgruchotana klatka piersiowa i obrażenie wewnętrzne. Operacja musiała zajść na miejscu, natychmiast. Musiałem udostępnić mu swoje siły witalne, aby się wzmocnił. Zaległem na moment w ambulatorium, ale zmęczenie zwyciężyło pogrążając mnie w śnie.


3. Powinniśmy to zniszczyć...

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 16 lip 2016, 18:24

Arogancja naszych wrogów

1. Data, godzina zdarzenia: 14.07.16 - 15.07.16, 22:00 - 02:30

2. Opis wydarzenia:

To nie był normalny dzień. Zresztą... Nigdy nic nie jest normalne. Po odkorkowaniu duszącej się kamieniem Nany otrzymałem komunikat od droida SDK-01, że nasza baza jest atakowana. Chwyciłem więc za miecz i popędziłem na dach budynku. Z samym SDK - że tak powiem - minęliśmy się w locie, kiedy maszyna została po prostu zepchnięta z impetem i dezaktywowana. Moim oczom ukazał się nikt inny, jak przyjaciel Padawana Makkaru - Voliander.

Ciężko nazwać to pomieszanie wątków jakkolwiek logicznym i mało zaskakującym. Nie zdążyłem z nim zamienić zbytnio wiele treści - chciał jednak rozmawiać. Za jego plecami rozbłysnęło czarne, laserowe ostrze o dziwnym... Mieczowatym kształcie wiązki. Jak mniemam to to samo ostrze, które Mandalorianie ukradli Zakonowi u schyłku Starej Republiki. Z początku nie poznałem drugiej, zamaskowanej istoty... Uruchamiając wreszcie szare komórki domyśliłem się, że to nikt inny jak Wasz stary przyjaciel - oryginalny Danadris. Napawa mnie optymizmem fakt, że nasi wrogowie nie boją się pojawiać na terenach naszej bazy. Ich arogancja przepełnia mnie zatem stałym poczuciem bezpieczeństwa i ciepłem domowego ogniska. Myślałem też nad przesunięciem Sentinela bliżej ściany, aby ewentualnie... Jakby Vongowie mieli taką ochotę - mieli gdzie zaparkować swoje skoczki. Cóż.

Z tego co zrozumiałem... Stojąc między aroganckim, wulgarnym bełkotem Voliandera; a półsłówkowym, dezinformacyjnym bełkotem Danadrisa... Ten drugi przybył za tym pierwszym aby wyssać jego Moc. Normalnie byłbym szczęśliwy mogąc obserwować, jak nasi wrogowie eliminują się sami. Jednakże wizja jeszcze potężniejszego Danadrisa, dobrych rzeczy które Voliander zrobił dla Fendera i - nader wszystko - fakt, że Starożytny Sith przybył by wyjawić nam niebezpieczne plany kultu... Zdecydowanie nie pozwoliły mi patrzeć jak wzajemnie się eliminują. Może i dostałem ciężkie manto, ale dzięki temu Voliander zdołał... Odwrócić kota ogonem i to właśnie on próbował wyssać Moc Danadrisa. Ten ostatecznie zbiegł.

Korzystając z chwili sam na sam z Volianderem postanowiłem zapytać - kim właściwie jest. Cytując... "Stwórcą Prakith, założycielem tego kurwidołka i mistrzem tego pedała Andeddu."

Razem z Volianderem udaliśmy się do Rycerz Vile, gdzie - wcześniej ostrzegając ją aby przypadkiem nie usmażyła naszego gościa - wysłuchaliśmy go. To co nam przekazał niewątpliwie nakreśla nowy kierunek w rozumieniu działań kultu. Ale wciąż pozostajemy z niczym. Na pewno trzeba działać. Dla klarowności informacji przedstawię to w czytelnych punktach...

- Substancja która stworzyła dziwne, cieniste monstrum faktycznie miała trafić do kanalizacji.
- Substancja wyniszcza całkowicie słabsze jednostki.
- Tkanki wrażliwych na Moc osób są swoistym zapalnikiem. Następuje reakcja łańcuchowa, która w ciągu postępującym wyniszcza organizm.
- Substancja wyniszcza organizm aż do śmierci, zamieniając byt w energię czystej Ciemnej Strony.
- W wypadku zwykłego człowieka nie stanie się nic.
- Nie można dopuścić do śmierci Voliandera.
- Voliander jako stwórca planety działa na nią jak swoisty... izolator, który odcina bazowe jednostki na planecie od wyższego potencjału. Taki... Ysalamir ale w wydaniu Ciemnej Strony. To przez bezpośrednie jego związanie z Prakith. Jego energii z energią samej planety.
- Znaczy to tyle, że jeśli Voliander umrze - zginie cała planeta. Jego energia która wiąże Moc na planecie upadnie, a zwykłe jednostki, zwykli ludzie będą mieli większy potencjał, otwartą drogę do wrażliwości na Moc...
- Idąc tym tropem - substancja z kanalizacji zabije wszystkich ludzi na Prakith i zamieni ich w armię tych stworów cienia.
- Starsi pochłaniają esencję całej planety.

Tak mniej więcej prezentują się spekulacje na przyszłość. Nawet zbytnio nie wiadomo od czego można zacząć, jednakże... Na pewno zapowiada się szersza współpraca między Volianderem a nami. Także proszę traktować go jako sojusznika na czas batalii z czymś dużo cięższym do okiełznania, a nie wiecznym wrogiem odpowiedzialnym za myśli samobójcze adeptów, którzy sami, własnymi rękoma podpisali cyrografy. Rozwiały się też spekulacje odnośnie przebudzenia Starszych i samego Voliandera. Voliander poświęcił się aby ich zamknąć w zasypanej świątyni, która została odwiedzona przez Zozopeda i Raooba. To oni uwolnili coś, co Voliander chciał załatwić raz na zawsze... Jednak aby tego dokonać i mieć pewność, że Ci nie wrócą potrzebna była mu izolacja i dopilnowanie, że starsi umrą samoistnie. Nie udało się. Zdobyli nowe ciała i wydostali się ostatecznie z umieralni. Nie są to niby nowe informacje, ale warto rozszerzyć kompletnie informacje które posiadamy dla ogólnego rozliczenia... Tego kim właściwie jest Voliander.

Pomijam nasze spekulacje odnośnie Danadrisa i kultu. Otwarte stawianie przed Wami informacji, których pewności nie może mieć nikt - nie ma sensu. I bardziej mogą wprowadzić w błąd, aniżeli faktycznie coś wyjaśnić. Tak czy siak... Po chwili odezwał się z eteru jeden ze Starszych, który dawał Volianderowi szansę pokuty i wrócenia do nich jako jeden z nich. Voliander rzecz jasna się nie zgodził. Nie wiem jak to możliwe, nie wiem jak to się stało... Ale zaczęły wytwarzać się dookoła nas te cieniste kreatury. Boleśnie mnie raniły. Było ich więcej i więcej, a my zmuszeni byliśmy do znalezienia przyczyny. Jak się okazało... Przyczyną był nasz nawrócony gość, kultysta. Starszym udało im się go opętać i za jego pośrednictwem przyzywać te maszkary. Jednak nie jest to zupełnie jego wina... Voliander sondując go Mocą powiedział, że walczył z tym wewnętrznie niczym prawdziwy Jedi. Apeluję jednak Was o ostrożność przy kontakcie z nim. Ostrożność jednak to nie jest wykluczenie. W razie gdyby znów coś takiego miało miejsce - ogłuszyć go. Brak świadomości zamyka umysł na ewentualne inwazyjne interakcje.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Ekstrakcja pamięci

Postautor: Tanna Saarai dodano: 19 lip 2016, 13:12

Ekstrakcja pamięci
Prakith - komenda główna policji w Skoth


1.Data, godzina zdarzenia: 18.07.16, godz. ok. 21.00-01:00

2. Opis wydarzenia:
Zostałam wezwana na komendę główną Skoth przez Aspiranta Honeheima. Zapewniono mnie, że to pilna sprawa, która nie może być przedyskutowana przez komunikator. Nie zwlekając udałam się po niezbędne zaopatrzenie na wyprawę – płaszcz oraz karabin blasterowy e-11 wraz z 4 zapasowymi ogniwami – po czym wyruszyłam w długą podróż.

Po przybyciu na miejsce zostałam powitana przez aspiranta Baska i Kaisera Ralla. Poinformowali mnie, iż nadarzyła się okazja na wydobycie danych z pamięci droida, który pracował dla blondwłosego najemnika (Dla przypomnienia, ów najemnik został zabity przez Padawana Angara Makkaru podczas akcji na kole podbiegunowym). Zapewniłam oficerów policji o swym braku wiedzy o systemach oraz budowie droidów. Wezwali specjalistę, który miał pomóc nam w zadaniu.

Nie wiem kiedy i jak to się stało, ale zasnęłam. Być może to zmęczenie całym tygodniem, być może efekt moich nieudolnych prób kontaktu z Mocą, które w ostatnim tygodniu nasiliłam. W każdym razie obudziłam się po około trzech godzinach, a powitał mnie policjant, którego imienia nie znam. Wezwał dwóch swoich kolegów – posterunkowego Huca oraz posterunkowego Jarrusa. Sam udał się, zająć swoimi obowiązkami.

Wraz z posterunkowymi ustaliliśmy plan działania. Posterunkowy Huc podpiął droida pod sprzęt, który miał ściągnąć z jego pamięci wszelkie dane, a ja wraz z posterunkowym Jarrusem mieliśmy zadbać, by droid nie wyrządził nikomu krzywdy. Ów po chwili został włączony. Był zdezorientowany otoczeniem, w którym się znajduje oraz brakiem swojego właściciela. Próbowałam przekonać go – tak… wiem… droidy są zaprogramowane… próba perswazji na droidzie bojowym to nie najlepsza możliwa droga… próbowałam zyskać czas. Dyskusja lub raczej przekomarzanie się z droidem trwało chwilę, w tym czasie posterunkowy Huc ściągał dane. Droid stawał się, z każdą chwilą, coraz bardziej agresywny. Nieopatrznie zwróciłam się do posterunkowego Jarrusa jego stopniem, co aktywowało w droidzie systemy obronne. Z krzykiem „Jebać Policje” rzucił się na posterunkowego Jarrusa, gdy ja rozmawiałam z posterunkowym Hucem o ewentualnej możliwości pozbawienia droida wszelkich kończyn, co w moim mniemaniu mogłoby uniemożliwić mu ewentualny atak. Te dywagacje zostały jednak przerwane. Droid przygwoździł posterunkowego Jarrusa do ziemi całym swoim ciężarem. Odpaliłam miecz świetlny z zamiarem odcięcia droidowi kończyn dolnych. Nikt z nas nie spodziewał się, że dźwięk miecza świetlnego aktywuje u droida proces autodestrukcji. Posterunkowy Huc zasugerował wyłączenie droida, co też pośpiesznie uczyniłam. Zrzuciłam dezaktywowanego droida z posterunkowego Jarrusa i wraz z policjantami rozpoczęliśmy obmyślanie nowego planu.

Po intensywnej dyskusji doszliśmy do dwóch wniosków. Po pierwsze usunięcie kończyn droida jest niewykonalne z naszym stanem wiedzy, a siłowe ich pozbycie się jest niemożliwe, gdyż wzbudziłoby to podejrzenia u zwierzchników posterunkowych. Po drugie proces autodestrukcji może lub nie, być aktywowany natychmiastowo po włączeniu droida.

Dalszy plan działania zakładał zatem ustawienie droida w miejscu, w którym nie będzie mógł dostrzec żadnego z nas, ewentualna autodestrukcja nie wyrządzi nam krzywdy, a droid pozostanie nienaruszony. W przypadku aktywowania procedury autodestrukcji, posterunkowy Huc miał włączyć program formatujący pamięć droida. Zgodnie z jego radą i wskazówkami, droid został również unieruchomiony – skuto mu ręce i nogi kajdankami dla Trandoshan, które przyniósł posterunkowy Jarrus. Droid został przetransportowany piętro niżej, w bezpieczne miejsce oraz ponownie podpięty do aparatury skanującej. Zasugerowałam, iż ja aktywuję droida, gdyż uważałam, iż mam największe szanse na szybkie przedostanie się do miejsca, w którym ów mnie nie dostrzeże. Po włączeniu droida, z pomocą Mocy wskoczyłam piętro wyżej i ukryłam się za terminalem. Droid ponownie był zdezorientowany, na nasze szczęście to spowodowało zrezygnowanie z programu autodestrukcji. Niestety począł się niebezpiecznie oddalać, mimo skrępowania, od aparatury, co powodowało napinanie kabli i rozciąganie w czasie procesu skanowania. Posterunkowy Huc wysłał swego kolegę do droida, by ten czymś go zajął i zapobiegł, nieuchronnie zbliżającemu się wyrwaniu przez droida kabli. Poszło mu całkiem sprawnie – droid, leżący twarzą do ziemi, rozpoznając męski głos rozpoczął procedurę identyfikacji, co dało nam niezbędny czas na dokończenie pobierania danych z jego pamięci. Gdy posterunkowy Huc poinformował o zakończeniu operacji, posterunkowy Jarrus dezaktywował droida. Udało się pozyskać ważne informacje – zapis rozmowy blondwłosego najemnika z Chissem podczas przygotowywania Adepta Naiiva Luure do wymiany, która miała dojąć na kole podbiegunowym. Posterunkowy Jarrus zabrał droida do magazynu policyjnego podczas gdy posterunkowy Huc uruchomił nagranie w projektorze trójwymiarowym.

Całe zdarzenie obserwowałam z perspektywy droida. Znalazłam się, już po raz trzeci, w posiadłości blondwłosego najemnika. Poznałam jego imię – Gheezer. Był tam również medyk Chiss oraz Adept Naiiv Luure – wymęczony torturami i chemikaliami, które jak przypuszczam miały służyć do wyciągnięcia z niego jakichś informacji. W toku rozmowy polecono droidowi zabezpieczenie tego nagrania najwyższym stopniem bezpieczeństwa. Adeptowi podawano środki, które wpływały na jego sprawność umysłową i fizyczną. Gheezer zasugerował podanie większej ilości, nie przejął się wspomnianą przez siebie możliwością przekształcenia Adepta w warzywo. Chiss cały czas zapewniał Adepta, iż to tylko interesy i personalnie nic do niego nie ma (Jakby to kurwa miało jakieś znaczenie). Gheezer wspomniał również o możliwości przetransportowania mnie, w razie udanej akcji wymiany, do prywatnego laboratorium Chissa (To jest nasz następny cel do sprawdzenia). Następnie opuścił pomieszczenie. Gdy tylko zniknął z pola widzenia droida, Chiss polecił temu zaprzestanie nagrywania. Droid oddalił się, a nagranie urwało.

Po krótkiej dyskusji z posterunkowym Hucem i ustaleniem kolejnych etapów działania, w sali pojawił się kolejny policjant – niezwiązany ze sprawą. Zdziwiony moją obecnością, sugerował nieprzyzwoite rzeczy. Wyłgałam się z sytuacji bajeczką o zgubionej torebce i starej znajomości z posterunkowym Jarrusem, który zdążył wrócić z magazynu policyjnego. Ten odprowadził mnie do ścigacza, którym udałam się do bazy. Przed opuszczeniem komendy głównej, poprosiłam dyskretnie posterunkowego Jarrusa o przesłanie nam, w miarę możliwości, nagrania do głębszej analizy.

Nim dotarłam do bazy zdarzyła się jeszcze jedna, nieprzyjemna sytuacja. Zostałam zatrzymana przez patrol policji. Po wylegitymowaniu mnie (Dzięki Padawanowi Bar’a’ce miałam przy sobie licencję na prowadzenie ścigaczy), przystąpili do badania poziomu alkoholu w wydychanym powietrzu. Alkomat wskazał 0.4 promila, choć nie spożywałam alkoholu od bardzo długiego czasu (będzie lekko ponad miesiąc). Zasugerowałam awarię urządzenia, zbadano mnie drugim. Wskaźnik był podobny – 0.39. Chciano mi wlepić mandat oraz zarekwirować ścigacz – stanowczo odmówiłam. Przedstawiłam się jako Jedi, jako dowód zaprezentowałam im swój treningowy miecz świetlny. O ironio w pierwszej chwili policjanci nie chcieli dać wiary, sugerując, iż jest to zwykła „latarka plazmowa”. Zaprezentowałam im więc miecz świetlny w pełnej krasie, aktywując go, zaraz po odmówieniu oddania go w ich ręce. Dopiero to utwierdziło ich w słusznym przekonaniu, że nie kłamię (Co najwyżej lekko minęłam się z prawdą, ale tego wiedzieć nie musieli). Po krótkiej dyskusji o roli Jedi w wojnie i obronie życia w galaktyce puścili mnie wolno. Choć sytuacja ostro mnie zirytowała, starałam się nie okazywać tego, za bardzo, policjantom. Po dłuższym czasie dotarłam do bazy. W bramie spotkałam jeszcze Porucznika Vreyxa oraz Nanę. Przywitałam się z nimi, zwróciłam ścigacz na prom Sentinela, zabezpieczyłam ładownie i udałam się spać.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 26 lip 2016, 16:46

Pokaz siły

1. Data, godzina zdarzenia: 25.07.16 - 26.07.16, 23:00 - 01:40

2. Opis wydarzenia:

Po treningu I grupy Padawanów w dniu wczorajszym odebraliśmy sygnał, jakoby firma transportująca myśliwiec strażacki w trakcie lotu - na dwudziestym kilometrze od naszej bazy - miała problemy z maszyną. Rodiański pilot spółki leasingowej musiał awaryjnie lądować z nieznanych mu przyczyn. Sam stwierdził, że może to być powodem tego, że ktoś usilnie próbuje nam przeszkodzić. Wraz z Padawanami kazaliśmy zostać w myśliwcu i pod żadnym pozorem nikomu nie otwierać - dla bezpieczeństwa. Czuliśmy, że to była pułapka zastawiona na nas, ale nie spodziewałem się osobiście skali przedsięwzięcia. A pomijając to... Tak czy siak nie mogliśmy pozwolić, aby coś stało się niewinnemu, niezrzeszonemu cywilowi działającemu w naszej sprawie.

Padawan Angar zdecydował się zostać w bazie - podprowadził nam ścigacz pod bramę. Najszybciej jak to było możliwe udaliśmy się na miejsce; krętą, górską drogą prowadzącą do Prall. Docierając na miejsce powiadomiliśmy profilaktycznie służby policyjne ze Skoth, aby w razie czego było co komu zabezpieczać. Ścigacz dymił - nie znam się zbytnio na tym, ale jeden z silników słał iskry i nieco dymił. Twardy kadłub wytrzymał awaryjne lądowanie, ale persona we wnętrzu pojazdu podobnego wrażenia nie sprawiała.
W danej chwili poczułem, dotyk Mocy. Miecz mój oraz Bar'a'ki zaczął szybować w kierunku skalistego wzniesienia. Mi udało się przełamać obcy chwyt, odzyskując rękojeść. Na miecz Bar'a'ki - jemu nie starczyło sił, a mnie szybkości działania.

Chwile potem naszym oczom ukazał się nie byle kto, bo sam Raoob... Nazwiska nie pamiętam i nie jest mi ono do szczęścia potrzebne. Sam Starszy pofatygował się na zastawienie pułapki na nas. Niewiele mogę powiedzieć. Robiłem co mogłem, by go zająć. Bar'a'ka robił co mógł, aby uciec. Ostatecznie się nie udało. Starszy wyraźnie skupił się na Bar'a'ce... Chciał go chyba wyeliminować jak najszybciej. Potem skupił się na naszym ścigaczu. Ciężko mi określić jego potęgę. Tak wymagającym przeciwnikiem zdawał się nie być nawet sam Danadris przy naszym ostatnim starciu; pomimo rozleglejszych ran które od niego otrzymałem. Pomijam już nawet masę tych dziwacznych stworów zrodzonych z Ciemnej Strony. Dziwne ostrze jest niezwykle potężne. Raptem dwa ciosy potrafiły zachwiać moją równowagę... Sam "Raoob" moich często po prostu unikał tak jak chciał; z rzadka zmuszałem go do odskoku. Robiłem jednak co mogłem, by dać Bar'a'ce szanse.

Ostatecznie - na marne. Policja zawiadomiła o swojej obecności, jednak na całe szczęście nic nie robili. W pewnym momencie potyczki... Po tym, jak nasz pojazd został posiekany... Po prostu chwyciłem Bar'a'kę za fraki i starałem wybić ponad wysokie skały. I w sumie to by się udało, gdyby nie zawieszenie naszych ciał z dziecinną starannością. Zauważyłem jednak, że wymaga to od niego pewnego głębszego skupienia i w tym momencie zrobiłem jedyne, co w takiej sytuacji mogłem. Słusznie bądź nie - nie wiem już sam. Dałem sygnał do ostrzału... Poskutkowało, dało nam to wolność. Kultysta jednak zwyczajnie odbił sześć pocisków sunących na jego plecy z lasów - jednym ruchem. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że odbite pociski raniły trzech policjantów i uśmierciły funkcjonariusza Cardigana. Należę niestety do person, zdawałoby się, o tej niższej samoocenie. Zawsze boli kiedy w grę wchodzi życie za życie, ale to nie Ty się poświęcasz... Cóż. Niestety pomimo "fachu" całej galaktyki nie zbawię. Lecz dane mi było chociaż pomóc najpoważniej zranionemu policjantowi. Chociaż tyle. Starszy uciekł na wypadek gdyby Policja miała wezwać wojsko... Rzecz jasna tego nie zrobili. Bar'a'ce udało się naprawić prowizorycznie myśliwiec. Rodianinowi na szczęście nic się nie stało większego - chyba. Pomimo tego, że jego dłoń wygląda jakby należała do osiemdziesięciolatka. To był słaby dzień. Najpierw trening Padawanów... A potem to...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 12 sie 2016, 18:03

Sanktuarium

1. Data, godzina zdarzenia: 07.07.16, 19:30 - 01:00

2. Opis wydarzenia: Wyruszyliśmy po zmroku. Uczeń Jedi Siad pilotował myśliwiec strażacki. Wiekowy X-wing, wyposażony w radar sejsmiczny, elektromagnetyczny, termiczny oraz aparatura do badania składu powietrza. Jednostka zbliżała się do obiecującego terenu, a ja poznawałem aparaturę. Wlecieliśmy w kwadrat mapy E-14. Maszyna przemierzała spokojnie przestrzeń nieba, a aparatury pracowały spokojnie, poszukując podziemnych kompleksów. Czas dłużył się, a cierpliwość wydała owoce. Odebraliśmy odczyt o nienaturalnie cienkich, być może pustych w środku, ścian monstrualnego pasma górskiego. Sektor poszukiwań, zmniejszał się niechętnie. Odczyty aparatury jasno jednak wskazywały na nienaturalne zachowanie form pod okryciem skały. Odnaleźliśmy miejsce, zdające się być odpowiednie dla lądowania myśliwca. Do wyboru mieliśmy dwa otwory, wejścia. Wschodni i zachodni. Uczeń Siad wybrał wschodni, gdzie radary wykazały detaliczną aktywność elektromagnetyczną.

Droga na ślepo, po omacku. Puste, urwane tunele. Kilkakrotny powrót do głównego wgłębienia. Mój wzrok reagował jedynie na zacierającą się w mroku sylwetkę i rytm kroków Ucznia Jedi. Wszechobecny, spokojny cień rozdarła przed nami wreszcie ciepła poświata. Po krótkim momencie, wyryła się pomarańczową płaszczyzną. Nachalnie zapraszając do pozornie suchego i oświetlonego ogniem wnętrza. Wtedy wszystko się uruchomiło. Już przy pierwszych krokach, pozorna pustka sieni umknęła. Pojawiło się około pięciu gospodarzy. Zmaterializowali się znikąd, jeszcze przed momentem będąc całkiem splecionymi z aurą Prakith.

Niedostrzegalni dla obcego wzroku, wzroku intruzów. Rozpoczęła się walka, a przynajmniej pomiędzy Siadem, a gospodarzami – braćmi. Zostałem ranny w mgławicy ciosów, praktycznie natychmiast. Dezorientacja, atak z wielu stron jednocześnie był ponad moje siły. Zdaje się, że drzwi bocznych sieni, otwierały się jakby same. Nie jestem nawet w stanie opisać jak Uczeń Jedi, godnie bronił tytułu Padawana Inkwizytora. Jednak prawdą jest, że położył wielu, dematerializujących i materializujących się w koło kultystów. Bez szwanku.

Uczeń Jedi, opatrzył mnie i zabezpieczył moje rany. Przekroczyliśmy kolejny tunel, leżący naprzeciw wejścia, którym wtargnęliśmy do ich domostwa. Kolejna sala, była powtórką z pokazu imponujących umiejętności Siada. Tym razem sala była bardziej przestrzenna, wypełniona czworobocznymi kolumnami. Kultyści pojawiali się przez pewien ciąg czasu nieustępliwie. Determinacja aferowała ich na tyle, że odrąbane kończyny lub wylewające się trzewia, nie były wielką przeszkodą przed ponownym powstaniem do boju. Odniosłem dotkliwą ranę, nie mogłem pozwolić sobie jednak na odpływ adrenaliny, koncentracji i determinacji. Przeszliśmy dalej – gdzie na schodach, doszło do zderzenia mocy pomiędzy Uczniem Jedi, a kultystą. Pojedynek zakończył się ponownym triumfem Padawana Inkwizytora. O dziwo, jak się potem okazało – ostatni z braci mieszkający w tym kompleksie, zbliżył się do nas z ranny. Klęknął. Siad go dobił.

Penetracja kolejnych segmentów podziemi, doprowadziła nas do korytarza wypełnionego celami. Wydaje mi się, że w poprzednim akcie musieliśmy pozbawić żywota ostatniego z tutejszych mieszkańców. Ich stroje wskazywały na pełen wachlarz rang od niższych-braci, po protektora. Cele pełne były śladów wskazujących na ich częste użytkowanie. Wiedziałem kogo w nich mogli trzymać. Pożywienie, zwierzęta cywilizacji oraz samice do rozpłodu. Te drugie używa się wielokrotnie, do czasu, aż spełniają swoją funkcję. Znaleźliśmy dwa ciała, kobiece. Po innych resztki wydzielin organizmów, różnego rodzaju. Jedno z ciał, jeszcze żyło. Było zdolne chodzić, przyjmowało słowa. Kobietę można było nadal uratować, cała ta rzeź… wtargnięcie, to wszystko mogło okazać się owocne w tym jednym żywocie. Zamknięte w jej uratowaniu. Dlatego też, podjęliśmy wszelkie środki aby okiełznać trwogę, wyczerpanie, zblazowanie… Zmusić ją do pójścia z nami. Udało się, ale w ostatnich chwilach kiedy właśnie miała się podnosić doszedł do nas odgłos wybuchu, spadających ciężkich głazów. Z początku były to subtelne, znaczące zachwiania statycznością kompleksu. Zaczęliśmy biec do wyjścia, zawalonego. Uczeń Jedi, odnalazł wrota. Żadna znana siła nie byłaby w stanie ich otworzyć. Oprócz mocy. Uczynił to. Kobieta wbiegła, wyrwała mi się. Zaczęła spadać w dół.

Tunel był przedziwnym tworem, wbrew wszelkim prawidłom wypełniała go czerń, nieprzenikniona dla światła i wzroku. Ciągnął się w dół, a jedynym sposobem poruszania się w nim, były skalne ustępy. Odnajdowało się je po omacku, całkiem na ślepo. Po naszym skoku do wnętrza tunelu, przypadkiem. Przekraczanie tej kultystycznej ścieżki, miało w sobie coś nienaturalnego. Nie umiem sprecyzować co, to wrażenie ściśle splata się z chwilą.

Przejście zrzuciło nas na platformie, czegoś w rodzaju magazynu. Cała wielka grota przepełniona była mnogimi, zawieszonymi na belkowaniu platformami, mostami czasem korytarzami. W koło upchnięto mnogość skrzyń, najróżniejszej maści. Jedna rodzina kontenerów wyróżniała się od razu, rodzina spod loga Sanarisa. Zdążyłem zrobić dwa zdjęcia do materiału dowodowego, właśnie kontenera Sanarisa i drugiego, który jest pudełkiem po mikrofalówce. Prawdopodobnie, po prostu ją ukradziono. Opis kontenera Sanarisa wskazywał na czterysta kilogramów deshu. Co się tyczy ratowanej kobiety – nie było jej w pobliżu. Prawdopodobnie zaczęlibyśmy jej poszukiwania, gdyby nie “Subiekci”. Dokładniej wiązki, archaicznych blasterów, które zalewały nas przez następne, dłużące się minuty pociskami. Uczeń Jedi Siad, nakazał mi trzymanie się z dala od pola ostrzału, kolejne obrażenia skończyłyby się niechybnie agonią. O ile, szermierzy kultu byli ponad moje siły, to strzelcy nie stanowili większych problemów w unikaniu ich ostrzału, nawet w tym stanie. Uczeń Siad, za to nie miał najmniejszych problemu w ich stopniowej eliminacji, nawet mimo ich ciągłego splatania się z aurą prakith i momentalnych zniknięć, pojawień na naszych plecach. Czasem, nawet z ciężkim blasterem. Było ich prawdziwe mrowie, a jedyne co my mogliśmy uczynić to umykać w dół kompleksu. Na co raz to dalsze od powierzchni poziomy. W między czasie, dało się posłyszeć mentalny przekaz… upiornego entuzjazmu. Zachęcającego “Subiektów”, do marnowania swoich egzystencji. Dotarliśmy na sam dół, komnaty z metalową konstrukcją wewnątrz. Kolejna część walki o przetrwanie w tym segmencie, oparła się o nieustępliwe próby rozbicia blokady na kolejnych wrotach, które udało nam się odnaleźć. Blokadą były zwyczajne, zaspawane rury. Zacząłem uporczywie je ciąć, chcąc przekopać się przez nie treningowym mieczem świetlnym. Właściwości mojego ostrza skutecznie spowalniały proces. Siad odbierał kolejnych strzelców, osłaniając mnie przed ostrzałem. W pewnym momencie znikąd pojawiła się znów kobieta, a Uczeń Jedi słysząc jej lament ruszył na jej ratunek. Z powodzeniem, ja w tym czasie lawirowałem pomiędzy odpieraniem kultystów, a przecinaniem rur. Kiedy Siad powrócił, wszystko jakby ustało… Dokończył, o wiele sprawniej, przebijanie się przez barykadę. Teraz wiem, że… po prostu… zabiliśmy co do jednego, subiekta kultu…

Rozwarte wrota, okazały się kolejnym kuriozalnym tunelem. Siad zeskoczył, powstrzymując siebie i kobietę w jakiś sposób telekinezą. Wylądowali bez szwanku. Ja… popełniłem głupstwo, przed którego konsekwencjami uratowały mnie subtelności i olbrzymie pokłady szczęścia. Ciężko ranny, skoczyłem około piętnastu metrów w dół. Połamałbym się, gdyby nie liczne upadki z dachu na treningach, praca z Fenderusem nad akrobatyką i przede wszystkim, szybka reakcja telekinetyczna Siada. Obiłem się, przelatując przez czerń. Potrzebowałem nieco czasu, aby dojść do siebie i razem ze Siadem wspiąć się po schodach prowadzących na olbrzymią arenę.

Olbrzymia struktura architektoniczna. Olbrzymi okrąg o wzniesionych wysoko ścianach i przykryty olbrzymią kopułą. Kilka posągów o kultystycznej symbolice, być może sprzed kilku tysięcy lat. Na około nas wznosiły się trybuny, parę metrów nad okrągłym podium w dole. Układ schodów wskazywał jednak na to, że odbywały się tu raczej narady lub przemówienia do tłumów. Nad nami górował balkon, wznoszący się nad całą konstrukcją. Na jego platformie, czekała już na nas Triada Klanowa. Zaprosili nas w swoim żargonie, specyficznym sposobie mowy na szczyt. Po środku tron, siedział na nim mężczyzna odziany w czarną szatę, połączoną z zielono-jaskrawymi wstawkami. Czerń oznacza łowcę, całego klanu. Nie jest mi jednak wiadome co symbolizuje ostra zieleń. Jego dłonie spoczywały na potężnym ostrzu, dwuręcznym – podobnym do tego, które dzierży Starszy. Po jego prawicy, czarno odziany brat. Łowca, klanu. Persona usytuowana nawet ponad kuratorami i protektorami. Nosił broń, dwustronne ostrze. Trzeci z nich stał po lewicy, zasiadającego na tronie. Odziany był na biało, co jest niezmiernie ciekawe i niespotykane. W symbolice kultu biel nie występuje w żaden sposób, jeśli chodzi o ubiór. Wymowa, sposób wyrażania przez tą istotę wzbudził we mnie pewne podejrzenia. Możliwe, że to jednostka odpowiedzialna za odczytywanie znaków, wizji, woli starszych… choć może być zgoła inna. Faktem jest jednak, że cała trójka zaprosiła nas nieoczekiwanie do – pertraktacji.

Rozmowa zaczęła się od opowieści Dartha Andeddu. Przekazanej potomnym. Posiadł on bowiem w zamierzchłych czasach wiedzę o nadciągającym niebezpieczeństwie. Bezimiennych, bezimiennej sile spoza dostrzegalnego dla nas spektrum mocy. Spędził rok, nad medytacją nad tą wiedzą. Jego ciało obumarło, była to cena za wiedzę, którą zesłała na niego Ciemna Strona mocy. Mimo śmierci biologicznej, on sam przeżył. Posiadając tajniki, które wedle podań kultu mają być przydatne w obliczu nadciągającej inwazji. Jak ukrócić spaczenie i zagładę, mocy.

Czarny dym, ptak przelatujący nad słońcem północy.
Odbity blask dochodzi do kresu.
Nieuniknione przenika mrok.
Ostrze przecina powietrze, nie wydaje dźwięku, nie ma ostrza, nie ma mroku, nie ma światła.
Nieuniknione.


To z kolei, słowa tajemniczego – odzianego w biel.
Rozmowa miała na celu podjęcie decyzji. Głowa Klanu, złożyła nam propozycję. Wiedza, ich pana w zamian za… złożenie broni. Wyjawili nam otwarcie, Uczeń Siad wybił ich cały klan pozostawiając przy życiu, tylko triadę. Klan, jeden z wielu kultu, potrzebuje czasu aby się odbudować. Aby na nowo stać się silną rodziną, naturalnie wedle swojego postępowania i tresur. Odziany w biel, przepowiedział śmierć naszym obu frakcjom – jeśli teraz chwycimy za broń.

Podjęliśmy ze Siadem decyzję. Zgodziliśmy się. Dla mnie to nie była kwestia mojego żywota, nawet nie kwestia żywota Siada. Inwazja jest czymś, co nie mieści się w skali i postrzeganiu świata w barwach dobra i zła. Moralności, etyki… Po części zdaje się wykraczać nawet po za prawa mocy. Poświęciliśmy nawet, kobietę, którą udało nam się uratować… mimo, bezsensownych prób pertraktacji Siada z kultem o jej wolność. Ja nawet nie próbowałem. Odeszliśmy z kompleksu, tym razem wspinając się przez ogrom czasu w górę – jednym z tajemniczych tuneli. Odnaleźliśmy myśliwiec i odlecieliśmy.

Przejdę teraz do przepowiedni. Skupiając się na niej bez opisów rzeczywistości z tych wspomnień.

„Klątwa, jak każda rzecz, ceny wymaga do zapłacenia. Jak za użycie Mocy, płaci się życiem, tak za odzyskanie jej płaci się krwią. I ta cena, jest tym, co zdejmie plugastwo z ciał istot z przepowiedni – Ofiara z krwi dotkniętego przez Moc, dotyk jego krwi zdejmie klątwę z najeźdźcy. Lecz tylko ucieleśnione, czyste objawy Ciemnej Strony, zniszczą cielesne, żywe objawy spaczenia Mocy.”


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Gdyby policja upominała się o raport z tego zdarzenia, sporządziłem oddzielny. Jego użycie leży w kwestii osób, które będą w to zaangażowane. Zadbałem o to aby raport miał naturalny dla moich sprawozdań ton, a różnice w nim do orginalnego są następujące:
-W początkowych potyczkach odniosłem lżejsze rany, moja sprawność w dalszym ciągu zdarzeń nie była tak upośledzona.
-Kobieta, którą znaleźliśmy leżała martwa w celi. Żadnych perspektyw na wyzwolenie jeńców.
-Brak dotkliwych ran wcześniej, konieczny jest do tego punktu. Spotkanie z Triadą Klanu zakończyło się nieuniknioną walką na śmierć i życie. Przeżyliśmy, moje rany są wynikiem właśnie tej potyczki. Przedstawiłem Siada, jako tego, który pokonuje oponentów.
-Uciekliśmy, ponieważ śmierć kultystów spowodowała nieznane nam anomalie w ich domu. Cały kompleks, się zawalił, odsłaniając jednocześnie tajne korytarze. Uszliśmy fartem z życiem, Uczeń Jedi pomagał mi się wydostać telekinezą.
-Możliwe, że jacyś kultyści przeżyli. Kompleksy były zbyt ogromne. Rozpisałem się również na temat "irracjonalności" tego miejsca. W razie, gdyby policji przyszło do głowy prowadzić tam jakieś poszukiwania.

Raport do użycia wedle uznania.

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Hope Novastar dodano: 19 sie 2016, 22:08

Nakaz

1.Data, godzina zdarzenia: 19.05.16, 19:30 - ok. 23:00

2.Opis wydarzenia:

Zanim wyruszyliśmy z naszej bazy - ja, Naiiv i Baraka - poszliśmy po wyposażenie. Zabraliśmy śmigacze i ruszyliśmy na spotkanie z policją. Podali nam współrzędne, na które mieliśmy przylecieć.

Był to niewielki kompleks przemysłowy - oczywiście funkcjonujący. Gdy zajechaliśmy na miejsce, policja już czekała. Po dość kurtuazyjnej wymianie słów, przekazano nam elektroniczną kopię nakazu przeszukania oraz dwa egzemplarze pistoletów blasterowych. Polecono nam również, abyśmy w ostateczności skorzystali z nakazu, zważywszy na ostrożność pracowników, którzy podczas naszego oficjalnego przeszukiwania, będą mogli od razu zdezintegrować dane z komputerów, które były istotnym celem naszego najazdu. Ostatecznie, postanowiliśmy, że ustalimy ewentualny plan przeniknięcia do fabryki po drodze na miejsce.

Zajechaliśmy na miejsce. Nic nie wskazywało na to, że przybędzie do nas komitet powitalny. Było stosunkowo cicho. Baraka postanowił, że nie będziemy póki co podchodzić do drzwi wejściowych - w sumie nawet nie wiem czemu. Zamiast tego postanowili się rozejrzeć za innym wyjściem razem z Naiivem. Ja, z niedoleczonymi zdaje się jeszcze ranami, miałem zostać na straży śmigaczów. Obydwaj, jak się później okazało, odnaleźli komin przemysłowy, którym chcieli przedostać się do środka bazy. Sam z początku nie wiedziałem, do czego służył rurociąg ciągnący się w górę, z kratą na dnie - moi towarzysze pewnie też nie - ale zdając się na rozpoznanie terenu przez moich towarzyszy, nie powstrzymałem ich od wejścia w górę komina, gdy po dłuższym zastanowieniu dołączyłem do nich na niewielką platformę oddzielającą zbiorniki z magmą. Był to masakryczny błąd, który przeważył o naszej decyzji odwrotu.

Obydwaj od razu zaczęli - uprzednio sięgając po linę Padawana Baraki - przygotowywać się do wspinaczki. Z racji, że trzeba było obserwować sytuację - stałem na czatach. Naiiv i Baraka rozpoczęli wdrapywać się w górę komina. Pech chciał, że z obydwu wspinających się uczniów, to właśnie Adept spadł z wysokości na kratkę oddzielającą coś, co było na dnie, od wylotu komina. Od razu instalacja zadrżała, sugerując niebezpieczeństwo. Niestety: Padawan Baraka nie zdołał uniknąć momentu, w którym mechanizm palnika się uruchomił, paląc go od pasa w dół. Nakazałem Naiivowi szybko zgasić Padawana, z racji tego, że był bliżej niego. Nawet rzuciłem mu swoją tunikę, którą zdjąłem przed akcją. Co prawda udało się ugasić płonące ubranie Baraki, ale natrafiliśmy na jeszcze inny problem. Oto znikąd przyleciał patrol ochrony bazy - dość zaawansowane technologicznie droidy, wyposażone w miotacze ognia i plecaki odrzutowe. Podjęliśmy próbę walki. Próbę, dlatego, że nasze poczynania spełzły na niczym, gdy zwyczajowo dostaliśmy łomot. Pech chciał, że do walki wkroczyły miecze: Naiiva i mój - w tej kolejności. Baraka był niezdolny do walki, ale jego pozycja umożliwiła mu zakamuflowanie procesów życiowych - po prostu te dwa blaszaki go nie zauważyły. W końcu leżał nieprzytomnie.

Gdy już otrzymaliśmy srogi łomot, symulując u jego schyłku swoją śmierć - droidy odleciały. Podnieśliśmy się co prawda, bo ogień ich pocisków nie był na tyle szkodliwy. Nie zmienia to faktu, że łomot był. Wróciliśmy szybko do Baraki - jego stan był niestabilny. Postanowiłem szybko ewakuować nas wszystkich. Po tym, jak jedną maszynę straciliśmy - byliśmy skazani na transport jedną maszyną. Przestałem myśleć chłodno. Liczyło się dla mnie życie przyjaciela i chyba za bardzo zaufałem Naiivowi. Ze względu na to, że przez naszą masę nie wylecimy z kotliny, nie mogliśmy wszyscy trzej wejść na jedną maszynę. Z wylotem też był pewien kłopot, zważywszy, że ciężar uniemożliwił repulsorom maszyny, na której siedziałem wraz z Baraką, wylot na wyższy poziom platformy głównej - byliśmy nieco niżej. Po ludzku, w czasie wzlotu, wyskoczyłem ze śmigacza w górę - tak, by go odciążyć i mógł się on wznieść wyżej, na wysokość platformy. Gdy podlecieliśmy na górę, zadecydowałem, że zabiorę Barakę do najbliższego punktu - którym był w tym wypadku zakład, w którym spotkaliśmy się z policją - a potem wrócę i znajdę Naiiva - kazałem mu się schować i przeczekać. Leniwie, ale jednak - w końcu podleciałem z Baraką na samą górę, potem już pędząc nieprzerwanie w stronę placówki. W pewnym momencie po prostu musiałem przerwać lot - Baraka zaczął umierać. Rozpocząłem resuscytację, przywracając mu przytomność, ale tylko szczątkowo to pomogło - Nogi pod wpływem lotu rozsypywały się po drodze. Zamiast wtedy już wezwać pogotowie, skupiłem się tylko na tym, żeby dowieść Barakę na miejsce. Spodziewałem się braku sygnału, będąc na pustkowiu, dlatego z tego w myślach zrezygnowałem. Poza tym - nie myślałem o niczym innym, jak o ratunku moich przyjaciół. Gdy w końcu, po niemalże godzinie dolecieliśmy na miejsce, szybko ściągnąłem Barakę ze ścigacza, ułożyłem i zacząłem go ponownie reanimować, każąc będącym tam pracownikom wezwanie pogotowia.

Walka trwała. Ja i jeden z pracowników, zniechęcony pomocą, przy moim zachęceniu i błaganiach ratowaliśmy życie, aż do wyrównania wszystkich funkcji. Wtedy to przyjechał ambulans. Lekarz oceniając stan Baraki, stwierdził krótko: wdało się zakażenie przez spalone nogi. Zdecydowałem je amputować. Tylko to mogło ocalić Barace życie. Pozostawiając Barakę sam na sam z lekarzem, udałem się do śmigacza, od razu kontaktując się z bazą - z Mistrzynią Elią. Przedstawiłem sytuacje - ona już wtedy rozmawiała z koordynatorem naszej akcji, który w tym czasie zaczął poszukiwania. Byłem wymęczony. Ambulans zabrał Barakę do szpitala, a Elia postanowiła, że lepiej, abym nie wracał do domu sam - z racji mojego stanu fizycznego i psychicznego. Posłała po mnie Irgrova na drugim śmigaczu. Wkrótce po tym otrzymałem trochę jedzenia i picia od miejscowych pracowników, a w tym samym czasie trwały poszukiwania Adepta Naiiva - bezskuteczne. Będąc już półprzytomnym, przyjechał Irgrov i zabrał mnie do bazy. Po ścigacz mieliśmy wrócić następnego dnia.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

-Naiiv zaginął - to pewne. Finał tej historii wszyscy znają. Czuję się winny i to na mnie spoczywa wina następstw moich działań. Rozumiem to i nie oczekuję łaski.
-Droga do kultu przez tę fabrykę zamknęła się z tamtym dniem.
-Przepraszam za kolosalne opóźnienie w moim wykonaniu.

4. Autor raportu: Padawan Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Hope Novastar
Były członek
 
Posty: 507
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Angar

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 03 wrz 2016, 17:12

Szlakiem Irgrova

1. Data, godzina zdarzenia: 31.08.16 18:30-00:00
2. Opis wydarzenia:

Zacznę od początku, czyli od 'śledztwa'.

Jak już wiadomo, udaliśmy się z Fenderusem na Nowej Republiki 15, celem odnalezienia Varli Bull. Wszedłszy do środka obskurnego, zaniedbanego budynku zostałem owiany aurą krzywdy, niepokoju i grozy. Potępieńcze wycia, świszczący wiatr i wystrój wskazywały na rodzaj jakiegoś przybytku medycznego. Zaraz potem przywitał mnie doktor rasy Duros i osobliwy 'sanitariusz' z T-21 na plecach. Właściwie ledwie mnie dostrzegli, kazali mi się wynosić. Próbowali wcisnąć mi bajkę o tym, że to anonimowy, niemal tajny przybytek dla szczególnie chorych.

Wtrącę, że przed moim wyjazdem snuliśmy różne teorie z Fenderusem, jedna z moich brzmiała, że na zlecenie Kultu prowadzone są jakieś eksperymenty genetyczne, stąd i potrzebna była im Granica.

Z jakiegoś powodu widmo mojej teorii stanęło mi w oczach. Zacząłem tłumaczyć się jakkolwiek, że się z kimś założyłem , że tu wejdę, że kogoś szukam, że muszę znaleźć... Bredziłem co popadnie, aż nadeszła osobliwa, zamaskowana istota z elektronicznym hełmem na głowie, ubrana w tym dziwniejsze szaty, do złudzenia przypominające te kultystyczne, bądź nasze. Kiedy wydawało się, że rozmowa spełznie na niczym, pokazałem swoje dokumenty i zażądałem wyjaśnień. Istota przeskanowała dokument, właśnie po tym poczułem narastające zagrożenie. Kierowany nagłym impulsem zapragnąłem się stamtąd wydostać. Na próżno. Doktor podszedł do mnie, zdążyłem złapać go za przegub ręki i zaczęła się wymiana ognia. Udało mi się jedynie ranić 'sanitarusza' w nogę, nim zostałem przygwożdżony ostrzałem pocisków ogłuszających. W desperacji wydobyłem miecz świetlny, szybko zostawszy jednak zmiażdżonym kolejną salwą.

Doktor zabrał mój miecz i schował gdzieś na terenie kompleksu, a zamaskowana istota studiując moją Holodatę zainteresowała się tym, kim jestem, jako że z informacji wynikało że jestem Jedi. Zacząłem jednak mówić o 'Prastarym', 'Proroku', 'Ciemności' i jakichś kompletnie losowych bredniach, samemu podając się za jego 'Misjonarza', w to wszystko wplatając to, co wiedziałem o Volianderze. Udało mi się tym nie na żarty wystraszyć ochroniarza i zaciekawić dziwną osobę. To co zrobiłem kiedy doktor chciał mnie uśpić zastrzykiem by następnie położyć mnie na stół sekcyjny, prawdopodobnie uratowało mi życie. Złapałem go za rękę i wycelowałem nim w istotę po mojej prawie, tuż pod lufą ochroniarza. Istota osunęła się na ziemię, doktora chyba nadwyrężyłem, a mnie coś potężnie uderzyło w głowę i ani myślało przestać. Zacząłem po prostu wierzgać, próbować łapać za kolbę, sięgać po swój blaster, cokolwiek. To wywołało kolejną salwę, po której właściwie już nie mogłem się zupełnie ruszać, a moja świadomość utknęła na krawędzi przytomności. Bełkotałem dalej te dziwne zaklęcia i jeszcze trochę się poruszałem. Po co? Nie wiem, chyba z desperacji. Wiem, że zasiałem potężne ziarno wątpliwości. Ochroniarz uznał, że muszę być jakimś diabłem i zamiast standardowego uśpienia zastrzykiem zaproponował doktorowi staroświeckie zdzielenie mnie stołkiem w głowę. Na szczęście dla mnie stanęło na strzale w głowę z ogłuszacza. Zaraz przed nim praktycznie zasnąłem, w momencie wystrzału nie czując już nic.

Obudziłem się na stole, przywiązany doń pasami. Głównie słuchałem tego, co mówili wszyscy dookoła, o 'potężnych mocodawcach' i straszliwych '*ONYCH*. Moje pojawienie się spowodowało niemalże panikę w tej quasi-klinice. Pospiesznie pakowali sprzęt szykując się do odlotu i do wysadzenia budynku, a ochroniarz trzymał mnie na muszce, śmiertelnie blady, spodziewając się po mnie czegokolwiek.

Jakoś w tamtym momencie dowiedziałem się o słuszności swoich teorii. Istotnie w budynku były prowadzone badania genetyczne na zlecenie Kultu, nie ulega wątpliwości, że o zbrodniczym, niehumanitarnym charakerze.

Mężczyzna stojący nade mną zadawał mi pytania odnośnie mojej tożsamości, a ja mówiłem kolejne brednie o 'Prastarym' i 'Misjonarzu'. Wkrótce zamaskowana istota, która również stała nieopodal zapytała mnie czy mam na myśli 'Przeklętego'. Potwierdziłem. Moja sytuacja uległa diametralnej zmianie. Ochroniarz po wyjaśnieniach odnośnie tożsamości Przeklętego uzyskanej od dziwnej osoby zaczął się bać jeszcze bardziej, doktor podobnie, zachowując jednak zimną krew. Wkrótce wstrzyknięto mi porcję jakiegoś środka i odpłynąłem.

Przebudziłem się będąc skutym, a przed sobą prowadził mnie doktor. Trafiłem do osobliwego kompleksu właściwie nie wiem gdzie. Po krótkiej wymianie zdań, podczas której nie dowiedziałem się wiele więcej poza tym, że zostałem 'obiektem ósmym', zeszliśmy do windy. Znajdował się tam kompleks chłodniczy i dość obszerna jaskinia zalana mętną, gęstą i lepką wodą. Pracujący tam Trandoshanin oświadczył, że to miejsce nie jest osuszane ze względu na bezpieczeństwo laboratorium doktora, aby postronni pracownicy (!) nie zapuszczali się do podziemnego kompleksu z machinami tortur. Wywiązała się krótka sprzeczka z ochroną ze strony doktora, który za nic do wody nie chciał wchodzić. Nie mniej jak mus to mus. Przepłynęliśmy obydwaj, a za nami najemnik. Będąc skutym ledwo dałem radę przy nierozruszanych mięśniach i organizmie obciążonym chemią. Udało się. Na miejscu trafiliśmy do olbrzymiej hali z dziwną maszyną w centrum, jakby gigantycznym mechem bojowym. Jak się potem okazało, było to rzeczone narzędzie tortur, nie używane jednak zgodnie z przeznaczeniem. Przytwierdzono mnie do olbrzymiej platformy, która podjechała w górę, centralnie naprzeciwko wielkiego działa elektromagnetycznego wycelowanego w mój tors. Zaczęło się przesłuchanie.

Od początku ustaliłem wersję przedstawienia siebie jako agenta Voliandera wśród Jedi i przekonania wszystkich, że zostałem opętany. Opowiadałem o swoich poprzednich doświadczeniach w formie teraźniejszej, dając jasno do zrozumienia wszystkim zgromadzonym, że nie jestem ich wrogiem. W międzyczasie moich opowieści dowiedziałem się, że dziwna zamaskowana istota to Varla Bull, która nienawidzi swojego męża i chce go koniecznie zabić. Wkrótce doktor stwierdził, że zwrze ze mna ugodę, ze względu na to, że jestem zarówno ich wrogiem, jak i 'zadrą' w szeregach Jedi, także koniec końców będę przydatny. Mieliśmy dokonać transakcji, życie Irgrova za moje życie. Cały czas grałem twardo osobę opętaną Ciemną Stroną Mocy, nie liczącą się z cudzym życiem, obojętną wobec jakiegokolwiek i czyjegokolwiek cierpienia. W środku jednak gotowało się we mnie, a rozbiegane myśli obmyślały wszelkie warianty zdarzeń, byłem chyba na granicy obłędu. Zgodziłem się jednak i o dziwo nie było ze strony doktora żadnych podstępów. Dali mi Holodatę, a ja miałem się skontaktować z Irgrovem mając na uwadze całą aparaturę bazy i to, że każda manipulacja przy nadawaniu będzie oznaczała moją porażkę i śmierć. Połączyłem się z nim, lakonicznie mówiąc, że się wygrzebuję, że potrzebuję ratunku. Liczyłem na to, że nadając na ogólnej częstotliwości Jedi ktoś jeszcze się zainteresuje i Gran nie przybędzie sam, celowo też nie podawałem miejsca, w którym się 'znajduję'. Jakież było moje zdziwienie, gdy Irgrov oświadczył, że jedzie mnie ratować. Sam. Dalej sprawa potoczyła się szybko. Wsiedliśmy na statek, gdzie doktor miał mnie uśpić i pobrać moje tkanki do badania, nieinwazyjnie, zgodnie z umową, a następnie przetransportować mnie do zawalonego budynku i przysypać gruzem oddając mi mój miecz, pistolet i Holodatę. Rzecz jasna oddano mi tylko to ostatnie.

Ocknąłem się na dźwięk nadciągającego ścigacza. Przede mną, tyłem siedziała Varla przyjąwszy charakterystyczną postawę do medytacji. Irgrov zeskoczył z pojazdu kierując się od razu w naszą stronę. Granica powstała, a ja zacząłem namawiać Irgrova żeby się nie zbliżał. Nie mniej emocje były dla niego chyba zbyt silne. Varla coś tam bełkotała pod nosem, nim dobyła wibroostrza i dosłownie wypatroszyła biednego Grana na moich oczach. Ten zdążył jeszcze dobyć paralizatora i porazić napastniczkę. Nie zdążyłem jej ubiec i dopiero po fakcie doskoczyłem do niej z głazem porwanym z gruzowiska, by zniszczyć aparaturę przymocowaną do jej pleców, która według mnie utrzymywała ją przy życiu. Zaledwie ją pokonałem, na miejsce przyszedł najemnik z karabinem. Przeskoczyłem przez barierkę puściwszy się w obłąkańczy bieg... gdziekolwiek, szukając ścigacza Irgrova i jakiejkolwiek drogi ucieczki stamtąd. Jednocześnie nie mogłem pogodzić się z tym co się stało. Zaczepił mnie jakiś mężczyzna, kazałem mu uciekać, ale nie posłuchał mnie. Kiedy miałem już odjeżdżać, usłyszałem strzały i jęk mężczyzny. Jakiemuś Rodianinowi kazałem wezwać policję, ktoś mnie zaczepiał... Nie pamiętam nawet dokładnie co się działo. Skontaktowałem się z Angarem i ruszyłem w kierunku gór, by się uspokoić i porozmawiać z Padawanem. Po krótkiej wymianie zdań wróciłem na miejsce, znajdując tam policjantów którzy już badali miejsce zdarzenia. Nie wiem czy byli aż tak bardzo w szoku, czy... nie mam pojęcia. Nie słuchali praktycznie tego, co mam do powiedzenia. Jedyne co zrobili to uznali mnie za świadka i wzięli ode mnie dane kontaktowe. W trakcie rozmowy z nimi ktoś uruchomił mój ścigacz, dobiegłszy na miejsce ujrzałem tylko odjeżdżającą Varlę, zły na siebie za nieostrożność. Zgłosiłem natychmiast kradzież informując policjantów, że ukradła go sprawczyni morderstwa. Dostałem trochę wody, zrzygałem się w gruzach i akurat wtedy przyjechał Angar, zabierając mnie do bazy.

Co za koszmar...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

- Varla Bull to zarówno obiekt eksperymentalny doktora (obiekt pierwszy), jak i dobrowolna członkini Kultu, jest uzależniona od dziwnej aparatury przymocowanej do jej pleców i hełmu;
- Kultyści istotnie prowadzą badania genetyczne nad istotami różnych obcych ras, najprawdopodobniej indukując im w jakiś sposób możliwości posługiwania się Ciemną Stroną Mocy (vide Varla), okaleczając je przy tym;
- Voliander jest wrogiem Kultu i według nich ich realnym zagrożeniem, boją się go i bardzo pragnęliby go zniszczyć, ale jest dla nich zwyczajnie zbyt potężny. Varla twierdziła ponadto, że on jest ucieleśnieniem chaosu i chce wszystkich zniszczyć, nie zabić, lecz właśnie zniszczyć, mentalnie;
- Oficjalnie w środowisku Kultu najprawdopodobniej będę teraz uchodził za tajnego agenta Voliandera w szeregach Jedi, mam nadzieję że otworzy to pewne możliwości i niczego dodatkowo nie pokomplikuje;
- Policja bada sprawę kradzieży ścigacza, położenia Varli Bull i morderstwa Irgrova, a także przypadkowego mężczyzny zastrzelonego przez najemnika, wkrótce odbędzie się moje przesłuchanie;
- Udało mi się złapać sygnatury statku kosmicznego doktora i jego najemników, być może dzięki temu uda nam się ich namierzyć, numer identyfikacyjny to: STU-3134-3714-3111-8453.
- Utraciłem zarówno pistolet DC-17, ścigacz Irgrova jak i swój treningowy miecz świetlny, który teraz pewnie jest na wyposażeniu kultystów, niestety;
- Pobrano ode mnie bliżej nieokreślone próbki tkanek, zatem poza zaszyfrowanymi danymi z Holodaty, kultyści mają też mój materiał genetyczny, nie wiem czy jest to jakieś realne zagrożenie, ale w tym wypadku chyba każdy strzępek... czegokolwiek może być luką w bezpieczeństwie;


4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 217
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 14 wrz 2016, 19:18

Motocykliści - Szturm na Sanarisa

1. Data, godzina zdarzenia: 25.08.16 20:00 - 22:00, 26.08.16 20:00 - 22:00, 27.08.16 16:00 - 22:00

2. Opis wydarzenia:

Późnego wieczoru do bazy zawitał oficer policji z zaprzyjaźnionej komendy. Przybył w celu poproszenia naszej grupy o drobną przysługę. Odkryto bowiem tożsamość zamordowanego kilka miesięcy wcześniej człowieka - odsyłam do raportu Adepta Luure <link>. Jednakże policji nie udało się zdobyć jakichkolwiek dodatkowych poszlak wskazujących na powiązania między zamordowanym, a Kultem - który stanowił główną grupę podejrzanych. Wiadomo było, że przed śmiercią, osobnik był członkiem klubu motocyklowego "Latające Kutasy" i nazywał się Karqull Vasal. Policja nie uznawała jednak za dobry pomysł bezpośredniego wkraczania do klubu, nawet w celu zdobycia informacji. Dlatego też zdecydowali się prosić nas o pomoc. Oficer dał do zrozumienia, że śledztwo miało być zamknięte następnego dnia, więc zgodziłem się niezwłocznie skierować w wyznaczone miejsce. Jako wykaz wdzięczności, oficer podarował mi swój śmigacz jako środek transportu.

Dotarcie na miejsce nie zajęło mi dużo czasu. Na miejscu okazało się, że bar jest zamknięty dla osób z zewnątrz, dlatego musiałem usprawiedliwić swoją obecność. Nie chciałem wzbudzać podejrzeń ujawniając swoje koneksje z policją, dlatego podałem się za lokalnego nastolatka, szukającego Vasala w celach pomocy przy własnym śmigaczu. Informacje o Vasalu miałem uzyskać od dziewczyny. Ochroniarz był powątpiewający, lecz w końcu udało mi się wejść do środka dzięki interwencji jednego z klubowiczów.

W środku nawiązałem rozmowę z członkami klubu, starając się wydostać jakieś informacje o Vasalu, lecz ci nie wydawali się nic wiedzieć. Sam wypiłem kilka szklanek piwa, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Niestety, moje zainteresowanie osobą zamordowanego samo w sobie wystarczyło. W którymś momencie zacząłem czuć się niewyraźnie i wyszedłem na dwór z zamiarem przewietrzenia się i załatwienia. Niestety, straciłem przytomność.

Obudziłem się w barze, otumaniony, otoczony przez członków klubu. Powiedzieli, że nie uwierzyli ani trochę w moją bajeczkę i miałem natychmiast mówić skąd wiem o Vasalu i co się z nim stało. Nie udało mi się ich przekonać do kłamstwa. Po otrzymaniu silnego ciosu w brzuch, zrezygnowałem i wyjawiłem prawdę o losie rajdowca, podając się za policjanta. Informacja o jego śmierci wstrząsnęła klubowiczami. Powiedzieli mi, że wcześniej już ktoś wypytywał o Vasala w barze - mężczyzna ubrany w kiepskiej jakości, zielone ubranie. Opis pasował do przedstawiciela Kultu. Mężczyźni byli wyraźnie żądni zemsty, dlatego chciałem odwołać się do ich zdrowego rozsądku, tłumacząc, że mordercy są nieosiągalni. Niestety, ponownie przeliczyłem się.

Przypadkowe wspomnienie przeze mnie informacji o Rahadio Sanarisie jako osoby o możliwych koneksjach z Kultem wywołało natychmiastową reakcję. Opętani chęcią zemsty i jasnym celu, rajdowcy skontaktowali się ze swoimi towarzyszami w innych miastach - zamierzali przeprowadzić atak na posiadłość Sanarisa. Próbowałem odciągnąć ich od tego pomysłu, lecz zaczęli wzajemnie się nakręcać i podsycać nastrój. Ostatecznie, nie byłem w stanie ich powstrzymać, a nie chciałem przechodzić do prowokowania strzelaniny. Być może powinienem...

Nie miałem zbytniego wyboru w kwestii towarzyszenia rajdowcom. Nie chciałem ryzykować, że zginą w wyniku ataku, przez swoją zapalczywość. Po dotarciu na miejsce zostałem razem z ochroniarzem wysłany do zwiadu. Mieliśmy sprawdzić sam plac, oraz zlikwidować droida strażnika w celu umożliwienia łatwego szturmu. Nie byłem przygotowany, by zwieść droida skutecznie, co poskutkowało szybkim atakiem ochroniarza na maszynę. Niestety, atak siekierą nie był w stanie przebić twardego pancerza. Droid wzleciał w powietrze i zaczął ostrzeliwać nas z odległości. Pomimo przewagi liczebnej, brak dobrego sprzętu postawił nas na przegranej pozycji. Ochroniarz zginął, a ja sam zostałem ciężko ranny.

Konfrontacja ta sprowokowała resztę rajdowców do ataku na posiadłość. Właściciel posiadłości rozkazał droidom uruchomić pola siłowe i wycofać się do środka. Droid wziął mnie i kilkoro innych rajdowców jako zakładników.

Razem z jednym z klubowiczów zostałem poprowadzony przed oblicze Sanarisa. Mężczyzna chciał się od nas dowiedzieć o źródle ataku. Kto był wobec niego bardziej przydatny, miał przeżyć. Na początku rajdowiec mi towarzyszący wydawał się uparcie stać przy swoim, lecz perspektywa śmierci szybko go złamała - zaczął gadać o wszystkim co wiedział. Ja oczywiście, również starałem się przekonać Sanarisa do swojej osoby. Ostatecznie, moje nieco bardziej chłodne nastawienie, oraz bardziej przekonywująca wersja zdarzeń skłoniła go do pozostawienia mnie przy życiu - drugi mężczyzna został zabity na miejscu.

Sanaris jeszcze przez jakiś czas ze mną rozmawiał, podczas gdy jego droid przyprowadził innego zakładnika. Udało mi się przekonać biznesmena, że jestem agentem Dynastii Chissów, obecnie pracującym dla Imperium, szukającym oddziału specjalnego NR na terenie Prakith. Niestety, nie pomogło mi to w wyciągnięciu większej ilości informacji od samego Sanarisa. On postawił sprawę jasno - miał zamiar dać mi pójść żywemu, jeśli nigdy mnie więcej nie zobaczy i pomogę mu pozbyć się problemu ocalałych rajdowców, którzy bez przerwy bombardowali posiadłość, doprowadzając do kilku wybuchów.

Miałem ściągnąć ich wszystkich pod bramę główną, przekonując, że Sanaris został zabity. To miał być znak do ataku. Nie tylko nie uwierzyłem, że Sanaris zostawi mnie wtedy przy życiu - nie zamierzałem pozwolić reszcie rajdowców umrzeć. Podczas mojej rozmowy przyprowadzony rajdowiec był w pełni pewny siebie, przekonany o sukcesie swoich ziomków. Narastające wybuchy tylko dodawały mu brawury, ku irytacji Sanarisa. W końcu, rajdowiec spróbował wyrwać się droidowi. Kopnął maszynę i puścił się biegiem w stronę wyjścia. Nie przeszedł jednak kilku kroków - padł blasterowy strzał. Rajdowiec padł ogłuszony na ziemię. Gdy spojrzałem w stronę z której nadleciał pocisk, ujrzałem tylko dotychczas zakrytą dziurę w ścianie, z której wystawała lufa karabiny. Już po chwili lufa została schowana, a po dziurze nie było ani śladu.

Jeśli wcześniej miałem jakieś wątpliwości związane z końcowym efektem tego najazdu, teraz kompletnie zniknęły. Posiadłość Sanarisa musiała być najeżona pułapkami i uzbrojeniem w większym stopniu niż niejedna baza wojskowa. A co gorsza, on sam wspomniał o ściągnięciu swoich "przyjaciół z gór" w formie pomocy. Oddział żołnierzy mógłby mieć kłopot ze skutecznym zajęciem tego miejsca, a co dopiero grupa zdesperowanych rajdowców. Musiałem za wszelką cenę skłonić ich do ucieczki.

Wypuszczony na zewnątrz przez spokojnego Sanarisa natychmiast podbiegłem do jednego z strzelających w wzniesione pole siłowe rajdowców. Powiedziałem mu całą prawdę o tym, dlaczego Sanaris mnie wypuścił. Bałem się, że wieść o pojmaniu grupy rajdowców tylko napędzi ocalałych, lecz tak się nie stało. Widać było w nich desperację i rosnącą rozpacz. Większość została ranna, niektórzy zginęli. Ich ciągły ostrzał pola siłowego zakończył się wzniesieniem dwóch kolejnych. A ich prowizoryczne ładunki nie zrobiły nawet wyrwy w grubej warstwie pancerza. Koniec końców, najazd na posiadłość zakończył się katastrofą i nawet oni to dostrzegli. Wydano polecenie wycofania się.

Zrobiono postój kilkanaście kilometrów dalej. Cały czas obawiałem się ataku ściągniętych przez Sanarisa kultystów. Zdesperowani rajdowcy nie wiedzieli co dalej robić. Jeden z nich był nawet gotowy przeprowadzić samobójczy atak na bazę za pomocą najeżonego materiałami wybuchowymi śmigacza. W końcu, ustalono, że przywódca poleci spróbować wymienić się na pojmanych rajdowców. Reszta z nas miała wrócić do samego klubu.

Pozostały w klubie mężczyzna powitał mnie chłodno. Był wściekły tym co się stało i trudno mu odmówić tak tego, jak i oskarżania mojej osoby. Rajdowcy chcieli skontaktować się z policją, wierząc, że jestem jej przedstawicielem, ale powiedziałem im, że moja działalność była tajna i nie do końca zgodna z przepisami, dlatego nie mogłem ujawnić "komendy". Podałem tylko swoje dane osobiste i kontaktowe. To im w miarę wystarczyło. Spędziłbym tam zapewne jeszcze trochę czasu, lecz otrzymaliśmy przekaz od rajdowca, który poleciał zaproponować wymianę. Okazało się, że zaatakowano go od razu, strzelając na widoku. Nie było nawet chwili zawahania - natychmiast wsiadłem razem z jednym z rajdowców na śmigacz i pojechaliśmy z powrotem.

Znalezienie rannego graniczyło z cudem. Jego przekaz z komunikatora potwierdzał jego ciężki stan, skłaniając nas do prędkiej jazdy, mnie samego napawając ogromną determinacją. Niestety, koszmarna kondycja poszukiwanego prawie uniemożliwiła mu podanie swojej pozycji. Usłyszeliśmy tylko odgłos uderzającego w ziemię śmigacza, oznakę wypadku. Każda mijająca chwila zwiększała prawdopodobieństwo śmierci rannego, a my z desperacji niemal byliśmy gotowi kręcić się w kółko. W końcu jednak dostrzeżono przewrócony śmigacz i leżące nieopodal ciało. Natychmiast tam podjechaliśmy, z ulgą stwierdzając, że to osoba której szukamy.

Nie miałem zamiaru zwlekać ani chwili. Wykorzystałem swoją kurtkę jako prowizoryczny bandaż na ranę rajdowca, podczas gdy mój towarzysz postawił jego pojazd na nogi. Nie było szans, by ktokolwiek jechał na jednym śmigaczu z umierającym mężczyzną jako bagażem - musieliśmy holować. Ponaglony możliwością pojawienia się kultystów i stanem poszkodowanego, wpakowałem go na jego śmigacz, przywiązując go prowizorycznie liną, aby nie spadł. Wsiedliśmy na swoje maszyny i ruszyliśmy przed siebie.

Droga była długa i męcząca. Kierowaliśmy się uparcie w stronę klubu, choć miałem rosnące wrażenie, że zanim tam dojedziemy, ranny rajdowiec będzie już martwy. Powiedziałem o tym drugiemu kierowcy. Nie podobała mu się perspektywa szpitala - musielibyśmy wtedy odpowiedzieć na wiele trudnych pytań. Nie było to niewłaściwe spojrzenie na sytuację. I być może, powinienem zaryzykować życiem rajdowca. W tamtej chwili empatia wzięła nade mną górę i zdecydowałem się polecieć do najbliższego szpitala. Na całe szczęście, nie trwało to długo.

Wpadając do szpitala nie oszczędzałem nawet sekundy. Powiadomiłem osobę przyjmującą o stanie poszkodowanego, wspominając o ciężkich ranach postrzałowych. Reakcja była odpowiednia - natychmiast postawiono oddział na nogi. Mężczyznę włożono na noszę, zabierając go na OIOM. Drugi rajdowiec wrócił do klubu, chcąc uniknąć trudnych pytań, na które odpowiedzieć musiałem ja sam. Wypytując się mnie, lekarze dostrzegli moje rany. Zostałem zabrany na oddział. Zgodziłem się na pobyt na miejscu i operację, nie chcąc bardziej ryzykować własnym zdrowiem i życiem.

Gdy zostałem przeniesiony na oddział, po krótkim czasie do pokoju do którego mnie przeniesiono wkroczył gotowy zadać potrzebne pytania policjant. Przedstawiłem mu zmyśloną wersję wydarzeń - że spotkałem rannego razem z kolegą gdy leżał na ziemi kilkaset kilometrów na północ. Podałem, że widzieliśmy kilkoro napastników uciekających w góry, ubranych w łachmany których opis starałem się zbliżyć do ubrań kultu. Swoje rany usprawiedliwiłem pijackim wypadkiem, gdzie mój "przyjaciel" postrzelił mnie przypadkiem swoją repliką karabinu. Nie wydawało się to w pełni przekonać funkcjonariusza, lecz nie zaprzeczył mojej wersji wydarzeń otwarcie. Zamierzał zaczekać na wybudzenie się rannego i jego złożenie zeznań. Chciał informacji kontaktowych o moim rzekomym przyjacielu. Nie wiedząc co powiedzieć, podałem informacje o "Naiivie Luure" i jego tymczasowym miejscu pobytu w postaci hotelu Fargo. Policjant wymagał ode mnie danych kontaktowych, które byłem zmuszony mu przekazać - tych samych danych, które wcześniej podałem motocyklistom. Na tym pytanie się praktycznie skończyły. Policjant i lekarze zostawili mnie na noc. Zostałem profesjonalnie zoperowany i wypuszczony nazajutrz do domu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: - policja z pewnością spróbuje się ze mną skontaktować. Liczę, że moja osoba nie zostanie powiązana z "policjantem" odpowiedzialnym za spowodowanie ataku, aczkolwiek jest to wysoce prawdopodobna, realna możliwość;


4. Autor raportu: Adept Niihl'ian'nebu
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 442
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 15 wrz 2016, 20:05

Zwiad na Dxun

1. Data, godzina zdarzenia: 03.09.16, 20:30 - 02:00 | 04.09.16, 18:00 - 00:00

2. Opis wydarzenia: Zaczęło się od, rozlazłego spóźnienia Angara... Czekałem na niego, zbyt długo. Żołnierze wezwali nas, zdecydowałem się polecieć bez niego. Padawan pojawił się kiedy przekraczałem próg statku. Lecieliśmy do siedziby Onderońskiego wojska –pałac królewski w metropoli Iziz.

Statek zadokował w sektorze przed wielkim atrium, architraw wznosił się na potężnych kolumnach. Purpurowy dywan, dostojnie obejmował swoją miękkością kolejne stopnie – wskazał nam drogę. Komitet powitalny składał się z dwóch żołnierzy wysokiego stopnia i kogoś w eleganckim mundurze. Weszliśmy na purpurową ścieżkę, aby udać się na spotkanie z porucznikiem. Niefortunnie Generał, który po nas posłał zmarł, zaledwie dziesięć dni przed naszym przybyciem. Rzekomy zawał.

Gabinet, na modłę Imperialną– tak przynajmniej sobie je wyobrażałem. Wielki stół, jeden fotel centralnie usadowiony przed panoramą przestrzeni kosmicznej. Z widokiem na nasz cel, księżyc Dxum. Rozmowa z porucznikiem przebiegła wedle standardów wojskowych, również wedle moich wyobrażeń . Odprawa informacyjna, wydanie sprzętu, dostosowane lokalizatora i częstotliwości.

Wojsko Onderonu od pewnego czasu odbierało sygnały o wzmożonym ruchu w przestrzeni kosmicznej Dxum. Sama planeta zaczęła wykazywać wzmożenie czynności elektromagnetycznych, a badania atmosfery i skany struktury powietrza wykazały zagęszczenie spalin na jednym, wielohektarowym obszarze. Zagęszczenie pozwoliło jednak ustalić promień obszaru do możliwego epicentrum. Właśnie tam miał nas wysadzić prom, aby wykonać zlecone nam zadanie. Bliższe zbadanie mapy i zdjęć satelitarnych pozwoliło ustalić, że na obszarze znajdywały się niegdyś dwa małe kompleksy mandaloriańskie i jeden olbrzymi. Sam księżyc od wielu tysięcy lat jest niezamieszkany, a jego dawni mieszkań cy to właśnie nie kto inny jak Mandalorianie. Pokrywa go nieprzebyta dżungla, a lokalna flora jest wysoce drapieżna. Nieoczekiwanie – wojsko Onderonu z jakichś powodów spodziewało się Yuzhan Vongów. Choć to wszystko... do nich nie pasowało.

Cel polegał na zwiadzie i ewentualnym wyeliminowaniu zagrożenia w miarę możliwości.

Wysadzono nas z dala od owego epicentrum zdarzeń . Określiłem kierunek ruchu i zaczęliśmy spokojny marsz. Pojawienie się drapieżników spowodowało jego przyśpieszenie. Kiedy zwierzęta stały się zbyt nachalne, użyłem generatora częstotliwości. Gadżet pozwolił bezinwazyjnie odstraszyć drapieżców. Pojawił się Mandalorianin, nie wiem dlaczego, ale nie czułem ku temu zdziwienia. Poprosiłem Angara, aby w razie konieczności go ogłuszył. Ruszyliśmy za nim. Wojownik odpierał ataki stworzeń . Zawołał do nas, kiedy się zbliżyliśmy z urządzeniem. Oświadczył, że na nas czekają. Mój umysłbył tamtego dnia zbyt ufny, teraz widzę jak wiele prostych sygnałów mi umknęło. Generator częstotliwości rozgonił zwierzynę. Pozwoliłem Angarowi biec za nim przez dżunglę, wlokłem się za nimi. Żółty pancerz był dobrze widoczny w gąszczu, teraz wiem, że starodawny. Dziwi mnie, że Angar go nie zidentyfikował z racji jego powiązań z Mandalorianami.

Nieznajomy wojownik prowadził nas do jednego z kompleksów. Tam powitało nas jeszcze trzech jego braci. Jednego obwoływali tytułem wielkiego Mandalora. Nastawienie mieli przyjacielskie, teraz czuje, że zbyt przyjacielskie. Oświadczyli nam, że identyfikując nas z Jedi (wcześniej żółty wojownik widział mój miecz świetlny) niezmiernie cieszą się z naszego pojawienia. Szybko wyjawili nam cel pobytu. Przybyli na swój dawny grunt aby uformować na nowo siły swego klanu, aby mogli odpierać godnie inwazję. Możliwe, że to nadzieja odnalezienie nowych – obiecujących sprzymierzeń ców w takich czasach... nieco przymgliła nam umysły. Udaliśmy się na ucztę, wymieniając uprzejmości. Rozpalono grilla, mięso i trunki zostały podane do kręgu, w którym zasiedli wszyscy. Odbył się również wymienny pojedynek, co pasowało do tradycji, o których czytałem. Mandalorianie wyjawili nam, że nie chcą ujawniaćsię Onderonowi teraz – kiedy są tutaj tak nieliczni, wyrażali również wątpliwość w docenieniu ich potencjału. Chcieli się czymś wykazać. Opowiedzieli nam o zdrajcach ze swoich szeregów, którzy również zamieszkali na Dxun. Zgodziliśmy się pomóc im w batalii z ich siłami wroga o poranku. Tym bardziej, że mieli oni mieć właśnie konszachty z Yuzhanami. Cenny sojusznik, szczególnie po popisie umiejętności w tradycyjnym pojedynku... wydawał się wart poświęcenia. Oddali nam swóje łóżka. Straciliśmy czujność. Bo jedzenie i napitek, były zatrute.

Ocknęliśmy się na drzewie, wisząc głowami w dół. Obudziłem się później. Mój umysł wyswobodził mnie z objęć usypiającej substancji. Angar rozmawiał z nimi od dłuższego czasu, próbował mnie wybudzić. Na początku zgrywałem przerażonego durnia, aby w konwulsjach i szarpnięciach liny wypowiadać komendy do mojej holodaty z obsługą głosową. Wzięli to za bełkot. Włączyłem nagrywanie, rozmowy –którą potem nakierowałem, wykrzykując przy okazji kilka informacji o rzeczywistości – niby to w szoku. Nakazałem urządzeniu przesłać nagranie razem z lokalizacją na częstotliwość wojskową. Czas mijał, na nękaniu fizycznym. Był pewien moment, który wszystko jednocześnie wyjaśnił jak i postawił wiele nowych pytań . Mandalorianie sięgnęli do twarzy, oddzielili od nich organiczne twory. Ich ciała w czasie rzeczywistym transformowały z pancerzy Mandalorian w yuzhańskie. Wewnątrz zbroi pojawili się zakleszczeni, naturalnie Yuzhan Vongowie w całej okazałości. Chcieli jednego – odzyskać Nawigatora. Próbowałem im wmówić, że Yommosk ukryty jest w świątyni, którą otworzy tylko moco-władny. Uporczywie wymagali nazwy planety, zaczęli torturować nas gwałtowniej. Kiedy dręczyli mnie – wymówiłem w bólu do Angara, aby wypowiedział nazwę planety. Liczyłem na to, że poda jakąkolwiek inną, niż Prakith. Niestety... myliłem się. Jedyne co wtedy mi pozostało, to liczyć, że uda mi się nas skierować oprawców do „domu triady”, którzy być może pojawiliby się aby zgładzić „spaczenie” na ziemi starszych. Pojawił się droid, bojowy – intonujący hymn Onderonu. Uprzednio jednak wystrzelił z wyrzutni rakiet w drzewo, na którym wisieliśmy. Wszystko działo się zbyt szybko, a ja biegłem prawie na oślep. Droida chyba zniszczyli, a Angar otworzył ogień ze zdobytego karabinu. Rzuciłem się do ucieczki po dachach kompleksu. Zeskoczyłem z niższego dachu, pobiegłem przez dżunglę. Porzuciłem Angara, który oddał się bezsensownym salwom. Nie tylko go porzuciłem, a na moją decyzję nie wpłynęły tortury. Byłem świadom tego co czynie, a z perspektywy czasu – gdyby to wszystko miało się powtórzyć, podjąłbym identyczne kroki.

Uciekając przez dżunglę wysłałem jednostce ewakuacyjnej swoją lokalizację. Wezwałem pomoc i wydałem rozkaz. Zbombardowania kompleksu mandaloriańskiego. Poświęciłem Angara, aby ochronić Yommoska. Wojsko poinformowało mnie o wysłaniu floty. To przywiodło mi inny koncept. Blokadę orbity, zestrzelenie myśliwców Yuzhan Vongów Poleciłem wykonać i ten rozkaz, zamiennie. Żołnierze wciągnęli mnie półprzytomnego na pokład. Coś mnie naszło aby namierzyć holodatę Angara. Udało mi się ją usytuować w powietrzu – to znaczyło, że i on musiał być na pokładzie. Nakazałem żołnierzom przekazać informację o Padawanie na pokładzie wroga. W odpowiedzi otrzymałem promień szansy, promień ściągający. Jedna próba. Skalibrowałem lokalizator do granic możliwości, wreszcie sygnał zniknął– oznaczało to wyjście w orbitę. Poleciłem wojsku przejęcie tego statku, który właśnie wleciał w przestrzeń kosmiczną.

Hangar, olbrzymi bo krążownika– typowy. Dwóch żołnierzy celowało już do nich, kiedy ja wywlekłem się ze statku. Yuzhanin trzymał ostrze miecza, imitującego wibroostrze (była to organiczna broń ) przy gardle Padawna. Zmęczenie dopadło mnie dopiero teraz kiedy po podjętej decyzji poświęcenia towarzysza, on stał przed moim obliczem. W moim umyśle byłjuż martwy... zaakceptowany. Zaczęły się targi o jego życie. Nie miałem sił na to. Yuzhanin nie wierzył, że pozwolę mu odlecieć bez zakładnika. Miał rację– nakazałem wojsku rozstrzelać jego myśliwiec, skoczek kiedy tylko będzie ku temu okazja. Bezskutecznie stawaliśmy po swoich wolach. Wreszcie zdecydowałem się polecić Angarowi –aby to on zdecydował. „Lecę”– odparł. Yuzhanin postawił warunki. My, lecimy za nim nieuzbrojonym myśliwcem. Na planetę, którą on wybierze. Wiedziałem, że to pułapka. Mimo to zdecydowałem się na ten lot. Podróż bez hipernapędu miała zająć parę dni.

Długa przeprawa zakończyła się na bagnistym globie. Szczątki ruin, prawdopodobnie jakiś plac, otoczony dziczą. Pilot osadził myśliwiec naprzeciw skoczka vongów. Yuzhanin wyszedł ze swojego organicznego pojazdu. Pozostawił skrępowanego biotyczną liną Angara w centrum placu. Minąłem go, zacząłem przy pomocy blastera wyswobadzać Padawana. Dałem mu po kryjomu swój nóż. Yuzhanin w tym czasie wskoczył na myśliwiec pilota ukrytego pod ilumnatorem, zaczął okładać mieczem korpus maszyny. Wymuszając na żołnierzu ucieczkę w przestworza. Chwyciłem blaster i zacząłem ostrzeliwać skoczek vongów. Właściciel, przez chwile uganiał się za mną... wreszcie dopadł mnie, raniąc. Rzuciłem blaster w zasięg rąk Angara. Zacząłem rozmowę z Yuzhaninem, który na coś czekał. Padawan w tym czasie bezskutecznie chwycił za blaster, nie zdążył strzelić nawet w oprawcę. Niestety nie był to koniec jego „niepowodzeń”, gdyby złości Yuzhanina było mało... Angar zaczął mu ubliżać, prowokować go. Vong bez cienia skrupułów przebił mieczem brzuch Angara na wylot. Korun umierał, a drugi Yuzhanin wylazł z dżungli. Dostałem komunikat na holodatę, nie mogłem go bezpiecznie sprawdzić. Postawiono mnie przed kolejną decyzją, co do której nie miałem wiele obiekcji. Miałem wydać informację o Yommosku, sposobie jego „odzyskania”. Inna decyzja wiązała się z wzięciem mnie na tortury... sądzę, że vongowie mają odpowiednie metody aby niszczyć umysły i podporządkować je swoim poleceniom... Miałem nadzieję, że będę wyjątkowo oporny. Drugi komunikat holodaty. Spętano mi ręcę biotyczną liną. Zobaczyłem sylwetkę człowieka przemykającą pomiędzy zgliszczami budowli. Poruszał się zbyt szybko, zbyt zwinnie na zwyczajnego człowieka. W pierwszej chwili sądziłem, że jest to Rycerz Jedi, być może nawet z Prakseum. Kiedy się ujawnił, a Yuzhanie dopadli do niego – skoczyłem z lianą nad Yuzhaninem, przejmując jeden z jego ciosów. Uwolniło to mnie. Człek nakazał mi zabrać Padawana i uciekać. Uczyniłem jego wolę. Wchodząc w głąb lasu zobaczyłem tylko jak gołymi pięściami okłada Vongów, wymijając z łatwością ich ciosy biologicznych ostrzy.

Wezwałem Onderon, przysyłali posiłki. Niosłem Koruna na barkach, poruszałem się marszem – nie byłem w stanie szybciej. Do przybycia wojska miało minąć jeszcze wiele czasu. Nieprzerwanie przemierzałem dżunglę. Liczyłem na to, że nasz wyzwoliciel po prostu ściągnie na siebie pościg w przeciwnym kierunku. Skontaktowałem się z nim po przez holodate dając znak do ucieczki. Wtedy zorientowałem się, że ktoś mnie goni. Jeden z Vongów. Odezwał się nieznajomy, oświadczył, że Yuzhanin mnie goni, ale on poradził sobie z jednym. Wykrzyczałem, że utrzymam się w walce, ale potrzebuje broni. Nie wiem po co – być może liczyłem na jakąś radę. On jednak, odparł mi tylko nonszalanckim tonem, a raczej zapytał. Czy znam konkurencję sportową, „rzut oszczepem”. Kazał patrzeć w niebo. Opuściłem już dżunglę, dotarłem do szczątków starego mostu i tam ułożyłem ciało, nie oddychające od dłuższego czasu. Spoglądałem w niebo, jak mi nakazał i o dziwo... z nad lasu nadleciał miecz... martwego Yuzhanina... Doskoczyłem do niego, przetoczyłem się po ziemi i stanąłem przed przeciwnikiem. Kulminacja adrenaliny, bólu, instynktów... koncentracja na zadaniu... sprawiła, że pojedynek...był skuteczny. Nie tylko utrzymywałem w walce Yuzhanina, ale i go odpierałem. Trzykrotnie raniłem. Przy czwartym ciosie pojawiło się wojsko – snajper przestrzelił mu głowę, dezintegrują. Zabrałem oba miecze i wezwałem natychmiast medyka do Angara.

Pojawił się nieznajomy wyzwoliciel. Żołnierz przed momentem uświadomił mi, kim on jest. Agent SOO, pamiętne – dla mnie z raportów, Służby Ochrony Onderonu. Istota niewiadomego pochodzenia, którą trzymano w odpowiedniej izolatce, a do jej schwytania użyto trzydziestu paru ludzi. Ten sam, który zabił dwóch naszych adeptów, czy Padawanów... ten sam, któremu Rycerz Neil odciął nogi, a ten zbiegł przed nim... Nawiązała się rozmowa o przyszłości losów Onderonu, póki co – Agent pozostanie po stronie, przeciwnej Yuzhanom. Bez wspominek o swoich wcześniejszych „poglądach politycznych”. Medyk w między czasie robił co mógł z organizmem Padawana, który przestałoddychać więcej niż pięć minut wcześniej. Kiedy wracaliśmy na statek, on leciał już do szpitala wojskowego gdzie czekali na niego lekarze.

Odprawa, po misji. Nie zastałem porucznika, a podporucznika. Poruszaliśmy kwestie zdarzeń na Dxun, zużytych zasobów na naszą ewakuację, było nieco niewygodnych pytań , również o to dlaczego nas torturowano lub co począć z uwolnionym agentem. Ten ostatni temat jest o tyle istotny, że ten incydent był pewnym rodzajem „ostateczności”. Podzielił siły onderońskie, a sam porucznik nie mógł mnie przyjąć właśnie dlatego, że tłumaczył się ze swojej decyzji przed sztabem wojskowym. Pozostała na koniec kwestia leczenia Padawana Angara. Specjaliści uratowali go tylko dlatego, że mechaniczne części jego organizmu wytrzymały odpowiednie obciążenia, a on sam był ponadprzeciętnie wytrzymały. Całe jego ciało mniej więcej nieco powyżej połowy torsu, razem z rękami – to mechaniczny konstrukt. Będzie żył z aparaturą zewnętrzną, wspomagającą oddychanie. Cała operacja wyniosła koszt, stu dwudziestu tysięcy kredytów. Uiściłem ją... Padawan Angar jest zobligowany umową, spisaną–dożywotnim stawianiem się na wezwanie onderońskiego wojska. Mnie, umowa dotyczy jedynie dwa lata, jeśli Angar umrze. Nie widziałem powodów, aby nie pomagać mu w ewentualnych zadaniach. Uchroniło nas to przed niebotycznymi kosztami. Po odprawie, zostawiłem jeden miecz biologiczny vongów. Podarek dla tamtejszych naukowców.

Wróciłem holem, po purpurowy dywanie. Mijając olbrzymi posąg Mistrzyni – gest za jej dawno czyny.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Yommosk nie jest u nas bezpieczny - choć gdzie by był... Inwazja, póki co nas nie dotyczy. Przynajmniej regularna, głębokie jądro. Nadal pozostaje jednak kwestia podstępu... Yuzhanie pokazali, że nie są pustymi barbarzyńcami... więc czym, kim są?

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 06 paź 2016, 16:58

Sobowtór

1. Data, godzina zdarzenia: 06.09.16 20:00 - 24:00

2. Opis wydarzenia:

Dwa dni temu do bazy przyszedł mój klon dzierżący mój stary miecz świetlny. Udało nam się dowiedzieć że właściwie wspomnienia o mnie ma dokładnie te same co ja, z tym że znał kompletnie inną wersję wydarzeń sprzed kilku tygodni. Według jego relacji pozostawiono go pod ruderą z samym mieczem, skąd wrócił do bazy jadąc na gapę promem. Po rozmowie uciekł w okolice starej rafinerii, gdzie udało nam się go dogonić. Kiedy go uspokoiliśmy (jak się okazało całą sytuacją był niezmiernie wystraszony) i zapewniliśmy go że nic mu nie grozi z naszej strony, mój klon... eksplodował na skutek wystrzelonej weń minirakiety. Ciało mojego sobowtóra rozpadło się w drobny mak, a po męczącej walce udało nam się pochwycić płatnego zabójcę - Roonanina, który dokonał zamachu. W trakcie zażartej obrony został poraniony na tyle, że niestety zmarł zanim udało mi się sprowadzić pomoc.

Po rozmowie z Fenderusem i z moim klonem doszedłem do paru wniosków:

1. Kultyści wysłali do nas mojego sobowtóra i zaaranżowali całe to zdarzenie po to, by 'objawić nam swoją potęgę', osłabić nasze morale, wystraszyć. 'Przy okazji' Brealin nr. 2 miał mi też dostarczyć mój stary miecz świetlny, który miał do mnie wrócić zgodnie z umową zawartą przeze mnie z doktorem prowadzącym placówkę badawczą dla Kultu. Płatny zabójca miał zaś go wyeliminować, jako element zbędny. Wydaje mi się też, że mój klon miał z góry zaszczepiony pewien wzorzec zachowań. Całość wydarzeń potoczyła się jak dla mnie w z góry zaplanowany sposób, wydaje się jakby testowali prototyp. Sobowtór pomimo naszych starań nie dał się pojmać, zostawił mi swój miecz i pobiegł na miejsce, gdzie czekał już na niego Roonanin, który miał go 'kropnąć'. Raczej wątpliwe, by był to przypadek.

2. Doszedłem też do tego jak można wytropić pseudomedyczną placówkę, w której byłem przesłuchiwany. Wciąż przecież mam wszczepiony nadajnik w narządach wewnętrznych, wystarczy prześledzić trasę którą przebyłem w tym czasie i otrzymamy odpowiedź, wraz z numerami rejestracyjnymi ich statku nie powinno być problemu z namierzeniem... o ile to rzecz jasna możliwe. Siad, Mistrzyni Vile, chciałbym Was prosić o pomoc w tej kwestii.

Przytaczam też ostatni wpis Fenderusa, łączący wydarzenia związane ze śmiercią Irgrova i przybyciem mojego klona:

Uczeń Jedi Fenderus:

Jak się tej sieci używało... nie pamiętam jak się to włączało... zaraz... już nagrywa chyba...

Chciałbym przekazać, że przyjechała do nas policja zostawić ścigacz Irgrova... Jego żona po tym jak ukradła ten ścigacz Irgrovowi porzuciła ten ścigacz, pewnie wpadła na to, że będziemy go szukać. Policja znalazła w pobliżu zwłoki niewinnej kobiety... To "coś" zabiło przypadkową babkę tylko po to żeby ukraść ścigacz... Obawiam się, że z żony Irgrova nie zostało nic wartościowego...

Dowiedziałem się też że historie, w które wierzyliśmy przez tak długo to tak naprawdę nie były do końca prawdziwe... Irgrov w wielu rzeczach nas oszukał i może nigdy nie dowiemy się, jak z jego żoną było naprawdę... Według dokumentów, Irgrov rozwiódł się ze swoją żoną na rok przed poznaniem Brealina, a policja otrzymywała od żony trzy donosy o włamania i napastowanie po rozwodzie. Ja obawiam się, że Irgrov wiele przed nami ukrył...


4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 217
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 30 paź 2016, 14:09

Nieznane stworzenia Vongów - Myrkr

1. Data, godzina zdarzenia: 16.10.16, 22:30 - 0:30

2. Opis wydarzenia:

Na wstępie. Kastarr trafił do nas jakiś czas temu z Myrkr. Pomimo ran, silnego obciążenia fizycznego dotarł do nas, aby przekazać nam dane na temat stworzeń, które ich zaatakowały. Według niego stwory te są "produktem" Vongów... Żołnierz przez swój zwierzęcy instynkt wyczuł, że w trakcie całej tej sytuacji były skupione tak naprawdę tylko na jednym z tamtejszych "delegatów" zbrojnych. Na tym, który podobnież posiadał szerszy potencjał na Moc. Co pozwala mu sądzić, że zostały tak zaprojektowane, by polować właśnie na istoty wrażliwe - by były swego rodzaju myśliwymi. Na podstawie danych zebranych od Kastarra pozwoliliśmy sobie stworzyć orientacyjny rysopis "sprawców".

Obrazek

Mistrzyni Vile przebadała go. Dostrzegła przy użyciu aparatury, że jad tych stworzeń trwale wiąże się z leukocytami, atakuje układ immunologiczny. Więc... Nie tyle niszczy organizm jak w wypadku jadu wężów, co również trwale upośledza go wcześniej. Co pozwala sądzić, że toksyna jest podwójnie zabójcza. I odporność rasowa która pozwalała wspomagać procesy uzdrawiania aplikacją baty... Tym razem zawodzą.

Sprawa wygląda następująco. Kastarr zaatakował nas - jak wynika z wcześniejszego raportu - to prawda. Jednak nie był to wynik krótkotrwałego odchylenia psychicznego, wynikającego stricte z zatrucia organizmu toksyną. Kastarr jest Trandoshaninem. Trandoshanie posiadają wysoko rozwinięty zmysł węchu, który przez możliwości jest centrum ich zdolności postrzegania otoczenia, jest czołowym narzędziem poznawczym. Gruba skóra i łuski sprawiają, że nie posiadają tak rozwiniętego zmysłu czucia, słabszy wzrok - chociaż posiadający wiele różnych atutów w odróżnieniu od standardowego - też nie do końca często się sprawdza. Słuch też do końca odpada. Nie posiadają małżowin - tak jak zresztą Kalamarianie - stąd ich słuch też nie jest do końca dobrym wyznacznikiem... Naturalnym ciągiem jest słabszy, wychwytuje mniej detali. Głównymi ich zmysłami są właśnie węch oraz zmysł czucia poprzez receptory zamieszczone na końcu języka. Potrafią analizować informacje dotyczące jakiegoś smaku bądź zapachu w niebywale szczegółowym, niewyczuwalnym dla człowieka spectrum. To też niejako było przyczyną całego tego zamieszania... Ciało Trandoshan posiada wiele własnych, odrębnych dla tej rasy hormonów i sama gospodarka znacząco różni się od ludzkiej. Oprócz samej nadnerczej, przysadki, genitaliów et cetera, et cetera... Ich organizm produkuje również hormony poprzez receptory umieszczone w jamie nosowej właśnie. Stąd jest tak niebywale czuły. O co chodziło w całej tej sytuacji... Dlaczego Kastarr wziął nas za Vongów. Przez właśnie węch. Dość powiedzieć, że wstępna analiza krwi wykazała silny przesyt hormonów w organizmie. Kastarr po prostu przez nieprawidłowe działanie zatrutych leukocytów nabawił się rozstrojenia gospodarki hormonalnej. Jego główny receptor, produktor hormonalny oszalał. Źle działający, całkowicie zmienił odczuwanie zapachów. Podejrzewam, że na tej samej zasadzie jak działa zatrucie. W momencie choroby wynikającej z jakiegoś konkretnego urazu zmysłowego, cały czas pozostaje nam ten zapach, nie możemy się go pozbyć. To samo zapewne miał Kastarr, którego podświadomość zapisała zapach Vongów jako najgorszy z możliwych. Źle działający receptor pozwalał mu go stale odczuwać.

Jest dobra wiadomość. Dokładniejsza analiza krwi sugeruje, że Kastarr wyjdzie z tego sam. Stąd należy leczyć go jedynie objawowo - zamówiłem leki stabilizujące pracę narządów produkujących hormony. Powoli, powoli... Jego system immunologiczny się odbudowuje. Zdrowe leukocyty są na szczęście produkowane w stanie nienaruszonym. Jedyne co pozostaje, to pozwolić im samym zastąpić te, które prędzej czy później umrą zgodnie z naturalnymi procesami organizmu. Nie wiem, czy to naprawdę kwestia rasy, wrażliwości na Moc... Ale żołnierz z tego wychodzi bez potrzeby użycia środków ostatecznych.

Odnośnie środków ostatecznych mam niejako również złą wiadomość. Na podstawie zatrutej krwi Kastarra pozwoliłem sobie ustalić, że na 1 litr osocza w organizmie jest potrzebne 100 mililitrów środka Kaana. Gdzie znajduje się problem? Problem znajduje się w tym, że dwie posiadane ampułki "cudownego leku" mają po 25 mililitrów jedna. Łącznie - 50 ml obie... Starcza może zatem na drobne wydłużenie życia w wypadku zatrucia jadem osoby wrażliwej na Moc... Jest też inna opcja. Stosować natychmiast po ukąszeniu. Natychmiast. To jedyna rozsądna opcja.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Ważny skrótowiec: 1l krwi = 100 ml środka Kaana

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: K.I.R.A. dodano: 07 lis 2016, 21:45

Nocny Klub - Tajemnice

1. Data, godzina zdarzenia: 17.08.16, 18:30-22:30

2. Opis wydarzenia:

No dobrze, pora wyskrobać to sprawozdanie bo już mi wypominają niektórzy. Nie wiem kto będzie to czytał, ale nigdy nie pisałam sprawozdań z sytuacji kiedy groziła mi śmierć, więc proszę o wyrozumiałość. Tak więc po kolei.

Na wstępie muszę zaznaczyć że w tym klubie mają koszmarną muzykę, przydałby się im lepszy dj, pochodzę z Zeltrosu więc znam się na dobrych klubach. Miejscami czystość tego klubu pozostawiała wiele do życzenia, po za tym dość pusto tam, obsługa mało przyjemna. No ale zgaduję że nie to interesuje "górę".
Pierwszym moim pomysłem było udawanie iż znalazłam się tam, ponieważ poszukuję pracy. Na początku było trudno ale z czasem obsługa w to uwierzyła. Dość długo trwało nim ktoś zwrócił na mnie uwagę, lecz od razu wiedziałam że to nie jest prawdziwy klub czy dom rozkoszy, w powietrzu coś wisiało (i nie mówię tu o nieprzyjemnym zapachu). Ostatecznie nie pomyliłam się. Przedstawiłam swoje umiejętności taneczne osobnikom znanym jako Xeran Begnar i Ker Harsk, był też Promilek ale to tylko barman. Ci dwoje byli widocznie pod wrażeniem moich umiejętności (choć mogłabym zaprezentować im więcej) i zabrali mnie do swojego szefa, a dokładniej sam Xeran. Wejście zostało ukryte pod głównym parkietem, była to winda bez oświetlenia.

Kiedy zjechaliśmy na dół moim oczom ukazało się średniej wielkości pomieszczenie, jednak schludne i zadbane, ale oczywiście mój wzrok przykuły zablokowane monitory, to wyglądało jak niewielkie centrum operacyjne. Był tam także ich szef, Stove Wirks oraz jego (chyba) prawa ręka, Byrk. Długo przekonywałam Wirksa że nadaje się do jego klubu i że mam 18 lat, inaczej by pewnie dawno mnie wyprosił. Chcieli mnie także sprawdzić w jakiejś bazie danych, na szczęście nie znaleźli mnie w systemie.

Próbowałam przycisnąć Wirksa w rozmowie aby sam przyznał się do tego że prowadzi inwigilacje swoich klientów, ale nie bardzo się to udało. Ostatecznie więc odbyliśmy normalną rozmowę o pracę lecz odchodząc udało mi się podejrzeć kilka rzeczy na ekranie które właśnie Wirks odblokował.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to arkusz kalkulacyjny z masa nazwisk i danych dotyczących zarobków, często przekraczające 10000 kredytów miesięcznie, lecz niektóre nazwiska zamiast danych o zarobkach posiadały dopisek "Informacje ad..." dalej nie wiem co pisało. Na paskach szybkiego uruchamiania zauważyłam też aplikacje odpowiedzialne za nagrywanie, monitorowianie, szyfrowanie, kompresje, konwersje itp. Wszystko jakoś łączyło mi się w spójną całość. Ten cały Wirks ewidentnie ma masę materiałów w razie gdyby chciał kogoś szantażować.

Po wszystkim zostałam bezpiecznie odprowadzona do wyjścia z klubu. Kilka minut później spotkałam się z Angarem, któremu opowiedziałam pokrótce całą historię.

Obrazek

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Nie był to klub pierwszej klasy, ale i tak cieszę się że mogłam się trochę rozerwać, mimo całego stresu.

4. Autor raportu: Adept Kelisea Aestar
Obrazek
Awatar użytkownika
K.I.R.A.
Adept
 
Posty: 259
Rejestracja: 28 lut 2015, 20:54
Lokalizacja: k. Kołobrzegu
Nick gracza: Key

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości