Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 08 sty 2019, 10:23

Do trzech razy sztuka

1. Data, godzina zdarzenia: 07.01.19, 19:30-1:00

2. Opis wydarzenia:

Zabierając śmigacz, który udostępnił mi jeden z agentów, informujący o rozpoczęciu operacji - wyruszyłam. Mimo podgrzewanego siedzenia, kierownicy, absurdalnych prędkości, które osiągał, podróż i tak była męcząca, trwająca kilka godzin. Prawie jak jazda na drugi koniec planety. Ile by ona nie trwała, ostatecznie dotarłam na miejsce, na lądowisko przed monumentalną posiadłością milionera - Rahadio Sanarisa.

Obok drzwi, które pozbawione były intercomu, bądź panela kontrolnego, znajdowali się trzej mężczyźni. Człowiek, Bothan i Twi’lek. Dwóch pierwszych znało Galaktyczny Wspólny, trzeci wydaje się, że nie. Przedstawiłam się, jak i powód swojego przybycia, z nadzieją, że szybko uda mi się załatwić tą sprawę. Łudziłam się. Zaczęli się wymigiwać, pytając o moje uprawnienia, o wiarygodność nakazu, o prawomocność wszystkiego. Po kilku minutach udało mi się przedstawić wszystko w odpowiednim świetle, lecz okazuje się jednak, że była to stratą czasu. Byli to jego prawnicy, którzy ostatecznie stwierdzili, że wedle ich wiedzy nie ma go w domu. Wpuścić do środka mogła mnie tylko osoba trzecia, Twi’lek nie znający wydaje się nie znający Galaktycznego Wspólnego. Wykorzystując translator znaleziony w holonecie przekazałam mu, żeby zaprowadził mnie do Rahadio Sanarisa. Zgodził się. Ruszyliśmy w stronę bramy, lecz ten skierował się w stronę lądowiska, twierdząc, że Mister Sanaris znajduje się w jakimś kurorcie w Tallut, że mi pokaże. I tutaj właśnie stanęłam przed tą decyzją.

Twi’lek nie wydawał się zbyt inteligentny, w przeciwieństwie do pary prawników, których spotkałam przed chwilą. Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że nie ma go w domu. Miałam oczywiście prawo przeszukać rezydencję Rahadio Sanarisa, ale ta była ogromna. Skoro wszyscy, od prawników po przekonująco głupiego ochroniarza twierdzili, że go nie ma, może rzeczywiście tak było. Mogłam oczywiście nalegać na wejście do środka i spędzić parę godzin na błądzeniu po omacku po wielkiej posiadłości, podczas gdy możliwie cała służba zgodnie by twierdziła, że nie ma go w domu, do momentu, w którym pewnie i tak sam zdecydowałby, że “już wrócił”, albo niewielki, przekonujący idiota, jak i prawnicy mieli rację, a ja straciłabym całe godziny na przeszukiwanie pustej posiadłości, podczas gdy Sanaris planował jakąś publiczną szopkę. Czas był na wagę złota, więc zdecydowałam się zaryzykować, ruszyłam z nim w stronę Tallut. Odległe było o dwieście kilometrów, co przy prędkości śmigacza, sześciuset na godzinę - nie powinno zająć długo. Jak się później okazało, możliwe że decyzja na moją porażkę, jak i na zgubę samego Sanarisa. Po kilkunastu minutach Twi’lek nagle stwierdził coś w stylu, że Mister Sanaris wrócił już do siebie. Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałam się podejść przekonującemu półgłówkowi, że w mojej głowie brzmiało to całkiem logicznie, ale mimo to czułam, że może być to podpucha.Jakieś pół godziny minęło od wylotu, nim wróciliśmy z powrotem na lądowisko, a ja w pośpiechu wkroczyłam do środka.

Tam spotkałam kolejne rzesze jego służby. Ci jednak bez dalszego kombinowania zaprowadzili mnie pod jego drzwi. Dojście do tej części zajęło kolejne, dobre kilkanaście minut. Tak jak się spodziewałam, korytarze w jego monstrualnej posiadłości ciągnęły się kilometrami. Zwolnił się elektroniczny zamek strzegący ostatniego przejścia i zostałam wprowadzona do środka.

Po kilku sekundach powitał mnie krzyk z jednego z pomieszczeń. Wbiegłam do środka, gdzie znajdował się Sanaris, na piętrze za balustradą, lecz nie tylko on. Za nim stał kultysta. Rahadio wił się z bólu, gdy kultysta z wyciągniętą w jego stronę ręką najwyraźniej trzymał go w czymś podobnym do uścisku Mocy. W pomieszczeniu były też dwa jego droidy, które nie mogły zdecydować się co zrobić, zważywszy na zagrożenie swojego właściciela. Scena była brutalna, na tyle, że nawet sama uwierzyłam, że kultysta w mgnieniu oka będzie mógł go zabić. Nie pomogła też informacja droidów, że jeśli Sanaris zginie, to pomieszczenie ulegnie samozniszczeniu. Prawdziwa, bądź perfekcyjne rozegrana sytuacja, w której Sanaris pluje krwią, ledwo jest w stanie powiedzieć słowo, a kultysta trzyma go w swych objęciach, mówiąc o śmierci, jaką dla niego, człowieka, który nie będzie już dłużej stał na ich drodze, milionera, zaplanował jego pan, Starszy. Nie za bardzo widziałam dla siebie pole do manewru, to jednak pojawiło się dość szybko. Podjudzony kultysta rzucił Sanarisem w dół, uderzając nim o stół, by następnie skoczyć za nim. Chcąc wykorzystać tą sytuację, sama też ruszyłam, chcąc się zbliżyć. Pchnęłam Mocą w jego stronę, chcąc odtrącić go. Na nim to jednak nie zrobiło dużego wrażenia, ledwie to odczuł. Stanęliśmy teraz twarzą w twarz, na stole, a między nami wijący się, plujący krwią Sanaris. Dalej miał go w swym uścisku, zaczął wraz z nim wycofywać się. Kultysta chciał przekonać droidy, że to ja jestem zagrożeniem dla ich właściciela, te prawie kupiły jego bajkę, ale ku kolejnemu mojemu zdziwieniu… Sanaris się na to nie zgodził. Krok po kroku, oddalali się. Nie mogłam jednak na to pozwolić. Musiałam go zatrzymać. Zaryzykować nawet wysadzeniem nas wszystkich w powietrze. Zebrałam wszystkie swoje siły, by ponownie pchnąć Mocą w kultystę. Domyślałam się, że może być to na nic, ale chciałam chociaż sprawić, że puści zakładnika z uścisku. Zaraz po pchnięciu skoczyłam do ataku. W pewnym sensie mi się udało, na moment uwolnił Sanarisa, by odwdzięczyć mi się tym samym. Nie zdążyłam do niego doskoczyć, nim rzucił mną w tył, strącając mym ciałem dużą część bogatej zastawy. Ten moment jednak udało się wykorzystać droidom; rozpoczęły ostrzał. Wstałam czym prędzej i dołączyłam do ataku. Chociaż nawet z przewagą liczebną, ciężko było nazwać to równą walką, był zdecydowanie potężniejszy i w Mocy i w mieczu, niż ja. Droidy z jednej strony pomagały, z drugiej jednak ich ostrzał z kusz energetycznych i blasterów nie raz spowodował, że musiałam odsłonic się na atak kultysty, jeśli nie chciałam zostać przeszyta podgrzanym, stalowym prętem, albo wiązką skoncentrowanej energii. Wielkie, lecz mimo to ciasne, pełne umeblowania pomieszczenie też nie pomagało. W niczym miejsce to nie przypominało otwartych przestrzeni naszych hangarów, dachu, czy płaszczyzn na Prakith. Mimo to, próbowaliśmy. Kultysta jednak lawirował między nami. Pociski droidów wydaje się znacznie bardziej przeszkadzały mi, niż jemu. Przecinał droidy jeden po drugim, w międzyczasie doskakując też do mnie. Był niesamowicie szybki, nawet jak na kultystę. Wpierw ranił mnie w ramię, później jedno z cięć przeszyło moje udo. Zdałam sobie sprawę, że nie mam w tej walce najmniejszych szans. Granie na czas, próby przeciągania tego, ryzykując życie, też nie miały sensu. Jak zawsze, agentura wyraźnie zaznaczyła, że będę w tym sama. Jak profesjonalnie. Dodatkowo, tak jak się domyślałam z zajścia Namona, Bar’a’ki i Nihil’ian’nebu, wnętrze posiadłości było odcięte od świata. Nie byłam w stanie nawiązać z nikim połączenia. Nadszedł moment, w którym nawet ostrzał czterech znajdujących się tam droidów, zasiekanych przez stalowe ostrze kultysty ucichł. Nie było wsparcia, które mogło nadejść. Nie było czekającego w odsieczy oddziału WSK. Tylko ja i on. Po chwili Sanaris zniknął, kultysta też. Zabrał go. Mogłam próbować ich śledzić, ale najprawdopodobniej oznaczałoby to moją śmierć. Nie zaryzykowałam. Przegrałam. Jedyne, co mogłam zrobić, to nie iść na dno za milionerem. Wybiegłam z posiadłości i wezwałam służby.

Jak można było się domyślić, nie byli zadowoleni. Całość została zrzucona na kilkadziesiąt minut, które straciłam z przekonującym w swej głupocie idiotą. Mogło tak być. Pewnie wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej. Lepiej przeanalizować sytuację, bądź nawet analizować ją mniej. Pewnie mogłam uprzedzić kultystę, albo może i cała ta akcja była skazana na porażkę, biorąc pod uwagę niechęć współpracy, kombinowanie Sanarisa, czy jego pracowników, które ostatecznie doprowadziło go do tej sytuacji. Może Kultysta pojawiłby się w międzyczasie aresztowania. Jeśli tak, nic by to nie zmieniło. Nie wiem, nie wiemy, pewnie nigdy się nie dowiemy. Teraz już nic tego nie zmieni. Ruszyłam ranna w wykańczającą podróż do Komendy Głównej Skoth.

Na miejscu znajdowali się już agenci, jak i Mistrzyni i Rycerz Avidhal. Poza uzmysławianiem nam, w jak beznadziejnej jesteśmy sytuacji i że jak wielka jest to moja wina - w posiadłości Sanarisa znaleźli jego testament, według którego Rahadio Sanaris tak naprawdę chciał tego, co my wszyscy. Wspierał kult przez prawie dekadę, by zdobyć informacje, które pozwolą mu na ostateczne zamknięcie ich sprawy. Z nikim się tym nie dzielił, nie dzielił się z nami, gdyż uważał, był pewny, że ktoś z naszego otoczenia jest świadomym, bądź nieświadomym szpiegiem Kultu. Zdaniem agentów brzmiało to przekonująco. Przedstawiało obraz miliardera, który chciał być wybawcą swojego ludu. Nagrania, które zdobyłam ukazywały brutalność spotkania w jego posiadłości. Agenci dość szybko wydaje się kupili wersję Rahadio Sanarisa. Ja nie jestem taka pewna. Razem z testamentem znajdowały się informacje, które zdobył. Mapy podziemnych kompleksów Kultu, ich skupiska, rozpłodownia i drogi przerzutowe dla Starszych. Jak to nazwali, szachownica została zresetowana, a my wciąż mamy tylko rok, na ostatecznie rozwiązanie tej sprawy, tej “wojny religijnej”. Z wiedzą którą mamy, bez łącznika z Kultem, Sanarisa i z informacjami, które po sobie nam zostawił. Wielki przełom, jakim miało być pojmanie Rahadio Sanarisa się nie udał.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 17 sty 2019, 18:47

Sprawa: Revin Sarst
Prakith / Dremulae


1. Data, godzina zdarzenia: 08.10.18 - 06.12.18

2. Opis wydarzenia:

Wszyscy zapewne wiecie, jak zaczęła się ta sprawa. Jedna głupia, pochopna decyzja rozpoczęła lawinę, która zdawała się być nie do zatrzymania. Gdy otrzymaliśmy wiadomość od zmarłego Garrina, który podał nam szczegóły swojej zbrodni Voliander chciał dowiedzieć się więcej. Zasugerował mi więc wysłanie Adepta do miejsca, w którym rzekomo Garrin miał pozbyć się ciała zamordowanego chłopaka. Padło na Revina Sarsta, gdyż ten akurat był pod ręką. Z założenia było to proste zadanie, które ciężko skomplikować… One zawsze takie są, prawda?

Co dokładnie wydarzyło się podczas śledztwa Revina przeczytać będziecie mogli z jego raportu, o którego napisanie go poprosiłam. Oto jego wspomnienia z tego dnia:
Revin Sarst pisze: Przebieg mojego śledztwa... Cóż, przyznam, że nie trwało ono zbyt długo zanim wszystko szlag trafiło i nieomal nie pożegnałem się z życiem.

Zajęło mi chyba dobre kilka godzin nim wypatrzyłem w górach porzucony ścigacz. Stał tam porzucony przez kilka miesięcy, najwyraźniej przez nikogo nie ruszony i pokryty piachem. Postanowiłem go zbadać i spróbować określić do kogo mógł należeć. Nie było tam wiele. Karta studencka i rozładowany cyfronotes. Nie było tam nic podejrzanego. Sprawdziłem sam cyfronotes podłączając go do mojego, ale tam również nie znalazłem nic szczególnego. Ot pojazd należący do jakiegoś studenciaka, nic więcej. Gdyby nie to, co stało się dalej, byłbym przekonany, że to błędny trop.

Nim udało mi się dokończyć mozolne przeglądanie danych na tamtym starym cyfronotesie, na miejsce podjechał uzbrojony facet, który w pierwszej chwili myślałem, że chciał mnie po prostu okraść. Teraz kiedy sobie o tym myślę, to zdecydowanie preferowałbym taki scenariusz od tego, co się wydarzyło. Gość wziął mnie na muszkę, kazał wysiąść ze ścigacza i stanąć tyłem przed maską, a następnie mnie zakuł. Powiedział, że to nic osobistego i jego szef chce mnie widzieć. Próbowałem wyciągnąć więcej informacji tam, na miejscu, ale bezskutecznie. Mimo to, jako że byłem pewien, iż było to jakieś nieporozumienie, to nie stawiałem oporu i pewny siebie dałem sie zabrać.

Zawiózł mnie do willi tego człowieka, którego tożsamości wtedy jeszcze nie znałem. Dopiero tam wszystko zaczęło się rozjaśniać. Zostałem przeszukany i pozbawiony mojego sprzętu. Aderbeen wypytywał mnie - jeśli dobrze pamiętam już wtedy z bronią w ręku - kim jestem i co tam robiłem. Nie jestem pewien, czy było to na nagraniu, ale pierwotnie próbowałem zataić prawdę i ją mocno nagiąć, przedstawiając mu się jako żołnierz Sojuszu, rozbitek, co akurat w tym przypadku nie odbiegało aż tak daleko od prawdy. Nie mniej, nie miało to dużego znaczenia, gdy później prześwietlił mój cyfronotes z pomocą jakiegoś zdolnego informatyka - hakera. Podczas tej mało przyjemnej rozmowy stało się jasne, że martwym chłopakiem był jego syn. Ten fakt uderzył mnie w łeb niczym cegła i był chyba tym pierwszym progiem, kiedy zacząłem się... cóż... rozstrajać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany. Przede mną stał rozwścieczony ojciec i zrospaczona matka, którzy stracili syna. Aderbeen chciał mnie odstrzelić już na samym wstępie żeby zaznać spokoju ducha. Ale skończyło się na przepytywaniu.

Jego furia jednak się wzmożyła, gdy uzyskał wreszcie dostęp do mojego cyfronotesu, co spotęgowało mój rosnący strach, gdy znów skierował pistolet w moją stronę z wyraźną chęcią zastrzelenia terrorysty, który w jego mniemaniu mógł być odpowiedzialny za śmierć jego syna. Po tym jak dowiedział się wszystkiego z mojego cyfronotesu, zdaje się, że chciał oddać mnie w ręce prakithanśkich służb. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie czara się przelała i strach połączony z poczuciem winy spowodował, że otworzyłem gębę i powiedziałem to czego nie powinienem. Miałem jakąś głupią nadzieję, że jeżeli powiem mu, że chcę pomóc, że szukam jego syna żeby dowiedzieć się co się stało, to będzie skłonny zaniechać oddawania mnie w ręce służb. Nie wiedziałem wtedy jakie mogą być tego konsekwencje, nie znałem relacji służb Prakith z grupą i szczerze mówiąc, spodziewałem się najgorszego.

Gdybym wiedział nieco więcej, to trzymałbym gębę na kłódkę, dał się zabrać i pewnie wróciłbym do bazy po jakimś czasie przesłuchań, i to w jednym kawałku. Moja głupota jednak kosztowała mnie i tą możliwość i moje nogi. Aderbeen przestrzelił mi kolano, padłem na ziemię. Pytał dalej o dalsze szczegóły, a ja powodowany strachem i agonią, mimo iż próbowałem nie zdradzać nic więcej, to mówiłem, mówilem z obawy o moje życie. I tak zdradziłem sprawę z Garrinem, co kosztowało mnie drugą nogę i niemalże nie pozbawiło życia, bo chciał mnie dobić i mieć to za sobą. Gdyby nie człowiek ze służby Aderbeena, który przemówił mu do rozsądku, z obawy o możliwe reperkusje polityczne, to zabiłby mnie tam, na miejscu. Mogę się jedynie cieszyć, że nie miałem do czynienia z człowiekiem, który nie miał nic do stracenia.

I to chyba tyle. Po tym wszystkim zostałem zabrany i zamknięty w celi. Nie jestem pewien czy coś pominąłem istotnego z tego całego przykrego spotkania, ale mam nadzieję, że nie. Nie mogę być jednak pewien, bo w tamtym momencie moja łepetyna nie działała już zbyt trzeźwo i nie mogę mieć pewności czy coś mi się nie pomajtało.

Z tego co mówił Aderbeen, a o własnym synu powiedział, że był co najwyżej nieszkodliwym idiotą, wnioskuję iż ten dzieciak, student, rzeczywiście mógł być niegroźny. Jego śmierć definitywnie nie była konieczna i mam szczerą nadzieję, że uda się unikąć podobnych tragedii w przyszłości.


Wieści o tym co się wydarzyło otrzymaliśmy dość rychło. Gheren Aderbeen zadeklarował się naszym śmiertelnym wrogiem i rozesłał po darknecie ogłoszenia, w których za głowę każdego z nas płacił pokaźną sumę kredytów. Nic więc dziwnego, że pod naszą bramą, aż do ostatecznego zamknięcia tej sprawy, pojawiło się paru chętnych na zgarnięcie nagrody.
Postanowiłam porozmawiać z Gherenem Aderbeenem i przekonać go do zaniechania swojej vendetty. Nagrałam holowiadomość, której podstawą było przekonanie, iż całe zamieszanie wynika ze strachu, głupoty i jest jednym wielkim nieporozumieniem. Chciałam przekonać go, iż nie odpowiadamy za śmierć jego syna, a wszystko jest manipulacją i próbą oczernienia nas, osłabienia w tak newralgicznym dla Prakith czasie wyborów i zbliżającej się inwazji Yuuzhan Vongów. Pomysł jak i treść samej wiadomości konsultowałam z paroma osobami, by nabrać perspektywy, a następnie wysłałam ją do zainteresowanego. Wszystko działo się za zgodą agencji federalnej, z którą pozostawałam w ścisłym kontakcie.
Miałam nadzieję, że uda mi się do niego trafić. Naprawdę w to wierzyłam. Niestety po paru dniach Gheren Aderbeen wyprowadził mnie z błędu, gdy zapowiedział, iż nie zamierza zaniechać swoich pełnych nienawiści działań względem nas i ma dość kłamstw, manipulacji i uciekania od odpowiedzialności.

Po fiasku pierwszej próby załagodzenia tego sporu ponownie skontaktowałam się z agencją federalną, a konkretnie podkomisarzem Vallerianem Mandera, który prowadził tę sprawę. Podkomisarz zaproponował spotkanie u niego w biurze w celu omówienia dalszego postępowania. Jako iż w trakcie rozmowy z nim towarzyszył mi Rycerz Avidhal udaliśmy się do biura agencji razem.
Tam wraz z podkomisarzem ustaliliśmy, po długiej dyskusji, co zamierzamy robić dalej. Plan przedstawiał się następująco. Podstawą było udowodnienie, iż Adept Garrin Sull nie mógł dopuścić się zarzucanego mu czynu, gdyż w trakcie morderstwa przebywał poza Prakith. W tym celu należało przygotować oficjalne dokumenty, które potwierdzałyby jego wylot. Z Revina Sarsta z kolei musieliśmy zrobić najemnika poleconego nam przez Sojusz, którego to jedynie ta sprawa łączyła z nami w jakikolwiek sposób. Ze względu na jego zachowanie i wypowiedzi w posiadłości Pana Aderbeena musieliśmy również udowodnić, iż ma problemy psychiczne, które to miały być efektem działań wojennych, a o których nie wiedzieliśmy podczas zatrudniania go do tego zadania.
Zajęłam się obiema tymi rzeczami i parę dni później wysłałam stosowne dokumenty podkomisarzowi. Dokumenty, które podpisać miał Revin Sarst. Zajęło to prawie dwa tygodnie nim zainteresowany przejrzał papiery i złożył swój podpis w stosownym miejscu. W końcu mogliśmy ruszyć z tą sprawą dalej. Należało teraz potwierdzić, iż Revin Sarst doznał urazu psychicznego podczas działań wojennych. Do tego wymagany był kontakt z Sojuszu, o który również się postarałam. Skontaktowałam się z placówką na Dremulae i umówiłam się na spotkanie. Tam przyjął mnie pułkownik Pooga-Varn oraz porucznik Anthony Deloga. Opisałam im dokładnie całą sprawę i ustaliłam z nimi, iż wydadzą nam niezbędne dokumenty. Porucznik Deloga dodatkowo udać się miał na Prakith, by tam wystąpić w telewizji z oficjalnym przemówieniem, które miało dodać wiarygodności wszelkim dokumentom, które przedstawić miała agencja federalna mieszkańcom Prakith. Oficjalnie Revin Sarst miał zostać osadzony w jednym ze szpitali psychiatrycznych Sojuszu, gdzie miał zostać leczony.
Warunkiem współpracy Sojuszu było jednak, aby Revin Sarst nie został w żaden sposób zdemaskowany, a Sojusz nie ucierpiał na tej sprawie. Zaproponowali zatem aby zmienić mu tożsamość i pozostawić go w naszej bazie, pod naszą opieką. Po długich dyskusjach nie chciałam prowadzić jeszcze kolejnej, wyjaśniającej, jak szalenie niebezpieczny jest to pomysł. W dodatku byłbym w niej sama przeciwko dwóm oficerom Sojuszu. Przytaknęłam zatem temu pomysłowi licząc, iż oficjele z Prakith przemówią porucznikowi do rozsądku podczas spotkania, o które ten prosił. Następnego dnia wróciłam na Prakith, a porucznik przybył niedługo po mnie i zakwaterował się w jednym z hoteli w Prall.

W końcu doszło do spotkania między wysłannikiem Sojuszu – porucznikiem Delogą – a przedstawicielem agencji federalnej – starszym sierżantem Riharrem Honnem. Byłam na tym spotkaniu w roli naszego przedstawiciela. Odbyło się ono w remontowanym budynku posterunku policji. Dostałam wytyczne, które pozwolić miały mi na wejście do odpowiedniego skrzydła, gdzie odbywało się tajne spotkanie. Na miejscu czekał już na mnie starszy sierżant, a po chwili dołączył również porucznik Deloga.
Porucznik przedstawił stanowisko Sojuszu, starszy sierżant odpowiedział oczekiwaniami Prakith, a ja musiałam to wszystko jakoś pożenić. Jako, iż miałam wcześniej trochę czasu na przemyślenia, a znając obie strony wiedziałam czego mogę się po nich spodziewać, po chwili zaproponowałam odesłanie Revina Sarsta na Ossus, na którym miał pozostać pod obserwacją ludu Ysanna, a którym dodatkowo mógłby pomóc w odbudowie po inwazji Yuuzhan Vongów. Opowiedziałam krótko o samej planecie, jak i mieszkańcach i udało mi się do tego pomysłu przekonać porucznika. Dosłownie w ostatniej chwili, gdyż do pomieszczenia wszedł ochroniarz obiektu, któremu nie podobało się, iż rzekomi inspektorzy – którymi mieliśmy tej nocy być – siedzą i gadają zamiast pracować. Starszy sierżant próbował go przegadać jednak wydawało się to bezcelowe. Ostatecznie skapitulował i opuściliśmy budynek, każdy udając się w swoją stronę. Wszystko zdawało się zmierzać do szczęśliwego dla Revina Sarsta końca. Pozostało jeszcze jedno spotkanie, zaraz przed oficjalnym stanowiskiem Prakith, które miało być transmitowane w holowizji.

To w końcu nastąpiło w miejscu, w którym Revin Sarst spędził ostatnie tygodnie. Towarzyszył mi Rycerz Avidhal - na szczęście, jak miało się później okazać. Przywitaliśmy się ze wszystkimi, czyli porucznikiem Anthonym Delogą, podkomisarzem Vallerianem Mandera – choć ten w dyskusji nie uczestniczył – oraz rzeczniczką rządu Prakith Cordelią Everpromise. Oraz oczywiście z samym, jak mogłoby się wydawać, głównym zainteresowanym. Udaliśmy się do pokoju na narady.
Tam raz jeszcze wszystko zostało podsumowane, ale porucznik Deloga ponownie wysunął kwestię dalszego pobytu Revina Sarsta na Prakith. Zaskoczyło mnie to, gdyż wydawało mi się, że tę kwestię mamy już zamkniętą. Porucznik jednak chciał poznać więcej szczegółów, dowiedzieć się więcej o samym Ossusie i ludzie Ysanna – przedstawiłam więc swoją nikłą wiedzę na te tematy i próbowałam go odwieźć od myśli, iż najlepszym rozwiązaniem będzie pozostawienie Revina Sarsta u nas w bazie. Rzeczniczka również wyraziła swoją dezaprobatę do takiego rozwiązania. Porucznik nie dawał się przekonywać do czasu, aż Rycerz Avidhal nie wyjaśnił mu, iż posiadamy na Prakith wielu wrogów, również takich, którzy potrafią niezauważeni przeniknąć do naszej bazy i odkryć obecność oraz prawdziwą tożsamość Revina, co oczywiście dla nikogo nie jest korzystne. Porucznik miał chyba mylne wrażenie, że pod naszą opieką nic złego nie może mu się stać… Jakby od tego nie zaczął się cały ten bałagan…
Gdy w końcu udało się powrócić na właściwe tory, a Revin Sarst miał po oficjalnym nagraniu znaleźć się na okręcie Sojuszu skąd z kolei mieliśmy go przetransportować na Ossus, zeszliśmy na dół, by odsłuchać przemówień obu stron. Po przedyskutowaniu ich porucznik udał się wraz z Revinem Sarstem oraz rzeczniczką na owe wystąpienie, które mogliście oglądać w telewizji.

Sprawa zaczęła się błaho, a przerodziła się w coś niezwykle skomplikowanego… Zbyt skomplikowanego i niebezpiecznego, jak na działania, których dokonał Revin Sarst (tak głupich słów, które powiedział w posiadłości Gherena Aderbeena). Wszystko jest tak naprawdę wypadkową całej naszej działalności na Prakith. Od momentu, w którym postawiliśmy stopę na powierzchni planety podjęliśmy wiele złych decyzji, działaliśmy wielokrotnie w sposób niezgodny z prawem… To odbiło się ostatecznie na Revinie…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Tulkkin dodano: 19 sty 2019, 14:58

Niech zyje korelianskie ale!

1. Data, godzina zdarzenia: 18.01.19, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Wczoraj podczas luźnego przesiadywania w kantynie razem z Alorą i Phylkusem połączyło się z nami WSK, szybko i konkretnie poprosili o holowizję i dwie nieznajome, anonimowe twarze. Ruszyliśmy do pokoju w hangarze, gdzie odbyliśmy rozmowę z oficerem.

Ja i Dule, mieliśmy udać się do jakiegoś prostego barku w Zachodnim Porcie Skoth, spotkać się z gościem od Sojuszu, który miał przekazać nam cyfronotes z danymi na którym są nagrania rozmów między Yuuzhan Vongami z podbitych placówek, czy też innych miejsc. Bardzo cenna rzecz.
WSK podsunęło nam hasło kontaktowe, obrażające jedną z lokalnych drużyn co nijak mi się nie spodobało, nie jechaliśmy tam zbierać oklepu. Ustaliliśmy drugie hasło chwalące piwny trunek. W sumie spoko, ja tam i tak się nie znam - oby kopnęło. Wracając...
Wzięliśmy śmigacz, który dostałem od Lookira, a Padawanka Alora wręczyła nam po blasterze - tak na wszelki wypadek, jakby podczas drogi coś wyskoczyło.
Droga była trochę męcząca, zwłaszcza początek. Zimnica porównywalna do Mirialu.

Zajechaliśmy do Portu i zaparkowaliśmy na uboczu, chowając blastery do schowka który zablokowaliśmy.
Pierwszy raz razem z Phylkusem byliśmy w Skoth, więc nie wiedzieliśmy totalnie w którą stronę ruszyć, a na miejscu spotykaliśmy tylko jakichś żuli, czy też osoby niezbyt zdolne do rozmowy. Ogólnie założyłem, aby nie wchodzić w zbędne interakcje, co poniekąd się udało, gdyż pewnym krokiem staraliśmy się szukać miejsca samodzielnie.
Ostatecznie podszedł do nas trandoshanin, kolekcjoner scyzoryków, który pokierował nas w stronę jakiegoś małego baru - jak się później okazało, do właściwego miejsca.
W barze było kilka osób, a ja nie miałem zamiaru chodzić od stolika do stolika chwaląc koreliańskie ale...
Postanowiliśmy odbyć głośną rozmowę między sobą przy pustym stoliku. Po jakimś czasie wypowiedziałem hasło głośniej ''Niech żyje koreliańskie ale!'' i wtedy podszedł do nas mężczyzna odpowiadając tym samym, nasz człowiek.
Facet mówił szybko i krótko, totalnie rzeczowo. Potwierdziliśmy, że przybywamy od Mistrzyni Vile, po czym dostaliśmy cyfronotes i zakończyliśmy spotkanie.
Wracając do śmigacza nie wpadliśmy w żadne kłopoty, na swojej drodze mieliśmy jedynie miejscowego ćpuna oraz patrol policyjny, o ironio...
Natomiast gorzej było przy samym skuterze. Z daleka widać było jak jakiś facet kładzie swoją rękę na śmigaczu co zaniepokoiło mnie i Phylkusa, jednak ja postanowiłem podejść do tego trochę pozytywniej, niż Dule który krzyknął do typa coś w stylu aby zabierał swoje łapy, czy gdzie z tymi łapami... No coś takiego.
Gościowi ewidentnie się to nie spodobało i zaczął być chamski w stronę mojego kompana, na początku starałem się jakoś ugadać, załagodzić sytuację, ale kiedy dołączył do nas łysy koleżka tego faceta to postanowiłem się wycofać, mając jedynie nadzieje że nie dojdzie do jakiejś bitki.
Podczas gdy Dule, starał się słownie wybronić ja zająłem łysego rozmową. Zwyczajnie podałem się za jakiegoś ubera, który musi odwieźć Pylkusa, by zarobić grosz na piwko. Nie chciałem ingerować i stawać oporem jako szlachetny obrońca, miałem w kieszeni ważny cyfronotes, który mogli by nam ostatecznie zabrać. Kto wie co mieli oni sami w kieszeniach, albo czy nie było ich więcej w okolicy. Przepraszam Dule.
Ostatecznie mój rozmówca, zachęcił swojego narwanego kolege by ten odpuścił już Phylkusowi i poszli się zwyczajnie nawalić, zapraszając mnie jedynie.
Jak tylko odeszli to wsiedliśmy na skuter i ruszyliśmy czym prędzej w stronę bazy, jednak...

Jakiś czas później, w jakimś kanionie zatrzymała nas policja - rutynowa kontrola, no spoko. Przyznaje, że nie byłem często spisywany, więc też nie byłem zbyt obyty z tym jak to się odbywa, zwłaszcza tutaj na Prakith.
Na dwóch alkomatach wykazało, że ja i Dule jesteśmy... Pod wpływem! A przecież nic, a nic dzisiaj takiego nie piliśmy. Myśle kurde w cholere dziwna sprawa... Starałem się coś ugrać, ugadać może... Ale policja byłą stanowcza, a my nie mieliśmy przy sobie kasy na mandat. Pamiętam, że nie wylegitymowali się nim zaczęli interwencję... Bardzo mnie później korciło by o to ich poprosić, ale już tyle kombinowałem i tyle gadałem, że wolałem nie pogarszać sytuacji i nie wkurzać ich bardziej.
Wsiedliśmy do radiowozu z Phylkusem i jednym z policjantów, drugi natomiast miał odstawić nasz śmigacz i blastery do depozytu.
Jakiś czas później policjant wysadził nas gdzieś w Skoth, przy jakiejś kantynie mówiąc że nie ma czasu i nam się upiekło... No wtedy to już byłem przekonany, że nas za przeproszeniem wydymano. Jedyną wskazówkę jaką pozostawił fałszywy glina, było aby udać się do najbliższej komendy po odbiór skutera.
Połączyłem się z Padawanką Alorą i Adeptem Brostaltem, mówiąc jak wygląda sytuacja i co teraz musimy zrobić. Umówiliśmy się z n Brostaltem przy komendzie, w której strone ruszyliśmy z Dulem. Byliśmy już trochę przemarznięci i osłabieni, tyle czasu w drodze, a też bez ciepłego napitku to nie wyglądało zbyt kolorowo.
Dotarliśmy ostatecznie na komende, gdzie potwierdziły się moje przeczucia - zostaliśmy oszukani przez fałszywy patrol, no cholera jasna...
Razem z Dulem zaczęliśmy opowiadać o sytuacji, jak ta kontrola wyglądało, co się działo, ogólnie mieliśmy zamiar zgłosić sprawę i porwanie śmigacza. Podczas zeznań policjant poprosił o dane właściciela śmigacza... Kuźwa, wolałem już olać temat, niż mieszać w to tego aqualisha Lookira z tej sekty Voliandera. Uznałem, że wolę być stratny śmigacz, który i tak nie był nasz oraz no... Blastery, niż ciągnąć to w nieskończoność. Co jak co, ale to ten cyfronotes najbardziej się liczył.
Wyszliśmy z Phylkusem z komendy, tam czekał na nas adetp Brostalt, który zabrał nas na dwie tury do bazy.

Dane trafiły w ręce Alory, która wzięła się za ich tłumaczenie, a my wróciliśmy wyraźnie osłabieni i głodni, o co ostatecznie zadbałem robiąc nam ciepłą herbatę do gorącej zupy.

Zadanie wykonane, cyfronotes dostarczony, wróciliśmy w jednym kawałku.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Ulfur Rh'annix
Obrazek
Awatar użytkownika
Tulkkin
Adept
 
Posty: 70
Rejestracja: 11 wrz 2018, 14:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 22 sty 2019, 4:26

Interesy jak zwykle

1. Data, godzina zdarzenia: 05.01.19

2. Opis wydarzenia:

Yuuzhan vong

Wojna z Vongami jest już niemalże na wyciągnięcie ręki - należy wzmóc działania własne, aby ustalić pewne kroki, które należy wykonać i podsumować możliwości, którymi dysponujemy.

Na pewno kluczową postacią w całości ustalania przebiegu konfliktu w jego ostatecznym majestacie będzie Rycerz Fenderus, który - myślę - w temacie planowania bitew kosmicznych ze swoją wiedzą, będzie najbardziej wiarygodnym źródłem informacji. Niestety jego pozycja wobec Sojuszu skutecznie odcina nam możliwości... Sensownych negocjacji i ustaleń bez jego obecności. Na pewno mocno ogranicza. Na pewno też jednak zamiast skupiać się teraz na faktycznym przebiegu, miejscu, planie potyczki - trzeba skupić się na rozpoznaniu.

Musimy skupić się na rozpoznaniu, bo bez wiedzy o tym z jaką konkretną siłą przyjdzie się nam mierzyć - resztę planów możemy wyrzucić do kosza i popełnić zbiorowe samobójstwo w jakimś urokliwym plenerze. Wiemy tylko, że dysponują jednym światostatkiem i PRZYNAJMNIEJ dwoma kor chokkami, okraszonymi piekielnie dużą liczbą yorik-etów. Nie daje nam to wiele, bo - dla prostego przykładu - to, czy tych hipotetycznych kor chokków są dwa, czy jest ich trójka... Całkowicie zmienia nam przebieg bitwy przy ich niezmierzonej potędze. Zasada jest prosta. Mamy jednego Viscounta, który jest niepodważalną maszyną wojenną. Pamiętacie doskonale to uczucie jak wiele zmienił w naszych planach i motywacjach. To teraz wyobraźcie sobie, że mamy dwa. To byłby dla nas wręcz szczęśliwy podarek od Mocy, prawda? Jeden statek, a tak wiele zmienia. Dokładnie identycznie jest ze światostatkami, z kor chokkami. To nie są statki, które tylko dają przewagę - to statki, które miażdżą i wygrywają wojny. Znajomość ich konkretnej liczby jest dla nas po prostu przymusem, bo bez tego nie damy rady planować niczego. Całkowicie zmienia nam to przebieg przy ich niezmierzonej potędze. Dość powiedzieć, że - z relacji Pana Carpera - już z jednym miała podczas wojny problem flota Admirała Kre'feya. Na tyle duży problem, że jedynym rozwiązaniem było przestawienie Immobilizera 418 tak, by zepchnąć tego kolosa na 'trupa' planety Ithor. Postanowiłem nieco odkopać materiałów z tej historii i nieprecyzyjne informacje mówią, że balans sił prezentował się następująco:

- Sojusz
5 Niszczycieli Imperiali II
9 Niszczycieli Victory
3 Bothańskie Krążowniki Szturmowe
1 Kalamariański Krążownik MC
1 Immobilizer 418
Niewiadoma liczba fregat, frachtowców i myśliwców

- Yuuzhan Vong
1 Kor Chokk
3 Miid ro'ików
8 Yorik-Veców
Niewiadoma liczba "frachtowców" i skoczków

Mam nadzieję, że liczbowo nie muszę tłumaczyć jak duża była flota sojuszu, a i tak ledwie dała sobie radę. Plan Kre'feya opierał się na przekierowaniu mocy interdyktora tak, by wepchnąć kor chokka na orbitę. Rozbić go o niego. Planowałem przeanalizować możliwości, jeśli chodzi o stworzenie przestrzeni do bitwy na ruinach szlaku Byssańskiego, w odcinku byłego Byss, gdzie do tej pory wszechobecne są kwadryliony ton tego, co po niej pozostało. Musiałem skasować kilka akapitów swojego raportu w trakcie jego realizacji, bo okazuje się, że nie byłoby to możliwe. Aby powtórzyć ten manewr, potrzebna jest grawitacja. Sam Immobilizer nie da rady zepchnąć tego kolosa na coś. Jak poinstruował nas fizyk sojuszu - obiekt musi znaleźć się bezpośrednio nad orbitą planety, aby immobilizer miał okazję wepchnąć i wspierać grawitację ciała niebieskie; uniemożliwić obiektowi przeciwdziałać tej grawitacji. W pasie asteroid gdzie tej grawitacji nie ma - jest to niemożliwe. A szkoda, bo jeśli wciąż dominującą liczbą są myśliwce, to w trudnym terenie nasze zwrotniejsze myśliwce i szybszy ostrzał byłyby bardziej użyteczne, niż skoczki z potężnymi yaret-korami, które mają gdzieś tarcze energetyczne. Tak chociaż mielibyśmy jakiś naturalny element osłony. Póki jednak nie poznamy dokładnej liczebności wroga - mogę się jedynie po sobie powtórzyć. Światostatki to jedno, kor chokki to drugie - nie wiemy jednak ile dodatkowo mają większych statków niższej klasy, takich jak miid ro'iki, stronhy czy krążowniki yorik-vec. Nie wiemy nic. Ta historia to dowód tego, że naszym priorytetem musi być poznanie liczebności przeciwnika, by móc ustalić miejsce i przebieg nadchodzącej bitwy. Niestety, obawiam się, że może to być brutalnie ciężkie. Odik wysłał już trzy Ferrety - statki zwiadowcze - by pozyskać jakiekolwiek informacje. Z każdym z tych zespołów straciliśmy kontakt. Byc może jedyną naszą możliwością będzie "honorowy" Hras Choka, który ścigał Mistrzynię i którego "przepraszał" Rycerz Fenderus. Może udałoby się pozyskać dodatkowe informacje; może udałoby się przekonać go do częściowej współpracy; może udałoby się uświadomić go, że ich misja to nic innego, jak zguba dla wszystkiego co żywe w naszej galaktyce. Że jest po prostu smutnym narzędziem do bestialskiego, zbrodniczego niszczenia świata - nie zaś oficerem prowadzącym wojnę. Jest po prostu częścią apokalipsy. To jednak - wedle mojej wiedzy - również leży w rękach naszego nietypowo normalnego aqualisha (a może i przede wszystkim). Jeśli ten plan się nie powiedzie, to najbezpieczniejszym byłoby chyba przetrząsnąć galaktykę w poszukiwaniu osób, które cudownie zbiegły przed inwazją na Constancię i w pełni szkód psychicznych zaszyli się gdzieś w cudzej piwnicy na skraju galaktyki. Być może na podstawie ewentualnych nagrań, zdjęć - dałoby się oszacować chociażby liczbę większych statków - ale wątpię. Stawiałbym na jakieś statki, floty niezależne, które jakimś cudem z tamtego systemu uciekły przed wojną - pirackie albo handlowe, na ten przykład. Być może ktoś z nich ma jakieś informacje, które udałoby się wydobyć z pamięci radarów. Może są stacje kosmiczne lub orbitalne - ale to wymagałoby dostania się na terytoria okupowane przez wroga. Nie mamy innej możliwości, jak skupić się na poznaniu tego, jaką flotą dysponuje wróg. Od tego też zależy to, czy powinniśmy próbować przeprowadzić bitwę poza regionami zamieszkałymi, czy raczej skupić sie na ostatnim bastionie jakim jest Prakith i jego defensywa zdolna zmieść szturm 30 krążowników Imperial-I.

Jeśli okazałoby się, że nasza flota w jakiś sposób byłaby porównywalna, warto rozważyć zorganizowanie pułapki w systemie Beshqek. Oprócz świata Relus, nie ma tam chyba już innych planet, które by się do czegokolwiek nadawały. To głównie albo gazowe giganty, albo toksyczne planety. Chel (0 księżycy), Abanol (1 księżyc), Kissarm (9 księżycy), Polos (1 księżyc), Houll (5 księżycy), Pelutt (2 księżyce). Wszystkie są raczej niezamieszkałe. Może warto rozważyć manewr z zastosowaniem pułapki; ataku z różnych stron. W trakcie bitwy nie ma przesadnie czasu, by podróżować po systemie - Vongowie potrafią też dodatkowo zakłócać sygnały, przez co wsparcie może nie dotrzeć. Najrozsądniejsze moim zdaniem byłoby rozlokowanie sił częściowo za księżycami, pozostawiając jedną "czujkę" w formie wabika gdzieś w widocznym miejscu. Trzeba też dokładnie zbadać jak wygląda ukształtowanie tamtego systemu, by móc określić z której strony planety wróg mógłby nas potencjalnie zaatakować. Nie moglibyśmy sobie pozwolić na ewentualne pominięcie nadejścia wroga, albo odsłonięcie części statków, które miały stanowić element zaskoczenia. "Czujka" mogłaby przy dostrzeżeniu wroga powoli zacząć uciekać na drugą stronę planety - zmusić wroga do tego by zaczął ją ścigać, podchodził coraz bliżej. Trzeba zmusić ich, by zechcieli podejść do orbity planety albo księżyca na tyle blisko, aby interdyktory mogły robić swoje. Dysponujemy jeszcze dodatkowo zagłuszaczami grawitacyjnymi ulepszonym przez Sojusz, które także warto wykorzystać. To bardzo cenna rzecz, przynajmniej - wedle mojej opinii - na starcie samej bitwy. W momencie, w którym Vongowie dopiero orientują się o pułapce, w momencie, w którym wszystkie pojazdy dostają szybkie rozkazy - utrudnić im po prostu komunikacje, zablokować i wprowadzić nawet chwilowy chaos po to, by zepchnąć minimum jedną maszynę na powierzchnię księżyca albo planety. By też ewentualnie opóźnić siły, które potencjalnie mogłyby czekać sektor dalej w roli wsparcia dla tych, które na nas wysyłają. Jak ich zmusić do działania? Jak w tę pułapkę wpakować? Tutaj słusznie zauważył Adept Fell, że na nich - nie ma doskonalszego wabika, niż my sami. My jako Jedi - ich "naturalni" wrogowie, za którymi (w tym wypadku mowa o Mistrzyni) będą pędzić tygodniami przez połowę Głębokiego Jądra. Osobiście w tym scenariuszu stawiałbym na Kissarm albo Houll - duża liczba księżyców, duża liczba dodatkowych obiektów, trudniejsza lokalizacja. Kissarm ma ich aż dziewięć, w dodatku to potężny, gazowy gigant - większa przestrzeń do ewentualnych manewrów, mniejsze pole do ominięcia planety podczas przeciwdziałaniu sile interdyktorów. W ostateczności gazowe giganty w pierwszych fazach składają się głównie z łatwopalnego wodoru, który również może dałoby się wykorzystać. Nie wiem jak z wysadzeniem połowy sektora wywołując sztuczną supernovę. Poza tym mamy tam do czynienia ze skrajnie wysokim ciśnieniem, które jest w stanie ten wodór naprężać do wodoru metalicznego... Więc to co wleci w orbitę gazowego giganta, powinno tam raczej pozostać na wieki. O Houll nie powiem tutaj zbyt wiele - to po prostu lodowa pustynia z pięcioma księżycami. Również nadaje się do jednego z dziesiątek planów, które generuje moja głowa. Jeśli chodzi o samą dyspozycję sił - nie jestem w stanie powiedzieć więcej do czasu, aż faktycznie będzie to możliwe. Staram się jedynie za wszelką cenę oddalić tę wojnę od Odik, od Prakith. Wojna w kosmosie, nawet jeśli zwycięska, nad cywilizowanymi planetami wciąż niesie ze sobą niezliczone ilości ofiar. Warto szukać rozwiązania, które te straty zmarginalizuje jak najbardziej się da. Poza tym ustalając obronę na Prakith, teoretycznie sami nastawiamy się na najgorsze; sami przechodzimy do ostatniej linii obrony - tutaj klęska nawet nie pozwoli nam dokonać odwrotu, niczego. Ustalanie obrony na Prakith czy Odiku to dla mnie ostateczność, bo porażka już nie daje kompletnie żadnych szans na nawet profilaktyczną ewakuację.

Niewątpliwie jednak należy działać z tym wszystkim szybko. Wygląda na to, że moje poprzednie plany odnośnie kierunku inwazji się połowicznie sprawdzają. Informowałem Was zresztą o tym, że czwarta subflota patrolowa szlaku byssańskiego została zaatakowana i zmieciona - dwa korr choki i światostatek - są coraz bliżej Byss i nie wykluczone, że lada moment stracimy kompletnie do niego dostęp. Następny będzie wobec tego Odik, a później już tylko Prakith. Sojusz zaminowuje szlak, stawia na nim stacje, zabezpiecza go - jak długo to jednak spowolni siły wroga? I pytanie zasadnicze, czy trzema statkami zdobywa się galaktykę? Oficerowie donoszą, że stracili kontakt z Zamael, które było domem Gildii Górniczej dysponującej zautomatyzowaną flotą z Konfederacji Niezależnych Systemów. Na pewno kojarzycie z holonetu, szkół... Te gigantyczne obręcze ze sferą w środku (Lucrehulki) i zautomatyzowane droidy-myśliwce (Vulture). Byłyby bardzo użyteczne podczas walki - niestety sygnał się urwał. Domniemywa się, że to co idzie szlakiem byssańskim to jedynie wabik, który ma przedrzeć się jak najdalej i zwrócić naszą uwagę na zachód jądra. Wysoce prawdopodobne, że w tym samym czasie inna część floty Yuuzhan Vongów przedziera się przez ledwie dostępne zachodnie sektory od centrum, by nas oskrzydlić i odciąć. W tej sytuacji jesteśmy w szachu, bo ani nie możemy liczyć na ewakuację, ani nie możemy liczyć na dodatkowe wsparcie - nawet w formie zwykłych promów transportowych. Skrótowo przypomina to nieco powolne objęcie szyji tylko po to, żeby ostatecznie ścisnąć i pozbawić dostęp do tlenu. W tej sytuacji również jesteśmy w kropce, jeśli chodzi o bezpośrednią walkę - bo cokolwiek byśmy nie zrobili, gdziekolwiek byśmy nie byli - jesteśmy miażdżeni z dosłownie każdej strony. A przesadnie mi się to nie uśmiecha, albowiem chciałbym przypomnieć, że "spora" część sił naszych sojuszników - Hakassi i Viscount z Onderonu - chroni właśnie stocznię tych w pierwszej kolejności wymienionych. A samo Hakassi jest prawie na samej granicy głębokiego jądra ze światami środka. A na to - jak zapewne doskonale wiecie - pozwolić sobie nie możemy. Musimy jakoś temu przeciwdziałać. Warto podsumować to, czym względnie dysponujemy. Dysponujemy "względnie", bo pragnę przypomnieć, że oprócz Christopsis i kilku jednostek dodatkowych - większość są od naszej woli niezależne, a jedynie zbieżne z naszymi celami. Nikt wobec tego bez racjonalnego uzasadnienia z takiej - dla przykładu - pierwsza floty nie przyleci z odsieczą bez realnego uzasadnienia, wobec zagrożenia ogółu.

BOTHANIE
Ukryte:


CHRISTOPSIS
Ukryte:


HAKASSI
Ukryte:


ODIK II
Ukryte:


PIERWSZA FLOTA
Ukryte:


JEDNOSTKI NIEOKREŚLONE
Ukryte:


- PODSUMOWANIE ORIENTACYJNE -
Ukryte:


Jeśli lista jest niekompletna - proszę o informacje.


Gdyby jednak siły wroga okazały się przesadnie potężne, a my nie mielibyśmy już kompletnie żadnego planu... Prakith to nasz ostatni bastion, który dodatkowo jest twierdzą "nie do zdobycia". Miałem jakiś czas temu okazję rozmawiać z prezydentem Zarrothem Vandelisem, który złożył nam niespodziewaną, nieoczekiwaną wizytę. Jeśli ktoś jakiś czas temu zastanawiał się o co chodzi z droidami, które pod groźbą utylizacji zakazywały niektórym wychodzenia do codziennych stref placówki - to właśnie dlatego. Dostałem nieco informacji w temacie faktycznej obronności Prakith, która jest tajemnicą państwową i - cóż - jest dużo potężniejsza. Prezydent pokornie przyznaje, że uwzględnia scenariusz, w którym całość bitwy będzie toczyć się na Prakith. Rozumie, że to jest wojna i nawet przy wszelkich wysiłkach trzymanie ich na dystans może być - cóż - niemożliwe. Pozwolę sobie pominąć dla bezpieczeństwa faktyczne dane, których "wyciek jest równoznaczny z obaleniem integralności Sił Zbrojnych Prakith i rządu w dwie godziny"...

- Zapis rozmowy z prezydentem Zarrothem Vandelisem -
Wysłany poprzez zaszyfrowane połączenie wewnętrzne do: Mistrz Jedi Elia Vile, Rycerz Jedi Fenderus, Uczeń Jedi Tanna Saarai, Padawan Alora Valo
Zapis ulega kasacji po przeczytaniu.


4x stacje Golan III
2x stacje Golan I

165x dział orbitalnych W-165
16x dział orbitalnych Loronar
???x dopełniających HX.6 i/lub LNR II

180x wyrzutni torped protonowych
???x planetarne promienie grawitacyjne

800x myśliwców nieznanej kategorii

Kod: Zaznacz cały
Pierwszym fundamentem naszej obrony są stacje orbitalne Golan III. Aż cztery. Nawet Coruscant swego czasu dysponowało ledwie dwiema. Poza nimi dwie platformy Golan I jako uzupełnienie szeregu. Jak może Pan wiedzieć, już taki szereg wystarczyłby, by dwa Imperialne Gwiezdne Niszczyciele nie mogły się przedrzeć. Lecz to dopiero pierwszy pierścień. Nasza strategia zakłada, by wyjątkowo wewnętrznie położone, w niższych warstwach orbity - ściągnęły wroga w zasięg dział orbitalnych. Dział W-165 posiadamy dokładnie 165, wbrew statystykom oficjalnym, które mówią o osiemdziesięciu. Poza nimi, szesnaście dział Loronar. Uzupełnione mniejszymi, drobniejszymi odpowiednikami - HX.6 i LNR II. Rozlokowane równomiernie po całej naszej planecie w małych placówkach wojskowych. Cała powierzchnia jest równomiernie nimi obłożona. Niezależnie od podejścia, agresor wystawia się na co najmniej czterdzieści dział. Loronary są cztery razy silniejsze. Jeden Loronar rozpieprzy Imperiala I na kawałki w parę salw zanim zacznie się walka. Nasze działa - w przeciwieństwie do normalnie instalowanych przez Nową Republikę - są rozbudowane. Czerpią z każdym strzałem energię osiedla miejskiego, ale mogą strzelać na samą granicę orbity. Rolą platform Golan jest zmusić agresora do wejścia w zasięg ostrzału orbitalnego. Na tym praktycznie kończą się nasze strategie - niewielu przejdzie przez coś więcej. Jak przekonaliśmy się w Kryzysie Czarnej floty - potrzebna jest flota drednotów. Działa W-165 mogą strzelać z interwałem dziesieciu sekund między każdym uderzeniem. W tej ilości jednak, w każdej sekundzie w wybrany okręt trafiają trzy. Po dziesięciu sekundach takiego ostrzału, nawet najnowocześniejsze krążowniki kalamariańskie rozpadną się pod naporem energii. Dodatkowo, nowoczesny system elektroniki sterującej sprawia, że strzały są zsynchronizowane, ale w sposób losowy. Uderzają bez algorytm we wrogi okręt. Ta technika powinna to zatrzymać [tarcze Vongów dostosowujące się do siły pocisków]. Strzały są zmienne, ułożone tak, żeby były nieprzewidywalne. Do mocy W-165 dochodzi miażdżący chaos. Taktyka jest prosta. O ile platformy są Golan mają utrzymywać równomiernie obrone, działa orbitalne mają wymierać pojedyncze cele. Po zdrujnowaniu jednego celu, przejść do drugiego. Oczywiście nasza nowoczesna technologia pozwala zmienić to w każdej chwili. Algorytm ostrzału może także zostać ustawiony na matematyczną prezycję, ale jak widzę, jest to niepożądane. Jeśli cel przechodzi jakimś cudem dość daleko, trzecią strefą naszej obrony jest 180 wyrzutni protonowych rozmieszczonych także równomiernie. Poza nimi, planetarne promienie ściągające zasilane elektrowniami atomowymi. Mają ściągać okręty ku sobie, niszczyć szyk, w ostateczności skierować nawet okręty wroga w stronę wulkanu. Siły lądowe są tutaj marinalne. W tym trybie operacyjnym ich rola to tylko obrona naszych placówek - nic więcej. Nie przewidujemy bitew lądowych. Promienie ściągające znalazły się w asortymencie z bardzo błahego powodu - są potrzebne, by upadek krążownika nie zabił połowy kontynentu. Siły myśliwskie są stosunkowo nieduże. Nie pamiętam dokładnych liczb - około ośmiuset. Ich rola to działania zaczepne, ściąganie wroga, osłanianie punktów artylerii. Reszta pozostaje w rękach naszych artylerzystów. Pragnę powiedzieć, że nie jest żadnym politycznym budowaniem wizerunku nasze przemawianie na temat obrony Prakith. Obliczenia naszych marszałków mówią, że flota nawet trzydziestu niszczycieli klasy Imperial I zostałaby rozbita w walce z Prakith.


Siły obronne Prakith są naprawdę potężne. Śmiem twierdzić, że w ostateczności przy wsparciu taktyk stworzonych przez Rycerza Fenderusa w ogólnych zapisach wewnętrznych - Yuuzhanie będa mieli nie lada orzech do zgryzienia. Musimy być czujni na ewentualne próby sabotaży. Musimy mieć też świadomość, że nie możemy ostatecznie na raz poświęcać wszystkich naszych okrętów w teoretycznie finalnym starciu które nie jest obroną, bo mimo wszystko zostaniemy na koniec z niczym. Zapewne macie świadomość, że tak jak nasza mała "Flota Trzeciego Wieku" jest zdolna do przyjmowania pozycji na nasze polecenie, tak pozostałe na pewno będą interweniować poza Prakith - przy wspaciu innych flot albo ataku na Odik II. Oznacza to wobec tego, że mamy tutaj dwie drogi... Albo iść na całość z dobrym planem gdzieś poza regiony cywilizacji lub Odik II z całym zgromadzonym sojuszem w pełnej krasie, albo w ograniczonej formie bez wsparcia sporej częśći z nich szykować sobie obronę nad Prakith - wspierani przez naprawdę potężne siły artyleryjskie. Nie możemy oczekiwać od Pierwszej Floty, że pomoże nam ustalić defensywnę nad naszymi głowami w tym samym momencie, w którym Vonowie popełniają eksterminację na Odik II. Pominę tutaj szersze spekulacje obronne, bo je mamy już z grubsza gotowe TUTAJ.

Podejrzewam, że przy obronie na samym Prakith nasza siła będzie MOŻE ograniczyć się do:
Ukryte:

Podkreślam - może - bo to ten, moim zdaniem, najbardziej pozytywny scenariusz, gdzie mamy Viscounta i wsparcie floty Hakassi. Skupiam się jednak na realizacji bitwy poza obszarem Prakith - nie zaszkodzi jednak przygotować wszystko na wszelki wypadek. Adept Fell wpadł również na bardzo dobry pomysł, gdyby ktoś miał w planach świadome przyspieszenie ataku na Prakith - staram się jednak odrzucać ten scenariusz z powodów, które wyżej wymieniłem. Nie zmienia to jednak faktu, że taka możliwość również istnieje i na pewno daje nam w razie czego tyle, że siły wroga w przyspieszeniu będą mniej przygotowane i zwarte. Choć z drugiej strony mówimy tutaj o Yuuzhan Vongach, czyli jednym, wielkim, rójumyśle. Będę planował dalej - najpewniej w chwili, kiedy uda nam się poznać - powtarzaną tysiąckrotnie - liczebność wroga.




Kult

Pozostaje nam wciąż temat kultu. Tutaj też niestety należy przyspieszyć. Jesteśmy zamknięci nie dość, że na skalę galaktyczną, to jeszcze nie możemy sobie pozwolić na względny spokój w "bezpiecznych", przydomowych sprawach. Spotkanie z prezydentem dało nam wiele, ale i ustaliło pewne zrozumiałe, korporacyjne, ostateczne terminy. Prezydent jest pod wrażeniem tego, co na przestrzeni ostatniego roku wspólnymi siłami udało się naprawić. W przeciwieństwie do większości rozumie, że sami jesteśmy w dosyć trudnym położeniu i "nie pluje" nam w twarz. Oczywiście nie zmienia to jego zrozumienia, że sporo z tych spraw to poniekąd wina naszych porażek. Używając tutaj słowa "porażka" nie odnoszę się jednak do działań, a osób. W związku z tym, że udało się utrzymać rząd - mamy nieco więcej czasu. Choć raczej bardziej adekwatnym słowem zamiast "utrzymania" byłoby tu "przetrwanie". Konkretnie pełen rok aż do wyborów federalnych, zanim będziemy musieli się ulotnić. Obecny rząd jest w stanie jedynie przez ten rok dysponować w naszym kierunku większym zainteresowaniem, podejmować bardziej radykalne i bezpieczniejsze kroki bez wizji utraty władzy. Po tym roku dostaliśmy jasne instrukcje, że musimy zniknąć z Prakith. W skrócie - kończymy to co zaczęliśmy i opuszczamy lokal. Prakith nie interesują nasze sukcesy poza nim, co jest zrozumiałe. Posiłkując się przykładem... To trochę tak, jakby nas interesowało, że jakiś Rycerz którego nie znamy, wyszkolił Ucznia, którego też nie znamy - parę sektorów dalej.

Żeby nie było - mamy pełne wsparcie rządu. Jeśli czegoś potrzebujemy - zgłaszamy to. Rząd dodatkowo przeznacza 27 811 kredytów miesięcznie na nasz potrzeby. Czyli środki liczone na utrzymanie niedużej bazy Sił Powietrznych Prakith. Podejrzewam, że to nie jest jedynie przykład, a i celowy ruch ze strony państwa, by ewentualnie zatuszować finansowanie naszej grupy po ewentualnej utracie funkcji. To naprawdę sporo, biorąc pod uwagę, że w wyniku tej "świętej wojny" straty gospodarcze z niestabilności państwowej są ciężkie do oszacowania. Jeśli uwiniemy się z tym wszystkim w ten rok, kiedy rząd może sobie pozwolić na bardziej śmiałe kroki - tez nie jesteśmy bez pomocy. Prezydent obiecał, że Prakith pomoże nam w spokojnym opuszczeniu planety - być może dofinansują nam ewentualny zakup innego terenu gdzieś indziej? To wszystko zależy od tego, jak potoczy się ta sprawa.

Objaśniłem Panu Vandelisowi również fakt, że aktualnie ciężko nam prowadzić działania wobec tajnej armii, która kryje się w niezliczonych kilometrach jaskiń. Podejmowanie jakichkolwiek działań własnych na chwilę obecną jest niemożliwe. Zapuszczanie się na terytoria kultu bez jasnych szlaków w większości przypadków oznacza zgubę. Póki sam kult nie wykona jakichś ruchów - nie możemy zrobić wiele. Doskonałym do tego będzie aresztowanie Rahadio Sanarisa. Odcięcie dostaw zaopatrzeń do kryjówek i zmuszenie kultu do tego, by musiał podejmować jakieś kroki poza powierzchnię. Miałem tutaj nieco akapitów odnośnie dalszych kroków w tym kierunku, jednak zakładały powodzenie misji Padawan Valo, więc dalej już szerszych planów snuć póki co nie mam podstaw. Mamy mapy od Sanarisa - nie znamy ich wiarygodności. Myślę, że pierwszym krokiem będzie faktyczne ugruntowanie się co do ich wiarygodności. Korzystając z okazjonalnej obecności Noshivarnianiego Miada w naszych progach, warto je z nim skonsultować. Szczerze wątpię, by znał "całość" tych nieskończonych jaskiń. Ale jako członek pewnej rodziny, na pewno powinien poznać te, w których się wychowywał. Na przestrzeni skali będziemy mieli chociaż szczątkową wiarygodność odnośnie ich autentyczności i tego, czy będą dla nas dalej użyteczne. Proszę jednak pamiętać, że sukces weryfikacji Miada nie koniecznie musi oznaczać pełną ich zgodność. To na tyle wielkie tereny i na tyle wielka mapa, że bardzo łatwo zmienić, zniekształcić, usunąć pojedyncze elementy tak, by było to niezauważalne, a kluczowe. Przy okazji też warto nałożyć ją na moją mapę "domniemanej aktywności kultu", którą skonstruowałem dawny czas temu - dzięki temu być może uda nam się znaleźć większe ogniska... Albo wręcz pójść tropem odwrotnym - zweryfikować gdzie ta aktywność jest jak najmniejsza, może i zerowa? W ten sposób być może udałoby się ustalić które z tych punktów są najbardziej istotne i ukrywane. Dalej pozostaje nam czekać i mieć nadzieje, że wrócimy do poprzedniego toru sukcesów.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Całość tego to tylko i wyłącznie moje spekulacje. Proszę nie brać tego wszystkiego jako pewniki - jeśli ktoś na podstawie tego obmyśli coś lepszego, rozsądniejszego. Komuś z Was da to nieco do myślenia przez proste podsumowanie, ktoś być może wpadł na coś synonimicznego - lecz rozszerzonego... Wszelkie uwagi będą na miejscu - pozytywne lub nie. Warto jednak trzymać się ogólnych informacji które są tam zawarte - polityka Prakith i metody funkcjonowania najwyższej admiralicji Sojuszu to nie są rzeczy, na które możemy mieć większy wpływ w szerszej perspektywie.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 24 sty 2019, 23:01

Mały zakładnik

1. Data, godzina zdarzenia: 21.01.19, 23:30-2:30

2. Opis wydarzenia:

Kilka dni temu wydarzyła się dość nietypowa sytuacja. Pod bramę, na śmigaczu podjechała pewna istota, mężczyzna. Droidy ochrony stwierdziły, że nie jest uzbrojona. Sądziłam więc, że nie mam się czego obawiać, zwłaszcza, że nie wyglądał na Kultystę. Nie możemy też popadać w paranoję. Zdarza się, że pod bazę przyjeżdżają ludzie normalni, zagubieni w górach wędrowcy, czy ktoś z paczką na ten adres. Na zewnątrz temperatury wynosiły ponad minus dziesięć stopni, więc wpuściłam go do środka.

Wypytałam go o to, kim jest… i tutaj zaczęło się robić nieco dziwnie. Twierdził, że jest prywatnym detektywem, który został wysłany przez dalszą część rodziny Aderbeenów. Miał dowiedzieć się dla nich czego tylko się da o losach Hanza Aderbeena wśród tutejszych “Mrocznych Jedi”. Standardowo powiedziałam, że od nas dużo niestety się nie dowie, Jedi już nie ma, a my przejęliśmy placówkę, by wykorzystać znajdujące się pod nią złoża wód mineralnych. Ten niezbyt się tym przejął. Jedną z części jego zlecenia miało być po prostu… zrobienie zdjęć miejsca, w którym żył. Kwater, kantyny, łazienek. Za tą rzecz miał dostać wypłatę. Oczywiście, nie zgodziłam się. Zaczął szantażować mnie, jako że “dziwnym trafem wyglądam jak kobieta z portu, gdzie Sullustanin zaatakował cywili”. Miał tupet… nie przejęłam się zbytnio, ale dałam mu alternatywę, że jeśli moi przełożeni wyrażą na to zgodę, sami wyślemy mu te zdjęcia, a jeśli ich nie dostanie, będzie mógł sobie szantażować. On dostanie to co chce, a nie będziemy mieli wszyscy problemów z wojskiem, które wciąż sprawuje pieczę nad tym miejscem w dużym stopniu. Nie spodobało mu się, chciał to zrobić samemu. Po chwili przybyła Mistrzyni, której też pomysł i zlecenie Kiffara wydały się… co najmniej dziwne. W końcu sfrustrowany mężczyzna ruszył w głąb bazy. Powinnyśmy były go zatrzymać, ale… nie wiem. Mistrzyni wezwała ochronę, żeby go przechwyciła i odprowadziła do wyjścia.

Nie zdążyli. Kiffar dotarł do kwater, a tam… wziął małego Neila za zakładnika. Okazało się, że był szpiegiem Yuuzhan Vong. Trzymał przy malcu coś, co miało być autonomicznym nożem. Nie wiem… Nie widziałam nic, poza uginającą się nieznacznie pod jego oporem na szyi mojego dziecka skórą. Był to jakiś kolejny wynalazek biotechnologii Yuuzhan. Chciał kryształ Mistrzyni. Kolejny raz próbowali, tym razem biorąc za zakładnika niewinne dziecko… Ale, ugh. Dobra… Postaram się opanować. Nie wiedziałam co zrobić, nie wiedziałam, czy Mistrzyni coś planuje. Ostrzegł nas, by nie próbować sztuczek z Mocą, bo nawet jeśli on zginie, to ostrze dopełni swego dzieła. Tanna w myślach przekazała mi, że podłożyła ładunki wybuchowe pod jego śmigaczem. Zasugerowałam, by miejscem wymiany było to, gdzie Kult zaatakował Redge’a. Miałam nadzieję, że Mistrzyni skontaktuje się z Mistrzem Bartem, który był przy majorze. Że ten przybiegnie tu i dzięki swojej szybkości uratuje Neila. Cóż… Tak się nie stało, albo nie zdążyło się stać. Powoli ruszyliśmy w stronę wyjścia, Kiffar cały czas trzymał rękę przy moim dziecku. Aż w pewnym momencie… oddalił ją o kilkanaście centymetrów. Nie wiedziałam skąd, nie wiedziałam jak. Wydawało się, jakby na moment stracił czujność. Nie mogłam czekać, musiałam wykorzystać moment. Chwyciłam myślami jego oddalającą się powoli rękę, w której miał nóż. Przyciągnęłam ją w swoją stronę, oddalając ją od małego Neila i ruszyłam. Uderzyłam w niego z pełnym impetem, złapałam Neila, obaj runęliśmy na ziemię, ale… zdążyłam. Wracające, niewidzialne ostrze zdezorientowanego mężczyzny wbiło w moje ramię, nie sięgnęło dziecka. Później dowiedziałam się, że to niezdecydowanie było dziełem Mistrzyni. Całe szczęście, że ona się tam pojawiła...

Od tego momentu… Wydarzenia trochę mi się mieszają. Ostrze musiało być zatrute. Czułam, jakby kwas wyżerał mi ramię. Mężczyzna zginął. Przejęcie małego Neila musiało wywołać jakiś bezpiecznik w nim zainstalowany, zginął chwilę po tym. Przyczyna: krwotok wewnętrzny. Ciało zabezpieczyły… zniszczyły Tanna z Niną, chyba zostało spalone. Mistrzyni oczyściła ranę, ale dopiero, gdy jeden z amphistaffow wbił się w moje ramię - powoli zaczynałam czuć ulgę. Na to wygląda, że potrafią one nie tylko wstrzykiwać, ale też wysysać toksyny będące tworem tych bestii, Yuuzhan Vong i robią to dobrze. Ramię się goi, nie czuję, jakby działo się z nim coś złego. Niewielka cena w zamian za to, co mogło się tamtego wieczoru wydarzyć.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Dla każdego, kto jeszcze tego nie zrobił. Priorytetem powinno być zaznajomienie się z raportem Rycerza Avidhala, który ukazał się kilka dni wcześniej.

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 27 sty 2019, 19:31

Bezsenność

1. Data, godzina zdarzenia: 20.01.19 - 27.01.19

2. Opis wydarzenia:


Nagrania wywiadu


Przez ostatni tydzień spędziłam większość swojego czasu na tłumaczeniu dostarczonych przez Wywiad Sojuszu nagrań, zebranych z najróżniejszych źródeł. Od nagrań przechwyconych przez satelity, po strzępki pochodzące bezpośrednio z losowych kamer podbitych placówek, monitoringów miejskich, podbitych orkętów, z których transmisję udało się jakoś Wywiadowi przechwycić. Najświeższe z nich pochodzą z systemu Constancia, część z Crystan V, pochodzenia reszty nie udało mi się zdefiniować. Były to setki godzin nagrań, w większości składające się jedynie z nic nie wartych szumów. Wykorzystałam znajdujące się w naszych archiwach aplikacje do analizy dźwięku i po odrzuceniu tych, które nie niosły ze sobą nawet najmniejszej wartości, wciąż zostało mi jakieś sto godzin. Przez ten tydzień udało mi się przebrnąć przez większość z nich, prawie osiemdziesiąt godzin nagrań. Większość z tego nie miała w sobie żadnej większej wartości, ale do wylotu pozostały dwa dni, więc czas najwyższy zsumować to, czego udało mi się z nich dowiedzieć.


Flota:

Jednym z najświeższych nagrań była rozmowa z systemu Constancia - kogoś, kto tytułował się “Subkomandorem”, podwładnym “Lorda Wojennego” Khsatsa Choki. Mówił o flocie, jaką będą dysponować - dwóch Kor Chokkach. Tylko tych dwóch i to w kontekście całej jego floty.

Ukryte:


Na tle 78 godzin nagrań jestem prawie z całą pewnością w stanie stwierdzić, że Kor Chokki są tylko dwa. Jeden z nich jest starszym, zasłużonym okrętem nazwanym “Zdobywcą Yun-Yuuzhana”, drugi jest stosunkowo świeżą konstrukcją, zbudowaną ze szczątków innych biotechnologicznych okrętów straconych w bitwie pod Ebaq IX, nazwany “Opoką Yuuzhan”. Z pewnością wśród Yuuzhan panuje też powszechne spojrzenie, że są to okręty flagowe ich floty. Wśród nagrań pojawiały się również wspomnienia o innych ich statkach, lecz poza samymi nazwami nie mówili dużo więcej.

-Miid ro'ik,
-Matalok,
-Vua'spar,
-A-vek iiluunu,
-Ro'ik chuun m'arh,
-I'Friil Ma-Nat,
-Yorik-Strohna “Okret zwiadowczy”,
-Suuv Ban D'Krid.

Dalej, wychwyciłam też rozmowy o nadchodzących ruchach ich floty, wylocie na Zamael i Kalist VI. Z tego co wiemy, Zamael prawdopodobnie już zostało zaatakowane, więc kolejnym ich celem może zostać Kalist VI, najpewniej planeta w systemie Kalist.


Dowódcy:

Wśród rozmów między nimi udało mi się również wychwycić co najmniej kilka, w których poruszony został temat innych dowódców, poza Khsatsem Choką - “Lordem Wojennym”, stojącym na czele wszystkiego.

-Hras Choka - dowódca przynajmniej części floty, strateg.
-Wraog Shai - wydaje się kimś podobnym do Hrasa Choki, ale chyba bardziej skupionym na inwazjach lądowych.
-Hagub Rapuung - ciężko było mi zinterpretować, o co dokładnie chodziło w jego wypadku. Z pewnością jest kimś ważnym, znaczącym, mającym duży udział w planowaniu nadchodzących strategii.


Poglądy:

Najwięcej z tego wszystkiego stanowiły rozmowy między zwykłymi jednostkami, żołnierzami. W dużej mierze jest to potwierdzeniem tego, co już wiemy, bądź przypuszczaliśmy. W generalnym znaczeniu Yuuzhan są przekonani, że Yuuzhan-tar musi być światem “Tchnienia”, Mocy, tak jak ich pierwszy dom - przemilczana Zonama Sekot. O tym, że “Najwyższy dowódca” - najpewniej Shimmra - stworzył fałszywy Yuuzhan-tar - na Coruscant - w którym nie było “Tchnienia”. Wierzą dogłębnie, że pod przywództwem Khsatsa Choki są w stanie odzyskać prawdziwy Yuuzhan-tar, a razem z nim “Tchnienie Yun-Yuuzhana”, każdy jeden z osobna. Jest to ich największy cel, największa ambicja, za którą z radością prawie wszyscy z nich oddadzą życie, choćby nawet za najmniejszą szansę. Przekonani są, że
Yun-Yuuzhan, ich bóg wymaga od nich poświęcenia. Że tylko poprzez podążanie wskazaną przez Khsatsa Chokę drogą, poprzez odzyskanie prawdziwego Yuuzhan-tar są w stanie odzyskać Tchnienie. Dopiero wtedy zapracują na łaskę Yun-Yuuzhana. W tym praktycznie wszyscy są tacy sami, tak samo fanatyczni.

Nawet wśród ich najprostszych żołnierzy pojawiają się niewielkie podziały. Część z nich wydaje się ubolewać nad zamordowanymi istotami, przynajmniej nad niektórymi z nich. Większość jednak mówiła o uldze, gdy przytaczał się temat zabitych istot. Istot, które tworzyły wydaje się najstraszniejszą dla nich rzecz - droidy. Ich strach przed technologią, przed droidami wydaje się wszechobecny. Mówią o niej, jak o czymś, co jawnie zagraża im, ich rodzinom, ich życiu. Nawet w tym obcym głosie, z kontekstu można wyczuć przerażenie i obrzydzenie, jakie to za sobą ciągnie.

Ukryte:


Kilka razy też wspomnieli o nas, o “Jeedai”. O Mistrzyni Vile, o Rycerzu Fenderusie, Rycerzu Avidhalu, a także o naszych amphistaffach i o Ego. Przy tym zdarzało się, że pojawiała się nuta zwątpienia. Zastanawiali się, czy to nie znak, że popełnili błąd, że Yun-Yuuzhan się od nich odwrócił, że kapłani wskazali im złą drogę.

To jednak wszystko, co udało mi się wyciągnąć z tych nagrań. Wiele szczątkowych informacji, które mogłyby do czegoś się przydać. Najpilniejszą z nich wydaje się następny, prawdopodobny cel ich ataku - Kalist VI, chociaż nikogo nie powinno to dziwić. Kalist jest systemem znajdującym się pomiędzy Zamael, a Byss.


Podstęp


Ponad te tłumaczenia, udało mi się też wyjść z pewną koncepcją. Tutaj jednak powinniśmy postępować bardzo ostrożnie. HDR chyba słusznie przeanalizował, że w takim samym stopniu może nam to pomóc, co zaszkodzić, zależnie od tego w jaki sposób to rozegramy, jeśli w ogóle. Przechodząc jednak do sedna…

Nie wiemy wiele na temat planów Yuuzhan, jaki tak naprawdę cel ma flota, która zniknęła gdzieś na zachodzie Jądra. Jest jednak coś, co wiemy. Otóż - Khsats Choka we własnej osobie. Wiele razy już pokazał swój sposób działania i nie mówię tu o flocie, strategii. Pierwszym, jednym z wielu przykładów tego jest bitwa nad Dremulae, w której brali udział Padawan Saarai i Accar. Większość z Was najpewniej to pamięta. Na planecie znajdował się bunkier strzegący strategicznej instalacji - tarcz planetarnych. Yuuzhan wysłali na miejsce niewielki oddział naziemny, a za nimi ruszyli Padawani. Otóż - kogo zastali na miejscu? Khsatsa Chokę we własnej osobie. Mimo toczącej się w kosmosie bitwy, mimo tysiąca rzeczy jakimi “Lord Wojenny”, ich najwyższy dowódca mógł się podczas niej zająć - pojawił się tam. Ruszył na szpicy oddziału specjalnego, mającego za cel zniszczenie strategicznej placówki na terenie wroga. Nie boi się ryzykować, ruszać na czele ataku, prowadzić swoich podopiecznych ramię w ramię. Takich działań było też więcej, czego świadkiem jest chociażby Rycerz Avidhal, pewnie jeszcze wielu z Was. To zaś może bylibyśmy w stanie wykorzystać. Jeśli znajdzie się odpowiedni cel, odpowiednia okazja, w ostateczności odpowiednia bitwa - są duże szanse, że Khsats Choka pojawi się tam osobiście, a my moglibyśmy zastawić na niego pułapkę. Pojmać, lub zgładzić “króla”. Z pewnością nie byłoby to łatwe, ale wydaje się osiągalne.

Pojawia się jednak kolejny problem, nawet gdyby nam się to udało - otóż, reakcja wroga. Prosiłam HDR o analizę. Przy najbardziej typowych okolicznościach nie da się tego przewidzieć. Istnieją jednak dwie, równie sobie prawdopodobne opcje. Albo wojsku przeciwnika (które wydaje się jak dotąd działać na poziomie stu procentowym) spadnie morale o jakieś dwadzieścia procent. Pojawią się kolejne zwątpienia, przez co będą mniej efektywni, albo staną się jeszcze bardziej zawzięci, przestaną tak bardzo liczyć się ze stratami i całe to przedsięwzięcie obróci się przeciwko nam. Wszystko to zależy od tego, w jaki sposób byśmy to rozegrali. Sama widzę też w tym możliwość przemówienia do Hrasa Choki, który z relacji Rycerza Fenderusa i Uczeń Saarai wydaje się znacznie bardziej rozsądnym “z dwóch”. Pewnym jest, że nim podejmiemy jakiekolwiek działania powinniśmy to dobrze przemyśleć. Czym, w jaki sposób i czy w ogóle próbować informować Yuuzhan Vong o naszym dokonaniu. Możemy w ogóle to przemilczeć, ale wtedy pozbawimy się jakiejkolwiek kontroli nad tym, co z tego wyniknie, poza chwilowym okresem “bezkrólewia”, który wśród nich zapanuje. Dowódców jest wielu, któryś z nich może przejąć jego stanowisko i najpewniej tak zrobi, a poza Hrasem Choką nie wiemy o nich nic.

Adept Morghan rozwinął tą koncepcję w ciekawy sposób. Po pojmaniu Khsatsa Choki moglibyśmy odnieść się do ich wierzeń. Do tego, że taka była wola Yun-Yuuzhana, że wszyscy oni podążają błędną ścieżką. Zagrać na ich wątpliwościach, celach i przekonaniach, jednocześnie przemilczając to, że pojmanie Khsatsa Choki było przez nas zaplanowane. Tak potoczył się los, on wpadł w nasze ręce, tak wyglądało jego przeznaczenie. Może dojdzie wśród nich do rozłamu, konfliktu wewnętrznego, może otworzy nam to lukę na rozmowę z Hrasem Choką, bądź kimś innym. Nie wiem, a raczej - nie czuję się na siłach, by wyrazić pewność czegokolwiek w tak ryzykownej i niepewnej sytuacji.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 03 lut 2019, 15:45

Światostatek na Szlaku Byssańskim

1. Data, godzina zdarzenia: 02.02.19, 21:30-0:30

2. Opis wydarzenia:

Problemy z panem Leeckenem przeszły do codzienności pokazującej, jak wygląda opieka nad chorym na uszkodzenia mózgu... Który dla dodania smaku sprawie jest cyborgiem. Z Rycerzem Avidhalem, Padawanką Alorą i mną skontaktowano się z Odika II połączeniem priorytetowym, przez spanikowanego Rodianina. W świetle nadchodzących wydarzeń brzmiało to przerażająco, ale okazało się, że to sprawka Majora. Zrobił coś ze swoją protezą, wykorzystał ją jako narzędzie do uszkodzenia mechanizmów zamków magnetycznych i uciekł ze szpitala, porywając czekający w pobliżu prom i uciekł z Odika. Wymontował systemy namierzające i zwiał. Rycerz Avidhal szybko zaczął łączyć się z nim prywatnie. Sprawcą były kolejne chwile zaćmienia umysłu, mylone planety i osoby. Szczegóły urojeń nie mają znaczenia. Notes, na którym zapisywał, gdzie jest i co się dzieje, uszkodził się. Poza dorobkiem nerwów i stresem nie stałoby się nic szczególnego, oprócz męczącego docierania człowiekowi do rozumu, gdyby nie to, że stwierdził, że ma halucynacje i widzi latający dysk z ramionami. To nie były halucynacje. To był Światostatek. Naszemu przerażeniu nie miało końca, krzyczeliśmy na pół hangaru. Major próbował natychmiast uciekać, ale statek wykrywał “cień masy”. Wybuch zerwał połączenie. Wpadliśmy w rozpacz. Wszystkim załamanie ścisnęło gardła.

Nasz żal okazał się przedwczesny. Major przeżył, musiał odlecieć dość daleko, albo Światostatek zmienić kierunek, lub go zignorować. Skoczył w niestabilny tunel, co po jednej milionowej sekundy wyrzuciło go kawałek dalej, ze zwęglonymi tarczami i wieloma systemami promu. Na szczęście zapewniliśmy mu pomoc. Żołnierze z Odika II zapewnili, że to się nie powtórzy i przeznaczą dla Majora procedury bezpieczeństwa dla najgorszych więźniów.

Nie pisałbym o tym pełnego raportu, gdyby nie to, co stało się godzinę później. Ten sam Światostatek wkroczył w system Prakith. Daje to dowód teoriom Rycerza Avidhala, że porusza się on omijając jakoś normalne tunele, a poza tym bardzo szybko. Rząd Prakith kazał obywatelom pozostać w domach, a z nami skontaktowało się WSK. Wojsko Prakith było przekonane, że Światostatek zmierza nad Prakith i chce nas zaatakować. Radości WSK nie było końca. Płakali ze śmiechu, że Yuuzhanie chcą zrobić coś takiego. Generałowie Prakith roztropnie uznali, że może to być próba obejrzenia obrony. Okazało się, że nie byle czym, ściągali na Prakith asteroidę o średnicy 100 kilometrów. Przez moment nigdy nie byłem tak przerażony, ale to jeszcze bardziej rozbawiło WSK. Nie wierzyli, że Yuuzhanie mogą być tak głupi, by atakować takim “wypierdkiem” i sądzili, że to fortel poprzedzający zrzucenie czegoś większego. Nie pytajcie mnie o ich rozum.

Generałowie Prakith zlecili obliczenia, jak dużego procenta sił obronnych trzeba, by wysadzić to w pył bez śladu, aby zaatakować tylko niezbędną siłą. Kazali naszym flotom ewakuować się za Prakith, bo im Światostatek mógł zagrozić. Wojsko skończyło kalkulacje i czekało. Z Rycerzem i Alorą udaliśmy się obserwować atak, ale z tej wysokości wyglądało to jak plamka na szybie... Aż Yuuzhanie zrzucili planetoidę, a Prakith odpowiedziało ogniem. Nie byliśmy z Rycerzem zbyt mądrzy, idąc się na to gapić. Oślepiło nas tak, że przez kilka minut nie widzieliśmy niczego. Artyleria Prakith zmieniła planetoidę w popioły. To czego nie spaliła orbita, spaliły tarcze planetarne. Nie widzieliśmy z Rycerzem niczego, lecz w tym czasie Światostatek wisiał nad Prakith. Według dowódców wojska, na granicy zasięgu artylerii. Dowódcom wydawało się pewne, że chcą wybadać możliwości lokalnych sił. Rozważano zmobilizowanie naszych flot przy wsparciu artylerii Prakith, co wydawało się aż zbyt kuszące. Zanim podjęto decyzję, Światostatek odlecia, a my zostaliśmy, z plamą przed oczami. Rozważano, czy nie było to ukrycie działań na planecie Rake, ale została tylko na moment zakryta przez Światostatek, tak jak inne planety po drodze. Padawan Alorze przypomniało to o tej kwestii i zaczęła pytać o zmiany na Rake. Do takich nie doszło, zespoły naukowe dwoją się i troją i badają wszystko na temat planety. Przed pracami Garrina Sula ciśnienie pod skorupą zwiększyło się o ułamek procenta, który powinien zmieniać się jednak, gdyby planeta postarzała się o tysiąc lat. Od czasu, gdy Garrin Sul zakończył śledztwo, nic na Rake się nie zmieniło. Alora podejrzewa, że hodują coś głęboko pod Rake, co może żywić się energią geotermalną. Temperatura na całym Rake spadła o średnio 0,7 stopnia. Rycerz Siad pytał o skutki nawet profilaktycznej ewakuacji Rake i bombardowania orbitalnego, ale WSK wykluczyło taką możliwość. Prakith mogłoby popaść w ruinę. Pracuje tam 50 tysięcy ludzi w wydobyciu minerałów, którzy z kolei zapewniają 20 procent materiału dla przemysłu na Prakith i powiązanych usług. Prakith zaczęłoby upadać. Rycerz stwierdził, że zniszczenie Rake mogłoby posłużyć Yuuzhanom do rozbicia Prakith od środka gospodarczo, aby móc je łatwiej pokonać. I mi i WSK wydawało się to logiczne w zestawieniu z historią Yuuzhan. Szczegóły w razie potrzeby niech opisze Padawan Alora, to niejasny dla mnie temat. Pojawiały się inne rozważania, które na razie zostają w sferze domysłów. Podejrzewano, że planetoida może być naszprycowana czymś chemicznym. Nie miało to znaczenia, została doszczętnie spalona. Nawet popiół nie przedostał się na Prakith. A to wszystko tylko używając połowy dział. Dowódcy roztropnie użyli tylko tego, co niezbędne, aby nie ukazać siły.

Dzień zakończyła wizyta wysłannika Yuuzhan Vong. Ominę przygotowania do walki, napędziło to nerwów. Wysłannik przekazał zakrzywiony miecz Rycerza Ezequiela Thaxtona. Podobno sam Khsats Choka zmierzył się z nim w osobistym pojedynku. To najwyraźniej autentyczny miecz zaginionego Rycerza. Według wojsk Prakith, atak na pewno nie miał na celu przemycenia tej broni. Nie przedostało się nawet ciepło z eksplozji nad orbitą. Dodam, że jestem pełen podziwu dla perfekcyjnego zorganizowania wojska Prakith i jego potęgi zbrojnej, której nigdy nie widziałem na własne oczy. Śmiało porównywali się do Coruscant, mówiąc, że taki atak mógłby wyrządzić szkody im, ale nie Prakith. Patrząc po popisie technologicznym, ich wiara wydaje się dobrze uzasadniona. Względem miecza największe poparcie zdobyła moja hipoteza. Według niej, Yuuzhanie mogą przemycać drobne rzeczy na promach cywilnych, po kryjomu. Nic to trudnego dla nich. Wiemy, że i tak ich małe komórki chowały się na Prakith.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego: (thx za poprawki @Siad)

4. Autor raportu: Adept Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 65
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 04 lut 2019, 22:14

Sztab kryzysowy
Obrazek

1. Data, godzina zdarzenia: 29.01.19, 20:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Razem z Mistrzynią Vile, Rycerzem Avidhalem, Padawan Saarai i Adeptem Morghanem wyruszyliśmy na obrady z dowództwem Sojuszu Galaktycznego na terenach Głębokiego Jądra, admirałem Leman i generałem Kaa. Spotkanie rozpoczęte zostało poprzez wstępną analizę sytuacji i przedstawienie najnowszych symulacji dotyczących najkorzystniejszego dla nas scenariusza - skupienia obrony nad planetą Odik II, później Prakith.


Szacowany skład i ruchy wrogiej floty

1x Koros-Strohna,
2x Kor Chokk,
2-4x Miid Ro'ik,
2-4x Matalok,
3-4x Suuv Ban D'Krid,
3-4x Ummufalh,
~50x Mniejsze jednostki wroga,
Liczona w tysiącach ilość skoczków koralowych, myśliwców.

Pewni jednak jesteśmy jedynie największych zagrożeń, to jest obecności jednego Koros-Strohna i dwóch Kor Chokków. Cała reszta sił Yuuzhan Vong została oszacowana na podstawie szyków i składu flot atakujących Dremulae i Cambrię. Jest to najdokładniejsze wyliczenie na jakie aktualnie nas stać, na podstawie posiadanych przez Sojusz informacji.

Siły wroga jak na razie podzieliły się na na trzy grupy. Pierwsza z nich doprowadziła do zniszczenia IV floty patrolowej w okolicach systemu Byss, druga i trzecia, których skład jest nieznany zaatakowały systemu Zamael i Kalist. Pierwszy z nich został zaatakowany wcześniej, z Kalist zaś stracono kontakt na kilka dni przed spotkaniem. Od tego momentu nie otrzymano z Kalist żadnych wieści. Według danych Sojuszu Galaktycznego stacjonujące tam siły nie miały szans w starciu z Yuuzhan, więc nie jesteśmy w stanie nic tutaj zrobić. Jedno wydaje się pewne - ich główne siły zmierzają w stronę Byss. Każdy kolejny cel, każdy kolejny system znajdował się coraz bliżej. Jeśli to jest droga, którą zamierzają dotrzeć na Prakith, będą musieli wpierw przejść przez Odik II.

Istnieją także doniesienia o ruchu mniejszych sił, których ilość niemożliwa jest do oszacowania - na wschód Galaktycznego Jądra - najprawdopodobniej mających na celu atak na zajętą przez imperialne siły Ord Trasi stocznię w systemie Hakassi i późniejsze okrążenie szlaku Byss od północy.


Hakassi i Viscount

Stocznia jest wyjątkowo strategicznym punktem jeśli chodzi o obronę całości Głębokiego Jądra, jako miejsce najlepiej przystosowane do zaopatrzenia i naprawy okrętów. Z każdym dniem tworzone są kolejne części zamienne, kluczowe dla jednostek komponenty, kanonierki “Warrior” i myśliwce “XJ3” X-Wing. Jest także pierwszym punktem dzielącym północ Jądra od floty Khsatsa Choki, w którym stacjonował onderoński Gwiezdny Obrońca klasy Viscount. Wszystkie symulacje, o których mowa będzie w dalszej części niestety pokazały, że rozdzielając nasze aktualne siły nie mielibyśmy żadnych szans na przetrwanie bezpośredniego ataku na Odik II, który jest ze wszystkich jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, stąd też oddelegowanie części floty najpewniej byłoby naszą zgubą.

Istnieje jednak inne rozwiązanie, z którym musieliśmy się zgodzić - zaminowanie systemu. Nie jest to rozwiązanie idealne, jednak jeśli mniejsze siły Yuuzhan Vong będą próbowały ataku na stocznię, miny skutecznie powinny ich spowolnić, uszkodzić. Na tyle by Hakassi było w stanie się ewakuować, bądź nawet całkowicie oprzeć się wrogiemu natarciu. Praktycznie natychmiastowo do tego zadania oddelegowani zostali saperzy i technicy, którzy w tym momencie najpewniej są już na miejscu. Stacjonujący tam Viscount powinien być już w drodze na Odik II, co tyczy się zaś reszty sił z Hakasi - o tym będzie musiał zadecydować ich przełożony, gubernator Paquin Deshan - czy pozwoli sobie na wysłanie ich na Odik, ryzykując zagładę swojego nowego domu w razie ataku. Na ten moment pod uwagę wzięty został wyłącznie Viscount.


Symulacja i analiza przebiegu bitwy nad Odik II

Dowództwu Sojuszu Galaktycznego i ich najlepszym specjalistom udało się przeprowadzić wiele symulacji, które dotyczyły obrony na Odik II. Przy tym jedyne względnie pozytywne wyniki uzyskane zostały w momencie wzięcia pod uwagę wszystkich sił, którymi dysponujemy. Flota z Odik II, obrona planetarna, Pierwsza Flota, siły Bothan, Christophsis, jak i nieoceniony atut, którym jest ciężki krążownik klasy Viscount. Dzięki tym siłom, prawdopodobnej strategii Yuuzhan i nowatorskiej nowej taktyce opracowanej przez Sojusz na walkę z Kor Chokkami - niektóre z nich kończyły się naszym zwycięstwem, jeśli odjąć jeden czynnik - Koros-Strohna, światostatek... ale po kolei:

Siłom Sojuszu udało się opracować strategię na walkę z tymi monstrami. Kor Chokki mają potężne uzbrojenie, jednak skierowane wyłącznie w jedną stronę. Dodatkowo, charakterystyką najbliżej im do wielkich stacji kosmicznych o rozpiętości od siedmiu do dziewięciu kilometrów, przy czym też poruszają się bardzo wolno. Ich siła ognia jest w stanie w kilka salw zniszczyć niechroniony tarczą kontynent, zaś tarcze, które stanowią wrośnięte w pokład dovin basale są równie ciężkie do przebicia. Powiedziałabym, że idealna jednostka do walki z obroną planetarną, czy z wielkimi, wolnymi okrętami. Udało się jednak znaleźć jedną jego słabość, otóż dovin basale na Kor Chokku, jak na wszystkich jednostkach Yuuzhan pełnią dwie funkcje w bitwie - przejmują obowiązki silnika, albo tarczy. Stąd też, jeśli je okrążyć, zmusić do obrotu, do ruchu, tarcze tego monstrum bardzo osłabną, dodając do tego wszystkiego także wpływ Immobilizerów przystosowanych do zakłócania. Do tego stopnia, że dowództwo jest pewne, że są w stanie sobie z nimi poradzić przy sprzyjających warunkach. Z tym, że ich neutralizacja musi być szybka, tarcze planetarne Odik II długo nie wytrzymają ich ostrzału, stąd wszelka pomoc w osiągnięciu tego celu, zmuszenia Kor Chokków do manewrów będzie kluczowa dla przebiegu nadchodzącej bitwy. Dodatkowo, Kor Chokki zawsze pojawiają się na przodzie formacji wroga, z racji braku mobilności, co może wystawić je na temu podobne manewry. Jednym z dodatkowych, wciąż kluczowych aspektów w tym może być udział naszych Immobilizerów, które mogłyby rozpocząć spychanie dwóch Kor Chokków na siebie, przy tym wymuszając kolejne działania na dovin basalach, otwierając je na ostrzał. Zgranie wspólnych wysiłków w czasie będzie kluczowe.

Z resztą nasze siły będą musiały uporać się w konwencjonalny sposób. Ostateczna formacja obronna floty i jej ruchy zostaną ustalone przez dowództwo, z racji największych kwalifikacji pod tym względem. Czego jesteśmy jednak pewni, to że flota Christophsis z racji przestarzałego sprzętu będzie za głównymi formacjami - służyła jako siły wsparcia.

Wciąż… pozostała jeszcze kwestia Koros-Strohny.


Udział Jedi

Bezsprzecznie najważniejszym osiągnięciem obrad było opracowanie sposobu na zniszczenie światostatku. Na podstawie informacji zdobytych przez Rycerzy Jedi Siada Avidhala i Fenderusa wiemy, że o ile z zewnątrz poszycie usłane dovin basalami jest praktycznie niemożliwe do przebicia, tak ten okręt posiada bardzo słaby punkt wewnątrz. Mowa o dziesiątkach, może setkach miejsc, które zwą się “Maw Luur”. Okręty Yuuzhan Vong, jak większość ich biotechnologicznych tworów są na wpół żywe, a maw luur to właśnie układ trawienny Koros-Strohny. To za jego pośrednictwem jest on “karmiony”, z tych punktów substancje najróżniejszej maści dostarczane są do układów na całym statku. Przypuszczamy, że są na tyle wrażliwe, że poważne zakłócenie działania jednego z nich - zatrucie - doprowadzi do reakcji łańcuchowej, która zniszczy go od środka. Wprowadzenie w to miejsce nawet małej ilości związku stworzonego specjalnie na takie okazje, wyspecjalizowanego w zatruwaniu biotechnologii Yuuzhan Vong, zwanego jako Alpha Red powinno zadziałać właśnie tak, z nawiązką. Tak oto narodził się plan samobójczej misji Rycerza Avidhala, który po długich dyskusjach przekształcony został w operację, którą przeprowadzi droid w naszym posiadaniu. Jednostka nadrzędna naszej ochrony, która w umiejętnościach bitewnych, inteligencji, analizy i autonomiczności nie ma sobie równych. Ma dodatkowo jeden znaczący atut - potrafi stworzyć hologram, który sprawia, że wygląda jak wojownik Yuuzhan Vong. Sprawdzona już w akcji przez nas metoda, Yuuzhan Vong nie zorientowali się wtedy, nie powinni zorientować się teraz. Poprzez modulację głosu dodatkowo może brzmieć, jak jeden z nich. Będąc w środku nie powinno sprawić mu większych trudności zatrucie Koros-Strohny. Kolejna kwestia, to dostanie się do środka.

Według szacunków dowództwa Odik II, światostatek powinien pojawić się na samym końcu formacji, jako centrum dowodzenia nacierających sił. Tutaj będzie potrzebna pewna dywersja. Aktualny plan przedstawia się tak: Gdy światostatek pojawi się, w momencie zostanie obrany za cel przez naszego sojuszniczego yammoska, który pokazał już swoje umiejętności podczas bitew nad Onderonem i Dremulae. Z pomocą zakłócaczy z krążowników Immobilizer 418 jego pierwszym zadaniem będzie wprowadzenie chaosu, walka umysłowa z yammoskiem dowodzącym znajdującym się na Koros-Strohnie. W następnej kolejności z sąsiedniego systemu nadleci nasz statek, wychodząc z nadświetlnej w pobliżu jego pozycji. Myśliwiec ten najprawdopodobniej będzie obudowany szczątkami biotechnologicznego poszycia ze zniszczonych statków. Droid ten będzie w posiadaniu jednego z naszych udomowionych amphistaffów, by sensory wroga odkryły w nim biotechnologiczne życie. Nie mamy jednak pewności, jak one działają dokładnie, stąd też liczymy, że chaos wprowadzony przez naszego yammoska i Immobilizery 418 zagra na naszą korzyść. Gdy nasz pojazd zbliży się do szczęk Koros-Strohny, jedynego wejścia do hangaru, nasz yammosk spróbuje na chwilę je uchylić, dając HDR możliwość dostania się do środka. To będzie trudniejsza część. Gdy już znajdzie się w środku - jesteśmy pewni, że podoła zadaniu. Niezauważony, bądź zostawiając za sobą zastępy wojowników Yuuzhan Vong dostanie się do maw luura i zniszczy światostatek. Bezcenną też pomocą w tej części byłaby eskadra ochotników, która zrobiłaby wszystko, by odwrócić uwagę dovin basali i Yuuzhan od naszego przebierańca. Ochotników, bo nie możemy się oszukiwać. Pod każdym względem ich misja będzie samobójczą, biorąc pod uwagę potęgę władania grawitacją, która jest w mocy tych stworzeń, dovin basali, którymi poszycie jest wręcz utkane.

Alternatywnym, znacznie bardziej niebezpiecznym i zależnym od sytuacji rozwiązaniem byłaby próba przejęcia Koros-Strohny, jeśli naszemu droidowi udałoby się dostać się do ich yammoska dowodzącego, zabić go - co wcale nie jest tak nieprawdopodobne, jak na pierwszy rzut oka może się wydawać. Wtedy nasz sojuszniczy yammosk mógłby przejąć kontrolę - nawet jeśli chwilową - nad tym masywnym okrętem, rozpędzić go, staranować Kor Chokki, staranować inne jednostki wroga. Rozwiązanie to jest jednak dużo bardziej ryzykowne pod wieloma względami. Odnalezienie yamoska dowodzącego na statku, którego średnica sięga kilkunastu kilometrów może zająć dłużej, niż to na co możemy sobie pozwolić, oraz nawet już po sukcesie - Koros-Strohna z rozpędu mógłby uderzyć w Odik, anihilując całą, bądź większość populacji i infrastruktury.

Dalej, udział Jedi pokroju generał, Mistrzyni Vile, czy Inkwizytora Barta również mógłby być bardzo pomocny dla działań floty i to… z powierzchni planety. Powiedzmy, że korzystając ze źródeł Mocy zgromadzonej na planecie są w stanie zmieniać pozycje, kierunki działania dovin basali na okrętach wroga. W każdym przypadku takie działanie może tworzyć dziury w szczelnych, grawitacyjnych tarczach Yuuzhan Vong, ułatwiając naszym okrętom przebicie. Jeśli infiltracja Koros-Strohny skończy się fiaskiem, będzie to jedyna możliwość na jego pokonanie. Jedi z ziemi będą musieli zadziałać w jednym punkcie, by otworzyć okno na zmasowany atak w to jedno miejsce. Szacujemy jednak, że do tego potrzebni byliby przynajmniej trzej, a tylu na Odik nie będziemy mieli. Każdy z nich byłby w stanie zadziałać tylko na jednego dovin basala, a dwa w przypadku Koros-Strohny mogą nie wystarczyć. Zakładając jednak, że plan zniszczenia światostatku się powiedzie, poza tworzeniem luk w tarczach byliby w stanie odwracać “ciąg” dovin bassali na Kor Chokkach. Nie wiemy na ile marginalne może być to działanie, ale może być to kolejną cegiełką w zjednoczonych działaniach mających na celu osłabienie ich tarcz i szybkie zneutralizowanie.

W razie konieczności niezdolni do temu podobnych czynów - powiedzmy sobie szczerze, będących wyzwaniem nawet dla najbardziej wybitnych z naszych Mistrzów - będą w stanie wesprzeć oddziały naziemne, w przypadku gdyby Yuuzhan jakimś cudem przedostali się na powierzchnię planety, w okolice strategicznych punktów.


Porażka

Musimy też wziąć pod uwagę to, że to wszystko może się nie udać. Możemy nie być w stanie pokonać floty Yuuzhan Vong nad Odik II. Jeśli takie też niefortunne okoliczności nas spotkają - musimy pamiętać, że pozostaje wciąż Prakith. Miejsce, gdzie możemy mieć kolejną szansę, główny cel natarcia Yuuzhan Vong, po którego zdobyciu nasza galaktyka będzie musiała liczyć się z ewentualną, praktycznie nieuniknioną zagładą. Jeśli dowództwo zadecyduje, że nie ma innego wyjścia, że Odik jest stracony - wszystkie zdolne do tego jednostki będą musiały uciec. Pewnie wszelkie związane z tym scenariusze jeszcze nie raz zostaną omówione między dowództwem Odika II, a admirałami i dowódcami walczących razem z nami flot i okrętów, którym, wykorzystując okazję - chciałabym serdecznie podziękować. Niech Moc będzie z Wami.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Raport został przesłany do wszystkich dowódców sprzymierzonych flot.

Ponad to o czym tutaj wspomniane, pozostaje nam jedna kwestia do omówienia, tym razem bardzo prywatnie. Otóż, jak Mistrzyni stwierdziła - za wszelką cenę nie możemy dopuścić do tego, żeby Prakith wpadło w ręce Khsatsa Choki. Jako ostateczne rozwiązanie zaproponowała zniszczenie planety. Gdy już wszystko będzie przesądzone, może to być jedyna rzecz, która utrzyma naszą galaktykę przy życiu. W konwencjonalny sposób? Za pomocą Mocy? Nikt raczej pewny nie jest tego, czy to w ogóle wykonalne. Jedno jest pewne, to bardzo niebezpieczny temat, dlatego zalecam powściągliwość w dyskusjach przy osobach z zewnątrz. Nie muszę raczej mówić o tym, co by się stało, gdyby WSK, agentura, rząd przypadkiem usłyszeli o takich ewentualnościach. Musimy dobrze to przemyśleć, niż zaczniemy brnąć z tym gdziekolwiek dalej.

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 11 lut 2019, 18:05

Jądro ciemności
Prakith - jaskinie Kultu


1. Data, godzina zdarzenia: 10.02.19 godz. 22.00 - 04:30

2. Opis wydarzenia:

Późnym wieczorem skontaktowało się z nami WSK. Chcieli pilnie rozmawiać z Mistrzynią bądź Rycerzem Thaxtonem (najwidoczniej nie wiedzą, iż ten nie żyje). Potrzebowali pomocy silnego duetu, obeznanego w Mocy, zatem również i ja zostałam zaproszona do tej rozmowy. Trwała ona krótko i była, jak przystało na WSK, konkretna. Podczas badań jaskiń Kultu ich czujniki wykrywające wszelkie spaczenia, anomalie – ogólnie nieprawidłowości Mocy – zaczęły wariować. Odczyty przekraczały skale, urządzenia się psuły. WSK nie miało pojęcia co się dzieje i potrzebowali naszej pomocy. Możecie więc wyobrazić sobie skale tego zjawiska już teraz. Ubrałyśmy się więc cieplej z Mistrzynią, by już po chwili lecieć w wyznaczone koordynaty podstawionym przez WSK G-Wingiem.

Przed wydrążonym przez WSK tunelem znalazłyśmy obiecany w rozmowie z nimi sprzęt. Skrzyneczkę podpisaną pięknie „Nie dotykać KURWA” przez całą drogę dzierżyła Mistrzyni. Przedzierałyśmy się przez wąski, coraz ciemniejszy wyłom, by wyjść w ogromnej jaskini, która do złudzenia przypominała tę, w której byłam parę miesięcy wcześniej – mimo ciemności, które w niej panowały byłam w stanie dostrzec łudzące podobieństwo.
Mistrzyni ostrzegła mnie przed tym miejscem. Ostrzegła przed potęgą Ciemnej Strony i konsekwencjami walki z nią. Nie musiała tego robić, bo im bliżej jaskini się znajdowałyśmy tym większą pustkę w Mocy czułam, tym silniejsze podszepty Ciemnej Strony, tym potężniejsze spaczenie. Ta podróż była jak wędrówka w stronę szamba – odrzucał mnie każdy kolejny krok, mój umysł błagał o zawrócenie. Czułam się przytłoczona przez wszechogarniającą ciemność, czułam jak Ciemna Strona zalewa wszystko. Jedynie bariera mentalną, którą postawiłam wokół swojego umysłu chroniła mnie przed mroczną energią, która próbowała opanować mój umysł. A nie byłyśmy nawet blisko źródła.

W jaskini nasze holodaty straciły zasięg. Moja padła zupełnie. Już po paru krokach, napotkałyśmy Kultyste (choć w mrokach jaskini przemknął jeszcze jeden). Nalegał… wymagał od nas byśmy natychmiast opuściły jaskinie. Ostrzegał nas, że mamy mało czasu, choć trafniej byłoby określić to mianem gróźb. Drążyłyśmy jednak temat, ostatecznie przyszłyśmy dowiedzieć się co się dzieje. Ta wiedza została nam podarowana. Kultysta oznajmił nam, że trwa właśnie trwa transfer esencji Ciemnej Strony – rytuał, który odbywa się raz na parę wieków. I to właśnie ten rytuał powoduje te anomalie. Nie byłam przekonana co do jego prawdomówności, miałam przeczucie, że kryje się za tym znacznie więcej. Czułam, jak Ciemna Strona wylewa się z jakiegoś źródła, że naczynie, do którego bądź z którego transferowana jest energia przecieka, a spaczenie wymyka się spod kontroli. Byłam pewna, że Mistrzyni też to czuje. Obie jednak byłyśmy zgodne co do tego, iż nie możemy wdać się z nimi w walkę – choć powody tego przekonania były zgoła odmienne. Decyzja zapadła, zmierzałyśmy do wyjścia.

Nie dane nam jednak było opuścić jaskini. Nim zdążyłyśmy wejść do tunelu ten się zawalił, a Kultyści sięgnęli po broń. Stwierdzili zgodnie, iż jest już za późno. Że ta jaskinia będzie naszym grobem. Nie spodziewałam się, będąc szczerą, niczego innego. Moje przeczucie się sprawdziło… To była pułapka.


Pozwolę sobie teraz na dygresję w stosunku do samego pojedynku, która w całym raporcie z tego zdarzenie nie znaczy wiele.
Walka u boku Mistrzyni była czymś, paradoksalnie do warunków, niezwykle przyjemnym – lecz to nie oddaje właściwie moich wrażeń. Synchronizacja ruchów, przewidywanie własnych zachowań, które udało nam się osiągnąć w trakcie tego starcia zmieniło je w niemal idealny taniec, choreografię. Byłam w pełni świadoma umiejętności mojej Mistrzyni - jej zalet, a także wad, mocnych stron i słabości. Doskonale wiedziałam, czułam wręcz, kiedy mam działać, kiedy odpuścić. Kiedy prowokować Kultystów, by wystawić je na zabójczo sprawne ruchy Mistrzyni. Kiedy role się odwracają i to ja mam przejąć inicjatywę atakującego. Nie musiałam nawet patrzyć. Czułam jej zmęczenie, jej ruchy, jej inicjatywę i pasywność. Gdy ta odpoczywała cięłam prosto w nią mając pewność, że ta, jak zwykle w ostatnim momencie, odskoczy, a mój miecz sięgnie nacierającego na nią Kultystę, który dał się sprowokować jej biernością. To było niemal mistyczne doświadczenie. Miałam wrażenie, że jesteśmy jak jeden organizm w dwóch ciałach. Połączone ze sobą jakąś, a nasze zamiary, plany, instynkty płyną swobodnie z jednego umysłu do drugiego.
Przepraszam za tę nic nie wnoszącą do raportu informację. Zafascynowało mnie to jednak, zaintrygowało tak bardzo, że czułam, iż musze to z siebie wyrzucić i przelać w tym raporcie na słowa.



Walkę zakończyłyśmy z drobnymi ranami – mój obojczyk ucierpiał w tym starciu podobnie, jak lewe ramie Mistrzyni. Mimo wszystko to nadal Kultyści. Nadal świetnie wyszkoleni. Nadal bardzo sprawni szermierze. Gdy zrozumieli jednak, że my jesteśmy lepsze odpuścili. Rozpłynęli się w mrokach jaskini korzystając ze swojej sztandarowej umiejętności. Pozostałyśmy same w ciemnościach, bez możliwości powrotu drogą, którą weszłyśmy do jaskini. Musiałyśmy znaleźć wyjście. Przeczucie, że wydarzy się coś więcej… coś złego i nieprzyjemnego nie opuszczało mnie ani na sekundę.
Mistrzyni prowadziła, badając Moc w jaskini. Niczym sonar próbowała wyłapać skąd dobiega nas spaczenie, gdzie jest jego źródło. Podążałam za nią niczym jej cień, aż dotarłyśmy pod kamienną ścianę. Szukając w niej ukrytego przejścia, zapadni, przełącznika czy dziury miałam wrażenie, iż słyszę co dzieje się po drugiej stronie. Niewyraźne, stłumione głosy, dudnienie, kroki, coś płynęło, coś bulgotało… Ściana musiała być cieńsza niż mogło się to wydawać na pierwszy rzut oka. Powiedziałam o tym Mistrzyni i zdecydowałyśmy się, iż ją przebijemy. Ostrza zatopiły się w skale, by po chwili rozciąć ją niczym płótno. Istotnie naszym oczom ukazał się kolejny tunel – równie ciemny, jak ten którym przyszłyśmy do jaskini. Szłyśmy przez niego równym krokiem, każda po przeciwległej stronie tunelu o szerokości pozwalającej na upchanie w nim wagonu pociągu magnetycznego. Mistrzyni zaznaczyła bym informowała ją, gdy tylko coś odkryję – zakręt, przejście, cokolwiek… Jak na zawołanie oparta o skały dłoń osunęła się wraz z fragmentem ściany. Magma chlusnęła i tylko mój refleks uratował mnie od spłonięcia wtedy żywcem. Parę kropli musnęło moją szatę, lecz na szczęście jedynie lekko mnie poparzyła – ubranie i płaszcz stanowiły skuteczną ochronę. Ominęłam kałużę, która mogła stać się moją zgubą i ruszyłyśmy w dalszą wędrówkę.

Ta zakończyła się w ogromnym korytarzu, który prowadził do jeszcze większej sali. Wszystko co mnie otaczało – monumentalne podpory sufitu, zdobienia na ścianach, fasady, kolumny – zdawało się mieć tysiące lat. A jednak było w idealnym stanie – zadbane, czyste, zdawać się mogło nietknięte przez ząb czasu. W oddali majaczyły trzy kształty. Dwóch z nich wydawało się być Kultystami, a trzeci… Wtedy nie miałam pojęcia w stronę czego zmierzam… Nim jednak zbliżyłyśmy się na tyle, bym mogła dokładniej przyjrzeć się tej wielgachnej postaci zaatakował nas podmuch Ciemnej Strony. Niewidzialna, niematerialna energia uderzyła w nas z siłą błyskawic. Dzięki treningowi z Mistrzynią wiedziałam jednak, jak mam postępować. Wyrzuciłam z siebie energię i przeciwdziałałam temu co mnie atakuje z przeciwnym wektorem. Ból minął, a to co powstrzymywało nas przed dalszą wędrówką ustąpiło. Parędziesiąt kroków później stałyśmy już naprzeciw Kultystom i ogromnej, obrzydliwej bestii – Terentatekowi.

Zabójca Jedi. Istota zrodzona z czystej esencji Ciemnej Strony. Bestia żywiąca się jedynie Jasną Stroną. Stała naprzeciw mnie, a ja czułam narastającą w niej, potężną nienawiść. To było źródło. Ta bestia była celem naszego pobytu w jaskiniach Kultu.
Wyobraźcie sobie najbardziej odrażającą rzecz w galaktyce, pomnóżcie to uczucie przez tryliard i spotęgujcie kolejny tryliard, a nie będziecie nawet blisko temu czym emanował terentatek. Ta bestia nie była przesiąknięta Ciemną Stroną. Ona była Ciemną Stroną. Jakby tysiące lat Prakith, cała jej esencja mroku, spaczenia, plugastwa stała teraz naprzeciw nas, wpijając w nas swoje odrażające ślepia pełne agresji i chęci mordu. Tego nie da się opisać… To trzeba poczuć… Ale nie życzę tego żadnemu z was… Uczucie było tak przytłaczające, że mój umysł już nie błagał, on wrzeszczał do mnie, rozkazywał mi uciekać. Ciemna Strona otaczała mnie z każdej strony. Czułam się jakby mój umysł miażdżyło ogromne imadło i zalewany przez najpaskudniejsze szambo, jakie można sobie wyobrazić, których nie mogę w żaden sposób powstrzymać. Ból stawał się niemożliwy do zniesienia… Wszystko wrzeszczało we mnie „RATUJ SIĘ”. A bestia nadal jeszcze stała spokojnie. Nadal jeszcze nawet nie drgnęła. Patrzyła się tylko z tak wielką nienawiścią…

Kultyści przemówili. Nie pamiętam co… Nie byłam w stanie rozpoznać ich słów, ból był zbyt przytłaczający, walka, którą toczyłam – choć niemożliwa do wygrania – zbyt zajmująca. W końcu jednak terentatek ruszył… Nie… On się na nas rzucił. Jak rzuca się na swoją zwierzynę polująca, wygłodniała od tysięcy lat bestia. Cudem uniknęłyśmy tego pędu. Jestem pewna, że tylko wpływ Mistrzyni, która musiała pomagać mi w obronie przed Ciemną Stroną, równocześnie samej tocząc podobną walkę, pozwoliła mi na reakcję. Zwinny odskok w lewo o parę metrów ocalił moje życie. Potwór ruszył za Mistrzynią – oczywiście… jej aura była nieporównywalnie silniejsza, bestia nie miała ochoty na przystawki, od razu chciała posilić się głównym daniem. Mistrzyni cięła ją swym mieczem… Nie został nawet ślad, nawet małe zadrapanie. Rzuciłam się na jej plecy i powtórzyłam manewr mojej Mistrzyni… Nawet nie zostałam zauważona. Terentatek nie zwracał kompletnie uwagi na nasze ciosy, był na nie zupełnie niewrażliwy. W pewnym momencie dopadł Mistrzynię, a jego potężna łapa posłała ją paręnaście metrów dalej na ścianę. Słyszałam huk, który godny był eksplozji dziesiątek ładunków wybuchowych. Ze ściany posypały się kamienie. Chyba tylko bariera fizyczna ochroniła wtedy Mistrzynię przed śmiercią – nie wiem, spekuluję. Zasypana gruzem Mistrzyni straciła zainteresowanie bestii. Terentatek ruszył w moją stronę, kroczył sprawnie, ale sprawiał wrażenie dumnego z tego co właśnie zrobił. Zdawał się… jakby rozumny. Nie miałam jednak ani czasu, ani chęci próbować nawiązać z nim relacji. Uciekałam przed nim, póki tylko starczało mi sił. Korzystałam z tego, że jestem mniejsza, zwinniejsza… ale nie szybsza, jak się okazało. W końcu poczułam jego oddech na plecach. Uratowała mnie Mistrzyni, która ponownie cięła bestię swym mieczem. Znów zwróciła jego uwagę, znów gonił ją, a ja miałam chwilę by odsapnąć po szaleńczej, desperackiej próbie ucieczki. Mistrzyni schroniła się na ogromnym posągu, terentatek ciął w niego swymi ostrymi pazurami niszcząc jego strukturę. Jeszcze parę ciosów więcej, a Mistrzyni znalazłaby się ponownie w śmiertelnym zagrożeniu łap bestii. Interweniowałam. Rzuciłam się na terentateka i cięłam swym mieczem, ile tylko mogłam. Nie wiem, ile ciosów wymierzyłam… było ich ogromnie wiele, choć wszystko trwało raptem parę sekund. Potwór, odwracając się jednocześnie płynnie o 180 stopni, ciął mnie swymi ostrymi jak brzytwa szponami, wyrzucając jednocześnie parę metrów w górę. Upadłam na ziemię zalana krwią, łzami i paraliżującym bólem z rozpłatanej klatki piersiowej. Cóż… udało się… Zwróciłam jego uwagę. Zmierzał w moim kierunku. Cóż za sukces. Udało mi się podnieść i przebiec parę metrów, by po chwili, w desperackiej próbie, wybić się najwyżej i najdalej, jak tylko mogłam. Znalazłam się po drugiej stronie czegoś, co wtedy wydawało mi się być zbiornikiem wodnym. Opanowana szałem bitewnym bestia wpadła do środka i zaczęła agresywnie miotać łapami we wszystkich kierunkach. Ciąć pazurami po wewnętrznych ścianach zbiornika, jakby próbowała złapać się krawędzi i wydostać z powrotem na powierzchnię. Kultyści zbliżyli się do zbiornika, jeden wystawił dłoń w kierunku bestii, nie wiedziałam co zamierzają, ale nie mogłam ryzykować starcia z nimi. Z dwójką miałabym ogromne problemy, a gdyby tylko bestia jakimś cudem się wydostała… Stałam i przyglądałam się rozwojowi sytuacji… Czekałam na ich ruch.
I wtedy dostrzegłam Mistrzynię, która również miała wyciągniętą w kierunku bestii dłoń. Stała nieruchomo… Wiedziałam co robi, choć nie byłam pewna jaki efekt próbuje uzyskać. Toczyła walkę z aurą terentateka, prawdopodobnie chcąc ją zdestabilizować, być może zniszczyć, być może jedynie osłabić. Doskoczyłam do niej, by wesprzeć ją swoją energią, natychmiastowo uzupełniając luki, które w tych warunkach – przytłoczenia przez Ciemną Stronę, zamknięcia kilometry pod ziemią, gdzie niewyczuwalny jest choćby najdrobniejszy okruch Jasnej Strony – powstawały w zastraszającym tempie. Mistrzyni musiała czerpać ze wszystkich możliwych źródeł – z Jasnej Strony Prakith, swojego kryształu. Sama nigdy nie dałabym rady łatać tak wielu wyłomów w jej aurze. Nie na tym poziomie, nie w tych warunkach. Być może na Ossusie, który kipiał od Mocy, tętnił życiem… Tu była tylko śmierć, zniszczenie, zagłada… spaczenie i pustka… Nie miałam z czego czerpać. Nie mogłam oddać jej wszystkiego, choćbym chciała. Musiałam zostawić coś na dalszą walkę, która wydawała mi się nieuchronna. I tak też było…
Kultyści też wiedzieli co się święci. Rzucili się do ataku, zmusili Mistrzynię do zaprzestania swojego działania na aurze terentateka. Zaczęła się regularna walka. W tej jednak miałyśmy szanse. I to całkiem spore. Przy starciu z bestią, ta walka wydawała się wręcz relaksująca. Do czasu jednak. Potwór wydostał się ze zbiornika i ryknął przeraźliwie. Każdy kolejny jego krok powodował trzęsienie ziemi, pył sypał się z sufitu, gdy bestia zbliżała się do nas wściekle. Zmuszone byłyśmy się rozdzielić. Kultyści czując swoją przewagę nacierali na nas, choć Mistrzyni wyraźnie bardziej ich interesowała. Dzięki temu mogłam atakować ich z zaskoczenia, gdy Ci byli na niej skupieni. Pozwalało to skutecznie ranić ich na tyle, by musieli się wycofywać. Raz ja, raz Mistrzyni dotkliwie raniliśmy ich ciała, choć nie zdawali sobie – jak to Kultyści – robić z tego wielkiej przeszkody w dalszym napieraniu na nas z równie wielką agresją i siłą. Zapewne poszłoby znacznie sprawniej, gdyby nie terentatek, który cały czas, z coraz większą chęcią mordu, deptał nam po piętach. W pewnym momencie poślizgnęłam się… Przy trzęsącej się ziemi źle odmierzyłam kroki i wpadłam do zbiornika z wodą… To nie była woda… To był piekielnie gorący, lepki płyn, który dotkliwie poparzył moją nogę. Czułam jakbym zanurzyła ją w bardzo gorącej mazi. Nie mogłam się jej pozbyć… Oblepiła moją nogę i sprawiała ogromny ból. W końcu jednak mi się udało, akurat bym mogła zobaczyć, że za mój błąd nie zapłaciłam tylko ja. Miecz kultysty przeszedł przez twarz Mistrzyni. Z mojej perspektywy wyglądało to jakby miał rozpłatać jej czaszkę, na szczęście ta musiała wykonać unik. Krew jednak bryznęła, a jej twarz skąpała się w niej obficie.
Walka trwała i trwała, i trwała… Bestia, Kultyści, my opadające coraz bardziej z sił, nie mogące złapać tak potrzebnego oddechu, odcięte od źródła naszej największej siły – od Mocy – coraz bardziej wyczerpujące pokłady tego z czym przyszłyśmy… To wszystko wydawało się zmierzać do naszego końca. Nawet powalenie na ziemie jednego kultysty nie zmieniło wiele. Bez możliwości odsapnięcia nawet na sekundę było to ledwie zauważalne ułatwienie. Udało mi się wymanewrować terentateka tak, iż złapał w swe szpony Kultystę. Ten jednak odstawił go po prostu na ziemię… Nie zrobił mu kompletnie nic. Dopiero po wielu minutach dalszego uciekania, walki, skoków, biegu, przewrotów, dalszej walki i kolejnych skoków udało mi się ponownie wmanewrować terentatek tak, by ponownie znalazł się w zbiorniku z gorącą, lepką cieczą. To była nasza szansa. Ruszyłyśmy na Kultystę i wspólnymi siłami powaliłyśmy go na ziemię. Mistrzyni ponownie rozpoczęła działanie na aurze terentateka, a ja… Zdaje się, że popełniłam błąd. Choć nie jestem do końca pewna… Nie był to do końca błąd, bo efekt był w ostatecznym rozrachunku pozytywny… Mimo wszystko nie taki chciałam uzyskać. Skupiłam się i pozostałą mi energię na suficie nad zbiornikiem z mazią. Chciałam oderwać część poszycia – mając nadzieję, iż znajdujemy się tak głęboko, iż pozbycie się paru mniejszych kamieni nam nie zagrozi, a spowolni wydostającego się właśnie terentateka. Źle oceniłam szansę. Już po chwili moje działanie wywołało reakcję łańcuchową, której ostatecznym wynikiem było zawalanie się sali. Kamienie leciały z sufitu wszędzie – na bestię, na Mistrzynię, na mnie. Broniłyśmy się przed nimi wykorzystując to co nam pozostało… Aż naszym oczom ukazała się kolejna jaskinia, położona paręnaście pięter ponad nami. Nasza próba dostania się tam przypominała pierwsze próby skoków wśród Adeptów. Byłyśmy kompletnie wyprane z sił i energii życiodajnej Mocy. Jedynym naszym ratunkiem był odnaleziony przeze mnie w trakcie szaleńczej walki z terentatekiem i Kultystami wyłom w grobowcu. A w nim woda. Nic więcej. Wskoczyłyśmy, kamienie za nami nadal opadały, gdy ruszyłyśmy w stronę światła w tunelu.

Nie wiem jak długo zajęła nam przeprawa na zewnątrz. Nie potrafię zliczyć, ile razy skręcałyśmy w kolejne odnogi tuneli, ile razy brodziłyśmy po szyję w wodzie, jak często skalne ściany parzyły przy dotykaniu. W końcu jednak wydostałyśmy się. Znów poczułyśmy powiew zimnego wiatru, blask gwiazd na ciemnym niebie Prakith. Przez chwilę mogłyśmy odpocząć… Przez chwilę… Bo gdy tylko Mistrzyni wyciągnęła holodatę, by spróbować skontaktować się z WSK, wyjście za nami eksplodowało, jakby wysadziła go bomba. Odskoczyłyśmy, kamień roztrzaskał holodatę Mistrzyni... Przed nami stał terentatek. Cały zalany krwią, która nadal niczym wodospad, wylewała się z jego ciała licznymi otworami. Bestia wyglądał przerażająco źle. Cała poparzona, jakby kąpała się w magmie, z połamanymi pazurami na powykręcanych nienaturalnie palcach połamanych łap. A mimo wszystko nadal głodna krwi… naszej krwi. Zaryczała wściekle i rzuciła się na nas… To co działo się dalej… Mogło trwać całe wieki, mogło trwać raptem parę sekund. Mój umysł nie był w stanie rejestrować upływu czasu… Dla mnie, w tamtej chwili, było to niczym mignięcie. Ucieczka, szaleńcza, na oślep, oślepiający błysk i krzyk Mistrzyni, której miecz świetlny wystrzelił z dłoni.

Upadek bestii był ostateczny. Jej koniec nieodwracalny. Nad zwłokami pojawił się żołnierz WSK… Coś mówił… Rzucił granat, chyba z bactą… Mistrzyni sięgnęła po miecz, którego nie mogła utrzymać w dłoniach, gdyż ten prawdopodobnie przyjął na siebie całe uderzenie wylewającej się z umierającego terentateka Ciemnej Strony i przesiąknął nią w pełni… Pamiętam tylko G-Winga, łóżko i krótki przebłysk świadomości w ambulatorium. Dziękuję temu kto pozostawił przy moim łóżku wodę. To był najwspanialszy prezent, jaki mogłam otrzymać w tamtej chwili.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Zosh Slorkan dodano: 17 lut 2019, 2:44

Samobójcze spotkanie

1. Data, godzina zdarzenia: 11.02.19, 20:30-0:00

2. Opis wydarzenia:

Lot na spotkanie z Hrasem Choką wykonałem na tym samym YT-2000, którym lecieliśmy z Tanną na poprzednią "wymianę". Cały ten długi lot wyglądał tak: powolna, nudna i zarąbiście wymagająca nawigacja przez parę godzin, parę godzin drzemki i luźniejszego czasu i tak w kółko, z wielkimi przerwami na dryfowanie albo dokowanie na jakiejś asteroidzie i odsypianie. Z dziesięć dni podróży takiej.

Na końcu podróży odebrałem wiadomość od Bothan... Mistrzyni Elia, Tanna i Alora najwyraźniej przekazały im wszystko co mogły na temat wizji. Usłyszałem całą opowieść od Bothan, wysyłali do mnie tą wiadomość gdzieś z okolic końca Szlaku Byssańskiego, skąd mogła dojść na mój coraz gorzej trzymający się frachtowiec. Bothanie byli wyraźnie profesjonalnymi żołnierzami, ale miejscami nie do końca wiedzieli jak ugryźć temat, ale jakoś umieli wyjaśnić to wszystko w miarę dokładnie. Dowiedziałem się, że według ich wizji Khsats Choka miał na mnie polować, dopaść mnie jakoś po spotkaniu, wściec się na Hrasa Chokę... i że to była w jakiś sposób wspólna wizja Mistrzyni i Uczennicy. To bardzo mnie sprowokowało do tego, co zrobiłem potem i o czym zaraz opowiem. Nagrałem wiadomość. Docieraliśmy już do celu, to był koniec podróży. Miałem ze sobą kryształ Avy... chciałem zostawić ją na Prakith, żeby nie ryzykowała ze mną w tym bagnie... ale pomyślałem, że Vongowie mogą chcieć wyciągnąć ze mnie wiedzę, torturować... wiedziałem, że przyda mi się każdy rodzaj wsparcia i sił. A to był tylko niewinny kryształek do schowania w bucie... moje jedyne wsparcie, zabezpieczenie i towarzystwo. Szczerze mówiąc... Sądziłem, że lecę na śmierć. W trakcie drogi sobie przypomniałem, że Hras Choka kontaktował się ze mną zanim więźniowie na Uśmiercicieli... cóż... wybuchli. Szczerze, po prostu sobie uzmysłowiłem, że to jeden wielki samobój. Miałem lecieć przedstawić Hrasowi tylko czemu ten kryształ jest taki ważny, czemu za wszelką cenę chcieliśmy go bronić. Ale że zapomniałem o wybuchających więźniach, to wyglądało mi to na pewną śmierć. Tylko, że nic lepszego w tej wojnie już zrobić nie mogłem. Na nic co mogłoby być ważniejsze już nigdy bym się nie przydał, te parę procent szans, że zasieję jakąś niepewność i chaos nawet jak zginę po drodze... Po prostu było tego warte. Znacie stawkę tego wszystkiego, o czym mam gadać niby? Zrobienie bałaganu w szeregach wroga to coś od czego mógł bym się przyczynić do uratowania nie tylko was, ale wszystkiego. No po prostu, musiałem spróbować tego samobójstwa.

Doleciałem na miejsce, na ten sam Miid ro’ik co poprzednio. Wielki flagowiec Vongów, rozmiarów Gwiezdnego Niszczyciela, tylko... przerażający, obleśny, żywy. W środku było jeszcze gorzej. Wyobraźcie sobie oglądanie czegoś tak obcego, tak chorego, że mózg nie przetwarza rzeczywistości, jakby znaleźć się w jakimś chorym, popapranym symulatorze zaprogramowanym przez niewidomego całe życie. Od widoku chciało się rzygać... Nie przez to, że jest taki brzydki. Jest taki "nieprzetwarzalny". Jakbym był miniaturą w środku wielkiego jelita... Nie wiem. Yuuzhanie dokładnie mnie przeszukali, zabrali mi miecz i holodatę. Dwa razy mijaliśmy czekającą grupę uderzeniową jakichś 15 Vongów, eskortował mnie Uśmierciciel. Już ten mutant by mnie rozsmarował w pojedynkę, a co dopiero reszta. Byłem tam sam z obrzydzoną i bojącą się tego wszystkiego Avą i prowadzili mnie na ten sam mostek co poprzednio. Ava nie widziała nic wokół, tak jak myślałem... Kryształ miałem w bucie.

Po dotarciu na mostek na chwilę straciłem prawie wszelką nadzieję. Rozpoczęło się od dźgania mnie i dosłownie każde słowo i ruch Hrasa Choki były tylko przekazem tego, że jak powiem jedno złe słowo, to zadźga mnie zanim się poprawię. Myślę, że możecie sobie wyobrazić cieniutkość granicy na jakiej byłem, a jak nie, to nikt nie da rady tego opisać. Jedyne co mi zostało to całkowita, maksymalna pokora. Nie było nawet sensu próbować się minimalnie stawiać, mogłem tylko zbierać łomot i wyzwiska ze spuszczoną głową, to było najbezpieczniejsze. Poza Hrasem Choką na miejscu był ktoś w skromniejszym, bardziej wygodnym stoju... Nazywał się "Yasharn". Dalej był przy mnie Uśmierciciel z eskorty, a nad nami lewitował yammosk. A na tyłach... człowiek w mundurze Sojuszu... pitolony sprzedawczyk...

Hras był naprawdę o krok od zabicia mnie. Robił i mówił wszystko, żeby było to uczciwie postawione. Ja nie zamierzałem tam nawet niczego negocjować, o nic się handlować... bo nie było o co, serio. Nie umiem robić takich rzeczy, to jest jedna sprawa, a dwa, po prostu byłem tam w roli śmiecia co przyszedł się tłumaczyć, nic więcej. Skupiłem się tylko na tym, żeby jak najdokładniej wyjaśnić to co umiem wyjaśniać... czemu to co robią z Mocą to dla nas śmierć.

Hras był najbardziej skory do zabicia mnie. Powiedzieć że miał mnie za robaka to spore streszczenie. Ale słuchał, z pogardą, z zupełnie zerową ufnością, traktując wszystko co mówię przez palce, ale słuchał i rozmawiał, nawet jak mówił co mógł, żeby moje wyjaśnienia zdeptać. Ten drugi, Yasharn... On był sporo inny. Widać było, że to na pewno nie jest wojownik, po pierwsze w miarę normalne ubranie w którym da się po ludzku poruszać, po drugie zero jakichś instynktów do przemocy. Ale robił co mógł, żeby negować co tylko powiem, często wyskakiwał z tym nawet za szybko, całego go skręcało żeby tylko za wszelką cenę zrujnować wszystko co mówiłem, zachęcić dowódcę do zabicia mnie, pomóc obalić wszystko co powiem. Hras... miał zimną i opanowaną żadzę mordu. Yasharn miał elokwentną, błyskotliwą i ogromnie zapalczywą chęć zatrzymać każde moje słowo. Zestawu dopełniał yammosk. Yammosk cały czas wypatrywał okazji do przekonania, że trzeba wziąć mnie za więźnia i wyszarpać mi z głowy co się da, a na ten cel głównie pomagał Yasharnowi.

A mi zostało tylko próbować wyjaśnić jak najlepiej to wszystko co wiemy o Mocy, co robią z nią Yuuzhanie... Próbowałem najlepiej jak mogłem wyjaśnić prostą zależność. Moc równa się życie, odwrócenie Mocy równa się odwrócenie życia, odwrócenie życia równa się śmierć. Próbowałem wyjaśniać to najłopatologiczniej jak umiałem. I to, że kryształ Mistrzyni jest na to odporny może grać jakąś rolę w zatrzymaniu tego... zatrzymaniu apokalipsy wszystkiego. Podkreślałem, że sam za jednego swojego poświęcę życie miliona innych... Ale nie poświęcę za dobrobyt i Moc swoich życia tych milionów obcych. Opowiadałem o tym co mogłem, jak mogłem. Najprościej jak się dało. Ava cały czas była obok, cały czas próbowała zrozumieć co się dzieje, ale dla niej to wszystko nie istniało. To musiało być dla niej okropne... Dyskutowałem, dyskutowałem długo. Włączył się w to kolaborant. On... Eh. Nie wiem, ile w tym było strachu i wyuczenia, a ile szczerości... Ale naprawdę wydawał się szczerze wierzyć, że najsensowniejsze to poddać się Vongom. Był dobrze traktowany. W pewnym sensie mu wierzę... Hras naprawdę jak na to co może, to prowadzi tą wojnę że tak powiem na poziomie. Nie da się opisać co to za horror pod słowem "wojna", wiem... Ale można być w tym humanitarnym i naprawdę mu wierzę w tym że mówił że Hras Choka taki właśnie jest. Wiele razy podkreślałem w tej rozmowie sam, że naprawdę go szanuję i nie kłamię. Wszystko co mówiłem było prawdą, sam sobie pozwoliłem wchodzić w słowotoki, chciałem żeby to było tylko szczere do granic wyjaśnienie wszystkiego. On z całego serca nie wierzył, że to możliwe, żeby to co robią z Mocą miało taki skutek. Yasharn się na to gorąco obrażał, yammosk wyzywał od kłamców. Mówiłem, że sami mogą o tym nie wiedzieć, albo wie o tym tylko Khsats Choka. Zaryzykowałem i zacząłem mówić, że Khsats może wiele ukrywać...

A potem zaryzykowałem jeszcze bardziej. Powiedziałem mu o tej wizji... Włączyłem nagranie. Pokazałem mu to. Powiedziałem, żeby wysłał moją trasą swoich zwiadowców. Zaufałem tej wizji... Wiem... Wiem, byłem debilem, ale... I tu zaczynam coś od czego pewnie złapiecie się za głowę. Uważam, że od czasu Ossusa Moc jest po naszej stronie, a zwłaszcza Tanny i jej mistrzyni. Wizje Tanny miały w sobie pełno dosłownych rzeczy, Moc mówiła jej czystą i jak na siebie to prawie "precyzyjną" i "dosadną" prawdę. Moc chyba jest po naszej stronie, a przynajmniej ich... Mistrzyni i uczennicy związanych z równowagą Mocy. A to była ich wspólna wizja i najwyraźniej bardzo wiarygodna... Dlatego w to uwierzyłem i zagrałem tu w bardzo niebezpieczną grę.

W najlepszym wypadku dawałem sobie szanse 50-50. Ale liczyłem, że po tym wszystkim co powiedziałem, skoro i tak bez niczego sensownego nie wyjdę z tego żywy... To niech i podpiszę na siebie wyrok, ale dając jakąś wątpliwość, że aż tak wierzę w swoją rację, że aż tak wierzę w Moc... Że może po tym, jak sam siebie wkopię w śmierć tym... Przemyśli to co mówiłem o Mocy, że może coś zmienię w ten sposób. Chyba powinienem tu przy okazji przeprosić wszystkich, co im na mnie zależy, ale... Po prostu myślę, że to było tego warte, a wiecie że jestem z tych, co nad heroizmy postawią branie nóg za pas. Ale miałem rację, a raczej Moc miała. Yorik-akaga, zwiadowczy myśliwiec, trafił na Vua’spar Khsatsa, czyli interdyktor... Yammosk powiadomił o tym w szoku i wściekłości... Wszystko pękło. Udało mi się..

Hras Choka dał mi odejść. Mówił, że jeśli mam rację, odejdę w spokoju, a inaczej mnie zabije za obelgę wobec ich wodza... I dotrzymał słowa. Był wściekły. Nie mieściło mu się w głowie to wszystko. Yasharn i yammosk próbowali go przekonywać, ale dobrze wiedział, że to nie może być przypadek. Udało mi się... Zasiałem niepewność. Rozbiłem Vongów...

Szybko wróciłem na statek. Po kolejnych mękach z lotem powrotnym wróciłem... żyję... a duch Vongów chyba trochę nie do końca.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Fenderus
Obrazek
Awatar użytkownika
Zosh Slorkan
Rycerz Jedi
 
Posty: 467
Rejestracja: 16 wrz 2013, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Phylkus dodano: 20 lut 2019, 18:34

Porwanie i nieudany zamach

1. Data, godzina zdarzenia: 17.02.19, 22:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Jakiś czas temu Padawan Alora Valo poprosiła mnie o zamówienie cienkiego materiału, który miał posłużyć do naprawy droida HDR. Po przejrzeniu ofert i zadecydowaniu o zakupie odpowiedniego przedmiotu, połączyłem się z Nokit-CO., gdzie złożyłem zamówienie na wybrany przeze mnie materiał - 4 KR za średniego rozmiaru płachtę. Z powodu niskiej ceny, paczkę trzeba było odebrać prosto z hurtowni, więc od razu wsiadłem śmigacz, po czym ruszyłem po towar. Mój punkt docelowy znajdował się całkiem daleko, przez co podróż była dla mnie niezwykle wyczerpująca i mimo założenia na siebie naprawdę ciepłego ubrania, po dojechaniu na miejsce byłem przemarznięty. Nie lubię mrozów i wciąż nie potrafię się do nich przyzwyczaić.

Z racji tego, że była już późna pora, to w hurtowni nie było nikogo, oprócz osób z nocnej zmiany. Do niej należeli między innymi Riodianin i Duros, z którymi dotąd żałuję, że wszedłem w konwersację. Jako, iż byłem w tym miejscu pierwszy raz, zadałem proste pytania w sprawie odbioru towaru. Po podaniu rachunku oraz numeru paczki, zaczęło się robić ciekawie, ponieważ okazało się, że adres był dobrze znany mojemu rozmówcy. Od razu wyskoczył z wieścią o mieszkających tam mrocznych Jedi. Nie przyznałem się do nich... do was... mniejsza, uznałem po prostu, że lepiej będzie, jak podam się za kuriera, niewiedzącego nic o mrocznych praktykach zleceniodawców. Zaoferowali układ, w którym to miałem służyć za przynętę na Jedi. Oferowali tysiąc kredytów za wystawienie jednego z nich parę kilometrów od bazy, by mogli mu na spokojnie cyknąć zdjęcia. Zgodziłem się. Chciałem mieć z nimi już spokój. I go otrzymałem... na jakiś czas. Odebrałem płachtę w punkcie odbioru, standardowe procedury. Następnie wróciłem na śmigacz, z którego połączyłem się z bazą, aby poinformować oraz ostrzec przed ciekawskimi fotografami. Niepotrzebnie to robiłem, bo jak się później okazało, ta dwójka wszystko słyszała i napadła mnie podczas drogi powrotnej. Leciałem przez kaniony, gdy nagle rozpędzony śmigacz gwałtownie się zatrzymał, powodując mój wylot przez kierownicę prosto na glebę. Zaryłem po niej kończynami i przyozdobiłem krwią z rozdartej skóry. Byłem oszołomiony, obolały i po szybkim przybyciu - jak się za chwilę okazało - łowców, potrzebowałem chwili na ogarnięcie tego, co się właśnie stało. Riodianin wraz z Durosem związali mnie i zaczęli ciągnąć w stronę swojego pojazdu. Nie ukrywam, zacząłem panikować, niemniej jednak starałem się jakoś "negocjować" z porywaczami, ale chyba nie za bardzo to podziałało, bo tak czy siak zabrali mnie do bagażnika. Przejażdżka trwała długo, trudno powiedzieć ile dokładnie, ponieważ zajęty byłem narzekaniem i darciem się na siebie w myślach.

Po dojechaniu na miejsce zostałem zabrany do jakiejś piwnicy. Przywitał mnie w niej unoszący się w pomieszczeniu odór taniego piwska i bardzo niewygodne łóżko, na które natychmiast zostałem zrzucony jak związana szynka. Porywacze usiedli wokół mnie i rozpoczęliśmy rozmowę. Tym razem "negocjacje" poszły mi o wiele lepiej niż ostatnim razem - udało mi się w bardzo dobry sposób rozluźnić atmosferę, powiem więcej - wręcz ociepliłem moje stosunki z tymi typami. Rozmowa trochę trwała, ale nie będę wchodzić w szczegóły, bo była ona dość... ostra, nie miała w sumie też większego znaczenia. Mężczyźni urządzili porwanie z zamiarem wystawienia mnie jako przynętę na Jedi. Chcieli go po prostu zabić. Niestety nie powiedzieli mi dla kogo pracują, więc nie mogę udzielić żadnych ciekawych informacji. W zamian za moją pomoc w zabójstwie oferowali wolność, jednak podejrzewam, że nie była to szczera oferta i od początku miałem skończyć z dziurą w głowie. W każdym razie obmyśliłem plan... Plan zamachu. Podzieliłem się nim z łowcami. Chyba przypadł im do gustu, ponieważ przyklepali go, oczywiście poddając go lekkiej modyfikacji. Żeby nie było, ciągle w głowie miałem ucieczkę od zabójczego duo, przez co pomysł, jaki im podsunąłem nie był dla nich tak naprawdę korzystny. Mianowicie od początku naszej konwersacji sugerowałem im, jakoby Mroczni Jedi faktycznie byli mroczni. Mieli mieć mroczne tytuły pokroju Mistrza Mroku, bądź Padawana Mroku. Wykorzystałem je podczas realizowania planu, gdzie moim zadaniem było skomunikowanie się z bazą w sprawie udzielenia mi pomocy z powodu... utknięcia na krawędzi wulkanu.

Zostałem na niego zabrany niedługo po uzgodnieniu ostatnich szczegółów. Mężczyźni dobrze przygotowali miejsce zasadzki - jeden z nich ustawił się w dobrej pozycji ze snajperką, a drugi przygotowywał bomby i nadzorował moją rozmowę, bym przypadkiem nie wypaplał wszystkiego. Wisząc już nad wulkanem, podjąłem próbę kontaktu z bazą. Było późno, bałem się, że nikt nie odbierze, ale na moje szczęście przez głośnik usłyszałem Ninę Theiru. Od razu rozpocząłem przygotowaną wcześniej przemowę - krzyczałem, kląłem, ogólnie gadałem głupoty, używając przy tym między innymi wcześniej wspomnianych tytułów. Starałem się sugerować, iż dzieją się rzeczy o wiele bardziej popaprane niż wpadnięcie do wulkanu. Nie mogłem bowiem mówić wprost ze względu na podsłuchującego mnie Durosa. Jego udało mi się przekonać, ale bardziej obawiałem się tego czy dobrze sformułowałem treść, którą przekazałem przez komunikator. Bałem się, że mogłem źle to wszystko powiedzieć i narazić kogoś z was na niebezpieczeństwo... to znaczy, tak czy siak naraziłem, ale chciałem was na nie jakoś przygotować. Sterczenie na krawędzi nie należało do przyjemnych. Trudno mi było utrzymać równowagę i nerwy w ryzach, przez co wpadnięcie do gorącej lawy było bardzo prawdopodobne. Jednakże utrzymałem się do momentu, w którym zauważyłem kierującego się w moją stronę Hanza. Widząc go wcale nie odetchnąłem z ulgą, ponieważ wciąż był bardzo narażony. Starałem się dawać mu dyskretne znaki, dające do zrozumienia, iż ktoś nas obserwuję. Chyba nie podziałało, bo mój wybawca ruszył po mnie... Po drodze detonując podłożone miny. Ja bym od nich zginął, prawie każdy by od nich zginął, ale nie on. Hanz od wybuchu po prostu odskoczył. Byłem przerażony, zszokowany i moje serce wręcz się zatrzymało, gdy on jak gdyby nigdy nic chwycił mnie i wyskoczył w stronę śmigacza. Ciągle ostrzeliwał nas snajper, ale na szczęście byliśmy w miarę bezpiecznym miejscu za osłoną. Niemniej wciąż odjechanie stamtąd było praktycznie niemożliwe. Po chwili pojawiła się Padawan Alora Valo, która wspólnie z Hanzem ustaliła, by ten odciągnął uwagę strzelca, podczas gdy my będziemy odlatywać. Tak też się stało. Plan się powiódł a my wróciliśmy do bazy, po drodze zgarniając rannego Hanza. Łowcy niestety uciekli.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Dule Phylkus
Awatar użytkownika
Phylkus
Były członek
 
Posty: 9
Rejestracja: 13 paź 2018, 2:01

Re: Sprawozdania

Postautor: Fell Mohrgan dodano: 03 mar 2019, 23:21

Rycerz Fenderus i kara śmierci

1. Data, godzina zdarzenia: 01.03.19, 17:00-21:30

2. Opis wydarzenia:

Rycerz Fenderus zaprosił mnie do współpracy przy renowacji naszych maszyn. Myśliwce to bardzo delikatne konstrukcje, które po każdym dłuższym przelocie wymagają drobnych napraw, było więc co robić. Mimo to Padawan Valo zdobyła gdzieś ponoć jakieś części, o których nic nie wiadomo. Użyliśmy ich i poddaliśmy okropnie katowany ostatnimi czasy myśliwiec "Kaana" pełnej konserwacji. Powinien działać jak igła. W nieco gorszym stanie jest prom Sentinel. Poddaliśmy go prawie pełnym konserwacjom poza tym, co przerasta nasze umiejętności. Remont systemów podtrzymywania życia i wymiana delikatnej elektroniki hipernapędu. Tym musi zająć się prawdziwy fachowiec mechaniczny. Poza tym mankamentem, nasza flota jest w stanie perfekcyjnym.

Nie pisałbym raportu, gdyby chodziło tylko o to. Skontaktowało się z nami Imperium ze swoich dalekich terytoriów. To część Resztek, która wypożyczyła Rycerzowi YT-2000. Z uwagi na ilość opóźnień w zwrocie, wysłali małą grupę poszukiwawczą. Okazało się, że zainstalowali systemy namierzające i dotarli do Prakith. Sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale zabawa miała dopiero się zacząć. W trakcie łączenia się z nami ich systemy zaszwankowały. Jakieś oddziaływania kosmiczne, na tym się nie znam, sprawiły że trudny lot w system Prakith okazał się za trudny. Ich systemy nawigacji uległy uszkodzeniu, zamiast wylądować na Prakith wylądowali na toksycznej planecie Mekith. Długo rozwiązywaliśmy o co chodzi, kiedy Imperium było pewne, że ściągamy ich w pułapkę. Namierzyliśmy ich na tym przeklętym Mekith, zbadali swoje systemy, z trudem wykryli awarię. Mimo to my już byliśmy na tym YT-2000, lecąc tam po nich. Zdążyli zorientować się, że to nie zasadzka, ale Rycerzowi i tak pogrozili kilkoma wersjami kary śmierci za przywłaszczenie frachtowca.

Oczywiście takie rzeczy nie mogą dziać się bez dodatkowych atrakcji, nie? To coś w powietrzu, uszkadza elektronikę ich systemów. Zorientowali się po czasie. Gdy włączyli tarcze ochronne, było już za późno, statek przestał działać. A wtedy przylazła jakaś kreatura żyjąca na Mekith. Nie wiem jak to nazwać. Z rozmiaru pół rancora, całe naszpikowane kolcami. Oczywiście, że zaczęło atakować statek Imperium, kriffolone...

YT nie miał uzbrojenia, ale miał tarcze. Rycerz wpadł na fenomenalny pomysł, aby przywalić w paskudę. Dla rozpędzonego YT-2000 z tarczami to powinno być jak rozjechanie człowieka, ale kolce okazały się problemem. Nie były dość mocne, żeby wykłuć nawet milimetrową dziurę w pancerzu, ale zdołały go lekko wgnieść, same się łamiąc. Zdążyliśmy posłuchać wściekłości Imperium, że niszczymy ich statek i zapłacimy za to z własnej kieszeni. Trzeba było zmienić plan. Rycerz postawił statek wysoko za zasięgiem bestii. Podział zadań był do przewidzenia. Rycerz walczył z bestią, ściągając jej uwagę, a ja próbowałem otworzyć uszkodzoną, zgniecioną przez potwora rampę na różne sposoby. Imperium oferowało otwarcie ognia do potwora, ale ich działka zostały uszkodzone. Ocalała wyrzutnia pocisków, która zabiłaby też Rycerza, a wcześniej podczas ataku potwora ich własny statek. Imperium twierdziło, że Rycerzowi należy się kara śmierci, ale najpierw ma ją wydać sąd. Miło. Tymczasem my ratowaliśmy ich jak mogliśmy. Śmierć posłańców za złodziejem frachtowca już na pewno oznaczałaby śmierć Rycerza.

Rycerz walczył ze szwankującym zdrowiem i potworem, a ja po długiej walce wszedłem do środka. Mój opiekun wpadł na oczywisty pomysł. Zwiał daleko od potwora, a gdy był poza zasięgiem, Imperium posłało w niego rakietkę. Z dziwacznego zjadacza statków została plama.

Przeszliśmy do konsultacji i pomocy w naprawie statku. Nie mieliśmy dość umiejętności, żeby do końca poradzić sobie z naprawą promu, mimo pomocy ich własnego mechanika. W tym czasie rozmawiał z nami młody oficer Imperium. Nie trzeba mówić, że uratowanie ich to nic. Stwierdzili, że byli tam tylko przez to, że Rycerz ukradł frachtowiec. Trudno było się sprzeczać. Gdy usłyszeli o stanie frachtowca, byli naprawdę wściekli. Rycerz miał natychmiast zwrócić to co z niego zostało i szykować się na proces przed Imperium. Udało nam się wynegocjować, aby proces miał miejsce za dłuższy czas z powodu sytuacji na naszym terytorium. Pomógł argument, że Rycerz chce współpracować, inaczej dalibyśmy im tam zostać. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Imperium jest w podobnym stanie, co Sojusz. Każdy ledwo żywy frachtowiec mający sto lat dalej jest dla nich wartościowy, bo porządnych statków ocalał margines. Tam gdzie wystarcza coś, co pozwala pilotowi przeżyć niedługi lot, tam używa się każdej zdezelowanej krypy. Każdy złom jest więc na wagę złota. Tym bardziej wściekli się, że ich Sigma jest do remontu. Rycerzowi zaś grozi kara śmierci za przywłaszczenie statku własności Marynarki Imperialnej, złamanie warunków umowy najmu, sabotaż wysiłków wojennych w postaci uszkodzenia frachtowca wojska i tym podobne. Rycerz oferował pieniądze na nowy frachtowiec, ale to w niczym nie pomogło. Imperium potrzebuje każdego możliwego statku na przedwczoraj, mają pieniądze na budowę choćby stu, ale to trwa. Cała galaktyka zużyła wszystko, co tylko miała. Nawet stare frachtowce z dwoma działkami brano do wojny na zestrzelenie przynajmniej paru skoczków koralowych w środku bitwy.

Naprawiliśmy ten statek dostatecznie, by mógł polecieć na Prakith na dokładniejsze remonty. Imperium jest jak WSK, bezlitosne, ale uczciwe wobec faktów. Za uszkodzenie tego statku liczyć nas nie będą. Drugi pilot przejął YT-2000 i pożegnaliśmy się z tym biedakiem. Według obliczeń pilota, będzie potrzebował miesiąca, by wrócić na przestrzeń Imperium z tym stanem napędu i potrzebnymi przerwami. Za marnowanie czasu pilota płacić już Rycerz będzie, bo frachtowiec to jego wina.

Próbowałem dowiedzieć się, czy Imperium chciałoby pomóc. W Głębokim Jądrze przydałby się każdy okręt wojenny, jaki mogliby wysłać. Porucznik odciął się od tematu, mówiąc o braku kompetencji. Zdążył wspomnieć, że połowa ich terenu wymaga odbudowy i ochrony i wątpi, by sam wielki admirał Pellaeon oddelegował cokolwiek, a i tak nie zdąży to dolecieć. Rycerz sam powiedział, że nie ma szans na posiłki na czas. Szkoda.

YT-2000 odleciało z toksycznego Mekith. Sigma zawiozła nas pod miasto Prall, gdzie Imperium zaczęło zamawiać remonty.

W drodze zdążyliśmy dowiedzieć się od WSK, że dowiedzieli się o ucieczce Adepta Brostalta. Byli wściekli. Podkreślali, że po to siedział u nas, aby żaden samotny "Mocowładny" nie szwędał się po Prakith. Uważają, że Kultyści nie będą na niego polować i domyślili się już raczej, że nie wie wiele o zmutowanym Hanzie Aderbeenie, dla którego tajemnic go porwali. WSK złapało go bardzo szybko na podstawie śmigacza i oddało do więzienia. Twierdzą, że tam będzie mu dobrze, w ochronie przed Kultem jak i Vongami. Zainkasowali za niego 10 000 kredytów dla siebie, a nam postanowili w prezencie oddać śmigacz. Gdy Adept odsiedzi swoje, wyślą go przymusowo na restart życiowy na coś w rodzaju Odika.

Zdążyliśmy też porozmawiać z Volianderem. To temat na inną opowieść.



3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Rycerz Fenderus doradza nie przejmować się jego problemami. Mówi, że sam poleciałby to załatwić od razu, gdyby nie oblężenie.
- Dokończyliśmy wszystkie naprawy po dwóch dniach, po pierwszym dniu Sentinel był dopiero w połowie. Prom Sentinel nadal wymaga renowacji delikatnych części hipernapędu i systemów podtrzymywania życia.
(życie bezrobotnego w szpitalu, sprawozdanie w 2 dni mimo rp codziennie xD)

4. Autor raportu: Adept Fell Mohrgan
Awatar użytkownika
Fell Mohrgan
Padawan
 
Posty: 65
Rejestracja: 24 kwie 2018, 20:33

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 12 mar 2019, 2:42

Najlepsi z najgorszych

1. Data, godzina zdarzenia: 02.03.19, 22:00 | 03.03.19, 20:30

2. Opis wydarzenia:

Ponownie zawitała do nas "prawa" wersja Mistrza Voliandera, by po wiadomych groźbach naszej zagłady w przypadku unicestwienia Prakith - przejść do tematu jego ratowania. Nie będę wdawał się w szczegóły gdybań albowiem czasu - sądząc po ostatnich wpisach w sieci wewnętrznej - jest niewiele. W dyskusji brałem udział ja, Uczennica Saarai i sam Voliander. Ostateczne dyskusje sprowadziły się do konceptu wsparcia przez Voliandera - na którego "spłynęła mądrość Adepta Fella" - w odwracaniu dovinów. Problem jest jednak taki, że - jak stwierdził sam Przedwieczny Lord Jedi/Sith (skreśl sytuacyjnie) - nie posiada tak wielkiej Mocy, jaką dysponuje nasza Mistrzyni. Dlatego też potrzebuje dodatkowych, dobrowolnych źródeł energii. Źródeł, które wesprą go dobrowolnie bez potrzeby męczącego wysysania Mocy poprzez Ciemną Stronę. Tu pojawił się właśnie koncept pozyskiwania żywych akumulatorów z więzienia dla użytkowników Mocy, za sprawą pomysłu wcześniej wspomnianego adepta. Niestety, nie możemy przewieźć ich na Prakith, albowiem przy wyjściu na jaw, że sprowadzamy tego typu osobników i to jeszcze - w większości - z ciężkimi przestępstwami na sumieniu... Nie muszę chyba szczegółowo opisywać, że pod opieką WSK w tej sytuacji samej wojny raczej byśmy nie doczekali. Dlatego też od strony Mistrza plan sugeruje, by umieścić ich w kontenerze przewozowym z systemem podtrzymywania życia - w przestrzeni kosmicznej. Na tyle blisko Prakith, by w odpowiedniej sytuacji móc po nich polecieć i na tyle daleko, by nie budził przesadnego zainteresowania. Przypadkowo przelatujące osoby, systemy obronne samej planety - wszystko to może stanowić zagrożenie. Pojawił się koncept okolic Rake - z drugiej strony podobnież mamy tam ślady Vongów i stały monitoring bezpieczeństwa. Osobiście ciężko mi to ocenić - pozostawiam to w rękach kogoś z większą wyobraźnią do tego typu forteli.

Ruszyliśmy niezwłocznie - a raczej ja wyruszyłem. Uczennica nagle źle się poczuła. To nawet lepiej - nie ujmując Padawance. Z perspektywy czasu stwierdzam, że tego typu zawiłości i sporą dawkę rozumowania dedukcyjnego, na pewno łatwiej byłoby mi przyswoić sam na sam ze swoimi myślami. Bardzo pomocny okazał się kontakt do Podpułkownika Kaarala, który już wcześniej zajmował się tematami związanymi z Jedi i pozyskiwaniem jeńców.
Podróż była bezpieczna i w międzyczasie umówiłem prędko wszelkie spotkania, by tracić jak najmniej czasu. Służby więzienne obiecały sporządzić dla mnie listę potencjalnych kandydatów i puścić "famę" z takową możliwością. Dzięki temu na miejscu miałem do weryfikacji dziewięciu kandydatów, a nie stu pięćdziesięciu. Musiałem lawirować i zastanawiać się co takim osobom można zaoferować - w zależności od cech personalnych - i w jaki sposób do nich podejść. Wydaje mi się, że udało mi się stosunkowo dobrze. Straż zaprezentowała mi "ochotników" - porażka... Ale zbyt dużego wyboru nie ma. Bandyci, mordercy i chorzy debile. Łącznie spędziłem na Odiku dwie doby - informacji było za dużo, bym mógł podejść do całości "nie na świeżo". Pierwszy dzień to było głównie zbieranie informacji, zaznajamianie się z samymi ochotnikami, spekulacje odnośnie ich zachowań. Poleciłem, by umieścić ich wszystkich pod nadzorem w jednej sali, wybadać jak będą w stosunku do siebie nastawieni i kto wobec kogo będzie agresywny. Za wyjątkiem defekacji pewnego Trandoshanina - obyło się bez większych niesnasek. Prezentuję swoje notatki w tym temacie.

1. Rodianin - Łowca Nagród - fachowiec i interesant. Dobrym pomysłem będzie przedstawić mu twardą ofertę w stylu "handlowym". Być może nawet zaoferować ostatnie zlecenie - może i nawet sztucznie. Nieujęty Brostalt pod moim nadzorem wydaje się być dobrym pomysłem. Ma na koncie wiele ofiar, nie przejawia skłonności sadystycznych i zachowań w stylu "kultu zabijania". Podchodzi do zabijania jak do pracy w korporacji. Nie został skazany na karę śmierci przez fakt, że jego celami byli jemu podobna patologia.

2. Trandoshanin - psychopata, schizofrenik, nawet nie będę pisał. Pije własną krew i modli się do Ciemnej Strony.

3. Kel dor - dawny uczeń Inkwizytorium i Łowca Jedi. Psychopata bez emocji i szkoda podatków na jego życie. Zabił człowieka za pytanie "za co siedzisz?".

4. Aqualish - złodziej - nikogo w życiu nie skrzywdził "fizycznie", ale jego tendencje do kradzieży jest niereformowalne. Nikomu nie zagraża oprócz gospodarki i portfela. Odcięcie od Mocy powinno załatwić sprawę przy obietnicy, że zostanie ułaskawiony. Pod warunkiem, że znajdzie się ktoś, kto będzie chciał tracić na to czas.

5. Quarren - stereotypowy adept minus i kodeks Jedi.

6. Tiilin - człowiek - pojmany przez Rycerz Swilję Fenn, oddał się dobrowolnie. Jest nieuleczalnie chory, jeśli chodzi o wpływ Ciemnej Strony. Agresywny morderca własnych bliskich w napływnie gniewu (opcjonalnie oferta odcięcia od Mocy celem wytłumienia) i złagodzenie wyroku. Jest leniwy i jego pasja to przesiadywanie w piwnicy (osobiście nie wiem dlaczego nie podoba mu się w więzieniu, skoro najwyraźniej poza dom też nie chciał wychodzić). Można mu zaoferować dodatkową rozrywkę do celi i przy dobrym sprawowaniu jakieś nowe gry, holonet, konsolę by zabijał czas na inne sposoby.

7. Kalamarianin - nie wiem - warto wykorzystać jego własne przeświadczenie o doskonałości, narcyzm i arogancję. Teoretycznie "dowodził" mafią złożoną z istot na miarę jakiegoś Zozopeda, która prędko została oczywiście rozbita. Ma się za króla zbrodni - cóż. Wmócić mu, że robi coś naprawdę ważne i świat wreszcie przekona się o jego niebywałym intelekcie i doskonałości. Nie osiągnie tego w więzieniu. A tak świat usłyszy o jego wielkiej mądrości i zapewne nie będzie mógł uwolnić się od fanów - fanek i innych takich tam.

8. Sinder - Czarny Strażnik - jest przybity, słabo odnajduje się w "nowożytnym" społeczeńswie poza Czarną Strażą. Jego brak totalnej wiedzy o działaniu świata i bojaźliwość można wykorzystać - zaoferować miejsce na świecie pośród istot jego poziomu "zaawansowania" i standardu życia. Isana na Ossusie być może nie odbiegają przesadnie społecznie i rozwojowo. Mógłby być tam doceniony ze względu na wiedzę o Mocy. Styl życia znów miałby sens. Może warto też wpleść w to Namon-Dura.

9. Gran - wrak człowieka - stracił wszystko co miał do stracenia. Yuuzhanie zabili mu żonę, dzieci, matkę. Uchodźcy zabili mu ojca. Istota bez najmniejszego sensu i celu w życiu. Wyszedł z więzienia i do niego wrócił po pobiciu kogoś, kto obrażał jego rodzinę. Co może oznaczać, że dalej ta rodzina w nim tkwi i warto się odwołać do ogółu ludzkich emocji. Życia to nikomu nie zwróci, ale może odwołując się do własnej emocji - postawi na uchronienie przed tym co sam przeżywał innych.


To głównie istoty, które do niczego się nie nadają - za wyjątkiem Strażnika. Nie jest złą osobą. Nie jest złym człowiekiem. Jest niedostosowany do obecnych standardów życia - nie zna wartości pieniądza, utrzymania się na własną rękę. Do tego stopnia, że musiał kraść aby przeżyć. Nieco tak, jakby wziąć wiedźmę z Klanu Śpiewającej Góry, ogłuszyć ją i wyrzucić na Coruscant z cyfronotesem i informacją "radź se". Drugi dzień to były już bezpośrednie negocjacje z więźniami i przesłuchania, które - cóż. Były bardzo męczące, ale przebiegły bez większego echa. Udało się nawet nieco naprawić system podatkowy, albowiem Trandoshanin po uśpieniu Mocą, rzucił się z religijnymi krzykami na działo stacjonarne. Quarren ma mentalnie 5 lat - odrzuciłem go. Kel dor jest niebezpieczny i wymordowałby resztę, bo zabrakło mu 5 minut drzemki. Trandoshanina odrzuciła selekcja naturalna. Mamy wobec tego sześciu, którzy są skorzy do współpracy - pominę warunki umów, które z nimi zawarłem. Niezupełnie są zgodne z tym, co pisałem w notatkach - choć w większości zbliżenie. Biorę to na siebie jeśli przeżyjemy razem z galaktyką. Więzienie załatwiło nam też dostosowany kontener z systemami podtrzymywania życia. Nie miałem w jaki sposób ich zabrać do nas i osobiście raczej tego nie zrobie - potrzebny jest pilot, który wyniesie "ładunek" na zaczepach magnetycznych naszym sentinelem. Vongowie są blisko, zmierzają w kierunku Odika II, więc udostępniam każdemu kopię dokumentów wieźniów, za których odpowiadam osobiście i przy okazji własne upoważnienie, gdyby było konieczne. Jeśli żaden z pilotów nie będzie dysponowany - polecam Hanza Aderbeena.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
- Nie mam pojęcia gdzie można ich rozsądnie zamieścić. Polecam skonsultować to z kimś, kto ma szerszą wiedzą w kwestii Rake i/lub inne, bardziej twórcze pomysły.
- Przed wylotem po prostu niech ktoś zgłosi się o kopię wszelkich niezbędnych dokumentów i upoważnień do mnie lub dowolnego droida ochrony.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal
Rycerz Jedi
 
Posty: 1452
Rejestracja: 15 lip 2010, 9:20
Lokalizacja: Ukraina, Kijów
Nick gracza: Vinax

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 17 mar 2019, 20:20

Rajd

1. Data, godzina zdarzenia: 25.02.19, 20:00-1:30

2. Opis wydarzenia:

Na Prakith zawitał ostatecznie porucznik Vid’hat, z którym X-Wingiem ruszyłam na Odik II, do miejsca, gdzie stacjonował podczas urlopu statek oddziału Nexu. Na pokładzie spotkałam jeszcze plutonową Freyę, specjalistę Thorna i medyka Q’aaha. Co mnie trochę zdziwiło - pomysłodawca całej tej operacji, sierżant Azronger Elm do nas nie dołączył. Czekała nas długa podróż, więc więcej szczegółów przekazano mi już w drodze.

Wojna z Yuuzhan Vong znacznie osłabiła bezpieczeństwo na szlakach w Głębokim Jądrze, jak i w sumie najpewniej w całej galaktyce. Jak można było się spodziewać, nie tylko oni są zagrożeniem. Zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje wykorzystać zaistniałą sytuację - nawet zagrażającą wszelkiemu istnieniu w naszej galaktyce - na swoją korzyść. Temu właśnie planowali zaradzić, tworząc jednocześnie okazję na zdobycie dla nas znacznej ilości kredytów. Można powiedzieć, że urządziliśmy polowanie na piratów. W tym momencie siły Sojuszu nie mogły sobie na to pozwolić, stąd zadania temu podobne zlecane są raczej łowcom nagród, chociażby takim jak w przeszłości kapitan Vreyx. Nexu zaś korzystając z okazji, że są na urlopie - postanowili to wykorzystać. Wszelkie przejęte od piratów dobra, łącznie z ich statkiem mogliśmy zatrzymać, bądź sprzedać na Odik II. Oczywiście, był w tym mały haczyk. Oddział był na urlopie, nie mogli sobie pozwolić na żadne kontuzje, z wiadomych przyczyn. Stąd też wszystkim miałam zająć się sama. Plan zakładał, że statek Nexu będzie udawał zwykły frachtowiec i będziemy krążyć po szlakach do momentu, w którym wspomniani piraci nas nie przechwycą. Gdy już to się stanie - damy im zadokować. Dalej, wszystko miało już należeć do mnie. Wejść na statek, zdobyć kontrolę nad mostkiem, by ci nie zdołali uciec i opanować sytuację. Brzmiało to... w miarę wykonalnie. Nexu zakładali, że będzie to maksymalnie korweta, z może dziesięcioma członkami załogi, z których około połowa może być tak naprawdę skora do walki. Wciąż jest to duża liczba, a w dodatku spodziewałam się, że wewnątrz nie uraczę nic ponad ciasne, niskie korytarze i pokoje. Już wtedy zdecydowałam, że nie będę ryzykowała. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak.

Minęło chyba kilka dni, nim ostatecznie trafiliśmy na grupę tych piratów. Ostrzelali nasz statek, unieruchomili go i przystąpili do dokowania. Byliśmy gotowi. W moment otwarcia śluzy specjalista Thorn wrzucił do niej granat dymny, ja zaś ruszyłam pod jego osłoną. Po drugiej stronie czekały na mnie trzy uzbrojone istoty, między innymi Wookie z kuszą energetyczną. Od początku nie planowałam prowadzić rozmów do czasu opanowania mostka. Byłam na obcym statku, który w każdym momencie mógł przerwać połączenie i ratować się ucieczką, wraz ze mną na pokładzie. Minęłam tą trójkę, mając nadzieję dostać się głębiej. Wszystko nim zorientują się, co tak naprawdę się dzieje. Pomieszczenie do którego wpadłam nie było jednak korytarzem, a ambulatorium, tylko z jednym wejściem. Wciąż byli w szoku, lecz ostatecznie chcieli zamknąć mnie w tym pomieszczeniu. Ruszyłam z powrotem, tym razem jednak musiałam stawić im czoła. Rozległy się pierwsze strzały, których na szczęście udało mi się uniknąć. Nie było odwrotu. Położyłam pierwszego, Wookiego, zaraz drugiego. Pech, brak opanowania, czy umiejętności sprawił, że każde z cięć, które ich dosięgło, skracało ich o głowę. Nie przejmowałam się tym wtedy, to już nie były sparingi, czy ćwiczenia. Przed trzecim udało mi się zbiec do windy, która zjechała na dół. Znalazłam się na mostku, zastałam tam pilota. Zdążył rozdzielić dwa pojazdy, lecz nie włączył silników. Kazałam mu się odsunąć. Przejęłam kontrolę. Nim jednak udało mi się przedstawić mu jakiekolwiek ultimatum, dołączyli kolejni. Trzeci z góry i jeszcze jeden, który przybiegł z głębi statku. Jak widać chwila ta, mój miecz świetlny czy nawet świadomość, że jestem Jedi nie skłoniła ich do przemyśleń. Zaczęła się strzelanina. Znów trochę szczęścia i wykorzystania terenu - udało mi się z nimi poradzić. Pilot w tym czasie uciekł. Czterech z głowy. Zakomunikowałam Nexu, że przejęłam mostek. W odpowiedzi dostałam głuchą ciszę. Wiedziałam, że to nie koniec. Miałam jednak nadzieję, że teraz już będą bardziej skorzy do współpracy.

Myliłam się. Z mostka można było dostać się jeszcze do dużego, wciąż niskiego pokoju, głównego pomieszczenia statku, który mieścił stół, kuchnię, sofy i fotele. To, jak i kolejnych czterech z nich, w tym najwyraźniej ich kapitan. Próbowałam się z nimi porozumieć, acz nikłe były me nadzieje. Rozjuszeni piraci jedyne o czym chcieli rozmawiać, to moja śmierć. Ledwo przedostając się pod ostrzałem w głąb pomieszczenia - jednym cięciem dosięgłam agresywną kapitan statku, raniąc ją. Sama jednak już teraz nie wywinęłam się bez szwanku. Ostrzał ze wszystkich kierunków był nieprzerwany, a w dodatku w tym samym momencie, w którym pierwsza smuga blastera przypaliła mi ramię - z jednej z szaf wyszedł droid bojowy, wojskowej klasy. Moje katracytowe ostrze nie robiło na nim większego wrażenia. Ledwo udało mi się przypalić jego pancerz, gdy porażona kolejnym pociskiem padłam na ziemię. Udało mi się podnieść i uciec przed dobiciem, wracając na mostek, za zamknięte drzwi. Zdaję sobie sprawę z tego, że Nexu oczekiwali ode mnie, że zajmę się wszystkim sama, ale dodatkowe cztery osoby uzbrojone w pistolety, karabiny blasterowe i kusze energetyczne, a teraz jeszcze droid bojowy, w rozległym, niskim, może o wysokości dwóch i pół metra pomieszczeniu… To było za dużo. Każdy ma swoje granice. Wycofałam się w miejsce, w którym przynajmniej miałam jakieś szanse. Ci jednak nie ruszyli za mną, zaszyli się w tamtym pokoju.

Tak oto znaleźliśmy się w pozycji patowej, która trwała godzinę, może dwie. Wszelkie próby załatwienia tej sytuacji polubownie spełzły na niczym. Nexu odzyskali częściowo kontrolę nad swoim statkiem i ostatecznie udało im się ponownie zadokować. Z pomocą przyszedł mi podporucznik Vid’hat. Jednak ani jego, ani moje słowa dalej nic tu nie zmieniały. Piraci byli zdeterminowani. Albo oni, albo my. Nawet zasypanie pokoju granatami termicznymi przez podporucznika, podczas którego jeden zbłąkany pocisk raził go w ramię - nie dało im do myślenia. Ostatecznie jednak jeden z granatów wylądował prosto pod nogami droida bojowego i o ile moje katracytowe ostrze nie robiło na nim wrażenia, to eksplozja już tak. Wykorzystując okazję, wkroczyliśmy. Walczyli do ostatniego stojącego, ostatecznie przegrywając. Żaden z nich nie przeżył. Nie tak sobie tą akcję wyobrażałam, ale… Potoczyła się tak, nie inaczej. Cóż zrobić.

Podporucznik był w wielkim szoku, ledwo panując nad oddechem. Była to jego pierwsza w życiu akcja bojowa, acz zdecydowanie się spisał. Bez niego ta sytuacja nie udałaby się rozwiązać. Całe szczęście jego rana nie wyglądała na dotkliwą, w porównaniu do moich. Została tylko jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Zaraz po tym jak Tash opatrzył mnie - pozostało przeszukać statek. Nie mieli tego wiele. Kilkanaście cyfronotesów, trochę skrzyń z narzędziami, częściami zamiennymi, trochę medykamentów z ambulatorium i broń. Dużo broni. Po przeniesieniu tego wszystkiego na pokład statku Nexu - padłam w łóżku, wyczerpana.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Z całości otrzymaliśmy kredyty ze sprzedaży sprzętu na Odik II, medykamenty, kilkanaście cyfronotesów całkiem dobrej jakości, części zamienne i narzędzia, które złożyłam w magazynie. Nie wiem dokładnie jednak ile i czego jest. Jeszcze tego nie segregowałam.

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 447
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 22 mar 2019, 11:58

Zatrzymać thon
Prakith - baza


1. Data, godzina zdarzenia: 21.03.19, 20:00-0:00

2. Opis wydarzenia:

Otrzymałam przekaz telepatyczny od Mistrzyni Vile. Światostatek jest nad Odikiem. Od razu zaczęliśmy działaś. Wraz z Fellem spotkaliśmy się z HD, by omówić opcje przebicia się przez, jak podejrzewamy, blokadę systemu stworzoną przez dovin basale. Rycerz Fenderus od razu pognał przygotowywać myśliwce. Nie mogliśmy wymyślić wiele, rozważaliśmy jedynie co spotkało flotę nad Odikiem, kiedy pojawił się Światostatek i czy chociaż udało się zniszczyć Kor Chokki nim to monstrum zmusiło flotę do natychmiastowego odwrotu (Tak zrobiłby każdy rozsądny dowódca w końcu nie ma sensu walczyć z Koros-Strohną).

Wtedy z polecenia Mistrzyni Vile do bazy powrócił Hanz. Niestety nie był on w stanie powiedzieć nam niczego ciekawego poza stwierdzeniem, iż zaatakował go placek przypominający mieszaninę mąki z wodą. Lecz po sprawdzeniu nagrań z Sentinela udało nam się uzyskać potwierdzenie, Hanz napotkał na swojej drodze Światostatek. Wykonałam proste obliczenia matematyczne, które mniej więcej przybliżyły mi czas, w którym Koros-Strohna sieje spustoszenie nad Odikiem; wynosi około 15 godzin - może mniej, z pewnością nie więcej.

Gdy przed promem do naszej burzy mózgów dołączył Fher Alman pojawiła się koncepcja kontaktu z placówkami Sojuszu w celu zdobycia większej ilości informacji. Liczyliśmy, że komuś udało się uciec znad Odika, w jakiś sposób przełamać blokadę. Próbowaliśmy wykorzystać każdy, choćby najmniejszy cień szansy, by móc opracować plan przedostania naszych sił, które mają pokonać Światostatek. Niestety Dremulae, które odpowiedziało nam jako jedyne, nie posiadało żadnych informacji. Drążąc jednak temat udało nam się pozyskać spis ich statków kosmicznych i na tej podstawie powstała wstępna koncepcja wykorzystania B-Wingów (około 20) w celu stworzenia wyłomu w blokadzie dovin basali, przedarcia się myśliwca Kaana wraz z eskortą E-Wingów, TIE Defendera i być może TIE Avengera.

Kolejną cegiełkę dołożył ocalały z bitwy o Odik Bothanin, który wylądował - w sposób przypominający moje manewry przy pierwszej wizycie na Dxun jeszcze wraz z Padawanem Angarem Makkaru - na naszym dachu. Był przerażony, całkowicie spanikowany. Miał pewność, że duszą go pasy, choć te działały bez zarzutu, gdy spróbowałam je odpiąć. Na dachu długo nie porozmawialiśmy. Zapewniłam go jednak, że jest w bezpiecznym miejscu, przedstawiłam się jako Jedi i chyba dawka radości, którą dodałam to kotła jego emocji to było zbyt wiele. Nieprzytomnego żołnierza bothanskiej marynarki przetransportowałam do ambulatorium, gdzie doglądał go Fell.

Musiałam w tym czasie zająć się rozrabiającymi Demolkiem i Wężusiem, i upewnić się, że nasz gość nie spotka się z amphistaffem, którego bardzo ciągnęło do ambulatorium. Gdy znalazłam zajęcie dla zwierzaków, które odciągnęło ich uwagę od nieustannego podążania moimi śladami udałam się ponownie do i zastałam przebudzonego bothanina, który w przerażeniu nie wiedział, gdzie jest. Dopiero na mój widok oprzytomniał i uświadomił sobie, że otaczająca go rzeczywistość nie jest sennym mirażem.

Nie mogliśmy jednak do niego dotrzeć. Nie powinno to nikogo dziwić, ten bothanin prawdopodobnie widział śmierć setek tysięcy swoich kolegów tylko w przeciągu pierwszych kilkudziesięciu minut bitwy, a ta z pewnością trwała dłużej. Zależało mi na czasie - to chyba jest dla wszystkich zrozumiałe - zatem przeniknęłam w głąb jego umysłu, by zaszczepić w nim iskierkę poczucia bezpieczeństwa. Podziałało, bothanin nieco się uspokoił i można było z nim porozmawiać o tym co działo się nad Odikiem. Fell musiał się już niestety oddalić, gdyż ledwo stał na nogach, zostałam więc sam na sam z bothaninem.

W toku rozmowy udało mi się uzyskać potwierdzenie zniszczenia obu Kor Chokków - to ogromny sukces. Dowiedziałam się, że Światostatek wyszedł z nadprzestrzeni w miejscu, w którym nie miał prawa się pojawić. Potwierdza to więc teorię Rycerza Avidhala, który twierdził, iż mogą one torować sobie w jakiś sposób drogę w nadprzestrzeni i tworzyć własne trasy. Na odchodnym bothanin przekazał mi jeszcze jedną, interesującą wiadomość. Zaobserwowano nad Odikiem nowy typ skoczków koralowych. Twierdził, że wszystkim bardzo zależało na pozbyciu się tych "innych" - jak je określił - skoczków. Nie jestem pewna co to oznacza, poza tym, iż to dodatkowe - prawdopodobnie spore - utrudnienie.

Przed snem pobrałam jeszcze i przeanalizowałam dane z komputera pokładowego Y-Winga, którym przybył do nas bothanin. Jak na ironię ten zupełnie przypadkowy, jak się okazało, skok był wynikiem błędu - awarii systemów. Pilot nie miał pojęcia, gdzie skacze i prawie przypłaciłby to życiem. Na jego szczęście tarcze myśliwca wytrzymały bliski kontakt z cieniem masy planetoidy, którą minął w bardzo bliskiej odległości. Niestety nie mam pomysłu w jaki sposób udało mu się przebić przez blokadę, prawdopodobnie był to czysty przypadek, łut szczęścia, gdyż z danych nie da się nic wyczytać.

Szansa niemal niemożliwa, by przebić się przez blokadę dovin basali. Przetrwanie skoku obliczanego na bieżąco, w trakcie jego wykonywania to kolejna rzecz, która niemal się nie zdarza. A dodatek fakt, iż ten skok zaprowadził go dokładnie na Prakith, do naszej bazy...
Jeśli to nie Moc powiodła do nas bothanina, jeżeli w ten sposób nie daje nam do zrozumienia, że mamy jeszcze szansę wygrać tę wojnę... To nie potrafię sobie wyobrazić wyraźniejszego znaku, którym mogłaby nam to przekazać.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

Oto otrzymane od placówki Sojuszu na Dremulae dane:
Obrazek

JP nie jest zepsuty, nigdy nie był... Używał słowa pochodzącego z pradawnego języka bothan, Dressellese, które oznacza koniec, śmierć, zagładę. Wieścił w ten sposób swój wymarzony koniec bezsensu istnienia.

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 846
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

PoprzedniaNastępna

Wróć do Informacje

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość