Sprawozdania

Krwawe gody

Postautor: Tanna Saarai dodano: 02 sty 2016, 14:36

Krwawe gody
Prakith


1. Data, godzina zdarzenia: 08.12.15 godz. ok. 22.30 - 5.30 / 10.12.15 godz. ok. 16:30 - 5.00

2. Opis wydarzenia:

Dostałam zlecenie od Mistrza Inkwizytora, którego celem było zakupienie oraz odebranie medykamentów z PrakMegaPharm. Po wykonaniu przelewu natychmiastowego, zaopatrzeniu się w karabin blasterowy E-11 oraz jeden zestaw ogniw standardowych udałam się myśliwcem Lorda Kaana do wyznaczonego miejsca, czyli magazynu PrakMegaPharm. Na miejscu powitał mnie Rodianin Napkor Lupp, który po przedstawieniu mu celu wizyty i potwierdzeniu dokonania płatności przedstawił mi skrzynię, w której znajdował się zamówiony towar. Poprosiłam o możliwość sprawdzenia zgodności zawartości skrzyni z listą, którą otrzymałam od Mistrza Inkwizytora oraz przygotowanie potwierdzenia. Przystąpiłam do sprawdzania zawartości, gdy wyżej wspomniany Rodianin stanął za mną, by po chwili spróbować dźgnąć mnie nożem. Jego krzyk „Nie pozwolę!” wydany na chwilę przed zadaniem ciosu pozwolił mi na uniknięcie ciosu, ucierpiał tylko rękaw mojej szaty. Zaalarmowany krzykiem Rodianina do pomieszczenia przybiegł starszy mężczyzna – Harvey Slut - który stanął pomiędzy nami, odgradzając ode mnie napastnika. To dało mi czas, by sięgnąć po karabin blasterowy i przestawić go w tryb ogłuszania. No było to jednak konieczne, gdyż Harvey Slut obezwładnił Rodianina, przykuł go do krzesła i wezwał policję. Przypięłam karabin blasterowy do pasa.

Po chwili do pomieszczenia wszedł mężczyzna – blondyn. Wzięliśmy go za oficera policji, co okazało się być błędnym spostrzeżeniem. Strzelił do pana Sluta pociskiem ogłuszającym, po czym przeniósł lufę karabinu w moją stronę. Stwierdził, iż liczył na obecność na przykład Adepta Makkaru jednak ja również wystarczę. Bez wahania rzuciłam się za stół, przewracając go, by zapewnił mi osłonę i wyjęłam karabin blasterowy. W międzyczasie do pomieszczenia wbiegł kolejny mężczyzna przepraszając za swoje spóźnienie. Gdy szukałam sposobu na uwolnienie Rodianina ze śmiertelnej pułapki, jaką okazały się być w chwili obecnej kajdanki założone mu przez pana Sluta, blondyn powiedział ” Starsi chcą Jedi na ofiarę, po dwóch Jedi, którzy zostali ofiarami mediów. Nie wnikam w szczegóły.” – mam nadzieję, że powie Wam to więcej niż mnie. Licząc na przybycie policji próbowałam grać na zwłokę jednak blondyn zaczął odliczać od pięciu, co nie pozostawiło mi wyboru. Poinstruowałam szybko Rodianina, gdzie znajduje się karta magnetyczna do jego kajdanek i odstrzeliłam je od stołu, by po krótkiej chwili rozpocząć ostrzał mężczyzn, którzy nie pozostali mi dłużni. Po niedługiej wymianie ognia zostałam okrążona i trafiona ogłuszającym pociskiem w lewą nogę, która została sparaliżowana. Posłuszeństwa zaczęła odmawiać również lewa ręka. Licząc na wsparcie ze strony oswobodzonego już Rodianina, pchnęłam w jego kierunku karabin, gdy tylko upadłam na ziemię. To był błąd – Napkor Lupp wyczuwając okazję rzucił się do ucieczki i opuścił pomieszczenie. Blond mężczyzna polecił swojemu współpracownikowi związać mnie i zabrać na statek. Próbowałam mu to utrudnić, szarpiąc się i kopiąc go. Do magazynu przybył droid policyjny, który ostrzegł napastników o możliwości złożenia broni. Blondyn jednak zawiązał z nim walkę i pośpieszył słownie swego współpracownika, przy wiązaniu mnie. Kopnięcie w twarz, którego połowicznie udało mi się uniknąć, zaćmiło moje zmysły dając szasnę porywaczom na skrępowanie mi nadgarstków. Droid policyjny nie dał rady napastnikowi i padł zniszczony na ziemię. Kolejną, krótką szamotaninę przerwał wymierzony we mnie pocisk ogłuszający, który trafił w okolice nerek paraliżując mnie i odbierając mi świadomość. Jeżeli policja wysłała dodatkowe oddziały, niestety nie udało im się przybyć na czas. Docierały do mnie jedynie dźwięki wystrzałów i pocisków, które trafiały w metal pojazdu, którym byłam wieziona.

Zostałam wrzucona na pokład transportowca, który niemal od razu poderwał się do lotu. Z trudem udało mi się wdrapać na siedzenie, gdy spostrzegłam, że nie jestem jedyną jego pasażerką. Na siedzeniu obok siedział rudy mężczyzna w kajdankach. Świadomość powoli do mnie wracała, gdy ujrzałam Voliandera krzyczącego coś do pilota statku. Po chwili rozległy się strzały, których Voliander unikał z dziecinną łatwością równocześnie strofując pilota, o niebezpieczeństwie rozwalenia przezeń statku takim bezsensownym strzelaniem. Współwięzień był w głębokim szoku tego, co widzi. Po chwili zainteresowanie Voliandera przeniosło się na mnie. Próbowałam przekonać go, aby pomógł mi się uwolnić, ale, cytuję „Poza tym się nie wpieprzam. Przyszedłem zrzec popcorn i oglądać jak Cię gwałcą. A tutaj nici z popisu, wiec wracam na film w domu. Proste. Nie?”. W całej swojej łaskawości Voliander postanowił dać szansę rudemu, by ten przekonał go do pomocy. Ten obiecał mu piwo, imprezy i panienki, na co nasz ulubiony Lord Ciemności zareagował niezwykły entuzjazmem. Uwolnił rudowłosego więźnia, pożegnał się ze mną i wyskoczyli razem przez luk bagażowy.
Lecieliśmy jeszcze kilka minut nim pilot osadził transportowiec na płycie lotniska – bardzo niechlujnie muszę dodać. Zbliżył się do mnie i zaprowadził do rampy. W trakcie tej krótkiej drogi starałam się przekonać go, że jestem w stanie zapłacić mu za ewentualną pomoc. Nie jestem w stanie powiedzieć czy łyknął mój blef. Stwierdził, że jeżeli będzie miał okazję pomóc mi anonimowo, to zrobi to. Nie będzie się jednak narażał przed „szefem”. Zostałam wyprowadzona z promu, do podziemnego hangaru, a następnie przez obrotowe drzwi do pomieszczenia, w którym odebrał mnie od pilota blondwłosy mężczyzna, którego pierwszy raz spotkałam w magazynie PrakMegaPharm.
Ów mężczyzna usadowił przedstawił mnie grubemu mężczyźnie o imieniu Norton (tak przynajmniej zwrócił się doń blond mężczyzna), który poinformował mnie, że będę przesłuchiwana. Blondyn poszedł po coś, co nazwał „krzesłem szamana”, a co okazało się być krzesłem elektrycznym. Przypięli mnie do krzesła, przynieśli wrzącą wodę. Norton wlał mi odrobinę do gardła, dopiero po tym przystąpił do przesłuchiwania mnie. Pytał o Voliandera, którego nazwał „Przeklętym”, o jego plany, stosunki do Jedi i Kultu – nie powiedziałam nic, wykręcając się ogólnikami takimi jak to, że jest wulgarny, lubi pić alkohol, oglądać tanie porno i rzucił mną pod sufit. Nie wspomniałam ani słowem o niczym więcej. Pytali również o dostęp do archiwów, sugerowali dostęp przez HoloDaty, pytali czy ktoś poza Jedi ma doń dostęp – wspomnieli o Aurebere. Przy wszystkich pytaniach wymigiwałam się swoją niewiedzą, dając im tylko zdawkowe strzępy informacji, których do niczego nie mogliby wykorzystać. Gdy spytali o kaprala, w pierwszej chwili nie dosłyszałam, o kogo dokładnie pytają, co najwidoczniej ich rozzłościło. Stwierdzili, że wlanie całego kubka wrzątku do mojego gardła doda mi motywacji. Rzucałam się i próbowałam wyrywać, co spowodowało, iż wrzątek poparzył również inne części mojego ciała. Ból był niezwykle trudny do zniesienia, z czego skorzystałam pozwalając sobie zemdleć. Przesłuchujący mężczyźni prawdopodobnie dali wiarę w me słabe przystosowanie do znoszenia bólu, gdyż obudziłam się już w celi – przykuta do ściany.
Nie wiem ile czasu minęło, gdy do ciemnej celi ponownie ktoś wszedł. Blond mężczyzna zabrał mnie do znanego mi już pomieszczenia przesłuchań, w którym za długim stołem czekał na mnie już zaczytany Chiss. Jakiś blady mężczyzna usadowił mnie na krześle elektrycznym i przystąpił do sprawdzenia mojego stanu zdrowia. Zaproponowano mi posiłek, odmówiłam. Chiss zapewnił mnie o dalszej procedurze – zadawanie mi bólu i wyciąganiu ze mnie wszystkich informacji, jakie mogę posiadać. Pomyślałam, że przyda mi się zastrzyk energii, więc poprosiłam o posiłek. „Doktor” został poń wysłany. Po chwili wrócił z posiłkiem oraz walizką. Już po pierwszych słowach Chissa o egzotyczności mięsa wiedziałam, że będzie próbował wmówić mi, że zjadam ludzkie mięso – choć nie wykluczam, że mogło tak być. Co więcej, Chiss upewniał mnie, że spożywam właśnie Adepta Makkaru. „Doktor” odpuścił pomieszczenie, a Chiss wyjął z walizki, w której dostrzegłam czarną dłoń w formalinie, mały pistolecik. Załadował go strzałką z nieznaną mi substancją. Zostałam poinformowana, że ów substancja spowoduje zwiotczenie wszystkich mięśni od ramion w górę. Poprosiłam o możliwość dokończenia posiłku. Następnie powoli, wpatrując się w palec Chissa, który trzymał na spuście usiadłam na łóżku, czekając na jego ruch. Gdy ten wycelował we mnie broń i wystrzelił skorzystałam z okazji. Padłam płasko na łóżko i przeturlałam się zań. Wystrzelona strzałka ledwo mnie drasnęła, nie czyniąc żadnych szkód. Zerwałam się szybko na nogi, doskoczyłam do Chissa i uderzyłam go w jądra, nim ten zdołał zrobić cokolwiek więcej, niż podnieść broń z podłogi – najwyraźniej musiał mu wypaść, gdy zniknęłam z jego pola widzenia, chowając się na chwilę za łóżkiem. Gdy mój niedoszły oprawca zwijał się z bólu, sięgnęłam do stołu po nóż, którym wcześniej bezproblemowo przecinałam grube mięso, o którym Chiss mówił jak o ludzkim. Byłam przekonana, że bezproblemowo poradzi sobie również z krtanią Chissa, do którego ów nóż przyłożyłam. Ten jednak zdążył załadować do pistoletu kolejną strzałkę i przystawić mi broń do brzucha. Pat. Nie mogłam zrobić nic poza odgrażaniem się. Mój przeciwnik próbował mnie przekonać o bezsensowności tego oporu jak i samej ucieczki – droidy bojowe, drzwi zamykane na kod, wysoki mur nie do przeskoczenia, o takich zabezpieczeniach miejsca, w którym byłam przetrzymywana zostałam poinformowana. Do pomieszczenia przybył „Doktor”. Wbrew moim zapewnieniom o rychłej śmierci Chissa z mojej ręki, jeżeli tylko się zbliży podszedł… i wbij Chissowi strzałkę – z prawdopodobnie środkiem paraliżującym, choć twierdził, iż go zabił – prosto w szyję. Ten osunął się bezwładnie na ziemię, „Doktor” polecił mi położenie się na łóżku i zniknął wlokąc za sobą ciało Chissa. Spanikowałam, ruszyłam do ucieczki, przed siebie, nie wiedząc, co robić. Ten akt desperacji nie trwał jednak długo. Przebiegłam długi korytarz, w którym natrafiłam na droida bojowego. Zawróciłam, ten dopiero po chwili rozpoczął ostrzał. Dopadł mnie w pomieszczeniu pełnym terminali, gdzie zostałam postrzelona w prawą nogę, straciłam równowagę i uderzyłam w jeden z terminali. Zostałam ponownie schwytana. Do pomieszczenia przybył „Doktor”, nie szczędząc komentarzy o bezcelowości mojego czynu. Pojawił się również drugi droid bojowy, który został przez pierwszego określony mianem „dowódcy”. Ten wydał rozkaz rozstrzelania mnie. Oślepił mnie błysk wystrzałów, ogłuszył huk…

Obudziłam się na promie kosmicznym, przykuta grubymi łańcuchami, które uniemożliwiały jakikolwiek ruch. Gdy powoli docierało do mnie moje położenie, przed oczami stanął mi mglisty obraz blondyna, który mówił o niewiarygodności moich informacji, oddaniu mnie w ręce „mniej cywilizowanych braci”. Stwierdził, iż cenią sobie oni „samice”. Następnie udał się do kokpitu, wydając rozkaz drugiemu mężczyźnie, którego dostrzegłam dopiero w tym momencie (w pomieszczeniu znajdował się również droid bojowy). Jak się okazało była to osoba, która przywiozła mnie w to miejsce. Z rozkazu wydanego przez doktora poznałam jego imię – Largo. Mając w pamięci nasze ostatnie spotkanie oraz jego ewentualną chęć pomocy mi – oczywiście z czysto materialistycznych pobudek – postanowiłam podjąć próbę dyskretnego namówienia go do współpracy, ergo uwolnienia mnie i pomocy w dostaniu się do bazy. Za to zadanie proponowałam mu 10.000 kredytów oraz nowy statek – był to oczywisty blef, mym prawdziwym zamiarem było doprowadzić do go bazy i poddać przesłuchaniu… szkoda… Wracając do meritum… Largo w momencie odkrył wszystkie karty przed pilnującym mnie, a może „nas”, droidem. Nie pozostało mi nic innego jak zrobić dokładnie to samo. Po długich namowach w końcu się udało. Były pilot, a w tamtym momencie „mój najemnik” chwycił za karabin blasterowy i rozwalił droida. Z pewnością uczył się strzelać od elity tego fachu, gdyż przy okazji posłał również sporą serię do kabiny pilota (mam nadzieję, że wyczuwacie sarkazm). Rykoszety i niezwykle celne strzały w kokpit (choć nie on był celem) sprawiły, iż statek zwariował. Drzwi do kabiny pilota albo zostały zamknięte od środka albo uległy awarii, zatem nie mam żadnych informacji, co stało się dalej z blondynem. Sam prom kosmiczny wpadł w ruch wirowy, rzucając biednym najemnikiem po ścianach, podłodze i suficie. Na jego nieszczęście, to samo działo się z droidem, którym parę razy porządnie w niego uderzył. Pokład momentalnie zajął się dymem, rozległ się ogłuszający alarm. Przebijając się przez te kakofonię dźwięków, które sugerowały również kilkukrotnie, iż prom (choć już bardziej to, co z niego zostało i próbuje lecieć dalej) parokrotnie porządnie w coś uderzył. Na moją prośbę Largo uwolnił mnie z łańcuchów. Momentalnie doskoczyłam do nieaktywnego już droida i odebrałam mu karabin blasterowy. Szybka konsultacja z Largo uświadomiła nam dalsze działanie – trzeba było jak najszybciej opuścić prom. Problemy były dwa… Brak dostępu do kabiny pilota oraz fakt, iż prom cały czas poruszał się z wyczuwalnie dużą prędkością. Largo zasugerował właz, którym wcześniej wydostał się Voliander wraz z rudym więźniem (zatem okazało się, iż był to dokładnie ten sam pojazd). Za jego radą gdzie szukać odnalazłam w pobliskim kontenerze dwa prowizoryczne spadochrony oraz dwa medpakiety, z czego jeden niestety uszkodzony. W tym czasie najemnik zmagał się z lukiem – bezskutecznie. W pobliżu nie było żadnego panelu kontrolnego, a jedyne zawory, jakie widziałam w pobliżu, a które mogły służyć otwarciu go nie wykazywały chęci współpracy (być może byłam za słaba – to już nieistotne). Zaproponowałam użycie droida – wrzucenie go pod pokład w pobliże luku i włączenie autodestrukcji. Zaciągnęłam, zatem korpus w okolice luku, wrzuciłam pod pokład droida jednak Largo nie wykazywał cierpliwości. Wpakował weń cały magazynek z karabinu blasterowego… Jakkolwiek barbarzyńska metoda trzeba mu oddać, iż podziałała. Niewielki otwór stanął nam przed oczami, wciąż jeszcze gorący od stopionego w wyniku eksplozji droida. Nie było wyjścia… Mimo ogromnej prędkości… Wyskoczyliśmy

Obudziłam się w śniegu, wokół były góry. Mimo bólu, jaki przysporzył mi upadek oraz poparzeń, jakich doznałam przeciskając się przez wąską szczelinę w luku bagażowym rozpoczęłam poszukiwania Largo. Nie trwało to długo, gdy odnalazłam go jęczącego przez złamaną nogę w śniegu. Po chwili doszedł nas dźwięk silników repulsorowych. Stało się dla nas jasne, że ktoś nadjeżdża. Gdy dwa ścigacze zatrzymały się kilkadziesiąt metrów od nas Largo przedstawił swój plan pozbycia się ich. Wyraźnie zaprotestowałam i zaproponowałam rozwiązanie o wiele bardziej dyplomatyczne.
To byli dwaj mężczyźni… Dziadek z wnukiem, którzy zwabieni widokiem pikującego promu postanowili sprawdzić, co się dzieje… Dziadek był niechętny, ale wnuczek obiecał sprowadzić pomoc… Chciał zostawić nawet termos… Wtedy… Wtedy… Wnuczek padł na ziemię z przestrzeloną głową. Bolt energetyczny minął mnie z oszałamiającą prędkością… Nie mogłam nic zrobić… Najemnik – Largo… Postanowił załatwić sprawy po swojemu. Zareagowałam odruchowo. Doskoczyłam do niego i wytrąciłam mu karabin z ręki. W tym czasie dziadek, właśnie zamordowanego przez Largo chłopaka, odpalił ścigacz i krzycząc z rozpaczy strzelił w naszym kierunku. Najemnik nie miał żadnych szans – pocisk rozerwał mu czaszkę, zginął momentalnie, prawdopodobnie nawet nie zdążył tego zarejestrować. Odskoczyłam, schowałam się za kamieniem, który chronił mnie przed kolejnymi seriami boltów wystrzeliwanych ze ścigacza. Kolejnych i kolejnych. Dziadek nie reagował na prośby, wcale mu się nie dziwię… Nie pozostawił mi wyboru. Mając świadomość słabej zwrotności tych maszyn wyskoczyłam zza kamienia w przerwie między seriami i pognałam za kolejną osłonę, która znajdowała się kilka metrów dalej. Gdy do niej dobiegłam, co trwało tylko chwilę, strzeliłam parokrotnie w ścigacz, rozwalając mu silnik. Schowałam się za osłoną. Dobiegł mnie jęk starca, którego jak się okazało przygniótł ścigacz. Podeszłam doń, przesunęłam maszynę, starałam się wyjaśnić sytuację, lecz nie chciał słuchać. Podniósł karabin pozostawiony przez Largo. Ponownie schowałam się za osłoną… Wybuch ścigacza, któremu rozwaliłam bak paliwa… Dziadek przeżył. Stracił przytomność i przeżył… Zostawiłam mu medpakiet nie mając pojęcia jak go użyć… Mam nadzieję, że z tego wyszedł po tym jak Adept Makkaru i Padawan Fenderus pozostawili go na pastwę losu… Być może już wtedy nie żył…
Wracając do meritum. Przeszukałam ciało Largo i zabitego przezeń chłopaka. Przy najemniku znalazłam komunikator i cyfronotes, chłopak nie miał nic poza komunikatorem. Udając się w wyższe partie gór starałam się uzyskać sygnał. Jednocześnie słyszałam zbliżające się ścigacze. Gdy znalazłam sygnał wysłałam wiadomość alarmową, prosząc o ratunek. Odpowiedział Adept Makkaru, zapewniając mnie, o swym przybyciu. Poprosił o utrzymywanie sygnału, by mógł mnie namierzyć. W czasie, gdy z nim rozmawiałam ścigacze zatrzymały się na niższym poziomie. Dostrzegłam dwóch mężczyzn, którzy później okazali się być kultystami – jeden z nich zwracał się do drugiego per Wyznawco. Szukali mnie… Jeden zszedł po linie jeszcze niżej, w przepaść, która się tam znajdowała. Drugi czekał. W tamtym momencie nie widziałam innego wyjścia jak nawiązanie walki. Mając przewagę wysokości i prawdopodobnie celniejsze oko po chwili udało mi się postrzelić obu napastników. Jeden z nich posiadał umiejętność skakania na wiele metrów wzwyż. Z pewnością był trenowany w sztuce używania Mocy. Rany, które im zadałam zdawały się jednak ich umacniań. Walczyli z coraz większą zaciekłością, próbowali mnie otoczyć jednak właśnie wtedy udało mi się przeszyć klatkę piersiową jednego z nich – padł martwy. W tym czasie drugi z nich wskoczył na ścigacz i uciekł. Nie jestem pewna, kiedy znalazł się za mną… Minął mnie, ciął przez lewe ramie i powalił na ziemię. Momentalnie zatrzymał się, gdy podnosiłam się z zakrwawioną ręką z podłoża. Dołączył doń drugi kultysta, nie mam pojęcia jak i kiedy znalazł się na tym pustkowiu. Zepchnęli mnie pod ścianę. Próbowali przekonać, bym poszła z nimi po dobroci… Bym została „matką ich dzieci”… Adept Makkaru i Padawan Fenderus ich przegonili. Padłam z wycieczenia nim zdążyli do mnie dotrzeć. Obudziłam się na statku w drodze do…
Do domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4 Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Atak Yuuzhan Vongów

Postautor: Tanna Saarai dodano: 02 sty 2016, 14:39

Atak Yuuzhan Vongów
Prakith - baza wojskowa Republiki


1. Data, godzina zdarzenia: 22.12.15 / 23.12.15 godz. ok. 23.00 - 4.30

2. Opis wydarzenia:

Gdy zajmowałam się ciałem zabitego przez Adepta Makkaru i Adepta Bar’a’kę Chissem oraz jego ścigaczem otrzymaliśmy na częstotliwość ogólną komunikat alarmowy o ataku Yuuzhan Vongów na bazę wojskową Republiki. Sprawą zajęła się Rycerz Jedi Elia Vile. Zaproponowałam swoją pomoc, którą wyżej wymieniona przyjęła. Zaopatrzona w karabin blasterowy typu E-11 oraz 4 ogniwa standardowe udałam się wraz z Rycerz Vile do miejsca docelowego.

Przywitał nas oddział Vongów, z którym walczył Voliander. Rycerz Vile włączyła się do starcia, pomagając Volianderowi. Ja prowadziłam ostrzał z karabinu blasterowego. W trakcie starcia na platformie lądowiska Voliander został poważnie ranny w lewą rękę. Moje biodro również ucierpiało, podobnie jak lewa ręką Rycerz Vile. Udało nam się jednak odepchnąć pierwszą falę wroga. Gdy Ci się przegrupowywali, wraz z Volianderem ustaliliśmy dalszy plan działania. Ten miał nas osłaniać, gdy będziemy przebijać się do wnętrza płonącej bazy. Poszło sprawnie, bez większych komplikacji.

Zjechaliśmy windą, gdzie przywitali nas dwaj żołnierze Republiki oddzieleni od nas potrójnym polem siłowym. W pierwszej chwili wzięli nas za Yuuzhan Vongów, lecz Rycerz Vile szybko wyjaśniła nieporozumienie. Wpuścili nas do wnętrza przez pole siłowe. W trakcie krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się, że w bazie pozostało 17 żołnierzy – 7 oficerów, 8 techników i 2 którzy nas wpuścili. Żołnierze twierdzili, że Adept Naiiv Luure zabił ich strażnika, co ułatwiło Yuuzhan Vongom atak na bazę. Zaproponowałam ewakuację windą pod osłoną granatów dymnych oraz późniejsze zawalenie tunelu ładunkami wybuchowymi. Jeden z żołnierzy odparł, iż mają tylko granaty i natychmiast się po nie udał. Rycerz Vile nie zareagowała optymistycznie na ten pomysł. Gdy otrzymaliśmy sprzęt żołnierze udali się po rannych. Wtedy rozpoczęło się bombardowanie, które zawaliło schody na wyższe poziomy oraz drzwi do pomieszczenia z żołnierzami Republiki. Rycerz Vile poleciła mi sprawdzić, co się dzieje z żołnierzami i zniszczyła pole siłowe, które odgradzało nas od ewentualnego ataku Yuuzhan Vongów. Po chwili wróg wdarł się do środka. Żądali złożenia broni, na co Rycerz Vile odpowiedziała atakiem. Związaliśmy wroga w walce, w trakcie, której zostałam poważnie ranna w brzuch oraz prawą rękę. Razem z Rycerz Vile odparłyśmy pierwszą falę. Następną zajęła się już tylko Rycerz Vile. Gdy ostatni przeciwnik padł pod naporem ciosów Rycerz Vile ta dobiła go odcinając mu głowę. Następnie sprawdziła mój stan zdrowia. Pojawił się Voliander, który oznajmił, że Yuuzhan Vongowie postanowili wszystko zawalić, a wojsko prakithańskie jest w drodze. Z góry posypało się parę kamieni, wypadł sznur zwiniętego materiału, po którym zszedł jeden z żołnierzy Republiki. Na widok Voliandera wpadł w entuzjazm (ewidentnie traktują go jak bohatera i z pewnością „Mistrza Jedi”). Rycerz Vile zainteresowała się gruzowiskiem, Voliander i ja dyskutowaliśmy z żołnierzem nad wyjściem z sytuacji. Zaproponowałam ewakuację wszystkich ocalałych głównym wyjściem przy wcześniejszym zwiadzie przez jedną z osób, mą propozycją był Voliander, oraz osłaniania reszty przez wyżej wymienionego. Obaj panowie stwierdzili, iż nie jest to najlepsze rozwiązanie. W tym czasie Rycerz Vile przy użyciu swych zdolności odgruzowała przejście do dalszych pomieszczeń bazy oraz ugasiła pożar, dzięki czemu uwięzieni tam żołnierze mieli szansę się wydostać. Dołączyła do nas. Znów rozgorzała dyskusja o planie ucieczki w wyniku, której ustaliliśmy, iż mój wcześniejszy pomysł zostanie zrealizowany, tylko to ja z Mistrzynią Vile musimy udać się na górę, a Voliander będzie przewodził ewakuującym się. Zaznaczyłam, że mój stan jest raczej kiepski i poprosiłam o wsparcie mnie Mocą. Rycerz Vile zaoferowała swą pomoc, użyła swej wiedzy o medycynie i z pomocą Mocy zasklepiła mą ranę na brzuchu. Poczułam się znacznie lepiej. Ruszyliśmy na górę.

Przywitało nas pobojowisko. Trup ścielił się gęsto, ostało się niewielu Yuuzhan Vongów. Rycerz Vile z pomocą Mocy rzuciła mnie na Y-Winga, który niestety został zablokowany przy pomocy bliżej niezidentyfikowanej substancji. Związaliśmy, więc wroga w walce w wyniku, której odniosłam kolejne obrażenia. Zostało dwóch wrogów na polu bitwy. Rycerz Vile walczyła prawdopodobnie z dowódcą oddziału, gdy ja zajęłam się drugim odciągając go od Rycerz i swego przełożonego. Gdy ten podążał za mną, wypuściłam aktywowany granat dymny, co sprawiło, iż oślepiony Yuuzhan Vong spadł z platformy wprost do znajdującej się poniżej lawy. Dołączyłam do Rycerz Vile, która zajęła się już swym przeciwnikiem. Dostrzegliśmy w oddali Voliandera wraz z grupą 17 uciekinierów z bazy. Gdy udało nam się usunąć substancję blokującą dostęp do Y-Winga wróciłyśmy nim do bazy. Misja zakończyła się sukcesem, a opinia o Jedi, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach z Adeptem Naiivem Luure została poprawiona.

Jakiś czas później Rycerz Elia Vile wraz ze swym uczniem Padawanem Fenderusem udali się do owej bazy w celu poznania dalszego losu placówki. Raport z tego wydarzenia przygotował Padawan Fenderus.

Moja Mistrzyni zabrała nas do posterunek Republiki kilka dni po ataku Yuuzhan Vongów... Mieliśmy prosty cel, rozeznać się na miejscu i dowiedzieć, co się stało z posterunkiem dalej.

Budynek jest w opłakanym stanie... Połowa budynku gdzieś zniknęła, każdy kawałek lądowiska jest zakopany pod popiołem, nie można tam oddychać. Główny budynek ma ślady wgnieceń ścian, sufit jest zawalony, a ślady wybuchów są wszędzie. Nie posprzątali części zwłok, trupy sprawiają, że dosłownie nie da się oddychać.

Spotkaliśmy jednego żołnierza na warcie i nie był to nikt z Republiki. Żołnierz w zielonej zbroi, wyposażony jak maszynka do zabijania... Przedstawiał się jako członek najwyższego pionu komandosów, na początku był bardzo... „Profesjonalnie nieufny”. Nie wierzył Mistrzyni, bo twierdził, że jej twarz może być hologramem, mierzył do nas w głowy od razu, dopiero później nam uwierzył na widok mieczy, ale prawie mnie zastrzelił odruchowo, jak Mistrzyni go wyjęła. Żołnierz był bardzo arogancki, ale większość czasu był uprzejmy i wydawał się w porządku, poza tym, że miał straszne ego. Trzymał się zasad jak nikt, ale to dobry znak.

Żołnierz opowiedział, że wojska prakithańskie zostały wezwane w trakcie ataku. Widział tylko część, ale opowiadał o tym z dumą. „Ponieśliśmy tylko straty w sprzęcie powietrznym”, „Zdeptaliśmy ich liczebnością”... Mówił, że nie widział wszystkiego, ale opisał to jako rzeź, przecięli im szeregi podczas szturmowania bazy, ale nie mieli czasu dotrzeć do bazy... czyli nie było aż tak pięknie, jak opowiadał. Wybadaliśmy, że uważają Yuuzhan Vongów za... Yevethów. Yevethów, czyli podobne zwierzęta, co atakowały Republikę, a potem trafiły zbiorowo na Prakith do więzienia.

Z posterunku Republiki są złe wieści. Nie wiemy wszystkiego, ale „Ministerstwo Bezpieczeństwa” zesłało tam tego człowieka i jego kolegów na ochronę posterunku, a wszyscy ocalali są w szpitalach, wszyscy ranni, część ocalała dzięki cudownemu upadku 20 ton gruzów gdzie indziej (hmm... mistrzyni?) i dostarczeniu powietrza. Jedna trzecia załogi zginęła w walkach i wybuchach... nie znamy więcej, nie wiemy, kto, jaki chaos może to wprowadzić... za mało wycisnęliśmy. Siły prakithańskiej armii zabezpieczają teren, budynek nadaje się do zburzenia, cała kadra Republiki jest w szpitalach. „Mistrz Voliander” to dla nich bohater. Tak, totalny bohater. Żołnierz ocalały kazał żonie nazwać syna Voliander i tak dalej... Teraz nasz Voliander to bohater i heros na całą planetę. Bardzo nam to pomoże!...

Ministerstwo Bezpieczeństwa „w uznaniu zasług” nie będzie łaskawie wnikało, skąd Jedi na Prakith. Udawaliśmy delegację z Coruscant. Szczerze mówiąc, wyszło to fatalnie, bo wiedzieli o wizycie Bar’a’ki i Naiiva... Mistrzyni uratowała sytuację lepszymi blefami.

Odeszlibyśmy spokojni, z ciekawym zbiorem informacji... Gdyby nie to, że żołnierz na wyjaśnienia Mistrzyni Elii odpowiedział... wiedzą o Żywej i Jednoczącej Mocy. Jeszcze dziwniejsza sprawa... próbowałem na nim delikatnej iluzji... i poszło mi strasznie słabo. Ja wcześniej umiałem oszukać umysł słabego kultysty, ale to był kultysta... A on? Nie czułem w nim niczego dziwnego, niczego złego, po prostu miał taki silny umysł. To było bardzo dziwne... Ta wiedza, to wyszkolenie... Jakby ich „najwyższy pion”, co to lubił się tak przedstawiać kilka razy... Uczyli się o Jedi?

Na wszelki wypadek polecieliśmy w inny układ gwiezdny przed powrotem. Brak innych wieści...



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Dane dla sojuszu

Postautor: Tanna Saarai dodano: 04 sty 2016, 17:49

Dane dla sojuszu
Prakith


1. Data, godzina zdarzenia: 04.01.16 godz. ok. 20:30 - 01:00

2. Opis wydarzenia:

Wraz z Adeptem Bar’a’ka stawiliśmy się w centrum łączności wezwani przez Mistrz Inkwizytora Barta, gdzie otrzymaliśmy zadanie dostarczenia zaległych danych dla sojuszu, który zawarła Rycerz Jedi Elia Vile. Nie pałałam entuzjazmem do tego zadania jednak Mistrz Inkwizytor Bart uznał, że nie jest odpowiednią osobą do wysłuchiwania wątpliwości ze względu na słabe umiejętności interpersonalne. Poinformowałam, zatem Adepta Bar’a’kę, że ze względu na mój stan zdrowia jestem w stanie, co najwyżej podrzucić go na miejsce, nie chcę się angażować w dalsze działania, gdyż nie wierzę w „proste” zadania zlecane przez Mistrza Inkwizytora. Ten zdawał się być głuchy na moje wyjaśnienia, twierdząc stale, że potrzebuje pilota, bo sam nie posiada tej umiejętności. Sugerował nawet, bym załatwiła to z którymś z żołnierzy Republiki. W międzyczasie przed centrum łączności pojawiła się Eopie, która opóźniła nasz wyjazd (szczegółowy opis zdarzenia w sieci wewnętrznej). Ostatecznie spotkaliśmy ponownie Mistrza Inkwizytora, który wyraził swe zdziwienie w związku z opóźnieniem wylotu. Adept Bar’a’ka upierał się, że nie chcę z nim lecieć. Nie chcąc mu kolejny raz wyjaśniać, iż pilota ma wsiadłam z nim na myśliwiec Kaana i ruszyliśmy w wyznaczone miejsce.

Na miejscu powitał nas Aspirant Aspar Looe oraz Farian Ofic. Adept Bar’a’ka opuścił myśliwiec i wdał się w konwersację z mężczyznami, ja zostałam w środku zgodnie ze swymi wcześniejszymi założeniami. Wtedy do szyby zastukał Farian Ofic, który poprosił mnie o opuszczenie pojazdu w celu weryfikacji tożsamości oraz przeszukania. Przedstawiłam się oraz pokazałam treningowy miecz świetlny w celu potwierdzenia swojej rangi Adepta Jedi, Farian Ofic jednak nalegał. Niechętnie, ze względu na niezwykłe zimno oraz mój kiepski stan zdrowia, spełniłam jego prośbę. Zostaliśmy wraz z Adeptem postawieni pod ścianą i przeskanowani – zarzucano nam przemytnictwo, co od razu zdementowałam jako bezpodstawne zarzuty. Gdy potwierdzono moją tożsamość i brak niepożądanych przedmiotów Farian Ofic zaprosił mnie do środka. Grzecznie odmówiłam i poprosiłam o pozwolenie powrotu na statek, co zostało przezeń przyjęte bezkonfliktowo. W międzyczasie u Adepta Bar’a’ki skan wykrył bliżej niezidentyfikowany metal. Lekko zmieszani mężczyźni nie doszli do żadnego konkretnego wniosku zakładając protezy. Po chwili Aspirant Aspar Looe zastukał w szybę myśliwca nakazując mi opuszczeni pojazdu i udanie się wraz z resztą do środka budynku. Odmówiłam, co Aspirant skomentował stwierdzeniem, iż to nie jest prośba, a w razie oporów z mojej strony zostanę spacyfikowana i zabrana do środka siłą. Poprosiłam go o wylegitymowanie się, co uczynił komentując stwierdzeniem, że i tak gówno mu zrobię, bo to tajne spotkanie i nie mogę tego nigdzie zgłosić (trochę trzeba mu przyznać racji – jednak na przyszłość, jeśli traficie na tego osobnika, bądźcie ostrzeżeni). Farian Ofic wyjaśnił mi, iż to kwestie bezpieczeństwa i jeżeli nie chcę z nimi udać się do środka to mogę spokojnie odlecieć, lecz myśliwiec nie może tu stać. Mając w świadomości, iż nie mogę zostawić Adepta Bar’a’ki w tym miejscu bez ewentualnego wsparcia i drogi powrotu (o, ironio) udałam się z mężczyznami do środka budynku – Aspirant został na zewnątrz.

W środku zostaliśmy zaprowadzeni do właściwego miejsca spotkania. Powitał nas Sierżant sztabowy Pelt Aderbeen, który wyjaśnił nam, na czym stoimy. Otóż okazało się, iż budynek jest nieużywany i włączona energetyka przyciągnie z pewnością miejscową policję z Prall. Nasze spotkanie miało pozostać tajemnicą. Zaproponował, zatem, by po przekazaniu danych upozorować napad na budynek. Adept Bar’a’ka dowiedział się o systemach bezpieczeństwa – kamerach oraz miejscu zapisu przezeń nagrań. W trakcie zgrywania danych zdemontował terminal odpowiedzialny za owe systemy, polecił mi zając się resztą terminali. Poprosiłam o broń, gdyż posiadałam jedynie treningowy miecz świetlny. Od Sierżanta Pelta Aderbeena otrzymałam karabin blasterowy E-11, którym rozstrzelałam pobliski terminal oraz ścianę pozorując napad. W tym momencie od Aspiranta Aspara Looe napłynął komunikat o zbliżających się dwóch ścigaczach. W wyniku szybkiej narady ustaliliśmy, iż Farian Ofic zajmie przybyłego policjanta, podczas, gdy wraz z Adeptem Bar’a’ką schowamy się… gdzieś. Niestety budynek nie był zbyt wielki – poza pomieszczeniem, w którym doszło do spotkania był poprzedzający je skład skrzyń oraz toaleta. Wszystkie skrzynie były zaplombowane, zatem pozostało nam jedynie liczyć, iż uda nam się uniknąć wzroku przybyłego policjanta. Adept Bar'a'ka wyrwał HoloDatę z portu, całość została jednak moment wcześniej skopiowana. Przylegliśmy do skrzyń, Farian Ofic rozpoczął rozmowę w policjantem, który polecił mu przeszukanie pomieszczeń. W tym czasie ustaliliśmy wraz z Adeptem, że przestawionym na ogłuszenie karabinem postrzeli policjanta, gdy nadąży się sposobność – przekazałam mu karabin ze względu na swój stan zdrowia. Farian Ofic bardzo sprawnie odgrywał powierzoną mu rolę, policjant niestety cały czas stał przy drzwiach, co uniemożliwiało ogłuszenie go z zaskoczenia – Adept Bar’a’ka obawiał się słusznie, iż zdąży on wysłać komunikat do towarzysza, z którym przybył, a który czeka nań na zewnątrz przy naszym myśliwcu. Zgodnie z ustaleniami chciałam zwrócić uwagę policjanta na siebie, by Adept Bar’a’ka mógł spokojnie oddać strzał. Ten jednak z niewiadomych mi do teraz powodów, nie odpowiadał na moje komunikaty – byliśmy rozdzieleni odległością dwóch pokaźnych rozmiarów skrzyń, porozumiewaliśmy się szepcząc do komunikatorów. Gdy Farian Ofic zabezpieczył otrzymaną od policjanta taśmą „miejsce zabroni” ten wezwał wsparcie swojego towarzysza oraz grupę techników. Było za późno na ogłuszenie, okazja została zmarnowana. Policjant wraz z Farianem Ofic opuścili budynek zamykając i plombując drzwi, co uniemożliwiało nam wydostanie się zeń. Wraz z Adeptem staraliśmy się ustalić dalsze postępowanie. Zanegowałam jego pomysł wyłgania się z tego impasu, który zakładał przyznanie się do obecności w budynku i ukrywanie się przed policją (jak stwierdził Adept, by im niczego nie utrudniać), zdradzenie swojej tożsamości, jako Jedi a to wszystko pod przykrywką zdobycia informacji o Kulcie. Sprawdziłam toaletę, gdy Adept Bar’a’ka udał się do sterowni. Toaleta jednak okazała się również zaplombowana. W sterowni jednak Adept w jedynym działającym terminalu odnalazł możliwość nadania komunikatu przez zewnętrze głośniki. Wrócił do pomysłu z wyłganiem się z sytuacji. Nie mając lepszego rozwiązania przystałam na jego propozycję. Ten jednak, dzięki Mocy, zapytał jak sytuacja z toaletą. Gdy dowiedział się o plombie bez słowa ruszył w jej kierunku i sprawnie unieszkodliwił zabezpieczenie. W środku odnaleźliśmy sporych rozmiarów tunel kanalizacyjny, który okazał się naszą drogą ucieczki. Puszczona przodem przez Adepta Bar’a’kę ruszyłam przedzierając się przez trudne środowisko – w trakcie tej wędrówki uszkodzeniu uległ mój komunikator, straciłam lewego buta i prawie treningowy miecz świetlny, który na szczęście Adept Bar’a’ka złapał… swoją twarzą.

Wyszliśmy z tunelu w Skoth, gdzie od razu powitało nas dwóch pijaczków proponujących wspólną zabawę i śpiewanie. Adept wdał się z nimi w dyskusję, co skomentowałam bezcelowością takiego działania. Gdy jednak zostałam zignorowana przez Adepta i wyzwana od suk przez pijaków postanowiłam się oddalić, by dłużej nie musieć znosić chamstwa i prostactwa zapijaczonych mieszkańców Skoth. W trakcie krótkiej wędrówki próbowałam użyć komunikatora w celu nawiązania łączności z bazą Jedi, ten niestety okazał się być zalany, przez co odmawiał posłuszeństwa. Wróciłam, więc do miejsca, gdzie rozstałam się z Adeptem Bar’a’ką. Nie zastałam go tam jednak. Po zwiedzeniu części pobliskich uliczek znalazłam w końcu Adepta - zaraz obok miejsca, w którym go opuściłam. Ten zaproponował udanie się do pobliskiego motelu i ustalenie dalszych działań. Ja z kolei sugerowałam skontaktowanie się z bazą Jedi i wezwanie transportu. Nasze pomysły spotkały się i w ten sposób wylądowaliśmy w ciepłym motelu, gdzie mogliśmy zażyć kąpieli (strasznie cuchnęliśmy przez te ścieki) i nawiązać kontakt.

Po jakimś czasie udaliśmy się na dziedziniec gdzie czekał na nas Xaleth Erise – wyraźnie niezadowolony, iż musiał na nas czekać. Adept Bar’a’ka wsiadł na ścigacz zaraz za Erise. Gdy ja chciałam zrobić podobnie zostałam przez żołnierza odepchnięta. „Wracasz z buta” skomentował. Adept Bar’a’ka mu w tym wtórował. Na nic zdały się moje komentarze o niewdzięczności Adepta, z którym nawet nie powinnam wyruszać, na którego nie musiałam czekać. Xaleth Erise stwierdził, że jeżeli ładnie go poproszę to odbierze mnie z osiedla tysiąclecia bloku 4 mieszkania 19. Niewybrednie mu za tę propozycję podziękowałam twierdząc, iż nie wierzę w jego powrót. Razem z Adeptem Bar’a’ką odlecieli do bazy pozostawiając mnie na pastwę losu – bez noclegu, bez możliwości skontaktowania się z kimkolwiek.

Usiadłam na ławce, wściekła… Choć głównie zawiedziona postawą Adepta. Porzucenie mnie w sytuacji, gdy oferuje mu pomoc w przelocie, zostaję dlań, by miał drogę powrotną, ufam mu… To nie mieściło mi się i nadal nie mieści w głowie…
(Przepraszam to emocjonalne wtrącenie w oficjalnym raporcie jednak niezwykle mnie to ubodło)

Odpaliłam cyfronotes logując się do HoloNetu, starając się uzyskać dane do skontaktowania się z kimkolwiek. Urządzenie jednak działało niezwykle powolnie. Na moje szczęście dosiadło się dwóch mężczyzn, którzy zaproponowali mi wezwanie taksówki, która zabierze mnie do „domu”. Niechętnie – zdając sobie sprawę z tajności położenia naszego miejsca życia – wezwałam ją. Mam nadzieję, że mój stan emocjonalny opisany najzwięźlej jak to możliwe powyżej uświadamia, dlaczego zdecydowałam się na tak ryzykowny krok. Taksówka po długiej jeździe i krążeniu w końcu dotarła do celu. Zapłaciłam 17 kredytów, które szczęśliwie miałam w kieszeni i udałam się do hangaru, by sprawdzić, czy myśliwiec wrócił. Niestety nie zastałam go tam.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Krótka notka Adepta Bar'a'ki na temat zadania

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Angar Makkaru dodano: 14 sty 2016, 20:31

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 20.12.15 18:00 - 23:00 i 30.12.15 19:30-2:00

2. Opis wydarzenia:

Dziś jest długo wyczekiwany dzień. Ranny, słaby, ruszam prosto do legowiska Rancorów. Przed wejściem do bazy czekał już Kastarr i Rions Virdu. Mieli dla mnie przygotowany sprzęt. Po krótkiej wymianie zdań, pomogli mi się ogarnąć przed wyjazdem. Dostałem nowe ubranie, perukę, nakładkę na nogę, symulującą protezę, oraz karabin z pełnym magazynkiem. O papierach nie będę wspominał, bo to szczegół, cholera...
Zabrałem graty i ruszyłem do ścigacza.

Podróż, jak to w prakithańskich klimatach - wietrznie, choć mimo pomocy nowych ubrań i środków wstrzykniętych przez Kastarra, można to było znieść. Mój cel leżał daleko, jazda mijała w nieskończoność. W końcu jednak dotarłem do wyznaczonego celu - była to opuszczona kantyna. Gdy wylądowałem, wyszedł do mnie Gran - Waylon. Powiedziałem mu, kim jestem, a on wpuścił mnie do środka. W barze siedziało kilka osób - niespecjalnie wiedziałem, do kogo mam podejść. W końcu jeden z bywalców skinął do mnie głową i kazał zasiąść przy stoliku. Nazywał się Pars. Rozmowa przeszła wprawdzie niepewnie, bo co chwilę naciskał na mnie Ithorianin, który zbliżył się do stolika - niejaki Siff. W końcu jednak (z pomocą Voliandera) udało mi się przekonać Parsa, aby ten dał mi szansę (po zrobieniu dziesięciu pompek z trzystu, zaczęła pękać mi skóra na brzuchu). Pars kazał mi iść z Waylonem, aby ten mnie przeszukał. Swoją drogą, wolałbym aby ten Gran trzymał się z dala od mojego tyłka... z wiadomego powodu. Mimo wszystko musiałem przejść przeszukanie.

Gdy było już po wszystkim, powróciłem do towarzystwa. Dostałem komunikator, dzięki któremu mogłem się z nimi kontaktować. Członkowie mafii zaczęli rozmawiać o akcji, na którą dostał namiary Siff. Chodziło o ograbienie transportu z kopalni. Początkowo to Waylon miał tam lecieć, jednakże pomyślałem, że dobrze byłoby już pierwszego dnia pokazać się z tej lepszej strony. Siff kazał mi się przygotować i iść pod śmigacz, którym mieliśmy dostać się na miejsce. Tak też zrobiliśmy.

Miejsce to było wulkaniczne. Magmowe skały, otoczone jeziorami lawy to nie jest szczyt marzeń, jeśli chodzi o robotę. Mimo wszystko, skupiliśmy się na planie - gdy będzie nadlatywał, Siff wystrzeli rakietę, by zestrzelić pojazd, a potem pobiegniemy po towar, zapakujemy do skrzyń i uciekamy - proste. Schody zaczęły się, gdy Ithorianin spostrzegł po drugiej stronie magmowego jeziora grupę ludzi - to konkurencja. Siff sprowokował ich ogniem - zupełnie niepotrzebnie. Tamci zauważając nas, ruszyli w naszym kierunku.
Byliśmy w dupie - mała kotlinka, niemal całkowicie odsłonięta, a z dwóch stron napierało dwóch sukinsynów. Czasu coraz mniej, a my nie wiedzieliśmy co robić. W pewnym momencie jeden z tych pajaców odstrzelił Siffowi rękę. Biedaczysko padł na ziemię, zgnieciony bólem. Po chwili - nawet nie wiem, co mną kierowało - wyskoczyłem z kotliny, by znaleźć lepsze miejsce do ostrzału. O mały włos nie wpadłem do jeziora, za to moja "proteza" prawie dosłownie ugotowała mi nogę. Wróciłem do punktu. W końcu jednak, ni stąd, ni zowąd, najprawdopodobniej Voliander postanowił mi pomóc. Uniósł jednego z nich i rzucił do lawy. To i tak mało mi pomogło - ponownie oberwałem od drugiego napastnika, ale na szczęście wypaliło mi tylko dziurę.
Byliśmy bez szans - obaj ranni. Do tego z drugiej strony walili do nas z rakietnicy.

W końcu na horyzoncie pojawił się wyczekiwany przez nas statek. Musieliśmy współpracować, jeśli ten gruchot miałby spaść pod nasze nogi. Mimo starań, nasza rakieta chybiła, natomiast konkurenci zestrzelili statek. Mało tego - ze zrujnowanego statku wyszli dwaj faceci w pancerzach. Zabili dwóch pozostałych (jeden krył się z tyłu), po czym ruszyli w naszą stronę. Siff niczym opętany zaczął do nich strzelać, a ja mimo to, mówiłem mu, żeby przestał; że to pułapka. W końcu dorwali nas - dwaj w pancerzach, z karabinami szturmowymi. Siff w akcie desperacji rzucił się na nich, ale bardzo szybko padł na ziemię. Próbowałem z nimi negocjować, nawet powiedzieć im, że nie jestem prawdziwym mafiozem, jednak nie chcieli słuchać - żądali tylko dowodów. Ja oprócz nagrania z rekrutacji w moim blasterze, komunikatora mafii oraz papierów - nie miałem kompletnie nic. Ogłuszyli mnie - najprawdopodobniej zabrali do siebie.

Ocknąłem się na posterunku, w celi. Przyszedł jeden z policjantów i zaprowadził mnie do pokoju przesłuchań, w którym siedział jeden z pancerniaków, oficer i asystent. Zaczęli mnie przesłuchiwać - pytali o to, kim jestem, dla kogo pracuję. Za wszelką cenę starałem się im powiedzieć, jaka jest prawda. Ni stąd, ni zowąd pojawił się... Voliander. Miał uszkodzoną rękę. Nie wiem, co tu robił, jednakże, chyba mnie nie rozpoznał. Odprowadzony został przez jednego z policjantów. Nie powiedziałem im o nas, natomiast poleciłem skontaktować się ze sztabowym ze Skoth. Sam zaś, poprosiłem o komunikator, by połączyć się z oddziałem Nexu. Poinformowałem o swojej sytuacji komandosa Carpera, który akurat odebrał połączenie. Powiedzieli, że w ciągu kilku godzin załatwią co trzeba, aby mnie wyciągnąć z aresztu, bo jako uczestnik mordobicia, nie mogli mnie wypuścić bez dowodów. W końcu odstawiono mnie do celi.

Nazajutrz, czekali na mnie komandos Carper i kapral Vin. Zostały im przekazane instrukcje co do mojej osoby (Zapamiętać: Zapłacić za opiekę zdrowotną). Podczas gdy Carper poszedł odebrać moje rzeczy, ja i Aurbere zostaliśmy na korytarzu. Niewiele pamiętam z naszej rozmowy (niestety, przez masę wydarzeń). Gdy wrócił komandos Carper, musiałem powiedzieć Aurbere, co planuję zrobić "dalej". Musiałem skontaktować się z mafią, aby moje śledztwo miało dalszy byt. Zaproponowałem, że skontaktuję się z nimi, wmawiając, że uciekłem z niewoli - było to do przejścia. Na koniec, przyszedł moment na "ostatnie pożegnanie". Dziś wiem, że jeszcze może się spotkamy, ale wtedy nie byłbym tego pewien. Gdy poznałem Aurbere'a, sam do końca nie wiedziałem, jaki jest. Myślałem, że to tylko kolejny wojak od czarnej roboty - myliłem się. Od czasu gdy przeklęte Mandusy porwali mi rodzinę i moich starych kompanów, tylko jego mogłem zwać przyjacielem. Uważam, że gdyby nie nasza przyjaźń, sam daleko bym nie zaszedł. Tamtego dnia, wzruszyłem się. Może nie fizycznie, ale w duchu, w myślach...

Zdecydowałem, że będę czekał na pustkowiu, skąd nadam sygnał do mafii. Tam zostawili mnie komandosi. Błagalnie wzywałem mafiozów, aby po mnie przylecieli. Zastosowałem się do mojego planu - uciekłem policji i ukryłem się przez tydzień, aby teraz odezwać się. Przyjęli moje wołanie. Zdawać by się mogło, po kilku godzinach, przyleciał śmigacz, którym zabrali mnie do bazy w opuszczonej kantynie. Na miejscu, kazano mi się szybko rozebrać, pozostawić wszystkie rzeczy i szybko uciekać do "bazy".

Nie pamiętam, gdzie lecieliśmy - minęło trochę czasu, gdy w końcu wylądowaliśmy u stóp wielkiego gmachu. Zaprowadzono mnie do wielkiej sali w której czekał... on.

Wielki bebzon, tłuste paluchy, grube dupsko usadzone na kanapie. Tak, to był on - Król kopalń. Jak zwykle wychwalał się ponad miarę, a ci mafiozi skakali wokół niego - zapewne tylko i wyłącznie dla kasy. Król zapytany o ładunek, zerknął na Parsa, a ten tylko na mnie. Wytłumaczyłem temu sukinsynowi, że to była zasrana zasadzka, że Siff zginął, bo sam się rzucił pod lufę. Bo był kretynem. Ładunku nie było nigdy. Tylko dwóch typów w konserwach. Wiedziałem, co mnie czeka - śmierć, lizanie dupska temu grubasowi. Z dwojga złego, pierwsza opcja była całkiem znośna...
Pars mimo wszystko próbował mnie bronić - wyraźnie mówił, że mimo tego, nie zasługuję na śmierć.

Wielebny gruby sukinsyn darował mi życie. Jaką karę dostałem... tego nie powiem. Być może kiedyś pokażę. Ponadto, kazał sobie usługiwać - miałem zostać pieprzonym lokajem...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Brak

4. Autor raportu:
Padawan Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Angar Makkaru
Były członek
 
Posty: 498
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Lokalizacja: Prakith
Nick gracza: Fr4nsis

Czarne opętanie

Postautor: Tanna Saarai dodano: 22 sty 2016, 1:09

Czarne opętanie
Prakith - baza Jedi


1. Data, godzina zdarzenia: 21.01.16 godz. ok. 02:00 - 04:00

2. Opis wydarzenia:

W godzinach wieczornych w bazie pojawił się Rycerz Mereth Jaon, który próbował przeprowadzić zamordować Padawana Angara Makkaru, ponieważ ten pod wpływem Voliandera próbował ukraść jego myśliwiec. Próbę morderstwa udaremnił Padawan Siad Advihal pozbawiając przytomności Padawana Makkaru. Rycerz Mereth Jaon dał się wtedy przekonać do zaprzestania działania mającego pierwotnie na celu pozbawienie Koruna życia. Padawan Makkaru został ściągnięty z dachu bazy przez Padawana Advihala i przetransportowany do Ambulatorium przeze mnie oraz Adepta Bar’a’kę, gdzie spędził kilka następnych godzin.

Gdy się jednak obudził, nadal był pod kontrolą Voliandera. Padawan udał się do kwater, gdzie zaatakował niczego niespodziewającego się Mistrza Inkwizytora Barta błyskawicami mocy. Rycerz Elia Vile poczuła, iż jej Mistrz jest w niebezpieczeństwie i ruszyła mu na ratunek – w tym czasie rozmawiała z Adeptem Naiivem Luure, który udał się razem z nią, informując mnie o sytuacji komunikatorem.
W kwaterach Rycerz Vile otoczyła Mistrza Inkwizytora barierą ochronną dzięki czemu odcięła mocno poranionego Mistrza od dalszego wpływu błyskawic mocy. Padawan Makkaru nie potrafił jednak kontrolować wpływu Voliandera, mimo usilnych prób Adepta Luure. Ciskając cały czas błyskawicami demolował kwaterę, rykoszety powaliły Adepta (może to świadczyć o niezwykłej potędze jaką dysponował dzięki Volianderowi Padawan Makkaru). Na miejsce dotarł Padawan Advihal, który starał się za pomocą miecza świetlnego zmniejszyć pole rażenia niszczycielskiej mocy. Prawdopodobnie przez niedawno odniesione obrażenia na Yaivn IV nie był w stanie długo się opierać. Popędziłam do hangaru po karabin blasterowy e-11, w trakcie powrotu przestawiłam go w tryb ogłuszania i na miejscu zdarzenia dodałam kilka strzałów do opętanego Padawana - jednak błyskawice unicestwiły bolty energetyczne. Dało to czas Padawanowi Advihalowi na uniesienie łóżka i ciśnięcie nim w Padawana Makkaru, który z impetem przebił się przez ścianę do sąsiedniej kwatery, gdzie przygnieciony nie był w stanie zrobić już nikomu krzywdy. Rycerz Vile poleciła Padawanowi Advihalowi przygotowanie zbiornika z kolto na przyjęcie Mistrza Inkwizytora. Ranny Padawan nie był w stanie dotrzeć do Ambulatorium tak szybko jak ja, zatem na jego polecenie popędziłam wypełnić powierzone mu zadanie. Mimo braku wiedzy o obsłudze sprzętu medycznego pamiętałam z wielu wizyt w ambulatorium jak wysunąć chwytak, który umieszcza pacjenta w zbiorniku. Gdy Rycerz Vile dotarła z rannym Mistrzem na miejsce przejęła obsługę urządzenia zlecając mi ściągnięcie z rannego spalonych części garderoby – znaczna większość to były strzępki materiałów, bardzo wiele przyległo do ciała, nie było możliwości usunięcia ich w bezpieczny sposób dla Mistrza. Zrobiłam ile mogłam, Mistrz znalazł się w zbiorniku. Rycerz Vile pozostała w ambulatorium by czuwać nad stanem swego rannego Mistrza, zostałam wraz z nią.

Po chwili Adept Luure, który przez cały czas doglądał Padawana Makkaru poinformował nas za pomocą komunikatora, iż zabracki Rycerz Jedi (nie wiedział, iż był to nasz nowy gość Rycerz Jedi Mereth Jaon) wstrzykuje środek nasenny Padawanowi. Voliander poinformował mnie, iż Rycerz Jaon porywa Padawana Makkaru, obezwładniwszy wcześniej Adepta Luure. Popędziłam na dach bazy, gdzie Rycerz Jaon pozostawił swój myśliwiec – sam poziom lądowiska jest jednak niedostępny dla osób niepotrafiących skakać z użyciem Mocy, umiejętności, której jeszcze nie posiadłam. Obserwowałam zatem z niższego poziomu jak droid SDK rozmawia z opuszczającym bazę Rycerzem. Dołączył do mnie Adept Luure. Wysłał komunikat z prośbą o potwierdzenie przyznania zezwolenia Rycerzowi na zabranie Padawana Makkaru. Rycerz Vile wydała takie pozwolenie – „Dość już zabijania, niech go zabiera.”. Nie rozumiejąc pobudek kierujących Rycerz Vile i nie zgadzając się z jej decyzją rozpoczęłam ostrzał Rycerza Jaona z karabinu blasterowego e-11 ustawionego w tryb ogłuszania. Ten niezwykle sprawnie doskoczył do mnie i obezwładnił mnie cięciem poprzecznym w brzuch – ewidentnie nie chciał mi zrobić krzywdy. Do zdarzenia dołączył Padawan Advihal, który odprawił ostatecznie Rycerza Jaona. Mogłam tylko obserwować jak Padawan Makkaru jest zabierany z Prakith w nieznane nikomu w bazie miejsce, określane przez Rycerza Jaona mianem „więzienia”.

Razem z Adeptem Luure wdaliśmy się w sprzeczkę z Padawanem Advihalem. Każdy miał swoje argumenty, swoje spojrzenie na sytuację. Każdego poniosły wtedy emocje. Adept Luure wrócił do wnętrza bazy pozostawiając mnie z Padawanem sam na sam. Nie trwało to jednak długo, gdyż po chwili pojawił się Voliander. Mroczny towarzysz jak zwykle buńczucznie próbował nas sprowokować. Otwarcie przyznał się, iż jest sprawcą całego zamieszania i czeka, aż go zabijemy. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy najmniejszych szans na takie zakończenie sprawy i Voliander mając tego świadomość pojawił się właśnie przy nas, miast przy Rycerz Vile. Zostawiliśmy go więc na dachu udając się w stronę Ambulatorium, przed którym Padawan Advihal ponownie wdał się ze mną w dyskusję na temat – moim ówczesnym zdaniem – zezwolenia na porwanie Padawana Makkaru. Do dyskusji dołączył ponownie Adept Luure. Każdy próbował przekonać każdego, choć poglądy, jak i intencje moje oraz Adepta Luure były bardzo zbieżne. Rycerz Vile opuszczając na chwilę Ambulatorium ostatecznie zakończyła naszą różnicę zdań wyjaśniając dosadnie dlaczego podjęła taką decyzję. Dowiedziałam się wtedy, iż Padawan Makkaru zezwalał na opętanie przez Voliandera, gdyż czerpał z tego korzyści – miecz świetlny, ratowanie życia, potęga etc. Że prosząc o pomoc Rycerz Vile, chciał równocześnie pozbyć się Voliandera, ale i czerpać korzyści z jego wpływu. Zdecydowała zatem, iż opuszczenie przez Padawana Makkaru Prakith to najlepsza dla niego i nas decyzja. Każdy rozszedł się w swoją stronę.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

    - Nie robię tego często zważywszy na formę raportu, która powinna skupiać się na suchych faktach, ale jestem to winna Padawanowi Advihalowi i Rycerz Vile. Pozwolicie zatem, iż oficjalnie, raz jeszcze przeproszę za atak na Rycerza Jaona i niesubordynację jaką okazałam próbując powstrzymać generała Nowej Republiki w wykonywania swoich obowiązków. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż w tamtej chwili, nie posiadając później zdobytej wiedzy na temat stanu opętania przez Voliandera Padawana Makkaru byłam pod wpływem silnych emocji – głównie gniewu na podjętą decyzję. Padawan Makkaru uratował mi życie, gdy wraz z Padawanem Fenderusem przybyli po mnie na drugi koniec planety. Rycerz Vile uświadomiła mi jakiś czas temu, iż nawet mu za to odpowiednio nie podziękowałam. Sądziłam zatem, iż mogę się w ten sposób odwdzięczyć. Zdaję sobie teraz sprawę, iż było to głupie i nieodpowiednie zachowanie. Emocje, które wtedy mną targały nie powinny przejąć kontroli nad moimi działaniami. Raz jeszcze najmocniej przepraszam.

    - Tak, paliłam w budynku. Zostałam poczęstowana papierosem i chciałam odreagować. Nie robię tego często, mam nadzieję, iż zostanie mi to wybaczone.

4. Autor raportu:
Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 822
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 22 sty 2016, 21:56

Fundusze wojskowe

1. Data, godzina zdarzenia: 21.01.16, 1:30-3:00

2. Opis wydarzenia:

Postanowiłem opisać to w sprawozdaniu, żeby było czytelniej i wygodniej... i dlatego, że te historie każdy musi znać na pamięć od dzisiaj.

Nie mamy pieniędzy, jest po nas. Potrzebujemy 1000 litrów kolto, straciliśmy Y-Winga, wszyscy... zresztą, co ja się będę powtarzał, nie mamy pieniędzy na nic. Mistrzyni Elia postanowiła skontaktować się z wojskiem Nowej Republiki z prośbą o pomoc. Nie mamy żadnej możliwości. Na prośbę Mistrzyni zorganizowałem łączność z niszczycielem Exploratorem i udało nam się skontaktować z majorem Rafem Tasenterem. Major był bardzo chętny nam pomóc, ale powiedział, że Explorator nie ma możliwości dać nam złamanego kredyta, ani wypożyczyć duży sprzęt. Wskazał nam "Wydział Skarbowy Sekcji Nadzorczej" Armii Nowej Republiki, jako jednostkę, co zarządza takimi sprawami.

Doradził nam też dodatkowe źródło pieniędzy. Pomysł Majora polegał na tym, żeby wykorzystać, że wielu żołnierzy Nowej Republiki działa w terenie i w warunkach polowych... różnych okopach i zwiadach, dołączają przypadkowe osoby, żeby "przetrwać w kupie". Adepci za to nie są w oficjalnych rejestrach Zakonu, tylko w naszych wewnętrznych i nie są formalnie nigdzie w Zakonie. Zaproponował, żeby przedstawić Tannę jako nowego rekruta wojskowego, po tym, w jaki sposób trafiła na Exploratora, ilu ma tam "świadków" i tak dalej. To dałoby nam zastrzyk pieniędzy na start i regularne wypłaty i moglibyśmy włączyć innych Adeptów na listę jako takich "rekrutów z przypadku". Tu było kilka pomysłów Mistrzyni i Tanny, jaki ułożyć "scenariusz", ale Major i Mistrzyni uznali mój pomysł za najlepszy. Teraz dokładnie opiszę całą wymyśloną historię, z większymi szczegółami, jak ją wczoraj przedstawiałem. Adepci muszą to znać na wylot...

Tanna została wysłana na Prakith z powodu położenia tej planety. Głębokie Jądro jest normalnie niedostępne i może się przedostać jeden albo dwa statki na dobę, dlatego nie można zrobić ataków i nalotów, ale przez to ktoś może po cichu ukrywać siły na planetach, dlatego potrzeba zwiadowców i monitoringu. Dowodem na konieczność i owocność tej pracy jest atak Yuuzhanów na posterunek na Prakith i to, że Tanna naprawdę tam była.

Dlatego Tanna pracuje cały czas na Prakith i jest tam zwiadowcą upewniającym się, że nikt nie realizuje takiej rzeczy na Prakith. Atak odparty przez Mistrzynię i Tannę mówi wszystko... Charakter pracy Tanny wygląda bardzo prosto.
- Zakwaterowanie w mniejszych miastach, rozmowy z ludźmi, zbieranie informacji o podejrzanych pogłoskach.
- Badanie terenów Prakith, kompletowanie mapy terytorium (Prakith nie ma pełnych map poza miastami, dlatego to trudny teren i wymaga pracy "na żywo").
- Długie zwiady, wyprawy, badanie ukrytych tras pod górami w poszukiwaniu tropów takich desantów. Prakith to bardzo niezbadany świat i wiele gór i jaskiń nikt nie zna, dlatego taka praca musi być traktowana bardzo poważnie...
- Kilka tygodni odcięcia od cywilizacji z powodu warunków komunikacji pod górami.
- Poprzednio wiele licznych starć ze zwiadowcami Yuuzhanów w trakcie natrafienia na ich szturm na placówkę Republiki (tak, tak, tego nie było, ale łatwo to udać...).

W jaki sposób Bar'a'ka i Naiiv dołączyli do tych wojskowych działań i włączyli się do działań?

Bar'a'ka jest pustelnikiem, którego rozbity statek został tak naprawdę najechany przez Yuuzhan Vongów, bo był na trasie marszu do posterunku Republiki. Tanna odkryła Yuuzhan dzięki Bar'a'ce, który wzywał pomoc w trakcie zwiadów Tanny i ukrywał się, uciekał uszkodzonym statkiem... aż się rozbił. Bar'a'ka został wydostany i wywieziony przez Tannę, którą zauważyło dwóch yuuzhańskich wojowników. Doskonała wiedza Bar'a'ki o terenie opłaciła się i Bar'a'ka pokierował Tanną tak, aby sprowadzić zwiadowców w pułapkę, a po zaciągnięciu ich na teren dzikich zwierząt, nasi "żołnierze" zbiegli. Bar'a'ka dołączył do Tanny na czas dalszej tułaczki i śledzenia Yuuzhan... tych, co atakowali posterunek Republiki. Przez teren nie można było się kontaktować i musieli śledzić ich na własną rękę. Bar'a'ka nie miał wyboru, został z Tanną w tej sytuacji, a jego wiedza o Prakith okazała się bezcenna.

Tannie i Bar'a'ce udało się zdobyć sygnał i powiadomić Jedi. Przekierowali sygnał posterunku Republiki do "wszystkich jednostek" dalej, do Jedi, zrobili za "pośrednika" i dzięki temu Mistrzyni Elia dotarła na miejsce. Bar'a'ka był ranny i został w ukryciu.

Kilka dni potem... dołączył Naiiv. Naiiv to były najemnik, a jego kariera nie była "czysta". Naiiv przyleciał na Prakith na spotkanie z szemranym zleceniodawcą, po kryjomu, w górach... To wszystko było kilka dni po ataku. okazało się, że zleceniodawcę zdążyli zabić Yuuzhanie, a Naiiv wpadł w pułapkę. Pokazując wspaniałe umiejętności, Naiiv im uciekł. Wzywał pomoc po dotarciu do miasta ranny. Dzięki talentom Bar'a'ki sygnał został przechwycony, zabrali go do siebie na długą rozmowę. Okazało się, że skoro niedobitki Yuuzhan dalej się kryją na Prakith, misja zwiadowcza na niezbadanym Prakith jest jeszcze ważniejsza. Tanna i Bar'a'ka zaszantażowali Naiiva, szemranego najemnika, aby dołączył do nich i im pomógł. Szemrany najemnik nie miał wyboru, bo to on był teraz oskarżony o zabicie zleceniodawcy jako podwójny agent.


Oto moja bajeczka, która bardzo spodobała się Majorowi z powodu pełnej zgodności z tym, jak działa Głębokie Jądro i Prakith.

Major mówił też, że możemy prosić o normalne finansowanie z wojska. Poprosił nas o szczegóły naszej współpracy z wojskiem i z powodu wielu sukcesów zaproponował, żeby powołać się na to, żeby robić z siebie ofiary Prakseum... na które wojsko jest wściekłe po wydarzeniach na Yavin IV. Mamy mówić, że robiliśmy z wojskiem tyle co Prakseum, a w przeciwieństwie do nich nie mamy żadnych dotacji. Przy podejściu do Prakseum teraz, to może dobrze zdenerwować i zachęcić, co by dać nam część forsy. Mistrzyni Elia ma napisać wniosek do wojska o te finanse. Gdy się pojawi, będzie tutaj wstawiony niżej.

W imieniu grupy Jedi zrzeszonej pod nadzorem Inkwizytora Jedi Barta, zwracam się z uprzejmą prośbą o dotację na rzecz dalszego wpierania Nowej Republiki w walce z inwazją Yuuzhan Vong.

Sytuacja, w której znalazła się nasza organizacja oraz jej założyciel, jest krytyczna – Inkwizytor znajduje się na skraju śmierci, a jedynym dla niego ratunkiem jest stałe przebywanie w leczniczym zbiorniku. Płyn, który nabyliśmy z własnych środków, jest już zanieczyszczony i nie pozwoli na kontynuowanie kuracji. Przy naszym ciągłym zaangażowaniu we wsparcie sił republikańskich, nie jesteśmy w stanie równolegle pozyskiwać środków na leczenie ran otrzymanych podczas interwencji, utrzymanie samej placówki i niezbędnego sprzętu (w tym środków transportu, bez których nasza pomoc byłaby niemożliwa). W tym momencie pilnie potrzebujemy minimum 1000 l kolto lub bacty, albo ich ekwiwalentu w kredytach. To niezbędne minimum pomoże utrzymać Inkwizytora przy życiu.

Inkwizytor Jedi Bart jest bohaterem Zakonu Jedi i Nowej Republiki. Do jego najbardziej prominentnych dokonań wliczyć można samodzielne pojmanie Aurry Sing i Admirał Daali, walka na Ithor i krytyczne uderzenie podczas oswobodzenia Dorin. Wspierał działania wojenne na Fondor i Riflor i był katalizatorem rozlicznych akcji prowadzonych przez naszą grupę, których wykaz znajduje się w załączniku 1 do niniejszego dokumentu. Jego niezrównane zdolności bojowe, wybitna wiedza, inteligencja i charyzma są bezcenne – zwłaszcza w świetle wszechobecnej wojny i związanej z nią degeneracji Zakonu Jedi. Jego śmierć pozbawi Republikę nie tylko potężnego sojusznika, który jest w stanie samodzielnie zastąpić armię (co zostało udokumentowane), ale też przyczyni się do dalszej degradacji morale – talenty Inkwizytora w wielu miejscach stały się swoistą legendą, a wieść o jego zgonie z pewnością uderzyłaby we wszystkie jednostki, z którymi do tej pory współpracowaliśmy.

Jako grupa, przez ostatnie lata pozostawaliśmy wiernymi sojusznikami Nowej Republiki w wielu prowadzonych działaniach. O skuteczności naszej pomocy mogą świadczyć zarówno jednostki uderzeniowe, jak i agentura i poszczególne posterunki, wliczając załogę Niszczyciela Gwiezdnego Exploratora. Intensywność i skala naszej współpracy są porównywalne z działaniami Prakseum, które cieszyło się stałymi dotacjami od Rządu. Ostatecznie jednak Prakseum upadło mimo okazanej pomocy, my zaś walczymy o przetrwanie, pozbawieni wsparcia od samego początku. Nawet w tym stanie byliśmy zdolni wyruszyć i na Kessel, i na Yavin IV – gdzie stacjonujące wojska Republiki zostały pozostawione na rzeź podczas ewakuacji budynku Jedi. W ostatniej akcji utraciliśmy jeden z naszych statków, co znacząco ogranicza naszą mobilność, pomijając brak środków na paliwo do pozostałych dwóch maszyn (prom i myśliwiec). Ja i Uczeń Jedi Avidhal zostaliśmy krytycznie ranni, hospitalizację pokryliśmy w całości z własnych funduszy.

Pragniemy kontynuować wsparcie Nowej Republiki, ale brak środków, do tej pory uciążliwy i ograniczający, doprowadził nas w tym momencie do sytuacji kryzysowej. Dlatego też zwracam się z prośbą o sprawiedliwe wsparcie, adekwatne do naszego wkładu i potrzeb, umożliwiające naszą dalszą pomoc. W tym momencie pilnie potrzebujemy:
- 1000 l kolto lub bacty, koszt 40 000 – 100 000 KR,
- uzupełnienia stanu środków medycznych, medpakietów, stymulantów, etc. – 10 000 KR,
- refundacji przymusowej hospitalizacji uratowanego z Yavin IV Starszego Szeregowego Redge’a Leeckena – 8 000 KR,
- podstawowego zapasu paliwa dla myśliwca i promu – jedynych środków transportu umożliwiających nam dotarcie na miejsce akcji – 50 000 KR.

Będziemy również wdzięczni za rozważenie możliwości przekazywania nam części dotychczasowych dotacji Prakseum. W ciagu ostatnich lat skutecznie udowodniliśmy, że nasza pomoc jest wartościowa i wymierna i w niczym nie odbiega od wsparcia oferowanego przez trzon Zakonu Jedi.

Z poważaniem,

Rycerz Jedi Elia Vile



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (Sam wymyśliłem, co by zrobić z tego sprawozdanie, żeby było gdzie wstawić te rzeczy)

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 465
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 24 sty 2016, 18:05

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 17.01.16, 21:00-03:00

2. Opis wydarzenia:

   Odprawa minęła nam szybko. Chociaż nieco... zaspałem - to chyba dobrze świadczyło o moich nerwach, którym się nie poddałem aż do ostatniej chwili. Przygotowań nie było wiele. Okazuje się, że dodatkowy - trzeci - medpakiet który wzięła ze sobą Mistrzyni Vile był nieoceniony. Medykamentów nigdy nie jest za dużo kiedy wyrusza się na prawdopodobny zgon. Od dziś chyba zawsze... będę brał dodatkowy asortyment z naddatkiem. Z racji wojny, skali zniszczeń które objęły galaktykę - bezpośredni lot na Zewnętrzne Rubieże jest kompletnie niemożliwy. Nie jesteśmy bohaterem Solo, stąd droga na Kessel zajęła nam trochę czasu... Przeskok z jednego tunelu nadprzestrzennego do drugiego był niestety koniecznością. Najbardziej uczęszczane szlaki były kompletnie zdestabilizowane - musieliśmy zatem liczyć na inteligencje i moc obliczeniową komputerów pokładowych naszego statku. No i - może i przede wszystkim - na świetne umiejętności pilotażu Mistrzyni.

   Kiedy dotarliśmy na Kessel... Nasze uszy zaczęły bombardować niekończące się wiadomości - z Kessel oraz Yavin IV. Próbowałem to jakoś rozgraniczyć - nie było możliwości. Często nie dało się do końca zrozumieć która wiadomość pochodziła z którego sektora - było ich zbyt wiele na raz. Przez moment miałem wrażenie, że głośniki konsoli wybuchną wraz z moją głową. Z tego co udało mi się zrozumieć - Kessel dzięki naszym wcześniejszym działaniom udało się względnie bezpiecznie ewakuować. Planeta nie nadawała się do niczego, ale kto przeżył - wracał chyba bezpiecznie. Wiadomości z "drugiej linii" cechował czysty, nieprzenikniony chaos. Dźwięki bitwy, śmierci. Krzyki, wystrzały - wszystko to, co Vongowie mogliby zapewne nazwać muzyką klasyczną. Prośby o pomoc lały się niczym wodospad. Jedne z nich należały do... Redge'a Leeckena. Nacechowanie emocjonalne jego wypowiedzi wprowadziło nas w swoisty przestrach - przynajmniej mnie. Jednak Rycerz wyglądała na równie przejętą. Próby odpowiedzi zdawały się nie być odsłuchiwane albo być po prostu pomijane... Dopiero po chwili Leecken zdawał się w ferworze walki zrozumieć, że przyszły odpowiedzi - nasze. Musieliśmy działać szybko - niewątpliwie. Po prostu zmieniliśmy kierunek naszej wyprawy, chociaż - jak się okazuje - z podobnymi celami. Kolejne godziny lotu były utrapieniem... Pasmem zmartwień wzbogacanym przez odległość między nami a Leeckenem... W ciasnym kokpicie, który w moim wypadku przez szereg myśli zdawał się być więzieniem.

   Wreszcie dotarliśmy na miejsce. To, co tam zobaczyliśmy powalało na każdym spectrum. Zarówno nasze fizyczne zmysły, jak i postrzegania samej Mocy... tłamsiło. Widok - mimo iż nielicznych - punktów Yuuzhańskiej floty majaczącej w termosferze zespalał się z wszechobecnym uczuciem pustki, śmierci i strachu. Chociaż siły nie były powalająco wielkie, jak w niektórych wypadkach - to niewątpliwie tyle wystarczyło. Sam Yavin IV nie był tak zaludniony... Stąd posyłanie nań większej ilości zdawałoby się nie mieć sensu. Pomijając fakt, że mimo wszystko nie powinni mieć racji bytu słysząc to i owo o elitach Prakseum... Jak się potem okazuje obecność Prakseum nie miała większego znaczenia przez wgląd na liczne nieobecności - a przynajmniej żywię nadzieję, że to prawdziwe wytłumaczenie irracjonalnego pozostawienia towarzyszy broni - żołnierzy - na kompletną śmierć. Bez nawet najmniejszego słowa zainteresowania, życzeń powodzenia. Wylądowaliśmy na jakimś bagnie - kierowani poprzez komunikator przez starszego pirotechnika. Dla bezpieczeństwa ustawiliśmy górne działo w automacie... Jakby coś lub ktoś próbował się dobrać do Y-Winga. Ruszyliśmy przez podmokłe, zatęchłe banga; trzymając się krawędzi urwiska wedle rady, aby uniknąć wykrycia. Nie było trzeba było jednak na nie długo czekać... Pierwsi, pojedynczy Vongowie ruszyli na nas. Nie na długo. Kontakty z wrogiem były częste, ale krótkie - były to najpewniej jakieś drobne grupy zwiadowców, które przeczesywały dżunglę celem odnalezienia zbiegów. Wysłano po nas wsparcie... Turystyczne, krajoznawcze. Naszym oczom ukazał się nikt inny, jak były adept Graggnik. Z początku instynktownie miałem zdzielić go w łeb, ale... Pomijając humor - cieszyłem się, że go widzę i wyszedł z tej wojny względnie cało. Zaprowadził nas do opuszczonego kompleksu treningowego... Zrujnowanego. Jak się okazało - celowo.

   Kompleks treningowy przypominał bardziej płonącą ruinę. Był to zabieg celowy, aby zniwelować szansę, że Vongowie będą mieli ochotę przeczesać obiekt. Pomysły Leeckena są niewątpliwie skuteczne. Przy spotkaniu z nim samym wygniótł nam szaty, okazując radość na nasz widok. Przyjacielska atmosfera skończyła się zaraz po tym... Kiedy zobaczyliśmy w jakim stanie są żołnierze, którymi pirotechnik samozwańczo musiał dowodzić z racji całkowitej kasacji dowództwa. Ranni, zmaltretowani, brudni od krwi... To nic. Bardziej przykuwały uwagę straty psychiczne. Trzeba było jakoś podnieść ich na duchu. Udało mi się... przekonać chociaż tego jednego żołnierza, że walka ma sens, że warto - nie tylko dla siebie samego. Okazało się później, że słusznie - żołnierz do samego końca stawiał opór i przeżył. Rad jestem, że to dodatkowe istnienie odcisnęło chociaż marginalny ślad na naszych działaniach. Elia w międzyczasie próbowała uspokajać zabraka, który po prostu... Zwariował. Nie mógł pozbyć się śladu krwi własnego towarzysza na pancerzu; nie mógł tego zrobić bardziej... mentalnie. I tutaj pomocną okazała się Rycerz, która chociaż trochę ostudziła psychikę żołnierza. Małe sukcesy są po zsumowaniu czasem bardziej wartościowe, niż te pojedyncze, większe. Są często niedostrzegalnie równie ważne.
Trzeba było coś zrobić... Nie mogliśmy tak po prostu odlecieć - sam Redge również nie. Chcieli szturmować bazę - zgodziliśmy się być wsparciem... A raczej głównym młotem. Plan który wymyśliliśmy był stosunkowo prosty.
- Podzielić się na dwie grupy. Jedną mieliśmy stanowić my - ja oraz Mistrzyni. Dołączył do nas Redge, który znał hasła zabezpieczające oraz - z własnej woli - miał dopilnować, by sama baza stała się grobowcem dla armii Vongów. Mieliśmy dostać się do hangarów, aby móc przeprowadzić ewakuację i zapewnić reszcie bezpieczeństwo.
- Reszta sprawnych żołnierzy miała prowadzić działania partyzanckie w obrębie bazy - po lasach. W tym wypadku dobrym pomysłem było umieszczenie na miejscu głównodowodzącego Graggnika, który znał las jak nikt inny z obecnych. Grupa ta miała przemieszczać się szybko dookoła, ściągając pojedyncze grupy Yuuzhan z obrębów bazy przy uwzględnieniu przewagi terenu, zaskoczenia. Mieli być nieuchwytni... Po eliminacji zmieniać szybko miejsce - ponawiać aż do skutku. Tym samym mieliśmy mieć większe szanse przy przedostawaniu się do bazy. Część z tych zwierzęcych agresorów miała rozpierzchnąć się po dżungli.
Bez morale czy z... Żołnierze którzy przetrwali - podchodzili do tego sceptycznie, jednak zebrali się bardzo szybko aby wyruszyć. Szliśmy zaraz za nimi kilka bitych godzin, aby w ostateczności dotrzeć do podbitego kompleksu wojskowego.

   Przystanęliśmy na wzgórzu. Wydawało się stosunkowo... cicho i spokojnie. To było jednak złudzenie. Podchodząc trochę bliżej okazało się, że wszystko było w ruinie. Vongowie okupowali dolne rejony "dziedzińca". Górne segmenty były bardziej przejezdne, stąd udaliśmy się właśnie nimi do bramy, która była naszym celem. Wybór drogi był o tyle dobry, że nie mierzyliśmy się z Yuuzhańską armią bezpośrednio... Ciasnota przejść zmuszała ich do przedostawania się w naszą stronę w niezbyt licznych grupach; dlatego też ochrona samego Leeckena - który próbował otworzyć przejście - była znacznie łatwiejsza. Rycerz Elia tutaj trzymała się lepiej ode mnie... Jeden z Vongów wykorzystał moment mojego zawahania i ciął. To jednak było na ten moment nic. Na szczęście Mistrzyni prędko go wyeliminowała. Sam pirotechnik w pewnym momencie również został potraktowany amphistaffem... Ale zdawał się mieć to "gdzieś". Wstał równie szybko jak upadł - zbyt zaabsorbowany próbą otworzenia drzwi. Zdenerwowany - po prostu je wysadził. Ten etap był krótki... Ale to dopiero początek.

   Wnętrze bazy było... Tragiczne. Ślady Vongów były dosłownie wszędzie. Elektryka działała chyba na zapasowych generatorach - to tyle, sądząc po oświetleniu. Dookoła widniały polepione, śmierdzące polipy, które zapewne jeszcze klikanaście godzin temu były normalnie prosperującymi żołnierzami, którzy wypełniali plan swojego żołnierskiego dnia. Redge poszedł w swoją stronę - do piwnic. My mieliśmy za zadanie odnaleźć potrójne wrota, które prowadziły do centrum dowodzenia. Poszłoby o wiele szybciej, gdyby nie tabuny wrogów wypadające na nas zza każdego rogu... I zawiłe korytarze, które potem okazały się prostsze niż z początku wyglądały. Umknęliśmy im chociaż na moment przechodząc do wentylacji kompleksu. Tam... Dostaliśmy się do pomieszczenia - hangaru. Szybko jednak zrezygnowaliśmy na tę chwilę przez wgląd na... Pokaźną liczbę wrogów. Cofając się, po pewnym czasie odkryliśmy, że w wentylacji oprócz nas chowa się jeszcze ranna Twi'lekańska wojskowa. Z początku... Wystraszona otworzyła ogień w naszym kierunku - szybko jednak przestała widząc nasze ostrza. Zasugerowała nam pomoc, jednak jej stan jedynie utrudniłby nam jakiekolwiek szersze działanie. W międzyczasie okazało się, że Leecken wpadł w tarapaty... W związku z tym wyskoczyliśmy z wentylacji, by móc chociaż na moment ściągnąć na siebie Vongów z budynku, którzy go szukali poprzez bezpośrednie starcie. Udało się. Nie mogliśmy zostawić szeregowej w tym samym miejscu, albowiem wrogowie znali już nasze pozycje - zabraliśmy ją więc dalej ukrytymi szybami. Ta wskazała nam drogę do miejsca, w którym już właściwie byliśmy... Hangaru. Chcąc uniknąć takiej liczby przeciwników - tym razem nie mieliśmy żadnego wyboru. Rozpoczęliśmy rzeź. Cięliśmy kolejnych wrogów regularnie - tych jednak zdawało się napływać więcej i więcej. Aż w pewnej chwili po prostu przestali. To był nasz moment aby dostać się do drzwi... Których z początku nie zauważyliśmy - o zgrozo. Na krótką chwilę pobiegliśmy dalej przez kompleks, którego struktury nie znaliśmy - dotarliśmy do punktu wejścia. Musieliśmy się wracać po tym, jak starszy pirotechnik ponaglał nas gwałtowniej i gwałtowniej. Potrójne wrota niezbyt miały ochotę się otworzyć. Odskoczyły jedynie lekko - dalej zadziałała już Elia, która otworzyła je Mocą. Choć... Z perspektywy widza mogłoby to wyglądać jak zawody dla siłaczy z Mistrzynią na podium.

   Weszliśmy do centrum dowodzenia. Wszystko dookoła płonęło - z daleka dało się dostrzec przechadzających się Yuuzhan... Mieliśmy znaleźć konsolę - ale było ich właściwie sporo. Pierwsza z nich okazała się niewłaściwa... W tym samym momencie zauważyli nas Vongowie. O dziwo - nie atakowali. Przywitali nas tylko kulawo we Wspólnym - "Heretycy". Była ich... trójka. Jeden z nich wyróżniał się wzrostem - był kapłanem. Drugi - "czymś". Ja osobiście nic nie czułem, ale zdaję się na Mistrzynię Vile. Dialog był krótki... Ale stosunkowo treściwy. Okazało się, że mamy do czynienia z kuzynem jakiegoś znamienitego Wodza Wojny Tsavongha Laha - Wodzem Qur'al Lahem, który dowodził inwazją na Yavin IV. Ten, który z nami rozmawiał określił się "kapłanem Prawdziwej Drogi"... Wszyscy zgodnie stwierdzili, że Yun-Yammka spaliłby nas na popiół i nie nadajemy się by poznać mądrość Yun-Yuuzhan... Nie muszę chyba tłumaczyć, że dla mnie - niedoinformowanego - zbytnio nie trzyma się to całości. Wciąż wiemy o ich... kulturze, hierarchii niewiele... Stąd może informacje które tutaj spisuję okażą się pomocne. Oddanie naszych ciał Mistrzom Przemian - jak mówili - byłoby ciekawsze i pełniejsze bólu, jednak mieli dla nas ofertę. Chcieli nas - cóż... Zachować jako trofea. A przynajmniej jedno z nas. Kapłan... Wyjął kryształ - szafir z Ankarres. Z początku nie miałem bladego pojęcia czym on jest. Nigdy nie widziałem podobnego kryształu. To ponoć... trofeum po Prakseum. Potem - nim zaczęliśmy walkę... Wspomniano coś o "Objęciach Cierpienia" i tym, że za 10 minut zjawią się posiłki... No i się zaczęło. Ruszyliśmy. Ja związałem walką jednego z nich - Elia zaś na moment zniknęła z mojego pola widzenia, szukając właściwej konsoli. Mistrzyni operowała głównie przy niej, starając się łamać hasła. Dwójka "przywódców" i ich ochroniarz nie obierali konkretnego celu... Ale ja - owszem. Walka była zaciekła. Kapłan nawet - o zgrozo - pogratulował mi świetnego cięcia... Ja skupiałem się na walce - wspierając Rycerz i odwracając od niej uwagę. Ta zaś znakomicie działała na dwóch polach - obsługiwaniu konsoli i odpieraniu ataków. Dzięki jej mieczowi mogłem bez trudu wyeliminować kolejno następnych. Jednak to był dopiero... początek. Po kilku minutach do naszych uszu dobiegły niezliczone ilości kroków, warkotów i krzyków. Yuuzhańskie wsparcie o którym mówił wódz właśnie przybyło. Ich ilość... była zatrważająca. Ale nie poddawaliśmy się - walczyliśmy dzielnie. Elia stale próbowała obsługiwać konsole, jednak w pewnym momencie nie miała już możliwości. Upadaliśmy i wstawaliśmy - byliśmy coraz bardziej wykończeni... Co wróżyło niezbyt dobrze. Wcześniej odniesione rany teraz zostały spotęgowane... Przez kolejne. Mimo to nie poddawaliśmy się. W końcu... Oboje jesteśmy spod tego samego skrzydła. Cięliśmy, uskakiwaliśmy - jednak mentalnie nie można było odczuć, byśmy działali cokolwiek przy takiej liczbie przeciwników. Elia upadła na ziemię. Kilka chwil później i ja do niej dołączyłem. Widząc to kątem oka po prostu chciałem do niej jak najszybciej doskoczyć... Zostawiłem za sobą ślad krwi przez cały korytarz, mijając Yuuzhan w zrywie. Umysł Elii był jednak szybszy ode mnie... Kiedy tam dotarłem - fragmenty potężnych ścian przygniatały sporą część naszych wrogów. Oboje byliśmy już na wykończeniu - ledwie żywi. Krwawiliśmy. Jednak musieliśmy działać... Chyba nie było już odwrotu. Ostatnie co pamiętam to przerażający chłód, który ogarnął mnie kiedy oboje - finalnie trafieni - leżeliśmy pod konsolą... Potem nic więcej. Pustka. Nie wiem co się działo. Kompletnie. Słowa Redge'a z komunikatora, moje słowa, których po prostu nawet nie pamiętam.

   Potem... Nie wiem ile czasu minęło. Udało mi się poświęcić wszystkie siły, by odnaleźć drogę do swojej świadomości. Redge leżał na ziemi - rzucił mi strzykawkę... Niewiele myśląc, słysząc, czując... Wstrzyknąłem substancje. Zmartwychwstałem - takie przez moment miałem myśli. Czułem się, jakby nafaszerowano mnie wszystkimi narkotykami świata. Wszystko dookoła, co jeszcze niedawno żyło, było... poszatkowane niczym wsadzone do wielkiego miksera. Nie wydaje mi się, aby dokonał tego Redge. Wstałem o własnych siłach z czystym umysłem. Dobiłem rannego Vonga, który czołgał się aby wykończyć Leeckena... Otworzyłem hangar przy użyciu kodu, który wydukał mi nasz bohater - pirotechnik... Zgarnąłem wszystkie nasze rzeczy, które były porozrzucane... wszędzie. Ująłem ciało Mistrzyni w chwycie Mocy, Leeckena pod ramię i ruszyłem w kierunku wyjścia, gdzie czekali na nas ocaleli żołnierze i imperialne posiłki z Christophsis. Dalsze części pamiętam zdawkowo, albowiem kończyło się działanie... boty. Zanieśli nas na pokład, gdzie już przebywał medyk. Troje ciężko rannych i jakaś farsa imperialnych śmieszków. Mimo to nie mogę nie być im wdzięcznym. Leecken... pozwolił mi detonować bazę... Chyba się udało, skoro chwilę po tym wszystko zadrżało? Byliśmy bezpieczni - wreszcie. Połowicznie martwi, ale bezpieczni i - powiedzmy - z sukcesem na koncie. Potem dowiedziałem się, że... Żeby nas uratować... Pirotechnik wykonał samobójczą szarżę na plecaku rakietowym, zgarniając naszych oprawców znad naszych ciał. Sam przy tym połamał sobie to i owo...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Gdybym o czymś zapomniał - proszę jak najbardziej o napisanie mi o tym. Byłbym wdzięczny, bo natłok informacji trochę jest.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1392
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 26 sty 2016, 19:38

Tropem pani Bull

1. Data, godzina zdarzenia: 18-19.08.15, 23:00-4:00

2. Opis wydarzenia:

Poczuwając się do odpowiedzialności za losy pana Irgrova Bulla, jako że sam zaprosiłem go do naszej bazy, postanowiłem spełnić dane wcześniej obietnice i pomóc w rozwikłaniu sprawy prawdopodobnego opętania jego żony. Cholernie żałuję, że nie byłem w stanie w porę wyciągnąć wniosków z przeprowadzonego wstępnego śledztwa, oby nie było za późno... do rzeczy jednak.

Otrzymawszy od Mistrza Barta dane co do obecnego miejsca pobytu żony naszego gościa, wyruszyłem zabrawszy stosowny ekwipunek. Na miejscu dość łatwo można było zauważyć, że jest to typowy akademik, niemal wieczna impreza, awantury "studenckie" i inne ciekawe zdarzenia. Dość łatwo wszedłem w rolę poczciwego kumpla Irgrova, który przyjechał sprawdzić co z jego żoną. Dopytywałem się co nieco i udało mi się dowiedzieć, że kobieta chodzi niemal nieobecna, jakby półprzytomna. Ochroniarz mimochodem przytaknął na moje biadolenia odnośnie tego, że pewnie biednej coś "się poprzestawiało". Mężczyzna powiedział mi też, że ktoś ją próbował napaść i być może zgwałcić. Po przejściu kontroli, która na szczęście nie była zbyt dokładna, pojechałem piętro niżej, tam gdzie miała obecnie przebywać kobieta. Cisza nocna w tym segmencie była dość wyraźna, ani śladu tego co zastałem na wejściu. Przystanąłem w korytarzu by zagłębić się w Mocy i po wykryciu życia nieopodal, jakby instynktownie zadzwoniłem do właściwych drzwi. Z ręką na rękojeści pistoletu oczekiwałem na nadejście gospodarza. Wkrótce odpowiedział mi zaniepokojony głos pewnego mężczyzny. Po wyjaśnieniu mu kim jestem, zostałem zaproszony do środka w celu wyjaśnienia całej sprawy, otrzymawszy jedynie zdawkową informację, że pani Bull śpi. Wszedłszy do środka, moim oczom ukazało się prosto urządzone, dość schludne mieszkanie w którym nie było ani śladu po czymkolwiek, o czym opowiadał Irgrov, chociaż rozkład pomieszczenia był identyczny. Nie zauważyłem też nawet pozostałości po jakiejkolwiek kobiecej obecności. Nieco zaskakujące było też, że obydwaj obecni w domu mężczyźni wydawali się w ogóle nie spać w nocy. Pomimo wszelkich masek widać było u nich ciągłe napięcie, niepokój. Zamieniliśmy jedynie kilka słów, gdy jeden z panów poszedł przygotować dla mnie caf, podczas gdy drugi, bardziej dystyngowany podjął się rozmowy ze mną. Przedstawił ich obydwu jako przyjacieli "Bulli". Wspomniał również o ostatniej napaści, twierdząc że wraz ze swoim towarzyszem opiekują się Granką po rzekomym incydencie. Dalej rozmowa potoczyła się w kierunku incydentu opowiedzianego mi przez Grana, tj. gdy poszedł do nowego mieszkania swojej żony i zastał ją opętaną, odmawiającą modły przy jakimś ołtarzu. Niedługo potem rzuciła się na niego z nożem. W wersji mężczyzny usłyszałem historię o tym, jak Irgrov próbował pobić kobietę po ostatniej kłótni z nią, a ona wykorzystała nóż w samoobronie, by go "pogonić". Rozbieżność jest na tyle osobliwa, że daje do myślenia.

Uderzył mnie jednak specyficzny ślad obecny w pomieszczeniu, nikły, jakby zwietrzały, ale mimo wszystko swąd Ciemnej Strony. Mężczyzna dalej opowiadał o niezrównoważeniu psychicznym Grana i o jego dwóch osobowościach, jednej "trzeźwej", drugiej narwanej, chorej i awanturniczej, określając go mianem "typowego patusa". Co szczególnie zwróciło moją uwagę, to nawiązanie do polityki. Według mojego rozmówcy, "z kim się przestaje taką się wersję kupi". Opowiedział mi nieco o związkach Kalamarian z Republiką porównując ich nastawienie, z moim przychylnym nastawieniem wobec wersji pana Bulla. Mężczyzna okazał się być znającym Galaktyczny Wysoki biznesmenem, nieprzychylnie nastawionym do Republiki, zdecydowanie optującym za metodami rządzenia Imperium. Twierdził, że podatki są zbyt wysokie, a ponadto eksport jest nieprzychylny przedsiębiorcom. Jak się kolejno dowiedziałem, pani Bull nie zastałem w mieszkaniu. Zamieszkała u owego biznesmena celem rzekomej ochrony jej przed rozszalałym, odrealnionym mężem. Jeśli chodzi o samo mieszkanie, udało mi się wywnioskować tyle, że owy zwolennik imperium mieszka w apartamencie, na jednym z niższych pięter. Czyżbym był na tropie jednego ze źródeł dofinansowania Kultu? Trudno jednoznacznie orzec. Następnie udałem się do toalety, szukając czegokolwiek. Sypialnia, przez którą przeszedłem była jakby ledwo co posprzątana, niemal pusta, poza kartonami pod łóżkiem, które zwróciły moją uwagę. W samej łazience nie znalazłem nic, poza tym że każdy ręcznik, szczoteczka, pasta, każdy jeden przybór wydawał się być z innej parafii, jakby kupiony każdy w innym sklepie. Na miejscu zabezpieczyłem włosy ze szczoteczek, być może materiał genetyczny z nich będzie nam jakkolwiek pomóc. W kartonach z kolei poza męskimi ubraniami znalazłem trzy grube księgi o kultach religijnych Jądra, stosunkowo stare, ze zbiorów Głównej Biblioteki Prall, Miejskiej Biblioteki Prak, Centralnej Biblioteki Prak. Nieco zaskakuje rozbieżność odległości. Wygląda jakby ktoś szukał czegoś konkretnego, tym bardziej że sfotografowane przeze mnie woluminy wydają się być niemal wiekowe.

Nie miałem czasu na więcej oględzin, niemal zostałem przyłapany przez drugiego z obecnych mężczyzn, stosując wymówkę o połączeniu, które pilnie musiałem odebrać. Resztę czasu spędziłem w mieszkaniu na dopijaniu kawy i przemyśleniach. W jakiś sposób mój pierwotny rozmówca zdążył obrócić do sklepu, trzymając siatkę z przedmiotami, których nie udało mi się zidentyfikować. Wyrzucił ją następnie dość luźno zwiniętą do kosza, co przeoczyłem sprawdzić. W międzyczasie weszła jeszcze kobieta, która chciała uprzedzić głównego najemcę o awarii rury na piętrze powyżej. Ja z kolei z rosnącym mętlikiem w głowie w końcu zabrałem się do odejścia. Zostałem pożegnany z wyraźną niecierpliwością, niepokojem. Będąc już na korytarzu spróbowałem cokolwiek nagrać z rozmów po moim wyjściu, załączam zapis:
"<Dobra, ide spać. Jeszcze sie tylko...>
...
<Padnięty jestem jak.... po... libacji.>
<... Węszy... jebany... W ogóle... Pewnie... Republice... Dobra chuj... Idę... Piiwoo...>
<A jutro... robota... wcześnie... nie dam rady.>
<Taka... rola...>"

Po wyjściu zamieniłem jeszcze parę słów z ochroniarzem i z Irgrovem. Zarzekał się o prawdziwości swoich zeznań i wydawał się wyraźnie zbulwersowany wersją mężczyzn. Nie wiem na ile udolnie przeprowadziłem do śledztwo, miałem na sobie ciągłe uczucie zagrożenia, nie wiedziałem kim są ci dwaj i czego się mogę po nich spodziewać. Mam tylko nadzieję, że nie zwróciłem zbytnio ich uwagi, ani że odwleczenie czasowe spisania moich wniosków nie przesądzi o losach tej kobiety.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Zabezpieczyłem próbki włosów ze szczoteczki do analizy.
- Zabezpieczyłem zdjęcia woluminów ze znalezionego kartonu.
Przepraszam najmocniej za opóźnienie, w szczególności pana Irgrova. Niedługo wracam do domu.

4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 213
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 03 lut 2016, 19:23

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 31.01.16 22:00 - 01:30

2. Opis wydarzenia:

Ostatni czas nie był dla nas najlepszy. Większość z Jedi była w ciężkim stanie, niezdolna do normalnego funkcjonowania. Całkowite opętanie Angara przez Voliandera, oraz atak na Inkwizytora Barta - niemal zakończony śmiercią drugiego - był ciosem, który dodatkowo trafił w naszej morale. Nie zdziwiłem się, gdy po krótkim treningu z Uczniem Fenderusem, zostałem wezwany przez przebudzonego Inkwizytora.

Zgodnie z umową zawartą z policją, otrzymaliśmy komunikat, wzywający o udzielenie pomocy. Powiedziano nam, że w grupce archeologów badających jakiś antyczny punkt religijny, ktoś zasłabł. Na każdej innej planecie, zareagowałbym machnięciem ręki - w końcu na takich wysokościach, w takiej atmosferze, każdy człowiek mógłby stracić przytomność przy zbyt dużym wysiłku. Ale mówimy tu o Prakith - naszym kochanym Prakith, z setkami kanibalistycznych Kultystów, potężnymi Starszymi, oraz Volianderem. Od razu spodziewaliśmy się właśnie działalności Kultu, lub jego przywódców. Natychmiast polecieliśmy na miejsce promem, przedtem tylko zaopatrując się w broń i cieplejsze ubranie.

Dotarcie na miejsce samo w sobie stanowiło komplikację. Nie było żadnego miejsca do lądowania, poza niewielkim wzniesieniem, oddzielonym od świątyni dwustumetrową przepaścią. Nie ma sensu wchodzić we wszystkie szczegóły - główkowaliśmy jakiś czas, aż w końcu Fenderus wyrzucił mnie na samej Świątyni, samemu przeskakując dystans.

Na miejscu Fenderus przeskanował otoczenie Mocą. Później powiedział mi, że Moc wydawała się "zamglona". Wyczuł jednak w niej dwie obecności. Ja zdążyłem do tego czasu wyłącznie ustawić blaster na ogłuszanie, zanim natrafiliśmy na owe dwie obecności - dwóch wyraźnie nie swoich mężczyzn.

Pierwsze co zrobiliśmy, to podaliśmy się za medyków, przybyłych na miejsce z powodu zgłoszenia. Już sam fakt, że z Mocą było nie w porządku mnie zmartwił. Mężczyźni stanowili tylko kolejną kroplę w czarze goryczy. Byli wyraźnie zmęczeni, osłabieni, nieswoi. Wydawali się kompletnie nie rozumieć, co do nich mówiliśmy, wielokrotnie zaprzeczając temu, co sami przed chwilą powiedzieli. Na początku nawet nie zdawali sobie sprawy z istnienia jakiejś operacji archeologicznej. Oczywiście, najpierw pomyślałem, że po prostu nie oni byli osobami, które nas wezwały. Że są jakimiś naprawdę przypadkowymi przybłędami. Jednak nie w tym rzecz.

W końcu, po kilkunastu minutach próby dowiedzenia się czegokolwiek, w końcu jeden z mężczyzn burknął coś o ich wykopaliskach i o wezwaniu nas na miejsce. Do tego czasu jego kolega poszedł spać, kompletnie opanowany znużeniem. Sam mężczyzna trzymał się na nogach, ale sam wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Był jednak gotowy nas zaprowadzić do obszaru badań i pokazać wszystko. I tak mieliśmy zamiar sprawdzić resztę Świątyni - czy to szukając innych ludzi, czy źródła zamieszania - a Fenderus uznał, że to dobry pomysł. Telepatycznie przekazał mi, że podejrzewał opętanie i wolał mieć jedynego z przytomnych archeologów na oku, na wszelki wypadek.

Nie minęło zbyt dużo czasu, zanim dotarliśmy do niemal całkowicie skąpanej w ciemności komnaty, w której archeolodzy prowadzili swoje badania. Znaleźliśmy tam trochę narzędzi, przeróżny sprzęt, oraz samo znalezisko, jakie archeolodzy wykopali - małe, kamienne tabliczki, na których wyryto napisy w jakimś języku. Gdy zobaczyłem tabliczki, coś kliknęło w mojej głowie. Pomyślałem, że to może właśnie one są źródłem stanu mężczyzn, będąc jakimś potężnym artefaktem Ciemnej Strony.

Fenderus i ja nie mieliśmy zbyt dużo czasu na kontemplację. Archeolog od razu zaczął się dziwnie zachowywać, gdy tylko znalazł się w pobliżu płyt. Krótko mówiąc - próbował je zniszczyć. Fenderus i ja zdołaliśmy jednak go powstrzymać. Opanował się i skłoniliśmy go do powrotu na górę. Jeśli do tego czasu którykolwiek z nas w to wątpił, teraz mieliśmy pewność, że to co się działo, było związane z tablicami. Dla bezpieczeństwa, Fenderus złapał je Mocą, podczas gdy ja wziąłem wszystkie narzędzia i sprzęt archeologów.

Gdy wróciliśmy na górę, Fenderus polecił mi popilnować mężczyzn, samemu chcąc wziąć statek i naszykować go do lotu. Zanim jednak zdołał cokolwiek zrobić, przytomny archeolog zaatakował nas. Próbował zmiażdżyć tablice przy użyciu Mocy, a mnie odepchnął nad rozciągającą się w dole przepaść. Fenderus zdołał ochronić tablice minimalnie, a potem użył Mocy, by ściągnąć mnie nad ziemię. I choć nieco się pobijałem, byłem gotowy oddać strzał ogłuszający w archeologa - a przynajmniej miałem taki plan. Fenderus użył mnie jako pocisku, wykorzystując moje ciało do zwalenia archeologa z nóg - w dużej mierze słuszna decyzja. Archeolog nie był już w stanie aktywnie niszczyć płytek, a ja i Fenderus osaczyliśmy go. Aqualish zdołał odrzucić tablice daleko do tyłu, poza zasięg opętanego mężczyzny - co niestety skończyło się gorzej dla samych tablic.

Opętany próbował się do nich dostać, ale nie zdołał zrobić już nic więcej, pomimo Mocy. Kilka strzałów z blastera i opór Fenderusa ostatecznie powaliły go nieprzytomnego na ziemię. Dotychczas nie byłem pewien, kto dokładnie był winny całego zajścia. Nie miałem jednak wątpliwości, gdy Fenderus przysłowiowo "pocisnął" Starszym, a w odpowiedzi obydwaj wyczuliśmy agresję w Mocy.

Nie było zbytnio sensu stać tam i czekać. Fenderus pobiegł po statek, a ja podciągnąłem - potraktowanych dodatkowymi blasterowymi pociskami ogłuszającymi - ich na sam koniec dachu, na którym staliśmy. Fenderus podleciał wkrótce potem, by pomóc mi ich wciągnąć na pokład i zamknąć w kabinach promu. Włożyliśmy jeszcze tylko tablice do schowka, zanim prom był naszykowany do startu. Siedziałem w przedziale pasażerskim, będąc gotowym do ogłuszenia naszych pasażerów, gdy tylko by się obudzili.

Zanim jednak cokolwiek dotarliśmy do bazy, miałem zrobić zdjęcie tabliczek - były w koszmarnym stanie i warto było zyskać cokolwiek z tej sytuacji. Nasza największą nadzieją było wypytanie samych archeologów o całe ich badania. Na szczęście, nie musieliśmy. Minęło kilka minut od wejścia na pokład, jak odezwał się komunikator jednego z archeologów. Dzwoniła jego żona.

Kobieta była całkowicie przerażona faktem, że jej mąż został zabrany przez nas (podaliśmy się za medyków). Chciała od razu po niego polecieć. Nie chcąc ryzykować ujawnienia, staraliśmy się jej wybić to z głowy. Wymyśliliśmy, że zabraliśmy ich do specjalnej placówki, gdzie przez kilka dni będziemy badać stan archeologów. Chodziło o możliwość istnienia jakichś toksycznych pleśni lub bakterii w świątyni, które mogły zostać złapane przez mężczyzn. I choć nie dała prędko za wygraną, kobieta w końcu się poddała. Była natomiast gotowa powiedzieć nam o szczegółach całych badań archeologicznych. W tym momencie mniej więcej zrozumieliśmy, dlaczego Kult tak bardzo chciał nam odebrać te tablice.

Okazało się, że mężczyźni od dłuższego czasu badali korzenie religijnych ruchów Prakith, oraz samej historii planety. Badali pradawne kopalnie i konstrukcje Prakith. Powiedziała, że świątynia była zbudowana na cześć dawnego boga Prakith. Budowniczy świątyni, jej styl i ona sama - to wszystko pochodzi z Korriban, sprzed czterech tysięcy lat.

Nie jestem w stanie opisać szoku, jaki wtedy doznałem. Dla niewtajemniczonych - bliski przyjaciel mojej rodziny to historyk, który pół życia spędził badając historię Jedi i Sithów, Starej Republiki. Skompletował bardzo pokaźny zapas tej wiedzy. Od niego dowiedziałem się między innymi o Korriban - pradawnej ojczyzny Sithów, odciętej od reszty galaktyki, gigantycznego cmentarzyska. Podobno planeta była miejscem tak niebezpiecznym, że nawet w celach akademickich, nikt nie mógł się na nią zapuścić, a jej koordynaty były niedostępne publicznie. Świadomość, że to z tego miejsca pochodzi religijny fundament Prakith spowodowała podejście mi serca do gardła.

Nie na tym się skończyło. Fenderus pomyślał o czymś, co nawet nie przyszło mi na myśl - Voliander podawał się za antycznego lorda Sith, sprzed czterech tysięcy lat.
"Voliander jest antycznym, pradawnym bogiem Prakith". Ta myśl naprawdę mnie przeraziła. Jeśli świątynia była mu rzeczywiście poświęcona, to te tabliczki mogły zawierać kluczowe informacje o nim, lub o samym Kulcie.

Z tego potoku myśli wyrwała nas kobieta, oczekując naszej odpowiedzi. Uspokoiliśmy ją ponownie, zapewniając, że jej mąż wkrótce opuści naszą placówkę "medyczną". Rozłączyliśmy się, nadal wstrząśnięci informacją - a przynajmniej ja byłem wstrząśnięty.

Razem z Fenderusem gadaliśmy przez chwilę, zastanawiając się nad tym wszystkim. Zeszliśmy na wiele innych tematów, które jednak nie są warte wspomnienia. W końcu Aqualish poszedł do kabiny, by w końcu dolecieć do bazy. Polecił mi się zdrzemnąć, co też ostatecznie zrobiłem. W drodze do bazy - na szczęście - nie wydarzyło się nic więcej.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Archeolodzy przebywają na pokładzie Sentinela. Powinniśmy dość szybko z nimi porozmawiać i dowiedzieć się, do czego doszli podczas swoich badań. Nie wiem, kiedy będziemy musieli w końcu ich wypuścić.

Nie wiem, gdzie znajdują się tabliczki ze świątyni - niewykluczone, że nadal w Sentinelu. Podobnie jak w przypadku archeologów i ich prac, zalecam przyjrzenie się im, oraz ich właściwością. Są w kiepskim stanie, ale zawsze mogą zawierać jakieś kluczowe informacje.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 406
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Angar Makkaru dodano: 16 lut 2016, 21:08

Lokaj

1.Data, godzina zdarzenia: 8.01.15 21:00 - 01.00 i 14.01.15 21:00 - 00:00

2.Opis wydarzenia:

Po tym jak mnie oskalpowano, zaniesiono mnie do kliniki przy bazie Króla Kopalń. Rodianiec wydał na mnie ciężki szmalec, bo oprócz wszczepów, które mi zafundował, znajdowały się w terapii kompiele w zbiorniku z Bactą. Nie pamiętam, ile spałem. Pamiętam natomiast, że gdy się obudziłem, przed moim łóżkiem stało kilku najemników, Król Kopalń i jakiś jego gość (chyba nawet wspólnik). Oprócz kuracji, Król Kopalń kazał mi również wszczepić urządzenie, które z użyciem pilota emitowało porażenie prądem. Rodianin uroczyście mianował mnie swoim lokajem. Naturalnie nie byłem zadowolony, bo służenie tej świni to ostatnie, co bym zrobił.

Za chwilę po tym odszedł ze swoim gościem, a jego najemnikom kazano odprowadzić mnie do stołówki, gdzie miałem spożyć posiłek. Zasiadłem z najemnikami przy stoliku. Rozmawiali ze sobą luźno. W pewnej chwili jeden z nich rozpoczął dyskusję o tym, jak to król gnoi najemników i pora coś z tym zrobić. Wszyscy zgodzili się z tezą. Od razu zaczęto planować, co można zrobić, by się sukinsyna pozbyć; jak przejąć cały biznes po jego śmierci, żeby był prawnie legalny. Wszystkie spojrzenia zeszły na mnie. To ja byłem najbliżej Króla i to ja mogłem go kropnąć z dobrej odległości. Pomysł wydawał mi się sceptyczny, no bo przy Królu zawsze stał drugi Rodianiec z plecakiem. Nosił karabin DC, więc mierzenie się z nim to prawie samobójstwo. Najemnicy powiedzieli, że będą mnie osłaniać, w razie powodzenia akcji. Nie miałem wyboru - albo Król, albo ja.

Pierwszym etapem było przygotowanie mnie do zamachu. Nie mogłem wbiec tam z bronią w łapie, bo by mnie rozwalili. Najemnik-Kel Dor wpadł na genialny pomysł. Postanowili schować mi blaster... w kanionie. Nie będę używał tu wulgarnych określeń pośladków - domyślicie się, o co biega. Odwrócony do góry spustem blaster wsadzono między pośladki, tak by lufa znajdowała się nad centralnym narządem rozrodczym. Miałem po prostu podejść do Króla, udać, że drapię się po tyłku i w tym samym czasie oddać strzał - proste na schemacie.

Drugim etapem było wkroczenie na basen Króla, na którym znajdował się wraz ze swym gościem. W odpowiednim momencie, miałem mu po prostu strzelić boltem w pysk.
Odprawili mnie. Ruszyłem na basen. Kryta pływalnia znajdowała się kawałek od monumentalnej siedziby Rodianina - może z 200 metrów. Z daleka było widać miasto - być może Prak, zważywszy na rozmiary. Wszedłem na pływalnię i od razu zacząłem szukać Rodianina.

Gruby Rodianin pływał. Koło basenu stał jego ochroniarz, najemnik-Chiss i gość Króla Kopalń. Król zachęcał go do kąpieli, jednak ten sceptycznie podchodził do całej tej sprawy - widać było na jego twarzy nieśmiałość, niepewność. W pewnym momencie król kazał wezwać do siebie jedną z "dziewczyn", która oferowała mu masaż a także sok "wyciskany piersiami przez niewolnice". Kazał przyprowadzić sobie jedną z niewolniczek - była to dziewięcio czy dziesięcioletnia Twi'lekanka. Jakim sukinsynem trzeba być, by więzić nawet dzieci?
Czas się kończył, a ja nie miałem pomysłu jak dyskretnie podejść i dokonać dzieła. Gość Króla chciał już wychodzić, jednak Rodianin chciał go zatrzymać. Doszli razem do drzwi, a w tym czasie najemnik szybko zabrał dziewczynkę tam, skąd przybyła. Gość jakoś się przekonał i postanowił, że chwilę popływa. W tym samym czasie przyszedł Pars - płaszczył się przed Królem jak to miał w zwyczaju, gdy się spotykali. Odszedł na bok, natomiast mnie Rodianiec kazał pokazać jemu i gościowi jakąś sztuczkę... Nie jestem żadnym magikiem, ale musiałem jakoś sprzątnąć typa. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to trik z kciukiem - że niby odłączał się od dłoni. Nie pomogło. Zamiast tego postanowiłem, że pokażę mu coś innego. Sięgnęłem do spodni i...

Wystrzał rozległ się po pływalni, rozpruwając moje spodnie. Rodianiec nawet nie miał szans - pocisk przeszył go jak igła winogronko. Padł bezwładnie na ziemię. Gość szybko się wycofał, jak i ja - a przynajmniej próbowałem. Drzwi zatrzasnęły się przede mną, a ochroniarz Rodianina już chciał do mnie strzelać. Pars i Chiss wyjęli broń i również zaczęli walić do ochroniarza. Rozpętało się piekło. Szybko doskoczyłem do spluwy, która wypadła mi podczas egzekucji i chciałem wspomóc Parsa swoim ogniem - z marnym skutkiem. Rodianiec rozwalił Chissa na miejscu strzałem w głowę. Pocisk przedziurawił mi nogę. Doczołgałem się do kolumny, za którą miałem zamiar chronić się przed jakimkolwiek ostrzałem. Za chwilę do Parsa dołączył najemnik-Kel Dor, który karabinem zaczął wspomagać ostrzał. Obaj rozwalili ochroniarza. Wszystko mijało tak szybko. Kiedy jest się tak rannym, osłabionym, szybko traci się rachubę czasu. Przyszedł do mnie Kel Dor. Gadał, że "to nic osobistego, więcej szmalu dla nas" i tak dalej. Zaraz po tym wycelował we mnie karabinem - cóż, spodziewałem się takiego końca. Kel Dor natomiast opuścił broń i zaczął się śmiać - żart mu się udał, to trzeba przyznać. Kel Dor pomógł mi przenieść się bliżej Parsa. Zaproponowałem, żeby za to wszystko, pozwolili mi teraz odejść. Pars powiedział, że to wykluczone - za dużo wiedziałem. Jeden z najemników natomiast rzucił stwierdzeniem, które padło również na naradzie przed zamachem, że mógłbym do nich dołączyć, jako równy najemnik - dostawałbym kredyty. Po prostu normalna robota. Wspominając o rozwalonej nodze, najemnicy zaraz zabrali mnie i rannego przez postrzał Parsa do kliniki Króla Kopalń. Straciłem przytomność.



Podobno spałem prawie tydzień. Mojej rozstrzelanej nogi nie dało się uratować. Aby nie gniła, obcięto ją i wstawiono dość toporny zamiennik w postaci protezy - niewymiarowa, stara proteza krępowała ruchy, ale mimo wszystko można było chodzić. Czekali na mnie najemnik-Nikto i Gran Waylon. Mieliśmy się przejść do głównej sali, bo był "problem". Podobno "super, fajnie, Rodianiec nie żyje, Pars załatwia papiery", ale najemnicy mieli jeszcze jeden problem - Bamfa Króla Kopalń. Zżerała liście w holu, a trzeba było ją stamtąd zabrać. Najemnik-Kel Dor załatwił kupca, a my mieliśmy tylko dostarczyć ją na miejsce. Zagarnięcie zwierzęcia na statek było ciężkie - Bamfa kręciła się po holu, często zbaczała z mojego wabika w postaci kilku liści z donicy, które obgryzała. W końcu udało się ją załadować. Leciałem ja, Nikto i jego kolega. Poszedłem się zdrzemnąć przed lądowaniem.

Gdy wylądowaliśmy, wyprowadziliśmy Bamfę z pokładu, w stronę sali, w której miało się odbyć spotkanie. W wielkiej sali z rowerami repulsorowymi. Był tam młody facet i jego ochroniarz - Chistori. Przeszukano nas - wszystko było w porządku. Rozpoczęliśmy negocjację. Nie będę tutaj rozpisywał o tym, jak to wyglądało. W skrócie - Jeśli młodzian miał kupić Bamfę, która w dodatku była ciężarna, to miałby zapłacić najpierw za matkę, a drugie tyle za jej dziecko, gdy się urodzi. Podczas negocjacji, zauważyłem, że przy pomocy roweru mógłbym stąd uciec - o co chodziło mi, gdy tylko załatwiłem Króla Kopalń. Przejście było jednak zastawione polem energetycznym. Zauważyłem, że młody miał przy sobie jakiegoś pilota - zagadując, zwędziłem sprzęt. Jakoś specjalnie dobrze mi te negocjacje nie poszły - wszyscy wyganiali mnie do statku. To był mój czas.

Poderwałem się i pobiegłem w stronę roweru. Odpaliłem silnik, niestety źle pokierowałem maszyną i wleciałem do hangaru, w którym stał nasz statek. Gwałtownie hamując, rozbiłem rower na ścianie na statku. Szybko zamknąłem rampę, każąc pilotowi się wznosić - ten wręcz przeciwnie, otworzył drogę dla swoich kompanów. Siłowaliśmy się z kontrolowaniem rampy. Nieuniknionym było, że zaraz mnie dorwą - "raz Bamfie śmierć", jak to mówią. Wyskoczyłem od razu, gdy ci wbiegli na statek - chyba nawet nie zorientowali się w pierwszej chwili, że ich minąłem. Jeden z nich postrzelił mnie podczas ucieczki, jednak mimo wszystko biegłem dalej. Buzowała we mnie krew, zacisnąłem pięści. W biegu sprawdziłem jak działa pilot, jednak nie działał jak powinien. Rzuciłem go za siebie, podbiegłem do kolejnego roweru, włączyłem silnik. Spojrzałem na kierownicę, chcąc ogarnąć odpowiedni przycisk - był na kierownicy. Ruszyłem z kopyta. Minąłem jednego i drugiego najemnika, wleciałem do tunelu, uprzednio wyłączając pole siłowe, które zamknąłem, gdy tylko wyleciałem - to dało mi trochę czasu.

Wyleciałem gdzieś na Prakith - Lecąc, nie dbałem o to, czy gonią mnie, czy nie. Leciałem najszybciej jak mogłem. Pościg trwał przynajmniej kwadrans - lot dłużył się i dłużył. Na czterdziestym kilometrze, widząc jakiegoś mężczyznę koło domu przy drodze, szybko zatrzymałem się. Pytałem, gdzie jestem, co tu robię. Facet powiedział mi tylko, że jestem jakieś paręnaście kilometrów od najbliższego miasta, a z tej kotliny niestety nie dało się wylecieć - za wysokie góry. Za chwilę po tym usłyszałem lecących za mną jegomości - Nikto i Chistori. Jeden z nich postrzelił stojącego obok mnie faceta - ten szybko wezwał gliny. Ja w tym czasie zacząłem uciekać. Minąłem facetów i leciałem jak najdalej, wgłąb doliny. Czułem ogon - walili do mnie na oślep. Tymczasem na horyzoncie widać było przepaść. Nawet nie zwalniałem silników z morderczej pracy - wyskoczyłem nad przepaścią. Czas nieco zwolnił - widziałem głęboką przepaść poniżej moich nóg. Udało mi się wylądować - ruszyłem dalej. Tamci dalej za mną. W końcu ukazał się ślepy zaułek - nie miałem wyboru - cofnąłem się. Ponownie ich minąłem. Rower nie wytrzymał - zesrał się przy krawędzi, zestrzelony. Zatrzymali się przed krawędzią - ja cofnąłem się do skarpy. Zmordowany, zmęczony, wycieńczony - tak można było opisać mój stan. Nikto nawoływał, aby nie strzelać - Chistori natomiast bardzo chciał mnie rozwalić. Na negocjacjach się nie skończyło. Nikto wyjął broń i postrzelił towarzysza pociskiem ogłuszającym.

Zadał mi jedno pytanie, na które umiałem odpowiedzieć, a jednocześnie bałem się to zrobić. Bałem się reakcji Nikto - to w końcu mafiozo. Ja byłem bezbronny - on dzierżył blaster. Odpowiedziałem mu. Jestem Jedi. Przestraszył się. Zaczął wspominać, że jestem niesamowity, że on nie chciałby, aby inni Jedi zabili w odwecie za moją śmierć, jego i jego kolegów. Opowiedziałem mu kim jestem, dlaczego się znalazłem wśród nich. Mieliśmy się dogadać co do powrotu do kwatery. Nikto dobił Chistoriego, który leżał nieprzytomny - aby ten nie doniósł o tym, co się stało. Gdybym wiedział, co się zaraz stanie, powstrzymałbym go.

Ni stąd ni zowąd pojawił się jakiś facet w pancerzu - to był Sierżant Vreyx. Zaraz koło niego stanął Kapral Aurbere Vin. Cofnąłem się do nich, wytłumaczyłem sytuację, a oni zajęli się Nikto. Vreyx zlecił mi, abym wezwał Służbę Ochrony Zwierząt, by zajęli się Bamfą, która pojawiła się z drugiej strony przepaści - widocznie również uciekła. Gdy tylko wszystko załatwiliśmy, chwyciłem się Vreyxa, który przy pomocy plecaka przetransportował mnie na ich statek.

Reszty nie pamiętam. Musiałem zasnąć na statku z powodu wycieńczenia. Obudziłem się dopiero w naszym ambulatorium.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

-Razem z Aurberem opracowaliśmy mapę miejsc, w których byłem. Załączona do raportu.
-Zaciążona Bamfa trafi najprawdopodobniej do Zoo. Bądźmy dobrej myśli.
-Obiecałem Nikto, że ułaskawię go, jako jedynego członka całej organizacji.

4. Autor: Padawan Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Angar Makkaru
Były członek
 
Posty: 498
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Lokalizacja: Prakith
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 23 lut 2016, 18:24

Archeolog, Adept i Bohaterska Żona

1. Data, godzina zdarzenia: 22.02.16 23:00 - 01:30

2. Opis wydarzenia:

W normalnych okolicznościach, pewnie skończyłbym na wpisie w Sieci Wewnętrznej. Jednak moja skłonność do przesadnego dramatyzowania, oraz niepewność, że zdołam wcisnąć wszystko do krótkie wiadomości, sprawiają, że jestem bardziej skłonny machnąć krótkie sprawozdanie - szczególnie, że musi być ono przekazane naszym sojusznikom z policji. Ale do rzeczy.

Zapewne wszyscy z was pamiętają pewnego archeologa, który przebywał w naszej bazie trzy tygodnie temu - jeśli nie, odsyłam do sprawozdania z tamtego wydarzenia. Mężczyzna przebywał u nas przez kilka dni. Ostatniego dnia, gdy było pewne, że nic więcej im nie jest, wzięliśmy się porządnie do przesłuchania go, oraz do zbadania znalezionych tabliczek. Adept Brealin zrobił im dokładne zdjęcia, po czym pokazał je archeologowi, prosząc o możliwe przetłumaczenie tekstu. Niestety, ale pomimo znajomości samego języka, nasz gość nie był zdolny do odczytania czegokolwiek. Tabliczki zostały tak zniszczone, że stały się praktycznie zbiorem poszczególnych liter i znaków. Ułożenie jakiejkolwiek konkretnej treści było praktycznie niemożliwe - szczególnie, że wiele fragmentów najpewniej dosłownie obróciła się w proch.

Nie oznacza to jednak, że nie wyciągnęliśmy nic konkretnego od samego archeologa. Potwierdził on, że tabliczki zapisano w alfabecie - i najpewniej języku - blisko zbliżonym do języka Sithów, a dokładnie Myke. Wiemy też, że sama świątynia rzeczywiście została zbudowana na cześć Voliandera. Prakith był bardzo religijny i przeróżne kulty religijne stanowią dużą część jego przeszłości. Choć sam archeolog raczej sugerował, że świątynia Voliandera była raczej budowlą konstruowaną jako formę okazania szacunku, jako swoisty pomnik, aniżeli ołtarz stworzony na cześć niedoszłego boga. Nie wiemy, czy koloniści Prakith pochodzili z dawnej Przestrzeni Sithów, jednak sam Voliander - najpewniej tak. Nie wiemy jednak, czy jakiekolwiek inne budowle na Prakith również są bezpośrednio z nim powiązane. Prakith jest pełne starych kopalń i konstrukcji w niecywilizowanych rejonach planety, więc znalezienie czegokolwiek może graniczyć z cudem - szczególnie, że większość takich miejsc najpewniej została już w ten, czy inny sposób splądrowana. Tak czy siak, prawdziwe znaczenie tabliczek możemy ograniczyć praktycznie wyłącznie do jakichś teorii.

Archeolog nie miał już więcej zbyt wiele do powiedzenia - przynajmniej na razie. Nie mogliśmy jednak tak po prostu go wypuścić, bez ochrony. Zostawiłem mu nasze dane kontaktowe. Razem z Brealinem przekonaliśmy go, że odczucia paranoi, czy zagrożenia ze strony obcych ludzi może być reakcją pochodną tego, co stało się w świątyni. Razem z żoną mieli do nas dzwonić gdy tylko miałby wrażenie, że dzieje się coś nietypowego, lub podejrzanego. Potem puściliśmy go wolno, zamawiając mu taksówkę. Nadal był przekonany, że stanowimy placówkę medyczną. Po jego odlocie, oczekiwaliśmy na jakiekolwiek wiadomości. Nic jednak się nie pojawiło, aż do wczoraj.

Po krótkiej, normalnej rozmowie z sierżantem Vinem, oraz Padawanem Bar'a'ką, otrzymałem nagły komunikat. Pochodził od żony archeologa. Nie była to jednak wiadomość o paranoi, czy zasłabnięciu - do ich mieszkania włamało się dwoje mężczyzn, a oni sami ledwo uciekli ścigaczem. Jeden napastnik nie żył, ale sam archeolog był nieprzytomny.

Trudno jasno określić mieszaninę emocji, jaka wtedy zapanowała mi w głowie. Na początku liczyłem, że zdoła dotrzeć do nas, lecz zaprzeczyła. Ustaliła, że dotrze do opuszczonego kompleksu, osiemdziesiąt kilometrów od miasta. Kazałem im za wszelką cenę nie poddawać się napastnikom - już wtedy byłem pewien, że pochodzą od Kultu. Złapałem niezwłocznie za broń i płaszcz. Po raz kolejny byłem zmuszony skorzystać z czyjejś pomocy w roli kierowcy - muszę w końcu nauczyć się prowadzić. Tą osobą został nie kto inny, jak Redge. Żołnierz zgodził się podrzucić mnie na miejsce, choć zaprzeczył możliwości brania udziału w walce, ze względu na swoje protezy. Nie miałem z tym problemu - życie tamtej dwójki było moją odpowiedzialnością.

Lot na miejsce nie wymaga zbyt wielu komentarzy, poza jednym - Redge o ile jest ochoczym, tak na pewno nie należy do utalentowanych kierowców. Sam wylot z bazy spowodował u mnie odruch wymiotny - dosłownie - któremu Redge doradził mi się poddać, podając mi dodatkowo tabletkę przeczyszczającą. Puściłem szybkiego pawia, by po chwili znowu znaleźć się na pokładzie ścigacza. Pogoda było absolutnie potworna - lało niemiłosiernie, wręcz zakrywając niebo - więc szybko przemokłem. Na miejscu wszystko było zalane.

Cel podróży był opuszczonym kompleksem. Wyrzucono mnie na lądowisku, na którym znajdowały się dwa ścigacze - jeden w pełni sprawny zablokowany, drugi uszkodzony. Nie wiedziałem, jak groźny może okazać się napastnik, więc starałem się poruszać w miarę cicho. Jedynym dostępnym dla mnie kierunkiem, była ukośna platforma, otoczona zewsząd wodą, aczkolwiek znajdująca się pod dachem. Za pomocą Mocy zdołałem wyczuć trzy obecności, choć nie było to łatwe - cały czas targały mną emocje, wręcz nie mogłem się skupić. Zacząłem iść w górę platformy. Gdy dotarłem nad krawędź - poniżej której znajdowała się ogromna ilość wody w niewielkim rowie - nagle ktoś pojawił się za mną. Tą osobą okazał się jeden z napastników, Trandoshanin uzbrojony w granaty i blaster. Niemal podskoczyłem w miejscu, a stałem na samej krawędzi. Gdy usłyszałem głos za sobą - a w dodatku głos mówiący "Rzuć broń, bo nas rozwalę obydwu" - odruchowo się odwróciłem z bronią gotową do strzału i odruchowo zrobiłem krok w tył. Tenże krok posłał mnie prosto do rowu, w wodę. Zaskoczyło to tak mnie, jak i napastnika. Nie mogłem łatwo się wydostać, bo między mną a lądowiskiem znajdował się ciąg bloków betonowych, pomiędzy którymi również znajdowała się woda.

Trandoshanin zagroził, że jeśli nie wyrzucę broni, to zrzuci na dół granat i mnie wykończy. W tamtej chwili jednak najważniejsze było dla mnie uratowanie tamtej pary i nie zamierzałem dać się zastraszyć. Wypaliłem serię w Trandoshanina, która niestety spudłowała - żeby nie było, wcześniej ustawiłem broń na ogłuszanie. Wykorzystałem to, by wspiąć się po bloku. Zaczęła się dość długa przeprawa.

Trandoshanin co chwila próbował mnie zastrzelić - a dymiące dziury wielkości pięści w betonie przekonały mnie, że nie ustawił na ogłuszanie - a brodzenie w głębokiej wodzie, w dodatku unikając trafienia, samemu starając się zastrzelić przeciwnika tylko dodało oliwy do ognia. Kilka razy spadłem do wody, której głębokość pewnie uratowała mnie przed śmiercią. Jednak poczułem się w miarę bezpiecznie dopiero, gdy udało mi się w końcu wspiąć na platformę.

Gdy znalazłem się z powrotem na suchym lądzie, wypaliłem serię w Tranoshanina, samemu wycofując się na lądowisko. Na całe szczęście, napastnik pod ostrzałem popełnił ten sam błąd co ja i wpadł do wody - jednak nie daleko z tyłu, a z boku, gdzie mogłem go dosięgnąć. Zaczęła się dość długa wymiana ognia, gdzie żaden nie mógł trafić drugiego. Wtedy pokazała się żona archeologa, dzierżąca w swojej dłoni ogromny nóż kuchenny. Jej obecność mocno mnie uradowała. Poradziła mi kontynuowanie ostrzału, samej wspinając się po platformie, by spaść na Trandoshanina. Wykonałem jej polecenie, rażąc przeciwnika niemiłosiernie. Gdy kobieta znalazła się nad napastnikiem, skoczyła na niego z krzykiem - w tym momencie przerwałem ostrzał, po czym puściłem się w ich stronę.

Kobieta nie zostawiła wielokrotnie silniejszemu i większemu przeciwnikowi żadnych szans. Uderzyła nożem tak mocno, że dosłownie rozpłatała mu czaszkę. Nie był to najprzyjemniejszy widok. Pomimo bycia patologiem sądowym, kobieta po uspokojeniu się, musiała odejść stamtąd, niezdolna do zniesienia smrodu i widoku zmasakrowanych przez samą siebie zwłok. Mi przypadła w udziale przyjemność przeszukania zwłok.

Za moją radą, kobieta wzięła broń, po czym poszła po swojego męża. Nie wiedziałem, czy ktokolwiek jeszcze dołączył się do pościgu, lecz nie zamierzałem ryzykować. Nie chciałem nawet czekać na policję, choć ona nie uwierzyła, że część oficerów może współpracować ze zleceniodawcami napastników - nawet po moim pokazaniu jej miecza świetlnego. Wiem, że ujawnienie swojej tożsamości było koszmarnym ryzykiem, ale jedynym, co zdominowało moje myślenie, to konieczność zabrania tej dwójki w bezpieczne miejsce, nie zważając na koszty (zdaję sobie sprawę, że to dość krótkowzroczna perspektywa).

Jako, że pojazd archeologa był uszkodzony, musieliśmy skorzystać ze ścigacza Trandoshanina. Przeszukałem jego zwłoki, w poszukiwaniu karty dostępu - co skończyło się dla mnie kolejnymi wymiocinami, wywołanymi stanem zmasakrowanego Trandoshanina. Znalazłem kartę i portfel, które od razu wziąłem ze sobą. Nalegałem na natychmiastowe opuszczenie miejsca, ale zanim to zrobiliśmy, zjawiła się tam policja. Na sam dół zjechał komisarz, który od razu kazał nam podnieść ręce do góry. Postąpiliśmy zgodnie z jego poleceniem.

Kobieta odłożyła broń, po czym obydwoje przedstawiliśmy cały przebieg wydarzeń. Powiedziałem praktycznie prawdę, wyłączając wyłącznie moją tożsamość Jedi - i prosząc kobietę o nieujawnianie jej. Innymi słowy - pomogłem archeologowi podczas badań, zostawiając swój kontakt. Całą resztę podałem zgodnie z prawdą, by za bardzo nie mieszać.

Oficer był kompletnie zszokowany i wręcz obrzydzony - tak jak nasza dwójka - stanem zamordowanego Trandoshanina. Wydawał się rozumieć skalę sytuacji, więc nie chciał nas zatrzymywać ponad wszelką konieczność. Rozpoznał Trandoshanina jako zwykłego, regularnego rzezimieszka - co samo w sobie pokazuje, jakich ludzi Kult potrafi wykorzystać, nie brudząc sobie rąk. Ba, za zamordowanie archeologa napastnik miał otrzymać 1000 KR, czyli niewiele ponad miesięczną wypłatę zwykłego obywatela - za zabójstwo!

Na początku nie byłem nastawiony pozytywnie do policjanta, szczególnie, że uciął wszystkie pytania i rozmowę, gdy żona archeologa ujawniła, że jego badania były związane z działalnością kultów Prakith. Jednak wszystkie moje obawy się uspokoiły, gdy po podaniu mojego imienia i nazwiska, policjant kazał "Pozdrowić czarnego". W tamtej chwili, kamień spadł mi z serca.

Dalszych wypadków w dużej mierze nie ma co zbytnio wyjaśniać nazbyt szczegółowo. Para została zabrana na posterunek. Wyjaśniłem policjantowi całą sytuację z wciągnięciem się archeologa w problem Kultu. Nikt nie miał wątpliwości, że tamtą dwójkę trzeba czym prędzej, najlepiej po cichu, ewakuować z Prakith. Z własnej strony, poprosiłem policjanta o informowanie nas o rozwoju sprawy archeologów. Po tym, komisarz odleciał, zostawiając technikom kwestię sprzątnięcia miejsca zbrodni. Jak byłem wolny.

Gdy poprosiłem Redge'a o zabranie mnie stamtąd, okazało się, że ten za dużo czasu czekał i zwyczajnie się upił. Przez następne pół godziny główkowaliśmy, jak wrócić do domu, przy tym rozmawiając trochę z obecnym na miejscu technikiem. Ostatecznie spoczęło na zamówieniu taksówki, na którą wpakowalibyśmy ścigacz. Ponownie - wchodzenie w szczegóły jest zbędne. Poczekaliśmy, pogadaliśmy, a ostatecznie wpakowaliśmy się na sam pojazd. I tutaj dochodzimy do sprawy, którą uznałem za na tyle ważną, by kontynuować sprawozdanie, pomimo faktu, że główny temat jest zamknięty.

Podczas drogi powrotnej, dyskusja między mną, a pilotem - Redge drzemał - zeszła na temat, który momentalnie przykuł moją uwagę. Okazało się, że Rahadio Sanaris - ten sam współpracujący z Kultem drań, który przymknął własną córkę i setki innych osób w obozach pracy i który wielokrotnie dał nam pośrednio znak, że jest praktycznie przeciwieństwem uczciwej osoby - otwiera Centrum Rehabilitacyjne dla Dzieci i Młodzieży, niedaleko centrum handlowego Tryumf w Prak.

Informacja ta tak mnie wcisnęła w fotel, że na początku nie miałem pojęcia, co z tym faktem zrobić. Jednak moja konwersacja z pilotem się praktycznie skończyła, więc po przemyśleniu kilku kwestii w ciszy, wyciągnąłem holodatę i zacząłem szukać informacji o centrum Sanarisa.

Centrum jest w pełni fundowane przez Sanarisa, ale zatwierdzone przez Ministwerstwo, oraz Fundusz Zdrowotny. Rahadio ma niemal wyłączny dostęp do planów inżynierskich, wyłączając pracujących dla niego inżynierów, budujących kompleks. Po ukończeniu, ma on pomieścić 850 osób. W dodatku, będzie w nim pracowała cała masa znanych naukowców i lekarzy. Wspomniane jest nazwisko znanego, nagradzanego profesora Marco Jemelity.Nie znalazłem żadnych informacji o dacie otwarcia, ani przedziale wiekowym osób pacjentów, lecz mało prawdopodobne, by przekroczono wiek 18 lat.

Po dolocie do bazy, zapłaciłem taksówkarzowi z pieniędzy Trandoshanina, po czym - po dłuższych trudach - wpakowałem Redge'a - którego protezy kompletnie się zablokowały od wody - na ścigacz i razem ze Siadem, odprowadziliśmy ścigacz i samego komandosa na właściwe każdemu miejsce spoczynku.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Sam fakt otwarcia centrum, z oczywistych powodów budzi mój niepokój. Ktoś taki jak Sanaris nie wydaje mi się materiałem na filantropa. Obawiam się, że ma to bezpośredni związek z Kultem, może nawet z samymi Starszymi. Niewątpliwie trzeba będzie dostać się do tej placówki i dokładnie ją zbadać - inaczej boję się, że coś złego może się stać dzieciom, które mają stanowić pacjentów placówki. I nie musi to być coś, co ktokolwiek zauważy, co jest najgorsze. Niewykluczone, że będzie konieczne wysłanie jednego z najmłodszych członków Zakonu - mnie, Tanny, lub Brealina - na miejsce, jako pacjentów.

Sprawa archeologa wydaje się zamknięta, choć nie zaskoczy mnie kontakt z jego strony. Musimy być otwarci, że może coś sobie konkretnego przypomni związanego z tabliczkami, lub coś innego odkryje. Nie zaprzeczę jednak, mało to prawdopodobne.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Padawan
 
Posty: 406
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Angar Makkaru dodano: 03 kwie 2016, 15:34

Nowy Wódz
i wielka klapa


1. Data, godzina zdarzenia: 24.02.16 20:00-1:00 & 29.02.16 18:30-1:30

2. Opis wydarzenia:

Przy Sentinelu czekali już na nas Kapral Jessa i Carper Stone. Poleciłem Naiivowi zabrać karabin. Ja zaś nie wziąłem nic - myślałem, że dam sobie radę z mieczem w dłoni. Poszliśmy do hangaru i wkroczyliśmy na pokład. Zdecydowaliśmy wziać ścigacz rekruta Rionsa, aby to właśnie nim w razie konieczności poruszać się po dżungli. Szczerze - nie byłem gotowy mentalnie na to, co nas tam czeka, czego skutki już pewnie każdy zna.
Będąc w nadprzestrzeni, szeregowy Stone poinstruował nas, że wysyłając do nich sygnał, będzie on miał opóźnienie dziesięciominutowe.

Lot minął jakoś szybko. Gdy wylądowaliśmy, od razu wylecieliśmy na ścigaczu, lecąc w stronę wioski Noghrich. Od razu gdy podlecieliśmy, zaczęto do nas strzelać. Gdyby nie interwencja jednego z naszych znajomych, musiałbym zająć się strzelcem sam. Pozostawiliśmy ścigacz przed wioską, pokłoniliśmy się w stronę ogniska i zostaliśmy zabrani do wodza. W chacie wodza czekał już wódz i szaman. Oczekiwali naszego przybycia, od kiedy odleciałem półżywy. To spotkanie miało być jednocześnie mianowanie mnie czempionem wioski. Po deklaracji nie było odwrotu. Podano mi mózg mojego przeciwnika, którego pokonałem w walce, przy ostatnim spotkaniu.

Dowiedzieliśmy się, że od naszego przybycia, na Honorgh robi się coraz gorzej. Ważne dla plemion Noghrich miejsca są dewastowane, magazyny grabione, palone lasy i łąki. My wiedzieliśmy, że stoi za tym pośrednio lub bezpośrednio poszukiwany przez nas Noghri. Co gorsze, część Noghriańskiej społeczności myśli, że to my jesteśmy bezpośrednią przyczyną wyniszczania środowiska. Inne plemiona chciały aby nas stracono, ale wódz “naszego” plemienia wiedział, że nawet zniszczenie nas nie przyniesie spokoju dla planety. Wobec tego zorganizowano naradę, na którą przybyli wszyscy przedstawiciele plemion.

Gdy przybyliśmy do ogniska, zastała nas ponura, nieprzyjemna atmosfera. Przybyli delegaci nie pałali do nas zbytnią sympatią, a wręcz otwarcie byli nastawieni przeciw nam. Spotkanie rozpoczęło się, gdy wszyscy się zgromadzili. Każdy powiedział to, co myślał, a my przekazaliśmy naszą “prawdę”. Na początku wydawało się że przedstawiciele zignorują to i pójdziemy na stos, ale o dziwo, postanowili nam uwierzyć, tylko pod jednym warunkiem - udowodnimy im, że jest tak, jak mówimy. Naiiv w tym momencie wpadł na genialny pomysł - zorganizować konwój-zasadzkę. Dzięki temu moglibyśmy udowodnić swoich prawd i przy okazji złapać bandytów. Przedstawiciele plemion nie byli jednak pewni naszych możliwości “myślenia” i chcieli sprawdzić, czy chociaż jesteśmy wystarczająco przygotowani fizycznie. W tym celu, zaproponowali nam brutalny i krwawy pojedynek - ja kontra Naiiv - mieliśmy pokazać siłę ducha. Nie mogliśmy używać Mieczy Świetlnych. Użyłem wobec tego kija ceremonialnego, który zabrałem ze sobą. Naiiv otrzymał jakiś inny kij. Pierwszy pojedynek wygrałem. Krew sączyła się po naszych ciałach, spływając na soczyście zieloną trawę Trochę się zapędziliśmy i przeze mnie, Naiiv został niemal rozerwany - rozpłatałem mu brzuch. Zasklepiłem go, ale tylko prowizorycznie - sam byłem rozwalony. Potem zabrano nas do jednej z chat, w której musieliśmy odpocząć przed misją. Noghri zajęli się rozniesieniem plotek o tajemniczym transporcie dla jednego z plemion, a także opatrzyli nasze brutalnie zadane rany.

Spaliśmy chyba kilka dni. W końcu przyszedł czas, aby się zabrać do roboty. Noghri przydzielili do nas obojga głównego łowcę wioski. Miał nam pomóc dorwać napastników. Ruszyliśmy w dzicz. Przy ścieżce czekał na nas wóz, skonstruowany z wielu metalowych elementów - totalna prowizorka. Pociągały go dwa raptory. Wsiedliśmy do środka, czekając na rozwój wydarzeń - wóz ruszył naprzód.
Godziny dłużyły się niemiłosiernie, aż w końcu wóz się zatrzymał - nie wiedziałem, co miałem robić, a ani Naiiv ani łowca nie pomogli mi podjąć decyzji. Z braku pomysłów, przesiedzieliśmy tam na tyle długo, że wóz zdążył ruszyć z napastnikami, którzy zawieźli nas do jakichś drzwi. Szybko okazało się, że za drzwiami była jakaś maszyneria. Wóz drgał, pod wpływem działania tej maszyny, która okazała się być… silnikami statku. Łowca w gniewie zaczął walić w drzwi, by je otworzyć. Zacząłem mu pomagać, włączając miecz świetlny, by wyciąć drzwi z zawiasami. Zaalarmowani strażnicy szybko wykorzystali moment i zdążyli się zabezpieczyć. Przebiliśmy się, ale było już za późno - strażnicy byli gotowi na nasz następny ruch. Kamera w rogu pomieszczenia ładowni została rozwalona przez Naiiva. Tymczasem porywacze zaczeli wycinać dziurę w suficie, tak by wpuścić do środka granaty gazowe. Byłem tak zdesperowany, że zacząłem spalać zamek w drzwiach - bez skutku. Granaty zdążyły wpaść do pomieszczenia, obezwładniając nas całkowicie.

Obudziliśmy się w jakimś pomieszczeniu, w którym siedziało dwóch gości. Zaraz po tym dołączył do nich - a jakże - poszukiwany przez nas Gork. Kazał przywiązać Naiiva do krzesła i podpiąć elektrody. Zaczęto nas przesłuchiwać - byliśmy zmuszeni powiedzieć, co wiemy. Za każdą “złą” odpowiedź, Naiiv został porażony. W końcu mój mózg “zaczął pracować”, ale było trochę za późno. Naiiv został odłączony, natomiast przypięto do niego mnie. Wyładowali na mnie podobno tak wielkie napięcie, że mogłoby zabić normalnego człowieka. Chyba miałem szczęście, ale pod wpływem skurczu mięśni szczęki, rozkruszyłem zęby. Półprzytomny usłyszałem, że Gork zamierzał wezwać Blondasa, aby zabrał Naiiva ze sobą. Mieliśmy już nigdy nie pojawić się na Honorgh, inaczej wszyscy zostaną zniszczeni. Potem najemnicy odwieźli mnie do wioski Noghrich. Byli pewni, że wódz wymieni mnie przez ich lojalność - mieli okrutny plan. Gdy dolecieliśmy, widziałem, jak całe rodziny były pakowane na promy transportowe, a wódz załamany sytuacją popełnił samobójstwo.

Stamtąd zabrano mnie na osobny statek innych najemników, który zabrał mnie cholera wie gdzie - pamiętam, że była to planeta pod panowaniem Imperium. Zostałem wysadzony w porcie i otrzymałem pudełko, w którym był rozmontowany miecz świetlny i holodata bez karty pamięci i baterii. Spędziłem tam chyba z pół godziny, próbując przekonać kogokolwiek, że potrzebuję natychmiastowej pomocy - w końcu porywacze wywożą Naiiva cholera wie gdzie. Na początku chciałem wezwać pomoc, pożyczając cyfronotes od jednego z klientów, ale bez skutku - nie pamiętałem podstawowych współrzędnych. Ostatecznie udało mi się dogadać z jedym ze szturmowców, który chciał mnie wsadzić do pudła za szpiegostwo dla Republiki, oraz z Trandoshianinem, którzy przebywali w tej kantynie, ale musiałem im w ramach łapówki oddać skrzynkę. Potem jak przez mgłę, pamiętam jak Fenderus odnalazł mnie na dachu i zaniósł do ambulatorium.

Nie wiem co stało się z Naiivem. Nie jest osiągalne dla mnie dowiedzienie się, gdzie teraz przebywa, choć możemy być tego pewni po tym, że zabrał go blond-najemnik kultu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4.Autor:
Padawan Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Angar Makkaru
Były członek
 
Posty: 498
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Lokalizacja: Prakith
Nick gracza: Fr4nsis

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 15 kwie 2016, 19:59

Przerzut Raka

1. Data, godzina zdarzenia: 26.01.16, 20:00 - 01:30 | 28.01.16, 20 - 00:30

2. Opis wydarzenia:
Byłem oczekiwany przez pracodawcę wątpliwej moralności. Przybyłem spóźniony. Wywiązała się krótka rozmowa, w której uświadomiono mojej jednostce o dokonaniu ważnego czyny. Z perspektywy złoczyńców, naturalnie. Urządzenia dostarczone wiele dni temu posłużyły do rozbicia zabezpieczeń holodaty – Adepta Naiiva.

W spotkaniu oprócz rodianina brał udział mężczyzna rasy ludzkiej, będący głównym zleceniodawcą. Starszy, podswiały mężczyzna. Wyrażał się prosto, dość sarkastycznie. Z wyższością. Rodianin zwrócił się do niego jako Rahn, raczej nazwisko.
Z racji spóźnienia udałem się z moim pilotem na pokład dość pośpiesznie. Wymiana burknięć. Statek, na którymi zmierzaliśmy był spory. Lądowisko ukryto nieco poniżej budowli, dojście tam zajmuje parę minut. Prom, sporych rozmiarów. Ładownia z włazem zewnętrznym. Wewnątrz znajdowało się mrowie olbrzymich, metalowych skrzyń. My sami donieśliśmy jeszcze jedną o wiele mniejszą. Mój towarzysz zachowywał przy niej ostrożność.

Przeszliśmy na pokład, nawiązałem krótką rozmowę. Norman Haraf, człowiek w średnim wieku, włosy popielate, dobrze zbudowany i zręczny – pilot promu transportowego. Wynajęto mnie w charakterze eskorty. Szef przedstawiał mnie towarzyszowi w superlatywach. Lecieliśmy na J’t’ptan z ładownią pełną gazu i metali. Pilot twierdził, że ładunek w porównaniu do zwyczajnych zleceń jest nieporównywalnie większy. Od wielu lat nie wykonywał prac po za obrębem planety, a całe zadanie miało niecodzienny charakter. Mimo zapewnień o legalności biznesu Norman dziwił się, dlaczego pracodawcy płacą mu podwójną dolę zwyczajnego kuriera.
Lot był spokojny, spałem. Ze snu wyrwał mnie krzyk pilota.

Napotkaliśmy kontrolę celną Republiki. Pilot zestresowany niewprawnie odpowiadał na moje pytania dotyczące sytuacji. Brak dokumentów na jedną skrzynie, po chwili zmienił się w brak dokumentów na całą ładownie. Nawet jeśli ładunek sam w sobie nie był nielegalny to transport już tak. Sytuacja nie otwierała przed nami żadnej innej możliwości niż poddanie się kontroli i liczenie na cud. Konsola wywoływała nas coraz to bardziej kurczowo. Wreszcie podjęliśmy procedurę dokowania na Republikańskim krążowniku RGF Minor.
Na pokład wkroczyły dwie kobiety, żołnierze Republiki. Przeprowadzono na nas kontrole dokumentów, oględziny wewnętrznego pokładu oraz zadano niewygodne pytania dotyczące przewożonego ładunku. Liczba gramów na ekranie opisana była cyfrą z ośmioma zerami. Żadna racjonalna bajka nie przychodziła mi do głowy, jedyne co dalej nam pozostawało to nie stawiać oporu i czekać na odpowiedni moment. Wyprowadzono nas, już po chwili nasze obawy dotyczące aresztowania ziściły się. Ruszyliśmy z żołnierzem do Sali przesłuchań, gdzie Kel Dor i Bothanin zaczęli nas przesłuchiwać.

Przesłuchanie trwało. Celnicy natarczywie starali się wyłowić z nas informację. Cała procedura trwała ponad godzinę, a przesłuchujący zmieniali się. Ku ich niepocieszeniu wydawaliśmy z siebie co raz to bardziej irracjonalne opowieści. Każda kolejna wersja była co raz to bardziej nieprawdopodobna. Wreszcie zażądałem prywatnej rozmowy, jedynie z przesłuchującym. Pilot statku poczuł się jeszcze bardziej zdezorientowany, wyprowadzono go. Kiedy mogły posłyszeć mnie jedynie uszy żołnierza republiki wyjawiłem mu swoją tożsamość. Przedstawiłem się jako Adept zewnętrznej grupy Jedi, który aktualnie prowadzi infiltrację. Za moją prośbą skontaktowano mnie z sierżantem Vreyxem w celu ustalenia tej wersji tożsamości. Przedstawiłem prawdziwą sytuację celnikowi. W między czasie poinformowano nas o zawartości ładowni statku. Wieźliśmy przeogromne ilości durastali, neuranium. Oprócz nich w ładowni znajdywała się substancja gazowa będąca rodzajem broni chemicznej mogącej wyrządzić szkody na niesłychaną skalę. Towar był na tyle specyficzny, że można było go użyć zarówno do produkcji broni jak i niegroźnych detergentów. Celnik zażądał zobligowania się do konkretnego stanowiska i działania, które miał przedstawić dowódcy. Możliwość dalszego działania była uzależniona właśnie od jego decyzji. Zaproponowałem podłączenie nadajnika do statku i upozorowanie uwolnienia nas za sprawą „umowy”. Dowodzący placówką celniczą, która sprowadziła nas na kontrolę zezwolił na moje dalsze działanie. Za moją zgodą zabrano jednak broń chemiczną, przekazano mi prymitywny nadajnik. Przed odejściem skontaktowałem się jeszcze z oddziałem Nexu aby prosić ich o ewentualne wsparcie w razie kłopotów. Fortel był ryzykowny.

Podłączyłem nadajnik do statku pod nieobecność pilota Normana. Zwrócono nam broń. Wylatywaliśmy w pośpiechu. Od razu poinformowałem mojego towarzysza o zmianie kursu. Nakazałem lecieć mu w zupełnie innym kierunku, znaleźć dogodne lądowisko. Poinformowałem go powodzie, dla którego zostaliśmy wypuszczeni. Wersja występowała następująco; Nie chcąc iść do więzienia za szmuglowanie broni chemicznej i ogromu ton metali wszedłem z Republiką w układ. Wymyśliłem prawdopodobne kłamstwo na temat naszego zleceniodawcy, dla którego wieźliśmy ładunek. W zamian za dolecenie do celu z podpiętym nadajnikiem mieliśmy zostać puszczeni wolno. Chciano dopaść szefa, nie nas. Norman uwierzył. Nadajnik zdemontowaliśmy na jakiejś stacji benzynowej i odlecieliśmy z tego punktu po okrężnej drodze.

Ucieczka Adepta Naiiva była czynnikiem przeniesienia obozu niewolniczej pracy. Okoliczności nie pozwoliły mi na poznanie owej placówki, jasnym jednak było aby miejsce to zupełnie nie odpowiadało znanym mi opisom. Mechaniczna pijawka przyssała się do śluzy, aby stać się tunelem prowadzącym do wielopoziomowego kompleksu.

Sam kompleks w większej mierze sprawiał wrażenie regularnego rozstawu, bliźniaczych segmentów, pięter, a na końcu pokoji. Szeroki korytarz na osi głównej, flankowany serią czworobocznych pomieszczeń o najróżniejszym przeznaczeniu. Efekt rytmicznej monotonii przez większość czasu potęgowały równomiernie i symetrycznie rozstawione droidy. Czasem ich brakowało. Każdy z segmentów łączył szyb wentylacyjny, dając ujście materii na zewnątrz planety. Skalista, zapadła dolina otoczona murem stromych zboczy. Innych części kompleksu nie uświadczyłem w tym, wspominanych kopalń.

Kwestia istot humanoidalnych.
Standardowi pomocnicy, wyróżniali się swą przeciętnością. Nie było w nich wcale specjalnego intelektu, charyzmy czy biegłości bojowej. Służebna masa, będąca narzędziem do nieporadnego łatania problemów. Przewodził im Chistori, pozbawiony skrupułów, płochliwy i morderczo egoistyczny. Zielonoskóry, dobrze umięśniony, sprawny fizycznie. Zdolny podjąć mechaniczną egzekucję. Prawa ręka szefa placówki. Arlof Hertzer – głowa obrzydliwego procederu.

Chistori od razu zaangażował nas rozmową. Kwestia utraconego ładunku została odroczona z powodu intruza. Ku dezaprobacie Normana, wciągnięto nas w łowy. Mieliśmy dołączyć do wszystkich pozostałych w poszukiwaniu intruza. Wysłano nas na wyższe kondygnacje. Przeczesywaliśmy puste przestrzenie. Poziom musiał pełnić rolę miejsca spoczynku, kontuzjowanych „pracowników”. Niewolnicy odpoczywali w zaskakująco dogodnych warunkach. Ascetycznych, ale higienicznie sterylnych i w gruncie rzeczy komfortowych. Sami sprawiali wrażenie wypoczętych, nie brakowało im sił. Rozmówiliśmy się z kilkoma, aby nagle zerwać się pędem w kierunku szybu wentylacyjnego. Kątem oka dostrzegłem kobietę. To za nią wskoczyłem. Przelot, upadek. Strzelanina. Norman postrzelony.

Tutaj zachodzi kolosalny błąd, który doprowadził moją misję do porażki. Zorientowałem się co do tożsamości intruzki. Córka, Sanarisa. Dyskretnie próbowałem pozdrowić ją od Naiiva, bełkocząc coś nieprecyzyjnie o chłopcu i alkoholu. Zdawało się, że Norman mnie nie usłyszy – myliłem się. Celowała do mnie z karabinu. Znikąd pojawił się Cathar, którego pozbawiła ścigacza. Aby zachować pozory oddałem za nią strzały, niszcząc maszynę. Zdołała jednak wznieść się na tyle wysoko aby doskoczyć do górnej krawędzi urwiska. Pojawiły się lokalne posiłki najemników. Wróciłem do Normana, który zwyczajnie stracił do mnie zaufanie i za wszelką cenę starał się doprowadzić do wrobienia mnie w kłopoty. Początkowo udawało mi się to zniweczyć. Nie miało to większego znaczenia, póki co. Szef wezwał nas właśnie do gabinetu.

Rozmowa była długa. Moja wersja, kontra wersja Normana. Czasem przerywana ciosem w jego twarz. Wszystko sprowadziło się do zesłania nas na prace do kopalni w ramach rekompensaty za utracony ładunek. Problem pojawił się kiedy Norman okazał się niezdatny do pracy. Groziła mu egzekucja. Celowano mu w głowę… pozornie. Hertzer nie uwierzył mi z racji niuansów, w których przeważał potężny zbieg okoliczności… moich słów pasujących do zbiegłego więźnia, a przyczynienia się do złamania jego holodaty. Chistori ruszył w moim kierunku z karabinem.

Byłem gotowy poświęcić życie pilota. Aktualna sytuacja nie pozwalała mi czynić inaczej. Ufałem sobie nadal w kwestii dalszej możliwości uwolnienia o wiele większej liczby ofiar oraz przyszłych… Jedno życie, nie było wcale wysoką ceną gdyby mi się powiodło, a stopień ryzyka… umniejszał nadchodzącą porażkę. Pokój wypełniało przynajmniej pięć droidów. Przy doskoku do drzwi oberwałem dwukrotnie.
Dzięki akrobatyce opuściłem kompleks szybem, znajdującym się poziomy wyżej. Wymagało to przebycia korytarzy wypełnionych przez stacjonarne droidy. Póki co, za cel obrałem wezwanie wsparcia i zdemaskowanie lokalizacji. To powiodło mi się dość sprawnie…

Barierą nie do przebycia przy nakładających się ranach było urwisko. Dostałem się zaledwie kawałek wzwyż, na półkę skalną. Błąd finalny. Od strony kompleksu odciął mnie ostrzał. Dosłownie leżałem na skalnej płycie, ciosanej kolejnymi wiązkami blasterów. Wnęka nie pozwalała się poruszyć, ale i uniemożliwiała pochwycenie mnie. Chistori przewodził pościgowi. To on wspinał się po linie ku mojej półce. Chroniąc się przed przeciwnikiem skonstruowałem z mojego uszkodzonego blastera granat, który zadziałał zaskakująco sprawnie nie licząc mojego zerowego doświadczenia z materiałami wybuchowymi. Pod sam koniec walki o życie doszło do konfrontacji z jaszczuroczłekiem. Podciąłem mu ścięgna nogi piłą plazmową. Wycofał się. Posłał ludzi po ładunki wybuchowe. Zburzono skałę razem ze mną. Wyciągnięto mnie z gruzu. Poinformowałem ich o oddziale Republiki, który się zbliżał. Strzelono mi w głowę z odległości dwóch metrów.

Ocknąłem się na twardym, zimnym blacie Ambulatorium – pustka.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 04 maja 2016, 16:57

Objęcia Raptusa

1. Data, godzina zdarzenia: 02.05.16, 01:00 - 02:30 | 03.05.16, 17:00 - 21:30

2. Opis wydarzenia:
Gdybym miał szukać przyczyn tego co się stało, mógłbym mówić o późnej porze, zmęczeniu po treningu, nieaktywnej czujność. Nie ma to większego znaczenia, a usprawiedliwienia byłyby tylko unikami przed zwyczajnym niedostrzeżeniem pułapki zastawionej przez płatnego zabójcę. Nie będę tutaj podawał personaliów mężczyzny ani rysopisu z racji naszej umowy. Dla zbudowania jego mglistego obrazu dla czytelnika napomknę jedynie, że był to osobnik rasy ludzkiej, mężczyzna w średnim wieku odziany w strój paramilitarny.

Podawał się za policjanta, pracującego w biurze dochodzeniowym pod przykrywką. Padawan Angar rozmawiał z nim z początku, próbując ustalić czego chcę. Po dłuższej chwili oczekiwań przy ścigaczu dołączyłem do niego. O wszystkim przesądziły ogólniki, którym zawierzyliśmy. W jaskini miał rzekomo znajdować się mężczyzna potrafiący posługiwać się mocą, mający powiązania ze sprawą Hertzera oraz śledztwem w sprawie Sanarisa i szykowanej przez policje akcji.

Kiedy tylko znaleźliśmy się na niższych poziomach groty, wszystko zaczęło się trząść. Zza naszych pleców wysypała się lawina wywołana wybuchem. Tony poruszonej skały zawaliło tunel, skutecznie izolując nas wewnątrz - pod kopuła jaskiniowej pułapki. Nasza dezorientacja była tak ogromna kiedy ukazała nam się bestia, że obaj z początku uwierzyliśmy, że jesteśmy świadkami niejakiej wizji wywołanej przez mężczyznę, który rzekomo miał posługiwać się mocą. Fart chciał, że w porę pojąłem realność wydarzeń.

Bestia, zwarta w swej budowie. Ciężka, masywna, wolno przesuwająca się w śród większych i mniejszych skał, wypełniających jaskinię. Olbrzymia paszcza, oblepiona gęstą, ciągnącą śliną. Grube, umięśnione, ciężko ociosane w kształcie golenie nosiły płazo-gadzi korpus o nieco cofniętych, karłowatych kończynach górnych z groteskowo za dużymi szponami, idealnymi do pochwytywania ofiar aby finalnie wepchnąć je do szerokiej, równie topornej głowy. Małe, paciorkowate ślepia sugerowały, że bestia posługuje się jedynie węchem i słuchem. Ciemność jaskini – okazała się przyjacielem.

Z początku postanowiłem zamiennie odwracać uwagę rancora. Moim zamiarem było podcięcie jego ścięgien na zgięciu kolan, które znajdowały się idealnie na trajektorii większości ciosów miecza. Treningowa klinga w konfrontacji z grubą, łuskowato chropowatą skórą sprawdzała się jednak co najmniej miernie. Choć powolne efekty były widoczne. Parokrotnie bestia kierowała się ku Angarowi, abym mógł okaleczyć jej nogi. Potem przychodziła moja kolej na stanie się przynętą. Różnica w naszym działaniu polegała jedynie na tym, że Angar czy to przez brak szczęścia czy słabszą koordynację pomiędzy otoczeniem, a pokracznym przeciwnikiem odnosił rany. Stwór chwytał go parokrotnie, maltretując wręcz ciało Padawana, aż w końcu tamten opadł bezwładnie na ziemię. Pozostałem sam, lekko pobijany.

Największym wrogiem okazało się uciekające powietrze, na domiar złego w jakiś sposób w jaskini zapłoną ogień – niwelując dostęp do tlenu w zastraszającym stopniu. Oddechy przychodziły z trudem, co raz to płytsze, a bestia nie słabła. Podążała za mną nieustannie, a brak zmiennika w odwracaniu uwagi nie pozwalał ani na odpoczynek, ani na skuteczne i wielokrotne ciosy we wcześniej obrane punkty. Dało się jednak dostrzec lekkie utykanie stwora. Zauważyłem, że Angar na moment wstał – od razu skierowałem go w stronę buchających płomieni. Z początku rozpocząłem wrzaski aby rozwścieczyć stwora, sprowokować do wbiegnięcia w płomienie. Jego mordercza natura z instynktem samozachowawczym wygrała dopiero wtedy, kiedy rozgryzłem sobie skórę na ręce aby zwabić go zapachem krwi. Poparzył sobie łapy. Kolejne ataki, które na niego przypuszczałem skupiały się właśnie na jego górnych kończynach. Każdy ze skoków, skutecznie wymijał jego łapska. Jednak stwór nadal był zbyt twardy dla ostrza treningowego. Postanowiłem wreszcie wspiąć się na ostrą skałę, która leżała nieopodal płomieni – aby rykiem sprowokować go ponownie. Udało się, rana zmusiła Rancora do przybrania pozycji obronnej… zupełnie nieoczekiwanej reakcji, osłony łapami i skulenia.

W między czasie Angar zdążył oberwać ponownie, kiedy zacząłem go szukać odnalazłem go z wystającym żebrem i w kałuży krwi. Nie byłem w stanie mu pomóc, pozostawiłem go szukając wyjścia, nic jednak nie przychodziło mi do głowy, a bestia zdawała się pogrążyć w jakimś dziwnym letargu. Tlen się kończył, upadłem pod skałą walcząc o zachowanie przytomności. Próby zwabienia przez komunikator mężczyzny spełzły na niczym. W między czasie przyznał się do podjęcia zlecenia od Hertzera – zarządcy nieistniejących obozów niewolniczej pracy. Voliander momentami z nas podkpiewał. Jego obecność wydała mi się jedyną możliwością utrzymania Padawana Angara przy życiu. Niechętnie przekazałem mu hasło do mojego konta – on dotrzymał obietnicy, Angar żył w specyficznym… nienaturalnym zawieszeniu w całkowitej świadomości. Wtedy straciłem przytomność, zdążyłem jedynie zajrzeć w moc lokalizując położenie łowcy nagród. Zbliżał się.

Ocknąłem się, po jakimś czasie. Wystarczającym aby do jaskini wróciło powietrze z nieznanego źródła. Kumulowałem cenne oddechy i energię w każdej dostępnej chwili. Początkowo chciałem jedynie ukrywać się za skałą i czekać na humanoidalnego wroga. Moje plany pokrzyżował jednak rancor, który najwyraźniej również odpoczął bo zaczął interesować się zapachem Angara. Natarłem się ziemią i błotem z podłoża jaskini, jak tylko mogłem aby zamaskować swój zapach. Bestia była co raz bliżej odnalezienia nieruchomego Koruna. Użyłem swojej holodaty, najpierw nieskutecznie próbując zwrócić uwagę stwora alarmem do treningu, a potem zapętlając nagranie swojego ryku. Przekradłem się za plecami stwora, kiedy ten rzucił się we wściekłym ferworze na urządzenie, ryczące nieustannie. Zacząłem zakopywać Angara w piasku. Pozostawiając na zewnątrz jedynie jego twarz. On był bezpieczny, ale bestia mnie zauważyła. Zachowywałem identyczną taktykę, wodząc stwora za nos. Tym razem zdecydowałem się użyć jego łap do odkopania wyjścia. Kierowałem nim tak, aby jego łapy trafiały właśnie w gruzowisko – niespodziewanie, zadziałało, a ja umykałem mu skutecznie, klinując się w jego szponach jednokrotnie, ale i w porę się wyślizgując. Po kilku podobnych manewrach wszystko zaczęło się walić, przysypując częściowo Angara, obijając mnie i zwalając się na plecy Rancora. Skały nie były jednak na tyle duże ani na tyle celne aby uśmiercić, któregoś z nas. Ten moment posłużył mi na ponowne zniknięcie z celownika bestii, a w suficie zaczął tworzyć się świetlik wpuszczając kolejne dawki powietrza.

Mężczyzna z blasterem dostał się do środka, a ja spoczywałem położony wzdłuż skały. Zainteresował się Angarem, zwracając się do mnie plecami. Zmęczenie po wielogodzinnej walce i niedotlenienie nie pozwoliły mi jednak wykorzystać szansy, nie zdążyłem ciąć go przez plecy. Wykonał unik, wycelował w Angara. Zaczęły się targi o dalsze losy. Ważny w tym momencie jest jednak fakt, że wcześniej pochwyciłem miecz Angara i właśnie trzymałem go w dłoniach.

Doszliśmy do porozumienia – jeśli oddam mu broń, on pozwoli Angarowi odlecieć na ścigaczu, a ja zabiorę się razem z nim w roli więźnia. Zacząłem taszczyć Padawana na zewnątrz jaskini, a za nami Rancor sukcesywnie oczyszczał ją pazurami dla swojego towarzysza. Pomiędzy humanoidem, a bestią istniała specyficzna relacja przyjaźni, obaj chronili siebie wzajemnie. Powróciliśmy na zewnątrz, a ja przedłużałem wszelkie czynności do granic możliwości aby zregenerować tyle sił ile tylko mi na to pozwolił organizm. Obwiązałem Angara linami, spuściłem w stronę ścigacza i pomogłem wsiąść – odleciał, od tego czasu nie mam wieści o jego losie.

Rancor nie odstępował nas na krok, a otoczenie, do którego przeszliśmy na drugą stronę jaskini sprawiało wrażenie całkowicie otwartej przestrzeni. Przy swoim ścigaczu, łowca kazał mi się rozebrać, kolejno okazując czy nie mam przy sobie komunikatorów (z Angarem było to samo). Rozbierałem się mozolnie, cały czas dbając o to, aby mój miecz świetlny był ukryty, wreszcie podczas ubierania udało mi się przewlec go do rękawa, w którym skryłem go w dłoni, a je same złożyłem na głowie aby mężczyzna mógł skuć mnie kajdankami. Obrałem moment, ciąłem mieczem od dołu parząc jego klatkę piersiową.

Determinacja, kumulacja sił i odpowiedni moment pozwoliły szybko obezwładnić łowcę głów za nim rancor skutecznie mnie dopadł. Przy obezwładnianiu pozbawiłem humanoida dłoni. Kierowany doświadczeniem z tą bestią, oddaliłem się od tamtego mężczyzny i powróciłem w dwóch susach po łuku, aby spróbować odebrać mu blaster. Powalił mnie kopnięciem w kolano, a Rancor ze wściekłości w tym czasie rozwalił ścigacz swojego pana, aby miotnąć nim w moim kierunku – uniknąłem go. Dezintegracja ścigacza pomogła nam obu.

Walka ustała w miejscu – Łowca rozumiał, że jeśli mnie zabije nie zdąży mnie ani przetransportować ani nigdzie uciec na Rancorze. Stwór zbliżył się i ujął towarzysza w ochronne objęcia, sadzając sobie na grzbiecie. Perspektywa zarobku pozwoliła podjąć mi z nim rozmowę na temat Hertzera. Dzielił się nimi chętnie.

Hetzer został sprowadzony przez Sanarisa na prakith. Wcześniej pracował dla niego zajmując się obozami niewolniczymi i zarabiając kilka tysięcy dziennie. Aktualnie zajmuje się handlem bronią. Skontaktował się „z najlepszy w fachu” jak sam siebie określał łowca po przez pasera, którego nie chciał mi wydać z racji etyki zawodowej, nie miało to większego sensu gdyż ten dowiedział się tego ze źródła nie do wytropienia. Hetzer zaprosił go na spotkanie do baru w dzielnicy Śródmieście-Zachód, miasta Prak. Bar w nazwie ma „ostryga”. Informacje, którymi zwabił nas do wnętrza jaskini były jedynie ogólnikami przekazanymi mu przez Hetzera, a resztę danych miał z holodaty Naiiva. Sanaris spodziewa się, że policja szykuje coś na niego – prawdopodobnie daje komuś łapówkę.

Oddał mi miecz Angara i udaliśmy się w swoją stronę. Pozbierałem holodaty, rozpaliłem ognisko i czekałem. Angar nie wrócił – po dobie łączność wróciła, najwyraźniej zakłócenie sygnału zostało wyłączone. Wezwałem POBa.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Pan Sanaris wydaje się spodziewać interwencji policji. Obawiam się, że kolejne próby pochwycenia mnie zakończą się wynajęciem... zawodowca jeszcze wyższej klasy.

4. Autor raportu: Padawan Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 10 maja 2016, 18:45

Przejście

1. Data, godzina zdarzenia: 01.05.16, 18:30-3:00

2. Opis wydarzenia:

Wejście na orbitę Lorrd było… niespodzianką. Nie spotkaliśmy planety pod okupacją, Lorrd wyglądało jak totalnie spokojna, normalna planeta. Komunikacja między prostymi statkami działała sobie normalnie, słyszeliśmy normalne informacje o korkach, remontach na drogach, karambolach z 20 umierającymi ludźmi… normalna, dobrze żyjąca i miła planeta. Lokalny Holonet działał normalnie, wszystko wyglądało dobrze. Weszliśmy do firmy… tym bardziej byliśmy zaniepokojeni.

To była spokojna, ale duża firma telekomunikacyjna, byliśmy w niej poprzednio, ale nie spotkaliśmy tych samych ludzi. Spędziliśmy tam dwie godziny i rozmowy były tyle “wyjątkowe”, że wolę streścić wam całokształt. Wszyscy zachowywali się bardzo dziwnie, firma pracowała normalnie, ale wyglądali na zestresowanych przez naszą obecność. Mistrzyni przede wszystkim grała, że chcemy się zatrudnić u nich i poznać stolicę Lorrd, udawaliśmy ludzi z południa planety… Wszyscy byli dziwni i zestresowani. Po jakimś czasie miałem wrażenie, że porozumiewają się ze sobą jakimś dziwnym językiem migowym, to było bardzo widać. Było widać, że chcą nas spławić, ale nie wiedzieli, jak się za to wziąć. Bardzo trudno się z nimi rozmawiało, było oczywiste, że coś kryją i boją się “obcych” i było oczywiste, że my też coś knujemy. Oni bali się robić coś więcej, niż nas spławiać… my baliśmy się mówić coś więcej, jak udawać kandydatów, bo nie wiedzieliśmy kto ich obserwuje i co się dzieje na Lorrd. Próbowałem przekazów telepatycznych, ale ich reakcje były jeszcze dziwniejsze. Potem… trochę z bezradności zacząłem używać głupich tekstów. O pracy z komandosami Republiki… Żartowałem z “infiltracji i szpiegostwa”... starałem się nie mówić niczego bezpośrednio, ale pokazywać, o co nam może chodzić. Mistrzyni “grała” normalniej i dbała o to, żebyśmy nie wyglądali jak dwa debile i równoważyła moje kretyńskie podteksty. Spędziliśmy dwie godziny na bardzo trudnym “rozkładaniu” co się dookoła nas dzieje, czemu się tak zachowują… i próbowaliśmy to jakoś prowadzić. Rozmowa rozkręcała się i nie reagowali na podteksty niby, ale byli bardzo nerwowi, częściej używali tych “migów” i wychodzili i wzywali innych. Przyszło dwóch wyżej postawionych i byli tak samo skołowani jak reszta. Spławiali nas, ale nie wiedzieli jak… wszyscy coś ukrywaliśmy i nie wiedzieliśmy jak to sobie nawzajem powiedzieć.

Udało się nam sprawić, że w końcu się odważyli. Trudno mi powiedzieć czemu, to cały ten tok rozmowy, wszystkie podteksty naraz i nie wiadomo jak dużo rozmów “migowych” między nimi albo za drzwiami łazienek. Poprzez karteczkę chcieli dowiedzieć się, o co nam chodzi… byłem tak szczery jak potrafiłem bez pisania prosto o Yuuzhan Vongach i zapewniałem, że jeśli ryzyko będzie za duże, to nie pomożemy wcale i wyjdą na zero. Jeden z nich kazał nam jechać za sobą swoim drugim ścigaczem, tutaj na czoło wyszła Mistrzyni i dużo lepiej udawała zwykłą rozmowę o pracy po drodze.

*

Dojechaliśmy do zakładu kanalizacyjnego, albo coś podobnego… smród jak z ran Angara po ucieczce od mafii. Człowiek zaczął nam wyjaśniać, co się dzieje na Lorrd, że to wygląda jak jakaś schowana kontrola i jakieś dziwne zaginięcia… dużo nie zdążyliśmy pogadać, bo wyczułem, że jest tam ktoś poza nami. Poszedłem za jednym, zniknął mi i pojawił się znowu. Myślałem, że to pracownik, wyganiał nas, był bardzo przekonujący i totalnie mu uwierzyłem, ale zdziwiło mnie, że drugi ubrany tak jak on pojawił się i zniknął w murze. A jak zawołałem, że tam też ktoś jest i ucieka… to ten z kim gadałem miał to w nosie. Jak powiedziałem, że sam go poszukam, to wtedy zaczął coś robić. To było dziwne i podejrzane… Mistrzyni rozmawiała z tym człowiekiem, a ja zajmowałem się tą dziwną rozmową i “uciekającym”. Zagrodziłem drogę temu, co ze mną gadał, wpadł do wody i zaczął się wspinać, a ja sobie spokojnie poszedłem po tego drugiego. Był ubrany tak samo i po prostu uciekał przede mną. Było widać, że coś tu nie gra…

Będę szczery… spanikowałem. Widziałem, że coś nie gra, a ta atmosfera stresu i strachu wyglądała tak, że zacząłem się bać dokąd on ucieka, bo chyba każdy co to czyta widzi, że normalne to nie jest. Dorwałem go z mieczem i uziemiłem, wołałem Mistrzynię telepatycznie co do drugiego. Mistrzyni zdążyła, ten drugi gdzieś uciekał, a ja “więziłem” drugiego. Wyrywał się, próbował mnie postrzelić i zabrać miecz, krzyczał o “nich”, o obserwacji i wielu innych… było pewne, że to jacyś dziwni “agenci”. Byłem dużo silniejszy, ale żeby go tam utrzymać nie mogłem się ruszyć i uwięziliśmy tak siebie nawzajem. Wykorzystałem to, że chciał mi złapać miecz i małym przypaleniem pozbyłem się oporu. A w trakcie… słyszałem sporo hałasu, skończyło się na tym, że Mistrzyni przyszła z tym drugim, który był bardzo połamany.

Nie za dobrze się z nimi dogadywało… krzyczeli, szamotali się, pluli, z tego co nam mówili, zbieraliśmy wiedzę po wyplutych szczątkach tego, jak okrzykiwali się z naszym “kolegą” z firmy komunikacyjnej. Wyglądało na to, że to jacyś ukryci obserwatorzy “nowej władzy”... Ale nie wiedzieli kim oni w ogóle są poza tym, że “mogą wszystko” i dużo innych takich gadek. Byli pewni, że jak tylko ktoś się dowie, że ten człowiek wygadał coś obcym, mogą zniszczyć Lorrd. Mimo wszystko udało nam się to obrócić w swoją korzyść… że to tylko przez to, że tacy jak oni dwaj tej “władzy” doniosą, a poza tym, Yuuzhanie zabijają wszystko na drodze i jeśli do czegoś zostawili Lorrd w spokoju, to ta jedna rzecz tego nie zmieni, bo oni starają się zabić wszystko, co mogą. Niestety zastraszyli tego człowieka. Nie chcę wdawać się w smutne szczegóły, ale stanęło na tym, że dla bezpieczeństwa ten człowiek zabił ich obu…

Po bardzo długiej i niespokojnej rozmowie z tym człowiekiem… zaczęliśmy się dowiadywać bardzo dużo. Nie wiedział wszystko, ale wiedział bardzo dużo z powodu swojej pracy. Kazali mu przeprogramowywać łącza na masowe zakłócenia i na wysyłanie masowych wiadomości na wszystkie kanały, a potem kazali mu odcinać sieć komunikacyjną z terenu “miasta widmo”, czyli porzuconego miasteczka w którym nic już nie było dla mieszkańców. To było półtora roku temu… niby nic się nie stało, ale zaczęli ginąć ludzie. Różne władze i ważne osobistości zastępowali “P.O.”... a potem masowo pojawiły się wiadomości o prawnym zakazie informowania ludzi spoza Lorrd o zupełnie wszystkim pod groźbą śmierci… co było niespotykane jak na cywilizowany świat. A potem… to samo ludzie usłyszeli w swoich głowach. To wszystko było na raz straszne i spokojne i bez widocznych “ofiar” poza tymi zaginięciami i niekompetentnymi nowymi władzami urzędów, firm i rzeczy tego typu. Nikt o niczym nie rozmawiał, ale było oczywiste, że dzieje się coś bardzo złego. Ten człowiek zabrał nas tam, bo tam były zakłócenia z powodu bardzo mocnej aparatury, co czyściła wodę w całym mieście (jeśli dobrze pamiętam). I nie wiemy, co się stało dalej. Wszystko było tajemnicze i nieznane, ale wydawało się, że oni są wszędzie i mają jakąś niezrozumiałą władzę. Wiadomości na całym świecie, ten umysłowy komunikat taki jak moja telepatia… Myślę, że jak to czytacie, to sami wiecie, że to nie ma nic wspólnego z Yuuzhan Vongami. To stało się w kilka dni, w czasie, jak nad Lorrd pojawiła się jakaś flota. I to tak wielka, że zakryła niebo i słońce. Dosłownie… dosłownie zniknęło światło, taka wielka była flota, jak ten człowiek nie przesadzał, ale chyba nie. Wiedział, w jakim terenie “obcy” kazali mu wyłączyć tą sieć i nawet mu za to bardzo hojnie zapłacili. To ważna różnica, bo pierwsze zlecenie (to grzebanie łączy “międzykontynentalnych” od nadzoru przekazu na całą planetę) miał pod groźbą śmierci, a za wycięcie sieci z tego martwego miasta… dostał dobrą forsę.

*

No i... Udało się nam załatwić lokalizację tego miasta na mapie i tam zacząć badać wszystko skanerami. Po nerwach na zenicie, odkryliśmy, że stary klasztor jako jedyny ma coś żywego i ciepłego. Prawie nic, ale więcej niż reszta, bo tam dosłownie nic. Oszczędzę szczegółów, metod badań i naszych planów...

*

Weszliśmy. Nie mieliśmy za dużo szczęścia, ukryta brama otworzyła się sama podczas naszego chodzenia dookoła. Po wejściu szybko przybiegła do nas trójka osób. Totalne bandyctwo, kazali się nam wynosić pod groźbami, mimo, że udawaliśmy urzędników pilnujących burzenia resztek tego miasta… według mnie to było bardzo przekonująco, nawet zapraszałem, żeby spojrzeli ze mną na moją holodatę i papiery. Nic z tego nie wyszło. Odstrzelili holodatę, kazali nam wychodzić… ale brama się nie otwierała. Najpierw nie wierzyli, a potem byli przerażeni, nie wiedzieli co robić i postanowili nas zabić. Tik, tok, tik, tok. Jednemu uciąłem głowę, drugiemu nogi, trzeciemu Mistrzyni ucięła rękę. Sami nas zaatakowali i chcieli nas zabić za to, co wyglądało jak zwykła pomyłka, więc mam nadzieję, że ten bez ran śmiertelnych też umarł.

Znacie spokój taki duży, że nerwowy? Tak tam było… wielka budowla… cisza, ciemno, martwo… a planeta pod nieznaną i ukrytą okupacją, bez drogi wsparcia… dobrze, że nic nie jadłem. Pojawili się Yuuzhanie i… to mnie uspokoiło. Tak, było tam tak nerwowo, że uspokoił mnie ATAK YUUZHANÓW. Nie było ich dużo, ale byli twardzi. Oberwałem, ale Mistrzyni prawie mnie nie potrzebowała. Za często mi pieprzyła o tym, że jest słaba w mieczu i jak głupi zacząłem jej wierzyć… Nie wiem, ile ich było, a może poranieni wstawali? Dla mnie walka była bardzo trudna i musiałem dać z siebie wszystko. A potem… znowu zostaliśmy sami. Czas ucieka, jesteśmy na planecie wroga, a my jesteśmy w pustym budynku i nie wiemy co robić i czego szukać. Jakieś puste pokoje, wielkie ogrody i grobowce… a my nie wiemy co zrobić. Szybko obiegliśmy wszystko, ale nie znaleźliśmy nic… wróciliśmy do najbardziej obiecującej sali z grobowcami. I tam Mistrzyni coś włączyła, ale byłem zbyt zmęczony i zdenerwowany i… nie wiem co, przykro mi. Mistrzyni miała rację, że zejście jest pewnie ukryte w takim miejscu w podziemiach… i tak było. Zjechaliśmy wielkim tunelem na dno.

*

Wielkie laboratorium. Maszyny, drzewa, chwasty, szkło… obleśne i zdeformowane pomieszczenie. Jak tak wygląda domowy świat Yuuzhan Vongów, to się nie dziwię, że uciekają z tego gówna, tylko szkoda, że lepszy świat też chcą zmienić w takie gówno. Smród, śliska podłoga, mieszanka roślin i olbrzymich bakterii i trójka Yuuzhan Vongów. Wyglądali na zdziwionych, że tam jesteśmy… nie wiedzieli, po co tam jesteśmy. Chciałem powiedzieć “kurwa, my też”. To było chore, nikt nie wiedział kto i co tam robi. Wtedy… odezwał się Kaan z holodaty Mistrzyni. “Odbiorą wam Nawigatora jeśli przeżyją tą walkę”... albo coś podobnego. Ona nie chciała dłużej gadać, żeby nie dać czasu na dotarcie posiłków, więc… podszedłem do ciekawego obiektu w wielkim zbiorniku. I od razu zaatakowali…

To była najtrudniejsza walka, w jakiej brałem udział. Było ich trzech na nas dwoje… każdy silniejszy, szybszy i twardszy ode mnie. Mistrzyni poszła na dwóch na raz, ja na jednego. I to był najlepszy przeciwnik z jakim walczyłem w całym życiu… a przestrzeni było mniej, niż wtedy gdy dwójka przytłoczyła nas rannych na Kesselu. Ale sufit był odrobinę wyższy, to nam wystarczało. Nie próbowałem wygrać, walka była zbyt wyrównana, a Mistrzyni walczyła za dwóch. Odskoczyłem od swojego przeciwnika i rzuciłem się na wrogów Mistrzyni, momentalnie mnie otoczyli i przeżyłbym dwie sekundy, ale Mistrzyni miała czas poranić najsłabszego z nich… przynajmniej w umiejętnościach. Ja może pokonałbym jednego, jeśli miałbym szczęście… moi przeciwnicy był lepszy we wszystkim, może byłem lepszym szermierzem, ale mieli bardzo dużą przewagę fizyczną… To była najtrudniejsza walka w moim życiu. Nigdy bym nie wyszedł cało nawet z walki z dwoma przez 5 sekund, ale moja mentorka… “rządziła”. Starałem się dodawać chaosu i dawać Mistrzyni pole do popisu, żeby nie dawali rady skoncentrować sił na nikim z nas. A Mistrzyni rozgromiła pierwszego z nich mimo, że byliśmy otoczeni przez trzech, a ja dostawałem “po tyłku” od jednego na raz. Ale nawet jak zostało dwóch, zdążyli poranić mnie i Mistrzynię… Walka była bardzo długa i trudna, ratowało mnie to, że świetnie współpracowałem z Mistrzynią, a jak zostawałem rozbrojony, nie dawałem się złapać za nic. Wymienialiśmy się przeciwnikami, skakaliśmy… krwawiliśmy i zostaliśmy ranni, ale nasi wrogowie też. Wszyscy walczyliśmy w swojej krwi i z dziurami w ciele. W końcu… został jeden, a jeden “remisujący” ze mną mający mnie i jeszcze Rycerz na karku, to za dużo. Krawężnik.

Byliśmy ranni i wymęczeni i dalej nie wiedzieliśmy o co chodzi. Aż do czasu… aż to dziwne stworzenie w zbiorniku zaczęło się odzywać. Brzmiało jak telepatia, czy ma coś wspólnego z Mocą nie wiemy. To było… to nie było humanoidalne, nie wyglądało jak zwierzę. Dziwaczna pokrzywiona kula i wielka macka z kilkoma mniejszymi. Nie wiem, jak to działało, nie rozumiem i nie nadążam. Ta istota była jak mieszanka rozwiniętej, inteligentnej i egzotycznej rasy z wielką amnezją. Nie wiedział, kim są Yuuzhanie, nie wiedział, co to Lorrd, nie wiedział na czym polega wojna, ale był inteligentny, był bystrym rozmówcą, ale trochę jak dziecko. Znał tylko miejsce, w którym był schowany… i nie wiedział czemu. Wiedział za to, że jest… “przewodnikiem” po bardzo dziwnych szlakach czegoś w stylu nadprzestrzeni. “W stylu” “jak” “coś podobnego”, cały czas tak mówię, bo to wszystko… jest nie z tego świata, dosłownie, w przenośni, naukowo, filozoficznie i w każdym znaczeniu. Ta istota umie skierować statek POZA GALAKTYKĘ… Poza galaktykę, poza wszystko, co zna nasza nauka. To jak… coś z innego wymiaru. Był bardzo ucieszony poznaniem innego świata, inną rolą… był jak ciekawskie dziecko prawie. Rozmawiał z nami bardzo długo, bardzo długo wyjaśnialiśmy mu dużo spraw i on starał się nam wytłumaczyć, czym w ogóle jest. Mówił, że jest wiele istot takich jak on, yammosków, ale on jest w jakiś sposób wyjątkowy, właśnie przez tą niepowtarzalną rolę. Skąd on się tam wziął? Nie wiedział… czemu zna tylko Lorrd, kto w takim razie zaprowadził Yuuzhanów? Też tego nie wiedział. Ale Kaan coś wiedział, na holodatę Mistrzyni Elii dotarły z dużym opóźnieniem dziwne wykresy… pokazywały, jak podłączyć to stworzenie do naszego myśliwca, do myśliwca Kaana… To nam zaplanował.

Musieliśmy się spieszyć. Posiłki Yuuzhan nadchodziły, a my mieliśmy do góry krętą drogę dziwnym tunelem, a ta istota waży chyba tyle, co eopie. Z dużym trudem i bardzo chorymi zastosowaniami Mocy udało mi się go dźwigać i nieść, ale bez Mistrzyni nigdy by się nie udało. Potrafiła na raz prowadzić mnie z yammoskiem przez tunel, którego nie widziała i bezboleśnie uchylić moim ciałem tonowy właz do tunelu. Jak to wszystko zrobiła na raz nie wiem, ale wszyscy wiecie, że trudno ją zrozumieć. Ja i ¼tonowa istota poszliśmy do myśliwca… nie czekaliśmy na nic, szedłem nawet jak nie miałem siły. Przez wcześniejsze szybkie odnalezienie drogi przez Mistrzynię i inne oszczędności udało nam się dostać na myśliwiec przed posiłkami Yuuzhan Vongów…

Mistrzyni udało się “zamontować” stwora w myśliwcu… i polecieliśmy do domu. On… naprawdę zna inny świat, inną galaktykę. Na naszym komputerze jest teraz pełno “uszkodzonych” danych o systemach gwiezdnych, o których nigdy nie słyszałem i nie umiem wymówić nazwy.

Co to oznacza i co dalej? Nie wiemy… ale mamy stworzenie, które jest fundamentem drogi między galaktykami. Coś, o czym nikt nie śnił...



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: brak

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 465
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości