Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Raoob dodano: 02 cze 2015, 14:28

Fałszywa transmisja

1. Data, godzina zdarzenia: 27.05-28.05.15, 22:30-4:15

2. Opis wydarzenia: Mimo, iż jestem już w jakimś stopniu przyzwyczajony do nowego trybu życia, to ostatnie wydarzenia wywołały u mnie dreszcze i zarzekam się, że ręka mi drży podczas pisania tego sprawozdania.

Zacznijmy od faktu, że tuż po cotygodniowym dyżurze spotkałem Fenderusa i Brealina. Nawiązaliśmy luźną rozmowę i nie trzeba było długo czekać, by po kilkunastu minutach zostać wezwanym na odprawę do archiwów. Zadanie brzmiące niebywale prosto - udać się do Syward, zbadać źródło nadawanego sygnału alarmowego i wesprzeć lokalne służby przy ewentualnej ewakuacji - okazało się prawdziwym koszmarem. Jednak po kolei.

Pilotem był Fenderus, gdy ja i Brealin zajęliśmy miejsca pasażerskie. Minęło kilkanaście godzin, gdy w końcu przez szybę kajuty zaczęły się rysować krajobrazy Lavisaru. Po kilku minutach wylądowaliśmy w stolicy, na jednej z tamtejszych płyt lotniczych. Rozdzieliliśmy się - Fenderus udał się na osobny zwiad, podczas gdy my, Adepci, poszliśmy wprost do wskazanego miejsca, czyli biura lokalnych służb ochrony Lavisaru.
Przywitał nas bardzo dobrze wystrojony człowiek, choć jego sposób komunikacji był bardzo luźny. Już tam zaczęły się małe komplikacje, choć nie były one związane z późniejszymi wydarzeniami - musieliśmy odstawić do depozytu nasz wszelki bagaż osobisty, w tym broń. Próbowaliśmy wraz z Brealinem przemycić mój miecz i część jego ekwipunku, lecz wszystko to na nic. Wszystko celem ewentualnej protekcji, nie chcieliśmy bowiem nikogo bezpodstawnie krzywdzić.

Określiliśmy temu człowiekowi cel naszej wizyty i jedyne, z czym się spotkaliśmy, to parsknięcie śmiechu, zdziwienie i stwierdzenie, że ktoś z nas robi sobie jaja.

Mężczyzna złożył nasze rzeczy do skrzynki depozytowej i zaprowadził piętro niżej, gdzie przywitał nas kolejny człowiek - tym razem jakiś wyższy rangą oficer tamtejszej policji. Ponownie przedstawiliśmy istotę naszego pobytu w Syward, i ponownie spotkaliśmy się z głupawym spojrzeniem oraz zdziwieniem. Kilkukrotne powtarzanie nic nie dawało. Nie chcieliśmy również mówić wprost, kim jesteśmy, stąd zaczęliśmy po prostu opisywać rodzaj nadanego sygnału z tego miejsca. Oficer wciąż utrzymywał, że z tamtej placówki nic podobnego nie zostało wysłane, a o ewentualnej inwazji słyszy dopiero pierwszy raz. Brealin przytoczył nawet imię Mistrza Barta, co również spotkało się z niezrozumieniem.

Po kilkunastu minutach wymiany ciągłych twierdzeń, w końcu doszliśmy do konsensusu - policjant za naszą namową zgodził się przeszukać komputery, by znaleźć wzmiankę o być może niezauważonym przez niego sygnale. Stwierdziliśmy bowiem, że mogło nastąpić włamanie i ktoś nieupoważniony korzystał z rządowego sprzętu, bądź same fale nadające sygnał alarmowy zostały błędnie przekierowane przez osobę/przekaźniki.

Jak łatwo się domyślić, wszystko na marne. Policjant stanowczo stwierdził, że robimy sobie z niego żarty, ponieważ w systemie nie ma nawet najmniejszej informacji o sygnale, który mu ciągle określaliśmy. Wszyscy byli zdezorientowani i zmęczeni, co najwidoczniej odbiło się na Brealinie - ten po prostu chciał jak najszybciej rozwiązać problem i poprosił o sprawdzenie jego danych osobistych. Już to było dziwne, ale wisienką na torcie było jego opisywanie nas, Adeptów, po tytule. Do tej pory nie wiem, czemu tak naprawdę miało służyć to sprawdzenie, przynajmniej w kontekście problemu, który mieliśmy rozwiązać. W międzyczasie rozglądałem się po pomieszczeniu i prawdopodobnie nie usłyszałem jakiejś części wypowiedzi. Może i w jakiś sposób by to pomogło, lecz policjant przystał na propozycję i zaczął kontaktować się z wywiadem, by zweryfikować dane o Brealinie.

Pomyślcie teraz, choć już zapewne się domyślacie. Wywiad i Brealin - nie brzmi to zbyt dobrze, prawda? Jaka jest przeszłość Sullustanina? A no niezbyt ciekawa. Kto go tu przysłał? Wywiad Nowej Republiki.

Stałem tylko w miejscu i milczałem, jedynie od czasu do czasu zaprzeczając, jakobyśmy byli Jedi. Całe szczęście, że oficer bardziej był pochłonięty swoją pracą, niż słuchaniem naszych wywodów.

Efekt końcowy nie był oczywiście zadowalający. Oficer owszem, znalazł dane na temat Brealina, lecz te najgorsze - ogólnie wyświetliła mu się kartoteka Sullustanina. Zaczęła się ostra wymiana zdań i nastał ogólny moment grozy, bowiem policjant powiedział, że bez solidnego wytłumaczenia nie wypuści Brealina z posterunku i wsadzi go do aresztu. Tylko tego nam brakowało, dlatego poprosiliśmy o możliwość skomunikowania się z Fenderusem, który mógłby pomóc nam się z tego wyplątać. Komunikator jak na złość przestał działać i wszelkie próby zdały się na nic. Nerwy na szczęście opadły i grzecznie przeprosiliśmy oficera za zamieszanie i obydwie strony stwierdziły, że sygnał faktycznie był jedną wielką farsą.
Opuściliśmy posterunek w spokoju, wcześniej odbierając z depozytu nasz ekwipunek. Dowiedzieliśmy się również, że w Syward pojawiła się jakaś organizacja, która mianuje się samozwańczą grupą obronną tego miasta i ciągle proroczy o nadchodzącej inwazji. Zdawało nam się, że to właśnie oni są naszym celem, stąd błyskawicznie odebraliśmy dane kontaktowe jakiegoś mężczyzny, który mógłby nas do nich zaprowadzić. Jednakże wcześniej zaplanowaliśmy z Brealinem sprawdzenie naszego statku, ponieważ brak sygnału i odpowiedzi ze strony Fenderusa był nad wyraz niepokojący.

Właśnie od tego momentu zaczyna się prawdziwy koszmar. Ledwo co przekroczyliśmy próg rampy pojazdu, gdy z kajuty doszły do nas dźwięki stukotu i ogólnego ruchu. Odruchowo chwyciliśmy za nasz ekwipunek bojowy - Brealin przygotował broń palną, a ja swój treningowy miecz świetlny. Weszliśmy do pomieszczenia, a przy konsoli stał jakiś gruby mężczyzna, który momentalnie zaczął stawiać opór. Sullustanin posłał w jego stronę kilka strzałów, gdy ja w międzyczasie podszedłem i ciąłem go ostrzem prosto w klatkę piersiową. Pech chciał, że jestem debilem i przy okazji zraniłem siebie - delikatnie przypaliłem mięsień czworogłowy lewej nogi. Agresor jakimś cudem jeszcze dyszał i uciekł z kajuty, a my nawet nie zdążyliśmy się obrócić, gdy stał u boku innego osobnika. Obydwoje byli uzbrojeni - jeden w jakąś dwuręczną pałę elektryczną, a drugi karabin. Oni celowali w nas, a my w nich. Ogółem sytuacja patowa, ale jasne było, że to nie my wyjdziemy z tego zwycięsko.
Wraz z Brealinem usłuchaliśmy się polecenia i złożyliśmy naszą broń. Towarzyszyła temu masa wzajemnego przekrzykiwania się i uciszania.

Pytaliśmy, kim są i czego chcą, ale spotkało się to jedynie z groźbami i uciszaniem. Chcieli jasno jednego - informacji o naszej placówce na Prakith. Podczas, gdy jeden z nich zabrał Brealina do kajuty, ja zostałem sam na sam z mężczyzną, którego wcześniej zraniłem w klatkę piersiową. Oczywiście musiał odezwać się mój niepohamowany rattatakański temperament i powiedziałem coś na tyle głupiego oraz chamskiego, że spotkało się to z przestrzeleniem przez niego mojej prawej stopy. Ból był paraliżujący, po prostu oniemiałem i osunąłem się po ścianie na ziemię. Następnie kazano mi doczołgać się o własnych siłach do kajuty, co po chwili trudu udało mi się wykonać.

Napastnicy kazali Brealinowi ściągnąć z bazy danych wszelkie informacje i pliki dotyczące naszej organizacji. Nie wiem, co on robił przy tym komputerze, bo się na tym zwyczajnie nie znam, ale postanowiłem kupić mu odrobinę czasu i nawiązałem rozmowę z agresorami. Chcieli ogólnych odpowiedzi na kilka pytań, a wszystko to pod groźbą śmierci, gdyby zachciało nam się kłamać.
Pierwsze dotyczyło planety, na której rezydujemy każdego dnia. Sullustanin starał się ich zwieść i powiedział, że mieszkamy na Ord Trasi. Niestety okazało się, że to właśnie oni nadali ten 'sygnał alarmowy' i doskonale wiedzieli, gdzie mieści się nasz ośrodek. Po prostu sprawdzali, czy będziemy próbowali ich przekabacić. Winę ściągnąłem na siebie, by dać jak najwięcej czasu Brealinowi, który mógł wtedy zdziałać więcej, niż ja. Zostałem dwa razy popieszczony tym kijem elektrycznym, nie wiem jaką to ma właściwą nazwę. Do tego dochodził ciągły ból przestrzelonej stopy i generalnie byłem w stanie swoistego otępienia.
Pytano dalej o ilość mieszkańców w placówce oraz mechanizmy obronne. Częściowo odpowiadałem zgodnie z prawdą, częsciowo kłamałem, choć nie wspomniałem o mniej więcej 90% istotnych faktów. Mężczyźni przytakiwali i końcowo doszli do wniosku, że prawdziwe dane i tak zostaną zweryfikowane na podstawie tego, co Brealin dla nich wyciągnie z komputera. Jeden z nich ponaglił Sullustanina, który w końcu odszedł od konsoli i pośpiesznie udał się do naszego plecaka, w którym grzebał przez może dziesięć sekund, nim siłą został od niego odciągnięty. Obydwoje zostaliśmy zaprowadzeni do izolatki.

Z początku byliśmy ucieszeni, ponieważ napastnicy okazali się niezbyt rozgarnięci. Nie przeszukali Brealina w stu procentach, dzięki czemu temu udało się zabrać ze sobą wielonarzędzie. Przez chwilę łudziliśmy się, że w jakiś sposób pomoże nam to się uwolnić, lecz jeden fakt potęgował ciągłe napięcie - Brealin bowiem uruchomił w plecaku zapalnik jednego ze swoich ładunków wybuchowych. Mieliśmy dokładnie dziesięć minut, ale nie wiedzieliśmy, co dokładnie stanie się po wybuchu. Okazało się, że zrobił to po omacku i nie wie, czy był to ładunek ogłuszający, czy ten wypełniony po brzegi trotylem i ogólnie tym, co mogłoby wypierdolić cały statek w powietrze.
Wspomnę teraz o kolejnym istotnym fakcie - wcześniej nasze rzeczy zostały złożone w jednym miejscu, a dokładnie za siedzeniami, które były obok naszej izolatki. Mówię tu o naszej broni i moim płaszczu, w którym trzymałem ampułkę środka anestezjologicznego i aplikator do niej. Wszystko to zabrałem wcześniej z naszej bazy, a później... Widzieliśmy, jak mężczyzna zanosi plecak dokładnie w miejsce składu naszego ekwipunku. Ten plecak, w którym znajdował się zabrany przez Brealina medpakiet i ładunki wybuchowe, które lada chwila miały zrobić sporo zamieszania. W to miejsce, które sąsiadowało z naszą 'klatką'.
Oszczędzę sobie szczegółów dotyczących naszej próby ucieczki - generalnie nie udało nam się. Nie trzeba było długo czekać, by uruchomił się zapalnik i rozerwał na strzępy prawie wszystko, co znajdowało się w promieniu jednego metra od niego. Wyjątkiem był jedynie mój miecz świetlny, który widzieliśmy lecący wprost na drugi koniec kabiny oraz broń palna Brealina.

Z kajuty wyszedł łysy mężczyzna, ten z elektrycznym kijem. Wyprowadził nas w trybie natychmiastowym i domagał się wyjaśnień, jednocześnie stwierdzając, że winny i tak zginie, bądź straci jakąś kończynę.
Zaczęliśmy ponownie rżnąć głupa. Ja leżałem na ziemi i tłumaczyłem, że to musiała być ich wina, podczas gdy Brealin udawał oszołomionego i chorego, przechadzając się pod wpływem niby emocji po całej kabinie. W rzeczywistości szukał swej broni, którą znalazł po dłuższej chwili. Niestety spóźnił się o powiedzmy dwie sekundy, ponieważ łysy zdążył mnie w tym czasie naszpikować ładunkami elektrycznymi ze swojej broni. Po prostu przyłożył mi ją do pleców i trzymał do oporu, a ja miotałem się jak bezwładna lalka po podłodze.
Brealin po tych dwóch sekundach odbezpieczył znalezioną broń i wystrzelił w stronę napastnika, prawdopodobnie go zabijając. Nie jestem w stanie tego określić, gdyż część następnych wydarzeń pamiętam jak przez mgłę. Byłem w tak skrajnie złej kondycji zdrowotnej, że większość bodźców zewnętrznych po prostu do mnie nie docierała. Co chwila moje ciało samo z siebie poruszało się pod wpływem elektryczności, jaką zostałem potraktowany. Zmysły były praktycznie totalnie otępiałe, choć jeszcze przez krótki okres czasu byłem w stanie coś usłyszeć. O możliwości doglądania sytuacji nie było mowy, ponieważ jak już wspomniałem - ciało stało się tak jakby osobną częścią mnie, nie byłem w stanie niczego kontrolować.

Pamiętam, że Brealin zaczął przekrzykiwać się z mężczyzną, który wciąż był w kabinie i jakieś zawirowanie całym statkiem, które dosłownie miotnęło mną pod drugą ścianę. Wtedy odpłynąłem w całości. Nie znam przebiegu tamtejszych wydarzeń, o to musicie pytać samego Brealina.
Obudziłem się związany w znacznie zaciemnionym pomieszczeniu, metr od również skrępowanego kajdanami Adepta. Nie wiem, gdzie tak właściwie byliśmy. Zero okien, zero wind, zero drzwi. Żadnego punktu, który stanowiłby wyjście/wejście.

Z początku dochodziłem do siebie, a przed oczami pojawiły się nam dwie postacie. Dwójka mężczyzn, lecz zupełnie innych. Schludnie ubrani, a ich sposób mowy był na tyle poważny, że samo brzmienie przyprawiało mnie o ciarki na plecach.

Nie przedstawili się. Chcieli dosłownie tego samego, co ich poprzednicy - wszelkich, lecz tym razem bardzo dokładnych informacji o naszej organizacji. Brealin z początku spróbował zwieść ich mową w języku Huttów, ale i to się nie sprawdziło. Ci byli przebieglejsi i ostrzegli, że wszelkie próby zatajenia informacji, bądź celowego omijania istotnych faktów spotka się z natychmiastową śmiercią.
Dodatkowo wspomnę, że siedzieliśmy w odległości może pięciu metrów od jakiegoś dołu, do którego prawdopodobnie zostalibyśmy wrzuceni i zginęli na jego dnie.

Po chwili jeszcze krótkiego, bezcelowego przeciągania rozmowy, przeszliśmy w końcu do sedna całego zamieszania.
Nie chcę wprowadzać niepotrzebnego zamieszania, stąd po prostu opiszę, o co nas dokładnie pytano.
Ilość osób zamieszkujących naszą bazę na Prakith, dokładne koordynaty placówki, rangi osób i ich zadania oraz możliwości. Nie pominęliśmy z Brealinem ani jednej osoby, odpowiadaliśmy na wszystkie pytania zgodnie z prawdą. Określiliśmy zakres działań, którymi zajmują się poszczególne osoby oraz ich dotychczasowe osiągnięcia.
Natarczywie próbowali wyciągnąć od nas wszystko, co dotyczyło samego Mistrza Barta. Zaryzykowaliśmy i powiedzieliśmy, że widzieliśmy go może dwa-trzy razy w życiu i Adepci nie mają o nim zbyt wielu informacji, a jest to spowodowane ograniczeniami nałożonymi odgórnie na osoby o tym stopniu. Udało się, bo zaciekawił ich w równym stopniu kolejny temat - sprawa Rycerza Neila Danadrisa. Mowa tu, rzecz jasna, o jego śmierci i, nazwijmy to, powrocie do świata żywych. Powiedziałem tyle, ile wiedziałem, siląc się głównie na ogólnikowe opisywanie całej sprawy.
Następnie przeszliśmy do kwestii droidów i możliwości obronnych naszej placówki. W tej kwestii milczałem, wypowiadał się Adept Brealin. Kazano wymienić ilość robotów, ich przeznaczenie oraz każdą liczbę innych maszyn, które mogłyby posłużyć jako broń defensywna. Musieliśmy nawet określić ilość dostępnych ścigaczy.
Zagłębiano się tak bardzo w szczegóły, że trzeba było wymienić komponenty, z których stworzony został JP.
Nie będę przytaczał podanych przez nas odpowiedzi, ponieważ wszystkie pokrywały się prawdą i naszą wiedzą w danym temacie.

Pytania były przeróżne, interesowali się nawet byłymi osobami, które znajdowały się w ośrodku. Nawet tymi, które już nie żyją, jak Zozoped i Blank.

Gdy przesłuchanie dobiegło końca, mężczyźni wstali i wymienili się krótkimi zdaniami. Muszę powiedzieć, że byli oni w moim odczuciu nienaturalnie spokojni i pewni siebie. Posługiwali się krótkimi, lecz treściwymi wyrażeniami. Ich ostatni dialog wyglądał mniej więcej w ten sposób:

-Wydaje się, że mówią prawdę. Dotrzymujemy słowa?
-Przygotuj dla nich trumnę.

To dotrzymanie słowa polegało oczywiście na puszczeniem nas żywych. Słowo trumna wywołało we mnie taki stan zaniepokojenia, że przez chwilę zastanawiałem się, czy samemu by się nie rzucić do tego dołu, który był nieopodal.
Jak to po chwili jeden z nich powiedział - trumna była wyrażeniem, które w ich żargonie oznaczało transportowiec.

Podano nam, a raczej wstrzyknięto jakąś substancję, która nas odurzyła. Początkowo straciłem czucie własnego ciała, a kilka sekund później moje zmysły były najwidoczniej w innym wszechświecie, bowiem obudziłem się dopiero u nas. Nic nie pamiętam od momentu wbicia igły w moje ciało.

Przyznam z pełną szczerością, że podczas całego przesłuchania miałem wahane odczucia w stosunku do tej całej sytuacji. Z jednej strony chciałem za wszelką cenę przeżyć i byłem gotowy powiedzieć wszystko, co wiem, jednocześnie bojąc się, że to wszystko przyniesie na nas zgubę. I wciąż utrzymując się przy tej szczerości, moje zdanie się nie zmienia - boję się, że wszystko, co powiedzieliśmy, będzie katastrofą dla nas i każdej osoby, z którą mamy teraz styczność.

Ktoś wie o nas dosłownie wszystko. Mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni uciekać przed napastnikiem w razie ewentualnego ataku.




3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Zabrano również mój cyfronotes, więc ponownie zalecam zmienić hasła dostępu do bazy danych.

4. Autor raportu: Adept Raoob Gjybb
Raoob
Zbanowany
 
Posty: 46
Rejestracja: 26 lut 2015, 13:14

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 06 cze 2015, 21:02

Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 02.06.15, 21:30-4:00

2. Opis wydarzenia:

Przedostanie się na Kessel, wielką skalistą asteroido-planetę było strasznie powolne, trzeba było ciągle lawirować między anomaliami grawitacyjno-podobnymi w przestrzeni, cały czas kombinować. Warstwowe tunele podziemne nie pozwalały ocenić, jak trzyma się planeta.

Kiedy przelatywaliśmy nad jednym z typowych krajobrazów Kessel w postaci skał i najbrzydszych terenów w galaktyce, usłyszeliśmy komunikat kogoś bardzo wnerwionego, kto zapowiadał, że nas rozpieprzy... a myśliwiec zaczął szwankować. Szkoda opowiadać chaos w trakcie: wyszło na to, że to promień ściągający, a kontaktuje się ktoś z resztek republikańskiej obrony. Szybko do nich polecieliśmy, tym bardziej, że w każdej chwili mogło pojawić się coś yuuzhańskiego.




REPUBLIKAŃSKA STACJA

Teren, w który trafiliśmy, wyglądał jak nie z tego świata: sztuczna atmosfera, sztuczne zagospodarowanie terenu, przewieziona skądś woda. Mały rezerwat normalnego świata pośrodku jednej gigantycznej kopalni...

Mój największy problem to opisanie tego, co się tam dowiedzieliśmy. Nie da rady, żebym opisał po kolei, czego się dowiadywaliśmy, połowa ludzi, których spotkaliśmy, była w tragicznym stanie...

Na początek dokładnie opiszę kogo tam napotkaliśmy i jak wyglądało samo miejsce. Napotkaliśmy tam wciąż trzymającego się dowódcę, nieprzytomnego wojaka śpiącego pod konsolą na śpiworze, rozniesionego psychicznie Zabraka poranionego przez Yuuzhan, oraz przybitych dwóch wojaków, w tym medyka. Na dole było siedmiu innych, wymieniali się wartami, kiedy reszta spała, a część była drastycznie ranna. Jak wyglądała całość? Byli głodni, wymęczeni i przybici. Większość z nich nie miała sił do życia, walczyli tam bo byli uwięzieni. Wśród nich panowała zwykła, dosłowna beznadzieja. Dowódca i żołnierz Morgan trzymali się nienajgorzej, ale reszta... obraz nędzy i rozpaczy.

Na samym wejściu widok amphistaffa Mistrzyni wywołał w nich panikę i agresję. Próbowałem ich przekonać, że jest udomowiony i potrzebny, ale skojarzenia zrobiły swoje... Mistrzyni bez kombinacji zdecydowała się go odnieść i tyle, po czasie uznaję, że lepiej było w ten sposób, bo nie było szans dotrzeć logicznie po tym, co się tam stało.

Jak nam szło dogadywanie się z nimi? Nie za dobrze, ale źle też nie. Wszyscy byli zbyt przybyci i rozkojarzeni. To głównie Mistrzyni Elia dopytywała o ważniejsze szczegóły... Najprościej wychodziło to tak: ja wybierałem tok rozmowy, uspokajałem ich trochę jak uznawali nasze pytania za głupie albo dramatyzowali, próbowałem ich jakoś zebrać w paczkę i zadawać pytania ogólne żeby przerywać chaos wymiany zdań między nimi. Mistrzyni za to dopytywała o wszystkie ważne szczegóły, konkretniejsze tematy, np. komunikację. I żeby samemu nie opowiadać chaotycznie...

  • Na miejscu brakowało żywności, środków medycznych, oraz sprzętu.
  • To dzięki sprzętowi się bronili – działa przeciwlotnicze i naziemne, promienie ściągające i tarcze.
  • Drugi ważny czynnik: warunki na Kessel. Dynamiczne anomalie grawitacyjne, zmienna atmosfera Kessel. Dzięki temu przedostawały się małe siły, na bieżąco zestrzeliwane.
  • Zespół stopniowo się rozpadał, wielu z głodu próbowało jeść yuuzhańskie ciała, ugrzęźli na dwa tygodnie.
  • Mieli łączność z innymi miejscami przez kamery, ale stopniowo łączność padała. O szczegóły dopytała Mistrzyni Elia: wszystko działało na otwartej sieci wszystkich nadajników razem: ich im więcej, tym lepiej.
  • Wiedzieli o istnieniu jakiejś fabryki robotów legendarnego Lando Calrissiana, w której roboty podobno broniły się wspaniale i wybijały Yuuzhanów, ale oszalały i... wybijały wszystkich.
  • Jeden podobny do bazy, ale większy punkt zapewne nadal się bronił, pozostałe trzy prawdopodobnie słabo.
  • Yuuzhanie co jakiś czas znowu atakowali, nawet w trakcie naszego pobytu zestrzelono kolejny ich pojazd.

Tyle jeśli chodzi o wielki skrót. Długo dyskutowaliśmy co zrobić, nie będę tutaj tego przytaczał, bo było tego za wiele i ze zbyt wieloma dylematami... Pomysłów było wiele, z plusami i minusami. Lot prosto do fabryki: najpewniejsza opcja, bo na pewno spotka nas tam coś konkretnego a nie wpadniemy na Yuuzhanów w trakcie lotu w martwy punkt. Lot w inne punkty: szansa na wsparcie innych oddziałów, wymianę podstawowych środków, obadanie sytuacji przed większymi decyzjami, ale równie dobrze usłyszymy to samo i będziemy mogli tylko pogadać, a z każdym lotem ryzyko wpadki. A to i tak w skrócie... Za każdą opcją widać było tonę plusów i minusów. Ostatecznie stanęło na locie do fabryki droidów.




FABRYKA DROIDÓW

Fabryka wyglądała jakby przeszła kataklizmy, ale działała dalej zupełnie normalnie. Dziury, zniszczenia, osmalenia, ale wszystko działało spokojnie. Spokojna, sprawnie działająca fabryka pośrodku wielkiej asteroidy pełnej podziemnych kopalni, zmasakrowana przez Yuuzhan i żyjąca na resztkach punktów obronnych.

Takie było pierwsze wrażenie. Szybko wszystko się zamieniło w groteskę. Droidy po pytaniu o cel wizyty, kiedy podszywałem się pod właściciela, reagowały w porządku, ale chwilę potem po prostu wzięły mnie w krzyżowy ogień i padłem zanim włączyłem miecz. Zajęło mi sporo czasu rozgryźć, o co chodzi: mistrzyni rozgryzła to szybciej. Załapałem, że zachowują się jak typowe prototypy: reagują na polecenia kontrolne, bo powinny w teorii siedzieć w sali testów i tak dalej... Ale nie pomyślałem, że strzelają do nas, bo co jedno stwierdzenie się „resetują”. Z nieuwagi: zostałem znowu rozstrzelany, teraz bardzo boleśnie. Mistrzyni była ostrożniejsza: krok po kroku zadawała małe techniczne pytania. Schemat "resetu" wyszedł jasno przypadkiem, bo użyłem jednocześnie technicznego pytania i luźnego stwierdzenia. Przez to droidy powiedziały, że pierwsze jest w porządku, drugie nie, kazały powtórzyć. To pozwoliło mi wreszcie załapać sprawę do końca...

Jak wyglądała reszta podróży przez fabrykę? Absurdalnie. Trafiliśmy w środek fabryki rządzonej przez wielką grupę cholernie mocnych droidów, które regularnie wojowały z yuuzhanami jakby nigdy nic... I były ucieleśnieniem chaosu i nieprzewidywalności. Rozumiały tylko 5% rzeczy, ale te 5% logicznie. Jedno złe słowo: ognia, rozstrzelać wszystkich. To było... najdziwniejsze miejsce na świecie.

Ja byłem totalnie zbity z tropu i łaziłem bez sensu, co krok to gorzej. Mistrzyni prowadziła nas do jakichś konkretów po tym, jak już widać było, że jestem do niczego. Zaprowadziła nas do konsol przy głównej sali: ja je na początku... nawet nie wiem czemu je ominąłem. Eh... Mniejsza, myślałem że nic z tego: każda pisała o braku połączenia z dyskiem. W zasadzie ja już to olałem, jak mistrzyni odkryła, że wewnątrz obudowy widać, że zasilania pamięci są rozładowane, bo co mieliśmy z tym zrobić... No ale to ona wpadła na ciekawy pomysł. Niedaleko latały zwariowane sondy, które strzelały bez sensu, a droidy nie zwracały uwagi. Mieliśmy zabrać zasilanie jednej z nich. Niestety, głupi Fenderus był ślepy i porywczy i pociął sondę na oczach droidów. Rozpętało się piekło, zaczęły nas rozstrzeliwać. Padłem z dziurą w plecach po kilkunastu sekundach walki, Mistrzyni nie walczyła i próbowała jakoś to odwrócić... w końcu trafiła z wymówką o kontroli mechanizmów obronnych sond, nie pamiętam już nawet, na czym to polegało: ale brzmiało jak strzał w dziesiątkę. Dzięki temu uniknęliśmy rzezi przez droidy.

Niestety... Trzeba było się bardzo spieszyć. Yuuzhanie atakowali fabrykę: droidy radziły sobie same, ale po budynku roznosiły się jeszcze większe hałasy. Atakowali i nas... W małych, ale solidnych grupach. Nie byli mięchem armatnim podstawowej piechoty jak najeźdźcy wiosek na Dantooine: bardziej jak ci, którzy próbowali wejść do enklawy. Jak zawsze... Wystarczały trzy sekundy kiepskiej walki, abym był zagrożony odrąbaniem głowy. Pomagały nam droidy, ja tak naprawdę byłem w walce odciągaczem uwagi dla Mistrzyni i droidów.

W końcu dzięki odnowionej przez Mistrzynię konsoli znalazłem na mapie, gdzie jest centrum sterowania i co w nim jest. Ruszyliśmy tam czym prędzej, ale drzwi były na stałe zablokowane. Chciałem żebyśmy je po prostu wycięli, najwyżej ze mną na czatach, ale bardzo szybko zrozumiałem, czemu bardziej skomplikowany pomysł mistrzyni był dużo lepszy. Droidy maszerowały za szybko, a ich zagadanie i tak było niemożliwe... Zresztą, jeszcze by im odwaliło na widok śladów „włamania”. Na dopytywania brnąłem w techniczne ogólniki, niby dokładne, ale na tyle ogólne, aby nie popełnić wtopy. W tym czasie Mistrzyni w jakiś sposób otworzyła łagodnie drzwi jakby mechanizm wcale nie był zablokowany i zatrzaśnięty. Oczywiście jak zawsze nie rozumiałem jak to działa...

Po przejściu dalej w miarę szybko znaleźliśmy pokój, który był oczywistym celem: pełen konsol z każdej strony, widoczny za oknami gdzieś nad nami. Na czuja poruszałem się korytarzem na górę tak, żeby się w miarę trzymać kierunku, gdzie powinien być pokój... I jakoś się udało. Po zaprowadzeniu nas tam szybko zacząłem działać.

To, że trzeba było się spieszyć, wiedzieliśmy już od dawna, kiedy kakofonia hałasów stała się jeszcze gorsza, a Yuuzhanie wyraźnie dalej próbowali się przedostać. Tylko, że w stałej obserwacji „chorych” droidów nie mogliśmy się spieszyć zbyt widocznie, co stawiało nas w połączeniu pozornego spokoju, nerwów i chaosu. Dopiero przy konsolach mogliśmy zacząć działać... Tutaj wreszcie wiedziałem co robić po dwóch godzinach łażenia za Mistrzynią jak zaprogramowany droid. Miałem dużo pomysłów na metodę łamania haseł... I jak na moje lipne umiejętności, wyszło nieźle. Z tym, że byłem skazany na używanie pieprzonej konsoli, co spowolniło mnie do granic horroru.

Beznadzieję opcji, jakie przede mną były, dobiło to, że Yuuzhanie zaczęli przedostawać się jakimś tunelem na dolnym korytarzu pod nami. Nie wiem skąd... Nigdy później nie było możliwości tego sprawdzić. Zauważyli nas i prędko zaatakowali. Nie kończyło się to dobrze: Yuuzhanie atakowali parami, kiedy ja próbowałem zajmować się konsolami, połowa pomieszczenia musiała zostać nietknięta (konsole), a co jakiś czas przychodzili nowi: co gorsza, z różnych stron za każdym razem. Nie wiedzieliśmy co dzieje się w bazie: czy to niedobitki, czy to elita wysłana za linię wroga, czy to zwiadowcy. Ale byli twardzi, bardzo twardzi: jak mówiłem, jak zespoły z Enklawy.

W przeciwieństwie do tamtej walki, nie mieliśmy niczego. Żadnego wsparcia na tyłach z droidem z działem artyleryjskim do walki na zaczepkę i taktyk ognia krzyżowego... Żadnej przewagi terenowej do akrobatyki... Żadnej przewagi dobrej pozycji do obserwacji... Żadnego skupiska Mocy i nienaturalnych sił... Żadnych pożarów spowalniających wroga... Było kiepsko. Co chwilę przychodzili kolejni, a my ledwo tam dawaliśmy radę. Nie miałem szans z żadnym z nich jeden na jednego, ale dawałem radę się trzymać. W ten sposób dawałem radę zajmować jednego, po czym zostawiać go przynajmniej na chwilę, aby stłamsić przeciwnika Mistrzyni na drugą chwilę... I jeszcze moment przetrwać. To zwykle wystarczało, aby Mistrzyni gładko zniszczyła przeciwnika, przynajmniej ta sekunda wzięcia go w dwa ognie. Nic innego nie mogłem zrobić, jeden na jednego byłem bez szans, mogłem tylko starać się sprawić, żeby w trakcie prób przeżycia dać Mistrzyni dodatek do szali. Przez dłuższy czas to działało...

W tym czasie, kiedy mieliśmy przynajmniej chwilę po zatrzymywaniu Yuuzhan Vongów, starałem się dokończyć dzieła. Było beznadziejnie i o tym wiedziałem, a ja ze swoimi umiejętnościami i gonitwą z czasem nie miałem nic mądrego do zrobienia. Wziąłem oprogramowanie JP dające mu nadrzędne „poddaństwo” dla Rycerzy i oprogramowania HDR i po prostu dodałem to jako priorytetowy program dla droidów. Dzięki temu nie musiałem gmerać tak dużo i mogłem szybko zapewnić przejęcie kontroli dzięki sprawnemu gotowcowi do nadpisania... Wiedziałem, że żołnierze będą musieli dostać przez to tonę parametrów „identyfikacyjnych” oprogramowania HDR, aby tak jak on mieć główną kontrolę nad robotami, ale byliśmy tak przygnieceni, że trzeba było chwytać się brzytwy. W trakcie Mistrzyni zdążyła jakimś cudem opatrzyć moje rany.

Było bardzo blisko: oprogramowanie było prawie gotowe. Ale przyszła następna fala, a my ledwo się trzymaliśmy. Dwóch na dwóch... Nadal walczyłem jak wcześniej, bo nic innego mi nie zostało. Beznadziejne warunki, moje bylejakie umiejętności... I... Skończyło się. Przegrywałem, nie dawałem rady ani trzymać się przeciwko jednemu, ani w tym czasie przynajmniej solidnie rozproszyć drugiego. Szamotałem się, w końcu uciekałem na oparach sił, ale nie dałem rady.

Amphistaff przeszył mi całą klatkę piersiową. Krwi było prawie tyle, co gdy ginął Zozoped. Było po mnie. Nie było mowy, żebym się ruszył, nawet spróbował zrobić coś z krwią, która ze mnie bryzgała... I nie było już na co liczyć. Mistrzyni została sama z dwoma Yuuzhanami, w pomieszczeniu, w którym każdy jeden skok był samobójstwem... Jak przekonywałem się ja podczas strumienia krwi z aorty. Próbowałem zrobić jedyne, co w takim stanie mogłem: telekinetycznie obsługiwać konsole, żeby przeciążyć tą, która była przy Yuuzhanach. Po czasie uznaję, że nie wiem co to musiałoby być za przeciążenie, abym coś zdziałał, a jeszcze mogłem usmażyć główny komputer... Udało mi się, co było w tym stanie wielkim osiągnięciem, bo przestawałem widzieć. Ale co z tego, parę iskier podpaliło Yuuzhan, a Mistrzynię oblała taka kałuża krwi, jak moja własna. To był koniec.

Na oparach przytomności widziałem, jak wykrwawiająca się Mistrzyni podnosi ręce, a cała metalowa konstrukcja, minimalnie półtonowa, rąbie w postaci pomiażdżonych płyt na wszystkich. Mistrzyni była w rogu, przez to ominął ją największy zasyp, ale została zakopana pod gruzami razem z nimi. To był koniec, moja wykrwawiająca się mistrzyni została zakopana pod metalem na kilkaset kilogramów, a z mojej klatki bryzgała krew, której nie miałem jak zatrzymać.

Nie widziałem dla siebie szans... Byłem pewien, że już tam umrę. Wykrwawiałem się cały czas, chciałem wykorzystać swoje ostatnie minuty, żeby uratować mistrzynię. „Albo umrzemy oboje powoli, albo jedno od razu” – tak myślałem i ani trochę się nie zastanawiałem.

Nie wiem, jakich słów użyć, żeby opisać, jak kocham swój miecz i jego włącznik. To dzięki temu włącznikowi miałem szanse. Kładłem miecz na gruzach, aby sam palił drogę, a sam próbowałem brać z Mocy tyle sił, aby dożyć przeczekania i żeby odkopać te gruzy. Udało mi się... I chyba byłem tak zatopiony w tym celu, jakbym trzymał ciało przy życiu na tym. Sekundę po rozkopaniu gruzów, upadłem i straciłem wszystkie zmysły, jakbym umarł na miejscu.

Cóż. Nadal tu jestem. Nie wiem, co Mistrzyni zrobiła z Mocą, aby utrzymać mnie przy życiu, nie wiem jaką chemię poza stymulantami dostałem i nie wiem, w jakich odmętach piekieł wykuto jej ciało zdolne to wytrzymać. To, co opowiadam... Brzmi sucho, jak długa, bełkotliwa relacja z toku wydarzeń i tyle. Ale w mojej głowie, po tym wszystkim, po tym co przechodziłem i jak pewna była moja śmierć... To, że żyję, było dla mnie nie do zrozumienia, nie do ogarnięcia. Co prawda nie mogłem ruszyć palcem, jakby od tylko tego czekało mnie wykrwawienie się w sekundę, byłem sparaliżowany... Ale jakoś żyłem. Prawie niczego nie widziałem i nie słyszałem, czułem tylko ból. Widziałem, że Mistrzyni jakimiś siłami zatwierdza moje gotowe zmiany w konsoli i zabiera mnie stamtąd telekinezą, a sama ledwo mogła chodzić. Droidy... Reagowały na Mistrzynię jak na właścicielkę. Udało się to... I udało się dotrzeć na myśliwiec. Mistrzyni pilotowała: nie chcę wiedzieć jakim cudem, każdy za lot w takim stanie straciłby licencję pilota na osiem pokoleń do przodu. Lecieliśmy na Onderon: więcej niż godzina lotu oznaczałaby zgon po drodze.

Mamy te droidy, mamy kontrolę nad nimi. Ktoś musi tylko zawieźć dane sterownicze na Kessel czym prędzej... Mistrzyni kontaktowała się z Republiką i zdołała jakimś cudem wyjaśnić ten chaos w trzy minuty. Musimy tylko dać do dostarczenia dane: Republika może się prześlizgnąć tylko jednym statkiem z pomocą medyczną.




3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (Podziękowania dla Barta za obrazek)

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 467
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 12 cze 2015, 19:24

Sztuka Cosadesa

1. Data, godzina zdarzenia: 10/11.06.15 22:30-3:50

2. Opis wydarzenia:

Nigdy nie ufałem temu cholernemu kultyście, tyle że niewiele to zmieniło w kontekście tego, że zwyczajnie *musiałem* być posłuszny jego woli, tak jak i zresztą Raoob. Po ostatniej "sztuce" którą nam zafundował ledwo doszliśmy do siebie psychicznie, teraz z kolei przeszedł samego siebie. Rzecz zaczęła się praktycznie już przed dyżurem z Sorenem, gdy maniako-alkoholiko-kultysto-reżyser kazał mi telepatycznie przestać nazywać go Jokerem, zdradzając imię "Cosades". Przeczuwałem w kościach, że skoro mentalnie kręci się w okolicy to już wkrótce będzie dane mi go spotkać ponownie. Soren skwitował opowieść o naszych przeżyciach poprzedniej nocy tym, żeby to zgłosić Rycerz Vile, i że póki co nie ma sensu nic z tym człowiekiem robić, dopóki nie jest niebezpieczny. Zaledwie po zaliczeniu Schematów przez Raooba, gdy Padawan opuścił hangar na jego miejscu niemal wyrósł Cosades. Był w sztok pijany rzucając tekstem o tym, że jest alkoholikiem. Raoobowi udało się go nieco rozdrażnić, ale nie miało to większego znaczenia. Kultysta za wszelkę cenę chciał nam 'coś pokazać'. Znikał gdy tylko w pobliżu były droidy, ale jako że jesteśmy adeptami żaden z nich nie miał zamiaru przerywać swoich patroli ku naszej ochronie. Toteż wkrótce byliśmy zmuszeni podążyć za Cosadesem aż do bramy. Przeniósł nas Mocą do groty gdzieś pod bazą gdzie znajdują się złoża kwarcu. Tam po chwili namysłu uznał, że musimy się obaj wyluzować i przywołać pozytywne emocje, gdyż inaczej może nas uszkodzić umysłowo. Właściwie bez dyskusji wypełniliśmy polecenie.

Trudno właściwie ocenić ile czasu zajęła nam podróż, czuliśmy się obaj jak w głębokim, niesamowicie przyjemnym śnie, nim wybudził nas przytłaczający odór zgnilizny, pyłu, kurzu i czegoś... czego nie potrafiłem w żaden sposób nazwać. Oświetlona czerwonym blaskiem komnata z kolumnami przyprawiała o dreszcze, dodając sobie do tego słyszane dosłownie zewsząd kroki i szuranie, zgodnie doszliśmy do wniosku że jesteśmy po uszy w bagnie. Raoob wydawał się wiązać z tym miejscem jakieś wspomnienia, ale nie był skłonny się nimi podzielić, mogę się teraz tylko domyślać co się tu wcześniej wydarzyło. W każdym razie próbowałem tam jakkolwiek połączyć się z Mocą, zbadać to miejsce duchowo. Wrażenia negatywnej, zupełnie odmiennej od naszej bazy energii przytłoczyły mnie. Ciężkość powietrza i uciążliwość wszechobecnego brudu i smrodu wydała mi się dwukrotnie większa zaledwie w chwili. Jedynym widocznym wyjściem była wyrwa w suficie, trzydzieści metrów ponad naszymi głowami. Nie mieliśmy przyrządów by przebyć tą wysokość, także byliśmy zmuszeni do tego by przeszukać świątynię. W końcu ruszyliśmy jednym z korytarzy, Raoob wydawał mi się zachowywać wręcz jak paranoik, jakby obawiał się że ściany go pogryzą. Za jego sugestią ruszyliśmy opierając się o siebie plecami, oświetlając nieprzenikniony mrok światłem naszym mieczy.

Tuż za rogiem zaatakował nas człowiek w kapturze, z tępym, zardzewiałym mieczem. Zaczęliśmy się bronić, gdy mężczyzna oświadczył że "cuchnie od nas Jedi". Jakiekolwiek próby rozmowy, negocjacji spaliły na panewce. Wdaliśmy się w tak naprawdę bezsensowną walkę, a wszelkie sugestie czy pomysły które miałem umierały śmiercią naturalną w obliczu panicznego lęku Rattatakanina, który udzielał się również mnie. Emocje podczas konfrontacji gotowały się wręcz we mnie, a narastająca wówczas migrena tylko dodawała oszołomienia. Nie pamiętam dokładnie szczegółów starcia, poza tym że raz udało nam się zranić owego adwersarza. Po tym wyczynie zabrałem się za przetrząsanie skrzyń (poniewczasie jak się potem okazało). Ku swojej uldze znalazłem zarówno zwój liny z hakiem, nóż i metalowy pręt. Próbowałem walki krótkim ostrzem, gdy okazało się zbyt kruche w porównaniu do miecza. Moja obrona została przełamana, gdy oręż rozsypał mi się w dłoni. Ostrze tępego żelastwa rozcięło mi prawą rękę paraliżując w salwie bólu. Raoob wówczas przebywał z tyłu komnaty, również ranny o ile dobrze pamiętam. Zaczął coś krzyczeć do starca, gdy ja dobyłem karabinu i z zaskoczenia wypaliłem w niego serię. Część pocisków przeszła przez jego zasłonę w momencie zaskoczenia i wypaliła mu na wylot dziurę w lewej nodze.

Ku mojemu zdziwieniu, gdy opadłem z sił kultysta wciąż się poruszał, chociaż tym razem w kucki, kuśtykając. Raoob wykorzystał moment, by zaatakować i... dał się zranić w nogę, powyżej kolana, co wyłączyło go na jakiś czas z jakiegokolwiek dalszego działania. Zebrawszy siły podniosłem się i pociąłem swoją tunikę. Opatrzyłem swoje rany i zrobiłem maskę z resztek materiału, by chociaż w minimalnym stopniu wspomóc swoje płuca. Gniew i agresja zaczęły buzować we mnie niemal samoistnie. Wszelkie negatywne doświadczenia z Shaddaa wróciły w jednej chwili, gdy stanąłem oko w oko sam przeciwko starcowi. Ból głowy zaczął powoli ustępować, podczas gdy wściekłość rozgrzewała moje ciało. Zaatakowałem, a gdy zakapturzony się wycofał, przysmażyłem go serią z blastera. Chwilę przewagi wykorzystałem na wycofanie się z komnaty wraz z Raoobem, któremu pomogłem wstać. Dałem mu w korytarzu moment na odpoczynek i opatrzenie swoich ran. Odparłem kilka beznadziejnych szarż kultysty, które jednak... konsekwentnie pozbawiały mnie amunicji, co miało potem wziąć na mnie okrutną pomstę. W każdym razie jakoś doczłapaliśmy się do dziury, gdzie zamocowałem hak. Kazałem Raoobowi się wspinać, samemu dobywszy miecza.

Kolejne minuty były dla mnie istnym koszmarem. Zostałem sam na sam z kultystą, zmuszony odpierać jego ataki. Nie szło mi zbyt dobrze, jak na złość właśnie tego dnia Soren nie był w stanie nauczyć mnie niczego o obronie mieczem świetlnym. Wszelkie parowanie, zwody, robiłem wyłącznie na podstawie informacji z archiwum i projekcji, które tam oglądałem. Raz udało mi się w teorii powalić przeciwnika, tyle że nie wyrządziłem mu żadnej szkody. Walczyłem desperacko, wściekły na Raooba, wściekły na Cosadesa, zły na swoją podatność na cudze emocje, żądny krwi naszego wroga. Chęć walki jednak zaślepiła mnie, w oszołomieniu, bólu, agresji dałem się wpuścić w pułapkę. Kultysta usiadł, zbierając siły podczas gdy ja zaszarżowałem na niego. Błyskawicznie podniósł się wbijając mi ostrze w klatkę piersiową. Nie wiem jak to się stało, że ból nie powalił mnie na miejscu. Walczyłem całą wolą i całym ciałem. Moje ciało z kolei wydawało się słuchać gniewu i gotującej się już w moim sercu chęci mordu. Padłszy na ziemię, przysmażyłem ranę swoim mieczem kauteryzując tkankę, nim podniosłem się. W mojej głowie zaczęły pojawiać się wizje czarnego smoka Krayt, zacząłem w jakiś sposób przekuwać ból w siłę do przetrwania, przede wszystkim do walki, do zabijania. Moje ciało uległo całkowicie moim rozkazom. Odepchnąłem się od ściany i pół-przytomny, ale jakby całkowicie sprawny zacząłem wycofywać się do poprzedniej komnaty. Starcie z mężczyzną było męczące, czułem się wykończony, ale migrena ustąpiła właściwie całkowicie, zasilałem się wszystkim co było we mnie i dookoła.

Dobyłem porzuconego wcześniej pręta, który za broń posłużył mi koniec końców znacznie lepiej niż miecz, którym nie potrafiłem do końca walczyć. Doszedłszy spowrotem do liny, widziałem Raooba już na skraju dziury, niemal wszedł na górę. Starzec wtedy próbował go ściągnąć Mocą, ale udaremniłem jego zamiar pozwalając Adeptowi bezpiecznie dotrzeć na górę. Sam jednak nie mogłem się jeszcze wspiąć. Lina była zbyt chwiejna, hak zaczął się zsuwać. Musiałem czekać aż Raoob zaczepi go ponownie. Nie doczekałem się. Zakapturzony niemal rzęził, wykończony chyba niemal w równym stopniu co ja, gdybym tylko miał więcej sił... Niestety nie miałem. Jeden fałszywy ruch i ostrze przeszyło mnie na wylot ponownie. Dalej nie pamiętam zupełnie co się działo. Ostatnie co zapamiętałem to ciepło krwi rozlewającej się po moim ciele i wpadający do nozdrzy kurz, który wzbił się po moim upadku.

Obudziło mnie światło lamp w szpitalu i radość z tego, że tym razem również przeżyłem. Nie wiem jak tam z Raoobem, ale chyba był w stanie wezwać pomoc i koniec końców jestem mu za to wdzięczny, chociaż nie chciałbym kolejny raz nadstawiać za niego karku. Reasumując, psychopatyczny reżyser Cosades *jest* niebezpieczny i nie poczuję się bezpiecznie w bazie dopóki nie zniknie. Samo roztrząsanie teraz tego, czy będę kaleką do końca życia czy nie przyprawia mnie o zawrót głowy. Spod hałd bandaża którymi jestem obłożony nie da się jeszcze nic wywnioskować... oby nie było najgorzej.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Cosades jest istotą cielesną, a droidy mogą go dostrzec. Potrafi jednak wywierać na słabszych osobach silny wpływ psychiczny, tworzyć w głowach wszelakie sugestie, albo alternatywne rzeczywistości. Nie bagatelizowałbym tego, sam fakt że nie został wykryty przez systemy ochrony świadczy o tym, że są one zwyczajnie dziurawe.

4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 217
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Raoob dodano: 15 lip 2015, 2:01

Niespodziewana propozycja

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.15, 0:30-3:00; 09-10.07.15, 22:00-2:30

2. Opis wydarzenia:

Pod koniec treningu z Padawanem Sorenem dotarł do każdego w placówce komunikat o szybko zbliżającym się pojeździe w stronę naszej bazy. Po drodze przypomniał mi o tym SDK, więc siłą rzeczy musiałem wyjść na zewnątrz i przywitać przybysza. Nie byłem sam, gdyż przed bramą spotkałem dodatkowo Adepta Brealina Uba.

Ściślej mówiąc, to nie przywitaliśmy nieznajomego, a nieznajomą - wysoką Twi'lekankę. Sama jej sposób wymowy i aparycja sprawiały, że od razu poczułem niepokój. Chciała koniecznie zobaczyć się z Mistrzem Bartem, więc... Ja stwierdziłem, że to aktualnie niemożliwe, a Adept Ub przytaknął, że zaraz o tym poinformuje przez naszą sieć. Nie musieliśmy długo czekać na rezultat, gdyż sam Mistrz we własnej osobie pojawił się dosłownie znikąd - zeskoczył gdzieś z dachu, nie wiem. Po prostu byłem taki rozkojarzony, że umknęło to mojej uwadze.

Ich spotkanie spotęgowało rosnące we mnie napięcie - choć stałem nieruchomo, to widok dwóch milczących, lustrujących się wzrokiem osób potrafi być niepokojący. W międzyczasie dołączył do nas po cichu Vreyx, który szepnął o tym, że zbroja kobiety przypomina tą z Wojen Klonów. Później się oddalił twierdząc, że to nie jest jego *działka*.

Rozmowa zaczęła nabierać tempa od pierwszego słowa. Twi'lekanka zdawała się doskonale wiedzieć, kim jesteśmy i przeszła do sedna sprawy - powiedziała, że przybyła tu z niebywale kuszącą ofertą. Posiada ciało jednego z klonów Neila Danadrisa, które jest stuprocentowo zgodne z oryginałem. Cały fenotyp i genotyp, jak i zawartość midichlorianów wykażą autentyczność na wszelkich badaniach.

W tym momencie Mistrz udzielił mi i Adeptowi Brealinowi zgody na zadanie nurtujących nas pytań. Pomijając swoją pierwszą myśl, która wywołała oburzenie u kobiety, Sullustanin poruszył chyba jedną z najistotniejszych rzeczy - co w zamian? Kobieta odparła, iż będzie potrzebowała wszelkich dostępnych nam informacji odnoście Lorda Kaana. Nie wiem co mam o tym myśleć, bo osobiście pierwszy raz usłyszałem wtedy o tej osobie. Choć wkrótce dane było mi go usłyszeć, to wpierw poruszę kwestię narastającego tempa rozmowy.

Kolejne pytanie z naszej strony dotyczyło istnienia jej organizacji. Wyraźnie nie była przeciwna udzieleniu nam odpowiedzi, ale... Zaczęła tłumaczyć, że każde zgrupowanie posiada odrębne ambicje i wierzy w odmienne rzeczy, stany - jak na przykład my wierzymy w Moc, a ona sama zaczęła przytaczać przykład Mandalorian. Nie odpowiadała z początku wprost kim tak naprawdę jest, choć wszystko dało się wywnioskować z jej poglądów i sposobu mowy - była pod przywództwem tych, których nazwa bardzo często przewija się przez nasze usta.

Chwilę po poruszeniu tego tematu dołączył do nas Padawan Siad Avidhal. Krótko po jego przybyciu zaczęły dziać się, jakby to określić...oryginalne, niespotykane dotąd rzeczy. Odezwał się sam Kaan.

Holodata Mistrza Barta zatrzeszczała, wydobywając z siebie po chwili odarty z emocji, chodź ludzki, naturalny głos. To był Lord we własnej osobie, kierując swe słowa wprost w stronę Twi'lekanki.
Pierwsze słowa wywołanie we mnie poczucia, iż ten ktoś jest bardzo pewny siebie. Twierdził, że przybyszka i jej podobni nie są w stanie zagrozić jego "ja", gdyż są zwyczajnie na to zbyt słabi, jakkolwiek to można interpretować. Tutaj, przyznam szczerze, że nie rozumiałem za bardzo sytuacji. Po prostu nie wiem, kim tak naprawdę jest Lord Kaan, ale nie o tym teraz.

Jednakże on sam zdawał się być bezdyskusyjnie pewny tego, iż wszelka wiedza na jego temat w rękach tych osób będzie dla nich jedynie zgubą.

Wtedy wydarzyło się coś jeszcze bardziej dziwnego - kobieta diametralnie zmieniła swój ton wypowiedzi. Na chwilę zamarła, by po chwili obarczyć każdego z nas swoimi przeszywającymi, w całości białymi ślepiami. Ktoś zaczął używać jej jako nośnika, ktoś z zewnątrz przemówił przez jej ciało. Był to głos na tyle stłumiony i przepełniony sam w sobie chłodem, że przyprawiał mnie o mdłości i zawroty głowy.

Głos, którego właściciel jednoznacznie był przeciwny istnieniu Kaana. Ktoś, komu niesamowicie zależy na tym, by przestał istnieć, czy jakiekolwiek ma tam zamiary. Wspomniał, że niejaki Yun-Yammka nieustannie go szuka, poszukuje wszelkich informacji na jego temat. Obydwie strony zaczęły sobie wygrażać - wysłannik Yuuzhanów groził Kaanowi, a ten stanowczo odgryzał się i twierdził, że tylko czeka na ich przybycie. Kazał nam bez oporu przekazywać wszelkie dostępne nam informacje na jego temat.

Po zakończonej "konwersacji", kobieta powróciła do normalności i wyjawiła imię tego, który przez nią przemówił - Khattazz al'Yun.
Kolejne słowa dotyczyły motywacji naszych ugrupowań, rozpętała się dyskusja sięgająca argumentacją do prywatnych poglądów i wspomnień, jeśli mogę tak to określić. Twi'lekanka próbowała na naszych oczach zrobić z Mistrza Barta osobę wewnętrznie słabą, lecz moim zdaniem jej słowa były w zupełności niepoważne. I podkreślam - próbowała.





Kobieta, o której opowiedział Raoob, przyszła do nas na następny dzień. Wyszedłem pierwszy, ale szybko dołączyła do mnie Mistrzyni Elia. Szybko przeszliśmy do „negocjacji”... Ale Mistrzyni Elia za nic nie zamierzała pójść na wersję, w której to my dajemy wszystkie nasze dane do weryfikacji, a potem czekamy na dostarczenie ciała klona Rycerza Neila. Nie było dla nas nawet mowy o tym: przez cały czas mówiliśmy, że transakcja musi być uczciwa. Mistrzyni Elia zabiegała o proste, jasne zasady: każda strona przekazuje sobie tyle samo, każda strona zabezpiecza się tyle samo. Mistrzyni wyraźnie nie zamierzała wyjść z założenia, że skoro sam Kaan ma te dane zupełnie w nosie, to niczego nie tracimy, a być może zyskamy. Czemu? To należy ją spytać. Miała z nimi wszystkimi jeszcze większe doświadczenie, niż ja. Dołączył do nas Mistrz Bart, z gotowym dyskiem, ale ostateczną decyzję zostawił Mistrzyni: co nie powinno nikogo dziwić przy jego... międzyludzkim obyciu i zupełnie przeciwnym u Mistrzyni.

Negocjacje, krótko mówiąc, nie szły za dobrze. Mistrzyni Elia uderzała w każdy punkt nierówności podsuwanych przez Twi’lekankę, która cały czas zaciekle się broniła, ale nie dawało to za wiele. Nie schodziła z nierówności stron, w której to my mielibyśmy zaufać, że oni wywiążą się ze swojej części, zamiast wydać na ten moment tyle samo. W efekcie... Szybko została zapędzona w kozi róg.

Znowu było widać to, o czym pisał Raoob: nieobecnie odpłynęła, a potem zachowywała się, jakby przekazywała cudze myśli. Proponowała dwie opcje: pozostanie z nami do czasu „weryfikacji” naszych danych, lub wydanie lokalizacji jakiegoś ich Kel Dora na Prakith z niesubordynowanego zespołu. Tutaj... Holodata Mistrza Barta nagle zabuczała i ktoś zaczął z niej przemawiać. Zimny głos, na pewno człowieka, ale bez skrawka jakiejkolwiek duszy za tym głosem. Zupełne zimno, każde słowo było przedstawiane jak niezbijalny fakt, nie opinia. Kto? Kaan. Najwidoczniej obserwując nas cały czas, diabli wiedzą kiedy i skąd, oznajmił, że pierwsza opcja odpada, bo... Cóż, z doświadczenia z włamania do nas wie, ile można narobić będąc u nas na własną rękę. Zgodził się zaoferować nadzorowanie koordynatów w jakiś sposób, aby upewnić się, że nie zostaniemy oszukani. To pierwszy raz, kiedy Kaan bezpośrednio nam doradzał i pomagał poza sytuacją kryzysową... lub w brutalnej wymianie.

Tak czy siak, kierująca tym Mistrzyni nie zamierzała zgodzić się na transakcję, gdzie jedna strona musi zaufać drugiej bardziej lub mniej. Zaoferowała, że w takim wypadku wydamy dużą część danych, równą wartości „zabezpieczenia”. Ja zaoferowałem, skoro tak im zależy na weryfikacji, że dostaną wszystko: bez nazw planet, miast i koordynatów.

I co ostatecznie? Pomijam tutaj naprawdę wiele, bo za dyskusją miejscami słabo nadążałem: zbyt dokładna, rzeczowa i zawzięta. Ostatecznie ten „zdalny” ktoś zdecydował się odmówić.

Tu zrobiło się... Jeszcze dziwniej. Twi’lekanka zaczęła coś mówić o niepodważalności rozkazów ich „wodza”. Mistrz Bart wykorzystał to do bardzo dotkliwie precyzyjnego zachwiania fundamentów ich działania. Zaczął do bólu rozkładać, czemu na ironię ich posłuszeństwo oznacza większą słabość, mizerniejszy rozwój, czemu są tak naprawdę bardziej ograniczeni od nas, czemu ich metody oznaczają stawianie się pod zupełnie każdym, kto nie zamyka swojego myślenia w takich ramach. Czemu ich autorytet jest bezwartościowy i najwyraźniej nie idealny i do obronienia w każdej chwili, skoro negowanie jest taką zbrodnią. I wiele, wiele innych, z bardzo bolesnymi wtrąceniami Mistrzyni na temat tego, skąd Kaan czerpie przewagę nad nimi. Żeby to oddać, musiałbym przytoczyć każdą wypowiedź po kolei, a nie umiem. Kto wie, jak bardzo Mistrz Bart jest nie do zagięcia co do jednego słowa poza czasem właśnie Mistrzynią Elią... Ten może sobie po prostu wyobrazić, że to był zdecydowanie dzień ich lepszej kondycji, mimo że tu nastąpiła wymiana ról: to Mistrz Bart nadał tu główny tok.

Cóż. Twi’lekanka... Szybko się ugięła. Tak naprawdę była inteligentna i sama przyznała się do wielu tych ograniczeń, do swoich blokad i obaw, ale i te Mistrz Bart zrównał z ziemią tak, że zaprzeczyć mu równałoby się przyznaniu do głupoty. Mogę naprawdę powiedzieć, że docierało do niej, co mówili, ale zaraz potem przeszedł ją wyraźny ból głowy: szybko odniosłem wrażenie, że to znowu ta „kontrola mentalna”.

I tu znowu, jakby Kaan obserwował nas przez wszystko, co ma w sobie odrobinę elektroniki: przemówił z holodaty Mistrza, znowu tym przerażająco zimnym głosem. Tu... zacytuję. „To może być kontrola yammoska. W takim wypadku jestem zdolny uszkodzić łączność z subordynowanymi yammoska tutaj, na miejscu.” Nic nie rozumieliśmy, o czym on mówi: pewnie o jakiejś technologii Yuuzhan Vongów. Ktokolwiek przemawiał za Twi’lekankę, zareagował szybko i bez wahania: oznajmił, że jeśli tylko spróbuje, uśmierci ją na miejscu.

Kaan w żadnym wypadku nie spróbował. On to zrobił. W jednej sekundzie nasza antena zaczęła się trząść, użyta do nie wiadomo czego. Ciśnienie zmieniło się, ból głowy był paskudny. Metal zaczął dziwnie trzeszczeć, zachwiała się na chwilę grawitacja... I tak już pozostało.

Sekundę potem, Kaan rozkazał natychmiast zerwać to połączenie mentalne. Mówił, że nasze anteny niszczą komunikację yuuzhańską... Twi’lekanka odpaliła w naszą stronę miecz... A wtedy...

Wszystko jednocześnie. Kiedy miecz Twi’lekanki się odpalał, rozległ się huk, fioletowe światło oślepiło mnie i sparaliżowało. W ciągu sekundy, w prawdziwym wybuchu, Mistrz Bart i Twi’lekanka znaleźli się po prostu gdzie indziej. Miecz świetlny Twi’lekanki leżał w tym czasie już w dłoni Mistrzyni Elii, Twi’lekanka leżała na ziemi ogłuszona, z zakrwawioną skronią, urządzenia wciąż wariowały, cała elektryka bazy ześwirowała. Wszystko, w ciągu, jednej, pieprzonej, sekundy. Albo i mniej. Miecz poleciał do dłoni mojej mistrzyni jeszcze w trakcie tego błysku. Mogę tylko zgadywać, że Twi’lekanka zdołała wydobyć dość sił, żeby obronić się przed powaleniem, ale impet wyrwał jej miecz w trakcie: był już w dłoni Mistrzyni, kiedy Twi’lekanka leżała na ziemi. Na skale leżało trochę krwi, co sugerowało, że się przesunęli i być może zdołała wytrzymać jeden z ciosów, zanim padła. Nic więcej nie powiem. Widziałem tylko fioletowe światło, a uszy nadal nie pozbierały się z paraliżującego huku. Nie, nie było tam rakiet, bomb, ani myśliwców. To był, kuwa, Mistrz i jego impet.

Twi’lekanka, ogłuszona, z natury na pewno nie mogła być kontrolowana mentalnie. Ja i przerażony Brealin, który obserwował wszystko spod szyby, zabraliśmy prędko kobietę do ambulatorium. Po kilku minutach leczenia się z szoku całym nagłym przerodzeniem sytuacji w nie wiadomo co, interwencją Kaana w sprawie, której nie rozumiemy... Twi’lekance podano silne środki usypiające.

Mistrz Bart i Mistrzyni Elia skorzystali z Mocy, aby spróbować ujawnić, czemu kobieta nie miała po prostu żadnej aury, zupełnie jak Yuuzhanie. Podejrzewano alchemię Sithów... Skorzystali ze zdolności, których nie rozumiem i nie opiszę, ale jakoś odwołali się do czystej Jasnej Strony, aby złamać nią każde spaczenie Ciemnej Strony, zachwianie Mocy.

No i złamali, ale Brealina. Wpływ czystej, Jasnej Strony, jakkolwiek działała... Cóż. Prawie spalił go na miejscu. Wyciągnąłem go stamtąd, boleśnie poparzonego, jakby Moc zaczęła go zżerać jak spirytus bakterię. Z kobietą za to nie stało się całkowicie nic.

Obecnie spoczywa w zbiorniku kolto, pod stałym nadzorem SDK-01, z kroplówką do utrzymywania stałej śpiączki. Baza po tajemniczym działaniu anten działa normalnie.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Raoob Gjybb, Uczeń Jedi Fenderus
Raoob
Zbanowany
 
Posty: 46
Rejestracja: 26 lut 2015, 13:14

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 17 lip 2015, 23:12

Voliander i dysk

1. Data, godzina zdarzenia: 16.07.15 1:30-4:05

2. Opis wydarzenia:

Wraz z Uczniem Avidhalem dostaliśmy od Mistrza Barta informację o zawężeniu terenu poszukiwań, co do tajemniczej bestii przemierzającej Prakith od jakiegoś czasu. Zostaliśmy umówieni na spotkanie z przedstawicielem tamtejszego koła łowieckiego, w jednym z mniejszych miast, w kantynie na przedmieściach. Po drobnych komplikacjach ruszyliśmy w drogę. Na miejscu mieliśmy krótką przeprawę z miejscowymi kibicami Maszyny, ale wszystko zakończyło się szczęśliwie. Dostaliśmy nawet klubowe wlepki na odchodne. W samym barze nie mieliśmy zamiaru wydawać pieniędzy, toteż zajmowałem droida wybieraniem jedzenia z menu podczas konwersacji Siada z myśliwym. Mówił o skutkach pojawienia się bestii na ich terenach łowieckich, a mianowicie o pożarciu ponad połowy zwierzyny, połamaniu drzew i generalnej dewastacji środowiska. Wyraził przy tym w imieniu reszty swojej grupy chęć do współdziałania w sprawie wielkiego, niezidentyfikowanego stworzenia. Po całej rozmowie otrzymaliśmy od niego dysk, z którym wyszliśmy swobodnie, kierując się od razu do ścigacza. Po drodze jednak nośnik zaczął samoistnie opuszczać dłoń Siada, co z początku wydawało mi się po prostu dziwne, kompletnie nie wyczułem zagrożenia. Dopiero gdy wsiadłem na ścigacz żując batona, coś szarpnęło mną w ten sposób, że zacząłem się nim krztusić.

Siad w tym czasie wyczuł obecność czającego się na dachu kultysty. Zepchnął go stamtąd, a ja wyplułem dławiący mnie kawałek jak najprędzej, kiedy tuż obok mnie wylądował przeciwnik. Poczułem z miejsca niechęć do tego by się przeciwstawiać, coś przyciągało mnie do tej postaci w osobliwy, podświadomy sposób. Odtoczyłem się jednak na drugą stronę ścigacza, kontynuując unikanie kultysty, przezwyciężając mimo wszystko ten wpływ. Siad w efekcie zajął się delikwentem ogłuszając go skutecznie. Ledwie wyprowadziłem nasz pojazd na drogę, coś zatrzymało mnie w miejscu, nie pozwalając ścigaczowi ruszyć. Na dachu nieopodal zobaczyłem rzecz jasna Voliandera. Zaczęła się długa i męcząca rozmowa. Zanim doszliśmy do czegokolwiek konkretnego, z baru wyszedł mężczyzna z którym rozmawialiśmy wcześniej. Wydawało się że nie pamięta kompletnie niczego, chodził dosłownie jak droid, ślepo wykonując polecenia Voliandera. Pytał jedynie czy "może już iść", i "czy to wszystko?". Kultysta odesłał go w końcu łaskawie do domu i skupił się już całkowicie na nas, wyjaśniając nam przy okazji że całe koło łowieckie ma już wyprane mózgi, i że o żadnej bestii nic nie wiedzą, nie mają też już żadnych danych z nią związanych, także nie możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie od nich. Tłumaczył to tym, że po prostu wyprzedził w tym innych, którzy mogliby nieszczęśnikom uszkodzić mózgi, a brzydzi się krzywdzeniem postronnych.

Z dalszej rozmowy dowiedzieliśmy się jednak kilku zasadniczych rzeczy. Po pierwsze - bestia nie pochodzi od kultystów, Starsi sami chcą ją odnaleźć ale póki co są mimo wszystko zbyt zajęci doprowadzaniem się do ładu. Dalej są dość powolni w działaniach, nie mają pełni władzy. Ponadto kultysta, który nas zaatakował był ich wysłannikiem, podczas gdy Voliander działał równolegle, we własnym interesie. Zażądał od nas dysku, twierdząc że ma do spłacenia dług wobec Kultu. Dyskutowaliśmy z nim długo na ten temat, ale przez cały czas wydawał się nieskończenie pewny siebie. Straszył nas obecnością kamer na ulicy, będąc przy tym zupełnie beztroskim. Wydawało się jakby był przekonany, że dosłownie nie jesteśmy w stanie mu nic zrobić. Siad spytał go: "A - hipotetycznie - gdybym Cię poszatkował jak urodzinowy tort na Corellii?"
Odpowiedź była następująca: "Gdybyś hipotetycznie mnie poszatkował, to okazałoby się, że coś się zjebało w logice kontinuum czasoprzestrzennego i jakimś cudem to zrobiłeś zamiast uciekać w samych gaciach i dziękować panu Volianderowi, że zostawił Cię przy życiu." Po tym wynurzeniu Uczeń oddał dysk Volianderowi. Nie rozumiałem większości tej sytuacji, chyba dlatego że nie mam tak rozwiniętych umiejętności, w każdym razie to jak Avidhal oddał mu dysk było dla mnie po prostu miażdżące. Poczułem się jeszcze bardziej bezbronny niż zazwyczaj. Kiedy odchodził, Voliander jakby z czystego kaprysu zażyczył sobie także mojej holodaty, twierdząc że chce koniecznie zobaczyć minę Barta i Elii na wieść o tym, że kolejny ich adept stracił kolejne z tych urządzeń. Siad utargował wymianę na 200 kredytów, co kultysta uhonorował dwiema stukredytowymi monetami z okresu Wojen Mandaloriańskich. Mam tylko nadzieję, że są rzeczywiście cokolwiek warte...

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

-Przechwyciłem nóż ogłuszonego kultysty, który jest ukryty w schowku naszego ścigacza. Całość jest niesamowicie ostra, wydaje się być zrobiona z materiału podobnego do szkła. Polecam do analizy.

-W naszym ścigaczu skończyło się paliwo, nie mamy również zapasowych kanistrów.

4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 217
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 24 lip 2015, 0:37

Zatarte ślady

1. Data, godzina zdarzenia: 20/21.07.15, 21:00 - 3:00

2. Opis wydarzenia:

Późniejszym wieczorem, napotykając Inkwizytora Barta oznajmiłem, że wyruszam na poszukiwania śladów, które zawarte były w skradzionych przez Voliandera dyskach. To, czego udało mi się dowiedzieć najpewniej ma nawet większą wartość, aniżeli zabrane fotografie tropów. Jednak o tym później...

Używając holonetu udało mi się ustalić jaki dokładnie obszar zajmują tereny łowieckie, będące pod jurysdykcją koła łowieckiego, które we wcześniejszym czasie skontaktowało się z nami w związku z przekazem informacji. Rejon był o tyle obszerny, że nie mógłbym pozwolić sobie na przeczesywanie go samemu. Zawęziłem więc obszar poszukiwań przy użyciu wgranych do komputera map hipsometrycznych. Zignorowałem tereny, które - na logikę - byłyby niedostępne dla zwierząt przez wgląd na górzysty teren. Znacząco mi to pomogło, jednak wciąż rozpiętość nie pozwalałaby mi na samotną podróż. Poszedłem zatem dalej... Przy użyciu wielu map dostępnych w archiwach wytyczyłem, że największe zagęszczenie zbiorników wodnych - co za tym idzie i zwierząt - występuje przy zachodniej ścianie przeczesywanego terenu. Po dłuższej zwłoce spowodowanej potrzebą zatankowania; oczekiwaniu, aż główna jednostka ochrony zaczerpnie paliwo z silosu generatora... Ruszyłem na miejsce.

Po przylocie moim oczom ukazał się standardowy widok. Powietrze było chłodne, wilgotne - dla mnie osobiście niezwykle przyjemnie przez wgląd na specyfikę mojej rasy. Minusem było położenie rejonu dżungli nad poziomem morza; wyższe, aniżeli nasza baza. Góry dookoła były jeszcze wyższe, niemniej miejsce to idealne było dla zwierząt z tego względu, że wejście na samą górę dżunglą było dość zrównoważone, jednolite, płynne. Do miejsca w którym się znajdowałem zwierzęta mogły dotrzeć po prostu długą, mało stromą drogą. Pomijam już aspekt obszerności pozostałej części rezerwatu myśliwskiego. Ja niestety wybrałem krótszą trasę, która nie pozwoliła mi płynnie dostosowywać się do różnicy ciśnień biorąc pod uwagę prędkość samego ścigacza. Moja rasa niestety z racji bytowania pod wodą jest skrajnie ustosunkowana do wysokich ciśnień, stąd przebywanie na takiej wysokości odbijało się nieco na moim funkcjonowaniu.
Sama okolica w Mocy jawiła się z niezwykłą spokojnością. Przepływ Mocy nie był nijak zaburzony - pomijając rzecz jasna samą śladową ilość, otoczkę Ciemnej Strony, która jest nieodzownym elementem Prakith przez wgląd na historię, jej przeszłość i - jak pokazują obecne wydarzenia - teraźniejszość. Można więc uznać to niejako za całkowicie naturalne. Szeregi stromych skał mieszanych z typową dla dżungli krajobrazów dominował typowy, górzysty krajobraz dookoła. Większość z nich była widoczna nawet przez korony wysokich drzew. Miejscami malowały się skupiska mniejszych, stojących zbiorników, w których rozwijały się głównie bakterie i krótkotrwała, podwodna roślinność. Widok dość typowy. Chociaż nic tam najpewniej nie żyło, to jednak dno usłane rozkładającą się roślinnością zapewne stanowiło świetną pożywkę dla okolicznych roślin. Bogata w składniki odżywcze woda - powstała wskutek biodegradacji i mineralizacji - była wręcz wonnie wyczuwalna. Jednak ten nieprzyjemny zapach dawał jednocześnie poczucie błogiego kontaktu z naturą; jak na ironię - przynosząc stosunkowo dość pozytywny nastrój.

Na dodatkowe aspekty dżungli będącej jednocześnie terenami łowieckimi długo nie musiałem czekać. Do moich uszu dobiegły wycia "raptora"... A przynajmniej tak z początku myślałem; on sam pojawił się chwile później - jak zwykle typowo rządny mordu. Chociaż jednocześnie jestem do końca przekonany, albowiem te w Prakithańskich lasach są niemalże dwukrotnie większe, zmutowane... Możliwe, że to jakaś pochodna. Dla wygody będę używał starej nazwy. Skalisty teren pozwalał mi omijać wszelkie zagrożenia ze strony zwierząt z dziecinną łatwością. Szukając tropów znalazłem tylko ślady pazurów na drzewach... Tylko ich ulewy na podmokłych terenach i inne stworzenia nie zdołały rzecz jasna zatuszować. Miejsca obrażeń drzew z pewnością były intrygujące, przynoszące na myśl wiele negatywnych wizji. Wyglądało to nieco tak, jakby olbrzymia łapa zwieńczona pazurami o połowie długości mojego ciała z lekkością rozorała strukturę drewna... Drugi ślad, który zauważyłem dopiero w późniejszym czasie potwierdził moje obawy. Ten był dużo bardziej klarowny. W przeciwieństwie do pierwszego drzewa - tutaj cios był już klarownie widoczny. Tak jak przedtem krawędzie były silnie nieregularnie, tak tutaj drzewo w kontakcie z siłą bestii zdawało się przybrać konsystencję ubitego na zwartą masę tłuszczu... Sama głębokość obszaru również była powiększona. Tutaj już wydawało mi się, że pazur mógłby mieć nawet więcej, niż połowę mojego własnego wzrostu.

Kiedy przeczesywałem niewielką jaskinię w której - najpewniej - myśliwi składowali swoje zapasy, mój wzrok dostrzegł uzbrojoną postać. Nie zwróciłoby to mojej większej uwagi biorąc pod uwagę, że las w którym byłem należał do - jak już któryś raz wspominam - koła łowieckiego. Tutaj... Postać odziana była w kombinezon identyczny do tego, którzy noszą kultyści. Biorąc pod uwagę metodykę ich działań spodziewałbym się bardziej, że to ja natrafię na nich - nie zaś oni na mnie... Stąd nie pasowało mi to. Przezorny postanowiłem sprawdzić w sposób dość agresywny, ale dla ewentualnego zbiegu okoliczności - łatwy do wytłumaczenia. Zaczaiłem się zatem w jednym z jezior czekając przy trasie jego marszu, aż "kultysta" będzie do mnie zwrócony tyłem. W odpowiednim momencie wynurzyłem się i... Chwytem uniemożliwiłem człowiekowi jakikolwiek chwyt. Skrajne przerażenie szybko potwierdziło moje domniemania, że osoba którą mam przyjemność podduszać do grona wyznawców Andeddu nie należy. Zacząłem więc grać swoją ustaloną rolę - "Kultysta, czy swój?". Człowiek był na tyle przerażony, że puściłem go w ostateczności widząc, że o kulcie nie ma bladego pojęcia. Naturalną reakcją było to, że myśliwy - bo nim właśnie był - będzie do mnie celował. Uniosłem zwyczajnie ręce w górze, wypowiadając się w sposób przepraszający. Moją kartą było wytłumaczenie, że miastowi nastraszyli mnie - przyjezdnego naukowca - wpajając jakąś bajkę o dziwnym kulcie, który morduje ludzi... Mówiąc skrótowo. Całość przebiegła wedle moich oczekiwań i winę za tę sytuację ponieśli zmyśleni, miastowi żartownisie. Dłuższa część rozmowy była tak naprawdę... Kompletnie o niczym, aby dać czas łowcy na dojście do siebie. Dowiedziałem się, że całe koło łowieckie zostało wyekwipowane w tego typu stroje w taniej cenie, po wizycie pewnego akwizytora, którego przełożony ponoć zwał się podobnie do "Brealin Ub"... Mogę się mylić, ale śmierdzi mi tu Volianderem. Myśliwy mówił, że brzmi zbliżenie, że wszystkie Sullustańskie imiona brzmią prawie tak samo. Cóż - zbieg okoliczności? To się okaże. Aby dać sobie nieco więcej czasu na przeczesywanie zakamarków dżungli skłamałem, że podczas przyglądania dwójki "raptorów" mój Sullustański pomocnik uciekł w popłochu, kompletnie niedoświadczony w tego typu obserwacjach. Poprosiłem, aby myśliwy pomógł mi go poszukać - a ja przy okazji skorzystam z jego umiejętności obserwacji tropów. To właśnie ten myśliwy pokazał mi drugie drzewo - dużo bardziej rozorane - o którym wspominałem nieco wyżej. Niewiele było tak naprawdę dalej czego szukać, jednak... Człowiek przekazał mi bardzo istotną informację, która - w moim mniemaniu - ma większe znaczenie, aniżeli skradziony dysk z fotografiami. Dowiedziałem się, że WSZYSTKIE zwierzęta, które przybywają do tego lasu migrują ZE WSCHODU. Od małych, po duże. Cykl zaczyna się od ptactwa, za którym - w celu pożywienia - podążają inne zwierzęta, a za jeszcze innymi... inne. To zapewne tyczy się również nieszczęsnej bestii, która podążała za pokarmem. To bardzo ważny krok, ponieważ wiemy już skąd dokładnie przybywa niezidentyfikowany okaz i w którym kierunku powinno się go szukać. Niewiele było do zrobienia, zatem myśliwy odprowadził mnie do ścigacza.

Stojąc na wysokiej skale mój tymczasowy kompan ochraniał mnie przed atakiem "raptora", obok którego się przekradałem. Docierając do ścigacza... Już właściwie wznosząc wolno maszynę na repulsorach ponad formację skalną - poczułem podszept Mocy, który instynktownie wspomniał mi uczucie towarzyszące temu, które znałem z nauki obrony przed pociskami. Zeskoczyłem ze ścigacza i chwyciłem za miecz, gotów do ewentualnego odparcia... Jednak tym razem podszept - chociaż słuszny, to jednak inaczej zrozumiany. Usłyszałem strzał i przytłumiony jęk, uderzenie obiektu o miękką glebę. Podejrzewałem, że myśliwy został z miejsca po prostu zestrzelony i, cóż, nie trzeba byłoby być geniuszem, aby zdać się na tak oczywiste intuicje. Niedawny kompan leżał nieprzytomny poniżej formacji skalnej na której stał, zabarwiając okoliczną trawę na brunatny kolor. Na moje oko stracił około litra krwi - jednak dokładniejszy pomiar nie był możliwy. Jak na polowe warunki... Opatrywanie go do stabilnego stanu - jego postrzelonych pleców - poszło mi niebywale sprawnie. Chociaż nie odnalazłem napastników, to jednak oni zrobili to za mnie. Najzwyklejsza w świecie zasadzka, której oczekiwałem... przyznam szczerze. Mimo to do końca nie byłem na nią przygotowany... W końcu to zasadzka. Dwójka kultystów wyszła zza skały, aby jak gdyby nigdy nic kazać mi się poddać woli ich mistrzów. Cóż za nonsens. Kolejna sytuacja, w której ktoś, kto ewidentnie chce mnie zabić apeluje o jawną "podkładkę". Niestety... Jestem istotą, która wyznaje zasadę, że na sukces trzeba sobie zapracować. Czasem wydaje mi się, że oni sami do końca nie są przekonani, czy ma to jakikolwiek sens. Muszę jednak przyznać im umiejętność doboru terenu, kooperacji. Walka była naprawdę ciężka i nie dziwi mnie fakt, że otrzymałem takie obrażenia, a nie inne. Nawet ich sprzęt sugerował pełne dopracowanie - używali bowiem kusz energetycznych na metalowe kule, które były trudniejsze do dostrzeżenia podczas defensywy. Kule jednak nijak nie odstępowały bełtom, o czym najpewniej świadczy dziura w moim udzie niemal na wylot. Po pokonaniu dwójki z nich... Pojawiła się kolejna dwójka. Tym razem jeden z nich dzierżył miecz świetlny - naszą własną wersję treningową, która niewątpliwie należała do któregoś ze zmarłych adeptów. Jest aktualnie w moim posiadaniu i oczekuje na zdanie. Walka była długa, wyczerpująca. Zdewastowała właściwie cały okoliczny las. Dość ciężko walczy się z dwójką przeciwników, których broń jednym strzałem może wytrącić z równowagi. Dodatkowo byli dość wprawnymi akrobatami - na tyle, by móc mi umknąć i oddać pewniejszy strzał z bliska.

Po skończonej walce... Sam nie wiedziałem, czy posiłki które wezwałem odnajdą nieprzytomnego myśliwego pośród czwórki ciał o tym samym ubiorze. Zwłaszcza, że sam łowca był za lekkim wzniesieniem i nieco się obawiałem, że go nie dostrzegą... Czy cokolwiek. Wolałem dla pewności zaczekać. Dwójka ludzi przybyła na miejsce. Strażnik leśny oraz medyk. Byli... Na tyle rozkojarzeni, że faktycznie przez moment nie dostrzegli myśliwego; zbyt zaabsorbowani wszechobecną śmiercią. Poinformowałem o wszelkich zabiegach które dokonałem, jednak na pytanie odnośnie "martwego krajobrazu" opowiedziałem dość szczątkowo prawdę. To kultyści. Tylko tyle. Nie wiedzieli jaką rolę w tym posiadałem, nie wiedzieli kompletnie niczego ani o mnie, ani o wydarzeniach. Chcieli mnie 'aresztować', więc... Wpłynąłem na ich umysły i zniknąłem. Mam nadzieję, że uznają mnie za jakiegoś ducha lasu, czy coś. Jednak po co się oszukiwać - po prostu przez dłuższy moment wolałbym nie pojawiać się poza murami naszej bazy, w miarę możliwości. Lub zwyczajnie jak najrzadziej.
Powrót był po prostu katorgą. Ranny, zmęczony, zziębnięty zorientowałem się po jakimś czasie, że dodatkowo mój ścigacz został po prostu popsuty. Doleciałem przy wsparciu Mocy (W sensie, że sam nie wierzę, że ścigacz podołał) do jakiegoś zakładu przemysłowego. Tam jeden z pracowników oznajmił mi, że cały układ wydechowy został pocięty ostrym narzędziem. I wszystko jasne... Jako, iż nie ma ludzi bezinteresownych związałem się krótkotrwałą umową na czas naprawy, o której moje sumienie zabrania mi oficjalnie pisać w sprawozdaniu, niestety. Negocjacje odnośnie samego... zadośćuczynienia za zerwanie z pracy trwały chyba z jakąś godzinę. To wyczerpało mnie dodatkowo. Cały układ "tymczasowo" został obwiązany sporą warstwą taśmy izolacyjnej i jakoś udało mi się wrócić. Jakoś.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 01 sie 2015, 23:29

Tropem węża: kwarantanna

1. Data, godzina zdarzenia: 11.07.15 (2:00-4:30), 29.07.15 (21:00-1:30)

2. Opis wydarzenia:

Kiedy kilka tygodni temu wyruszaliśmy z Fenderusem na Kessel, postanowiłam zabrać ze sobą Kijka – najstarszego z naszych amphistaffów. Choć pomysł wyglądał na dobry, ostatecznie wcale taki nie był.

Niemal przez całą misję wąż pozostawał na pokładzie statku. Wzięłam go wyłącznie raz i to tylko po to, by wycofać się z nim w podskokach, kiedy republikańska załoga Kessel wpadła w panikę. Później niewiele było czasu, by zajmować się Kijkiem. W fabryce droidów nie był potrzebny, a kiedy się z niej wycofaliśmy, byłam prawie nieprzytomna. To własnie wtedy widziałam Kijka po raz ostatni.

Mój Mistrz zorganizował dwustopniowy transport naszej dwójki oraz myśliwca z Onderonu. Już na Prakith okazało się, że amphistaff zniknął z pokładu. Punktem zaczepienia była jedynie wzmianka o dzikim wężu straszącym mieszkańców Prakith – podobno ktoś w panice zdemolował pojazd. Być może chodziło o pilota z firmy przewozowej? Może wąż opuścił pokład już na Prakith?

Razem z Fenderusem rozpoczęliśmy więc małe śledztwo w firmie, która podjęła się przewozu myśliwca. Choć był środek nocy, w siedzibie głównej w Galii udało nam się zastać dyżurnego pracownika. Usłyszeliśmy, że nikt nie zgłaszał problemów z dzikimi zwierzętami, nie odnaleziono też pustych kontenerów czy klatek. Dopiero kiedy wspomnieliśmy o wypadku lotniczym z udziałem węża sprawa zaczęła wyglądać lepiej. Okazało się, że wypadek miał miejsce zaledwie dwie przecznice dalej, a ucierpiał w nim nie pilot statku, a ścigacza. Zawiadomiono służby weterynaryjne, które miały schwytać zwierzę odpowiedzialne za kraksę. Czas, miejsce i rodzaj wypadku pasowały jak ulał do teorii o ucieczce węża z hangaru firmy transportowej.

Dalsze poszukiwania pozwoliły nam odnaleźć punkt, w którym doszło do zdarzenia. Spróbowałam wczuć się w rolę zagubionego zwierzęcia i ruszyłam szlakiem najciemniejszych zakamarków, w których mógłby kryć się wąż. W końcu udało mi się dotrzeć do punktu, w którym użyto sporej ilości chemikaliów – osiadły na dnie szczeliny ciągnącej się wzdłuż ulicy. Najprawdopodobniej było to miejsce, w którym schwytano zwierzę.

Już w bazie przestudiowałam stronę Służb Weterynaryjnych Prakith – co prawda nikt nie raportował odnalezienia węża, jednak przy specyfice naszego zwierzaka było to dość zrozumiałe. Zamiast tego, znalazłam informacje o miejscu przetrzymywania zwierząt szczególnie niebezpiecznych. Niedługo potem wysłałam wiadomość pocztą elektroniczną, w której podawałam się za pracownika nieistniejącego instytutu, który zgubił stworzenie w transporcie. Załączyłam odpowiedni hologram i garść danych o amphistaffach, by uwiarygodnić swój list. Po kilku dniach dostałam odpowiedź – tak, stworzenie zostało schwytane przez Służby Weterynaryjne. Nie, bez odpowiednich dokumentów nie zostanie wydane. Początkowo byłam gotowa sfałszować jedno czy dwa pozwolenia, jednak ilość i szczegółowość wymaganej dokumentacji okazała się zaporowa.

Nie pozostało nic innego jak wydostać Kijka przy użyciu brutalnej siły. Od Vreyxa otrzymałam elastyczny kombinezon z maską oraz moduł maskujący, idealny zestaw do cichego włamu. Myśliwiec zostawiłam na terenie jakiegoś opuszczonego zakładu, kilka kilometrów od siedziby weterynarii. Resztę drogi pokonałam pieszo – po godzinie czy dwóch stałam już pod budynkiem i zastanawiałam się nad dalszymi krokami.

Większego wyboru nie było – ciężkie wrota, nieco uchylone, a za nimi długi, ciemny korytarz prowadzący aż do kolejnych drzwi, tym razem strzeżonych. Pomogły mi ciemności oraz fakt, że żaden ze strażników nie patrzył w moją stronę. Ostrożnie uchyliłam jedno skrzydło wrót, po czym użyłam modułu maskującego, by wśliznąć się do środka niezauważona. Ruszyłam ku strażnikom, kryjąc się za kolumnami i unikając plam światła.

Upatrzywszy sobie dogodny kąt, zaczęłam zabawę w straszenie ochrony. Udało mi się szarpnąć i nieco wypaczyć drzwi prowadzące poza budynek, na co obaj mężczyźni zareagowali cieniem paniki. Prawdziwy popłoch wywołało jednak trącanie ich nóg Mocą. Udało mi się zniszczyć ze dwie czy trzy lampy, w tym te nad pilnowanymi drzwiami. Przekonani, że coś uciekło z budynku (najpewniej wąż), strażnicy postanowili się rozdzielić. Jeden miał kontynuować wartę, drugi zaś zaraportować problemy z konsoli w budynku. Kiedy szykowali się do otworzenia magnetycznych drzwi, ja przygotowałam moduł maskujący. Moim zadaniem było przebiec przez otwierające się drzwi tuż za mężczyzną, który je przekraczał. Ze wsparciem Mocy odniosłam sukces – spanikowany pracownik zaczął krzyczeć i uciekać, na szczęście na zewnątrz. W środku zostałam sama z droidem sprzątającym.

Jakimś cudem udało mi się uniknąć droida, kiedy przechodziłam do pomieszczenia z monitoringiem. Z ustawionych tam konsol nie mogłam dokonać niczego, jedynie ekrany wyświetlały obraz z kamer w pomieszczeniach z najniebezpieczniejszymi schwytanymi okazami. Kijka wśród nich nie było – znalazłam jednak salę, którą w całości wypełniało pole energetyczne. Obrałam ją sobie za cel.

Potem dużo zadziało się naraz. Skierowałam się do windy, droid sprzątający mnie zauważył, spróbowałam sie wytłumaczyć, po czym zostałam poinformowana o wszczęciu alarmu. Cóż. Pozostało mi szybko rozprawić się z maszyną i ruszyć dalej. Piętra nie były opisane, wybrałam więc najniższe licząc na to, że im głębiej, tym tajniej. Mój Kijek był najtajniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkałam i w pełni zasługiwał na najmroczniejszą z piwnic.

Nie pomyliłam się. Węża zamknięto w wielowarstwowej klatce energetycznej. Osłabiony, oszołomiony światłem, niemal się nie poruszał. Zawiadująca wszystkim konsola była oczywiście chroniona hasłami, całe szczęście miałam jednak jakieś pozostałości po wcześniejszych wojażach. Uruchomiłam prosty program hakujący, który z miejsca rozgrzał holodatę do czerwoności. Zostawiłam ją, by zrobiła swoje, właściwie w samą porę, ponieważ do pomieszczenia wkroczyło wsparcie.

Uzbrojeni i opancerzeni mężczyźni, nie było ich wielu, ale i tak dość dla osoby bez broni, która ukrywa swoją tożsamość. Kto wie, jak by się to skończyło, gdyby holodata nie wygrała z zabezpieczeniami i nie rozszczelniła klatki. Na mężczyzn padł blady strach, w panice zaczęli się wycofywać. Pochwyciłam holodatę i, niewiele myśląc, wskoczyłam do wnętrza pola siłowego przez szczelinę tuż przy suficie. Przypaliłam sobie kombinezon, jednak to były jedyne straty. Odnalazłam zgubę, tylko to miało znaczenie.

Później... wstyd się przyznać, ale musiałam stracić przytomność. Gdy ją odzyskałam, do pomieszczenia wpuszczano już jakiś gaz – zatrzymałam na chwilę oddychanie, co pozwoliło mi wyjść z tego bez szwanku. Na węża ów gaz musiał również źle działać, ponieważ resztkami swoich sił wydostał się z klatki szczeliną, którą ja do niej weszłam. Podążyłam jego śladem.

Kijek zniknął, zamiast niego znów pojawili się zbrojni. Padły strzały, jeden nawet mnie trafił – szczęśliwie, był ogłuszający. Kolejne otarcie o pole siłowe i przypalenie na ramieniu, jednak nic, co mogłoby mnie spowolnić. Nie chcieli mnie zabić, a ja nie chciałam zabić ich – po krótkich podchodach zdołałam wywrócić kilku na ziemię. W ciężkich pancerzach mieli problem z podniesieniem się do pionu, co wykorzystałam – i pobiegłam do windy. Trafił mi się jeszcze ostatni granat gazowy, wstrzymanie oddechu załatwiło jednak sprawę. Już na górze zniszczyłam guzik oznaczający najwyższe piętro – kiedy ekipa z dołu wezwała windę, okazało się, że została uziemiona. Dosłownie.

Na górze ani śladu węża, tylko pojedynczy mężczyzna w zbroi, z karabinem. Chciał pertraktować, a ja bałam się odezwać, by nie zdradzić płci i rasy. Niedyplomatycznie wyrwałam mu broń, potem drugą, co zmusiło go do wycofania się. Cały czas słyszałam wysyłane do niego komunikaty – waż uciekł, skierowała się do hangaru, tyle zdołałam wywnioskować. Znikąd pojawił się też drugi mężczyzna, tym razem bez broni, najwyraźniej szef tego przybytku. Ostatnia pułapka zbrojnego niemal mnie nie usmażyła: miotacz płomieni w drzwiach, dobre posunięcie, jednak nie na kogoś, kto może sięgnąć po Moc. Za drugim podejściem wydostałam się bez problemu, chroniona pancerzem z energii. Znów rozpoczęły się jednostronne pertraktacje, obaj mężczyźni musieli poważnie podchodzić do swojej pracy. Po krótkiej szamotaninie, w której ten w zbroi przygniótł drugiego, wreszcie dopadłam szefa. Grożąc mu pistoletem, wciąż jednak w milczeniu, wyciągnęłam z jego ubrań kartę dostępu do hangaru. W ostatnim zrywie ciężkozbrojny zaszarżował na mnie, ale trafił wyłącznie biedaka, którym cały czas się zasłaniałam. W wiadomościach mówili, że dyrektor placówki zmarł na zawał... Nie dodali jednak, że na zawał 200 kilo blachy na klatkę piersiową. Niewiele mogłam zrobić.

W hangarze już pojawiła się policja, jeden ze statków właśnie wystartował. Policja chciała go przepuścić, pracownicy – wręcz przeciwnie. Co było podstawą tej skrajnej różnicy zdań nie wiedziałam, wiedziałam natomiast, że tu węża nie ma. Przekonałam się o tym empirycznie, gdy wbiegłam między mężczyzn i na szybko obejrzałam pomieszczenie. Następnie, ścigana blasterowymi pociskami, wskoczyłam na metalowe belki pod sufitem, a z nich wykonałam karkołomny skok na zamykającą się rampę statku. Pęd powietrza, pozycja, wszystko działało na moją niekorzyść, jednak znów pomogła mi Moc (i nieco wysportowania). Zdyszana, ale cała, wtoczyłam się na pokład frachtowca.

Tu powitała mnie pięściami załoga statku. Nie było wyjścia – musiałam zacząć rozmawiać. Opowiedziałam więc, że jestem supertajnym agentem, który ma supertajny modyfikowany głos, oraz że ścigam niebezpieczne zwierzę. Od razu usłyszałam, że zwierzęcia nikt mi nie wyda, ponieważ załoga żyje z transportu, ładunek musi dotrzeć w całości. Nastąpiła krótka wymiana zdań, podczas której usiłowałam wytłumaczyć, że zwierzę podróżuje na gapę – jednak Kijek sam najdobitniej rozwiał wszelkie wątpliwości, po prostu się pojawiając. Załoga uciekła.

Dopiero tutaj okazało się, że wąż mnie nie rozpoznaje i po prostu się boi. Nie mogłam odsłonić twarzy, rozpięłam jedynie kombinezon, by mój zapach mógł sięgnąć zwierzęcia. Podziałało. Ledwo żywy i poraniony, Kijek przyszedł do mnie i dał się chwycić. Od tego punktu było już tylko z górki.

Załoga, wobec namacalnych argumentów, zgodziła się przewieźć mnie za 200 kredytów, z wyżywieniem moim i węża. Przestała też obstawiać przy przekazaniu mnie policji, historia supertajnego agenta zdała egzamin. Dostałam własne łóżko, w którym udało mi się szczęśliwie przespać atak Yuuzhan i awaryjne lądowanie. Załatanie uszkodzonych baków frachtowca zajęło nam kilka dni, dalsza droga jednak była wolna od niespodzianek i po sześciu dniach dotarliśmy na Carosię XII. Po opłaceniu podróży serią przelewów, które musieliście wykonać, przemieszczałam się jeszcze chwilę, by całkowicie zatrzeć po sobie ślady. To zadziwiające, ile osób jest skłonnych podwieźć kogoś przy odrobinie cwanej perswazji! Największą część drogi udało mi się jednak pokonać na pokładzie Loony Skylera. Miałam w tym sporo farta. Moja mama nie wybiera już tych samych tras, co dawniej, podróżuje teraz przez znacznie spokojniejsze rejony. To czysty przypadek, że spotkałyśmy się w jakimś porcie trzeciej kategorii.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Wąż, który ponad tydzień mieszkał w worku i nie jest z tego powodu zachwycony, znajduje się już w placówce. Na pewno doceni teraz każdy kawałek mięsa – to jedyna i niepowtarzalna szansa, by się z nim zaprzyjaźnić. Zdobyczny blaster przekazałam HD, niedługo powinien trafić na listę wyposażenia. Moduł maskujący wymaga naprawy, ale nie wygląda to groźnie. Kombinezon, który przez większość podróży służył mi za ubranie, jest mocno podniszczony. To tyle, jeśli chodzi o bilans strat. Aha... z Galii trzeba odebrać nasz myśliwiec, koordynaty dla chętnych.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1786
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Neil Danadris dodano: 03 sie 2015, 17:36

Oczyszczenie

1. Data, godzina zdarzenia: 26.04.15 - 27.04.15, 23:00 - 04:30

2. Opis wydarzenia:

Zejście na powierzchnie Rychel dostarczyło nieprzewidzianych, nieprzyjemnych odczuć, które w zaledwie kilka sekund po opuszczeniu myśliwca zdołały w pełni uprzykrzyć egzystencję na tej planecie. Gęste i ciężkie powietrze było najwyraźniej ubogie w tlen – gdybym nie zaczął czerpać niezbędnych sił z czystej energii Mocy, prawdopodobnie straciłbym przytomność po pięciu minutach.

Nie jestem pewien, czy potrafię oddać słowami klimat panujący na planecie. Nie wiem, czy szereg tych wszystkich losowych, chaotycznych zjawisk mogę w ogóle określić mianem klimatu. Nieustanne zmiany ciśnienia, wahania temperatury, powietrze przepływające w zupełnie pokrętny sposób, na przekór wszelkiej logice, utrudniały skupienie. Gdy mój organizm zdawał się adaptować do panujących tam warunków, te nagle zmieniały się, co dla ciała stanowiło wyraźne, męczące obciążenie, zwłaszcza na dłuższą metę.
Po przebyciu kilkudziesięciu metrów natrafiłem na bardzo prowizoryczny obóz kilku istot. Wszyscy byli skrajnie wyczerpani, zarówno fizycznie jak i psychicznie; bezpośredni kontakt był możliwy z każdym z zebranych, lecz strach, panika i sfatygowanie utrudniały im skrupulatne formułowanie wypowiedzi.

Z relacji dwójki ludzi, którzy zamieszkiwali zniszczone miasto, wynikało, że Vongowie zniszczyli planetę wykorzystując w tym celu ogromne bestie, sięgające rozmiarów Gwiezdnego Niszczyciela. Próbowałem dowiedzieć się gdzie leżało wspomniane miasto, jak liczebna była armia – wyjaśniłem cel pobytu na planecie, tłumacząc, że likwidacja przywódcy może być kluczowa do podjęcia jakiejkolwiek akcji ratunkowej. Gdy ujawniłem swą tożsamość Jedi, dalsza konwersacja nie trwała zbyt długo, gdy ta sama dwójka, z którą wcześniej prowadziłem rozmowę, postanowiła mnie zaatakować, brzmiąc zupełnie niedorzecznie, niczym w ciężkiej psychozie. Być może chcieli złożyć mnie w ofierze, by tym samym zyskać przychylność imperium. Plan spalił na panewce – proste, szybkie cięcie posłało obu mężczyzn na ziemie, w pełnym paraliżu.
Wystraszeni obcy – Weequay i Aqualish, jeśli pamięć mnie nie myli – nim zbiegli z obozu wskazali na kierunek prowadzący do miasta, a ja próbowałem znaleźć potwierdzenie tego gestu w umysłach sparaliżowanej dwójki, choć w tym stanie było to z góry skazane na niepowodzenie.

Kołowałem X-Wingiem nad ogromną połacią terenu, wypatrując za jakimkolwiek śladem cywilizacji. Powierzchnia planety wyglądała niemalże w każdym miejscu tak samo, z tego pułapu doskonale prezentując ogrom zniszczeń. Zlokalizowanie pozostałości po podbitym mieście graniczyło z cudem. Dotarcie na miejsce umożliwiły mi sensory myśliwca, które wychwyciły jedyne źródło ciepła w otoczeniu, w rewirze pokrytym nieco lżejszą destrukcją. Udało mi się wylądować na grząskim, niezbyt pewnym terenie, nieopodal czegoś, co niegdyś mogło być metropolią.

Przedmieścia prezentowały się fatalnie, były całkowitą ruiną, a nieludzki, nieustannie zmieniający się klimat i wszechobecna stęchlizna sprawiały, że chciało się opuścić to miejsce czym prędzej. Ciemne, niewyraźne sylwetki stopniowo rysowały się w oddali z każdym kolejnym krokiem. Od grupy Yuuzhan Vongów dzieliło mnie zaledwie kilka metrów, lecz mimo tego nie spotkałem się z agresją z ich strony. Ich napięcie i niepewność czuć było w powietrzu; ku memu zaskoczeniu jeden z nich wskazał trzymanym w dłoni Amphistaffem na drogę, prowadzącą w głąb miasta. Nie omieszkałem rzucić kilku słów o Starseedzie i wybełkotać dwóch wyrazów w ich zwierzęcym języku. Nie sądzę, by wpłynęło to na ich decyzję o przepuszczeniu mnie dalej, ale warto było spróbować.

Pełen niezrozumienia, skonsternowany, ruszyłem dalej. Napotkawszy kolejnego Vonga postanowiłem, zważywszy na niesprzyjający mi teren i zupełnie obcą, niepewną sytuację, nie ryzykować – dwa zamaszyste, szybkie cięcia wystarczyły do zakończenia egzystencji Yuuzhana.
Podążając wciąż tą samą drogą, zaraz za zakrętem natrafiłem na trzech ludzi – przytomnych, lecz skrajnie wycieńczonych. Vong krążył między nimi, polewając ich twarze brudną wodą, gdy żałośnie błagali o coś do picia; kiedy zbliżyłem się do niego, jego gesty i ton wypowiedzi jasno sugerowały, że mam zawrócić. Ruszył dalej, a ja nie mogłem pozwolić, by dostrzegł ciało wcześniej powalonego pobratymca. Stojąc za jego plecami zdecydowałem się ciąć przez jego szyję; sekundę po tym osunął się bezwładnie na ziemię, martwy.
Podniosłem bukłak z żałosnymi resztkami cieczy z zamiarem napojenia sfatygowanej kobiety. Żadnymi słowami nie oddam jednak tego, co działo się dalej. Gdy dziewczyna opowiadała o ataku, o buncie Vongów przeciwko ich liderowi, który roznosił wszystko w pył i mordował każdego więźnia, inny człowiek szarpał za moje ramie, błagając o śmierć. Jego zdewastowany, całkowicie zrujnowany umysł nie pozwolił nawet na najmniejszą manipulację; przystawiłem emiter do jego serca, by wypalić dziurę w jego klatce piersiowej i oszczędzić mu cierpienia.

Z relacji rannej dowiedziałem się, że obecni tu Vongowie przestali mordować. W pewnym sensie opiekowali się jeńcami – lecz opieka ta była niezwykle marna, nijak nie wystarczająca do przeżycia w szerszej perspektywie. Bukłak z resztkami wody podałem rudowłosemu mężczyźnie, rozcinając jego kajdany chwilę po tym. Nie zdążyłem jednak zamienić z nim żadnych wartościowych słów, gdy zza rogu wyłonił się kolejny Yuuzhan Vong.
Pędząc w jego kierunku dostrzegłem kątem oka jak kobieta, z którą kilkadziesiąt sekund wcześniej prowadziłem rozmowę, rozpoczęła wolną konsumpcję, zaczynając nadgryzać policzek człowieka, któremu skróciłem męki. Nie byłem w stanie zareagować na to w żaden sposób. Wszystko, co działo się na Rychel przypominało niezwykle realistyczny, okropny koszmar – a potężny ból głowy, zaburzenia percepcji i przyćmione zmysły jedynie potęgowały ten efekt. Gdy w trakcie snu orientujesz się, że śnisz, najczęściej po prostu się wybudzasz. Tracisz powoli kontrolę nad snem, nad swym ciałem. Plączą Ci się nogi, nie jesteś w stanie się wysłowić, obraz staje się zamazany. Właśnie tak czułem się w tym momencie – a z każdą kolejną upływającą chwilą było już tylko gorzej.

Pewnie orzeźwienie, paradoksalnie, przyniosła fala bólu, gdy zostałem zasypany gradem pocisków jonowych wystrzelonych z dwóch działek, obsługiwanych przez Vonga. Yuuzhan posługujący się naszą technologią – tą samą technologią, którą tak gardzą i jej nienawidzą. To naprawdę wyglądało jak chory sen.
Lecz ból trwał dalej, a ja nie obudziłem się w cichej, przyjemnej kwaterze – choć bardzo bym sobie tego życzył. Poparzona została tylko moja klatka piersiowa, a mimo tego każda komórka mojego ciała błagała o wytchnienie, gdy organizm, wystawiony na nieustanne zmiany cyrkulacji powietrza i nieludzki swąd i zapach zgnilizny, zwyczajnie się buntował.

Chwila rozmarzenia trwała raptem jakąś sekundę, choć wydawało się, że minęło co najmniej pół godziny. Zebrałem się z posadzki czym prędzej, by w pełnej ofensywie po kilku sekundach posłać na ziemię nie tylko dłoń Yuuzhana, ale i jego głowę.
Zacząłem stawiać szybkie kroki, nieco rozbudzony, by czym prędzej powrócić do jeńców, a gdy tylko wyszedłem zza rogu, dostrzegłem Vonga, który demonstracyjnie, czerpiąc ze swego czynu pełną satysfakcję, rozerwał głowę rudowłosego mężczyzny na pół, po czym skierował głowę węża na swych martwych pobratymców.

Tak, to była jego zemsta – lecz w żaden sposób nie powstrzymało mnie to przed ścięciem łba jego Amphistaffa, prowadząc ostrze dalej, na wysokość jego łokcia, odrąbując masywną kończynę.
Próbowałem wyciągnąć z niego informacje – na próżno. Niezłomne opanowanie i odporność na ból były godne podziwu; gdy zsunąłem buta z jego krtani, po prostu powstał, nie przystępując już do ataku. Jego głowa wskazywała raz po raz na kolejne ciała Vongów, gdy patrzył na mnie z nienawiścią, ogromnym wyrzutem.
Wtedy dotarło do mnie, że faktycznie mogłem popełnić błąd. Być może ich przekonania nie pozwalały im zabić szalonego dowódcy i dlatego przepuścili mnie przez bramy miasta. Być może źle odebrałem ich zamiary i to ja zaatakowałem jako pierwszy – niepotrzebnie. Choć teraz jestem bogatszy o te spostrzeżenia, to w owym czasie perspektywa ta była odległa, nierealna. Zniszczenie Dantooine, uśmiercenie mojego mistrza przesłoniły zdrowy rozsądek, podsycając jedynie chęć zemsty. Żałuję, że postawiłem na agresję; najwyraźniej istniała inna droga, której przez wzgląd na strach przed nieznanym, zmęczenie umysłu i wszelkie uprzedzenia, nie potrafiłem dostrzec.

Ocalały Vong, ściskając kurczowo zdrową dłonią kikut, oprowadził mnie po mieście, zatrzymując się przy każdym truchle pobratymca. Wyraziłem skruchę, tłumacząc, że nie spodziewałem się Yuuzhanów o innym usposobieniu, niż czysto zwierzęce, prezentowane przez nich przy każdym poprzednim spotkaniu. Najwyraźniej przekonałem go do siebie, przynajmniej na tyle, by zaprowadził mnie przed usypaną kupę gruzu i pyłu, zasłaniającą przejście, prowadzące do miejsca, w którym skrywał się ich oszalały lider.
Mój mierny stan sprawił, że potrzebowałem kilku minut na pozbycie się gruzowiska. Ostrożnym, wolnym krokiem ruszyłem długim korytarzem, wyczuwając stopniowo narastającą wilgotność powietrza, przynoszącą nieznaczne wytchnienie – na tamtejsze warunki być może zbawienne.

Mechanizm odpowiadający za otwarcie wrót wciąż działał; nie pozwolił otworzyć bramy do końca, lecz wystarczyło to, by się przez nią przecisnąć. Ciało powoli odmawiało posłuszeństwa – przeszywały mnie drgawki, mdłości, a towarzyszący temu fetor jedynie pogarszał sytuację. Gdy w oddali dostrzegłem sylwetkę Pau’anina, wszystkie moje zmysły wyostrzyły się, a mój stan przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Zbliżywszy się do rannego nie miałem żadnych wątpliwości - przede mną spoczywał ranny Lar Le’Ung, gdy w tej samej chwili z zarośli wyłonił się ogromny Yuuzhan Vong – większy niż wszyscy, jakich do tej pory widziałem, nieludzko umięśniony, jakby tym właśnie był - chodzącą kupą mięśni. Ciężko mi sprecyzować czym dokładnie było miejsce, w którym się znaleźliśmy. Przypominało skryty, umieszczony w środku góry pomost, otoczony z każdej strony ciemnością, przepaścią, choć wilgoć sugerowała obecność wody gdzieś w pobliżu. Na jedną z lamp - na jej ostrym, szpiczastym zwieńczeniu nabito człowieka, który, sądząc po jego wyglądzie, wyzionął ducha już dawno temu.

Paszcza Amphistaffa niebezpiecznie zbliżała się w stronę głowy mojego mistrza, a sama świadomość tego, że żyje, że mogę go ocalić odjęła całe wycieńczenie, pozwalając mi działać na przekór wszystkiemu, wbrew prawom fizyki.

Rozpędzone karminowe ostrze z hukiem ruszyło naprzód, niemalże pokonując barierę dźwięku. Bordowe światło rozświetliło wszystko dookoła, i choć Amphistaff przeciwstawił się klindze, to impet uderzenia wstrząsnął kamiennym pomostem, gdy gwałtowny rozbłysk oślepił na krótką chwilę każdego, bez wyjątku.
Gdy otworzyłem oczy, spostrzegłem leżącego w oddali dowódcę Vongów i jego oszołomionego węża, lecz przed odrzuceniem zdołał pochwycić Mistrza Jedi, który pod wpływem impetu został pchnięty do tyłu razem z nimi.

Nim zdążyłem pokonać dystans nas dzielący, ogon Amphistaffa oplótł się dookoła szyi Pau’anina, gotów skręcić jego kark w każdej chwili. Nie oddam słowami tego, co wtedy czułem – to niemożliwe. Liczył się tylko jeden cel, jakby całe moje życie dążyło do momentu jego realizacji. Wszystko inne przestało mieć znaczenie, gdy mój umysł płonął, palił się, jak gdyby ocalenie Mistrza było jego przeznaczeniem, jak gdyby całe dotychczasowe życie prowadziło właśnie do tej chwili, by stawić jej czoła, by ocalić osobę, która ukształtowała mnie w wielu aspektach.

W ciągu ułamku sekundy powietrze dookoła niespokojnie zafalowało, przynosząc jasne oczyszczenie, stając się na krótką chwilę czystym i przyjemnym, nim w otoczeniu zatliło się gwałtownie źródło energii, zrodzone nagle i niespodziewanie. Eksplozja i ogień pochłonęły przerośniętego Vonga ciskając nim o ścianę, smażąc zbroję na jego torsie – a ciało Pau’anina leniwie przetoczyło się w moją stronę.

W porę skierowałem ostrze w bok, gdy jad węża został zdezintegrowany przez szkarłatne ostrze. Utrzymując wzorową postawę formy trzeciej powoli zbliżałem się ku Vongowi, osłaniając ciało Mistrza Jedi przed żrącym jadem – a gdy znalazłem się w zasięgu Yuuzhana ciąłem bez najmniejszych problemów. Każdy cios wyprowadzany był samoistnie, być może bez udziału mojej woli; w tym kiepskim stanie dowódca nie stanowił dla mnie żadnego wyzwania – padł na ziemie z głębokim rozcięciem w pasie po kilku sekundach morderczej, szaleńczej ofensywy.

Czym prędzej pobiegłem do Mistrza Unga, upadając tuż przy nim i zdzierając sobie kolana. Żar rozpalony w moim umyśle zaczął stopniowo przygasać, lecz wciąż dawałem z siebie wszystko, próbując wtłoczyć w słabe ciało energię czerpaną zarówno ode mnie, jak i z otoczenia. W świadomości zatliła się ostatnia iskra, a gdy i ona przygasła, moje zmysły powróciły do brutalnej rzeczywistości. Klęczałem nie przed Le’Ungiem, a przed człowiekiem, którego dostrzegłem wcześniej, nabitego na lampę.
Obróciłem głowę energicznie, w kierunku tego miejsca, z ogromną nadzieją – lecz wszystko przypominało coraz gorszy sen, coraz większy koszmar. Tkwiłem w apogeum odrealnienia, bliski załamania, odarty z wszelkiej motywacji, oszukany. Truchło Pau’anina spoczywało na ziemi – strącone przez impet, który przeszył pomost kilka minut temu.

Podniosłem się z kolan zupełnie strudzony, półprzytomny, niczym wyrwany z głębokiego snu. Ciąłem ostrzem przez podstawę lampy, by objąć ją swym wzrokiem, swym umysłem zaraz po tym. Ponura determinacja dała mi siły do tego ostatniego działania, zwieńczającego cały wysiłek, kiedy nabiłem wijącego się w konwulsjach Vonga na imitację palu, wbijając z impetem szpiczasty czubek w kamienną ścianę poza pomostem, przyszpiliwszy do niej dowódcę, zwisającego nad bezdenną przepaścią. Ułamek sekundy po tym padłem na ziemię, by zwymiotować – co paradoksalnie sprawiło, że poczułem się znacznie lepiej. Gdy doszedłem do siebie, zatopiłem ostrze w ciele mojego mistrza – trwając w tej czynności dopóki jego truchło nie zajęło się ogniem.

Rannego, ocalałego mężczyznę odstawiłem w szpitalu na Prakith – w tym samym mieście, w którym podstawiono mi myśliwiec.

Dowódca Vongów został pokonany przez Jedi raz jeszcze. Oby żył z tą świadomością jak najdłużej.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Raport w okrojonej, zmodyfikowanej i uproszczonej wersji, w celu zapobiegnięcia ujawnienia mojej prawdziwej tożsamości, został przesłany do Corrana Horna.

4. Autor raportu: Padawan Vens'ore'nrattho
Awatar użytkownika
Neil Danadris
Honorowy członek
 
Posty: 1204
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47

Re: Sprawozdania

Postautor: Alain Xeren dodano: 11 sie 2015, 21:19

Łowca duchów z Prall

1. Data, godzina zdarzenia: Noc z 10 na 11.08.15, 01:00-3:40

2. Opis wydarzenia:

Rzecz zaczęła się od połączenia z całą bazą, odebrałem je. Kontaktował się z nami ten sam „łowca duchów”, do którego to zwracano się kiedyś w sprawie dwóch zaginionych „opętanych”. Tak to namierzył on kiedyś osoby związane z opętanym Zozopedem (Dowiedział się on przy tej okazji, kim jesteśmy my.) i sprzedał dodatkowe informacje Mistrzyni Elii Vile. Nie wiem więcej.

Nie musiałem wiedzieć więcej. Człowiek kontaktował się na początku spokojnie. Rozmawiał, jak na pogawędce. Rozmowa nabrała tempa, kiedy naruszyłem jego cierpliwość kilkoma pytaniami. W końcu nie wytrzymał. Na początku próbował nam cierpliwie opowiedzieć o tym, że przyszło do niego kilku naiwniaków. Okazało się, że są jakoś powiązani z kultem. Do jego biura przyszło dwóch ludzi i chciało go zabić. Ocaliło go działo obronne. („W tym fachu obrona przed oszołomami to codzienność”, lub podobne słowa.) Uciekł z biura w Prall, podobno po drodze zabito jego sąsiadkę. Nasz łowca duchów uciekł przed kultystami prosto do starego domu rodzinnego, gdzie krył się, w piwnicy. Jego pierwszą myślą było skontaktować się z Jedi i poprosić o ratunek, w zamian za informacje. Przytomna myśl. Jako „łowca duchów” miał na tyle głowy, żeby badając sprawę kultu, sprzedać dane Mistrzyni i nie dotykać tematu. Szkoda, że okultystyczny fach nie pozwolił mu długo trzymać się z daleka. Według łowcy-detektywa, w biurze były dane, które pomogłyby w końcu go namierzyć w piwnicy. Mówił, że się tam barykaduje i na nas czeka. Człowiek ledwo uszedł z życiem, przez atak osób, z którymi nie chciał mieć niczego wspólnego i próbował udawać spokój. Nerwy i napięcie wychodziły z niego spod marnych prób kontroli i rzeczowych słów. „Szkoda gadać.”

Ja i Vreyx ruszyliśmy na ścigaczu do celu. Nie było powodu komplikować. Pożyczony ścigacz Grana i jazda na miejsce. Kilka godzin męczącej jazdy na wolnym pojeździe. Kości próbowały same się wyprostować.

Na miejscu wszystko było podejrzane i nielogiczne. Od samego początku. Zamek był odblokowany. Nie był wyważony, nie był zablokowany, tylko otwarty... Barykady w piwnicy? Odwrócone w złą stronę. Bezużyteczne. Niemożliwe, żeby wspólna pułapka była tak głupia. Niemożliwe, żeby włamać się w taki sposób. Co się stało? Czemu budynek był otwarty? Nie mam pojęcia. Wiedziałem, że musimy mieć się na baczności.

W piwnicy domu, starym hangarze, zastał nas nieprzyjemny widok. Człowiek odziany w szaty kultu ponad naszym celem. Człowiek leżał na ziemi i wymiotował. Blady i słaby. Nie wyglądał na skrzywdzonego fizycznie. Wyglądał jak ofiara choroby. Kultysta nie wyglądał na zaskoczonego, zachowywał się spokojnie. Zaoferował nam, że wyczyści człowiekowi pamięć z czegoś, co miał nie widzieć. Nie wiemy, czego. Szkoda, że nie powiedział przy transmisji. Może sam nie wie, o co chodziło? Nieważne. Kultysta zaoferował wymazanie mu pamięci i odejście w pokoju. Inna możliwość? Zamieni go w bezmózgiego sługę kultu.

Sytuacja stała się patowa. Groził, że jeśli zrobimy coś przeciwko jemu, zdąży zniszczyć umysł tego człowieka. Detektyw był słaby. Bez sił. Byliśmy daleko, a zamaskowany na czarno człowiek, był pewny siebie. Sytuacja była beznadziejna. Weszliśmy prosto na wybór, między dwiema całkowitymi porażkami. Szantażysta nie chciał do niczego przekonywać. Był pewien, że zniszczy człowiekowi umysł, jeśli coś zrobimy. Z tego, co mówił, wynikało niejasne wsparcie „Starszych”.

Nie czułem wyjścia z tej sytuacji. Zaproponowałem Vreyxowi strzelać, kiedy zacznie „czyścić pamięć”. Pomyślałem, że to mniejsze uszkodzenia, niż usmażenie umysłu podczas ataku, na jaki był gotowy. Nie wyszło za dobrze. Vreyx strzelił po mojej zgodzie na układ, ale było to przed rozpoczęciem wymazywania. Nie wiem, co zdążyło się stać. Szybko nie wiedziałem niczego. Od pierwszego, błyskawicznego strzału Vreyxa, wszystko, rozpędziło się przerażająco.

Dobiegłem do tego człowieka. Uderzyłem go rękojeścią w głowę, żeby go ogłuszyć. Podsunęły mi to słowa Vreyxa wspominające o tym, że na wyłączony umysł nie da się oddziaływać. Niestety nie mogliśmy strzelić ogłuszającym, detektyw był za filarem. Zrobiłem co mogłem. Krew popłynęła po głowie, ale człowiek był nieprzytomny. To była jedyna możliwość, mimo, że kiepska. Nie mogłem nawet spojrzeć na walkę. Piwnicę zasypały pociski i dym. Zostałem zaskoczony i draśnięty w plecy. Nie zdążyłem wstać, a ranny został Vreyx. Kultysta był pewnie dobry. Nie wiem. Na nic nie miałem czasu. Zacząłem wynosić człowieka z piwnicy na schody, aby nie został ranny w gradobiciu granatów i strzałów. To trwało tak krótko, a kultysta i Vreyx zdążyli poranić się ciężko w zaciętej walce. Kiedy wróciłem, Vreyx był bez hełmu, z jego kawałkiem wbitym w czoło, ranny tak ciężko, jak zakrwawiony kultysta.

Szybko okazało się, że obrócono stan Vreyxa przeciwko niemu. Z ogromnym bólem spadł z kontenerów zdemolowanej piwnicy i trzymał się za głowę. Mimo, że zdążył odstrzelić całą rękę kultysty, prawie nic się nie zmieniło. Skoczyłem na górę. Bałem się, że zostanie opętany. Od razu wbiłem miecz w głowę, kiedy to Vreyx „walczył umysłem”. Wypaliłem skroń, wystawiłem białą czaszkę. Według moich nauk, nikt nie powinien w tym stanie użyć Mocy. Sama przytomność to dowód wielkich sił. A ten człowiek wcześniej wcale nie użył Mocy w walce. Mimo to... Poleciałem na ścianę, zrzucony znienacka. Skończyłoby się to lepiej, gdyby nie moja chora i słaba noga. Upadek wiele mnie przez to kosztował. Vreyx „oswobodził się” i dzięki temu wyskoczył na górę. Kopnął tego człowieka w głowę. Powinien już nie żyć, ale i tak rzucił Vreyxem, tak, jak mną. Jak?! Nie mógł się nawet RUSZYĆ. Dziura prawie otworzyła czaszkę. Oddychanie to cud. Użycie Mocy wielokrotne?! Vreyx był szybszy. Uciekł na drugą stronę. Strzelił w te zwłoki jak prawdziwy snajper, przez szczeliny. Przebił głowę na wylot... I wszystko się skończyło. Cała ta pełna strachu walka trwała dziesięć minut. Była dla mnie... Za szybka.

Vreyx był ciężko ranny. Z jego otwartego czoła wystawał odłamek hełmu, ale nic nie stało się z jego umysłem. To było najważniejsze. Ucieklibyśmy bardzo szybko, ale na miejsce przyjechał ojciec łowcy duchów-detektywa. To było... Żałosne. Obrzydliwy, głupi materialista. Chamski krzykacz wykrzykiwał inwektywy co do zdemolowanych pudeł i postrzelonej „pamiątki” w hangarze. Rozumiał, co do niego mówiliśmy, ale jego priorytetami, były pieniądze, nie syn. Vreyx próbował go opanować, a ja znalazłem naszyjnik na ciele. Nauczony, przez opowieści Mistrz Vile przeniosłem go w bucie, bez dotyku. Zaczęliśmy ewakuację z detektywem.

Człowiek nadal wygrażał. Vreyx nie wytrzymał i wyręczył mnie w przestawieniu nosa tego bufona. Skontaktował się ze swoimi ludźmi, żeby powiadomili posterunek Nowej Republiki o „interwencji w tym rejonie”, żeby uniknąć nowych problemów.

Zobaczymy, co wyjdzie z uniknięcia problemów, oraz co wyjdzie, z detektywa.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alain Xeren
Awatar użytkownika
Alain Xeren
Były członek
 
Posty: 81
Rejestracja: 30 sty 2014, 17:48

Re: Sprawozdania

Postautor: Brealin Ub dodano: 28 sie 2015, 18:02

Nowa Rzeczywistość

1. Data, godzina zdarzenia: 25/26.08.15, 23:00-5:00

2. Opis wydarzenia:

Kilka dni temu Aurbere przerwał mi trening akrobatyki, zapraszając mnie do eksploracji nowo odkrytych korytarzy w jaskini poniżej bazy. Oznajmił mi, że jego sejsmograf wykrył to czego Raoob i Siad nie byli w stanie. Będąc żywo zainteresowanym sprawą Voliandera, udałem się z komandosem bez wahania. Z jakiegoś powodu jednak odczuwałem stały, lekki niepokój który nie odstępował mnie na krok. Będąc już w środku wraz z moim towarzyszem, to uczucie stale narastało. Zdecydowałem się w końcu sięgnąć po Moc, napotkawszy nienaturalną wewnętrzną blokadę. Zaraz po tym rozległ się huk eksplozji i mrok spowił wnętrze jamy. Nie byłem zaskoczony, gdy po otrzepaniu się z pyłu i kurzu ujrzałem przed sobą stałego towarzysza i prowodyra moich przygód. Stwierdził że "za bardzo nagmerałem" hodując Eopie, pomagając panu Irgrovovi i Raoobowi. Mówiąc też o Elii per "rudy babsztyl", wyklinał Was kochani za udzielone mi wskazówki. Chcąc jakoś zaradzić skutkom mojego postępowania zaoferował mi roczny pakt, na mocy którego śledztwo w sprawie pani Bull zostałoby samoistnie rozwiązane, a mi przypadłyby w udziale mnogie zaszczyty, włącznie z rangą Padawana. Wytłumaczyłem mu, że nie jest to dla mnie korzystna oferta, ponieważ największą nagrodą za trud, który muszę włożyć w te działania jest on sam, i że to jest właśnie to co mi przynosi korzyść. Wygłosiłem mu również monolog o tym, że nie może mi dać niczego, bo jestem szczęśliwą istotą. Napomknąłem jednak o przeszłości związanej z Kartelem i o tym, że chciałbym się od niej odciąć. Błyskawicznie podchwycił wątek, oferując mi wymazanie mojej przeszłości i załatwienie wszystkich spraw z nią związanych. Odmówiłem bez wahania, ale i poniekąd z lękiem, obawiając się konsekwencji mojej decyzji. Nie musiałem czekać na nie zbyt długo. Voliander przyszpilił mnie Mocą do ściany powoli wyciskając ze mnie oddech. Odpłynąłem gdzieś w głąb umysłu, odcinając się od tego co działo się w jamie.

Jak olbrzymie było moje zaskoczenie, gdy na przekór wszystkiemu otworzyłem oczy nie widząc już jaskini, ale wieżowce Nar Shaddaa. Piskliwy rodiański głos dobudzał mnie mówiąc coś o robocie dla Turgi i o tym, że jestem szefem tej operacji. Rzecz jasna nie pamiętałem, bym podejmował się czegokolwiek takiego. Dopiero chwila zastanowienia pozwoliła mi na poukładanie sobie w głowie mojej nowej sytuacji i faktu, iż rzekomo przebywałem na Shaddaa już od tygodnia. Nasze zadanie polegało na pojmaniu agenta Republiki działającego jako szpicel, handlując przyprawą z Kartelem. Moim planem było zostanie z nim sam na sam, ostrzeżenie go i próba wspólnej ewakuacji. Rzecz jasna za moją naiwność przyszło mi zapłacić cenę. Agent wyciągnął pistolet, rzucił we mnie granatem dymnym i rozpłynął się jak kamfora. Całość naszej rozmowy została nagrana przez Heronima (mojego drugiego współpracownika - Weequaya) pomimo moich wszelkich starań by temu zapobiec. Pine - Rodianin wybiegł z kłębu dymu rozglądając się za zbiegiem, a ja wiedząc iż będę teraz już uważany za zdrajcę zrzuciłem go z pomostu w przepaść, w kompletnej panice. Daremne były moje próby ukrycia się, gdy Weequay rozstawił anteny, które miały namierzyć moje położenie. Rzuciłem się do z góry straconej próby ucieczki, szybko zostając osaczonym przez obydwu napastników. Ledwie obezwładniłem podstępem Blake'a, Heronim przysmażył mnie ogłuszaczem i odpłynąłem ponownie w nicość.

Moje ciało budziło się niezwykle ociężale, z autentycznego paraliżu. Pomimo wszystko z jakiegoś powodu spodziewałem się, że obudzę się gdziekolwiek na Prakith. Konstrukcja więzienia, w którym się znajdowałem początkowo sugerowała mi taką możliwość, ale wszelkim złudzeniom położyło kres pojawienie się przy kratach Blake'a i Lorda Turgi. Zostałem osobiście wyklęty przez Hutta za zdradę rodziny i zabójstwo jednego z kamratów. Moim wyrokiem miała być niewolnicza praca w warsztacie przez 30 lat, skręcając granaty w niemal całkowitym mroku. Rzecz jasna na nic nie zdały się moje tłumaczenie odnośnie amnezji i kultu Addendu, który miesza mi w głowie. Usłyszałem natomiast historię, że ludzie Kartelu szukali mnie już od jakiegoś czasu, i że zostałem znaleziony w fatalnym stanie w porcie lotniczym na Prakith. Ponoć pałałem nieopisaną radością w związku z "powrotem na stare śmieci". Skleiło mnie zupełnie i nawet oferta współpracy w sprawie Yuuzhan Vongów nie była w stanie przekonać kogokolwiek do pozostawienia mnie chociaż na częściowej wolności. Moja zdrada okazała się sprawą wyższej wagi, niż ewentualne informacje w moim posiadaniu. Kiedy Turga się oddalił, zostałem wypuszczony z celi. Blake najwyraźniej chciał rewanżu za to, co zrobiłem mu na ulicy. Bójka trwała trochę z racji tego, że moje ciało wciąż reagowało ociężale, kaleko. Nie mniej jednak po raz drugi powaliłem mężczyznę, wygrywając tym samym wizytę dziewczyny z haremu na górze. Zażyczyłem sobie Twi'lekanki, jeszcze trochę próbując kogokolwiek przekonać że moja szczątkowa znajomość Yuuzhańskiego i imienia "Yun Yammka" jest szalenie cenna. Nie minęło wiele czasu, nim siedziałem ponownie w paskudnej, obskurnej celi. Łysy strażnik przyniósł mi naprawdę świetne łóżko, a gdy tylko zażyczona sobie przeze mnie kobieta pojawiła się w sali, całym sobą zacząłem odczuwać że to będą moje naprawdę ostatnie przyjemne chwile w ciągu kilku najbliższych dekad. Chciałem też potraktować ją inaczej niż wszyscy, dać jej od siebie coś szczególnego, by nie zapamiętała mnie po prostu jako kolejnego klienta, zrobić swój ostatni dobry uczynek przed uwięzieniem.

Kiedy było już po wszystkim wdałem się z nią w dość ciekawą rozmowę, chcąc ją nieco bliżej poznać (pomimo tego że już dawno powiedziałem sobie, że wszystkie prostytutki to jeden typ). Kiedy napomknąłem, że jestem Jedi... coś się w niej zmieniło. Zaczęła mi się przyglądać z autentycznym zauroczeniem, fascynacją. Wówczas narodziło się między nami coś... coś szczególnego. Dostaliśmy jeszcze kilkanaście minut czasu ze sobą, podczas których to omówiliśmy plan wspólnej ucieczki. Obiecywałem jej wspólne życie w naszej bazie, że nie będziemy się rozdzielać i... sam wierzyłem w to, że jest to jak najbardziej możliwe jeśli tylko uda nam się wydostać. Gdy w końcu łysy otworzył kratę, zgodnie z planem rzuciłem się na niego i po krótkiej szamotaninie udało mi się go obezwładnić. Odebrałem mu pilota od drzwi, a także pałkę ogłuszającą. Zamknąłem nieprzytomnego w swojej celi i ruszyliśmy do drzwi, omawiając plan ominięcia kolejnego wartownika - Larry'ego. W końcu Twi'lekanka wywołała go przez interkom, a on wpadł do środka z bronią - zaaferowany do granic. Wykorzystaliśmy to wyślizgując się na zewnątrz i zamykając go w lochach nim zdążył za nami wybiec. Kolejnym przeciwnikiem był Gran, którego nie udało nam się powalić bez obrażeń. Postrzelił mnie w bark, ale kobieta (nawet nie poznałem jej imienia) wzięła ode mnie pałkę ogłuszającą i wyłączyła go z walki. Miał przy sobie portfel z pieniędzmi i dokumentami, komunikator i pistolet. Kolejny obstawił już drzwi, przez które jeszcze przed chwilą przeszliśmy. Zostaliśmy przygwożdżeni na platformie w rogu pomieszczenia, a ja nie chciałem ryzykować starcia. Odpowiednio modulując głosem zacząłem siać dezinformację przez komunikator, podając się za kogoś kto ma właśnie przed sobą kamery oraz konsolę sterującą budynkiem, co pozwoliło mi się rozeznać nieco w sytuacji. Dowiedziałem się, że haker mający otworzyć drzwi do lochów i sprawdzić kompleks na kamerach dotrze do komputera za 5 minut. Serce tłukło mi jak młotem, zdając sobie sprawę z tego że to będzie nasz koniec. Otworzyłem w końcu drzwi do więzienia dając odpowiedni komunikat. Wartownik zajrzał do środka, a ja skorzystałem z okazji i jego również zatrzasnąłem wewnątrz. Wspólnie z Twi'lekanką rzuciliśmy się do ucieczki.

Jakimś cudownym trafem weszliśmy do pomieszczenia z główną konsolą. Zabrałem się do pracy i chociaż nie potrafiłem złamać zabezpieczeń, udało mi się przeładować system i wyłączyć zasilanie w budynku. Tym samym blokady na ścigaczach w hangarze zostały zresetowane, wszystkie komputery padły i wyłączyło się światło. Pogoń nadeszła od razu. Wialiśmy ile sił w nogach przez kolejne korytarze w zalewie strzałów z blasterów, mój pistolet rzecz jasna na niewiele się zdał poza spełnianiem funkcji straszaka. Wkrótce dobiegliśmy do hangaru, poślizgnąłem się na kładce obijając się niemiłosiernie na dole, podczas gdy kobieta dość zręcznie zeskoczyła na dół nie czyniąc sobie krzywdy. Ukryliśmy się za jednym ze ścigaczy, kiedy go odpaliłem ruszyliśmy natychmiast, kryjąc się za kominami w centrum sali, sunąc pomału ku otworowi w suficie hangaru. Próbowałem znaleźć osłonę przed ostrzałem i nieco przyspieszyć wznoszenie się, ratując niestety tylko siebie. Twi'lekanka została ugodzona pociskiem w rękę, która zamieniła się w proch, a ona sama z okrzykiem bólu runęła w dół ze ścigacza, prosto do wylotu komina, mam nadzieję ginąc na miejscu. Wyłączyłem się wówczas kompletnie, koncentrując na działaniu, dławiąc gotujące się we mnie emocje i żal ściskający gardło.

Spojrzałem na mapę i obrałem cel - port lotniczy 300km od siedziby kajidica, huk ruszających za mną maszyn zniknął dość szybko kiedy ruszyłem przed siebie pędząc w wybranym przez siebie kierunku. Będąc przezornym jechałem mimo wszystko dość ostrożnie i czujnie, toteż odbyło się na szczęście bez komplikacji. Wkrótce dostałem się do środka i zamówiłem lot na Prakith, wydając swoje 100 kredytów i oddając ścigacz. Jak się okazało uratowała mnie wyłącznie moja szybka reakcja. Kiedy ja wsiadałem na prom, do portu już zbliżała się banda kartelowców, którzy robili wcześniej obławę na trasie. Zbawiło mnie raptem kilka minut. Zasnąłem w kajucie niemal natychmiast i obudził mnie dopiero komunikat pilota o dotarciu na orbitę. Zgodnie z umową wskazałem lokalizację naszej bazy na mapie i już wkrótce byliśmy na miejscu. Coś jednak nie pozwalało mężczyźnie osadzić pojazdu na jej terenie, toteż wyrzucił mnie rzecz jasna... pod samą jaskinię Voliandera. Nie mogłem wspiąć się na skały, a rampa statku zatrzasnęła się tuż za mną. Jama zapraszała mnie, zionąc łapczywie mrokiem. Usiadłem przed nią dając sobie chwilę wytchnienia, moment na to by zawrzeć pokój sam ze sobą, odsunąć poczucie winy, żal, gniew, smutek i strach. Po krótkim przygotowaniu wszedłem do środka, pełen niepewności, lęku.

Voliander podniósł się powoli z ziemi, nie kryjąc wściekłości. Jak się okazało... wygrałem wolność. Jaskinia okazała się być miejscem splotu naszych świadomości, w którym nie mogliśmy sobie zwyczajnie zrobić krzywdy. Podczas wyjaśnień dowiedziałem się, że Lord uwięził mnie we własnym umyśle, tłumacząc że wszystkie te wydarzenia były prawdziwe, ale jakby z nakładką samego kultysty zakrzywiając mi zupełnie percepcję. Wyjaśnił mi też, że przestałem być głównym bohaterem, zszedłem na drugi plan, ale on sam nie spocznie na laurach. Nie mniej jednak nie kryłem dumy. Moje życzenie bycia niezłomnym, które wyraziłem mu przed odpłynięciem spełniło się niemalże co do joty. Zatriumfowałem. Podziękowałem mu za katorgę, przez jaką musiałem przejść a on sam przyznał, że nie taki był jego cel, ale ze śmiecia uczynił ze mnie bohatera, przykład dla potomnych i... Przez skromność zakończę już na tym. Nie mniej jednak moje wyjście z jamy oznaczało koniec naszej więzi. Gdy tylko wyszedłem na świeże powietrze nasze świadomości rozdzieliły się, wszystko widziałem podwójnie dopóki nie straciłem przytomności i nie zapadłem w sen. Szczerze powiedziawszy niewiele rozumiem z tego, co się ostatecznie zadziało i boję się tego, co naprawdę zrobiłem będąc pod wpływem Voliandera. Lękam się o los tej kobiety, ale mimo wszystko jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że ktoś będzie w stanie wyjaśnić mi... cokolwiek.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Brealin Ub
Awatar użytkownika
Brealin Ub
Były członek
 
Posty: 217
Rejestracja: 29 cze 2013, 11:24

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 06 wrz 2015, 13:31

Poszukiwany

1. Data, godzina zdarzenia: 07.08.15, 19:30-23:30

2. Opis wydarzenia:

Pamiętam. Rytm, oddech. I raz, i dwa, i trzy... Nieprzerwanie, kilka godzin. Na pewno uciekałem. Przelewałem się przez skaliska i roślinność. Niemal jak przez palce, kultystów. Oni ścigali. Byli blisko. Stanowczo za blisko. Nie potrafiłem ich zgubić. Oni, nie potrafili pochwycić. Trudno sprecyzować ile czasu, odtworzyć ścieżki. Dnia, w którym opuściłem ciupę. Wydawało się, że wreszcie zniknęli. Odpuścili? Zgubili trop? Czekali, wiedziałem. Przestrzeń i czas, ma poczucie humoru. Aluzja, średnio fantazyjna. Na swój sposób... zabawna.

Wycelowano do mnie. Duża spluwa, stworzona do odbierania żyć zwierzynie.
Pierwszy kontakt, kosztował wiele. Wysokie mury, nie łatwo było sforsować. Ukryty obserwator kultu, niczego nie ułatwiał. Presja otwarcia ust, ponaglana pośpiechem stworzyła dość żałosną sytuację. Autentycznie nie wiedziałem co robić. Mój umysł obijał się o wnętrze czaszki. Komunikacja, nie wyszła najlepiej. Wiele czasu, strwoniłem na zbędnej paplaninie. Uświadomiłem ich o braku złych zamiarów. Starszy, Stażysta i Najstarszy. Łowcy. Oczekiwali na... bezsensowną rzeź, niefortunnie nazywaną przez nich "polowaniem". Kompletna... obraza, tego... najpierwotniejszego ujścia żądzy, zaspokojenia.Istoty rozumne, powinny mieć prawo polować jedynie w obliczu głodu. Żałośnie bezwartościowy sport.
Najmłodszy z nich był błędem, który wszystko ponaglił. Prawdopodobnie usłyszał w oddali ścigacze kultu. Biorąc ich za łowieckich ziomków, zwabił ich w naszym kierunku. Niebezpośrednio, nie ujawnili się jeszcze.
Walczyłem wewnątrz siebie. Obrabować ich? Ukraść ścigacz? Postrzelić? Ogłuszyć? Związać? Czy nie związać?
Stażysta, rozwiał moje wątpliwości. Odleciał. Straciłem transport, prawie. Tyle, że Starszy zawezwał go ponownie.
Tym razem odlecieliśmy wspólnie. Męcząca, upośledzona przez "atrakcje" technologiczne, istota.
Trwoniła życie grając w gry, a wystarczyło nadstawić ucha. Aby zrobić coś wartościowego. Wiatr bowiem śpiewał przepięknie. To chyba on mnie uspokoił, nawet uwierzyłem, że prześladowca jest już daleko.

Prostota umowy była odpowiednia. Warunek, zabieram cię, a ty zmyjesz podłogi.
Olbrzymiej, archaicznej budowli. Gdzieś wysoko. Niecodzienna stylizacja sakralna, jak na klub myśliwski. Fakt, faktem. W obecnym punkcie czasu, należała do łowców. Wszech obecna woń kurzu, wiekowości. Przyjemna i przytulna, jak płomień rozświetlający wnętrze. Dwie nawy odgradzały hol, a zarazem główną sień od części budowli, której nie zwiedziłem. Główne pomieszczenie ciągnęło w przód, otwierając cześć przywodzącą na myśl punkt religijny lub rytualny.

Przybyli szybciej niż się spodziewałem. Mop zabrzęczał o podłogę. Rozpętała się walka, niewiele mogłem zrobić w pojedynkę. Raniono mnie dwukrotnie. "Towarzysz" nie nadał się do niczego, był źródłem jazgotu wywołanego strachem. Starał się ukryć, bezskutecznie. Postawiono nas pod ścianą, rozbrojonych. Lufy skutecznie odwodziły akty agresji. Przynajmniej z mojej strony. Nie pamiętam zbyt dobrze, prawdopodobnie parę razy zostałem uderzony. Kultyści, niskiej rangi. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Widzieliście takich już wielu...
Zadawali pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Uprzednio... mówili wiele. Jedi, moc, baza, mistrzowie...
Pozwoliły mi wydedukować, klarowne podejrzenia co do mojego położenia. Wtedy zaczęli pytać.
Dlaczego opuściłem bazę, jaki mam stopień, jakie kody dostępu znam... wiele, wiele pytań zahaczających o informacje, leżące po za moją wiedzą. Podałem się za mechanika, ratowałem skórę. Swoją i tego chłopaka.
Mój język namawiał ich aby użyli mnie jako narzędzia przeciw wam. Chcieli gwarancji. Nie miałem zamiaru nikogo zabijać, jedynie dostać blaster... nie liczyłem na wiele, ale jeszcze była nadzieja. Wyłgałem chęć zabicia istoty, stojącej pod ścianą obok mnie. Desperacja zapaliła w niej płomień rozpaczliwej odwagi. Finalnie to on we mnie celował blasterem. Nawet zaproponowali mu wątpliwy zaszczyt zostania ich... bratem. Pozostawiono nas samych, pierwsze zabójstwo wymagało intymności. Chłopak zrozumiał po chwili, że do tej pory moje słowa były blefem. Wzmianka o rodzinie... wyzwoliła w nim szał mordu. Posadzka wyścielona została dwoma trupami.

Młody myśliwy za moją namową obrał kurs na bazę, która jak wydedukowałem należała do Jedi.
Nie rozumiałem wtedy zbyt wiele, nie miałem w głowie żadnego planu względem pozostawania u was.
Potrzebowałem informacji, aby wiedzieć w jaką kabałę zostałem wpakowany. Liczyłem na waszą przychylność ze względu na dysk, w którego byłem posiadaniu. Los ponownie zażartował sobie ze mnie. Krzyżując nasze ścieżki. Dostaliśmy się pod ostrzał. Mój towarzysz zdecydował się wlecieć za skały, aby umknąć strzelcowi w mroku. Zostawiliśmy maszynę, nie bardzo wiedząc gdzie jesteśmy udaliśmy się kolejno na zwiad. Najpierw on, bez efektów. Potem ja. Spacer przez czerń lasu był kojący, zdawał się odcinać pozornie od problemów, które kłębiły się w okół nas. Nie maszerowałem wcale długo, aż napotkałem... Mistrzynie i Padawana. Wyglądało na to, że mieli problem ze statkiem, który mógł okazać się nieocenioną pomocą w ucieczce. Dedukcja podpowiedziała mi ponownie, że ostrzał i uziemienie statku wcale nie miały różnych źródeł. Szczególnie jeśli przewożono w nim paliwo do waszego kompleksu. Potwierdzenie, rozbłysło po chwili. Wróg ujawnił się. Znów nastąpiły strzały, demaskując Padawana. Miecz świetlny i przeczący fizyce skok, na trasie do waszej bazy... nie pozostawiał mi wątpliwości. Pomogłem ze statkiem. Zgodziliście się zabrać mnie ze sobą. Łowca po prostu odleciał w swoją stronę. Tak dotarłem tu, gdzie teraz pisze ten raport.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

<Pod raportem znajduje się mapa prakith i wyszczególniony terenu. Powierzchni około trzydziestu kilometrów kwadratowych. Linia tworzy nieregularny kształt.>

4. Autor raportu: Adept Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

Re: Sprawozdania

Postautor: Ashtar Tey dodano: 17 wrz 2015, 12:01

Przebicie

1. Data, godzina zdarzenia: 30.06.15, 21:30 - 2:15

2. Opis wydarzenia:

Lot na Kessel poprzedziłem zapoznaniem się z panującą tam sytuacją. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest ciężka, obrona wykończona i trzymająca się resztkami sił, ale, mimo wszystko, stabilna. Uzyskanie kontroli nad droidami z pewnością dawało nadzieję na jeśli nie przełom, to przynajmniej postęp w działaniach. Pierwszym przystankiem było Droxu, gdzie miałem odebrać przygotowany dla mnie myśliwiec, na pokładzie którego miała się odbyć właściwa podróż. Na wskazanym lądowisku w porcie spotkałem mały komitet powitalny – żołnierza Nowej Republiki, miejscowego przedstawiciela sił porządkowych planety oraz dwóch innych mężczyzn. Ten drugi, Weequay, z miejsca rozpoczął swoje przesłuchanie – warto dodać, że skrajnie oficjalne i formalistyczne. Z początku interesował go stan maszyny oraz jej ładunek, czego, z oczywistych względów, nie mogłem wiedzieć. Niestety, z powodu neutralności Droxu podejrzeniom i głupim przepisom nie było końca. Choćby wyjątkowo nierozsądne pytania o to, czy nie zamierzam wywieźć z Kessel przyprawy bądź nielegalnych imigrantów. Po usłyszeniu moich zapewnień przeszliśmy do oględzin myśliwca. Jeden z mężczyzn, technik, krótko streścił stan statku oraz jego parametry. W międzyczasie próbowałem również dowiedzieć się co nieco o obecnej sytuacji na Kessel, jednak poza tym, że zrzucano tam okazjonalną pomoc, nie było to nic nowego. Gdy upierdliwa ciekawość urzędnika została już zaspokojona, nie pozostało nic innego, jak wylot z Droxu.

Lot upłynął mi głównie na koncentracji oraz medytacji. Z pewnością był o wiele wygodniejszy niż poprzedni. Przebrnięcie przez gąszcz anomalii grawitacyjnych nie nastręczyło większych problemów mimo, że wymagało sporego skupienia. Zaraz po wylądowaniu automatycznie przestawiłem się na wyższy poziom zmysłów, dokładnie badając okolicę. Co okazało się złym pomysłem, bo za bardzo mnie uśpiło. Stary odruch okazał się tym razem zgubny – przeciwnicy, niemożliwi do wykrycia w ten sposób zaskoczyli mnie z zasadzki na moście prowadzącym do bazy. Nie reagując dość szybko, otrzymałem pierwszy celny cios – prosto w bok brzucha. Pozbierawszy się z ziemi oceniłem sytuację – stało przede mną trzech Yuuzhańskich wojowników. I ponownie popełniłem taktyczny błąd, z czego sprawę zdałem sobie dopiero sporo później. Słusznie uznając, że w walce z taką liczbą i na tym terenie skuteczne będzie nastawienie się na szerokie cięcia i kontry, zacząłem posługiwać się Djem So. Dopiero bo dłuższym czasie dotarło do mnie, że mój miecz posiada kryształ o tak słabej sile, że lekkie nacięcia krawędziami mieczy są niczym dla ich pancerzy. Od tej pory przestawiłem się na czystą szermierkę, a Yuuzhanie padali jeden po drugim, w czym pomogła mi nieco automatyczna obrona bazy.

Trafiłem wreszcie do placówki, którą wcześniej odwiedzili Elia z Fenderusem. Sytuacja wyglądała nieco lepiej niż ostatnio. Pomimo zmęczenia, nie było widać przejawów paniki czy powolnego popadania w szaleństwo. Dominował raczej chłodny fatalizm. Po krótkim zapoznaniu przeszliśmy do omawiania konkretów. Celem okazał się były ośrodek wydobywczy, w którym pracowało niegdyś wielu pracowników, a który obecnie najwyraźniej służył za główną bazę wypadową dla Yuuzhanów. Problem polegał na tym, że możliwa była tam dalsza obecność cywili. A z ich rozpoznawaniem przeprogramowane droidy najwyraźniej miały problemy. Liczyłem przynajmniej na ich wykorzystanie w celach dywersyjnych, poprzez atak na inną, mniejszą placówkę w okolicy, jednak także to okazało się niemożliwe. Musiałem działać w pojedynkę. A działanie było proste – zrobić zamieszanie, wybić Yuuzhanów, ewakuować cywili i wysadzić co się da. Po uzyskaniu niezbędnych informacji oraz podręcznego zapasu detonitu, miałem zamiar ruszyć w drogę. Zakłócił to jednak niewielki incydent z martwym Amphistaffem, który na szczęście rozwiązali sami żołnierze. Otrzymawszy cenną jak się potem okazało przestrogę dotyczącą jadu tych istot, nie zwlekając dłużej skierowałem się do swojego myśliwca.

Placówka przerobiona na bazę wroga okazała się rzeczywiście całkiem spora. I broniona. Zaledwie moment po opuszczeniu kokpitu zwarłem się w walce z dwoma strażnikami patrolującymi dach. Na szczęście nauczony doświadczeniem i zdając sobie sprawę z ograniczeń własnego miecza walka tym razem obyła się bez zbędnych komplikacji. Rozpocząłem rekonesans, który okazał się być wyjątkowo trudny. Z jednej strony, szukałem w Mocy śladu aur wiedząc, że mogą mi wskazać miejsce pobytu więźniów. Z drugiej, musiałem zachować niezachwianą czujność, wsłuchując się we wszelkie dźwięki, które mogłyby zdradzić Yuuzhański patrol. Po trzecie wreszcie, rozglądałem się za czymś, co wyglądało na warte do wysadzenia. Bo jak coś takiego mogło wyglądać, jeszcze nie wiedziałem. Zmysły szybko podpowiedziały mi, że rzeczywiście, w środku znajdują się żywe osoby. Chwilę później stałem już przed nimi twarzą w twarz. Ale nie byli to więźniowie.

To byli pracownicy tej placówki, którzy nadal w niej pracowali. Tyle, że dla Yuuzhanów. Nieco zaskoczony tą sytuacją, szybko zacząłem składać całą historię w całość. Byli potrzebni, bo Yuuzhanie przecież też potrzebowali zapasów, więc część z nich zostawiono przy życiu. Jeden z nich dał nawet radę porozumieć się z Yuuzhanami, najwyraźniej ucząc się w jakimś stopniu ich języka. Na sugestię ucieczki reagowali panicznie, zapewniając mnie o tym, że sytuacja jest nawet lepsza niż wcześniej. Szybko zmieniłem taktykę wiedząc, że strach nie pozwoli im wykonać jakiegokolwiek działania, nie mówiąc o zaufaniu mi. Złagodziłem ton, sugerując, że również według mnie całość nie przedstawia się tak źle. I, obawiając się wezwania patrolu, odszedłem na bok w celu kontaktu z bazą.

Chwila przerwy pozwoliła mi na zebranie myśli i ułożenie planu. Wróciłem do kwater robotników i przedstawiłem się im jako kontroler, który jedynie ich testował. Opowiedziałem im wymyślone naprędce kłamstwo o tym, że żadne transporty z placówki nie wyjdą z powodu spodziewanego ataku. Z tego powodu konieczna jest ewakuacja. Okazało się to dobrym pomysłem – nie uwierzyli mi na słowo, ale pozbyłem się części podejrzeń i zdobyłem nieco zaufania. Zgodzili się na wylot, ale tylko pod warunkiem znalezienia logistyka – tego, który pośredniczył w kontaktach z Yuuzhanami. Wskazali mi miejsce jego pobytu, a ja spodziewałem się, że to dobry kierunek zbliżający mnie do celu.

Wskazany rurociąg zaprowadził mnie w głąb skalistego wzgórza, na którym wzniesiona była placówka. Instynktownie czułem, że jeśli jest na tej skale coś wartego wysadzenia, to z pewnością jest ukryte w środku. W przeciwieństwie do samego budynku, ta część była bardzo dobrze strzeżona. Już po wjechaniu windą czekało na mnie dwóch strażników. Na szczęście, pomimo początkowego odruchu sięgnięcia po miecz, powstrzymałem się i zaryzykowałem udaniem kontrolera. Co i tak nie miało znaczenia, bo nie rozumieliśmy się nawzajem, a Yuuzhanie najwyraźniej byli przyzwyczajeni do okazjonalnych wizyt robotników. Przemierzałem podziemne korytarze, rozglądając się uważnie i pozorując sprawdzanie stanu technicznego budynku, jednocześnie udając wystraszonego i uniżonego. Podziałało, także podczas prób prowokowania mnie – zwyczajnie się mną nudzili i odpuszczali. Śladu po logistyku jednak nie było, także w Mocy.

Wreszcie jednak szczęście uśmiechnęło się do mnie i znalazłem to, czego szukałem. Hangar, a w nim kilka, kilkanaście statków. Żyjących i reagujących na moją obecność statków. Uznałem, że ciężko o lepszy cel do wykorzystania detonitu. Całość musiała być jednak rozegrana idealnie, co do centymetra – moje zapasy były niewielkie i musiały być wykorzystane w pełni. Wiedząc, że mam bardzo mało czasu, przystąpiłem do działania.

Szybko osiągnąłem pełną koncentrację, a wraz z nią, pełne wyostrzenie i połączenie zmysłów. Całość zlała się w jedno, a granica pomiędzy poziomami percepcji przestała mieć znaczenie. Na ten krótki moment także czas przestał mieć znaczenie – bo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlały się w jedno. I gdy przyszła chwila, gdy poczułem wszystko, moje ciało same wykonało rozkazy. Jedna ręka wyrzuciła pojemnik z detonitem aż pod sam sufit, na idealną wysokość. Druga sięgnęła po jeden z granatów, który zaraz potem powędrował w stronę rur na ścianie, gdzie kazał mi go rzucić czysty instynkt i przeczucie. Najtrudniejszy jednak był ostatni etap. W ułamek sekundy odwróciłem się i rzuciłem do biegu w kierunku wyjścia z hangaru, jednocześnie odpinając za pomocą Mocy pozostałe granaty wiszące u pasa. I posłałem je w stronę epicentrum wybuchu, tam, gdzie za chwilę miał się znaleźć pojemnik z detonitem – w samym środku hangaru, pośród potwornych statków. Całość splotła się w jedno, a detonacja granatów nastąpiła idealnie w tym samym momencie, co wybuch ostatniego, przy rurach. Wysiłek zaćmił mi na chwilę umysł, jednak teraz nie miało to już znaczenia – rzuciłem się do dzikiego biegu przez podziemia w stronę wyjścia. Mając za sobą ogłuszający ryk wybuchów oraz wściekłe krzyki Yuuzhanów wbiegłem do windy. Od ucieczki przez rury dzieliło mnie tylko jedno pomieszczenie i drzwi na jego końcu. Byłem pewny, że zdążę, że już mnie nie dogonią. Myliłem się.

Wyprzedził mnie jad Amphistaffa, który wystrzelony z dużą prędkością zniszczył mechanizm drzwi, blokując mi wyjście. Przez chwilę próbowałem przepalić wrota mieczem, jednak ponownie zawiódł mnie kryształ. Nie było jak uniknąć walki. Wykorzystując jeszcze kilka zyskanych nad pościgiem sekund, zaaplikowałem stymulant. I rzuciłem się w środek walki. Yuuzhanów było kilku, a teren zbyt otwarty, bym mógł bronić się z każdej strony. Szybko otrzymałem silny cios w lewą rękę. Na szczęście, potrzebna mi była tylko prawa. Jeden z przeciwników padł na ziemię, brocząc krwią. Nie powstrzymało to jednak reszty. Następny cios był o wiele bardziej dotkliwy – kij wgryzł mi się w biodro, wyrywając sporą jego część. A ja przypomniałem sobie wtedy słowa żołnierza o jadzie. I o tym, co trzeba będzie z tym zrobić.

Być może fakt, że musiałem w jak najszybszej przyszłości wypalić sobie dziurę w miejscu świeżej rany sprawił, że szybciej poradziłem sobie z pozostałymi przeciwnikami. Zamroczony utratą krwi i wysiłkiem, niewiele pamiętam z reszty tamtej walki oraz ucieczki. Tylko obrazy. Wypalona mieczem dziura w drzwiach. Drugi stymulant. Zaciśnięte do bólu szczęki zęby. Włożenie miecza w ranę. A potem szaleńczy bieg śmierdzącymi rurami na powierzchnię.

Na powierzchnię, gdzie czekał na mnie kolejny komitet powitalny. Próbowałem doskoczyć do myśliwca. Ponownie nie zdążyłem. Walka nie miała sensu, nie miałem na nią sił. Zdecydowałem się po prostu uciekać, licząc na zgubienie drugiego pościgu. Wtedy jednak zdarzyło się coś niespodziewanego – jeden z Yuuzhanów przemówił w basicu. A mnie zwyczajnie tak bardzo zatkało, że przestałem uciekać. Posłuchałem krótkiego rozkazu i się poddałem, bardziej zaciekawiony niż przestraszony sytuacją. Yuuzhanin, najwyraźniej dowódca, mówił bardzo prostym i łamanym językiem, ale zrozumiałym. Nie mówił w sumie nic ciekawego – poza tym, że nie zabili cywili, bo jeden z nich zaproponował Imperium dobry układ. Plus miało to opóźnić nas, Jedi. Dowódca był wyraźnie zawiedziony tym, że się nie udało. Wyglądało, że chcą mnie do czegoś wykorzystać, ale zanim zdążyłem zrozumieć do czego, jeden z Yuuzhanów okazał się wcale nim nie być.

Droid Kaana, uzbrojony w strzelający elektrycznością kij zaczął siać chaos i spustoszenie wśród pilnujących mnie strażników. Nie czekając na to, aż ochłoną rzuciłem się do wspólnej walki. Szybko pozbyliśmy się przybocznych, zostawiając na polu walki jedynie dowódcę. Nastąpiła długa, przeciągająca się potyczka, pełna pościgów po dachach placówki i wymiany ciosów. Dowódca otrzymał jeden cios, padł, wstał. Drugi cios, po którym nadal udało mu się podnieść. W międzyczasie pomagający mi droid otrzymał cios w korpus, który wyłączył go z dalszej walki. Dopiero trzeci cios ostatecznie unieruchomił mojego przeciwnika, kończąc jak się okazało całą misję.

Mój komunikator odezwał się zimnym, skrajnie obojętnym głosem. Głosem Kaana, który już znałem. W zasadzie nie była to rozmowa, a otrzymanie rozkazów. Miałem zostawić Yuuzhańskiego lidera wojennego Aakula Baana przy życiu celem wydobycia informacji. Cywilami miał się zająć droid. Nie mając ani sił, ani ochoty na dalszą walkę, zdecydowałem się zaufać wypranemu z emocji rozmówcy i udałem się do myśliwca, podrywając go od razu do lotu. Zdałem jeszcze krótki raport do bazy. Niechętnie, z konieczności. Potem był już tylko absolutny spokój i cisza kokpitu niosącego mnie w przestrzeń myśliwca.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Przepraszam za potężne opóźnienie.

4. Autor raportu: Rycerz Gluppor
Awatar użytkownika
Ashtar Tey
Rycerz Jedi
 
Posty: 1652
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Gluppor

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 19 wrz 2015, 18:33

Schronienie

1. Data, godzina zdarzenia: 18.09.15 (20:30-2:00)

2. Opis wydarzenia:

Hapes – przepych, bogactwo, imponująca architektura i sztuka. Państwo kobiet ceniących piękno i intrygi. Tam właśnie udaliśmy się z prośbą o azyl dla uchodźców, zgodnie z ustaleniami Padawana Sorena i byłej hapańskiej dyplomatki, Ashary Danadris.

W zadaniu towarzyszył mi mój Padawan. W matriarchalnym społeczeństwie osobników płci męskiej traktuje się niemal z pobłażaniem, dlatego od razu ustaliliśmy, że Fenderus zostanie kimś w rodzaju służącego. Pani Danadris poradziła nam również nie ujawniać naszej przynależności do Zakonu - Jedi na Hapes wciąż są witani z mieszanymi uczuciami, co ma swoje korzenie w zamierzchłych czasach i dawno nieistotnych konfliktach.

W czyim imieniu mieliśmy występować? Reprezentowanie Republiki byłoby farsą, do Jedi zaś nie mogliśmy się przyznać. Zostaliśmy, wobec tego, oficjalnymi reprezentantami uchodźców – na ten cel przybraliśmy fałszywą, naprędce wymyśloną tożsamość mieszkańców Zyggerii, nieistotnego światka, który zaproponował mój wykształcony geograficznie Padawan. Pomysł okazał się wyborny.

Jeszcze na pokładzie korwety przeprowadziliśmy długą, pouczającą dyskusję z Panią Danadris, co pozwoliło nam ułożyć plan negocjacji, ustalić ewentualne benefity migracji, wydzielić kolejne karty przetargowe. Muszę przyznać, że pokład opuszczałam z głową pełną pomysłów: podstawą proponowanego układu było dostarczenie taniej siły roboczej, samowystarczalnego społeczeństwa zawierającego zarówno jednostki wykształcone i wybitne, jak i te po prostu sprawne fizycznie. Taka grupa mogłaby zająć niewykorzystane jeszcze planety Gromady Hapes i, wspólną pracą, wzbogacić cały system. Jeśli to okazałoby się niewystarczające, byliśmy gotowi obiecać stosunek lenny planet odzyskanych po wojnie – lub choćby ścisłe relacje handlowe. To niepewna i dość ryzykowna opcja, zważywszy na to, że nie występowaliśmy w imieniu żadnego rządu planetarnego, tylko migrującej zbiorowości, a obiecywane planety były w stanie nie rokującym na nic w przeciągu kolejnych dziesięcioleci. Niemniej, była to opcja, po którą mogliśmy sięgnąć, gdyby nic innego nie odniosło skutku. Trzecią, podsunietą przez Panią Danadris możliwością było ujawnienie się jako Jedi i obietnica, że podejmiemy próby przekonania hapańskiej ksieżniczki Tenel Ka do opuszczenia Prakseum i powrotu na rodzinną planetę. Niepewne, bardzo śliskie i nieprzyjemne zagranie – jednak pozostawało kołem ratunkowym w razie kompletnej porażki innych dróg perswazji.

W Pałacu czekało nas nieco pompatyczne, ale uprzejme przyjęcie. Osobista przewodniczka zaprowadziła nas pod salę Rady Konsorcjum Hapes. Po szybkiej rewizji (szczęśliwie, nasze miecze nie zostały zidentyfikowane), wpuszczono nas do imponującej sali, która pomieścić mogłaby cały tłum radnych i petentów. Z licznych krzeseł ustawionych w szerokim kręgu zajęte były wyłącznie trzy. Szybko dało się odczuć, że prawdziwymi rozmówcami będą tam dla nas dwie kobiety w formalnych strojach; trzecia osoba, mężczyzna, pełniła rolę nieco pomiatanego sekretarza.

Fenderus wciąż genialnie odgrywał rolę mojego sługi, Ruqqa, ja natomiast zajęłam się negocjacjami. Starałam się mówić możliwie rzeczowo i pewnie – przedstawiłam w ten sposób naszą prośbę i propozycję pracy w zamian za azyl udzielony uchodźcom. Padło naprawdę wiele słów, sporo pytań, uściśleń. Musieliśmy zrobić pozytywne wrażenie, bo Rada nastawiona była dość przychylnie, a sam pomysł został ostatecznie przyjęty ze względnym entuzjazmem. Pozwolę sobie streścić główne założenia:

1. Konsorcjum Hapes przyjmie tylko tych imigrantów, którzy są w stanie wylegitymować się ważnymi dokumentami potwierdzającymi tożsamość.

2. Konsorcjum Hapes odmawia przyjęcia osób notowanych w bazach danych Nowej Republiki, bez możliwości odwołania.

3. Za wstepną weryfikację i selekcję migrantów odpowiedzialna jest Nowa Republika. Ponadto, zobowiązuje się ona zapewnić transport powrotny dla osób nie spełniających wymogów Konsorcjum Hapes.

4. Migranci są zobowiązani do pracy na rzecz Konsorcjum Hapes w ramach zapłaty za udzielenie azylu, aż do zakończenia pobytu.

5. Konsorcjum Hapes ma decydujący głos w kwestiach zagospodarowania terenu, tworzenia miejsc pracy, rearanżacji światów oddanych pod zasiedlenie.

6. Społeczność migrantów zostanie odgórnie podzielona na grupy z własnym zarządem, organem porządkowym i zwierzchnikiem ds. pracy na rzecz Hapes – za te kwestie odpowiada Nowa Republika w porozumieniu z migrantami. Powyższa organizacja musi być ustalona przed sprowadzeniem migrantów na obszar Gromady Hapes.



Projekt zaakceptował pełniący rolę zastępcy głowy państwa książę Isolder, oficjalne dokumenty natomiast mają trafić na biurko Pani Organy Solo w najbliższym czasie. Tym samym, nasza misja została zakończona sukcesem – pożegnaliśmy się grzecznie z Radą Konsorcjum i wróciliśmy na statek, którym Pani Danadris odwiozła nas bezpiecznie do domu. Udało mi się zdefraudować kilka pokładowych kanapek, co pozwoli nam obniżyć koszty wyżywienia bazy o jakieś dziesięć kredytów.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Być może warunki, jakie zapewniliśmy uchodźcom na Hapes nie są najbardziej komfortowe, jednak ci, którzy będą chętni pracować za pewne schronienie, znajdą tam swoje miejsce. Ciężko nazwać Hapes bezdusznym, barbarzyńskim miejscem, warunki wyglądają na przyzwoite, poziom rozwoju technologicznego jest obiecujący. To dość wątle podstawy, by określić szansę wyzysku migrantów, jednak dla wielu z nich taki azyl będzie jedyną alternatywa w obliczu śmierci. Lepiej żyć tak – niż nie żyć wcale.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 1786
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 20 wrz 2015, 18:05

Bogactwo
Co uciekło Uczniom Jedi
Uczeń Jedi Siad Avidhal/Uczeń Jedi Fenderus


1. Data, godzina zdarzenia: 09.09.15 (21:30-2:00) oraz 13.09.15 (18:00-23:00)

2. Opis wydarzenia:

Od razu jak dotarliśmy na Aargau, z nieba spadły trudności. Uwięziono nas w porcie na kilka dni z powodu poszukiwań jakiś przestępców i wielkiej blokady... Nie było tak źle, bo prom był świetny do życia, a pilotom dostarczano jedzenie, więc... mieliśmy kilka dni urlopu, odpoczynku i całkiem fajnego jedzenia, ale to szło zwariować od siedzenia w tych samych czterech ścianach.

Długo zajęło nam odprawa i przeszukanie, postanowiliśmy zostawić miecze na statku, na Aargau przenoszenie broni przez przyjezdnych to od razu kara śmierci. Pomyśleliśmy, że w razie potrzeby będziemy spieprzać... W końcu Aargau to planeta prawa, nie? Zamęczyliśmy się, jak przeszukiwaliśmy HoloNet i bazy danych, żeby znaleźć na jakim osiedlu mieszkają Gennarowie, jak wygląda nastoletni narkoman... No ale w końcu się udało i wybraliśmy się komunikacją publiczną do tego osiedla. Własnymi statkami ludzie spoza Aargau nie mogą latać, bo jest za duży ruch. To żaden problem, świetnie się lata ich statkami...

Prawdziwy problem to było to wielkie osiedle snobów... Znaleźliśmy blok, widzieliśmy jak Gennar wychodzi, ale nie zdążyłem go zatrzymać, jak wsiadał do Y-Winga i dokądś poleciał. To był na pewno on, jak na zdjęciach. No i... Tu się zaczęło... To nie było normalne zamknięte, chronione osiedle z ludźmi, co to żyją w świętym spokoju, czysto i bezpiecznie, jakich tam z miliony są pewnie... tylko banda ludzi, co każdym słowem chcieli leczyć kompleksy. Wszędzie ochrona podobna do żołnierzy reżimu totalitarnego. Podejście do człowieka i zapytanie go o coś to naprzykrzanie, chodzenie i czekanie na kogoś wygląda podejrzanie. Czułem się jak pod bramami pałacu królewskiego... Ale tam to większa kultura. Tu pod eleganckim słownictwem siedziało chamstwo i bufonada na rekordy. Siad grał eleganckiego Kalamarianina, a ja wieśniackiego pracownika, ale obaj byliśmy traktowani jak choroba. Nie można było do nikogo zagadać, bo pierwsza próba podejścia i zagadania była "naprzykrzaniem", albo naprzykrzaniem było powtórzenie pytania trzeci raz do kogoś, co to nic nie odpowiadał i wykręcał nowe połączenia. Ogólnie to powiem tak, godzina chodzenia bez sensu i totalna strata czasu. Zagadać do kogoś to zbrodnia, użyteczny człowiek to dar od Mocy, a my musimy w jakiś sposób wpaść na to, dokąd Gennar ćpun sobie poleciał. Więcej sensu by miała próba oduczenia Redge’a onanizacji... Rozwiązaniem się okazała rozmowa z taksiarzem i pijanym klientem... Trafiliśmy na nich przypadkiem po najgorszej godzinie życia. Taksiarz trochę znał miejscowych ludzi, kojarzył Gennara, kojarzył kluby... Ciekawe jak, skoro on własnym myśliwcem latał? Ale nic mnie to nie obchodzi, coś się dogadaliśmy, coś wyciągnęliśmy... Siad sprzedał wyzerowaną holodatę, żeby zapłacić za przewóz do części miasta, do której Gennar latał.

W tamtej okolicy było dużo lepiej... Bez snobów i bezpieki... Trochę spaceru, rodiański, sympatyczny ćpun... Znaleźliśmy kantynę w podziemiu, zaczęliśmy gadać, spacerować, znaleźliśmy Ethana i faceta, co mu coś sprzedawał, podsłuchaliśmy parę zdań... Było nieźle. Ethan i ten facet wyszli na ubocze, za jakieś zablokowane drzwi... No i zaczęło się. Uczepił się do nas koleś, który bardzo chciał nas zaciągnąć do poprawnej łazienki, zamiast do nich... Nie dawał się spławić, ale Siadowi się udało go pozbyć. Próbowałem złamać szyfry, które blokowały miejsce, do którego weszli, ale słabo mi to szło, no a potem drzwi się same otworzyły. Co ja tu powiem, za mało byliśmy zdecydowani. Nie wiedziałem, czy wchodzić do środka i szukać drugiego człowieka, pewnie dilera, który zniknął, czy zająć się Ethanem, który wyszedł... pewnie po skończonej transakcji. No i się nam posypało. Ethan za wiele nie mówił, ale myślę, że dobrze nam poszło z przyciśnięciem go... Chyba wygadał co wiedział, ale tego było tak mało, że to szkoda komentować. A co w magazynie? Diler sobie zniknął. Szukaliśmy go... I zniknął. Pewno miał jakieś przejście, ale my zostaliśmy z niczym...

Nie poddaliśmy się i postanowiliśmy go szukać, bo nie straciliśmy za dużo czasu. Chyba byliśmy szybcy... Albo diler wolny. Był w innym barze, na wyższych częściach miasta. Jadł, pił... Tam to nam dobrze poszło. Siedzieliśmy i go obserwowaliśmy, wyładowywał się na jakimś biednym Ithorianinie, który chyba się dobrze do nas nastawił dzięki temu. W planach było, żeby nie dać mu wyjść. Próbował dyskretnie wyjść tyłami, ale przyparliśmy go do muru. Zwiał do kuchni, ale my byliśmy krok za nim... No i przez to wszyscy ładnie przywaliliśmy, jak spadliśmy do ciemnej kuchni bez światła. Wpadliśmy tam jak domino... I może zasnęliśmy na chwilę? Tak mi się wydaje... Nie jestem pewien...

W kuchni zaczęło się nasze małe "przesłuchanie". Mieliśmy dilera narkotyków pod nosem, w małej kuchni, z daleka od niepotrzebnych oczu... No i można było zacząć działać. Przestraszony Ithorianin nie chciał robić nikomu problemu i gdzieś uciekł, nie wiemy gdzie, ale na pewno nic mu się nie stało, więc mogliśmy się wziąć do roboty. My mieliśmy jasny cel... Diler miał nam wygadać, od kogo ma towar, kto jest "wyżej" w ich hierarchii... Wszystko o wszystkim, co stoi nad nim, a w zamian spieprza i o nim zapominamy. Miałem sporo planów, jakie rzeczy od niego wyciągniemy... Planowałem kazać mu się skontaktować, wspomnieć o Aqualishu i Kalamarianinie, co to weszli z nim w biznes... No, miałem gros pomysłów... Ale co z tego wyszło? Nie za wiele...

Diler był baardzo oporny... I mówił cały czas, że Ithorianin wezwie policję, no a to było bardzo możliwe w takiej sytuacji. Mieliśmy mało czasu, nie widział, czemu spieprzył sprawę i nie przekonywało go, że w zamian za informacje nie pójdzie do pierdla... więc że tak powiem, zabraliśmy się do szybkiej roboty. Chcecie znać opowieści, co zrobiliśmy z nim przy pomocy rozgrzanej patelni i siadowych paznokci? Pewnie nie. Lecz powiedzmy, że zaczął gadać i szybko go przekonaliśmy, że musi do nas podejść odpowiednio poważnie...

Dowiedzieliśmy się, że ma spotkania w kanałach i że towar dostaje w umówionym miejscu, nie ma stałego terminarza i pewnie mało wie o swoich szefach, jeśli nie kłamał. Postawiliśmy pierwsze kroki na dobrej drodze, ale do kuchni wszedł zdenerwowany klient. Wszystko zaczęło się sypać...

Klient był oburzony zniknięciem Ithorianina i brakiem jedzenia. Siad próbował go udobruchać, ale... Diler zaczął wpędzać nas w kłopoty. To była najgłupsza kłótnia, jaką widziałem. Byliśmy w kropce, bo udawaliśmy pracowników, a on jednego z nas, ale w taki sposób, że tylko bardziej wkurzał tego bufona, no i nie było w jaki sposób go uciszyć... Co jakiś czas wydawało się, że próbuje nam pomóc, żeby siebie też wydostać z bagna, ale tyle samo razy wkurzał klienta i bardzo dobrze pomyślane pomysły Siada wysyłał do diabła. To co tam wybuchło, to była najgłupsza kłótnia, jaką widziałem. Ja próbowałem uciszyć dilera, Siad kilka razy zmieniał pomysły na obronę i sobie radził. Dilera nie dawało się uciszyć, bo udawał jednego z nas i nie wiedzieliśmy, w co on w ogóle gra, bo czasami jego gadki pomagały... A czasami rozwalał całe bajerowanie. Klient chciał od nas dostać dokumenty, zamierzał informować inspekcję pracy, był przerażony zachowaniem dilera, tym co mu zrobiliśmy z gęby i zamieszaniem, zaginięciem Ithorianina... Było coraz gorzej, ale diler zaczął się uspokajać. Dziesięć minut najbardziej popieprzonej kłótni wyglądało jak coś, co go uciszyło i chciałby z tego z nami wyjść. Siad wpadł na pomysł na poziomie Zila i do przerażonego klienta, co już policję wzywał, powiedział, że zrobimy mu zamówionego burgera... Ale podziałało, bo jak Siad zaczął mówić, że jesteśmy studentami i dorabiamy na czarno i błagał o zlitowanie, to chyba wyluzował. Pouczał nas jak Rycerz Jedi, ale byliśmy blisko... No, ale nie pomyślałem, że wściekły diler poza opróżnieniem jelit do hamburgera na wynos, to zamiast dać mu wyjść i mieć spokój, postanowi wepchnąć mu to do gardła. Dużo zapłaciłem za to, że nie chciałem się wtrącać, żeby przypadkiem nie wydało się przed spakowaniem hamburgera, co ten imbecyl z nim zrobił... I myślałem, że nie chce się wkopać z nami, bo cały czas mówił, że próbuje jakoś pomóc. Nie wychodziło mu, ale jakby wpadł razem z nami, to też by po nim było, no ale... Przeliczyłem się...

Nie mam siły mówić, co było dalej. Klient wpadł w yuuzhańską furię, wyjął pistolet i kazał leżeć, a on wezwie policję. Do kuchni wszedł inny człowiek i też wyjął pistolet na widok tego, a my byliśmy uziemieni. Nie miałem pomysłu co robić... Siad się poddał i z wielką siłą rzucił nimi o ścianę, tak że obaj stracili przytomność.

To wszystko było tak głupie, weszliśmy w takie bagno, że miałem totalnie pusto w głowie. Siad zabrał broń, a ja ich okradłem, żebyśmy nie musieli znowu czegoś sprzedawać. Pięćset kredytów, wróciliśmy z pełnymi kieszeniami... Kurwa...

Po wyjściu okazało się, że iść z wolnym dilerem było dużą pomyłką. Po tygodniu to łatwo pomyśleć, co można było zrobić lepiej... można było go uśpić i wynieść jako pijaka, albo zapakować do chłodni, albo przesłuchać w pięć minut na miejscu, zanim policja by przyjechała, bo ten drugi klient ją wezwał. My wyszliśmy z nim i chcieliśmy go zaprowadzić za sobą w ustronne miejsce... Ale ulice były patrolowane, a ten pajac siedział i donośnie kazał go zostawić w spokoju i tak dalej. Przez lokalne patrole nie mogliśmy nic zrobić, wykołował nas tak w najbardziej prosty sposób... Nie mogliśmy mu nic zrobić, pewnie miał przy sobie narkotyki, ale po akcji w kuchni wszystkich czekałoby parę tygodni w więzieniu i sądy. Byliśmy debilami i obaj nie wpadliśmy na to, że po czymś takim wszyscy jesteśmy "podejrzani" i wszyscy razem nic nie możemy zrobić publicznie. Wyjście z nim z tej kuchni to było najgłupsze, co zrobiliśmy. W ten sposób straciliśmy swój łącznik... Diler poszedł w publiczne miejsce od razu, a nam nic nie zostało.

Ze Siadem zeszliśmy do kanałów, przeglądaliśmy je, bo to było jedyne, co się dowiedzieliśmy. Diler mówił nam "na pożegnanie", żebyśmy odpuścili bo nas okłamał, no ale to mogło znaczyć tym bardziej, że to prawdziwy trop. Godzina poszukiwań, lokalny ćpun, który nic nie wiedział i pamiętał Rodianina, co to zniknął z biznesu miesiąc temu. Wróciliśmy się do tej samej kantyny... I zaczęliśmy zagadywać o "mocny towar" i tak dalej. Tutaj to tylko Siad rozmawiał, ja płaciłem za alkohol, a Siad próbował na różne pomysły podejść barmana i coś zbadać... Nic z tego nie wychodziło, a na końcu z tego wyszło pieprzenie bez sensu o niczym i gadki, co to nigdzie nie prowadziły. Spędziliśmy tam dużo czasu na tym... No i to wszystko.

Spieprzyliśmy sprawę, to wszystko przez utratę dilera... Ale nie chce mi się tego podsumowywać, macie wszystko napisane i widzicie, co zgubiliśmy i co zawaliliśmy... Wróciliśmy na Prakith po wyrzuceniu pistoletów na śmieci i dokładnej odprawie.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Straty: środki na podróż, nie znam szczegółów bez podsumowania misji, oraz holodata Siada
Zyski: trochę jedzenia, około 500 kredytów, co oddałem Mistrzyni

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 467
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Bar'a'ka dodano: 12 paź 2015, 16:46

Schowek

1. Data, godzina zdarzenia: 30.08.15, 23:00-3:00; 31.08.15, 17:00-22:00

2. Opis wydarzenia:

Zwłoka, trwała zbyt długo. Musicie sobie uświadomić, że odebranie komuś życia pozostawia na nas rysę. Rozdarcie, którego do końca swych dni musi zostać strzeżone, bo będzie ulatywać z niego nieokiełznany potok, popędów. Każdym z nas targają. Poddają próbom. Wolność. Emocje. Fizjologie. Seksualność. I ich symbolikę. Brnę ku jednej prostej myśli. Nie mamy prawa odbierać żywota, bez konieczności ratowania własnego. Dylemat pojawił się w obliczu śmierci... Trwam w tym przekonaniu, ale zabrakło mi sił aby je dopełnić. Instynkt przetrwania, pchnął nożem.

Wylecieliśmy nocą, doba dobijała do kresu. Trasa mijała odprężająco, mimo uszczypnięć mrozu. Górski ostęp Prakith zaprawdę powala swym monumentalizmem. Nawet jeżeli w galaktyce istnieje wiele większych pasm. Prall na horyzoncie powitało nas niebawem. Zlokalizowaliśmy cel, wieżowiec mieszkalny. Jedno z mieszkań detektyw uczynił swym biurem. Dopiero dzisiaj, uświadamiam sobie jakie ruchy wykonać mogliśby, aby potoczyć wszystkim inaczej. Błąd pierwszy nastąpił od razu, parkowanie pod wejściem.

Społeczność sąsiedzka, miała dość niepokoi. Morderstwo, włamanie, incydent detektywa. Przywitał nas, ochotniczy stróż. Grubszy, spokojny, przepracowany, facet w podeszłym wieku. Jak większość mniej zamożnych, którzy mają kilka lat żywota na barkach. Prosty umysł. Krótka wymiana zdań, parę blefów związanych z wyimaginowanym kolegą, któremu czyniliśmy przyjemną niespodziankę. Dalsza droga, windami ku górze. Komplikowana źle zakomponowanymi mechanizmami sterującymi. Na ostatnim piętrze, pole siłowe. Wyrwanie panelu, potem odcięcie zasilania. Mało problematyczne. Do mieszkania wpełzliśmy jak gryzonie, po cichu. Wydawało się, że nie zwróciliśmy niczyjej uwagi. Terminal był bezwartościowy, ograbiony. Brak dysku systemowego. Zero strat. Skrytka okazuje się pełna, dyski z danymi, papiery, pieniądze i torba przyprawy. Wychodzenie po rynnie było porywczym czynem. Marna była gra ciężaru i jego rozłożenia na metalowej rurze. Upadek z niskiej wysokości, nie uszczerbił nas niczym poważniejszym niż stłuczenia. Zwrócił za to czyjąś uwagę. Komplikacje z ochotniczym stróżem, wymigiwanie się od służb policyjnych. Kilka kłamstw powierzchownie zahaczających o dziwne zdarzenie w budynku, zaciętą windę, mieszkanie jak po włamaniu i przymus wychodzenia po rynnie. Wszystko udało się nam wyłożyć klarownie, prawdopodobnie wzbudzić zrozumienie w mężczyźnie. Pomogła wzmianka o trudnym szefie i cięciach etatów związanych ze spóźnieniem na prom do pracy. Oprócz całej afery z windą, wystąpił poboczny problem. Brak ścigacza, niezbyt zaskakującym trafem, po chwili maszynę zwrócono. Kierowca z początku udawał naszego znajomego, grając jednocześnie właściciela maszyny. Musieliśmy działać szybko, bo stróż się niecierpliwił. Pragnął wezwać służby porządkowe. Kłótnia Angara nie prowadziła do niczego, ściągnęliśmy ze ścigacza awanturnika i odlecieliśmy.

Poprosiłem Adepta Angara o postuj gdzieś na poboczu. Oględziny maszyny pozwoliły nam odnaleźć ładunek wybuchowy i nadajnik, zabezpieczający. Czymś… w rodzaju ładunku ogłuszającego. Ocknęliśmy się… kula Prakhit wie ile godzin później. Ładunki wybuchowe nie leżą w naszych kompetencjach. To powód, dla którego udaliśmy się do warsztatu. Fachowiec za drobną dopłatą, oferował ciche usunięcie tego i owego. Biznesmen umiejący zadbać o swoje interesy. Zaprowadził maszynę na warsztat. Czekaliśmy.
Wtedy pojawił się awanturnik spod klatki detektywa.

Było nas dwóch, on jeden. Jego pewność siebie, sprawiała, że mieliśmy dylemat czy aby na pewno byłoby rozsądnie podejmować starcie. Angar się nie kwapił, sam również czekałem na dogodniejszą sytuację niż wymianę ognia w biznesie Tradoshanina. Wyszliśmy na zewnątrz. Kilka nieuprzejmych słów. Ogłuszył mnie bronią momentalnie. Najwyraźniej Adept Angar zakończył przytomność podobnie.

Znajome miejsce, baza myśliwych, o której pisałem dość szczegółowo. Nie ma potrzeby ponownej rozwlekłości. Leżeliśmy związani pod ołtarzem. Kultysta przedstawił się brutalnie, był towarzyszem tamtych „braci”, którzy umarli w świątyni poprzednio. Przekonany, że odebrałem im życie i kandydata na nowego "brata". Nie pozostawiał wątpliwości co do tego faktu, nie szczędząc mi kopnięć i cięć.. Kilka prób odwrócenia uwagi i obezwładnienia wroga spełzło na obrażeniach, jakie przywiozłem na sobie. Mięśnie zawiodły, ale najpotężniejsze ostrza galaktyki nadal były w naszym zasięgu. Języki. Opowieść snułem szczerze, kultysta na pewno to wyczuł. Uwierzył. Poznał fakty. Pierwszym jego planem był mord na mnie, teraz zmienił zdanie. Kształtując swoją wolę, spytał Angara czy ten byłby skłonny odebrać mi życie w zamian za wolność. Odmówił. Odparłem na to, aby więc stanął ze mną do pojedynku. Ostatkami sił trzymałbym się na nogach.
Przerwano rozmowę. Pojawił się on… Cuchnął, przesiąknięty mroczną aurą. Czułem od niego powiew chłodu, swoistego wyprania z epatowania siłą życia. Nawet... powiedziałbym, że czegoś w rodzaju jej... sprzeczności. Czarne oczodoły, tak głębokie... przekrwione do maksimum białka. Miecz u pasa, ostrze, którego misterności wśród kultu nie ujrzało żadne oko. Przesiąknięty mrokiem właściciela. Jego twarz przypominała bardziej czaszkę niż skórę, blade lico. Mistrza kultysty. Okryte karmazynem kaptura. Wypytywał Koruna, a ten dał poznać po sobie, że życie i utraconą rodzinę ceni ponad wszystko. Mnie nie spytał. I dobrze. Mentor kultysty odparł na to; „Jeśli życie jest najcenniejszym co masz, odbierzesz je innemu. Bezbronnemu. Mówiąc te słowa: „Odbieram ci życie w imieniu zakonu Jedi za zdradę!”. Stałem pod identycznym ultimatum…

Kończę sprawozdanie tutaj, nagranie wyjawia wszystko. Reszta jest nie istotna.
Nikt nie stał nam na drodze powrotnej.
Rzeczy oddałem detektywowi.
Dalej nie pamiętam co się ze mną działo.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: -/-

4. Autor raportu: Adept Bar'a'ka
Awatar użytkownika
Bar'a'ka
Były członek
 
Posty: 368
Rejestracja: 12 lip 2014, 20:43

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości