Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 03 sty 2020, 20:59

Powrót Thona

1. Data, godzina zdarzenia: 02.01.19, 21:00-2:00

2. Opis wydarzenia:
Wczorajszy trening skończył się wcześniej niż zwykle. Po powrocie z wyspy, kiedy tylko zsiedliśmy ze śmigaczy, pojawił się przed nami mało przytomny Gran, który okazał się kurierem. Był wyraźnie pod wpływem, jednak ponieważ miał ze sobą czek z pieniędzmi za sprzedaż protez, to jego stan zszedł na drugi plan. Rozmawialiśmy przez chwilę aż zaczął mówić o swoim koledze. Według kuriera, kiedy wracali ostatnio z pracy, kolega osunął się na ziemię cały zimny. Gran wziął to za efekt przesadzenia z narkotykami i zabrał go do szpitala, gdzie mężczyzna poczuł się lepiej i zaczął opowiadać jak w trakcie *fazy* widział mrocznych kultystów z mieczami. Chciałam wyciągnąć od Grana coś więcej, ale był solidnie naćpany, ledwo stał i prosił o wskazanie mu jakiegoś miejsca do położenia się. Zaprowadziłam go więc do wolnej kwatery, Violet zrobiła mu herbatę i tam kontynuowaliśmy rozmowę.
Leżąc na łóżku Gran był w stanie podać więcej szczegółów na temat tego, co widział jego kolega. Po pierwsze, człowiek zarzekał się, że nic nie brał, poczuł tylko nagle zimno i zaczął widzieć zamaskowanych zniekształconych ludzi z metalowymi mieczami, którzy *otworzyli zło* karmiące się agonią zniszczonej galaktyki. Zło opisywał jako dziurę w kosmosie, zemstę Vongów i upiora zmarłych, ale nie był zbyt precyzyjny, ponieważ w tym wypadku bardziej ją czuł niż widział. Widział natomiast rudą laskę, w której według Grana się zakochał.
Więcej informacji już nie dałam rady wyciągnąć, ponieważ Gran zaczął mieć problemy z oddychaniem. Doszło u niego do depresji oddechowej po zmieszaniu kilku substancji odurzających. Próbowałam sztucznego oddychania, ale nie przynosiło to efektów. Na szczęście w bazie był akurat Rycerz Avidhal. Wezwałam go na pomoc, a on sprawnie pokierował resztą akcji. Zgodnie z jego poleceniem podałam Granowi stymulant i podłączyłam kroplówkę, a Rycerz zaintubował pacjenta, co w końcu doprowadziło do normalizacji jego czynności życiowych. Obecnie Gran dochodzi do siebie w ambulatorium.

Zaraz po tym, jak Rycerz ustabilizował pacjenta otrzymaliśmy dwa połączenia - jedno z Koros Major, drugie z Yagi Minor – oba opisuję w sieci wewnętrznej. Kiedy wychodziliśmy z wieży komunikacyjnej, Violet źle się poczuła. Dobiegła w prawdzie do łazienek mówiąc, że jest jej zimno, ale potem zaczęła słabnąć w coraz szybszym tempie. Weszła do wanny, a ja pilnowałam jej i temperatury wody starając się wywołać gorączkę. Kąpiel trwała dość długo, pomogłam jej wyjść dopiero kiedy miałam pewność, że jest jej słabo od wysokiej temperatury, nie Thona. Sama fatalnie się czułam - i z ogólnego wyczerpania i od gorąca, ale chciałam, żeby Violet mogła się chociaż o mnie oprzeć w drodze do kwatery. Cóż, to był zły plan. Potknęłam się na schodach, nawet nie wiem jak, i upadłam razem z Violet. O ile ona wylądowała dość miękko, sama dość mocno się potłukłam. Na szczęście znalazł nas Rycerz Avidhal i odstawił bezpiecznie do kwater. Wzięłam leki i kiedy już układałam się do snu, zadzwonił do nas ktoś z Hakassanskiego Zarządu Służb Medycznych. W ciągu kilku ostatnich godzin ofiary Thona z koncertu zaczęły masowo wracać do szpitali. Nie wszystkim się jednak udało i kilkaset osób zmarło w domach. Ofiary były rozsiane po całej planecie i zaczęły słabnąć praktycznie jednocześnie. Służby medyczne skojarzyły wprawdzie, że pacjenci są w jakiś sposób powiązani z koncertem i ściągnęli do szpitali wszystkich, którzy na nim byli, (nawet jeśli jeszcze te osoby nie miały objawów), ale w sumie zmarło sześćset jedenaście osób, a to może jeszcze nie być koniec.
Dzwoniący wspominał, że nie ma danych o osobach spoza listy obecnych na koncercie, więc *choroba* nie jest zakaźna, ale służby są dość bezradne. Oprócz podawania stymulantów i wywoływania gorączki po pierwszych objawach, nie mają żadnych środków zapobiegawczych. Podejrzewają coś vongowego. Zasugerowałam wywiezienie chorych na orbitę, ale Rycerz Avidhal wytłumaczył mi, że to zły pomysł, ponieważ Thon mógłby zostać uznany za epidemię, statek z chorymi zestrzelony, a Hakassi odcięte ze względu na zagrożenie biologiczne. Zamiast tego, zaproponował pozostawienie dotkniętych Aurożercą na dłuższej obserwacji.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
  • Nie wygląda to wszystko optymistycznie. Thon jest w stanie dostać się do byłych ofiar na ogromną skalę, w bardzo krótkim czasie. Podejrzewaliśmy to wcześniej, ale mamy już pewność, że o ile pierwszy atak zabija osłabionych, to przy kolejnym szanse na przeżycie potwornie maleją.
  • Aurożerca rozwija się też mentalnie. Pokazał kurierowi coś, co wcześniej mogła zobaczyć tylko Mistrzyni. Co gorsza, w wizji zesłanej na ofiarę pojawiła się ona sama. Jeśli Thon zacznie pokazywać innym ofiarom ją i pozostałych Jedi, to możemy mieć duży problem.
  • Mam nadzieję, że osoby ze zgromadzenia Proroka przeżyły, kobieta, która była u nas kiedyś z synem też. Do niej chyba nie mam kontaktu, ale z skontaktuję się z Kościołem Uchodźców.
  • Trzeba porozmawiać z kimś z rządu o oficjalnej wersji.
  • Nie wiem czy to dobry trop, ale mam wrażenie, że Thon atakuje tylko przy dodatnich temperaturach. Może kiedy jest chłodniej, chowa się w głębszych partiach jeziora, może trudniej mu wtedy poruszać materią? Nie wiem, ale przejrzę dokładnie dane, żeby sprawdzić czy teoria ma jakąkolwiek rację bytu.

4. Autor raportu: Adept Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 369
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 12 sty 2020, 18:27

Tropem Rycerza Fenderusa

1. Data, godzina zdarzenia: 23.12.19, 05.01.20

2. Opis wydarzenia:

Podróż z Hakassi na Yaga Minor to czysta mordęga – oszczędzę Wam detali. Myśliwiec zostawiłam na jednej z czterech stacji Golan I, dalej przetransportował mnie prom. Na stacji dowiedziałam się jedynie, że nieuzbrojone jednostki wpuszczano do systemu bez żadnej kontroli, więc nie ma szans na odkrycie sygnatur poszukiwanej przez nas Thety.

Przewieziono mnie do centrali Dowództwa Gwardii Więziennej Sektora Presfbelt, gdzie odbyłam spotkanie z ocalałymi pasażerami konwoju (więźniem i ochroniarzem), człowiekiem z ministerstwa i kimś, kto się nie przedstawił, ale wyraźnie zajmował stanowisko dowódcze. Spotkanie przebiegło bardzo treściwie. Na zakończenie udało mi się wynegocjować wizytę na miejscu katastrofy pod warunkiem, że pojadę tam incognito.

Miałam możliwość odbycia medytacji we wnętrzu zestrzelonego wraku. Udało mi się sięgnąć wspomnień Rycerza… co nie było niczym przyjemnym. Pomogło mi jednak ustalić spójną wersję wydarzeń, doprecyzować, uzupełnić luki. Oto czego udało mi się dowiedzieć:

1. Transport Rycerza i pozostałych więźniów był standardowym działaniem służby więziennej, takie transporty są normalne, więźniowie są przerzucani między placówkami regularnie.

2. Prom więzienny odbywał lot planetarny, w atmosferze. Utracił łączność podczas przelotu przez wyludniony obszar (co było dla załogi normalne), wtedy też został zaatakowany.

3. Ataku dokonano z ręcznej broni rakietowej, z zewnątrz. Statek został trafiony w okolice kokpitu, z prawej strony.

4. Pilot współpracował z napastnikami. Nie zaalarmował załogi, nie próbował komunikacji po ataku. Wciąż żył po ostrzale kokpitu. Był starszym mężczyzną tuż przed emeryturą, powszechnie poważanym.

5. W momencie napadu pojawił się prom Theta, na jego pokładzie droidy anty-Vong, najemnicy w skafandrach i sobowtór Edgara.

6. Doszło do abordażu. Przytomnych członków załogi zastrzelono, wliczając pilota – ale ten, jako jedyny, otrzymał strzał w czoło, nie w tył głowy. Nieprzytomnych i więźniów oszczędzono.

7. Rycerz Fenderus został pojmany po długiej walce. Był wyraźnie zaskoczony obecnością sobowtóra Edgara. Nie był łatwym celem nawet bez miecza. Doznał urazu głowy, został odurzony, obezwładniony i wywleczony z pokładu.

8. Pozostali więźniowie próbowali zorganizować ucieczkę, kradnąc sprzęt nieprzytomnej lub martwej ochrony. Ucieczka zakończyła się fiaskiem z powodu przybycia Imperium zaalarmowanego przedłużającym się brakiem kontaktu z promem więziennym.


Kropką nad i było pojawienie się droida anty-Vong w momencie, gdy miałam opuszczać teren kraksy. Zrobiłam co mogłam, by nie wyjawić mojej tożsamości przed człowiekiem pilnującym wraku (Imperium niezwykle na tym zależało). Pocięte szczątki odebrało wojsko, a cieć jest przekonany, że droid wybuchł sam z siebie.

Na tym etapie pożegnałam się z Imperium. Byłam już na pokładzie myśliwca, gotowa opuścić sektor, gdy odebrałam słaby sygnał nadawany na częstotliwości naszych pojazdów. Ustalenie skąd pochodzi zajęło mi ponad tydzień – nie wiem ile dokładnie, ale gdyby nie elokwencja myśliwca i rękojeść, nad którą zaczęłam pracować, pewnie zwariowałabym od przeliczeń i fałszywych tropów i braku postępów.

W tym czasie Imperium próbowało się ze mną bezskutecznie łączyć. Odebrałam – po tygodniu – i nie była to najmilsza rozmowa, jaką w życiu odbyłam, choć wszystko zostało rozwiązane niezwykle profesjonalnie. Miałam oczekiwać na orbicie księżyca drugiego planety Yorgraxx na przybycie śledczych, sygnał był tam najsilniejszy i osiągnął wartość 9%.

Ostatecznie otrzymałam pozwolenie na lądowanie. Większa cześć księżyca nie nadawała się do zamieszkania, wybrałam bardziej zaludniony obszar – co oznaczało lądowanie na pustkowiu obok jakiejś biednej osady. Mieszkańcy, którzy mnie powitali, byli bardzo prości, ale mili. Zaczęłam się niepokoić w momencie, gdy jakieś rodiańskie dziecko po cichu radziło mi uciekać. Nie tyle bałam się zasadzki, co ujawnienia się jako Jedi – zwłaszcza że Imperium chciało uniknąć tego za wszelką cenę. Wróciłam na statek, żeby otrzymać od nich pozwolenie na samodzielne działanie, ale nie było mi to potrzebne, bo zaraz pojawił się prom ze śledczymi.

Wyszedł do mnie porucznik Irvin Erstrig, z którym miałam ściśle współpracować. Ruszyliśmy do jedynej kantyny w osadzie. Szybko okazało się, że mieszkańcy są zastraszeni, ale wystarczyło poopowiadać o bardzo bardzo złych droidach, które strzelają do sojuszników, oraz obiecać ochronę Imperium, by języki się rozwiązały. Tu poznałam dalszą część historii Rycerza:

9. Rycerz Fenderus zbiegł napastnikom w kapsule ratunkowej, która wylądowała na drugim księżycu planety Yorgraxx.

10. Miejscowi znaleźli rannego, umieścili go w wiosce dla rannych, gdzie był doglądany przez miejscowego lekarza.

11. Ze szczątków aparatury komunikacyjnej kapsuły Rycerz stworzył nadajnik, który wysyłał sygnał na nasze częstotliwości. Zapisał też wiadomość na karcie pamięci (w załączniku).

Rycerz Fenderus pisze:Mam nadzieje, ze ktos to znajdzie... Jesli jestes kims od tych skurwysynow, to chyba z chujem sie na lby zamieniles, ze nagralbym tu cos co wam samym sie przyda... Nastawilem to na przesylanie sygnalu na nadajniki kosmiczne, zeby trudniej bylo wykryc...
Zeby jakos to schowac i mniejsze szanse ze te droidy wykryja fale, jak to od razu nastawione na napierniczanie do gory i sie nie roznosi po planecie nigdzie, obym mial kuwa racje, bo za wielu opcji na schowanie tego to ja tu nie mam.
Nie mam za wiele czasu... Udalo mi sie skonfigurowac to by nadawalo sygnal na nasze statki... Na pewno w koncu sie dowiecie i ktos tu przyleci, tylko mam nadzieje, ze sluchacie tego pierwsi...
Dopadli prom wiezienny, probowalem sie z nimi bic, ale dostalem kompletny lomot, bez miecza nie mialem zadnych szans, jest z nimi ktos co wyglada jak Edgar, ale bije sie jak pierniczony Denarsk z para fizyczna SDK...
Zreszta szczerze, gosc sie bil tak, ze z mieczem bym mial 50:50 co najwyzej. A co dopiero z jego obstawa, mniejsza...
Rozpieprzyl mnie calkowicie, pozostali nawet nie musieli mu pomagac, maja kuzwa nasze droidy... Te droidy YVH, te antyvongowe, te niezniszczalne pieprzone czolgi...
Przewozili mnie na swoj prom, widzialem ze mieli tam jakas Thete, ale to musiala byc podpucha, albo dwa po prostu maja, zapakowali mnie na Lambde, z Lambdy przewiezli mnie...
Jestem prawie pewien ze na korwete Marauder, gowno wiecie o statkach, to od razu powiem, takie statki sa w uzyciu gosci z tego calego Sektora Korporacyjnego czy jakos tak, wyszukacie o czym mowa, musza to miec stamtad...
To ogromnie przerobiona korweta Marauder, ale to jest na bank Marauder, dam sobie leb uciac, za wiedze o tym szajsie to sie dam pokroic, to zmodyfikowany Marauder do ktorego dali duzo lepsze nowoczesniejsze turbolasery...
Dokladniej to sa turbolasery D6, a normalne Maraudery maja te jakies starocia z czasow Wojen Klonow, nie pamietam jakie, ale nie to...
Musicie to jakos kuwa wykorzystac, bo nie mam totalnie nic wiecej. Theta, stara rozpadajaca sie Lambda i ten Marauder, specki tych Marauderow sprawdzicie w byle encyklopedii kuzwa.
Udalo mi sie zmanipulowac jednym z droidow, otworzyl ogien do swoich, zlapalem kapsule ratunkowa i spieprzylem nia, ale dlugo tu na bank nie zagrzeje czasu, chca mnie zywcem, chca dorwac Gwiezdna Kuznie, Kuznie chca dopieprzyc!
Nic nie mowia o co im chodzi, nie wiem o co im lata, ale na pewno chcieli mnie wziac zywcem, bo mieli tone okazji zeby mnie odstrzelic, wiec jak to znajdziecie, to mysle ze pewnie nadal jestem zywy...
Druga sprawa, ze kij wie, czy to bedzie dla kogokolwiek dobre ze bede zywy, jak te gnoje planuja cos z Kuznia...
Maja wtyczki kuzwa, maja wtyczki jak cholera, ten pilot tego promu byl jakas ich wtyczka i wystawil statek na atak, to wszystko bylo ukartowane jak cholera, pilot promu to totalna ustawka... Nawijal cos do nich o jakiejs umowie...
Cos tam gadal o forsie, nie wiem co, leb mi pekal, a potem slyszalem jak go odstrzelili i wszystkich innych przytomnych tez, reszta wygladala jakby miala sie nie obudzic...
Reszte zalogi zabili, poza tymi co i tak byli nieprzytomni, no i poza mna...
Cala akcja byla ustawiona, tylko dzieki temu udalo im sie zrobic cos takiego, przy czyms innym po prostu Imperium by ich stad zdmuchnelo i strzepalo. Sa zajebiscie zorganizowani, zaradni... I to bezlitosne mendy, samo scierwo zaslugujace tylko na smierc.
To chora banda bezlitosnych mordercow, to wszystko tylko do odstrzalu, jak jakis nie chce nic wydac i nie ma z niego pozytku z informacji, to tylko dac jakims rzadom na egzekucje, to oblesne, ze takie scierwo zyje...
Nic wiecej nie mam skad wiedziec, o niczym nie gadali, to nie ten typ co to przechwala sie wielkimi planami, daja w leb, siedza cicho i robia swoje i nie wiadomo o co chodzi...
Jedno wiem na pewno, chca mnie zywcem, wole nie myslec w sumie po co, wiem tylko ze chca Kuznie, nic wiecej, gadali o niej, ze wreszcie ja dorwa, nic wiecej nie chcieli z siebie wycisnac...
Pewnie chca mnie zlapac do wydania adresu... Za kija sie nie dam zlamac, predzej zdechne, co oceniajac temat racjonalnie... No wyglada na najbarzdiej prawdopodobny scenariusz...
Ale nikt nie moze dac sie tym mendom zlapac, jak beda mieli nas dwoch, to bedzie katastrofa.
No i to by bylo chyba tyle... Jest duza szansa, ze to moja ostatnia wiadomosc czy co, ale rownie duza, ze znajda to jakies mendy, wiec troche bylo by glupio klasc tu jakies ckliwe pozegnania, nie? I tak kto mial wiedziec jak go szanuje, ten to dawno wie.
Jak to moja ostatnia wiadomosc, no to slabo wyszlo. Nic wiecej nie wiem... Moze na cos sie wam przyda poznac tego kulisy i statek tych za przeproszeniem chujów zajebanych...


12. Droidy sobowtóra trafiły na ślad Rycerza, zmusiły mieszkańców do wydania go.

13. Ciężko ranny Rycerz nie miał szans stawiać oporu, został brutalnie pojmany.

14. Mieszkańcy zostali przymuszeni do zachowania milczenia pod groźbą śmierci.


Tu trop się urwał. Przekazałam wszystkie dowody Imperium do dalszego śledztwa. Nim opuściliśmy księżyc znów pojawiły się droidy, tym razem w większej ilości. Porucznik Erstrig został wzięty za cywila i ogłuszony, natomiast ja okazałam się Yuuzhan Vongiem i musiałam podjąć walkę. Było o tyle trudno, że droidy miały na wyposażeniu także wyrzutnie rakiet (być może to jedna z nich zestrzeliła wcześniej prom więzienny). Imperium nie kwapiło się z pomocą, za to mój myśliwiec jak najbardziej – staranował co najmniej jednego z droidów. Nie wiem ile dokładnie ich było, może trzy? Cztery? Są bardzo żywotne.

Na tym zakończyła się moja przygoda w sektorze Prefsbelt. Dalsze śledztwo należy do Imperium. Dowody, jak również ten raport, trafią w ręce imperialnych śledczych.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: W nagraniu Rycerz wspomina o Kuźni. Imperium może nie wiedzieć o co dokładnie chodzi, ale pytania na pewno się pojawią, skoro to ewidentnie motyw ataku. Bardzo proszę o zachowanie pełnej dyskrecji – najlepiej o udawanie, że nie macie o niczym pojęcia i odsyłanie ich do mnie albo Rycerza Avidhala.

Pod żadnym pozorem nie wolno Violet otwierać przy nikim ust na ten temat, macie prawo ją ogłuszyć, jeśli będzie próbowała z kimś o tym rozmawiać. Dziewczyna nie nadaje się do przedstawiania oficjalnych wersji nikomu.

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2004
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 09 lut 2020, 17:39

Ruiny, widmo, YVH i porwanie

1. Data, godzina zdarzenia: 04.01.20, 00:00-03:30; 08.01.20, 19:00-23:30; 19.01.20, 18:00-22:30

2. Opis wydarzenia: Wybaczcie jeśli ten raport będzie bardzo ubogi w treści - zwykłam pisać je od razu na kolejny dzień, lecz miała się tym zająć Hope. Nie odzywa odkąd przyjechałyśmy, więc postanowiłam, że nie będę was trzymać w niewiedzy i sama to napiszę.

Bardzo późnym wieczorem, gdy siedziałam w kantynie wraz z Adeptkami Deron i Novastar, z Hope ktoś się skontaktował. Był to jeden z historyków, z grupy, która stacjonuje tutaj na Hakassi i Hope zgłaszała się do nich na jakieś... Wypady do ruin, badania i takie tam. Przerwałyśmy omawianie Kodeksu Jedi z nową Adeptką i Hope odebrała połączenie, dowiadując się o jakichś fenomenalnych, pięćset letnich ruinach, gdzieś pomiędzy Tuvilą, a Keratoną. Hope wyraziła chęć pojechania, więc spakowałyśmy potrzebne rzeczy i wyruszyłyśmy - ja wstępnie jako pilot, taksówka. Gdy dojechałyśmy na przysłane współrzędne, zdecydowałam, że jednak zostanę, bo nie chcę wracać sama nocą przez Hakassi. Zrozumiałe.

Ruiny świątyni

Naszym oczom ukazały się ruiny wielkiej świątyni i dwójka historyków - Mas Moled, funkcjonariusz policji w Ehego i jego kolega, którego imienia nie pamiętam. Przywitaliśmy się, zapoznaliśmy i zaczęliśmy działać. Od razu zaczęłam wypatrywać jakichś dziwnych śladów obecności Thona - bo to był jeden z powodów, dla których zostałam. Przypomniałam sobie o słowach jednego z historyków, który dzwonił chyba z miesiąc wcześniej - mówił, że ruiny na Hakassi mogą być powiązane z tymi tajemniczymi zasłabnięciami czy coś w ten deseń. Nie znalazłam żadnych śladów aktywności, wszystko było zupełnie normalne, żadnych szram w murach, żadnych zmian w kierunku wiatru, wszystko w porządku. Wchodząc do ruin przywitało nas widmo. Widmo Miraluki. Widziałam je tylko ja i Hope - a Kiffarka nawet odważyła się go dotknąć i od razu zabrała rękę, jak oparzona. Widmo przeszło obok nas, jak gdyby nigdy nic. Tym razem przywitały nas wieżyczki obronne świątyni - wykonane z dziwnego, odbijającego pociski metalu. Zaczęły do nas strzelać, ale poradziliśmy sobie z nimi bezproblemowo. Chwilę później wyjechała na nas moblina wieżyczka, wykonana z tego samego metalu. Zaczęł do nas naparzać z blastera i rozwaliła nasze śmigacze, a dokładniej baki z paliwem. Uciekając przed nią natknęliśmy się na dziwny kawałek podłogi, wyraźnie różniący się kolorem - pomyślałam, że to właz, ukryte wejście i tak też było. Devaroniański funkcjonariusz rozwalił właz z karabinu, zeskoczyliśmy kilka metrów w dół i znaleźliśmy się w podziemiach świątyni. Naszym oczom ukazały się różne malunki, jakiś most i jeszcze więcej przepaści. Hope zrobiła zdjęcie jednego malunku, który oczyściłam z brudu i zeskoczyliśmy w dół, lądując w jednym z kilku korytarzy. Trafiliśmy w końcu na ogromne pomieszczenie - a na drugim jego końcu coś świecącego. To było stare archiwum, kilka półek wypełnionych po brzegi cyfronotesami, takimi jaki przywiozłyśmy z Hope. Ze znakiem z Alpheridies, zapisanym dziwnym, staromiralukańskim lub podobnym do niego językiem, którego nie zna Alora. Nie nacieszyliśmy się długo znaleziskiem - jedyne wyjście z pomieszczenia zastawił droid. Głowa w kształcie czaszki, pancerz i wielki karabin rozpryskowy, pokroju T-21 Imperium. Zidentyfikował mnie i Hope jako wojowników Yuuzhan Vong, którzy muszą zostać zabici. Naszych dwóch kolegów historyków wziął za cywili i szybko ogłuszył. Zaczęła się walka, w której udało mi się powalić droida mieczem, ale ten niewiele mu zrobił - szybko wstał i pokazał mi jak się walczy z szermierzem. Z zwęglonym bokiem brzucha zaczęłam uciekać, wykorzystując moje umiejętności akrobatyczne. Wysokości były zbyt duże, by ktokolwiek z pozostałych trzech osób mógł się wydostać - wyszłam z ruin sama. Droid wybiegł za mną, będąc świadomym tego, że moi towarzysze i tak się nie wydostaną - a jego umiejętności akrobatyczne były na takim samym poziomie, jak moje. Wyskoczył bez problemu. Udało mi się go kilka razy zmylić, ukrywać się wśród drzew - aż w końcu wrócił do ruin, by dobić Hope. W namiotach historyków znalazłam linki do wspinaczki, które powiązałam ze sobą, jednym końcem przywiązałam do kolumny, a drugi spuściłam w przepaść, która plasowała się nad pomieszczeniem z cyfronotesami. Hope była już bardzo ranna, miała przestrzelony brzuch, jedna ręka była już nieużyteczna. Kazałam jej się obwiązać liną i zaczęłyśmy współpracować - powoli udawało mi się ją wciągać te kilkanaście metrów w górę, ale ucierpiałam przy tym bardzo. To był największy wysiłek w moim życiu. Przegryzłam sobie język i coś mi się stało z mięśniami lewej ręki, ale udało mi się wciągnąć Kiffarkę i uratować jej życie. Do czasu.

Dżungla

Nasza podróż przez las była... Męczarnią. Szłyśmy w tak wolnym tempie, że nawet w moim obecnym stanie szybciej bym się czołgała, niż wtedy szłyśmy. Droid dopadł nas w środku dżungli. Nasz stan był katastrofalny, ale jednym wyjściem była walka - nie miałyśmy nawet dokąd uciec. Udało mi się wypalić dziurę w plecach droida, zanim jeszcze mnie powalił - myślałam, że mamy szansę wyjść z tego cało. Myliłam się. Hope straciła rękę, ja oberwałam w nogę i nie mogłam się ruszać. Droid przymierzał się do egzekucji Adeptki - leżąc na ziemi oddałam celny strzał w jego nogę, rozwalając mu pancerz, wystawiając elektronikę na zewnątrz. Skupił się na mnie, a efekty widać do dziś. Pocisk przeszył mój brzuch, niszcząc większość organów w środku. Hope ostatnim tchnieniem oddała strzał w dokładnie to samo miejsce, w które trafiłam go ja - w nogę. Tym razem to ona uratowała mi życie. YVH zaczął uciekać, Hope zemdlała, a ja w końcu mogłam wezwać pomoc, gdyż droida nie było już w pobliżu - przestał zakłócać sygnał. Gdzieś w środku rozmowy z ratownikiem zemdlałam, ale karetka i policja były w drodze. Ostatnie co pamiętam, to napływanie krwi do buzi i cieknący strumień z brzucha, leżąc pośrodku traw, z nieprzytomną Hope obok.

Szpital w Keratonie

Obudziłyśmy się po pięciu dniach śpiączki w szpitalu w Keratonie. Dostałyśmy nasze akta medyczne, a ja poczułam, że coś we mnie umarło. Czytając swoje akta nie mogłam uwierzyć - i nie wierzę do dziś. Do szpitala przybył neimoidiański policjant, który zebrał od nas zeznania. Odebrałyśmy nasze rzeczy - mój miecz, dwa blastery bez ogniw i antyczny cyfronotes z ruin i udałyśmy się do wezwanej nam taksówki. Taksówkę wezwali nasi koledzy historycy - chcieli, byśmy do nich przyjechały, chcieli się jakkolwiek przydać, wspomóc nas, było im bardzo przykro, że wciągnęli nas do ruin, gdzie tak bardzo ucierpiałyśmy z Hope, a ich droid nawet nie uszkodził. Powiedziałam, że bardzo dziękuję za chęć pomocy, ale chcę jak najszybciej wrócić do swojego domu i tam odpocząć. Zapewniłam też, że ma się kto nami zaopiekować i obiecałam, że jak wyzdrowiejemy, to do nich przyjedziemy. Rodiański taksówkarz zgodził się na układ, mimo opłaconej wcześniej taksówki do Ehego - i pojechałyśmy do naszej bazy. Pech jednak chciał, że czekali na nas. Napastnicy wynajęci przez Edgara bis. Obie byłyśmy w takim stanie, że pokonałby nas nawet najgorszy szermierz czy strzelec w galaktyce. Taksówka rozbiła się na jakimś pustkowiu, wyciągnęli nas z palącego się pojazdu, a taksówkarza z zimną krwią zabili. Pocisk z karabinu snajperskiego przeszył jego głowę na wylot. Odezwał się jego szef poprzez komunikator, a Hope zaczęła krzyczeć, że nas porywają. Źle dla niej. Pobili ją, rozwalając jej szwy na brzuchu i wrzucili nas jak worki do bagażnika. Podróż była okropna - nie było nawet czym oddychać.

Baza porywaczy

Trafiłyśmy do zatęchłej, pordzewiałej piwnicy. Czułam się jak zwłoki, wiedziałam, że to może być nasz koniec - i byłam na to przygotowana. Porywacze jasno się określili, gdy spytałam, czy ich szefem jest rudy, ciemnoskóry echani. Chcieli od nas informacji, a ja od razu ich zapewniłam, że niczego nie mam zamiaru im mówić. Edgar bis połączył się z nimi i powiedział, że jesteśmy obie bezużyteczne, dwa najgorsze cele, jakie mogli upolować, bo liczyli na jakąś Alore, Edgara czy chociażby Arelle - bo uwaga cytuję - ma wartość emocjonalną dla Mistrzyni. Dostałyśmy ultimatum. Albo zwabiamy tutaj Arelle, albo mówimy coś naprawdę przydatnego, pokroju Gwiezdnej Kuźni, albo żegnamy się z tym światem. Nie chciałam wybierać, wolałam pójść do piachu, niż zwabiać chociażby Arelle. Nie miałam serca tego zrobić, mimo wszystko. Dali nam kilka minut na zastanowienie się i poszli na papierosa. Wiedziałam, że moja śmierć nic nie zmieni, więc wybrałyśmy opcję z podstępem. Nasz plan był prosty - Arelle miała się dowiedzieć, że jesteśmy w szpitalu w Keratonie i ktoś nas musi odebrać. Od początku wiedziałam, że w naszej bazie nie ma żadnego śmigacza, który pomieściłby trzy osoby, więc Arelle chcąc nie chcąc musiałaby kogoś ze sobą zabrać - kogoś, kto potrafi pilotować Sentinela. Jest tu jedna opcja - Rycerz Slorkan. Napastnicy byliby przygotowani tylko na Arelle, więc... Plan pewnie i by się udał, gdyby nie to, że Edgar bis szybko nas przechytrzył i wyjawił drugie dno. Napastnicy chcieli nas wtedy zabić za to, że celowo chcieliśmy ich wrobić w pułapkę, a ostrze Rycerz zrobiłby z nimi porządek, zanim zdążyliby cokolwiek powiedzieć. Hope wtedy zaproponowała okup. Trzydzieści dwa tysiące kredytów i kontakt z bazą Jedi. Kiffarka zadzwoniła, odebrał Mistrz Bart i... Twierdził, że nie zna Hope, ale ja może i jestem warta ceny dobrego myśliwca. Chwilę później zrobił coś niesłychanego. Pchnął Mocą przez komunikator, a fala energii odepchnęła rodiańskiego porywacza i Hope na ścianę, obok mnie. Połączenie przejęła Arelle, zapisała numer konta bankowego, a połączenie zostało zakończone. Zasnęłam, ledwo utrzymując przytomność odkąd trafiłyśmy do tego pomieszczenia.

Jedenaście dni później zawitali do nas znów nasi porywacze - rodianin Ghenera i jakiś... Nie wiem jaka to rasa, nikto? Noghri? Ten drugi miał taki sam karabin, jak YVH. Twierdzili, że okup nie został zapłacony, a przed pójściem do piachu jeszcze się musimy odwdzięczyć za gościnę. W sposób seksualny oczywiście. Szybko skończyli bajkę o okupie, powiedzieli, że wszystko elegancko dotarło, więc wywożą nas na losowe pustkowie i radźcie sobie. Wstrzyknęli nam substancje usypiające, założyli worki na głowę. Obudziliśmy się na pustkowiu, pomiędzy Drand i Ehego. W worku obok znalazłyśmy nasze rzeczy - dostałyśmy nawet nutripastę i torebki odżywcze do mojej aparatury... Ale porywacze nie oddali mi mojego miecza. Wędrówka przez pustkowie była koszmarna, aż w końcu usłyszałyśmy jakiś dziwny, metalowy stukot - a naszym oczom ukazała się maszyna krocząca Imperium. Wiedziałam, że mamy ogromne szczęście i ktoś nas uratuje. Chwilę później zauważyłam lecące w naszą stronę rakiety. Starałam się zbliżać do maszyny, krzycząc i machając rękami, żeby nie strzelali. Okazało się, że maszyna była już bardzo stara i sama wystrzeliwała te pociski - a dwójka mężczyzn transportowała ją na złomowisko. W ich towarzystwie przetrwałyśmy kilka dni, aż w końcu nadeszła pomoc. Wojsko przyjechało, gdyż maszyna się zepsuła - byli tak mili, że odwieźli nas do najbliższego miasta, skąd Hope wezwała taksówkę i mogłyśmy wrócić do bazy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Warto odwiedzić ruiny raz jeszcze, gdyż zostały oczyszczone i sprawdzone przez policję. Co prawda w owych ruinach pozostały jeszcze wieżyczki strażnicze, ale można zabrać ze sobą działko jonowe, które mamy w magazynie. Widmo tego miraluki... Skojarzyło mi się z ciemno stronnym miraluką, który żerował na Mistrzyni Vile, jeszcze za czasów bycia Padawanką i Uczennicą Mistrza Barta. Najlepiej by było, gdyby pojechała tam Mistrzyni wraz z Alorą.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 300
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Edgar Alexander dodano: 12 lut 2020, 17:20

Abordaż

1. Data, godzina zdarzenia: 11.02.20 20:00 - 01:30

2. Opis wydarzenia:

Wyruszyliśmy do Skadiv zgonie z początkowymi ustaleniami. Poganiał nas pilot mający nas odebrać, stąd nie marnowaliśmy czasu na sentymentalne dyskusje i rozważania. Arelle pochwaliła się zapakowaniem nam kanapek i picia - chwała Ci za to młoda, lecieliśmy kilka godzin, więc uratowałaś nas od śmierci głodowej. W Skadiv szybko zabraliśmy się promem Sojuszu. Lecieliśmy jakiś czas, nie wiem jak długo - dość, by lekko nam stawy zesztywniały. Nie prowadziliśmy jakiejś ciekawej dyskusji, głównie próbowaliśmy odespać. Ostatecznie dotarliśmy do.... jakiegoś systemu gwiezdnego, na jakiś gwiezdny niszczyciel - trudno powiedzieć, popychano nas z miejsca na miejsce, bez słowa wstępu, aż sam się skołowałem. Finalnie trafiliśmy na zastępczy mostek niszczyciela, jaki nas tego dnia gościł. Tam też przeszliśmy do rzeczy związanych z organizacją.

Mój mistrz początkowo, spodziewanie, nie wydawał się tryskać entuzjazmem w związku z natłokiem obcych istot oraz koniecznością rozmawiania z nimi. Początkowo był cichy, wycofany, a ja sam prowadziłem całą interakcję. Z czasem chyba się oswoił z nowym otoczeniem i zaczął aktywnie uczestniczyć w dyskusji, im dalej w las tym lepiej - bardzo byłem z tej zmiany ucieszony.

Głównymi osobami prowadzącymi zebranie byli major Thosi, sierżant Harnol i kapitan Mar Reyl'skar, pierwsi dwaj z Żandarmerii, drugi z Wywiadu. Było tam kilkoro innych żołnierzy, ale nie zaangażowali się aż tak bardzo w dyskusję - kilku spędzało dużo czasu na jaraniu się naszą obecnością i dzieleniu się pogłoskami na nasz temat. Kilkoma przykrymi, ale mniejsza.

Nasz cel znajdował się obecnie na Cosii. Ich frachtowiec Action V wylądował na planecie, prawdopodobnie by handlować łupem zdobytym podczas napadów. Mieli takich akcji na karku całkiem sporo - przynajmniej jedenaście potwierdzonych napadów, głównie na transporty elektroniki. Ponadto, podczas tych napadów nie pozostawiali świadków, zabili oni aż trzydzieści osiem osób. Te fakty sprawiły, że zebrani zdecydowanie nie pałali miłością do tych piratów. Idąc normalnym tokiem prawnym, każdego z nich czekałaby egzekucja, a do tego publiczna (aby dać przykład innym rzezimieszkom). Wywiad i Żandarmeria były zgodne w jednym - przywódca lub przywódcy grupy mieli iść na szafot tak czy siak, bez względu na potencjalną współpracę. Szeregowi członkowie mogli uratować swoje życie współpracując z nami. To był argument, jakiego zamierzałem się trzymać. Nie znana była dokładna liczebność grupy. Wiadomo było, że nazywali sami siebie "Czerwoną Falą", a przewodziła im jakaś kobieta. Wiadomo też, że coś u nich nosiło nazwę "Złota Strzała", jednakże nie wiadomo, czy odnosiło się to do statku, czy czegoś innego - tego dowiedzieliśmy się później.

Lecieliśmy na Cosii sami. Otrzymaliśmy E-winga, blastery, kajdanki i medpakiety, jednakże żadnego wsparcia w ludziach. Intencją wojska było, aby nie doprowadzić do kryzysu i nie angażować lokalnych osób, planeta była bowiem politycznie neutralna. Sojusz zaangażował by żołnierzy wyłącznie w celu przechwycenia piratów i kontrolowaniu ich poczynań po sukcesie naszej wyprawy.

Taktykę pozostawiono w naszych rękach, jednakże szybko okazało się, że scenariusz jakiego oczekiwałem - złapanie piratów na gorącym uczynku - był niedostępny. Każdy, w tym mój mistrz, oczekiwał ode mnie świetnie przygotowanego i przemyślanego planu - ja jednakże czekałem z dokładnym planowaniem na więcej informacji o grupie, nie umiałem główkować w ciemno. To był chyba pierwszy zawód sprawiony mistrzowi i definitywny moment, w którym to on zaczął prowadzić całą akcją. Polecieliśmy na Cosię, a ja spędziłem lot na planowaniu odpowiedniego podejścia. Ostatecznie zgodziliśmy się, że spróbujemy udawać grupę powiązaną z droidami YVH, być może grupę sobowtóra - definitywnie kogoś, kto chce opylić piratom zaawansowany sprzęt. Z takim planem podeszliśmy pod rampę ich pojazdu.

Cosia okazała się dość spokojną, niezbyt zindustrializowaną planetą. Frachtowiec był zaparkowany po środku niczego, na trawiastej równinie, stąd nie było ryzyka angaż tubylców. Mieliśmy wolną rękę, ale musieliśmy dostać się do środka. Oczywiście, na początku piraci zgrywali niewinnych - ot grupkę farmerów. Razem z mistrzem daliśmy radę ich przekonać do wpuszczenia nas i do ujawnienia swojej działalności. Na początku poprzez implikacje, potem poprzez otwarte mówienie o swoim fachu, potwierdzili swoją piracką tożsamość. To dawało nam również pole do szczerości - od niejasnych gadek o "informacjach" i "dobrej elektronice", wprost zaczęliśmy mówić o dostępie do zaawansowanych droidów bojowych i wiedzy o nich. Plan mistrza się tutaj definitywnie udał - zwróciliśmy ich uwagę. Niestety, niekoniecznie w dobry sposób.

W samym frachtowcu spotkaliśmy sporą część załogi, jak i ich przywódcę, młodą panią kapitan rasy ludzkiej. Na pewno nie była ucieleśnieniem kobiecej wrażliwości i delikatności. Była niezwykle agresywna, szybko też okazało się, że rozpatrywała nie tyle, czy zgodzić się z nami współpracować, czy nie, ale czy nas zabić, czy nie. Równie szybko okazało się, czym była "Złota Strzała" - okazał się to być pirat wyposażony w gigantyczny topór, potwór nieznanej rasy, najwyraźniej naszprycowany masą narkotyków. Wszystkich piratów było chyba w sumie dziewięcioro, wszystkich niezbyt skorych do słuchania naszych pomysłów.

Sądzę, że częścią problemu była niezgodność między moją i mistrza wersją przykrywki. Mistrz udawał kogoś, kto ma dostęp do informacji o YVH, o potężnych droidach, ale nie może ich sprzedać, bo potrzebuje aby piraci nawiązali kontakt z tymi, którzy te droidy nam odebrali. Innymi słowy, lekko zmodyfikował prawdę. Ja myślałem, że po prostu będziemy oferowali sprzedaż droidów, ale szybko się dostosowałem do jego linii argumentacji. Niestety, dla piratów taka akcja była zbyt ryzykowna. Być może to, być może nie widzieli w tym zysku, a być może nam nie wierzyli. Tak czy siak, moja twarz, gadka, a może zbyt duża ilość narkotyków w jej krwi rozsierdziły panią kapitan, która postanowiła ukrócić rozmowę. Mistrz przypadł jej do gustu - chciała go wypuścić, a mnie zatrzymać, wyciągnąć wszelkie korzystne informacje i zabić. "Złoty strzał", opętany rządzą mordu, tym bardziej zachęcał ją do tego. Ostatecznie ja i mój mistrz nie mieliśmy wyboru - musieliśmy sięgnąć po miecze.

Konflikt i napięcie wisiały w powietrzu, atmosfera była od nich gęsta. Jakiś czas przed samym rozpoczęciem walki domyśliłem się, że na niej stanie, zatem przygotowałem się do niej mentalnie. Zająłem bardziej bezpieczną pozycję i naszykowałem swój miecz. Mój mistrz również zszedł z otwartej przestrzeni hangaru. To, w połączeniu z elementu zaskoczenia - nikt nie mógł przewidzieć, że jesteśmy Jedi - dało nam dużą przewagę na samym początku. Udało nam się powalić kilkoro piratów już na samym starcie, w tym panią kapitan. Nasi przeciwnicy mieli przewagę liczebną, stąd pokonanie ich nie było proste. Wielokrotnie konieczne było wycofanie się, przynajmniej dla mojej osoby.

Tutaj pojawił się drugi moment, kiedy mój mistrz miał prawo do poczucia zawodu moją osobą. Radziłem sobie dobrze, ale nie koordynowaliśmy naszych działań w dobry sposób. Zapewne dlatego zarobiliśmy rany, których powinniśmy uniknąć. Niemniej jednak, dominowaliśmy nad polem bitwy. Każde opuszczenie bezpiecznej zasłony wiązało się ze zranieniem jednego z przeciwników. Jedynym prawdziwym zagrożeniem był "Złoty Strzał", który mimo kolejnych i kolejnych ran wstawał i atakował. Nawet, gdy pozostał sam na placu boju, a pani kapitan krzykiem nakazała reszcie piratów się poddać, z mieczem mego mistrza przy szyi, "Złoty Strzał" nadal parł przed siebie. Cięcie jego ciała, ogłuszenie blasterem - nic nie wydawało się być zdolne go zatrzymać. Mistrz Ashtar musiał ostatecznie przełączyć blaster na zabijanie i stopić ciało mutanta, aż nie zostało z niego nic, poza wtopioną w podłogę statku papką. Nadal jednak nie jestem pewien, czy nie był nadal żywy.

Po skończonej bitwie nadszedł czas negocjacji. Zacząłem od opatrywania rannych. Trzech piratów zostało zabitych, czterech rannych - w tym pani kapitan. "Złoty Strzał" nie mógł się już poruszyć, ale nie jestem pewien, do której kategorii należy go zaliczyć. Czwórka ocalałych piratów straciła jedną z kończyn. Zatamowałem krwotoki, nałożyłem bactę, komu trzeba podałem stymulanty - podstawowa opieka medyczna z medpakietem. Na początku piraci nie byli skłonni współpracować. Mimo wielokrotnego podkreślenia tragicznej natury ich sytuacji, chyba byli gotowi pójść do piachu, byle tylko ocalić życie. Jeden z nich zgodził się od razu, reszta potrzebowała czasu. Ostatecznie, chociaż z trudem, półprzytomna, pani kapitan zgodziła się z nami współpracować.

Poza kombatantami, natrafiliśmy jeszcze na dwoje osób - Aqualisha, który spał podczas walki oraz starego człowieka, który wydawał się chory na umyśle. Aqualish nie stawiał zbyt dużego oporu, daliśmy radę go związać - chyba również przekonać do współpracy, nie było mnie przy rozmowie z nim. Sam starzec mógł być członkiem bandy udającym chorego, tego nie wiemy, czas pewnie pokaże - został zgarnięty razem z resztą.

Usunąłem nagrania ukazujące całą akcję. Podczas walki i przed nią podawaliśmy informacje dotyczące droidów, lepiej, aby nie były publicznie dostępne - tak jak nasze wizerunki. Poza tym, nie znalazłem w ich zapiskach nic ciekawego.

Ostatecznie, po kilku godzinach czekania, dołączyli do nas żołnierze GS. Przejęli od nas pieczę nad załogą, chociaż wydawali się nastawieni sceptycznie co do kooperacji z każdym z żywych. Obawiałem się, że będą chcieli kogoś zabić, na przykład posłać na szafot panią kapitan. Miała ona ogromny wpływ na resztę załogi i obawiałem się, że śmierć kogokolwiek więcej może zaprzepaścić nasze szanse, zatem przekonywałem żołnierzy, aby wstrzymali się z jakąkolwiek egzekucją, do czasu zamknięcia sprawy - dokładnie z takich powodów, jakie podałem.

Niestety, tutaj popełniłem trzeci godny pożałowania i krytyki ze strony mojego mistrza błąd. Pirat Aqualish - na szczęście, jako jedyny - był przytomny i usłyszał, co mówiłem. Potraktował to jako zdradę (w jakimś stopniu słusznie) i zaczął słownie nas atakować. Wiedziałem, że może zaprzepaścić nasze wysiłki, jeśli reszta go usłyszy, więc natychmiast ogłuszyłem go blasterem. Na koniec poleciliśmy, aby trzymać piratów osobno, aby nie mogli się komunikować ze sobą. Ostatecznie wróciliśmy na E-winga, którym opuściliśmy Cosię.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Piraci zostali przekonani do współpracy, zatem możemy się przygotować na kolejny krok planu, tj. ogłoszenie poprzez nich chęci kupna droidów pasujących opisem do YVH, co może ściągnąć uwagę Edgara-bis i Sitha. Jednakże, w przypadku tej operacji musimy mieć przygotowany naprawdę dobry plan i wykonawców. To może być jedna z niewielu okazji, aby tą bandę zaskoczyć i któregoś z nich pojmać. Zachęcam gorąco każdego do główkowania, jak możemy to skutecznie przeprowadzić. Na ten moment, wstępna koncepcja polegałaby na ukryciu jakiegoś potężnego Jedi - na przykład rycerza Siada - w pojemniku z neuranium, aby ukryć go przed zmysłami Sitha. Taki rycerz musiałby dać radę walczyć przeciwko droidom YVH, jak i przeciw Edgarowi-bis. Oprócz niego trzeba jednak zaangażować kogoś z nas, kto będzie mógł poprowadzić negocjacje i całą akcję przed rozpoczęciem jakiejkolwiek walki. Nie mogę to być ja, jestem dla tej grupy zbyt rozpoznawalny. Czekamy na chętnych.

Aby uniknąć przeniknięcia raportu - i informacji w nich zawartych - do grupy sobowtóra, sprawozdanie zostało udostępnione w sieci wyłącznie dla uczniów Jedi, rycerzy i mistrzów. Edgar pozostawił dyski z kopiami tekstu każdemu z padawanów i adeptów do odczytu, ale z wyraźnym zaznaczeniem, aby je usunąć po przeczytaniu.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Edgar Alexander
Obrazek
Awatar użytkownika
Edgar Alexander
Uczeń Jedi
 
Posty: 650
Rejestracja: 18 wrz 2015, 12:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 01 mar 2020, 15:34

Złego dobre początki

1. Data, godzina zdarzenia: 29.02.20 godziny rozpoczęcia około 21:30, do 3:20 dnia następnego, tj 01.03.20

2. Opis wydarzenia:

Przebywając w szpitalu spostrzegłem, że w naszej bazie danych znajduje się specjalny dział do składania raportów z ważniejszych wydarzeń w życiu naszej organizacji. Być może ze względu na nadal buzujące we mnie emocje, nieświadomie przeceniam ważność epizodu, którego doświadczyłem w dniu wczorajszym. W takim wypadku prosiłbym, aby główny informatyk skontaktował się ze mną prywatnie i zalecił do jakiego działu powinienem przenieść swój raport.

Wszystko zaczęło się w sposób bardzo niepozorny, wręcz godny pominięcia ze względu na skalę heroicznych czynów na które zazwyczaj się zdobywacie. Aby jednak zachować chronologię wydarzeń nie pominę nawet najdrobniejszego szczegółu, który może okazać się ważnym dla pozostałych członków placówki. Być może dzięki temu wydobędziecie jakiś sens z koszmaru, który mi się przydarzył. W godzinach wieczornych, w placówce szkoleniowej zjawił się konstabl o imieniu Hallur Ru, którego przyjąłem jako gościa w naszej kantynie na jego własną prośbę. Nie zwykłem mieć negatywnych kontaktów z przedstawicielami aparatu prawa, toteż i tym razem byłem ciekawy jaka dokładnie sprawa sprowadza funkcjonariusza w nasze progi. W trakcie rozmowy pozwoliłem sobie dokładnie zanotować jego słowa, ponieważ dotyczyły wydarzenia o którym natenczas nie miałem pojęcia, a bałem się, że z biegiem czasu mogę zapomnieć o jakimś istotnym szczególe.
"...Więc sytuacja ma się dość prosto. Proszę przekazać paniom Suntessi i Novastar, że tropy w sprawie ich porwania urywają się. Podejrzewamy, ze porywaczami były osoby spoza Hakassi. Po morderstwie taksówkarza i spaleniu maszyny brak jakichkolwiek śladów. Obawiam się, że winnych nie znajdziemy..."

"...Kolega, który rozmawiał z panią Suntessi, badał sprawę jej zeznań i kontaktował się z jej znajomymi, w tym z niejakim sierżantem Azrongerem Elmem z wojska Sojuszu, ale wszelakie tropy prowadzą daleko."

Po dalszej krótkiej wymianie zdań, zgodziłem się udać na miejsce zdarzenia, które opisał mi konstabl w celu odebrania rzeczy osobistych należących do wymienionych Adeptek. Skontaktowałem się jeszcze przed opuszczeniem placówki z Uczennicą Jedi Alorą Valo, oraz Rycerzem Jedi Shadalem w celu uzyskania pozwolenia na wyprawę. Nikt z obecnych nie miał nic przeciwko, a nawet zostałem dodatkowy zachęcony i zmotywowany przez Uczennicę Alorę, co pomogło mi przemóc kiełkujące ziarno obawy, które okazało się prorocze.

Podróż na miejsce zdarzenia zajęła mi mniej więcej osiem standardowych dla Hakassi godzin. W tym czasie mogłem podziwiać zadziwiające widoki, które malowały się po każdej stronie pędzącego ścigacza. Ta wyprawa z pewnością uświadomiła mnie dosadnie o skali zniszczeń na Hakassi, do których doszło w wyniku wojny. Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazały się sporych rozmiarów ruiny, w których to podobno doszło do opisywanego przez konstabla zdarzenia. Adeptki Novastar oraz Suntessi miały się tutaj natknąć na zbuntowanego i śmiertelnie niebezpiecznego droida typu YVH jak się przypuszcza.
Ukryte:

Nie spotrzegłem nawet chwili, gdy opowieść Hallur'a Ru w trakcie naszej przechadzki w stronę ruin została przerwana czynem tak gwałtownym i mrożącym krew w żyłach, że do tej pory nie jestem w stanie uwierzyć, że faktycznie miał miejsce. Nieznany mi osobnik wypadł za naszymi plecami z wysokich zarośli będąc uzbrojonym w karabin blasterowy. Zbir bez ostrzeżenia wypalił w kierunku konstabla, celując w linię ciała poniżej pasa. Nie posiadam żadnej wiedzy w dziedzinie uzbrojenia, ale wyposażenie szaleńca musiało być o dużej sile ognia, ponieważ parę strzałów wystarczyło, aby dosłownie odstrzelić nogę konstabla i posłać go wraz z agonalnymi okrzykami na leśną ściółkę. Gdy tylko pierwszy szok i przerażenie minęło, starałem się dojść do porozumienia z oszalałym napastnikiem drogą dialogu, co niespodziewanie przyniosło skutek. Przez cały czas trwania rozmowy mimo wewnętrznego strachu, rozmawiałem z rzezimieszkiem bardzo spokojnie, rzeczowo, a przy tym przybierając ton jak najbardziej ugodowy. Moją motywacją było nie tylko zachowanie własnego życia, ale przede wszystkim uratowanie poszkodowanego Sullustanina. Podejrzewam, że nasz napastnik był chorym umysłowo, lub niespełna rozumu dezerterem. Z jego słów wynikało że wziął nas za przedstawicieli Żandarmerii, którzy wedle jego poglądów nieustannie czyhają na jego życie. Gdy udało mi się go przekonać z pomocą racjonalnych argumentów mających odzwierciedlenie w rzeczywistości, że nikt z nas nie stanowi najmniejszego zagrożenia dla mężczyzny, a co więcej cała sytuacja to jedynie koszmarne w skutkach nieporozumienie, zostałem dopuszczony do rannego funkcjonariusza policji, bym mógł mu udzielić pomocy. W tym czasie napastnik oddalił się od nas grożąc, że jeżeli spróbujemy go śledzić to zabije nas bez zastanowienia. Przez mrok nocy nie byłem w stanie się przyjrzeć twarzy mężczyzny, którą skrzętnie skrywał. Nie poznałem też jego dokładnego imienia. Zapamiętałem za to, że mruczał do siebie w trzeciej osobie, określając się jako "Jur". Nie wiem czy moje zeznania pomogą w jakikolwiek sposób przy ujęciu tego niebezpiecznego szaleńca.
Na tamtą chwilę jednak to nie miało znaczenia, skupiłem swoje działania na próbach diagnozowania stanu konstabla, który okazał się być stabilny. Jak się jednak miało później okazać, koszmar dopiero się rozpoczynał. Działając sprawnie, w sposób wyuczony dzięki latom służby w sektorze medycznym, sięgnąłem po swój cyfronotes z zamiarem wezwania pomocy z naszej placówki. Niestety sygnał był okropnej jakości i jedyne co udało mi się wyłapać, to słaby sygnał przejeżdżającego ścigacza. Po krótkiej wymianie zdań z kierowcą udało mi się go namówić do przybycia na moje koordynaty w celu udzielenia pomocy mi, oraz poszkodowanemu oficerowi. Po bardzo niedługim upływie czasu, na miejsce zdarzenia przybył bogato wyposażony ścigacz, którego kierowcą okazał się podpity Rodianin o imieniu Yorish. Jakim cudem będąc nagzutym poza jakiekolwiek racjonalne granice, był w stanie prowadzić śmigacz? Na to pytanie nie jestem w stanie w żaden sposób odpowiedzieć. Prawda jest jednak taka, że bez jego pomocy, świadomej do końca, lub też nie... nie przeżyłbym tamtej nocy. Po sprawnej wymianie zdań udało mi się namówić Rodianina do przekazania mi kluczyków do pojazdu. W tym celu dalej wykorzystywałem swoje zdolności oratorskie i łatwość w nawiązywaniu znajomości, które to nie raz uratowały mi skórę. Koszmar tamtej nocy był jednak daleki od końca, tuż po tym, gdy przeniosłem i ułożyłem konstabla na tylnym siedzeniu śmigacza, teren wokół nas został ostrzelany przed domniemanego droida typu YVH, co do czego wtedy jeszcze nie byłem pewien. Rodianin w panice szybko wgramolił się na siedzenie pasażera, rzucając mi kluczyki do sterowania pojazdem. Nie zastanawiając się długo, przysposobiłem maszynę do ucieczki, co okazało się łatwe wyłącznie na papierze, praktyka była zgoła inna. Droid tak jak podejrzewałem i słyszałem w różnych plotkach, posiadał zaawansowane systemy celownicze. Mimo moich najszczerszych starań, umiejętności i eksploatowania możliwości ścigacza do absolutnych granic, droid uszkodził ostrzałem blasterowym zarówno repulsory jak i silnik, co zmotywowało mnie do awaryjnego zatrzymania maszyny, gdy tylko zauważyłem, że dym zaczyna się wdzierać do kabiny uniemożliwiając dalszą jazdę w bezpieczny sposób. W trakcie opuszczania maszyny moim priorytetem było bezpieczne wydostanie nieprzytomnego konstabla, bez naruszania bąbla, który uformował się na ropiejącej ranie kikuta odstrzelonej nogi na wysokości kolana. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, udało mi się wykrzesać z siebie dość sił, aby wydostać nas bezpiecznie na zewnątrz bez odniesienia żadnych ran.
Odłożyłem oficera na bezpieczny na ten moment grunt i zacząłem rozglądać się za towarzyszącym mi Rodianinem, ten znajdował się niewiele dalej, będąc przerażonym jeszcze bardziej niż ja sytuacją, w której się znaleźliśmy. Po krótkiej wymianie zdań i walce z przeraźliwym zimnem, które przeszywało całe moje ciało doznaniami bólowymi, wykrzesałem z siebie ostatki samozaparcia i ogromnej determinacji, aby podjąć dalszą walkę o przeżycie. Raz jeszcze aktywowałem swój cyfronotes, aby spróbować nadać wiadomość SOS, ale tym razem ku mojemu zdziwieniu na ekranie urządzenia dostrzegłem, że sygnał jest aktywnie zakłócany przez przemieszczające się źródło. Po szybkiej zmianie strategii przetrwania, zacząłem rozglądać się po kanionie w którym przyszło nam się rozbić. W pierwszej kolejności zadbałem o zdrowie Rodianina i nieprzytomnego konstabla. Tego pierwszego udało mi się przekonać do przejścia bliżej płonącego śmigacza, gwarantując, że pojazd nie wybuchnie, zapewniając stałe źródło ciepła dla naszej trójki. Byłem to w stanie jako tako ocenić na podstawie własnej wiedzy z dziedziny mechaniki, przyznaję jednak, że sporo też zawierzyłem w tej kwestii szczęściu. Każdy z nas był przemoczony do suchej nitki i bardzo łatwo było o wyziębienie, a nawet odmrożenia, stąd przebywanie blisko płonącego wraku wydawało mi się jedynym słusznym wyborem, podczas gdy otaczające nas bagna nie miały choćby pół suchej gałązki do rozpalenia ogniska. Po tym gdy wspólnymi siłami udało się przenieść konstabla bliżej źródła ciepła, postanowiłem rozejrzeć się po okolicy, nakazując Rodianinowi pozostać z funkcjonariuszem. W ten sposób miałem pewność, że ich stan się nie pogorszy, a i leśna fauna raczej nie byłaby skora do podążania w stronę ognia, jak podejrzewałem. Po szybkich oględzinach najbliższego terenu, udało mi się zauważyć zapomniane i pordzewiałe stacjonarne działka z zapewne czasów wojny, tuż obok znajdowała się znacznie bardziej interesująca, niewielka pieczara. W środku było względnie sucho, oraz panowała cisza. Uznałem więc miejsce za idealne schronienie dla towarzyszy niedoli. Prędko powróciłem do miejsca rozbicia ścigacza i namówiłem wysuszonego już prawie Yorisha do szybkiej zmiany lokalizacji. Rodianin pomógł mi w przeniesieniu nadal nieprzytomnego Hallura Ru, gdyż sam już byłem zbyt wyczerpany, do samotnego dźwigania krępego funkcjonariusza. Moje mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a niemalże każda część mojej skóry przemieniła się z żywej tkanki, w część lodowatego pustkowia, które niegdyś określałem swoim ciałem.
Gdy tylko znaleźliśmy się w pieczarze, opadłem bezwładnie na podłoże z nadzieją regeneracji chociaż części nadwątlonych sił. Podczas naszego krótkiego odpoczynku, do moich oraz Rodianina uszu doszły wyraźnie słyszalne odgłosy stuku metalu. Z początku euforia i nadzieja kazały nam sądzić, że ktoś przybył na ratunek... Nic z tych rzeczy. Nie posiadam zbyt wielu zalet, jeśli jednak miałbym wskazać chociaż jedną, albo dwie, to zawszę odpowiem tak samo - rozwaga i zdolność do zachowania logicznego, krytycznego, tudzież perspektywicznego myślenia w najgorszej nawet sytuacji. Tak też było w tamtym momencie. Mój mózg bardzo szybko zrozumiał, że coś jest nie tak. Skąd ekipa ratunkowa miałaby wiedzieć gdzie nas szukać i przybyć na miejsce tak szybko? Jakim też cudem moglibyśmy w takim miejscu spotkać przypadkową osobę, przebywając na planecie o bardzo niskiej gęstości zaludnienia? Prędko nakazałem Rodianinowi się uciszyć i powstrzymać przed jakimikolwiek ruchami. Na moje szczęście Rodianin nie posłuchał mnie do końca, zwracając mi tylko uwagę, że elementy ozdobne mojej szaty mogą przyciągnąć ewentualną ciekawość naszego oprawcy. Prędko więc zdezaktywowałem diody mojej szaty, a następnie zacząłem wsłuchiwać się w odgłosy spoza jaskini. Zgodnie z moimi przypuszczeniami do moich uszu zaczęła dochodzić praca hydrauliki droida, oraz jego serwomotorów. Przez zdawałoby się wieczność pozostawaliśmy wszyscy w bezruchu, w całkowitej ciszy, a nawet długo po tym jak usłyszeliśmy że droid oddala się od naszej pieczary, ani ja, ani Yorish nie ważyliśmy się poruszyć. Po odetchnięciu z ulgą i otarciu o śmierć, doznałem olśnienia. Sięgnąłem sparaliżowanymi już niemalże z zimna paliczkami dłoni do swego cyfronotesu, aby sprawdzić czy jestem w stanie złapać sygnał. Okazało się, że jak najbardziej, a moje przypuszczenia były poprawne. To właśnie droid YVH był źródłem zakłócenia komunikacji! To też wyjaśniało dlaczego na samym początku, odczyty urządzenia sugerowały, że źródło interferencji się przemieszcza. Po dodaniu wszystkich wypadkowych do siebie, prawda okazała się oczywista. W tym momencie bardzo szybko udało mi się skontaktować ze służbami ratunkowymi, którym ze szczegółami opisałem swoją sytuację.
Nie minęło wiele czasu, a paru uzbrojonych po zęby żołnierzy zjawiło się u wejścia do pieczary. Jest to moje ostatnie wyraźne wspomnienie z tego koszmarnego ciągu wydarzeń, ponieważ w chwili, gdy tylko ujrzałem sylwetki domniemanych wybawicieli, mój mózg w końcu wyciągnął wtyczkę i poddał się niewyobrażalnemu zmęczeniu i paraliżującym bólom, a moje bezwładne ciało osunęło się na podłoże, oczekując na ratunek... Wiele godzin później obudziłem się w szpitalu, gdzie też sporządziłem ten raport.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Bardzo bym prosił o pomoc kompetentnej osoby przy ustaleniu dalszych losów Yorisha oraz konstabla Hallura Ru. Pragnę z nimi porozmawiać, aby mieć pewność, że wracają do zdrowia, a konstabl uzyska specjalistyczną pomoc z amputowaną kończyną. Chciałbym też coś nieśmiało zasugerować. Rodianin pomimo lotu ścigaczem w stanie wskazującym uratował życie moje i funkcjonariusza, przez co poniósł spore straty majątkowe, zdrowotne i psychiczne. Jeśli to możliwe to chciałbym zaoferować mu pewną sumę kredytów z własnej kieszeni na pokrycie strat. Pragnąłbym też możliwie zaznaczyć funkcjonariuszom policji i urzędu miasta, że Rodianin wykazał się bohaterską postawą godną wzorowego obywatela.
Mam nadzieję, że dokładny opis koszmarnej nocy w jakiś sposób pomoże schwytać oszalałego droida i niebezpiecznego dezertera.
W ruinach nadal pozostają rzeczy osobiste adeptek, z wiadomych względów nie było najmniejszej możliwości ich odzyskać.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 102
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 02 mar 2020, 16:51

Terroryzm

1. Data, godzina zdarzenia: 27.02.20; 21:30 - 01:00 | 01.03.20; 20:30 - 02:00

2. Opis wydarzenia: Po krótkim spakowaniu porcji odżywczych do aparatury i założeniu na siebie ciepłych ciuchów, skontaktował się ze mną pilot wysłany przez Sojusz. Umówiliśmy się w mieście Birell - wzięłam więc jednoosobowego flare-s i udałam się w podróż do stolicy naszego regionu. Podróż nie była niczym niezwykłym - ciągnące się lasy, zmieniające się krajobrazy, kratery... Nic nadzwyczajnego na Hakassi. Pilot zgarnął mnie z Birell i razem udaliśmy się w kilkudniową, nużącą podróż do okrętów Pierwszej Floty Patrolowej Szlaku Perlemiańskiego. Nie sklamię, jeśli powiem, że ta podróż była najnudniejszą podróżą w moim życiu. Żadnych książek, filmów, niczego. Pilot nie odzywał się praktycznie wcale, więc byłam zdana wyłącznie na siebie przez te kilka dni... Aż w końcu dolecieliśmy do Floty.

Okręt Pierwszej Floty Patrolowej Szlaku Perlemiańskiego
Od razu zaskoczyła mnie sprawność w organizacji tego wszystkiego. Bez słowa zostałam zabrana gdzie trzeba i nim się obejrzałam, wjechałam windą na odpowiednią kondygnację. Po wyjściu z windy... Przywitał mnie całkiem miły widok. Znajomy naszej grupy, Isan Brosso, stał zaraz obok. Jak się okazało - miałam się zająć sprawą piratów, których Isan z niejaką Valvalis Freyą nie zdołali rozpracować. Odprowadzili mnie na mostek, gdzie czekał już na mnie kapitan Isidorus Pennington - inteligentny i doświadczony, pochodzący z Aargau. Sprawnie przedstawił mi sytuację, przedstawił z kim będę miała do czynienia - z fanatykami, którzy mieli być związani z Helrunem Keithelem. Chodziło o jakieś dziwne kryształy i samobójstwa osób, które zostały schwytane przez Sojusz, wyznają jakąś wiarę i napadają na transportowce Sojuszu na szlaku, rabując je między innymi z zapasów bacty. Trop znaczonych kredytów, za które wykupiony został Helrun wraz z bronią, doprowadził Sojusz na planetę Melatorn - niegdyś okupowaną przez Brygadę Pokoju. Kredyty znaczone, wraz z tymi zrabowanymi były przeznaczane na liczne zakupy, a ich trop prowadził do wioski - nazywa się Nadzieja. Piękna nazwa. Wioska nie. Otrzymałam od Sojuszu stary myśliwiec X-Wing i karabin z trybem ogłuszającym, przygotowałam się do drogi i wyruszyłam, kierując się na otrzymane współrzędne.

Od tego momentu sprawozdanie zostaje również wysłane do kapitana Isidorusa Penningtona z Pierwszej Floty Patrolowej Szlaku Perlemiańskiego
Melatorn - wioska Nadzieja
Wylądowałam około kilometra od wioski, za lasem. Z samym wibroostrzem przy pasku udałam się w podróż. Nie była ona zbytnio przyjemna, ale w końcu udało mi się dotrzeć pod mury miasteczka. Z łatwością przeskoczyłam przez jeden z murków i znalazłam się w wiosce - i tu zaczyna się właściwa historia. Wioska... Nie wyglądała jak coś, co wcześniej widziałam. Wsie na wszystkich cywilizowanych planetach... Nie przypomniały tej w żadnym stopniu. Większośc budynków nie posiadała okien i drzwi, a mieszkańcy to głównie starcy. Moją uwagę przykuł staruszek, który cierpiał na zaniki pamięci - "zatrzymał się w czasie" kilka lat wcześniej, biegając po wiosce i szukając swojego wnuka Maxa, rudego trzydziestolatka, który wyszedł po mleko. Zmarł w tragicznym wypadku, chowali go dwa lata temu. Męzczyzna nieznanej mi rasy murował ogromną dziurę w swoim domu, a ja szukałam niejakich kurierów, którzy dostarczali towary do wioski - bo to ponoć oni byli opłacani znaczonymi kredytami, a przynajmniej z nimi związani. To, co od razu rzucało się w oczy, to strach mieszkańców przed moją osobą. Gdy tylko usłyszałam śmigacz jednego z kurierów, który dostarczał mięso do sklepu, od razu ruszyłam w tamtą stronę, mając nadzieję, że podsłuchując się czegoś dowiem. Mieszkańcy zaczęli się chować w domach, unikali mnie, wyraźnie się bali. Tak samo, jak bali się "kurwiera". Ostatecznie... Nie dowiedziałam się od kuriera niczego, co chciałam wiedzieć. Czas powoli mi się kończył, słońce zaczęło zachodzić, a ja traciłam nadzieję, że zakończę swoją misję powodzeniem. Rozmawiałam jeszcze z jednym ze starszych mieszkańców, ale... Od niego też się właściwie niczego nie dowiedziałam. Słońce znikało coraz bardziej z horyzontu, a ja zdecydowałam, że udam się na spoczynek do myśliwca. Koszmar, uczucie bycia przegraną, ale nie poddałam się. Kolejnego dnia ruszyłam do wioski i zdecydowałam się obrać inną taktykę. Zaczęłam nieco bardziej naciskać na wieśniaków i wtedy ich kłamstwa zaczęły powoli wychodzić na jaw. Twierdzili, że nie mają tu obcych, że są biedni, bezbronni... I za nic nie chcieli mi powiedzieć o co tu chodzi, dlaczego Ci mieszkańcy tak strasznie się mnie bali. Gdy jeden z mieszkańców, na którego mówili Wielebny, się zapytał czemu jestem uzbrojona - odpowiedziałam mu, że w tych czasach podróżowanie nieuzbrojonym to jak targnięcie się na własne życie. Piratów i łupieżców po wojnie nie brakuje... A wtedy mężczyzna, który murował dziurę w ścianie wykrzyczał coś w stylu "Piraci? Znów?" i już byłam pewna, że są zastraszani przez tych bandytów. Chciałam im pomóc, lecz nie mogłam zdradzić swojej przykrywki, chcieli mnie spławić, przez co ich historyjki zaczęły pękać. Wielebny powiedział, że mają tu mnóstwo obcych, a Ci wcześniej twierdzili, że nikt tu nie przyjeżdża, że nawet wnuki nie przyjeżdżają do dziadków w odwiedziny. Przykrywkę o biedocie zepsuł droid-pomocnik ze sklepu starszej pani, na którą mówili Alda. Twierdził, że jedna z półek spadła pod wpływem nadmiaru produktów. Zorientowali się, że węszę i wyskoczyli na mnie z karabinami, nie chcieli żadnej pomocy w pozbyciu się piratów i nawet wzięli mnie za bandytkę. Bezbronni, a z karabinami. Niby nie ma obcych, a ich mnóstwo. Biedni, ale mają aż za dużo produktów i kredytów. Sklepikarka nagle zmieniła zdanie i zaczęła być dla mnie miła, chciała mnie poczęstować jakimś trunkiem, potem papierosami, gdy wcześniej wyraznie coś jej wystawało spod kurtki. Zaczęła ze mną normalnie rozmawiać, a po tekście o szukaniu nie właściwych miejsc, a właściwych ludzi... Byłam prawie pewna, że cały czas jestem w miejscu, w którym znajdują się ludzie, których szukam. Rozmowa trwała jeszcze chwilę, nim zza rogu wyszło czterech piratów - członków tego dziwnego kultu. Wyraźnie ktoś z miasta im o mnie powiedział, przywitali mnie ciepło i miło, mówili do mnie "siostro, niunia", ewidentnie chcieli mnie zrekrutować... A ja nie miałam nic przeciwko. Tylko przybliżało mnie to do celu misji. Ruszyłam z czwórką nieznajomych w nieznajome regiony... I byłam pewna, że to zasadzka. Byłam gotowa walczyć z czwórką napastników, gdyby zaszła taka potrzeba - ale na szczęście się przeliczyłam. Oni naprawdę chcieli mnie zrekrutować i o niczym nie wiedzieli. Myśleli, że chcę ich znaleźć, a ja to tylko potwierdzałam, zwalając winę na wieśniaków, którzy nie chcieli mi o nich nic powiedzieć.

Melatorn - baza piratów
Trafiłam do jakiejś opuszczonej militarnej bazy, z wysokimi murami i osadzonymi na nich pozycjami. Ja sama, z wibroostrzem i karabinem, kontra cała grupa piratów. Do końca mojego pobytu tam nie byłam pewna, czy to nie jest podstęp, ale... Zaryzykowałam i opłaciło się. Po dłuższych negocjacjach nie udało mi się wytargować spotkania z szefem z bronią przy pasku. Weszłam więc do leża rancora, totalnie bezbronna. Czekał na mnie niejaki Rhukk, barabel, szef całej organizacji. Opowiedział mi o tym, jak działają, zadając wcześniej pytania, jak ja się o nich w ogóle dowiedziałam, dlaczego oni i tak dalej... I tu przeszłam samą siebie. Zaczęłam ściemniać tak niestworzone rzeczy, powołując się nawet na... Lavara, pirata, którego poznałam na Korelii, rzekomego przyjaciela mojej rodziny... Ściemniałam coraz bardziej, łączyłam kilka historii w jedną i cóż, udało się. Dowiedziałam się sporo o organizacji, o tym, że zabierają bogatym, a oddają biednym. Walczą z Sojuszem, który zapomina o mniej cywilizowanych zakątkach Galaktyki, gdzie ludzie nie słyszeli nawet o roztworze bacty, którego kropelka nieraz mogła by uratować im życie. Wspierają biednych, napadając na transportowce Sojuszu i oddając im zapasy jedzenia, bacty i innych rzeczy. Szlachetnie. Dowiedziałam się sporo, więc zdecydowałam, że to pora się ulotnić - próbowałam przekonać barabela, żeby puścił mnie z jednym ze swoich braci na podróż pod mój myśliwiec, bym mogła go wcielić do rodziny. Mówiąc też, że jest dla mnie bardzo, bardzo ważny, że to pamiątka i strasznie się strresuję tym, że nie wiem co się z nim dzieje przez tyle godzin, że nie chcę, by pojawiła się na nim najmniejsza ryska. Pozwolił mi udać się z jednym z braci, ale po zakończeniu wprowadzenia. Miałam przejść ostatni rytuał inicjacji. Chcieli wbić mi jeden z tych kryształów, nie chcieli mnie bez tego wypuścić, bo myśliwiec może poczekać... A ja wiedziałam, że mam naprawdę sporo informacji i nie mogę zaprzepaścić takiej okazji. Wiedziałam, że bez wbitego kryształu mnie nigdy stąd nie wypuszczą - wzięłam się w garść i przyjęłam "dotyk Derriphana". Szkarłatny kryształ wszedł w mój brzuch niczym nóż, przerżnął się przez niego, jak przez masło. Całe moje ciało na chwilę odmówiło posłuszeństwa, krzyczałam z bólu, nie mogłam się ruszyć, a wszystkie nerwy w moim ciele błagały o pomoc, gdy robiło mi się coraz cieplej. Poczułam takie... Dziwne wwiercanie się w moją czaszkę, w mózg. Po kilku minutach wszystko ustało, jak przez pstryknięcie palcami, znów miałam siły, ból głowy zniknął i czułam się jak przed przyjęciem dotyku. Oddali mi moje pamiątkowe wibroostrze i udałam się z jednym Kel Dorem pod swój myśliwiec, by rzekomo oddać go rodzinie, zrobić go wspólnym statkiem. Gdy tylko pod niego dotarliśmy, szybko podbiegłam, zatrzasnęłam się w kokpicie i odleciałam poza planetę, poza system - w strone okrętów Floty.

Koniec części raportu dla Pierwszej Floty Patrolowej Szlaku Perlemiańskiego
Okręt Pierwszej Floty Patrolowej Szlaku Perlemiańskiego
Na miejscu czekała na mnie Valvalis Freya. Odprowadziła mnie na mostek, gdzie rozliczyłam się z kapitanem Isidorusem, który trafnie podsumował moje osiągnięcie, chwaląc moją niebywale dobrą grę aktorską, gdy zmyliłam nawet jego. Że nie widział takiego kitowania i udawania bezradnej nigdy w życiu, a spędził sporo lat w teatrze na Aargau. Przed wyruszeniem założyli mi podsłuch, więc dokładnie wiedzieli co się tam dzieje. Wspólnie postanowiliśmy, że zostanę przez tydzień na obserwacji, w izolatce. Chcą sprawdzić oddziaływanie kryształu na mój organizm, jako żywy obiekt badawczy, którym się stałam dla dobra misji. Piszę ten raport w przytulnej izolatce i powinnam do was wrócić za tydzień. Nie wiem co ze mną dalej będzie... Ale zrobiłam co uważałam za słuszne. Może ten kryształ być toksyczny, może być jakąś bombą, może przejmować kontrolę nad moim ciałem... Tego nie wie nikt. Nikt też nie wie, co się ze mną stanie, jak go wyjmiemy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Jak wspomniałam wcześniej, mogę nie być sobą, może mi się pogorszyć, może to trwale wpłynąć na mój organizm. Porozmawiamy o tym za tydzień, jeśli zdecydują się mnie wypuścić, pod opiekę mentorów.

4. Autor raportu: Adept Violet Suntessi
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 300
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 16 mar 2020, 17:58

Śmierć Adeptki Violet Suntessi

1. Data, godzina zdarzenia: 13.03.20; 21:00 - 2:30

2. Opis wydarzenia:

Natura wydarzeń których doświadczyłem wymyka się moim zmysłom poznawczym, postaram się jednak dokładnie opisać dzień w którym zmarła Adeptka Suntessi. Być może pozostali Jedi wyciągną z tego więcej informacji, niż jestem w stanie dojrzeć.
Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, tego dnia miałem się udać wraz z Mistrzynią Vile do floty patrolowej pod dowództwem majora Vreyxa, która to prowadziła rutynowy rekonesans wzdłuż Perlmiańskiego szlaku. Ze względu na ruchliwą naturę ich zadania, mieliśmy udać się na koordynaty, gdzie flota najprawdopodobniej by przebywała po odliczeniu czasu naszej podróży, zgodnie z obranym przez nich kursem. Po sprawnym odebraniu zapasów prowiantu od Adeptki Arelle Deron i nie tak sprawnym zakwaterowaniu się na pokładzie myśliwca, przez moją zwłokę, Mistrzyni Vile skierowała maszynę ku granicom atmosfery i prędko znaleźliśmy się poza studnią grawitacyjną Hakassi.
Ze względu na destabilizację przez działania wojenne, zakładano, że czas naszego lotu może się wydłużyć. Podróż była dosyć niewygodna, z licznymi przerwami na obliczanie kolejnych skoków, czy postojami w celu załatwienia spraw fizjologicznych. Gdy dotarliśmy na wskazane wcześniej koordynaty, dotarła do nas wiadomość od floty patrolowej, jakoby obecnie ich obowiązki wezwały ich do świata Gizer. Tam też podobno zwalczali panoszące się pirackie męty. Zmiana miejsca spotkania wydłużyła podróż o dodatkowe czternaście godzin, przez co można było odnieść wrażenie, że podróż dłuży się niemiłosiernie. By nie popaść w szaleństwo wykonaliśmy ostatni postój w systemie Dalcretii gdzie zatrzymaliśmy się na moment, by zjeść i rozciągnąć kości, mięśnie czy stawy. Dalsza podróż była już tylko formalnością. Samo Gizer znajdowało się w nie większej odległości jak tylko pięciu skoków nadprzestrzennych. Po dotarciu na miejsce przez owiewkę myśliwca można było ujrzeć okazałą flotę patrolową, która była naszym celem. Mistrzyni Vile odnalazła w zgromadzeniu różnorakich jednostek Immobilizera na którym mieliśmy spotkać się z majorem Vreyxem. Po paru minutach zadokowaliśmy w hangarze owego statku.
Na płycie lądowiska przywitała nas pani oficer jak również liczny tabun żołnierzy bez reszty przejętych postacią Mistrzyni Vile. Z kolejnych westchnięć oraz podziękowań, mogłem bez przeszkód wydedukować, że reputacja Generał Vile jest wysoce poważana w tej części galaktyki ze względu na zasługi z czasów wojny. Po wymienieniu grzeczności i odświeżeniu się w przydzielonych nam kwaterach, udaliśmy się prędko do ambulatorium, gdzie miała przebywać Violet.

Na miejscu prócz adeptki spotkaliśmy trzy postacie; Lekarz o imieniu Jurtis Cames, drugi pacjent o imieniu Koresh, oraz Nautolański żołnierz, Tash Q'aah. Podczas gdy Mistrzyni Vile zajęła się zmianą swych opatrunków, ja począłem rozmawiać z lekarzem prowadzącym adeptki Violet. Ten okazał się bardzo pomocny, a nawet przesłał pełną dokumentację wykonanych zabiegów i procedur wraz z wynikami badań, aby nasi medycy mogli w pełni zapoznać się ze stanem zdrowia młodej Jedi. Dyskusja z kolegą po fachu okazała się być bardzo owocna od strony intelektualnej. Przedyskutowywaliśmy kolejne pomysły i niestety też, skreślaliśmy kolejne nieprawidłowe hipotezy. Od strony zdrowotnej adeptka była niezaprzeczalnie okazem zdrowia. Żadne z badań nie wykazało patologicznych zmian. Kryształ, który został jej wbity przez fanatycznych piratów w okolice podbrzusza, przyjął się niczym tkanka macierzysta ze stuprocentową zgodnością. Muszę powtórzyć więc raz jeszcze... Z czysto medycznego punktu widzenia, adeptce Suntessi nic nie dolegało. Również po rozmowie z nią wydawało się, że nie ukrywa żadnych zmian psychicznych, które nie zostałyby wykryte w trakcie rutynowych badań. Zachowywała się w pełni poczytalnie.
W niedługim czasie w ambulatorium zjawił się również major Vreyx, który to naświetlił mi nieznacznie działalność owej grupy piratów, co w połączeniu z raportem adeptki zaczynało formować pewien groteskowy obraz. Po tym jak Mistrzyni Vile zakończyła wymianę opatrunków, ustąpiłem jej miejsca przy łóżku pacjentki, by Mistrzyni mogła przebadać pacjentkę pod kątem zmian w aurze, cokolwiek to znaczy. Ja w tym czasie zabrałem się za oględziny kryształu, który wcześniej znajdował się w ciele jednego z piratów. Rzezimieszek, by uniknąć złapania w trakcie obławy wyciągnął gwałtownie owy kryształ, co spowodowało natychmiastowe zatrzymanie akcji serca i mózgu wedle raportu żołnierzy. Po wyciągnięciu badanego przedmiotu z metalowego cylindra nie stwierdziłem niczego nadzwyczajnego. Kryształ był zimny w dotyku, i nie wykazywał żadnych aktywności fizycznych, czy chemicznych, jego barwa była wściekle karmazynowa, niczym oczy laigreka. We wszystkim przypominał identyczny minerał, który był wbity w ciało adeptki. Po dłuższej chwili zastanowienia zdecydowałem podejść z badanym przedmiotem do pacjentki z propozycją styknięcia ich ze sobą. Okazało się, że Mistrzyni Vile wpadła na podobny pomysł, jednak w tym celu chciała wykorzystać swój własny kryształ, który wyciągnęła ze swojego miecza świetlnego. Wedle słów Rycerza Avidhala, owy kryształ jest niesamowicie rzadki i posiada specjalne właściwości. Raz jeszcze umieściłem wolny kryształ w statywie wewnątrz cylindrycznego pojemnika, aby po chwili obserwować jego całkowitą dezintegrację. Tuż po tym jak Mistrzyni Vile zbliżyła własny minerał do próbki, ta uległa rozpadowi pod wpływem dotyku. Sama Mistrzyni wyjaśniła, że taka reakcja była spowodowana naturą kryształu. Wedle jej słów kryształ był na pewien sposób "zły". "Miał za zadanie wypaczać energię ciała, w które jest wbity. Być może zabrać energię życiową z osoby po wyjęciu". To wydaje się mieć bezpośredni związek z specyficznymi właściwościami kryształu Mistrzyni Vile. Nie mieliśmy jednak pewności czy taki zabieg nie doprowadzi do śmierci adeptki w taki sam sposób, co bezpośrednie wyjęcie kryształu z gniazda w ciele.
Następnie przeszliśmy wszyscy przez burzliwą dyskusję, która wynikała z mojej propozycji, aby spróbować pozyskać minimum dwa kryształy od martwych piratów, którzy wedle założenia nie dają się żywcem pochwycić. Zaproponowałem by owe dwa kryształy spróbować jeszcze raz wszczepić w ciała dwóch niższych form życia o kodzie genetycznym zbliżonym maksymalnie do przedstawicieli rasy adeptki Violet Suntessi. Eksperyment byłby bardzo prosty, z jednego znieczulonego zwierzęcia wyciągnęlibyśmy kryształ bezpośrednio, by ustalić czy również doszłoby do zatrzymania akcji serca i mózgu co w przypadku istot humanoidalnych. W przypadku drugiego zwierzęcia, do wszczepionego kryształu zbliżylibyśmy minerał w posiadaniu Mistrzyni Vile i przekonalibyśmy się czy po dezintegracji doszłoby również do zgonu, czy też może badany obiekt by przeżył, co oznaczałoby możliwe znalezienie rozwiązania dla dolegliwości adeptki. Propozycja spotkała się jednak z mocnym sprzeciwem zgromadzonych, którzy zarzucili mi nieludzkie postępowanie i podejście wobec zwierząt. Takie zarzuty mocno mnie zdezorientowały, gdyż wedle naukowego podejścia o wiele rozsądniej jest poświęcić istnienie niższej formy życia, bez okrucieństwa i cierpienia, niż narazić na niebezpieczeństwo istotę humanoidalną. W swoim założeniu jednak nie brałem pod uwagę możliwości wykorzystania więźniów skazanych na karę śmierci przez Sojusz Galaktyczny. Jak poinformował mnie major Vreyx, za zgodą skazanych moglibyśmy wykorzystać kryształy do przeprowadzenia wyroku i jednocześnie sprawdzić naszą tezę w warunkach eksperymentalnych. W przypadku pełnej zgody więźniów, taka alternatywa wydawała się faktycznie najbardziej sprawiedliwa, skoro owe istoty i tak miałyby ponieść najwyższą kare za swoje zbrodnie.
W niedługim czasie od zakończenia dyskusji została podjęta decyzja, że adeptka Violet powróci ze mną do bazy Jedi na Hakassi, a Mistrzyni Vile przez jakiś czas pozostanie na pokładzie statku majora Vreyxa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy jak brzemienne będą skutki naszej decyzji...

Kilka minut po tym jak wraz z adeptką wylądowaliśmy w hangarze naszej placówki, doszło do ataku. Adeptka prawie upadłaby na podłogę, gdybym nie złapał jej w ostatniej chwili. Z okolic jej brzucha buchały fale gorąca, które raz za razem we mnie uderzały. Coś wywołało gwałtowną reakcję kryształu, który rozpoczął proces uśmiercania Violet. Nie zastanawiając się długo sięgnąłem po komunikator i wysłałem wezwanie o pomoc. Nim się spostrzegłem przy mnie zjawiła się Adeptka Arelle, oraz Rycerz Avidhal, któremu powtórzyłem wszystkie fakty dotyczących kryształu, które udało się ustalić dzięki Mistrzyni Vile, a które opisałem powyżej w raporcie. Nim się spostrzegłem, silny Mon Calamari przerzucił umierającą adeptkę przez ramię i pobiegł z nią do łazienki, by z pomocą wody przywrócić jej temperaturę. Nasze działania w żaden jednak sposób nie zatrzymały nieuniknionego, jeszcze w kabinie prysznicowej doszło do zatrzymania akcji serca adeptki, gdy jej ciało co raz bardziej zaczynało przypominać zamrożone zwłoki. Ani wykonywana przeze mnie resuscytacja krążeniowo-oddechowa, ani ampułka z adrenaliną, czy defibrylacja z pomocą defibrylatora przyniesionego przez Rycerza Siada nie przyniosły skutku... Już bezpośrednio w bazie, o 2:15 czasu Hakassańskiego zmarła Padawan Violet Suntessi.

Niech spoczywa w pokoju.
Obrazek

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Nie jestem w stanie wskazać przyczyny zgonu adeptki. Próba zrozumienia okoliczności jej śmierci wymyka się całkowicie mojej wiedzy i zdolnościom poznawczym. Czy dało się zrobić cokolwiek, by Violet nadal była uczennicą tej placówki? Czy powinniśmy byli momentalnie zaryzykować przeprowadzenie ryzykownego zabiegu z pomocą minerału Mistrzyni Vile? Nie posiadam żadnych odpowiedzi na te pytania...

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 102
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Arelle Deron dodano: 25 mar 2020, 18:09

Racja Stanu

1. Data, godzina zdarzenia: 20.03.20, 21:00-3:00; 22.03.20, 20:30-3:00

2. Opis wydarzenia:

Wróciłam. Ostatnie dni były bardzo stresujące - ciągle się dziwię, że moja głowa wciąż jest przyczepiona do szyi i że oddycham. Oddychanie jest super.

Po otrzymaniu wiadomości o wezwaniu mnie na świadka, jeszcze przed wylotem, skontaktowałam się z Ministrem Spraw Zagranicznych Hakassi Gellianem Visenterem, żeby zapytać co wie o sytuacji na Adumarze, władcach krajów i o dziedzińcu Tetanne. Już wtedy Minister zaznaczył, że oskarżony, czyli Perator Raylof sprzyja Hakassi i dobrze by było, by ten zachował stanowisko. Później Minister wysyłał mi dodatkowe porady i instrukcje, dlatego część niniejszego raportu wysyłam również do jego biura.

Mój wylot na Adumar niemal się opóźnił. Chciałam wylecieć zaraz po ostatnim treningu adeptów, ale nagły atak Thona na jednego z historyków z grupy, do której należy Hope odciągnął mnie nieco od wyjazdu.

W każdym razie, dopiero następnego dnia rano wyjechałam do stolicy. Na Komendzie Głównej zdjęto mi w końcu obręcz monitorującą, a potem udałam się do portu i dalej w drogę. Lot na Corellię minął mi bardzo spokojnie, ale sam port był okropny - wielki i głośny. Ledwo zdążyłam na przesiadkę. Już się nie dziwię Violet, dlaczego zawsze była w takim podłym humorze. Jeśli reszta planety wygląda tak samo - nie ma jej się co dziwić. Po dwóch godzinach tam czułam coś na granicy chęci mordu i zamknięcia się w skrzyni z neuranium na zawsze. Ona spędziła na Corelii dwadzieścia lat. Następnie miałam przesiadkę na odbudowującym się Glee Anselm, gdzie nautolańscy stewardzi byli serio superprzystojni. Potem już tylko Adumar i lądowanie w Cartannie.

Na miejscu zostałam natychmiast rozpoznana przez kilkoro ludzi, którzy odwieźli mnie do pałacu. Sam pałac był ogromny i ozdobiony wszystkim co mieli. Tyłu kredytów włożonych w ozdoby nie widziałam nigdy. Nawet mój pokój nie odstawał od reszty pod względem wystroju. Stół, przy którym jadłam, pewnie był warty tyle, co połowa naszej bazy. Ale do rzeczy.

Tekst poniżej przesyłam też do MSZ Hakassi.


Po odebraniu przez oficjeli i zakwaterowaniu, przywitał mnie seneszal Balassa ke Teldana, który miał sprawować nade mną opiekę. Najpierw ja wypytałam go o protokół, a później on polecił mi cieszyć się tym, co ma do zaoferowania Cartann - w granicach rozsądku i murów pałacu. Szydził odrobinę z Tetanne, ale traktował mnie dobrze. Powiedział też, że jestem honorowym gościem, co odrobinę mnie zaniepokoiło, bo między świadkiem, któremu niedawno grożono ekstradycją, a honorowym gościem jest jednak duża różnica. Dopiero w dniu procesu dowiedziałam się o co mu chodziło, ale nie wybiegajmy zbytnio w przyszłość.

***

Dostałam kolację i, zanim zdążyłam zjeść do końca, do mojej komnaty wszedł dziedzic tronu Tetanne, Belerion Raylof. Twierdził, że chce się przywitać, jednak szybko przeszedł do konkretów. W kilku luźnych komentarzach skrytykował ojca i przepych Cartannu, następnie upewnił się czy jestem patriotką Tetanne i włączył urządzenie, z którego popłynęła tradycyjna muzyka mojego kraju. Młody Raylof nawet nie ukrywał, że muzyka ma zagłuszyć to, o czym zaraz mi powie i zaczął swój wywód. Dziedzic twierdził, że cywile z Remonne zginęli przez intrygę jego ojca, co odkrył dzięki przesłuchaniu zamieszanego w atak członka Brygady Pokoju. Według niego, brygadzista miał zostać zamordowany na zlecenie Luciusa Raylofa, ale zanim zdążyłam zapytać o szczegóły, do komnaty wszedł nadworny felczer, Royden Gesh. Kiedy tylko dziedzic Tetanne nas opuścił, medyk ostrzegł mnie, że Belerion źle traktuje niżej urodzone kobiety i wiele z nich boleśnie się o tym przekonało. Wspomniał też *z perspektywy starego człowieka, który widział w swoim życiu za dużo*, że wiele osób w pałacu nie jest tym, kim się zdaje na pierwszy rzut oka. Oprócz tego, dobrze się wypowiadał o Luciusu, a na koniec zaprowadził mnie na audiencję do peratora Halbegardii.

W zasadzie nie mam pojęcia czyim był felczerem i dlaczego prowadził mnie na audiencję. Po pierwsze takie sprawy nie są w obowiązkach medyków. Poza tym, jeśli był felczerem Xizzin Ha-Shina, to skąd znał szczegóły z życia Beleriona? Jeśli był felczerem Tetanne i służył Luciusowi i Belerionowi, czemu seneszal powierzył mu odprowadzenie mnie do peratora nieprzyjaznego królestwa przed samym procesem? Jeśli był felczerem ke Teldana, czemu mnie prowadził do Xizzin Ha-Shina i skąd wiedział o podbojach dziedzica? Tego nie ustaliłam.

***

Komnata Xizzin Ha-Shina nie wyróżniała się niczym z zewnątrz, ale w środku była pięknym, wewnętrznym ogrodem, z którego najprawdopodobniej wychodziły właściwe przejścia do pokoi. Sam perator był natomiast zdecydowanie najbardziej *majestatycznym* królem i wyraźnie zaznaczał swoją wyższość. Przed audiencją zostałam przeszukana, a moje rzeczy odniesione w róg komnaty.

Perator chciał bym, jeszcze przed procesem, złożyła zeznania. Jako jedyny z władców nie mówił do mnie bezpośrednio, tylko szeptał do swojej podwładnej, by ta przekazywała informacje dalej. Na pytanie czy powinnam zeznawać przed procesem, dowiedziałam się tylko, że perator nie życzy sobie kwestionowania jego zdania, a moje słowa zostaną zweryfikowane następnego dnia w sądzie. Xizzin Ha-Shin chciał najprawdopodobniej wyłapać potencjalne nieścisłości między moim oświadczeniem w jego komnacie i tym z rozprawy, więc ograniczyłam się do najbardziej podstawowej wersji wydarzeń. W międzyczasie do ogrodu weszła osoba z *niesamowicie ważną informacją*, a zaraz potem perator nakazał zapytanie mnie o moją opinię na temat motywu ataku Vongów na Remonne. Odpowiedziałam, że Vongi to śmierć i dla nich zabijanie jest celem samym w sobie. Oddano mi rzeczy po tym, jak musiałam się o nie upomnieć, a perator ze świtą odeszli by zobaczyć walkę czempionów.

Ciekawa jestem jaką wiadomość mógł wtedy dostać Xizzin Ha-Shin i od kogo. Może to była tylko informacja o pojedynku, ale wtedy najbardziej obawiałam się, że perator współpracował z Belerionem i chciał sprawdzić, czy potwierdzę jego wersję albo go wydam. Może jakiś człowiek Halbedargii widział, jak dziedzic wchodzi do mojej komnaty? Tego też się nie dowiedziałam. Na procesie jasne było, że Xizzin Ha-Shin sprzyja Belerionowi, ale jeśli ci dwaj się komunikowali, coś w tej komunikacji albo poszło bardzo źle, albo ktoś zmienił front w ostatniej chwili.

***

Po audiencji i tak nie miałam pojęcia jak wrócić do swojej komnaty (ten pałac jest wielki i kręty - serio), więc poszłam za tłumem zobaczyć pojedynek. Czempionka z Thozzeling i czempion z Yedagonu mieli walczyć o honor swoich krajów. Schowałam się za kolumną i zaczęłam oglądać walkę, ale moją uwagę przyciągnęła znajoma twarz. Podeszłam do jednej z obserwujących, żeby przyjść się jej z bliska i, ku mojemu zdziwieniu, kobieta okazała się opiekunką z sierocińca, do którego trafiłam zaraz po ataku. Poznała mnie i powiedziała, że sprząta w placu od niedawna. Ponoć Pałac szukał ludzi do obsługi wielkiego wydarzenia i zgłosiła się widząc szansę na zarobek. Pani Lao wspomniała, że kochała pracę w sierocińcu, ale po wypadku jaki przytrafił się jednej z jej podopiecznych (wypadnięcie niejakiej Sii z okna, zaraz po moim wylocie z Adumaru), nie miała sił by dalej tam pracować.

W tym momencie wyobraźnia zaczęła mi szaleć. Zaczęłam się zastanawiać czy dziewczynka, która wydawała się być dość bojowa w czasie mojej bytności w sierocińcu, nie została przypadkiem *wypadnięta* przez okno, a opiekunka szantażowana i trzymana na oku w pałacu. Szczególnie, że pani Lao twierdziła, że nie pamięta nic o sprawie z nagraniami i powiedziała, że oddaje większość pensji na leczenie dziewczyny. W międzyczasie czempionka została zarżnięta przez czempiona. Dużo honoru dla Yedagonu, dużo krwi wszędzie. Pomyślałam sobie wtedy, że jeśli dojdzie do udowadniania mojej racji przez pojedynek, poproszę właśnie o tego czempiona. Może i był z Yedagonu i takim wyborem mogłabym kogoś znieważyć, ale umiał dobrze rozplatać przeciwnika, więc się nadawał.

***

Z placu, na którym toczył się pojedynek, zgarnął mnie seneszal peratora ke Teldana, ponieważ Król Królów również chciał się ze mną zobaczyć.

Na miejscu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka. Perator, niby Cartannczyk i zwolennik odgrodzonego wielkim murem, tradycyjnego Adumaru, okazał się średnio uważać na jakiekolwiek protokoły. Wypytywał mnie o to jak widzę Adumar i Hakassi. Starałam się mówić dobrze o obu, ale szybko złapał mnie na okrągłych słówkach. Ke Teldan otwarcie skrytykował wzajemne mordowanie się Adumarczyków i ciągłe konflikty, więc próbowałam się wtedy zgodzić z jego wizją wielkiego Adumaru i zasugerować, że planeta powinien stanowić jedność tak jak teraz. To jednak znowu nie przeszło. Perator oburzył się i powiedział, że po tym jak jego ojciec chciał zjednoczyć Adumar, banda idiotów sprzeciwiła się i do tej pory musi się z nimi użerać. Najbardziej oberwało się Escalionowi II, którego tytułował czule Eskurwionem II. Później znowu zaczął roztaczać wizję Adumarskiego Snu i to bez żadnych ograniczeń. Wprost powiedział, że w Tetanne można doprowadzić do krachu i wykupić Tarrvin-on-Kallik, ale wolałby, żeby któryś z Raylofów oddał mu korporację z własnej woli. Z jednej strony oświadczył, że wojna byłaby kosztownym błędem, z drugiej, że razem z Tetanne i Thozzeling, Cartann ma w rękach 65% sił planety i reszta władców albo się dostosuje do nowego porządku, albo uderzy głową w mur. Ke Teldan twierdził, że widzi przyszły Adumar jako planetę z jednym władcą, która jest niezależna, ale otwarta dla przyjaciół, która prowadzi wojny tylko z innymi światami, a nie ze sobą, jednak droga do tego stanu rzeczy może być brutalna. Finał rozmowy był jednak najbardziej niepokojący. Perator znowu odniósł się do Hakassi, które jest według niego prawdziwą jednością i napomknął, że jako hakassański szpieg, sama muszę wiedzieć jak powinna wyglądać spójna pod względem władzy planeta. Zmroziło mnie i próbowałam zbyć tę uwagę żartem, jednak wtedy na salę wszedł perator Thozzeling – Jarr D’Orlegia.

Seneszal ke Teldana próbował go wyprosić, ale perator nie miał nic przeciwko jego obecności. D’Orlegia natomiast nie wydawał się skrępowany i przekazał ke Taldanowi, że ma informacje o tym, iż Belerion najprawdopodobniej odwiedził jedynego świadka i być może próbował na niego wpłynąć. W tym momencie zrobiło się już zupełnie nieciekawie. Pomyślałam, że mam tylko jedną opcję - przyznać, że dziedzic był w mojej komnacie i zaznaczyć, że nie miał żadnego wpływu na to, co widziałam i chcę zeznać. Mogłam w ten sposób stracić wiarygodność, ale ludzie D’Orlegii i tak już plotkowali, czyjś felczer widział nas razem, a ja nie miałam podstaw ani tym bardziej motywu by bronić Beleriona. Jednak znowu - pudło. Perator Thozzeling wydał się zaskoczony, że to o mnie chodziło i tylko upewnił się czy zeznam, że dziedzic był w mojej kwaterze. Potwierdziłam. Audiencja się zakończyła, a wszystko wyglądało źle.

Rozmawiałam potajemnie z Oskarżycielem (i się do tego przyznałam, chociaż D’Orlegia nie wiedział, że o mnie chodziło). Rozmawiałam z peratorem wrogiego królestwa (tu chociaż byłam zabrana na ponoć zlecenie seneszala, ale kto wie). Zrobiłam średnie wrażenie na Ke Teldanie, który w ramach promocji, co najmniej podejrzewał, że jestem szpiegiem. Na koniec, odprowadzający mnie do komnaty seneszal powiedział jeszcze, że głowę można stracić za mniejsze przewinienia niż to, co chyba próbuję zrobić. Tak jak mówiłam, wyglądało to źle.

Punkt kulminacyjny nastąpił jednak, kiedy trafiłam już do siebie. W pokoju czekał na mnie mężczyzna, który groził mi (kimś, kto ma wpływy na Hakassi i może zlecić zamordowanie mojej nowej rodziny). Pytał też, czy jestem grzeczną suczką, która zrobi to, po co była wezwana.

Wzywał mnie teoretycznie Ke Teldan, ale on wydawał się ciągle wahać między ojcem a synem. Sprawa natomiast zaczęła się na życzenie Beleriona i gdyby nie on, zdecydowanie nie byłabym wezwana. Groziciel wspominał o ręce, która mnie karmiła. Lucius Raylof? Tak czy siak, kiedy mężczyzna wyszedł, zastawiłam drzwi krzesłem pod klamką i położyłam się ściskając miecz. Noc trwała wieki.

***

Obudził mnie seneszal, który wszedł do komnaty przewracając krzesło i robiąc trochę hałasu. Powiedział, że zaspałam, proces zacznie się za mniej niż godzinę, i że mam się przygotować. Co dziwne, znalazł na stole urządzenie - takie jak to, z którego Belerion puszczał dzień wcześniej muzykę. Przysięgłabym, że dziedzic zabrał swój głośniczek czy cokolwiek to było wychodząc. Kiedy seneszal wyszedł, żebym mogła się przebrać, odebrałam wiadomość od *wiadomo kogo* z dalszymi instrukcjami i zmianą celu misji. Nie wiem jak działają szyfrowane przekazy, ale muszę się dowiedzieć. W panice usuwałam ślady po wiadomości na wszelkie sposoby i do tej pory nie mam pojęcia czy skutecznie.

***

Sala tronowa mieściła się w najwyższej wieży pałacu, do której zostałam zabrana małym promem i była wyjątkowo surowym pomieszczeniem, przynajmniej na standardy stolicy. Na miejscu, oprócz mnie i seneszala, obecny był skryba i, czuwający nad protokołem przedstawiciel Rady Starszych. Dopiero później wywołani zostali kolejni peratorzy, którzy zajmowali miejsca wokół tronu, na którym w końcu zasiadł Balass ke Teldan. Oskarżony i oskarżyciel - ojciec i syn, zajęli miejsca po przeciwnych stronach sali.

I tu nastąpiło rozwiązanie zagadki z gościem honorowym. Pierwszym wnioskiem na rozprawie było zgłoszenie mnie do funkcji Głosu Ludu – przedstawiciela adumarczyków z prawami i obowiązkami pozostałych sędziów.

Belerion wydawał się być zaskoczony, ale też po chwili zadowolony. Wyraz twarzy, wyglądającego na niesamowicie sztywnego człowieka, Escaliona II również złagodniał.

Jako pierwszy przemówił młody Raylof i była to miła niespodzianka, ponieważ zanim jeszcze zaczął zeznawać, obraził swojego ojca i każdego, kto śmie sprzeciwić się jego słowom. Balass ke Teldan zaregował, ale Belerion chyba nie wziął jego słów zbyt poważenie. W mowie oskarżycielskiej też zaczął się plątać już na samym początku. Najpierw mówił o dezinformacji spowodowanej przez starcze niedomaganie ojca, później przeszedł do wersji, którą przekazał mi dzień wcześniej w kwaterze. Według niego, Lucius Raylof nakazał jednemu z członków Brygady Pokoju by ten przekonał Vongi do ataku na Remonne i przekazał wrogowi informacje odnośnie infrastruktury i zabezpieczeń miasta. Brygadzista miał być ponoć zamordowany w drodze do aresztu, domniemanie, na zlecenie peratora Tetanne.

Kiedy przyszła kolej na pytania, nie byłam do końca pewna czy będę miała okazję na komentarz, więc zaczęłam od opinii o Vongach i Brygadzie, chcąc ukazać tych pierwszych jako ucieleśnienie śmierci i zniszczenia, a drugich jako zdrajców, którzy będą słuchać wyłącznie swoich vongijskich panów. Starałam się brzmieć jak ekspert i nie ktoś z Hakassi, więc podawałam przykłady zasłyszane od komandosów z Prakith. Moim celem było zarówno podanie w wątpliwość możliwości nakazywania Vongom czegokolwiek, jak i podważenie prawdomówności brygadzisty. Dopiero Escalion II przerwał mi, powołując się na porządek obrad. Co ciekawe, w tym momencie ke Teldan wydawał się tak rozbawiony poirytowaniem Escaliona II, że nawet chciał poddać pod głosowanie połączenie pytań z wygłoszeniem stanowiska. Jednak kiedy usłyszałam, że na to drugie będę jeszcze miała czas, skupiłam się na pytaniu jaki cel miałby Raylof w destabilizacji własnego kraju i dlaczego Belerion wolał uwierzyć brygadziście niż własnemu ojcu. Dziedzic odparł wtedy, że brygadzista nie miał innego wyboru, ponieważ sprawa była zbyt wielkiej wagi i wiedział, że nie dostanie ochrony do czasu procesu, jeśli nie będzie współpracować. Moje zgorszenie na wieść o współpracy, (choćby w celu przesłuchania) kogokolwiek, szczególnie syna peratora z brygadzistą nie wzbudziło entuzjazmu peratora Halbegardii, ale małe nieporozumienie Xizzin Ha-Shina z ke Teldanem i wynikająca z tego sprzeczka, odciągnęła na chwilę ich uwagę od moich słow. Po niej, jeszcze raz podałam w wątpliwość prawdomówność brygadzisty, który w strzeżonym areszcie czy nie, musiał liczyć się z pewną śmiercią zaraz po procesie lub ewentualnie w więzieniu. Belerion opowiedział, że Brygada miała informacje, które mogła otrzymać wyłącznie od peratora, ale dla dobra królestwa, nie chciał ich zdradzić. Zasugerowałam jeszcze, że chęć zemsty, oskarżenie peratora i destabilizacja kraju, który tak skutecznie pozbył się vongijskich panów, wydaje się być idealną motywacją brygadzisty w momencie, kiedy wiedział, że wszystko jest stracone. Potem odrobinę zaryzykowałam. Chociaż na obrzeżach Remonne znajdowała się fabryka części do myśliwców, zapytałam Beleriona dlaczego ktoś miałby zlecać atak na miejsce, którego największą atrakcją i punktem strategicznym był dom publiczny. I to zadziwiająco był strzał w dziesiątkę, ponieważ Belerion zupełnie nie wiedział co odpowiedzieć i przyznał nawet, że nie miał takich informacji na temat mojego miasta.

Ponieważ w czasie oskarżenia i udzielania odpowiedzi dziedzic kilka razy znieważył starsze osoby i tradycje Cartannu, Balass ke Teldan zwrócił na to uwagę peratorów i zapytał czy chcą kogoś takiego mieć w przyszłości na Zlotach. Poprosił też o materiał dowodowy ze wstępnego przesłuchania brygadzisty, którego Belerion nie posiadał. Nawet Xizzin Ha-Shin z rozczarowaniem pokręcił głową. To jednak nie był koniec, ponieważ dziedzic zarzucił wtedy brak doświadczenia w procedurach ochrony ludu Królowi Królów. Mówił w prawdzie, że ma akt zgonu brygadzisty i dokumentację z napadu, ale połączył tę informację z oskarżeniem Cartannu o większość adumarskich wojen. Ke Teldan nie chciał już dyskutować, formalnie oskarżył Beleriona o zniewagę majestatu i zaprzestał pytań. Sprawa wydawała się w tym momencie wygrana. Lucius Raylof miałby głos Króla Królów, mój i jak wynikałoby z wiadomości od Ministra, Jarra D’Orlegi, który jest sojusznikiem Cartannu. Cóż, niezupełnie.

Wezwany do przedstawienia swojej wersji zdarzeń, Lucius Raylof wyszedł na środek i powiedział, że ma krew ofiar ataku Vongów na rękach i to, że piloci spanikowali to jego wina. Żeby tego było mało, oświadczył, że przeprowadził wnikliwe śledztwo, według którego ktoś z obecnych na sali był pośrednio zamieszany w dezinformację, która doprowadziła do śmierci cywilów. Jednocześnie poprosił o wycofanie wszelkich zebranych przez siebie dowodów oraz swojego świadka.

Zadałam tylko jedno pytanie. O krew na rękach. Bałam się pytać o to kto na sali jest zamieszany, bo jeśli byłby to jeden z peratorów, równałoby się to co najmniej jednemu głosowi mniej. Gdyby był to Belerion, to Lucius mógłby być oskarżony o ukrywanie winnego dezinformacji w siłach zbrojnych. Tu jednak perator Raylof nie zawiódł i powiedział, że czuje się odpowiedzialny za masakrę tak jak za wszystko, co robią podwładni w imieniu jego kraju. Reszta nie miała pytań i przyszła kolej na moje świadectwo.

Powtórzyłam to samo, co mówiłam Xizzin Ha-Shinowi dzień wcześniej. Dokładny przebieg ataku na Remonne z mojej perspektywy. Dodałam tylko, że zawdzięczam życie precyzji pilota, który ustrzelił stojącego przede mną Vonga, co tylko potwierdza właściwe zamiary i wyszkolenie sterującego myśliwcem. Podziękowałam peratorowi Tetanne za szybką reakcję na atak wroga i opiekę nade mną po. Nie chciałam mówić niczego w rodzaju *dobrze, że tylko moi rodzice i moje miasto spłonęło*, więc wyraziłam zrozumienie wobec przerażenia pilotów powołując się na horror jaki przeżyli walcząc w systemie Bilbringi. Zauważyłam też, że w wojnie zginęła połowa galaktyki, na Adumarze całe miasto i jest to straszne, ale tak wygląda walka z Vongami.

Pytań nie było. Balass ke Teldan wydawał się zadowolony. Ja byłam zadowolona. Krótko to trwało.

Nagle na salę wszedł drugi świadek Beleriona – moja ciotka – Rosa Herrane. Tu małe wyjaśnienie. Rosa była siostrą mojej mamy, ale kobiety nigdy się nie dogadywały. Ciotka zawsze krytykowała wybory życiowe mamy, a w szczególności mojego ojca, którego szczerze nienawidziła. Po ataku na Remonne wolałam, jechać do sierocińca niż do niej. Po pierwsze widziałam ją kilka razy w życiu. Po drugie, jeśli już się spotykałyśmy, zawsze obwiniała matkę i ojca o największe zło świata. Zaraz po śmierci rodziców, nie zniosłabym jej komentarzy na ich temat. Niestety rok po śmierci musiałam.

Ciotka stała tam, cała roztrzęsiona i patrzyła na mnie jak na ducha. Potem zrzuciła prawdziwą bombę. Według niej, mój ojciec, Tarr Deron, był członkiem Brygady Pokoju. Żeby tego było mało, zeznała, że wcale nie był moim ojcem. Ponoć mama, w co nie wierzę zupełnie, wyznała jej, że moim biologicznym ojcem jest Lucius Raylof, który kiedy dowiedział się o moim istnieniu chciał zabić mnie, bękarta, i przy okazji zniszczyć komórkę Brygady nasyłając Vongów na Remonne. Część z Vongami atakującymi siedzibę Brygady udało się podważyć prostym: to bez sensu. Gorzej z moją relacją z peratorem. Pomyślałam wtedy, że zadam mu pytanie wprost. Przyznawał się do wszystkiego, nawet krwi obywateli na rękach, więc gdyby zaprzeczył - byłoby to wiarygodne, gdyby potwierdził - mogłabym powołać się na jego troskę o mnie po ataku, co pokazałoby jego dobre zamiary. Na szczęście zaprzeczył, ale dla odmiany mnie ogarnęła głupota i adumarska chęć obrony honoru ojca (Tarra Deron, nie Luciusa Raylofa). Przyznałam się do wrażliwości na Moc. Powiedziałam, że Vongi szukały takich jak ja do eksperymentów, a ojciec nigdy by mnie nie wydał. Zaprzeczyłam byciu Jedi, szczególnie że Escalion II każdą wątpliwą sytuację chciał rozwiązywać pojedynkiem, ale w bycie wrażliwą brnęłam. Aż wstyd mi o tym pisać, ale ke Teldan chciał żebym pokazała sztuczkę i pokazałam skok przez salę tronową. Powiedziałam, że ktokolwiek z miasta mógł się dowiedzieć o moich predyspozycjach, choćby w sytuacji, w której próbka mojej krwi z badań okresowych znalazła się w rękach Brygady. Po przydługim zamieszaniu, które zaskakująco nie miało konsekwencji, (oprócz bardzo złego wpływu na nerwy mojej ciotki – co w zasadzie później okazało się pomocne) wróciliśmy do pytań.

Tak jak wspominałam wcześniej, wątek ataku Vongów na siedzibę Brygady został szybko obalony. Bałam się wspominać o akcie zgonu brygadzisty (który mógł należeć do kogoś, kogo znam) albo świadku Luciusa. Chciałam jednak wyciągnąć od ciotki to, czy dziedzic na nią w żaden sposób nie wpływał. Powiedziała tylko, że jako jego świadek została poinformowana co do powodu oskarżenia, ale zamotała się nagle w zeznaniach, twierdząc że perator podał brygadziście fałszywy cel ataku. Zauważył to Lucius Raylof i zgłosił wniosek o wykluczenie Rosy z przesłuchania. Niestety perator D’Orlegia podłapał temat i zasugerował aresztowanie jej za podejrzenie świadczenia nieprawdy. Przy całym braku sympatii dla ciotki, nie chciałam, żeby została skazana, więc szybko i zgodnie z prawdą poświadczyłam o problemach emocjonalnych, które mogły zaburzyć jej pogląd na sytuację, dyskredytując w roli świadka, ale też nie narażając na proces o krzywoprzysięstwo. Na szczęście Lucius Raylof również natychmiast zareagował i złożył wniosek o oddanie jej pod ewentualny sąd w Tetanne. Otrzymał zgodę. Ciotka wyszła z sali i przeszliśmy do mów końcowych. Głos zabrałam tylko ja. Peratorzy wyglądali już albo na zdecydowanych, albo znudzonych.

Sędziów było pięcioro. Balass ke Teldan, wydawał się przeciwny Belerionowi od jakiegoś czasu i, jak można się było spodziewać, zagłosował za niewinnością. Z informacji, które dostałam wynikałoby, że Jarr D’Orlegia zagłosuje zgodnie z wolą ke Teldana i tak się też stało. Z moim głosem mielibyśmy już trzy przeważające, jednak i Xizzin Ha-Shin (który zdawał się cieszyć każdym momentem nadziei na skazanie Luciusa Raylofa) i zdecydowanie nieprzyjazny peratorowi Tetanne Escalion II, również zagłosowali za niewinnością. Z ciekawostek - już po ogłoszeniu werdyktu, Escalion II podszedł do Xizzin Ha-Shina i powiedział, że mają dużo do omówienia.

Podejrzewam, że z tajemniczym świadkiem Raylofa, można by spokojnie oskarżyć jego syna o zdradę, a nawet bez niego - oskarżyć go o manipulacje świadkami. Niestety, w takim procesie, na światło mogłoby wyjść więcej brudów niż to potrzebne zarówno Tetanne jak i peratowi czy mojej ciotce.

Po rozprawie Lucius Raylof odprowadził mnie do kwatery, podziękował i obiecał odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Może niesłusznie i paranoicznie, ale nie chciałam z nim już tam rozmawiać o *prawdzie*. Poprosiłam tylko o łagodne potraktowanie ciotki i zamówione przez Ministra kremówki. Pomyślałam, że jeśli Minister powie przy nim, że kremówki były pyszne, będzie miał dużo większą kartę przetargową niż gdybym powiedziałabym mu o naszej współpracy zaraz po procesie i w Cartannskim pałacu, gdzie wszyscy wszystko słyszą.

Perator obiecał mi również ochronę na powierzchni i transport na Hakassi. Wyleciałam niedługo po uroczystej kolacji.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Arelle Deron
Awatar użytkownika
Arelle Deron
Padawan
 
Posty: 369
Rejestracja: 08 cze 2019, 11:25

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 07 kwie 2020, 23:49

Wycieczka

1. Data, godzina zdarzenia: 16.02.20, 21:30-2:30; 26.02.20, 21:15-0:00

2. Opis wydarzenia:

O tej podróży nie mówiłam więcej niż „wycieczka” i pewnie wszyscy rozumiecie dlaczego – sieć wewnętrzna może czasem zmienić się w zewnętrzną, tajne archiwa potrafią się odtajnić, a rozmowy przez prywatne komunikatory nie zawsze pozostają prywatne. W tych okolicznościach lepiej powiedzieć za mało niż za wiele.

Moja wycieczka się jednak skończyła, a zgromadzona na niej wiedza może nam się wszystkim przydać w dalszych badaniach. Część z Was oczywiście słyszała wiele – jeśli nie wszystko, ale dla reszty ten raport może okazać się przydatny.

Pierwszy prawdziwy przystanek – Prakith. Wylądowałam tam po kilku dniach lotu i postanowiłam nie zwracać na siebie uwagi. Tu ciekawostka – Moc na Prakith zmienia się, Ciemna Strona nie jest już tak dobrze ukryta, widać też strzępki Jasnej Strony. To ponoć normalne i Prakith przechodzi regenerację? Voliander, w każdym razie, nie uważał tego za niepokojące zjawisko.

Udało mi się nawiązać kontakt z Volianderem przez Moc – czyli żadna nowość. Nie był zachwycony moją wizytą, ale w sprawie Rycerza chciał pomóc. Zaprosił mnie nawet do jednej ze swoich posiadłości (ponoć nie tej głównej, najbardziej tajnej). Długo rozmawialiśmy. Przedstawiłam mu to, co wiemy o Edgarze Bis i Sithie, poopowiadałam o Thonie. Zadałam mu sporo pytań o historię rasy Sith, ale też Zakonu Sith, o tym, gdzie najlepiej szukać ich śladów (poza Korribanem). Wypytałam przy okazji o Alpheridies w kontekście Sithów, o alchemię i symbole, na które reaguje Thon. Najbardziej interesowało mnie – i dalej i interesuje – czego ta para chce, na czym jej zależy. Voliander to były Jedi i obecny Sith, może lepiej rozumieć motywy takich jak oni.

Voliander mówił, że jego Mistrz, Karness Muur, razem z innymi przywódcami upadłych Jedi (wtedy nie byli żadną organizacją, żadnym zakonem) trafił na Korriban. Stało się to 7 tysięcy lat temu, po rzezi na ciemnostronnych, po której ocalali zostali wygnani w Nieznane Regiony (w tamtych czasach podział galaktyki wyglądał nieco inaczej). Te niedobitki połączyły się z Sithami czystej krwi i tak powstał Zakon Sith.

Gwiezdne Kuźnie z kolei to zabytki po kompletnie innej rasie, o wiele starszej – po Rakatanach, którzy istnieli 20 tysięcy lat przed Volinaderem i też byli ciemnostronni. Z Sithami czystej krwi Kuźnie nie mają kompletnie nic wspólnego, dlatego nasz pseudo-Sith nie może twierdzić, że to jego rasowe dziedzictwo. Natomiast Zakon Sith już z Kuźni korzystał.

Voliander twierdzi, że nasi antagoniści polują na artefakty i Kuźnia ma im służyć do tworzenia ich lub powielania. Próbują kombinować z alchemią i chcą to robić na większą skalę, alchemia jest w ogóle w centrum ich zainteresowań. Kuźnia operuje na Ciemnej Stronie i byłaby idealną manufakturą alchemiczną w odpowiednich rękach. Dywagowaliśmy nad tym jakie artefakty mogłyby im być potrzebne i czy faktycznie trzeba im fabryki takich – Voliander podsunął, że mogą chcieć stworzyć jeden, ale bardzo silny. Słuszna uwaga, do zapamiętania.

O Alpheridies nie dowiedziałam się wiele poza tym, że było kiedyś siedzibą Sitha, który robił tam dziwne eksperymenty. To było dawno temu, w czasach Freedona Nadda, jeśli komuś to cokolwiek mówi.

Rozmawialiśmy o tym, dlaczego klon Edgara powstał na bazie Edgara właśnie. Voliander uważa, że to przez rasę – Echani są albo najlepsi genetycznie, albo znajdują się w górze stawki z Arkanianami i Chissami. Rozmawialiśmy też trochę o Sithie. Voliander zasugerował, że Sithowie mieli podkastę Sith-Kissai, takich archiwistów i negocjatorów, i nasz Sith ze swoją marną wartością bojową może do niej należeć.

Rozmawialiśmy nieco o tym, skąd się wziął Sith, dlaczego sklonowano właśnie Edgara, a nie losowego Echaniego i kto za tym wszystkim stoi – ale stąd było tylko więcej pytań niż odpowiedzi. Rasa Sith wyginęła razem z Imperium Sith po wojnach Mandaloriańskich – nie wiem kiedy to było, ale brzmi, że dawno. Nawet gdyby ktoś chciał sklonować Sitha, to nie ma z czego klonować.

Co do Thona – Voliander nie uważa, by to był twór z przypadku. Część mogła się nie udać, ale to na pewno nie był losowy efekt nieudanej alchemii. Nasi przeciwnicy chcieli coś takiego stworzyć – może miało być fizyczne albo bardziej posłuszne, może wyszło tylko do połowy, ale Thon jest dzieckiem planowanym. To, że żywi się Jasną i Ciemną Stroną to może nie być wypadek przy pracy, ponoć Sithowie są zdolni do takich ekstremalnych zagrań, które im samym też szkodzą. Voliander potwierdził też, że znak Miraluk jest czymś nowym i nigdy nie był używany w alchemii na Prakith aż do narodzin Thona.

Dlaczego do eksperymentu wybrano jego, a nie kogoś z Kultu? Najprawdopodobniej dlatego, że tylko on był złapany i „do wzięcia” – polowanie i złapanie Starszego mogło przerastać Edgara Bis i Sitha. Mogło tez chodzić o prawdziwą więź z Prakith, jaką ma Voliander, ale to mniej prawdopodobne – najpewniej padło na niego, bo nie było innej opcji.

Dowiedziałam się też nieco o historycznym Thonie, wyglądał jak czworonożne zwierzę, ale miał mózg humanoida i był Jedi.

Jeśli chodzi o adresy, Voliander uważał, że najlepszy jest Korriban – ojczyzna rasy Sith. Ziost i Dromund Kaas pojawiły się również jako mniej wartościowe propozycje. Ziost ciężko jest znaleźć i ciężko się tam dostać, widać ją wyłącznie z teleskopów, system jest mało osiągalny.

Z innych ciekawostek… Kult już nie porywa kobiet, rozmnażają się z dziewczynami poznanymi na dyskotekach. Ponoć to coś, co robią w hołdzie dla Noshiravaniego, który z kolei wziął to od Rycerza Avidhala. Więc… ten. Rycerzu, gratuluję, Twoje metody Kult wykorzystuje z powodzeniem.

Na koniec pomówiliśmy nieco o Koros Major i Dynastii Keto. Ponoć dawno, dawno temu współpracowali z Exarem Kunem, potem skupili się wyłącznie na sobie. Ponoć samo istnienie Cesarza uzależnionego od Ciemnej Strony jest dziwne, bo samo Koros jest nowoczesne i ani trochę religijne czy zabobonne.

Nasze spotkanie zakończyło się naprawdę miło, ale nie mogłam zostać – czas naglił, co Voliander sam podkreślał. Zanim opuściłam atmosferę Prakith złapało mnie jeszcze WSK, ale uspokoiłam ich, że nie przyleciałam z kłopotami i już się usuwam.

Dalej… mnóstwo skoków, odpoczynków, chłodzenia maszyny i kolejnych skoków. Kilka dni takiego czegoś i człowiek może zwariować. Podczas jednego z postojów trafiłam na inny statek, transport żywności z Odika. Tu ciekawostka – na Odiku działają spółdzielnie produkujące duże ilości żywności i ta żywność idzie na handel poza Odika. Pytałam o możliwości transportu żywności na Hakassi i usłyszałam, że pojedynczej spółdzielni się to nie opłaci, ale można podpisać umowę z kilkoma i wtedy taki biznes ma sens. Jako że Hakasii ciągle szuka źródeł żywności, ta wiedza może nam się przydać. Mój kontakt z firmy transportowej to Chris Ytan, mieszka na Odiku, na ulicy Tellisa. Przedstawiłam mu się jako Dessa Lowell, na wszelki wypadek.

***

Wiedzieliście, że Sojusz trzyma wartę na granicy z Przestrzenią Sithów? Ja też nie. Ale stoją tam, na końcu uszkodzonego Szlaku Daragona z Koros Major na Korriban. Jednym z nich jest krążownik rendiliański Drednot „Sithyjska Warta Jeden”, kompletnie unieruchomiony i w tragicznym stanie. Towarzyszą mu dwie nowoczesne fregaty i stacja kosmiczna.

Gości mają rzadko, raz na rok – dosłownie. Ominęła ich inwazja Vongów, znają ją tylko z plotek. Moje nazwisko nie kojarzyło im się z niczym, ale wzbudziłam zainteresowanie jako gość płci żeńskiej – i potencjalnie niebezpieczny degenerat. Jak możecie się domyślić, w te rejony nie zapuszczają się raczej normalni ludzie. Poza tym, wieje tam kompletną nudą. Żołnierze raczej nie dostają przepustek, bo nikomu nie opłaca się ich stamtąd wywozić. Kontakt z galaktyką praktycznie żaden, a ruch w tym miejscu nie istnieje. Brak jakichkolwiek rozrywek, główny okręt musiał być u schyłku życia już za czasów Starej Republiki. Nastroje ponure, a bliskość Przestrzeni Sithów niczego nie poprawia. Wymiana uniformów ze starych na te Sojuszu była największą rozrywka ostatnich dwóch lat, możecie sobie wyobrazić skalę stagnacji. Poradziłam im, by sobie sprowadzili jakieś zwierzaki do służby, nic tak nie podnosi morale jak fajny zwierzak.

Powitał mnie zarządzający tym wszystkim major Vilge Warren, niezwykle interesująca persona. Były łowca nagród (musiałam zapytać, czy zna Vreyxa, ale nie). Wypytałam go oczywiście, czy przede mną przelatywał tędy Edgar Bis, ale nie. Ani podobny statek, ani persona się tu nie pojawiła, Sith zresztą też nie. Dowiedziałam się za to, że do Przestrzeni Sithów prowadzą też inne drogi – Szlak Daragona jest najwygodniejszy, ale można lecieć naokoło, jeśli ktoś jest odważny i uparty. Sojusz pilnuje najbardziej oczywistej i stabilnej drogi.

Rozmawialiśmy właśnie o koszmarach, które może przynosić spaczona Moc z przestrzeni Sithów, kiedy major Warren się rozciągnął. I nie *przeciągnął* jak normalna osoba, a dosłownie wydłużył i urósł. Nieznacznie, ale dość, by zwrócił moją uwagę. Tu zaczyna się najbardziej fascynująca część – okazało się, że major jest Gen’Dai. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej rasie.

Gen’Dai są długowieczni (major powiedział, że jest chyba najmłodszy w kosmosie, ma sto jedenaście lat). Jego przodkowie współpracowali z Sithami. Ciała Gen’Dai to praktycznie same rozciągliwe mięśnie i mózg. Brak innych organów. Gen’Dai potrafią się regenerować po tym, co dla innych ras byłoby śmiercią – majora zabito 11 razy. Każda „śmierć” sprawia, że po odbudowie organizmu mięśnie stają się nieco bardziej sztywne, dlatego major nie czuje się tak młodo, jak powinien.

Po „śmierci” Gen’Dai nawet mózg przestaje pracować. Ciało może dosłownie się rozpaść na niewidzialny ludzkim okiem pył. Major podał przykład – ostatnim razem zabito go przez wrzucenie do wulkanu, jego ciało składało się w prochu w całość przez ponad rok.

Na tym etapie analogia do naszego Thona jest już dla Was pewnie jasna, dla mnie była. Opowiedziałam majorowi o tym co wiemy o Thonie, o jego fizycznej naturze, o tym, jak czerpie minerały z otoczenia, i wszystko mniej-więcej pasowało. Wypytałam o symbole i Miraluki, ale ta cześć kompletnie z niczym się majorowi nie kojarzyła. Za to teoria, jakoby Thon był Gen’Dai, którego brutalnie rozczłonkowano w wysokiej temperaturze (nie dziwne, że boi się ognia!), jest niemal idealna – poza tym, że taki regenerujący się Gen’Dai nie powinien mieć świadomości aż do ostatniego stadium odbudowy, gdy odtwarza się mózg. Nie ma stanów pośrednich.

Gen’Dai można zabić na zawsze – musiałaby nastąpić eksplozja, która zerwałaby wiązania atomowe między cząstkami ich ciała. W innych przypadkach ciało może się znów zespolić, jeśli cząstki pozostawi się w spokoju. Nie mogą być targane wiatrem ani prądami w cieczy. Jeśli Thon jest Gen’Dai, nigdy się nie złoży pozostając w jeziorze. W regeneracji można mu pomóc przez wyfiltrowanie go z wody oraz zapewnienie mu spokojnych warunków i bezruchu.

Z innych ciekawostek o tej rasie – nie lubią się nawzajem. Nie chcą się rozmnażać, posiadanie potomstwa jest dla nich obrzydliwe przez całą egzystencję aż do schyłku życia, tylko umierający Gen’Dai chcą mieć potomstwo, co młodsi nazywają szaleństwem. Poza tym, żyją wiecznie, chyba ze coś ich zabije, co nie jest łatwe.

Odrastają im tez kończyny, o czym miałam szansę sama się przekonać. Major odciął sobie lewą rękę, by przekazać mi ją do badań. Dosłownie. I ta ręka miała odrosnąć *w godzinę*, wyobrażacie to sobie? Cała ręka? Oczywiście musiałam zapytać, czy reszta Gen’Dai nie wyrośnie przy ręce, ale nie, musi być większa cześć mózgu, by Gen’Dai odrósł.

Odcięta ręka to coś niesamowitego – składa się wyłącznie z włókien, nie ma tam skóry, nie ma naczyń krwionośnych, tylko splot włókien. Major mówił, że nie zepsuje się, nawet nie umrze - porównał ją do rosnącego drzewa.

Na tym moja wizyta praktycznie dobiegła końca. Mogłam uzupełnić zapasy i wyspać się w normalnej pozycji (spanie w Defenderze jest fajne przez pierwsze trzy noce, a potem idzie umrzeć). Po kilku godzinach ja i mój statek byliśmy gotowi do ostatniego etapu podróży. Nie powiem – czułam się znacznie lepiej wiedząc, że na przedsionku Korribanu mam jakiś azyl, do którego mogę uciec w razie kłopotów. Z tą myślą wyruszałam dalej.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2004
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 20 kwie 2020, 14:01

Zabraczka i rzeczy osobiste Padawan Suntessi

1. Data, godzina zdarzenia: 19-20.04.20; około godziny 22 do godziny 3.

2. Opis wydarzenia: Chaos. Absurd. Tragedia. Te trzy słowa obrazują najlepiej sytuację, która zaistniała. Tego dnia rozmawiałem z Rycerzem Slorkanem i Adeptem Zaynem o incydencie sprzed kilku dni, podczas którego Adept odciął rękę napastnikowi przy pomocy miecza świetlnego. Nie spodziewałem się, że sytuacja uznana za bardzo głupią i niestosowną się powtórzy, a tym bardziej w jeszcze bardziej tragicznych skutkach.

Przesiadywałem wraz z Uczniem Edgarem i Padawanką Arelle w kwaterze numer pięć. Rozmawialiśmy o Mocy, mistycznej energii, która otacza wszystko i wszystkich. Rozmowa dotyczyła głównie tego, czego Uczeń Edgar w owej Mocy nie rozumie i jak ją sobie wyobrażamy. Naszą rozmowę przerwał komunikat nadany przez droida ochrony, który poinformował mieszkańców tej placówki o śmigaczu powietrznym, który właśnie rozpoczynał procedurę lądowania na dachu. Padawanka Arelle oddelegowała Adepta Zayne'a przy pomocy komunikatora, by ten sprawdził o co chodzi. Przyznam szczerze, że odrobinkę się zmartwiłem kolejnymi wizytorami, mając gdzieś z tyłu głowy sytuację sprzed kilku dni. Padawanka zapewniła mnie, że takie sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Najwyraźniej częstotliwość ich występowania powiększyła się o kilkaset procent, gdyż przez kilka dni pobytu zostałem świadkiem kolejnej rzezi. Zabracka, uzbrojona w blaster kobieta szukała byłej mieszkanki tej bazy, o której postarałem się nadrobić informacje na potrzeby tego raportu. Owa pani, imieniem Rilla, chciała wykupić rzeczy osobiste Padawanki Violet za kwotę pięćdziesięciu kredytów, bądź jej ciało za kwotę stu kredytów. Z tego co słyszałem, nie chciała się ani przedstawiać, ani podawać jakiegokolwiek powodu. Chciała po prostu zapłacić i dostać rzeczy tej kobiety. Po chwili do rozmowy włączyli się Uczeń Edgar i Padawanka Arelle, ja zaś zostałem w bloku mieszkalnym placówki, by możliwie przeszkodzić kobiecie w dostaniu się do ambulatorium bądź kwater. Nie byłem zaznajomiony z sytuacją, nie znałem żadnej z tych kobiet, byłem tylko szarym mieszkańcem, który chciał pomóc.

Stało się coś bardzo absurdalnego, jak wspomniałem wyżej. Uczeń Edgar padł ogłuszony od strzału w głowę, na progu bloku mieszkalnego, a nim zdążyłem zareagować, za zabraczką ruszyła Padawanka Arelle z mieczem świetlnym. Do tej pory nie wiem, jak to w ogóle możliwe, ale ciosem wykonanym zza głowy rozcięła zabraczkę w pół. W poziomie, nie w pionie! Byłem w ciężkim szoku, nie wiedziałem co w ogóle mam zrobić. Padawanka Arelle popędziła gdzieś poza blok mieszkalny, Adept Zayne sprawdzał stan Ucznia Edgara, a postanowiłem, że posprzątam ten bajzel, przecież ona nie mogła tak leżeć... To chore. Po incydencie sprzed kilku dni sięgnąć ponownie po broń Jedi, by... By przepołowić kogoś. Udałem się do łazienek, by zabrać trochę środków czystości na górę, lecz gdy zaledwie je postawiłem na podłodze, do bloku wbiegła Padawanka Arelle. Poprosiła mnie, bym schował śmigacz powietrzny zabraczki na parking. Bez wahania udałem się na dach, wstrzymując oddech, będąc na skraju uduszenia się bądź zwymiotowania przez ten koszmarny zapach i przeparkowałem śmigacz, lecz nie postawiłem go na parkingu, gdyż ten był po prostu zbyt mały. Schowałem go pomiędzy segmentami tej placówki, pod mostami łączącymi oba bloki, by te go zasłaniały i wróciłem do bloku mieszkalnego. Gdy wróciłem do bloku, zabraczka przemówiła. Bez dolnej części ciała, sam leżący tors, zmieszany zapach kabli, spalenizny, krwi i wymiocin, ale żyła. Dolna część jej ciała była robotyczna, podobnie jak lewa ręka kobiety, którą to złapała Padawankę Arelle, gdy ta tylko do niej podeszła. Uderzyła jej głową o podłogę i koszmarnie połamała nos Padawanki, nim Adept Zayne odciągnął jej ręce, a ja przebiegłem przez pół korytarza i uderzyłem zabraczkę w głowę. Biedna Arelle, chciała dobrze, a przepołowiła zabraczkę na pół, która później tak koszmarnie połamała jej nos...

Akcja ratunkowa trwała długo, a Padawanka i Adept sprzeczali się czy wzywać pogotowie ratunkowe, czy go nie wzywać. Ostatecznie pomoc nie została wezwana, a Padawanka z połamanym, krwawym nosem walczyła o życie zabraczki, wraz z Adeptem Zaynem. Przez komunikator zabraczki dało się usłyszeć nawoływania jej znajomych, którzy pytali się ile jeszcze będzie tam siedzieć, że miała to być szybka akcja. Być może przylecą tu jej szukać. Padawanka Arelle skutecznie ich zmyliła, naśladując sposób mowy i ton zabraczki, mówiąc, że ta udała się do stolicy. Ja lekarzem nie jestem, nie wiedziałem co mogę zrobić, więc robiłem za pokornego sługę, który przynosił wszystko, czego ta dwójka potrzebowała do stabilizowania stanu kobiety, skompanej w krwi, pośrodku zakrwawionego korytarza, w unoszącym się okrutnym zapachu. Po dłuższym czasie przeniosłem zabraczkę wraz z Adeptem Zaynem do ambulatorium i wróciłem do Padawanki Arelle, którą wspierałem w chodzeniu. Padawanka pomimo swoich ran i takiej słabości, że ledwo trzymałą równowagę, przeprowadzała operację, która być może uratowała tą zabraczkę. Nie będąc już dłużej potrzebnym, udałem się do Ucznia Edgara, który odzyskał przytomność, lecz nie odzyskał władzy w swoich kończynach. Całą operację przesiedziałem w jego towarzystwie, a po chwili w drzwiach stanęła Mistrzyni Jedi Elia Vile. Przekierowaliśmy ją do ambulatorium, gdzie spędziła dłuższą chwilę, pomagając studentom przy operacji.

Dopisek: Zabraczka żyje dzięki szybkiej reakcji studentów i Mistrzyni Elii Vile. Wspólnymi siłami walczyli o uratowanie kobiety, biegając od ambulatorium do łazienek, robiąc wszystko w ogromnym pośpiechu - ale poprawnie. To były bardzo stresujące chwile dla naszych lekarzy.

Uczeń Edgar odzyskał władzę w swoich robotycznych rękach i robił się powoli senny, więc pomogłem mu dostać się do kwatery, unosząc jego nogi nad ziemię.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Blok mieszkalny został posprzątany przez te małe, niegroźne stworzenia. Droid Mango zasługuje na pochwałę, gdyż dopatrzył się pewnego przykrego faktu, o którym nie chcę mówić ze względu na delikatność tej sytuacji. Padawanka Arelle, pomimo absurdu, którego dokonała, zasługuje na pochwałę swojej postawy i ratowania życia tej zabraczki będąc w tak tragicznym stanie.

4. Autor raportu: Padawan Khad Llyn'han
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 300
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Zayne Vergee dodano: 22 kwie 2020, 12:28

Porażka drużynowa

1. Data, godzina zdarzenia: 16.04.20; około godziny 21 do godziny 1-2.

2. Opis wydarzenia:

Pomyślałem, że nadal jest dobra pora, aby odnieść się do niedawnego incydentu, który miał miejsce przy bramie z polem siłowym. Podobnie jak już Padawan Arelle się odniosła, jednakże ot, po prostu chciałbym przedstawić pewne kwestie ze swojego punktu widzenia. Wybaczcie, że nie zrobiłem tego nieco wcześniej, jednak musiałem zebrać myśli i odpocząć po troskach kolejnych wydarzeń, które miały miejsce niedługo po tym nieszczęśliwym rozwoju wypadków.

Dla porządku, pozwolę sobie zasugerować, by wpierw przeczytać informację pozostawioną przez Padawan Arelle Derron, do której pozostawiam w tym raporcie odnośnik. Lektura zapewni odmienną i równie słuszną perspektywę.
Odnośnik

Początek był wręcz standardowy. SDK ostrzegł obecnych rezydentów placówki przez komunikator, że do bramy zbliża się ścigacz z niemałą prędkością. Udaliśmy się tam wraz z nowo poznanym Khadem oraz Mistrzynią Vile, by powitać intruzów i rozeznać się w ich intencjach. O ile wzrok mnie nie zwodził, to w trakcie mojego i Khada biegu widziałem jak Mistrzyni Vile skacze po dachach, czy też raczej płytach lądowisk i z przewagi wysokiego terenu obserwuje poczynania klatooiniańskich rzezimieszków. W tym czasie nasza dwójka podeszła do bramy, aby po prostu porozmawiać i zrozumieć czego takiego nasi "goście" szukają u progu przybytku należącego do Jedi. Niestety niewiele dało się ustalić między uciążliwymi wulgaryzmami, które bandyci co rusz wplatali do swych wypowiedzi. Z ich słów jednak jasno wynikało, że są pewnego rodzaju organizacją przestępczą o "dumnej" nazwie "Gang Barada". Przybyli do nas, ponieważ jak później udało się nam dociec, jakiś przedstawiciel rasy Aqualish zrobił owych jegomości w gizkę, że tak to ujmę, przez podanie fałszywej informacji, że nasza placówka to niestrzeżona melina, którą warto zagarnąć dla zwiększenia wpływu gangu. Z wypowiedzi gangsterów wynikało również, że znają oni, lub przynajmniej kojarzą naszego naszego nowego gościa Khada Llyn'hana, co jednak wydawało mi się na logikę niemożliwe. Khad w końcu dopiero co został przywieziony do placówki przez Rycerza Ashtara. Wydaję mi się, że zaczepno-przychylne wypowiedzi Klatooinian były po prostu wyrazem solidarności międzyrasowej do pewnego stopnia, mogę się jednak mylić całkowicie.
Pogawędka trwała w najlepsze, aż tutaj znienacka, nie wiadomo skąd Mistrzyni Vile znalazła się skokiem za bramą pola siłowego i w mgnieniu oka odebrała rzezimieszkom ich ścigacz, który obecnie spoczywa w naszym garażu. W akompaniamencie przekleństw i ognia blasterowego, Mistrzyni odjechała w siną dal. Mniej więcej w tym samym czasie do pola siłowego dotarła także Padawanka Arelle Deron, która dołączyła do moich i Khada prób przemówienia "gangowi Barada" do rozsądku, jednakże nasze starania nie doszły do skutku jak się można domyślać. Młodzi Jedi o większym doświadczeniu postanowili więc zacząć działać w bardziej bezpośredni sposób, by w końcu przegonić intruzów z naszej posesji. Ta decyzja była wywołana między innymi zagrożeniem pirotechnicznym, ponieważ jeden z bandytów zaczął podkładać pod polem siłowym ładunek wybuchowy. Później się okazało, że pakunek był zwykłym blefem w postaci ulotek propagandowych, zachęcających by dołączyć do gangu. Arelle udała się do naszej zbrojowni z której przyniosła karabin blasterowy, którym miała zamiar postraszyć rzezimieszków uzbrojonych jedynie w pistolet blasterowy i nóż. Nawet to jednak nie wpłynęło w najmniejszym stopniu na instynkt samozachowawczy intruzów, którzy w dalszym ciągu dążyli do bójki.
Od tego punktu w czasie sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, co było podyktowane błędnymi decyzjami naszej trójki. Wpierw doszło do nieporozumienia pomiędzy Arelle, a naszą dwójką. Zwyczajnie nie wiedzieliśmy jaki ma plan i gdzie jest na nas w nim miejsce. Zawiódł brak dialogu. Arelle wyskoczyła na wysoki mur ochraniający naszą placówkę i zaczęła pruć serią z karabinu pod nogi bandytów, którzy nie potrzebowali dalszej zachęty do walki. Jeden z nich, uzbrojony w pistolet blasterowy nie pozostał dłużny i otworzył ogień w stronę Arelle. W tym momencie doszło do drugiego krytycznego błędu w ocenie sytuacji. Khad zdezaktywował pole siłowe i przystąpił do walki kontaktowej z najbliższym Klatooinianem uzbrojonym w nóż bojowy. W końcu przyszła i na mnie kolej, aby podjąć złą decyzje i dołączyć w jej wyniku do zbiorowego chaosu. Sam nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło i dlaczego nie wycofałem się po prostu, by bardziej doświadczeni użytkownicy Mocy rozbroili opryszków. Zdaję się, że nie mogłem po prostu zostawić swych towarzyszy samych sobie... przeszłości jednak nie zmienię, a ważniejsze jest to co było dalej, niż rozwodzenie się nad moimi personalnymi odczuciami.
Z pomocą miecza świetlnego zaatakowałem uzbrojonego w nóż bojowy zbira, przy okazji zmuszając niezamierzenie Khada do wycofania się, ponieważ mój atak naruszył i jego obronę. Nie jestem w stanie potwierdzić, ani zaprzeczyć tej informacji, gdyż z powodu nagłości zdarzenia mój mózg tego nie zarejestrował. Sądzę jednak, że warto pozostawić taką notkę skoro nie jest ona dla mnie pewna i każdy będzie mógł ją rozważyć na własny sposób. Jedyne co pamiętam dalej to moment ucieczki przed rozjuszonym członkiem gangu wgłąb bazy. Przeciwnik z determinacją napierał na moją obronę, aż w końcu poczułem, że nie wytrzymam dłużej i dla ratowania własnego zdrowia, czy też życia, wykonałem kontrę skierowaną ku dłoni Klatooiniana. Skutek był natychmiastowy, niemalże całkowita amputacja fragmentu ręki mężczyzny. Przyglądałem się zszokowany swojemu dziełu, ale już po chwili odciąłem się od wszelakich myśli, by przystąpić do czynności ratunkowych. Tamte momenty ponownie rozmywają się w moich wspomnieniach, po prostu działałem dalej. Oceniłem, że ręka opryszka jest nie do odratowania i po przeniesieniu go do celi więziennej dokonałem pełnej amputacji, oczyszczenia ran wraz z nałożeniem opatrunków i zaszycia kikuta. Na skraju świadomości dochodziła do mnie rozmowa prowadzona pomiędzy pozostałymi studentami, Mistrzynią Vile i przytomnym oprychem, którego pojmali Arelle i Khad, jednakże przez całkowite skupienie się na swojej pracy, nie zapamiętałem czy też nie widziałem niczego z toku tej wymiany zdań, ponieważ przebywałem w pomieszczeniu sąsiedniej celi. Ten fragment został lepiej opisany przez Arelle.
Niewiele mi zostaje do dodania poza faktem, że w wyniku tych wydarzeń niesłusznie oskarżyłem Khada o spowodowanie tego chaosu, zrzucając na niego ciężar własnej winy. Parę dni później Rycerz Slorkan uświadomił mnie o niesłuszności mego postępowania. W końcu każdy z naszej trójki popełnił wtedy błąd, jednakże nikt mojej ręki nie forsował. Decyzja o dołączeniu do walki, co finalnie spowodowało okaleczenie oprycha na cały jego pozostały żywot była wyłącznie moja. Będę musiał się nauczyć żyć z jej konsekwencjami.

Na dłonie Khada złożyłem oczywiście przeprosiny.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Na tą chwilę brak.

4. Autor raportu: Adept Zayne Vergee
Medycyna robi dziś takie postępy, że czasem trudno umrzeć.
Obrazek
Awatar użytkownika
Zayne Vergee
Adept
 
Posty: 102
Rejestracja: 11 kwie 2017, 19:26

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 23 kwie 2020, 10:57

Na nowym szlaku

1. Data, godzina zdarzenia: 13.04.20; 20:00 - 00:30

2. Opis wydarzenia: Podróż z Yanibaru była istną katorgą. Siedzenia w starym, imperialnym myśliwcu były już dawno wysiedziane i zniszczone. Sam myśliwiec, to był chodzący złom, ale jakoś wytrzymał podróż. Często błądziłem po szlakach, szukając starych i dawno już nieużywanych tuneli nadprzestrzennych, zatrzymywałem się na różnych planetach, pytając o drogę, o wojnę, o Galaktykę, o której przecież nie wiedziałem i nie wiem za wiele. Bywały takie momenty, w których rozważałem powrót. Kredyty znikały niespodziewanie szybko, ceny były ogromne, w ogóle nie prezentujące standardów tego, co widywałem na Yanibarze, u kupców. Na szczęście dużo ich zabrałem i mam jeszcze w zapasie około trzysta kredytów. Idealnie na maskę tlenową, by jakoś sobie poradzić z waszym koszmarnym powietrzem!

Myśliwiec odmówił posłuszeństwa gdzieś w Środkowym Rubieżu, na planecie Old Mankoo. Tam dowiedziałem się, że silnik uległ uszkodzeniu, a wraz z nim kilkanaście powiązanych systemów. Samo Old Mankoo to... Planeta, której nikt odwiedzać nie chce. Nie wiem, czy bardziej niebezpieczne jest życie w waszej bazie, czy gdziekolwiek tam. Przez tydzień pobytu byłem świadkiem dwóch morderstw i dziewięciu napadów. Jeśli komuś z was przyjdzie do głowy, by odwiedzić tą planetę - przygotujcie się na szok i przerażenie. O broni w pogotowiu już nie wspomnę, wszak jesteście Jedi i gorsze środowiska w życiu widywaliście. Zastanawiacie się pewnie, skąd się w takim razie wziąłem na planecie Odik dwa? Jak można się domyślić, żadne promy z Old Mankoo nie kursują na Odik, o ile w ogóle coś kursuje na tą paskudną planetę - mowa o tej w Środkowym Rubieżu.

Dwójka przyjaznych aqualishy, których spotkałem w kantynie, zaoferowała mi pomoc. Potrzebowali dobrego pilota, by przelecieć przez Głębokie Jądro, a że mieliśmy podobny cel, to postanowiłem się za takiego podać. Wszystko, by dostać się na Odika. Wszystko, by wydostać się z Old Mankoo. I tak właśnie się stało. Podróż od Środkowego Rubieża do Głębokiego Jądra pilotował jeden z aqualishy, a ja mogłem jako tako pospać na kanapie. Podczas podróży napotykałem coraz to inne poglądy o wojnie i o Odiku. Jedni pytali, czy to uleczalne, inni zaś twierdzili, że wojna skończyła się przecież w 29ABY po Coruscant. Najmniejszy procent mówił, że faktycznie pod Odikiem odbyła się jakaś bitwa, albo ma się odbyć.

Z głębokiego snu wyrwał mnie aqualishański pilot, który krzyczał przez komunikator, że zbliżamy się do Jądra i mam przejąć stery, bo on się boi latać. Nie czekając dłużej zwlokłem się z kanapy i poszedłem w strone kokpitu, gdzie zasiadłem za drugimi sterami. Nie będę tu opisywał żadnej rozmowy z tymi aqualishami, bo zwyczajnie bym was zanudził. Bardzo przyjaźni i pogodni panowie, żyjący w swoim świecie, handlując chyba wszystkimi typami produktów w życiu, jakimi można handlować. Aktualnie zajmowali się sprzedażą sprzętu BHP. Wszystko szło dobrze, dopóki nie natrafiliśmy na okręt Sojuszu, który przeprowadzał rutynową kontrolę na Złotym Szlaku. I tutaj stało się dla mnie coś niezrozumiałego... Aqualishe zaczęli panikować, że żołnierze Sojuszu będą ich pałować za samą rasę, że oskarżą ich o kradzione towary. Twierdzili też, że za bycie aqualishem skonfiskują im nawet statek. Gdy starszy sierżant zapytał mnie o cel podróży, powiedziałem jasno - Odik dwa. Chciałem wspomóc Galaktykę w walce z najeźdźcą. Aqualishe słysząc o Vongach zaczęli jeszcze bardziej panikować, zaczęli krzyczeć, że Vongowie nas gonią, rzucać kubkami, udawać odgłosy walki... To było straszne. Okręt Sojuszu podczepił nad do siebie i weszliśmy wszyscy na jego pokład, z podniesionymi rękoma. I tutaj zaczęliśmy się tłumaczyć, trzeba było jakoś wyjaśnić dziwne zachowanie aqualishy, którzy nawet próbowali udawać inne rasy... Jeden mówił, że jest ogolonym bothaninem, a drugi, że jest durosem z jajami na twarzy... Myślałem, że to już koniec, że skończę za kratkami, ale nie dałem za wygraną. Na przesłuchaniu dowiedziałem się, że bitwa o Odik faktycznie się odbyła, ale spóźniłem się dwa lata.

Siedząc na podłodze w celi rozmyślałem nad celem, który mam obrać w życiu. Spóźniłem się dwa lata. Informacje od handlarki były przestarzałe o conajmniej półtorej roku, to chore... To chore, że większość osób, jakie napotkałem, nie wiedziało o bitwie nad Odikiem. Moje działania pobudziły wojska, które zaczęły nawet ustawiać obronę na planecie. Głupie słowa jednego shistavanena, które wystarczyły, żeby poruszyć tylu żołnierzy. Musiałem się gęsto tłumaczyć, mimo, że to było nieporozumienie. Trafiłem w końcu na planetę Odik dwa, gdzie odbyło się też moje przesłuchanie. Wytłumaczyłem im wszystko, bo nie miałem niczego do ukrycia, nie kłamię nigdy i nie zamierzam, dopóki sytuacja nie będzie tego naprawdę wymagać. Powiedziałem też, że jestem byłym członkiem Zeison Sha, który za powód poboczny podróży na Odik obrał sobie znalezienie Jedi i kontynuowanie swojego szkolenia w ich szeregach - i to była najprawdziwsza prawda. Jednak musiałem to jakoś udowodnić. Spróbowałem wspomóc swoje ciało podczas akrobatyki i skoczyć na pokaźną wysokość i odległość, jednak pan kapitan twierdził, że nie może mi tego uznać, bo niczego nie wiadomo o mojej rasie i to może być umiejętność rasowa. Byłem w kropce, ale wpadłem na jeszcze jeden pomysł. Z zawiązanymi oczyma i zatkanymi uszami spróbowałem przy pomocy medytacji wychwycić Aury osób, które znajdywały się w pobliżu mnie i na tej bazie ocenić, ile tych osób faktycznie się tam znajduje. Niestety, moje zmysły nie są jeszcze tak wyostrzone, by wyczuwać tyle istot żywych naraz. Pomieszałem się w tym wszystkim, aż w końcu poczułem coś, co jednocześnie mnie przeraziło i obrzydziło. Nie wiem, czy dochodziło z wewnątrz mnie, czy z zewnątrz, ale w tym samym momencie w sali pojawił się ktoś jeszcze. Z przykrością oznajmiłem, że nie udało mi się wychwycić, ile osób się znajduje w pobliżu mnie, ale wyczułem zmianę w przepływie Mocy, akurat, gdy do sali wszedł togruta.

Okazało się, że tym togrutą był i jest Rycerz Jedi Ashtar. Wojska na Odiku zmobilizowały się do tego stopnia, by wezwać Rycerza Ashtara, by ten sprawdził informację o planowanym oblężeniu Odika przez Vongów i mnie przy okazji. Dzięki uprzejmości Rycerza Ashtara udało się potwierdzić moje słowa o byciu użytkownikiem Mocy. Rycerz zgodził się również zabrać mnie na Hakassi, do naszej bazy.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Brak.

4. Autor raportu: Padawan Khad Llyn'han
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 300
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Elia dodano: 02 maja 2020, 18:52

Przeklęta ziemia

1. Data, godzina zdarzenia: 09.03.20, 20:00-2:00

2. Opis wydarzenia:

Wyobraźcie sobie, że natura chce się Was pozbyć. Każdy element Waszego otoczenia pała do Was nienawiścią – skały, ziarenka piasku, wiatr. Brzmi jak choroba psychiczna… i nie jest to porównanie dalekie od prawdy. Korriban doprowadza do szaleństwa, łamie umysły, zmienia ludzi w puste, pozbawione woli skorupy. Widziałam to.

Wylądowałam w Dolinie Mrocznych Lordów, którą wcześniej polecił mi zbadać Voliander. Z trudem zmusiłam się, by tam zostać. Moje płuca walczyły o każdy oddech, jakbym zaciągała się zatrutym powietrzem. Każdy krok był walką z przestrzenią. Patrzenie – wręcz bolesne. Duchy z przeszłości pojawiały się znikąd, przynosiły wspomnienia, które dawno zepchnęłam w podświadomość. Cała planeta zdawała się mnie obserwować – i nienawidzić.

Mijałam potężne kolumny, monumentalne, wyryte w litej skale grobowce. Ich wrota były zatrzaśnięte, ale zauważyłam ślady na piasku przywodzące na myśl czyjąś obecność. Nie widziałam jednak nikogo, nie słyszałam nikogo. Szłam więc dalej, badając, szukając, zachowując czujność.

Na niewiele się to zdało.

Zwierzęta pojawiły się znikąd i były ich dziesiątki. Choć od tych stworzeń biło spaczenie, ciężko mi było się przełamać i zacząć atak. Wskoczyłam na jakąś kolumnę i spojrzałam z góry na to, z czym miałam do czynienia. Dosłownie morze gadzich zwierząt wielkości eopie. Musiała je ściągnąć moja aura, a razem z nimi… humanoidów.

Należeli do różnych ras i zachowywali się jak żywe trupy. Moja bliskość najwyraźniej sprawiała im ból, ale nie mogli przestać iść w moją stronę. Nie było z nimi kontaktu. Wyli z agonii, wrzeszczeli niezrozumiałe słowa lub bełkotali jak szaleńcy. Część z nich już zaczęła się rozkładać – ale nawet ci pełźli ku mnie. Ich aury praktycznie nie istniały, zrośnięte z Korribanem, choć wciąż czuć w nich było ślady tych, którzy istnieli wcześniej… żyli, myśleli, byli *osobami*.

Morze stworzeń pod kolumną zaczęło wzbierać, a ja podjęłam decyzję. Przystąpiłam do walki. Starałam się nie myśleć o gadach jak o zwierzętach – nie były normalnymi zwierzętami. Starałam się nie myśleć o żywych trupach jak o istotach rozumnych – ich umysły dawno przepadły, a to, co pozostało, zasługiwało na wybawienie. Po prostu cięłam. Bez finezji, bez elegancji, bez dumy z tego, że przybywa nowych trupów. To był obowiązek. Miałam misję do wykonania, a setki ciągnących się za mną tworów Ciemnej Strony były przeszkodą.

Widziałam nienawiść… rozpacz… strach… i determinację w oczach tych istot. Chcę wierzyć, że nie popełniłam żadnego błędu. Że każdy z nich był nie do uratowania. Ale… nie wiem. Myślę, że przegapiłam błysk rozumu w czyichś oczach, czyjeś łzy… a może tylko mi się wydaje, może Korriban chciał, bym tak myślała. Teraz to nieistotne. Zabiłam ich wszystkich. Nie czułam uchodzącego z nich życia, być może raz… ale… może to tylko moje wyrzuty sumienia każą mi tak myśleć…? Polegli, rozpadali się na moich oczach, stapiali z piachem, jakby nigdy nie istnieli. Zostawał po nich smród gnijących zwłok.

Przez cały ten czas ktoś mnie obserwował. Mężczyzna przesiąknięty Korribanem, ale dostrojony do niego, nie złamany. Był uzbrojony w karabin, ale wyłącznie patrzył. Kiedy chciałam dobić jednego z nieszczęśników, powstrzymał mnie. Wypowiadał się wyjątkowo elokwentnie… uprzejmie wręcz. Nie wyczułam w nim wrażliwości na Moc. Przedstawił się później jako Quarrkas.

Poprosił mnie, bym się odwróciła. Jak się okazało, zamierzał skonsumować świadomość umierającej istoty. Twierdził, że to humanitarne… W świetle mojej rzezi, nie mogłam się kłócić. Pozbawiłam głów resztę poległych – tych, którzy się nie rozpadli i wciąż próbowali się ruszać.

Quarrkas zakończył konsumpcję. Najwyraźniej był w stanie wchłonąć strzępki wspomnień swojej ofiary. Ponoć miała dobre życie do czasu, gdy postanowiła odwiedzić Korriban, gdzie oszalała, złamana Ciemną Stroną. Mężczyzna powiedział, że tak kończą wszyscy, którzy są słabi – on sam spędził pięćset lat na tej planecie. Zachował świadomość, bo się dostosował, został żywą częścią Korribanu.

Ponoć pachniałam dla niego jak złowrogi sernik.

Opowiedział mi nieco o zwierzętach, które mnie zaatakowały – to Hssissy, są jadowite, a ich zęby i pazury zadają jątrzące się rany. Szczęśliwie, uniknęłam nawet zadrapania.

Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co sprowadza mnie na Korriban. To była ostrożna rozmowa. Quarrkas sprawiał wrażenie kogoś, kto nie trzyma z nikim – nie podejrzewałam go o układy z Edgarem Bis czy Sithem, ale tak samo nie uważałam go za kogoś, kto pomógłby takiej osobie jak ja. Dyskusja szła jednak w dobrym kierunku – a potem pojawiły się dwa droidy YVH.

Ukryliśmy się. Droidy minęły nas i ruszyły ku mojemu myśliwcowi. Śledziłam je chwilę. Mój towarzysz uznał, że warto je zatrzymać i poszedł z nimi porozmawiać – ponoć ogłuszały go już pięć razy. W tym momencie sama zaatakowałam. Walka była krótka, ale intensywna, kolejne ogłuszenie dla Quarrkasa, ale wygraliśmy, droidy zniszczone. Nie było sensu się ukrywać, skoro szły przeskanować TIE Defendera. Z pewnością miały ten myśliwiec w bazie danych.

Walka wszystko wyklarowała. Droidy, najemnicy w hełmach i Sith – byli jawnie problemem dla mężczyzny i dla samego Korribanu. Ponoć przylecieli tu kilka lat wcześnej i w brutalny sposób zajęli się przeczesywaniem grobowców i opuszczonej Akademii Sith. Wydzierali wiedzę tak, jakby im się należała, bezczeszcząc dziedzictwo tego miejsca. Quarrkas chciał się ich po prostu pozbyć. Pomyślcie o tym - byli wrzodem nawet dla Korribanu! Jak nisko trzeba upaść, by osiągnąć coś takiego?

Tu pierwszy raz usłyszałam, że nasz Sith nie jest czystej krwi. Quarrkas sam nazywał go podróbką – bo wie, jak wyglądali prawdziwi. Ten miał udawać Sitha, ale to oszust, nie ma prawa do niczego związanego z Korribanem.

Tu także pierwszy raz usłyszałam, że w gmachu Akademii przebywa więzień. Więzień, który *pachnie* tak samo, jak ja. Nie chciałam robić sobie za wielkich nadziei, ale przyszła mi na myśl tylko jedna osoba… Quarrkas zdziwił się, że nie wiedziałam o więźniu, myślał, że po niego tu jestem.

Wyruszyliśmy w długą podróż do Akademii Sithów. Niechęć Korribanu do mnie nie słabła, podróż była długa, mozolna. Praktycznie cały czas przedzieraliśmy się przez wietrzne pustkowia – całe szczęście Quarrkas polecił mi zabrać płaszcz. Ciemno, zimno, wrogo – tak mogę opisać tę wycieczkę.

Budynek Akademii Sith był plugawy jak cała reszta tej planety. Ogromny i dziwnie bezkształtny, kaleczący zmysły. Było w tym coś imponującego, budzącego respekt. Ogromne, obrzydliwe wrota były zamknięte. Przez chwilę rozważaliśmy jak wejść do środka – ale wrota były jedyną opcją. Budynku nie dało się obejść, wskoczyć na górę – niemożliwe. Okien nie było. Nie było też śladów alternatywnych wejść, być może istniały, pogrążone pod tonami piachu, a może nie.

Drzwi mogły ważyć kilka ton. Otwierały się do środka. Rozważyłam za i przeciw i postanowiłam wyciąć w nich dziurę. W tym celu zbadałam całą ich długość… Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, ale znalazłam cieńsze miejsce i zaczęłam wycinanie otworu. Początkowo starałam się prowadzić miecz tak, by nie przebić się do końca na drugą stronę. Dopiero ostatnie cztery szybkie cięcia miały oddzielić odcinany kawał od reszty wrót. Przytrzymałam go Mocą i wyjęłam ostrożnie. Wszystko na nic – zauważono mnie. Nie było na co czekać, przez powstały otwór wskoczyliśmy do środka.

W środku przywitały nas dźwięki i zapachy technologii – pracującego metalu, elektroniki, spalenizny. A potem pojawili się najemnicy w hełmach i YVH. Nikt nie atakował, rozmawialiśmy.

Postanowiłam palić głupa i rozeznać się w sytuacji. Podziałało. Mówiłam… naprawdę głupoty, że też jestem Sithem, że mnie tu zaproszono, że Quarrkas to tylko przewodnik (powiedziałam mu, że może iść, jeśli chce, bo wroga było sporo i robiło się niebezpiecznie). Starałam się nie wychodzić z roli, najemnicy też zaczęli kłamać po swojemu, że szef mnie przyjmie jeśli złożę broń… Po tej farsie byłam niemal pewna, że nikogo istotnego nie ma w domu – ani Sitha, ani Edgara Bis. YVH mówiły ciągle o Yuuzhan Vongach. Podeszłam bliżej i zaatakowałam znienacka. Poszło w miarę gładko, plan był może idiotyczny, ale się udał – żadnego doskakiwania w ciasnych korytarzach, żadnego zmasowanego ataku wroga. Zaskoczyłam ich, jakimś cudem.

Byli lepsi, było ich więcej. Oberwałam dwukrotnie, raz impet pocisku uderzył mną o kamienie, raz dokładniejsze trafienie wyrwało mi kawałek brzucha. Mój towarzysz też dostał.

Walka przeniosła się głębiej, dotarliśmy do wielkiej, okrągłej sali. Szło nam dobrze… jak na te warunki. Kolejny postrzał posłał mnie na ziemię. Dostałam w nogę, skauteryzowałam, chyba się darłam. Mój towarzysz zaczął wykrwawiać się z brzucha, ale to też udało nam się przypalić. Na chwilę zrobiło się spokojniej.

Quarrkas zaczął pożywiać się umysłami umierających, a ja pilnowałam wejść. Najwyraźniej pomogło mu to odzyskać siły i zdobyć nieco informacji. Założyłam sobie prowizoryczne opatrunki. Byłam gotowa ruszyć dalej – a Quarrkas prowadzić, prosto do celu. Teraz już byłam pewna, że mają Fenderusa, którego cierpienie czułam od przekroczenia progu Akademii Sithów. Mój towarzysz potwierdził to.

Ostatnie starcie miało miejsce w czymś, co przypominało salę tortur. Usunęliśmy tych, którzy walczyli. Jeden próbował negocjować, grożąc zabiciem Rycerza Fenderusa. To wciąż więcej, niż pokazała reszta – obezwładniłam go Mocą i puściłam wolno. Nie wiem czy dobrze zrobiłam. Najemnicy byli ze sobą zżyci, rozumiałam, że zabijam im braci. Ten ostatni miał wszelkie prawo mnie nienawidzić. Mimo wszystko, to było ludzkie – darować mu życie. W całym tym mordowaniu, w plugastwie Korribanu, chciałam choć przez chwilę poczuć się jak Jedi.

W wielkiej klatce – zbiorniku energetycznym, podpięty do aparatury, znajdował się Rycerz Fenderus. Wiele w życiu widziałam - skrajnie okaleczone ciała, pozbawione organów, kończyn, rozpłatane, wykrwawione, zeżarte kwasem, poparzone, odarte ze skóry... Stan Rycerza Fenderusa nie był najgorszym, co widziałam. Ale nigdy, nigdy nie widziałam, by coś takiego zrobiono mojemu przyjacielowi.

Rycerza pozbawiono kończyn. Był oślepiony – zaklejono mu oczy. Z jego ciała, głównie głowy, wystawały dziesiątki kabli. Część zdążył pozrywać, ale nie wszystkie. Wyglądał, jakby nawet go nie karmiono, niewiarygodnie chudy, strzęp dawnego siebie… Nie wszystko też do niego docierało, jakby pozbawiono go fizycznych zmysłów albo klatka blokowała sygnały z zewnątrz. Gdy strzelanina się skończyła, Rycerz przestał zdawać sobie sprawę z obecności kogokolwiek z nas. Mówił o agonii, o tym, że nic nikomu nie powie. Było słychać, że samo życie sprawia mu ból.

Szybko stało się jasne, że prowadzono na nim eksperymenty, za które odpowiedzialny był Ithorianin. Jedyne, na czym mi wtedy zależało, to zabrać Fenderusa i opuścić ten chory świat. Życie Ithorianina było dla mnie bez znaczenia – miał mi tylko pomóc wyjąć Rycerza z klatki, tak, by ten przeżył. Nie miałam pojęcia do czego Fenderus jest podłączony, czy w klatce panują inne warunki niż poza nią i czy mogę po prostu wszystko wyłączyć i go wyjąć. Ithorianin był mi potrzebny i byłam gotowa zapomnieć o nim po wszystkim i pozwolić mu żyć. Nie interesowała mnie zemsta na nim.

Poza Rycerzem, w pomieszczeniu trzymano jeszcze jednego Aqualisha. Ten wyglądał zdrowiej, ale tylko na ciele, nie na umyśle. On też był częścią eksperymentów i z tego, co zrozumiałam, próbowano sklonować mózg Rycerza Fenderusa i wykorzystać do tego też drugiego Aqualisha – może jako właściciela nowego mózgu? Może próbowano użyć jego mózgu jako podstawy dla nowego mózgu? Nie mam pojęcia – udało mi się uratować część dysków z tego laboratorium, być może na nich znajdą się odpowiedzi…

Przez chwilę w pomieszczeniu zapanował kompletny chaos. Rycerz Fenderus zaczął krzyczeć i bredzić. Ithorianin mówił, że nie da się go wyciągnąć, bo umrze, a ja próbowałam zmusić go do wyciagnięcia go tak, by nie umarł. Aqualish w klatce też krzyczał. Quarrkas starał się przekonać Ithorianina do tego, że może przeżyć i zostać na Korribanie, jeśli chce. Wszyscy mówili na raz.

Próbowałam się dogadać z Ithorianienem, ale strasznie kręcił, że może wyłączyć, ale nic nie gwarantuje, nic nie wie, że Rycerz umrze, albo że może umrze… Moja cierpliwość była na wyczerpaniu. Zwłaszcza że Ithorianin wyraźnie mydlił nam oczy i grał na zwłokę i kompletnie nie miałam pojęcia dlaczego to robi. To była największa frustracja – przebiłam się przez tyle przeszkód by trafić na kogoś, kto nie potrafił wykrztusić z siebie konkretów, choć to wszystko to był JEGO eksperyment, ON miał wiedzę. Przez chwilę miałam wrażenie, że po prostu go zamorduję tam na miejscu z czystej frustracji. Mówił coś o wymontowaniu klatki i zabraniu jej na prom, jakbym miała jakiś prom. Jakbym potrafiła pilotować jakikolwiek prom. W tym miejscu byłam naprawdę bliska załamania – być tak daleko, odnaleźć przyjaciela i nie móc nic z tym zrobić, nie móc mu pomóc… to było wstrętne uczucie.

Podczas gdy ja próbowałam dyskutować z Ithorianinem, Quarrkas jakoś porozumiał się z Rycerzem i udało mu się go uspokoić. Nie wiem jak to zrobił, nie słuchałam ich rozmowy, ale byłam mu ogromnie wdzięczna. Drugi Aqualish z klatki też się nieco uspokoił.

Zaczęłam zadawać inne pytania – o klonowanie mózgu Rycerza, które ponoć nigdy się nie udało. W tym miejscu nie próbowano klonować niczego innego, przynajmniej tak twierdził Ithorianin, ale kompletnie mu nie ufam. Kiedy już myślałam, że się powoli dogadujemy, Ithorianin zaczął uciekać. Ruszyłam za nim w pogoń i dopadłam gdzieś głębiej w korytarzach. Mówił coś o tym, że pan Azatu ich uratował i że mam słuchać jego imienia kiedy będę płonąć. Potem zaczął płakać. To było dla mnie zdecydowanie za wiele. Współpraca z nim nie istniała. Zostawiłam go i ruszyłam z powrotem.

Przez całą wędrówkę towarzyszyło mi dziwne poczucie śmierci i smród spalenizny. Być może powinnam się nad tym głębiej zastanowić, ale w tamtym miejscu wydawało mi się to normalne, śmierdziała moja spalona noga, a śmierć? Nie ma niczego bardziej pasującego do Akademii Sithów na Korribanie, gdzie każdy kamień w ścianie zdawał się mnie nienawidzić, a posadzki niemal parzyły mnie w stopy.

Quarrkas wyszedł mi na spotkanie i, jakimś cudem, miał ze sobą Ithorianina. Pytał, czy może go skonsumować, a mi było już naprawdę wszystko jedno. Ithorianin był potworem, a do tego okazał się kompletnie bezużyteczny – wiedza, którą mógłby zdobyć Quarrkas przez konsumpcję umysłu, nawet jeśli częściowo okrojona, byłaby i tak czymś więcej, niż mieliśmy teraz.

Ta opcja była na tyle racjonalna, że Ithorianin sam zaczął krzyczeć, że pomoże. Teraz miał chyba lepszą motywację. Zajęło to wiele czasu, ale ostatecznie wywiązał się z zadania. Fenderus został odłączony od aparatury, wyciągnięty z klatki. Ithorianin dał nam leki dla niego. Użyłam Mocy, by choć trochę wspomóc słaby organizm – był stabilny, ale jakby… wyssany z energii. Musieli robić to specjalnie, trzymać go przy życiu, ale jednocześnie pilnować, by niczego nie zrobił, na nic nie miał sił. Więzienie na Korribanie było też wspaniałym pomysłem, jak się zastanowić, Korriban uniemożliwiał regenerację Mocy. Fenderus musiał przysporzyć im mnóstwa problemów.

Dostaliśmy klucz do klatki drugiego Aqualisha. Ithorianin zrobił wszystko, czego od niego chciałam… mógł iść wolno. Quarrkas go odprowadził. Jak się potem okazało, nie zaszli za daleko, a Ithorianin żyje teraz jako część mojego towarzysza… Nie powiem, by było mi przykro z tego powodu, to całkiem niezły los dla kogoś takiego. Kolejna informacja przyszła z wraz z jego pochłoniętymi myślami – strach i uciekający czas. Ithorianin bał się czegoś, co miało nastąpić, i nie byłam to ja. Myślałam, że może boi się powrotu swoich panów i postanowiłam się streszczać, ale bez większej paniki. To… był błąd.

Przeszłam się przez laboratorium i zaczęłam pospiesznie zbierać dyski z danymi. Część z nich była spalona i kilka takich też zebrałam – musiały zawierać coś istotnego, może były do odzyskania? Wypakowałam nimi torbę podróżną i kieszenie płaszcza, nie zmieściło się wszystko, ale dość znaczna próbka. Zgrałam też trochę na własny cyfronotes. Dorzuciłam kilka fiolek z próbkami i byłam gotowa na ewakuację.

Wiecie, że przyleciałam jednoosobowym myśliwcem? Ciągle miałam to z tyłu głowy. Gdzieś w międzyczasie zdążyłam się dowiedzieć, że grupa z Akademii miała prom, ale zabiliśmy pilotów. Miałam cichą nadzieję, że moja sprawność i wiedza Fenderusa, jakoś połączone, pozwolą nam odlecieć… ale to było niesamowicie śmiałe założenie. Musiałam zabrać z Korribanu i Rycerza, i Aqualisha – Eksperyment, który okazał się naprawdę kochany i uroczy mimo upośledzenia umysłowego.

Ruszyliśmy do wyjścia z budynku – Fenderus podtrzymywany Mocą przeze mnie, Quarrkas i Eksperyment za nami. Skręciliśmy w jeden z większych korytarzy i wtedy nadeszło to, na co świat wokół próbował mnie przygotować cały czas, a ja radośnie ignorowałam wszystkie sygnały. Potężna eksplozja i ogień, który zalał wszystko.

Nie wiem co się dokładnie działo. Pamiętam tylko rozpaczliwie próby postawienia bariery z Mocy i objęcia nią siebie i moich towarzyszy. Wszystko trwało dosłownie wieki, żar palił mnie, moją barierę, starałam się wchłonąć go nieco, czerpać z niego energię tak, jak kiedyś czerpałam z elektryczności wytwarzanej przez generator. Cokolwiek, by spalić nieco tego gorąca, by utrzymać barierę sekundę dłużej. A potem wszystko się załamało, mój umysł nie dał rady i straciłam przytomność.

Obudziłam się poza Akademią. Korriban nie chciał, bym istniała – ale otworzyłam oczy na przekór jego woli. Wszystko pachniało spalenizną – ja, ciała moich towarzyszy. Ale… przeżyliśmy. Jak? Nie wiem. Quarrkas powiedział coś, co zapadło mi w pamięć: „Korriban nie zabija, chyba że mu się na to pozwoli”. W jakiś sposób dodało mi to sił. Nie dam się zabić Korribanowi. Niezależnie od tego, w jak tragicznym położeniu jestem. Jak wszystko wydaje się beznadziejne.

Quarrkas obiecał, że zaprowadzi Fenderusa i Eksperyment do kryjówki. Biedny Eksperyment stracił rękę… Quarrkas został do połowy spalony, a o stanie Rycerza nawet nie chciałam myśleć, dość było wiedzieć, że przeżył. Nie miałam dla niego leków. Nikt by po nas nie przyleciał.

Zmusiałam się, by wstać. I iść. Iść do mojego myśliwca, wlec się przez piach, który stawiał mi opór i przez powietrze, które życzyło mi śmierci. Przynajmniej spróbować dotrzeć do Sithyjskiej Warty Jeden i wziąć inny statek, i przylecieć znów…

To wszystko teraz jest dla mnie jak sen. Przelot, jeśli to ja w ogóle leciałam, jest dla mnie czarną dziurą w życiorysie. Następne, co pamiętam, to pobudkę w ambulatorium na Drednocie Rendili. Obok mnie, na szpitalnym łóżku, leżał Rycerz Fenderus – zmaltretowany, ale żywy.

Tak oto zakończyła się moja przygoda na Korribanie.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Mistyk Jedi Elia Vile
Obrazek
Awatar użytkownika
Elia
Mistrz Jedi
 
Posty: 2004
Rejestracja: 03 lip 2011, 13:29

Re: Sprawozdania

Postautor: Khad Llyn'han dodano: 10 maja 2020, 14:47

Zoolog i badania nad krabami - Vong na Hakassi

1. Data, godzina zdarzenia: 09-10.05.20 22:00 - 03:15

2. Opis wydarzenia:

Raport ten został również wysłany na komendę policji regionu VII.
Przepraszam za chaos raportu.
To był najdziwniejszy wieczór w mym krótkim życiu. Wstałem właśnie z łóżka, napiłem się trochę wody i przemyłem pysk, by później wyjść z kwatery i trafić na Rycerza Jedi Zosha Slorkana. Podczas naszej krótkiej rozmowy o grupie, droid ochronny SDK poinformował nas o rozbitym śmigaczu na moście. Rycerz Slorkan poprosił mnie o sprawdzenie tej sprawy, a ja nawet nie myślałem o tym, by tego nie zrobić. Jak najszybciej zabrałem fioletowy śmigacz flare-s w wersji dwuosobowej i ruszyłem w drogę. Zauważyłem, jak na miejsce kraksy podlatuje drugi śmigacz, a jego kierowca zabiera poszkodowanego w wypadku męzczyznę na przyczepę, po czym zaczyna po prostu uciekać. Nie dałem za wygraną i próbowałem zmusić... Błagając właściwie kierowcę o to, by się zatrzymał. Próbowałem się z nim zrównywać, gestykulować, krzyczeć, ale na darmo.

Hakassi - wyspa treningowa
Na wyspie przyczepa zaryła o piach, a pościg się skończył. Nie wiedziałem co mnie czeka, ale chciałem pomóc. Mężczyzna w wypadku połamał sobie nogi i chciał do mnie strzelać, myśląc, że jestem od tych psychopatów... Ale w końcu udało mi się ich przekonać, że przychodzę w pokoju. Zabraliśmy jegomościa i planowaliśmy się ukryć na rusztowaniu, lecz nie znaleźliśmy żadnych schodów. Poszedłem się przejść po wyspie, by wypatrzeć jakiegoś dobrego schronienia - lecz na próżno. Postanowiliśmy przejść chociaż pod drzewa, do krzaków, by żadni psychopaci nas nie wypatrzyli. Jak się okazało, pan zoolog badał przyczyny migracji krabów do naszego jeziora, lecz został zastraszony, ponieważ jego badania mogłyby zaszkodzić niektórym ludziom - w domyśle niemu. Ktoś koniecznie chciał przerwać badania nad krabami, lecz pan zoolog po prostu wezwał policję. Kilka dni po spotkaniu ktoś włamał mu się do domu i rozwalił konsolę, zabrał również wszystkie dyski. Całe szczęscie, że pan zoolog Tasir porobił sobie kopie danych. Wczoraj właśnie jechał na naszą wyspę, ponieważ czujniki, które założył krabom, był bardzo aktywne w placówce na wyspie. Chciał koniecznie to sprawdzić, lecz jak można się domyślać, coś stało się z jego śmigaczem i nie dojechał. Podejrzewam, że napastnicy podłożyli jakiś ładunek pod pojazd pana Tasira. Według zeznań, pana Tasira zastraszał niski i elokwentny rodianin, miał około metr pięćdziesiąt, niebieską kurtkę i prawdopodobnie broń palną pod nią. Drugim jegomościem był dość głupi, lecz opowiadający błyskotliwe żarty męzczyzna w łachmanach, rasy niezidentyfikowanej. Miał kremowy odcień skóry, a pan zoolog porównał jego twarz do odchodów i spłaszczonego kotleta. Miał czarne oczy i kły wystające z dolnej szczęki. Nasze rozmowy przerwał ogromny cień statku, który zakrył wyspę - prędko schowaliśmy się do krzaków, by uniknąć wykrycia, wezwałem też pomoc, używając komunikatora, nadając wiadomość tesktową na kanały Jedi. Na moje wezwanie odpowiedział Rycerz Jedi Zosh Slorkan i już wiedziałem, że nie jestem sam. Poczułem się nieco pewniej, choć Rycerz ciągle był w bazie - jedynie gotowy do interwencji, jakby kontakt się urwał. Po chwili statek odleciał, a ja sprawdziłem jeszcze obecność urządzeń komunikacyjnych w pobliżu - nie wykryły żadnych nowych urządzeń, więc wyszliśmy z ukrycia. Następnie schowaliśmy się w bunkrze, który jak się okazało, wbrew moim myśleniu, nie był zabezpieczony kodem dostępu. Poszkodowanego Tasira ukryłem w pomieszczeniu z generatorem, zaś z panem Huru, rasy advozse, pilnowaliśmy drzwi. Zapewniłem jeszcze Rycerza przez komunikator, że wszystko jest jeszcze w porządku i żeby przysłać pomoc, jakbym się nie odzywał przez dziesięć minut. Powiedziałem panu Huru, że moja rasa ma bardzo wyczulony słuch i potrzebuję się wyciszyć, by sprawdzić, czy nikt na nas nie czeka na zewnątrz, on zaś pilnował drzwi z blasterem. Zacząłem medytować, by faktycznie wykryć, czy ktoś na nas nie czeka. Zamiast zwykłej aury... Zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Jakby strzępy aury, strzępy osobowości rozrzucone w różne miejsca, a pomiędzy nimi jakby... Dziura, nicość. Wiedziałem, że coś lub ktoś na nas czeka. Powiadomiłem o tym fakcie Rycerza Slorkana i zdecydowałem się wyjść do oponenta. Pomyślałem, że to może być jakiś droid, może zwierze, może Aurozjadacz? Ale nic nie pasowało do tej aury. Otworzyłem drzwi, a moim oczom ukazał się wojownik Yuuzhan Vong. Prawdziwy Vong na Hakassi. Nic nie miało wtedy sensu, ten Vong miał poszarpaną aurę, a one w ogóle nie powinny być wyczuwalne... Był strasznie dziwny - jakby zahipnotyzowany, nie wiedział co się dzieje. Jego zbroja i on były zgniłe, cały gnił, był bardzo wychudzony, podobnie jak jego amphistaff - wychudzona wersja normalnego. Mój towarzysz w panice odskoczył i spadł ze schodów na półpiętro, bardzo się poobijał i nie mógł się ruszać. Zanim zdążyłem nakrzyczeć do komunikatora, Vong przystąpił do ataku. Pokonałem go bez więszych problemów, wzywając w międzyczasie Rycerza Slorkana na wyspę. Vong spoczął na samym dole schodów, z rozwaloną czaszką, cały oblepiony zgniłym, ciemnoczerwonym, albo nawet czarnym płynem, śmierdział co najmniej tak obleśnie, jak to jezioro. Był bardzo słaby, nawet mnie nie drasnął, próbowałem mu przemówić do rozsądku, jednak na próżno... W tym czasie Rycerz Slorkan patrolował wyspę z TIE-Defendera. Zabrałem cywili z bunkra i odstawiłem ich pod nasze pojazdy, skąd zabrał ich quarreński Rycerz. Wróciłem do bunkra i zaciągnąłem truchło Vonga do pokoju z generatorem, amphistafa wkopałem do tego samego pomieszczenia i zacząłem rozmowę przez komunikator z Rycerzem o tym, co się wydarzyło. Rozmowę przerwał jeden z policjantów, który został wezwany przez pana Huru na miejsce - wraz z obstawą wojska. Powiadomiłem funkcjonariusza, że jestem członkiem Zakonu Jedi i przejmę tą sprawę w całości. Po krótkim sprawdzeniu prawdomówności pożegnałem się z panem policjantem i poszedłem się zdrzemnąć do bunkra, w oczekiwaniu, aż Rycerz odwiezie pana Huru i Tasira do szpitala w Drand i po mnie wróci, bym mógł do nich polecieć i zbadać sprawę jeszcze raz, dokładnie. Tak też się stało, uciąłem sobie drzemkę w jednym z pokoi, nim zbudził mnie znajomy głos Rycerza Jedi. Zebrałem się do kupy i nie tracąc czasu polecieliśmy do szpitala w Drand, gdzie po przedstawieniu się w punkcie informacyjnym otrzymałem zezwolenie na wizytę i wskazano mi drogę do poszkodowanych.

Szpital w Drand
Rozpocząłem przesłuchanie, a by nie pominąć żadnej ważnej kwestii, załączam do tego raportu nagraną rozmowę, z początkowym dopiskiem nienagranych dialogów.
Ukryte:


Po rozmowie z poszkodowanymi, wyszedłem ze szpitala i zacząłem podziwiać widoki tego miasta. Jego przekrój w ogóle nie był spójny - tu bogata dyskoteka, tu bogata restauracja, a zaraz obok nędzne przedsiębiorstwa... Tu potężne wieżowce, a na ich tle szare, brzydkie blokowiska. Nocny wiatr owiewał mnie, nim na miejsce przyleciał Rycerz Slorkan - i odlecieliśmy w kierunku naszej bazy, zmieniając się po drodze w pilotowaniu promem Sentinel.
Koniec raportu dla komendy policji regionu VII.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Trzeba zbadać o co chodzi z tymi krabami, dlaczego ktoś tak usilnie nie chciał, by były badane. Podejrzewam, że mogą mieć faktycznie jakiś związek z tajemniczym Aurozjadaczem, a ten ma związek z wiadomo kim. Być może wynajęli kogoś, by stłumił badania w zarodku, które mogłbyby odkryć coś o naszej tajemniczej anomalii. Trzeba również poprosić komendę policji w Ord Trasi o nagrania z kamer sprzed piętnastu dni Hakassańskich od mojej rozmowy z mężczyznami. Chodzi tu o kamery, które są zamontowane z widokiem na Instytut Zoologi w Ord Trasi, by zidentyfikować owych napastników i puścić za nimi list gończy.

4. Autor raportu: Padawan Khad Llyn'han
Awatar użytkownika
Khad Llyn'han
Padawan
 
Posty: 300
Rejestracja: 11 cze 2019, 15:39
Nick gracza: Violet

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 12 maja 2020, 18:27

Izolacja

1. Data, godzina zdarzenia: 25.04.20, 20:35-3:20, 28.04.20, 20:40-1:40

2. Opis wydarzenia:

Część I
Nagranie opublikowane kilka hakassańskich dni temu w pierwszej części raportu.


Dawno temu Rycerz Fenderus powiedzial mi, że kiedyś dożyję swojego własnego Aargau. O fierfek. Miał rację, tak samo mądre proroctwo z doświadczenia jak te Mistrzyni Vile na temat tego, jak wyjścia z bazy załatwiają orkę górnolotnym ideologiom Adeptów.

Od czego by tu zacząć. Zacznijmy od tego, co było normalne i zdrowe. Tak więc spotkałem się z pilotem w Birell, gdzie zawiózł mnie Adept Vergee i stamtąd polecieliśmy na Arkanię.

Koniec. Teraz przejdźmy do tego co popieprzone. Już rozmowa na orbicie i sama kontrola frachtowca miała w sobie drobne nuty typowego arkaniańskiego poczucia supremacji. Przedstawiłem się realnymi danymi, powiedziałem, że wracam na ojczyznę po paru latach dowiedzieć się, co z moją rodziną. Tu zaznaczę od razu na wstępie, że w rzeczywistości mam kiepskie związki z Arkanią. Nie wiem, co z rodziną, to fakt, ale... Mam do swoich rodziców wieczny szacunek za wychowanie mnie, za lata spędzone na dbaniu o mnie, a jednocześnie kompletnie mi z nimi nie po drodze i lepiej i dla nich i dla mnie, że rozstaliśmy się w najwyższym szacunku, nie dbając za bardzo o dalszy kontakt. To... dziwna relacja. Taki dozgonny szacunek, ale lepiej ze sobą nie rozmawiać, by go nie psuć. Przyjaciół, jak się domyślacie, wśród patriotów nie miałem. Dziwne bym miał kolegów których bym nie znosił. Prędzej czy później wszyscy opuścili Arkanię. Większość w atmosferze “szukania chwały w dalekim kosmosie i przynoszenia dumy ojczyźnie poza domem”, żeby rodzina przyklaskiwała, nie tak jak ja, ale rezutlat ten sam.

Pilot pozostawił mnie w porcie i miał na mnie czekać. Na wstepie dowiedziałem się, że dostęp do poszczególnych miast zależy od “statusu społecznego”, a ja jako emigrant przypadam do najniższej klasy. Z dostępem wyłącznie do Miasta Handlowego. Systemy kastowe i segregacja ludności to arkaniański standard, niczym mnie to nie zaskoczyło. W samym mieście z początku błąkałem się trochę jak kretyn, głowiąc się, jak szukać sensownej wiedzy o stosunkach politycznych i stanie Arkanii bez zachowywania się jak dureń. Próbowałem złapać dialog tu i tam, ale nie wychodziło z tego wiele. W międzyczasie włączyłem nagrywanie na swoim cyfronotesie. Krążyłem z miejsca na miejsce bez większego powodzenia, głównie słuchając różnego sortu samozachwytów Arkanian po drodze. Zdążyłem dowiedzieć się, że podróż z jednego miasta do drugiego wymaga awansu społecznego do odpowiedniej kategorii, a jak przystało na arkaniańskich geniuszy, urzędy udostępniające dane o obywatelach, na przykład o statusie rodzin dla przyjezdnych takich jak ja, znajdowały się tylko w miastach, do których dostępu nie mieli świeży przyjezdni. Oto ta rzekoma super inteligencja arkaniańska. Do tego debilna kolejka. Takie dane mógłby w bazach przeszukiwać, fierfek, robot, a urzędnik sprawdzać tylko obywatela, który o swoją rodzinę pyta. Jednego przejścia stale pilnował żołnierz, do którego nawet zagadałem w sprawie tych urzędów i to od niego dowiedziałem o tych kretyńskich zasadach. Nie zamierzałem węszyć zbyt bezpośrednio w sprawie tego, czego strzegł. Zwrócenie uwagi wojska mogłoby być samobójstwem. Zdążyłem jednak dowiedzieć się od niego, że Arkanianie praktycznie od razu poddali się Vongom po bitwie. Pewnie to była jakaś druga bitwa. Pamiętam historie, że raz zaatakowano Arkanię, ale Jedi ją obronili, a potem był jakiś drugi atak i zanik kontaktu. Czy coś takiego. Mogę nieźle plątać. Tak czy siak, według jego mądrości, Arkanianie nie walczyli przecież, nie są jak Sojusz, śmierć żołnierza Sojuszu to tylko strata mięśni i gnata, a śmierć Arkanianina to strata lat edukacji i dorobku naukowego... Nie, ja się nie nabijam, ja streszczam jego własne słowa, serio. Mam nagranie, jeśli nie wierzycie mi w ten kosmos hiper-ego. Tak czy siak, finalnie dążyło to do tego, że Arkania się poddała i destrukcja świata była nieduża.

Ulice Miasta Handlowego wyglądały i żyły najnormalniej w świecie. Z tą różnicą, że stuprocentowo arkaniańskie. Sprzedawca makaronów, przechodnie zagapieni w notesy, życie jak wszędzie, miasto jak miasto. Lepsze niż to co na większości Hakassi poza Keratoną i stolicą, gorsze niż w Skoth, lepsze niż na przedmieściach Skoth. Wszędzie arkaniańska uprzejmość, mniej lub bardziej sztuczna, przechodnie nie mający wiele do powiedzenia. Ot tyle.

Przelotne rozmowy pozwoliły zrozumieć, że ludzie są zadowoleni, że władza jest ostra, że wszystko jest strasznie kontrolowane. Trochę sztywni, wycofani, niezbyt chcący o tym rozmawiać, albo to mi kiepsko wychodziło zagadywanie “co tam nowego na Arkanii od kiedy wyjechałem”. Ciężko było robić to naturalnie. Albo to ja byłem w tym taki drętwy i nędzny.

W końcu udało mi się zagadać z delikatnie podpitym, pozytywnym Arkanianinem. Gdzieś w tym czasie narodziła mi się w głowie historia weterana wojny z Vongami, służącego w armii Sojuszu. Przedstawiałem się jako technik polowy wojska, ułożyła mi się wtedy w głowie całkiem spójna historia. On okazał się też pracować w technice, więc zacząłem tworzyć nić porozumienia na tej bazie i zachowywać się jak rubaszny, pogodny rodak. Ten facet był dla mnie idealny... Arkanianin dopiero po alkoholu jest kontaktowy, pheh. W końcu trafiłem do baru, gdzie mogłem złapać kontakt z wiele... lżejszą częścią obywateli. Mój nowopoznany kolega postawił mi kolejkę, barman był dość rozmowny, zacząłem włączać się w rozmowę barmana z facetem obok, którego minąłem zresztą wcześniej, gdy lamentował, ze dalej nie został wpuszczony do miast wyższej kategorii mimo życia jak niewolnik. W barze mogłem zacząć historię wojaka Sojuszu i pytać, gdzie ja w ogóle trafiłem, jak teraz wygląda Arkania, kto właściwie rządzi. Rozmowa była dość przyjemna, a ja całkiem dobrze trzymałem się roli starego weterana Sojuszu. Grałem poturbowanego psychicznie, zniszczonego przez wojnę, któremu po odesłaniu na emeryturę, lekarz wojskowy zalecił powrót w rodzinne strony, odcięcie się od świata i święty spokój. Przy tej historyjce świetnie pasowała lekka paranoja post-wojenna i niezdolność do wyciszenia przy nierozumieniu twardych podwalin swojej rzeczywistości. Robiłem za faceta, który po wojnie nie potrafi spokojnie używać własnego cyfronotesu bez samodzielnego wgrania mu firmware. Chyba w miarę mi to wychodziło. Na tyle, by dobrze się rozmawiało, a barowa pogawędka z barmanem i dwójką klientów szła całkiem dynamicznie. Zdążyłem dowiedzieć się tego, co w dużej mierze było widoczne już wcześniej na ulicach. Absurdalny poziom ingerencji rządowej, restrykcje co do wstępu do miast na bazie przynależności społecznej. Izolacja totalna. To wszystko połączone z typowym arkaniańskim zginaniem karku pod wszystkim, co tylko możliwe. Teraz najlepsze, uwaga. Nie wiedzieli, kto tą planetą rządzi. Tak, serio. Ten naród z ego w kosmosie, mający się za super nadrasę, okazał się bandą poddańczych ciot, które nawet nie wiedzą, kto rządzi ich planetą, nie wiedza jak doszedł do władzy... Ale jak dla nich, rząd jest super, gospodarka dobrze się trzyma, jest praca dla każdego i jest fajnie. Zacząłem co nieco zasiewać niepewności, że przy takiej absurdalnej sekretności władza to równie dobrze ukryci Vongowie. Inteligentni i patrzący długofalowo Arkanianie naturalnie byli zdolni tylko wzruszyć ramionami i stwierdzić, że najważniejsze, ze jest fajnie. Mniejsza, że w tych samych rozmowach wspominali o pracy średnio 12 godzin na dobę każdy dzień w tygodniu i tak dalej. Bo każdy chciał się wykazać i awansować społecznie. Tak, tyle temu dumnemu narodowi wystarcza. Pomachanie im przed pyskiem wędką z dyndającą plakietką wyższej rangi w systemie kastowym stworzonym przez anonimowy dla nich rząd znikąd, by robić z siebie niewolników. Oto dumni Arkanianie ze średnim IQ 116. Rzygać się chce. Dalej dowiedziałem się, że z rządu znany jest rzecznik i to wszystko. Oni autentycznie nie wiedzieli nawet, czy to dalej stary król, choć w to wątpili, czy coś innego. Serio. Ja po prostu nie mam pytań. Generalnie byli zadowoleni, bo kasa, dobrobyt, planeta się szybko odbudowuje. Pal sześć, że robiąc 150 nadgodzin miesięcznie, to wszędzie poza najgorszymi zadupiami się dorobi.

Dużo więc było już wiadomo. Na tym etapie miałem dość danych, by wiedzieć, że Sojusz powinien sobie tą planetę odpuścić. Konstrukcja ustroju to kompletna komedia, naród to idioci poddający się inwigilacji totalnej ze strony rządu, który równie dobrze może być bandą Vongów albo zepsutym droidem Kaana, wszystko chore, warunki i kultura pracy godne anarchokapitalizmu i dobrowolnego niewolnictwa korporacji, choć w tym wypadku ze strony rządu komunistycznego. Dość, by stwierdzić, że nie ma z czym się babrać.

W miarę pobytu w barze próbowałem naciskać coraz mocniej, ale nadal subtelnie, żeby w żadnym razie nie wyglądać na kogoś podejrzanego. Co najwyżej podejrzanego o trochę za mocne PTSD. Coraz bardziej naciskałem na to, jak bardzo potrzebna mi wiedza o fundmentach świata, w którym żyję, że mój lekarz popełnił tragiczny błąd, że nie ma mowy, by taki wrak jak ja zaznał spokoju nie rozumiejąc podwalin nowego domu, jak bardzo muszę jak najszybciej zdobyć wiedzę na czym stoję, bo takim jak ja grunt ucieka spod nóg bardzo szybko... Działało całkiem nieźle. Z czasem, w miarę tych dyskusji, barman został ze mną sam na sam i zaoferował mi kontakt z kimś, kto mógłby mi załatwić transport w te “wyższe” rejony. Nie muszę mówić, że skorzystałem. Z tą bajeczką idealnie zgrywał się brak dostępu do gotówki i deklaracje, że chętnie zapłacę, w końcu jestem emerytem Sojuszu, ale kasa przechodzi na Arkanię bardzo długo. Nie było żadnego problemu i barman miał zabrać mnie do znajomego. Wyszliśmy zapleczem, gdzie trafiliśmy na dwoje Arkanian, z czego jeden wyglądał na poważnie zdołowanego nową formą władzy i poziomem inwigilacji. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że już po paru minutach przyszedł żołnierz z pseudo-troskliwymi gadkami, że słyszeli, że biedny obywatel jest rozchwiany i trzeba mu pomocy, że zabiorą go gdzieś wypić coś ciepłego, zaopiekować nim. Kurwa mać. Biedny facet prawdopodobnie leży teraz w jakimś obozie, za to że w przeciwieństwie do reszty tego gównonarodu posiadał zdolność refleksji i wypowiedzi. Myślałem, że się zerzygam. Ale nie mogłem niczego zrobić nie pakując siebie samego w szajs... Poszedłem z barmanem do jego kolegi. Weszliśmy w mały blok mieszkalny, aż do mieszkania tego faceta.

Porozumienie się z nim było tylko kwestią dogadania stawki. Chciał 1000 kredytów teraz, zaproponowałem 1200 kredytów potem ze świadkiem przy zamawianiu przelewu. Miał mnie zawieźć do Novanii, gdzie liczyłem na okazję pogadania z urzędasami i powęszenia jakoś trochę głębiej. Wymaszerowaliśmy prosto na górne poziomy, gdzie był jego pojazd i tyle. W tle zdążyłem dowiedzieć się, że barman, pan “taksówka czarnorynkowa” i aresztowany się znali. Powiem więcej, rozmawiali jak jakaś wspólna ukryta mafia, w tonie “zgarnęli Galveriona”.

Wszystko trafił szlag. W środku lotu zostaliśmy zestrzeleni nad lodowym pustkowiem. Huk rozerwał mi łeb, światło oślepiło. Możliwe, że zemdlałem na kilka sekund albo minut. Obudziłem się wyciągany przez pilota. Byliśmy w środku jednego wielkiego pustkowia, z odstrzelonym pojazdem, na psychoplanecie psychorządu. Starałem się ogarnąć faceta, który mi towarzyszył i jak zabrać się za dalsze przetrwanie, ale szybko wyszło na to, że niepotrzebnie. Z nieznanych mi powodów, choć zestrzelono nas pośrodku zupełnie niczego, idealnie wiedział w jaką stronę iść do dziwnej anteny, a stamtąd do swoich sojuszników. Dziwne, nie? Cały czas nie jestem pewien, czy to nie było jakoś ukartowane... Ale nawet jeśli tak myślałem, nie było powodu dawać tego po sobie poznać. Biegnąc przez pustkowie dotarliśmy do anteny, potem znalazło nas dwóch facetów w stroju zimowym i zaczęło wspólny bieg do jakiejś jaskini. W tle, nad nami latał jakiś statek, prawdopodobnie ten, który nas odstrzelił, ale przez warunki atmosferyczne nas nie widział, albo mieliśmy tyle szczęścia. Niewiele było tam dla mnie do roboty. Tylko wspólny bieg przez nieopisane, mordercze zimno, jak pośrodku Hoth z mitów o Rebelii. Z każdą minutą czułem się coraz gorzej, na szczęście protezy nie miały prawa zawieść.

Szybko trafiliśmy do jaskini. Stamtąd tunelami do ukrytej pod ziemią... bazy. Okazało się, że to mały posterunek lokalnego ruchu oporu. Równie szybko okazało się, że wpadłem z deszczu pod rynnę. Rozumiem tych gości. Żyją na planecie z czterema dużymi miastami i poniżej dziesiątką mniejszych. Tutaj nie ma gdzie chować się przed rządem i jego inwigilacją totalną. Ci ludzie mają prawo być zdesperowani. Żyją każdego dnia w pięciokrotności mojego stresu, zagrożeni w każdej godzinie życia. Szybko zaczęli ostro mnie przepytywać, badać o co chodzi... Przeszukiwać... Mój kierowca okazał się ich jakimś stałym współpracownikiem i wtyką w mieście. O detale nie pytałem. Powtórzyłem te samą historyjkę, którą już w tym raporcie usłyszeliście. Jedynie bardzo rozbudowaną. Pytali o tonę detali, kazali odpowiadać jak najszybciej, a dokładniej ich szef kazał. Nie ufali mi, i bardzo słusznie. Nie zamierzałem udawać kogoś, kto próbuje wkupić się w łaski i brzmi aż nazbyt dobrze i godnie zaufania. Szczerze mówiłem, że nie przepadałem za Arkanią, że miałem jej dosyć. Otrzymywałem wiele komentarzy w tonie “to po penis tu wróciłeś”, na które odpowiadałem, że tak zalecał lekarz, więc ja się nie spieram i dużo prawdy w ich wątpliwościach. Chciałem przede wszystkim wyglądać wiarygodnie. To nie byli ludzie, którym chciało się podpaść, nie w środku pustkowia, na planecie z psychorządem i inwigilacją totalną. Byli bardzo wyczuleni, byli bardzo dokładnymi... przepytywaczami. Nie zamierzałem nijak grać pod nich, grać... kogoś realnie neutralnego. Ostatecznie wyszedłem na członka OSK 44 z Odika II, technika łącznościowca polowego. Znaleźli mój miecz przy przeszukiwaniu, od razu nazwałem go mieczem świetlnym, mieczem poległego Jedi, który się ze mną przyjaźnił, Brostalta Greaseitha. Wymyślałem bajeczki, ale bardzo przyziemne i sądzę, że wiarygodne. W końcu... Przekonali się do mnie aż za bardzo, albo byli zbyt zdesperowani. Chcieli mnie wciągnąć w swój plan. Mówili o abordażu korwety rządowej przewożącej super-cennego więźnia.

Rozprawa o planie... To był horror. Mówili, że ta korweta wiezie dziedzica tronu. Bezcennego więźnia, którego mogliby pokazać ludziom, zdobyć poparcie, zdobyć od więźnia pokłady wiedzy, zyskać przełom... Ale to brzmiało jak idiotyczny samobój. Ponoć mieli “skądś” wiedzę, że ochrona będzie słaba. Nie wiadomo skąd. Pytałem, czy może rząd po prostu nie wie, jak cennego więźnia wiezie. Ale wiedzieli. To było idiotyczne. Wam nie musze mówić, że to brzmi jak debilnie oczywista pułapka. Tak cenny superwięzień i rzekomo marna obstawa. Dobra, może i mieli za mało ludzi, ale w najlepszym wypadku tam czekałby raptem mały oddział takich komandosów-techników jak ja, który by nas wyrżnął w pień. Mimo to... brnęli za tym planem. Nie mając argumentów. Szybko gubiąc wszelki sens. Starałem się przekonać, ze muszę wydostać się z Arkanii jak najszybciej, zyskać kontakt z Sojuszem. To była cholernie długa i ciężka dyskusja, której detali wam oszczędzę. Wyciskałem z siebie co mogłem, by przedstawiać jak najtwardsze i jak najlogiczniejsze konstrukty. Objaśniać, że Sojusz pomagał już Onderonowi w takiej samej sytuacji, jak ukryta dyktatura. Oni mówili o słabości i rozsypce Sojuszu, ja o tym, że Sojusz ma po prostu miliony miejsc do obstawy przed piratami, a tylko tysiące korwet i fregat, kiedy krążowniki liniowe opracowane na sytuacje bitew i oblężeń w tych czasach stoją i się kurzą. I tak dalej, i tak dalej. Nie wierzyli mi. Wierzyli w swój plan. W międzyczasie pojawiały się też, te akurat słuszne, wątpliwości co do mnie. Że mam Arkanię gdzieś, że z niej uciekłem i tak dalej. To nie było dziwne, zwłaszcza, że byli trochę psychopatriotami. Ale za skrajność obwiniałbym skrajność ich położenia. Mówiłem szczerze, że do Arkanii przywiozło mnie tylko to, co w tej historyjce, ale nie chciałem wychodzić na kompletnego zombie, więc padło ode mnie sporo słów o tym, że fakt, nie przepadam za większością planety, ale dalej zyła tam moja rodzina, nawet jeśli za nią nie przepadałem, dalej mogę mieć tu przyjaciół i tak dalej. Dyskusja stawała się coraz bardziej jałowa i mętna. Ich argumenty mętniały, rozmowa szła donikąd. W końcu się poddałem i puściły mi nerwy. Wtedy oni sami zaczęli trochę się reflektować. Dalej wierzyli w swój plan, ale rozumieli co mówię. I przede wszystkim nie widzieli sensu wciągać w niego kogoś z tak żelaznym i ugruntowanym sceptycyzmem.

Układ był prosty. Oni realizują swój samobójczy plan, ja biorę pojazd i swoje rzeczy. Spadam i staram się zwiać z planety.

Zacząłem swoją tragiczną drogę. Powietrznym śmigaczem, jakaś pochodna T-47, albo inspirowany tym. Drogę przez lodowe pustkowia mrozu i pustki. Pieprzoną wizualizację, jaką natura stworzyła na bazie pieprzonych arkaniańskich dusz...

Część II
Druga, nowa część.


Okej. Zaczynamy historię drugiej... Doby. Nie jestem pewien czy doby. Obóz rebeliantów opuściłem jak najszybciej. Od tego momentu wiedziałem już, że znalazłem się w środku walki o życie. Sam na popieprzonej planecie, o której zdążyłem już trochę opowiedzieć. Z jednej strony miałem anonimowy rząd semi-totalitarny o wojsku zgarniającym ludzi z ulicy donikąd, który prawdopodobnie odstrzelił mi pojazd. Wciąż oczywiście możliwe, że zaaranżowała to sama rebelia, by przekonać mnie do siebie. Tak czy siak, rząd nie był mi z pewnością przychylny. Byłem tam kompletnie sam, na powierzchni planety pod kontrolą psychorządu, za ewentualne wsparcie mając zdesperowanych rebeliantów, otoczony przez naród konformistów, którzy zaakceptują wszystko i są bandą bezmyślnych robotów, których wysoka mediana IQ kończy się po wyłączeniu programów inżynierskich.

Leciałem T-47, tak zwanym śmigaczem śnieżnym, albo czymś robionym na jego projekcie, tak czy siak, na jedno wychodzi. Latałem nisko, naokoło, starałem się frunąć jak najdalej od wszelkich radarów i satelit i kryć się w tragicznych warunkach atmosferycznych. Mój plan był prosty. Za wszelką cenę pozostawić jakiś sygnał, jakiś ślad. Arkania to tylko jedna, umiarkowanie zaludniona planeta. Chciałem po prostu, abyście wiedzieli, że jest smród. Abym w razie czego mógł liczyć, że kogoś ściągniecie, może ludzi z Onderonu. Może poprzez Nexu narobicie tyle smrodu w Sojuszu, by posłali jeden z nieużywanych liniowców oblężeniowych, żeby nie robić sobie reputacji ciot, którym daje się zabijać swoich ludzi pod kaprys małej planetki, będącej wypierdkiem przy potędze Sojuszu. A przynajmniej, że świat się dowie, żeby nie dotykać tego szajsu, odizolować to w cholerę i nie tykać kału. Natychmiast po wylądowaniu zalogowałem się na aplikację od przelewów, którą opłacałem swojego przewoźnika-przemytnika-rebelianta. Bingo. Przelew przeszedł. Nawiązałem połączenie. Natychmiast wysłałem przelewy z tytułami mającymi dać sygnał, że jestem umoczony. Dopiero potem opuściłem pojazd i udałem się do miasteczka, którego współrzędne miałem w tym pojeździku. Nie zwracałem już nawet uwagi, które z tych trzech to jest.

Całe miasteczko egzystowało pod ziemią z powodu tragicznych warunków na powierzchni. Akurat nadchodziła ostra zamieć... Choć na Arkanii raczej powinno się mówić o „nadchodzeniu przelotnej pauzy od zamieci”, phe. Dołączyłem do mieszkańców w podziemnych korytarzach miasteczko-budynku. Aby wam nie przeciągać, skondensuję wszystko na temat tego miejsca. Całkiem inna kultura. Dużo bardziej... nomadyczna. Zgrana, zżyta społeczność, dobrze się znająca. Wszyscy mijani Arkanianie rozmawiali ze sobą jak koledzy, nawet gdy z rzadka per pan. Wszystko dalej uderzało arkaniańskimi klimatami, choć w tych pozytywniejszych odcieniach, gościnności na pokaz swojej fajności, wysokiej kultury. Całe miejsce było przytulne. Coś w rodzaju krzyżówki naszej bazy, przynajmniej w małej „dzielnicy” którą wizytowałem, i minimiasteczka. W pełni autentycznie mogłem poczuć się tam trochę lepiej, normalniej, nie w świecie takiej psychozy. Szybko złapałem wydaje mi się dobry kontakt z mieszkańcami. Przedstawiłem się identyczną historią, jak w mieście, nie chciałem rotować rolami jak kretyn, to dobra, uniwersalna historia. Rozbudowałem to tylko o jeszcze większą skalę niewiedzy i zagubienia i tyle. Prosiłem o możliwość skorzystania z jakiejś aparatury komunikacyjnej, by skontaktować się ze swoim pilotem. Nikt nie miał z tym problemu, choć nie wróżyli mi powodzenia z racji warunków atmosferycznych. Musiałem jednak spróbować. Oprowadzający mnie Arkanianin był jak nie-Arkanianin, sympatyczny, sensowny, rozsądny. Mijane szwaczki były uprzejme, przyjazne, choć jedna dość wyniosła, jak jakiś lokalny burmistrz. Był tam też podstarzały, łagodnie marudny mechanik, pełen jednak kultury i trochę ostrzejszej krytyki rządu. Sam starałem się być kulturalnym gościem, rozumiejącym, że trafił znikąd, który za nic nie chce być problemem i kogoś wykorzystywać.

Mijając uprzejmych mieszkańców, rozmawialiśmy sporo o miasteczku i jego kulisach. Szybko zdążyłem dowiedzieć się, że w tego typu odludnych osadach (wiele ich nie ma, trzy bodajże) inwigilacja i kontakt z rządem są raczej minimalne i żyją sobie swoim własnym życiem. Mimo to opuszczanie planety nie wchodzi w grę, co za bardzo im nie przeszkadzało. No bo Arkania najlepsza. Mimo wszystko, to były już... Sporo normalniejsze osoby. Nie przepadały za tym, jak to obecnie wygląda, ale ich osada żyła sobie z dala od tego wszystkiego, nie dotyczyło ich to i... Mogłem to rzeczywiście zrozumieć, bo naprawdę ich nie dotyczyło. Żyli sobie swoim własnym życiem. Nie byli szczególnie zagorzałymi krytykantami rządu i tych tajemnic, choć dostrzegali absurdy sytuacji. Nie widzieli natomiast skali tego absurdu. Całe miasteczko okazało się właściwie jedną wielką szwalnio-odzieżówką. Połowa robiła w czymś podobnym. Buty, szaty, ubrania takie i owakie. Dość... rzadka monotematyczność jak na raptem jedno z trzech „luźniejszych” miast.

Poznawanie środowiska i szukanie w nim nadziei musiało poczekać. Trafiłem pod aparaturę komunikacyjną. Mój przewodnik nie miał nic przeciwko, bym grzebał nad czym chcę, zaręczałem, że to i tak mój zawód. No i próbowałem. Próbowałem łączności z częstotliwościami... Sojuszu, Jedi, prywatnymi Jedi i Nexu. Tak myślę, tamten dzień mam jakiś zamazany. Cały czas pojawiały się komunikaty o nierozpoznaniu częstotliwości. Zacząłem myśleć, że to jakieś blokady systemowe. Za zgodą przewodnika odpaliłem tryb admina i spróbowałem użyć sprzętu czysto fizycznie, omijając system, co i tak nie wyszło, jakby sygnał nie wyszedł poza orbitę. Podkręcałem moc, próbując to przebić, ale system był za słaby. Ergo byłem w tyłku. Głeboko. Mój pilot mógł być w pobliżu, ale na razie był zbyt oczywistym celem, nie chciałem się z nim kontaktować od razu. Najpierw przeczekać i dojść do siebie.

Zostało mi kontynuować rozeznanie w okolicy. To było tak przyjemne na tle poprzednich podróży, że czułem się lekko jak lunatyk. Zdążyłem dowiedzieć się, że ruch oporu był w tym miasteczku i szukał wsparcia. Ale ten podstarzały mechanik stwierdził, że byli tak ostentacyjni i robili to tak na pałę, że nikt o zdrowych zmysłach by nie dołączył, pomijając wszystko inne. Dalsze rozmowy o stosunku do rządu utrzymywały podobny ton. Z czasem zaprosili mnie do kantyny, z czego bardzo chętnie skorzystałem, głodny, słaby i bez wody. Jadłem i piłem co tylko się trafiło, ale starałem się robić to w miarę wolno i wyglądać normalnie. W międzyczasie pojawiła się tam lokalna... Hm, szefowa całego tego ruchu szwalniczego? „Pierwsza Igła”, serio, taki tytuł. Stawiała wszystkim kolejkę z okazji kolejnego udanego projektu. Ponoć to już któryś dzień z rzędu. Od ostatniego czasu biznes kręci się świetnie, a produkty kupował tajemniczy klient gdzieś z arystokracji. To pozwoliło mi przynajmniej zauważyć, że wciąż istnieje coś takiego jak arystokracja. W jakiej formie to nie wiadomo. Szefowa ewidentnie nie chciała o tym za dużo mówić. Ja raczej łapałem nienajgorszy kontakt z resztą lokalnej kantyny. Zachwalałem ich, w pełni zasłużenie. Mówiłem o tym, jak bardzo nie radzę sobie z tajemnicami i jak dobre żyć z daleka od nich. Nie dowiedziałem się jednak wiele więcej ponad to, że rząd i wojsko rzadko tam zaglądali, a miasteczko ma naprawdę święty spokój i kwestie władzy faktycznie ich właściwie nie dotyczą. Można powiedzieć, bardzo autonomiczny samorząd. Wyglądało na to, że naprawdę żyją w większości z różnego sortu produkcji szwalniczo-odzieżowej. Nie było tam widać bogactwa, ale było widać naprawdę solidny, miły standard życia. Nikt by nie narzekał. Miło, przytulnie, ciepło, spokojnie. Kantynowe dywagacje musiałem jednak przerwać. Czułem się dennie i przyszła pora jak najszybciej zebrać siły. W międzyczasie podrywała mnie jedna Arkanianka. Generalnie naprawdę miłe klimaty. Tak czy siak, była pora się szykować i nie zapominać, że siedzę w planetarnym więzieniu.

Owa Arkanianka, Francesca, zaprowadziła mnie do lokalnych pokojów, choć mówiłem, że starczy mi jakaś kanapa na uboczu. Zastawiłem drzwi, aby nikt mnie nie naszedł bez rabanu, sprawdziłem wyjścia. Poszedłem spać pod kocami. Przed snem ogarnąłem się solidnie w łazience i wypiłem chyba parę litrów kranówki. Możliwe, że popuściłem potem przez sen. Sny miałem bardzo dziwne. Plan na następny dzień brzmiał: kontakt z pilotem, dalsze walki z komunikacją, a potem śmigaczem do jakiegokolwiek miejsca z kosmoportem. Tam popełnić Namona i spróbować porwać statek wraz z kompetentnym pilotem.

W końcu się stało. Już mnie znaleźli. Walili do drzwi. Przez długi czas rozważałem wyciąć sobie mieczem drogę przez kibel. Ale w końcu postanowiłem spróbować grać debila. Patrzeć nisko, zachowywać się jak potłuczony i liczyć na uśpienie czujności. Po długim czasie otworzyłem drzwi, grając skacowanego. Przede mną było wojsko, sprawdzające papiery wszystkim we wszystkich pokojach. Robiłem z siebie nachlanego, zatrutego alkoholem od Aqualishy. Wciskałem kit, że moje papiery są w śmigaczu na zewnątrz. Planem było oczywiście nim spieprzać. Rozważałem wiele innych opcji, ale w skrócie, nic z tego. Na zewnątrz czekał imperialny Sentinel, kolejny wojak i facet o, że tak powiem, aurze oficerskiej. Choć kim dokładnie był, nie wiem, mówię o „wrażeniu”. Wiedział kim jestem. Znał z nazwiska. Pieprzył, że to odstrzelenie było „wypadkiem”, że nic nie chcieli mi złego zrobić, pragną to wyjaśnić, chcą bym się z kimś spotkał i tak dalej. Oczywiście ja nie chciałem. Ale byłem już głęboko w tyłku. Powiedziałem więc, że okej. Polecę. I tak opór na wiele by mi się nie zdał, było ich za wielu, jestem w to za cienki. Moją ostatnią opcją było powiedzieć, że reszta wie o mojej wyprawie i jak zniknę, będą wiedzieli, że na Arkanii i Arkanię czego gruby sztorm. Zostało mi tylko wyłożyć otwarte karty.

Po dłuższym locie wylądowaliśmy i zostałem wyprowadzony do cuchnącego bogactwem budynku na to spotkanie z kimś tam. Ja już na tym etapie zrezygnowałem z wszelkiej gry. Tylko sucha prawda prosto w ryj. Po całej tej walce o przetrwanie na psychoplanecie, z wariactwem z każdej strony, potwierdzającym wszystkie moje najgorsze opinie o tej planecie razy dwa, miałem już w głowie tylko coś w rodzaju stoickiej kapitulacji. Albo mnie wypuszczą, albo nie i zapewne prędzej czy później za to oberwą.

Okej. Teraz. Co było dalej. Tak, tutaj zaczyna się epilog tego spierdolenia. Zaprowadzili mnie do sali tronowej, gdzie otoczona wiernymi wojakami, tamtym „oficjelem” sprzed miasteczka, dumnie tkwiła Uczennica Tanna. Na tym etapie, pozwolę sobie na wulgaryzm, bo tylko to oddaje sytuację – jebłem. Zaryłem o glebę. Chyba wyłem ze śmiechu. Nie wiem, z jakiegoś wewnętrznego powodu się dusiłem i nie mogłem oddychać. Chyba gdzieś pośrodku płaczu, śmiechu i kompletnego usmażenia mózgu. Pamiętam, jak jakiś tydzień wcześniej ćwiczyłem po nocach fechtunek z Padawanem Okka’rinem i wspominałem o Arkanii i porównaniach do Bothawui. Padawan zasugerował, że byłoby śmiechem jak z tandetnego holodramatu odnaleźć tam Tannę królową po długich śledztwach. Ostro się śmialiśmy. Aż zwymiotowałem od mieszanki bólu przepony i smrodu na dworze. Ale kurwa to wyszło naprawdę. To było... To było tak rozbrajające. To było tak kosmicznie... kosmiczne. Po całej tej przeprawie przez pieprzony psycholand do kompletu brakowało mi spełnienia się tego typu żartów. Ja już nawet nie umiałem zwracać uwagi, że gość mnie spałował, chociaż upadłem już twarzą w glebę. Na tym etapie już kompletnie zdechłem. Pęknąłem i tyle. Szkoda mi strzępić już dalej ryja na moją reakcje.

Tak czy siak... Absolutnie jedynym co mogłem zrobić, to stamtąd spieprzać jak najdalej. O cokolwiek chodziło, teraz byłem już w zupełnym bagnie. Postanowiłem całkowicie nie zmieniać celu i założeń, bo jakiekolwiek rozpatrywanie osoby Tanny od strony logicznej przyniosłoby mi tylko syf w głowie. Krótkie i uczciwe wygarnięcie:
- że Sojusz chciał, żebym rozeznał się, czy jest sens interesować się dalej Arkanią, gdzie mój psychopobyt dobitnie dowodzi, że NIE (tak, to był jeden facet ze znajomymi, nic oficjalnego, ale wersja oficjalna była dla mnie korzystniejsza),
- że nic tu zupełnie po mnie i dowiedziałem się tylko, że nie mam tu żadnych interesów ani ja, ani Sojusz,
- że wiedzą gdzie jestem i jak zdechnę na Arkanii, będą mieli kupę zbędnego smrodu na łbie.
Zero gmerania, zero innych tematów. Mam się stąd wydostać i spadać w cholerę, bo to najlepsze dla wszystkich. I tyle. Koniec niuansów. Miałem się luźno rozeznać, żadne większe przeszpiegi i tyle, więc cześć, nareczka. Zero wdawania w jakieś dyskusje, zero czegokolwiek. Szczerze, nie wychodziło mi. Ciężko było mi powstrzymywać ironię w tonie, bo przegrałem sam ze sobą.

Ktoś może mi mówić, że mogłem badać o co chodzi, próbować to poznać... Bzdury wierutne. Byłem sam na psychoplanecie totalitarnej, z naszą wiele potężniejszą ode mnie Uczennicą w nieznanym stanie i okolicznościach na czele tego syfu. Najważniejsze było, żebym się stamtąd wydostał i mógł przedstawić raport i poruszyć wyższe instancje. Grzebiąc tam, robiąc cokolwiek poza skupieniem się na spieprzeniu jak najszybciej, przy kontakcie z taką psychozą, mógłbym wpakować się w smród przez zupełnie cokolwiek. Przy psychozie tego poziomu wszystko może skończyć się źle, obcujesz z czymś niestabilnym, nieprzewidywalnym i chorym. Za swoją rolę uznałem po prostu się stamtąd wydostać, wrócić do cywilizacji i móc zdać raport wyższym ode mnie.

W tym co zdążyłem zauważyć. Tanna ma oczywiste skoki tożsamościowe. Mówi i zachowuje się jak osoba z osobowością mnogą. Ściśle z tym, bez objawów krzyżujących się ze schizofrenią. Telepatycznie wypuszcza wołania godne jakiegoś wołania o pomoc. Naturalnie nie sądzę, że jest tam z własnej woli. Co dokładnie się odpieprzyło, trudno powiedzieć. Tak skrajna dysocjacja, jak wiemy, jest u Jedi możliwa, umysły wrażliwe na Moc potrafią rozpadać się dużo spektakularniej niż normalnej osoby. Zdalna kontrola umysłowa, chemiczna, technologiczna, Mocą. Pranie mózgu. Nie wiem. Nie sposób mi tego określić. Tanna chciała wiedzieć, gdzie jest Freja, jedna z babek z tej rodzinki arystokratycznej z moich czasów. Najwyraźniej to o nią chodziło rebeliantom. Teraz najlepsze, ten kretyński plan najwyraźniej im się udał. Skoro tak było, odpowiedziałem na pytania o rebeliantów, wyjaśniłem dokładnie jak wylądowałem w ich rękach i gdzie. I tak mówili, że porzucą tamtą starą bazę, więc nie krzywdziłem ich tym, a pomagałem sobie. Nie zamierzałem próbować niczego badać, sprawdzać. Nawet sondowanie Mocą mogłoby się dla mnie źle skończyć. Nawet jedno pytanie mogło się źle skończyć. Byłem zrezygnowany i skapitulowany, ale dalej miałem w sobie odruchy przetrwania. Może i mam swoje życie w dupie, ale z instynktami nie wygram. Zresztą, gdybym tam zdechł, nie mielibyście wiedzy o zajściach na Arkanii. Teraz sobie to tak logicznie tłumaczę, ale prawdę mówiąc, wtedy to było tyle samo myślenia, co instynktu samozachowawczego, odruchów, wyrobionego podejścia. Tłumaczę się, bo co jak co, jak bardzo jej nie odpieprzało na koniec przed odlotem jak zagubiona nastolatka, Tanna była jedną z nas, bohaterką naszych największych bitew i starć o losy grupy, Ossusa, Jądra. Uważam, że moje zawinięcie ogona było najlepszym rozwiązaniem.

Tak czy siak. Tanna, w jakimkolwiek stanie była, odesłała mnie na swój statek, kazała się wynieść z Arkanii. A, jeszcze ku mojemu załamaniu dostałem status wygnańca. Bardzo mi przykro. Ja tak przecież kocham ojczyznę, fierfek.

I... To tyle. Gdy tylko zobaczyłem swojego pilota w porcie, natychmiast powiedziałem mu, że musimy uciekać jak najszybciej z tego psycholandu. Jakieś 15 minut później byliśmy w nadprzestrzeni... Bezpieczni, z daleka od tego planetarnego wariactwa. Wolni. Chyba cały lot gadałem do siebie w dalszym szoku.

Fierfek spast mać.




3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: Wybaczcie, że trochę zeszło. Chyba musiałem pozbierać głowę.

Do Sojuszu przesłana została całość, poza częścią o Tannie Saarai, która została zamieniona na:
Okej. Teraz. Co było dalej. Tak, tutaj zaczyna się epilog tego spierdolenia. Zaprowadzili mnie do sali tronowej, gdzie otoczona wiernymi wojakami, tamtym „oficjelem” sprzed miasteczka, dumnie tkwił jakiś pojebany facet, albo babka. Już nawet niczego nie pamiętam, byłem jak na haju. Wygarnąłem, że wysłałem SOS do swoich. Żeby mnie wypuścili, inaczej będą mnie szukać i będą mieć przerąbane i na skasowaniu mnie nikt nic nie zyska. Że po prostu miałem za zadanie rozeznać się w sytuacji, czy Arkania jest tak debilna jak pamiętam i że Sojusz nie ma czego szukać. No i jak widać tak było. Po paru przepychankach miałem spadać z Arkanii i nigdy nie wracać. Dalej niewiele pamiętam, chyba rzygałem ostro, nim dotarłem do portu.


4. Autor raportu: Padawan Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 108
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość