Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 31 lip 2020, 21:37

Amnezja - Edgar

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.20, 20:00 - 01:00, 15.07.20, 19:30 - 01:00.

2. Opis wydarzenia:

Znacie to uczucie, kiedy budzicie się skacowani po ostrej imprezie? Głowa pulsuje, całe ciało jest obolałe i sztywne. Mięśnie są zmęczone, w kościach gryzie, a pamięci ostatnich wydarzeń brak. Ostatnia rzecz jaką pamiętasz, to kiedy otworzyłeś tą jedną butelkę za dużo. Takie mam wspomnienia ze studiów. I takie, w pewnym sensie, miałem doświadczenie jak się wybudziłem. A do tego, tak jak nieprzyjemnie niektórzy moi znajomi obudzili się na wytrzeźwiarce otoczeni przez funkcjonariuszy, tak ja również dostałem swoją oczekiwaną sprawiedliwość. Gdy otworzyłem oczy, znalazłem się wokół znanych mi droidów YVH, ubranych w kombinezony Umbaran oraz głowę całej zbieraniny - Sitha. Był tam też Tash Q’aah, jeden ze schwytanych przez Zespół Bis komandosów. Wiedziałem, czemu się tam znalazłem - miałem oddać życie za Nexu. Byli schwytani, Sith chciał mnie, zapewne w związku z moim klonem. Coś więcej? Nie miałem pojęcia o jakichkolwiek planach,d ani nawet kto i w czym mnie dostarczył. Czysta karta, jak po piciu. Tylko po alkoholu, nawet po dobrej imprezie potrafi nadejść wątłe poczucie satysfakcji, że przeżyło się coś fascynującego i ekscytującego, o czym z ochotą i patologiczną dumą będzie się mówić kumplom. Tutaj tak nie było. Wyłącznie smak porażki.

Oczywiście, nawet wtedy opcje miałem dwie. Mogłem stawiać opór albo się poddać kompletnie. Druga opcja była w pewnym sensie ostatecznością, bo i tak nie miałem zamiaru ryzykować życia Nexu. Jedyne co mogłem, to liczyć, że może jakimś cudem znajdę jakieś okno ucieczki albo Jedi mają ukryty plan w realizacji. Stąd, na tyle na ile mogłem, grałem na czas. Nie było to wcale takie trudne, widzieli we mnie - może i słusznie - kompletnego bezmózga i upośledzone zwierzę, w pełni zerowe zagrożenie. Sith nie bawił się ze mną i przeszedł do konkretów. Nie planował mnie zabić, ani odebrać mi tożsamości. Skrzywdzić? Definitywnie. Dobrze się przygotowali na upodlenie mnie - wyłączyli mi protezy, więc byłem praktycznie bezbronny. Mogłem tylko rozmawiać, co też czyniłem.

Gdy w pełni odzyskałem przytomność, Sith zaczął sprawdzać mój umysł Mocą. Nie miał zbytnio czego szukać dzięki usunięciu mojej pamięci przez rycerza Hookera. Mimo to nie chciałem dać mu nic, nawet najbardziej błahej informacji. Nie mogłem aktywnie się bronić, stąd po prostu zaakceptowałem i przyjąłem to poczucie upodlenia, bólu i dyskomfortu pochodzące od wertowania mojej głowy przez niego. Zamiast płynąć pod prąd, płynąłem z nim. Chyba udało mi się w jakimś stopniu zakłócić obraz naszej grupy, aczkolwiek nie zostawiło mnie to w najlepszym stanie. Nie miało to zapewne zbyt dużego efektu… ale zawsze jakiś.

Kiedy w końcu zaczęliśmy rozmawiać… cóż, nie liczyłem na przetrwanie, ale i tak próbowałem pozyskać jakieś informacje, na wszelki wypadek. Starałem się zapamiętać wszystko co mówił, a mówił różne rzeczy. Przykładowo powiedział, że nie jest już wściekły na mnie za porażkę na Kalist. Określał mnie podróbką Bisa, sugerując, że tamten “coś we mnie widział”. Ostatecznie kazał mnie odnieść do celi. Ja podjąłem wtedy jedyną taktykę, jaka w danym momencie wydała mi się logiczną drogą do pozyskania informacji - zacząłem atakować Sitha jako Vongowego kolaboranta. On sam nie widział we mnie zagrożenia i zignorował to. Co innego z jego eskortą, Umbaranka eskortująca mnie nie przeszła wobec tych oskarżeń obojętnie. Broniła go. Powiedziała, że Sith pomógł im, kiedy wszyscy się odwrócili. A pomógł im walcząc z Vongami podczas wojny, na Umbarze. Pomagają mu w ramach wdzięczności, aczkolwiek nie widzieli problemu w wykorzystywaniu przez niego vongotworów. Raczej na pewno nie uwierzyła w moją opowieść, ale czy wskazuje to na obojętność względem kolaboracji z najeźdźcami, czy zdroworozsądkową nieufność wobec wroga? Nie mam pojęcia, ale na pewno rzuca to pewne światło na przeszłość Sitha i jego towarzyszy.

W samej celi nie miałem zbyt wiele do zrobienia. Byłem obserwowany przez kamery, przywiązany bez możliwości poruszania się, w podłodze były kraty uwalniające gaz, a drzwi zespawano. Czekałem tak, aż Umbaranie wrócili i zabrali mnie na prom. Byłem gdzieś wywożony, ale gdzie i po co? Nie miałem pojęcia. Prom na który mnie zabrano pilotował YVH, a ja bałem się najgorszego. Miałem jednak protezy powoli wracające do formy, a zamknięto mnie w szczelnej celi pokrytej metalem. Postanowiłem spróbować zbudować sobie fundament do ucieczki, jeżeli taka mogłaby mieć miejsce. Chciałem wyjąć kabel zasilający pole w drzwiach do celi za pomocą Mocy, ale zrobiłem to stanowczo za szybko i za dużo. W promie zawył alarm, a mnie ponownie zaciągnięto na pokład korwety Zespołu Bis. Umbaranie byli przekonani, że to moja sprawka i gotowi byli mnie ukarać, ale Sith wprost przeciwnie. Oprócz złego działania pola szwankowały też drzwi do śluzy i znajdujący się w niej właz. Podpięto wszystkie te dziwactwa pod jedną przyczynę, wykluczając przy tym jakiekolwiek żywe istoty, tak jak i mnie. Doszli do wniosku, że odpowiedzialny jest jakiś artefakt i postanowili się ewakuować. Spodziewałem się, że to efekt działań Jedi, ale nie miałem pojęcia jaki, czego mogłem się po nim spodziewać, ani co oznaczał. Byłem tak w kropce, jak i oni. Tasha, mnie, wszystkie droidy i załogę zapakowali na prom. Mnie kazali znowu ogłuszyć. Tuż przed ogłuszeniem próbowałem zmniejszyć moc karabinu jakim we mnie celowano. Nie wyszło tak jak chciałem. To był ostatni raz, kiedy czułem Moc.

***

Wybudziłem się ponownie w nieznanym mi miejscu, Moc wie po jak długim czasie. Wracałem do siebie powoli, zrujnowany w sposób trudny do opisania i nie do porównania z najgorszymi ranami wojennymi. Czułem się jakbym musiał na nowo nauczyć się władać własnym ciałem. Jakakolwiek praca umysłowa była katorgą. Kiedy zacząłem pojmować rzeczywistość wokół siebie, moim pierwszym odruchem było sięgnąć ku Mocy i wzmocnić się za jej pomocą… ale nie odpowiedziała. Wraz ze wszystkimi chorymi eksperymentami jakie na mnie przeprowadzono odebrano mi również Moc. Tam, gdzie były kształty, dźwięk, doznania znane każdemu z Jedi, teraz tkwiła cisza. Nie czułem nic poza podstawowymi fizycznymi zmysłami, a jakakolwiek próba sięgnięcia dalej, nawet najbardziej podstawowa, kończyła się totalną porażką. Nieważne czego się chwytałem i czego próbowałem, Moc była poza moim zasięgiem, jakby nigdy nie istniała. Tam, gdzie kiedyś była Moc, teraz tkwiła pustka.

Kiedy pojawił się lekarz, udawałem częściowe upośledzenie mowy, licząc, że jakoś przedłużę cokolwiek Sith miał w planach, ale nic to nie zmieniło, wręcz uznał bełkot za bardziej pasujący do mojej osoby. Tasha już nie było, a zamiast niego na sąsiednim łóżku leżał pan Donram. Byłem zrujnowany na tyle, że nie pojmowałem wszystkiego, co było mówione wokół. Co jednak pamiętam, to opowiem.

Tym razem rozmawialiśmy dużo dłużej. Mój upodlony i zniszczony, pozbawiony Mocy stan chyba sprawiał mu przyjemność. Wierzył, że zostałem posłany na śmierć, z góry spisany na straty. Nazwał rycerza Hookera upośledzonym Sithem udającym Jedi. Samych Jedi określał jako plugawą skrajność, którą zamierza unicestwić. Ciekawiło go jednak kilka rzeczy, na przykład moja motywacja trzymania z gardzącą i plującą na mnie grupą. Mówił, że między nim i Bisem była relacja oparta na szacunku i wzajemnych korzyściach, kontrastująca z moją z Jedi. Widział we mnie kogoś tak bezwartościowego, że aż niegodnego nazwania wrogiem. W jakiś sposób było mu chyba nawet przykro. Nie zaprzeczył bycia Sithem kiedy zasugerowałem to swoim pytaniem, aczkolwiek mówiłem o tym w kontekście ideologii, z którą wyraźnie się zgadzał, jakkolwiek ją rozumiał. Na koniec powiedział, że nas wypuści - mnie, Donrama i Vreyxa. Nikogo więcej, jako pierwszy akt “łaski”.

Wtedy popełniłem swoją pierwszą gafę twierdząc, że Jedi nie potraktują tego jako akt łaski. Stwierdził, że w takim wypadku nie wypuści nikogo. Próbowałem jakoś to odkręcić i wykupić uwolnienie Nexu, ale nie udało mi się. Byłby gotów mnie zatrzymać i uwolnić część Nexu, jeżeli odpowiedziałbym mu na pytanie, jak Jedi udało się przemycić Pożeracza Światów myśliwcem. Wtedy nie miałem pojęcia o czym mówił, a mój argument nie przeszedł. Dwójka Nexu wróciła razem ze mną, ale to już zasługa pana Donrama. Komandos wynegocjował, że Jedi na pewno potraktują to jako akt łaski, a dodatkowo za samych Nexu Sojusz zapłaci okup. To wystarczyło. Ja również zostałem wysłany jako bezużyteczny bonus. I teraz, po tym wszystkim, ciężko się z tym określeniem kłócić.

Na koniec Sith powiedział, że po realizacji ich celów nastawnie pokój, porządek i równowaga dla wszystkich - cokolwiek tylko miał na myśli przez te słowa. Potem zostałem uśpiony i obudzony w zamkniętym kontenerze z Vreyxem i Donramem. Mieliśmy kontakt z osobami pilnującymi nas - nie byli to Umbaranie, ani YVH, a zapewne kolejne rzezimieszki w stylu porywaczy z Hakassi, czy zabójców krabów. To wszystko. Bez Mocy, z dezaktywowanymi protezami nie mogłem zrobić nic i w sumie nawet nie próbowałem. Ten tekst pisałem w drodze powrotnej do bazy. Część Nexu jest u nas. Reszta jest trzymana jako zakładnicy, zapewne by powstrzymać nas przed dalszą ingerencją w działania Sitha. On czegoś od nas nadal chce, naturalnie. Czego konkretnie? Tego już wkrótce się dowiemy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 655
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Besha'laet'aune dodano: 14 sie 2020, 1:11

Antykolektywowi podludzie

1. Data, godzina zdarzenia: 09.08.20 - 21:30-1:00

2. Opis wydarzenia:

Historię, którą raportuję, rozpoczyna przesyłka, która trafiła do mnie kilka dni wcześniej, odebrał ją szanowny Padawan Khad Llyn’han. Przesyłka zawierała cyfronotes z kategorii tych jednorazowych, do przekazania pojedynczej wiadomości. Było to miejsce spotkania z osobą, która posłała mnie w Wasze mury, reprezentant Dynastii, tak jak szanownym mistrzom i starszym uczniom opowiadałem, zainteresowanej poznaniem Jedi.

W dniu swojej wyprawy zabrałem się do miasta Drand. Oszczędzę detali krajobrazów, natomiast powiem, że po mieście Drand widać było, jak daleko w tyle są kwestie odbudowy na tej planecie. Spotkanie odbywało się w bardzo cywilizowanym apartamentowcu w tym wielkim, rozległym, ale ponurym mieście. Na miejscu słyszałem pewne rozmowy dobiegające z sąsiadujących mieszkań. Myślałem, że zdążyłem w tym chaosie dostrzec na przykład tendencje do segregacji płciowej i jasnej hierarchii w tej kategorii, ale okazało się, że byłem w błędzie i otaczała mnie prawdziwa dzicz. Nie przeszkodziło to w niczym w zostaniu ugoszczonym w prostym, przyjemnym mieszkaniu na spotkanie z moim rozmówcą.

Co do rozmowy, nie mam tu wiele do opowiadania. Mój kontakt zdecydowanie jest bardzo zainteresowany perspektywą potencjalnej współpracy z Jedi. Tak samo jak wy, starsi koledzy i mentorzy pytaliście mnie o to jak wyglądają różne rzeczy, z których nagrywałem wam całą pracę, tak samo o tego typu rzeczy pytał mnie mój rozmówca, Atrii'irde'nunurodo, chcący wiedzieć, jak wygląda kultura grupy, jej działanie, podejście, związki z różnymi siłami, poznać Was. Uspokoję, że w żadnym razie nie chodziło o poufne dane, nie padło nawet jedno słowo o jakimś konkretnym działaniu i zajęciu, a poznawanie kultury i zasad miejsca. Dynastia jest zainteresowana poznaniem Was, zaaranzowaniem być może pewnego kontaktu i współpracy, ale najpierw chcą dowiedzieć się, czy na pewno tego chcą. W waszej kulturze może to być nietypowe, ale dla nas to zupełnie normalne, aby najpierw poznać dokładnie temat przed ukazaniem się obcym ludziom. Kontakt ze światem zewnętrznym to bardzo odpowiedzialna i nerwowa rzecz, Chiss nie może mówić za siebie, musi za swój kolektyw, co jest bardzo trudne i odpowiedzialne. Opowiadałem o tym w swojej pracy, więc liczę, że uda się Wam, wasze dostojności, zrozumieć to podejście. Przekazałem swój pamiętnik, który cenzurowała już sama Mistrzyni Vile we własnej osobie, więc możecie być o wszystko spokojni. Reszta była normalną rozmową. Tak jak Waszym dostojnościom starałem się przybliżyć Dynastię Chissów i Csillę ze wszystkich sił, tak mojemu rozmówcy pomóc zrozumieć Waszą mentalność, styl bycia i cele. Żadnych informacji o działaniach bieżących i personaliach, tak jak przykazała mi Mistrzyni Vile. Podzieliliśmy się wieloma informacjami i jestem jeszcze bardziej pewien swojego zdania, że prędzej czy później kontakt Dynastii z “Bohaterami Odika” może się opłacić.

Wychodząc, usłyszałem strzały. Gotów na problemy, od razu wyjąłem broń, co się opłaciło, po zjeździe na parter, gdzie pod blokiem był bar, napotkałem na straszny widok. Postrzelony właściciel leżący na ziemi, demolka i uciekające zwierzę rasy Klatooine. Widząc ucieczkę, domyślając się, że niewinny nie zacznie uciekać przed neutralnym subiektem, natychmiast strzeliłem, dezintegrując rękę i pistolet, a potem uziemiając jego śmigacz. Na próżno, ponieważ ból znokautował go i zmienił w drżący wrak. Leżał tam i cierpiał, umierał w bólu, a ja nie miałem medpakietu. Zapytałem więc właściciela, czy nie życzyłby sobie go dobić, ale nie był do tego skory. Zapewne nie zamierzał dawać mu łaski komfortowej śmierci. Tragedia dopiero się zaczęła. Okazało się, że to zwierzę… Nie mieści mi się to w głowie, należało do gangu i przyszło zastraszać właściciela, żadając pieniędzy w zamian za spokój i brak przemocy. Z trudem powstrzymałem się przed zwymiotowaniem, tak wstrząsające to było. Oni po prostu rabowali efekty cudzej pracy, żywiąc się cudzym kosztem i to nie przy bezstratnym podziale, a krzywdząc tych ludzi. Oni jawnie przynosili straty dla kolektywu. Zabierali cudze produkty bez wnoszenia własnych, zostawiając tylko przemoc wymagającą leczenia, dodając straty. To było najobrzydliwsze, co w życiu widziałem. Klatooińczyk okazał się należeć do całego gangu złożonego z emigrantów tej rasy. Szybko skojarzyli mi się z tymi, którzy próbowali ataku na bazę i spotkali się z Mistrzynią Vile, Padawanami Llyn’hanem i Deron i Adeptem Vergee. To najwyraźniej jedno ugrupowanie. Chciałem dowiedzieć się od niego, gdzie mogę znaleźć ich siedzibę, ale mówił, że jej nie mają, są zbieraninką rasową. Do tego miał 19 lat, co przekonało mnie, że każda rozumna osoba powinna uważać go za wartego śmierci. W tak młodym wieku… coś takiego… nie ma żadnej nadziei dla niego. Wierzyłem we wszystko co mówi, ponieważ był prostym śmieciem, niezdolnym kłamać dla dobra przyjaciół. Niestety nie zdechł. Do dzisiaj wzdryga mną, że jest tu cały gang takich odpadków zasługujących dla każdej osoby z godnością na natychmiastowe zabicie celem usunięcia ze społeczności. Wszystkich niezgadzających się z taką podstawą rozumu posłanoby na Csilli na przymusową reedukację. Niestety z dorwaniem tej grupy, tzw. “Gangu Barada” może być problem… Objaśnię czemu...

Policja przyjechała bardzo szybko. Ku mojemu zaskoczeniu fakt nielegalności dezintegratora dotyczył także osób wyższych ras, więc mnie, nie tylko służył kontroli osób z ras niższych i zapobiegania problemom i ryzykom w ich wydaniu. Musiałem więc nagiąć lekko prawdę, mówiąc, że tego typu nielegalna broń jest przydatna jako przykrywka przy kontaktach z tego typu mafiami i gangami, aby łatwiej udawać członka podobnie obrzydliwych patologii. Broń została więc tymczasowo zabrana jako dowód, do odbioru za kilka dni z komendy. Zdążyłem dowiedzieć się także o poważnych problemach. Na komendanta głównego w tym regionie wyłoniono Klatooińczyka. Zrobiono to być może aby udowodnić brak rasizmu, albo aby znający swoją rasę łatwiej rozbił tak wielki gang, niestety dzielni policjanci, z którymi miałem zaszczyt rozmawiać, byli zdania, że nic z tego nie wyszło, a komendant jest do niczego. Jeden nawet zażartował, że największa pomoc w rozbiciu gangu to pozbyć się tego szkodnika. Straszne i okropne. Dowiedziałem się też, że większość tego gangu to struktury oddolne, i moja koncepcja zdobycia adresu miejsca spotkan, aby ich wszystkich pojmać, niewiele da, bo całość jest organizacją jednorasową i oddolną. Ciężki orzech do zgryzienia…

Niewinny właściciel został odwieziony do szpitala. Tamten klatooiński śmieć zapakowany do radiowozu. Ja wróciłem do domu po bardzo długiej podrózy przez pół Hakassi i zasnąłem na prawie cały dzień.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Besha'laet'aune, z uniżeniem i wyrazami szacunku
Awatar użytkownika
Besha'laet'aune
Adept
 
Posty: 32
Rejestracja: 02 lut 2020, 18:54

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 27 sie 2020, 12:42

Dziennikarze
Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 23.07.20, 20:00-1:00, 30.07.20, 20:30-03:00

2. Opis wydarzenia:

Naszym celem na Kalist IV było zorientowanie się w sytuacji po ostatniej akcji Rycerzy Slorkana, Teya i Padawana Llyn’hana, w której to zabity został Edgar-Bis, zmodyfikowany klon Padawana Alexandra. Na statku, który dowiózł nas na miejsce otrzymałyśmy bezimienne identyfikatory dziennikarskie z gazety “Dobre Czasy” z Koros Major w systemie Cesarzowej Tety, dzięki czemu nasza przykrywka miała być wiarygodna. Wyruszyłyśmy, gdy pod naszą bazę przyleciał pilot wyznaczony przez rząd Hakassi. Droga nijak nie była ciekawa, więc tu nie ma o czym nawet wspominać.

Pierwszym miejscem, które odwiedziłyśmy była fabryka, gdzie to cała ta akcja miała miejsce. Po wymianie kilku zdań okazało się, że pracujące tam istoty niespecjalnie miały chęć dzielenia się informacjami na temat tego, co miało miejsce tamtego wieczoru. Zostali już dogłębnie przepytani wpierw przez pierwszych dziennikarzy, którzy trafili na miejsce - ISK - Informacyjne Stowarzyszenie Kalist, a później tutejsze służby.

W końcu jednak udało się nam nawiązać z dwiema osobami… zalążek kontaktu, że tak to ujmę. Padawan Deron uwiodła jednego z robotników, ja zaś wdałam się w przyjacielską pogawędkę z kierownikiem zmiany z nadzieją, że znajomość ta w najbliższym czasie zaowocuje czymś przydatnym. Padawan z drugiej strony znalazła szybszą drogę, którą zwieńczyć musiała usługą. W zamian za dowiadując się, iż ówczesny szef fabryki dość często prowadził brudne interesy, że świadkowie widzieli uczestniczące w całej akcji imperialne maszyny, a po wszystkim policja zabrała właściciela - Elonara Kerisa - za kratki. Znajdujące się na miejscu ciała i roboty zostały przez kogoś sprzątnięte przed pojawieniem się policji, zaś jakaś inna - bądź ta sama, jakaś osoba odleciała śmigaczem z miejsca zdarzenia znów - tuż przed ich przybyciem. Plotki wśród pracowników zaś dość jasno wskazywały na to, że wszyscy rozpoznali biorące w walce udział myśliwce jako imperialne. Ich uwadze nie umknęła też znajdująca się wśród myszkujących policjantów wyjątkowo droga skrzynia. Ostatecznie jednak z terenu fabryki zostalyśmy wyproszone przez syna właściciela, który przejął po nim interes.

Po drodze, w śmigaczu przesłuchiwałyśmy lokalną prasę, próbując ustalić co jak dotąd się mówi na temat całej tej sytuacji. Nic zbliżonego do tego co się stało nie znalazłyśmy, lecz również to, że swojej pracy nie opublikowało jeszcze ISK. Nim zdecydowałyśmy się wybrać do ich siedziby - wpierw pojechałyśmy spotkać się z jedną ze znajdujących się na Kalist pro-imperialnych gazet - Kurier Kalistanski.

Na miejscu jednak nie dowiedziałyśmy się… zbyt wiele, przynajmniej jeśli chodzi o konkrety. Ich teorie na temat tego co się tam stało były przeróżne, o czym może świadczyć bardzo ochocze podjęcie tematu po Padawan Deron odnośnie tego, że całe to przedsięwzięcie, które miało miejsce w fabryce było działaniem Bothan, którzy z przyczyn i dla celów tylko im znanych chcą zdestabilizować Kalist. Dziennikarze tam pracujący nie należeli raczej do tych solidnych, raczej chwytających się każdej trafiającej pod palce kontrowersji, którą to bez głębszego sprawdzenia, czy zebrania informacji przeinaczali zgodnie ze swoimi poglądami, by wnioski pasowały pod ich agendę. Sami nie przesłuchali świadków. Dziennikarza prowadzącego tą sprawę najwidoczniej też nie było nawet na miejscu. Nie przesłuchiwali też ojca aktualnego właściciela, który w więzieniu czeka na dalsze rozwinięcie prowadzonego przez służby śledztwa. Twierdził, że ma swój kontakt, który podaje mu informacje - lecz zważywszy na całkowite pudło w ich ocenie sytuacji… twierdzę, że blefował, albo dał sobie wmówić czyjaś bajkę. Oczywiście nie planowałyśmy wyprowadzać go z błędu. Była to w sumie dobra wiadomość - nie mieli pojęcia. Po usłyszeniu kilku niezbyt składnych teorii spiskowych wymigałyśmy się od dalszych rozmów, które wydawały się głównie stratą czasu i opuściłyśmy ich siedzibę.

Po drodze do siedziby ISK skontaktował się z nami nasz pilot. Pilnie został wezwany z powrotem na Hakassi. Nie chcąc zostawać tutaj na tydzień, albo i więcej - ruszyłyśmy razem z nim, by po kilku dniach powrócić i udać się prosto do siedziby Informacyjnego Stowarzyszenia Kalist.

Na miejscu spotkało nas coś, co mało kto by się spodziewał zastać na Kalist IV. Wielki, nowoczesny i zadbany wieżowiec, który był siedzibą ISK. Redakcja ta mimo stosunkowo do innych niewielkiej oglądalności i zasięgu ograniczającym się na samym Kalist - z pewnością nie była biedna. Ktoś najprawdopodobniej włożył w nią duże pieniądze, ale tożsamość samego inwestora nie jest znana. Wnętrze budynku sprawiało jeszcze lepsze wrażenie, niż część zewnętrzna. Wielki korytarz, który obserwowało kilka kamer, zaś przed samym wejściem punkt kontrolny. Bramka z wykrywaczem metalu pod okiem ochroniarza i skaner rzeczy wnoszonych do budynku.

Chwilę zajęło nam przekonanie obsługującego nas ochroniarza i ich sekretarki do tego, by wpuścili nas do środka. Koniec końców jednak przykułyśmy uwagę przechodzącego nieopodal dziennikarza - “Chada”, który zaprowadził nas do swojego szefa.

Wstępne rozmówki trwały dość długo. Przedstawiliśmy się sobie nawzajem, opowiedziałyśmy z grubsza o “naszej” redakcji na Koros Major, aż w końcu przeszliśmy do konkretów. Oni jednak niechętnie dzielili się strzępkami informacji, jakie posiadali. Które w najbliższym czasie mieli opublikować na stronach swojej gazety. Najwyraźniej niespecjalnie też byli też zainteresowani samą w sobie kooperacją, współpracą z naszą redakcją na Koros, acz koniec końców zaczęliśmy wzajemnie się przesłuchiwać. Opowiedziałyśmy, że podążamy tropem tych najprawdopodobniej pirackich organizacji, z których jedna w dość charakterystyczny sposób wysługuje się droidami. Zmyślone historie łączone z prawdziwymi, by dać im coś, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie. O aktualnie planowanej współpracy z rządem fabryki, na której terenie odbyła się akcja, co jak zauważyli - nie wydaje się niczym aż tak dziwnym. Wśród tej zawiłej, pełnej ostrożności z obu stron wymiany uchylili jednak rąbka tajemnicy.

Wedle ich źródeł, których zdradzić nam nie chcieli - byli pewni, że za nalot ten odpowiada jeden z imperialnych światów. Wywnioskowali to poprzez model myśliwców, który ich eksperci powiązali z jedną, konkretną stocznią, lecz nie chcieli zdradzić którą. Testowo, ostrożnie próbowałyśmy podważyć racjonalność takiego spojrzenia. W końcu rodzajów myśliwców nie ma tak wiele, a i pewnie wiele stoczni takie na przestrzeni lat budowało. Oni jednak zapewniali nas, że mają na to niepodważalne fakty. Ostatecznie jednak nie mogłyśmy się z tym dłużej spierać, czy poddawać tego w wątpliwość. To byłoby podejrzane. To wszystko, czego udało nam się dowiedzieć w tamtym pokoju. Podzieliliśmy się strzępkami informacji między sobą, a gdy żadna ze stron nie chciała przejść głębiej - czas był się rozejść.

Zanim opuściłyśmy budynek - okazało się, że uwagę osób przy wejściu przykuła rzecz z depozytu. Jakimś cudem zorientowali się, że jest to laserowy miecz i ukradli go. Nie wiemy kto dokładnie i w jakim celu. Była to wpadka, która nie powinna się wydarzyć. Mimo wszystko jednak wydaje mi się, że nie będzie miało to przesadnego wpływu na ich postępowanie. Szanse, że nas powiążą ze sobą są raczej nikłe. Byłyśmy spalone, ale i tak dowiedziałyśmy się wszystkiego, co mogli nam przekazać przed oficjalną publikacją.

Po wszystkim Padawan Deron poszła jeszcze rozmówić się z dziennikarzem, który wpuścił nas do siedziby ISK, a ja zaś skontaktowałam się z Rodianinem poznanym w fabryce. Tutaj dopiero dowiedziałyśmy się, że ponad droidy i myśliwce - o czym pisano praktycznie wszędzie - świadkowie widzieli na miejscu “laserowe miecze”, a o tym nie wspominała jak do tej pory żadna gazeta. Tak więc… albo całe dziennikarskie społeczeństwo, najpewniej z wyłączeniem na Kalist IV nie miało ani jednego świadka, ani nie przeprowadziło chociażby częściowego dochodzenia, albo z jakiś powodów każdy z nich postanowił to zataić. Oba przypadki wydają się mało prawdopodobne. W jakiś sposób jednak gazety te wiedziały i o droidach i o imperialnych myśliwcach. Dziwne, żeby osobom opowiadającym im tą historię umknął akurat ten szczegół. Padawan Deron zaś dowiedziała się, że ludzie w ISK podejrzewają, że pozostawienie u nich "laserowej pałki" to prowokacja. To jednak wszystko, co udało nam się ustalić podczas pobytu na Kalist.

Podsumowując. Jeśli chodzi o potencjalne zagrożenie i ujawnienie czegokolwiek wiążącego nas i Hakassi z walką na terenie tej fabryki - najpopularniejsze gazety na Kalist nie są nawet blisko dojścia do prawdy. Jak widać nawet specjalnie nie próbowały. Jedynym wyjątkiem tutaj wydaje się właśnie Informacyjne Stowarzyszenie Kalist. Redakcja o niewielkim zasięgu, która posiada najwidoczniej ogromne fundusze. Twierdzą, że są w stanie powiązać dokładnie dany typ myśliwca z odpowiadającą mu imperialną stocznią. Mają świadków, ekspertów, najprawdopodobniej też nagrania, acz dalej ciężko mi jest uwierzyć w to, że są w stanie poprzez same oznaczenia myśliwców mieć pewność z jakiej fabryki pochodzą. Mimo to nie było opcji się z tym sprzeczać niestety. To i całą resztę opublikują w nadchodzących tygodniach na łamach swojej gazety.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Jeśli wskażą Hakassi - to może być początek problemów, o których była mowa przy okazji naszego wylotu, ale wydaje mi się, że wciąż można by się obronić. Nie jestem prawnikiem, ani politykiem, acz gdyby sfabrykować incydent, w którym myśliwce te zostały skradzione przez piratów, czy inną siłę. Może nawet powiązać to z informacjami o Mrocznych Jedi, o których głośno było na Prakith. Pokryte zostałyby pola zarówno myśliwców, jak i laserowych mieczy, które widziano na miejscu.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 586
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 08 wrz 2020, 19:58

Nieproszony Gość

Ukryte:


1. Data, godzina zdarzenia: 02.09.20 godziny rozpoczęcia około 22:30, do 2:00 dnia następnego, tj 03.09.20

2. Opis wydarzenia:

Parę dni temu doszło do incydentu z udziałem Aurożercy w naszej placówce. Były już późne godziny wieczorne, gdy przesiadywałem w swojej kwaterze, czytając jakieś pierdoły przy biurku, gdy został nadany ogólny komunikat ze strony Uczennicy Valo, że Aurożerca dostał się do budynku od strony garażu śmigaczy. Z powodu tej rewelacji spadłem co prawda z krzesła, jednakże nie zajęło mi dużo czasu pozbierać się do kupy i ruszyć na „ratunek”. Nadłożyłem nieco drogi by pobrać jeden medpakiet z ambulatorium na wypadek gdyby komuś się coś stało, ale moje obawy na tamtą chwilę były niezasadne, gdyż zarówno Rycerz Ashtar jak i Uczennica Valo byli cali i zdrowi po tym jak w porę zabezpieczyli drzwi wewnętrzne garażu przed dalszym przemarszem potężnego bytu. Niebawem też do naszej skonsternowanej całym wydarzeniem grupy dołączył niezastąpiony Major Leckeen, którego nasza wymiana zdań na komunikatorze i z droidami SDK z pewnością pobudziła. Właściwie to musieliśmy poświęcić chwilę na odwiedzenie Majora od pomysłu spuszczenia „wpierdolu” Aurożercy, do czego aż cały się palił. W końcu jednak dzięki pogodzie ducha Alory i Rycerza, Major zrezygnował z zamierzonego aktu pobicia.

Po krótkiej naradzie i upewnieniu się przez Rycerza, że Aurożerca prawdopodobnie opuścił już teren garażu rozpoczął się dalszy ciąg incydentów. Pierwsze anomalie miały miejsce gdy po krótkiej przerwie w kantynie i odniesieniu medpakietu do ambulatorium, dołączyłem do Rycerza Ashtara i Alory w korytarzu pomiędzy naszymi kwaterami. Alora w tym czasie piastowała małego Neila, który to jako pierwszy zauważył niepokojące zachowania wody w łazienkach, czy toaletach, co mogło świadczyć o fakcie, że Aurożerca jeszcze z nami nie skończył. Wtem drzwi naszych kwater jakby „oszalały”. Wszystkie poczęły się otwierać, a następnie zamykać w synchronicznym ciągu. Dochodziło do spadków napięcia w całej placówce, co objawiało się miejscowym zaciemnieniem, lub rozregulowaniem kolejnych systemów o czym droidy informowały nas na bieżąco. Największym problemem okazało się zakłócenie przez Aurożercę pracy reaktora, o czym dowiedzieliśmy się dzięki Mango, który nadał rozpaczliwą wiadomość, że nie jest w stanie samemu uporać się z problemem. Nie zastanawiając się długo, wraz z Rycerzem Ashtarem rzuciliśmy się prędkim biegiem w kierunku windy prowadzącej do podziemi naszej placówki, Alora ruszyła tuż za nami, nieustannie sprawując rzetelną opiekę nad małym Neilem.

Po dotarciu do reaktora naszym oczom ukazały się może nie fale, ale zdecydowanie wzburzony zbiornik z wodą zapewniającą chłodzenie instalacji. W te pędy pobiegłem do pokoju kontrolnego i zacząłem zapoznawać się z komunikatami wyświetlanymi przez konsolę, których natłok onieśmielał. SDK poinformował, że w przypadku wyłączenia reaktora, osoba przebywająca w centrum operacyjnym zostanie zamknięta, co na tamtą chwilę nie wydawało mi zbyt dużym problemem, w końcu i tak ktoś musiałby wznowić działanie urządzenia po zażegnaniu kryzysu. W tym czasie Rycerz Ashtar zapewniał mi drogę ucieczki (za co jestem niezmiernie wdzięczny), poprzez utrzymanie otwartych wrót pomieszczenia reaktora. Gdy już udało mi się rozczytać schemat postępowania przy awaryjnym zamknięciu i pobrać tymczasowe hasło operacyjne od SDK, do centrali wkroczył Aurożerca. Owa istota przyjęła niewinną postać Aqualishańskiego dziecka w znoszonym stroju, o ogromnych, nie mających dna hebanowych oczach. Choć nie miałem odwagi, by spojrzeć nań bezpośrednio, wydawało mi się, że Aurożerca wręcz emanuje blaskiem, jakby w jego wnętrzu znajdowała się pożarta gwiazda neutronowa, grożąca pochłonięciem wszystkiego, co będzie na tyle nierozważne by stanąć na jej drodze… A może ten widok miał miejsce tylko w mojej sparaliżowanej strachem głowie. Byt począł się do mnie zbliżać w momencie, gdy kończyłem przeprowadzanie awaryjnej procedury. Jak tylko upewniłem się, że moje działania przyniosły skutek, przeskoczyłem panicznie przez konsolę sterującą i rzuciłem się ze wszystkich sił do wyjścia, nim drzwi zatrzasnęłyby się, zamykając mnie tym samym w ciasnym pomieszczeniu z Aurożercą. Nie udało mi się jednak wyjść bez szwanku. Przeskakując w ostatniej chwili, zatrzaskujące się wrota przycięły mi nogę w okolicach łydki, miażdżąc ją poważnie i naruszając wszystkie zespoły tkanek, kalecząc, tudzież zrywając większość struktur anatomicznych. Ból przelał się przez moje ciało z siłą arcyburzy wywołanej przez Thona. Gdy udało mi się w chociaż minimalnym stopniu dojść do siebie, zacząłem się czołgać w kierunku windy, która oczywiście sprawna nie była ze względu na brak zasilania, ale niebawem mogłem liczyć na ratunek Alory, oraz Rycerza Ashtara, którzy przybyli mi na ratunek i przy użyciu Mocy wydostali mnie z pomieszczenia reaktora, a następnie poprowadzili dalej, w kierunku awaryjnego szybu w windzie, gdzie zjawił się SDK. Reszta owego feralnego dnia zlewa się w niewyraźny obraz… Lewitacja, Rycerz niosący mnie w kierunku Sentinela, bycie opatrzonym przez Alore, aż w końcu pogrążenie się we śnie w wyniku wyczerpania do cna.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Jako tako czuję się lepiej, ale nadal muszę zadecydować o kierunku terapii dla mojej nogi. Byłbym dozgonnie wdzięczny gdyby ktoś z naszych lekarzy i medyków odwiedził mnie w ambulatorium w celu przeprowadzenia konsultacji i wydania drugiej opinii. Być może już sam nie myślę obiektywnie… to w końcu moja noga.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 103
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 13 wrz 2020, 20:31

Nie-naturalne więzienie

1. Data, godzina zdarzenia: 05.09.2020, 19:00-03:00

2. Opis wydarzenia:

Razem z Padawanem Okka’rinem i Mistrzynią wyruszyliśmy do ruin, w których ostatnio znalazłam tą dziwną, lewitującą roślinę. Podróż myśliwcem Kaana i Defenderem nie była długa. Po godzinie maszyny osiadły na kamiennym dziedzińcu przed starym gmachem.

Wkroczyliśmy do środka. Przeprowadziłam Mistrzynię i Padawana przez gmach, później przez podziemny labirynt, aż do zniszczonego przez czas, ogromnego pomieszczenia, które kiedyś najpewniej było biblioteką. Nie skierowaliśmy się wprost do pierwotnego celu podróży, zamiast tego zwiedziliśmy nieco podziemne pomieszczenia.

W pewnym momencie w jednym z imponujących rozmiarami, acz całkowicie pustym pomieszczeniu Mistrzyni znalazła coś na podłodze. Nic dziwnego, że gdy byłam tam pierwszy raz to niczego nie dostrzegłam. Były to wypisane kredą, czy innym niewyróżniającym się na powierzchni środkiem symbole. Był to ten sam język, który rozszyfrowaliśmy dzięki pomocy Sojuszu te kilka miesięcy temu. Całe to pomieszczenie okazało się grobowcem. Miejscem spoczynku Miraluka, którzy przybyli na Hakassi. Jak wspomniałam - pomieszczenie było jednak puste, więc albo ogołocone przez szabrowników, lub wszyscy oni spoczywają pod podłogą. Nie było pewności.

W końcu usiadłam na podłodze i spróbowałam się skontaktować z duchem, który uwięziony był wśród tych murów. Na imię miał Aytat. Denarska i Mistrzyni musiały dobiec wysyłane przez niego słowa podczas naszej rozmowy, gdyż niedługo po tym i oni zaczęli go słyszeć. Moment później pojawił się fizycznie przed nami, lecz to raczej było podświadome działanie naszych umysłów. Wydaje mi się, że nawet on nie był tego świadomy. Słyszał tylko mnie, a nas widział poprzez obecność w Mocy. Mnie wyczuwał najpewniej z tego samego powodu, z którego był w stanie ze mną rozmawiać, zaś całą resztę, w tym Denarska zasłaniał blask aury Mistrzyni Vile. Podczas rozmowy udało nam się ustalić, że wcześniej doszło do nieporozumienia. Otóż opowieść o artefaktach więżących potężne istoty, możliwie Gen’Dai ujrzała światło dzienne z ust Sitha z Alpheridies, ale takowe według Aytata z pewnością nie były jego własnością. Tak więc, jeśli Thon został uwolniony na Prakith za sprawką Azatu, to ten w jego posiadanie musiał wejść w jakiś inny sposób. Resztę rozmowy pominę, gdyż nie dotyczyła bezpośrednio sprawy, mogę opowiedzieć osobiście, jako ciekawostkę.

Ostatecznie, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało - Aytat zmęczył się utrzymywanym przez dłuższą chwilę kontaktem, musiał odpocząć. My zaś skierowaliśmy się w stronę lewitującego dziwactwa.

W połowie drogi zostaliśmy zaskoczeni. Z jednego z balkonów wystrzeliła linka, która owinęła się wokół Padawana Okka’rina; zaraz ściągając go w stronę źródła. Szybka reakcja moja i Mistrzyni pozwoliła nam zapobiec wpadnięciu Denarska w łapy napastników, lecz ten wciąż był unieruchomiony zaplątanym kablem. Na szczycie balkonu stały dwie istoty. Człowiek, którego już wcześniej spotkałam w tych ruinach. Najemnik z kuszą energetyczną i plecakiem odrzutowym. Ten sam, który zaatakował Padawan Deron i Padawana Mohrgana. Tym razem miał jednak ze sobą wsparcie. Droida z narzuconym na barki płaszczem. I to nie byle jakiego. YVH. Zagrozili, że próby wyrwania Padawana skończą się jego śmiercią, z racji jakiegoś urządzenia dołączonego do kabla, więc zostałyśmy we dwie. Zaatakowałyśmy. Nasi przeciwnicy mieli jednak tą samą przewagę, co wcześniej. Mobilność za sprawą plecaków odrzutowych. Kolejną był zabójczy droid uzbrojony w wyrzutnię rakiet i karabin blasterowy. Potyczka ta trwała długo, aż do momentu, w którym najemnik nakazał odwrót. Próbowałyśmy ich z Mistrzynią zatrzymać, ale bez osiągania prędkości zbliżonych do Mistrza Barta trud ten skazany był na porażkę. Mistrzyni wyszła z tego bez szwanku, mnie zaś dosięgnął jeden z bełtów energetycznych; parząc dość pokaźnie brzuch.

Wróciłyśmy do Denarska. Nie udało mi się dokładnie określić jak działał mechanizm zamontowany do pnączy, ale bezpiecznym już było stwierdzić, że nie blefował. Po głębszej analizie połączeń urządzenia znalazłam baterie odłączyłam jego zasilanie. Padawan Okka’rin był wolny, napastnicy uciekli, więc ruszyliśmy głębiej. Do pomieszczenia z dziwną rośliną.

Wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Moje podejścia do badań pominę, gdyż nie doszłam do niczego nowego, ale Mistrzyni już tak. Po dłuższych oględzinach dziwnego tworu… najwyraźniej zaczęła go ładować. Dostarczać mu energię przez Moc, co po pewnym czasie zaczęło objawiać się przez nasilające się drgania lewitującego obiektu, oraz jak twierdził Denarsk - błyskami, światłem. Działania Mistrzyni trwały dość długo, aż w końcu wydobył się potężny huk. Roślina rozerwała się od dołu, zaś na podłogę pod nią spadło coś, co przypominało humanoida. Po bliższych oględzinach okazało się, że to pusty pancerz, otoczony rozlaną wokół gęstą mazią. Tu jednak Padawan Okka’rin celnie ocenił sytuację. To nie była zwykła maź. To był Gen’Dai. Po szybkim zanurzeniu się w Moc teoria ta została sprawdzona. Żyjący w środku ogród, który wyczuwałam wewnątrz zniknął. Teraz był tuż obok, rozlany na kamiennej posadzce. Rozwiązana została też zagadka lewitacji. Otóż ta roślina była jakąś dziwną naroślą wokół czegoś znacznie mniej naturalnego. Wewnątrz znajdował się system turbin, śrub/wiatraków, który najpewniej na celu miał zaburzać proces składania się Gen'Dai, zaś całość unoszona była przez repulsor.

Musieliśmy zebrać całą rozlaną maź, co do mililitra. Jak mówiła Mistrzyni - Gen’Dai są w stanie się odbudować, ale ich “mózg” podczas tego procesu musi być w całości, a nie wiedzieliśmy co było tym kluczowym elementem. Nie mieliśmy też szczelnego pojemnika, do którego zmieściłoby się to - na oko - dziesięć do piętnastu litrów śluzu. Padawan Okka’rin ruszył do miasta oddalonego o 500 kilometrów po naczynie, zaś Mistrzyni przysiadła przy rozlanej osobistości i kontynuowała jej “ładowanie”. Ja zaś wykorzystałam ten czas na odpoczynek, próbę chociaż częściowego uzdrowienia boleśnie poparzonego brzucha i nabrania sił.

W końcu Denarsk wrócił. Mistrzyni Mocą zebrała śluz i ułożyła w przywiezionej, dość pokaźnej beczce. Pojemnik jak i zbroję zapakowaliśmy do myśliwca Kaana i po rozwiązaniu niewielkich problemów logistycznych z transportem… Mistrzyni, Denarsk, ja i mały strażnik świątynny - MD-01 znaleźliśmy się z powrotem w bazie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Nie wiemy kim dokładnie może być ten Gen'Dai. Może być jakąś całkowicie inną istotą, ale też może być tym, czego zabrakło Aurożercy do ponownego złożenia się. Jest to z pewnością interesująca możliwość. Poniekąd mogłaby tłumaczyć dlaczego Thon z Prakith udał się właśnie na Hakassi.

Beczka z Gen'Dai znajduje się aktualnie w zbrojowni. Jeśli nie jest to wybitnie konieczne - starajcie się nie zakłócać spokoju istoty wewnątrz. Potrzebuje spokojnego, stabilnego środowiska do rozwoju. Złożenia.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 586
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 14 wrz 2020, 0:08

Amnezja

1. Data, godzina zdarzenia: 09.07.20, 20:00 - 01:00, 13.07.20, 21:00 - 01:00.

2. Opis wydarzenia:

Wiozłam Edgara na spotkanie z Sithem dobrych kilka dni. Myśliwiec Kaana odnotował 37 skoków nadprzestrzennych, czułam każdy z nich, każdą godzinę na pokładzie. Edgar nie czuł nic, bo był non stop ogłuszany z blastera. Kiedy dotarliśmy do punktu docelowego, podałam mu pełną dawkę środka usypiającego, na wszelki wypadek.

Główną częścią mojego planu było to, że miałam udawać droida. Wcielanie się w fizyczną formę za pośrednictwem Mocy nie jest jednak łatwe, pożera większość zasobów umysłowych, dlatego zawczasu przygotowałam sobie prosty zestaw kwestii dialogowych do odtworzenia z cyfronotesu – suche, droidzie wypowiedzi na potwierdzenie, zaprzeczenie, wyrażenie wątpliwości, zakomunikowanie braku wiedzy i garść informacji odnośnie stanu Edgara. Miałam dosłownie chwilę, by sobie to wszystko jeszcze raz przeczytać i utrwalić, nim na radarach pojawił się nowy obiekt wielkości korwety. Otrzymałam polecenie przygotowania się na dokowanie, odpowiedziałam pre-definiowaną kwestią z cyfronotesu.

Amulety z łusek taozina miałam już założone – mój i ten zdobyty na Edgarze Bis. Przyjęłam formę HDR i od tego momentu wszystko przestało być tak klarowne. Musiałam dystrybuować siły mentalne między podtrzymywanie iluzji a wysyłanie komunikatów podczas rozmowy z załogą korwety, na chwilę porzuciłam wszystko, by wypiąć Edgara z pasów – jak ode mnie zażądano. Szczęśliwie, chyba nikt nie widział tego, co robię w myśliwcu.

Kiedy owiewka myśliwca się otworzyła, znów byłam w pełni przebrana za HDR. Otrzymałam polecenie, by się nie ruszać pod żadnym pozorem. Wykonałam. Wysłałam kilka kwestii dialogowych oznajmiających, że mój droid jest wyłącznie pilotem i nie ma funkcji bojowych. Oczywiście padały niestandardowe pytania czy polecenia, ale na to wygodną odpowiedzią było: „brak danych”, „brak funkcji” lub „przetwarzam”. Wyszło, na moje oko, całkiem nieźle.

Dwie istoty wyciągnęły Edgara i kazały mi zablokować myśliwiec. Blokada kokpitu uniemożliwiłaby mi cichy abordaż, więc zasymulowałam problem z zamknięciem owiewki w związku z bliskością osób na zewnątrz. Wątpię, czy ktokolwiek domyślił się jaki to błąd, ale podziałało – dwójka wycofała się, rozpoczęto zamykanie śluzy. To był mój moment – odrzuciłam iluzję i wybiłam się z myśliwca w stronę korwety. Myśliwiec, jak się umawialiśmy, miał po tym sam wrócić do domu.

Mój skok po kilkudziesięciu godzinach w pozycji siedzącej (tyle minęło od ostatniego postoju) był… zły. Spowolniłam zamykanie się śluzy i narobiłam hałasu. Odpaliłam pole maskujące z rękojeści miecza Edgara Bis, więc nie było mnie widać, ale mnie zarejestrowali. Usłyszałam tego pseudositha, Azatu, który wysłał YVH do zbadania problemów ze śluzą. Próbowałam się wcisnąć w kąt za jakąś konsolą i udawać martwy obiekt, ale mój umysł nie był już w stanie stworzyć więcej dobrych iluzji i droid wychwycił *coś*. Szczęśliwie, nie *kogoś*. Zaraportowano nieokreśloną anomalię, Azatu kazał dokładnie ostrzelać śluzę, a potem zablokować przedsionek, wyłączyć wentylację i obserwować wejście. Ostrzał przetrwałam bez problemu pod barierą z Mocy.

W tle słyszałam, jak Edgar jest dokładnie skanowany, zakuwany w kajdanki i wywlekany gdzieś do wnętrza statku. Nie wyczułam obecności Vreyxa. Zostałam pozostawiona sama sobie, ale niewiele mogłam zrobić poza znalezieniem lepszej kryjówki na lampie w przedsionku. Tam po prostu zasnęłam, by dojść do siebie, i był to niezły pomysł.

Po dłuższym czasie w przedsionku pojawił się Azatu prowadzący Tasha Q’aah. Azatu też wyczuł *coś* i prawie mnie znalazł, ale szczęście było po mojej stronie. Nie wyczuł mojej aury. Powiedział wtedy bardzo ciekawą rzecz, którą dobrze zapamiętałam: „może rozpylili tutaj resztki Gen'daia”. Kazał zagazować pomieszczenie. Wsunęłam maskę oddechową na twarz i czekałam.

Szybko okazało się, że gaz przenika przez skórę, byłam więc zmuszona do postawienia bariery, spowolnienia funkcji życiowych i korzystania z Mocy jak z tlenu. Wszystko trwało kilka minut, ale mnie kompletnie wykończyło, na samym początku mój organizm przyjął dość gazu, by był to dla mnie duży problem. Znów musiałam skupić się na odpoczynku, kiedy w tle słychać było komunikaty o przeniesieniu Edgara do celi.

Korweta cały czas gdzieś leciała, przeżyłam ze dwa skoki nadprzestrzenne. Dowiedziałam się, że Edgar zostanie przekazany na jakiś inny statek, a wcześniej trafi do „celi specjalnej”. Czas mi się kończył.

Miałam nadzieję, że już mnie tak nie pilnują, dlatego odważyłam się działać dalej. Podeszłam do drzwi prowadzących do środka statku i przez chwilę nasłuchiwałam, ale nie było szans, by przez gruby materiał przedostały się jakiekolwiek dźwięki. Wyczułam za to jakieś osoby po drugiej stronie. Zaczęłam badać drzwi, by mieć pojęcie, jak się otwierają, żeby móc rozewrzeć je albo siłowo, albo przez jakieś zwarcie. Udało się. Impuls energii uszkodził mechanizm drzwi i te zwyczajnie zwariowały, otwierając się i zamykając chaotycznie.

W międzyczasie Edgar też musiał coś zrobić, bo statkiem wstrząsnęło, włączył się alarm. Azatu kazał ostrzelać śluzę. Mówił, że jest w stanie uwierzyć w jeden wypadek, ale nie w dwa, zwłaszcza że sprzęt jest zwykle wielokrotnie sprawdzany i działa bez zarzutu. Starałam się wmówić komuś z załogi, że był wcześniej świadkiem awarii tych drzwi, by jakoś ratować sytuację, ale wyszło jeszcze gorzej, bo Azatu wykrył moje oddziaływanie. Wykrył ślady Mocy.

W tym momencie zarządził ewakuację. Edgar został ogłuszony i zabrany gdzieś – zrozumiałam, że na prom. Azatu do ostatniej chwili pilnował drzwi. Chodziło mi po głowie, żeby go zaatakować, ale… nie miałam własnego miecza. Miałam marne szanse na to, by wygrać, za to skazałabym Nexu na śmierć niezależnie od wyniku starcia. Jedyne, co mogłam zrobić, to nie dać się znaleźć, by nie pogorszyć tej sytuacji.

W końcu ewakuacja dobiegła końca. Kiedy wyszłam ze śluzy, trafiłam na pusty, cichy pokład. Ruszyłam na zwiad. W kokpicie znalazłam dwa droidy, które kierowały statek na najbliższą gwiazdę. Niecałe 6 minut drogi. Nie miałam autoryzacji do tego, by nakazać zmianę kursu, więc… urwałam pilotowi głowę i przejęłam stery. Nie potrafię czymś takim pilotować, ale mogłam użyć pracy silników, by zmienić kurs. Udało się.

Korweta zaczęła lecieć w nieznane. Komunikacja nie działała, nie miałam autoryzacji, by skorzystać z jakiejkolwiek konsoli. Wykończona, po prostu poszłam spać.

Kiedy się obudziłam, sytuacja pozostała bez zmian. Tym razem na pokładzie znalazłam krabika, takiego samego, jak nasze na Hakassi. Po głębszej analizie modułu komunikacji statku odkryłam jedynie, że wszystko zostało zniszczone na każdym możliwym odcinku, wliczając elementy w pomieszczeniach technicznych na dolnym pokładzie. Nie miałam autoryzacji, by uruchomić windy na dolny pokład. Z braku lepszych pomysłów i dla odstresowania się zaczęłam wpisywać głupie hasła w konsolę i jedno odblokowało mi dostęp – ku mojemu zaskoczeniu.

Idąc za ciosem, próbowałam wykorzystać to samo hasło do kontrolowania droidów, ale u nich była tylko identyfikacja werbalna i wizualna administratora. Musiałam wytężyć ostatnie szare komórki, by upodobnić się dzięki Mocy do Azatu i nadać swojej normalnej postaci te same uprawnienia. Już jako Elia, mogłam polecić droidom zmianę kursu. Niestety, wcześniej dekapitowałam głównego pilota, więc musiałam go najpierw naprawić. Poszło bez większych problemów.

Po ocenie naszego zapasu paliwa i obecnej lokalizacji, wybrałam Velmor na cel podróży – był to najbliższy podległy Sojuszowi świat, jaki znałam. Do celu zostało 17 godzin. Postanowiłam spędzić je na próbie rekonstrukcji systemu komunikacji.

Oszczędzę Wam detali technicznych, bo to nic ciekawego. Udało mi się znaleźć problem w maszynowni, odbudować konsolę częściowo. Wszystko tam było z rozmysłem spalone, nie przetrwały żadne dane. Moduł komunikacji był generalnie bezużyteczny nawet po naprawach, ale odebrałam ostatnią wiadomość wysłaną przez Azatu, którą sobie zgrałam:

Alarm. Na pokładzie wyczuwam ślady ingerencji, ślady potężnej ingerencji Mocy... Ale nie wyczuwam tu żywej istoty. Obawiam się, że wiem co to może być. Statek musi zostać posłany w gwiazdę. Tylko to może to zniszczyć.

Wdrożyć natychmiast protokół ewakuacji i porzucenia statku. Spalimy to razem z korwetą, wiem co robię, nie obawiajcie się.

Dobrze wiem, co to najprawdopodobniej jest. Wszystko zbyt dobrze składa się w całość, Jedi kolejny raz nas oszukali.

Wdrożyć plan ewakuacji natychmiastowej, porzucić okręt, nakazać droidom lot w najbliższą gwiazdę. Panuję nad sytuacją. Nie jestem pewny, czy to to o czym myślę – ale samo ryzyko wystarcza, by to było konieczne, przyjaciele.


Podróż na Velmor minęła mi wolno, ale bez przygód. Byłam przede wszystkim śmiertelnie głodna, ale droidy z dolnego pokładu zapewniały mnie, że nie ma już nic do jedzenia. Obejrzałam kilka holofilmów, które zachowały się na konsolach służących do rekreacji.

Na orbicie Velmoru powitano mnie z dużą dozą ostrożności, ale przyjaźnie. Dogadaliśmy się w sprawie statku – nam korweta niepotrzebna, a Velmor z radością go przyjął. Powinniśmy dostać za niego jakieś kredyty. Poprosiłam, żeby przysłano nam przynajmniej część droidów. Są mało warte, ale jeden ma oprogramowanie pilota, drugi – nawigatora. Droidy sprzątające też mogą nam się przydać. Sprzedalibyśmy je za grosze, a mogą sporo pomóc.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Edgar opisał wszystko ze swojej perspektywy tu: << Amnezja - Edgar >>

Przywiozłam ze sobą krabika - nie był z naszego "roju", ale ładnie zasymilował się z pozostałymi. Na moich oczach przeszedł dostrajanie do zewu Mocy i teraz ciężko odróżnić go od reszty.

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2006
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Poprzednia

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości