Sprawozdania

Re: Sprawozdania

Postautor: Alora Valo dodano: 08 sty 2019, 10:23

Do trzech razy sztuka

1. Data, godzina zdarzenia: 07.01.19, 19:30-1:00

2. Opis wydarzenia:

Zabierając śmigacz, który udostępnił mi jeden z agentów, informujący o rozpoczęciu operacji - wyruszyłam. Mimo podgrzewanego siedzenia, kierownicy, absurdalnych prędkości, które osiągał, podróż i tak była męcząca, trwająca kilka godzin. Prawie jak jazda na drugi koniec planety. Ile by ona nie trwała, ostatecznie dotarłam na miejsce, na lądowisko przed monumentalną posiadłością milionera - Rahadio Sanarisa.

Obok drzwi, które pozbawione były intercomu, bądź panela kontrolnego, znajdowali się trzej mężczyźni. Człowiek, Bothan i Twi’lek. Dwóch pierwszych znało Galaktyczny Wspólny, trzeci wydaje się, że nie. Przedstawiłam się, jak i powód swojego przybycia, z nadzieją, że szybko uda mi się załatwić tą sprawę. Łudziłam się. Zaczęli się wymigiwać, pytając o moje uprawnienia, o wiarygodność nakazu, o prawomocność wszystkiego. Po kilku minutach udało mi się przedstawić wszystko w odpowiednim świetle, lecz okazuje się jednak, że była to stratą czasu. Byli to jego prawnicy, którzy ostatecznie stwierdzili, że wedle ich wiedzy nie ma go w domu. Wpuścić do środka mogła mnie tylko osoba trzecia, Twi’lek nie znający wydaje się nie znający Galaktycznego Wspólnego. Wykorzystując translator znaleziony w holonecie przekazałam mu, żeby zaprowadził mnie do Rahadio Sanarisa. Zgodził się. Ruszyliśmy w stronę bramy, lecz ten skierował się w stronę lądowiska, twierdząc, że Mister Sanaris znajduje się w jakimś kurorcie w Tallut, że mi pokaże. I tutaj właśnie stanęłam przed tą decyzją.

Twi’lek nie wydawał się zbyt inteligentny, w przeciwieństwie do pary prawników, których spotkałam przed chwilą. Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że nie ma go w domu. Miałam oczywiście prawo przeszukać rezydencję Rahadio Sanarisa, ale ta była ogromna. Skoro wszyscy, od prawników po przekonująco głupiego ochroniarza twierdzili, że go nie ma, może rzeczywiście tak było. Mogłam oczywiście nalegać na wejście do środka i spędzić parę godzin na błądzeniu po omacku po wielkiej posiadłości, podczas gdy możliwie cała służba zgodnie by twierdziła, że nie ma go w domu, do momentu, w którym pewnie i tak sam zdecydowałby, że “już wrócił”, albo niewielki, przekonujący idiota, jak i prawnicy mieli rację, a ja straciłabym całe godziny na przeszukiwanie pustej posiadłości, podczas gdy Sanaris planował jakąś publiczną szopkę. Czas był na wagę złota, więc zdecydowałam się zaryzykować, ruszyłam z nim w stronę Tallut. Odległe było o dwieście kilometrów, co przy prędkości śmigacza, sześciuset na godzinę - nie powinno zająć długo. Jak się później okazało, możliwe że decyzja na moją porażkę, jak i na zgubę samego Sanarisa. Po kilkunastu minutach Twi’lek nagle stwierdził coś w stylu, że Mister Sanaris wrócił już do siebie. Nie mogłam uwierzyć, że tak łatwo dałam się podejść przekonującemu półgłówkowi, że w mojej głowie brzmiało to całkiem logicznie, ale mimo to czułam, że może być to podpucha.Jakieś pół godziny minęło od wylotu, nim wróciliśmy z powrotem na lądowisko, a ja w pośpiechu wkroczyłam do środka.

Tam spotkałam kolejne rzesze jego służby. Ci jednak bez dalszego kombinowania zaprowadzili mnie pod jego drzwi. Dojście do tej części zajęło kolejne, dobre kilkanaście minut. Tak jak się spodziewałam, korytarze w jego monstrualnej posiadłości ciągnęły się kilometrami. Zwolnił się elektroniczny zamek strzegący ostatniego przejścia i zostałam wprowadzona do środka.

Po kilku sekundach powitał mnie krzyk z jednego z pomieszczeń. Wbiegłam do środka, gdzie znajdował się Sanaris, na piętrze za balustradą, lecz nie tylko on. Za nim stał kultysta. Rahadio wił się z bólu, gdy kultysta z wyciągniętą w jego stronę ręką najwyraźniej trzymał go w czymś podobnym do uścisku Mocy. W pomieszczeniu były też dwa jego droidy, które nie mogły zdecydować się co zrobić, zważywszy na zagrożenie swojego właściciela. Scena była brutalna, na tyle, że nawet sama uwierzyłam, że kultysta w mgnieniu oka będzie mógł go zabić. Nie pomogła też informacja droidów, że jeśli Sanaris zginie, to pomieszczenie ulegnie samozniszczeniu. Prawdziwa, bądź perfekcyjne rozegrana sytuacja, w której Sanaris pluje krwią, ledwo jest w stanie powiedzieć słowo, a kultysta trzyma go w swych objęciach, mówiąc o śmierci, jaką dla niego, człowieka, który nie będzie już dłużej stał na ich drodze, milionera, zaplanował jego pan, Starszy. Nie za bardzo widziałam dla siebie pole do manewru, to jednak pojawiło się dość szybko. Podjudzony kultysta rzucił Sanarisem w dół, uderzając nim o stół, by następnie skoczyć za nim. Chcąc wykorzystać tą sytuację, sama też ruszyłam, chcąc się zbliżyć. Pchnęłam Mocą w jego stronę, chcąc odtrącić go. Na nim to jednak nie zrobiło dużego wrażenia, ledwie to odczuł. Stanęliśmy teraz twarzą w twarz, na stole, a między nami wijący się, plujący krwią Sanaris. Dalej miał go w swym uścisku, zaczął wraz z nim wycofywać się. Kultysta chciał przekonać droidy, że to ja jestem zagrożeniem dla ich właściciela, te prawie kupiły jego bajkę, ale ku kolejnemu mojemu zdziwieniu… Sanaris się na to nie zgodził. Krok po kroku, oddalali się. Nie mogłam jednak na to pozwolić. Musiałam go zatrzymać. Zaryzykować nawet wysadzeniem nas wszystkich w powietrze. Zebrałam wszystkie swoje siły, by ponownie pchnąć Mocą w kultystę. Domyślałam się, że może być to na nic, ale chciałam chociaż sprawić, że puści zakładnika z uścisku. Zaraz po pchnięciu skoczyłam do ataku. W pewnym sensie mi się udało, na moment uwolnił Sanarisa, by odwdzięczyć mi się tym samym. Nie zdążyłam do niego doskoczyć, nim rzucił mną w tył, strącając mym ciałem dużą część bogatej zastawy. Ten moment jednak udało się wykorzystać droidom; rozpoczęły ostrzał. Wstałam czym prędzej i dołączyłam do ataku. Chociaż nawet z przewagą liczebną, ciężko było nazwać to równą walką, był zdecydowanie potężniejszy i w Mocy i w mieczu, niż ja. Droidy z jednej strony pomagały, z drugiej jednak ich ostrzał z kusz energetycznych i blasterów nie raz spowodował, że musiałam odsłonic się na atak kultysty, jeśli nie chciałam zostać przeszyta podgrzanym, stalowym prętem, albo wiązką skoncentrowanej energii. Wielkie, lecz mimo to ciasne, pełne umeblowania pomieszczenie też nie pomagało. W niczym miejsce to nie przypominało otwartych przestrzeni naszych hangarów, dachu, czy płaszczyzn na Prakith. Mimo to, próbowaliśmy. Kultysta jednak lawirował między nami. Pociski droidów wydaje się znacznie bardziej przeszkadzały mi, niż jemu. Przecinał droidy jeden po drugim, w międzyczasie doskakując też do mnie. Był niesamowicie szybki, nawet jak na kultystę. Wpierw ranił mnie w ramię, później jedno z cięć przeszyło moje udo. Zdałam sobie sprawę, że nie mam w tej walce najmniejszych szans. Granie na czas, próby przeciągania tego, ryzykując życie, też nie miały sensu. Jak zawsze, agentura wyraźnie zaznaczyła, że będę w tym sama. Jak profesjonalnie. Dodatkowo, tak jak się domyślałam z zajścia Namona, Bar’a’ki i Nihil’ian’nebu, wnętrze posiadłości było odcięte od świata. Nie byłam w stanie nawiązać z nikim połączenia. Nadszedł moment, w którym nawet ostrzał czterech znajdujących się tam droidów, zasiekanych przez stalowe ostrze kultysty ucichł. Nie było wsparcia, które mogło nadejść. Nie było czekającego w odsieczy oddziału WSK. Tylko ja i on. Po chwili Sanaris zniknął, kultysta też. Zabrał go. Mogłam próbować ich śledzić, ale najprawdopodobniej oznaczałoby to moją śmierć. Nie zaryzykowałam. Przegrałam. Jedyne, co mogłam zrobić, to nie iść na dno za milionerem. Wybiegłam z posiadłości i wezwałam służby.

Jak można było się domyślić, nie byli zadowoleni. Całość została zrzucona na kilkadziesiąt minut, które straciłam z przekonującym w swej głupocie idiotą. Mogło tak być. Pewnie wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej. Lepiej przeanalizować sytuację, bądź nawet analizować ją mniej. Pewnie mogłam uprzedzić kultystę, albo może i cała ta akcja była skazana na porażkę, biorąc pod uwagę niechęć współpracy, kombinowanie Sanarisa, czy jego pracowników, które ostatecznie doprowadziło go do tej sytuacji. Może Kultysta pojawiłby się w międzyczasie aresztowania. Jeśli tak, nic by to nie zmieniło. Nie wiem, nie wiemy, pewnie nigdy się nie dowiemy. Teraz już nic tego nie zmieni. Ruszyłam ranna w wykańczającą podróż do Komendy Głównej Skoth.

Na miejscu znajdowali się już agenci, jak i Mistrzyni i Rycerz Avidhal. Poza uzmysławianiem nam, w jak beznadziejnej jesteśmy sytuacji i że jak wielka jest to moja wina - w posiadłości Sanarisa znaleźli jego testament, według którego Rahadio Sanaris tak naprawdę chciał tego, co my wszyscy. Wspierał kult przez prawie dekadę, by zdobyć informacje, które pozwolą mu na ostateczne zamknięcie ich sprawy. Z nikim się tym nie dzielił, nie dzielił się z nami, gdyż uważał, był pewny, że ktoś z naszego otoczenia jest świadomym, bądź nieświadomym szpiegiem Kultu. Zdaniem agentów brzmiało to przekonująco. Przedstawiało obraz miliardera, który chciał być wybawcą swojego ludu. Nagrania, które zdobyłam ukazywały brutalność spotkania w jego posiadłości. Agenci dość szybko wydaje się kupili wersję Rahadio Sanarisa. Ja nie jestem taka pewna. Razem z testamentem znajdowały się informacje, które zdobył. Mapy podziemnych kompleksów Kultu, ich skupiska, rozpłodownia i drogi przerzutowe dla Starszych. Jak to nazwali, szachownica została zresetowana, a my wciąż mamy tylko rok, na ostatecznie rozwiązanie tej sprawy, tej “wojny religijnej”. Z wiedzą którą mamy, bez łącznika z Kultem, Sanarisa i z informacjami, które po sobie nam zostawił. Wielki przełom, jakim miało być pojmanie Rahadio Sanarisa się nie udał.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Padawan Alora Valo
Obrazek
Awatar użytkownika
Alora Valo
Uczeń Jedi
 
Posty: 513
Rejestracja: 23 gru 2016, 17:21
Nick gracza: Oem

Re: Sprawozdania

Postautor: Tanna Saarai dodano: 17 sty 2019, 18:47

Sprawa: Revin Sarst
Prakith / Dremulae


1. Data, godzina zdarzenia: 08.10.18 - 06.12.18

2. Opis wydarzenia:

Wszyscy zapewne wiecie, jak zaczęła się ta sprawa. Jedna głupia, pochopna decyzja rozpoczęła lawinę, która zdawała się być nie do zatrzymania. Gdy otrzymaliśmy wiadomość od zmarłego Garrina, który podał nam szczegóły swojej zbrodni Voliander chciał dowiedzieć się więcej. Zasugerował mi więc wysłanie Adepta do miejsca, w którym rzekomo Garrin miał pozbyć się ciała zamordowanego chłopaka. Padło na Revina Sarsta, gdyż ten akurat był pod ręką. Z założenia było to proste zadanie, które ciężko skomplikować… One zawsze takie są, prawda?

Co dokładnie wydarzyło się podczas śledztwa Revina przeczytać będziecie mogli z jego raportu, o którego napisanie go poprosiłam. Oto jego wspomnienia z tego dnia:
Revin Sarst pisze: Przebieg mojego śledztwa... Cóż, przyznam, że nie trwało ono zbyt długo zanim wszystko szlag trafiło i nieomal nie pożegnałem się z życiem.

Zajęło mi chyba dobre kilka godzin nim wypatrzyłem w górach porzucony ścigacz. Stał tam porzucony przez kilka miesięcy, najwyraźniej przez nikogo nie ruszony i pokryty piachem. Postanowiłem go zbadać i spróbować określić do kogo mógł należeć. Nie było tam wiele. Karta studencka i rozładowany cyfronotes. Nie było tam nic podejrzanego. Sprawdziłem sam cyfronotes podłączając go do mojego, ale tam również nie znalazłem nic szczególnego. Ot pojazd należący do jakiegoś studenciaka, nic więcej. Gdyby nie to, co stało się dalej, byłbym przekonany, że to błędny trop.

Nim udało mi się dokończyć mozolne przeglądanie danych na tamtym starym cyfronotesie, na miejsce podjechał uzbrojony facet, który w pierwszej chwili myślałem, że chciał mnie po prostu okraść. Teraz kiedy sobie o tym myślę, to zdecydowanie preferowałbym taki scenariusz od tego, co się wydarzyło. Gość wziął mnie na muszkę, kazał wysiąść ze ścigacza i stanąć tyłem przed maską, a następnie mnie zakuł. Powiedział, że to nic osobistego i jego szef chce mnie widzieć. Próbowałem wyciągnąć więcej informacji tam, na miejscu, ale bezskutecznie. Mimo to, jako że byłem pewien, iż było to jakieś nieporozumienie, to nie stawiałem oporu i pewny siebie dałem sie zabrać.

Zawiózł mnie do willi tego człowieka, którego tożsamości wtedy jeszcze nie znałem. Dopiero tam wszystko zaczęło się rozjaśniać. Zostałem przeszukany i pozbawiony mojego sprzętu. Aderbeen wypytywał mnie - jeśli dobrze pamiętam już wtedy z bronią w ręku - kim jestem i co tam robiłem. Nie jestem pewien, czy było to na nagraniu, ale pierwotnie próbowałem zataić prawdę i ją mocno nagiąć, przedstawiając mu się jako żołnierz Sojuszu, rozbitek, co akurat w tym przypadku nie odbiegało aż tak daleko od prawdy. Nie mniej, nie miało to dużego znaczenia, gdy później prześwietlił mój cyfronotes z pomocą jakiegoś zdolnego informatyka - hakera. Podczas tej mało przyjemnej rozmowy stało się jasne, że martwym chłopakiem był jego syn. Ten fakt uderzył mnie w łeb niczym cegła i był chyba tym pierwszym progiem, kiedy zacząłem się... cóż... rozstrajać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany. Przede mną stał rozwścieczony ojciec i zrospaczona matka, którzy stracili syna. Aderbeen chciał mnie odstrzelić już na samym wstępie żeby zaznać spokoju ducha. Ale skończyło się na przepytywaniu.

Jego furia jednak się wzmożyła, gdy uzyskał wreszcie dostęp do mojego cyfronotesu, co spotęgowało mój rosnący strach, gdy znów skierował pistolet w moją stronę z wyraźną chęcią zastrzelenia terrorysty, który w jego mniemaniu mógł być odpowiedzialny za śmierć jego syna. Po tym jak dowiedział się wszystkiego z mojego cyfronotesu, zdaje się, że chciał oddać mnie w ręce prakithanśkich służb. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie czara się przelała i strach połączony z poczuciem winy spowodował, że otworzyłem gębę i powiedziałem to czego nie powinienem. Miałem jakąś głupią nadzieję, że jeżeli powiem mu, że chcę pomóc, że szukam jego syna żeby dowiedzieć się co się stało, to będzie skłonny zaniechać oddawania mnie w ręce służb. Nie wiedziałem wtedy jakie mogą być tego konsekwencje, nie znałem relacji służb Prakith z grupą i szczerze mówiąc, spodziewałem się najgorszego.

Gdybym wiedział nieco więcej, to trzymałbym gębę na kłódkę, dał się zabrać i pewnie wróciłbym do bazy po jakimś czasie przesłuchań, i to w jednym kawałku. Moja głupota jednak kosztowała mnie i tą możliwość i moje nogi. Aderbeen przestrzelił mi kolano, padłem na ziemię. Pytał dalej o dalsze szczegóły, a ja powodowany strachem i agonią, mimo iż próbowałem nie zdradzać nic więcej, to mówiłem, mówilem z obawy o moje życie. I tak zdradziłem sprawę z Garrinem, co kosztowało mnie drugą nogę i niemalże nie pozbawiło życia, bo chciał mnie dobić i mieć to za sobą. Gdyby nie człowiek ze służby Aderbeena, który przemówił mu do rozsądku, z obawy o możliwe reperkusje polityczne, to zabiłby mnie tam, na miejscu. Mogę się jedynie cieszyć, że nie miałem do czynienia z człowiekiem, który nie miał nic do stracenia.

I to chyba tyle. Po tym wszystkim zostałem zabrany i zamknięty w celi. Nie jestem pewien czy coś pominąłem istotnego z tego całego przykrego spotkania, ale mam nadzieję, że nie. Nie mogę być jednak pewien, bo w tamtym momencie moja łepetyna nie działała już zbyt trzeźwo i nie mogę mieć pewności czy coś mi się nie pomajtało.

Z tego co mówił Aderbeen, a o własnym synu powiedział, że był co najwyżej nieszkodliwym idiotą, wnioskuję iż ten dzieciak, student, rzeczywiście mógł być niegroźny. Jego śmierć definitywnie nie była konieczna i mam szczerą nadzieję, że uda się unikąć podobnych tragedii w przyszłości.


Wieści o tym co się wydarzyło otrzymaliśmy dość rychło. Gheren Aderbeen zadeklarował się naszym śmiertelnym wrogiem i rozesłał po darknecie ogłoszenia, w których za głowę każdego z nas płacił pokaźną sumę kredytów. Nic więc dziwnego, że pod naszą bramą, aż do ostatecznego zamknięcia tej sprawy, pojawiło się paru chętnych na zgarnięcie nagrody.
Postanowiłam porozmawiać z Gherenem Aderbeenem i przekonać go do zaniechania swojej vendetty. Nagrałam holowiadomość, której podstawą było przekonanie, iż całe zamieszanie wynika ze strachu, głupoty i jest jednym wielkim nieporozumieniem. Chciałam przekonać go, iż nie odpowiadamy za śmierć jego syna, a wszystko jest manipulacją i próbą oczernienia nas, osłabienia w tak newralgicznym dla Prakith czasie wyborów i zbliżającej się inwazji Yuuzhan Vongów. Pomysł jak i treść samej wiadomości konsultowałam z paroma osobami, by nabrać perspektywy, a następnie wysłałam ją do zainteresowanego. Wszystko działo się za zgodą agencji federalnej, z którą pozostawałam w ścisłym kontakcie.
Miałam nadzieję, że uda mi się do niego trafić. Naprawdę w to wierzyłam. Niestety po paru dniach Gheren Aderbeen wyprowadził mnie z błędu, gdy zapowiedział, iż nie zamierza zaniechać swoich pełnych nienawiści działań względem nas i ma dość kłamstw, manipulacji i uciekania od odpowiedzialności.

Po fiasku pierwszej próby załagodzenia tego sporu ponownie skontaktowałam się z agencją federalną, a konkretnie podkomisarzem Vallerianem Mandera, który prowadził tę sprawę. Podkomisarz zaproponował spotkanie u niego w biurze w celu omówienia dalszego postępowania. Jako iż w trakcie rozmowy z nim towarzyszył mi Rycerz Avidhal udaliśmy się do biura agencji razem.
Tam wraz z podkomisarzem ustaliliśmy, po długiej dyskusji, co zamierzamy robić dalej. Plan przedstawiał się następująco. Podstawą było udowodnienie, iż Adept Garrin Sull nie mógł dopuścić się zarzucanego mu czynu, gdyż w trakcie morderstwa przebywał poza Prakith. W tym celu należało przygotować oficjalne dokumenty, które potwierdzałyby jego wylot. Z Revina Sarsta z kolei musieliśmy zrobić najemnika poleconego nam przez Sojusz, którego to jedynie ta sprawa łączyła z nami w jakikolwiek sposób. Ze względu na jego zachowanie i wypowiedzi w posiadłości Pana Aderbeena musieliśmy również udowodnić, iż ma problemy psychiczne, które to miały być efektem działań wojennych, a o których nie wiedzieliśmy podczas zatrudniania go do tego zadania.
Zajęłam się obiema tymi rzeczami i parę dni później wysłałam stosowne dokumenty podkomisarzowi. Dokumenty, które podpisać miał Revin Sarst. Zajęło to prawie dwa tygodnie nim zainteresowany przejrzał papiery i złożył swój podpis w stosownym miejscu. W końcu mogliśmy ruszyć z tą sprawą dalej. Należało teraz potwierdzić, iż Revin Sarst doznał urazu psychicznego podczas działań wojennych. Do tego wymagany był kontakt z Sojuszu, o który również się postarałam. Skontaktowałam się z placówką na Dremulae i umówiłam się na spotkanie. Tam przyjął mnie pułkownik Pooga-Varn oraz porucznik Anthony Deloga. Opisałam im dokładnie całą sprawę i ustaliłam z nimi, iż wydadzą nam niezbędne dokumenty. Porucznik Deloga dodatkowo udać się miał na Prakith, by tam wystąpić w telewizji z oficjalnym przemówieniem, które miało dodać wiarygodności wszelkim dokumentom, które przedstawić miała agencja federalna mieszkańcom Prakith. Oficjalnie Revin Sarst miał zostać osadzony w jednym ze szpitali psychiatrycznych Sojuszu, gdzie miał zostać leczony.
Warunkiem współpracy Sojuszu było jednak, aby Revin Sarst nie został w żaden sposób zdemaskowany, a Sojusz nie ucierpiał na tej sprawie. Zaproponowali zatem aby zmienić mu tożsamość i pozostawić go w naszej bazie, pod naszą opieką. Po długich dyskusjach nie chciałam prowadzić jeszcze kolejnej, wyjaśniającej, jak szalenie niebezpieczny jest to pomysł. W dodatku byłbym w niej sama przeciwko dwóm oficerom Sojuszu. Przytaknęłam zatem temu pomysłowi licząc, iż oficjele z Prakith przemówią porucznikowi do rozsądku podczas spotkania, o które ten prosił. Następnego dnia wróciłam na Prakith, a porucznik przybył niedługo po mnie i zakwaterował się w jednym z hoteli w Prall.

W końcu doszło do spotkania między wysłannikiem Sojuszu – porucznikiem Delogą – a przedstawicielem agencji federalnej – starszym sierżantem Riharrem Honnem. Byłam na tym spotkaniu w roli naszego przedstawiciela. Odbyło się ono w remontowanym budynku posterunku policji. Dostałam wytyczne, które pozwolić miały mi na wejście do odpowiedniego skrzydła, gdzie odbywało się tajne spotkanie. Na miejscu czekał już na mnie starszy sierżant, a po chwili dołączył również porucznik Deloga.
Porucznik przedstawił stanowisko Sojuszu, starszy sierżant odpowiedział oczekiwaniami Prakith, a ja musiałam to wszystko jakoś pożenić. Jako, iż miałam wcześniej trochę czasu na przemyślenia, a znając obie strony wiedziałam czego mogę się po nich spodziewać, po chwili zaproponowałam odesłanie Revina Sarsta na Ossus, na którym miał pozostać pod obserwacją ludu Ysanna, a którym dodatkowo mógłby pomóc w odbudowie po inwazji Yuuzhan Vongów. Opowiedziałam krótko o samej planecie, jak i mieszkańcach i udało mi się do tego pomysłu przekonać porucznika. Dosłownie w ostatniej chwili, gdyż do pomieszczenia wszedł ochroniarz obiektu, któremu nie podobało się, iż rzekomi inspektorzy – którymi mieliśmy tej nocy być – siedzą i gadają zamiast pracować. Starszy sierżant próbował go przegadać jednak wydawało się to bezcelowe. Ostatecznie skapitulował i opuściliśmy budynek, każdy udając się w swoją stronę. Wszystko zdawało się zmierzać do szczęśliwego dla Revina Sarsta końca. Pozostało jeszcze jedno spotkanie, zaraz przed oficjalnym stanowiskiem Prakith, które miało być transmitowane w holowizji.

To w końcu nastąpiło w miejscu, w którym Revin Sarst spędził ostatnie tygodnie. Towarzyszył mi Rycerz Avidhal - na szczęście, jak miało się później okazać. Przywitaliśmy się ze wszystkimi, czyli porucznikiem Anthonym Delogą, podkomisarzem Vallerianem Mandera – choć ten w dyskusji nie uczestniczył – oraz rzeczniczką rządu Prakith Cordelią Everpromise. Oraz oczywiście z samym, jak mogłoby się wydawać, głównym zainteresowanym. Udaliśmy się do pokoju na narady.
Tam raz jeszcze wszystko zostało podsumowane, ale porucznik Deloga ponownie wysunął kwestię dalszego pobytu Revina Sarsta na Prakith. Zaskoczyło mnie to, gdyż wydawało mi się, że tę kwestię mamy już zamkniętą. Porucznik jednak chciał poznać więcej szczegółów, dowiedzieć się więcej o samym Ossusie i ludzie Ysanna – przedstawiłam więc swoją nikłą wiedzę na te tematy i próbowałam go odwieźć od myśli, iż najlepszym rozwiązaniem będzie pozostawienie Revina Sarsta u nas w bazie. Rzeczniczka również wyraziła swoją dezaprobatę do takiego rozwiązania. Porucznik nie dawał się przekonywać do czasu, aż Rycerz Avidhal nie wyjaśnił mu, iż posiadamy na Prakith wielu wrogów, również takich, którzy potrafią niezauważeni przeniknąć do naszej bazy i odkryć obecność oraz prawdziwą tożsamość Revina, co oczywiście dla nikogo nie jest korzystne. Porucznik miał chyba mylne wrażenie, że pod naszą opieką nic złego nie może mu się stać… Jakby od tego nie zaczął się cały ten bałagan…
Gdy w końcu udało się powrócić na właściwe tory, a Revin Sarst miał po oficjalnym nagraniu znaleźć się na okręcie Sojuszu skąd z kolei mieliśmy go przetransportować na Ossus, zeszliśmy na dół, by odsłuchać przemówień obu stron. Po przedyskutowaniu ich porucznik udał się wraz z Revinem Sarstem oraz rzeczniczką na owe wystąpienie, które mogliście oglądać w telewizji.

Sprawa zaczęła się błaho, a przerodziła się w coś niezwykle skomplikowanego… Zbyt skomplikowanego i niebezpiecznego, jak na działania, których dokonał Revin Sarst (tak głupich słów, które powiedział w posiadłości Gherena Aderbeena). Wszystko jest tak naprawdę wypadkową całej naszej działalności na Prakith. Od momentu, w którym postawiliśmy stopę na powierzchni planety podjęliśmy wiele złych decyzji, działaliśmy wielokrotnie w sposób niezgodny z prawem… To odbiło się ostatecznie na Revinie…

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Uczeń Jedi Tanna Saarai
Obrazek
Awatar użytkownika
Tanna Saarai
Uczeń Jedi
 
Posty: 893
Rejestracja: 08 kwie 2010, 9:47
Nick gracza: Binol

Re: Sprawozdania

Postautor: Tulkkin dodano: 19 sty 2019, 14:58

Niech zyje korelianskie ale!

1. Data, godzina zdarzenia: 18.01.19, 21:00-1:00

2. Opis wydarzenia:

Wczoraj podczas luźnego przesiadywania w kantynie razem z Alorą i Phylkusem połączyło się z nami WSK, szybko i konkretnie poprosili o holowizję i dwie nieznajome, anonimowe twarze. Ruszyliśmy do pokoju w hangarze, gdzie odbyliśmy rozmowę z oficerem.

Ja i Dule, mieliśmy udać się do jakiegoś prostego barku w Zachodnim Porcie Skoth, spotkać się z gościem od Sojuszu, który miał przekazać nam cyfronotes z danymi na którym są nagrania rozmów między Yuuzhan Vongami z podbitych placówek, czy też innych miejsc. Bardzo cenna rzecz.
WSK podsunęło nam hasło kontaktowe, obrażające jedną z lokalnych drużyn co nijak mi się nie spodobało, nie jechaliśmy tam zbierać oklepu. Ustaliliśmy drugie hasło chwalące piwny trunek. W sumie spoko, ja tam i tak się nie znam - oby kopnęło. Wracając...
Wzięliśmy śmigacz, który dostałem od Lookira, a Padawanka Alora wręczyła nam po blasterze - tak na wszelki wypadek, jakby podczas drogi coś wyskoczyło.
Droga była trochę męcząca, zwłaszcza początek. Zimnica porównywalna do Mirialu.

Zajechaliśmy do Portu i zaparkowaliśmy na uboczu, chowając blastery do schowka który zablokowaliśmy.
Pierwszy raz razem z Phylkusem byliśmy w Skoth, więc nie wiedzieliśmy totalnie w którą stronę ruszyć, a na miejscu spotykaliśmy tylko jakichś żuli, czy też osoby niezbyt zdolne do rozmowy. Ogólnie założyłem, aby nie wchodzić w zbędne interakcje, co poniekąd się udało, gdyż pewnym krokiem staraliśmy się szukać miejsca samodzielnie.
Ostatecznie podszedł do nas trandoshanin, kolekcjoner scyzoryków, który pokierował nas w stronę jakiegoś małego baru - jak się później okazało, do właściwego miejsca.
W barze było kilka osób, a ja nie miałem zamiaru chodzić od stolika do stolika chwaląc koreliańskie ale...
Postanowiliśmy odbyć głośną rozmowę między sobą przy pustym stoliku. Po jakimś czasie wypowiedziałem hasło głośniej ''Niech żyje koreliańskie ale!'' i wtedy podszedł do nas mężczyzna odpowiadając tym samym, nasz człowiek.
Facet mówił szybko i krótko, totalnie rzeczowo. Potwierdziliśmy, że przybywamy od Mistrzyni Vile, po czym dostaliśmy cyfronotes i zakończyliśmy spotkanie.
Wracając do śmigacza nie wpadliśmy w żadne kłopoty, na swojej drodze mieliśmy jedynie miejscowego ćpuna oraz patrol policyjny, o ironio...
Natomiast gorzej było przy samym skuterze. Z daleka widać było jak jakiś facet kładzie swoją rękę na śmigaczu co zaniepokoiło mnie i Phylkusa, jednak ja postanowiłem podejść do tego trochę pozytywniej, niż Dule który krzyknął do typa coś w stylu aby zabierał swoje łapy, czy gdzie z tymi łapami... No coś takiego.
Gościowi ewidentnie się to nie spodobało i zaczął być chamski w stronę mojego kompana, na początku starałem się jakoś ugadać, załagodzić sytuację, ale kiedy dołączył do nas łysy koleżka tego faceta to postanowiłem się wycofać, mając jedynie nadzieje że nie dojdzie do jakiejś bitki.
Podczas gdy Dule, starał się słownie wybronić ja zająłem łysego rozmową. Zwyczajnie podałem się za jakiegoś ubera, który musi odwieźć Pylkusa, by zarobić grosz na piwko. Nie chciałem ingerować i stawać oporem jako szlachetny obrońca, miałem w kieszeni ważny cyfronotes, który mogli by nam ostatecznie zabrać. Kto wie co mieli oni sami w kieszeniach, albo czy nie było ich więcej w okolicy. Przepraszam Dule.
Ostatecznie mój rozmówca, zachęcił swojego narwanego kolege by ten odpuścił już Phylkusowi i poszli się zwyczajnie nawalić, zapraszając mnie jedynie.
Jak tylko odeszli to wsiedliśmy na skuter i ruszyliśmy czym prędzej w stronę bazy, jednak...

Jakiś czas później, w jakimś kanionie zatrzymała nas policja - rutynowa kontrola, no spoko. Przyznaje, że nie byłem często spisywany, więc też nie byłem zbyt obyty z tym jak to się odbywa, zwłaszcza tutaj na Prakith.
Na dwóch alkomatach wykazało, że ja i Dule jesteśmy... Pod wpływem! A przecież nic, a nic dzisiaj takiego nie piliśmy. Myśle kurde w cholere dziwna sprawa... Starałem się coś ugrać, ugadać może... Ale policja byłą stanowcza, a my nie mieliśmy przy sobie kasy na mandat. Pamiętam, że nie wylegitymowali się nim zaczęli interwencję... Bardzo mnie później korciło by o to ich poprosić, ale już tyle kombinowałem i tyle gadałem, że wolałem nie pogarszać sytuacji i nie wkurzać ich bardziej.
Wsiedliśmy do radiowozu z Phylkusem i jednym z policjantów, drugi natomiast miał odstawić nasz śmigacz i blastery do depozytu.
Jakiś czas później policjant wysadził nas gdzieś w Skoth, przy jakiejś kantynie mówiąc że nie ma czasu i nam się upiekło... No wtedy to już byłem przekonany, że nas za przeproszeniem wydymano. Jedyną wskazówkę jaką pozostawił fałszywy glina, było aby udać się do najbliższej komendy po odbiór skutera.
Połączyłem się z Padawanką Alorą i Adeptem Brostaltem, mówiąc jak wygląda sytuacja i co teraz musimy zrobić. Umówiliśmy się z n Brostaltem przy komendzie, w której strone ruszyliśmy z Dulem. Byliśmy już trochę przemarznięci i osłabieni, tyle czasu w drodze, a też bez ciepłego napitku to nie wyglądało zbyt kolorowo.
Dotarliśmy ostatecznie na komende, gdzie potwierdziły się moje przeczucia - zostaliśmy oszukani przez fałszywy patrol, no cholera jasna...
Razem z Dulem zaczęliśmy opowiadać o sytuacji, jak ta kontrola wyglądało, co się działo, ogólnie mieliśmy zamiar zgłosić sprawę i porwanie śmigacza. Podczas zeznań policjant poprosił o dane właściciela śmigacza... Kuźwa, wolałem już olać temat, niż mieszać w to tego aqualisha Lookira z tej sekty Voliandera. Uznałem, że wolę być stratny śmigacz, który i tak nie był nasz oraz no... Blastery, niż ciągnąć to w nieskończoność. Co jak co, ale to ten cyfronotes najbardziej się liczył.
Wyszliśmy z Phylkusem z komendy, tam czekał na nas adetp Brostalt, który zabrał nas na dwie tury do bazy.

Dane trafiły w ręce Alory, która wzięła się za ich tłumaczenie, a my wróciliśmy wyraźnie osłabieni i głodni, o co ostatecznie zadbałem robiąc nam ciepłą herbatę do gorącej zupy.

Zadanie wykonane, cyfronotes dostarczony, wróciliśmy w jednym kawałku.


3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:

4. Autor raportu: Adept Ulfur Rh'annix
Obrazek
Awatar użytkownika
Tulkkin
Zbanowany
 
Posty: 71
Rejestracja: 11 wrz 2018, 14:09

Re: Sprawozdania

Postautor: Siad Avidhal dodano: 22 sty 2019, 4:26

Interesy jak zwykle

1. Data, godzina zdarzenia: 05.01.19

2. Opis wydarzenia:

Yuuzhan vong

Wojna z Vongami jest już niemalże na wyciągnięcie ręki - należy wzmóc działania własne, aby ustalić pewne kroki, które należy wykonać i podsumować możliwości, którymi dysponujemy.

Na pewno kluczową postacią w całości ustalania przebiegu konfliktu w jego ostatecznym majestacie będzie Rycerz Fenderus, który - myślę - w temacie planowania bitew kosmicznych ze swoją wiedzą, będzie najbardziej wiarygodnym źródłem informacji. Niestety jego pozycja wobec Sojuszu skutecznie odcina nam możliwości... Sensownych negocjacji i ustaleń bez jego obecności. Na pewno mocno ogranicza. Na pewno też jednak zamiast skupiać się teraz na faktycznym przebiegu, miejscu, planie potyczki - trzeba skupić się na rozpoznaniu.

Musimy skupić się na rozpoznaniu, bo bez wiedzy o tym z jaką konkretną siłą przyjdzie się nam mierzyć - resztę planów możemy wyrzucić do kosza i popełnić zbiorowe samobójstwo w jakimś urokliwym plenerze. Wiemy tylko, że dysponują jednym światostatkiem i PRZYNAJMNIEJ dwoma kor chokkami, okraszonymi piekielnie dużą liczbą yorik-etów. Nie daje nam to wiele, bo - dla prostego przykładu - to, czy tych hipotetycznych kor chokków są dwa, czy jest ich trójka... Całkowicie zmienia nam przebieg bitwy przy ich niezmierzonej potędze. Zasada jest prosta. Mamy jednego Viscounta, który jest niepodważalną maszyną wojenną. Pamiętacie doskonale to uczucie jak wiele zmienił w naszych planach i motywacjach. To teraz wyobraźcie sobie, że mamy dwa. To byłby dla nas wręcz szczęśliwy podarek od Mocy, prawda? Jeden statek, a tak wiele zmienia. Dokładnie identycznie jest ze światostatkami, z kor chokkami. To nie są statki, które tylko dają przewagę - to statki, które miażdżą i wygrywają wojny. Znajomość ich konkretnej liczby jest dla nas po prostu przymusem, bo bez tego nie damy rady planować niczego. Całkowicie zmienia nam to przebieg przy ich niezmierzonej potędze. Dość powiedzieć, że - z relacji Pana Carpera - już z jednym miała podczas wojny problem flota Admirała Kre'feya. Na tyle duży problem, że jedynym rozwiązaniem było przestawienie Immobilizera 418 tak, by zepchnąć tego kolosa na 'trupa' planety Ithor. Postanowiłem nieco odkopać materiałów z tej historii i nieprecyzyjne informacje mówią, że balans sił prezentował się następująco:

- Sojusz
5 Niszczycieli Imperiali II
9 Niszczycieli Victory
3 Bothańskie Krążowniki Szturmowe
1 Kalamariański Krążownik MC
1 Immobilizer 418
Niewiadoma liczba fregat, frachtowców i myśliwców

- Yuuzhan Vong
1 Kor Chokk
3 Miid ro'ików
8 Yorik-Veców
Niewiadoma liczba "frachtowców" i skoczków

Mam nadzieję, że liczbowo nie muszę tłumaczyć jak duża była flota sojuszu, a i tak ledwie dała sobie radę. Plan Kre'feya opierał się na przekierowaniu mocy interdyktora tak, by wepchnąć kor chokka na orbitę. Rozbić go o niego. Planowałem przeanalizować możliwości, jeśli chodzi o stworzenie przestrzeni do bitwy na ruinach szlaku Byssańskiego, w odcinku byłego Byss, gdzie do tej pory wszechobecne są kwadryliony ton tego, co po niej pozostało. Musiałem skasować kilka akapitów swojego raportu w trakcie jego realizacji, bo okazuje się, że nie byłoby to możliwe. Aby powtórzyć ten manewr, potrzebna jest grawitacja. Sam Immobilizer nie da rady zepchnąć tego kolosa na coś. Jak poinstruował nas fizyk sojuszu - obiekt musi znaleźć się bezpośrednio nad orbitą planety, aby immobilizer miał okazję wepchnąć i wspierać grawitację ciała niebieskie; uniemożliwić obiektowi przeciwdziałać tej grawitacji. W pasie asteroid gdzie tej grawitacji nie ma - jest to niemożliwe. A szkoda, bo jeśli wciąż dominującą liczbą są myśliwce, to w trudnym terenie nasze zwrotniejsze myśliwce i szybszy ostrzał byłyby bardziej użyteczne, niż skoczki z potężnymi yaret-korami, które mają gdzieś tarcze energetyczne. Tak chociaż mielibyśmy jakiś naturalny element osłony. Póki jednak nie poznamy dokładnej liczebności wroga - mogę się jedynie po sobie powtórzyć. Światostatki to jedno, kor chokki to drugie - nie wiemy jednak ile dodatkowo mają większych statków niższej klasy, takich jak miid ro'iki, stronhy czy krążowniki yorik-vec. Nie wiemy nic. Ta historia to dowód tego, że naszym priorytetem musi być poznanie liczebności przeciwnika, by móc ustalić miejsce i przebieg nadchodzącej bitwy. Niestety, obawiam się, że może to być brutalnie ciężkie. Odik wysłał już trzy Ferrety - statki zwiadowcze - by pozyskać jakiekolwiek informacje. Z każdym z tych zespołów straciliśmy kontakt. Byc może jedyną naszą możliwością będzie "honorowy" Hras Choka, który ścigał Mistrzynię i którego "przepraszał" Rycerz Fenderus. Może udałoby się pozyskać dodatkowe informacje; może udałoby się przekonać go do częściowej współpracy; może udałoby się uświadomić go, że ich misja to nic innego, jak zguba dla wszystkiego co żywe w naszej galaktyce. Że jest po prostu smutnym narzędziem do bestialskiego, zbrodniczego niszczenia świata - nie zaś oficerem prowadzącym wojnę. Jest po prostu częścią apokalipsy. To jednak - wedle mojej wiedzy - również leży w rękach naszego nietypowo normalnego aqualisha (a może i przede wszystkim). Jeśli ten plan się nie powiedzie, to najbezpieczniejszym byłoby chyba przetrząsnąć galaktykę w poszukiwaniu osób, które cudownie zbiegły przed inwazją na Constancię i w pełni szkód psychicznych zaszyli się gdzieś w cudzej piwnicy na skraju galaktyki. Być może na podstawie ewentualnych nagrań, zdjęć - dałoby się oszacować chociażby liczbę większych statków - ale wątpię. Stawiałbym na jakieś statki, floty niezależne, które jakimś cudem z tamtego systemu uciekły przed wojną - pirackie albo handlowe, na ten przykład. Być może ktoś z nich ma jakieś informacje, które udałoby się wydobyć z pamięci radarów. Może są stacje kosmiczne lub orbitalne - ale to wymagałoby dostania się na terytoria okupowane przez wroga. Nie mamy innej możliwości, jak skupić się na poznaniu tego, jaką flotą dysponuje wróg. Od tego też zależy to, czy powinniśmy próbować przeprowadzić bitwę poza regionami zamieszkałymi, czy raczej skupić sie na ostatnim bastionie jakim jest Prakith i jego defensywa zdolna zmieść szturm 30 krążowników Imperial-I.

Jeśli okazałoby się, że nasza flota w jakiś sposób byłaby porównywalna, warto rozważyć zorganizowanie pułapki w systemie Beshqek. Oprócz świata Relus, nie ma tam chyba już innych planet, które by się do czegokolwiek nadawały. To głównie albo gazowe giganty, albo toksyczne planety. Chel (0 księżycy), Abanol (1 księżyc), Kissarm (9 księżycy), Polos (1 księżyc), Houll (5 księżycy), Pelutt (2 księżyce). Wszystkie są raczej niezamieszkałe. Może warto rozważyć manewr z zastosowaniem pułapki; ataku z różnych stron. W trakcie bitwy nie ma przesadnie czasu, by podróżować po systemie - Vongowie potrafią też dodatkowo zakłócać sygnały, przez co wsparcie może nie dotrzeć. Najrozsądniejsze moim zdaniem byłoby rozlokowanie sił częściowo za księżycami, pozostawiając jedną "czujkę" w formie wabika gdzieś w widocznym miejscu. Trzeba też dokładnie zbadać jak wygląda ukształtowanie tamtego systemu, by móc określić z której strony planety wróg mógłby nas potencjalnie zaatakować. Nie moglibyśmy sobie pozwolić na ewentualne pominięcie nadejścia wroga, albo odsłonięcie części statków, które miały stanowić element zaskoczenia. "Czujka" mogłaby przy dostrzeżeniu wroga powoli zacząć uciekać na drugą stronę planety - zmusić wroga do tego by zaczął ją ścigać, podchodził coraz bliżej. Trzeba zmusić ich, by zechcieli podejść do orbity planety albo księżyca na tyle blisko, aby interdyktory mogły robić swoje. Dysponujemy jeszcze dodatkowo zagłuszaczami grawitacyjnymi ulepszonym przez Sojusz, które także warto wykorzystać. To bardzo cenna rzecz, przynajmniej - wedle mojej opinii - na starcie samej bitwy. W momencie, w którym Vongowie dopiero orientują się o pułapce, w momencie, w którym wszystkie pojazdy dostają szybkie rozkazy - utrudnić im po prostu komunikacje, zablokować i wprowadzić nawet chwilowy chaos po to, by zepchnąć minimum jedną maszynę na powierzchnię księżyca albo planety. By też ewentualnie opóźnić siły, które potencjalnie mogłyby czekać sektor dalej w roli wsparcia dla tych, które na nas wysyłają. Jak ich zmusić do działania? Jak w tę pułapkę wpakować? Tutaj słusznie zauważył Adept Fell, że na nich - nie ma doskonalszego wabika, niż my sami. My jako Jedi - ich "naturalni" wrogowie, za którymi (w tym wypadku mowa o Mistrzyni) będą pędzić tygodniami przez połowę Głębokiego Jądra. Osobiście w tym scenariuszu stawiałbym na Kissarm albo Houll - duża liczba księżyców, duża liczba dodatkowych obiektów, trudniejsza lokalizacja. Kissarm ma ich aż dziewięć, w dodatku to potężny, gazowy gigant - większa przestrzeń do ewentualnych manewrów, mniejsze pole do ominięcia planety podczas przeciwdziałaniu sile interdyktorów. W ostateczności gazowe giganty w pierwszych fazach składają się głównie z łatwopalnego wodoru, który również może dałoby się wykorzystać. Nie wiem jak z wysadzeniem połowy sektora wywołując sztuczną supernovę. Poza tym mamy tam do czynienia ze skrajnie wysokim ciśnieniem, które jest w stanie ten wodór naprężać do wodoru metalicznego... Więc to co wleci w orbitę gazowego giganta, powinno tam raczej pozostać na wieki. O Houll nie powiem tutaj zbyt wiele - to po prostu lodowa pustynia z pięcioma księżycami. Również nadaje się do jednego z dziesiątek planów, które generuje moja głowa. Jeśli chodzi o samą dyspozycję sił - nie jestem w stanie powiedzieć więcej do czasu, aż faktycznie będzie to możliwe. Staram się jedynie za wszelką cenę oddalić tę wojnę od Odik, od Prakith. Wojna w kosmosie, nawet jeśli zwycięska, nad cywilizowanymi planetami wciąż niesie ze sobą niezliczone ilości ofiar. Warto szukać rozwiązania, które te straty zmarginalizuje jak najbardziej się da. Poza tym ustalając obronę na Prakith, teoretycznie sami nastawiamy się na najgorsze; sami przechodzimy do ostatniej linii obrony - tutaj klęska nawet nie pozwoli nam dokonać odwrotu, niczego. Ustalanie obrony na Prakith czy Odiku to dla mnie ostateczność, bo porażka już nie daje kompletnie żadnych szans na nawet profilaktyczną ewakuację.

Niewątpliwie jednak należy działać z tym wszystkim szybko. Wygląda na to, że moje poprzednie plany odnośnie kierunku inwazji się połowicznie sprawdzają. Informowałem Was zresztą o tym, że czwarta subflota patrolowa szlaku byssańskiego została zaatakowana i zmieciona - dwa korr choki i światostatek - są coraz bliżej Byss i nie wykluczone, że lada moment stracimy kompletnie do niego dostęp. Następny będzie wobec tego Odik, a później już tylko Prakith. Sojusz zaminowuje szlak, stawia na nim stacje, zabezpiecza go - jak długo to jednak spowolni siły wroga? I pytanie zasadnicze, czy trzema statkami zdobywa się galaktykę? Oficerowie donoszą, że stracili kontakt z Zamael, które było domem Gildii Górniczej dysponującej zautomatyzowaną flotą z Konfederacji Niezależnych Systemów. Na pewno kojarzycie z holonetu, szkół... Te gigantyczne obręcze ze sferą w środku (Lucrehulki) i zautomatyzowane droidy-myśliwce (Vulture). Byłyby bardzo użyteczne podczas walki - niestety sygnał się urwał. Domniemywa się, że to co idzie szlakiem byssańskim to jedynie wabik, który ma przedrzeć się jak najdalej i zwrócić naszą uwagę na zachód jądra. Wysoce prawdopodobne, że w tym samym czasie inna część floty Yuuzhan Vongów przedziera się przez ledwie dostępne zachodnie sektory od centrum, by nas oskrzydlić i odciąć. W tej sytuacji jesteśmy w szachu, bo ani nie możemy liczyć na ewakuację, ani nie możemy liczyć na dodatkowe wsparcie - nawet w formie zwykłych promów transportowych. Skrótowo przypomina to nieco powolne objęcie szyji tylko po to, żeby ostatecznie ścisnąć i pozbawić dostęp do tlenu. W tej sytuacji również jesteśmy w kropce, jeśli chodzi o bezpośrednią walkę - bo cokolwiek byśmy nie zrobili, gdziekolwiek byśmy nie byli - jesteśmy miażdżeni z dosłownie każdej strony. A przesadnie mi się to nie uśmiecha, albowiem chciałbym przypomnieć, że "spora" część sił naszych sojuszników - Hakassi i Viscount z Onderonu - chroni właśnie stocznię tych w pierwszej kolejności wymienionych. A samo Hakassi jest prawie na samej granicy głębokiego jądra ze światami środka. A na to - jak zapewne doskonale wiecie - pozwolić sobie nie możemy. Musimy jakoś temu przeciwdziałać. Warto podsumować to, czym względnie dysponujemy. Dysponujemy "względnie", bo pragnę przypomnieć, że oprócz Christopsis i kilku jednostek dodatkowych - większość są od naszej woli niezależne, a jedynie zbieżne z naszymi celami. Nikt wobec tego bez racjonalnego uzasadnienia z takiej - dla przykładu - pierwsza floty nie przyleci z odsieczą bez realnego uzasadnienia, wobec zagrożenia ogółu.

BOTHANIE
Ukryte:


CHRISTOPSIS
Ukryte:


HAKASSI
Ukryte:


ODIK II
Ukryte:


PIERWSZA FLOTA
Ukryte:


JEDNOSTKI NIEOKREŚLONE
Ukryte:


- PODSUMOWANIE ORIENTACYJNE -
Ukryte:


Jeśli lista jest niekompletna - proszę o informacje.


Gdyby jednak siły wroga okazały się przesadnie potężne, a my nie mielibyśmy już kompletnie żadnego planu... Prakith to nasz ostatni bastion, który dodatkowo jest twierdzą "nie do zdobycia". Miałem jakiś czas temu okazję rozmawiać z prezydentem Zarrothem Vandelisem, który złożył nam niespodziewaną, nieoczekiwaną wizytę. Jeśli ktoś jakiś czas temu zastanawiał się o co chodzi z droidami, które pod groźbą utylizacji zakazywały niektórym wychodzenia do codziennych stref placówki - to właśnie dlatego. Dostałem nieco informacji w temacie faktycznej obronności Prakith, która jest tajemnicą państwową i - cóż - jest dużo potężniejsza. Prezydent pokornie przyznaje, że uwzględnia scenariusz, w którym całość bitwy będzie toczyć się na Prakith. Rozumie, że to jest wojna i nawet przy wszelkich wysiłkach trzymanie ich na dystans może być - cóż - niemożliwe. Pozwolę sobie pominąć dla bezpieczeństwa faktyczne dane, których "wyciek jest równoznaczny z obaleniem integralności Sił Zbrojnych Prakith i rządu w dwie godziny"...

- Zapis rozmowy z prezydentem Zarrothem Vandelisem -
Wysłany poprzez zaszyfrowane połączenie wewnętrzne do: Mistrz Jedi Elia Vile, Rycerz Jedi Fenderus, Uczeń Jedi Tanna Saarai, Padawan Alora Valo
Zapis ulega kasacji po przeczytaniu.


4x stacje Golan III
2x stacje Golan I

165x dział orbitalnych W-165
16x dział orbitalnych Loronar
???x dopełniających HX.6 i/lub LNR II

180x wyrzutni torped protonowych
???x planetarne promienie grawitacyjne

800x myśliwców nieznanej kategorii

Kod: Zaznacz cały
Pierwszym fundamentem naszej obrony są stacje orbitalne Golan III. Aż cztery. Nawet Coruscant swego czasu dysponowało ledwie dwiema. Poza nimi dwie platformy Golan I jako uzupełnienie szeregu. Jak może Pan wiedzieć, już taki szereg wystarczyłby, by dwa Imperialne Gwiezdne Niszczyciele nie mogły się przedrzeć. Lecz to dopiero pierwszy pierścień. Nasza strategia zakłada, by wyjątkowo wewnętrznie położone, w niższych warstwach orbity - ściągnęły wroga w zasięg dział orbitalnych. Dział W-165 posiadamy dokładnie 165, wbrew statystykom oficjalnym, które mówią o osiemdziesięciu. Poza nimi, szesnaście dział Loronar. Uzupełnione mniejszymi, drobniejszymi odpowiednikami - HX.6 i LNR II. Rozlokowane równomiernie po całej naszej planecie w małych placówkach wojskowych. Cała powierzchnia jest równomiernie nimi obłożona. Niezależnie od podejścia, agresor wystawia się na co najmniej czterdzieści dział. Loronary są cztery razy silniejsze. Jeden Loronar rozpieprzy Imperiala I na kawałki w parę salw zanim zacznie się walka. Nasze działa - w przeciwieństwie do normalnie instalowanych przez Nową Republikę - są rozbudowane. Czerpią z każdym strzałem energię osiedla miejskiego, ale mogą strzelać na samą granicę orbity. Rolą platform Golan jest zmusić agresora do wejścia w zasięg ostrzału orbitalnego. Na tym praktycznie kończą się nasze strategie - niewielu przejdzie przez coś więcej. Jak przekonaliśmy się w Kryzysie Czarnej floty - potrzebna jest flota drednotów. Działa W-165 mogą strzelać z interwałem dziesieciu sekund między każdym uderzeniem. W tej ilości jednak, w każdej sekundzie w wybrany okręt trafiają trzy. Po dziesięciu sekundach takiego ostrzału, nawet najnowocześniejsze krążowniki kalamariańskie rozpadną się pod naporem energii. Dodatkowo, nowoczesny system elektroniki sterującej sprawia, że strzały są zsynchronizowane, ale w sposób losowy. Uderzają bez algorytm we wrogi okręt. Ta technika powinna to zatrzymać [tarcze Vongów dostosowujące się do siły pocisków]. Strzały są zmienne, ułożone tak, żeby były nieprzewidywalne. Do mocy W-165 dochodzi miażdżący chaos. Taktyka jest prosta. O ile platformy są Golan mają utrzymywać równomiernie obrone, działa orbitalne mają wymierać pojedyncze cele. Po zdrujnowaniu jednego celu, przejść do drugiego. Oczywiście nasza nowoczesna technologia pozwala zmienić to w każdej chwili. Algorytm ostrzału może także zostać ustawiony na matematyczną prezycję, ale jak widzę, jest to niepożądane. Jeśli cel przechodzi jakimś cudem dość daleko, trzecią strefą naszej obrony jest 180 wyrzutni protonowych rozmieszczonych także równomiernie. Poza nimi, planetarne promienie ściągające zasilane elektrowniami atomowymi. Mają ściągać okręty ku sobie, niszczyć szyk, w ostateczności skierować nawet okręty wroga w stronę wulkanu. Siły lądowe są tutaj marinalne. W tym trybie operacyjnym ich rola to tylko obrona naszych placówek - nic więcej. Nie przewidujemy bitew lądowych. Promienie ściągające znalazły się w asortymencie z bardzo błahego powodu - są potrzebne, by upadek krążownika nie zabił połowy kontynentu. Siły myśliwskie są stosunkowo nieduże. Nie pamiętam dokładnych liczb - około ośmiuset. Ich rola to działania zaczepne, ściąganie wroga, osłanianie punktów artylerii. Reszta pozostaje w rękach naszych artylerzystów. Pragnę powiedzieć, że nie jest żadnym politycznym budowaniem wizerunku nasze przemawianie na temat obrony Prakith. Obliczenia naszych marszałków mówią, że flota nawet trzydziestu niszczycieli klasy Imperial I zostałaby rozbita w walce z Prakith.


Siły obronne Prakith są naprawdę potężne. Śmiem twierdzić, że w ostateczności przy wsparciu taktyk stworzonych przez Rycerza Fenderusa w ogólnych zapisach wewnętrznych - Yuuzhanie będa mieli nie lada orzech do zgryzienia. Musimy być czujni na ewentualne próby sabotaży. Musimy mieć też świadomość, że nie możemy ostatecznie na raz poświęcać wszystkich naszych okrętów w teoretycznie finalnym starciu które nie jest obroną, bo mimo wszystko zostaniemy na koniec z niczym. Zapewne macie świadomość, że tak jak nasza mała "Flota Trzeciego Wieku" jest zdolna do przyjmowania pozycji na nasze polecenie, tak pozostałe na pewno będą interweniować poza Prakith - przy wspaciu innych flot albo ataku na Odik II. Oznacza to wobec tego, że mamy tutaj dwie drogi... Albo iść na całość z dobrym planem gdzieś poza regiony cywilizacji lub Odik II z całym zgromadzonym sojuszem w pełnej krasie, albo w ograniczonej formie bez wsparcia sporej częśći z nich szykować sobie obronę nad Prakith - wspierani przez naprawdę potężne siły artyleryjskie. Nie możemy oczekiwać od Pierwszej Floty, że pomoże nam ustalić defensywnę nad naszymi głowami w tym samym momencie, w którym Vonowie popełniają eksterminację na Odik II. Pominę tutaj szersze spekulacje obronne, bo je mamy już z grubsza gotowe TUTAJ.

Podejrzewam, że przy obronie na samym Prakith nasza siła będzie MOŻE ograniczyć się do:
Ukryte:

Podkreślam - może - bo to ten, moim zdaniem, najbardziej pozytywny scenariusz, gdzie mamy Viscounta i wsparcie floty Hakassi. Skupiam się jednak na realizacji bitwy poza obszarem Prakith - nie zaszkodzi jednak przygotować wszystko na wszelki wypadek. Adept Fell wpadł również na bardzo dobry pomysł, gdyby ktoś miał w planach świadome przyspieszenie ataku na Prakith - staram się jednak odrzucać ten scenariusz z powodów, które wyżej wymieniłem. Nie zmienia to jednak faktu, że taka możliwość również istnieje i na pewno daje nam w razie czego tyle, że siły wroga w przyspieszeniu będą mniej przygotowane i zwarte. Choć z drugiej strony mówimy tutaj o Yuuzhan Vongach, czyli jednym, wielkim, rójumyśle. Będę planował dalej - najpewniej w chwili, kiedy uda nam się poznać - powtarzaną tysiąckrotnie - liczebność wroga.




Kult

Pozostaje nam wciąż temat kultu. Tutaj też niestety należy przyspieszyć. Jesteśmy zamknięci nie dość, że na skalę galaktyczną, to jeszcze nie możemy sobie pozwolić na względny spokój w "bezpiecznych", przydomowych sprawach. Spotkanie z prezydentem dało nam wiele, ale i ustaliło pewne zrozumiałe, korporacyjne, ostateczne terminy. Prezydent jest pod wrażeniem tego, co na przestrzeni ostatniego roku wspólnymi siłami udało się naprawić. W przeciwieństwie do większości rozumie, że sami jesteśmy w dosyć trudnym położeniu i "nie pluje" nam w twarz. Oczywiście nie zmienia to jego zrozumienia, że sporo z tych spraw to poniekąd wina naszych porażek. Używając tutaj słowa "porażka" nie odnoszę się jednak do działań, a osób. W związku z tym, że udało się utrzymać rząd - mamy nieco więcej czasu. Choć raczej bardziej adekwatnym słowem zamiast "utrzymania" byłoby tu "przetrwanie". Konkretnie pełen rok aż do wyborów federalnych, zanim będziemy musieli się ulotnić. Obecny rząd jest w stanie jedynie przez ten rok dysponować w naszym kierunku większym zainteresowaniem, podejmować bardziej radykalne i bezpieczniejsze kroki bez wizji utraty władzy. Po tym roku dostaliśmy jasne instrukcje, że musimy zniknąć z Prakith. W skrócie - kończymy to co zaczęliśmy i opuszczamy lokal. Prakith nie interesują nasze sukcesy poza nim, co jest zrozumiałe. Posiłkując się przykładem... To trochę tak, jakby nas interesowało, że jakiś Rycerz którego nie znamy, wyszkolił Ucznia, którego też nie znamy - parę sektorów dalej.

Żeby nie było - mamy pełne wsparcie rządu. Jeśli czegoś potrzebujemy - zgłaszamy to. Rząd dodatkowo przeznacza 27 811 kredytów miesięcznie na nasz potrzeby. Czyli środki liczone na utrzymanie niedużej bazy Sił Powietrznych Prakith. Podejrzewam, że to nie jest jedynie przykład, a i celowy ruch ze strony państwa, by ewentualnie zatuszować finansowanie naszej grupy po ewentualnej utracie funkcji. To naprawdę sporo, biorąc pod uwagę, że w wyniku tej "świętej wojny" straty gospodarcze z niestabilności państwowej są ciężkie do oszacowania. Jeśli uwiniemy się z tym wszystkim w ten rok, kiedy rząd może sobie pozwolić na bardziej śmiałe kroki - tez nie jesteśmy bez pomocy. Prezydent obiecał, że Prakith pomoże nam w spokojnym opuszczeniu planety - być może dofinansują nam ewentualny zakup innego terenu gdzieś indziej? To wszystko zależy od tego, jak potoczy się ta sprawa.

Objaśniłem Panu Vandelisowi również fakt, że aktualnie ciężko nam prowadzić działania wobec tajnej armii, która kryje się w niezliczonych kilometrach jaskiń. Podejmowanie jakichkolwiek działań własnych na chwilę obecną jest niemożliwe. Zapuszczanie się na terytoria kultu bez jasnych szlaków w większości przypadków oznacza zgubę. Póki sam kult nie wykona jakichś ruchów - nie możemy zrobić wiele. Doskonałym do tego będzie aresztowanie Rahadio Sanarisa. Odcięcie dostaw zaopatrzeń do kryjówek i zmuszenie kultu do tego, by musiał podejmować jakieś kroki poza powierzchnię. Miałem tutaj nieco akapitów odnośnie dalszych kroków w tym kierunku, jednak zakładały powodzenie misji Padawan Valo, więc dalej już szerszych planów snuć póki co nie mam podstaw. Mamy mapy od Sanarisa - nie znamy ich wiarygodności. Myślę, że pierwszym krokiem będzie faktyczne ugruntowanie się co do ich wiarygodności. Korzystając z okazjonalnej obecności Noshivarnianiego Miada w naszych progach, warto je z nim skonsultować. Szczerze wątpię, by znał "całość" tych nieskończonych jaskiń. Ale jako członek pewnej rodziny, na pewno powinien poznać te, w których się wychowywał. Na przestrzeni skali będziemy mieli chociaż szczątkową wiarygodność odnośnie ich autentyczności i tego, czy będą dla nas dalej użyteczne. Proszę jednak pamiętać, że sukces weryfikacji Miada nie koniecznie musi oznaczać pełną ich zgodność. To na tyle wielkie tereny i na tyle wielka mapa, że bardzo łatwo zmienić, zniekształcić, usunąć pojedyncze elementy tak, by było to niezauważalne, a kluczowe. Przy okazji też warto nałożyć ją na moją mapę "domniemanej aktywności kultu", którą skonstruowałem dawny czas temu - dzięki temu być może uda nam się znaleźć większe ogniska... Albo wręcz pójść tropem odwrotnym - zweryfikować gdzie ta aktywność jest jak najmniejsza, może i zerowa? W ten sposób być może udałoby się ustalić które z tych punktów są najbardziej istotne i ukrywane. Dalej pozostaje nam czekać i mieć nadzieje, że wrócimy do poprzedniego toru sukcesów.

3. Ewentualne uwagi sprawozdającego:
Całość tego to tylko i wyłącznie moje spekulacje. Proszę nie brać tego wszystkiego jako pewniki - jeśli ktoś na podstawie tego obmyśli coś lepszego, rozsądniejszego. Komuś z Was da to nieco do myślenia przez proste podsumowanie, ktoś być może wpadł na coś synonimicznego - lecz rozszerzonego... Wszelkie uwagi będą na miejscu - pozytywne lub nie. Warto jednak trzymać się ogólnych informacji które są tam zawarte - polityka Prakith i metody funkcjonowania najwyższej admiralicji Sojuszu to nie są rzeczy, na które możemy mieć większy wpływ w szerszej perspektywie.

4. Autor raportu: Rycerz Jedi Siad Avidhal
Obrazek
Awatar użytkownika
Siad Avidhal