Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 24 paź 2015, 11:54

Badanie urwanego sygnału

1. Data, godzina zdarzenia: 21.10.15 17:00-01:00

2. Opis wydarzenia:

Razem z Adeptem Makkaru otrzymaliśmy od Mistrza Barta zadanie. Mieliśmy sprawdzić wezwanie o pomoc nadane z jakiegoś budynku na uboczu. Policja teoretycznie odebrała sygnał, lecz potem urwał się z nią wszelki kontakt. Naszym zadaniem było sprawdzić całą sytuację. Niezwłocznie ruszyliśmy na miejsce, zaopatrując się w broń i ciepłe ubrania. Gdy dotarliśmy do budynku, nie napotkaliśmy z początku nikogo. Dopiero po przejściu kilku kroków, napotkaliśmy na swojej drodze dwóch rannych policjantów - jeden z nich był związany mocnymi kablami, których nie byliśmy w stanie przeciąć w żaden sposób. Był ogłuszony. Drugi oficer był przytomny, lecz nie pamiętał niczego, sprzed utraty przytomności. Pomogliśmy dwóm mężczyznom najlepiej jak mogliśmy. Wkrótce po tym, przytomny oficer ruszył na piechotę, chcąc dotrzeć do miasta i wezwać stamtąd pomoc. My nie byliśmy bowiem w stanie wysłać żadnej informacji z tamtej lokacji, ze względu na blokadę przekaźnika Holonetu.
Po wyruszeniu oficera w drogę, Adept Makkaru został z nieprzytomnym policjantem, chcąc go pilnować. Ja wyruszyłem w głąb budynku, by sprawdzić, czy napastnik nadal tam jest. W środku natrafiłem na ciało martwego Rodianina, którego twarz była pokryta jakąś dziwną, zastygłą mazią. Podczas dalszego zwiedzania budynku, odkryłem, że we wnętrzu wyraźnie pracowała jakaś niezidentyfikowana maszyneria, której nie miało prawa być w cywilnym bloku mieszkalnym.
Po dalszym zwiedzaniu budynku, natrafiłem na pomieszczenie, w którym natrafiłem na napastnika - był to uzbrojony w blaster mężczyzna o blond włosach. Był on w środku razem z jakimś Noghrim. Byłem uzbrojony, lecz złożyłem broń, gdy napastnik zagroził, że zabije Noghriego, jeśli nie odpuszczę. Nie chcąc ryzykować życia cywila, poddałem się. Włamywacz spytał się, co tam robiłem - wytłumaczyłem, że trafiłem tam przypadkiem, bo śmigacz rozbił mi się kilkaset metrów dalej - po czym ogłuszył mnie blasterem. O dalszej części wypadków wiem bezpośrednio od Adepta Makkaru.

Adept zmartwił się moją nieobecnością, więc poszedł sam sprawdzić sytuację. Gdy natrafił na to samo pomieszczenie, zauważył mój pozostawiony na ziemi blaster. Przeczuwając najgorsze, wkroczył do środka, celując we wszystkich bronią. Napastnik rozpoznał Angara, okazując się kultystą, z którym Adept miał już wcześniej doświadczenie. Domyślił się, że i ja i on byliśmy Adeptami Jedi. Angar chciał zabrać moje ciało i się wydostać, lecz nie zdołał. Noghri okazał się nie zwykłą ofiarą, a współpracownikiem Kultu, którego chciano ukarać poprzez postraszenie go zabójcą - z tego co mówił sam kultysta, wynikało, że Noghri nie chciał współpracować z Kultem na ich warunkach.
W momencie przybycia Angara, Noghri - którego kultysta określał mianem "prezesa" - zdecydował się jednak odpuścić i ukoić przed kultystami. Wyciągnął wtedy broń i również nastawił się przeciwko Adeptowi. Angar nadal chciał wyjść z moim ciałem, lecz Noghri nie chciał, aby Jedi zapamiętali jego twarz. Sam kultysta nie dbał o nasz los. Angar próbował walczyć z dwoma napastnikami, lecz zdołał tylko na krótko obezwładnić Noghriego kopniakiem. W odpowiedzi, Kultysta wypalił mi dziurę na nodze za pomocą blastera i zranił samego Adepta w ramię. Nie mając szans w dalszej walce, Angar odpuścił.
"Prezes" nakazał Angarowi przyprowadzić nieprzytomnego gliniarza i go zabić - co skutkowałoby zrzuceniem na nas winy za zabójstwo i włamanie. Angar po dłuższym czasie się zgodził, nie chcąc ryzykować naszych żyć. Okazało się jednak, że policjant zniknął. Noghri zdecydował się zatem zmienić plany i wziąć nas ze sobą, wyrzucając nas na pustkowiu. Zabrał nas na swój statek, którym opuścił Prakith. Podczas lotu kazał Adeptowi mnie i siebie rozebrać, chcąc upewnić się, że nie mieliśmy ze sobą niczego. Zabrał nam nasze Holodaty, po czym zamknął nagich w celi. Adept Makkaru starał się połączyć z Mocą i znaleźć rozwiązanie, lecz niczego nie zdołał osiągnąć. Lot trwał na tyle długo, że zdołałem się wtedy obudzić.

Na początku spanikowałem z powodu braku ubrań i wypalonej dziury w nodze, lecz Adept Makkaru mnie szybko uspokoił. Chciałem wymyślić jakiś sposób na wydostanie się z sytuacji, jednak zdążyliśmy już dolecieć do celu. Noghri wyrzucił nas na powierzchnię jakiejś planety, dając nam tylko nasze zniszczone ubrania, które zdążył dokładnie przeszukać. Po chwili odleciał.
Na powierzchni samej planety natrafiliśmy na niezbyt rozwiniętą wioskę Noghrich - z czego wywnioskowaliśmy, że wysadzono nas na Honoghr. Noghri dali nam szansę na ubranie się, po czym zabrali nas do siebie. Tradycja wioski skupiała się na składaniu szacunku ognisku, co też musieliśmy zrobić, by nastawić tubylców pozytywnie do siebie. Adept Makkaru zdołał zdobyć wyjątkowo duży szacunek i sympatię u wodza. Dowiedział się od niego, że statki lądowały w bardziej rozwiniętych miastach raz na kilka miesięcy.
Nie mając zbyt wielu możliwości, zdecydowaliśmy się przede wszystkim opatrzyć nasze rany. Wódz Noghrich zgodził się nam pomóc, dając nam dostęp do środków leczniczych - jakiegoś bazującego na ziołach płynu odkażającego, zestawu bandaży i ziół przeciwbólowych. Stosowanie tych środków nie było najprzyjemniejsze - płyn palił jak kwas po zetknięciu z ranną, a zioła miały tak paskudny posmak, że niemal wywołały wymioty. Wytrzymaliśmy jednak, robiąc wszystko zgodnie z instrukcjami wodza.

Po kuracji, Noghri ponownie zabrał nas do ogniska. Chciał uroczyście ogłosić Adepta Angara honorowym członkiem plemienia, na co Adept się zgodził. Po krótkiej ceremonii, zakończonej podarowaniem specjalnego naszyjnika przez Noghriego, przeszliśmy do posiłku. Tej nocy, Adept Makkaru miał pełnić uroczystą wartę nocną. W dodatku, w zamian za pomoc udzieloną przez wioskę, byliśmy gotowi im pomóc przy polowaniu, gdy wrócimy do sił. Nie zdążyliśmy jednak nic zrobić, bo po niedługim czasie, w wiosce pojawił się kolejny przybysz, podający się za policjanta z Prakith. Okazało się, że oficer, który wcześniej był nieprzytomny, zdołał się obudzić i wydostać. Przed odejściem przyczepił nadajnik do statku "prezesa" - a gdy ten statek odleciał z Prakith, oficer poleciał naszym tropem aż na Honoghr. Bez zwłoki opuściliśmy wioskę, ruszając do statku policjantów. Przed odlotem, podziękowałem wodzowi Noghrich za wsparcie i obiecałem, że wrócimy, by wykonać "posługę myśliwską" - jak to określił sam Noghri. Wróciliśmy na Prakith statkiem policjantów, którzy z wdzięczności odstawili nas pod samą bazę. Powiedzieli, że mamy się zjawić na przesłuchanie w sprawie włamania i przekazać wszystkie dostępne informacje.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Śmigacz, którym przedostaliśmy się z bazy do miejsca zdarzenia ocalał, lecz trafił w ręce funkcjonariuszy. Aby go odzyskać - i nie zwrócić na siebie uwagi służb - razem z Adeptem Makkaru musimy udać się do komendy. Kultysta i "prezes" oczyścili cały budynek, niszcząc go, przez co utraciliśmy dostępne tam ślady. Kultysta najpewniej nie wie, że ja i Adept Makkaru zdołaliśmy już wydostać się z Honoghr.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 03 lis 2015, 18:55

Placówka Kultu

1. Data, godzina zdarzenia: 12.10.15, 20:00-23:30; 17.10.15, 00:30-03:30

2. Opis wydarzenia:

Czytałem parę raportów sprzed mojego przybycia. Kompleks, dość trafnie pokrywa się z opisami nieżyjącego – devaroniańskiego Adepta. Mistrz Bart, namierzył placówkę dzięki prześledzeniu kariery zawodowej Weequaya. Sługi, kultysty. Nie tylko stylizacja odnosi się do raportu z archiwum. Personalia właściciela: Rahadio Sanaris.

Pod bramą kompleksu wskazanego przez Inkwizytora, było ich dwóch. Strażnicy, ubrani w charakterystyczne uniformy i hełmy. Prochowce, sformalizowane. Gogle i nakrycia głowy szczelnie uniemożliwiały poznanie twarzy. Umysłowo typowi najmici, może zakapiory. Często posługiwali się poczuciem humoru, odpowiedniego dla istot o ich konstrukcji światopoglądowej. Odwalali robotę, lojalnie z dozą swobodności.

Tok rozmowy naturalny. Angar żartował, ja grałem podobnego im. Szło sprawnie, podczas finału pierwszego aktu „farsy” uznano nas za istoty niezbyt bystre. Poczucie humoru, z mojej strony będące jedynie elementem wcielanej roli, wcale niczego nie utrudniało. Nie odprawiono nas. Wpisaliśmy się w ramy zwrotu: „spoko z nas kolesie”. Był to klucz dalszej części rozmowy. Tematem był biznes. Wyraziliśmy chęć wejścia w spółkę, niezbyt legalną. Cała rozmowa zastygła w miejscu, kiedy padło pytanie – „Co właściwie chcecie od nas nabywać?”. Analiza i ostrożne podchody. Ryzyko mojej odpowiedzi było wysokie. Dwuznacznie zasugerowałem broń. Strzał trafił. Rozmowa ruszyła dalej, a my zaplataliśmy co raz to gęstsze sieci blefu. Wreszcie stając na stabilnym fundamencie kłamstw, zyskaliśmy nieco wiarygodności. Stworzyliśmy wyimaginowaną tożsamość producentów ekskluzywnej broni. Wartownik zadawał nam co raz to bardziej szczegółowe pytania. Znajomość sektorów biznesowy, w którym działamy, nasze doświadczenie, pochodzenie firmy, stanowiska tam zajmowane. Czy planujemy długoterminową działalność… To mydliny dmuchnięte w oczy.

Mieliśmy dowiedzieć się o tym dopiero w hotelu Fargo. Finalnie, rozmowa zakończyła się przekazaniem propozycji administracji placówki. Za miejsce spotkania obraliśmy wspomniany Hotel Fargo. Ostatni pokój. Nie sprecyzowano czasu. Mieliśmy się tam, jedynie znaleźć. Odlecieliśmy.

Podczas powrotu ścigacz nawalił. Wspominam o tym nieistotnym fakcie tylko ze względu na to, że właśnie wtedy napotkaliśmy patrol policji. Poszukiwali byłego Adepta, Zila Trimaa.


~~Adept Bar'a'ka




Obserwacje związane z zewnętrzem placówki:
Placówka podejrzana o powiązanie z kultem jest odizolowana od świata zewnętrznego. Można się do niej dostać tylko na dwa sposoby:
- głównym wejściem;
- hangarem;
Główne wejście jest chronione przez dwóch strażników, wyposażonych w karabiny blasterowe. Jest ono monitorowane kamerami. Główne wejście jest archaicznie skonstruowane, acz wyposażone w nowoczesny panel, obsługiwany zarówno poprzez karty dostępu i kody wejściowe. Nie zauważyłem obecności żadnych kart u strażników.
Cały obszar jest w pełni widoczny, nawet w środku nocy.
Hangar jest dostępny z drugiej części placówki, która jest zamurowana.
Zgodnie ze słowami samych strażników, jakakolwiek niepokojąca sytuacja na zewnątrz skutkuje natychmiastowym wezwaniem ciężko uzbrojonego wsparcia.

Budynek jest pozbawiony jakichkolwiek okien i szczelin dostępnych z zewnątrz.
Placówka znajduje się nad wąwozem pokrytym zastygłą magmą. Po dokładnej obserwacji, zauważyłem, że pod jej powierzchnią coś się przekopuje. Wskazują na to liczne deformacje, w tym nienaturalnie wyglądające wybrzuszenia.

Po prawej stronie pomostu prowadzącego do placówki (patrząc od strony głównej wejścia) znajduje się ukryta, zablokowana winda, obsługiwana zewnętrznym panelem. Nie znalazłem widocznej z zewnątrz drogi prowadzącej od windy do środka budynku, poza siecią rurociągów.

Podczas drogi powrotnej leciałem taksówką. Pilot powiedział, że prawie nigdy nie ma żadnych ofert pracy w placówce, choć regularnie pojawiają się w niej nowi ludzie. Jego relacja sugeruje, że bardzo drogie, dobrze wyposażone śmigacze regularnie kursują do i z placówki.

Strażnicy utwierdzili się w przekonaniu, że za zdradzenie informacji odpowiada syn pracownika placówki. Nie udało mi się niestety zarejestrować nazwiska. Mężczyźni wypowiedzieli coś, co brzmiało jak "Narimov", lecz nie jestem pewien dokładnie. Owy pracownik na pewno ma syna w wieku studenckim. Strażnicy skojarzyli nazwisko z wymyślonym przeze mnie "Kristoff"

~~Adept Naiiv Luure

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Bar'a'ka, Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 07 lis 2015, 15:23

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 05/06.11.15, 20:30-02:00

2. Opis wydarzenia:

Zwykle kiedy "coś" ma nadciągnąć pojawia się subtelne, podświadome odczucie niepokoju - często z niewytłumaczalnego źródła. Nie mówię tutaj o Mocy, lecz o zwyczajnych "proroczych" obawach, które dotykają często również zwykłe istoty. Znacie to na pewno. Tego dnia... Wszystko zdawało się być aż nienaturalnie spokojne. Nie czułem się tak, jak wtedy kiedy lecieliśmy z Fenderusem na Dantooine. Czułem się aż przesadnie naturalnie... Może to właśnie to? Zabrałem torbę, płaszcz przewiesiłem sobie przez rękę. W drodze do ambulatorium napotkałem tego słynnego X-999, który szydził z rannego adepta w zbiorniku kolto. Nie miałem nawet zbytnio głowy aby go strofować. Moja reakcja zapewne spotkałaby się z kolejną, która doprowadziłaby do irracjonalnej straty czasu i zdrowia żołnierza. Tak jest zawsze z takimi. Ale ja... Miałem inne rzeczy na głowie - nie obeszło mnie to. Moje myśli krążyły dookoła nadchodzących wydarzeń. Jak na ironię - od początku do końca podejrzewałem co się będzie działo i na jaką skalę... Ale - powtórzę - nie czułem niepokoju. Wydaje mi się, że to raczej kwestia mojego zaufania w umiejętności Inkwizytora. Przeczucia w sumie rzadko mnie zawodzą... To często dosyć irytujące. Pomijając, że wiarę w możliwości mojego Mistrza ciężko nazwać przeczuciami - to raczej czyste fakty. I każdy z Was raczej ma wiedzę, że moje powyższe słowa ciężko podpiąć pod "słodzenie".

Sporą ilość czasu przed odlotem spędziłem na przypominaniu sobie tego... ekscentrycznego systemu sterowania myśliwca. W trakcie lotu ewidentnie coś szwankowało - Inkwizytor podejrzewa, że broń soniczna nie została zdemontowana do końca. Ja zaś stawiam na jakieś problemy z silnikiem. Ktoś o odpowiednich umiejętnościach winien to sprawdzić na wszelki wypadek. Lot przebiegł bez jakiegokolwiek problemu. Wyskakując z nadprzestrzeni naszym oczom ukazał się Ruusan. Jeden z jej sektorów wyraźnie się wyróżniał... Już z przestrzeni kosmicznej wyglądał na zniszczony, zdeprawowany, kompletnie szary i pusty. Planeta ociekająca wręcz historią, wydarzeniami z przeszłości. Miejsce siedmiu bitw między Mroczną Armią Lorda Sith - Kaana, a Armią Światła Lorda Jedi - Hotha. Ostatnia z tych bitw zakończyła się... Ciężko stwierdzić - remisem? Dusze zarówno Jedi jak i Sithów zostały uwięzione przez coś, co przekracza moją wiedzę. Johun Othone symbolicznie nazwał miejsce "Doliną Jedi"... Dość mało trafione moim zdaniem z racji tego, że śmierć ponieśli tam nie tylko Jedi. Nie tyle dla szacunku do poległych Sithów, co właśnie dla pogardy dla tychże. Ciężko mi sobie wyobrazić nawet jak potężnym skupiskiem Mocy musiała być krypta przed użyciem jej do stworzenia armii przez Desanna, samą inwazją Yuuzhan Vongów i Moc wie czym jeszcze. Teraz sama Dolina jest symbolem nie tylko tych siedmiu bitew, zniewolenia; ale i jeszcze jednej, która w treści mojego sprawozdania dopiero nastąpi.

Nawigator myśliwca doprowadził nas do sporej faktorii - kopalni. Leciałem dość nisko aby uniknąć wrogiego wykrycia - tak na wszelki wypadek. Pomimo, iż wylądowałem praktycznie rzecz biorąc na terenie samego kompleksu, to w jakiś sposób zrobiliśmy to niezauważenie. Wszystko dookoła było... puste. Nie było widać ani skrawka jakiejkolwiek roślinności. Skryci za silosem dostrzegliśmy kilku Vongów - no i się zaczęło. Inkwizytor z marszu przypuścił atak, masakrując najeźdźce z zaskoczenia jednym z kontenerów. Muszę przyznać, że choć moje medyczne doświadczenie robi swoje i czyni, że nie krzywię się na dźwięk łamanych kości tak bardzo - to wciąż pozostawia mimo wszystko swoisty absmak. Nie tym razem. Dźwięk łamanych, miażdżonych kości Vongów działa na mnie wręcz całkowicie analogicznie... Niczym muzyka dla moich uszu. No i się zaczęło... Tutaj było jeszcze stosunkowo łatwo. Przez moment szliśmy z Inkwizytorem łeb w łeb - ale na krótko. Potem nie nadążałem z ofensywą, albowiem pięciu Bartów już zdawało się tam być, cóż. Przebijaliśmy się przez Yuuzhan aż do głębi kompleksu. Do momentu, kiedy nie znaleźliśmy się - najpewniej - w jakimś jego centrum. Moja wiedza informatyczna nie jest nawet lekko-zaawansowana, stąd też niewiele udało mi się wyciągnąć z jednej z konsol. Udało mi się jednak odnaleźć komunikat alarmowy, który informował, że "tego czegoś" jest pełno, a górnicy mają pozostać w kopalni dla bezpieczeństwa. Pomyślałem, że może zabarykadowani na niższych segmentach przeżyli... Przeliczyłem się jednak, albowiem komunikaty wysyłane do górników spotkały się z kompletnym brakiem odpowiedzi. To, co przykuło jeszcze naszą uwagę w pomieszczeniu kontrolnym, to ludzkie, wysuszone na wiór zwłoki... Dosłownie wyglądające tak, jakby coś lub ktoś wyssało/osuszyło całą wodę znajdującą się w szczątkach. To samo zresztą można powiedzieć o tej części planety w której byliśmy... Suszonych ciał było więcej. W międzyczasie pojawił się pewien człowiek... Normalny, zdrowy. Twierdził, że uchronił się przed inwazją w jednym z pojazdów, przykryty zwłokami swojego towarzysza. Od początku coś mi tutaj śmierdziało... Rozumiem konsternację, jednak człowiek nijak nie reagował na wszelkie próby nawiązania logicznej konwersacji. Ostrzegłem Inkwizytora o moich obawach za pośrednictwem telepatii. Wszędzie gdzie wojna znajdą się i zdrajcy, którzy gotowi będą - w tym wypadku - sprzedać swoją własną rasę aby przeżyć. Nie myliłem się. Kiedy szukaliśmy reszty ocalałych znaleźliśmy wycieńczonego, umierającego człowieka - dwóch w zasadzie. Obaj niestety nie przeżyli. Nawet pomimo prób Mistrza, który usiłował leczyć jednego z nich Mocą. Drugi, którym ja się zajmowałem odpłynął w trakcie podawania mu płynów. No i tutaj rozpoczęło się to, o czym mówiłem - zdrada. Człowiek który wcześniej nas odnalazł starał się dźgnąć mnie nożem w kark, kiedy klęczałem nad rannym. Szybkość mojej podświadomej reakcji okazała się być pomocną. Nawet nie patrzyłem, nie widziałem... Zauważyłem drobne zmiany samego przepływu Mocy i na tej podstawie zatrzymałem dłoń z nożem w trakcie ataku. Ułamek sekundy później Inkwizytor posłał człowieka z impetem na barierki gruchocąc mu kości... Kto widział Inkwizytora podczas jego zrywu przy użyciu Mocy, ten wie jak duża siła musi się z tym wiązać. No a... Mistrz Bart poszedł przy tym w tak zwanego popularnie "tarana". Vensling już bombardowała nas "prośbami" o wsparcie w Dolinie Jedi - szkoda było marnować więcej czasu. Zwłaszcza, że w tle komunikatów dało się usłyszeć okrzyki, świsty miecza świetlnego, ostrzy. Ja popędziłem do myśliwca aby go przygotować - w tym czasie mój Mistrz próbował przesłuchać zdrajcę. Jak mniemam nie dowiedział się niczego interesującego biorąc pod uwagę, że widziałem tę "kukłę" lecącą z dużą siłą w losowy sposób na barierki. Wątpię, aby przeżył. Jeśli tak - nie na długo.

Lot ne trwał długo... Głównie dzięki zawrotnej prędkości jaką dysponuje nasz pojazd. Lecąc nisko bez trudu zauważyliśmy prawdziwą hordę czarnych mrówek i dwa, czerwone ostrza "detektyw" Vensling. Było ich przerażająco dużo. Za dużo. Informuję, że działa pojazdu też bardzo dobrze się sprawdzają. Kilka strzałów skutecznie przerzedziło Yuuzhańskie szeregi i - mam nadzieje - pozwoliło samej Mrocznej siekać z mniejszą częstotliwością chociażby do momentu naszego dotarcia. Osadziłem maszynę prędko na jednym z klifów - z daleka od wzroku naszych wrogów i popędziliśmy na pomoc. Rzecz jasna pierwszym z pytań było "co tak długo". Nie pamiętam aby spotkało się to z jakąkolwiek odpowiedzią. Tych zwierząt było tam nawet więcej niż na Dantooine... Za dużo. Starałem się jak mogłem - odnosiłem jednak obrażenia przez wgląd na ich ilość. Z zabraczką było podobnie, co ze mną. Na szczęście... Inkwizytor był w swoim żywiole niczym informatyk w dziale IT. Tutaj już nawet nie liczyłem statystyk... Vensling poprowadziła nas na klify - uciekliśmy "pierwszym falom". Ucieczka ta nie była jednak spowodowana strachem, problemami (Na pewno nie Inkwizytora), a przymusem jak najszybszego udania się do właściwej Doliny Jedi. Bart jeszcze na moment dopadł do mnie aby chociaż trochę zasklepić rany - pomogło. Czułem je, jednak ignorowałem... Treningi z Mistrzem jak widać skutkują. Jego rzucanie mną w Sentinela z taką siłą, że aż trzęsie się cały pojazd i hangar... Jak widać może być przydatne i użyteczne.

Nie wiem z jaką liczbą Vongów mieliśmy dalej do czynienia... Ale wydaje mi się, że z pełnym impetem inwazji na Ruusan. Takie odnosiłem wrażenie. Tutaj było ich jeszcze więcej... Ale na naszą korzyść teren był na tyle urodzajny, że te zwierzęta musiały się trochę bardziej namęczyć by się do nas dostać. Nie wiem ilu zabiłem, nie wiem o ile (setek) więcej wyeliminował sam Bart. Wiem, że nadszedł czas, kiedy i ja, i Vensling nie byliśmy w stanie prowadzić dalej regularnej potyczki. Ustawieni na powalonym filarze odpieraliśmy pojedynczo gromadzących się Vongów - w tym samym czasie Bart... Zbierał się do tego, aby finalnie wyeliminować ich tylu, ilu na raz mógłby chyba tylko on. Dziesiątki filarów zostało po prostu wyrwanych z podłoża, rozdrabniając zbierające się na dole siły Yuuzhan niczym... gigantyczny, kamienny... blender? To, czego byliśmy świadkami dalej po prostu nie da się opisać. Tak, po prostu świadkami - nawet nie uczestnikami. Ja oraz Vensling byliśmy już tak wycieńczeni, że we względnie bezpiecznym miejscu po prostu obserwowaliśmy na to, co się dzieje... Przypomnijcie sobie legendarnego Mistrza Windu, przypomnijcie historie o tym, jak wiele separatytycznych droidów potrafił odpierać na raz... A potem podnieście Windu i droidy do czwartej potęgi - wychodzi Inkwizytor kontra Yuuzhan Vongowie. Bart zwyczajnie ciął ich jak w transie. Oddalony od nas kawał drogi, pomimo tego, że był w trakcie potyczki - potrafił na moment doskoczyć do nas, ciąć szarżującego na nas jednego lub dwóch Vongów, po czym wrócić na poprzednie miejsce i siekać dalej. Staliśmy jak wryci z otwartymi oczyma... Pójść do zagrody ze skrajnie niebezpiecznymi zwierzętami galaktyki wraz z ich treserem i czuć się względnie bezpiecznie. Korzystając z tej... chwili... "czegoś", co można nazwać nierówną walką biednej armii Yuuzhan przeciwko Bartowi; opatrzyłem powierzchownie rany swoje i tymczasowej towarzyszki, której nawiasem mówiąc nie znoszę. Ale na pewno po tym wszystkim zasługuje na mój szacunek niepodważalnie.
Vongów zaczęło... ubywać. Ciężko było znaleźć fragment tej obszernej doliny, który przypominałby pierwotnie ziemię, zwykłą powierzchnię. Nie dało się nawet przejść tak, by nie nadepnąć jakiegoś truchła... Po prostu się nie dało. Vongowie wreszcie przestali napływać, ale pojawił się inny problem - Mandalorianie. Dwójka z nich weszła do środka krypty w Dolinie Jedi, trzeci zaś został posłany na śmierć z rąk Inkwizytora. Podążyliśmy za nimi.

Naszym oczom ukazało się potężne pomieszczenie, gdzie co rusz rozstawione były różne monumenty - niewątpliwie autorstwa Rycerza Johuna Othona. W progu Inkwizytor chwycił mnie i Vensling. Kosztem własnych sił uzdrowił nas z większości ran... Poczułem nagły przypływ witalności, dalszej woli walki. Chociaż mojej ciało w dużej mierze zostało błyskawicznie uzdrowione, to jednak umysł był zbyt zmęczony, abym mógł powiedzieć o pełni swojej formy. Oczywiście, większe rany do końca nie mogły zostać zaleczone... Jednak to, co zrobił tak czy siak należało do kolejnych rzeczy niezwykle imponujących w swojej skali. Kolejnej dzisiaj zresztą. Cała "hala" krypty była kolosalna. Samo pomieszczenie ewidentnie zostało poskładane na bazie jakiejś jaskini. Dlaczego? Ponieważ nie było nigdzie żadnych podpór, które miałyby utrzymywać konstrukcję... Pomimo naprawdę pokaźnych rozmiarów. Stąd zostaje jedynie możliwość taka, że ciężki "sufit" trzymał się na naturalnych zasadach tworzonych przez procesy kształtujące niegdyś okoliczne tereny. Na samym środku widniał ołtarz... Niby nic gdyby nie fakt, że centrum to biło silnym światłem o ciepłej barwie; pochodzącym tak naprawdę znikąd... Na tyle silnym, że jako jedyne źródło jakiejkolwiek jasności, było w stanie rozświetlić całą jaskinię. Tuż przed nim stała dwójka mandalorian, których wcześniej widziałem jedynie kątem oka. Oprócz nich samych był jeszcze jeden jegomość dobrze nam znany... Oryginał naszego przyjaciela. Przyjaciela, który został uśmiercony przez głupotę jednego z adeptów. Pominę aroganckie, słabe poczucie humoru Mandaloriańskich puszek z żywnością dla zwierząt domowych i przejdę do właściwej konwersacji. Dowiedzieliśmy się, że jeśli Danadris nie opuści pomieszczenia w ciągu piętnastu minut, to śmierć poniesie wiele... Znajomych nam mniej lub bardziej osób, których śmierci byśmy nie chcieli. Głównie przez ich niewinność, bezcelowość ich mordu. Wybór o tyle ciężki, że... Jeśli z Doliny Jedi ostało się coś, co warto chronić - poświęcenie tychże musiałoby mieć miejsce. Ale nie wiedzieliśmy, czy warto dokonywać takiej zamiany, bo... Druga strona mówi jasno o tym, że jeśli Dolina Jedi nie ma w sobie już niczego - wiele ludzi zginęłoby na marne. Śmierć Mrocznego Jedi oznacza śmierć wielu ludzi pobocznych. Jego przeżycie - również. Może i zapewne nawet na większą skalę. Wydaje mi się, że postąpiliśmy mimo wszystko właściwie - nawet, jeśli do końca przez nieporozumienie, napięcie. Okazało się bowiem... Że Dolina Jedi nie zawierała już do końca żadnej bardziej wartościowej energii, która miałaby jakieś większe znaczenie dla losów galaktyki. Wciąż jednak uchroniliśmy ten symbol przed zagładą. Symbol, który - tak jak Enklawa na Dantooine - liczy się nie tyle do faktycznej wojny, co dla masy istot które biorą w niej udział. Chociaż kto wie tak naprawdę... Co jeszcze może skrywać to miejsce. Ślady w Mocy potrafią być obecne na wieczność. Może jest tam coś, co tkwi ukryte czekając na odpowiedni moment... Nie wiemy. Dolina od zawsze była swoistą zagadką. Myślę, że może być tak odbierana nadal. Towarzysze spaczonego, byłego Jedi pozostali aby z nami walczyć... Oberwałem - głównie przez swoje mentalne wymęczenie. Niewiele to jednak znaczy w sytuacji, w której Danadris uciekł. Vensling... Mało powiedzieć, że nie była zadowolona. Inkwizytor próbował go gonić - bezskutecznie jednak. W międzyczasie skupiłem się na samym ołtarzu z pozycji Mocy weń zamkniętej. Dosłownie zamkniętej... Wyczuwalnym był kompletny chaos, nieład - energia nie miała ujścia. Wypełniona moją własną potęgowała ten efekt... Efekt kompletnej dysharmonii. To logiczne - jak coś, czego naturą jest stały obieg ma płynąć w harmonii gdzieś, gdzie nie ma ujścia? Okazało się, że potrzebny był katalizator... Tutaj - umysł Barta. Kolejna rzecz, która mnie w ten dzień silnie zdziwiła. Inkwizytor bowiem przejął całą energię, która zamknięta była w ołtarzu. Dolna Jedi nie zawierała już żadnych śladów... Za to sam Mistrz zachował jej ślad - w gruncie rzeczy - na zawsze. Można powiedzieć, że póki żyje sam Bart, to istnieje Dolina Jedi. Z tego co zrozumiałem... On sam również na tym zyskał. Energia którą przyjął wzbogacała jego zmysły postrzegania Mocy... Bardzo, bardzo istotny "prezent" dla kogoś, kto - jak wszyscy dobrze wiemy - był kompletnie azmysłowy w tym spektrum.

Chociaż Vensling już nie zobaczyłem... Mogę się domyślać, że przez dłuższy czas się nie odezwie. Niespełniona jej nadzieja pokładana w Barcie odnośnie śmierci Danadrisa zapewne tłamsi ją od środka. Ja... Mam się w gruncie rzeczy dobrze. Nie zrobiłem tam wiele. Myślę, że wiele osób postawionych na moim miejscu miałoby dużo więcej okazji do śmierci ode mnie. Byłem niejako kulą u nogi, którą Inkwizytor musiał ciągnąć... Ale jestem dumny, że mogłem być świadkiem tego wszystkiego, co tamtego dnia dokonaliśmy... I bardziej tego, co on sam, własnoręcznie dokonał. Cieszę się również z tego powodu, że to ja właśnie jako naoczny świadek i uczestnik mogę spisać to w jakiejkolwiek formie, zachować pamięć o tym co się stało i będzie miało niewątpliwie skutki w przyszłości... Mam nadzieję - pozytywne - dla nas wszystkich.

Obrazek
3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Pierwsza grafika jest mojego wykonania. Druga zaś wytworem Barta.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1870
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 08 lis 2015, 12:46

Wezwanie z Christophsis

1. Data, godzina zdarzenia: 04.11.15 20:30 - 02:00

2. Opis wydarzenia:

Razem z mistrzynią Elią otrzymaliśmy wezwanie z imperialnej placówki na Christophsis. Pracujący tam żołnierze donieśli o ataku Vongów i kompletnym braku leków i pożywienia. Wyglądało na to, że nie mieli otrzymać jakiejkolwiek pomocy od strony Imperium. Dano nam do zrozumienia, że nie przetrwają nawet jednej doby. Zdecydowaliśmy się ruszać natychmiast. Wzięliśmy ze sobą uzbrojenie, młodszego Amphistaffa w roli wsparcia, oraz zestaw racji żywnościowych i medpakietów. Na samo Chrisophsis dolecieliśmy myśliwcem Kaana.

Na miejscu, zastaliśmy planetę kompletnie zrujnowaną. Na orbicie nie było żadnych okrętów Vongów, co wydało mi się nieco podejrzane. Powierzchnia była kompletnie opanowana przez wrogą armię. Większość budowli była pozbawiona zasilana, cicha i zniszczona. Gdy wylądowaliśmy w samej bazie Imperium, niemal natychmiast zostaliśmy zaatakowani przez Yuuzhan. Wejście do środka było chronione przez osłonę, więc musieliśmy bronić się, czekając na jej otworzenie. Miałem tylko blaster pod ręką, więc szybko zostałem obezwładniony i ciężko zraniony przez Vongów. Ocaliły mnie wtedy tylko zdolności mistrzyni Elii, oraz interwencja naszego Amphistaffa, który walczył ramię w ramię z mistrzynią nad moim ciałem. Po jakimś czasie, imperialni w końcu otworzyli nam przejście i wpuścili nas do środka. Nigdy nie cieszyłem się tak bardzo na widok szturmowców.

Młodszy Amphistaff dostał się do środka odrobinę za późno, przez co zamykające się pole energetyczne przypaliło mu fragment ogona. Nie była to na szczęście poważna rana. Ze mną było nieco gorzej. Krótko mówiąc, jeśli Vong który mnie trafił, ciął o milimetry głębiej, to latałbym z wnętrznościami na wierzchu. Tak przynajmniej zrozumiałem z tego, co mówiła mistrzyni Elia. Zdołała ona opatrzyć mi ranę za pomocą medpakietu. Od razu po tym, przykryła mnie dla ochrony jakimś kocem. Był obszczany i brudny, ale nie byłem zbytnio w pozycji do narzekania.

Mistrzyni Elia przeszła tymczasem do rozmów z żołnierzami Imperium. Byli w koszmarnym stanie. Mieli pełno uzbrojenia, lecz stracili wszystkie zapasy pożywienia i leków. W dodatku, ich jedyny dowódca zginął jakiś czas wcześniej. Byli de facto bezbronni. Ich stan był tak żałosny, że gdy po zęby uzbrojony szturmowiec otrzymał batonik, to rzucił się na niego jak dzikie i głodne zwierze. Był to naprawdę beznadziejny widok. Nie można jednak zaprzeczyć, że mimo wszystko, imperialni dawali sobie radę w tej sytuacji. Okazało się, że niemal na samym początku ataku, Rada Moffów wycofała swoje wojska, pozostawiając na planecie tylko kilkuset żołnierzy. Mimo takiego ciosu w morale, wojsko trzymało się i walczyło dalej. Udało im się zniszczyć wszystkie okręty Vongów z powierzchni planety i bez większych problemów utrzymać bazę. Tym, co w nich trafiło, to uniemożliwiający funkcjonowanie głód i choroby. Do tego, Yuuzhanie zdołali bowiem dotrzeć do generatora zasilającego ich bazę i dezaktywować część systemów. Tarcza nadal funkcjonowała, ale nie było wiadome, czy Vongowie nie pozbędą się i jej. Mistrzyni Elia otrzymała zadanie dotarcia do generatora i aktywowania go - co wiązało się z przedarciem się przez armię Vongów. Nie podobał mi się ten pomysł, lecz nie mieliśmy zbytniego wyjścia. Imperium potrzebowało pomocy w tej sytuacji. Poza tym, nie chcieli, żebyśmy - a przede wszystkim ja - zostali w środku.. Musiałem ruszyć w drogę. Otrzymałem stymulant adrenaliny, aby móc stać na nogach, po czym z pomocą mistrzyni, razem z Amphistaffem wsiedliśmy do myśliwca i polecieliśmy do wskazanej przez Imperium lokacji.

Z oczywistych powodów, razem z Amphistaffem zostaliśmy w kabinie myśliwca. Nie ma co dużo mówić, czułem się paskudnie, że dałem się tak łatwo zranić, przez co stałem się dla mistrzyni kulą u nogi, a nie wsparciem. Obiecałem kontaktować się z nią bez przerwy, w obawie że mogłoby się jej coś stać. Zdawałem sobie sprawę, że byłem w walce równie przydatny, co ślepe niemowlę, lecz czułem się zobowiązany jej pomóc najlepiej jak mogłem. Wówczas, mistrzyni rozpoczęła przedzieranie się przez szeregi Yuuzhan.

Podczas walki z Vongami, mistrzyni Elia spotkała na swojej drodze pracownika placówki - prawdopodobnie lokalnego woźnego. Był kompletnie opanowany przez ból i gniew. Na początku był na tyle zdezorientowany, że gdy Elia zabiła jakiegoś Vonga, uciekał przed nią. Zatrzymał się dopiero, gdy dała do zrozumienia, że działa z ramienia Imperium. Był tak pochłonięty, że był gotowy rąbać martwe ciało Yuuzhanina za pomocą jakiegoś narzędzia. Krzyczał, że zabito mu brata. Jeśli to prawda, to nie trudno się dziwić stanowi, w jakim mężczyzna się wtedy znalazł. Mistrzyni Elia musiała długo uspokajać go, zanim w końcu doszła do porozumienia, skłaniając go do zaprowadzenia jej do punktu obsługi generatora. Z pewnością bardzo pomógł fakt, że dysponowała mieczem świetlnym - choć mężczyzna uznał ją za lorda Sith, a nie za Jedi. Pracownik placówki dał do zrozumienia, że dostęp do obsługi generatora jest zablokowany hasłem, a jedyna osoba znająca to hasło była martwa. Mistrzyni Elia zdecydowała się wykorzystać moją pomoc, żeby złamać zabezpieczenia i uruchomić wszystkie systemy generatora.

Wróciła się wtedy do myśliwca i zabrała mnie do środka, gdzie miałem spróbować aktywować całą placówkę i jej systemy ochronne. Byłem zmuszony improwizować. Długo nie mogłem wpaść na pomysł przebicia się przez zabezpieczenia. Po jakimś czasie udało mi się użyć podłączonej holodaty jako alternatywnego dojścia do dysku, a ściągniętego emulatora jako sposobu odtworzenia wszystkich programów i aplikacji. Niestety, nie zrobiłem tego dość szybko. W efekcie, zanim zdążyłem rozgryźć aparaturę, do sali wszedł uzbrojony Vong. Samo w sobie nie było to jednak ani przerażające ani zaskakujące. To, co mnie zaskoczyło, to fakt, że ten Yuuzhanin mówił w Basicu. Zdołał wyprowadzić ciecia z równowagi i zmusić go do zaatakowaniu go. Oczywiście, zwykły cywil nie miał szans w starciu z wojownikiem Vongów. Mistrzyni Elia nie zdołała go ocalić, lecz natychmiast stanęła między mną, a Vongiem.

Obcy zaskoczył mnie jednak, proponując nam poddanie się i stanięcie po stronie Yuuzhan. Bylem tak zaintrygowany rozmową z Vongiem, że zdecydowałem się razem z mistrzynią Elią ciągnąć dyskusję. Żeby nie było, nawet przez chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, aby się poddać. Moim celem cały czas było wyciągnąć z napastnika jak najwięcej informacji. Niestety, nie jestem osobą o nadzwyczajnych zdolnościach charyzmatycznych, więc praktycznie niczego się nie dowiedziałem. Mistrzyni Elia radziła mi aktywować ochronę reaktora i systemy placówki i uciekać, lecz ja byłem tak zaciekawiony, że zostałem na miejscu. Tą decyzję, niemal przypłaciłem życiem. Wkrótce potem zjawił się kolejny Yuuzhanin, również uzbrojony, a my wylądowaliśmy w beznadziejnej pozycji. Yuuzhanie mieli dość targowania się i dali prosty warunek - albo mistrzyni Elia się podda i przeżyje, albo zginie walcząc. Ja byłem wykreślony z równania. Oczywiście, nie miało to dla mnie znaczenia. Ważne było to, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Mogliśmy albo walczyć z Yuuzhanami, albo uciekać. Miałem pełną kontrolę nad systemami placówki, więc mogłem wykonać nasze zadanie od razu, aktywując wszystkie możliwe funkcje, zapewniając tym samym pełne zasilanie wojsku Imperium, oraz ochronę samemu reaktorowi. Nie chciałem jednak zostawić siebie i mistrzyni Elii sam na sam z dwoma Vongami. Chciałem zatem też zablokować drzwi pomieszczenia i tym samym zamknąć Vongów w środku. Założyłem, że blokada - niczym w holofilmach - będzie się zamykać co najmniej kilka sekund. Miało to wystarczyć, byśmy uciekli we dwójkę. Jak straszliwie się wtedy pomyliłem.

Blokada zamknęła się natychmiastowo, tuż przed moim nosem. Utknęliśmy w środku, a Yuuzhanie mieli dość dyskusji i zaatakowali nas. Nie miałem żadnych szans w starciu - ledwo mogłem chodzić. Niemal natychmiast trafiono mnie, niemal śmiertelnie. Amphistaff wroga przebił mi klatkę piersiowo, praktycznie ocierając się o moje serce. Byłem niemal martwy, niezdolny do niczego. Mistrzyni Elia została sama z dwoma uzbrojonymi Vongami. Zdołała jednak zachować zimną krew i znaleźć wyjście z sytuacji. Zdecydowała się skorzystać z jedynej prawdziwej przewagi, jaką miała nad Vongami - z Mocy.

Długo mógłbym opowiadać o tym, co słyszałem o używaniu Mocy. Słyszałem o Bitewnej Medytacji, technikach niszczących całe miasta, czy kompletnie zmieniających naszą percepcję, zmieniając to kim byliśmy. Jednak nic nie może się równać z doświadczeniem czegoś takiego na własne oczy. Mistrzyni Elia - i tu nie żartuję - zniszczyła całe pomieszczenie. Rozerwała je na kawałki, zamieniając je w płonące piekło. Wszędzie latało szkło, kawałki metalu i transpastali. Yuuzhanie nie mogli zrobić nic! Zostali praktycznie rozerwani na strzępy, zmiażdżeni i spaleni. Może i trochę przesadzam i dla większości weteranów nie byłoby to nic zaskakującego. Jednak wtedy widziałem tylko siebie i mistrzynię Elię pośrodku huraganu, który ona stworzyła i nad którym panowała. Gdy całe to piekło się skończyło, ja i mistrzyni Elia skończyliśmy w zrujnowanym i płonącym pomieszczeniu, z zamkniętymi drzwiami i jedną działającą konsoletą.

A co najlepsze, mistrzyni Elia nie skończyła na tym. Natychmiast rzuciła się do pomocy mi. Również trudno mi opisać co się wtedy stało, ale wydaje mi się - z tego, co zrozumiałem - że de facto wtłoczyła we mnie swoją energię, utrzymując mnie dzięki niej przy życiu. Gdy byłem na tyle przytomny, że mogłem z nią porozmawiać, dowiedziała się ode mnie, jak odblokować drzwi - które w swej naiwności zamknąłem. Gdy odblokowała przejście, wyciągnęła mnie z płonącej sali i zapakowała na myśliwiec. Natychmiast polecieliśmy w przestrzeń i wykonaliśmy skok. Na tym etapie byłem już nieprzytomny, więc to co teraz piszę, dowiedziałem się od samej mistrzyni.

Gdy zemdlałem, zapakowany na myśliwiec Kaana, mistrzyni Elia złapała mnie za rękę i wykorzystała to, by swobodnie przelewać we mnie swoją energię. Jednocześnie skontaktowała się z siłami Nowej Republiki i przekazała im wszystkie informacje o położeniu sił Imperium na Christophsis, oraz o ich gotowości, by zmienić stronę, w związku z ich opuszczeniem przez Radę Moffów. Potem zapadła w jakiś trans, by móc przez całą drogę na Prakith przekazywać mi swoją energię życiową, utrzymując mnie przy życiu - aż do wpakowania mnie w zbiornik z kolto. Co by dużo mówić - gdyby nie mistrzyni Elia, nie pisałbym tego sprawozdania.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Sytuacja na Christophsis teoretycznie się powinna już ustabilizować. Jeśli Nowa Republika wysłała tam siły, to zyskaliśmy drobny bastion oparcia przeciwko Vongom. Sugerowałbym skontaktowanie się z garnizonem na planecie i upewnienie się, jak wygląda tam sytuacja pod względem militarnym.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 20 lis 2015, 19:49

Wyrok Ulicy

1. Data, godzina zdarzenia: 13.11.15 21:00 - 01:00; 15.11.15 18:30 - 23:00; 24.11.15 19:30 - 02:00;

2. Opis wydarzenia:

Gdy Mistrz Bart poprosił mnie i Adepta Makkaru, nawet przez chwilę nie spodziewałem się, co mogło się stać. Zapowiadało się na krótką, prostą wyprawę. Polecieliśmy do wspomnianej bazy logistycznej. Mieliśmy działać we dwóch - ja nadal leczyłem rany po wydarzeniach na Christophsis, nie nadawałem się do prawdziwych wypraw. Jednak Adept Makkaru uznał, że powinniśmy działać osobno. W ten sposób mielibyśmy uniknąć jakichkolwiek podejrzeń ze strony pracowników. Dość ironiczne, jeśli się pomyśli co się ostatecznie stało. Zostałem sam, z blasterem i holodatą. Wszedłem spokojnie do środka, gotowy na wszystko. W środku natrafiłem na kilku pracowników. Zapamiętałem tylko Weequay'a i Rodianina. Rodianin był szefem tego wszystkiego. Gdy tylko wkroczyłem do wnętrza budowli, tamci dwaj natychmiast zwrócili na mnie uwagę. Myśleli, że przybyłem z jakąś paczką. Nie chciałem podawać się za owego dostawcę, bo ani nie miałem przy sobie żadnej paczki, ani nie wiedziałem jak miała wyglądać. Oczywiście był to dobry wybór, bo już po kilkunastu minutach pojawił się prawdziwy dostawca. To jednak postawiło mnie w sytuacji, w której musiałem wymyślić powód swojego przybycia i wykorzystać go, by wyciągnąć z pracowników jak najwięcej informacji.

Wiedziałem, że nie mogłem użyć tej samej przykrywki, co wtedy, gdy badałem zewnętrze placówki współpracującej z Kultem. Pomyślałem, że podam się za chętnego do pracy młodzika. Nie sądziłem, że mnie przyjmą, lecz podobnie jak w przypadku poprzedniej przykrywki, mogłem użyć jej, by poznać trochę szczegółów dotyczących tego miejsca. Bynajmniej nie wyszło to w żadnym stopniu dobrze. Zareagowano wrogo i z jawną irytacją. Nie mam pojęcia, czy wynikało to z mojego wieku, czy z ogólnego obycia - rzecz w tym, że panowie byli na tyle wkurzeni, że dość szybko kazali mi wynosić się, pod jasno określoną groźbą. Wyraźnie widać było, że panowie mieli ze sobą broń, więc nie chciałem ryzykować walki. Zacząłem się powoli wycofywać, bo nie mogłem nagle wymyślić nowej wymówki. Niemal tuż przed wyjściem wpadłem na pewien pomysł, który okazał się dla mnie zgubny.

Pamiętałem, jak poprzednim razem zareagowali ochroniarze na moją obecność - tym, co ich interesowało, to tożsamość osoby, która wyjawiła informacje o ich działalności. Ja im nie zawadzałem, wprost przeciwnie, spokojnie ze mną rozmawiali. Ci goście, zareagowali jednak dużo gorzej. Natychmiast mnie okrążyli i zaczęli zadawać pytania. Nie byli jednak skłonni do spokojnej rozmowy. Starałem się mówić jak najbardziej ogólnie, bo jeśli zacząłbym gadać szczegółowo, to pewnie szybko wykryliby kłamstwo. To była jednak kolejna zła decyzja podjęta tamtego dnia. Rodianin szybko stracił cierpliwość i najzwyklej w świecie mnie ogłuszył blasterem. Straciłem przytomność, nie mam pojęcia na jak długo.

Gdy się obudziłem, znalazłem się w zamkniętej celi, w nieokreślonym miejscu - zapewne w innej części bazy logistycznej. Moja holodata i blaster zniknęły, co od razu uświadomiło mi, w jak wielkim bagnie wylądowałem. Dość szybko wywołali mnie na zewnątrz Rodianin i jeden z pracowników. Natychmiast zażądali ode mnie wyjaśnień. Widać było, że blaster zwiększył ich podejrzliwość, a ja tańczyłem na kruchym lodzie. Zacząłem zachowywać się jak przerażony dzieciak, który trafił w złe miejsce o złym czasie - choć nie zaprzeczę, że po części tak się czułem. Próbowałem im wmówić, że jestem po prostu rozwydrzonym dzieciakiem bogatych rodziców, który zasłyszał gdzieś informacje o tej placówce i chciał po prostu pracy. Przedstawiłem się jako "Varian Rovv". Chciałem ich przekonać, że dowiedziałem się o placówce od jakiegoś Klatooinianina w jednej z kantyn w Galli. Nie byłem oczywiście tam w żadnej kantynie, więc zmyśliłem, że nie pamiętałem nazwy. Nie przyjęli tego najlepiej. Wrzucili mnie z powrotem do celi, dając mi kilka chwil do pomyślunku. Czułem, że była to sytuacja zagrożenia życia, więc chciałem się wydostać. Drzwi do celi były lekko uszkodzone, więc zdołałem je podważyć i otworzyć je panelem. Niestety, nie było żadnych okien, ani dostępnej broni. Zaryzykowałem, po prostu wychodząc przez drzwi. Był to kolejny błąd, bo obydwaj czekali za drzwiami, praktycznie z wyciągniętą bronią. I oczywiście, byli wściekli. Kazali kłaść mi się na ziemi i ugryźć krawędź pojemnika. Potem, jeden z nich nadepnął mi na kark. Wiedziałem, że oznaczało to krawężnik. Jednak mnie nie zabili, najpierw żądając informacji. Odpowiedziałem im ponownie to, co wcześniej, lecz tym razem mówiłem nieco konkretniej, nie zmieniając przy tym nic z początkowej wersji wydarzeń. Gdy dopytali się o wszystkie szczegóły, w końcu mi odpuścili. Przyznam, że kamień spadł mi z serca. Grubo się jednak myliłem, myśląc, że tak po prostu mnie wypuszczą.

Rodianin jasno dał mi do zrozumienia, że nie dadzą mi wolności. Byłem dla nich na tyle nieistotny, by zabijanie mnie nie miało sensu, ale zarazem na tyle groźny, by nie dać mi szansy na podzielenie się rewelacjami o tym "incydencie". Zdecydowali się wysłać mnie do jakiejś placówki, gdzie miałem pracować do końca życia - a wszystko daleko poza Prakith. Nie miałem zbytniego wyboru, jak tylko dać za wygraną i wejść pokornie do celi. Zjadłem przyniesioną mi rację żywnościową i poszedłem spać. Gdy ponownie wstałem Rodianin przekazał mnie w ręce jakiegoś gościa, który zabrał mnie na swój statek, przypominający prom Sentinel. Tymże statkiem zabrał mnie na moje "miejsce pracy".

W drodze przez nadprzestrzeń nie miałem nic do roboty. Starałem się co prawda znaleźć możliwą trasę ucieczki, lecz w tamtym stanie, pozbawiony jakiejkolwiek broni - a w dodatku z ciągle obserwującą mnie kamerą - mogłem tylko siedzieć i czekać. Starałem się pomedytować i połączyć z Mocą, lecz to też nie dało spektakularnych efektów. Byłem absolutnie wściekły. Przez chwilę dałem upust swoim emocjom, po czym poszedłem spać, chcąc zregenerować siły, nie marnując ich na siedzenie bez sensu.

Po kolejnej już pobudce, znalazłem się już u celu - w obozie pracy na J't'ptan. Facet, który mnie przywiózł wyrzucił mnie na zewnątrz, przekazując mnie w ręce jakiegoś starszego mężczyzny, po czym wrócił do promu i odleciał. Starszy pan przedstawił się jako Vanel Sacul. Okazał się również być "pracownikiem" placówki, w jakiej się znalazłem. Wydawał się przyjazny i dobrze nastawiony do całej sytuacji. Zachowywał się, jakby spotkała mnie naprawdę wspaniała rzecz - dopiero po czasie zacząłem się domyślać, czemu miał dobry humor. Vanel zaprowadził mnie przez bazę do mojego nowego mieszkania, gdzie czekał na mnie rzeczywisty właściciel miejsca. Nazywał się Alrof Hertzer - pewny siebie, zachowujący się jakby miał pełną kontrolę nad sytuacją facet. I moim zdaniem, miał i nadal ma. Alrof jasno przedstawił warunki. Miałem pracować jako magazynier, segregując i rozkładając wszelki materiał. Miałem dostęp do Holowizji, wygodnego łóżka, toalety, wszystkiego. Mogłem nawet wysyłać listy "rodzicom", aby nie martwili się moim zniknięciem. Co prawda byłem monitorowany, lecz nie mogłem z tym wiele zrobić. Znalazłem się w pułapce. Nie była to bowiem komfortowa sytuacja. Za jakąkolwiek próbę ucieczki, czy sabotażu placówki, karano by mnie śmiercią. Co prawda mogłem próbować uciec dwa razy - jednak każdy raz kończony byłby gorszą karą. Dopiero po trzecim zostałbym zabity. Była to w miarę pozytywna myśl, choć oczywiście nadal nie czułem się pozytywnie. Byłem de facto własnością Hertzera, jego niewolnikiem, z którym mógł zrobić co chciał. Nie miałem wyboru, jak tylko zgodzić się na wszystko i po cichu planować ucieczkę. Gdy Hertzer i jego ochroniarz wyszli, ja zostałem z Vanelem. Starszy pan oprowadził mnie o placówce, dlatego pozwolę sobie na dokładne opisanie jej rozkładu - na wypadek, gdyby ktokolwiek jeszcze miał mieć nieszczęście się tam znaleźć. Umieszczam tu informacje poznane do tego punktu, jak i później.

Cała placówka składa się z kilku umieszczonych po okręgu budynków, otoczonych wzgórzami. Wszystkiego pilnuje prawdziwa armia droidów bojowych, działających jak poruszające się, zautomatyzowane wieżyczki, kontrolujące każdy twój ruch. Oprócz mnie, mieszkał tam tylko Vanel. Hertzer był właścicielem kopalni, w której więźniowie wykonywali niewolniczą pracę. Ja miałem "szczęście" skończyć na magazynie. Wykopywali jakieś metale. Do droidów nie było praktycznie żadnego dostępu. Jedyny sposób, by je dezaktywować, to - z tego co się dowiedziałem od więźniów - użycie panelu kontrolnego w budynku zwieńczonym anteną, w którym znajdowały się śmigacze. Poza tym, większość kompleksu stanowił magazyn, oraz mieszkania moje i Vanela. Vanel miał przyjemny kącik. Pozwolono mu nawet trzymać komplet karabinków, które okazały się być broniami do paintballa. Hertzer współpracuje przede wszystkim z Sanarisem, a nie z Kultem. Ze słów Vanela wynikało, że nie wysyłali dla Kultu żadnych materiałów od dłuższego czasu. Nie jestem w stanie powiedzieć ile niewolników pracowało dla Hertzera, jednak mogą ich być setki.

Gdy Vanel skończył mnie oprowadzać, szybko doszła do mnie wiadomość o nadejściu transportu z towarem. Miałem wziąć się do roboty. Nie miałem oczywiście wyboru, jednak pracując ze swoimi ranami, mogłem wyzionąć ducha. Na całe szczęście, Vanel zgodził się dać mi tabletki przeciwbólowe. Ostatecznie, to one ocaliły mi życie. Gdy wziąłem jedną z tabletek, spokojnie ruszyłem do pracy. Spotkało mnie wtedy kolejne zaskoczenie. Osobą, która przywiozła pakunek, była Liia Sanaris. Tak, Sanaris. Była to córka dokładnie tego Sanarisa, który współpracował z Kultem i do którego placówki się przymierzaliśmy. Zamknął swoją córkę, gdy ta próbowała zeznawać w sądzę o jego działalności. Szczerze nienawidziła go za to, czemu się nie dziwię. Natychmiast postanowiłem z nią porozmawiać i nawiązać z nią kontakt. Nie zrozumiała jednak moich aluzji. W końcu zdecydowałem się zaprosić ją do siebie na wieczór. Oczywiście, potraktowała to jako zaproszenie na seks. Zanim jednak to spotkanie miało nadejść, musiałem pracować.

Przenoszenie ciężkich skrzyni było katorgą. Każda z nich ważyła przynajmniej z dwieście kilogramów. Dla moje wykończonego ciała, było to więcej niż za wiele. Już po pierwszej skrzyni zrzygałem się ze zmęczenia. Następnymi razami, po prostu się oszczędzałem. Była to najbardziej monotonna i męcząca praca w moim życiu. Po drodze zdarzyła się warta odnotowania sytuacja. Jeden z więźniów, Selkath, próbował odebrać jednemu z droidów broń. Co zaskakujące, udało mu się. Nie cieszył się jednak zwycięstwem zbyt długo. Pozostałe droidy praktycznie zalały go chmarą strzałów. Ostatniego ciosu dokonał Hertzer. Drań nie dał nawet zbliżyć się do ciała zmarłego, każąc droidom zostawić je na środku placu, by gniło, wystawione na oczy więźniów jako symbol. Jasno pokazało to mi, że jeśli chciałem uciec, nie mogłem sobie pozwolić na jakiekolwiek błędy.

Gdy wróciłem do swojego mieszkania, czułem się gorzej niż wrak. Wtedy też przyszła Liia. Okazała się być bardzo otwartą osobą. Zanim zdążyłem zacząć rozmową, ona "przeszła do dzieła", przysłowiowo. Wtedy do środka wbił Vanel z jedzeniem dla mnie, co w połączeniu z chęcią Lii do "zacieśniania więzi" kompletnie mnie zbiło z tropu. Brak równie ochoczego działania wyraźnie zgasił ognisty zapał Lii. Została jednak, by obejrzeć holowizję, jaką miałem. Wykorzystałem to, by w końcu z nią porozmawiać. Dowiedziałem się, czemu Sanaris ją przymknął i wypytałem, o możliwości ucieczki z tego miejsca. Nie wydawała się chętna do współpracy. Dwukrotnie próbowała już ucieczki, więc kolejna skończyłaby się śmiercią. W dodatku, nikt wcześniej stamtąd nie uciekł żywy. Było to jednak spowodowane tym, że więźniowie nigdy ze sobą nie współpracowali. Widziałem w tym jakąś szansę, lecz Liia nie dała się nadal przekonać. Nie miałem nic do stracenia, więc najzwyklej w świecie powiedziałem jej, że pomagam Jedi. Przedstawiłem jej propozycje ucieczki, lecz nie była przekonana. Nie mogłem jej zmuszać do niczego, więc tamten czas dałem za wygraną. Następnego dnia czekała mnie dalsza praca, więc po prostu poszedłem spać.

Całe następne dwa dni planowałem możliwe drogi ucieczki, cały czas wykonując swoją żmudną i wykańczającą pracę. Nic jednak nie mogłem zrobić. Zmiana nastąpiła dopiero podczas popołudniowej zmiany drugiego dnia. Wtedy Vanel dał mi umowę do podpisania. Miałem oficjalnie potwierdzić swój status, jako niewolnika Hertzera. Nie chciałem wzbudzać ich podejrzeń, więc podpisałem papierek. Liia i Vanel dostrzegli mój ciężki stan i praktycznie niezdolność do pracy, więc spytali mnie wprost, co mi było. Po prostu pokazałem im swoje rany z Christophsis, kłamiąc, że zyskałem je na Prakith. Vanel zareagował dość gwałtownie. Kazał jednemu z pracowników przynieść spirytus. Mężczyzna potraktował to jednak w inny sposób, przynosząc butelkę alkoholu i dwie szklanki. Vanelowi to nie przeszkadzało, więc najzwyklej w świecie wypił szklankę spirytusu. Sądziłem, że chcą mi nim odkazić rany, jednak Vanel miał inny pomysł. Chciał mnie odurzyć, bym mógł dalej pracować. Drugi pracownik mnie przytrzymał, a Vanel najzwyklej w świecie zaczął wlewać mi alkohol do ust. Za późno jednak uświadomił sobie, że przesadził. Alkohol w połączeniu z tabletkami i moim stanem, zwalił mnie momentalnie z nóg. Opróżniłem pewnie z pół butelki niemal jednym haustem. Normalny człowiek pewnie już by nie żył. Hertzer pojawił się dość szybko, opanowując przerażonego Vanela. Kazał mu napoić mnie wodą i zmusić do wymiotów. Ja na tamtym etapie straciłem już przytomność.

Gdy odzyskałem świadomość, leżałem w swoim łóżku. Hertzer kazał wezwać medyka, choć Vanel miał dopilnować, by lekarz niczego się nie dowiedział. Sam kierownik placówki oddalił się, zostawiając mnie, Liię i Vanela sam na sam. Wkrótce potem przyszedł medyk, Ithorianin. Liia natychmiast spróbowała wykorzystać okazję do ucieczki, namawiając Ithorianina do zabrania mnie do szpitala - i jej oczywiście też, jako mojej "żony". Ithorianin wezwał po prostu swojego asystenta, który miał przejąć obowiązki. Gdy znowu zostaliśmy sami, Liia zrobiła coś, czego za żadne skarby się nie spodziewałem. Najpierw rąbnęła mnie szklanką w twarz, rozcinając mi głowę. Potem, kopnęła Vanela w głową, zwalając go z nóg. Na koniec, sama dźgnęła się resztkami szklanki, wbijając sobie szkło głęboko w brzuch.

Gdy asystent medyka, młody lekarz wkroczył do środka, zastał ranną Liię, szarpiącą się z Vanelem. Za wszelką cenę starała się odsunąć Vanela od komunikatora. Zdesperowany starzec wezwał droida, który zmusił dwójkę walczących do porządku. Liia chciała wmówić lekarzowi, że Vanel to szaleniec, którzy nas zaatakował. Vanel oczywiście powiedział, że Liia sama się dźgnęła, lecz lekarz nie słuchał ani jednego z nich. Wydawał się kompletnie otępiały, ograniczając się do uspokojenia ich i zbadania ich stanu. Nie powstrzymało nas to od ciągłego przekrzykiwania się. Gdy nic nie byliśmy w stanie osiągnąć wmawianiem historyjki o "starym szaleńcu", najzwyklej w świecie wyjawiliśmy wcale nie mniej nieprawdopodobną prawdę - że próbujemy uciec z najzwyklejszego obozu niewolników. Lekarz podłączył mi kroplówkę z glukozą i innymi środkami wspierającymi rozkładanie się alkoholu, po czym zbadał Liię i Vanela. Gdy badał mnie, pokazałem mu swoje rany zadane przez Amphistaffa. Przez następne minuty myślał co zrobić. W końcu - ku naszej uldze - stwierdził, że i mnie i Liię należy zabrać do szpitala. Dla nas była to ulga, a dla Vanela - powód do paniki. Starzec zaczął próbować przekupić lekarza pieniędzmi, chcąc zmusić go do zostawienia nas w środku. Argumentował, że nie możemy opuścić placówki bez zgody zarządu, z którym lekarz nie mógł się skontaktować ani przez droida, ani przez Vanela. Na całe szczęście, lekarz okazał się człowiekiem o poczuciu moralności. Nie dał za wygraną i wezwał transport, mający zabrać nas do szpitala. Pomimo faktu, że z otępienia praktycznie nie czułem skóry, byłem szczęśliwy jak nigdy.

Zamarłem jednak z przerażenia, gdy do środka wkroczył Hertzer. Od utraty krwi, Liia zdążyła stracić przytomność, więc role się odwróciły - była moja wersja wydarzeń, przeciw wersji Hertzera i Vanela. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego dotąd nikt nie wykrył prawdy o naturze tego miejsca. Hertzer nie wpadł w panikę, nie zdenerwował się. Zachował się w pełni spokojnie i opanowanie. Ze spokojem przyjął, że lekarz ma nas zabrać, po czym zaczął zrzucać całą winę na mnie. Nie starał się zatrzymać lekarza - zamiast tego, starał się go przekonać, że będzie miał pełne prawo zabrać mnie z powrotem, gdy skończę leczenie, na podstawie zawartej wcześniej "umowy". Sprowadziło mnie to nad samą krawędź. Byłem tak wściekły i otępiały, że byłem bliski dumnego ogłoszeniu mu, że współpracuję z Jedi, jednak zachowałem na tyle zdrowego rozsądku, by tego nie zrobić. Niestety, Hertzer zdołał przekonać lekarza, że jestem praktycznie niepoczytalny. Potem po prostu wyszedł, wycofując droida ze sobą. Lekarz tymczasem zabrał Liię do transportowca, zostawiając mnie samego z Vanelem. Byłem zaskoczony, czemu odpuścili nam tak łatwo, ale Vanel uświadomił mi jedno - nic na nich nie mieliśmy. Wtedy zrozumiałem, dlaczego Hertzer był tak pewny siebie. Udało mu się przekonać lekarza, że jesteśmy niepoczytalni, a ja nie udowodniłem niczego, poza tym, że byłem kompletnie pijany. Nie ważne, co mogłem powiedzieć, nikt nie potraktowałby tego poważnie. Vanel powiedział mi też w końcu, dlaczego tak lubił to miejsce, uświadamiając mi, jak wielką był gnidą. Vanel cieszył się, że piastował coś, co można było nazwać urzędem i że miał namiastkę władzy i szacunku ze strony Hertzera. Za nic miał życie innych ludzi, tak długo, jak mógł żyć sobie w swoim małym świecie. Nie wiem, kim Vanel był zanim został ściągnięty do placówki, lecz nie mam wątpliwości, że gdyby dostał się w łapy innych więźniów, rozszarpaliby go na strzępy dosłownie. Hertzer był głową tego piekła, lecz Vanel był jednym z więźniów, a współpracował z Hertzerem tylko dlatego, że jego własna egzystencja dawała mu przewagę nad innymi, "posadę". Nigdy nie czułem tak wielkiej odrazy i niechęci do jakiejkolwiek istoty, jak do Vanela w tamtej chwili - choć z pewnością swój udział w tym wszystkim miał alkohol.

Sekundy po tym, lekarz zabrał i mnie. Vanel ogłosił, że przyleci sam. Gdy medyk z sanitariuszem wprowadzali mnie do promu, czułem gigantyczną ulgę, choć w pełni nie odetchnąłem tak długo, aż nie odlecieliśmy z placówki cali i zdrowi. Gdy dotarłem do szpitala, przekazano mnie w ręce lekarzy. Nadal byłem niezdolny do kontrolowania swoich zachowań przez alkohol zmieszany z tabletkami, więc pomimo faktu, że starałem się mówić jasno i wyraźnie, brzmiałem jak typowy menel i pijak - i pewnie tak pachniałem. Dałem za wygraną i zdecydowałem się ograniczyć do wysłania wiadomości Adeptowi Makkaru. Wysiliłem się, recytując odpowiednie dane potrzebne do wysłania wiadomości, oraz polecając lekarzowi, co ma dokładnie powiedzieć. W między czasie wymieniono mi opatrunki i zostawiono z kroplówką, nadal pompującą glukozę do mojej krwi.

Gdy się obudziłem, zastałem widok, który po raz pierwszy od początku misji wywołał mi uśmiech na twarzy. Do sali wkroczyli Adept Makkaru, Uczeń Fenderus, oraz Mistrzyni Elia. Przylecieli, by mnie zabrać na Prakith. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Z ich punktu widzenia wyglądało to inaczej - zniknąłem w bazie współpracującej z Kultem jednego dnia, by zaledwie kilka dni później zostać znaleziony pijany, w zupełnie innym systemie. Wypisali mnie ze szpitala, uiszczając opłatę za mój pobyt, po czym zabrali mnie na statek. Wtedy przypomniałem sobie o Lii, która również znajdowała się w szpitalu - i która mogła nas doprowadzić do swojego ojca. Niestety, tego również nie zdołałem osiągnąć, Liia bowiem zdążyła wypisać się ze szpitala wcześniej, nie zostawiając za sobą nawet jednego śladu.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Nie ma praktycznie szans, by Liia Sanaris była do odnalezienia na tym etapie. Jest jednak naszym najpewniejszym śladem, by dotrzeć do swojego ojca i Kultu, więc jeśli istnieje szansa, by ją odszukać, trzeba spróbować.
W bazie logistycznej straciłem swoją holodatę. Powinniśmy na wszelki wypadek zabezpieczyć dodatkowo naszą Sieć, aby uniknąć możliwego włamania.
Obóz pracy Hertzera stoi jak stał. Sądzę, że teraz mogą nawet bardziej zaostrzyć reguły. Takich miejsc może być więcej w galaktyce, niemniej jednak powinniśmy moim zdaniem przyjrzeć się temu obiektowi i wykorzystać jego powiązania z Sanarisem - a jeśli nie zdołamy tego zrobić, to chociaż spróbować zakończyć jego działalność.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Ioghnis dodano: 20 lis 2015, 21:14

Fargo
I trochę syfu


1. Data, godzina zdarzenia: 23-24.10.15 22:00 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Wyruszyliśmy na spotkanie z "szefem" placówki rusznikarskiej, do hotelu Fargo.
Dojechaliśmy spokojnie. Żadne niepokojące wydarzenie nie przerwało trasy od bazy do Hotelu Fargo. Kilka minut formalności, opłacenie zaliczki. Dwóch ekspedientów. Jeden z nich dostał w łapę przez człowieka, którego poznajemy już za chwile. Wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Spacer do windy, potem do pokoju. Chwila napiętej ciszy w surowym, geometrycznym wnętrzu. Po chwili pukanie do drzwi.

Droid i człowiek weszli do pokoju. Droid zabójca z serii IG. Drogi model, wnioskując po stanie jak i materiałach maszyny. Był dostatecznie dobrze skonstruowany aby prowadzić swoje działania bezbłędnie. Sprawdziłem numery, zostały wytarte. Repto Hysh'hard za to epatował pewnością siebie, mimo to sprawiał wrażenie odpowiednio wyważonego w grzeczności. Nadawał temu lekko ironizujący wyraz. Z rasy człowiek, młody. Niski, zadbany. Twarz zawodowca, łatwo rozpływająca się w tłumie. Wypowiedział zdanie, warte zapamiętania. „Jestem prawą dłonią szefa, a raczej palcem”. Droid od razu poddał nas badaniu sensorami. Nikogo nie interesowało, że mamy przy sobie broń. Uznano nas niegroźnymi, pojawił się szef.

Krótkie, ciemne włosy. Nieogolony. Średni wiekiem ludzkim. Dbał o czystość i prostotę ubioru. Maniera bogaczy niechcących rzucać się oczy. Wyniosły, pyszny, szorstki. Zarówno w obyciu jak i wrażeniu. Charyzma połączona z opanowaniem, umiejętnie.

Graliśmy nasze role, niepotrzebnie. Nikogo nie interesowało co mamy do powiedzenia. Poinformowano nas o tym. Również przy pomocy wiązki. Postawiono nas przed ultimatum, ponownie. Natura spotkania z rozmowy biznesowej zmieniła się w przesłuchanie, a my nie mieliśmy zbyt szerokiego wachlarza możliwości. Kazano wyjawić istotę, dzięki której poznaliśmy położenie kompleksu produkującego broń. Potwierdził to tok rozmowy. Adept Angar użył pozyskanej karty od współpracownika kultu, Weequaya. Skuteczny blef. Słowa, nie wiele znaczyły. Człowiek, z którym mieliśmy do czynienia wydobył intrygujący przedmiot. Amulet, estetycznie przyozdobiony dwoma klejnotami. Zieleń i czerwień, misternie uformowana. Dopiero teraz nastąpiła próba, naszych sił.
Adept Angar został poddany działaniu, jako pierwszy. Obserwacja pozwoliła mi wydedukować, istotę wisiora. Pełnił funkcję narzędzia, wyciągającego prawdę. Mimo wszelkiej irracjonalności, mamił umysł i wyciągał z ciebie słowa będące odpowiedzią na zadawane pytania. Przygotowałem się, gotowy na walkę mentalną. Zostałem przy zmysłach, ja mogłem łgać. Adept Angar ogólnikami i niedopowiedzeniem również nas nie wydał. Zrobiliśmy jednak coś z wprowadziło anomalie w zachowanie talizmanu. Tak określił to watażka.

Upozorowano na nas egzekucję. Doszło do niewielkiej wymiany ognia. Nikt nie ucierpiał. To był test, nie daliśmy poznać po sobie związku z jedi.

Po wszystkim odeszliśmy, żegnając się uprzejmie.

~Adept Baraka




Przy recepcji zastaliśmy awanturującego się mężczyznę z personelem hotelu. Zależało nam na szybkim uiszczeniu opłaty za hotel, a obydwaj chcieliśmy znaleźć się z daleko od tego syfu. W pewnym momencie, awanturujący się facet zaczął mnie w... to znaczy denerwować. Przez chwilę zgrywał cwaniaka, uciszając mnie przez ramię, ale gdy tylko się odwrócił, zrobił się znacznie milszy. Jak szybko bluzgał na nas wszystkich, tak szybko zaczął przepraszać i spie... uciekać. Obsługa była zadowolona i w zamian za pozbycie się tego nowotworu na nogach, odpuścili nam zaliczkę za pokój. Cóż - lepiej dla nas.

Zapakowaliśmy się na ścigacz i odlecieliśmy, prosto do domu. Pizgało jak cholera, ale to normalne na tak wietrznej i chłodnej planecie, na której prawie wcale nie świeci słońce (albo po prostu ja prowadzę nocny tryb życia, że nigdy go nie zauważam). W połowie drogi, moją uwagę przykuło leżące "truchło" - leżało bezwładnie, a w tej "Blankowej" ciemności ciężko było spostrzec coś większego. Momentalnie zza gór wyłonił się Aqualish, drąc japsko po całym płaskowyżu. Za chwilę po tym obudził się i leżący facet - bez zastanowienia przyśpieszyłem, potrącając sukinsyna - zaczęliśmy uciekać, ale te wrzody zaczęły nas gonić. Tylko dzięki temu, że już kiedyś raz spieprzałem podczas podobnej sytuacji, udało nam się nie skończyć z boltem w plecach. Niestety - trafili maszynę, która razem z nami runęła w kotlinę, wprost do bagna.

Otrząsnęliśmy się z chwilowego amoku, rozglądając się po tej zalesionej kotlince - ścigacz tymczasem wbity był przodem do bagna - nie nadawał się do lotu zupełnie. Myśleliśmy, jakby go wyciągnąć, ale za chwilę po tym przyszło tych dwóch głąbów. Kazali nam wyjść z łapami w górze, ale nie było takiej opcji. Ruszyłem z Baraką wprost na tych sukinsynów. Niestety, gówno z tego wyszło, bo Baraka został postrzelony, a ja musiałem się wycofać za drzewa - dodatkowo rozwalili bak paliwa - maszyna spłonęła. Drugi facet wyczekiwał na mnie, celując w stronę mojej osłony. Podczas gdy Aqualish i Baraka rozmawiali - bo widocznie znali się już wcześniej - nagle, ni stąd, ni zowąd pojawił się... ten sukinsyn Voliander. Kazali mu spieprzać, ale zastanowili się dwa razy. Prosiłem go o pomoc, ale jak zwykle - nic z tego nie wynikło. Zdradliwa szuja. W końcu musiałem coś zrobić - Aqualish wyjął ostrze kultu i chciał dobić leżącego rogacza, ale nie na mojej warcie, cholera! Wychyliłem się zza drzewa, pociągnąłem za spust - zdjąłem pierwszego. Potem zacząłem strzelać do Aqualisha, który momentalnie chwycił za broń i rozpoczęła się wymiana ognia - koleś był nieustępliwy. Pociski smażyły wszystko na swojej drodze, aż w pewnym momencie, usmażył go pocisk Baraki. Aqualish padł, wciąż przytomny. Baraka jeszcze raz go postrzelił - padł półprzytomny. Zgarnęliśmy broń obydwu typów i ostrze kultu. Baraka zasugerował zabranie Aqualisha do bazy - tak też zrobiliśmy. Sukinsyny zawiesiły ścigacz ponad ziemią, na skałach po drugiej stronie kotliny. Zgarnęliśmy go i zapakowaliśmy Aqualisha. Stamtąd prosto do bazy. Baraka zabrał Aqualisha do ambulatorium, a ścigacz i broń trafiły do magazynu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
-Póki co, sprawa z rusznikarnią stoi pod znakiem zapytania - być może w przyszłości nasunie się nam jakiś trop.
-Ostrze jak i sam Aqualish muszą zostać koniecznie zbadani - kto wie, co kult wbił mu do głowy.
-Straciliśmy ścigacz służb Onderonu, natomiast jego miejsce zajął niewielki, lecz dwuosobowy ścigacz Aqualisha - posiada a-test Baraka.
-Ponownie przepraszam za opóźnienie.

4. Autor raportu: Adept Angar Makkaru & Adept Bar'a'ka
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Ioghnis
Adept
 
Posty: 583
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Angar

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 22 lis 2015, 18:19

Ugoda Voliandera

1. Data, godzina zdarzenia: 20.11.15 - 22:00 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Jeśli miałbym określić jedną jedyną rzecz, jaką mógłbym z pełną szczerością określić jako główny morał życia wśród Jedi, to "zawsze spodziewaj się niespodziewanego". Można by pomyśleć, że jesteśmy w naszej bazie bezpieczni - mamy w końcu ciężko uzbrojone droidy bojowe, grupkę niemal niezniszczalnych węży, elitarny oddział komandosów, oraz kilkoro spośród najpotężniejszych istot galaktyki, które kiwnięciem palca mogą sprawić, że głowa dosłownie wybuchnie. W dodatku jesteśmy w samym Jądrze Galaktyki, daleko od frontu. Jednak ten dzień okazał się dokładnym pokazaniem, jak bardzo życie potrafi zaskakiwać. Ale do rzeczy.

Gdy zbliżał się wieczór, razem z Adeptem Bar'a'ką, oraz Mistrzynią Elią poszliśmy do ambulatorium. Iktochi potrzebował pomocy w obsługi aparatury, której chciał użyć do sprawdzenia jakiejś substancji, zdobytej podczas infiltracji bazy logistycznej Sanarisa i Kultu. Podczas gdy ja wziąłem się za szykowanie sprzętu, zaczął przedstawiać nam część informacji o swojej wyprawie. Niewiele jednak zdołaliśmy osiągnąć. Zaledwie sekundy po tym, jak chciałem pobrać trochę substancji, z naszych holodat dobiegł dźwięk Adepta Makkaru. Krzyknął, że Voliander kierował się do drzwi naszej bazy. Mniej niż sekundę później otrzymaliśmy wiadomość od jednego z droidów, chyba od SDK. Powiedział, że mężczyzna wdarł się do bazy. Zanim skończył mówić, sygnał się urwał.

Mistrzyni Elii nie trzeba było nic mówić - natychmiast rzuciła się przed siebie z obnażonym mieczem, w poszukiwaniu intruza. Ja i Adept Bar'a'ka zostaliśmy w środku. Już wtedy byłem zszokowany tym, że Voliander tak po prostu wdarł się do nas, jakby nigdy nic. Poradziłem Bar'a'ce by wyciągnął broń. Jednak zanim zdążył mi odpowiedzieć, drzwi do ambulatorium uchyliły się, a do pomieszczenia wkroczył nie kto inny, jak Voliander we własnej osobie - ze swoją kompletnie wyniszczoną twarzą, odziany w czerwoną szatę. Odruchowo wycofałem się do drugiego krańca ambulatorium. Ku mojemu zaskoczeniu, użytkownik Ciemnej Strony nie zaatakował nas, lecz zdecydował się wziąć nas na zakładników, by uniknąć natychmiastowego zabicia przez innych Jedi. Niewiele zdążył zrobić, bo już po sekundzie do środka wtargnęła Mistrzyni Elia, razem z Adeptem Makkaru - obydwoje mocno wkurzeni i gotowi do walki.

Voliander nie zachowywał się jak agresor - jeśli nie liczyć samego wdarcia się do bazy - niemniej jednak mocno droczył się z Adeptem Makkaru. Angar był absolutnie wściekły. Gdy nie odpuścił, ciągle wyzywając Voliandera, ten wyrwał mu Mocą miecz z ręki, po czym skierował go na samego Adepta. Gdyby nie fakt, że broń była treningowa, bardzo prawdopodobne, że Angar byłby już martwy - klinga dosłownie przejechała mu po całej twarzy. Zarówno mnie, jak i mistrzynię Elię wyprowadziło to z równowagi. Ja popędziłem sprawdzić, czy Angarowi nic nie jest - nie miałem zbytnio innych możliwości. Mistrzyni Elia z kolei wydawała się nic nie robić. Domyślam się jednak, że atakowała Voliandera poprzez Moc, o czym świadczyła jego reakcja chwilę po tym. W pewnym momencie przygwoździł mnie, Adepta Makkaru i Adepta Bar'a'ka do ziemi, miażdżąc nam klatki piersiowe. Żaden z nas nie mógł złapać oddechu nawet przez sekundę. Czułem się, jakby usiadł na mnie Rancor, albo gorzej - jakby staranował mnie Gwiezdny Niszczyciel. Jeden ruch Voliandera i nasza trójka skończyłaby jako naleśniki. Oczywiście, dał nam do zrozumienia, że odpuści, jeśli Elia przestanie go atakować. Dla niej nie miało to już znaczenia. Dalej się koncentrowała, co zinterpretowałem jako dalszy atak na Voliandera. Nie pomyliłem się. Już po niedługiej chwili Voliander zatoczył się, a jego władza nad nami osłabła. Mimo to, Mistrzyni Elia nie przestała - wprost przeciwnie.

Trudno mi jasno opisać to, co się wtedy stało. To może wydać się niewiarygodne, ale Voliander zaczął się topić. Jego ciało zaczęło parować, a on zaczął wrzeszczeć z bólu. Kompletnie stracił nad sobą kontrolę, rzucając się po ambulatorium, by w końcu skończyć w sąsiednim pomieszczeniu. Na nic nie zdały się wołania, że przyszedł tylko porozmawiać, ani zapewnienia, że jest nam potrzebny żywy. Mistrzyni Elia kontynuowała mentalny atak. Sadzę, że była milimetry od usmażenia go żywcem tam na miejscu. Z mojej perspektywy było to co najmniej przerażające. Widzieć Mistrzynię Elię, zawsze uśmiechniętą, sarkastyczną i serdeczną, stojącą nad tym starcem, smażąc go żywcem, za nic nie robiąc sobie z jego błagań o życie. Widzieć Voliandera, który dotąd w moich oczach był żywą potęgą, błagającego jak biedny starzec o życie było doznaniem co najmniej szokującym i przerażającym zarazem. Na całe szczęście - czy to ze względu na jego błagania, moje prośby o oszczędzenie go, pragmatyzm, czy sumienie - Mistrzyni zakończyła swój atak, zostawiając go na krawędzi śmierci, na naszej posadzce. Jasno dała mu do zrozumienia, że zabije go, jeśli spróbuje czegoś głupiego. Jej głos wywołał mi ciarki na plecach.

Voliander błagał najpierw o wodę, wyzywając nas za atakowanie go pomimo "oczywistych" intencji, jednocześnie wyrażając uznanie dla potęgi jaką miała Elia. Teraz sądzę, że po prostu starał się ukryć jakoś śmiertelne przerażenie. Adept Bar'a'ka poleciał po wodę. Przyniósł ją w wiadrze należącym do pana Bulla. Voliander pił wodę, jakby nie widział jej na oczy od tygodni - czemu trudno się dziwić. Gdy skończył, zaczął opowiadać nam, po co przyszedł. Jego słowa były tylko kolejną z niespodzianek przekazanych nam tamtego dnia.

Powiedział nam, że na Prakith są Yuuzhan Vongowie. Ta wieść była tak nieprawdopodobna, że przez chwilę wręcz nie wiedziałem co myśleć. Jednak nie sądzę, by Voliander kłamał pod groźbą śmierci. Twierdził, że jest ich ponad półtora tysiąca, może nawet dwa i że są pod powierzchnią. Jasno dał do zrozumienia, że kierowali się na nas i - po drodze - na Kult. Zarzekał się, że to właśnie dlatego nam to powiedział - abyśmy zabijając Vongów ocalili Kult. Trudno mi jednak brać tą motywację na poważnie, biorąc pod uwagę jawne szaleństwo Voliandera. To jednak nie koniec niespodzianek. Okazało się, że Adept Raoob Gjybb stracił w skutek swojego opętania kontrolę nad sobą i znajdował się teraz pod kontrolą Kultu. Nie znałem Adepta Gjybb, więc trudno mi wypowiedzieć się na ten temat. Niemniej jednak, była to tragiczna myśl.

Voliander nie powiedział nam jednak, gdzie są Vongowie i Raoob. Zachował te informacje dla siebie, argumentując, że zabijemy go, jeśli nam powie od razu. Nie zaprzeczę, nie dziwiłem się tej decyzji. W zamian zażądał niebieskiego kryształu do miecza świetlnego. Ten warunek jednak nie spodobał się Mistrzyni Elii. Była wściekła, że - i tu cytuję - miał "Czelność stawiać warunki". Warknęła, by nie przeciągał liny, po czym dodała, że jeśli jeszcze raz go zobaczy, to się nie powstrzyma przed zabiciem go. Brzmiała absolutnie serio i sądzę, że Voliander również sobie to uświadomił. Zaskoczyło mnie, że Mistrzyni określiła sprawę miedzy sobą a Volianderem jako "osobistą", jednak nie było miejsca na dopytywanie się o szczegóły, dlaczego. Mistrzyni Elia i Adept Bar'a'ka wyszli, a ja i Adept Makkaru wyprowadziliśmy Voliandera na korytarz.

Jasno dał nam do zrozumienia, że nie dowiemy się prawdy o Raoobie i Yuuzhanach, jeśli nie otrzyma kryształu. Starałem się z nim targować, przekonując, że jeśli będziemy w stanie, to damy kryształ posłańcowi, jaki miał nam przekazać informacje o położeniu najeźdźców. Voliander jednak postawił wszystko na jedną kartę - albo mieliśmy dać mu kryształ natychmiast, albo zostaniemy zostawieni na pastwę losu. Wtedy napotkaliśmy Padawana Sorena. Soren kazał Volianderowi się wynosić, lecz staruch nie chciał dać za wygraną. Po prostu wyrwał miecz Angara z jego rąk, po czym wyjął z niego kryształ, zastępując go swoim własnym, czerwonym. Soren jasno dał do zrozumienia, że Voliander nie dostanie innego kryształu, decyzja należała więc do Adepta Makkaru. Angar w końcu zgodził się na wymianę. To ucieszyło Voliandera, którego odprowadziłem pod drzwi. Staruch przez chwilę się powygłupiał, po czym powiedział, że na pewno rozpoznamy posłańca, choć nie wyjawił, w jaki sposób. Gdy tylko go wypuściłem, zniknął natychmiastowo. Ja zacząłem razem z Adeptem Makkaru i Padawanem Sorenem dyskutować na temat Yuuzhan. Soren zasugerował, że może to być dywersja - jego zdaniem dwa tysiące Vongów to zdecydowanie za mało na naszą grupkę. Nie zaprzeczę, miało to sens. Sądziłem, że może to być akcja ze strony Mandalorian - w końcu oni byliby w stanie przemycić Vongów na Prakith.

Zanim jednak cokolwiek wymyśliliśmy, rozległ się dźwięk komunikatora - kapral Vin wzywał pomocy. Zanim sygnał się urwał, usłyszeliśmy coś o Adepcie Raoobie. Biorąc pod uwagę rewelacje Voliandera, spodziewaliśmy się najgorszego. Padawan Soren namierzył źródło sygnału, a Adept Makkaru przygotował pojazd. Ja nie mogłem lecieć, ze względu na swój koszmarny stan po pobycie w obozie pracy, wiec Soren i Angar polecieli we dwójkę. Ja zostałem w bazie.

~ Adept Naiiv Luure




Pędziliśmy ile sił w ścigaczu. Sygnał Aurberego został nadawany z zachodu, trzy kilometry od naszego kompleksu. Pizgało jak cholera, ale nie to było ważne - nasz przyjaciel miał kłopoty, cholera. Zajechaliśmy na miejsce, a tam Aurbere pod głazami i jakaś kobieta - podobno przelatywała i usłyszała wybuch, który doprowadził ją do miejsca spoczynku Aurberego. Gdy przyleciała na miejsce dostrzegła trupio-bladego mężczyznę, który uciekł, gdy tylko ją zobaczył - dam sobie chu... głowę uciąć, że to Raoob. W oddali zaś widziała jeszcze jedną postać - nie wiemy kto to jest. Rozmowa z Vinem była... ciężka. Biedaczysko znowu miał nasrane pod czaszką - jego wypowiedzi były... dziwnie lustrzane. Soren był dla niego Vreyxem, nasza baza promem Nexu. Kapral początkowo nie chciał z nami opuścić tego miejsca, twierdząc, że "oni" zaraz tu będą i nas zabiją - no i żebyśmy spi... to znaczy uciekali. Odprawiliśmy kobietę, a ja zgarnąłem Aurberego na ścigacz, podczas gdy Soren ruszył tropem Raooba.

Gdy dolecieliśmy do bazy, Aurbere prawie natychmiast zwalił się ze ścigacza i podbiegł do drzwi, próbując je "osłaniać". Wstawiłem ścigacz na Sentinela i kazałem Erise'owi go pilnować. Pewnie już Soren się nim zajął, ale nie dam rąk uciąć. Raoob najprawdopodobniej zbiegł.

Dorzucam tu również relację samego Kaprala:
Kod: Zaznacz cały
 Ta. Ten blady autysta. Dauniak. Dwukrotnie ratowalem go przed jego wlasnym autyzmem. Rattatakanin. Badalem zasieg w okolicy, tak jak kazales. Troche przygotowan, wiesz, pod te zlecenia - zorientowanie sie w obronnosci Prakith na przyszlosc.  Jak Ty to mówisz - machanie antenka w powietrzu i patrzenie, czy pasek rosnie. Nie wiem. Widze, ze tamtedy idzie - machnalem do niego, mówie czesc. Powiedzialem, slowo w slowo... *Czesc. Jesli nie jestes na zadaniu, móglbys mi sie przydac. Potrzymalbys cos na chwile?*.
A ten patrzy na mnie w panice i zdezorientowaniu... I jednoczesnie jakby nie spal trzy doby. Mruga tymi oczyma, pot po nim plynie - widze juz, ze cos nie gra. Jest debilem, ale nie az takim, zeby dostawac zawalu, bo pytam, czy potrzyma jebana antenke. I nagle wyskakuje na mnie z tym *zasranym mieczem*.

Strzelam do niego - wiesz. Strzelam niezle, ale oko w oko z Jedi... Liczylem, ze jest w tym niedojebany tak jak w reszcie, ale dobrze sobie radzil. Piec sekund i rzucil mnie pocietego na ziemie. Gdyby nie to, ze ten miecz to te cale... treningówki... Bylbym martwy na miejscu. Spuscil mi miecz przez bebechy. Tnie na mnie dalej, ale... Adrenalina. Panika. I talenty. Udalo mi sie odskoczyc przed ciosem i przykopac mu w twarz. Wiele to nie zmienilo - ale odskoczyl odruchowo. Trzymam ten pistolet i szykuje sie do strzelania... Ale zanim zaczynam, kawal skaly sie rozsypuje i leci mi na glowe. Wiesz. Myslalem, ze jest po wszystkim... Ale rozerwal tylko maly kawalek. Przywalilo mi nogi, sam widziales. Zlapalem komunikator i wydalem alarm na otwartym sygnale... Wiedzialem, w czym leze. Mialem nadzieje, ze Soren albo ten narkoman Iktotchi wyciagna lokalizacje. Leze przygnieciony tym gównem... A ten skurwysyn... Wysyla na mnie wlaczony miecz. Prosto na leb. Lecial na mnie jak pocisk z blastera. Prosto w leb, bez litosci.

Kurwa... Wiesz, ja sie na Jedi bardzo nie znam. Wspólpracowalismy troche za dawnych lat na Niszczycielu, i wiesz co? Zaden jebany Adept tak nie potrafi. Nie mam pojecia. Nie wiem, co sie stalo. Pomyslalem... Ze w twarz nie przezyje, ale od poparzen rak nie umre. Oslonilem sie rekoma... i zlapalem ten miecz z calej sily i wypierdolilem za góry, druga lapa rzucajac granaty byle gdzie, byle go sploszyc, nie wiedzialem co kurwa robic. Byl zbyt... zbyt *jediowy*.. Granaty rozsadzily wiecej skal - poszlo sporo dymu. Ani ja, ani on sie nie widzielismy... A potem na moment mnie wylaczylo. Czulem jak adrenalina kipi... I padlem. Chyba dlugo to nie trwalo. Kiedy wy dotarliscie... Nie wiem czemu nie podszedl, kiedy wiazalem go ogniem, zebyscie spierdalali.


~Adept Angar Makkaru

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Kryształ od Voliandera mam przy sobie - oddam go oczywiście do wglądu.
- Na razie, póki co nie wiadomo gdzie podział się Raoob - zapewne mógł wrócić do bazy kultu. Uważajcie na niego, bo może być niebezpieczny.
- Co do stanu Aurberego - trzeba będzie się mu przyjrzeć, bo na bank go ktoś opętał.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure & Adept Angar Makkaru
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Zwiad obrzeży Skoth

Postautor: Tanna Saarai dodano: 03 gru 2015, 16:40

Zwiad obrzeży Skoth
Prakith - obrzeża Skoth


1. Data, godzina zdarzenia: 01-02.12.15 23:30 - 5:30

2. Opis wydarzenia:
Gdy rozmawiałam z Adeptem Naiivem Luure dostał on wezwanie do stawienia się w komnatach wypoczynkowych od Mistrza Inkwizytora Barta, poprosił mnie bym mu towarzyszyła. Na miejscu Mistrz Inkwizytor Bart zlecił mu zadanie wykonania zwiadu, w związku z pozyskanymi kilka dni wcześniej od przesłuchanego Aqualisha informacjami o obecności kultu. Mistrz Inkwizytor wskazał lokalizację i zasugerował, iż Adept może wziąć mnie w ramach pomocy. Zaoferowałam swoje umiejętności pilotażu, co zostało pozytywnie przyjęte przez Adepta. Do zadania został również przypisany żołnierz Xaleth Erise, który miał za zadanie wspomóc nas w razie ewentualnych problemów. Następnie udaliśmy się do magazynu, by zaopatrzyć się w niezbędną broń – dwie sztuki E-11 oraz 4 zasobniki – oraz cieplejsze odzienie dla mnie – strój treningowy Jedi oraz płaszcz – gdyż Adept ostrzegł, iż Prakith jest zimną planetą. Adept dał mi również swój komunikator, gdy zasugerowałam jego przydatność w razie ewentualnego rozdzielenia się lub kłopotów. Po rozdysponowaniu sprzętu udaliśmy się po ścigacze, którymi mieliśmy udać się w miejsce docelowe – wypożyczyliśmy jeden ścigacz FC-20 Irgrova Bulla, który pilotowałam z Adeptem, jako pasażerem oraz ścigacz policyjny Komendy Dystryktu Zachodniego Onderon, który pilotował żołnierz Erise. Opuściliśmy placówkę i udaliśmy się pod wskazane koordynaty.
Dotarliśmy do starych zabudowań na skraju miasta Skoth, gdzie naszą uwagę przykuł budynek przypominający magazyn. Przed wejściem do budynku spotkaliśmy Weequaya, który twierdził, iż zakupił budynek w celu urządzenia w nim magazynu, jednak przeliczył się z kosztami i teraz pragnie sprzedać nieruchomość. Wraz z Adeptem Naiivem przybraliśmy przykrywkę pary podróżującej po Prakith (Tu muszę się przyznać, iż początkowo nieumyślnie zasugerowałam, iż możemy mieć związek z Zakonem Jedi słowami „Wraz z Mistrzem wybraliśmy się na ćwiczenia w terenie”, co jak mniemam było przyczynkiem do późniejszych wydarzeń). Weequay zasugerował zwiedzenie nieruchomości, na co wraz z Adeptem przystaliśmy.

Gdy tylko znaleźliśmy się w środku Weequay aktywował pole siłowe w drzwiach, wpuścił do pomieszczenia gaz, który drażnił oczy i utrudniał oddychanie oraz wycelował w nas z blastera typu E-11. Od razu pojawił się w pomieszczeniu Rodianin z kuszą energetyczną – było dla nas już jasne, iż zostaliśmy wciągnięci w pułapkę. Nie czekaliśmy długo, by skryć się za znajdującymi się w magazynie skrzyniami, po dwóch stronach szerokiego pomieszczenia oraz wyciągnąć broń.
Zostało nam postawione ultimatum – złożenie broni i poddanie się, bądź wdanie się w walkę, i jak to ujęli napastnicy śmierć na miejscu.
Nie jestem pewna, kto pierwszy otworzył ogień i nie chcę zwalać na nikogo odpowiedzialności, mam jednak wrażenie, iż to Adept zapoczątkował potyczkę, która trwała długą chwilę, gdy została przerwana przez postrzał w klatkę piersiową Adepta Naiiva, który natychmiast został rozbrojony przez Weequaya.
W tym momencie zostało postawione przede mną kolejne ultimatum – poddanie się lub skazanie Adepta na śmierć.
Nim wykonałam żądanie napastników skontaktowałam się w możliwie największej dyskrecji z żołnierzem Erise prosząc o wsparcie, po czym wyciszyłam dźwięk chowając urządzenie do prawego buta.
Złożyłam broń i oddałam się w ręce napastników, którzy zażądali bym związała Adepta drutem kolczastym. Mając nadzieję, iż przydzielone nam wsparcie w postaci żołnierza Erise, otrzymało wezwanie o pomoc starałam się zyskać więcej czasu, który pozwoliłby żołnierzowi przyjść nam z pomocą. Połowicznie się to udało. Po chwili usłyszeliśmy donośny dźwięk dobiegający od strony zaryglowanych i wzmocnionych polem siłowym drzwi, który sugerował, iż ktoś próbuje dostać się do środka. Robiąc co mogłam, by spowolnić wszystkie czynności, jakimi obarczyli nas napastnicy, obwiązałam Adepta wskazanym drutem po czym wraz z Rodianinem, który chwilę wcześniej poprzez tylne wyjście wprowadził do magazynu ścigacz – standardowy, w kolorze niebieskim, którego modyfikacje nie pozwoliły mi rozpoznać dokładnego modelu – umieściliśmy rannego Adepta na owym ścigaczu. Zostałam zmuszona do zajęcia miejsca obok Adepta i związana. W tym czasie w głównych drzwiach magazynu została wykonana wyrwa, niestety niedane nam było ujrzeć, kto próbował się dostać do magazynu, gdyż Rodianin odpalił ścigacz i wywiózł nas z miejsca naszego porwania. Pozostaje mi mieć nadzieję, iż to żołnierz Erise usiłował nas wspomóc.

Zostaliśmy przetransportowani w bliżej nieznane mi miejsce (Udało mi się w trakcie jazdy zaobserwować tabliczkę z nazwą ulicy, na której byliśmy przetrzymywani - ulica Imienia Narodzin Sojuszu Rebelii) – które później okazało się piwnicą jednego z domów daleko poza miastem – gdzie po zrzuceniu nas ze ścigaczy zostaliśmy zaprowadzeni na piętro i usadowieni pod ścianą.
Postanowiłam, iż przybiorę postać najemniczki wynajętej przez Adepta, który jak się dowiedziałam został już rozpoznany, jako Jedi. Licząc, iż Weequay da się nabrać na fortel wdałam się z nim w dyskusje, gdzie dyskredytowałam Adepta, podważałam jego umiejętności posługiwania się bronią palną oraz wyrażałam się o nim w sposób wulgarny i niekulturalny. Adept rozpoznał w tym próbę zyskania sympatii w Weequayu i również rozpoczął przepychanki słowne. Niestety za obiekt obrał sobie Weequaya, który za pyskowanie Adepta postanowił wymierzyć mu dwa strzały z blastera, po jednym w każdą kończynę dolną. Taka kara sprawiła, iż Adept stracił entuzjazm do wyrzucania napastnikowi dalszych epitetów na jego temat. Po blisko godzinnej rozmowie Weequay uwierzył w moją historię i postanowił, iż mnie rozwiąże, a Adeptowi zmieni sposób wiązania z drutów kolczastych na grubą linę. W trakcie konwersacji dowiedziałam się, iż porywacze pracują dla Kultu, posiadają listę Jedi, których mają porwać wraz z zaznaczonymi osobami, z którymi pod żadnym warunkiem mają nie zadzierać (Dokładniejsze dane, jakie udało mi się pozyskać zamieszczę w osobnym załączniku), po Adepta przybędzie osoba znana, jako Protektor, oraz iż Kult wyznaczył nagrodę w wysokości 1000 kredytów za wykonanie tego zadania. Gdy Weequay udał się po nóż, którym miał zamiar przeciąć moje pęta oraz po ową linę dla Adepta dyskretnie wyjęłam komunikator z buta i pobieżnie zbadałam jego funkcję licząc, iż posiada on funkcję przesłania koordynatów do żołnierza Erise. Niestety była to najprostsza wersja komunikatora, co więcej nie starczyło mi czasu, by ponownie schować go do buta poprawnie, przez co wystawał i groził zdemaskowaniem. Gdy Weequay zbliżył się do mych nóg, by rozciąć pęta wykręciłam je do bardzo bolesnej i nieprzyjemnej pozycji, by ukryć fakt posiadania komunikatora. Zabieg się udał i Weequay przystąpił do rozcinania liny krępującej moje ręce. Gdy zostałam uwolniona Weequay polecił mi skrępować Adepta nowo przyniesionymi linami. Odwiązałam drut kolczasty z jego nóg, poluźniając go tym samym i na rękach Adepta, po czym zastosowałam kolejny fortel udając, iż Adept posiada coś istotnego w bucie. Weequay z początku nie był skłonny uwierzyć mi na słowo jednak zbliżył się z wycelowanym w Adepta blasterem. Gdy znalazł się w zasięgu mego chwytu rzuciłam się na jego wyciągniętą dłoń zakładając mu dźwignię i unieruchamiając rękę, tym samym uniemożliwiając oddanie celnego strzału. Blaster jednak znajdował się nadal w jego posiadaniu. Otrzymałam parę ciosów łokciem pod żebra, sama odpowiedziałam kopnięciem w krocze, po czym zostałam odepchnięta przez napastnika. W tym czasie jednak Adept zdążył już uwolnić swe ręce i mimo ran postrzałowych, które zapewne bardzo mu doskwierały, rzucił się na Weequaya obalając go na ziemię i przygniatając swym ciężarem. Szamotanina trwała maksymalnie kilka sekund, w trakcie, których zdołałam podnieść się na nogi i niemal dobiec do napastnika. Weequay zdążył pokonać w parterowej walce Adepta, unieść go w powietrze z pomocą nóg i wypchnąć przez okno z pierwszego piętra. Widząc zdarzenie, byłam pewna, iż Adept nie przeżył kontaktu z grubym szkłem i znajdującą się kilka metrów niżej podłogą. Udało mi się jednak pozbawić napastnika broni, stając na jego ręce. Niemal natychmiast przejęłam blaster, jednak zbyt wolno, by móc oddać celny strzał do Weequaya, który zerwał się na nogi u uciekł z pomieszczenia.
Zbiegając piętro niżej skontaktowałam się poprzez komunikator z żołnierzem Erisem, który wezwał wsparcie w postaci żołnierza Aurbere. Dzięki holodacie, którą znalazłam w szacie Adepta udało mi się przesłać im koordynaty, które pozwoliły im zlokalizować cztery budynki i rozpocząć poszukiwania nas.
Po wstępnych oględzinach ciała Adepta uznałam go za zmarłego. Na szczęście usłyszałam cichy, chropowaty oddech, co wyprowadziło mnie z błędnie postanowionej diagnozy stanu Adepta. Po kontakcie z żołnierzami i podaniu uszkodzeń ciała Adepta oraz okoliczności, w jakich zostały uzyskane polecono mi ułożyć go w pozycji bocznej i czekać na przybycie wsparcia. Nie chciałam ruszać Adepta, gdyż nie posiadam umiejętności lekarskich oraz nie chciałam uszkodzić ewentualnie naruszonego kręgosłupa Adepta. Wykonałam jednak polecenie. Nie minęło dużo czasu, gdy w pomieszczeniu znalazł się kapral Aurbere, któremu pomogłam przetransportować ciało Adepta na śmigacz. Niestety w roztargnieniu zostawiłam komunikator. Zostaliśmy zabrani do placówki, gdzie Adept Naiive Luure dostał niezbędną pomoc medyczną. Ze względu na bardzo późną porę nie zdałam raportu od razu, nie mogąc znaleźć Mistrza Inkwizytora Barta, nie posiadając możliwości kontaktu z nim oraz nie posiadania informacji o miejscu jego pobytu jak i możliwości zdobycia tych informacji. Udałam się, zatem do kwater, aby odpocząć.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
    - Żołnierz Erise w początkowej fazie zadania (Jeszcze w placówce) nie wykazywał chęci współpracy, co objawiało się poprzez nieprecyzyjne wyrażanie się odnośnie miejsca składowania ścigaczy – nie posiadałam wiedzy o ich przechowywaniu na promie klasy Sentinel.

    - Kapral Aurebere wspomógł mnie w pozyskaniu ścigaczy w placówce, wskazując dokładną ich lokalizację oraz podając informację o zabezpieczeniu promu jak i możliwości odblokowania go przez Adepta Naiiva Luure.

    -Rodianin miał na imię Drassk.

    - Straty w sprzęcie to:
      2x Blaster E-11 (Porzucone w magazynie podczas kapitulacji)
      -1x Komunikator (Otrzymany od Adepta Naiiva Luure, który zostawiłam w miejscu przetrzymywania nas przez porywaczy)
      -2x Płaszcze (Jeden wypożyczony przeze mnie, którego zostałam zmuszona pozbyć się w magazynie oraz płaszcz Adepta, który pełen szkła zdjęłam z niego w trakcie przewracania go do pozycji bezpiecznej)

Pozyskana przeze mnie lista Jedi, których porywacze mają unikać i nie atakować:
    – Rycerz Jedi Elia Ville – w razie kontaktu uciekać.
    - Uczeń Jedi Siad Avidhal – w razie kontaktu, spróbować wyłgać się i oddalić nie wzbudzając podejrzeń.
    - Uczeń Jedi Fenderus – w razie kontaktu, spróbować wyłgać się i oddalić nie wzbudzając podejrzeń.
    - Padawan Soren - w razie kontaktu, spróbować wyłgać się i oddalić nie wzbudzając podejrzeń.

4. Autor raportu: Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 1078
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Ioghnis dodano: 11 gru 2015, 20:12

Wódz

1. Data, godzina zdarzenia: 29 - 30.11.15, 19:00 - 1:00

2. Opis wydarzenia:

Jakiś czas temu dostaliśmy komunikat od adepta Bar'a'ki, odnośnie schwytania Noghriego, podejrzanego o współpracę z kultem. Wyznaczyli nam dokładną datę przylotu naszego transportu na ojczystą planetę Noghriego, na której mieliśmy rozpocząć nasze poszukiwania. Zabraliśmy sprzęt i ruszyliśmy do transportowca.

Pilot zdecydował, że pozostawi nas na polanie przed wioską, do której trafiliśmy z adeptem Naiivem, gdy Noghri i jego blond towarzysz nas uprowadzili. Potem mieliśmy tylko dać mu sygnał do powrotu. Pozostawił nam ścigacz - swoją drogą, bardzo sprawną maszynę, którą polecieliśmy do wioski. Tubylcy byli zdziwieni, widząc nas, wlatujących do wioski, gdy w pewnym momencie ktoś zaczął do nas strzelać. Okazało się, że był to Huta - nadrzędny myśliwy. Kazał nam się wynosić. Dowiedzieliśmy się, że od naszej wizyty, wódz wioski poważnie zachorował a oprócz tego, wioska nie posiadała jasnego przywództwa, z powodu jego choroby. Współpraca z Noghrimi należała do decyzji wodza, zatem bez tego mogliśmy zapomnieć o całej sytuacji. W wiosce narósł wewnętrzny konflikt, bowiem Huta i półwódz walczyli o władzę. Mogliśmy pozostać w wiosce tylko dlatego, że wcześniej ci sami ludzie uznali mnie "honoryjnym" członkiem plemienia. Cóż - żeby dostać się do wodza, musieliśmy zdobyć pozwolenie mieszkańców - na szczęście tylko dwojga. Mieliśmy pozwolenie od "półwodza", dlatego że nam ufał. Huta natomiast zgodził się z do tej pory nieznanych mi pobudek - może to przez to, że oddałem moją broń jednemu z nich - kto wie. Ruszyliśmy do jego domu. Nad umierającym czuwał kapłan, a przy wejściu stał strażnik. Kapłan z miejsca polecił nam zachować ciszę - wódz źle znosił hałas, ponadto cierpiąc na światłowstręt.
Jego choroba przyszła równie szybko, jak odsłoniła karty - wódz nawet nie przypominał Noghriego - napuchnięta twarz, do tego gorączka i halucynacje. Wyglądało to na infekcję, jednak nie wystarczyło mi to. Obejrzałem jego ciało, niemalże od razu odnajdując ślad po wkłuciu. W międzyczasie wypytywaliśmy kapłana o wszelkie informacje na temat zachorowania - pytaliśmy o podejrzenia, jednak kapłan niewiele pomógł - wykluczył on nawet naszego podejrzanego, mówiąc, że ten nie odwiedził planety od dziesięciu lat. Co gorsze - mieszkańcy wioski myśleli, że to z naszej winy zachorował wódz. Rozwiązanie było jedno - uleczyć wodza. Noghriańskie leki zdawały się na nic, nieco tylko uśmieżając ból, a my nie mieliśmy przy sobie tylko prosty medpakiet. Zabraliśmy się do pracy. Zasugerowałem kapłanowi, że wódz mógł zostać otruty, wnioskując po wkłuciu. Pobrałem jego krew, przeskanowałem - urządzenie niskich lotów wskazało zbiór pierwiastków chemicznych. W tym momencie przydała się encyklopedia od kapłana: zbiór wszystkich informacji medycznych, poruszających o naszej technologii i anatomii istot humanoidalnych. Zaczęliśmy ją przeszukiwać, jednak nim cokolwiek znaleźliśmy, wódz zdawał się gasnąć. Kapłan polecił nam uszanować odejście wodza, jednak myślałem, że nie jest za późno. Ruszyłem pędem do łóżka, starają sie razem z Naiivem go reanimować, ale bez skutku - wódz zmarł. Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż widok osoby, którą mogłeś uratować. Nie zdążyłem zareagować. Zawiodłem go.

Kapłan ogłosił śmierć wodza, przy pomocy gongu. Od razu do chaty wodza przybiegł zrozpaczony Huta. Śmierć wodza chyba szczególnie trafiła właśnie w jego serce. Kazał nam się wynosić, grożąc bronią, co uczyniliśmy. Zeszliśmy na dół. Kompletnie nie wiedziałem co zrobić, a wódz mógłby pewnie nam pomóc odnaleźć nasz cel. Czułem się jak śmieć; jak nic nie warte ścierwo; namiastka człowieka, cholera. Po kilku minutach z chaty wodza wyszedł Huta oraz półwódz. Obydwaj byli pretendentami do przejęcia urzędu. Huta to człowiek z lasu i tam właśnie jest jego miejsce - to w końcu myśliwy. Półwódz nie bez powodu był zastępcą wodza - to on powinien dokończyć jego dzieło. Problem w tym że jeden to urodzony wojownik, a drugi nawet nie ma pojęcia o władaniu bronią. Wiadomo jakby się skończyła ta walka. Postanowiłem więc stanąć do walki z Hutą, w imieniu półwodza.

Pamiętam, że poszliśmy do groty pod wioską. Była tam duża grupa mieszkańców, otaczająca pole przyszłej walki. Chciałem na początku użyć mojego miecza treningowego, jednak kapłan dał nam do tego celu ceremonialne kije (jeden egzemplarz przywieźliśmy ze sobą). Pożyczyli mi powodzenia - poszedłem. Huta w tym czasie jeszcze przez moment z kimś rozmawiał, zaraz po tym wchodząc ze mną na środek areny. Kapłan zbliżył się do gongu, brzdękiem oznajmiając, że walka się rozpoczyna.

Huta był bardzo zwinny - jego ruchy niezwykle szybkie. Możliwe, że dorównywałem mu tempa. Przez pierwsze chwile walki szanse były wyrównane, aż do momentu, gdy Huta rąbnął kijem o moje żebra. Czułem się słaby, ale mimo wszystko myślałem o wygranej, o dobru, które należy się mieszkańcom tej wioski. Jeden raz, drugi - za trzecim uderzeniem, miażdżącym kości Noghriego, Huta upadł bezwładnie - zwycięzca był jeden - ja. Stanąłem przed kapłanem, gdy nagle usłyszałem krzyk pędzącego w moją stronę drugiego Noghriego; tego samego, który rozmawiał przed walką z Hutą. Nie zdążyłem obrócić głowy, a ceremonialny kij Noghriego przebił się przeze mnie, niczym wykałaczka przez jagódkę, na wylot. Od razu strażnicy zastrzelili zamachowca. Upadłem na ziemię, z bebechami na wierzchu. Czułem się niczym mydło w rękach śmierci - wyślizgując się, ale mimo to będąc w uścisku. Zlecieli się wszyscy, w panice o moje zdrowie. Żyłem. Czułem jak życie powoli ze mnie ulatuje, wszystko zaczęło się robić czarne, zimne, niejako kojące. Kapłani starali się tamować krwawienie, jednakże bez skutku, dopóki jeden z Noghrich nie pobiegł po pochodnię. Czułem jak mnie wyżera, zasklepiając ranę topniejącą skórą, podano mi także zioła.

Resztę pamiętam jak przez mgłę. Przyleciał pilot, który zabrał nas na statek. Obudziłem się dopiero na Formos, w klinice, w której mnie uratowano. Po kilku dniach kuracji, zabrał nas stamtąd, prosto do domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Noghri pozostał na wolności. Niewątpliwie będzie trzeba wybrać się na jego rodzinną planetę ponownie;
- Prakithiańska policja nie będzie zadowolona, gdy dowiedzą się o tym, że wróciliśmy bez poszukiwanego, w dodatku będąc na skraju życia i śmierci;
- Nowym wodzem, zgodnie z tradycją, został zastępca zmarłego. Będzie przychylnie nastawiony, gdy wrócimy - taką mam nadzieję;
- Żadnych śladów działalności Vongów na planecie Noghrich;

4. Autor raportu: Adept Angar Makkaru
Obrazek
Ukryte:
Awatar użytkownika
Ioghnis
Adept
 
Posty: 583
Rejestracja: 05 cze 2014, 17:59
Nick gracza: Angar

Infiltracja bazy

Postautor: Tanna Saarai dodano: 12 gru 2015, 14:50

Infiltracja bazy
Prakith - baza Jedi


1. Data, godzina zdarzenia: 11.12.15, 19:00-22:00

2. Opis wydarzenia:

(Raport spisany w konsultacji z Adeptem Bar’a’ką)

W godzinach wieczornych do bazy zawitał rudowłosy mężczyzna, którego powitał Adept Bar’a’ka. Ów mężczyzna podawał się za glazurnika, który dostał zadanie wymiany uszkodzonych podłóg przed i w ambulatorium (po incydencie z kwasem). Wymienili uprzejmości przy wejściu do bazy, po czym udali się na miejsce pracy. Znajdowałam się akurat w ambulatorium, gdy mężczyźni się pojawili. Po krótkiej rozmowie z rudowłosym (przebieg rozmowy nie ma znaczenia dla sprawy) ten zabrał się do sprawdzania stanu swej torby i wśród przeróżnych niecenzuralnych słów stwierdził, iż nie ma ze sobą wiertarki i musi się po nią udać, co zajmie mu do trzech godzin. Adept Bar’a’ka odprowadził go do wyjścia z bazy i pożegnał.
Po niespełna kilku minutach otrzymałam – podejrzewam jak wszyscy – komunikat od Adepta Bar’a’ki, iż w bazie jest kultysta i znajduje się prawdopodobnie w bibliotece.

Adept Bar’a’ka pisze: Wychłodzenie i senność była skuteczną maską dla targających nerwów. Dwuznacznym przebraniem dla wizytora. Mam tendencje do pisania niepokojących scenariuszy, uciszałem intuicję karzącą mi zignorować komunikat. Feler z zapomnianymi narzędziami, byłem już prawie pewien. Przyzwolenie po sięgnięcie za miecz zyskałem dopiero po jego słowach na odjezdne, "Poznałem pana, panie Baraka". Ruszyłem sprawdzić pozostawioną torbę - nic. Wyparowałem ku archiwom.


Adept udał się na miejsce niezwłocznie, ja ruszyłam po karabin blasterowy E-11 oraz jedno dodatkowe ogniwo energetyczne, by następnie niezwłocznie udać się do biblioteki ustawiając karabin na tryb ogłuszający.

Na miejscu zastałam Adepta Bar’a’kę, który próbował namówić kultystę do poddania się. Stwierdziwszy, iż to tylko strata czasu rozpoczęłam ostrzał, do starcia dołączył się Adept Bar’a’ka, który za pomocą miecza świetlnego związał go krótką wymianą cięć. Kultyście udało się opuścić bibliotekę, zaczął uciekać. Podczas pościgu Adept Bar’a’ka polecił droidom zamknąć oraz zabezpieczyć wszystkie wyjścia z bazy. Kultysta udał się do hangaru, w którym znajduje się prom typu Sentinel, gdzie nawiązała się dalsza część starcia. Po chwili pojawił się Adept Angar Makkaru, który od razu wsparł nas swym mieczem świetlnym. Kultysta, prawdopodobnie zdając sobie sprawę z naszej przewagi liczebnej, zniknął (zapewne przy użyciu Mocy – gdyż nie znaleźliśmy przy nim żadnego urządzenia maskującego).

Rozproszyliśmy się po bazie w poszukiwaniu wroga. Przechodząc obok ambulatorium usłyszałam donośny huk, gdy weszłam do środka zauważyłam, iż skrzynie przy generatorze są przewrócone. Wtedy, kompletnie znikąd, pojawił się kultysta i ciął mnie mieczem od klatki piersiowej w dół do brzucha. Jedyne, co zdążyłam zrobić to nieznacznie odskoczyć – co prawdopodobnie zmniejszyło obrażenia. Nim straciłam świadomość udało mi się jeszcze poinformować Adeptów o miejscu pobytu kultysty.

W tym samym czasie Adept Bar’a’ka udał się do biblioteki, by dowiedzieć się, czego szukał kultysta i co udało mu się zdobyć. Z jego przekazu wynika, iż znalazł urządzenie z zaawansowanym oprogramowaniem hakerskim, które pobierało dane z naszej biblioteki.
Adept Bar’a’ka pisze: Odłączyłem się od duetu. Zmusiła mnie do tego weryfikacja i zabezpieczenie bibliotek. Sprawdzałem rejestr działań, kultysty. Hakowanie trwało około minuty, wykradziono spis kontaktów i lokacji. Poinformowałem droidy, odcięły transfery.
Obrałem szybszy sposób poruszania, dotarłem do rannego adepta i pastwiącego kultysty.

Do ambulatorium pierwszy przybył Adept Angar Makkaru, który od razu przystąpił do natarcia na kultystę. Pojedynek przeniósł się do pomieszczenia z generatorem. Mimo dzielnej postawy Adepta i zażartej walki, padł pod naporem ciosów kultysty, który - być może dzięki większym zdolnościom szermierczym, być może przez stan Adepta – ciął brzuch Adepta Makkaru niezwykle głęboko. Adept stracił przytomność.
Przed śmiercią uratował go Adept Bar’a’ka, którego przebiegającego przez ambulatorium i powstrzymującego dobijające cięcie kultysty, dostrzegłam, gdy odzyskiwałam świadomość.

Gdy tylko w pełni odzyskałam świadomość ruszyłam w stronę Adepta Makkaru starając się zatamować obfite krwawienie z brzucha. Za pomocą komunikatora zapewniłam Adepta Bar’a’kę, iż zajmuję się Adeptem Makkaru, więc może kontynuować bez zmartwień pościg. Niestety nie posiadam zdolności medycznych, co niezwykle utrudniło próbę ratunku Adepta. Na szczęście udało mi się spowolnić krwawienie. Niestety po kilku chwilach Adept przestał oddychać.

W ty samym czasie Adept Bar’a’ka kontynuował starcie z kultystą.
Adept Bar’a’ka pisze: Nieproszony gość umykał, posługiwał się mocą. Próby związania w ścisły pojedynek nie powodziły się. Wymiany ciosów, rozdzielały gonitwy w kierunku wyjścia. Nie ustępowałem. HDR był nieocenioną falą, brutalnej, precyzyjnej pacyfikacji. Użyto dział myśliwców. Uciekał dalej. Przyszpiliłem kultystę w magazynie. Moc pozwoliła na umknięcie. HDR wyprzedził nas obu. Czekał na moment finalny, zakończył pościg.

Poinformowałam o stanie zdrowia Adepta Makkaru oraz braku odpowiednich umiejętności, które mogłyby mu pomóc Adepta Bar’a’kę. Ten pojawił się przy rannym, by udzielić mu pomocy medycznej będącej w zakresie jego umiejętności, ja natomiast udałam się pilnować nieprzytomnego kultysty.

Gdy Adept Bar’a’ka zakończył swe działania wezwał mnie, bym pomogła mu przenieść Adepta Makkaru do ambulatorium. Odmówiłam niezwłocznego stawienia się w celu udzielenia mu wsparcia. Na miejsce udałam się dopiero po wezwaniu droidów strażniczych i otrzymaniu od nich zapewnienia pilnowania pochwyconego kultysty. Udałam się do pomieszczenia z generatorem, skąd wraz z Adeptem Bar’a’ką przenieśliśmy Adepta Makkaru do ambulatorium. Adept Bar’a’ka udał się do kultysty, w celu przeszukania go, ja próbowałam nawiązać kontakt z kimś, kto był w stanie udzielić pomocy Adeptowi Makkaru.

Adept Bar’a’ka pisze:Znów opuściłem was, zamiar unieruchomienia niebezpieczeństwa. Przeszukanie. Poprzednio przechwyciłem w biegu urządzenia hakerskie, wykraczające technologicznie ponad nasze holodaty, stworzoną do jednego celu - kradzieży danych. Czas rozbicia zabezpieczeń wpisany w jedną minutę jest wystarczającym świadectwem. Nie udało mi się ustalić czy pliki zostały w jakikolwiek sposób przekazane. Odebrałem kultyście czerwony kryształ - czyn ten spowodował zgon. Posiadam go nadal. Przed śmiercią kultysta pożegnał mnie zapewnieniem o ponownym spotkaniu.


Niestety mimo próby z Mistrzem Inkwizytorem Bartem oraz Mistrzynią Elią Vile nie udało się uzyskać z nimi kontaktu. Na wezwanie odpowiedział MD-01, który zajął się Adeptem zaraz po tym, jak podałam mu nici oraz igłę do zszycia rannego Adepta.

Adept Bar’a’ka ciągnąc ze sobą zwłoki kultysty przybył z woreczkiem z nieznaną substancją do ambulatorium, gdzie rozpoczął dalsze sprawdzanie jej składu oraz właściwości (jak się później dowiedziałam była to substancja pozyskana podczas wcześniejszego zadania).
MD-01 po zakończeniu badania stwierdził, iż Adept Makkaru ma martwicę tkanek w okolicy brzucha i niemożliwe jest podjęcie żadnych działań, które uratują Adepta bez odpowiednich części mechanicznych, na które jak wyjaśnił mi Adept Bar’a’ka nie posiadamy środków (wedle słów Adepta Bar'a'ki, koszt tych części to około trzy tysiące kredytów). Po krótkiej dyskusji z Adeptami – w którą Adept Bar’a’ka nie był szczególnie zaangażowany cały czas zajmując się głównie urządzeniem analitycznym – ustaliliśmy, iż umieścimy Adepta Makkaru w zbiorniku z kolto, by opóźnić nieuniknione i dać sobie czas na znalezienie sposobu na pomoc Adeptowi. Adept Bar’a’ka wspomniał, iż w dżungli prawdopodobnie nadal znajduje się jego myśliwiec i jest w stanie go sprzedać o ile zostanie wcześniej naprawiony, co mogłoby pokryć koszt leczenia Adepta Makkaru. Ranny wyraził swe głębokie zdziwienie faktem, iż Adept Bar’a’ka posiada myśliwiec, o którym wcześniej nie wspomniał. Uznał jednak, że czas oczekiwania na naprawę oraz sprzedaż myśliwca byłaby zbyt długa zarzuciliśmy, więc pomysł. Badający substancję wspomnianą wcześniej, na polecenie Adepta Bar’a’ki, MD-01 włączył niezwykle głośne urządzenie, która przez chwile zagłuszyło dalszą komunikację naszej grupy. Gdy hałas ustał, Adept Makkaru znalazł się w zbiorniku, dalszy kontakt z nim był bardzo utrudniony. MD-01 oraz Adept Bar’a’ka zakończyli badanie (wyniki przedstawi w swoim raporcie z ostatniego zadania) i opuścił ambulatorium. Ja natomiast rozpoczęłam sporządzanie raportu.
(Opóźnienie w jego publikacji wynika z konieczności konsultacji oraz weryfikacji faktów jak też działań Adeptów Angara Makkaru i Adepta Bar’a’ki.)

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
    - Stan kultysty: martwy z nieznanych przyczyn.
    - Zdobyliśmy czerwony kryształ o niewiadomych właściwościach.
    - Weszliśmy w posiadanie urządzenia hakerskiego, którego używał kultysta.
    - Adept Angar Makkaru bezzwłocznie potrzebuje sprzętu, który jest w stanie uratować mu życie.

4. Autor raportu: Adept Tanna Saarai (Konsultacja merytoryczna Adept Bar'a'ka)
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 1078
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 19 gru 2015, 20:18

Robota

1. Data, godzina zdarzenia: 16.11.16, 22:00 - 24:00, pierwsze spotkanie | 19.11.16, 18:30 - 23:30, zlecenie

2. Opis wydarzenia: Porwanie adepta Naiiva, wywołało niepokój w duchu, adepta Koruna. Poczucie winy, pchnęło go do nierozważnego działania. Zwiadowca Vin, skutecznie ochłodził samobójczy zapał, zawracając go do bazy. To mojej istocie było dane udać się ze zwiadowcą na infiltracje punktu, w którym zaginął Naiiv. Posiadaliśmy wiedzę o powiązaniach z kultem, Sanarisem. Prawdopodobnie punkt przerzutowy.

Budynek, stary. Przemysłowiec wpuszczony w skałę, ukryty pod górską kurtyną. Droga prosta, prowadzi do okrągłej sali. Przepełniona maszynerią. Większość nie jest aktywna. Pracują przeznaczone do wytwarzania gazu tibanna. Na lewo schody, nad nimi platforma, na niej konsola. Staruszek. Szacuje wiek na jakieś osiem dekad w przeszłość. Zresztą to samo tyczy się całej maszynerii. Konsola nadzoruje proces wytwarzania gazu, na miejscu. Pozwala na kontrole blokad drzwi, systemów cieplnych oraz zasilania. Mimo wieku świetnie działa. Kawałek od wejścia są drzwi otwierane kartą magnetyczną. Bez niej, nie do otwarcia. Za drzwiami drabina, prowadzi do anteny. Urządzenie odpowiada za holowizje i komunikację głosową. Ma uszkodzoną izolację, prowizorycznie ją naprawiłem, aby wzmocnić sygnał. Jeśli zdarzyłby się ktoś chętny wejrzeć do jej środka, wystarczy zerwać taśmę i silikon. Gdzieś nieopodal kompleksu ukryty jest statek, nie było mi dane go dostrzec. Wnioskuje jednak, że ma widok na antenę.

Wewnątrz są przynajmniej cztery istoty rozumne:
-Przy konsoli Weequy. Pełni role strażnika głównej hali, przesiaduje przy konsoli z wódką. Zajmuje posadę popychadła, sterowanego przez Rodianina. Uprzejmy, komunikatywny. Ceni dobrego towarzysza do wychylenia kilku głębszych. Niezbyt bystry.

-Rodianin, szef. Rola jego polega na epatowaniu wyższością i wydawaniu poleceń. Czas spędza niechętnie w głównej sali. Stanowczo woli go trwonić na przesiadywaniu przed holowizją. Od niego zależy czy ktoś może dostać w placówce pracę. Łatwo go rozdrażnić, stosuje dosyć nieprzyjemne metody mobilizujące wobec personelu. Posiadał holodate, identyczną jak nasze.

-O dwóch pozostałych nie jestem w stanie wiele powiedzieć, oprócz tego, że jeden ubrany był w najemniczy uniform podobny do tego spod bramy kompleksu pana Sanarisa. Nazywa się Darr. Drugi został wymieniony jedynie z imienia i ma coś wspólnego z doglądaniem maszyn. Nazywa się Poohun.

Inne wartościowe informacje:
Punkt organizacji przestępczej, powiązanej z kultem. Prowadzą nabór pracowników. Samowolny lub porwaniowy. Poszukują osób, które łatwo mogą rozpłynąć się w powietrzu. Role wędrowca, doprawdy idealnie wgrała się w ich ideał kwalifikacji. Przydatne umiejętności, brak rodziny, znajomych, miejsca zamieszkania i nie pochodzi się z tej planety. Mechanik nie jest jednak pożądanym zawodem, zdaje się, że przy biznesie powiązanym z kopalnią potrzebują najemników, informatyków i biurokratów. Sam punkt zdaje się być miejscem przerzutu skrzyń dużych rozmiarów, świadczą o tym ślady na podłodze.

Moja pierwsza wizyta przebiegła spokojnie, owocnie. Przy wejściu powitał mnie strażnik. Podałem się za wędrowca, wystarczyło. Dosiadłem się przy konsoli, wyciągnął wódkę. Drogą, smakową. Przynoszoną przez szefa. Zainteresował go mój tryb, wyimaginowanego żywota. Dostrzegał we mnie, potencjalnego "pracownika". Po kilku głębszych zjawił się Rodianin. Dał pokaz impertynencji. Moja obecność spotkała się z nieprzychylnym spojrzeniem. Poddano pytaniom moją ewentualną przydatność. Mechaników mają dość. Wyrzucono mnie. Traf chciał, że osłabła antena, zaburzając dostawę holowizji. Zaangażowano mnie w jej naprawę. Szef odizolował nas od ciepła, wnętrza budynku. Miał nie zmieniać decyzji do czasu, aż obraz nie wróci do projektora. Naprawiłem, wedle dostępnych środków. Taśmą izolacyjną. Po robocie przekazano mi prywatny komunikator.

***
Komunikat pojawił się na dniach. "Zabierz paralizator", polecono. Obierając zwiadowcę Vina za towarzysza i ewentualne wsparcie, ruszyłem.

Wewnątrz zaszły zmiany. Maszyneria nie pracowała, temperatura lekko spadła w dół. Poznikały również stare skrzynie. Świadectwo na korzyść podejrzeń o punkt przerzutowy.

Na miejscu powitał mnie ten sam stróż.
Od razu przechodząc do konkretyzacji mojego wezwania. Po złożeniu deklaracji milczenia i wyłączności na usługi. Zostałem zaangażowany w pracę gońca. Przekazano mi pieniądze, umówiono spotkanie z dostawcą specyficznego gatunku towaru. Hakerem.

Miasteczko znajdowało się około czterdziestu minut drogi od kryjówki przestępczej. Stary, kolejowy magazyn był przejściem na peron czwarty. Oczekiwałem na dilera. Wspominki o egzotycznej rasie zidentyfikowały. Kobieta Wookie – używa urządzenia translacyjnego do porozumiewania w basicu. Pieniądze – towar. Szybka, rzeczowa wymiana. Bez ociągania, mimo ciekawości partnera w interesach. Powrót przebiegł zwyczajnie, umożliwił oględziny zakupu.

Próbniki zabezpieczeń – znamienita klasa, nowoczesne, nawet we wzorze wykonania.
Urządzenie do klonowania danych - przypominało niepozorny tablet. Bliższe oględziny dały odkryć, faktyczne właściwości. Dostosowane do tworzenia obrazów, czystego poboru danych. Zaczepy pozwalały na kontakt z każdym dostępnym sprzętem.
Drobny radioodbiornik – jego właściwość, polega na przechwytywaniu fal z bliskiej odległości. Możliwe, że to forma ochrony własnych komunikatów.
Wysublimowany krój, oznakowanie na nielicznych przyciskach dają możliwość podpięcia pod aktywny procesor. Odczytując jednocześnie jego dane, jak i pamięci operacyjnej w jednym czasie.
Żadne nie działa zdalnie, oferują podgląd na terminalu stacjonarnym, zewnętrznym.

Ingerencja, przejęcie w towar mogła zamknąć szczeliny infiltracyjne na przyszły czas. Uznałem, możliwość szybkiej komunikacji między zagrożonymi sojusznikami za wystarczający aby zapobiec atakom. Musiałem pozostać w budynku, zamknięty w celi. Rutyna, środki bezpieczeństwa. Wdałem się w rozmowę, modulując głos. Podrabiając innego z więźniów. Statki kursujące transportują metale, typowe dla pracy w kuźni. Oraz inny, niewymieniony rodzaj towaru. Dostawcy wiedzą, kim są ich odbiorcy. Wspominali o bunkrze, sektor Z-13.

Przesłałem prymitywnie zaszyfrowaną informację do Zwiadowcy Vina. Wróciłem dnia następnego.




3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 370
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 23 gru 2015, 19:18

Obrazek
1. Data, godzina zdarzenia: 18.12.15 21:00 - 01:00

2. Opis wydarzenia:

Niedługo po krótkim treningu z Adeptem Bar'a'ka, zostałem razem z nim wezwany przez Mistrza Barta na odprawę. Utracono kontakt z republikańską bazą na Prakith. Baza nie miała zbyt dużego znaczenia militarnego ze względu na znikomy garnizon, lecz mimo to znajdowało się w niej cała masa ważnych informacji. A poza tym, była to cały czas baza Republiki, więc musieliśmy ją sprawdzić. Byłem w nieco lepszym stanie niż normalnie, więc zgodziłem się lecieć. Wzięliśmy ze sobą blastery, by niedługo później polecieć prosto do bazy republikańskiej.

Lecąc na miejsce miałem mieszane uczucia. Życie wśród Jedi nauczyło mnie, że rzadko ruszamy na rekonesans, czy wyprawę, gdy nic się nie dzieje. Jako, że nadal nie pozbyliśmy się jeszcze znajdującej się na Prakith armii Vongów, spodziewałem się albo ich, albo działania Kultu. Jakież było moje zaskoczenie, gdy dotarliśmy na miejsce, nie napotykając żadnego oporu, ani śladów konfrontacji. Żadnej armii wojowników Yuuzhan, żadnych opętanych Kultystów, tylko jeden zwykły strażnik - jakiś świeżo upieczony Twi'lek. Poza nim jedynym, całe miejsce było puste. Nie opuszczone, po prostu nikogo tam nie było. Od razu zacząłem podejrzewać, że może być opętany, lub podstawiony. Adept Bar'a'ka chciał najpierw go przegadać, by nas wpuścił. Uważałem, że najłatwiej będzie go sprawdzić Mocą. Mógł to jednak zrobić tylko Iktochi, więc musiałem czekać, aż mnie wysłucha. Długo to zajęło. Żołnierz tłumaczył, że problem z kontaktem to normalka, niewielki problem. Jednak woleliśmy sprawdzić wszystko na własne oczy.

Niezliczona ilość sytuacji, kiedy ktoś przyjaźnie nastawiony próbował nas zabić sprawiła, że potraktowałem sprawę dość chłodno. Byłem gotowy postrzelić faceta, jeśli stawiałby się jeszcze chwilę - oczywiście, bronią ustawioną na ogłuszanie. Na szczęście, Adept Bar'a'ka miał lepszy pomysł i najzwyklej w świecie pokazał, że jesteśmy Jedi - pokazał miecz świetlny. Przyznam, było to głupie z naszej strony nie zrobić tego wcześniej. Twi'lek wprowadził nas do środka i skierował do piwnicy, gdzie miało dojść do problemu z komunikacją, w serwerowni. Tam napotkaliśmy na swojej drodze kolejnych dwóch strażników. Niestety, z nimi nie było tak dobrze.

Mężczyźni nawet na chwilę nie słuchali naszych tłumaczeń. Kompletnie nie zwracali uwagi na naszą tożsamość. Najlepiej ich zachowanie opisze fakt, że chcieli pokazać z bliska Bar'a'ce swoje identyfikatory, lecz miał się zbliżyć, utrzymując trzy metry dystansu. A na moje pytania o wątpliwą logikę tej sytuacji, odpowiadali "Odmawiam odpowiedzi". Po jakimś czasie zaczęli się zachowywać dość agresywnie, dając nam jasny warunek - albo się usuniemy, albo nas zastrzelą. Nie było zbytniego miejsca na dyskusję. Gdy strzelanina się rozpoczęła, byliśmy w dość nieprzyjemnej sytuacji. Ja i Bar'a'ka siedzieliśmy na środku wąskiego korytarza, a oni nie dość, że mieli pancerze, to jeszcze osłonę i dużą przestrzeń. Wystrzelaliby jak nas zwierzęta, gdyby nie fakt, że Adept Bar'a'ka na nich zaszarżował z mieczem, kompletnie zajmując ich uwagę. Ja zdążyłem wykorzystać to i znaleźć się w porę za osłoną. Oczywiście, zanim znalazłem się w naprawdę dobrej pozycji do prowadzenia walki, zdążyłem oberwać, jednak nie na tyle, by nie móc dalej walczyć.

Sala w jakiej byliśmy była całkiem spora, lecz nasz cel znajdował się na piętrze, na które wchodziło się po schodach, które dodatkowo zapewniały nam sporą przewagę. Natychmiast skierowałem się właśnie ku nim. Adept Bar'a'ka, niestety nie zdążył i został postrzelony i skuty. Mój ostrzał żołnierzy sprawił, że Bar'a'ka zdołał się wydostać i ogłuszyć jednego z nich. Wtedy byłem przekonany, że przewaga jest po naszej stronie. Wystarczyło tylko zaczaić się na drugiego strażnika u wylotu schodów i jego również ogłuszyć. Niestety, nie zdjęliśmy w porę kajdanek z rąk Bar'a'ki. Te zatrzasnęły się, blokując ruch Iktochiemu. A tymczasem drugi żołnierz już kierował się na nas. Jako, że beznadziejnie strzelam, uznałem, że sam nie dam rady walczyć. Dlatego chciałem spróbować wyłączyć kajdanki blasterem. Wydawało się to logiczne, w końcu impuls elektryczny powinien spowodować zwarcie w obwodach kajdanek i je wyłączyć je. I unieszkodliwił je - ale przy tym i Adeptka Bar'a'ka.

W tamtej chwili, z żołnierzem Republiki celującym we mnie z blastera i ogłuszonym Adeptem, wylądowałem w prawdziwym bagnie. Sądziłem, że żołnierz skupi się na mnie, więc zacząłem się wycofywać, chcąc znaleźć lepszą pozycję o ostrzału. Niestety, ponownie się pomyliłem. Żołnierz zajął się Adeptem Bar'a'ka, wrzucając go do zbiornika, po czym wziął się za polowanie na mnie. Cudem, udało mi się bez zostania zauważonym wyminąć żołnierza i dostać się do pomieszczenia ze zbiornikiem. Miałem dwie opcje - spróbować wydostać Bar'a'kę, lub ogłuszyć żołnierza. Głupio, wybrałem drugą opcję. Żołnierz szybko mnie dotkliwie poranił, posyłając mnie za blat stołu. Tymczasem Adept Bar'a'ka dalej się topił. Republikanin rychło by nas wykończył, gdyby nie oficer, który pojawił się znikąd. Mężczyzna był przełożonym strażnika, więc mógł do niego w pewnym stopniu dotrzeć, pomimo opętania. Na początku próbowałem wykorzystać to, by spróbować ogłuszyć żołnierza jednym celnym strzałem. Niestety, to też się nie udało. Rezygnując z walki, porzuciłem broń i wskoczyłem do zbiornika, za Adeptem Bar'a'ka.

Iktochi był niemal martwy, tego byłem pewien. Byłem za słaby, by go po prostu wyciągnąć na brzeg, więc zamiast tego, owinąłem siebie i jego sznurkiem jaki przy sobie miał i ze wszystkich sił płynąłem do brzegu. Strażnik nadal tam jednak czekał i nawet pomimo interwencji oficera, zdołał mnie - w ferworze walki zapomniałem, czy był to blaster, czy cios - wepchnąć z powrotem do środka. A Adepta Bar'a'ka razem ze mną. W tamtym momencie nie mogłem już go uratować. Byłem słaby, ledwo mogąc płynąć samemu. A jego ciało, było nabrzmiałe, przepełnione wodą. Wierzyłem, że już nie żył. Odciąłem linę i ostatkami sił wypłynąłem na zewnątrz. Oficer tym razem postawił wszystko na jedną kartę i gdy żołnierz ponownie spróbował mnie zaatakować - i tym razem pewnie by mnie zabił - oficer rzucił się na niego i wciągnął go do tego samego zbiornika. Zostałem sam, razem z bronią żołnierza. Gdy odzyskałem namiastkę sił, widziałem tylko oficera, siłującego się z żołnierzem i ciało Bar'a'ki, ciągnięte na zewnątrz. Święcie przekonany, że Iktochi był martwy złapałem za broń i zacząłem strzelać do żołnierza. Nie wiem nawet, jak wielką ilość strzałów wypaliłem w żołnierza, zanim uznałem, że wystarczy. Wydawało mi się, jakbym strzelał bez przerwy. Nie umiem zrozumieć, co wtedy we mnie wstąpiło.

Zanim zrozumiałem w pełni, że zabiłem strażnika, oficer wydostał Bar'a'kę z wody i zaczął go cucić. Po chwili, poleciał po sanitariuszy. Wtedy do mnie dotarło, że Bar'a'ka przeżył. Mieszanina grozy i radości jaka mnie wtedy dopadła, była czymś, czego jeszcze nigdy nie poczułem. Obrazy martwego żołnierza i walczącego o życie Bar'a'ki - dwa symbole tego, co panowało nad moją świadomością w tamtej chwili - wirowały mi w głowie, zarówno gdy tempo wpatrywałem się w ciało Iktochiego, jak i gdy zacząłem go cucić na wszystkie znane mi sposoby. Byłem sam w beznadziejnym stanie, więc niewiele zrobiłem, gdy przybyli sanitariusze Republiki. Dwaj żołnierze natychmiast zaczęli mnie pytać, co się stało, cucąc Bar'a'kę. Znali strażników osobiście. Jeden leżał ogłuszony na schodach, drugiego nie znaleźli. Groza kompletnie mną zawładnęła, gdy wyjawiłem, że to ja zabiłem strażnika. Jeden z żołnierzy wpadł w furię i rzucił się na mnie.

Nie do końca myślałem w tamtym momencie. Emocje targały mną we wszystkie strony, gdy żołnierz zmieniał moją głowę w krwisty naleśnik. Dopiero interwencja drugiego sanitariusza i - chyba - oficera mnie uratowały, choć zdążyłem już stracić połowę zębów i złamać szczękę. Żołnierze odeszli, zabierając Bar'a'kę, a ja zostałem. Siedziałem tam, wpatrując się w ścianę, aż w końcu jeden z żołnierzy nie zwrócił mi uwagi, by w końcu zabrał się stamtąd. Oficer powiedział, że nie mieliśmy już tam niczego do roboty. Osoba, która opętała żołnierzy zwiała, gdy my walczyliśmy. Rozkradli i zniszczyli wszystko, każdy komputer i terminal, każdą informacje. To była katastrofa.

Gdy dowiedział się, gdzie znajdowało się ciało jego przyjaciela, jeden z sanitariuszy wskoczył do zbiornika. Gdy wrócił, powiedział mi, że zrobiłem dziesięć ziejących dziur w ciele strażnika. Świadomość tego tylko pogorszyła mój stan. Nie wiedziałem, co powiedzieć, poza ciągłym przepraszaniem. Sanitariusz zapałał do mnie szczerą nienawiścią. Wspomniał, że zabity strażnik miał żonę i dwoje dzieci, że przeze mnie one zostaną sierotami, a ona wdową. Groził mi, jednocześnie atakując Jedi jako ogół. Innymi słowy, w oczach jednej z osób, nie staliśmy się bohaterami - przeze mnie. Sanitariusz zdążył skopać mnie ze schodów, co dodatkowo mnie obiło - miałem osłabiony organizm jak nigdy - więc nie byłem praktycznie w stanie chodzić. Bar'a'ka i wszyscy żołnierze już zniknęli. Pozostał tylko twi'lekański strażnik, który zaprowadził mnie na lądowisko. Zanim na dobre wezwałem transport, Twi'lek zrozumiał, że nie nadawałem się do podróży, więc zaproponował mi nocleg w bazie. Nie byłem w pozycji do odmawiania, więc zgodziłem się. Następnego dnia wylądowałem w szpitalu, gdzie leżał Adept Bar'a'ka. Stamtąd, zabrano nas do bazy.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Misja okazała się kompletną klapą. Musimy założyć, że Kult ma wszystkie informacje, jakimi dysponowano w bazie Republiki. Uważam, że powinniśmy natychmiast dowiedzieć się, czego Kultyści mogli dowiedzieć się z tych komputerów.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Thang Glauru dodano: 28 gru 2015, 11:36

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 23.12.15 21:00 - 01:00
2. Opis wydarzenia:


Jedyne naprawdę warte wspomnienia wydarzenia, jakie miały miejsce tego dnia, zaczęły się późnym wieczorem, gdy doszła nas wiadomość o zbliżaniu się pewnego śmigacza. Pojazd należał do Baska, aspiranta z policji, z którym od jakiegoś czasu współpracowaliśmy przeciwko Kultowi. Byłem jedynym Adeptem na nogach, który miał jakiś większy kontakt ze sprawą - Adept Bar'a'ka niemal bez przerwy leżał w łóżku, kurując się, a Adept Makkaru był na misji i nie było z nim kontaktu. Akurat byłem też na nogach, bo wcześniej przeprowadziłem krótką, acz treściwą rozmowę z specjalistą Kastarrem z "Nexu", w sprawie zamordowania republikańskiego żołnierza, przeze mnie. Nie tracąc czasu, założyłem płaszcz i wyposażony wyłącznie w swój miecz i holodatę, ruszyłem na spotkanie policjanta.
Gdy tylko zobaczyłem Baska, od razu zrozumiałem, że coś jest nie tak. Wydawał się zdecydowanie bardziej oschły. Coś wyraźnie zaprzątało mu głowę. Mężczyzna czuł się lekko zawiedziony widząc mnie, a nie Bar'a'kę, czy Angara. Kazał mi ich przyprowadzić, czego ja oczywiście nie mogłem zrobić. To znaczy, mogłem teoretycznie polecieć po Adepta Bar'a'kę i go obudzić, lub poprosić SDK po "potwierdzenie mojej wersji". Ostatnie wydarzenia jednak lekko nadwyrężyły moje nerwy i psychikę, więc nie miałem ochoty się kłócić. Powiedziałem Baskowi, że może rozmawiać ze mną i tylko ze mną. Mimo, że nie zareagował na to z kosmicznym entuzjazmem, wyraźnie nie miał wyboru. Po tym, jak za zaleceniem SDK weszliśmy do bazy - żeby uniknąć możliwości podsłuchiwania przez Kult, którego ludzie mogli czaić się w pobliżu, obserwując nas - Bask dał mi do zrozumienia, że sprawa jest poważna. Po naszych ostatnich brakach sukcesów, nasza współpraca wisiała na włosku.
Bask nie zdążył dokończyć myśli, bo przeszkodził nam pan Bull - którego nie widziałem od kilku tygodni, swoją drogą. Na początku pomyślał, że aspirant przybył do nas właśnie po niego. Ponoć, pan Bull ozdobił fekaliami posąg kanclerza Valorum w jednym z miast, nie będę zgadywać. Gdy zrozumiał, że to nie o niego chodzi, Gran zrobił się dużo bardziej towarzyski i chętny do rozmowy. Oczywiście, Bask nie miał zbytniej ochoty rozpoczynać dyskusji przy kimś postronnym. Odniosłem wrażenie, że nie chciałby się dzielić wszystkim nawet z niektórymi Jedi, choć to tylko moje przypuszczenia. Tak czy siak, musiałem jak najuprzejmiej spławić pana Bulla. Niestety, mój brak charyzmy i ogłady nieco mi to zadanie utrudniło, lecz w końcu pan Bull - chyba trochę dotknięty - opuścił nas, pozwalając na rozmowę w cztery oczy.
Wtedy Bask potwierdził moje wcześniejsze przypuszczenia - i wyjątkowo, nie był to jedyny raz tego wieczoru. Mówił, że usilnie potrzebował mojej pomocy i to natychmiastowo. Powiedzieć, że brzmiało to poważnie, to eufemizm. Bask postawił mi prosty warunek - albo mu pomogę, albo koniec współpracy. W obliczu postawienia przed ścianą, nie miałem zbytnio możliwości manewru. Krótko mówiąc, zgodziłem się mu pomóc. Aspirant zaprowadził mnie natychmiast z powrotem do swojego śmigacza. Chciał mnie gdzieś zawieść. Po drodze powiedział, żebyśmy odgrywali rozmowę, w której on jest niezadowolony z naszych usług, a ja usilnie staram się wybronić. Miałem jednak nic nie ujawniać. Zgodziłem się, ale przy tym zwiększyłem czujność. Taka ostrożność mogła oznaczać tylko podsłuch. Głupio sądziłem jednak, że sama rozmowa była jedynym, czego chciał Bask. Ba, spodziewałem się, że chodzi o usunięcie podsłuchu. Jednak sprawa nie była taka prosta.
Po kilkunastu długich minutach ciągłej rozmowy, w końcu pojazd się zatrzymał. Ja i aspirant opuściliśmy śmigacz, by znaleźć się na kompletnym pustkowiu. I to nie jest eufemizm. Na horyzoncie nie było widać dosłownie niczego - miast, domów, nawet jakichś lasów. Byliśmy praktycznie na środku pustyni. Bask wtedy podał prawdziwy powód, dla którego mnie tu wyciągnął. Nie chodziło o podsłuch - którego istnienie potwierdził, a raczej potwierdził, że ma podejrzenia - a o coś bardziej problematycznego. Otóż ktoś zdobył nagranie działalności Baska. I nie chodziło tu o pogodną pomoc. Zgodnie z jego słowami, było to coś wątpliwego moralnie. Nie będę się oszukiwać, przeczuwałem brutalne, może nawet krwawe torturowanie więźniów podczas przesłuchania, może nawet morderstwo. Jednak na własnej skórze wiem, co robią ludzie, gdy gra toczy się o stawkę czyjegoś życia, a emocje potrafią zaćmić osąd, czego nagranie może nie pokazywać. Zgodziłem się zatem pomóc, choć Bask do końca nie chciał mi powiedzieć, co było na nagraniu - a co rozpaliło moją ciekawość i podejrzliwość. Miałem dostać się do gościa posiadającego nagranie. Nie byłem z Prakith, więc szantażysta nie mógł niczego wykorzystać przeciw mnie, by mnie szantażować. Byłem idealną osobą do tej roboty - oczywiście, wyłączając moją dotychczasową niekompetencję i ciężkie rany na moim ciele - więc się zgodziłem. Bask dał mi skórzane rękawiczki, kominiarkę i knebel. Uzgodniliśmy plan działania w razie potrzeby nagłe ucieczki, oraz gdzie mieliśmy się spotkać. Wyrzucił mnie w pobliżu mieszkania tego szantażysty.

Ostatnie dwie próby wymyślenia tożsamości skończyły się katastrofą, więc wolałem nie eksperymentować zanadto. Zapukałem i podałem się za obcokrajowca, który potrzebował informacji o Basku, bo ten obił mi gębę. Nie ma co się rozchodzić - sam widzę teraz, jak mało kupy trzymała się ta opowiastka. Oczywiście, właściciel mieszkania również w to nie uwierzył, po prostu mnie olewając. Nie mogłem po prostu wrócić do Baska z pustymi rękoma, więc postanowiłem zareagować nieco bardziej, że tak powiem, "bezpośrednio". Drzwi do środka miały elektroniczny panel wejściowy, więc postanowiłem go "złamać". Nie miałem przy sobie żadnego śrubokręta, więc nie mogłem po prostu wykręcić śrubek. Zamiast tego użyłem miecza, by stopić część pokrywy i dostać się do środka. Gdy użyłem broni, miałem na sobie i kominiarkę i rękawiczki. Sam miecz włączałem też tylko na ułamek sekundy, praktycznie przytykając emiter do śrubek. Nikt nie miał prawda mnie rozpoznać, ani nawet uznać mnie za Jedi.


Spokojnie otworzyłem pokrywę panelu i zerwałem odpowiednie kable, otwierając wejście. Tym razem, nie chciałem znowu odgrywać jakiejś roli. Szybko skryłem się z boku, unikając droida lokaja, który natychmiast powiadomił właściciela o włamaniu. Szantażysta - gruby, drobny Toydarian - przyleciał natychmiast, uzbrojony w drobny blaster. Władał nim gorzej ode mnie, a sam droid przyznał, że był pozbawiony oprogramowania bojowego. Natychmiast się ucieszyłem, że w końcu trafiłem na przeciwników mojego poziomu. Na początku chciałem poczekać, aż Toydarian przeleci obok miejsca, w którym się chowałem, wyciągnąć mu broń z ręki i zmusić do oddania mi nagrania. Niestety, moja wybitna kondycja sprawiła, że wybiłem obcego z równowagi, uniemożliwiając mu strzał, lecz nie osiągnąłem nic poza tym. W dodatku, pomimo braku funkcji bojowych, droid próbował mnie obezwładnić, siadając na mnie. Przez jakiś czas się tak siłowaliśmy, lecz ostatecznie, gdy nie zdołałem wyrwać broni z rąk Toydariana, droid mnie obezwładnił. Po raz kolejny, padłem. Toydarian oczywiście był podekscytowany jak małe dziecko. Natychmiast poleciał po liny, by mnie związać. Gdy zostałem sam z robotem, postanowiłem przetopić mu obwody, tak jak zrobiłem z panelem. Los jednak uśmiechnął się do mnie, bo gdy tylko droid usłyszał, że jestem gotowy kupić nagranie - co było prawdą, miałem taki zamiar przychodząc tam - zabrał mnie do stołu z kredytami i zawołał swojego szefa.

Nie muszę chyba tłumaczyć, jak zareagował Toydarian, gdy zauważył, że jego lojalny droid grzecznie prowadzi uwolnionego włamywacza do stołu z dwoma tysiącami kredytów. Wściekł się tak bardzo, że pomimo tłumaczeń droida, najzwyklej w świecie go rozwalił. Wpadł w białą furię i nie słuchał już mnie kompletnie. Choć zrozumiem, że jako włamywacz, nie brzmiałem wiarygodnie proponując osobistą naprawę droida i panelu, oraz kupno nagrania. Toydarian zaczął mnie wiązać. Nie mogłem mu na to pozwolić, bo znalazłbym się na jego łasce - w dodatku, mógłby znaleźć miecz. Musiałem zaryzykować. Wierciłem się jak tylko mogłem, by móc łatwo wyrwać się z więzów, po czym ustawiłem miecz tak, by włączona klinga trafiła szantażystę w rękę. I wyjątkowo, tak się też stało. Toydarian kompletnie spanikował, upuszczając broń, którą natychmiast przejąłem. Starałem się go uspokoić, lecz nie trudno się domyślić, że miecz świetlny potrafi przestraszyć. Choć oczywiście, w końcu Toydarian się uspokoił i szybko domyślił się nie tylko mi jestem, ale i dlaczego do niego się włamałem. Co do joty.

Na tym etapie, miałem już dość zabawy. Schowałem miecz, ustawiając blaster na ogłuszanie, oraz powiedziałem Toydarianowi, że odkupie nagranie i naprawię szkody, bo nie chcę się męczyć i robić mu krzywdę. Ten w zamian zaproponował, że pokaże mi nagranie - coś, czego nie chciał sam Bask. Przez całą akcję paliła mnie ciekawość, co może być na nagraniu. Wiem, że gdy tylko Toydarian wyciągnął holodysk z nagraniem i go uruchomił, powinienem go ogłuszyć, zabrać holodysk i wynosić się stamtąd. Niestety, nie pomyślałem. Byłem i ciekawski, ale i liczyłem, że ugadam obcego. Było to największe głupstwo tego wieczoru. Przynajmniej jednak, dowiedziałem się, co było na nagraniu. Słowa Toydarian jasno sugerowały, że Bask nas oszukał, współpracując z Kultem. Było to coś innego, niż się spodziewałem, ale też inne, od samej prawdy - choć ani ja, ani Toydarian nie mogliśmy tego wiedzieć.

Nagranie nie było długie. Przedstawiało trzech mężczyzn - Baska, jakiegoś gliniarza i mężczyznę ubranego w strój Kultu. I nie, żaden z nich nie był związany. Po prostu rozmawiali, dyskutując nad sprawą, schrzanioną przez policjantów. Kultysta zagroził Baskowi i policjantowi, dając jednemu w nos, po czym wyparował - używając oczywiście Mocy. To był gwóźdź do trumny, jakiego się obawiałem. Jeśli Bask współpracowałby z Kultem, nasza sytuacja byłaby koszmarna - nie dość, że nie mielibyśmy wcale sojuszników, ale prawie cała nasza działalność przeciw Kultowi byłaby ujawniona i stracona. Musiałem zabrać nagranie do Jedi i je przeanalizować przy pomocy zaawansowanej elektroniki. Upewnić się, czy nie ma tam żadnego śladu fałszu. Toydarian nadal nie chciał mi ani oddać, ani odsprzedać nagrania. Nie miałem więc wyboru. Wycelowałem z blastera, szykując się do ogłuszenia Toydariana. Zanim jednak nacisnąłem spust, usłyszałem kroki. Wybity z równowagi powiedziałem obcemu, że nie jesteśmy sami. Ten wybiegł na środek, wstrząśnięty. Nie ustał jednak ani sekundy, gdyż po chwili padł, trafiony z karabinu snajperskiego. Karabin był trzymany przez kogoś ubranego w strój Kultu.


Wtedy zrozumiałem, w jak wielkie bagno wlazłem. Dosłownie utknąłem. Mało, że Kultysta był po zęby uzbrojony, ja tylko ranny. Zdołał zablokować wszystkie drogi na zewnątrz polami siłowymi. Nawet miecz świetlny nic z nimi nie robił. Musiałem albo oddać Kultyście nagranie, albo go pokonać. Przekopiowanie nagrania na holodatę nie wchodziło w rachubę - nagranie było tak formatowane, że zajęłoby to zbyt dużo czasu. Oczywiście, na początku próbowałem walczyć z Kultystą, lecz po jakimś czasie zrozumiałem, że nie miało to sensu. Oddałem mu nagranie, lecz znowu nie pomyślałem - Kultysta nie miał powodu, by mnie wypuścić.


Teoretycznie końcowy wynik był taki sam - musiałem albo pokonać Kulstystę, albo dać się ogłuszyć. Niestety, nie byłem w stanie osiągnąć pierwszego. Kultysta sparaliżował blasterem moje ciało, a potem kompletnie pozbawił mnie przytomności strzałką z karabinu. W ostatnich chwilach byłem przekonany, że obudzę się w celi, lub sali tortur. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zamiast tego, ujrzałem śmigacz Baska i samego aspiranta - z obitą szczęką - siedzącego obok. Pierwsza myśl, jaka się pojawiła, to że aspirant nasłał Kultystę na mnie. Nie zaprzeczył, choć też nie potwierdził tego. Raczej dał do zrozumienia, że schrzaniłem znowu robotę i że obecność Kultysty była raczej konieczna.

Nie wiedziałem, czemu pozwolono mi żyć, lecz zanim miałem czas o tym pomyśleć, Bask wywrócił mój światopogląd do góry nogami. Przyznał, że dane przekazane policji nie trafiły do niej, ani do Republiki, ani Imperium, ale do Kultu też nie. Co więcej, Kultysta który ze mną walczył również nie był wcale naszym wrogiem, nie bezpośrednio. Na pytanie, czy był napastnik to członek Kultu, Bask odpowiedział "I tak i nie". Wszystko to - plus fakt, że dostaliśmy dwa tysiące żetonów szantażysty - oraz to, że Bask nie tylko zgodził się mnie odwieźć, ale też nakazał mi podzielić się rewelacjami z resztą Jedi, do reszty zbiło mnie z tropu. Ku irytacji Baska, rzucałem ledwo sklecone pomysły w drodze, starając się jednocześnie układać sobie wszystko w głowie.

Gdy dotarliśmy do bazy, ja zdołałem de facto tylko doczołgać się do łóżka i poprosić mistrza Barta o zabranie żetonów. Ostatnie myśli zaprzątające moją głowę przed snem były doprawdy mało pozytywnie nacechowane. Czułem się oszukany i ograny. A cały konflikt z Kultem wydawał się jeszcze bardziej złożony i niejasny, niż kiedykolwiek.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Aspirant Bask jest nadal naszym sojusznikiem, lecz dopóki nie poznamy tożsamości jego mocodawców, zalecam szczególną ostrożność i baczne obserwowanie policji - szczególnie, że mocodawcy Baska potrafią używać Mocy.
Do tego warto by było polecieć do mieszkania Toydariana i sprawdzić, czy zostawiono jakiekolwiek nagrania. Część z nich może wskazuje nie tyle na sam Kult, ale istnieje ułamek szansy, że jest wśród nich coś związanego choćby z Sanarisem i jego fabryką. Niemniej jednak, jest to mało prawdopodobne - sam sejf pozostał otwarty, a napastnik pewnie zabrał wszystko, co uznał za wartościowe.

4. Autor raportu: Adept Naiiv Luure
Obrazek
Awatar użytkownika
Thang Glauru
Uczeń Jedi
 
Posty: 1033
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Krwawe gody

Postautor: Tanna Saarai dodano: 02 sty 2016, 14:36

Krwawe gody
Prakith


1. Data, godzina zdarzenia: 08.12.15 godz. ok. 22.30 - 5.30 / 10.12.15 godz. ok. 16:30 - 5.00

2. Opis wydarzenia:

Dostałam zlecenie od Mistrza Inkwizytora, którego celem było zakupienie oraz odebranie medykamentów z PrakMegaPharm. Po wykonaniu przelewu natychmiastowego, zaopatrzeniu się w karabin blasterowy E-11 oraz jeden zestaw ogniw standardowych udałam się myśliwcem Lorda Kaana do wyznaczonego miejsca, czyli magazynu PrakMegaPharm. Na miejscu powitał mnie Rodianin Napkor Lupp, który po przedstawieniu mu celu wizyty i potwierdzeniu dokonania płatności przedstawił mi skrzynię, w której znajdował się zamówiony towar. Poprosiłam o możliwość sprawdzenia zgodności zawartości skrzyni z listą, którą otrzymałam od Mistrza Inkwizytora oraz przygotowanie potwierdzenia. Przystąpiłam do sprawdzania zawartości, gdy wyżej wspomniany Rodianin stanął za mną, by po chwili spróbować dźgnąć mnie nożem. Jego krzyk „Nie pozwolę!” wydany na chwilę przed zadaniem ciosu pozwolił mi na uniknięcie ciosu, ucierpiał tylko rękaw mojej szaty. Zaalarmowany krzykiem Rodianina do pomieszczenia przybiegł starszy mężczyzna – Harvey Slut - który stanął pomiędzy nami, odgradzając ode mnie napastnika. To dało mi czas, by sięgnąć po karabin blasterowy i przestawić go w tryb ogłuszania. No było to jednak konieczne, gdyż Harvey Slut obezwładnił Rodianina, przykuł go do krzesła i wezwał policję. Przypięłam karabin blasterowy do pasa.

Po chwili do pomieszczenia wszedł mężczyzna – blondyn. Wzięliśmy go za oficera policji, co okazało się być błędnym spostrzeżeniem. Strzelił do pana Sluta pociskiem ogłuszającym, po czym przeniósł lufę karabinu w moją stronę. Stwierdził, iż liczył na obecność na przykład Adepta Makkaru jednak ja również wystarczę. Bez wahania rzuciłam się za stół, przewracając go, by zapewnił mi osłonę i wyjęłam karabin blasterowy. W międzyczasie do pomieszczenia wbiegł kolejny mężczyzna przepraszając za swoje spóźnienie. Gdy szukałam sposobu na uwolnienie Rodianina ze śmiertelnej pułapki, jaką okazały się być w chwili obecnej kajdanki założone mu przez pana Sluta, blondyn powiedział ” Starsi chcą Jedi na ofiarę, po dwóch Jedi, którzy zostali ofiarami mediów. Nie wnikam w szczegóły.” – mam nadzieję, że powie Wam to więcej niż mnie. Licząc na przybycie policji próbowałam grać na zwłokę jednak blondyn zaczął odliczać od pięciu, co nie pozostawiło mi wyboru. Poinstruowałam szybko Rodianina, gdzie znajduje się karta magnetyczna do jego kajdanek i odstrzeliłam je od stołu, by po krótkiej chwili rozpocząć ostrzał mężczyzn, którzy nie pozostali mi dłużni. Po niedługiej wymianie ognia zostałam okrążona i trafiona ogłuszającym pociskiem w lewą nogę, która została sparaliżowana. Posłuszeństwa zaczęła odmawiać również lewa ręka. Licząc na wsparcie ze strony oswobodzonego już Rodianina, pchnęłam w jego kierunku karabin, gdy tylko upadłam na ziemię. To był błąd – Napkor Lupp wyczuwając okazję rzucił się do ucieczki i opuścił pomieszczenie. Blond mężczyzna polecił swojemu współpracownikowi związać mnie i zabrać na statek. Próbowałam mu to utrudnić, szarpiąc się i kopiąc go. Do magazynu przybył droid policyjny, który ostrzegł napastników o możliwości złożenia broni. Blondyn jednak zawiązał z nim walkę i pośpieszył słownie swego współpracownika, przy wiązaniu mnie. Kopnięcie w twarz, którego połowicznie udało mi się uniknąć, zaćmiło moje zmysły dając szasnę porywaczom na skrępowanie mi nadgarstków. Droid policyjny nie dał rady napastnikowi i padł zniszczony na ziemię. Kolejną, krótką szamotaninę przerwał wymierzony we mnie pocisk ogłuszający, który trafił w okolice nerek paraliżując mnie i odbierając mi świadomość. Jeżeli policja wysłała dodatkowe oddziały, niestety nie udało im się przybyć na czas. Docierały do mnie jedynie dźwięki wystrzałów i pocisków, które trafiały w metal pojazdu, którym byłam wieziona.

Zostałam wrzucona na pokład transportowca, który niemal od razu poderwał się do lotu. Z trudem udało mi się wdrapać na siedzenie, gdy spostrzegłam, że nie jestem jedyną jego pasażerką. Na siedzeniu obok siedział rudy mężczyzna w kajdankach. Świadomość powoli do mnie wracała, gdy ujrzałam Voliandera krzyczącego coś do pilota statku. Po chwili rozległy się strzały, których Voliander unikał z dziecinną łatwością równocześnie strofując pilota, o niebezpieczeństwie rozwalenia przezeń statku takim bezsensownym strzelaniem. Współwięzień był w głębokim szoku tego, co widzi. Po chwili zainteresowanie Voliandera przeniosło się na mnie. Próbowałam przekonać go, aby pomógł mi się uwolnić, ale, cytuję „Poza tym się nie wpieprzam. Przyszedłem zrzec popcorn i oglądać jak Cię gwałcą. A tutaj nici z popisu, wiec wracam na film w domu. Proste. Nie?”. W całej swojej łaskawości Voliander postanowił dać szansę rudemu, by ten przekonał go do pomocy. Ten obiecał mu piwo, imprezy i panienki, na co nasz ulubiony Lord Ciemności zareagował niezwykły entuzjazmem. Uwolnił rudowłosego więźnia, pożegnał się ze mną i wyskoczyli razem przez luk bagażowy.
Lecieliśmy jeszcze kilka minut nim pilot osadził transportowiec na płycie lotniska – bardzo niechlujnie muszę dodać. Zbliżył się do mnie i zaprowadził do rampy. W trakcie tej krótkiej drogi starałam się przekonać go, że jestem w stanie zapłacić mu za ewentualną pomoc. Nie jestem w stanie powiedzieć czy łyknął mój blef. Stwierdził, że jeżeli będzie miał okazję pomóc mi anonimowo, to zrobi to. Nie będzie się jednak narażał przed „szefem”. Zostałam wyprowadzona z promu, do podziemnego hangaru, a następnie przez obrotowe drzwi do pomieszczenia, w którym odebrał mnie od pilota blondwłosy mężczyzna, którego pierwszy raz spotkałam w magazynie PrakMegaPharm.
Ów mężczyzna usadowił przedstawił mnie grubemu mężczyźnie o imieniu Norton (tak przynajmniej zwrócił się doń blond mężczyzna), który poinformował mnie, że będę przesłuchiwana. Blondyn poszedł po coś, co nazwał „krzesłem szamana”, a co okazało się być krzesłem elektrycznym. Przypięli mnie do krzesła, przynieśli wrzącą wodę. Norton wlał mi odrobinę do gardła, dopiero po tym przystąpił do przesłuchiwania mnie. Pytał o Voliandera, którego nazwał „Przeklętym”, o jego plany, stosunki do Jedi i Kultu – nie powiedziałam nic, wykręcając się ogólnikami takimi jak to, że jest wulgarny, lubi pić alkohol, oglądać tanie porno i rzucił mną pod sufit. Nie wspomniałam ani słowem o niczym więcej. Pytali również o dostęp do archiwów, sugerowali dostęp przez HoloDaty, pytali czy ktoś poza Jedi ma doń dostęp – wspomnieli o Aurebere. Przy wszystkich pytaniach wymigiwałam się swoją niewiedzą, dając im tylko zdawkowe strzępy informacji, których do niczego nie mogliby wykorzystać. Gdy spytali o kaprala, w pierwszej chwili nie dosłyszałam, o kogo dokładnie pytają, co najwidoczniej ich rozzłościło. Stwierdzili, że wlanie całego kubka wrzątku do mojego gardła doda mi motywacji. Rzucałam się i próbowałam wyrywać, co spowodowało, iż wrzątek poparzył również inne części mojego ciała. Ból był niezwykle trudny do zniesienia, z czego skorzystałam pozwalając sobie zemdleć. Przesłuchujący mężczyźni prawdopodobnie dali wiarę w me słabe przystosowanie do znoszenia bólu, gdyż obudziłam się już w celi – przykuta do ściany.
Nie wiem ile czasu minęło, gdy do ciemnej celi ponownie ktoś wszedł. Blond mężczyzna zabrał mnie do znanego mi już pomieszczenia przesłuchań, w którym za długim stołem czekał na mnie już zaczytany Chiss. Jakiś blady mężczyzna usadowił mnie na krześle elektrycznym i przystąpił do sprawdzenia mojego stanu zdrowia. Zaproponowano mi posiłek, odmówiłam. Chiss zapewnił mnie o dalszej procedurze – zadawanie mi bólu i wyciąganiu ze mnie wszystkich informacji, jakie mogę posiadać. Pomyślałam, że przyda mi się zastrzyk energii, więc poprosiłam o posiłek. „Doktor” został poń wysłany. Po chwili wrócił z posiłkiem oraz walizką. Już po pierwszych słowach Chissa o egzotyczności mięsa wiedziałam, że będzie próbował wmówić mi, że zjadam ludzkie mięso – choć nie wykluczam, że mogło tak być. Co więcej, Chiss upewniał mnie, że spożywam właśnie Adepta Makkaru. „Doktor” odpuścił pomieszczenie, a Chiss wyjął z walizki, w której dostrzegłam czarną dłoń w formalinie, mały pistolecik. Załadował go strzałką z nieznaną mi substancją. Zostałam poinformowana, że ów substancja spowoduje zwiotczenie wszystkich mięśni od ramion w górę. Poprosiłam o możliwość dokończenia posiłku. Następnie powoli, wpatrując się w palec Chissa, który trzymał na spuście usiadłam na łóżku, czekając na jego ruch. Gdy ten wycelował we mnie broń i wystrzelił skorzystałam z okazji. Padłam płasko na łóżko i przeturlałam się zań. Wystrzelona strzałka ledwo mnie drasnęła, nie czyniąc żadnych szkód. Zerwałam się szybko na nogi, doskoczyłam do Chissa i uderzyłam go w jądra, nim ten zdołał zrobić cokolwiek więcej, niż podnieść broń z podłogi – najwyraźniej musiał mu wypaść, gdy zniknęłam z jego pola widzenia, chowając się na chwilę za łóżkiem. Gdy mój niedoszły oprawca zwijał się z bólu, sięgnęłam do stołu po nóż, którym wcześniej bezproblemowo przecinałam grube mięso, o którym Chiss mówił jak o ludzkim. Byłam przekonana, że bezproblemowo poradzi sobie również z krtanią Chissa, do którego ów nóż przyłożyłam. Ten jednak zdążył załadować do pistoletu kolejną strzałkę i przystawić mi broń do brzucha. Pat. Nie mogłam zrobić nic poza odgrażaniem się. Mój przeciwnik próbował mnie przekonać o bezsensowności tego oporu jak i samej ucieczki – droidy bojowe, drzwi zamykane na kod, wysoki mur nie do przeskoczenia, o takich zabezpieczeniach miejsca, w którym byłam przetrzymywana zostałam poinformowana. Do pomieszczenia przybył „Doktor”. Wbrew moim zapewnieniom o rychłej śmierci Chissa z mojej ręki, jeżeli tylko się zbliży podszedł… i wbij Chissowi strzałkę – z prawdopodobnie środkiem paraliżującym, choć twierdził, iż go zabił – prosto w szyję. Ten osunął się bezwładnie na ziemię, „Doktor” polecił mi położenie się na łóżku i zniknął wlokąc za sobą ciało Chissa. Spanikowałam, ruszyłam do ucieczki, przed siebie, nie wiedząc, co robić. Ten akt desperacji nie trwał jednak długo. Przebiegłam długi korytarz, w którym natrafiłam na droida bojowego. Zawróciłam, ten dopiero po chwili rozpoczął ostrzał. Dopadł mnie w pomieszczeniu pełnym terminali, gdzie zostałam postrzelona w prawą nogę, straciłam równowagę i uderzyłam w jeden z terminali. Zostałam ponownie schwytana. Do pomieszczenia przybył „Doktor”, nie szczędząc komentarzy o bezcelowości mojego czynu. Pojawił się również drugi droid bojowy, który został przez pierwszego określony mianem „dowódcy”. Ten wydał rozkaz rozstrzelania mnie. Oślepił mnie błysk wystrzałów, ogłuszył huk…

Obudziłam się na promie kosmicznym, przykuta grubymi łańcuchami, które uniemożliwiały jakikolwiek ruch. Gdy powoli docierało do mnie moje położenie, przed oczami stanął mi mglisty obraz blondyna, który mówił o niewiarygodności moich informacji, oddaniu mnie w ręce „mniej cywilizowanych braci”. Stwierdził, iż cenią sobie oni „samice”. Następnie udał się do kokpitu, wydając rozkaz drugiemu mężczyźnie, którego dostrzegłam dopiero w tym momencie (w pomieszczeniu znajdował się również droid bojowy). Jak się okazało była to osoba, która przywiozła mnie w to miejsce. Z rozkazu wydanego przez doktora poznałam jego imię – Largo. Mając w pamięci nasze ostatnie spotkanie oraz jego ewentualną chęć pomocy mi – oczywiście z czysto materialistycznych pobudek – postanowiłam podjąć próbę dyskretnego namówienia go do współpracy, ergo uwolnienia mnie i pomocy w dostaniu się do bazy. Za to zadanie proponowałam mu 10.000 kredytów oraz nowy statek – był to oczywisty blef, mym prawdziwym zamiarem było doprowadzić do go bazy i poddać przesłuchaniu… szkoda… Wracając do meritum… Largo w momencie odkrył wszystkie karty przed pilnującym mnie, a może „nas”, droidem. Nie pozostało mi nic innego jak zrobić dokładnie to samo. Po długich namowach w końcu się udało. Były pilot, a w tamtym momencie „mój najemnik” chwycił za karabin blasterowy i rozwalił droida. Z pewnością uczył się strzelać od elity tego fachu, gdyż przy okazji posłał również sporą serię do kabiny pilota (mam nadzieję, że wyczuwacie sarkazm). Rykoszety i niezwykle celne strzały w kokpit (choć nie on był celem) sprawiły, iż statek zwariował. Drzwi do kabiny pilota albo zostały zamknięte od środka albo uległy awarii, zatem nie mam żadnych informacji, co stało się dalej z blondynem. Sam prom kosmiczny wpadł w ruch wirowy, rzucając biednym najemnikiem po ścianach, podłodze i suficie. Na jego nieszczęście, to samo działo się z droidem, którym parę razy porządnie w niego uderzył. Pokład momentalnie zajął się dymem, rozległ się ogłuszający alarm. Przebijając się przez te kakofonię dźwięków, które sugerowały również kilkukrotnie, iż prom (choć już bardziej to, co z niego zostało i próbuje lecieć dalej) parokrotnie porządnie w coś uderzył. Na moją prośbę Largo uwolnił mnie z łańcuchów. Momentalnie doskoczyłam do nieaktywnego już droida i odebrałam mu karabin blasterowy. Szybka konsultacja z Largo uświadomiła nam dalsze działanie – trzeba było jak najszybciej opuścić prom. Problemy były dwa… Brak dostępu do kabiny pilota oraz fakt, iż prom cały czas poruszał się z wyczuwalnie dużą prędkością. Largo zasugerował właz, którym wcześniej wydostał się Voliander wraz z rudym więźniem (zatem okazało się, iż był to dokładnie ten sam pojazd). Za jego radą gdzie szukać odnalazłam w pobliskim kontenerze dwa prowizoryczne spadochrony oraz dwa medpakiety, z czego jeden niestety uszkodzony. W tym czasie najemnik zmagał się z lukiem – bezskutecznie. W pobliżu nie było żadnego panelu kontrolnego, a jedyne zawory, jakie widziałam w pobliżu, a które mogły służyć otwarciu go nie wykazywały chęci współpracy (być może byłam za słaba – to już nieistotne). Zaproponowałam użycie droida – wrzucenie go pod pokład w pobliże luku i włączenie autodestrukcji. Zaciągnęłam, zatem korpus w okolice luku, wrzuciłam pod pokład droida jednak Largo nie wykazywał cierpliwości. Wpakował weń cały magazynek z karabinu blasterowego… Jakkolwiek barbarzyńska metoda trzeba mu oddać, iż podziałała. Niewielki otwór stanął nam przed oczami, wciąż jeszcze gorący od stopionego w wyniku eksplozji droida. Nie było wyjścia… Mimo ogromnej prędkości… Wyskoczyliśmy

Obudziłam się w śniegu, wokół były góry. Mimo bólu, jaki przysporzył mi upadek oraz poparzeń, jakich doznałam przeciskając się przez wąską szczelinę w luku bagażowym rozpoczęłam poszukiwania Largo. Nie trwało to długo, gdy odnalazłam go jęczącego przez złamaną nogę w śniegu. Po chwili doszedł nas dźwięk silników repulsorowych. Stało się dla nas jasne, że ktoś nadjeżdża. Gdy dwa ścigacze zatrzymały się kilkadziesiąt metrów od nas Largo przedstawił swój plan pozbycia się ich. Wyraźnie zaprotestowałam i zaproponowałam rozwiązanie o wiele bardziej dyplomatyczne.
To byli dwaj mężczyźni… Dziadek z wnukiem, którzy zwabieni widokiem pikującego promu postanowili sprawdzić, co się dzieje… Dziadek był niechętny, ale wnuczek obiecał sprowadzić pomoc… Chciał zostawić nawet termos… Wtedy… Wtedy… Wnuczek padł na ziemię z przestrzeloną głową. Bolt energetyczny minął mnie z oszałamiającą prędkością… Nie mogłam nic zrobić… Najemnik – Largo… Postanowił załatwić sprawy po swojemu. Zareagowałam odruchowo. Doskoczyłam do niego i wytrąciłam mu karabin z ręki. W tym czasie dziadek, właśnie zamordowanego przez Largo chłopaka, odpalił ścigacz i krzycząc z rozpaczy strzelił w naszym kierunku. Najemnik nie miał żadnych szans – pocisk rozerwał mu czaszkę, zginął momentalnie, prawdopodobnie nawet nie zdążył tego zarejestrować. Odskoczyłam, schowałam się za kamieniem, który chronił mnie przed kolejnymi seriami boltów wystrzeliwanych ze ścigacza. Kolejnych i kolejnych. Dziadek nie reagował na prośby, wcale mu się nie dziwię… Nie pozostawił mi wyboru. Mając świadomość słabej zwrotności tych maszyn wyskoczyłam zza kamienia w przerwie między seriami i pognałam za kolejną osłonę, która znajdowała się kilka metrów dalej. Gdy do niej dobiegłam, co trwało tylko chwilę, strzeliłam parokrotnie w ścigacz, rozwalając mu silnik. Schowałam się za osłoną. Dobiegł mnie jęk starca, którego jak się okazało przygniótł ścigacz. Podeszłam doń, przesunęłam maszynę, starałam się wyjaśnić sytuację, lecz nie chciał słuchać. Podniósł karabin pozostawiony przez Largo. Ponownie schowałam się za osłoną… Wybuch ścigacza, któremu rozwaliłam bak paliwa… Dziadek przeżył. Stracił przytomność i przeżył… Zostawiłam mu medpakiet nie mając pojęcia jak go użyć… Mam nadzieję, że z tego wyszedł po tym jak Adept Makkaru i Padawan Fenderus pozostawili go na pastwę losu… Być może już wtedy nie żył…
Wracając do meritum. Przeszukałam ciało Largo i zabitego przezeń chłopaka. Przy najemniku znalazłam komunikator i cyfronotes, chłopak nie miał nic poza komunikatorem. Udając się w wyższe partie gór starałam się uzyskać sygnał. Jednocześnie słyszałam zbliżające się ścigacze. Gdy znalazłam sygnał wysłałam wiadomość alarmową, prosząc o ratunek. Odpowiedział Adept Makkaru, zapewniając mnie, o swym przybyciu. Poprosił o utrzymywanie sygnału, by mógł mnie namierzyć. W czasie, gdy z nim rozmawiałam ścigacze zatrzymały się na niższym poziomie. Dostrzegłam dwóch mężczyzn, którzy później okazali się być kultystami – jeden z nich zwracał się do drugiego per Wyznawco. Szukali mnie… Jeden zszedł po linie jeszcze niżej, w przepaść, która się tam znajdowała. Drugi czekał. W tamtym momencie nie widziałam innego wyjścia jak nawiązanie walki. Mając przewagę wysokości i prawdopodobnie celniejsze oko po chwili udało mi się postrzelić obu napastników. Jeden z nich posiadał umiejętność skakania na wiele metrów wzwyż. Z pewnością był trenowany w sztuce używania Mocy. Rany, które im zadałam zdawały się jednak ich umacniań. Walczyli z coraz większą zaciekłością, próbowali mnie otoczyć jednak właśnie wtedy udało mi się przeszyć klatkę piersiową jednego z nich – padł martwy. W tym czasie drugi z nich wskoczył na ścigacz i uciekł. Nie jestem pewna, kiedy znalazł się za mną… Minął mnie, ciął przez lewe ramie i powalił na ziemię. Momentalnie zatrzymał się, gdy podnosiłam się z zakrwawioną ręką z podłoża. Dołączył doń drugi kultysta, nie mam pojęcia jak i kiedy znalazł się na tym pustkowiu. Zepchnęli mnie pod ścianę. Próbowali przekonać, bym poszła z nimi po dobroci… Bym została „matką ich dzieci”… Adept Makkaru i Padawan Fenderus ich przegonili. Padłam z wycieczenia nim zdążyli do mnie dotrzeć. Obudziłam się na statku w drodze do…
Do domu.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 1078
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Atak Yuuzhan Vongów

Postautor: Tanna Saarai dodano: 02 sty 2016, 14:39

Atak Yuuzhan Vongów
Prakith - baza wojskowa Republiki


1. Data, godzina zdarzenia: 22.12.15 / 23.12.15 godz. ok. 23.00 - 4.30

2. Opis wydarzenia:

Gdy zajmowałam się ciałem zabitego przez Adepta Makkaru i Adepta Bar’a’kę Chissem oraz jego ścigaczem otrzymaliśmy na częstotliwość ogólną komunikat alarmowy o ataku Yuuzhan Vongów na bazę wojskową Republiki. Sprawą zajęła się Rycerz Jedi Elia Vile. Zaproponowałam swoją pomoc, którą wyżej wymieniona przyjęła. Zaopatrzona w karabin blasterowy typu E-11 oraz 4 ogniwa standardowe udałam się wraz z Rycerz Vile do miejsca docelowego.

Przywitał nas oddział Vongów, z którym walczył Voliander. Rycerz Vile włączyła się do starcia, pomagając Volianderowi. Ja prowadziłam ostrzał z karabinu blasterowego. W trakcie starcia na platformie lądowiska Voliander został poważnie ranny w lewą rękę. Moje biodro również ucierpiało, podobnie jak lewa ręką Rycerz Vile. Udało nam się jednak odepchnąć pierwszą falę wroga. Gdy Ci się przegrupowywali, wraz z Volianderem ustaliliśmy dalszy plan działania. Ten miał nas osłaniać, gdy będziemy przebijać się do wnętrza płonącej bazy. Poszło sprawnie, bez większych komplikacji.

Zjechaliśmy windą, gdzie przywitali nas dwaj żołnierze Republiki oddzieleni od nas potrójnym polem siłowym. W pierwszej chwili wzięli nas za Yuuzhan Vongów, lecz Rycerz Vile szybko wyjaśniła nieporozumienie. Wpuścili nas do wnętrza przez pole siłowe. W trakcie krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się, że w bazie pozostało 17 żołnierzy – 7 oficerów, 8 techników i 2 którzy nas wpuścili. Żołnierze twierdzili, że Adept Naiiv Luure zabił ich strażnika, co ułatwiło Yuuzhan Vongom atak na bazę. Zaproponowałam ewakuację windą pod osłoną granatów dymnych oraz późniejsze zawalenie tunelu ładunkami wybuchowymi. Jeden z żołnierzy odparł, iż mają tylko granaty i natychmiast się po nie udał. Rycerz Vile nie zareagowała optymistycznie na ten pomysł. Gdy otrzymaliśmy sprzęt żołnierze udali się po rannych. Wtedy rozpoczęło się bombardowanie, które zawaliło schody na wyższe poziomy oraz drzwi do pomieszczenia z żołnierzami Republiki. Rycerz Vile poleciła mi sprawdzić, co się dzieje z żołnierzami i zniszczyła pole siłowe, które odgradzało nas od ewentualnego ataku Yuuzhan Vongów. Po chwili wróg wdarł się do środka. Żądali złożenia broni, na co Rycerz Vile odpowiedziała atakiem. Związaliśmy wroga w walce, w trakcie, której zostałam poważnie ranna w brzuch oraz prawą rękę. Razem z Rycerz Vile odparłyśmy pierwszą falę. Następną zajęła się już tylko Rycerz Vile. Gdy ostatni przeciwnik padł pod naporem ciosów Rycerz Vile ta dobiła go odcinając mu głowę. Następnie sprawdziła mój stan zdrowia. Pojawił się Voliander, który oznajmił, że Yuuzhan Vongowie postanowili wszystko zawalić, a wojsko prakithańskie jest w drodze. Z góry posypało się parę kamieni, wypadł sznur zwiniętego materiału, po którym zszedł jeden z żołnierzy Republiki. Na widok Voliandera wpadł w entuzjazm (ewidentnie traktują go jak bohatera i z pewnością „Mistrza Jedi”). Rycerz Vile zainteresowała się gruzowiskiem, Voliander i ja dyskutowaliśmy z żołnierzem nad wyjściem z sytuacji. Zaproponowałam ewakuację wszystkich ocalałych głównym wyjściem przy wcześniejszym zwiadzie przez jedną z osób, mą propozycją był Voliander, oraz osłaniania reszty przez wyżej wymienionego. Obaj panowie stwierdzili, iż nie jest to najlepsze rozwiązanie. W tym czasie Rycerz Vile przy użyciu swych zdolności odgruzowała przejście do dalszych pomieszczeń bazy oraz ugasiła pożar, dzięki czemu uwięzieni tam żołnierze mieli szansę się wydostać. Dołączyła do nas. Znów rozgorzała dyskusja o planie ucieczki w wyniku, której ustaliliśmy, iż mój wcześniejszy pomysł zostanie zrealizowany, tylko to ja z Mistrzynią Vile musimy udać się na górę, a Voliander będzie przewodził ewakuującym się. Zaznaczyłam, że mój stan jest raczej kiepski i poprosiłam o wsparcie mnie Mocą. Rycerz Vile zaoferowała swą pomoc, użyła swej wiedzy o medycynie i z pomocą Mocy zasklepiła mą ranę na brzuchu. Poczułam się znacznie lepiej. Ruszyliśmy na górę.

Przywitało nas pobojowisko. Trup ścielił się gęsto, ostało się niewielu Yuuzhan Vongów. Rycerz Vile z pomocą Mocy rzuciła mnie na Y-Winga, który niestety został zablokowany przy pomocy bliżej niezidentyfikowanej substancji. Związaliśmy, więc wroga w walce w wyniku, której odniosłam kolejne obrażenia. Zostało dwóch wrogów na polu bitwy. Rycerz Vile walczyła prawdopodobnie z dowódcą oddziału, gdy ja zajęłam się drugim odciągając go od Rycerz i swego przełożonego. Gdy ten podążał za mną, wypuściłam aktywowany granat dymny, co sprawiło, iż oślepiony Yuuzhan Vong spadł z platformy wprost do znajdującej się poniżej lawy. Dołączyłam do Rycerz Vile, która zajęła się już swym przeciwnikiem. Dostrzegliśmy w oddali Voliandera wraz z grupą 17 uciekinierów z bazy. Gdy udało nam się usunąć substancję blokującą dostęp do Y-Winga wróciłyśmy nim do bazy. Misja zakończyła się sukcesem, a opinia o Jedi, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach z Adeptem Naiivem Luure została poprawiona.

Jakiś czas później Rycerz Elia Vile wraz ze swym uczniem Padawanem Fenderusem udali się do owej bazy w celu poznania dalszego losu placówki. Raport z tego wydarzenia przygotował Padawan Fenderus.

Moja Mistrzyni zabrała nas do posterunek Republiki kilka dni po ataku Yuuzhan Vongów... Mieliśmy prosty cel, rozeznać się na miejscu i dowiedzieć, co się stało z posterunkiem dalej.

Budynek jest w opłakanym stanie... Połowa budynku gdzieś zniknęła, każdy kawałek lądowiska jest zakopany pod popiołem, nie można tam oddychać. Główny budynek ma ślady wgnieceń ścian, sufit jest zawalony, a ślady wybuchów są wszędzie. Nie posprzątali części zwłok, trupy sprawiają, że dosłownie nie da się oddychać.

Spotkaliśmy jednego żołnierza na warcie i nie był to nikt z Republiki. Żołnierz w zielonej zbroi, wyposażony jak maszynka do zabijania... Przedstawiał się jako członek najwyższego pionu komandosów, na początku był bardzo... „Profesjonalnie nieufny”. Nie wierzył Mistrzyni, bo twierdził, że jej twarz może być hologramem, mierzył do nas w głowy od razu, dopiero później nam uwierzył na widok mieczy, ale prawie mnie zastrzelił odruchowo, jak Mistrzyni go wyjęła. Żołnierz był bardzo arogancki, ale większość czasu był uprzejmy i wydawał się w porządku, poza tym, że miał straszne ego. Trzymał się zasad jak nikt, ale to dobry znak.

Żołnierz opowiedział, że wojska prakithańskie zostały wezwane w trakcie ataku. Widział tylko część, ale opowiadał o tym z dumą. „Ponieśliśmy tylko straty w sprzęcie powietrznym”, „Zdeptaliśmy ich liczebnością”... Mówił, że nie widział wszystkiego, ale opisał to jako rzeź, przecięli im szeregi podczas szturmowania bazy, ale nie mieli czasu dotrzeć do bazy... czyli nie było aż tak pięknie, jak opowiadał. Wybadaliśmy, że uważają Yuuzhan Vongów za... Yevethów. Yevethów, czyli podobne zwierzęta, co atakowały Republikę, a potem trafiły zbiorowo na Prakith do więzienia.

Z posterunku Republiki są złe wieści. Nie wiemy wszystkiego, ale „Ministerstwo Bezpieczeństwa” zesłało tam tego człowieka i jego kolegów na ochronę posterunku, a wszyscy ocalali są w szpitalach, wszyscy ranni, część ocalała dzięki cudownemu upadku 20 ton gruzów gdzie indziej (hmm... mistrzyni?) i dostarczeniu powietrza. Jedna trzecia załogi zginęła w walkach i wybuchach... nie znamy więcej, nie wiemy, kto, jaki chaos może to wprowadzić... za mało wycisnęliśmy. Siły prakithańskiej armii zabezpieczają teren, budynek nadaje się do zburzenia, cała kadra Republiki jest w szpitalach. „Mistrz Voliander” to dla nich bohater. Tak, totalny bohater. Żołnierz ocalały kazał żonie nazwać syna Voliander i tak dalej... Teraz nasz Voliander to bohater i heros na całą planetę. Bardzo nam to pomoże!...

Ministerstwo Bezpieczeństwa „w uznaniu zasług” nie będzie łaskawie wnikało, skąd Jedi na Prakith. Udawaliśmy delegację z Coruscant. Szczerze mówiąc, wyszło to fatalnie, bo wiedzieli o wizycie Bar’a’ki i Naiiva... Mistrzyni uratowała sytuację lepszymi blefami.

Odeszlibyśmy spokojni, z ciekawym zbiorem informacji... Gdyby nie to, że żołnierz na wyjaśnienia Mistrzyni Elii odpowiedział... wiedzą o Żywej i Jednoczącej Mocy. Jeszcze dziwniejsza sprawa... próbowałem na nim delikatnej iluzji... i poszło mi strasznie słabo. Ja wcześniej umiałem oszukać umysł słabego kultysty, ale to był kultysta... A on? Nie czułem w nim niczego dziwnego, niczego złego, po prostu miał taki silny umysł. To było bardzo dziwne... Ta wiedza, to wyszkolenie... Jakby ich „najwyższy pion”, co to lubił się tak przedstawiać kilka razy... Uczyli się o Jedi?

Na wszelki wypadek polecieliśmy w inny układ gwiezdny przed powrotem. Brak innych wieści...



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Tanna Saarai, Uczeń Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 1078
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron